Gniewka

Gniewka

image_pdfimage_print

Uprawa roślin interesowała ją od dawna. Cykl zaczynający się od nasiona wsadzanego do ziemi i kończący się wyjęciem kolejnego nasionka z dojrzałego owocu był pasjonujący. Dominika marzyła o hodowli warzyw. Problemem było to, że mieszkała na trzecim piętrze.

Nie mogąc sobie pozwolić na wyprowadzkę do wyśnionego domku postanowiła wykorzystać to co ma, czyli balkon. Jak na standardy życia w bloku był spory, więc kupiła dwanaście skrzynek po owocach, sapiąc z wysiłku przytaszczyła do domu kilka pak ziemi i przystąpiła do dzieła. Skrzynie wyłożyła folią a potem nasypała podłoże.

Uznała, że kupienie gotowych sadzonek w maju nie wypełnia jej ogrodniczych ambicji więc w marcu zadbała o nasionka. Jak to z entuzjazmem nowicjusza bywa, nabyła je w ilościach pozwalających na obsianie hektara a nie dwunastu skrzynek balkonowych. Nic jednak nie było w stanie zmącić jej radości, gdy rozdzierała paczuszki i wsiewała ich zawartość do miniaturowych doniczek. Niektóre nasiona były czarne i wyraźnie większe od jasnych. Niezrażona tym faktem wsadziła je do ziemi. W połowie pracy zadzwonił telefon. Kierowniczka. Dominika przewróciła oczami i odebrała.

– Witam cię, Ewo – przywitała się obłudnie miło.

­­– Cześć – odburknęła kierowniczka. – Anka się rozchorowała. Musisz ją jutro zastąpić.

Żadnego „proszę” ani „czy mogłabyś”. Dominika jej nie znosiła i każdy dzień pracy w osiedlowym sklepie spożywczym był przez to torturą. Oczywiście potulnie zgodziła się na skrócenie urlopu.

***

Tygodniami obserwowała siewki. Nie było żadnych różnic pomiędzy tymi, które wyrosły z jasnych i ciemnych nasion. Dominikę rozczarowało to nieco, ale szybko o tym zapomniała.

W maju przesadziła rośliny na balkon a potem obserwowała ich rozwój. Najpierw kwitnienie a potem zawiązywanie się owoców. Lubiła siadać na krzesełku pośród nich. Wreszcie miała własny kawałek ogrodu.

Lipiec był upalny i dawał się we znaki mieszkańcom zabetonowanego do cna osiedla. Dominika siedziała na balkonie i wachlowała się książką. Spoglądała z nadzieją w niebo. Zapowiadali burzę, ale to wcale nie znaczyło, że nadejdzie. Zauważyła kątem oka jakiś ruch przy papryczce chili. Pewna, że jej się przywidziało, wróciła do czytania. Usłyszała szmer i poderwała się na równe nogi.

– Jasna cholera, szczur, jak nic! – wrzasnęła ze zgrozą.

Wbiegła do mieszkania, zamknęła za sobą drzwi i przykleiła nos do szyby. Spomiędzy liści wynurzyło się niewielkie stworzenie. Miało ze dwadzieścia centymetrów wysokości, było smukłe, by nie powiedzieć wiotkie i ubrane w czerwoną sukienkę. Albo coś, co wyglądało jak sukienka. W miejscu, w którym człekokształtne stworzenia miały włosy, istotka miała zielony kok. Mówiąc w skrócie wyglądała jak papryka o ludzkich kształtach.

– Przecież nic nie piłam – szepnęła do siebie Dominika.

Przetarła oczy i spojrzała ponownie. Istotka usiadła na brzegu skrzynki i machała zielonymi stópkami. Dominika ostrożnie wyszła na balkon.

– Widzę cię – odezwała się mocnym głosem istotka.

– Kim jesteś?

– Gniewką.

Nic jej to nie mówiło.

– To twoje imię czy gatunek? – zapytała ostrożnie Dominika.

– Imię to mi musisz nadać!

– Ja?

– Zbieraj co posiałaś! Jestem twoją gniewką, więc ty!

– Mogę się zastanowić?

Gniewka skinęła potakująco i zeskoczyła na ziemię. Ominęła Dominikę, pobiegła do mieszkania i zaszyła się w jakimś kącie. Szybka była.

Zdezorientowana kobieta zrobiła to, co zrobiłby każdy normalny człowiek. Wzięła do ręki telefon i zaczęła szukać informacji o gniewkach. Dużo tego nie było, ale wystarczyło, żeby włos zjeżył się na głowie. Na jakimś forum ogrodniczym kobieta żaliła się, że gniewki opanowały jej dom i żadną miarą się tych złośliwych paskud nie może pozbyć. Druga odpisała, że wszystkich przestrzega przed sianiem czarnych nasion, bo to właśnie z nich rodzą się te cholery i że gniewek pozbyć się nie da. Wie, bo próbowała już wszystkiego łącznie z egzorcyzmami. Reszta użytkowników forum wyzwała je od wariatek.

Koncepcję, że zwariowała Dominika odrzuciła z punktu. Wiedziała co widziała i kropka. Te kobiety pewnie też.

– Gniewko? Gdzie jesteś? – zawołała na próbę.

Istotka nie dała znaku życia za to zadzwonił telefon. Oczywiście kierowniczka Ewa. Dominika zignorowała połączenie. Miała ważniejsze sprawy. Usłyszała właśnie donośny huk z łazienki. Wpadła z impetem do środka. Gniewka siedziała na umywalce. Na podłodze walały się odłamki szkła z potwornie drogich perfum.

– Nie! – jęknęła Dominika. – Coś ty najlepszego zrobiła?

– Wypić chciałam i wypadły – odparła gniewka ze wzruszeniem ramion.

– Po co pić perfumy?

– Ja lubię tylko rzeczy luksusowe – odparła.

Kolejne dni pokazały, że w istocie tak było i co gorsza stworzenie potrafiło czarować. I czyniło to z zapałem. Ulubione crocsy Dominiki zamieniły się znienacka w szpilki Louboutina a milutki dres z Pepco w suknię Diora. Dominika otwierała lodówkę i dostawała szału. Zamiast ruskich pierogów znajdowała kawior z jesiotra a plastikowa butelka wody była obecnie szampanem z winnicy Nicolasa Feuillatte’a. Na górnej półce siedziała gniewka i beznamiętnie żuła kawał wołowiny kobe, który jeszcze wczoraj był mortadelą. Najgorsze było to, że zamiast poczciwego kalendarza z zaznaczonymi datami urodzin krewnych na ścianie wisiał obecnie paskudny obraz z koniem niejakiego Kossaka a telefon zamienił się w najnowszego Iphona.

– Oszaleję w końcu! – wrzasnęła, bezskutecznie próbując odpisać kierowniczce na smsa.

Usiadła na twardym fotelu z epoki ludwikowskiej i zmełła w ustach przekleństwo pod adresem gniewki, która zamieniła meble z Ikei w te niewygodne paskudztwa.

– Siostry! – pisnęła zachwyconym głosem gniewka wynurzając się z lodówki.

Podskakiwała na wyspie kuchennej i wskazywała paluszkiem na balkon. Dominika zerwała się na równe nogi i podeszła do okna. Z krzaków odpadały właśnie kolejne paprykopodobne stworki i gromadą forsowały drzwi.

– Nie zgadzam się! – ryknęła Dominika. – Dość mam ciebie jednej!

– Nie nadałaś mi imienia – poskarżyła się.

– Ewka! – wrzasnęła z mocą. – Upierdliwa jak kierowniczka.

Gniewka podbiegła i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Adoptowałaś mnie! – odparła i otarła łzy wzruszenia. – I moje siostry! W zamian zamienimy wszystkie pomidory w diamenty!

– Po tym, jak zamieniłaś mi Pearl Jam na Mozarta, kompletnie ci nie ufam! – wrzasnęła Dominika.

Szyba pękła pod naporem gniewek. Zajęły każdy skrawek mieszkania i prześcigały się w czarach. Dominika opanowała w końcu nowy telefon. Wystukała smsa do Ewy.

– Zobacz! Zamieniłyśmy pęczak w diamenciki! – ogłosiła gniewka i zajęła się przerabianiem albumu zdjęć na unikalną średniowieczną monografię.

Dominika złapała torebkę diamentów i wrzeszcząc wniebogłosy wybiegła na klatkę. Tam zdołała wysłać smsa do kierowniczki. Złożyła jej ofertę kupna mieszkania za grosze. Odpowiedź nadeszła natychmiast. Ewa była łasa na okazje.

***

Zdumiewające, że zaledwie kilka kamieni z pudełka po kaszy jęczmiennej wystarczyło do kupna domku na obrzeżach miasta. Dominika usiadła na werandzie i z mściwą satysfakcją myślała o kierowniczce, która właśnie użera się z gniewkami.

Sięgnęła po butelkę coli i ze zdziwieniem zobaczyła, że trzyma w dłoni kryształowy kieliszek.

– Niespodzianka! – wrzasnęła gniEwka zamieniając poczciwy taras w obrzydliwy marmurowy westybul.

Świat według Ciumka 6

Świat według Ciumka 6

image_pdfimage_print

Wiem, dawno mnie tutaj nie było, ale wybaczcie, bycie celebrytą łączy w sobie wiele obowiązków, zatem pisanie na blogu chwilowo zeszło na dalszy plan.

W międzyczasie, oprócz konta na Instagramie, dorobiłem się także osobistego profilu na feju. Niestety, nie na długo, bowiem dość szybko jakaś zazdrosna o me boskie ciało dobra dusza zadenuncjowała mnie wyżej i dostałem bloka.

Ech, a dobrze mnie swego czasu Ferdek z Gdyni ostrzegał, że jak tylko zamieszkał z Haliną, to od razu mu konto ujeb… sorry… upierniczyli, że niby mieszka z nieletnią!

Ale cóż było robić?

Jako że nie posiadam dowodu osobistego ani paszportu, wysłałem im do weryfikacji moją książeczkę zdrowia. No i się wydało, że nie mam jeszcze trzynastu lat. No, i mysia wasza twarz!

Ale ze mną nie ma lekko. Jak mnie drzwiami wykopią to oknem wlezę, zatem odpaliłem sobie wreszcie własnego fanpejedża i donosiciele mogą mnie cmoknąć pod ogon. No i się udzielam.  Na wypadek jakbyście jeszcze nie wiedzieli -Ciumek Kot Sukcesu, to właśnie ja! 😀

Niedawno byłem też w Polskim Radio Zachód. Wprawdzie nieświadomie, ale skąd miałem wiedzieć, że moja pani zamknęła przede mną drzwi od sypialni, tylko dlatego, że właśnie udziela wywiadu na żywo przez telefon???

Kto by na to wpadł?

Poczułem się samotny, więc zacząłem się wydzierać pod drzwiami ile wlezie, aż mnie wpuściła. A skoro mnie wpuściła, to musiałem wylać me żale i znów rozdarłem się na cały regulator i to pełną koparą.  W szybkich abcugach wylądowałem zamknięty w garderobie.

A takie miałem parcie na eter…

Drugą sprawą, jaką chciałem dziś poruszyć, są moje najnowsze upodobania kulinarne. Podobnie jak Szajba lubię pieczywo, ale ser feta jest już tylko mój! Na kociego proroka, toż to istne niebo w paszczy, choć i polędwicą wołową, po osiem dych za kilogram, nie pogardzę.

Zwłaszcza w upały, kiedy sobie taki pyszny plaster spokojnie zalega w lodówce. Wtedy można połączyć w jedno, aż dwie przyjemności. Konsumpcję i chłodzenie w jednym.  Bo skoro talerzyk z wołowiną wylądował na dolnej półce, słusznie uznałem to za ukłon w moją stronę i jak tylko pani się odwróciła, cichaczem zakradłem się do lodówki. Nie dość, że sztos-wyżerka, to jeszcze klima!

Wprawdzie wyłączyli mi światło, ale co pojadłem to moje.

Tylko, że wreszcie na serio zrobiło się zimno.  Dotarła do mnie cała groza mej nieciekawej sytuacji. Nie wiedziałem jak stamtąd wyjść, a poczułem, że chcę do kuwety…, a że jestem dobrze wychowany i nie sram tam gdzie jem, zacząłem się miotać jak oszalały.

Moja pani mało nie dostała zawału, jak usłyszała łomot z wnętrza lodówki.

Ale się nasłuchałem, gdy wyszło na jaw, że wszamałem obiad mojego pana!

No ale, co przeżyłem i pożarłem to moje 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Kimchi

Kimchi

image_pdfimage_print

Kimchi to po prostu kiszonki z warzyw. Bardzo popularne w Korei. Robi się je przede wszystkim z kapusty pekińskiej, ale także i z rzepy, marchewki czy ogórków. Łączy je pikantny smak, który zawdzięczają sporej ilości ostrej papryki. W kuchni koreańskiej kimchi je się jako przystawkę przy każdej możliwej okazji. Jest też elementem przeróżnych potraw, między innymi ryżu smażonego, tradycyjnie spożywanego na śniadanie. Kiszonki dodaje się także do zupy albo różnych dań obiadowych. Przepisów na przyrządzenie kimchi jest mnóstwo a wielu Koreańczyków ma własne sekretne formuły przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Składniki:

2 kapusty pekińskie

2 marchewki

3 pęczki rzodkiewek

2 cebule

Kawałek imbiru (ok 10 cm)

150 ml sosu rybnego

5-6 ząbków czosnku

Dymka

50 g ostrej papryki w proszku (w najlepszej cenie tu: Swojski Wyrób  )

Sól

2 łyżki mąki ryżowej (zwykła pszenna też da radę 😉 )

Kapustę nacinamy od spodu na krzyż. Nie musimy zbyt głęboko. Wystarczy tyle, żeby rozciąć białe zgrubienie. Potem dłońmi rozdzielamy kapustę na ćwiartki.  Nacieramy je solą pomiędzy liśćmi i wkładamy do dużej miski na około 2 godziny. Co jakiś czas przekładamy je z góry na dół. Kapusta zacznie w tym czasie puszczać sok i mięknąć.

W tym czasie wlewamy do garnka 2 szklanki wody i dodajemy dwie kopiaste łyżki mąki. Doprowadzamy do wrzenia cały czas mieszając. Odstawiamy do ostygnięcia.

Cebulę kroimy, ale niezbyt drobno, podobnie czynimy z obranym ze skórki imbirem. Dokładamy ząbki czosnku i całość miksujemy na w miarę jednolitą pastę.

Rzodkiewki kroimy w cienkie krążki a marchewki w słupki. Siekamy dymkę.

W dużej misce łączymy przestudzoną zawiesinę z pastą cebulowo-imbirową i posiekanymi warzywami. Wlewamy sos rybny i dokładamy paprykę. Tu mała uwaga – jeśli dacie tak jak w przepisie wyłącznie ostrą paprykę to kimchi wyjdzie bardzo pikantne, więc w zależności od własnych upodobań można dać częściowo paprykę słodką.

Wszystkie składniki pasty kimchi mieszamy ze sobą.

Kapustę, która z pewnością po dwóch godzinach już zmiękła, płuczemy z nadmiaru soli i zostawiamy na chwilę na sicie, żeby się pozbyć pozostałej wody. Wówczas zakładamy gumowe rękawiczki (!) i liść po liściu nacieramy naszą kapustę pastą. Układamy warstwami w dużym naczyniu, najlepiej w garnku, który posiada szczelną pokrywkę. Jeśli po nacieraniu kapusty zostanie jeszcze trochę pasty to oczywiście nie pozbywamy się jej tylko przekładamy na wierzch do garnka. Całość przykrywamy i zostawiamy na dobę w temperaturze pokojowej.

I teraz mała uwaga: czas kiszenia, czyli trzymania kimchi w temperaturze pokojowej jest uzależniony od tego jak bardzo ma być dojrzałe. Im dłużej czekamy tym bardziej kwaśne się będzie robiło a wstawienie go do lodówki też całkowicie nie zahamuje procesu fermentacji. Dlatego ja czekam jedynie dobę, potem przekładam kimchi do litrowych słoików, szczelnie zamykam i wstawiam do lodówki.

A teraz bonusowy przepis na koreańskie śniadanie (dla 2-3 osób):

Ćwiartka kapusty kimchi

100 g ryżu

2 łyżeczki oleju sezamowego

Jajka (po jednym na osobę)

 

Ryż gotujemy. Kimchi kroimy na mniejsze kawałki. Na jednej patelni smażymy jajka sadzone a na drugiej zasmażamy ryż z kimchi. Układamy całość na talerzach i zjadamy :)

Pesto z marchewkowej natki

Pesto z marchewkowej natki

image_pdfimage_print

65785970_893086181036676_6838207535804055552_n

Gdzieś mi się kiedyś obiło o uszy, że marchwiowy wiecheć także nadaje się do jedzenia. Nie zliczę ile razy skończył w kompoście.  Do dziś, kiedy to pan Tomek na straganie mało mi go nie ukręcił.

– Stop! – wrzasnęłam na pół targu.

Facet poszedł w pion. Uznał, że to pewnie dla królika, ale jak mu wyjaśniłam, że sama zamierzam to zjeść, spojrzał na mnie dziwnie. Że niby mi przez ten upał odbiło :)

 

64826463_2285435368200388_2315330549020884992_n

Składniki:

-natka z pęczka marchwi

– ½ szklanki pestek z dyni

– ¾ szklanki oliwy

– sól (opcjonalnie)

Wszystkie składniki należy porządnie rozdrobnić w blenderze. Dosolić do smaku, przełożyć do słoika i uzupełnić oliwą, tak by było ją widać na powierzchni pasty.

Jak widać to żadna filozofia. Najwięcej czasu zajmuje usunięcie z natki grubszych łodyg, ale od czego mamy super patent z durszlakiem? Przeciągamy badylek przez dziurkę i gotowe :)

Smacznego!

 

64474382_2376834349249710_7079003013238489088_n

Dobro narodowe, czyli sałatka jarzynowa

Dobro narodowe, czyli sałatka jarzynowa

image_pdfimage_print

Iza_kucharz

Przypuszczam, że w niewielu polskich domach na okoliczność Wielkanocy nie ma sałatki jarzynowej. Takiej naszej polskiej, tradycyjnej. Takiej, bez której nie ma świąt.

Oczywiście ile gospodyń, tyle przepisów. Chyba można iść o zakład, że jak Polska długa i szeroka, nie ma dwóch identycznych sałatek jarzynowych, a każdy uważa swój przepis za jedynie słuszny :)

W tym roku wraz z Jagną postanowiłyśmy podzielić się z Wami naszymi recepturami, które odziedziczyłyśmy po naszych przodkach.

Każdego roku, niezmiennie robię jej za dużo i za każdym razem sobie obiecuję, że na następne święta zrobię mniej. Niestety, to na nic. Zawsze wychodzi mi mała miednica 😀

produkty

Składniki „na oko” i wg uznania:

– ugotowane: marchew, pietruszka i seler

– ogórki kiszone

– obrane jabłka odmiany szara reneta

– jajka na twardo

– cebula

– majonez kielecki

– musztarda sarepska

– sól i pieprz

Sprzęt:

– ostry nóż

– blender ze zbiornikiem

– sitko z drucikami

– tłuczek do ziemniaków

kolaz

No i teraz trzeba to wszystko posiekać. Najlepiej w kostkę, ale że ja należę do grona tych, którzy lubią sobie życie ułatwiać, uznałam że podzielę się z Wami moimi sposobami na to, by nie kwitnąć godzinami przy siekaniu sałatki.

Warzywa gotowane tnę w kostkę przy pomocy siteczka z drucikami. Składniki twarde czyli jabłka, cebulę oraz ogórki rozdrabniam w blenderze, uważając by nie zmielić ich zbyt drobno, a jajka na twardo traktuję tłuczkiem do ziemniaków. Rozdrobnioną cebulę przelewam dodatkowo lodowatą wodą, by straciła na ostrości.

I gotowe. Miednica sałatki w godzinę 😀

Teraz już wystarczy dodać dowolną ilość majonezu, musztardy i doprawić do smaku. Zwykle doprawiam 3-4 razy, za każdym razem mieszając zawartość mojej wielkiej michy. Pycha!

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

final

 

Jagna_kucharz

Obawiam się, że ten przepis będzie kryptoreklamą paru produktów :) Moja sałatka jarzynowa to przede wszystkim „majonez kielecki”. Tylko ten jedyny i kropka. Znaczenie ma również gatunek groszku i ogórków, ale o tym poczytacie niżej, w spisie składników. W przeciwieństwie do Izy, ja siekam wszystko tradycyjnie. Jedynie żółtka jajek kruszę w palcach. Chociaż i tak uznaję patent Izy z tłuczkiem za genialny 😀

Znacznie krótsza jest u mnie lista składników i nie znajdziecie jabłek, ogórków kiszonych czy musztardy. To niesamowite, że w sumie tak prosta potrawa, jak sałatka jarzynowa może mieć aż tyle wariantów. Nigdy w życiu nie jadłam dwóch takich samych, ale przeważnie mi smakują wszystkie. Z wyjątkiem tych z warzywami z rosołu. Tej nie ruszę 😀

A i jeszcze z kukurydzą. Nie i już 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki (na oko, proporcje widać na zdjęciu)

– marchewki

– pietruszki

– kawałek selera

– ogórki konserwowe (tylko od „Urbanka” bo nie są słodkie)

– extra drobny groszek „Bonduelle”

– gotowane jaja

– sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak widzicie moja sałatka wielu składników nie ma, ale właśnie taka nam smakuje. Warzyw nie rozgotowuję. Muszą być jędrne, choć oczywiście miękkie. Wszystkie składniki siekam bardzo drobno. Majonezu sporo. I pieprzu też. Lubię, gdy sałatka ma wyraźny smak. I to właściwie tyle :)

Wesołych Świąt i smacznej sałatki!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiełbasa pieczona w piwie

Kiełbasa pieczona w piwie

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Biała kiełbasa jest obowiązkowym elementem Świąt Wielkanocnych. Przeważnie jest gwiazdą żurku, ale upieczona w piwie również smakuje świetnie. Można ją podać jako osobne, ciepłe danie, ale można również zaserwować jako dodatek właśnie do żuru :)

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Składniki:

8 – 10 białych surowych kiełbasek dobrej jakości

1 – 2 średnie cebule

1 butelka jasnego piwa

Pół łyżeczki majeranku

Szczypta pieprzu ziołowego

Sól i pieprz

Opcjonalnie: szczypta wędzonej soli, którą kupicie w sklepie Swojski Wyrób.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Przepis jest banalny :)

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.

Cebulę siekamy, przekładamy na patelnię, posypujemy majerankiem, pieprzem ziołowym. Dosmaczamy solą i pieprzem a potem podsmażamy na odrobinie tłuszczu aż się zrumieni.

W naczyniu żaroodpornym układamy kiełbaski i przykrywamy je cebulą. Zalewamy piwem do ¾ wysokości kiełbas. Posypujemy szczyptą soli wędzonej i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy około godziny. Jeśli w międzyczasie odparuje nam za dużo piwa to można nieco dolać, ale nie jest to konieczne.

I to właściwie tyle :) Smacznego!

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polewka jurajska

Polewka jurajska

image_pdfimage_print

final1

Bywając lata temu w okolicach Zawiercia natrafiłam w restauracji na polewkę jurajską. Niebo w gębie, to mało powiedziane, zatem zainteresował mnie przepis. Kucharz oczywiście pary z gęby nie puścił, ale od czego ma się znajomych w różnych regionach Polski? Internetu wtedy jeszcze nie miałam, zatem zaczęłam eksperymentować. Raz zrobiono mnie w konia i mi powiedziano, że ta polewka to beszamel z ziemniakami!

No, dałam się nabrać, nie powiem :D, ale nadal uparcie dążyłam do poznania tajników przyrządzania tej bajecznej zupy, choć właściwie to bardziej danie jednogarnkowe niż zupa.

W końcu mi się udało, więc zapraszam na polewkę!

produkty-crop

Składniki:

– bulion ½ litra

– maślanka 1 kg (w temp. pokojowej)

– 1 posiekana i podsmażona na złoto cebula

– szklanka skwarków lub podsmażonego boczku

– ½ szklanki posiekanej zieleniny (szczypior, koperek, natka pietruszki)

– 3 łyżki śmietany

– 2 łyżki mąki

– sól, pieprz

– 5 średnich ziemniaków

kolaz1

Od początku myślałam, że to okropnie skomplikowane, ale wcale nie. Wprawdzie wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, żeby dodawać maślankę do zupy, a to właśnie w niej tkwi cały sekret. Testowałam różne marki, w sumie smakowały mi wszystkie, ale moja rodzina twierdzi, że najlepiej w tym przepisie sprawdza się mrągowska. Gdzieś czytałam, że w zamian można dodać zsiadłe mleko lub kefir, ale póki co, hołdując zasadzie, że lepsze jest wrogiem dobrego, na wszelki wypadek pozostałam przy maślance.

A zatem do roboty 😀

Na początek, w osolonej wodzie gotujemy ziemniaki. Odpalamy także palnik pod bulionem i dodajemy połowę podsmażonego boczku oraz cebulę. Następnie, zanim całość się zagotuje, mieszając energicznie trzepaczką, wlewamy maślankę. Jeśli dodamy ją do wrzątku może się zwarzyć. Na wszelki wypadek cały czas mieszamy. Gdy całość się zagrzeje, blendujemy zawartość garnka. Dodajemy do smaku soli i pieprzu.

Właściwie na tym etapie można by poprzestać, bo zupa już jest pyszna. W smaku przypomina ruskie pierogi, ale jeśli wolicie bardziej gęstą, dodajemy mąkę rozkłóconą ze śmietaną i gotujemy jeszcze przez chwilę.

No i gotowe!

Teraz wystarczy przy brzegu głębokiego talerza uformować „wysepkę” z utłuczonych ziemniaków, posypać ją resztą boczku i nalać polewkę. Następnie całość posypać zieleninką i zjeść.

Smacznego!

final 2-crop

Złe miłego początki

Złe miłego początki

image_pdfimage_print

Trauma z dzieciństwa to nie są przelewki :)

Tu należy zaznaczyć, że za dzieciaka byłam patentowanym niejadkiem i do pewnego momentu mogłam żyć powietrzem i wodą. A że w tamtych czasach się nie wybrzydzało, to namiętnie wtykano we mnie treściwy rosołek, żeby było pożywnie i zdrowo. Płyn jeszcze jakoś mi wchodził, ale makaron już nie. Do dziś mam przed oczami te blade nitki na dnie talerza albo – nie daj Bóg- makaron robiony w domu!

Drugim kulinarnym kwiatkiem była zupa owocowa autorstwa mojej babci. Na przykład z wiśni, taka różowa, zabielana. Oczywiście z domowym makaronem. Boże, co to był za koszmar! Nie zliczę ile razy roniłam łzy do talerza, ale babcia znad morza miała działkę i nie było opcji, żeby mi tą zupą nie zepsuła każdych wakacji.  Doszło do tego, że gdy poznałam mojego obecnego męża i dowiedziałam się, że jego mama także ma działkę, zupełnie poważnie rozważałam dalszą kontynuację naszego związku w kontekście nadprodukcji śliwek, wiśni czy ogórków.

No, ale do rzeczy :)

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy wypadało poznać, tę kolejną,  jawiącą mi się niczym jędza z zaświatów, działkowiczkę. Tym razem mogło być gorzej, bo lokalnie, a i nowy związek mógł przez to ucierpieć, zatem zebrałam się w sobie i z duszą na ramieniu pomaszerowałam do potencjalnych przyszłych teściów na proszony niedzielny obiad zapoznawczy.

Odstrzeliłam się w najlepszą kieckę i założyłam najwyższe szpilki.

Teść na tę okoliczność przywdział garnitur, teściowa paradną garsonkę. Na stole wylądował Rosenthal, który ponoć z nikłym jedynie uszczerbkiem przetrwał dwie wojny światowe. Pełny pion. Gadka-szmatka i tak dalej.

Żywcem mnie nie zżarli, zatem odetchnęłam, ale tylko na moment.

Na stół wjechała kalafiorowa. Oczywiście, niczym szarak czujnie zastrzygłam uszami na info, że to kalafiorek z działki pracowniczej i że tam ładnie, i że przy plewieniu można się ładnie opalić 😀 Jeszcze czego!

Normalnie pewnie bym wypaliła coś w tym temacie, ale w tamtej chwili coś innego przykuło moją uwagę. Otóż zauważyłam, że w moim talerzu pływa sobie robak. Taki klasyczny biały tłuścioch z czarną główką…

Cholera! Co robić? Przecież go nie zjem, pomyślałam. Głupio było tak centralnie powiedzieć, że mi robak się tapla w kalafiorowej, więc go odsunęłam na brzeg talerza, i pewnie na tym by się skończyło, gdyby ten koleś nie wylądował w moim talerzu wraz z połową swojej licznej rodziny! Odsunąć na brzeg jednego białego tłuściocha, to pikuś, ale piętnaście?!

Wszyscy już zjedli, a ja nadal kwitłam nad talerzem i nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać 😀 Na szczęście mój narzeczony zainteresował się dlaczego nie jem.

No i się rypło!

Teściowa cała w pąsach, teść załamany, mąż ubawiony, a ja z myślami oscylującymi w klimatach czarnej polewki.

Nie wiedząc co robić, postanowiłam jakoś pomóc, zatem po drugim, gdzie już na wszelki wypadek wolałam za bardzo nie przyglądać się surówce, zebrałam talerze ze stołu…

Ja nie wiem, kim był ktoś, kto wynalazł tak zwany „chodniczek”, czyli długi, cienki i nieustannie zwijający się dywanik. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby się w niego nie zaplątać. Tak też było i tamtym razem, kiedy biorąc wiraż w przedpokoju pomiędzy salonem a kuchnią, tak mi się to badziewie zaplątało w obcasy, że lotem koszącym wpadłam do kuchni.

No i reszta przedwojennego Rosenthala poszła wpizdu!

 

Byłam pewna, że to koniec wzajemnej integracji, ale, o dziwo, w następny weekend moja przyszła teściowa postanowiła się zrehabilitować za ten robaczywy kalafior i ponownie mnie zaprosiła. Na wszelki wypadek postanowiłam już nie pomagać przy sprzątaniu ze stołu, no i założyłam buty na płaskim.

 

Przeżyłam deja vu :) Wprawdzie tym razem na stół wjechał arcoroc, ale znów pojawiła się gadka o tej przeklętej działce. Że tym razem warzywa korzenne w zupie jarzynowej już z pewnością nie sprawią takiej niespodzianki, jak nieszczęsny kalafior. To fakt. W życiu nie widziałam robaka w marchewce, więc z ufnością zaatakowałam jarzynową, szczerze podziwiając matkę mojego wybranka, że tak idealnie wszystko pokroiła w kosteczkę.

I wiecie co? Ja chyba powinnam jadać z zamkniętymi oczami 😀 Już prawie kończyłam, jak coś mi kwadratowego mignęło na dnie talerza. Po kolejnych dwóch łyżkach przestałam jeść, w obawie, że uduszę się ze śmiechu.

Należy wiedzieć, że po wcześniejszej wpadce wszyscy przyglądali mi się bacznie, zatem, gdy tylko zastygłam z łyżką nad talerzem i wlepiłam wzrok w zupę, od razu się zainteresowali.

Nie wytrzymałam.

Na dnie mojego talerza pływała sobie papierowa etykietka z napisem:

Hortex mrożona mieszanka warzywna 😀

 

 

 

Wyobraźnia to przekleństwo

Wyobraźnia to przekleństwo

image_pdfimage_print

Tyle się gada o rozwijaniu wyobraźni u dzieci a nikt nie raczy powiedzieć, czy są jakieś metody by tę cholerę wyobraźnię jakoś okiełznać. Stoję sobie na przykład w sklepie, wybieram cytryny a tu pyk i w głowie napisał się mi się horror o kierowcy TiR-a, który jeździ po Europie, morduje kogo popadnie a ciała składuje za skrzynkami cytryn. Albo idę sobie przez park, wcale nie musi być ciemno, ale i tak za każdym krzakiem czai się zombie albo inny popapraniec z morderczymi zamiarami. Uwierzcie mi, książkę można napisać na podstawie absolutnie każdej życiowej czynności. Nie wierzycie? No to proszę bardzo 😀

Za każdym razem, gdy nad głową przelatuje mi samolot, to na bank został uprowadzony a na pokładzie zawsze trwa szarpanina pomiędzy pilotem i terrorystami. W efekcie samolot za chwilę spadnie mi na łeb. Znaczy trzeba się mieć na baczności 😀

Jak często chodzicie do Ikei? Pewnie raz na jakiś czas wpadacie. Ja nawet lubię, ale przed południem, gdy tłumów nie ma. I za każdym razem zwiedzam te fejkowe mieszkanka. I nieważne, że prawie zawsze wyglądają tak samo, bo aranżacje zmieniają raczej opieszale. Nie szukam oczywiście inspiracji do chaty. O nie 😀 Na wypadek apokalipsy obczajam najlepsze mieszkanko, które zajmę, gdy klienci uwięzieni w sklepie (na zewnątrz szaleje straszny żywioł albo inna katastrofa ogólnoświatowa) zaczną tworzyć własne postapokaliptyczne społeczeństwo a miarą statusu będzie zajmowany metraż. Lepsze sztuczne mieszkanie niż sofa z promocji, co nie? Bliskość stołówy z klopsikami oczywiście ma strategiczne znaczenie. Po cichu kalkuluję, który dział najbardziej opłaca mi się przejąć. Akcesoria kuchenne? Ma sens, bo przecież noże z serii 365+ to doskonała broń biała w czasie zawieruchy. Ale z drugiej strony dział tkanin, kołder, pościeli i narzut byłby na topie podczas zimy nuklearnej. Prąd padnie, więc dział ze świeczkami też jest całkiem sensowny do zaanektowania. Tyle opcji? Co wybrać? Snuję się po tej cholernej Ikei i oczywiście zaangażowana w priorytetową sprawę przetrwania, zapominam kupić to, po co przyjechałam. Ale o klopsikach pamiętam. W końcu jak wkraczać w apokalipsę to lepiej z pełnym żołądkiem 😀

Większość matek ma problem z zostawieniem dziecięcia po raz pierwszy w przedszkolu. W sumie naturalna sprawa i zrozumiały stres. W końcu po trzech latach, podczas których dzieciak non stop na nich wisiał, można się poczuć nieco łyso. Ja odprowadziłam, wróciłam do domu i przez kolejne kilka godzin napisałam w głowie kryminał z porwaniem dziecięcia w roli głównej. Przedszkole zaatakowali podli ludzie, załatwili personel gazem usypiającym a potem powiązali dzieci w fachowe snopki i wywieźli w siną dal w celu odsprzedania organów na czarnym rynku. Tak się wkręciłam, że dyrektorkę zrobiłam zbrodniczym mózgiem zamachu i nigdy nie zdołałam jej polubić 😉

A teraz pewnie zapytacie, kiedy mi się to wszystko zaczęło i ile lat miałam, jak upadłam na główkę 😀

Otóż problem polega na tym, że mam to absolutnie od zawsze. Odkąd sięgnę pamięcią to wymyślałam jakieś totalne głupoty i zamiast jak każde inne, normalne dziecko bawić się z pełnym zaangażowaniem, na przykład w chowanego, to właziłam do przysłowiowej szafy i wyobrażałam sobie przejście do bajkowego świata. Przysięgam, że kotłowało mi się to w głowie, zanim przeczytałam o Narni 😀

Albo chomik. O z chomikiem to miałam grubszy temat. Dostałam go w prezencie od Mikołaja. Siedział w akwarium, miał domek i dopóki kot go nie niepokoił to zajmował się swoimi chomikowymi sprawami. Siadywałam wówczas przed szybą i przykładając palce do skroni próbowałam gryzoniowi wydawać polecenia za pomocą myśli 😀 Rozkazy były dość oczywiste: „Idź do michy”, „wejdź do domku” albo „zakop się w trocinach”. Niewielka ilość wariantów sprawiała, że tak w 1/3 polecenia generowane siłą mojego umysłu doskonale się sprawdzały. Uznałam, że mój mózg potrafi wiele. Ale potrzebowałam potwierdzenia. Usiadłam więc na parapecie po turecku i nakazałam drzewom, żeby zaczęły poruszać listkami. Fakt, że wiał dość solidny wiatr zupełnie nie zmącił mojego wyobrażenia o potędze ludzkiego umysłu 😀

I jeszcze te nieszczęsne sny. Od dziecka mam tak, że prawie co noc śnią mi się nieomal gotowe scenariusze. Czasem horror, czasem kryminał, czasem zwyczajne sceny zagłady świata. Bywa, że nad moją głową przelatuje śnieżnobiała, wręcz lśniąca w słońcu głowica nuklearna a czasem ot tak siedzę w pociągu, który jedzie donikąd a obok mnie siedzi Han Solo. Uśmiecha się sympatycznie, po czym wypycha przez okno bogu ducha winną dziewuszkę a chłopakowi, który rzuca się jej na pomoc wbija w oko śrubokręt. Pociąg hamuje a odgłos do złudzenia przypomina ryk Chewbaki 😀

Nie będzie więc dużym zaskoczeniem, gdy napiszę, że SeeIT też mi się przyśniło. Wstałam rano z gotowym pomysłem i po prostu usiadłam i zaczęłam pisać. Banalne, ale tak właśnie było 😀

A dzisiaj jest premiera mojego snu. Zadziwiające, prawda? Oddaję Wam tę opowieść z nadzieją, że się Wam spodoba. W pewnym sensie nawet nie skłamię pisząc: połóżcie główki na mojej poduszce :)