Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

image_pdfimage_print

Dzisiaj witamy w naszych skromnych, kuchennych progach Grzegorza Zabiegłego, który krok po kroku wyjaśni Wam jak w domowych warunkach wykonać wędlinę dojrzewającą. Do dzieła Grzesiu :)

Grzegorz Zabiegły, oddany mąż Ani i ojciec dwójki cudownych dzieciaków. Zawodowo zajmuje się produkcją nietuzinkowych saun. Z zamiłowaniem oddaje się ogrodnictwu i produkcji wędlin. Aktywnie uczestniczy w tworzeniu forum Wędzenie domowe  i moderuje prężnie rozwijającą się grupę Wędzenie z pasją, której członkowie dzielą się swoimi sekretami dotyczącymi domowego wyrobu pachnących dymem wędlin. Mniam :)

kolaż grzesiek

Polędwica dojrzewająca

Składniki:

– polędwica wieprzowa

– peklosól 25 g / 1 kg

– cukier – 2g / 1 kg

– kolendra cała

– czosnek świeży

– bazylia suszona

– kultury bakterii

kolaż1

Przygotowanie:

Z polędwicy odkrawamy mizdrę i warkocz. Wycinamy błony. Mieszamy peklosól z cukrem i dokładnie nacieramy mięso. Nakłuwamy patyczkiem do szaszłyków i wkładamy do szklanego naczynia. Przez 7 dni trzymamy w lodówce. Codziennie odwracamy mięso i masujemy. Nie odlewamy soków (mięso je w procesie peklowania wchłonie). Po 7 dniach nacieramy mięso przyprawami. Dajemy je według uznania, w zależności co lubimy. Ja użyłem przypraw podanych wyżej. Dodatkowo posmarowałem mięso kulturami bakterii. Tak przygotowane mięso wkładamy w pończochę lub specjalną siatkę. Wieszamy w pończosze w temperaturze pokojowej na 2-3 dni. Po tym czasie przenosimy mięso do miejsca, w którym mamy temperaturę 10-12 stopni i dużą wilgotność. Możemy je powiesić w kartonie, a na spód włożyć miskę z wodą. Po 30 dniach polędwica jest gotowa.

final

 

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

image_pdfimage_print

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Martyna 9

Martyna 9

image_pdfimage_print

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

image_pdfimage_print

Witajcie!

Dzisiaj przedstawiamy Wam Zuzannę Arczyńską. Witamy ją serdecznie i zapraszamy do garów :)

Zuzanna Arczyńska  – prywatnie pozytywnie zakręcona kura domowa z aspiracjami, by zostać pisarką. Autorka powieści „Jak spadek” wydanej w marcu 2015. Laureatka trzeciej nagrody V edycji konkursu Literacki Debiut Roku Novae Res za powieść „Foka”. Autorka bloga „W sieci słów”.   

kolaz info

Nie jestem fachowcem od gotowania, ale podobno często udaje mi się zrobić coś z niczego. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tego akurat nauczyłam się od najlepszych (których pozdrawiam). Dawno temu, jeszcze nim pojawiły się moje dzieci przydarzyła się w moim życiu siedmioletnia przygoda z wegetarianizmem. Taki epizodzik :) Zostało mi po niej kilka wspomnień i parę wyjątkowo ciekawych przepisów. Są cenne, bo łączą w sobie trzy cechy:

  1. Są tanie
  2. Są zdrowe (no, może ten bez przesady, bo smażony)
  3. Są wyjątkowo łatwe w przygotowaniu.

Pomyślcie, ile kosztuje kilogram mielonego? A ile będzie kosztowała półkilowa torebka płatków owsianych?  Tak na marginesie ilość kotletów z jednego i drugiego produktu jest porównywalna :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do przygotowania kotletów z płatków owsianych potrzebujemy niewielu produktów i żadnych specjalnych umiejętności, a przepis jest bardzo łatwy do zapamiętania.

Potrzebujecie taką samą ilość wody, mleka i płatków. Ja zwykle robię je z trzech szklanek.

3 szklanki wody i 3 szklanki mleka wymieszajcie i zagotujcie z dużą szczyptą soli. Do gotującego się płynu wsypcie 3 szklanki płatków i gotujcie przez 2 minuty. Potem wylejcie zawartość na durszlak, (ja robię to nad garnkiem, bo to nie prawda, że koty nie piją mleka, mój pije nawet takie z wodą i solą :)).

W czasie, gdy wasz zamiennik mięsa będzie sobie stygnął, zajmijcie się zmontowaniem ulubionej surówki, bo co to za obiad – same kotlety :) Warto też pokroić wtedy cebulkę do kotletów, no, chyba, że mielicie ją, by ukryć przed dziećmi. Pamiętajcie, to nie jest przepis dla tych, co się spieszą. Płatki muszą ostygnąć, a wbicie jajek do gorącej masy to zły pomysł, białko błyskawicznie by się ścięło i nie związałoby ciasta jak trzeba.

kolaz1

Kiedy wasze płatki przestygną potraktujcie je tak, jakby to było mielone. Wbijcie jajka, maksymalnie dwa, jeśli są małe. Przyprawcie sobie ten farsz dokładnie tak, jak lubicie. Może być odrobina Vegety, czosnek czy maggi, a jeśli słabo sobie radzicie z przyprawami kupcie gotowy zestaw typu: „Mielone. Pomysł na”. Kiedy wymieszacie z ciastem swoje ulubione smaki pozostaje już tylko uformować kotlety, obtoczyć je w bułce tartej (już nie dodawajcie jej do ciasta) i usmażyć na piękny kolor, chciałoby się napisać złoty, ale znacznie lepiej smakują mocniej wypieczone. Doskonale smakują z sosem pieczarkowym :)

Teraz jeszcze podpowiedź na wypadek niezapowiedzianych gości. Kotletów mielonych z mięsa będzie więcej, kiedy zamiast bułki tartej moczonej w mleku dodamy do mięsa właśnie płatków owsianych zaparzonych w wodzie z mlekiem. Nie sądzę, by ktokolwiek zauważył różnicę.

A kiedy już szybki obiadek będziecie mieć gotowy, podarujcie sobie odrobinę wytchnienia. Wszystkim, którzy jeszcze nie znają polecam porterówkę. Nie lubicie portera? Ja też nie! W tej wersji jest nieziemski. To jedyne ciemne piwo, które przyswajam.

Potrzebujecie zagrzać butelkę piwa porter i do ciepłego wsypać pół szklanki cukru i cukier waniliowy. Kiedy się rozpuści, nie ma co grzać go dalej. Wyłączcie, wlejcie szklankę spirytusu i rozlejcie płyn do butelek. Po ostudzeniu nadaje się do picia w wielu wersjach. Dla tych co lubią szoty – bez popijania, dla tych co cedzą z lodem jak drinka i dla delikatnych podniebień pół na pół z mlekiem. Każdy znajdzie swoją wersję. Pysznego!

kolaz final

A na deser po kotletach szef kuchni proponuje fragment powieści Zuzanny :)

***

            Zaspali! wszyscy zaspali! Co prawda, Kalinowska jeszcze nie przyjechała do pracy, ale Kuba i Anka nie byli ubrani ani spakowani, a czas leciał. Michał obudził Bastka telefonem pytając, czy nie zawiózłby ich do szkół, bo na pieszo spóźnią się na bank. Szybko pocałował żonę z zagłębienie obok obojczyka, wiedząc już, że to lubi i naciągnął na siebie dresy. Gdy wyszedł z domu dzieci już stały z plecakami. Kuba narzekał, że jest głodny, nie wypił herbaty i był rozczochrany. Nie znalazł też czapki. Ania bez szalika z gołą szyją i ropą w oczach też nie prezentowała się świetnie. Michał usiadł z przodu, dzieci z tyłu. Podał chłopakowi portfel i kazał wyjąć kartę. Podjechał pod bankomat na WBK i podając pin kazał mu wypłacić trzydzieści złotych. Młody po chwili był z powrotem. Dał im po dyszce na śniadanie. Wiedział, że nie kupią herbaty, przynajmniej nie maluchy. W szkole Michała chyba był bufet, bo chłopak wołał od Magdy o kasę na kawę, ale czuł, że to jego wina, że zaspali. Gdy Michu spytał dlaczego wybrał ten bankomat odpowiedział, że tylko ten w całym mieście wypłaca banknoty o nominale dziesięciu złotych.

Gdy odwiózł dzieci i wracał kupił ciepłe bułeczki, a gdy dotarł do domu, jego sekretarka i jego żona rozmawiały w kuchni pijąc kawę. Ogłosił, że jest zajęty robieniem śniadania i pozwolił Kalinowskiej szkolić Magdę, która co rusz robiła wielkie oczy, ale w lot łapała, o co chodzi. W końcu wziął prysznic, przebrał się w ciuchy do pracy i zaprosił panie na bułeczki. Przerwa pozwoliła mu pogadać z żoną i zapytać, czy praca jej się podoba i pokazać sekretarce, że dogadał się z żoną. Panie ćwierkały sobie jak koleżanki, a on po raz pierwszy od czasu powrotu czuł, że może skupić się na pracy. I choć robiło mu się cieplej na myśl o pięknej żonie, nie był cały czas spięty. Pracował efektywnie i był zadowolony. Po trzynastej pojechał po dzieci, bo pamiętał, że są byle jak ubrane, a potem, gdy one odrabiały lekcje podsłuchiwał, czego uczy się Magda. W pół do trzeciej wygoniła dzieci do domu każąc im zagrzać obiad, a sama dokończyła poprzednie zajęcie. Nie było łatwo, ale miała jeszcze dwa dni i bardzo dobra nauczycielkę.

Po obiedzie pojechali poszukać sobie mebli do sypialni. Wiedzieli już, czego chcą a czego nie. Zakup czegokolwiek na miejscu okazał się nie do wykonania w tak krótkim czasie. Każdy kolejny sklep miał coraz to dalsze terminy dowozu mebli. Chcieli zamówienia i zaliczki, a potem co najmniej siedmiu, lub dziesięciu dni na dostawę. Wrócili do domu, kupili meble w Internecie i choć wiedzieli, że będzie trzeba je skręcić samodzielnie, firma gwarantowała, że dowiozą je w sobotę przed dwunastą. Potem wybierali kolor ścian. Bastek chciał jasny popiel, ale Magda miała skojarzenie z poczekalnią u dentysty, więc odpuścił. W końcu oboje przystali na jasnomiętową zieleń. Zdecydowali, że będzie dobrze pasował do mebli. Kupili sobie pościel, kilka zmian poszew i parę prześcieradeł. Zamówili też gotowe zasłony i miękką ciemnokremową wykładzinę. Wszystko w Internecie. Magda żartowała, że bawią się w dom, ale to naprawdę była dla nich dobra wspólna zabawa.

Im bliżej było do piątku, tym bardziej denerwowała się wyjazdem do szkoły. Co wieczór chętnie wracała do łóżka swego męża i z pasją oddawała się tajnikom miłości, a o szanował to, jak daleko chce się posunąć. Sebastian delektował się bliskością żony a co rano, już bez pośpiechu, odwoził dzieci do szkoły. Michał niecierpliwie czekał na weekend, bo ruszał jego kurs, a Magda coraz bardziej nie chciała rozstawać się z mężem.

Czwartek minął jak z bicza strzelił. Kazek z braćmi przyszli wieczorem wynieść stare meble z sypialni, usunęli też wykładzinę i podszykowali sobie pomieszczenie do remontu. Anka od razu weszła ostro w negocjacje, obiecała chłopakom pizzę, jeśli dodatkowo pomogą Michałowi i Bastkowi poskręcać zamówione meble. Bracia Kazka próbowali żartować z talentów kulinarnych dziesięciolatki, ale on wyprowadził ich z błędu mówiąc, że tak dobrej pizzy jeszcze nie jedli i zgłaszając się na ochotnika do pomocy.

W piątek wszystko ruszyło od rana pełna parą. Bastek próbował się na coś przydać, ale musiał odwieść malców do szkoły. Gdy poprosił o pomoc Magdę, stanowczo odmówiła. Co z tego, że na jego prośbę pięć lat temu zrobiła kurs na prawo jazdy, skoro ani razu od czasu egzaminu nie miała okazji prowadzić samochodu? Nie była nawet niedzielnym kierowcą. Musiał jechać sam. Praca go nie ciekawiła, bo przeżywał postępy w remoncie. Za to wymknął się do kwiaciarni i pięknym bukietem podziękował sekretarce za wspólne lata ciężkiej pracy. Kalinowska była wzruszona. W jej aucie w bagażniku leżała torba Magdy, która wcale nie miała ochoty na samotny weekend w Gorzowie, ale na remont też nie miała chęci. Musiała jechać do szkoły. Dziś obiad odgrzała w kuchni Sebastiana, a potem pożegnała swojego męża pocałunkiem i pojechały z sekretarką do Gorzowa.

 

Wieczorem z kursu na prawo jazdy wrócił Michał. Przyszedł do szwagra z czteropakiem piwa. Usiadł i milczał. Obaj otworzyli swoje puszki. Pili. Bastek włączył radio, w Trójce leciała lista.

– Jak było?

– Jak to na szkoleniu, dziś znaki, pranie mózgu, nic nowego.

– Ale wszystko ok? Bo jakiś nieswój jesteś.

– W porządku, fajną dupcię poznałem, wiesz i rwę ją na najlepsze teksty i dupa blada, jakby mnie nie było. Leje na mnie i tyle. Cholera jasna!

– To ci się jeszcze nie zdarzyło, co? – Sebastian uśmiechał się serdecznie. – Trafiła kosa na kamień?

– Fakt.

– Co jest w niej szczególnego?

– Bo ja wiem? Oczy ma wielkie i takie szare, że prawie przezroczyste i jak popatrzy, to jakbyś się miał utopić. Taka… trochę chłopczyca, bo wystrzyżona. I drobniutka jest, wiesz kurczątko, jak nastolatki, ale wszystko ma na miejscu. Dla takiej rzuciłbym palenie…

– Palisz?

– No, co ty! Rzuciłbym, gdybym palił – Sebastian  znów roześmiał się głośno.

– A jak się nazywa?

– Cholera wie, Kicia ją wołają.

– A, Kicia! To mów, że o nią chodzi.

– Znasz ją? – Michał nagle bardzo się ożywił. – Skąd ją znasz?

– No nie znam, ale jak prosiłem Berta o najlepszego instruktora dla ciebie, powiedział, że na miejscu będziesz jeździł z Kicią, jego siostrzenicą, a w Gorzowie, to się zobaczy. Ponoć Kicia wymiata na motorze. Młody, ona na pewno ma ze dwadzieścia jeden lat, inaczej nie mogłaby być instruktorem, wiesz? – Michał pokiwał głową. – Trochę jest za stara dla ciebie. Chyba ma Kinga na imię.

– Kinga? Może być. Myślałem, że też się uczy. Ona nauczy mnie jeździć? Fajnie, może ja też ją czegoś nauczę – podniósł dwuznacznie brwi.

– A to już zależy od tego, czy ona się zadaje ze szczeniakami.

– Jeszcze się taka nie znalazła, co by nie chciała spróbować – Młody był bardzo pewny siebie. – Spokojna twoja rozczochrana. Brzęczy coś, to twój?

– Magdzia dzwoni. Odbiorę.

– Już się stęskniła? Starasz się, co?

– Zamknij się, co? Magdzia, nowinę mam… nie, nie remont… ale wszystko dobrze… hej, zaufaj mi…no padniesz!… Michał… Nie, nie wywalili go, ale wygląda i gada jakby się zakochał. Oj, serio… Nikt nie jest uodporniony, nawet on… Wkurzył się i poszedł, nawet piwa nie zabrał. A skąd! Panna go spławiła. No… starsza jest… banał, ze trzy lata. Nie w moim typie. Ty jesteś w moim typie, tak, tylko ty i kocham cię, wiesz? … Kawa? Magda, nie za późno na kawę? Poszukaj, gdzieś musi być. Może w kredensie? … No, nie mam typowego kredensu przecież wiem, tak się tylko mówi… w tej szafce bliżej czajnika, nie ma? A w szufladzie? Tylko herbata? Wiem. A sprawdź w tej puszce, która jest za pojemnikiem z cukrem. Masz? No to bingo. Wszystko dobrze… Ania biznes kręci. No, obiecała Kazkowi pizzę, jeśli pomoże skręcić meble. Nie wiem, co ona z tego ma, ale podziw na pewno i chyba chce rolki… jak to skąd wiem? Słyszę o czym dzieci rozmawiają. Jutro pogadamy, co? Zadzwonię. Ja też, yhm, i też tęsknię, moja cynamonowa księżniczko, tak pa.

Sięgnął po kolejną puszkę piwa i lekko pogłośnił radio. Tęsknił, ale był szczęśliwy. W sobotę postanowił odpocząć naprawdę. Nie wyszło. Za to w końcu był wyspany.

 

Kuba wpadł do Bastka jak wicher już na dole wrzeszcząc.

– Tato! Tato, meble są! Wstawaj, trzeba pomóc wypakować, bo ekipa Kazka zaciera szpachlowanie i nie mogą się ruszyć. Tak się kurzy, że wszyscy są biali i mówią, że jak wyjdą z pokoju, to przez tydzień będziemy mieć białe podłogi w całym domu i Magda nas zabije.

– Już idę synku, tylko dresy włożę. Wniesiemy wszystko do garażu i jutro skręcimy albo jeszcze dziś wieczorem.

– Do garażu? – chłopak zatrzymał się w drzwiach.

– Czemu cię to dziwi, przecież już zawaliliśmy hol starymi meblami, jak wniesiemy te nowe, to nie będzie jak się ruszyć – Kuba milczał, miał dziwny wyraz twarzy. – No, co jest Jakub?

– Tato, my nie korzystamy z garażu – nabrał powierza – ani ze strychu.

– Bo?

– No, ja nie wiem, chyba Magda tak chciała, zawsze tak było. Tam są jakieś pamiątki i takie tam.

– Rozumiem. Poradzimy sobie. Czy ty masz coś do garażu? Bo ja tam chciałem auto parkować?

– Nie chodzi o mnie, tylko o Magdę, chodź już – Bastek położył dłoń na ramieniu chłopaka i zatrzymał go, chciał koniecznie uspokoić jego emocje, załagodzić wewnętrzny konflikt.

– Dobra. Zrobimy tak. Ty i ja wniesiemy te meble do garażu. Potem je złożymy, a na koniec zajmiemy się strychem. Na moją odpowiedzialność. Ja to będę z Magdą wyjaśniał. – Trzasnął drzwiami i podszedł do ciężarówki, przywitał się z kurierem, który otworzył tył auta i poprosił Kubę, żeby od środka odblokował drzwi od garażu.

Z domu wyszedł Michał, zaciągnął zamek ocieplacza, spojrzał na otwierające się drzwi od garażu i zmarszczył brwi. Wziął za ramię Bastka na bok, przez chwilę mu się przyglądał. W końcu spytał:

– Wiesz, że wypuszczasz demony?

– Tak, to znaczy domyślam się. Kuba mi powiedział, że to tabu.

– Walcz jak chcesz, ale to obosieczna broń. Czasem przeszłość strasznie boli. Będziesz żałował, że zacząłeś od końca.

– Jeśli jutro będziesz miał pierwszą jazdę, porozmawiasz ze mną o tym?

– Nie, wybacz stary. Tym razem mógłbym stracić siostrę, a za bardzo ją kocham. Za dużo ryzykujesz. Ja nie gram va banque, jeśli nie jestem pewien. Ale dzięki za propozycje. Czy ty czasem nie za dużo możesz?

– Wiesz jak jest. Powiedziałem „A”, muszę brnąć dalej.

– Jak chcesz. Wnosimy?

– Wnosimy.

Garaż był pomieszczeniem pełnym wieloletniego kurzu i gratów. Kartony z rzeczami stały poukładane jeden na drugim w kącie. Były opisane pismem charakterystycznym dla mamy Sebastiana: garnitury, garsonki, sukienki, buty, koszule. Wszystko stało tu nietknięte przez te upływające lata. Udał, że nie widzi niepewnego wzroku Kuby i ustawiali kartony z meblami jeden, obok drugiego. Pracowali w ciszy. Kierowca pomagał, najwięcej uwagi poświęcili doskonale zapakowanym lustrzanym drzwiom szafy, marzeniu Magdy by mieć wielkie lustro a jednocześnie jakieś urzeczywistnienie fantazji o tym, by widzieć siebie, gdy się kochają. Niosąc je mężczyzna uśmiechał się do swoich myśli. Nie obawiał się konfrontacji z żoną. Ufał, że ich związek jest na tyle stabilny, że poradzą sobie ze wszystkim.

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

image_pdfimage_print

Beata Śniechowska „PYSZNE PORANKI”

Dziś po raz kolejny poproszono nas o ocenę książki kucharskiej. I po raz kolejny jest to książka zwyciężczyni MasterChefa!

Rzecz jasna, znów podeszłyśmy do tematu jak do jeża, w obawie, że w ślad za obecną modą na arcyskomplikowane slow food, również i tu będzie można się natknąć na aptekarskie receptury oraz składniki w stylu: ryba świeżo wyłowiona z arktycznej przerębli, wykopany o brzasku topinambur z Wysp Owczych, czy też powietrzne korzonki pnącza z dżungli amazońskiej albo jeszcze skądinąd. A jak do tego jeszcze dojdzie nam w roli autora kucharz-celebryta, to już na bank będzie kompletna kaplica :)

Byłyśmy pewne, że to kolejna pozycja o wycudowanych wariacjach połączeń, jeszcze bardzie wycudowanych składników, gdzie i po kilometrowych nazwach potraw nie idzie nawet domyślić się tego, co na koniec się zje. A żeby to zje. Dobrze jak człowiek dożyje, oczywiście po wcześniejszym polowaniu na produkty, które w naszej szerokości geograficznej występują przez jeden tydzień w roku albo i wcale.

O, na przykład takie sobie grzybki enoki, widział je ktoś?  Oczywiście świeże :) takie „prosto z krzaka”. Swego czasu widziałyśmy w telewizji masę programów o pichceniu, właśnie o tych grzybkach, a tu grzybków ni hu-hu, nawet suszonych. Bez sensu takie zawracanie głowy, więc jak zwykle nie spieszyłyśmy się z recenzją, zwłaszcza, że podobnie jak większość ludzkości, rano nie mamy czasu na gotowanie.

Ledwie się człowiek zmusi w tygodniu, żeby zwlec się z łóżka parę minut wcześniej, by przełknąć dwa łyki jogurtu i zdążyć na siłownię, a tu nam jakaś mądrala zaraz wyjedzie z przepisem na śniadanie, przy którym nie powinno w ogóle kłaść się spać. Rzecz jasna w imię idei, żeby rano rozpieścić domowników. Nieodczekanie!

I tu następuje tak zwane pełne zaskoczenie :)

Książka Beaty Śniechowskiej pt.: „Pyszne poranki” porywa od pierwszej strony.

Już wstępny rozdział skutecznie przyskrzynia czytelnika w fotelu.

Śniadania w 5 minut.

Wow! Choćby taki mus gryczany z owocami. Poezja…

Do tego wyraźnie i rozsądnie podzielone działy: na śniadania dla dzieci, dania z jajek, szybkie propozycje typu fit oraz nieco bardziej skomplikowana alternatywa na weekendowe, leniwe celebrowanie śniadań.

Nasi milusińscy z całą pewnością pokochają zdrowe lody oraz owocowe kanapki. Każdemu z nas przyda się powtórka z lekcji o klasycznych omletach, a bajecznie prosty patent na koszyczki chlebowe z mozzarellą i tapenadą, rzuci na kolana niejedną zaprawioną w bojach panią domu.  Oczywiście czasem autorka lubi sobie poszaleć używając do przepisów karobu, świeżych pokrzyw i krewetek, ale nadal nie będzie to nic, co mogłoby kogokolwiek przerazić. Duży plus za przemyślane i sprawdzone w praktyce – śniadania na wynos. Pożywna sałatka czy też wieloziarnista tortilla świetnie spełnią swoje zadanie w podróży, w szkole lub w biurze.

A to wszystko podane w nieskomplikowanych przepisach, przy wykorzystaniu normalnych składników i opisane najprościej jak się tylko da. Wdzięcznym akcentem jest kilka słów od Beaty, które poprzedzają każdy przepis. Czytając czujemy, że swoje słowa kieruje do nas spełniona kobieta, mama czy też po prostu gospodyni taka jak my. Taka bliska i normalna. Jak nasza sąsiadka, która tylko trochę lepiej zna się na gotowaniu :)

Jeżeli można powiedzieć o książce kucharskiej, że jest wciągająca i ma to coś, to właśnie ta to ma. Na serio, trudno się oderwać. Sprawdźcie sami.

No i co?

No i mamy to! :)

Niewydumane, proste, szybkie i smaczne. Często zaskakujące. Pyszne. Naprawdę warto ruszyć się z łóżka tych kilka minut wcześniej, bo pomysły warte grzechu. A w soboty, to już będzie istna śniadaniowa rozpusta!

Jedyne, co w tej książce nie do końca zachwyca, to matowe, dość ciemne zdjęcia, na których piękne i apetyczne dania oraz ich urodziwa autorka wiele tracą. Jak wiadomo ludzie jedzą oczami, dlatego też stawiamy mały minus za fotki.

Generalnie jednak „Pyszne poranki” Beaty Śniechowskiej to książka na miarę zwycięzcy i niezależnie od wszystkiego, tego, jako Świeżo Napisane, będziemy się trzymać!

Mniam!

Pasztet z tuńczyka

Pasztet z tuńczyka

image_pdfimage_print

 

kuchnia_jagny2

Pasztet z tuńczyka jest smaczną alternatywą dla tradycyjnego pasztetu. I zapewne mniej kaloryczną. Do tego może stanowić całkiem niezłe źródło białka roślinnego, bo do jego wykonania potrzebujemy mnóstwo fasoli :)

A do tego wszystkiego jest po prostu smaczny i stanowi miłą odskocznię od mięcha 😀

Przygotujemy sobie dzisiaj dwie wersje pasztetu, czyli „smarowidło” oraz w wersji dla ambitnych – pasztet pieczony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista produktów:

– 3 puszki tuńczyka (najlepiej w oliwie z oliwek)

– 2 puszki białej fasoli

– 2 jaja

– 2 ząbki czosnku

– 1 średnia cebula

– cytryna

– sól i pieprz

– blaszka ok. 23×11 cm

– ogórek konserwowy (opcjonalnie do pasty)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No to zaczynamy.

Cebulę siekamy i smażymy na złoto na odrobinie oleju. Do blendera wrzucamy odsączoną fasolę, usmażoną cebulę i niespecjalnie starannie odsączonego tuńczyka. Blendujemy na gładką masę. Doprawiamy sokiem z cytryny, startym czosnkiem oraz solą z pieprzem. Właśnie otrzymaliśmy pastę tuńczykową. Odkładacie niewielką jej część do miseczki.  Możecie wzbogacić pokrojonym w drobną kostkę ogórkiem konserwowym. Oczywiście, jeśli chcecie mieć wyłącznie pastę, to produkcja kończy się właśnie w tej chwili i niczego do mniejszych miseczek odkładać nie musicie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ambitni, po zjedzeniu kanapeczki, przystępują do dalszego działania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oddzielamy żółtka od białek. Te pierwsze lądują w masie fasolowo-tuńczykowej a te drugie najpierw ubijamy na sztywną pianę i dopiero wtedy dokładamy.

Blaszkę smarujemy masłem, obsypujemy bułką tarta i przekładamy naszą masę. Pieczemy w temperaturze 170 stopni przez około godzinę. Po upieczeniu nie kombinujecie, tylko zostawcie pasztet do całkowitego ostygnięcia a potem na minimum godzinę do lodówki. Jak zaczniecie kroić wcześniej to się pokruszy.

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tfu z warzywami

Tfu z warzywami

image_pdfimage_print

kuchnia-izy

Kto z Was, choćby raz, na sam dźwięk słowa tofu nie pomyślał sobie „tfu”? No tak, pewnie większość tak pomyślała szczególnie, że naturalny smak sojowego sera z zasady nikomu zadka nie urywa, a mimo tego ten wyrób to fenomen na skalę światową! Pachnie jak nic, smakuje jak nic, wygląda nijako, a wszyscy go znają albo przynajmniej o nim słyszeli.  Niezły zawodnik, prawda? :)

Mnie zaintrygowało jednak coś innego. A mianowicie fakt, że tofu zachowuje się jak gąbka i doskonale chłonie inne smaki. Nie myślcie sobie, że było łatwo. Zrobiłam kilka podejść, ale zanim się zebrałam, by cokolwiek przedsięwziąć w kwestii tej lekko szarawej substancji, za każdym razem mijał jej termin przydatności do spożycia i lądowała w koszu. Ale w końcu się udało. Z lekkim przestrachem rozcięłam opakowanie i skosztowałam odrobinę z ostrożnością z jaką kosztowałabym cyjanek. No i nic. Zero smaku, niepodobne do niczego… czyli nie ma się czego bać, bo do czego byśmy tofu nie dodali to będzie dobre i nie popsuje nam smaku potrawy  :) tylko wchłonie okoliczne smaki. A do tego tofu jest lekkie, niskokaloryczne i zdrowe.

Na zachętę powiem Wam tylko tyle, że od czasu moich eksperymentów, na stałe zagościło w naszej kuchni, a moi domownicy często nie mają pojęcia, że jedzą tofu 😀

A zatem do roboty. Na pierwszy ogień polecam warzywa z tofu z piekarnika. Mniam!

produkty

Składniki:

– 1 opakowanie naturalnego tofu

– 1 mała cukinia

– 1 mały bakłażan

– 1 duży batat

– kilka łyżek mieszanki sosu sojowego i teriyaki (do zamarynowania tofu)

– 1 łyżka oliwy

– do smaku sól, pieprz, wędzona papryka w proszku (+ dowolne ulubione przyprawy)

kolaż1

 

Tofu kroimy w kostkę 1-1,5 cm i dokładnie obtaczamy w mieszance sosów. Nie trzeba mu wiele czasu, żeby je wchłonąć, więc nie musimy tej czynności wykonywać z wyprzedzeniem. Cukinię i batat obieram ze skóry, bakłażan zostawiam ze skórką. Warzywa kroję w grubą kostkę, doprawiam przyprawami i dodaję oliwę. Mieszam. Dorzucam tofu, a następnie wykładam wszystko na blachę, na papier do pieczenia i wstawiam do mocno rozgrzanego piekarnika mniej więcej na 15 minut. Ponieważ bataty pieką się najdłużej, więc to na nich sprawdzam, czy są już miękkie.

Wcinam na ciepło. Chętnie dodaję na koniec nieco fety.  W sumie mam dobrze, bo mąż nie lubi batatów, jedna córka nie lubi bakłażana, a druga nie lubi cukinii, zatem cała blacha moja! Rzecz jasna nie dałabym rady zjeść tego wszystkiego na jedno posiedzenie, więc od razu śpieszę z informacją, że całość spokojnie wytrzymuje 3-4 dni w lodówce, dobrze znosi podgrzewanie w mikrofali i podsmażenie na patelni. Nieźle sprawdza się jako przekąska do pracy na zimno oraz świetnie nadaje się jako dodatek to wszelkiego rodzaju zapiekanek, makaronów, tart oraz pizzy. Zatem bez obaw. Nic się nie zmarnuje.

Zapraszam na tfu! Tzn. na tofu :)

finał-crop-crop

 

 

Kończymy roczek

Kończymy roczek

image_pdfimage_print

Jagna: Patrz, już rok minął od dnia, kiedy założyłyśmy bloga. Z jednej strony zleciało nie wiadomo kiedy, a z drugiej zdziwienie bierze, że to tylko rok. Tak mi ten nasz blog w myśli wrósł, że aż trudno uwierzyć, że mamy go TYLKO rok :) Kurna, Iza, ja to już zapomniałam jak to było jak bloga nie było. Uwielbiam nasze gadki, zdjęcia garów i pisanie felietonów. A właściwie to jak to jest z Tobą? Za mało ci pisania książek? 😀

Iza: I ty się mnie pytasz, dlaczego ja piszę? A ty to co? Lepiej zeznaj tu wszystkim jak to się gapiłaś wieczorem na akwarium i co ci z tego wyszło. O, albo o dinozaurach w kosmosie. A Martyna to niby skąd się wzięła?

Jagna: Pytasz, jakbyś nie wiedziała 😀 Mój pokrętny mózg potrzebuje impulsu i historia gotowa. Jak wtedy, gdy obserwowałam gupiki w akwarium, czymś wkurzona na męża i sobie pomyślałam ze wściekłością, że bym go w tym akwarium chętnie utopiła 😀  Spojrzałam na wodę, podrapałam się po głowie, a potem mi się napisało opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” :)

Tak samo się dzieje z felietonami. Zresztą, komu ja to mówię. Wystarczy poczytać Twoje z serii „Polskie drogi” 😀

Iza: Bo wiesz, zawsze jak gdzieś jadę to mi się z początku wydaje, że to zwykły wyjazd. Ale dziwne przypadki mnie lubią, skojarzenia też często mam głupie. Wiesz co? Nasi znajomi, którzy był naocznymi świadkami wielu opisanych przeze mnie zdarzeń, kiedyś zapytali: „Jak o jest, że ty jakoś tak inaczej widzisz? Niby wszyscy widzieliśmy to samo, ale każdy z nas zapamiętał to w inny sposób?”.

Jagna: Kwestia specyficznego spojrzenia. Też tak mam :)

Iza: Cóż, kilka takich stwierdzeń zmusiło mnie, żeby uważniej przeanalizować moje postrzeganie świata. Co też, z niemałym trudem uczyniłam, bo mi się wydawało, że to właśnie u mnie jest wszystko normalnie. Otóż wcale nie. Olśniło mnie pewnego razu przy kasie w supermarkecie. Pewien facet postawił na taśmie wcześniej zapłacone na monopolowym zero siedem czystej i mu to zero siedem spadło na podłogę. Flaszka rozbiła się w drobny mak. Gość szpetnie zaklął pod nosem. Biedny chłopina, pomyślałam ze współczuciem, podobnie jak stojący przede mną inny facet, ale dokładnie w tym samym momencie usłyszałam głośną reprymendę od stojącej nieopodal kobiety, której nogawek dosięgły wódczane rozbryzgi. Na to wszystko kasjerka skrzywiła się z niesmakiem, westchnęła na zapach i tonem urażonej wezwała do kasy numer 5 równie urażoną panią z ekipy sprzątającej. Ta ostatnia, nie mogąc darować sobie komentarza pod adresem klienta ofermy, który to klient, sądząc po jego nieszczęśliwej minie najchętniej zlizałby rozlaną zawartość z podłogi. Na to doszedł mnie wycedzony syczącym głosem komentarz dwóch starszych pań w wiśniowych kosmatych beretach.

– Patrz no tylko, droga Lodziu. Tak właśnie wygląda alkoholik! Pewnie bije żonę i na dzieci nie płaci. A dobrze mu tak! Draniowi jednemu! Należało się!

– Racja, Władziu! Wstyd! Hańba! Popatrz tylko, jaki to pijak zatracony!

No i sama powiedz, czy to normalne postrzegać zwyczajne sytuacje w taki sposób? Chłop po prostu przyszedł do marketu kupić flaszkę, nie ukraść. Nie dość, że przypadkiem, bezpowrotnie stracił kilka dych, to jeszcze, co usłyszał pod własnym adresem to jego.  Pewnie na przyszłość zmieni sklep, a może nie? A może on po prostu też nie zauważył niczego poza rozbitą flaszką oraz przykrą koniecznością zakupu kolejnej?

No i widzisz jak ja mam przekichane? :)

Jagna: Cóż ja ci na to mogę powiedzieć? Tak działa wyobraźnia. A wyobraźnia to przekleństwo i zaraz ci to udowodnię! Jak już przy tym sklepie jesteśmy to zdarza mi się obserwować dyskretnie, co ludzie mają w koszykach i na tej podstawie wyobrażać sobie kim są. Zazwyczaj są to niewinne zgadywanki, ale raz namierzyłam Bogu ducha winnego gościa, który oprócz całkiem niewinnych owoców miał trójpak szarej taśmy i jakąś linkę z działu motoryzacyjnego chyba. No i natychmiast złapałam wkrętkę, że gość planuje porwanie 😀 Cały kryminał mi się w głowie napisał. A to jeszcze nic. Niedawno czytałam (niezłą) książkę, w której grupa dzieciaków ukrywa się przed zagładą świata w supermarkecie. I urządzają sobie tam całkiem wygodny dom.

Oczywiście teraz mam tak, że w każdym supermarkecie muszę sobie rozplanować, gdzie bym miała sypialnię, kuchnię i całą resztę potrzebnych pomieszczeń. A mąż się pyta co ja tak długo w tych sklepach robię? No jak to co robię? Obmyślam plan ratowania ludzkości 😀

Wiesz co? W sumie to dobrze, że my tego bloga piszemy. Zawsze to jakiś wentyl bezpieczeństwa dla nadmiaru pokręconych myśli 😀

Nie uważasz? 😉

Iza: No i w punkt 😀

Martyna 8

Martyna 8

image_pdfimage_print

Rozdział 8

W którym nadchodzi czas, by Martyna stanowczo uderzyła pięścią w stół

Powoli,  z  pozornym  ociąganiem,  lecz  wewnętrznie  drżąc  oczekiwaniem,  nasza  oprawczyni  płazów opuściła  leżak  i  otulając  się  ręcznikiem,  podążyła  w  stronę  drzwi  tarasu.  Z  ciężkim,  obłudnym westchnieniem  weszła  do  kuchni  i  od  niechcenia  muskając  wskazującym  palcem  blaty  kuchenne,  podeszła  do  lodówki,  bynajmniej  nie wpatrując  się w  jej  drzwi.  Przesunęła zdawkowo kilka magnesików i nie wgłębiając się w sens, przeczytała odruchowo zawartość przypiętych nimi karteczek, które głosiły: „Ziomuś! Wrzuciłem browce, więc pilnuj temperatury”, „ Dzwonił ojciec, chyba  lepiej  się  czuje,  więc  oddzwoń  do  niego,  jak  wstaniesz!”,  „Zapłacić  rachunek  za  prąd!”, „Kierunkowy na Jamajkę: 00 1876”, „Zmieniłam numer telefonu na: 00 123456789. Mama”, „Zadzwonić do A.E – praca na fizykę, ważne!!!!!”, „Synu zamykaj lodówkę, bo się za prąd nie wypłacę! Mama”.

Martyna przesunęła lekko ananasa wykonanego z modeliny i niby niechcący pociągnęła za klamkę lodówki.  Jak  skrzętna gospodyni, wyjęła z otwierającego  się  sezamu puszeczkę o najkrótszym  terminie przydatności  i  z  namaszczeniem  postawiła  ją  na  blacie. Oparła  się  łokciami  o  kuchenny  blat,  podparła brodę  dłońmi  i  zatopiła  się w  swych  fascynujących myślach,  nie  spuszczając  z  oczu  rychłego  upadku słońca. Jej  inteligentny monolog wewnętrzny zajął ją do  tego stopnia, że nie ruszyła się z miejsca przez dobre pięć minut po nadejściu mroku.

Inteligentny monolog wewnętrzny Martyny:

„Fajne te palmy. Kurde, ciekawe, kto je podlewa? A może ja powinnam? Eeee…Pewnie sztuczne są, jak wszystko  tutaj. Ale co z moimi  tujami na balkonie? Nawet gdybym zostawiła klucze Szalińskiemu,  to podlałby  je co najwyżej kwasem solnym. Nieważne, czytałam, że one mogą długo bez wody wytrzymać.  A  z  jaką  częstotliwością  podlewa  się  palmy? Kurde, może  lepiej  nie  będę  ich ruszać, bo  jeszcze zgniją. Szkoda, że nie zapytałam o  to Pana Żaba. A swoją drogą,  jaki  to płaz wredny był. Nigdy nie lubiłam żab, ale w sumie przydają się, bo zżerają komary.

Kurde! Nie widziałam  tu żadnego komara. Dziwne. Ale na wszelki wypadek  trzeba poszukać, czy w szafkach nie stoi jakiś komarozol. Ryby też zżerają komary, choć właściwie to chyba chodziło o ich jaja czy coś. Kurde! Glonojady mi zdechną! Muszę wracać. Koniecznie! Choć, jakby się zastanowić,  to  akwarium  dawno  niesprzątane, więc  kupa  glonów w  nim  jest,  a  skoro  ryba nazywa  się  glonojad,  to  pewnie  żre  glony,  więc  z  głodu  nie  zdechnie.  Ciekawe,  czy zakręciłam  kran  w  łazience…  Szlag!  Pranie  zostało  w  pralce.  No  i  cholera  weźmie  mój ulubiony  sweterek.  A  tyle wspomnień  się  z  nim wiąże. Matko!  Ten  sylwester  był  obłędny. Szkoda  tylko,  że  petardy  nie  chciały  się  odpalać,  ale  to wina  przeterminowanych  zapałek. Właściwie dlaczego ja nie lubię szampana? Aha, wiem! Chodzi o to, że bąble komponują się odpowiednio wyłącznie z chmielową goryczką, a nie z radziecką rozpuszczoną landryną. A właściwie to chyba słońce już zaszło”.

 

Widzicie? To  jest najlepszy dowód na  to,  że niezawodny mózg Martyny,  choć wiedzie  jej myśli wyboistymi ścieżkami i tak zawsze dociera do sedna. Nawet palma ma ścisły związek z puszeczką. Nasza bohaterka oderwała twarz od dłoni i łokcie od blatu, po czym wpiła wzrok w półlitrową dawkę szczęścia.

Uszczęśliwiona  chwyciła  puszkę  i  otwierając  ją  pospiesznie,  skierowała  się  w  stronę  ekskluzywnej kanapy, która okazała się wielce wygodnym meblem. Lewa ręka Martyny konsekwentnie podtrzymywała browarek, lecz prawa wyraźnie się nudziła i niezależnie od woli Martyny namierzyła pilota od ogromnego telewizora, pokrytego swojską warstwą kurzu i roztoczy. Nasza bohaterka utkwiła oczy w budzącym się ekranie i pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był widok z kamery przedstawiający zdradzieckie komputery w pełnej  krasie. Martyna  przez moment wpatrywała  się w  ekran  i  przechylając  potarganą  łepetynę  to w lewo,  to  w  prawo,  usiłowała  dociec,  czy  Środkowy  z  Lewym  śpią  i  czy  ich  diody  są  całkowicie wygaszone.  Nie  znajdując  jednoznacznej  odpowiedzi,  Martyna  przerzuciła  kanał  i  jednocześnie poderwała się energicznie z zamiarem zaciągnięcia na dobre jasnych, lecz nieprzejrzystych zasłon salonu, które zakłócały barwy ekranu. Z tyłu dobiegł ją odgłos profesjonalnego odkaszlnięcia.

– Minęła godzina dziewiętnasta i rozpoczynamy główne wydanie „Trąby Jerychońskiej” – potoczył się  w  eter  stereofoniczny  głos  spikerki.  –  W  dzisiejszym  programie  będzie  mowa  o  najnowszych doniesieniach  z Kliniki  imienia  Pawłowa w której przebywa Szef.  Później  przedstawimy  aktualny  stan  gospodarki  Układu,  ze szczegółową analizą przyczyn osłabienia się dinara w stosunku do walut peryferyjnych. W cyklu „Gorący temat  dnia”  opowiemy  o  spektakularnej  akcji  ujęcia  przez  Siły Międzygalaktyczne  szajki  spekulantów dziełami  sztuki.  I  na  koniec  nasza  pogodynka,  Magdalena,  opowie  o  zagrożeniach  związanych  z nadchodzącą  burzą meteorytów. Nerwowych widzów  uspokoję  od  razu,  że  głównym Układom  nic  nie grozi, a epicentrum przetoczy się przez odległe od cywilizacji peryferie Układu Statycznego… znaczy… ekhm…  –  chrząknęła  z  zakłopotaniem  spikerka  –  przepraszam  Państwa  bardzo  –  Słonecznego. Gdziekolwiek to jest! – dodała, chichocząc panienka z okienka.

Martyna  usiadła  na  kanapie  i  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  biuściastą  blondynę.  Dla pewności  podkręciła  program  głośniej  i  w  skupieniu  śledziła  żywiołową  gestykulację  spikerki,  która właśnie zapowiadała materiał filmowy z Kliniki imienia Pawłowa.

– Że,  kurwa,  jak?  –  zareagowała  z  opóźnieniem  i  jednoczesnym  oburzeniem Martyna.  –  Że  co niby? – Dyszała z wściekłością i maltretowała zębami paznokieć kciuka.

Nasza ziemska  patriotka  wypiła  jednym  haustem  resztę  piwa  i  pobiegła  kłusem  po  następne.  Taka  była wnerwiona, że nawet nie sprawdziła daty, tylko z głośnym pstryknięciem oderwała gwałtownie zawleczkę i energicznie zawróciła w stronę kanapy. Usiadła i ostentacyjnie położyła nogi na ławie, wymachując przy tym  zawzięcie  paluchem  lewej  stopy.  Na  ekranie  widać  było  marmurową  piramidę  porośniętą  bujną tropikalną  roślinnością.  W  centralnym  miejscu  kadru  stał  koleś  z  wodogłowiem,  wkomponowany  w sielankę łagodnie kołyszących się palm.

– Dobry wieczór państwu! – powiedział gość z wodogłowiem, przygładzając fioletowymi mackami klapy  białego  fartucha.  – Witam  państwa w  imieniu  personelu Kliniki   Pawłowa,  której  jestem ordynatorem.  Jest mi niezmiernie miło poinformować,  że  stan naszego pacjenta polepsza  się  z każdym dniem. Kuracja  farmakologiczna przyniosła oczekiwane  rezultaty  i możemy  się  spodziewać nawiązania kontaktu  lada  dzień.  Dodatkowo  muszę  się  z  państwem  podzielić  optymistyczną  informacją.  Otóż, obecnie  jesteśmy w  trakcie  realizowania  drugiej  fazy  alternatywnego  leczenia,  które,  choć może  nieco niekonwencjonalne, ale przynosi zdumiewające efekty i niesamowity progres.

– Czy mógłby nam pan, panie ordynatorze, przybliżyć, na czym polega  ta rewolucyjna metoda? – zagruchała słodko ze studia geograficzna ignorantka.

– No  cóż…  khy,  khy  –  odchrząknął  ordynator  z wodogłowiem.  – Niełatwo  to wytłumaczyć,  ale najprościej  można  powiedzieć,  że  pacjent  jest  poddawany  stałym  bodźcom,  które  nasz niestrudzony personel konfrontuje z konkretnymi czynnościami. No nie chciałbym się tutaj wykazać niedyskrecją, bo w końcu przysięga Hipokratesa zobowiązuje…

– Hektolitra chyba, no nie? – wykazała się wiedzą Martyna.

– …więc może  ograniczę  się  do  stwierdzenia,  że w  przypadku  naszego  pacjenta  pewne  bodźce kojarzą się z pewnymi czynnościami i jakby to powiedzieć… – zająknął się ordynator. – No powiedzmy, że jak klaśniemy, to pacjent bez protestu udaje się do łazienki.

– Zadzwońcie dzwonkiem, to może coś zje! – zarechotała grubiańsko Martyna.

– No  tak!  Dziękujemy  za  wyczerpujące  informację  i  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  życzyć dalszych sukcesów – zakończyła temat lekko blondyna.

– Sukcesów,  jasne!  –  rżała  radośnie  Martyna.  –  Masz  jeszcze  jakieś  optymistyczne  wieści,  ty pomiocie prowincjonalnej cywilizacji? – dodała słodziutkim tonem.

Niezrażona  niepochlebnymi  opiniami  na  swój  temat,  spikerka  uśmiechnęła  się  promiennie.  Po chwili jej radosne oblicze ustąpiło miejsca materiałowi filmowemu, w którym na plan pierwszy wysunął się  łopoczący  na wietrze  przyozdobiony wizerunkiem  ryby  sztandar. Tło  było  granatowe, w  centralnej części  znajdował  się  schematyczny  rysunek  rybki,  która  natrętnie  kojarzyła  się  Martynie  ze  snem  o historyczce  i  jej mętnym  bajdurzeniem  o  starożytnej  symbolice.  Z  dolnej  części  łatwo  było  odczytać wyhaftowane  na  żółto  hasło:  „Fenomenalnie  Integralny  Układ  Towarzystwa  Elit  Kosmosu”.  Nasza bohaterka  skończyła właśnie  sylabizować złożoną nazwę, gdy ekran zmętniał  i po chwili wyostrzył  się, ukazując zbliżenie pomarszczonych dłoni, ze  skupieniem naciskających prymitywną praskę,  spod której wyskakiwały błyszczące monety. Kamera oddaliła  się powoli  i  na ekranie pojawił  się koleś  z dredami, który  ostentacyjnie  otarł  z  czoła  nieistniejący  pot  i  z  grymasem morderczego  zmęczenia  po  raz  ostatni naparł  wątłymi  muskułami  na  narzędzie  pracy.  Najwyraźniej  nie  kwalifikował  się  do  inteligentnego komentarza,  gdyż  po  sekundzie  na wizji  zmaterializował  się  typek w  obsypanym  brokatem  błękitnym garniturze. Nerwowo  odciągnął  od  grdyki  upstrzony wizerunkiem  nieba  krawat  i  zaserwował widzom oszałamiający  międzygalaktyczny  przegląd  nieskazitelnie  białych  zębów.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zagdakała ze studia blondyna.

– Dobry wieczór – odparł sztywno jej rozmówca.

– Panie  profesorze,  dochodzą  do  nas  niepokojące wieści  o  postępującym  spadku wartości  naszej nadrzędnej  waluty.  Czy  mógłby  się  pan  ustosunkować  do  tych  niepokojących  doniesień?  –  zapytała sztucznie zafrasowanym głosem panienka.

– No  cóż…  ykhy…  borykamy  się  z  chwilowymi  trudnościami  rynku.  Nasza  technologia, zatwierdzona od  tysiącleci, nie wytrzymuje  tempa w konkurencji z w pełni zautomatyzowanymi  liniami produkcyjnymi… ekhm… no, tych… sąsiadów… – dokończył dyplomatycznie profesor.

– Jak  to możliwe,  że  układy  peryferyjne  biją  naszą  technologię  na  głowę?  –  zapytała  niewinnie spikerka.

– No cóż… Sprawa jest złożona i niewątpliwie jednym z czynników jest niereformowana od setek lat procedura produkcji, co wiąże się również z aktualnymi problemami zdrowotnymi Sze… – zawiesił głos międzygalaktyczny ekonomista.

– No  tak! – weszła mu w słowo prowadząca. – Rozumiem, że  linia produkcji złotych dinarów nie wytrzymuje  tempa  w  porównaniu  z  nowoczesnymi  technologiami.  Czy  nie  ma  to  czasem  związku  z doborem personelu w zakładach przynależących do Fenomenalnie Integralnego Układu Towarzystwa Elit Kosmosu?

– Moja pani! – zirytował się profesor. – Tu nie chodzi o nasz personel! Uważam, że barter naszych pracowników,  w  zamian  za  sadzonki  ananasów,  zaowocował  ogromnie  korzystnym  kontraktem handlowym!  Jeśli  koniecznie  musimy  szukać  przyczyny  kryzysu,  to  uważam,  że  absurdem  jest  bicie złotych  monet  w  czasach,  gdy  istnieją  inne,  tańsze  materiały,  a  nadmierne  przywiązanie  do  tradycji wyraźnie mści się na naszej gospodarce. Do tego za katastrofalne uważam skutki złagodzenia embargo na tanie  produkty  pochodzące  spoza Układu!  –  dokończył  z  oburzeniem  profesor  i  z  odrazą  odciągnął  na boki klapy importowanej marynarki.

– Aha!  Czyli  F.I.U.T.E.K.  jest  bezradny  wobec  dewaluacji  dinara  i  zalewu  naszych  rynków produktami z Dalekich Układów Peryferyjnych Antagonistów? – ucieszyła się profesjonalnie blondyna.

– D.U.P.A. niszczy F.I.U.T.E.K! – ryknął dramatycznie profesor. – Zapamiętajcie moje słowa!

Profesor,  wyraźnie  wzburzony,  coś  jeszcze  wrzeszczał,  ale  studio  przechwyciło  głos  i  ukazało lekko wzburzoną blondynę, która poprawiając słuchawkę w uchu, rozciągała silikonowe wargi w próbie profesjonalnego uśmiechu. Martyna obserwowała ją z niekłamaną satysfakcją. Pociągnęła sążnisty  łyk z puszeczki, umościła się wygodnie i suszyła zęby w stronę ekranu.

– Pogadaj o  tym ze Starowiczem – zarechotała, poderwała się  i pobiegła do  lodówki po dokładkę szczęścia  i  przy  okazji  jej  łapa  poleciała  do  szafki,  w  której  spoczywały  chipsy  o  smaku  cebulki.

Okoliczności  wyraźnie  uzasadniały  pochłonięcie  wzmiankowanej  bomby  kalorycznej,  zwłaszcza  że osamotniony  na  chwilę  odbiornik  nie  ustawał  w  generowaniu  kolejnych  rewelacji.  Gdy  Martyna ponownie  doskoczyła  do wieczornego  serwisu  „Trąby  Jerychońskiej”,  sytuacja  znacząco  się  zmieniła.

Amatorska  kamera  prezentowała  dramatyczną  i  brutalną  scenę  ujęcia  okutanego  w  połyskliwą  szatę osobnika,  który  obsesyjnie  zasłaniał  twarz  ramionami.  Na  dole  ekranu  pulsował  czerwonymi  literami napis: „Spektakularne rozbicie szajki złodziei na jednej z planet D.U.P.A.”. Po chwili trzęsąca się kamera wycofała  zbliżenie  szamoczącego  się  przestępcy  i  zrobiła  najazd  na  wnętrze  zakamuflowanego pomieszczenia,  w  którym  tłoczyły  się  przeróżne  przedmioty  sztuki  użytkowej.  Nic  one Martynie  nie mówiły,  do  czasu,  gdy  czujne  oko  kamery  uwięzło  w  legendarnym  na  Ziemi,  łagodnym  uśmiechu Mony Lisy.

– Spektakularna akcja  rozbicia  szajki złodziei zaowocowała przejęciem ponad  tysiąca unikalnych dzieł sztuki, w większości zrabowanych z planet D.U.P.A. Nie mamy  jeszcze komentarza co do tego, w jaki  sposób  arcydzieła  trafiły w  te  odległe  rejony  i w  jakich  okolicznościach  zostały  zagrabione  przez sprawców. Wciąż czekamy na komentarz policji międzygalaktycznej. Zgodnie z opinią ekspertów wartość rynkowa  zarekwirowanych  dzieł  sztuki  pokrywa  się  z  rocznym  obrotem  wyjątkowo  dochodowego Butelkowania  I  Eksportu  Dóbr  Alkoholowych,  co  przekłada  się  na  niebagatelną  kwotę  piętnastu miliardów dinarów.

Kamera ponownie skupiła się na przestępcy, który najwyraźniej sam  stanowił ową wieloosobową szajkę. Lekko otumaniony osobnik nie zdążył całkowicie zasłonić twarzy i przez mgnienie fragment jego rysów był doskonale widoczny w stucalowym powiększeniu.

– Lucek? – zapytała retorycznie Martyna. – Co tu się, kurna, dzieje? – dodała po chwili z wyraźną  pretensją w głosie.

Nikt nie raczył jej odpowiedzieć, co więcej, materiał właśnie się kończył i spikerka zapowiedziała blok  reklam,  jednocześnie  radząc,  by  nie  oddalać  się  od  odbiorników,  bo  za  chwilę  rozpoczną  się sensacyjne doniesienia pogodowe. Martyna, wytrenowana w ziemskich warunkach na rodzimej telewizji, poderwała  się  na  równe  nogi  i  nie  czekając  na  durną  melodyjkę  rozpoczynającą  blok  reklamowy, pokłusowała do łazienki. W końcu właśnie po to są reklamy.

Gdy nasza piwoszka wróciła przed telewizor, reklamy oczywiście jeszcze trwały, usiłując wmówić Martynie, że jedynie proszek „Galaktyka” dopierze plamy z ketchupu na jej podróżnym kombinezonie, że jej  dziecko  z  pewnością  będzie  szczęśliwe  dopiero  wtedy,  gdy  zrobi  kupę  do  niesamowicie miękkiej pieluchy  „Czerwony  Karzeł”,  a  mąż  Martyny  odzyska  siły  witalne  po  systematycznym  zażywaniu preparatu witaminowego  „Kosmiczny Wulkan”. Nasza  bohaterka  dowiedziała  się  również,  że  „Cosmo-catering” dostarczy dowolne potrawy  i płyny w najdalszy zakątek Układu, a  jeśli klient ma życzenie,  to nawet  jeszcze  dalej. Martyna  nie  uległa  sugestywnej wizji  idealnego  świata,  po  części  dlatego,  że  nie miała  ani męża,  ani dzieci,  a  na dodatek nie przepadała  za pomidorami w postaci półpłynnej  i do  tego mając  w  perspektywie  spłatę  zaległego  czynszu,  raczej  nie  będzie  się  wygłupiać  i  zamawiać  żarcia nie wiadomo skąd, zwłaszcza że na dole małymi literkami napisali: „Za dolot płaci klient”.

Sięgnęła  do  lodówki  po  trzecie  piwko  i  usiadła  przed  telewizorem  dokładnie w  chwili, w  której reklamy się skończyły. Przez chwilę rozmyślała, dlaczego spikerzy nigdy nie mówią „Do zobaczenia po reklamach”  tylko „Do zobaczenia po krótkiej przerwie”  i doszła do wniosku, że barany z  telewizji być może  mają  nadzieję,  że  w  ten  sposób  zmylą  przeciwnika,  który  na  pewno  nie  będzie  się  spodziewał reklam,  jeśli  się  powie  „przerwa”,  i  na  pewno  nie  ucieknie,  gdy  będzie  ona  „krótka”. W  końcu  umysł telewidza, podłączonego do mózgu centralnego, jakim jest Bóg Telewizor, nie domyśli się, że te kolorowe historyjki  to  reklamy.  Zdaniem  speców  od  marketingu  i  reklamy  śliniące  się  rośliny  przed  ekranami pomyślą, że  to  inny, nieco bardziej kolorowy  i wielce  radosny program. Ale  nie z Martyną  te numery!

Przejrzała na wylot  te knowania  i ostentacyjnie wychodziła  z pokoju podczas każdego bloku  reklam.  I trzeba oddać sprawiedliwość prawdzie, że dzięki temu spędzała znacznie mniej czasu przed telewizorem.

Martyna  wyprostowała  się  gwałtownie  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  te  reklamy  nie  są  przypadkiem podstępnym  i utajonym narzędziem manipulacji sponsorowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Nie dane jej  jednak  było  rozwikłanie  tej  palącej  kwestii,  bo  przed  jej  oczy wcisnęła  się  jakaś  ruda  z  kręconymi włosami i wyginając się wdzięcznie, wskazała smukłym paluszkiem mapę kompletnie nieznanej Martynie galaktyki. Panienka uśmiechnęła się wdzięcznie i spojrzała naszej bohaterce prosto w oczy.

– Witam  serdecznie!  Jest  mi  miło  poinformować  Państwa,  że  dzisiejszej  nocy  temperatura  na plantach  Układu  będzie  się  wahać  od  –  50  do  +  50  stopni  Celsjusza,  czyli  będzie  dokładnie  tak  jak zawsze, więc zupełnie nie wiem, po co mi to każą mówić co wieczór. Aha! Pewnie dlatego, że mi za to płacą! – roześmiała się ruda i po chwili nieco się zreflektowała. – To taki żarcik, proszę państwa.

Martyna,  nie  całkiem  rozbawiona,  wpatrywała  się  intensywnie  w  twarz  pogodynki,  a  jej  mózg przesiewał  terabajty  zarchiwizowanych myśli w  poszukiwaniu  tej  jednej,  ulotnej,  której istnienia  nasza myślicielka  nawet  się  nie  domyślała.  Ruda  w  tym  czasie  zawiesiła  głos  i zmieniła  wyraz  twarzy  na nieomal zatroskany.

– Zgodnie z tym, co już wcześniej państwo usłyszeli, możemy się spodziewać deszczu meteorytów o  nienotowanej  wcześniej  sile.  Muszę  jednak  uspokoić  naszych  miłych  widzów,  ponieważ  jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami tego fenomenu pogodowego będzie znaczne obniżenie ciśnienia, lekkie wstrząsy  i  co  za  tym  idzie,  gorsze  samopoczucie,  głównie  pośród  meteoropatów,  hipochondryków  i histeryków. Nasi eksperci wyliczyli, że meteoryty miną wszystkie planety Układu, a  ich niszczycielska siła skoncentruje się w odległym od nas systemie planetarnym o nazwie Układ Słoneczny, którego planety są  niezamieszkałe  bądź  prezentują  jedynie  prymitywne  formy  życia.  Jeśli  są  państwo  zainteresowani śledzeniem  serii  spektakularnych  eksplozji,  to  proszę  się  zalogować  na  naszej  stronie  internetowej,  na której,  po  wniesieniu  symbolicznej  opłaty,  będzie  można  obserwować  na  żywo  zagładę  Układu Słonecznego  –  powiedziała  ruda  i  uśmiechając  się  profesjonalnie,  dodała  rzeczowo:  –Oczywiście  dla pierwszych stu osób, które opłacą przekaz z zagłady, mamy wartościowe upominki rzeczowe. Dodatkowo już teraz uruchamiamy infolinię audiotele, w której mogą państwo wygrać sto tysięcy dinarów i komplet pamiątkowych  zdjęć.  Pytanie  na  dzisiaj  brzmi:  Proszę  powiedzieć,  jak  nazywa  się  gwiazda  Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga Mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

Na  państwa  zgłoszenia  czekamy  do  godziny  23.50,  czyli  mniej  więcej  dziesięć  minut  przed planowaną  eksplozją  Słoń…  to  znaczy…  –  zmieszała  się  sztucznie  pogodynka  –  to  znaczy przed planowaną eksplozją gwiazdy Układu Słonecznego wraz z towarzyszącymi jej planetami. Na dole ekranu widnieje numer, pod który należy dzwonić.

– Ha! – wygłosiła triumfalnie Martyna i pobiegła po telefon. Impuls radości spowodowany wiedzą opadł  równie  nagle  jak  powstał.  Nasza  ekspertka  od  astronomii  odkręciła  się  na  pięcie  i  dopadła  do ekranu. Przysunęła badawcze spojrzenie do  telewizora  i wiedza znacznie głębsza spłynęła na jej światły umysł.

– Magdusia? Magdusia z ósmej „a”? – zapytała ekran niepewnie.

Pogodynka wpiła w Martynę spojrzenie i przez chwilę zdumiona milczała.

– Znamy się? – opowiedziała w końcu z wyższością.

– Znamy! – wysyczała Martyna. – Odebrałaś mi Dariusza!

Ruda Magda potrząsnęła wdzięcznie burzą miedzianych loków i od niechcenia przesuwając dłońmi po  wyjątkowo  zgrabnych  i  modnie  odzianych  biodrach,  wyszczerzyła  równiusieńkie  białe  zęby  w złośliwym uśmiechu.

– Marta! Jak miło cię widzieć!

– Martyna, nie Marta! – wycedziła nasza urażona bohaterka.

– No tak! – lekceważąco machnęła dłonią Magda. – Skąd się tu, nieboraczko, wzięłaś? –rzuciła po chwili.

– A ty?

– No wiesz! – zamrugała rzęsami ruda. – Karierę robię. Od podstawówki było jasne, że będę kimś, no nie? W końcu byłam…

– …najbardziej popularną dziewczyną w szkole! – weszła jej w słowo Martyna.

– No  właśnie!  –  powiedziała  z  satysfakcją  najbardziej  popularna  dziewczyna  w  szkole  i pieczołowicie przygładziła brwi tipsami palców wskazujących. – I jak widać, nic się nie zmieniło, co?

W  lekko  zapuszczonym  ciele Martyny  rodziła  się myśl  o  kompleksowych  usługach  fryzjersko-kosmetycznych.  Przez  kilka  sekund  wyobrażała  sobie  swoje  jestestwo  upchnięte  w  nieskazitelny, wypracowany w pocie czoła kostium, którego najdrobniejsze zagięcia doprowadzają do palpitacji serca.

Przez  jej  potargany  łeb  przegalopowało wspomnienie  niewiernego Dariusza  i  triumfalne wejście  rudej Magdy na szkolną dyskotekę pod rękę z wyżej wymienionym. Nasza niedoszła psycholożka do dziś dnia nie umiała sobie wytłumaczyć fenomenu istnienia Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole.

Fenomen Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole

W czasach, gdy pochłania się miliardy cukierków, a w napchanej sianem głowie nie pojawia się  myśl  o  ich  zawartości  kalorycznej  i  –  co  zapewne  zszokuje  czytelników  –  nie  istnieje rytuał wklepywania  kremów  przeciwzmarszczkowych,  istnieje  za  to  centralna  postać myśli każdej  młodocianej.  Owa  postać  to  Najpopularniejsza  Dziewczyna  w  Szkole.  Podziwiana prawie  tak  mocno  jak  idol  z  plakatu,  ale  jednak  materialna  i  codziennie  widywana.  Jej kpiący uśmiech, którego serdeczność zarezerwowana jest wyłącznie dla nauczycieli i uczniów płci męskiej, wyznacza  rytm  szkolnego  dnia wszystkich  dziewczynek.  Jej  opinia wpływa na każdy aspekt  szkolnego  życia. Jeśli  jej  zdaniem modne  jest noszenie czerwonych  spodni,  to nosi je cała żeńska część szkolnej populacji. Jeśli modne jest wyrzucanie do kosza kanapek, to kosze puchną od pakowanego  troskliwymi rękoma mam chlebem. Najbardziej Popularna Dziewczyna w  Szkole  jest  pupilką wszystkich  i  rozdziela  łaski  niczym  królowa.  Jej  dwórki kochają ją i jednocześnie liczą na to, że się potknie i skręci kark.

A co dzieje się po latach?

No cóż. Najpopularniejsza Dziewczyna w Szkole odpływa w kompletnie inny wymiar, a cała żeńska połowa twojej szkoły z wypiekami na twarzy szuka jej w internecie. Może uda się znaleźć  jej  profil?  Może  okaże  się,  że  jest  gruba  i  ma  stado  dzieci?  Albo  chociaż  się rozwiodła?

Nic  z  tego kochani. Królowa, niezależnie od  tego,  jak potoczą  się koleje  jej  losu nigdy nie zniża się do rozrywek gawiedzi.

 

Jeśli chodzi o  ścisłość, Martyna nigdy nie namierzyła profilu  rudej. Wyparła z mózgu  jej istnienie,  by  odzyskać  odpowiedni  poziom  samooceny,  teraz  zjeżdżającej  windą  z podniebnych przestworzy aż na depresyjny poziom Żuław, które za cztery godzin miały przejść do historii.

Teraz  patrzyła  w  kpiące  oczy  Najbardziej  Popularnej  Dziewczyny  w  Szkole  i  w  ekspresowym tempie ogarniała ją furia. Odpychając od siebie mgliste widmo Darusia, skupiła się na bardziej palących problemach.

– Co to za ściema? Dlaczego gadasz do mnie z telewizora? Przecież to nie jest możliwe! – warknęła nasza mistrzyni kojarzenia  faktów, pamiętając,  że  jej kolega  z przedszkola nigdy nie pomachał do niej ręką ze scenerii Tik-Taka. Obrażonej Martynie mama wytłumaczyła wówczas, że nie zawsze ci, których widzimy, widzą  również  nas.  Podczas  traumatycznych  trzydziestu  lat  życia  nasza  bohaterka miała  się przekonać, że ta złota myśl ma zastosowanie w znacznie szerszym aspekcie niż przekaz telewizyjny.

– Martyna,  no  co  ty?  Tutaj  są  nieco  wyższe  standardy  przekazu!  –  roześmiała  się Magdusia, a Martyna przetłumaczyła to sobie na: „Marta, ty wsiuro w Koziej Wólce hodowana!”.

– I co? Chcesz powiedzieć, że nagle  ileś  tam milionów  ludzi  słucha  reklam, a  ty  sobie gadasz ze mną, jak na szkolnym korytarzu? – zapytała Martyna z ironicznym uśmieszkiem.

– No  niezupełnie,  choć  z  tymi  reklamami  masz  rację.  Czas  antenowy  się  liczy,  więc  kosztami rozmowy został obciążony właściciel IP odbiornika, z którego właśnie się łączysz – wyjaśniła mściwym tonem ruda.

– Ha! To akurat najmniej mnie teraz interesuje – zarechotała Martyna.

– No dobra, skoro uprzejmości mamy już za sobą, to bądź łaskawa się rozłączyć, bo po jedenastej znów  wchodzę  na  wizję.  No  wiesz,  audiotele  będzie  –  przeciągnęła  się  jak  kotka  nasza sprzedajna pogodynka.

– O co chodzi z tymi meteorytami? – zapytała Martyna.

– No  cóż,  obawiam  się,  że  twoja mała,  prowincjonalna  planetka  przestanie  istnieć  za  trzy  i  pół godziny – oparła niefrasobliwie Magdusia.

– Co to za pierdoły są? – zirytowała się nasza bohaterka.

– Żadne pierdoły, Martusiu,  tylko nieuchronny koniec Układu Słonecznego. Jeśli o mnie chodzi – dodała pogodynka, wpatrując się ze skupieniem w swoje długaśne tipsy – mam to w dupie.

– Jak to masz w dupie? – wycharczała, dysząc złością Martyna. – Nie obchodzi cię, że twój dom się rozpieprzy w drobiazgi? Co z ciebie za Ziemianka, co?

– Moja droga – owe słowa Magdusia wypluła z siebie z głęboką pogardą. – Jaki dom? Prowincja i tyle. Ja karierę robię! A ty się ciesz, że jakimś przedziwnym sposobem znajdujesz się w Raju 3.14, a nie na swojej byłej planetce.

– Skąd, do cholery, wiesz, gdzie jestem? – krzyknęła Martyna.

– Rozmowa  kontrolowana,  moja  droga.  Musimy  wiedzieć,  kogo  obarczyć  rachunkiem  za bezpośrednie połączenie  ze  studiem  –  odpowiedziała  pogodnie  Najbardziej  Popularna Dziewczyna  w Szkole.

– A w dupie mam wasze studio! – splunęła na podłogę Martyna.

– No to może rozłącz się w końcu? Czas antenowy ucieka! – zasugerowała łagodnie Magdusia.

– Ha!  Czyli  ty  nie  możesz  przerwać  połączenia?  –  wykrzyknęła  triumfalnie  nasza  przenikliwa znawczyni kosmicznych technologii.

– Istotnie,  nie  mogę,  chyba  że  za  specjalnym  zezwoleniem  Zarządu.  Nowa  polityka  firmy.  No wiesz,  klient  nasz  pan.  Ale  ostrzegam  cię,  koszt  tego  połączenia  sprawi,  że  zlicytują  twój  statek  – powiedziała zdradziecka ruda żmija.

– A w dupie  to mam! Siedź  tu  i płacz, bo  ja się nie  rozłączę na pewno! – zarechotała Martyna. – Idę, a ty tu siedź i już płacz po audiotele.

– Martyna!  No  co  ty?  Daj  spokój!  Przecież  to  nie  ma  sensu,  pieniędzy  szkoda!  –  wyjąkała Magdusia. – Dla mnie to audiotele jest ważne, bo to będzie szło na wszystkie planety F.I.U.T.E.K. No nie zgrywaj się!

– Powiedz  mi,  jak  cię  tu  przywiało,  to  się  zastanowię  –  zasugerowała  wspaniałomyślnie  nasza manipulantka.

– To  będzie  bardzo  krótka  historia.  Po  liceum  zwerbował  mnie  jakiś  koleś  w  złocistej  szacie. Pokazał mi, że poza Ziemią istnieje znacznie ciekawszy świat, w którym drzwi do kariery stoją otworem. I  to  właściwie  tyle  –  wzruszyła  ramionami  Magdusia.  –  Dostałam  stypendium  na  Akademii  Szefa, wyszkoliłam  się na pilota  i odbyłam kilka misji. Potem Szef… ekhm… no  ten… no… w każdym  razie postanowiłam się sprawdzić w szołbiznesie i jak widzisz świetnie mi idzie! – zakończyła opowieść nasza ruda karierowiczka.

– Lucek! – powiedziała do siebie Martyna.

– Że  kto? W  sumie  nieważne!  Rozłączysz  się  teraz?  –  zapytała  uprzejmie  podstępna złodziejka chłopięcych serc.

– Nikt, nieważne! Nie, nie rozłączę się! – odparła stanowczo Martyna.

– Jak to nie? – wyjąkała ruda. – Ależ kochanie! Za chwilę zaczniemy naliczać ekstra stawkę, więc nie rób głupstw! Zaraz pójdę do Dyrektora! – zagroziła, jak niegdyś w podstawówce.

– W  dupie  to mam!  –  eksplodowała Martyna.  – Gówno mnie  obchodzi  twoje  audiotele! Tu coś śmierdzi na kilometr  jak piard czerwonego karła! Najpierw widzę Lucka  i zrabowane z Ziemi  starocie, potem ciebie, w międzyczasie wciskam żabie  rurkę w  tyłek, a  teraz  się dowiaduję, że za niecałe cztery godziny nie będę miała dokąd wracać! W dupie to mam i chcę do domu! Czynsz płacę? No dobra, to nie był dobry argument… – spuściła z tonu nasza dłużniczka.

– Martyna!  Ja  cię  proszę!  Rozłącz  się,  później  pogadamy,  dobra?  –  prosiła  aksamitnym  głosem złodziejka Darusiowego serca.

Martyna  podparła  brodę  dłonią  i  zapatrzyła  się w  okruszki  chipsów  pokrywające  ławę.  Poblask rudych  włosów  zakłócał  monotonne  kolory  hartowanego  szkła.  Po  chwili  w  pole widzenia  naszej buntowniczki  nadciągnął  komar.  Z  irytującym  bzyczeniem  wykręcił  dwa  powietrzne  piruety  przy policzkach Martyny, po czym  zaczął zataczać kręgi nad zaświnioną  ławą. Nasza pogromczyni owadów zogniskowała mętne  spojrzenie  i z całej  siły uderzyła pięścią w  stół. Komar  trysnął podstępnie zdobytą krwią i padł bez życia pomiędzy okruszkami chipsów.

– Siedź  tu!  –  poleciła  byłej  koleżance.  –  Nie  będzie  audiotele!  –  po  czym  chwyciła  pilota  i wyciszyła jej protest.

Nasza  pozytywna  bohaterka  poderwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  do  lodówki. Wyjęła  z  niej piwko  i  ze wzruszeniem  ramion  odcinając  się  od Magdusi,  pobiegła w  stronę  schodów wiodących  do purpurowej sypialni. Nadciągała jak anioł zemsty.

Lament nad rozlanym mlekiem

Lament nad rozlanym mlekiem

image_pdfimage_print

Nie wiem kto wymyślił powiedzenie, żeby nie płakać nad rozlanym mlekiem, ale z całą pewnością nie był to ktoś, komu naprawdę rozlało się mleko.

No bo sami popatrzcie jak to jest…

Już nawet z czasów wczesnego dzieciństwa mleko jawi się nam jako substancja wyjątkowo podstępna, zwykle kojarząca się z niemiłym zapachem. Komu choć raz wykipiało mleko na palnik, ten wie, o czym mówię. Wietrzenie, namaczanie, skrobanie spalenizny. Taką przyjemność ma na koncie chyba każdy z nas, dlatego też gotowanie mleka stresuje. To cholerstwo nigdy nie wykipi jak się go pilnuje, ale wystarczy na kilka sekund spuścić je z oczu to od razu wyleci.

Tu przytoczę pewną ciekawostkę, choć pewnie wielu z Was nie uwierzy w niezwykłą wręcz umiejętność mojego taty. Facet niewątpliwie ma nerwy niczym japoński samuraj, bowiem codziennie wieczorem nalewa mleko do garnka, odpala palnik i idzie do łazienki się kąpać. Nie zliczę, ileż to razy stałam nad garnkiem z bąblującym już mlekiem pewna, że wyleci zanim tata zapnie piżamę, a ja wreszcie odniosę osobisty sukces domowego zbawcy, ale nigdy mi się ta sztuka nie udała. Otóż z chwilą, kiedy mleko zaczyna się pienić i podchodzić do góry, tata wolnym krokiem wchodzi do kuchni i spokojnie przekręca kurek zwykle pytając mnie, po co ja tak stoję przy kuchence (?).

Niezły hardcore, co? 😀

Znacie drugiego takiego magika? Ja nie. Tata jest niekwestionowanym specjalistą, ale za to jak jakiś sąsiad mleko przyfajczył to zawsze pół bloku komentowało w stylu: „Oj, chyba dziś u Sermakowej mleko wykipiało”, jednocześnie dziękując Bozi, że to nie nasza kuchnia i nie nasz garnek.

W sumie to zrozumiałe, że jak coś się przypali to później trzeba szorować, ale mleko jest na tyle wredne, że trzeba namaczać i szorować garnek nawet jak się nie przypali i nie wykipi.

Właściwie to tak po zastanowieniu doszłam do wniosku, że za bardzo nie ma się czemu dziwić, skoro mleko przeznaczone jest dla cieląt, a  natura łaskawie darowała ich matkom gotowanie jedzenia.  To mniej więcej tak, jakby matka karmiąca piersią przed zaserwowaniem posiłku, wpierw musiała podgotować sobie biust w mikrofali. Absurd :)

Ale wracając do szeroko pojętego aspektu konsumpcji mleka. Kto ze szczerego serca pokochał w dzieciństwie zupę mleczną? Łapka w górę!

Ja pokochałam, ale inaczej. Traumę z dzieciństwa pielęgnuję w sobie do dziś i nawet najbardziej zmasowane kampanie mleczarskiego lobby nie są w stanie jej złagodzić i przekonać mnie, że później będę zdrowa i wielka. A po chlebie to nie będę? Po bananach też nie? To może chociaż po kaszy jaglanej, skoro taka zdrowa? :)

Nawet wyłączając spożycie oraz dietę, mleko konkretnie potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie również i na innych płaszczyznach życia.  Wylaliście kiedyś mleko na wykładzinę w samochodzie? Nie? To macie szczęście, a jeśli kiedykolwiek wylejecie, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest wymiana samochodu na inny. I to jak najszybciej. Wiem, bo sąsiadka kiedyś wylała. Ja wprawdzie tej przyjemności na własnej skórze nie doświadczyłam, ale spotkała mnie kiedyś inna mleczna przygoda.

Parkując onegdaj na Ursynowie (wcale nie pod Jagny horror blokiem) podpadłam pewnej starszej pani, której nie spodobało się, że parkuję pod jej oknami. Nawrzeszczała na mnie z okna i zagroziła, że jak nie odjadę, to mi obleje auto mlekiem. Nieświadoma kalibru tej groźby uznałam, że parkuję prawidłowo, w dodatku na wyznaczonym miejscu, więc puściłam groźbę wściekłej staruszki mimo uszu i poszłam załatwić swoje.  Po powrocie zastałam pojazd w stanie nienaruszonym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. :) Ruszyłam w stronę Krakowa. Na trasie wyszło słońce. To brzmi nieprawdopodobnie, ale po drodze odwiedziłam chyba wszystkie myjnie samochodowe. Przez przednią szybę zaczęłam coś widzieć dopiero jakoś mniej więcej w okolicach Częstochowy. To niesamowite, co mleko potrafi zrobić z przednią szybą i jak ciężko się go pozbyć, szczególnie latem, zatem nie polecam. Chyba, że chcecie się zemścić 😀

No dobrze, kto chce niech sobie pije. Moja rodzina nie musi, jedyne odstępstwo to poranna kawa, a że okresami się z mężem odchudzamy, zatem czasem w lodówce ląduje karton krowiego 0,5%. Często zabieramy je ze sobą na wyjazdy przekonani, że na miejscu zaserwują nam przynajmniej dwuprocentowe kaloryczne szaleństwo. Jako że zawsze wyjeżdżamy dopakowani jak uchodźcy z Południowej Palestyny i w bagażniku nie ma gdzie szpilki wetknąć, zatem zwykle pod moimi nogami ląduje dyżurny plecaczek spożywczy. W drodze powrotnej jest już nieco luźniej, tak więc nikt specjalnie nie przykłada się do systemu pakowania. Szczególnie na ostatnim etapie dopychania. No i tu chciałam wspomnieć o zeszłorocznej, kolejnej, mlecznej wpadce, która o mało nie pociągnęła za sobą strat dużo bardziej pokaźnych finansowo niż znikomy koszt, opróżnionego do połowy, kartonu z niskoprocentowym łaciatym.

Można powiedzieć, że chytry dwa razy traci, ale co miałam zrobić? Miałam wylać? Bez sensu.  Karton był z tych na zakrętkę z gwintem, więc niewiele myśląc, upchnęłam go do torby z narciarskimi ciuchami. No i się po drodze wylało… Gwint był nieszczelny i poszło bokiem. Akurat mieliśmy 2 dni pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, tak więc wrzuciłam to wszystko do pralki i po problemie. Niestety, tylko tak mi się wydawało. Mogłam przewidzieć, że ta podstępna ciecz sprawi nowe kłopoty. Ale nie przewidziałam. Apiać spakowałam wyprane ciuchy do toreb i pojechaliśmy całą rodziną na Słowację. Już w pierwszym dniu, na stoku, mój mąż zapytał z mocno niepewną miną, czy ja coś czuję.

– Czujesz coś ode mnie?

– Nie. A co mam czuć?- zdziwiłam się.

– Nic nie czujesz? Serio? Bo wiesz, chyba coś mi capem śmierdzi ze spodni.

– What?!- zdębiałam, aż zaparowały mi gogle.

– No mówię. Coś tak jakby z wytwórni owczych serów. Aż boję się iść do toalety…

Myślałam, że żartuje, ale głupio było na stoku wąchać mu spodnie, więc puściłam tę wymianę zdań mimo uszu. Coś ściemnia. Przecież je wyprałam!

Wieczorem zmieniłam zdanie. Po zdjęciu spodni narciarskich mój mąż rzeczywiście woniał jak długo niemyty juhas z podhalańskiej bacówki. O spodniach już nawet nie wspomnę. Po kilku salwach śmiechu udało się ustalić winowajcę. To przeklęte mleko wlało się do środka mężowych spodni, a szczelne membrany skutecznie uniemożliwiły wypranie. Koniec końców uznaliśmy, że albo spodnie, albo my, zatem przez cały tydzień mąż trzymał swoje narciarskie spodnie na balkonie, a w dzień, gdy tylko temperatura wzrastała do zera (a w zeszłym roku było raczej na plusie), w barze, na stoku siadywał biedaczysko przy osobnym stoliku :)

Cóż, nie wspominał zeszłorocznych ferii zbyt mile, ale jakże mnie zaskoczył w tym roku, kiedy to po pierwszym dniu jazdy stwierdził, że znowu mu z gaci zalatuje zgliwiałym twarogiem. Jakoś tym razem od razu mu uwierzyłam 😀 Kurczę. Jakim cudem się wtedy nie doprało? Teraz znowu wyprałam na lewej stronie. Na wszelki wypadek trzy razy!

Sami zatem widzicie, że z rozlanym mlekiem wcale nie ma tak lekko. Dziś w narciarskich spodniach mężowi pachnie alpejskim wodospadem, a mleko na wszelki wypadek zostało w domu. Wypijemy sobie czarną 😀