Świat według Ciumka 4

Świat według Ciumka 4

image_pdfimage_print

Jak zapewne połowa naszego świata, nieustannie zadaję sobie pytanie, jak to jest? Jeden robi karierę, a inny, wcale nie gorszy, nieustannie tupta w miejscu. Już wiele misek mleka wypiłem, myśląc na ten temat i chyba już czaję, o co kaman.

Przede wszystkim należy dobrze wystartować.  Dobry start to podstawa.

Czyli najważniejsze jest imię.

I choć początkowo byłem troszkę zły, że dostałem takie głupie, teraz muszę odszczekać, a raczej odmiauczeć, bowiem moje imię niesie ze sobą spory medialny potencjał.

Jakbym tak zasilił liczne szeregi Mruczków i innych Burasków, to nic by z tego nie było, a tak przynajmniej już na wejściu pojawiła się jakaś szansa.

Kurczę, no! Dobrze trafiłem!

Mimo, że nie pochodzę z kociej arystokracji, nie mam stosownych genealogicznych korzeni, tudzież opieczętowanych na czerwono papierów, to imię mam mega, zasadniczo jestem grzeczny i od startu wszyscy mnie lubią! :)

Niedawno podsłuchałem rozmowę, jak moja pani mówiła, że imię dla zwierzaka jest bardzo ważne.

Jak dała jednemu kotu na imię Frykas, to był kotem niejadkiem i się nieraz wstydu najadła, że kotek taki zabiedzony, bo mu na żarcie żałują, a z tego co widziałem na fotach to koleś faktycznie był bardzo chudy. Tak z natury. Drugi to był Behemot. Ten wariat, jak przystało na potwora z głębin morskich, kochał wodę, natomiast Kapsel uwielbiał piwo i biegał po ścianach. O Szajbie nawet nie wspominam. Jej imię mówi samo za siebie i to co ona odwaliła, to się nadaje na kolejny cykl felietonów. No, ale to moja przyjaciółka i chwilowo obiecałem dyskrecję, ale za to Tornado, skubany, nauczył się latać.  Najlepiej przez okno, albo przez płot. Po dachu też zjeżdżał. W młodości, faktycznie był niezły w te klocki.

Ja, niestety, jak powszechnie wiadomo, jestem sierotą, bo ta wyliniała wywłoka jedna, co mnie urodziła, wcale mnie nie chciała, więc do dziś mi pozostał odruch memlania koca oraz wszystkiego, co włochate.

No i co? Nie pasuje tu imię Ciumek?

Już się niedawno pani na mnie zeźliła, jak jej omemlałem kamizelkę i kupiła mi w ciucholandzie specjalną futrzaną czapkę a’la pantera! Specjalnie dla mnie! Wiecie pewnie, że ja jestem z kociego bidula, gdzie mieszkała cała masa kotów, ale od żadnego nie słyszałem, żeby któryś miał osobiste memladło! A było nas tam, u cioci Marty w Bochni, strasznie dużo. Jeszcze wtedy nie umiałem liczyć, bo byłem w przedszkolu na piętrze, ale wypas mieliśmy nie lada. Był tam ze mną również mój braciszek Oskar i trochę się o niego bałem, ale z tego, co później ogarnąłem na fejsie, młody też trafił na fajną chatę, gdzie go kochają. Czasem podsyła ładne foty. Może jak mi kiedyś kupią wreszcie tego smartfona, to się z młodym sklikamy na feju, ale na razie to ja mam inne sprawy na głowie.

Otóż, od kilku dni, pomału wypuszczają mnie do ogrodu.

No i już za pierwszym razem była afera.

Ech! Ja to mam szczęście…

Wprawdzie tylko polazłem do sąsiadki, żeby osikać jej grządkę z czosnkiem, no ale nie umiałem wrócić…

Szajba poszła spać i chwilowo miała wywalone, czy wrócę, a ja, przy okazji, polazłem niuchać. Wiecie, maj, te sprawy… wiosna, ech!

Ptaszki, muszki i cała reszta rzeczy do upolowania, więc się zapomniałem i polazłem sobie w te grządki. No i skończyło się nieciekawie.

Jak mnie po godzinie namierzyli, to dostałem zrypkę i się nasłuchałem od durnych Ciumków, a potem, skoro nie umiałem sam wrócić, to mnie ręcznie przewlekli pod płotem, a potem pan zamontował tam deskę i Szajba mnie sklęła, że spaliłem taki fajny skrót do sąsiadów.

Już wcześniej wspominałem Wam o ryzyku.

Tu było wielkie.

Bo wiecie, jak kiedyś, w zimie, ciocia Kasia z kociego hotelu doniosła na mnie do mojej pani, że w czasie pobytu przeleciałem Heńka, to nawet się nie połapałem, jak w dzień później ciocia Martyna ciachnęła mi jajka.

Zatem tu na serio trzeba uważać, i na serio trzeba być grzecznym, bo na tym szemranym świecie nigdy nie wiadomo, co, kiedy i której cioci do głowy strzeli 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Tabouleh z kaszy jęczmiennej

Tabouleh z kaszy jęczmiennej

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Upały chwilowo za nami, ale zaraz mają wrócić. Komu chce się w taką pogodę stać w nagrzanej kuchni a potem jeszcze wcinać gorący obiad? Myślę, że tylko masochiści 😉

Tabouleh będzie doskonałą alternatywą, bo można go zrobić nieco więcej na zapas a poza tym jemy go na zimno. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie bezmięsnego dania to może zjeść tę sałatkę z kaszy na przykład z zimnym, grillowanym kurczakiem.

W oryginalnym przepisie tabouleh robi się z kaszy kuskus albo bulgur, ale ponieważ obydwie są pszenne, to ja zastępuję je naszą polską, zdrową kaszą jęczmienną i wychodzi super :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

200 g kaszy jęczmiennej (średniej)

2 duże ogórki

2 duże pomidory

1 mała cebulka cukrowa

1 pęczek natki pietruszki

Garść liści mięty

1 duży ząbek czosnku

1 łyżka oliwy z oliwek

Sok ze średniej cytryny

Sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kaszę gotujemy na sypko w osolonej wodzie. Po odcedzeniu przekładamy do miski i na ciepło łączymy ze startym czosnkiem i oliwą. Odstawiamy do ostygnięcia i w tym czasie zajmujemy się pokrojeniem w drobną kostkę cebuli, pomidorów (pozbawionych gniazd nasiennych) oraz obranych ze skóry ogórków. Zioła drobno siekamy.

Gdy kasza całkowicie ostygnie to dorzucamy do niej pokrojone warzywa i zioła. Doprawiamy sokiem z cytryny oraz solą i pieprzem według indywidualnych potrzeb.

Przed jedzeniem tabouleh warto chłodzić minimum godzinę w lodówce.

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak powstała Śnieżna Grań?

Jak powstała Śnieżna Grań?

image_pdfimage_print

32161270_1836561256407176_2755175066017726464_n

Koniec historii to doskonały moment na podziękowania. Dlatego też, niniejszym chciałabym gorąco podziękować wszystkim tym, bez których seria „Śnieżna Grań” nigdy by nie powstała, a przynajmniej nie w takim kształcie, w jakim ta historia finalnie miała się objawić.

Czytając, zwykle odnosimy wrażenie, że autor pewne rzeczy po prostu wie.

I słusznie, ale też z tą wiedzą wcale nie jest tak lekko, jak się wydaje. Pomimo tego, że sporą część życia spędziłam w takich właśnie miejscach i wydawać by się mogło, że to dla mnie naturalne środowisko, poświęciłam aż dwa zimowe sezony, by nauczyć się od podstaw jak naprawdę funkcjonuje stacja narciarska z prawdziwego zdarzenia.

Rodzina Stachowiaków co rusz stawiała przede mną nowe merytoryczne wyzwania. Szczególnie Edek, którego postać byłaby płytka i mało wiarygodna gdyby nie pomoc kierownictwa popularnego ośrodka narciarskiego Małe Ciche w Murzasichlu. Przy tej okazji dziękuję zatem prezesowi zarządu-  Andrzejowi Bielawie, prokurentowi spółki – panu Piotrowi Stawarzowi oraz kierownikowi stacji Rafałowi Miksiewiczowi, za to, że precyzyjnie wprowadzili mnie w techniczne arkana i dzielnie znieśli grad moich pytań.

Szczególnie dziękuję też pani Annie Sutor, właścicielce karczmy na stacji Małe Ciche. To od niej dowiedziałam się jak funkcjonuje śnieżna gastronomia oraz co i w jakich ilościach jedzą i piją miłośnicy zimowych sportów.

Tamte wizyty i rozmowy wiele mnie nauczyły, ale też nie mogę przy tej okazji pominąć fascynujących odwiedzin w TOPR- ówce oraz rozmów z ratownikami. To właśnie oni, choć zazwyczaj niewidoczni czuwają nad bezpieczeństwem narciarzy i snowboardzistów, by w razie wypadku pospieszyć z pomocą i nieraz uratować ludzkie zdrowie lub życie. To od nich zależy bezpieczeństwo tras oraz akcje, w których nieraz liczą się sekundy. Szacunek Panowie, i choć chcieliście pozostać anonimowi, to i tak w tej historii będzie trochę o was. Dziękuję!

Haniu kochana! Cóż bym bez Ciebie poczęła w kwestii góralskiej gwary? Niby mieszkam niedaleko, na Podhalu bywam od dziecka, ale gdyby nie pomoc Anny Stachoń- właścicielki pensjonatu w Gliczarowie Górnym, w miejscu, w którym roztacza się najpiękniejszy na świecie widok na Tatry, nie byłoby w moich książkach barwnych, góralskich wstawek. Sami przyznacie, że odrobina gwary dodała całości nieco smaczku :)

Wprawdzie w moich poszukiwaniach skoncentrowałam się głównie na naszych rodzimych uwarunkowaniach, ale też będąc za granicą nie mogłam sobie odmówić zgłębienia tematu również i tam.

W ogromnym włoskim kompleksie narciarskim Folgarida- Marilleva- Madonna do Campiglio, mogłam na własne oczy zobaczyć najnowocześniejszy sprzęt do naśnieżania tras i w naturze przyjrzeć się jego niesłychanym możliwościom.

Do końca życia nie zapomnę też nocnego ratrakowania ekstremalnie stromej, czarnej trasy. Jazda przypiętym na wyciągarce ratrakiem to coś, czego w polskich warunkach doświadczyć się nie da. Fabrizio Ponti. Grazie!

 

Fasola po bretońsku Pawła Tomali

Fasola po bretońsku Pawła Tomali

image_pdfimage_print

final2

Witajcie w dzisiejszym wydaniu „Kuchni gości”. Dzisiaj gotuje dla Was Paweł Tomala, który o sobie mówi tak:

Dzięki nostalgicznej tęsknocie do dobrego, swojskiego jedzenia wstąpiłem w szeregi Wędzarniczej Braci na forum wedlinydomowe.pl i realizuję się w zadymionym świecie domowego wyrobu wędlin wytwarzając według tradycyjnych receptur swojskie wyroby. Od kiełbas aż po wędlinki dojrzewające.

Bardzo chętnie i odważnie eksperymentuję w kuchni i nie tylko na niwie przekąsek, bo i większe wyzwania w postaci choćby tortów nie są mnie w stanie wystraszyć.

Lubię klimatyczno-tematycznie przedstawić efekty swoich dokonań masarsko kulinarnych , fotografując je w ciekawie dobrany sposób z dobrze dobranymi dodatkami jak deska, obrus, nóż, czy też wazonik z goździkami  :)

Bardzo chętnie spędzam czas z dala od miejskiego zgiełku w prawie leśnej ciszy zbierając grzyby czy po prostu wpatrując się w horyzont. Lekko zbzikowany na punkcie muzyki zespołu GREGORIAN. Jestem też zapalonym kibicem siatkarskim :)

Fasola po bretońsku

received_10211676455212825

Składniki:

– opakowanie białej fasoli „Jasiek ”

– 25 -35 dkg kiełbasy (można tez dodać boczku)

– 5-7 cebul średniej wielkości (jeśli ktoś lubi może być więcej :))

– koncentrat pomidorowy

– tłuszcz (czytaj smalec) do podsmażenia kiełbasy i cebuli

– sól, pieprz, majeranek i papryka

Fasolę dzień wcześniej przebrać i zalać przegotowana zimną wodą. Następnego dnia ugotować ją w tej samej wodzie, w miarę potrzeby dolewając wrzątku. Kiełbasę i cebule pokroić w drobną kostkę i podsmażyć (można dodać mąki i lekko zasmażyć) a następnie dodać koncentrat pomidorowy. Doprawić solą, pieprzem i majerankiem. Tak uzyskanym ” sosem ” zalewamy fasolkę, mieszamy i trzymamy na średnim ogniu około 15 minut, delikatnie mieszając, po tym czasie szykujemy sobie bułeczkę (może być z masełkiem :)), wykładamy fasolę na talerz i po prostu jemy :)

Smacznego :)

final1

Chłodnik z ogórkami małosolnymi

Chłodnik z ogórkami małosolnymi

image_pdfimage_print

Latem nic nie zastąpi zimnego, pełnego chrupiących ogóreczków chłodnika. Jeśli użyjecie małosolnych to zupa wchodzi w zupełnie inny wymiar 😀 Tylko pamiętajcie, by ogórków nie trzeć na tarce. Żeby były chrupiące to należy je pokroić w drobną kostkę. Dobrze by było, żeby ogórki nie były przekiszone. Najlepsze do naszego celu będą jedno lub dwudniowe.

Ogromną zaletą chłodnika jest jego niskokaloryczność. No chyba, że do jego produkcji użyjecie śmietany i bulionu z kostki. Ja nie polecam, ale wiem, że niektórzy ludzie tak robią :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– 1 średni burak lub 2 małe

– 400 ml rzadkiego jogurtu

– 500 ml kefiru

– 100 ml mleka (opcjonalnie)

– 3 średnie ogórki małosolne

– 2 średnie ogórki surowe

– 2 ząbki czosnku

– pół pęczka szczypiorku

– pół pęczka koperku

– sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdaję sobie sprawę, że tradycyjnie do chłodnika stosuje się botwinę, czyli młode buraki z listkami, ale ja wolę wersję bez listków. Po pierwsze nie plączą mi się po zupie a po drugie nie raz zdarzyło mi się, że chłodnik z botwiną miał nieładny bury kolor. Z samym burakiem nie ma takiego problemu a poza tym trze się go szybko zamiast się bawić z siekaniem liści i mikroskopijnych buraczków.

No dobra. Bierzemy się do roboty.

Buraki obieramy i trzemy na grubych oczkach tarki. Przekładamy do garnka, lekko solimy i zalewamy niewielką ilością wody. Nawet nie musi dokładnie przykryć buraków. Zagotowujemy i zdejmujemy z gazu. Wody oczywiście nie odlewamy :) Garnek odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.

W międzyczasie kroimy drobno ogórki, siekamy szczypior i koperek. Czosnek przeciskamy przez praskę.

Gdy buraki całkowicie ostygną to dokładamy do garnka kefir i jogurt. Opcjonalnie mleko, jeśli chłodnik ma być nieco rzadszy. Wrzucamy posiekane zioła, pokrojone ogórki. Doprawiamy czosnkiem, solą i pierzem. Przed zjedzeniem zupę warto chłodzić minimum dwie godziny. Podawać z jajem ugotowanym na twardo.

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czekoladowe trufle Gabrysi Rolskiej

Czekoladowe trufle Gabrysi Rolskiej

image_pdfimage_print

Dzień dobry :)

Chyba w sumie można było się mnie na tym blogu spodziewać :) A jakby ktoś jeszcze mnie nie znał, to cześć, Gabrysia jestem. Jagna to moja mama i uwierzcie mi, że jej dania smakują lepiej niż sobie wyobrażacie. Na co dzień jestem uczennicą liceum. Moim ogromnym zamiłowaniem jest rysunek i chyba wychodzi mi to już nie najgorzej ale nadal muszę jeszcze duuuuuuużo ćwiczyć :) Mam ogromną słabość do słodyczy i dlatego chciałam się podzielić swoim autorskim przepisem na bezalkoholowe trufle.

kolaz2

Trufle czekoladowe

Na wymiarową ilość, idealną na prezent będziecie potrzebowali:

– 200 g (dwie tabliczki) czekolady deserowej (najlepsza będzie czekolada „Wedla”)

– 30 g śmietanki (najlepiej kremówki, ale taka do kawy 12% też może być)

– 10 g niesolonego masła

– 10 g cukru (ja użyłam cukru pudru, ale można użyć spokojnie normalnego białego cukru)

– 3 krople aromatu rumowego

– łyżka kakao na posypkę

– drobno posiekane orzechy (w moim przypadku były to orzechy włoskie)

 

Do garnuszka wlewamy śmietankę i rozpuszczamy w niej masło. W międzyczasie, weźcie pierwszą tabliczkę czekolady i ją posiekajcie

Gdy masło całkowicie się rozpuści, zamieszajcie parę razy, by połączyło się ze śmietanką i wsypcie czekoladę.

Zmniejszcie gaz na minimum i wymieszajcie wszystko.

Gdy pierwsza część czekolady połączy się ze śmietanką, dodajcie wcześniej posiekaną drugą tabliczkę

Mieszajcie, póki nie powstanie gładka masa

Dodajcie cukier puder i dokładnie wymieszajcie z waszą czekoladą

Proporcje podane w przepisie są właściwe dla raczej wytrawnych trufli. Jeśli chcecie by były słodsze, to sugeruję wymienienie jednej tabliczki czekolady deserowej na mleczną i zwiększenie używanej ilości cukru.

Dodajemy aromat rumowy i porządnie mieszamy.

Masę przekładamy do miseczki i odstawiamy do ostygnięcia. Gdy osiągnie temperaturę pokojową to wstawiamy ją na pół godziny do lodówki. Po tym czasie czekolada powinna konsystencją przypominać plastelinę.

Do formowania trufli przyda nam się miseczka ciepłej wody. Zwilżamy nią dłonie i formujemy kuleczki z masy.

Trufle klasyczne, które będą obsypane kakao odłóżcie na razie na bok. W wilgotne kulki kakao będzie wsiąkać, więc zajmiemy się tym później :) Orzechowe, natomiast od razu obficie obsypcie waszą posypką.

Wstawcie trufle do lodówki na godzinę.

Obsypcie klasyczne trufle kakao i już można jeść :)

Smacznego.

Chleb cebulowy na zakwasie

Chleb cebulowy na zakwasie

image_pdfimage_print

Domowy chleb jest o wiele smaczniejszy i o wiele tańszy od sklepowego. Zwłaszcza, jeśli próbujemy unikać konserwantów i polepszaczy i inwestujemy w droższe, ponoć zdrowe pieczywo. Mnie denerwuje jeszcze jedna rzecz. Nawet, jeśli na tych ponoć zdrowych chlebach jest napisane, że jest żytni czy orkiszowy, to w większości przypadków posiada w składzie większą lub mniejszą domieszkę mąki pszennej. A mi z mąką pszenną ostatnio nie po drodze 😉

Robienie własnego chleba na zakwasie jest banalnie proste i nie wierzcie nikomu, kto twierdzi inaczej. Potrzebna jest jedynie odrobina cierpliwości do wyhodowania zakwasu. Roboty nie ma przy tym wcale. Wszystko, czego potrzebujecie to woda, mąka i słoik 😀

Zakwas żytni

– 2-3 łyżki mąki żytniej typ 720 albo 2000, prawdę mówiąc nie ma to kompletnie znaczenia

– 2-3 łyżki wody

– słoik

– kawałek gazy i sznurek albo gumka recepturka do zabezpieczenia zakwasu w słoiku

 

W jakimś głębszym naczyniu mieszamy nieco mąki z wodą. Musi to mieć konsystencję gęstego błota 😀 Przekładamy do słoiczka i zabezpieczamy gazą. Kolejnego dnia ponownie mieszamy mąkę z wodą i dokładamy do słoika. Łączymy obie masy delikatnie, starając się nie ubrudzić za mocno ścianek słoika. I tak dokładamy codziennie przez 6-7 dni po odrobinie mącznego błotka. Co drugi dzień zawartość przekładamy do innego, czystego słoika. Przyczyna takiego działania jest bardzo prosta: masa, którą pobrudziliśmy słoik wysycha radośnie na jego ściankach i może nie wyschnąć do końca (a odżywić się jej nie da, bo już jej nie wmieszacie) i spleśnieć. Dlatego takie ważne jest zmienianie słoika.

I to jest właściwie wszystko. Nie wierzcie przepisom internetowym, które nakazują częściowe wyrzucanie zakwasu przed dołożeniem świeżej porcji do słoika. Bzdura totalna.

Po 7 dniach zakwas ma bardzo wyraźne pęcherzyki powietrza i kwaśny, charakterystyczny zapach. To znak, że jest gotowy do działania.

I teraz uwaga techniczna. Wyhodowany zakwas można mieć właściwie w nieskończoność. Nawet maleńka resztka niewykorzystana do pieczenia ma taką mega moc, że w godzinę po dołożeniu świeżego błotka pracuje jak szalony. Pamiętajcie, żeby dokarmiać go codziennie bo inaczej spleśnieje. Jeśli nie chcecie lub nie potrzebujecie używać go zbyt często, to można go wstawić do lodówki i uśpić na tydzień lub dwa. Po tym czasie warto go jednak dokarmić, żeby nie zdechł na amen 😀

Chleb żytni na zakwasie z dodatkiem cebuli

– 550 g mąki żytniej typ 720

– 100 g aktywnego zakwasu

– 400 ml ciepłej wody

– 4 g drożdży w proszku

– łyżeczka soli

– łyżeczka granulowanej cebuli

– łyżka otrębów żytnich do obsypania blaszki

– odrobina oliwy z oliwek albo oleju rzepakowego

– średniej wielkości cebula

Cebulę drobno kroimy i podsmażamy na niewielkiej ilości tłuszczu. Zostawiamy do przestygnięcia. Wszystkie składniki, łącznie z przestudzoną cebulą (z wyjątkiem otrębów) wrzucamy do miski i mieszamy (najlepiej dużym widelcem) na gładką masę. Blaszkę o wymiarach 30×10 smarujemy tłuszczem i obsypujemy otrębami. Do środka wkładamy ciasto uważając, by nie uświnić boków. Dłoń zwilżamy olejem i uklepujemy ciasto. Blaszkę nakrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na około godzinę. Ciasto powinno wyrosnąć do brzegów formy. Ja to robię tak, że nagrzewam piekarnik do 30 stopni i wstawiam chleb do środka. Wyłączam grzanie i czekam.

Gdy chleb już wyrośnie, to wyciągamy go z piekarnika a piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Pieczemy przez 40 minut, po czym zakładamy kuchenne rękawice, żeby się nie poparzyć i wyjmujemy chleb z formy. Kładziemy go bezpośrednio na kratce w piekarniku i dopiekamy jeszcze przez 10 minut.

Po upieczeniu wyjmujemy chleb z piekarnika i studzimy na kratce. Z krojeniem lepiej się powstrzymać aż do całkowitego ostygnięcia.

Chleb możecie spokojnie mrozić. Smacznego :)

Świat według Ciumka 3

Świat według Ciumka 3

image_pdfimage_print

Z poprzednich felietonów zapewne już wiecie, że zasadniczo to ja lubię ryzyko. Bo cóż mi innego w życiu pozostało? Na dziewczyny przecież nie pójdę, bo już nie mam z czym, to może chociaż za to nadrobię jakąś wyrafinowaną rozrywką oraz popularnością w Internetach? Jak myślicie? Dobry plan?

Każdy orze jak może, i jakoś trzeba sobie radzić.  Czasy dla celebrytów nastały ciężkie. Dziś każdy to wie. Własnego medialnego coach’a jeszcze nie mam, więc na razie, po ciuchu się podpiąłem do bloga, gdzie pisze moja pani i tu się, w wolnych chwilach, lansuję :)

Ale wracając do sedna. Zauważyłem, że ludzie lubią ryzyko, a szczególnie, gdy ryzykuje ktoś inny.  To, że lubię się ślizgać, to już wiecie, więc sami rozumiecie, że przed Wielkanocą to dopiero był w domu wypas nie lada, bo pani na okrągło robiła coś w kuchni i podłogę myła po kilka razy dziennie.  Można się było ślizgać do woli, że już nie wspomnę nawet o tym, co w tym czasie spadało na podłogę…

Na kociego smakosza!

Same smakołyki! A już najlepiej było, jak gniotła krówki na kajmak do mazurka i potem dała mi swoje palce do oblizania. Spróbowałem i nie uwierzyłem, że istnieje coś tak pysznego, więc zawołałem Szajbę, żeby przyszła mi powiedzieć, co to jest. Tornado też się załapał.

Pani, jak wszyscy memlaliśmy te bosko-słodkie paluchy, wyraziła nadzieję, że nie dostaniemy po tym sraczki, ale ustaliliśmy w konspirze, że nawet jak dostaniemy, to wspólnie zakopiemy pod dywan, bo inaczej drugi raz nam tego nie da.

Na to przyszedł do domu pan i dziewczyny. Zuza postawiła na stole w kuchni specjalny koszyk z różnościami i powiedziała mojej pani, żeby uważała na Ciumka.

Że niby, na mnie?!?!

A na co tu uważać??

Świetnie sobie w życiu radzę. Jestem urodziwy i rozgarnięty, zatem postanowiłem sprawdzić, o co chodzi. Po cichutku zakradłem się na stół i dla niepoznaki nakryłem się białą serwetką, którą buchnąłem z koszyka.

Królu złoty! Moje ulubione jajka na twardo i jeszcze kawał kiełbasy! Niebo! Byłem w połowie, jak przylazła Zuza i mnie franca zdekonspirowała.

– Mamo! Ciumek właśnie zeżarł naszą święconkę!

Dostałem ścierką przez łeb, ale później Tornado mi bardzo podziękował, bo się załapał na resztki tej poświęconej kiełby, więc jakoś przełknąłem to połajanie i postanowiłem być grzeczny, zwłaszcza że pochowali już przede mną wszystko, poza chlebem i sernikiem.

Bo się nigdzie nie zmieścił.

Tego drugiego jeszcze nie znałem, więc jak tylko w kuchni zrobiło się pusto, dobrałem się do sernika.

Mmm, to było nawet lepsze niż te krówki. Wtanżoliłem ile się dało, ale – na kociego proroka! – w kuchni zadzwonił telefon, przylazła Zuza, i znów zaliczyłem wpadkę.

Tym razem jednak pani uznała, że my również mamy święta.

Odkroiła całkiem spory kawałek sernika i pokruszyła nam wszystkim do misek. Szajba i Tornado znów mi dziękowali, bo sernika też wcześniej nie jedli.

A później pani wraz z panem nagrali film z życzeniami na Facebooka i podali do publicznej wiadomości, że w Wielką Sobotę zjadłem święconą kiełbasę z koszyka! Ech! Ależ poruta. Skąd ja miałem wiedzieć, że jest sobota?!

Jak mi kupią smartfona to będę wiedział!

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Wiecie, na popularność trzeba wytrwale i ciężko harować.

Niech sobie piszą.

Niech bzdury wygadują.

Byleby tylko nie przekręcali nazwiska 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 2

Świat według Ciumka 2

image_pdfimage_print

Coraz częściej nabieram przekonania, że na serio, o coś musi chodzić z tą całą świętością, o której się tyle gada. Oczywiście w moim przypadku, bowiem nie da się zaprzeczyć, że mam ku temu jakieś wrodzone inklinacje. Zapewne kiedyś wstąpię w poczet kocich świętych, ale może… po kolei :)

Pierwszą wpadkę zaliczyłem już w styczniu. Z wodą święconą.

W sumie, smakowała jak ta zwykła, ale ta zwykła nigdy nie stoi na stoliku w salonie, w dodatku nalana na talerzyk. Państwo piją ze szklanek, więc uznałem, że to dla mnie, i sobie wypiłem. Ech, znów się nasłuchałem od mojej pani. Narobiła takiego rabanu, jakbym jej zjadł co najmniej pierścionek zaręczynowy i kilo kawioru, ale poszła do kuchni i nalała na talerz zwykłej kranówki, no to ja w międzyczasie dorwałem się do takiej niedużej miotły, która leżała obok talerza. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej małej, więc też pomyślałem, że to dla mnie i trochę ją potarmosiłem za firanką. Też mi się dostało, ale na szczęście krótko, bo przyszedł do domu jakiś facet w czarnej sukience i się dobrał do tej mojej nowej zabawki. Dopiero po niewczasie dowiedziałem się, że to jest kropidło.  Potem ten kolo rozchlapał wodę z talerza po całym pokoju, ale nikt mu nic nie powiedział.  Tu się, serio, zdziwiłem. No, bo jak ja rozchlapię trochę wody z miski na podłogę w kuchni, to od razu słyszę, że jestem niegrzecznym Ciumkiem, a ten gość za chlapanie po pokoju dostał kasę w kopercie.

I gdzie tu jakaś sprawiedliwość?!

A ja tak lubię chlapać! Bo wiecie, nie ma nic lepszego, niż mokra podłoga, ale zanim pani mi sprawi tę przyjemność, najpierw zamiata. Normalną miotłą, nie tą małą od tego kolesia w kiecce. Uwielbiam, tak się dorwać do tych kłaków od miotły, a jeszcze lepiej wytarzać się w kupce zamiecionych śmieci.  Czasem dopadnę tego kudłacza, ale to tylko dla niepoznaki, bo zasadniczo, to ja czekam, aż pani na chwilę się odwróci, do szafki po zmiotkę i szufelkę. No to ja wtedy, hyc! Brzuchem, prosto w zamiecione śmieci 😀

Ależ jest uciecha, no mówię Wam! Jedna z lepszych. Ale lepiej wróćmy do tej mokrej podłogi. Tu trzeba się śpieszyć, bo szybko wysycha, więc biorę rozpęd z końca salonu i jadęęęę po korytarzu na pełnej petardzie!!! Wprawdzie czasem nie daję rady wyhamować przed końcem przedpokoju i rajd kończy się efektownym zderzeniem z drzwiami, ale sami przyznacie, że sporty ekstremalne wiążą się z ryzykiem, a bez ryzyka nie ma zabawy. No tak.

Ostatnio też zrobiło się groźnie. Leżałem sobie, spokojnie rozwalony, na mokrym. Nagle patrzę ci ja, a tu leci wprost na mnie kij od mopa!!! Wierzcie, na serio, bardzo ciężko jest tak rączo wystartować do sprintu na mokrej podłodze, więc łapami efektownie zamieliłem w miejscu. Cudem uniknąłem katastrofy i uszedłem z życiem. Ych…, ta moja pani się popłakała ze śmiechu, jak mieliłem. Zupełnie jej nie rozumiem. Nie dość, że podstępnie postawiła tego mopa, to jeszcze doszły mnie słuchy, że obrabia mi zad na publicznym necie.

To pisałem ja.

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 1

Świat według Ciumka 1

image_pdfimage_print

Ostatnio mam jakiś zły czas. Codziennie spotyka mnie jakaś brzemienna w skutki przygoda i już sam nie mam do tego nerw. Szajba i Tornado mogą wszystko, a ja jestem traktowany przez pozostałych jak jakiś smarkacz!

Na razie mnie pilnują, żebym jeszcze nie wychodził z domu, ale przedwczoraj udało mi się niepostrzeżenie przemknąć do ogrodu. I tyle mojego.  Zonk! Ja nie wiem, co tamci w tym widzą. Mróz, wiatr  i na ziemi to białe, co z nieba leci. Łapy mi zmarzły, więc szybko wróciłem pod drzwi i zacząłem ryczeć, co tchu w płucach, ale nikt nie otwierał. Ze środka słychać było jedynie skuczenie psa. Powiedziałem mu, że utknąłem za zewnątrz, ale Tornado chyba nie jest tak mądry jak myślałem, bo nie umiał mnie wpuścić. Skulony, schowałem się na ganku za koszem na parasole i czekałem na ratunek. Na szczęście moja pani w końcu wróciła z zakupów i zabrała się za odśnieżanie wokół domu. I tak mnie znalazła. Na mój widok minę zrobiła prawie tak zdziwioną,  jakby ujrzała ducha, ale wzięła me roztrzęsione, zmarznięte futro na ręce, zrugała po całości od głupich kotów i zabrała do domu. I tu nastąpiło coś wspaniałego. Po raz pierwszy w życiu dostałem na rozgrzewkę ciepłe mleko. Mmm… chyba będę częściej nawiewał.

No, ale nic to. Następnego dnia, rozsmakowany wczorajszym podniebiennym doświadczeniem z mlekiem, postanowiłem, w mych kulinarnych doznaniach, pójść  nieco dalej i sprawdzić cały dostępny nabiał. Własnego już nie mam, ale w kuchni, po śniadaniu, zostało trochę jajka na twardo. Udało mi się podwędzić jeden plasterek i spylić do salonu za fotel. Zanim mnie pani złapała, to zdążyłem wszamać. I to było boskie. Tak boskie, że postanowiłem wrócić do kuchni po kolejny kawałek, com go zgubił po drodze, ale moja pani wyrzuciła ten boski frykas do śmieci i zabrała się za klepanie w klawiaturę. Cóż było począć. Już wcześniej rozkminiłem, jak otwiera się szafki, więc po cichutku dobrałem się do śmietnika. Już byłem bliski sukcesu, jak ten głupi kubeł przewrócił się i wypadł z szafki. No i się wydało. I znów wszystko na mnie. Wszystko się wysypało na podłogę. Wszystkie pyszne skarby.

Ale dostałem zjebkę!

Dziś, dla odmiany, postanowiłem być bardzo grzeczny. Zarówno kosz na śmieci, jak i drzwi do ogrodu omijałem szerokim łukiem, za to nie mogłem sobie odmówić wyjścia do piwnicy. Tam to dopiero jest raj dla kota. Czego tam nie ma! Ile pajęczyn, gratów wszelkich… No, po prostu bajka.

A już najbardziej to lubię myknąć sobie do garażu. Tam stoi takie czerwone coś, czym moja pani wyjeżdża z domu i bardzo mi się tam w środku podoba. Już kilka razy, jak wyjmowała zakupy, udało mi się zakraść do środka, ale za każdym razem mnie łapała i wyciągała. Dziś mnie nie zauważyła. I mnie zamknęła. Miauczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Dotarła do mnie groza całej mojej rozpaczliwej sytuacji. W środku jest czarno, ja też jestem czarny, a w dodatku nadepnąłem łapą na coś, co zamknęło mnie w środku. Na szczęście znalazłem jakiś szalik włochaty, więc chwilowo było co pomamlać, ale w pewnej chwili dotarła do mnie inna przerażająca myśl.

Co będzie jak mi się zachce?

Przecież jak nasikam do środka, to mnie ze skóry obedrą…

Próbowałem uderzyć w kimono, ale usłyszałem, że mnie wołają. Że micha stuka o podłogę. No to zacząłem się drzeć, jednak wszystko na próżno. Znowu ostałem się sam, i bez nadziei na uwolnienie.

Jednak z moją panią nigdy nie idzie za lekko, więc po kwadransie znów zaczęła mnie wołać. No i wreszcie weszła do garażu i mnie znalazła. No, ale ja się zamknąłem w środku razem z kluczykami. Ech, usłyszałem pod moim adresem parę ciepłych słów, bo już wiem, że moja pani mnie kocha, a: głupek, debil i kretyn, to piękne komplementy. No, sobie posłuchałem, a za chwilę przyszła z zapasowymi kluczykami i mnie uwolniła. Tym razem nie dała mi mleka, ale za to mocno mnie przytuliła :)

To pisałam ja!

Ciumek Memlok von Frontz V