Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

image_pdfimage_print

Gdyby diety odchudzające działały, do tej pory wszyscy bylibyśmy szczupli. A prawda jest taka, że wciągamy setki milionów osób w wojnę, do której nie jesteśmy właściwie przygotowani.

Wydawało się nam, że jako osoby będące z dietami za pan brat, o odchudzaniu wiemy już wszystko. Tymczasem, po lekturze książki „Dlaczego tyjemy od diet” autorstwa Sandry Aamodt, okazało się, że po wielu latach jedynie wiemy, że gdzieś tam dzwonią, ale dokładnie nie wiadomo,  w którym kościele.

Zwykle każdej z diet towarzyszy jakaś ideologia, na której opieramy swój jadłospis. Zasadniczo wszyscy, mniej więcej, wiemy o co chodzi, znamy zasłyszane fakty i mity. Tymczasem po lekturze tej książki już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że to wszystko nie tak.

W kolejnych rozdziałach autorka prowadzi nas po meandrach naszej własnej psychiki, podchodzi do tematu w sposób bardzo merytoryczny, opierając swoje teorie na twardych naukowych dowodach i faktach, argumentując niezbicie, że wszystkiemu winny jest nasz mózg. Odchudzanie to nic innego jak ciągła walka z silniejszym przeciwnikiem i zazwyczaj bez szansy na wygraną. Przykładowo udowadnia, że osoby, które znacznie schudły, w niedługim czasie z powrotem wracają do dawnej wagi i do tego dorzucają jeszcze dodatkowe kilogramy. Dlaczego? Bo nasz mózg „wie lepiej”, bo przegraliśmy kolejne starcie. Bo… No właśnie? Dlaczego?

Odpowiedzi na to, jak również i na wiele innych nurtujących nas pytań, znajdziemy na kartach tej właśnie pozycji. Aamodt obala wiele obiegowych teorii na temat odchudzania, w które niejeden z nas święcie wierzył.  Czytając jej książkę, ciężko tego nie przyznać, bo nagle wszystko staje się jasne.  Wszystko się zgadza i pasuje do naszego przypadku jak ulał. W trakcie tej lektury dowiadujemy się, dlaczego jesteśmy skazani na porażkę i jakie figle płata nam nasze osobiste centrum zarządzania tuszą, czyli nasz mózg.

Ale nie zniechęcajmy się. Sytuacja wcale nie jest beznadziejna, bo nie jest aż tak źle. Jest szansa na wygraną!, ale najpierw musimy dokładnie rozpracować przeciwnika. Tak jak na wojnie, należy obrać właściwą strategię, znaleźć sposób, by na dobre pokonać wroga i już na zawsze cieszyć się zwycięstwem :)

Sandra Aamodt właśnie podpowiada nam jak to zrobić!

Zapraszamy zatem do lektury, z której każdy odchudzający się czytelnik wyciągnie wiele korzyści. Książka, pomimo, że ma zadatki na poważną naukową rozprawę, napisana jest w sposób bardzo przystępny i dobrze się ją czyta.

Niestety, jak dla nas, ma również pewien minus. W tej pozycji dane liczbowe umieszczono bezpośrednio w tekście, co zdecydowanie „zaciemnia” ich odbiór i analizę. Naszym zdaniem dużo lepiej przy takich zestawieniach sprawdzają się tabele, których tutaj, nie wiadomo dlaczego, zabrakło.

Niemniej jednak „Dlaczego tyjemy od diet” to bardzo wartościowa pozycja, która ma szansę stać się rynkowym hitem, a wydane na nią pieniądze będą jedną z Waszych najlepszych inwestycji w samego siebie. Polecamy!

Martyna 10

Martyna 10

image_pdfimage_print

Rozdział 10

W którym dzięki stosownym bodźcom nasza bohaterka zaczyna kojarzyć, kto i dlaczego robi ją w wała

Martyna nie do końca wiedziała, co jej bardziej dokucza: przepełniony pęcherz czy przepełniona głowa. Drugi z wymienionych organów przeszedł już dłuższy czas temu na tryb awaryjny, więc doprawdy ciężko było  się  spodziewać  po  naszej  bohaterce  tak  wnikliwych  ekspertyz,  jakie  niewątpliwie  miały  później miejsce.  Prawdopodobnie  zapłon  szarych  komórek  miał  związek  z  oczyszczeniem  umysłu  z niedogodności  związanych  z pęcherzem, grunt  że Martyna wzięła  się w garść  i przysiadając na brzegu wanny,  zapatrzyła  się  we  własne  odbicie  w  lustrze,  bezwiednie  podejmując  rozgrywkę  szachową  z własnymi  ograniczeniami  i  programem  eksterminacji  planety  zapisanym  w  pamięci  złośliwych komputerów. Najwięcej bólu sprawiło naszej bohaterce sięgnięcie do zmagazynowanych zasobów wiedzy historycznej. Martyna przeżyła  to  jednak  i wysnuła wielce obiecującą teorię oraz wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecująca teoria Martyny

„Najważniejsze, to dorwać Ziomusia, zanim dorwał go Lucek i Magdusia! A tak! Możecie se myśleć, że ja tylko browary otwieram, ale ja głupia nie jestem i wiem, że rudą pilotką, która coś namieszała w kółku winiarzy była Najbardziej Popularna Dziewczyny w Szkole. Tylko jak to  jest  możliwe,  że  wyciągnęła  Ziomusia  z  opresji  w  pierwszym  wieku  naszej  ery,  skoro urodziła się w 1976 roku? Skąd pewność? No więc byłam kiedyś na jej urodzinach, taki fajny tort  miała  i  pamiętam,  że  co  chwilę  zerkałam  na  jej  stopy,  bo  miała  zajebiste  czeszki przywiezione  z  Węgier.  No  dobra,  nieważne!  Magdusia  nie  mogła  wpaść  na  wieczorek degustacji win, ponieważ jej dziadka nawet nie było wtedy w planach. Chyba że…

Martyna pstryknęła palcami  i chwytając zębami  strzępek ulotnej myśli, bezwiednie wyszczerzyła zęby do lustra. Przez chwilę starała się odświeżyć zmurszałe wspomnienia, by po chwil załapać, że nikt i nigdy nie widział Magdusi z żadnym z rodziców. Na zebrania ponoć też nie przychodzili. Widywano ją wyłącznie w towarzystwie Darusia i to też dopiero po piątej klasie, gdy odbiła go brutalnie nieutulonej w żalu  Martynie.  Właściwie  kompletnie  nie  wiadomo,  dlaczego  to  zrobiła,  bo  największy  przyjaciel Martyny  był  cichym  i  nieśmiałym  chłopcem,  kompletnie wyzutym  z  tego,  co  zwykło  się  określać  siłą przebicia.  Jakby  tak  pomyśleć,  to  Daruś  poszedł  za  nią,  bo  chyba  się  jej  bał.  Bywało,  że  podczas dyskoteki  ósmoklasistów  spoglądał  dyskretnie  na Martynę  i  omiatał  ją  smutnym  wzrokiem. Martyna przeważnie  podpierała  wtedy  ściany  stołówki  pełniącej  funkcję  sali  balowej.  Magdusia  natomiast brylowała  na  parkiecie  z  osiłkami  z  ósmej  „c”  i  tylko  co  jakiś  czas w  połowie  piruetu  jej  obrośnięta mrowiem  rudych  włosów  głowa  namierzała  skulonego  w  kąciku  Darusia  i  przyszpilała  go  zielonymi oczami do  krzesła. Martyna, pozornie  zajęta  studiowaniem  zagadkowych wzorów wyłaniających  się  ze złuszczonej farby na stołówkowych ścianach, łypała na byłego przyjaciela spode łba, lecz nie podchodziła do niego. „Białego misia” grali już wcześniej i akurat wtedy nasza romantyczna bohaterka zatrzasnęła się w  szkolnym  kibelku.  Dobra!  Nie  będziemy  się  tu  teraz  rozczulać  nad  rozdartą  o  zwieńczenie  kabiny kieckę.  Czas  sobie  odpowiedzieć  na  najważniejsze  pytanie:  kim,  do  cholery  jest, Magdusia? Martyna podrapała się po łepetynie i ponownie pstryknęła paluchami.

– Aha! – powiedziała triumfalnie, mimochodem odnotowując, że choć nie kąpie się obecnie, to jej tyłek spoczywa na brzegu wanny i zapewne stąd ten triumfalny odgłos.

Skoro  Magdusia  to  lafirynda,  która  dorwała  Ziomusia,  to  znaczy  że  ktoś  ją  podstępnie przysłał do naszej podstawówki na przeszpiegi  i wcale nie miała wtedy dwunastu  lat,  tylko coś ze dwa tysiące, albo więcej nawet! Tylko po cholerę przyleciała do mojej szkoły? No nikt mi nie wmówi,  że  szkoliła się przez dwa  tysiące  lat w Akademii Szefa,  tylko po  to,  żeby mi Darusia odbić!

Martyna  poderwała  się  na  równe  nogi  i  zadrżała  z  emocji,  jak wyżeł  na  inauguracji  sezonu myśliwskiego. Wybiegła  pędem  z  łazienki,  nie  zawracając  sobie  głowy  gaszeniem  światła  (Niech  se matka  Ziomusia  płaci!)  i  pogalopowała  kręconymi  schodami w  stronę kokpitu. W miarę  pokonywania stopni kiełkowała w niej głęboka myśl i formował się wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecujący plan działania

Najwyższy czas przyszpilić Magdusię i potrząsnąć ją za rude kudełki. Nie ma sensu lecieć do szkoły, bo  jeszcze moje młodsze  „ja” zawału dostanie na widok naszych zmarszczek, ale wydaje mi się, że nadszedł czas na degustację cudownych win!

 

Lekko  i  z  wdziękiem  nasza  ursynowska  żmija  zakradła  się  do  kokpitu,  mając  nadzieję  na przyłapanie  komputerów  na  jakiejś  nielegalnej  działalności,  lecz  te,  najwyraźniej  w  pośpiechu mieląc dane,  próbowały  jedynie  odnaleźć  algorytm  nieobliczalnej  jak  dotąd  natury  Martyny.  Spłoszone skrzypnięciem  drzwi,  natychmiast  powróciły  do  stanu  gotowości  i  błyskając  w podnieceniu  diodami, czekały na dyspozycje.

– No  i  co?  –  zapytał  niecierpliwie  Środkowy.  –  Lecisz  gdzieś?  Bo  jeśli mógłbym  zasugerować jakieś rozsądne rozwiązanie…

– Morda w kubeł! – wydarła się Martyna, siadając z przytupem na fotelu.

– No wiesz! – żachnął się Lewy.

– Wiem! I proszę wprowadzić odpowiednie współrzędne – powiedziała oschle Martyna.

– Chciałem powiedzieć,  że koordynaty  lotu  już  zostały wprowadzone do pamięci!  – odmeldował służbiście Lewy.

– Phi! – parsknął lekceważąco Środkowy.

– Co phi? – eksplodował Lewy. – Nie umiesz, to się obrażasz?

– O! Wypraszam sobie! – warknął metalicznie Środkowy. – Kto przeprowadził analizy? Ha! A  ty musisz tylko wysłać Ziemiankę na… – zacukał się komputer i natychmiast wygasił ekran.

Martyna stukała paznokciami w blat i eksploatowała do granic swój własny program analitycznego myślenia. W jej łepetynie rodziło się głębokie podejrzenie, że ponownie pada ofiarą spisku.

– A dokąd chcesz mnie wysłać,  słodziutki?  – zapytała uprzejmie, na wszelki wypadek polewając struny głosowe wiadrem lukru.

– No…  wiadomo!  Chciałaś  lecieć  chyba  na  wieczór  degustacji  win?  –  delikatnie  i  uprzejmie zaszemrał Lewy.

– A  skąd  wiesz?  Ja  nic  takiego  nie  mówiłam!  –  ryknęła  Martyna.  –  Proszę  natychmiast przygotować lot na Jamajkę. Czas przylotu to… – tu nasza historyczka lekko się zawahała.

– Może być drugi rok przed naszą erą? – podrzucił szybciutko Lewy.

– Może być! – powiedziała Martyna, której i tak nic to nie mówiło.

Komputer  zaczął  rzęzić  i  zgrzytać  z  wysiłkiem  i  po  kilku  sekundach  nasza  bohaterka  poczuła znajome rwanie w okolicach tyłka. Ugięła na wszelki wypadek nogi, lecz tym razem było to kompletnie niepotrzebne.  Podświadomie  nabierając  spory  haust  powietrza,  z  pluskiem  wpadła  w  odmęty  jakiejś wody.

Trzepocząc  się  i waląc  odnóżami  na  oślep, Martyna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  płynie  z uporem  na powierzchnię,  czy wręcz  przeciwnie,  skok  jej  tak  łeb  zamulił,  że  z  uporem wiosłuje  do  dna. Ściągając cugle  nieuchronnej  paniki,  postanowiła  poczekać  chwilkę,  ponieważ  pamiętała  z  lekcji  fizyki,  że zasadniczo większość ciał w sposób naturalny porusza się w stronę powierzchni. Jej optymistyczną teorią zachwiało  wspomnienie  zdjęć  z  programu  „997”,  ale  ostatecznie  uznała,  że  dopóki  ma  w  płucach gwarantujące  pewną wyporność  powietrze,  to wszystko  powinno  pójść  dobrze. Prąd  szarpnął  nią  kilka razy,  lecz  po  chwili  czwórka  z  fizyki  zaczęła  ją  wieść  w  stronę  powierzchni.  Martyna  wychwyciła kierunek  i gwałtownie waląc  ramionami, w kilku  ruchach dopłynęła do powietrza. Strząsnęła  z  twarzy mokre  włosy  i  parskając  jak  wieloryb,  postanowiła  przeprowadzić  ostrożną  analizę  głębokości.

Wytrenowana na pełnych pułapek basenach stolicy, posłużyła się taktyką żółwia. Maksymalnie wysunęła do góry brodę i utrzymując pion przy pomocy zrównoważonych ruchów rąk, ostrożnie zapuściła na zwiad palce  lewej  stopy. Ku  jej zażenowaniu noga nie zdążyła  się  rozwinąć do pełnej,  imponującej  jakby nie było długości.

Martyna  stanęła pewnie na piaszczystym dnie  i wynurzyła z wody górną połowę ciała.  Jej  lekko tylko napoczętym morską solą oczom ukazała się złocista plaża zwieńczona kołysanymi ciepłym wiatrem palmami. Jedynym dźwiękiem dochodzącym do  jej uszu był delikatny plusk  fal głaszczących  rozgrzany brzeg.  Nasza  niespełniona  podróżniczka  westchnęła  i  przypomniała  sobie  kurzące  się  w  domowym kibelku katalogi. Wyszła powoli na brzeg  i moszcząc się na suchym piachu zwróciła swą mokrą  i bladą twarz  ku  słońcu.  Zachwianie  stref  czasowych  sprawiło,  że  momentalnie  usnęła.  Jej  skwiercząca  w tropikalnym słońcu skóra była doprawdy błahostką w porównaniu z niewyobrażalnie ciężką wiedzą, jaka miała za chwilę spaść na naszą lekko tylko poparzoną Martynę.

– Mawning! /Dzień dobry!/ – wydarł się nad skwierczącą twarzą naszej poparzonej podróżniczki jakiś zagadkowy głos.

Martyna  z  trudem otworzyła oczy  i pierwszą myślą, która  ją obezwładniła, była niepohamowana żądza natychmiastowego zapalenia fajka. Przez chwilę dziwiła się, że na statku nawet przez moment nie pomyślała  o  papierosach,  ale  uznała,  że  to  pewnie  wina  rozrzedzonego  powietrza,  które  obecnie, wróciwszy do normalnej konsystencji, w naturalny sposób przypomniało naszej palaczce o jej życiowych powinnościach.  Odczuwając  nieznośną  lekkość  płuc, Martyna  usiadła  gwałtownie  i mrugając  oczami, ustabilizowała obraz ciemnej jak bezgwiezdna noc uśmiechniętej przyjaźnie gęby. Jej właściciel kucał na piasku tuż obok i wyraźnie zatroskany coś sobie cmokał pod nosem. Po chwili sięgnął ręką pod skleconą z  liści  palmy  spódniczkę  i wyraźnie  czegoś  tam  szukał. Uśmiechnął  się  zadowolony  i wyszczerzył  do Martyny zęby.

– Nie dziękuję! To znaczy ja mężatką jestem! – zełgała nasza spanikowana obecnie bohaterka.

– Tek! /Weź!/  –  powiedział  łagodnym  głosem  facet  i  zademonstrował  na  dłoni  maleńkie  niebieskie pudełeczko.

Martyna  zerknęła  nieufnie  na  pudełko,  czerwieniąc  się  jednocześnie  pod  czerwoną  opalenizną. Przez jej serce przemknął irracjonalny, lecz typowo babski cień zawodu odrzucenia.

– A co to takiego? – powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaznego tubylca.

Mężczyzna otworzył przesadnie wolnym gestem pudełko i myśląc zapewne, że ma do czynienia z przypadkiem wybitnie ograniczonej obcej inteligencji, umoczył palec w zawartości pudełka i wsmarował sobie w  nos  i  policzki. Martyna  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i wyciągnęła  rękę,  na  której  obcy  umieścił ostrożnie pudełko. Nasza podróżniczka przez chwilę wpatrywała się w jego niedbale zasunięte wieczko i z roztargnieniem przeczytała na głos:

– Nivea. Krem natłuszczający.

Zęby  faceta  kontrastując  ze  śniadą  skórą  błysnęły  w  promiennym  uśmiechu.  Potakująco  skinął głową, po czym przekrzywił ją na bok i zawijając na palce dorodnego dreda, czekał na reakcję Martyny.

Nasza  podróżniczka  w  czasie  zanurzyła  palec  w  kremie,  po  czym  nasmarowała  nos  i  policzki.

Westchnęła z ulgą i skoncentrowała się na podstawowej potrzebie zapalenia fajka. Spojrzała uważnie na tubylca i przyłożyła dwa palce do ust.

– Masz fajka? – zapytała z nadzieją, niepomna faktu, że jej rozmówca zapewne nie kuma ani słowa po polsku.

Jej rozmówca faktycznie nie znał polskiego, ale sugestywny gest nałogowego palacza dał mu wiele do myślenia. Ponownie sięgnął pod palmową spódniczkę i chwilę pod nią grzebał, po czym wydobył mały woreczek i zwitek suchych liści. Oczy naszej palaczki rozbłysnęły nietłumionym pożądaniem, a jej jęzor  zagarniał do wnętrza paszczy nadmiar wydzielanej śliny. Tubylec zerknął z troską w rozszerzone źrenice naszej bladej Europejki, po czym wskazał na łagodnie szumiące palmy. Martyna, dogłębnie skupiona na liściach i woreczku, nie zareagowała na zachętę, więc facet westchnął głęboko, sprawnie zwinął skręta, po czym podpalił go i umieścił na wysokości jej oczu. Nasza podróżniczka wpiła w fajka otępiałe spojrzenie i wyciągnęła drapieżnie łapska w jego stronę.

– Cum /Chodź/ – powiedział łagodnie obcy.

Martyna  uniosła  się  powoli  i  podążając  za  dymem,  dotarła  do  oferowanego  przez  palmy  cienia. Tubylec uśmiechnął się  łagodnie  i usiadł na piasku. Nasza zahipnotyzowana palaczka uczyniła  to samo, nawet na moment nie odrywając oczu od tlącego się skręta, który właśnie pojawił się w jej drżącej dłoni. Zaciągnęła się łapczywie, po czym nie chcąc wyjść na pazerną Europejkę, oddała fajka. Koleś zaciągnął się  głęboko  z wyraźną wprawą  i  umościł  się wygodnie  na  piasku,  podkładając  lewe  ramię  pod  głowę. Martyna  poszła  za  jego  przykładem.  Po  chwili w  palcach  je  prawej  dłoni wylądował,  delikatnie  tylko ośliniony  skręt,  którym  natychmiast  się  zaciągnęła.  Fajek  krążył  przez  kilka  minut  między  nimi,  by wreszcie  bezpowrotnie  się wypalić. Martyna westchnęła  z  żalem  i  zapatrzyła  się w  nieskażone  nawet najmniejszą chmurką niebo.

Jej nowy znajomy wiercił się przez chwilę niespokojnie, by po chwili usiąść i zanurzyć ponownie rękę  pod  palmową  spódniczkę.  Nasza  lekko  poparzona  Europejka  miała  nadzieję,  że  sięga  on  po woreczek i liście, ale tym razem z czeluści sekretnych schowków wyłoniła się buteleczka. Typek wyrwał z niej korek zębami i z zachęcającym uśmiechem podał ją Martynie, która nieufnie zaczęła gestykulować, starając  się  ustalić  zawartość  flaszki.  Tubylec  wskazał  palcem  na  zielone  korony  palm,  więc  nasza spragniona  podróżniczka,  uznając  że ma  do  czynienia  z  niewinnym  soczkiem,  pociągnęła  łapczywie  z flaszki, po czym zakrztusiła się  i sczerwieniała, podczas gdy koleś zaczął  rżeć  i klepać się z  radości po kolanach. Nasza  bohaterka  zacisnęła  zęby  i  starała  się  przejść  do  porządku  dziennego  nad  doznanym upokorzeniem,  lecz  pewne  instynkty  wygrały,  więc  poderwała  się  na  równe nogi  i  uniosła  do  góry flaszkę.

– Chcesz zobaczyć, jak piją dziewczyny z Ursynowa? – zapytała retorycznie. – No to patrz!

Martyna  niefrasobliwym  ruchem  uniosła  do  ust  flaszkę  i  na  jednym  wdechu  wypiła  całą  jej zawartość, po czym beknęła od niechcenia i ocierając usta dłonią, usiadła dostojnie na piasku, czekając na oklaski.

Nie  doczekała  się.  Zamiast  tego  w  jej  dłoń  zaplątał  się  podpalony  zapobiegliwie  skręt  uznania. Nasza Martyna dossała się do niego w sposób, którego przy najszczerszych nawet chęciach nie dało się nazwać powściągliwym. Piasek był ciepły i miękki, śmiech tubylca serdeczny, a słońce właśnie chowało się za odległe wzgórza.

Chwila, w której Martyna zorientowała się, że  jej dłoń zaplata kołtuny na grzywce, stanowiła dla niej sygnał alarmowy.

– Nawaliłam się! –powiedziała szczerze i otwarcie.

Znajomy leżał spokojnie i coś sobie nucił pod nosem. Martyna uniosła się na łokciu i węszyła sens słów, lecz nie znajdując go, położyła się z powrotem na piasku.

– Mówiłeś coś? – zapytała od niechcenia.

– Nuttin /Nic/.

– Aha! – odpowiedziała Martyna, po czym dodała. – Co o mnie myślisz?

– Putto-putto ooman /Mięciutka kobieta/ – odparł uprzejmie facet.

– Bujaj się! – odparła Martyna i zamknęła oczy.

Morze niosło przyjemny  szmer gasnącego dnia. Palmy ucichły w wieczornym mroku, a na naszą dziwną  parę  opadł  mglisty  parawan  poprzedniego  dnia.  Nasza  lekko  niedysponowana  bohaterka westchnęła  i przeciągnęła się  leniwie. Właśnie uznała, że znalazła swoje miejsce na ziemi  i postanowiła całkowicie wykorzystać czas darmowych wakacji.

– Wiesz?  –  zapytała  retorycznie  ziomala.  –  Fajnie  tu,  ale  właściwie  to  ja  nie  znalazłam  się  tu przypadkiem.

– Tak?  –  odparł  facet  w  pełni  zrozumiałym  dla  pozostających  w  innym  wymiarze wyrzutków języku. – A co cię tu sprowadza?

– Misję mam! – odparła Martyna, nawet się nie dziwiąc, że jej rozmówca gada po ludzku.

– Jaką misję masz, ooman? – zapytał leniwie Jamajczyk.

– No… muszę  uratować  Ziemię,  zbawić  ją,  a  do  tego  jeszcze  uchronić  Układ  Słoneczny  przed zagładą – wygłosiła melodramatycznie Martyna.

– No to przesrane masz, sista! – odrzekł spokojnie typek, po czym odwrócił się na bok i zachrapał donośnie.

– No faktycznie! Mam przesrane! – powiedziała sama do siebie nasza podróżniczka. – I moszcząc się  wygodnie  na  rycerskim  ramieniu  kumpla,  odcięła  się  od  wszystkich  zewnętrznych bodźców,  co zaowocowało niespotykaną eksplozją kosmicznego intelektu.

Niespotykana eksplozja kosmicznego intelektu

Co ja tu, kurwa robię? Krem Nivea? I niby ziomki Światowida ucierały składniki, pakowały w niebieskie aluminiowe pudełeczka  i  słały  żubrem na Jamajkę? Kuźwa, niech  ja dorwę  te zakłamane  komputery.  Leżę  bez  ruchu  i  tracę  czas. Audiotele  już  pewnie  się  zaczęło,  a  ja zmarnowałam jedną z trzech ostatnich godzin istnienia Ziemi. Miałam lecieć na degustację win, ale  te męty cyfrowe namieszały mi we  łbie… Kurde,  jakby  tak pomyśleć,  to była normalnie prowokacja! Pozbyli się mnie, żebym padła tu na tej cudownej plaży i przespała eksplozję. A w dupie z nimi! Ostatni raz się dałam zrobić w wała!

 

Martyna poderwała się na równe nogi i zerknęła z czułością na kumpla od fajki. Westchnęła ciężko i  walcząc  z  własnymi  wyrzutami  sumienia,  wyłuskała  z  jego  rozwartej  ufnie  dłoni  mały  woreczek. Wciskając  poczucie  winy  za  wyświechtany  frazes  o  wyższej  konieczności,  upchnęła  łup  w  kieszeni bojówek i ryknęła władczo:

– Zabierzcie mnie stąd!

Tym razem olała ugięcie nóg, co nie zmieniło faktu, że minione doświadczenia i tak zmiękczyły jej ciało  i  mózg.  Wylądowała  bez  większego  szwanku  w  kokpicie  i  omiotła  siarczystym  spojrzeniem znienawidzone maszyny, które błyskając niewinnie diodami, wyraźnie udawały niezgłębioną radość z okazji  jej  przybycia. Martyna  zerknęła  nerwowo  na  ścienny  zegar,  który  dobijał  właśnie  do  godziny 22.15, po czym ryknęła:

– Chamy,  wy!  Co  wy  se  myślicie,  że  ja  głupia  jestem?  Takie  prowokacje  to  se  możecie  w przedszkolu urządzać, a nie tu!

– Ale o co chodzi? – zapytał uprzejmie Lewy.

– O co chodzi?! Już pomijam, że chciałam  lecieć gdzie  indziej, a wy mi  tu we  łbie mieszacie, ale wysłałeś  mnie  złośliwie  w  lata  osiemdziesiąte  poprzedniego  wieku,  ściemniaczu  jeden!  –  warknęła Martyna.

– Nnnno co ty? – zająknął się Lewy.

– Weź ty już lepiej nic nie mów, debilu – parsknęła nienawistnie nasza bohaterka. – Krem Nivea! Mówi to coś twojej zakutej aluminiowej łepetynie?

Komputer zamilkł  i nawet wyciszył z zakłopotania wiatraczek. Martyna wpatrywała się z zadumą w komputery, by po chwili uśmiechnąć się triumfalnie.

– Mam  jeszcze prawie dwie godziny, prawda? – zapytała  słodziutko. –  I  tego  się właśnie boicie! Ha! Nie ze mną te numery! Ustawiaj koordynaty lotu na wieczorek degustacji win Ziomusia, i  lepiej nic nie kombinuj! – dodała groźnie.– A ja zaraz tu wrócę!

Martyna wybiegła z kokpitu i dopadła do wybebeszonych uprzednio szaf na pierwszym poziomie.

Przez  chwilę wpatrywała  się w  ich  zawartość,  coś  tam  sobie mamrocząc  ze  złością  pod  nosem,  by  po chwili szarpnąć energicznie nieco przybrudzony kremowy chałat i odwróciwszy się gwałtownie ponownie pobiec do kokpitu. Zanim  otworzyła drzwi,  jej gibkie  ciało opasywał  zwój  sfatygowanego materiału, a twarz ginęła w mroku niekształtnego kaptura.

– No to do dzieła! – zadysponowała z wyższością.

Komputer westchnął z rezygnacją, po czym niechętnie wypełnił polecenie. Martyna zdołała jeszcze pochwycić myśl,  że Środkowy milczy  co  najmniej  od  początku  rozdziału,  a  to  z  pewnością  nie wróży niczego dobrego, po czym jej przemyślenia ucięło znajome rwanie w okolicach pośladków.

Klopsy z tofu i kapusty

Klopsy z tofu i kapusty

image_pdfimage_print

final

Nie myślcie sobie, że mnie na amen zniosło w stronę wegetariańskich piekieł, bo to wcale nie tak :)  Po pierwsze, nie jest  to wcale żadna otchłań piekielna, a po drugie, wcale mnie nigdzie nie zniosło. Po prostu ostatnio jakoś mi z mięsem nie po drodze i  w zamian szukam ciekawych alternatyw. A wbrew pozorom jest ich całkiem sporo, choć większość z mięsożerców dostaje wysypki na sam dźwięk słów: soja, kasza, tofu itp.

A to wcale nie takie straszne :)

Żeby Wam udowodnić, że takie tofu, czyli sojowy ser to wcale nie jest coś, przed czym trzeba uciekać z krzykiem, ostatnio przyrządziłam z niego klopsy. Powiem krótko. Poezja. A tam! Mało tego, że poezja, to moja mięsożerna rodzina, po pierwszej, jeszcze niezbyt dopracowanej odsłonie, zaczęła dopominać się następnej dostawy :)

Przemyślałam zatem swoje błędy i wypaczenia z pierwszego podejścia, wyciągnęłam wnioski, zmieniłam proporcje, no i mam dla Was klopsy z kapusty i tofu. Tadam!  Do tego gwarantuję, że nikt się nie połapie, iż nie ma w nich mięsa, a smakują naprawdę świetnie 😀

produkty

Składniki:

– ok. 180 g naturalnego tofu

– ok. 300 g białej kapusty  przyprawy

– 1 jajko

– 1 średnia cebula

– torebka kaszy bulgur

– 3-4 łyżki mieszanki sosu sojowego i teriyaki

– sól, pieprz, papryka ostra, papryka wędzona

– kilka łyżek bułki tartej – w zależności od potrzeby

– coś dla koloru np. kawałek gotowanej marchewki, do starcia na grubych oczkach

kolaz1

Kaszę bulgur gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Sugeruję zacząć właśnie od kaszy, bowiem jej gotowanie zabiera najwięcej czasu.

Następnie tofu odcedzić z płynu i bardzo dokładnie rozdrobnić widelcem. Do tofu stopniowo dodać mieszankę sosów i mieszać dopóki masa wchłania płyn. Odstawić na chwilę.

Cebulę posiekać i zeszklić na maśle klarowanym/oleju, następnie na patelnię dorzucić bardzo drobno poszatkowaną kapustę i wszystko wymieszać, a następnie przesmażyć na dużym ogniu, z dodatkiem chlustu sosu sojowego – do czasu, aż kapusta porządnie zmięknie.

Teraz do akcji wkracza duża micha. Lubię używać nieco za dużych naczyń, bo przy mieszaniu w dużych miskach mam mniej sprzątania, a z większych niż trzeba garnków – mniej wykipi.

No dobra. Teraz wszystko do miski, czyli odcedzona kasza, kapucha z cebulą i tofu oraz reszta czyli jajko, przyprawy sypkie i bułka tarta. Ilość tej ostatniej musimy kontrolować, żeby klopsy nie wyszły nam ani zbyt mokre, ani zbyt suche. Mieszamy do momentu aż będą się dobrze lepić.  No i cała filozofia :)

Teraz już tylko formujemy zwarte kulki średniej wielkości i układamy na rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu. Ja mam taką z pokrywką, ponieważ lubię na koniec dodać trochę wody i całość lekko poddusić, ale nie jest to konieczne, bo równie dobrze wystarczy dokładnie, z dwóch stron, obsmażyć nasze kulki.  Przewracamy delikatnie, żeby się nie rozpadły. Smacznego!

Słuchajcie, pycha jest! Również na zimno. Serio :)

final

Mazurkowe babeczki

Mazurkowe babeczki

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak Wielkanoc to mazurki. To oczywiste. Ale co zrobić, żeby również i z tej okazji zrobić dzieciakom frajdę jak przy dekorowaniu pierników na Boże Narodzenie? Prosta sprawa 😊 Wystarczy zrobić babeczki z ciasta mazurkowego i pozwolić sobie (lub dzieciom) na pokaz kreatywności. Dobrze produkcję babeczek połączyć z pieczeniem normalnych mazurków, ponieważ do dekoracji samych babeczek zużyjecie tylko odrobinę kajmaku a jego nie da się mało zrobić 😊 No chyba, że kupicie sobie gotowe polewy, to wtedy problem z nadmiarem produktów zwyczajnie odpada.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na ciasto:

– 250 g mąki

– 120 g masła

– 100 g cukru (najlepiej pudru)

– 2 czubate łyżki gęstej kwaśnej śmietany

– 2 małe żółtka lub jedno duże

– 2 łyżki powideł śliwkowych

Na kajmak:

– puszka mleka skondensowanego

Na polewę czekoladową:

– 100 ml śmietanki homogenizowanej 12%

– pół tabliczki czekolady deserowej

– łyżka masła

– 18 g cukru

Do dekoracji:

– ulubione bakalie

– suszone morele

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Masło siekamy z mąką. Dodajemy pozostałe składniki (bez powideł 😊) i szybko zagniatamy ciasto. Kruche nie lubi długiego molestowania 😃 Formujemy kulę, zawijamy w folię i wkładamy na godzinę do lodówki.

W tym czasie szykujemy formę do muffinów. Smarujemy tłuszczem każde zagłębienie i dopasowujemy szklankę o dnie nieco mniejszej średnicy. Ciasto dzielimy na 12 kawałków, z każdego formujemy mały placek, które wkładamy do zagłębień. Teraz natłuszczamy podstawę szklanki i lekko przyciskamy każdy z placuszków tak by dookoła uformował się niewielki brzeg.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Wkładamy nasze babeczki na 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy je na chwilę i smarujemy powidłami śliwkowymi. Wkładamy do piekarnika na kolejne 10 minut. Po tym czasie babeczki powinny już być ładnie przyrumienione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polewa czekoladowa z podanego wyżej przepisu jest prosta do zrobienia i zawsze wychodzi. Jedyne co trzeba zrobić to wymieszać wszystkie składniki w rondelku i cały czas mieszając podgrzewać na malutkim ogniu przez około 10 minut. Zostawić do przestygnięcia.

Kajmak to z kolei sprawa banalna, ale czasochłonna. Jedynym składnikiem jest puszka mleka skondensowanego, które (bez otwierania) gotujemy w dużej ilości wody pod przykryciem przez 3 godziny. Puszka musi być cały czas całkowicie zakryta wodą.

Babeczki wystygły, kajmak i polewa gotowe, więc czas na to, co najprzyjemniejsze, czyli dekorowanie :)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sznycle rybne

Sznycle rybne

image_pdfimage_print

Ostatnio często przyrządzam rozmaite wariacje na temat wszystkiego co mielone, zatem przyszła kolej również na rybę. Od czasów dzieciństwa darzę niezmiennym sentymentem mrożone kostki z mintaja. Mama smażyła je na patelni i później całość lądowała na talerzu. Kostka zawsze była równiutko zrumieniona i nigdy się nie rozpadła, co mnie, niestety nie udało się nigdy :) Któregoś razu, kiedy to po raz kolejny kostka rozleciała mi się na kawałki, mąż zasugerował mi, by rybę po prostu zmielić. Wrzuciłam więc następnym razem rozmrożone kostki do blendera i przy okazji wyszło mi coś całkiem smacznego.

Zatem do dzieła!

produkty

Składniki:

– 8 kostek mrożonego mintaja

– 1 jajko

– 2 łyżki smażonej cebulki lub jedna posiekana i usmażona cebula

– sól, pieprz, papryka słodka

–  bułka tarta 2-3 łyżki bezpośrednio do masy + pewna ilość do panierowania

– masło klarowane lub inny tłuszcz do smażenia

kolaz1

Rozmrożoną rybę zmielić w blenderze. Dodać pozostałe składniki. Wymieszać. Surowa masa powinna być lekko za słona. Można dorzucić drobno posiekany seler naciowy lub trochę startej marchewki. Uformować zwarte kulki i obtoczyć w bułce tartej. Rozpłaszczyć, wyrównać brzegi i przełożyć na gorący tłuszcz. Smażyć z obu stron na ciemnozłoty kolor. Smacznego :)

finał1

Domowe triki

Domowe triki

image_pdfimage_print

Jagna: Jakby się tak  dobrze zastanowić to powiedzenie „potrzeba matką wynalazku” doskonale sprawdza się w naszych domach. A kreatywność pań domu, w zderzeniu z kuchnią i innymi pomieszczeniami, zaskakuje na każdym kroku. To chyba efekt ewolucji. Kobita będąc matką, żoną, kochanką, praczką, sprzątaczką, kucharką i do tego oczywiście pracując na pełen etat poza domem, po prostu musiała w sobie wykształcić pewne cechy, które pozwolą jej sprytnie połączyć te wszystkie etaty i zamknąć stugodzinny dzień pracy w zaledwie jednej dobie. A dom, z konieczności, staje się czasem poligonem doświadczalnym 😀

Wzięło mnie na takie przemyślenia, bo od rana tkwię w kuchni i produkuję trzy różne potrawy jednocześnie, a właśnie pralka odmeldowała, że się pranie skończyło. Chyba nogą będę wieszać.

Jedno jest pewne, gdyby nie drobne patenty i wrodzona babska kreatywność, to żadna kobieta by sobie z tym wszystkim nie poradziła.

Iza: To jak w takim razie wieszasz nogą to pranie? Zaintrygowałaś mnie. Nie powiem :)

Jagna: Tajemnica 😉

Iza: Ale tak na serio to masz rację, że w życiu trzeba sobie radzić, bo inaczej by człowiek z kuchni i z chaty nie wyszedł. Pamiętam jak kiedyś dorosła już siostra mojej koleżanki z liceum siekała surową marchewkę. Kroiła ją najpierw w plasterki, a potem każdy plasterek kroiła na krzyż, a że trochę tych marchewek miała to i ta czynność trwaaaaaała i trwaaaaaaała. Jak przyszłam do nich to ona kroiła. Jak wychodziłam po godzinie, to ona nadal męczyła te biedne marchewki. Nie wytrzymałam i przecięłam jej jedną marchewkę wzdłuż, na cztery i potem ciach, ciach, ciach! Laska była w kompletnym szoku, ale zamiast podziękować to mnie ofuknęła, że u nich w domu właśnie tak się kroi.  Czujesz? 😀

A w temacie krojenia przypomniały mi się jeszcze te nieszczęsne jajka na twardo do sałatki jarzynowej na święta. Moja mama, odkąd pamiętam, rugała mnie po całości, że za grubo siekam. A sama wiesz, jak to z jajkiem. Dwie różne konsystencje, nieregularny kształt i rozlatujące się żółtko. W końcu się wnerwiłam. Chyba na studiach, spieszyło mi się na jakąś randkę, bo wzięłam te jajka, wrzuciłam je hurtem do garnka i potraktowałam tłuczkiem do ubijania ziemniaków. W dwie minuty wszystko było idealnie rozdrobnione. Od tamtej pory już tylko tłuczek :)

Jagna: Najpierw obśmiałam w głos to Twoje dziewczę od marchewek, a potem mi się przypomniało, jak dawno temu, tuż przed Wigilią, gdy kuchennej roboty jest huk, stałam jak osioł i pojedynczo panierowałam małe kapelusze grzybków. Grzyb – jajko – bułka tarta. I tak do usrania 😀 Czas uciekał, inna robota w lesie, a ja nad tymi grzybkami… W końcu nie wyrobiłam z nerwów, walnęłam wszystkie naraz do masy jajecznej a potem do bułki tartej. I stała się jasność 😀 I nawet na głos skomentowałam „Kuźwa, przecież to nie kotlety!”. Nie wiem co mi się wtedy stało. Zaćma jakaś?

Patent z jajkami doskonały! Ja zawsze kroję same białka, a żółtka kruszę w palcach prosto do sałatki. W każdym razie podkupuję Twój sposób :)

A jak przy ciachaniu jesteśmy, to moim sprytnym trikiem jest przytrzymywanie śliskich rzeczy (grzybki z octu, pomidory suszone z oleju itd.) podczas krojenia – widelcem. Łapy się nie tłuszczą i nie ma ryzyka, że się nóż na paluch omsknie. Takie niby nic, a ułatwia życie na maksa 😀

Iza: Ja tam niczym tego nie trzymam, tylko jadę po całości mega ostrym nożem szefa kuchni. Nauczyłam się z programów kulinarnych. Podobnie jak miażdżenia czosnku pięścią.  I tego, żeby owoce, warzywa ze skórką kroić leżące skórą do dołu. Rzeczywiście jest łatwiej. Czasem człowiek sobie życie utrudnia bez sensu, bo tak się po prostu nauczył, (jak ta laska od marchewki) a wieloletnie przyzwyczajenia ciężko jest zmienić. Nie uwierzysz, ale miałam kiedyś koleżankę, która z uporem maniaka zamiatała schody od dołu. Wychowała się za dzieciaka gdzieś w Indiach i twierdziła, że tam tak się zamiata i ona też tak robiła. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła :) No, dało się, ale trwało to trzy razy dłużej niż normalnie, z góry na dół.

Jagna: Na zamiatanie schodów od dołu bym nie wpadła 😀 A przy temacie krojenia zostając jeszcze na moment, to wszystko inne siekam tak jak Ty, ale będę się upierać, że śliskie rzeczy czasem lepiej przytrzymać 😀

Oczywiście zanim nauczyłam się siekać trójkątnym, dużym nożem, spędziłam niezliczone godziny na pracowitym krojeniu wszystkiego małym nożykiem. I ja się pytam – po co?

No ale do wszystkiego człowiek dochodzi z czasem, choć zawsze mi się wydawało, że pewne rzeczy są proste i już. Nieodmiennie doprowadzają mnie do śmiechu urządzenia i patenty do oddzielania żółtek od jajek. Serio to jakaś filozofia jest, żeby oddzielić jedno od drugiego? Albo wybić jajko do miski jedną ręką? :)

Iza: No jasne, że nie ma i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopóki mi kiedyś, przed świętami nie wparowała koleżanka z kopą jaj, żebym jej zrobiła ajerkoniak na święta dla całej rodziny. Nie było wyjścia. Wszystkie jajka poszły do małej miednicy, a żółtka wyłowiłam w kilka chwil łyżką do lodów :)

Zresztą bardzo często niektóre rzeczy znajdują zastosowanie niekoniecznie tam, gdzie powinny i nie do tego, do czego zostały przeznaczone. Wiesz, kiedyś odrestaurowałam stareńkie motocyklowe sakwy kremem nivea i pastą tempo. Odpryski na czarnym samochodzie przez lata załatwiałam czarnym inglotem do paznokci. Ostatnio mam gorzej, bo na babowozie jest taki dziwny odcień, że z właścicielką zaprzyjaźnionej drogerii kiedyś na parkingu przez pół godziny próbowałyśmy dopasować próbniki :) Ale się udało :)

Jagna: Z tymi sakwami to akurat wykorzystałaś stary, sprawdzony sposób na konserwowanie wyrobów skórzanych :)

W pokrętny sposób sakwy skojarzyły mi się z torebkami sałaty. Nie pytaj dlaczego, ale przyjmij do wiadomości, że najlepszym sposobem na wymieszanie zawartości z sosem jest wlanie go do środka i potrząśnięcie parę razy całością. A potem do michy :)

A jak już w temacie torebek jesteśmy, to szlag mnie trafiał zawsze przy czyszczeniu deszczownicy. Rozmontowywać przecież nie będę, a psikanie odkamieniaczem guzik daje, bo wszystko od razu spływa. A wystarczy nalać octu wymieszanego z odkamieniaczem do plastikowej torebki i zawiązać na deszczownicy na kilka godzin (tak, żeby sitko było cały czas zanurzone). Samo się robi 😀

Iza: Niestety nie wspominam zbyt dobrze Twojej podstępnej deszczownicy, ale na potrzeby  felietonu  łaskawie przemilczę kilka dosadnych epitetów.

Jagna: Zatem milcz 😀 Ja i tak kocham mój prysznic. A ty swojego nie?

Iza: Ale ja nie mam deszczownicy! :) Heh! Kiedyś przytrafiła się moim dzieciom inna prysznicowa awaria. Tak szalały w łazience, że jedna z córek z hukiem wpadła do brodzika. Razem z drzwiami od kabiny.  Na szczęście się nie rozbiły i dzieciak ocalał, a i zawiasy nie problem było dokupić. Za to odrąbany kawałek emalii na brodziku, oczywiście centralnie na samym froncie, bo niby gdzieżby indziej (?) sprawił, że wpadłam w panikę.  Żeby nie wykuwać brodzika, wezwałam fachowca od naprawy elementów z uszkodzoną emalią. I wiesz co ten facet zrobił?! Nie uwierzysz! Obejrzał sobie brodzik, wyskoczył na 5 minut do Castoramy, wrócił z buteleczką czegoś białego za 16 złotych, pędzelkiem pociapał po moim odprysku i skasował 70 złotych! Tego było za wiele. Od tamtej pory mam w domu emalie oraz wyżej rzeczone lakiery do paznokci w kolorach każdej glazury jaką w chacie posiadam, zatem jak widać nie tylko nasze samochody mogą podziękować firmom od paznokci :) BTW pamiętasz Marthę Stewart?

Jagna: No pewnie. Kucharka telewizyjna (między innymi). Kiedyś ją skazali na więzienie za jakieś machlojki podatkowe, ale rozumiem, że nie to miałaś na myśli i nie będziemy podpowiadać czytelnikom trików na oszustwa podatkowe? 😉

Iza: Ależ skąd, ja do jej podatków nic nie mam. Gorzej, że  ta podstępna Amerykanka zmałpowała mój sposób na błyszczący inox na okapie :)

Zawsze po gruntownym czyszczeniu robiły mi się mazy, których niczym nie dało się usunąć. Aż pewnego razu,  gdy w szale polerowania owego okapu mój wzrok padł na butelkę z oliwą… I  stała się jasność. Wystarczyło dosłownie kilka kropelek na wilgotną szmatkę i mój inox znów lśnił, jak nie powiem co 😉

Jak coś to byłam pierwsza! A w kontekście wiosennych porządków chętnie przygarniemy również i Wasze porady. W końcu nie ma to jak w tri miga odkamienić octem, żelazko, czajnik i toaletę, a czarne buty potraktować czernidłem do opon, prawda? :)

Jagna: Czernidłem do opon doskonale konserwuje się czarne kalosze 😀

Pozdrawiamy znad szmaty

Iza i Jagna

Spatzle po tyrolsku

Spatzle po tyrolsku

image_pdfimage_print

 

Uprzedzam lojalnie, że ta potrawa to jest totalne szaleństwo kaloryczne. Górale, którzy cały dzień skaczą po górach jak kozice, mogą sobie spokojnie na to pozwolić, ale wszyscy pozostali muszą w dniu spożycia zaplanować długotrwałe biegi albo machanie łopatą 😀

Potrawa jest absolutnie pyszna i warta każdej wchłoniętej kalorii :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na 4 spore porcje:

– 400 g spatzli (gotowych, bo po co życie komplikować? Jak nie macie gdzie kupić, to zacierki też dadzą spokojnie radę)

– 100 g specku albo szynki szwardzwaldzkiej lub innej mocno wędzonej

– 200 g mocno wędzonego boczku

– 350 g wytrawnego i wyraźnego w smaku żółtego sera

– 150 g gęstego jogurtu naturalnego      przyprawy

– duża cebula lub 2 mniejsze

– szklanka oleju

– 3 łyżki mąki

– łyżeczka mielonego czosnku  

– łyżeczka mielonej kozieradki

– 2 łyżeczki suszonej cebuli

sól wędzona i pieprz

Spatzle gotujemy w osolonym wrzątku do miękkości. Cebulę kroimy dość drobno i mieszamy z mąką. Olej rozgrzewamy na patelni i wrzucamy cebulę. Smażymy na niewielkim ogniu aż zbrązowieje i nabierze chrupkości. Wykładamy na ręcznik papierowy i odsączamy z nadmiaru tłuszczu. Gdy przestygnie to lekko ją solimy. Tak przygotowaną prażoną cebulę możemy przechowywać w szczelnym słoiku przez miesiąc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kluchy przekładamy do miski. Ser ścieramy na grubych oczkach a speck i boczek kroimy. Przesmażamy na patelni i dodajemy do spatzli razem z tłuszczem, który się wytopił (mówiłam, że będzie na bogato :)).

Do miski dokładamy również wszystkie przyprawy, jogurt, nieco soli i pieprzu oraz ¾ startego sera. Mieszamy i wykładamy na wysmarowane olejem formy żaroodporne. Posypujemy pozostałym serem.

Zapiekamy 15 minut w 180 stopniach, posypujemy prażoną cebulą i serwujemy. W celu zmniejszenia wyrzutów sumienia podawać z sałatą 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

image_pdfimage_print

Dzisiaj witamy w naszych skromnych, kuchennych progach Grzegorza Zabiegłego, który krok po kroku wyjaśni Wam jak w domowych warunkach wykonać wędlinę dojrzewającą. Do dzieła Grzesiu :)

Grzegorz Zabiegły, oddany mąż Ani i ojciec dwójki cudownych dzieciaków. Zawodowo zajmuje się produkcją nietuzinkowych saun. Z zamiłowaniem oddaje się ogrodnictwu i produkcji wędlin. Aktywnie uczestniczy w tworzeniu forum Wędzenie domowe  i moderuje prężnie rozwijającą się grupę Wędzenie z pasją, której członkowie dzielą się swoimi sekretami dotyczącymi domowego wyrobu pachnących dymem wędlin. Mniam :)

kolaż grzesiek

Polędwica dojrzewająca

Składniki:

– polędwica wieprzowa

– peklosól 25 g / 1 kg

– cukier – 2g / 1 kg

– kolendra cała

– czosnek świeży

– bazylia suszona

– kultury bakterii

kolaż1

Przygotowanie:

Z polędwicy odkrawamy mizdrę i warkocz. Wycinamy błony. Mieszamy peklosól z cukrem i dokładnie nacieramy mięso. Nakłuwamy patyczkiem do szaszłyków i wkładamy do szklanego naczynia. Przez 7 dni trzymamy w lodówce. Codziennie odwracamy mięso i masujemy. Nie odlewamy soków (mięso je w procesie peklowania wchłonie). Po 7 dniach nacieramy mięso przyprawami. Dajemy je według uznania, w zależności co lubimy. Ja użyłem przypraw podanych wyżej. Dodatkowo posmarowałem mięso kulturami bakterii. Tak przygotowane mięso wkładamy w pończochę lub specjalną siatkę. Wieszamy w pończosze w temperaturze pokojowej na 2-3 dni. Po tym czasie przenosimy mięso do miejsca, w którym mamy temperaturę 10-12 stopni i dużą wilgotność. Możemy je powiesić w kartonie, a na spód włożyć miskę z wodą. Po 30 dniach polędwica jest gotowa.

final

 

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

image_pdfimage_print

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Martyna 9

Martyna 9

image_pdfimage_print

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.