Tornado 9

Tornado 9

image_pdfimage_print

Naczelny balowicz RP

No tak… sama chciałam… to mam. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że u zwierzaków imię ma wpływ na charakter? Dziś, z perspektywy czasu dostrzegam, że rzeczywiście tak jest. Tornado przecież nauczył się latać, a Frykas był jedynym kocim niejadkiem, jakiego znam. A Wy znacie kota, za którym trzeba biegać z surową polędwicą wołową i prosić gada, żeby łaskawie coś zżarł? Ja nie. Kiedyś, po grubszym remoncie przyszedł do nas do domu gość od alarmów. Tu chałupa czyściutka, wypicowana, nowe meble i na to wchodzi nasz wynędzniały kot Frykas. Zimą to jeszcze pół biedy, bo miał większe futro i jako tako się prezentował, ale latem wyglądał jak morzony głodem, zabiedzony pokurcz.

– No, fajnie. Chałupa jak nowa, ale co ten kot taki chudy? Jeść mu nie dajecie, czy co?- zapytał facet od alarmów, a ja, jak jakaś głupia zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że to kot niejadek.

Ale wracając do pozostałych czworonogów to kot Behemot kochał wodę, jak na mitycznego potwora z głębin morskich przystało. Potrafił godzinami łazić po deszczu i taplać się w kałużach. Nie zliczę, ile razy wrócił do domu mokry jak chluszcz i trzeba go było wykręcać :)

Kapsel – to imię miało brzmieć niewinnie, ale też nam nie wyszło, bo przerośnięty, nieletni kocur tegoż imienia notorycznie zrzuca donice z parapetów, wywraca krzesła, biega po ścianach i przy okazji, kilka razy dziennie włącza światło w kuchni, bo klepie łapami w wyłącznik na wysokości półtora metra od podłogi. O Szajbie już nawet teraz nie wspominam, bo z nią jest urwania głowy na kolejne trzy felietony, ale sugerując się imieniem, możecie sobie wyobrazić, jaki ja z tą kicią mam krzyż pański. No i oczywiście latający Tornado do kompletu.

Niedawno przypomniał mi się jego pierwszy wakacyjny pobyt u moich rodziców. Normalni ludzie, jadąc na wakacje do ośrodka położonego w lesie, zazwyczaj zabierają psa ze sobą. U nas, niestety nie wchodziło to w rachubę, zatem zaangażowałam rodziców do pomocy. Lato na działce sprzyjało tymczasowej opiece nad psem, ale to też wymagało przemyślanych i daleko idących przygotowań. W końcu wykonać profesjonalne zasieki na kilkunastoarowej posesji rodziców wcale nie było rzeczą łatwą ani tanią, zatem wpadłam na pomysł stulecia. W przebłysku geniuszu kupiłam na allegro elektrycznego pastucha i całą sobotę spędziliśmy na rozstawianiu elektrycznego ustrojstwa.

W końcu zadziałało, ale tylko do czasu, kiedy po naszym odjeździe mój tata mi doniósł, że elektryczny pastuch nie działa, i że kupiłam jakieś badziewie.  A my właśnie w drodze na urlop…, a oni 100 kilometrów od nas. No to ja za telefon. Do dziś pamiętam, jak po całości zrugałam dostawcę pastucha, że sprzedaje jakieś wielkie gie i zażądałam nowego zasilacza. Musiałam brzmieć przekonywująco, bo sprzedawca niezwłocznie dosłał nowy i jeszcze przepraszał. Dopiero po latach przejrzałam podstęp mojego taty, który w obawie, żeby psa prąd nie połaskotał, rozłączył styki w tym pierwszym zasilaczu.  Ech, po powrocie sprzedałam pastucha właścicielowi hodowli danieli i pastuch działa do dziś, ale za to moja mama, na wyjazdach na działkę, całymi dniami towarzyszy psu i zapewnia mu warunki niczym w sanatorium. Razem chodzą na spacery, odwiedzają znajomych, czytają książki i oglądają seriale. Tornado jest przeszczęśliwy i jak tylko widzi moich rodziców, od razu jest gotowy do przeprowadzki na wieś. Choćby i w grudniu.

Heh, chyba nie daliście się zwieść tą wiejską, wakacyjną sielanką, prawda?  Tornado nawet pilnowany przez 24 godziny na dobę potrafi dać nogę i moich rodziców nie mogły ominąć żadne z tym związane atrakcje.  Proste. Jest Tornado, jest akcja :)

Pies, na okoliczność wyjazdów, oczywiście otrzymał tymczasowy identyfikator z wiejskim numerem telefonu oraz potrójną obrożę na kleszcze, bowiem mama jest osobą zapobiegliwą. W czasie pierwszego pobytu tylko raz zwiał i do dziś nie wiadomo którędy, więc pewnie wziął płot szturmem i po prostu przeskoczył, ale tydzień później centralnie dał czadu na odpuście…

Nie chcąc zostawić psa w domu, tata postanowił zabrać go na procesję z okazji Bożego Ciała. Zapakował kochanego Tornisia do samochodu i razem z mamą pojechali do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Mama weszła do środka, tata natomiast zaparkował tuż przed kościołem i uchyliwszy w aucie szybę, stanął po drugiej stronie samochodu i podczas mszy pilnował psa. A przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Nie wiedział jeszcze, że Tornado doskonale, w kilka sekund, uchyla samochodowe szyby…

Mniej więcej w okolicy końca kazania tata profilaktycznie zerknął do środka, czy psu aby nie za ciepło, mimo że auto w cieniu.

– Kurde! Gdzie jest pies?!

Trzy razy sprawdził. Nawet w bagażniku. Nie ma. No, ale jak nie ma, to pewnie ktoś go znajdzie i będzie dzwonił a telefon w domu, a w domu nikogo nie ma. Komórka z psiego identyfikatora też w domu, więc tata od razu wskoczył za kółko i pognał do domu po komórkę. W nerwach prawie drogę pogubił i zapomniał, gdzie ma klucze, ale w końcu udało mu się wrócić, mniej więcej na ogłoszenia parafialne.

Widok jego oczom ukazał się przedni. W miejscu, gdzie wcześniej stał samochód taty, teraz siedział Tornado i grzecznie czekał. Jak widać, oddalił się tylko na małe zakupy na odpustowym straganie. Według relacji rodziców bosko się prezentował z różową wstążką na szyi i trzema balonikami przyczepionymi do obroży.

– Wiesz, on wyglądał jakby z imprezy wrócił!- relacjonował później tata, a ja myślałam, że żartuje. Niestety mama potwierdziła.

Istotnie, Tornado z balonami wyglądał jak Naczelny Balowicz RP! :)

Wiwat szkoła!

Wiwat szkoła!

image_pdfimage_print

Wakacje nieubłaganie zbliżają się do końca. Czas, jak wiadomo, jest względny a ja na swój użytek stworzyłam sobie takie twierdzenie matematyczne:

1L = 7W

Gdzie L to dzień listopadowej pluchy a W dzień słonecznych wakacji. Otóż w wakacje czas pędzi siedem razy szybciej, niż w szare, paskudne dni.

Zapytacie, co mnie tak na matematykę nagrało?

Szkoła, kochani! Szkoła już za pasem. Płaczą dzieci, płaczą nauczyciele i cieszą się rodzice 😀

Należę do tej ostatniej kategorii, więc w sumie początek szkoły powinien być dla mnie dniem radosnym (i po części jest), ale na tym dobrym nastroju kładą się cieniem wspomnienia moich własnych szkolnych dni. Czasy to były zamierzchłe i dzikie. Kto chodził do szkoły za PRL-u, ten doskonale o tym wie :)

Pamiętam, jak dziś, swój pierwszy dzień w szkole. Tornister sraczkowaty w kolorze i z naszytymi odblaskami. Ja, taka nieduża pod tym tornistrem idę koło mamy wielkim, szkolnym korytarzem z gigantycznymi drzwiami i jeszcze większymi oknami na końcu tego przerażającego tunelu. Mama wpycha mnie do sali i zostaje brutalnie wyproszona. A z nią pozostali rodzice, zdaniem nauczycielki, najwyraźniej niepotrzebnie zaaferowani pierwszym dniem w szkole ich dzieci.

Ubrana w zieloną garsonkę kobieta wpija spojrzenie w gromadkę maluchów a potem ustawia je karnie w dwuszeregu pod tylną ścianą i zaczyna PRZEMOWĘ, z której siedmiolatki kompletnie nic nie pojmują. Czas mija ale kobieta dalej coś gada. Oj, jak mi się chce pić! Marzę o tym, żeby wyjąć bidon z herbatą z tornistra, ale nic z tego nie będzie. Moje rzeczy stoją przy szkolnej ławce a ja stoję wraz z innymi dziećmi pod szafą i nerwowo łykam ślinę.

I nagle mdleje jeden z chłopców. Wpada w kosz na śmieci. Wszyscy odsuwają się z odrazą. Ja też. Patrzę nerwowo.

– Jakiś słaby ten kawaler! Albo się wygłupia! – komentuje nauczycielka.

Spoko. Już do końca podstawówki, czyli przez następne osiem lat chłopak nie będzie miał życia, ale wychowawczyni to kompletnie nie interesuje. Machnięciem ręki w końcu zezwala na zajęcie miejsc w ławkach.

Dopadam do drugiej w szeregu i z spode łba obserwuję nowe koleżanki. Jakoś tak się udało, że dzieci zajęły miejsca obok znanych sobie osób. Wszyscy mieszkamy w kwadracie tych samych ulic. Znamy się. Mamy swoje sympatie i antypatie. Ogólnie jest nieźle, choć rodziców brak. Dobieramy się w małe grupki i z wiarą w miłe życie w szkole spoglądamy nauczycielce ufnie w oczy. A ten smok wawelski nadyma nozdrza i przez kilka chwil wpatruje się w nas.

– W każdej ławce ma siedzieć jedna dziewczynka i jeden chłopiec! Proszę się natychmiast przesiąść!

Wszyscy się podnoszą a ja w panice zerkam na potencjalną parę. Potykam się o kolegę, który wcześniej zemdlał w koszu na śmieci i czuję, że przebywanie obok niego jest słabym pomysłem. Nauczycielka najwyraźniej jest innego zdania.

– Wy dwoje! Zapraszam do pierwszej ławki!

Tak zaczęła się moja walka o istnienie w szkole 😀

W tamtych zamierzchłych czasach dzieci były dla szkoły a nie szkoła dla dzieci. Powiem więcej, dla niektórych nauczycieli byliśmy kłopotliwym dodatkiem do ich pracy. I oczywiście nie raz dawali nam to odczuć.

Jedną z najbarwniejszych postaci mojej podstawówki była pani od polskiego. Niewielka, korpulentna z ogromnym pierścieniem na palcu prawej dłoni. Gdy po latach czytałam Harry’ego Pottera, to wypisz, wymaluj profesor Umbridge. W pierścieniu był duży kamień, ale raczej niezbyt szlachetny. Bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że nauczycielka nosi ów pierścień zwrócony oczkiem do wnętrza dłoni. Zastanawiałam się, po co nosić pierścionek, którego nie widać. Sprawa wyjaśniła się już na pierwszej lekcji. Gdy w klasie podniósł się delikatny szmer, polonistka zaczęła walić upierścienioną łapą w biurko z taką mocą, że szyby drżały.

– Kto mi tam partyzantkę sieje? – krzyczała z czerwoną ze złości twarzą.

Miewała też lepsze dni. Czasy były, jakie były, nikogo los nie rozpieszczał a oczkiem w głowie polonistki była córka. Roztaczała nam wizję dorosłej już panny, która była mądra, świetna i generalnie żadne z nas nie miało szans jej nawet do pięt dorosnąć.

– Jesteście bandą matołów! – mówiła z dobrodusznym uśmiechem. – O! A Nowacki to pewnie będzie jak jego ojciec ziemniaki na bazarze sprzedawał – dodawała wskazując upierścienioną dłonią na chłopaczka z odstającymi uszami. – A moja córka, nie chwaląc się, pracuje w Anglii… w pralni…

Autentyczna duma zawarta w jej głosie na jakiś czas wyrobiła we mnie przekonanie, że praca w pralni w Anglii jest największym z możliwych awansów w życiu człowieka i po cichu myślałam, że nauczycielka musi być prawdziwą szczęściarą :)

Barwnych postaci w szkole podstawowej było więcej. Ot choćby lubiana przez wszystkich pani od plastyki, która została panią od plastyki po tym, jak okazało się, że z różnych przyczyn alkoholowych nie ma siły być dłużej panią od WF-u. Pobieżnie i pospiesznie przygotowana do wskrzeszania w dzieciach talentów w dziedzinie sztuk pięknych, zapisała się w mojej pamięci wspaniałym powiedzonkiem, które po cichutku sobie powtarzałam smakując zakazane słowa na języku.

Pani łatwo się irytowała i często strofowała dzieciaki za co tylko się dało. Zawsze i tym samym tekstem.

Jak cię kopnę w dupę, to ci gówno oczy zachlapie!

Dzieciaki autentycznie ją uwielbiały 😀

Była też pani od ZPT, czyli zajęć technicznych. Światowa mistrzyni w motywowaniu dzieci, niepewnych swoich talentów w dziedzinie szycia poduszeczek na igły i dziergania siatek na zakupy z włóczki. Brała w dwa palce dzieło i patrzyła na nie z wyraźną odrazą.

– Jak tak patrzę Lewandowska, to mi się wydaje, że twoja matka to pewnie lata po jaskini z maczugą ubrana w skórę tygrysa! – mówiła.

Oj wesoło było w tej mojej szkole, bez dwóch zdań. Była na przykład chemiczka, która wyrzucała dzieciom zeszyty przez okno, jeśli uznała, że owe nie są prowadzone wystarczająco schludnie. Linijką po łapie też potrafiła przywalić. Znalazł się na nią jednak sposób, który moja klasa odkryła i uratowała zapewne kolejne roczniki dzieciaków przed jawną przemocą.

Chemiczkę można było wprowadzić w dobry nastrój nazywając ją „panią magister”. Magistrów w tamtych podstawówkach było jak na lekarstwo, większość kadry rekrutowała się z SN-ek, czyli studium nauczycielskich. Dzieci, jak świat światem, zawsze do wszystkich nauczycieli w podstawówce zwracają się zwykłym „proszę pani”, co najwyraźniej naszej magister chemii nie satysfakcjonowało. Kilka razy podkreślała, że jest magistrem, co sprytni chłopcy z naszej klasy bezlitośnie wykorzystali. Stawali przed wejściem do klasy i grzecznie czekali na nauczycielkę.

– Dzień dobry pani magister! – witali ją chóralnie i z teatralnym ukłonem.

– Dzień dobry – odpowiadała nauczycielka i rozpromieniała się w uśmiechu.

Po takim przedstawieniu mieliśmy pewność, że nie będzie linijki, wrzasków i być może latających zeszytów. Pewnego dnia, przy kolejnym rytuale powitania chemiczki, przeżyliśmy chwilę grozy.

– A co wy mnie tak tytułujecie? – zapytała nauczycielka, najwyraźniej węsząc podstęp.

Patrzyła, świdrując nas czujnym spojrzeniem zza opuszczonych do połowy nosa okularów.

– Bo my… – odważył się odezwać jeden z chłopców, ale po chwili umilkł.

– No słucham!

– Bo my tak panią bardzo lubimy! – dokończyła ociekającym obłudą głosem jedna z dziewczynek.

Byłam pewna, że chemiczka zwęszy ten grubymi nićmi szyty podstęp, ale nie. Oczy jej się zaszkliły i łamiącym się ze wzruszenia głosem zaprosiła nas do klasy. Do końca szkoły mieliśmy z nią święty spokój 😀

W galerii szkolnych indywiduów zaszczytne miejsce miała pani od rosyjskiego. Język bratniego narodu był wówczas jednym z najważniejszych i obowiązkowych, rzecz jasna, przedmiotów. W dobrym tonie było nieokazywanie nadmiernego entuzjazmu do jego nauki a słabe oceny przynoszone do domu były kwitowane wzruszeniem ramion przez większość rodziców 😀

Pani od rosyjskiego chyba sobie z tego zdawała sprawę i tym pilniej przykładała się do wałkowania czytanek z rosyjskiego elementarza, który sam w sobie był fenomenem. Wszystkie książki szkolne w tych czasach były czarno-białe i pozbawione obrazków a książki od rosyjskiego – czysta sztuka! Nie dość, że w twardych okładkach, to nafaszerowane kolorowymi obrazkami, które przyciągały spojrzenia łaknącej jakichkolwiek kolorów szkolnej dziatwy :)

Pani do rosyjskiego wymagała, by dzieci stały na baczność, gdy wchodziła do klasy. Dyżurny musiał obowiązkowo wyskandować formułkę:

Klasa 5B gotowa do lekcji języka rosyjskiego!

Oczywiście po rosyjsku. Stalin byłby z nas dumny. Putin pewnie też, gdyby mu teraz pokazali efekty pionierskiej pracy u podstaw naszej pani od rosyjskiego 😀

Absolutną wisienką na torcie był jednak pan od muzyki. Okrąglutki facet z rzadkim wąsikiem a do tego łagodny jak baranek. Wchodziliśmy mu na głowę i rozrabialiśmy jak pijane trolle a on znosił to ze stoickim spokojem i na kolejnych lekcjach usiłował nam wyjaśnić czym się różni fagot od fletu. Bezskutecznie.

Oczkiem w głowie pana od muzyki był chór szkolny. Z uporem godnym lepszej sprawy przesłuchiwał nas kolejno i łowił rzekome talenty wokalne. Pech chciał, że złowił mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. W sumie było całkiem śmiesznie, bo pan od muzyki, średnio zaangażowany w zalecany z Kremla repertuar, kazał nam śpiewać piosenki z Powstania Warszawskiego oraz przyśpiewki góralskie. Między innymi dlatego nasz chór nigdy nie wygrał żadnej znaczącej nagrody na konkursach międzyszkolnych. Tam zawsze wygrywała Międzynarodówka na dwa głosy a nasz pan od muzyki konsekwentnie „zapominał” nas jej nauczyć 😀

Większość dzieci była w chórze z łapanki i nie przejawiała nadmiernego entuzjazmu do szlifowania własnych możliwości wokalnych. Najbardziej znienawidzonym zajęciem było rozśpiewywanie się przed próbą właściwego repertuaru. Przy akompaniamencie pianina mieliśmy śpiewać aaaaaaa.

Nudy! Chłopcy ryczeli, jak lwy, dziewczynki złośliwie beczały jak owce a pan od muzyki pewnie rwałby włosy z głowy, gdyby tylko je miał. Nie raz się zdarzało, że z sąsiedniej sali lekcyjnej przychodziła jakaś udręczona nauczycielka prosić o ciszę.

Pan od muzyki pewnego dnia zapytał, o co nam chodzi. Już samo to było zdumiewające, bo w tamtych czasach opinia dziecka nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Jedna z dziewczynek odważyła się i wyszła przed inne dzieci.

– Bo to jest nudne – powiedziała.

– No to co powinniśmy śpiewać? – zapytał nauczyciel.

– Nie wiem, ale pan jest niedobry, że każe nam się tak ciągle rozśpiewywać!

Pan od muzyki błysnął okiem i powiódł palcami po klawiaturze pianina.

– Pan Brylicki jest niedobry, każe nam się rozśpiewywać! – zaintonował.

Chór z łapanki ochoczo podchwycił i od tej pory, przez kilka lat po szkolnych korytarzach niosły się entuzjastycznie skandowane obelżywe słowa pod adresem pana od muzyki wyśpiewywane przez dwudziestkę młodocianych płuc 😀

Ech, łezka wzruszenia się w oku kręci, choć mam świadomość, że w dzisiejszych czasach większość z tych, pożal się Boże, pedagogów wyleciałaby ze szkoły z wielkim hukiem. Oprócz pana Brylickiego, rzecz jasna :)

Jakoś po latach wzięło mnie na wspomnienia i przy okazji, w rodzinnym gronie, rzuciłam temat szkolnych czasów. Absolutnie wszystkich przebił mój ojciec przywołując obraz ze swoich studiów. Mówimy o końcu lat 60’, gdy na uczelniach zdarzali się jeszcze prawdziwi przedwojenni profesorowie. Jeden z nich, zgarbiony botanik mijał pewnego dnia trawnik przed uczelnią, na którym racząc się piwkiem siedzieli studenci, zdecydowanie nie mając zamiaru udać się na wykład. Profesor botaniki przystanął, popatrzył na młodzież w dzwonach i ciężko westchnął.

– Ej wy studenty! – powiedział, machając z rezygnacją ręką. – Wam to tylko dupy na zielono pomalować i ASYMILOWAĆ!

Szczęśliwego nowego roku szkolnego 😀

Lody orzechowe Ani Zych

Lody orzechowe Ani Zych

image_pdfimage_print

Witajcie w kuchni gości!

Dzisiaj swoim ulubionym przepisem podzieli się z Wami Ania Zych. Będzie słodko i smacznie. Witamy Anię serdecznie w naszych skromnych progach i oddajemy ją w ręce naszych drogich czytelników :)

Witajcie, mam na imię Ania Zych i jestem mamą dwójki cudownych szkrabów. Poza obowiązkami, jakie niesie ze sobą macierzyństwo, spełniam się zawodowo jako trener personalny oraz instruktor fitness. Przez ostatnie lata jestem pochłonięta pomocą innym w poprawie jakości życia, poprzez aktywność fizyczną oraz zmianę nawyków i odpowiednie żywienie.  Jako mama staram się na co dzień, aby moje dzieci jadły dobrze zbilansowane i skomponowane posiłki. Jestem ogromnym łasuchem, dlatego też nieustannie szukam zamienników smacznych, słodkich potraw i deserów które bez szkody na naszym zdrowiu i sylwetce możemy jeść nawet codziennie. Tak też było z lodami, bo kto z nas nie kocha lodów? :)  

Moje dzieci oraz mąż są nimi zachwyceni. Lody są tak proste w przygotowaniu, ze można je robić z łatwością każdego dnia.

 

Lody orzechowe

kolaz1

Składniki na ok 3 porcje

3 dojrzałe banany ( będą słodsze i nie wymagają dodatkowych słodzików )

masło orzechowe dobrej jakości, najlepiej 100% z orzechów (ja swoje kupiłam w Auchan w dziale ze zdrową żywnością)

opcjonalnie: ksylitol, erytrytol, lub stevia do dosłodzenia

Będzie potrzebny:

mocny blender, taki który może kruszyć lód

foremki do lodów

kolaz2

Przygotowanie:

Banany obrałam i pokroiłam w plasterki, następnie włożyłam do torebeczki i wsadziłam do zamrażarki na min 2-3 h. Banany mają być całkowicie zamrożone. Dzięki temu podczas blendowania masa będzie gadka i bez lodowych grudek.

Zamrożone banany wrzucamy do blendera i miksujemy kilka sekund, po czym dodajemy 3 łyżki masła orzechowego i ponownie blendujemy przez kilka sekund.

kolaz3

Proces należy kontrolować. Masa ma być dość twarda, zbita i gładka. Pamiętajcie aby nie blendować za długo bo zrobi nam się shake i wtedy będzie potrzebne ponowne mrożenie.

Lody można od razu podać w pucharku i się nimi rozkoszować.

Drugą opcją jest przełożenie masy do foremek i ponowne zamrożenie.  Po upływie kilku godzin mamy gotowe lody na patyku. Gwarantuję, że dzieci będą zachwycone :)

kolaz4

Kaszanka z grilla

Kaszanka z grilla

image_pdfimage_print

Kuchnia w lesie. Nie ma lekko. Nikt nie obiecywał, że w wakacje się leży, a już tym bardziej pości. W lesie warunki do blogowania są raczej średnie, więc nie będę się tutaj wygłupiać z jakimś super skomplikowanym daniem i udawać, że zrobiłam je w pięć minut, w  kocherze, pod namiotem i na jednej nodze, tylko podzielę się  z Wami  świetnym i sprawdzonym patentem na kaszankę.

To można zrobić nawet i w powietrzu, i nawet nie potrzeba nam naczyń. Jedyne co wg mnie jest w tym przepisie niezbędne, to zrumieniona wcześniej posiekana cebulka. Jeśli dodamy surową, po prostu się zaparzy i smaku nie doda, a kto by chciał jeść gorącą, surową cebulę?

Do rzeczy.

produkty

Składniki:

– dowolna ilość kaszanki (ja mam 6 kawałków)

– mniej więcej ¼ cebuli na każdy kawałek kaszanki.

– 1-2 jabłka

– szczypta vegety do cebulki

– folia aluminiowa

 

Kaszankę obrać z jelita. Ułożyć na podwójnie złożonej folii aluminiowej. Do kaszanki dodać podsmażoną na złoto cebulę i drobno pokrojone plasterki  jabłek. Jabłek nie żałować.

Całość szczelnie zawinąć i wrzucić na grilla na mniej więcej pół godziny. Ja lubię solidnie przypieczoną, więc na koniec na minutkę przesuwam na pełny ogień.

kolaż1

Pychotka. Polecam. Jak zostanie, to nic nie szkodzi. Tak przyrządzona kaszanka świetnie znosi mrożenie i odgrzewanie. Ostatnio odgrzewałam w folii, bezpośrednio na maszynce elektrycznej i też wyszło świetnie. Cóż, urlop rządzi się swoimi prawami i w tym czasie na sucho uchodzą wszystkie kulinarne herezje :)

final

Dziś znów pozdrawiam z lasu i życzę wszystkim smacznego :)

kolaż2

Szeptucha 13

Szeptucha 13

image_pdfimage_print

– Jeszcze tylko kilka schodków – wysapała babka.

– Miau!

– Łatwo ci, kocie, powiedzieć! Nie ty mnie po schodach dźwigasz!

– Miau!

– Toć mówiłam, że jak czas stoi, to i elektronika wszelka zamiera. Gadaj se zdrów, a winda i tak nie pojedzie – zirytowała się Szeptucha. – Z kosza, leniu, wyłaź, i po schodach na łapach idź!

Kot prychnął ze złością, ale usłuchał. Zaczął wbiegać z gracją po kolejnych stopniach. Szeptucha spoglądała zazdrośnie na zwierzaka i sapiąc parła w górę.

Korytarz drugiego piętra sprawiał wrażenie przytuliska dla trędowatych w prowincjonalnej kambodżańskiej wiosce z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Na odrapanych, przedpotopowych łóżkach zastygli odarci z prywatności pacjenci. Środkiem migały filuternie przybrudzone płytki PCV, pamiętające zapewne pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II. Szeptucha sentymentalna nie była, a omijanie kolejnych łóżek wprowadziło ją wyłącznie w stan irytacji.

– Kocie! – zadysponowała. – Szukaj Jaśka.

Mruczek przystanął i spojrzał z wyrzutem na babkę. Jaśka nie znał i wywąchać zguby nie miał jak.

– Mruczek, to ten sam, co z wizji na Zrębinach. Andzię wspomnij.

Kot wzdrygnął się na wspomnienie lasu i zrębinowych duchów. Powęszył chwilę i z nagromadzenia złych zapachów wyłowił trop chłopca, który uniknął rzezi w leśniczówce. Po chwili ruszył w stronę białych drzwi. Zatrzymał się pod nimi i usiadł, zamiatając ogonem linoleum. Babka chwyciła za klamkę i weszła do środka. W sali szpitalnej stały trzy łóżka. Pewnie byłoby ich więcej, ale pomieszczenie, niewiele większe od schowka na miotły, mogłoby nie pomieścić kolejnych. W ustawionym pod oknem leżała dziewczyna, a obok niej na metalowym, szpitalnym taborecie siedział siwy i bardzo szczupły mężczyzna w kitlu lekarskim.

– To on! – zatarła z radości ręce babka. – No patrz, kocie, jakżeśmy to wszystko zgrabnie połączyli!

– Miau! – ostrzegł kocur, wskakując ponownie do kosza.

– Tak, wiem, zaklęcie się zaraz wyczerpie.

I rzeczywiście, przebywające w pokoju osoby jakby zaczęły się wybudzać z głębokiego snu. Atmosfera, wcześniej gęsta niczym smoła, rozrzedzała się z każdą chwilą. Siedzący na taborecie lekarz powiódł po intruzach obojętnym, niewidzącym spojrzeniem, by zaraz cofnąć wzrok i odnotować niespodziewaną materializację jakiejś staruszki z kotem wyglądającym z wiklinowego kosza.

– Kim pani jest? – zapytał zdumiony. – To nie jest pora odwiedzin, a na teren szpitala nie można wprowadzać żadnych zwierząt!

– Jaśko? – bardziej stwierdziła niż zapytała Szeptucha.

– Kim pani jest? – ponowił lekarz, podnosząc się gwałtownie ze stołka.

– Cichaj, synuś – cmoknęła stara z dezaprobatą. – Prawie rodzina jestem, boć twój tatulo za mną bardziej w szkole niż za twoją matką ganiał, no ale wyszło, jak wyszło.

– Szanowna pani, ja jednak nalegam, żeby pani opuściła salę i nie zakłócała spokoju pacjentek – odparł stanowczym głosem lekarz.

– Jaśko, ja tu niczyjego spokoju zakłócać nie zamierzam. A co temu dziewczątku dolega?

– Tajemnica lekarska!

– Oj tam, zaraz tajemnica – zirytowała się Szeptucha. – Jak co komu za skórę wlezie, to krygować się nie ma czasu.

Lekarz westchnął ze zrezygnowaniem, i ponieważ miał głęboką świadomość faktu, że nie znajduje się w amerykańskim serialu, tylko w polskim szpitalu, a ochrona obiektu w tym drugim przypadku składała się wyłącznie z pana Miecia, więc na wszelki wypadek postanowił nie stawiać sprawy na ostrzu noża i współpracować z wariatką.

– Oleńka czeka na przeszczep serca – wyjaśnił. – Hospitalizowana przez większość swojego szesnastoletniego życia.

– Prawnuczkę w tym wieku mam. Aurelka się zowie – zafrasowała się babka, nie zdradzając bliższych związków z imieniem tej małej.

– Dziecko jeszcze, a wycierpiała tyle, że niejeden stary by nie podołał. – Lekarz wbrew sobie poczuł sympatię do starej wariatki.

– Jaśko – powiedziała miękko Szeptucha. – Ja podług twojej matuli do ciebie przyjechałam. Bom jej obiecała, że cię znajdę, ale to poczekać może. Obaczę pierwej, czy Oleńce pomóc mogę.

– Jak to matuli? O czym pani mówi? – zdenerwował się lekarz. – Moja matka od lat na Powązkach…

– Nie adopcyjna, chłopcze, ino prawdziwa.

– Skąd pani wie?

– Wiem Jaśko, po prostu wiem. Posuń się i chorą daj obejrzeć.

Działając pod wpływem szoku i delikatnego zaklęcia oszołamiającego, siwy profesor odszedł kilka kroków od łóżka, ustępując miejsca dziwacznej staruszce. Ta podeszła do obojętnej na wydarzenia i bledziutkiej Oleńki, i zaczęła wodzić dłońmi nad jej klatką piersiową.

– Słabiutko bije – stwierdziła babka.

– I z dnia na dzień gorzej – westchnął lekarz.

– Wzmocnić ją można trochę. Zaszeptam chorobę, ale bez przeszczepu się nie obejdzie – potwierdziła lekarską diagnozę stara.

– Szeptucha? – zdziwił się profesor.

– No przecie.

– W Warszawie?

– Toż przecie mówię, żem do ciebie z daleka przyjechała.

– Powiedzcie, możecie jej pomóc?

– Oleńce? A mogę wzmocnić, jak mówiłam.

– To odprawiajcie swoje modły, jej każda pomoc wskazana. Ja idę do dyżurki. Muszę się napić kawy. – Tu profesor skinął głową i wyszedł z sali, po drodze przykładając dłoń do czoła uśpionej pacjentki z łóżka pod drugą ścianą.

– Kocie! – mruknęła półgębkiem babka. – Idź za nim. Ja tutaj chwilę z tym dzieckiem posiedzę.

Lelka wyglądała świeżo i uroczo w czerwonym swetrze i błękitnych dżinsach. Mokre pasma włosów skręcały się w kędziory. Rajat usiadł na wersalce i westchnął z zachwytem.

– Musimy pogadać! – ogłosiła uroczyście Aurelia.

– A o czym?

– O wszystkim – wyjaśniła rzeczowo dziewczyna.

Rajat, złapany w pułapkę lelczynych oczu, nie śmiał się odezwać. Zegar z kukułką wybił beznamiętnie piątą po południu. Jak okiem sięgnąć, za oknem rozciągała się rozproszona bielą śniegu zimowa noc.

– Jak to jest…? – Aurelia westchnęła głęboko i zamilkła.

– No? – zachęcił ją chłopak.

– No więc, jak to jest, że mi mówisz o podróżach, hotelach i wielkim świecie, a tu przyjeżdżasz z prababką biedę klepać?

– Biedę? – podrapał się po brodzie chłopak.

– Sam widzisz, ile prababcia Olesia ma emerytury!

– Czego? – zdumiał się Rajat.

– No, pieniędzy na żarcie, matołku!

– A to na żarcie w domu pieniądze są potrzebne? – zdębiał chłopak. – Bo w restauracji to rozumiem.

– U ciebie w domu się jedzenia nie kupowało? – prychnęła Lela.

– A nie, nie przypominam sobie, prawdę mówiąc.

– To skąd się, do cholery, brało?

– No… służba przynosiła.

Kukułka schowała odrapany dziób do postkomunistycznej budki zegara. Fajerka osunęła się z niemiłym zgrzytem z kuchni, a Aurelia wpiła szeroko otwarte ze zdumienia oczy w Hindusa. Najwyraźniej jego polonizacja była powierzchowna i przeprowadzona po łebkach.

– Rajat? – zapytała ostrożnie.

– No?

– A ty masz jakieś pieniądze?

– Mam! – odparł radośnie chłopak.

– A czemuś babce na żur nie dołożył?

– Nic nie mówiła!

– A na bilety do Warszawy masz? – zaszemrała łagodnie Lela, co najwyraźniej miało zakamuflować jej gigantyczne wkurzenie.

– Lotnicze?

– Nie, na PKS! – wycedziła dziewczyna.

– Mam, Leluś!

– No to postanowione. Za prababką jedziemy, a ty za bilety płacisz!

– No dobrze, dobrze – położył po sobie uszy Rajat i niepewnie się uśmiechnął. – Już dzwonię i załatwiam.

Mruczek utrzymywał dystans, ale nie spuszczał z lekarza bursztynowych oczu i skradał się bezszelestnie szpitalnym korytarzem. Profesor, zwany przez babkę Jaśkiem, poczłapał w stronę maleńkiego pokoiku tuż za schodami i zamknął za sobą drzwi. Kotu cudem udało się prześliznąć do wnętrza i przycupnąć w cieniu nieco pożółkłej paprotki.

Lekarz podszedł do stojącego na stoliku ekspresu i podstawił pod dyszę kubek, łapiąc do niego gęstą jak smoła kawę. Od jej zapachu Mruczkowi aż się zakręciło w nosie. Szybko wtulił pyszczek pod lewą pachę, co nieznacznie wytłumiło kichnięcie.

– Kto tu jest? – Lekarz odwrócił się gwałtownie.

Kot zamarł w bezruchu. W pokoju było słychać tylko oddech mężczyzny.

– Zdawało mi się pewnie – mruknął Jaśko. – Starzeje się człowiek i już zaświaty słyszy. O! A teraz jeszcze sam do siebie gadam! Starość nie radość.

Mężczyzna usiadł za biurkiem pielęgniarki i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu filiżanki. Trochę trudu to Mruczka kosztowało, ale w końcu dostroił się do fal mózgowych lekarza, i przebierając ostrożnie łapkami, nastawił uszy i zamknął bursztynowe oczyska. Odbierał przekaz.

Żółte liście bezgłośnie opływały spoczywającą na ramionach sześciu mężczyzn trumnę. Kondukt szeleścił z szacunkiem setką zanurzonych w listowiu stóp. Ledwie osiemnastoletni Jaśko starał się być dzielny, ale raz za razem wstrząsał nim tłumiony szloch. Obok niego szedł ojciec i teraz, gdy mężczyźni w końcu się zatrzymali przed grobem, położył wielką i ciepłą dłoń na ramieniu syna. Ten potężny mężczyzna miał oczy zaczerwienione, ale nie pozwalał sobie na płacz. Chłopców z jego pokolenia uczono, że łzy to wyłącznie kobieca rzecz. Obaj, ojciec i syn, stali z opuszczonymi ramionami, jeden wcale niepodobny do drugiego, ale tak dziwnie sobie bliscy po tej największej z możliwych stracie. Ksiądz podjął modły, ale do Jaśka nie docierało ani jedno słowo. Stał, czując ciepło ojcowskiej dłoni, ze wzrokiem wbitym w białą tabliczkę z czarnym napisem.

Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich

Urodzona 16 lipca 1919 roku, zmarła 14 października 1959 roku

Kot podskoczył w miejscu jak podpięty do prądu i pokłusował w stronę drzwi. Skakał jak szalony na klamkę, kompletnie się nie przejmując zdumionym lekarzem, który poderwał się z krzesła i runął w jego kierunku. Zanim dobiegł, Mruczkowi udało się zawisnąć na klamce. Drzwi odskoczyły ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, a kot wyprysnął na korytarz i zniknął w mroku klatki schodowej. Tam wyhamował z impetem i przez chwilę nasłuchiwał. Jaśko najwyraźniej nie zamierzał go gonić. Zwierzak bezszelestnie zakradł się do sali szpitalnej, w której przy Oleńce siedziała babka, i wiedząc, że nie zostało wiele czasu do przybycia lekarza, otarł się Szeptusze o kolana i wskoczył na nie. Oparł się łapkami o jej ramię i zaczął szeptać odkryte rewelacje do ucha.

– Co ty, Mruczek, opowiadasz? – zaniepokoiła się babka. – Pewnyś? Przekaz był bez zakłóceń?

– Czysty jak łza! Waldek Stachański najwyraźniej dzieciaka do sąsiedniej wsi nie oddał, a razem z nim do Warszawy zbiegł.

– W czasie okupacji? Co ty gadasz, kocie? Kto by się wtedy do miasta bez dokumentów na siebie i dzieciaka pchał?

– Może wspólnika miał co dokumenty załatwił?

– Waldek? – prychnęła babka – ten zdrajca?

– Na trumnie matki było napisane „Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich” – cmoknął zniecierpliwiony kot.

– O słodki Jezu! Waldek zbałamucił młodszą siostrę partyzanta Michała, co u leśnych poległ? No, Mruczek, to mocno zmienia nasza misję – warknęła babka.

– Zaraz zbałamucił! – prychnął kot. – Jak za niego poszła, to chyba go chciała?

– Tego to my, Mruczek, nie wiemy – wycedziła Szeptucha. – Ale na pewno się dowiemy – dodała złowieszczo po chwili zastanowienia.

Oleńka jęknęła cichutko przez sen, co babkę natychmiast przywróciło do rzeczywistości.

– Kocie, znajdź gdzieś komputer i spróbuj to wszystko sprawdzić, ja teraz ważniejsze mam sprawy na głowie.

– Rajat! – roześmiała się tysiącem srebrnych dzwoneczków Aurelia. – Zwariowałeś chyba?

Przed wejściową furtką zaparkował właśnie ogromny, dwupiętrowy autokar, a ze środka wysiadł jasnowłosy kierowca i zachęcająco otworzył luki bagażowe. Lelka złapała uszy torby, i łapiąc w locie kurtkę, wybiegła ze śmiechem z chałupy. Rajat pamiętał o kluczu leżącym nad górną futryną i zanim pospieszył za dziewczyną, starannie zaryglował drzwi wejściowe. Po chwili brnął w śniegu w stronę autokaru.

– Ależ nie! – usłyszał Lelę, która z uśmiechem tłumaczyła kierowcy, że bagażu prawie nie ma i nic do luków wkładać nie będzie. – Może inni pasażerowie zechcą…

– Nie będzie innych pasażerów, Leluś – wyjaśnił uprzejmie Rajat. – A po co nam towarzystwo?

Lelka zmarszczyła ze zdumieniem brwi, ale nie skomentowała, i posłusznie wsiadła do autobusu. Rajat ruszył za nią, a kierowca otrzepał nogi ze śniegu i poszedł zamknąć luki bagażowe. Najpierw te z lewej strony. Pewnie by zaprotestował, widząc staruszkę wskakującą ze zwinnością gazeli do przedniego prawego luku, a już na pewno podniósłby alarm, gdyby zobaczył prehistorycznego, zielonego potwora moszczącego się w prawym luku tylnym, ale szczęśliwie dla pasażerów na gapę prawą stronę drogi spowijały ciemności. We wsi znów padły latarnie.

Autokar potoczył się po wąskiej drodze, by po kilku minutach skręcić pod lasem w prawo i leniwie wytoczyć się na szosę białostocką. Lela zapadła w ogromny fotel i położyła torbę na stoliku przed sobą.

– Rajat – zapytała. – A po co tak? Na autobus z Małkinii mogliśmy przecież pójść!

– Kazałaś jechać autobusem, to zamówiłem – uśmiechnął się niepewnie chłopak, siadając naprzeciwko. – Źle coś znów zrobiłem? – spłoszył się, widząc nieodgadniony wzrok Leli.

– Nie, wszystko w porządku – odparła Aurelia i zapatrzyła się w okno autobusu. Za szybą migał ośnieżony las, a ona dumała o różnicach, które dzielą ją i chłopaka nawet w najprostszych kwestiach. Pomyślcie tylko! Lela kupiłaby dwa ulgowe bilety na autokar, a Rajat zamówił luksusowy pojazd na wyłączność.

Mowę jej odjęło, gdy z tylnej części autokaru wyłoniła się uprzejma kelnerka i zapaliła świece na stoliku. A potem wręczyła osłupiałej dziewczynie kartę dań i bezszelestnie się oddaliła. Rajat zdecydowanie nie wyglądał na zaskoczonego i z zainteresowaniem studiował menu.

– Jejku! – wyrwało się Leli po przeczytaniu kilku pierwszych pozycji.

– Co się stało? – natychmiast zainteresował się chłopak.

– Niby w wielkim świecie nie bywałam, ale te dania jakieś dziwne są!

– Poprosiłem o tradycyjne potrawy z mojej rodzinnej posiadłości w Assam. Sam podawałem przepisy, a moja czcigodna matka podpowiadała – wyjaśnił Rajat.

– Kim jest twoja matka? – zainteresowała się Lela.

– Matka pochodzi z równej nam, Józka potomkom, kasty, i posiadła wykształcenie godne księżniczek – nadął się Rajat, a Lela odnotowała podświadomie, że z przyszłą teściową łatwo nie będzie.

Przez chwilę wertowała kartę dań w milczeniu.

– Rajat? – zapytała niewinnie. – A co to jest BB? Mnie zawsze uczyli, że to pokój ze śniadaniem, ale jakoś mi to do okoliczności nie pasuje.

– BB to przywieziona przez czcigodnego pradziadka Józka potrawa z waszych stron przecież!

– Tak? – zainteresowała się Lela. – Jakoś nie kojarzę!

– Bombay Bigos! – wyjaśnił uprzejmie Rajat.

– Aha! A CR?

– Curry Rosół.

– No, ale żuru nie macie.

– No, nie mamy – potwierdził ze smutkiem Rajat. – Wychowałem się na opowieściach pradziadka o niebywałym smaku żuru, i muszę przyznać, że mój czcigodny przodek nie przesadzał.

– Żałuję, że go nie poznałam, ale mamy prababkę.

– Robi najlepszy żur na świecie!

Lela parsknęła z oburzeniem.

– A twój jest tak samo dobry! – natychmiast zareagował chłopak.

Coś tam w nim z szarmanckiego Polaka było, bo gdy po dwugodzinnej romantycznej kolacji autokar zaparkował z piskiem pod hotelem Mariott, Rajat zerwał się na równe nogi i podał Aurelii dłoń, pomagając jej wysiąść.

– Witaj w Warszawie, księżniczko! – wyszeptał zmysłowo i ukłonił się głęboko.

Lela wysiadła, potykając się o dolny stopień, i powiodła spojrzeniem po okolicznych wieżowcach. Wokół nie było nawet grama roślinności, wszędzie szary beton ciągnący się kilometrami w stronę ołowianego nieba.

– Jakoś obco tu – wyszeptała Aurelia.

W Rajata jakby piorun strzelił. Coś tam powiedział w kompletnie nieznanym Leli języku. Dziewczyna w oszołomieniu obserwowała, jak otaczają ją mężczyźni w białych turbanach, i kłaniając się nisko, prowadzą do wnętrza budynku. Wykręciła głowę i zdążyła zobaczyć, że Rajat stoi w grupie odzianych na czarno rodaków i gorączkowo gestykuluje, a otaczający go ludzie nagle padają na kolana, i tłukąc łbami o warszawski asfalt, najwyraźniej oddają mu cześć.

– Zwariowałam! – sapnęła Lelka. – Zwariowałam i mi się to śni. Po prostu.

Znaleźć komputer w państwowym szpitalu prosto nie było. Dyżurka pielęgniarek była spalona, zresztą kot nie miał pewności, czy stojący tam stary pecet miał łącze internetowe. Do recepcji nijak wrócić nie mógł. Dopomogło mu szczęście, i co tu dużo gadać, wrodzony spryt. Mijając maleńki oddział dziecięcy wsadził ciekawski nos do sali dziewczynek. Były cztery i wszystkie głęboko uśpione. A na białej szafeczce stał otwarty laptop. Mruczek bezszelestnie wśliznął się do pokoju i po chwili zmagań odpalił komputer. Z ulgą ujrzał znajome okno Google i zaczął stukać w klawiaturę. Dziwna sprawa, nie znalazł ani Waldka, ani jego rzekomej małżonki Eleonory. Nie znalazł też interesujących wyników dla Jana Stachańskiego ani dla Jana Krzesimirskiego. Zgodnie z wcześniejszą dedukcją, Szeptuchę przywiodło tutaj żmudne śledztwo zakończone zgoła banalnym wynikiem. Babka wpisała w domowym komputerze hasło Jan Zrębina i wyskoczyła strona warszawskiego szpitala MSW. Jak to się miało do wizji Jaśka? Dlaczego Waldek Stachański nie dał chłopakowi swojego nazwiska albo szlacheckiego miana małżonki? Jak udało mu się ukryć dzieciaka, nie zmieniając mu personaliów? Pytań było więcej niż odpowiedzi, i kot się w tym kompletnie zagubił. Jedno było pewne. Internet nie przyniósł żadnych informacji potwierdzających autentyczność wizji. Jednak Mruczek, jako istota obdarzona siedmioma życiami i tyloma mniej więcej zmysłami, był całkowicie przekonany o tym, że Jaśka wychowali Waldek Stachański i młodsza siostra partyzanta Michała Krzesimirskiego. Babka kiedyś gadała, że wieś przed wojną należała do hrabiostwa Krzesimirskich. Mieszkali we dworze nad Bugiem. I zdaje się, że właśnie tam należało szukać odpowiedzi. Kot szybko odnalazł linię genealogiczną Krzesimirskich. Gałąź nadbużańska kończyła się bezdzietnie. Zarówno Michał, jak i jego siostra Eleonora byli ślepymi zaułkami rodu. Reszcie familii z terenów Podlasia też się specjalnie nie poszczęściło i linia bezpowrotnie wygasła przed 1950 rokiem. Ki diabeł?

Mruczek zeskoczył bezszelestnie z szafki i pobiegł zdać babce raport. Już w progu sali Oleńki wyhamował gwałtownie. Jaśko właśnie podchodził do chorej i patrzył pytająco w oczy Szeptuchy.

– Śpi niebożę – wyjaśniła stara. – Com mogła, tom jej dała, ale tu szybki przeszczep być musi.

– Wiem, mała czeka w kolejce – lekarz pogłaskał uśpioną Oleńkę po czole.

Starej nie umknął ten czuły gest. Jaśko wyrósł na porządnego człowieka. Siwe skronie odbijały światło neonów z przeciwnej strony ulicy.

– Jaśko – powiedziała cicho babka. – A jak to z nami będzie? Matuli twojej obiecałam na grób, że cię znajdę.

– Nie pamiętam prawie nic. A ojciec nigdy nie chciał o tym opowiadać.

– Ojciec? – podsunęła chytrze Szeptucha.

– Waldemar, mój adopcyjny ojciec. Od matki wiem tyle, że mnie z rzezi hitlerowskiej wyrwał i do Warszawy przywiózł. Matka więcej mówić nie chciała, a ojciec, jak się tylko o wojnie wspomniało, to dostawał szału. Co wiecie o moich prawdziwych rodzicach? – Lekarz wpił stare, zmęczone oczy w babkę.

– Twoją matką była Andzia, córa leśniczego Wojciecha Zrębiny.

– Znaliście ją?

– Do szkoły razem chodziłyśmy. A ojciec twój to najpierw za mną latał, wiesz? – uśmiechnęła się do wspomnień Szeptucha.

– Jak się nazywał?

– Staszek Wesołowski.

– To czemu ojciec, Waldemar znaczy się, po nim mi nazwiska nie dał, tylko po matce?

– Wiesz, Jaśko, to delikatna sprawa trochę, i ja nie wiem, czy powinnam…

– Mówcie! – zirytował się lekarz.

– Waldek Stachański dziadów twoich i ojców Niemcom na zatracenie wydał – wyjawiła babka po chwili milczenia. – Ja myślę, że Andzię chciał tak uczcić i jej pamięć zachować, dając ci nazwisko Zrębinów…

– Jak wydał? – Poderwał się na równe nogi Jaśko. – Mój ojciec miałby być zdrajcą? Walczył w Powstaniu Warszawskim, na Pawiaku był! Jakby miał swoich wrogowi wydawać?

– Dawne dzieje, Jaśko. Niemce mu brata porwali i tak go zmusili. Nie frasuj się, synuś. O zmarłych mówi się przecie dobrze albo wcale. Niech Waldkowi ziemia lekką będzie. Nawet Andzia, twoja świętej pamięci matka, mu wybaczyła. I ucieszy się, jak jej powiem, że cię Stachański na ludzi wychował.

– Masz kontakt z duchami? – wyszeptał zbielałymi wargami lekarz.

– Toć nie dziwota.

– On żyje.

– Co żeś rzekł, chłopcze?

– Mój ojciec żyje.

Skąd bierze się debiut?

Skąd bierze się debiut?

image_pdfimage_print

Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż

Wegański sernik Kasi Hordyniec

Wegański sernik Kasi Hordyniec

image_pdfimage_print

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj odwiedziła nas Kasia Hordyniec, autorka książki „Poza czasem szukaj”. Ma dla Was przepis na sernik jaglany napisany tak, że można boki zrywać 😀
Okazuje się, że w dzisiejszym wydaniu „Kuchni gości” przepis schodzi na dalszy plan. Najpierw się Wam jednak Kasia ładnie przedstawi.  Oddajemy jej głos :)

Jestem autorką powieści “Poza czasem szukaj” wydanej w tym roku przez Prószyńskiego i Ska. Od czternastu lat mieszkam w Donegalu, na północy republiki Irlandii. Pochodzę z Koszalina, ale mieszkałam też kilka lat w Warszawie, kolejne kilka w Siedlcach, gdzie zaczynałam w “Tygodniku Siedleckim” jako felietonistka. Potem kontynuowałam pisanie felietonów za granicą dla prasy polonijnej, głównie Tygodnika Polska Gazeta.

W Irlandii mieszkam w najmniej ucywilizowanym regionie, wokoło mam bezludne plaże, bezkresne przestrzenie i wąskie, ale za to prawie puste drogi. I surowy klimat. Wprawdzie są tu tylko dwie pory roku, a właściwie ostatnio jedna w dwóch odmianach – ciepła jesień i deszczowa jesień, więc nie brnę w zaspach i nie topię się w upałach, ale to tylko dobrze brzmi, tak naprawdę to klimat dla twardzieli.

Mam wieczny dylemat, co bardziej kocham – to moje pustkowie, czy twórczą i głośną Warszawę, czy moje rodzinne miasto Koszalin, a może Siedlce, gdzie też zostawiłam serce? Rzecz w tym, że gdziekolwiek nie zakotwiczę, nieważne, czy planuję tam być tylko na kilka lat, czy na całe życie, znajduję swoje ścieżki, ukochane miejsca, a wraz z tym wspaniałych ludzi, którzy po jakimś czasie stają mi się bliscy. I tak to już będzie – wieczna tęsknota, wieczne rozdarcie.

Powieść “Poza czasem szukaj” po części powstała z powodu takiej właśnie tęsknoty nie do opanowania. Opisywana w niej Warszawa, zdarzenia w tle, uliczki, knajpki, targi książki – wszędzie tam byłam, doświadczyłam, dokładnie w tym czasie, łatwo się zorientować kiedy, gdyż rozdziały stanowią kolejne dni maja 2014 roku.

Mam nadzieję, że zainteresuje Was historia Leny i Jula. Zapraszam do lektury i na moją stronę autorską.

kolaż2

A teraz obiecany przepis:

Wegański sernik jaglany

Po powrocie z Polski, gdzie promowałam swoją powieść, postanowiłam oczyścić organizm dietą wegańską do tego bezglutenową. Dostałam książkę żony słynnego kucharza, która promuje taką dietę po czterdziestce, a że ja już zaglądam w oczy pięćdziesiątce, pomyślałam, że to po prostu już ostatni moment, potem to już tytuł będzie nieaktualny. I ja nieaktualnie do oczyszczenia, czytaj odchudzenia, bo o to mi głownie chodziło.
Tylko jest jeden problem z takimi dietami, gdyż jestem strasznie słodko zębiasta i lubię ciasta (wychodzi na to, że na dodatek jestem poetką, wielbicielką rymów częstochowskich).
Najpierw próbowałam tę potrzebę ignorować, ale jak dostałam na łeb z rozpaczy, że nic tylko szczaw i szczaw przeplatany szpinakiem, ani chleba (uwielbiam), ani makaronu (od biedy taki z truskawkami załatwiłby sprawę), ani kurde w ogóle nic. Za to kaszy i ziemniaków aż nadto (zresztą pewnie i z tego powodu nie schudłam, taka przestroga na rzucających się na diety wegańskie z przyczyn nie etycznych, a dietetycznych właśnie).
Życzliwe dusze na FB podrzuciły mi w tym kryzysie pomysł na wegański sernik jaglany. Sernik bez sera, nadużycie, nie uważacie? Jestem wielbicielką serników wszelkich, stąd moje oburzenie.
No, ale ten jaglany też dobry i faktycznie taki udaje, jeśli ktoś jest beznabiałowy, nadaje się na ciasto na każdą okazję. Przepis jest zaczerpnięty z z fantastycznego bloga wegańskiego Ervegan.

Składniki na formę 15 cm
spód:
1 szklanka migdałów
ok. 5–7 sztuk suszonych daktyli
2 łyżki tahini (lub masła orzechowego)
1 łyżka wody
1 łyżka kakao (opcjonalnie)
1 łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie)
masa:
½ szklanki suchej kaszy jaglanej (100 g)
50 ml syropu z agawy (a nawet mniej, gdyż „karmel” jest już wystarczająco słodki)
¾ soku z 1 cytryny
½ szklanki orzechów nerkowca namoczonych przez noc lub kilka godzin
góra:
szklanka suszonych daktyli (około 25 sztuk)
2 łyżki masła orzechowego
dodatki:
orzeszki, wiórki czekoladowe

1. Spód
Daktyle namocz we wrzątku przez 5 minut, a migdały zmiel na grube wióry (malakser, młynek). Namoczone daktyle zmiksuj na gładką pastę i połącz z migdałami, dodaj tahini i ewentualnie wody, aby masa się skleiła. Na wyłożoną folią spożywczą blachę wysyp migdałowy spód i ugnieć palcami. Odłóż do lodówki do schłodzenia.
2. Masa
Kaszę jaglaną przepłucz, następnie zalej około 2 szklankami wody (objętość kaszy do wody około 1 : 3,5–4) i gotuj na wolnym ogniu przez około 20 minut, aż kasza wchłonie całą wodę i mocno się rozklei, będzie bulgotać i pryskać (pod koniec można przykryć pokrywką).
2 łyżki kaszy jaglanej dodaj do namoczonych nerkowców i mocno je zblenduj na gładką masę, następnie dodaj do pozostałej kaszy i zblenduj wszystko na gładką masę, wlewając syrop z agawy (stopniowo) oraz sok z cytryny.
UWAGA: masa nie może być zbyt słodka, gdyż spód i polewa ciasta już są wystarczająco słodkie. Poprawne ugotowanie kaszy jest kluczowe, jeśli chodzi o zastygnięcie kaszy jako masy „serowej”; podczas miksowania będzie zasychać już na krawędziach garnka. Masę wylej na schłodzony wcześniej spód, przykryj folią aluminiową, by nie wyschła, i odstaw do ostygnięcia na noc.
3. Góra
Daktyle zalej wrzątkiem i mocz przez około 15 minut, następnie przełóż do naczynia blendera bądź malaksera i zmiksuj na gładką masę razem z masłem orzechowym. Możesz ewentualnie dodać wody pozostałej po moczeniu daktyli – aż do uzyskania pożądanej konsystencji (ja lubię, gdy się lekko klei).
Masę karmelową rozsmaruj na masie „serowej”, posyp solonymi orzeszkami i wiórkami czekoladowymi. Gotowe! Zajadaj, popijając dobrą kawą.

 

produkty
Nie będę udawać, że mój rodzinny, bo w mojej rodzinie to jaja na kopy, masło na kilogramy oraz cukier na tony. Takie pokolenie. Wszystkiego uczę się od zera na starość. Na co mi przyszło?
Opiszę tutaj tylko moje wrażenia z przygotowywania tego cuda techniki kulinarnej, czyli coś bez czegoś, co się nazywa jak to coś, czego nie ma, ale i tak smaczne, chociaż z czegoś, co zupełnie nie wygląda, że tam jest.
Nie wiem, czy to fakt, że przygotowanie dotyczyło zupełnie czegoś mi nieznanego wcześniej, czy po prostu stres debiutanta, ale burdel zrobiłam w kuchni taki, jakbym walczyła ze złodziejami dzieł sztuki, którzy pomylili domy i mają nadzieję na oryginał Młodzieńca Rafaela Santi. Byłam wymazana różnymi maziami również też. Poza tym miałam nadzieję na wtranżolenie połowy tego, co przygotowałam, przypominam, że byłam w histerii kulinarnej spowodowanej odstawieniem wszystkiego oprócz liści, korzeni i kasz, czyli mam usprawiedliwienie.  Okazało się, że najpierw muszę namoczyć orzechy nerkowca przez noc, można zalać wrzątkiem i wtedy zajmuje to godzinę góra dwie, ale kto to wiedział wtedy? W każdym razie nie ja. Potem – porzuć wszelkie nadzieje dzieweczko – nawet, jeśli we wrzątku te orzechy, to i tak „sernik” musi stać przez noc w lodówce, żeby się ściął. Nie wiem, skąd wzięłam siły na to, żeby nie wyjeść miękkiego gluta, tyle, że słodkiego.

kolaż1
W każdym razie doczekałam „jutra”. Brzmi trochę katastroficznie, co najmniej jakbym z Keanu Reevsem latała po Matrixie przez noc, i powiem Wam, że to warte każdego zachodu z mieleniem, ucieraniem, moczeniem, czekaniem – to coś niby z polewą „całkiem jak karmel”, jest rewelacyjne i zdrowie. Tylko jednego mu brakuje, można powiedzieć, że przy odchudzaniu kluczowa sprawa – nie jest niskokaloryczny. Nie jest nawet średnio kaloryczny. Jest słodki i ma kalorii milion, ale czasem można. A jak nie można, proszę mi tego absolutnie nie mówić.

20160627_201053

Na koniec mamy dla Was niespodziankę, czyli fragment powieści Kasi, osobiście przez nią i dla Was wybrany. Życzymy Wam miłej lektury :)

„Poza czasem szukaj”

– Juliusz, ten drugi mężczyzna, też jest ekonomistą. – Ledwie to powiedziała, wszystko do niej wróciło, znowu poczuła łzy napływające do oczu.

Kobieta od razu to zauważyła. Podreptała do kuchni, a za chwilę wróciła z dwoma talerzykami, na których pyszniły się ukrojone hojną ręką kawałki sernika.

– Czekałam, aż ci się pierogi uleżą, ale widzę, że potrzebny na już. Też przepis mojej babki, i też dobry na frasunek.

– Pani Michalino, u pani nawet nie można się przyzwoicie rozkleić. Widzę, że muszę przestać przejawiać przy pani oznaki słabości, bo mnie pani utuczy na amen.

– Jesteś, dziecko, akurat taka, jak trzeba. Nie grozi ci to, a już na pewno nie po jednym serniku. Jak znam życie, jutro pognasz do siłowni to wszystko spalić.

– Zaskoczę panią, nie chodzę do siłowni, nie biegam, nie ćwiczę, dlatego jestem taka niedoskonała.

– Co też ty mówisz, dziewczyno, jesteś taka apetyczna. Zresztą, co ja cię będę przekonywać, mnie i tak nie uwierzysz. Ale, ale, ja chyba widziałam tego twojego Juliusza. Czy nie on czekał na ciebie dzisiaj rano? Taki postawny mężczyzna, szpakowaty. Wybacz, kochaneczko, tę uwagę, ale za młody to on nie był. Wracałam akurat z kościoła i zwrócił moją uwagę, bo ja tu pięćdziesiąt lat mieszkam i znam wszystkich, a jego jeszcze nie widziałam.

– Pani Michalino, w tym rzecz, że on taki inny, dojrzały, dlatego nie spodziewałam się od niego takiego obrotu spraw. Zaskoczyło mnie, że najpierw jeden komunikat, a potem zupełnie inny, radykalna zmiana.

– Wybacz, że to mówię, ale jesteś pewna, że dobrze go zrozumiałaś? Bo trzeba ci wiedzieć, że większość nieporozumień bierze się z braku komunikacji. Nieważne bowiem jest, co powiedziała osoba A do osoby B, ale co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. Intencje mogą być inne, a odbiór inny. Stąd moje pytanie.

– Jestem pewna, ale żeby to wytłumaczyć, musiałabym się do czegoś przyznać, a trochę mi wstyd.

– Jeśli boisz się, że mnie czymś zgorszysz, to przypominam ci, że mam ponad osiemdziesiąt lat i będzie ci trudno. Jeśli to ci rozjaśni sprawę i pomoże, to wal śmiało.

Lena roześmiała się głośno, język starszej pani był nader młodzieżowy jak na jej wiek. Powiedziała jej o tym.

– A bo widzisz, kochaneczko, przez wiele lat udzielałam się w takiej piwnicy, którą prowadzili młodzi psycholodzy dla trudnej młodzieży. Uczyłam dziewczyny szycia, a właściwie przerabiania ciuchów na takie, żeby były po ich myśli. Jestem krawcową na emeryturze, kiedyś to był zawód, nie to, co teraz. Przychodziły do mnie żony generałów, partyjnych działaczy, szyłam na bale, na rauty. Warszawskie elegantki nie mogły niczego kupić w sklepach, brało się z „Burdy” wykroje i wyczarowywałam im kreacje.

– I to te dziewczyny nauczyły panią tak się wyrażać?

– Jak się siedzi przy stole i dłubie igłą w materiale, patrzy się na ręce, a nie w oczy rozmówcy, to się dużo rozmawia o życiu, o tym, co kogoś boli, bo wtedy łatwiej. One mi się zwierzały, czasem coś poradziłam, czasem tylko chodziło o to, żeby ktoś wysłuchał. A ja słuchać umiem, przecież klientki latami przyjmowałam, przesiadywały u mnie, opowiadały o swoich problemach, między sobą dyskutowały, weszło mi w krew.

– Dobrze, więc wytłumaczę, o co chodzi. Otóż od początku było między nami bardzo mocne przyciąganie, jakby to powiedzieć… – Lena zagryzła wargę.

– Fascynacja seksualna, czy tak? – Pani Michalina pomogła jej wybrnąć.

Lena spojrzała na nią z wdzięcznością.

No dobra, miał być koniec, ale nie możemy sobie darować, by nie przemycić recenzji powieści, która ukazała się na łamach portalu literackiego Fahrenheit :)

 

Makaron z podgrzybkami

Makaron z podgrzybkami

image_pdfimage_print

Uwielbiam grzyby. Zbierać i jeść, więc parę dni temu zelektryzowała mnie wiadomość, że w pobliskim lesie pokazały się podgrzybki. Osobiście jestem ich wielką fanką, co więcej, uważam że są smaczniejsze od wychwalanych pod niebiosa prawdziwków. I do tego świetnie się komponują z makaronem.

Pierwszy raz jadłam w ten sposób podany makaron w Trydencie, który w grzyby obfituje, więc i lokalna kuchnia ma sporo potraw z grzybami (pizzę z opieńkami i speckiem na przykład :) )

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista zakupów:

– opakowanie śmietanki 12%

– żółtko

– pokrojone w plasterki podgrzybki

– makaron spaghetti

– kieliszek białego, wytrawnego wina

– ząbek czosnku

– starty, twardy ser dojrzewający

– sól, pieprz

– natka pietruszki do dekoracji

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynamy od przygotowania grzybów, które przebieramy, myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i podsmażamy na niewielkiej ilości masła klarowanego lub oleju. Dodajemy wino i dusimy w nim grzyby aż do odparowania płynu. Ostawiamy patelnię z grzybami na bok i gotujemy makaron.

Do głębokiego talerza wlewamy śmietankę. Nie daję kremówki, bo jest cholernie tłusta, tylko kupuję 12% śmietankę do kawy w kartoniku. Smak ten sam a znacznie mniej kalorii :)

Dodajemy żółtko, sól, pieprz, starty ząbek czosnku i prawie cały starty ser. Ja zazwyczaj używam owczego Pecorino, ale parmezan czy inny twardy ser dojrzewający też będzie świetnie pasował. Mieszamy wszystko na jednolitą masę.

Gdy ugotuje nam się makaron, to odcedzamy go i wrzucamy do patelni z grzybami. Teraz wlewamy śmietanę z dodatkami i stawiamy patelnię na niewielki ogień. I uważnie obserwujemy, ciągle mieszając. Gdy sos zacznie gęstnieć, to znak, że makaron trzeba niezwłocznie przełożyć na talerze. W innym wypadku zetnie się jak jajecznica i będzie nieapetycznie wyglądał.

Makaron dekorujemy siekaną natką pietruszki i odrobiną startego sera.

Smacznego :)

Ps. Podgrzybki można zastąpić dowolnymi grzybami. Od biedy można użyć nawet pieczarek, ale wtedy, żeby uzyskać wyczuwalny grzybowy posmak, to część usmażonych pieczarek wyciągnijcie z patelni i zblendujcie a potem połączcie z makaronem. Są zdecydowanie mniej aromatyczne, niż grzyby leśne, więc trzeba też dać więcej tartego sera i dwa ząbki czosnku do śmietany.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zupa z chwastów

Zupa z chwastów

image_pdfimage_print

Wakacyjna zupa z lebiody i pokrzyw.

Jakby tak rok temu ktoś mi powiedział, że będę gotować zupę z chwastów, to bym się wtedy popukała po głowie, i to mocno.

Ale to nic…, bo dziś spieszę z wieścią, że zupa z lebiody i pokrzyw to najlepsza zupa świata! Pyszna, zdrowa i za darmo.

Polecam ją każdemu, kto przebywa poza miastem i ma dostęp do składników rosnących na świeżym powietrzu, czyli do pokrzywy i lebiody. Nie ma się czego bać. Moja rodzina żyje, choć wczoraj wszyscy profilaktycznie odczekali godzinę, aż ja zjadłam, a skoro zjadłam ze smakiem i przeżyłam to znaczy, że bezpiecznie można jeść :)

Przy okazji tego wpisu zdradzę Wam odrobinkę, jak wygląda blogowe gotowanie. Wbrew pozorom to nigdy nie wygląda cacy. Cóż, taka prawda. Danie, normalnie robione w jednym garnku, na okoliczność bloga kończy się całą zmywarką brudnych patelni, garnuszków, miseczek i łyżek do mieszania. Do tego totalny sajgon w kuchni i obawa, czy zdjęcia dobrze wyszły. Często też trzeba się mocno spinać i streszczać, bo nie ma czasu na dziesiątki fotograficznych dubli. Nie ma, bo w międzyczasie coś zwiędnie, coś oklapnie, coś się przypali albo ktoś coś zje zanim chwycę za aparat… Sami przyznajcie, że nie mamy lekko. Ale to wszystko dla Was :)

Aktualnie jestem w lesie. Tu, z zasady rośnie skala trudności. Warunki spartańskie. Nie mam paradnej zastawy, super desek, miliona talerzyków i rondelków.  Tylko brzydka deska, kozik i wyszabrowane z restauracji talerze.  No i ta niepewność. Już sobie upatrzyłam ładne lebiodki, a tu mi chłop z ciągnikiem wparował i skosił wszystko do zera. Ech, dobrze, że o moje składniki nietrudno…

miejsce

Ale co tam! Takie dobre żarełko smakuje nawet z patyka, zatem zapraszam na mój nowy odkrywczy przepis. Zupa jest tak pyszna, że śmiało można ją siorbać prosto z garnka :)

produkty

Składniki na oko:

– 1-2 garści świeżych listków z młodych pędów lebiody

– 3-4 garści świeżych listków z młodych pędów pokrzywy

– 1 cebula

– 1 duża łyżka masła

– 1-2 kostki rosołowe

– 1 jajko na twardo na porcję

– szczypiorek/koperek/natka pietruszki do dekoracji

– sól/pieprz

– 2-3 łyżki śmietany 18%

 

Oskubać listki z pokrzywy i lebiody.  Posiekać drobniutko. Wcześniej na maśle zrumienić drobno posiekaną cebulę.  Dodałam do smaku trochę przyprawy typu vegeta. Cebulkę przełożyć do garnka. Na tej samej patelni przesmażyć naszą posiekaną zieleninkę. Do garnka wrzucić wszystkie składniki z wyjątkiem śmietany, jajek i zielonej posypki.

Dolać ok. 1,5 litra wody. Zagotować. Śmietanę rozbełtać z kilkoma łyżkami ciepłej zupy i dodać do garnka. Tyle. Gotowe. Podawać z młodymi ziemniakami, jajkiem, grzankami, kulkami ptysiowymi i czym kto chce. Na wierzch przyda się coś zielonego :)

kolaż1

Niezależnie od dodatków, jest to przepyszna, zdrowa i tania zupa, którą polecam każdemu. Do przepisu wybieramy pokrzywę i lebiodę przed przejściem w stadium badyla, ale jak takich nie znajdziemy to nic się nie stanie, bo badyla zawsze można oskubać z młodych pędów, a żeby pokrzywa nie parzyła, wystarczy ją po prostu zamoczyć.

Super zupka, a jaka kształcąca … Kochani…, od czasu tego przepisu, wszędzie, dosłownie w każdym przydrożnym rowie widzę pożywną lebiodę. Zawsze dobrze wiedzieć, gdzie rośnie coś, co można zjeść :)

final

Serdeczne pozdrowienia z wakacji :)

kolaż2

Punkt widzenia

Punkt widzenia

image_pdfimage_print

Pamiętam, jak dzisiaj, siebie z siódmej klasy podstawówki. Takie chude coś łażące po drzewach albo żrące na potęgę wszystko co pod łapy podleciało. I nie raz, pogryzając piątą, kryzysową parówkę – całkowicie bezrefleksyjnie i bez lęku o licznik kalorii – tak sobie filozoficznie myślałam, co to będzie w przyszłości. Jakoś z grubsza umiałam sobie wyobrazić, że po wakacjach pójdę do ósmej klasy i będę o trzy miesiące starsza. Z pewną dumą myślałam o tym, że będę w najstarszej klasie. Prestiż i te klimaty 😀

Z pewną obawą, ale jednak wybiegałam też myślami do czasu zmiany szkoły podstawowej na średnią i nawet udawało mi się jakoś to sobie wyobrazić. Co więcej, myśl o rychłej dorosłości, czyli osiągnięciu poważnych lat piętnastu wywoływała pewien dreszczyk emocji przebiegający po chuderlawych plecach.

Czasami myślałam sobie o mitycznym roku 2000, który we wszystkich pochłanianych przeze mnie książkach Lema, Bułyczowa, czy innych pisarzy SF i futurologów, jawił mi się jako świat szklanych domów, latających samochodów, wczasów na Marsie i robotów sprzątających w każdym domu. Wizja była tak odległa i nierealna, że liczyłam na niedomytych paluchach i wychodziło mi, że gdy dostanę w tym 2000 roku latający samochód i bilet na Marsa to będę tak koszmarnie stara, że właściwie to pewnie nawet nie będę się umiała cieszyć tymi wszystkimi dobrodziejstwami. Dwadzieścia cztery lata! Czy ludzie poważnie tak długo żyją? A jeśli tak, to czy są w stanie w ogóle załapać, że wchodzimy w nowe Milenium? Co to właściwie miało oznaczać? Czy będę się wówczas chylić nad grobem jak moi trzydziestoletni rodzice? Ile to oni będą mieli wtedy lat, jak będzie ten Sylwester 2000? Prawie pięćdziesiąt?

Miałam nadzieję, że do tego czasu wymyślą latające wózki inwalidzkie.

Podstępna przyszłość nastała znienacka, gdy tylko zajęłam się na chwilę nauką w liceum i kolejnymi arcyważnymi księciuniami, niekoniecznie z bajki. Potem zaczęły się studia i nagle się zorientowałam, że rok 2000 jest już tuż tuż a ja cholera jasna nadal nie dostałam przydziału na autolot i wbrew poprzednim niepokojom jestem ciągle dzieckiem. Dużym, ale zawsze 😀

A potem przyszła piękna, ale jednak proza życia. W 2000 roku jedyne co latało w moim domu, to mój ukochany mąż po pieluchy do sklepu osiedlowego. Nawet jeśli w oczach nastolatków byliśmy zgrzybiałymi staruchami, to zdecydowanie tego nie rejestrowaliśmy, bo zwyczajnie nie było na to czasu :)

Pierwszy raz mną potrząsnęło, gdy przed trzydziestką przestali się mnie pytać o dowodzik, gdy wchodziłam do monopolowego a drugi raz całkiem niedawno w osiedlowym spożywczaku. Niewinnie się zaczęło. Kupowałam bilet na metro.

– Ulgowy? – zapytała osiemnastoletnia (tak na oko) panienka – ekspedientka.

– Już nie – zaryzykowałam dowcip.

– Proszę się nie martwić, od pewnego wieku potem znów obowiązuje zniżka – odparła tryskająca młodzieńczym entuzjazmem dziewczynka.

Nie umiałam się zdecydować, czy to złowieszcza obietnica, czy zwykła informacja, co też wkrótce zdaniem panienki będzie mi przysługiwało.

No tak, moi mili, są pewne kamienie milowe i cezury czasowe, które na chwile wytrącają nas z transu codziennego życia i każą nam się zatrzymać i zadziwić się oszałamiającym tempem galopującego życia. Jednym z pierwszych jest, gdy niewiele młodszy od nas gnojek powie: „Proszę pani/pana!” a potem pojawiają się kolejne zadziwiające zdarzenia.

Na przykład przymierzasz nową kieckę i okręcasz się przed lustrem, myśląc, że w sumie to całkiem jeszcze niezła dupa z ciebie, gdy nagle wchodzi latorośl i mości się na łóżku przyglądając się twoim poczynaniom z przekrzywioną krytycznie głową. A potem nagrywa ją na pytania.

– Mamo, a jak to było, gdy byłaś młoda?

A w twojej głowie rozbrzmiewa (zamiast powyższego) „Poważnie? To jak byłaś mała to była już elektryczność?” 😀

Nie zamierzam się złościć. Zawsze w takich sytuacjach przywołuję wizję mojej zgrzybiałej dwudziestoczteroletniej osoby w latającym samochodzie w roku 2000.

Choć przyznać muszę, że raz mało nie popadłam w rozpacz 😀

Rzecz działa się mnóstwo lat temu. Byłam młodą matką, lat nie więcej niż dwadzieścia sześć, i jakoś tak się wydarzyło, że w towarzystwie swojej niewiele młodszej siostry spędzałam miły, letni wieczór na tarasie pod gwiazdami. Zebrało nam się na opowieści ze szkolnych czasów. Przysłuchiwały nam się trzy siedemnastoletnie dziewczyny i zaśmiewały się w głos. Po jakiejś godzinie wstały i zaczęły się grzecznie i dość wylewnie żegnać.

Jedna z nich rzuciła się mojej dwudziestoczteroletniej siostrze na szyję i oznajmiła nabrzmiałym od wzruszenia głosem.

– Dziękujemy Wam dziewczyny! Super życie MIAŁYŚCIE!

No jak tu nie kochać nastolatków? 😀

I teraz kochani moi dochodzimy do sedna. Dzisiaj mija mi 40 lat. Kiedyś pewnie bym pomyślała, że ludzie tyle nie żyją ale dzisiaj prężna, młoda i tylko nieco przytłoczona, podnoszę kielich wina w Waszą stronę i pocieszam się, że gdy mój sześćdziesięcioparoletni ojciec onegdaj stęknął, że jest stary, to prawie dziewięćdziesięcioletnia ciocia spojrzała na niego z politowaniem.

– Dał byś spokój, dzieciaku! – powiedziała lekceważąco i upiła herbaty z filiżanki.

A moja mama zdradziła mi pewną życiową prawdę, której zamierzam kurczowo trzymać się aż do setki. My się przecież nie starzejemy. To tylko kostium się trochę marszczy.

Szampan dla wszystkich a zwłaszcza dla mnie!

Jutro będzie po prostu kolejny dzień, prawda? :)