Martyna 4

Martyna 4

image_pdfimage_print

W którym Martyna musi wykazać, że jej mózg ogarnia nieco więcej niż horoskopy

Spokojna, lecz krótka noc przeminęła bezpowrotnie w chwili, w której Martyna przegrała  z  kretesem w  starciu  z  ograniczeniami  pojemności  własnego  pęcherza. Wstała ze skotłowanej pościeli i stanęła na środku pokoju, próbując sobie przypomnieć drogę do  łazienki. Kiwała się z na wpół przymkniętymi oczami i po chwili namierzyła szczyt kręconych schodów znajdujący się po  prawej  stronie  pokoju.  Ruszyła  w  dół,  ostrożnie pokonując dwa zakręty, i wreszcie stanęła na wprost łazienki. Tknęła ją myśl, że projektant statku, znając upodobania rezydentów do browaru, powinien stworzyć drugi kibel na górze, ewentualnie rurę strażacką w miejsce eleganckich schodów. Niosąc pod powiekami widok syna Szefa zjeżdżającego w pośpiechu na pierwszy  poziom,  zachichotała  bluźnierczo  i  z  westchnieniem  ulgi  wpadła  do  błękitnego  przybytku.

Zostawmy  ją  na  kwadrans,  po którym wyłoni się odświeżona z łazienki,  i  zajmijmy  się  analizą  dotychczasowych  zdarzeń  z perspektywy trzeźwego umysłu.

Analiza zdarzeń z perspektywy trzeźwego umysłu

Niestety,  ten  program  jest  niedostępny  do  końca  opowieści.  Po  usłyszeniu  rżenia  autora

zostaw wiadomość. Dziękujemy.

Skoro tak, to poczekajmy chwilę cierpliwie pod drzwiami łazienki i skupmy uwagę na malowidłach pstrzących  ścianę wokół włazu wejściowego. Nie  da  się  ukryć,  że  syn  Szefa miał wyrafinowany  gust, ścianę  zdobiły  bowiem  przeróżne Kossaki  i Berezowskie,  dało  się  również  namierzyć  szkice  Picasso  i Norwida. To, co wprawiłoby w zachwyt każdego wielbiciela sztuki, okazało się jedynie plamą kolorów na ścianie  dla  wyłaniającej  się  z  łazienki Martyny. Może  to  i  dobrze,  niewiedza  powstrzymała  bowiem zapłon  chciwości  w  jej  podpuchniętych  oczach.  Nasza  nieco  zdezorientowana  bohaterka  stanęła naprzeciwko kręconych schodów, nie spuszczając jednak z oczu otwartych zachęcająco drzwi do salonu.

Po dłuższej chwili wahania  zrezygnowała z potrzeby natychmiastowego sprawdzenia daty ważności zapasów piwa  i  poszła w kokpitu.

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami  podstępne  komputery  jedynie udawały  stan  błogiej  hibernacji.  W odpowiedzi na  odgłos  kroków Martyny  Środkowy  błysnął  lampką, która zdradziła  intensywność przemyśleń  twardego dysku. Ten po  lewej właśnie udawał, że  się budzi  i Martyna mogłaby przysiąc, że coś mu chrupało w obwodach, gdy powoli odpalał zaspany monitor.

– Dzień  dobry  –  powiedziała  uprzejmie  nasza  bohaterka  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła w fotelu.

Monitory,  całkiem  już  ożywione,  generowały  świetliste  ciągi  liczb  i  postękiwały  z wysiłkiem.

Jabłko, całkiem zdechłe,  rdzewiało  sobie cichutko. Środkowy komputer wyświetlił po chwili powitalne hasło: „Witamy w Raju 3.14” i zaszumiał figlarnie wiatraczkiem.

– Dzień  dobry  –  odpowiedział  równie  uprzejmie.  –  Mam  nadzieję,  że  się  wyspałaś  i  teraz

wysłuchasz w końcu wszystkiego, co wysłuchać i zrozumieć musisz.

– To wszystko zależy od tego, czy mi powiesz, co ja tu właściwie robię – odpaliła słodko Martyna i z obojętną miną zajęła się zeskrobywaniem lakieru z paznokci.

– Nie  rozluźniaj mnie, babo!  –  parsknął metalicznym  śmiechem Środkowy,  gubiąc  bezpowrotnie przesłodzoną  uprzejmość.  –  A  jak  myślisz?  Wycieczka  krajoznawcza?  Sekretna  misja  konsultantki Avalonu?

– Avonu, jeśli już – poprawiła z godnością Martyna.

– A co mnie  to, kuźwa, obchodzi? Jak dla mnie może być nawet Panteonu albo  freonu!  – odparł rozsierdzony  komputer.  –  Przysłał  cię  syn  Szefa,  tak?  Znaczy wiedział,  co  robi,  tak?  I  ty mnie  teraz pytasz,  co  ty  tu  robisz? Martyna,  do  nędzy,  powinnaś  mi  wydawać  komendy,  a  nie  zadawać  durne pytania.

– Komendy,  powiadasz?  –  wyszczerzyła  się  radośnie  nasza  leniwa  konsultantka  do  spraw kosmetyków. – No to dawaj mi tu kawę, natychmiast!

Komputer  zaiskrzył  złością,  ale  po  chwili  skapitulował  i  wyświetlił  komunikat:  „Zamówienie przyjęte. Nasza dyżurna winda realizuje zamówienie z kuchni”.

– No!  –  sapnęła  z  satysfakcją Martyna.  –  I właśnie o  to mi  chodziło! A  teraz  gadaj mi,  co  ja  tu robię? Tylko grzecznie! – dodała moszcząc się wygodnie. – Bo jak nie, to zrobię tu takie sztuczki, jakich nawet Ewa nie pokazała.

– Baby… – jęknął żałośnie Środkowy i po chwili zawtórował mu kumpel z lewej strony. – Po jasną cholerę nam tu nierozumne baby? Gdyby nie alzheimer Szefa…

– No, no, no! – uniosła się na fotelu Martyna. – Tylko nie baby! Po kolei gadaj! Jaki alzheimer?

– No,  Szef  się  zestarzał  i  zaczął  podejmować  decyzje,  które…  –  Środkowy  zawiesił  się  z premedytacją i zaczął błyskać obwodami.

– …które  były  do  dupy?  –  dokończyła  usłużnie Martyna  i  rzuciła  po  namyśle:  –  Kiedy  to  się zaczęło?

– Jakieś trzy tysiące lat temu – pisnął przestraszony Lewy.

– Nie było tak źle… na początku… – sprostował Środkowy.

– No  nie  było  –  przytaknął  skwapliwie  Lewy  i  po  chwili  wahania  dodał  –  Ale  syn  Szefa  się wnerwiał, bo Szef ciągle się czepiał i w ogóle.

– No  czepiał  się,  czepiał!  Jak  się  miał  nie  czepiać,  kiedy  syn  sprowadzał  tu  różne  dziwactwa? Pamiętasz tych z Marsa?

– Teraz macie gościa z blokowiska – powiedziała stanowczo Martyna  i walnęła pięścią w  stół. –  I koniec z niesubordynacją! Proszę mi natychmiast wyświetlić przeznaczoną dla mnie prezentację!

– Służę uprzejmie – wymamrotał Środkowy i rozbłysnął feerią barw.

Martyna wlepiła  oczy w monitor  i  skupiła  się  na  tajemniczym  spektaklu. W  jej  uszy  sączył  się łagodny głos Środkowego.

Opowieść Środkowego

– Strategicznie  rozmieszczone  statki  od  tysiącleci  patrolowały  przestrzeń  kosmiczną. Dowódcami byli przeważnie gruntownie przygotowani absolwenci Akademii Szefa. Wszystko toczyło  się  sprawnie  do  czasu,  gdy  syn  Szefa  postanowił wzorem  swoich  sióstr wstąpić  na uczelnię  i  szkolić  się  na  pilota  statku. Gdy  chłopak  z  trudem  osiągnął absolutorium  i  było jasne, że raczej nie obroni dyplomu, Szef się nad nim zlitował i powierzył mu warunkowo Raj 3.14. Piękne  to  były  czasy!  Syn  rozkręcał  się,  podróżował  bez wytchnienia  i  zapraszał  na pokład  kolejnych  gości.  Zdawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze  i  że  w  kampanii wrześniowej  syn  Szefa w  końcu  się  obroni.  Szef  pociągnął  za  sznurki  i młody  dostał  jako pracę  dyplomową  maleńką  planetkę  na  końcu  świata.  Młody  kilkakrotnie  ją  odwiedził  i wracał  na  statek  wielce  zadowolony.  W  czasach,  gdy  Szef  już  naprawdę  musiał  iść  na terapię, Młody  znalazł  paru  kumpli  na  planetce,  konkretnie w miejscu,  które  nazywało  się Jamajka, i co wieczór wracał na czworakach do purpurowej sypialni.

– To  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  syn  Szefa  zapuścił  długie  włosy  –  podpowiedział usłużnie Lewy.

Środkowy odchrząknął metalicznie i powrócił do brutalnie przerwanego wątku:

– Gdyby Szef wiedział, co tu się dzieje, z pewnością wkroczyłby do akcji, ale klinika, w której się  leczył  z  chronicznego  zapominania wszelkich  faktów,  nie udzielała przepustek. Zresztą, nic by  to nie dało, bo zanim Szef dotarłby do Raju 3.14, zapomniałby o celu swojej wizyty. Trudno  się  dziwić,  że  Młody  czuł  się  bezkarny  i  skakał  jak  konik  w  ziemskiej czasoprzestrzeni,  ustalając  swój  porządek  rzeczy.  W  twórczym  natchnieniu  nabruździł okrutnie,  co  do  dziś  dnia  kładzie  się  cieniem  na  życiu  planety.  Szczęśliwie  dla wszystkich, Szef  po  intensywnej  terapii  zaczął  lepiej  kojarzyć  fakty  i  słuchając  szeptów  za  plecami, wysnuł wniosek, że jego syn robi se jajca. Wkurzył się strasznie, w końcu nikt nie lubi świecić oczami  przed  rektorem  uczelni, więc nakazał  pewnej doświadczonej  pilotce,  by przywlekła młodego przed jego wnerwione oblicze.

– Pamiętam  ją! Taka  ruda  i wściekła  jak  diabli!  –  pisnął Lewy.– Wpadła  tu  jak  burza,  latała  po pokojach  i  trzaskała drzwiami, a kiedy odkryła, że  syna Szefa znowu na Ziemię wymiotło,  to ze złości polazła  do  lodówki  i wyciągnęła  z  niej  browara.  Potem  przyszła  tu  do  nas  i  nakazała  dżipiesowi,  by zlokalizował Młodego.

– Nasze polskie piwo wyjęła? – wtrąciła zaintrygowana Martyna.

– Gdzie  tam!  –  parsknął  Lewy  –  Dwa  tysiące  lat  temu Młody  szmuglował  samoróbę  z Palestyny.

Chrząknięcie Środkowego było wielce wymowne, więc Lewy w obronnym geście wygasił monitor, a Martyna zamknęła gębę i umościła się wygodnie w fotelu.

– Mogę kontynuować? –  zapytał  sztywno  i  retorycznie Środkowy. – No  to może wróćmy do głównego wątku, w którym ruda pilotka namierzyła syna Szefa i teleportowała się na Ziemię. Zadanie wydawało  się  banalnie  proste,  ale  zaszły  niespodziewane  komplikacje.  Zgodnie  z naszą  skąpą  cyfrową  wiedzą  pilotka  dorwała  Młodego,  który  był  właśnie  w  trakcie montowania  jakiejś  dziwnej  grupy  miłośników  wina.  Młody  stał  się  powszechnie  znaną postacią  i  ciężko  było  tak  po  prostu  go  zwinąć. Nie wiemy,  jakiego  podstępu  użyła  ruda,  grunt  że  chyba  skutecznego, bo  za  kilka dni odstawiła  syna Szefa na Raj 3.14  i  z  tego,  co wiemy, po rozmowie z Szefem dostał areszt domowy. Ruda wepchnęła go bezceremonialnie do środka  i  zmieniła  kod  w  drzwiach  wejściowych. Młody  miotał  się  kilka  dni  bezsilnie, próbując znaleźć  drogę  ucieczki,  ale  później  się  podłamał.  Jedyną  osobą,  która mogła  go odwiedzać, był  taki  jeden Lucek w złotej szacie. Przywoził browary  i dobre słowo. Podczas pierwszej wizyty skonfiskował Młodemu klucze i od tej pory nosił je zawsze przy sobie. I tak sobie  leniwie płynął czas. Syn Szefa  siadywał w kokpicie  i kazał pokazywać  sobie aktualne raporty  o  życiu  na  Ziemi.  Strasznie  go  cieszyło,  że  tam  ciągle  o  nim  pamiętali. Wertując kolejne  raporty,  rechotał radośnie,  zwłaszcza  przy  doniesieniach  z  wczesnego  ziemskiego średniowiecza.

– I pewnie spokój by trwał do dzisiejszego dnia, gdyby nie dwa wydarzenia – wtrącił się Lewy.

– Dokładnie! – podchwycił Środkowy, tak zaaferowany opowieścią, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że Lewy mu się w wątek wcina. – Najpierw otrzymaliśmy raport o tym, że z Szefem jest beznadziejnie i  że  pamięć  mu  całkiem  sfiksowała.  W  związku  z  tym  jego  trzy  córki,  które  przejęły  dowodzenie, stanowczo  zażądały  wypuszczenia  brata  z  domowego  aresztu.  Potem  dowiedzieliśmy  się,  że  Lucek przekazał klucze komuś na Ziemi.

– I to był ostatni raz, kiedy ich widzieliśmy – szepnął Lewy. – Potem zjawiłaś się ty.

Martyna poczuła się nieco  skrępowana wymowną ciszą, która wspomagana  jedynie jednostajnym szumem procesorów opadła ciężką kurtyną na kokpit i na jej skołatane myśli.

– Dlaczego ja? – zapytała w końcu Martyna.

– Myśleliśmy, że ty nas oświecisz – odparł sztywno Środkowy.

– Nic z tego – pokręciła głową nasza bohaterka. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, po jasną cholerę tu jestem.

– No jak to? – odezwał się zdziwiony Lewy. – Musisz naprawić ten bajzel.

– Zbawić świat? – parsknęła Martyna.

– No  bez  przesady  –  sprostował  śmiertelnie  poważnie  Środkowy.  –  Chodzi  wyłącznie  o posprzątanie na jednej małej planetce.

– A dajcie mi święty spokój! Ja chcę do domu i mam to dupie!

– Podać  piwo?  –  zapytał  usłużnie  Lewy,  głosem  zdradzającym  wieloletnią  wprawę  w  radzeniu sobie w podobnych sytuacjach.

– No daj – poddała się zupełnie już przekonana do pomysłu Martyna. – Ale nadal nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.

Automatyczna  taca  odmeldowała  się  subtelnym  piśnięciem  na  poziomie  ściany  kokpitu, prezentując dwie błyszczące puszki. Martyna podniosła  się ciężko  i  sięgnęła po ostatnią deskę  ratunku, która  przylgnęła  znajomo  do  jej  dłoni  i  za  pomocą  przeciągłego  syknięcia  wlała  nieco  otuchy  w  jej skołatany  mózg.  Po  kilku  łykach  była  w  stanie  sprostać  psychicznie  niesprecyzowanym  dotychczas żądaniom  obłąkanych  komputerów.  Usiadła  ponownie  na  fotelu  i  wyszczerzyła  zęby  w  uprzejmym uśmiechu.

– Jakbym panicza widział! – zarżał z radości Lewy.

– No dobra! – zignorowała go Martyna i wzdychając, dodała: – Wal!

Środkowy  mielił  przez  chwilę  dane,  podczas  gdy  nasza  wyżęta  psychicznie  bohaterka  spijała ambrozję zielonej puszeczki.

– Jak? – rzuciła kluczowe pytanie Martyna.

– System Raju 3.14 posiada wszelkie niezbędne dane i narzędzia do przeprowadzenia takiej misji – odparł  Środkowy.  –  Ja  stanowię  centrum  informacji,  a  Lewy  ma  odpowiednie  kompetencje, by teleportować żywy obiekt w dowolne miejsce ziemskiej czasoprzestrzeni.

– Te, Środkowy, to ty jesteś pikuś! Lewy umie więcej! – zarechotała Martyna.

– Interpretacja  dostępnych  danych  jest  podstawą  powodzenia  misji  –  wyrecytował  z  godnością Środkowy.

– Dokąd chcesz lecieć? – zapytał w tym samym momencie Lewy.

Martyna rozparła się wygodnie, wysuszyła puszkę do końca i powiedziała:

– Nie tak prędko! Najpierw gadajcie od czego był Jabłko?

– To  jest obszar wiedzy obecnie zastrzeżony – powiedział Środkowy  i obrażony wylogował  się z dyskusji.

– I dobrze – odetchnął z ulgą Lewy. – No więc dokąd chcesz lecieć?

Martyna myślała dłuższą chwilę i analizowała swoją skąpą wiedzę historyczną.

– Do  jakiego miejsca  i  czasu  na  Ziemi  po  raz  pierwszy  udał  się  syn  Szefa? Możesz mnie  tam wysłać? – zapytała po chwili.

– Żaden problem – kwiknął ucieszony nie wiadomo czym Lewy. – Przygotuj się, bo będzie trochę rwało w pośladkach. I weź ze sobą to drugie piwko – dodał niewinnym głosem.

Tego akurat Martynie nie trzeba było powtarzać.

Pieczona karkówka dla lenia

Pieczona karkówka dla lenia

image_pdfimage_print

 

No dobrze, dość już tego. Ileż można się odchudzać? Czasem można zaszaleć po całości, zatem dziś przybywam do Was z kawałkiem wieprzka. Myślę sobie – karkówka – i co widzę? Rzecz jasna jej nieodłącznych towarzyszy czyli czosnek, listki laurowe i kminek. Bez tych przypraw nie wyobrażam sobie karkówki i choć często marynuję ją w słodko-słonej marynacie, dziś postawię jednak na swojski, najbardziej klasyczny i najłatwiejszy patent.

Jest tak pyszna i tak krucha, że prawie rozpływa się w ustach. Mmm… i w dodatku to taka łatwizna, że każdy sobie poradzi z jej przyrządzeniem. Składniki podaję mniej więcej, na nieco ponad kilogram mięsa, bowiem z mniejszą ilością szkoda sobie głowę zawracać i płacić za prąd do piekarnika, a mięsko znika szybko i z powodzeniem może posłużyć na następny dzień jako zimny dodatek do kanapki :)

produkty

Składniki:

– ok. 1 kg karkówki wieprzowej (ja wybieram chudą)

– 1 łyżeczka soli (wolę gruboziarnistą)

– 1 łyżeczka mielonego kminku (może być cały, ale u mnie nie lubią)

– 1 płaska łyżeczka pieprzu (może być nieco mniej)

– 5 małych listków laurowych

– kilka ząbków czosnku

Gotowi? No to działamy :)

kolaz1

Odpalić piekarnik na 200 stopni. W czasie, kiedy będzie się nagrzewał, spokojnie uporamy się z całą resztą.

Mięso płuczemy, osuszamy i usuwamy nadmiar tłuszczu. Wierzch nacinamy w ukośną kratkę na głębokość max 1,5cm. Całość dokładnie nacieramy czosnkiem przeciśniętym przez praskę (lub posiekanym drobno) oraz resztą przypraw. Od góry, w nacięciach umieszczamy listki i… gotowe :)

Teraz już tylko brytfanka i piekarnik na mniej więcej półtorej godziny. W międzyczasie, co kwadrans polewamy naszą karkówkę wytopionym tłuszczem. Przez pierwszą godzinę trzymam mięso luźno nakryte od góry folią aluminiową, później odkrywam, żeby się ładnie przyrumieniło.

Przy okazji pieczenia mięs w całych kawałkach stosuję starą, sprawdzoną zasadę: 10 minut na każdy centymetr grubości. Zawsze wychodzi. Polecam!

final

Rosół rybny

Rosół rybny

image_pdfimage_print

Dyskusja na temat, czy w Wigilię należy podać barszcz z uszkami, czy zupę grzybową, prawdopodobnie nigdy nie zostanie rozstrzygnięta, więc dyplomatycznie zajmiemy się dzisiaj opcją trzecią, czyli zupą rybną. Jest szczególnie popularną potrawą świąteczną na Pomorzu (co specjalnie nie dziwi :) ) i istnieje mnóstwo przepisów na jej wykonanie.

Osobiście uwielbiam wszystkie warianty, ale z Wigilią kojarzy mi się najbardziej tradycyjny, klarowny rosół. I zdecydowanie nie z karpia, którego serdecznie nie znoszę w żadnej postaci za jego bagienny posmak. Moim zdaniem, rosół rybny jest najlepszy z łososia. Dzisiejszą zupę urozmaiciłam kawałkiem tuńczyka, ale nie jest to konieczne.

Składniki:

– 1 kg łososia

– niewielka ilość włoszczyzny pokrojonej w paseczki

– mała cebula

– łyżka oliwy z oliwek

– łyżeczka sosu sojowego

– natka pietruszki

– cytryna

– liść laurowy

– sól i pieprz

Kluseczki kładzione:

– 2 jajka

– szklanka mąki

– kilka łyżek mleka

– sól

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cebulę przypalamy nad gazem. Włoszczyznę pokrojoną w paski dusimy na maśle. Umyte i pozbawione ości filety z łososia kroimy w grubą kostkę i przekładamy do garnka. Zalewamy zimną wodą tak, żeby zakryła rybę, ale nie za dużo, bo zupa będzie bez smaku. Nie dokładamy na razie niczego innego. Rybę gotujemy na niewielkim ogniu, sukcesywnie zdejmując szumowiny. To ważne, jeśli chcemy, żeby zupa była klarowna. Gdy ryba się obgotuje a płyn nabierze przezroczystości, dokładamy do garnka wszystkie pozostałe składniki, czyli podduszoną włoszczyznę, opaloną cebulę, łyżkę oliwy z oliwek i sos sojowy. Dodajemy przyprawy. Cytryną doprawimy zupę na samym końcu, niech sobie poczeka na swoją kolej :)

Garnek nakrywamy pokrywką i całość niespiesznie gotujemy na niewielkim ogniu. Zupa potrzebuje tak ze 40 minut, żeby z ryby i warzyw uwolniły się do wywaru wszystkie smaki. W tym czasie bierzemy się za kluseczki.

Ich zrobienie jest proste, jak konstrukcja cepa. Garnek z osoloną wodą na gaz. Do miseczki wbijamy jajka, dodajemy mąkę, szczyptę soli. Mieszamy. Dodajemy po odrobinie mleka do uzyskania konsystencji gęstego ciasta. Łyżką nabieramy po odrobinie i wsuwamy do gotującej się wody. Po paru minutach odlewamy na sitko.

Sprawdzamy smak zupy. Doprawiamy pieprzem i solą, jeśli potrzeba i wciskamy kilka kropel cytryny dla przełamania smaku.

W miseczkach układamy kluseczki, zalewamy gorącym rosołem i dekorujemy natką pietruszki.

Smacznego :)

Smażone bataty Soni Ciastoń

Smażone bataty Soni Ciastoń

image_pdfimage_print

Witajcie czytelnicy!

Dzisiaj do naszej Kuchni wpadła w odwiedziny Sonia Ciastoń. Serdecznie ją witamy i dziękujemy za przybycie.

Cześć :)

Nazywam się Sonia Ciastoń, jestem trenerem personalnym oraz instruktorem fitness.  W pracy trenera najbardziej cieszy mnie kontakt z ludźmi oraz wspólna droga do osiągnięcia celu podopiecznego. Jednym z aspektów współpracy i zarazem kluczem do sukcesu jest dieta, która powinna być smaczna, zdrowa i zróżnicowana.

„Co powinnam zjeść przed lub po treningu?”

To jedno z najczęściej pojawiających się pytań. Poniżej przedstawiam propozycję posiłku okołotreningowego, którego przygotowanie zajmie tylko 20 minut :)

Po więcej inspiracji kulinarnych i sportowych zapraszam na mój profil na FB @Sonia Ciastoń Trener Personalny

fot. www.piotrszalanski.pl
fot. www.piotrszalanski.pl

produkty

Składniki:

500 g wątróbki drobiowej

1 średni bakłażan

400g batatów

pęczek pietruszki

pieprz ziołowy

sól himalajska

łyżka oleju kokosowego

kolaz1

 

Najpierw na oleju kokosowym podsmażamy wątróbkę. Potem zmniejszamy ogień i dokładamy pokrojone w kostkę bataty, a następnie bakłażana. Wszystko dusimy pod przykrywką i doprawiamy pieprzem ziołowym do smaku. Na końcu przekładamy wszystko na talerz, doprawiamy szczyptą soli himalajskiej oraz dokładamy pietruszkę.

Smacznego!

final

Szczęki

Szczęki

image_pdfimage_print

Mąż mojej chrzestnej matki, odkąd sięgałam pamięcią, praktykował od zawsze. Jako dentysta, rzecz jasna, a że w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie było podziału na dentystę od próchnicy, dentystę od licówek i dentystę od ortodoncji czy też protetyki, zatem wujek Franek robił wszystko sam. Zdolniacha, co nie? Do tego zdarzyło mu się być również ordynatorem chirurgii szczękowej oraz prowadzić w domu prywatny gabinet, więc w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nieraz trafiło mu się leczyć najwyżej postawionych partyjnych dygnitarzy z najwyższych struktur PZPR. Tu miała miejsce pewna interesująca historia, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie na pewną dłuższą dygresję w temacie uzębienia, tudzież samego wujka Franka.

Jak zapewne wiecie, a młodsi ode mnie pewnie się domyślają, w tamtych czasach o pomoce naukowe było raczej trudno. Mimo, że wujek Franek do biednych raczej się nie zaliczał, to pewnych rzeczy i tak przeskoczyć nie mógł, a przez długie lata marzyła mu się czaszka. Wiecie, normalna ludzka czacha z pełnym uzębieniem.  Wtedy sztucznych nie było, więc skądś trzeba było wytrzasnąć prawdziwą, a to wcale nie było takie proste.  Pewnego razu, na swoich imieninach, już tak bliżej północy, wujek zwierzył się mojemu tacie. Nomen omen, mój rodziciel pracował wtedy w państwowej firmie zajmującej się instalacjami i budownictwem, i jak na zamówienie, dosłownie w ciągu paru tygodni, przy remoncie pewnego ciepłociągu, jego firma natrafiła na stare cmentarzysko. Szkieletów i czaszek od metra. Roboty wstrzymano, wezwano archeologów, ale zanim przyjechali, udało mi się namówić tatę, żeby mi pokazał, co odkopali. Miałam wtedy może 7-8 lat, ale do dziś pamiętam tamten widok. Normalnie czad! Byłam tak zachwycona, że postanowiłam zostać archeologiem. Niestety mi nie wyszło, bo byłam zbyt ciemna z chemii, ale jako że tata na budowie pewną władzę posiadał, zlecił panu Mieciowi skołować na cito dentystyczną pomoc naukową, zanim na miejsce wparuje archeologiczna ekipa. Pan Miecio się spisał, czachę skołował i ułożył oblepione ziemią znalezisko na gazecie przy naszym samochodzie. Skasował zwyczajowe pół litra i pojechał do domu je spożyć. Niestety. Zanim tata zdążył schować cenny łup, napatoczył się jakiś pies i porwał dolną żuchwę. I uciekł. W sumie ciekawe, czy ktoś później tę żuchwę znalazł i co sobie pomyślał, ale (nic na to nie poradzę) do dziś, na samą myśl o tym, chce mi się śmiać 😀

Trudno, się mówi. Czacha z górnymi zębami też była mile widziana, zatem zapakowaliśmy eksponat w gazetę, a ja- dumna i blada-  na kolanach dowiozłam do domu to straszne COŚ.  Na miejscu, w obawie przed mamą, skitraliśmy czachę bez żuchwy w garażu, a tata zadzwonił do wujka Franka i grypsem zdał mu relację z szabrowania wykopalisk.  Następnego dnia, wujek miał coś majstrować przy moim zębie, tak więc szczęśliwa jak nigdy, wręczyłam mu czachę zapakowaną w rozkładówkę z Dziennika Polskiego i z zapartym tchem czekałam na jego reakcję.

Uff, rozpakował. Zawartość chyba się spodobała, ale zanim nam podziękował, u drzwi rozległ się dzwonek i do środka wparowało dwóch, czerwonych na twarzach mężczyzn pod krawatem. Wujek Franek w pośpiechu wysłał nas do łazienki i nakazał potraktować prezent proszkiem do prania, a najlepiej odmoczyć go w wannie. Razem z tatą nalaliśmy wody do plastikowego wiaderka i postąpiliśmy wedle instrukcji. Nie żałowaliśmy IXI (proszek do prania).

Chwilę trwało zanim pacjenci wyszli, zaczęłam się niecierpliwić, ale jak już wreszcie sobie poszli, wujek nie nadawał się do użytku. Ze śmiechu, zgięty w pół, ronił łzy niczym krokodyl i zanim opowiedział, co się w międzyczasie zdarzyło, minął dobry kwadrans.

A było to tak…

Obaj mężczyźni, jak się okazało wysoko postawieni partyjni działacze, odwiedzili wujka Franka już jakiś czas temu. Zamówili sobie sztuczne szczęki, wujek wykonał i po temacie. Panowie zameldowali się po odbiór kilka dni wcześniej i zadowoleni uregulowali rachunek. Jakież było zdziwienie wujka, kiedyż to ci sami pacjenci, po trzech dniach pojawili się ponownie, i znów z tym samym zamówieniem. Tym razem na ekspres. Za drugim razem poszło szybciej i po dwóch dniach szczęki były gotowe, więc panowie z PZPR ponownie o wyznaczonym czasie zameldowali się po odbiór. Wujek Franek wiele już widział, ale tym razem nie wytrzymał i zapytał, co się stało, że tu taki urodzaj.

– Paaaanie doktorze…- zaczął jeden z nich. – Pojechaliśmy właśnie na wspólne wakacje na Węgry. Władziu wyjechał z rodziną dzień wcześniej, a mnie przytrzymali na kielichu w Komitecie Centralnym, to i musiałem zostać. Solidnie wódeczki chlapnąłem, więc prowadzić nie mogłem, ale moja żoneczka tak się napaliła na ten Balaton, że sama przypięła do auta przyczepę kempingową i ruszyła w drogę. Zgarnęła mnie prosto z imprezy, przebrała moje zwłoki w piżamę, zapakowała do przyczepy i dała w długą. Panie kochany, padłem jak nieżywy, ale po czasie sikanie mnie obudziło. Otrzeźwiałem odrobinę i zauważyłem, że przyczepa się nie rusza, czyli dojechaliśmy, więc wysiadłem się odlać.  Cholera! Wcale nie dojechaliśmy, tylko się moja baba na skrzyżowaniu zatrzymała i pojechała, a ja zostałem…! Panie! Jak kretyn! W nocy, w piżamie, nietrzeźwy i na dokładkę u Madziarów! Po godzinie dopiero dopadłem autostopa i załatwiłem transport! Wie pan, doktorze kochany… Z nimi to tylko po pijaku się można dogadać, więc mi się jakoś udało, ale jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce, jak zobaczyłem, że z naprzeciwka minęła nas moja żona z przyczepą. Połapała się, że mnie nie ma i pojechała mnie szukać. Nad ranem, szczęśliwie, po tej ciężkiej nocy, w końcu udało nam się spotkać i dojechać na ten przeklęty kemping! Coś się tam zdrzemnąłem, ale rano, skacowany na amen, wyszedłem na pomost i dla ochłody skoczyłem sobie na główkę. A w cholernym Balatonie woda po kolana, więc po całości zaryłem gębą w muł.  Nowa szczęka poszła w diabły, no to zwołałem resztę ekipy.  Wszyscy padli w wodzie na kolana w poszukiwaniu moich zębów i może, i by je znaleźli, ale na to przylazł Władek i powiedział, że znalazł. Łajza, podał mi swoje zęby, a ja przymierzyłem, stwierdziłem, że to nie moje i z całej siły cisnąłem je wpizdu w Balaton. No i jesteśmy…

Na koniec wujkowej relacji ciotka wróciła do domu i poszła do łazienki. Zaintrygowana zawartością wiaderka sięgnęła ręką do środka.  Zanim wujek Franek zdążył zareagować doszedł nas dziki wrzask.

No i oberwało się wszystkim …

Martyna 3

Martyna 3

image_pdfimage_print

Rozdział 3 

W którym raz na zawsze ustalimy, że kobiety są przyczyną wszelkich awarii

Martyna  intuicyjnie  wyczuła,  że  nie  ma  sensu  wołać  „Hop,  hop,  jest  tu  kto?”.  To  była  inna  bajka  i zupełnie  inny  scenariusz. Po krótkim namyśle zdecydowała, że w pierwszej kolejności zbada zawartość drzwi z prawej strony  i  z  promiennym uśmiechem  powitała  widok  wypasionej  łazienki.  Całość,  rozplanowana  w  trójkątnym  wnętrzu, emanowała odcieniami błękitu. Pod lewą ścianą, pomiędzy wijącą się roślinnością, znajdował się szereg marmurowych umywalek, a tuż za obłożonym kafelkami występem krył się elegancki kibelek. Na wprost, w miejscu, w  którym  ściany  zbiegały  się w  ostry  szpic, widniała  ogromna  kabina  prysznicowa. Prawa ściana  była  ozdobiona  kilkoma  obrazami,  które  choć  znane  Martynie,  chwilowo  nie  wiązały  się  z konkretnymi  nazwiskami,  lecz  dopełniały  wrażenia  luksusu.  Dokładnie  na środku  wyrastała  trójkątna marmurowa  wanna.  Martyna  uśmiechnęła  się  na  jej  widok,  lecz  po  chwili  skupiła  myśl  na  swoim własnym  wnętrzu  i  gwałtownie  przemieściła  się  w  stronę  sedesu.  „Wannę  przetestuje  się  potem”, pomyślała.  Podźwignęła się  po  chwili  z  kibelka  z  zamiarem  dalszej  penetracji  pomieszczeń.  Umyła szybko  ręce w marmurowej umywalce  i od niechcenia wsunęła do kieszeni  trójkątne błękitne mydełko, które mrugało do niej maleńkimi srebrnymi gwiazdkami.

Po opuszczeniu  szacownego  przybytku  podążyła  wzdłuż  dyskretnie  podświetlonych  szaf  do zachęcająco  otwartych  drzwi  i  po  chwili  wetknęła  ciekawie  głowę  do  eleganckiego,  jasnego  salonu połączonego z dużą kuchnią. Ostrożnie przestąpiła próg  (licho nie  śpi!)  i pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, były znajdujące się pośrodku przeciwległej ściany  jasne,  lecz nieprzejrzyste kotary. Odrywając od nich  badawcze  spojrzenie, Martyna  ledwie  omiotła  prawą  część  pomieszczenia,  gustownie  urządzoną wszelakimi  sprzętami  audiofila  i  telemaniaka. Właściciel  obiektu  nie  zapomniał  również  o  rozłożystej kanapie,  która  z  daleka  szeptała  kusząco:  „Jestem miękką,  elegancką  i  wyjątkowo  wygodną  kanapą”.

Mimo wszystko nasza  bohaterka  nie  uległa  kusicielce,  a  jej  nieomylny  instynkt  skierował  ją  do  części kuchennej,  symbolicznie  oddzielonej  od  salonu  prostokątnym  stołem  otoczonym  czterema  krzesłami.

Wszystkie  szafki  kuchenne  błyszczały  i  tak  też  było  z  naczyniami w  nich  pochowanymi. Jej  nos  skierował  ją  w  stronę ogromnej  lodówki  i gdy uchyliła  jej podwoje niecierpliwym  ruchem, z  jej ust wyrwało się mimowolnie westchnienie: „Ziomuś!”. Możemy  tylko  interpretować, że owo westchnienie było peanem pod adresem właściciela  lodówki,  a  teorię  tę  możemy  oprzeć  na  widoku  rzędów  oszronionych  puszek  piwa, pedantycznie ułożonych na półkach.

Martyna, wzruszona  troską  i gościnnością, wyjęła  jedną puszeczkę  i  ruszyła w  lewą stronę, gdzie zabłąkały się nierzucające się w oczy drzwi. Powstrzymując chwilowo procedurę otwierania puszki, podeszła do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Doświadczenie kinomana podpowiadało jej, że właśnie za  takimi  niepozornymi  drzwiami  krył  się  zawsze  amerykański  zboczeniec  z  nożem wielkości  kosy  z okolic Sierpuchowa. Szczęśliwie na ścianie znalazła włącznik światła  i  już po chwili  jej oczom ukazały się  półki wypchane wszelkimi  dobrami  jadalnymi. Na  końcu wąskiego  korytarzyka widniały metalowe drzwi,  zapewne  prowadzące  do  chłodni,  ale Martyna  głupia  nie  była  i  zignorowała  ten motyw,  nazbyt często wykorzystywany w  superprodukcjach  jako pułapka. Wycofała  się  i  stanęła przed kotarami, które przykuły jej uwagę, zanim jeszcze weszła do salonu. Jednym zdecydowanym ruchem odgarnęła je na boki i wpatrując  się w widok  za  szybami, bezwiednie otworzyła browar. Pociągnęła  sążnisty  łyk.

– Jestem w raju – szepnęła nabożnie.

I faktycznie była. Po uchyleniu drzwi na taras Martyna zeszła po trzech stopniach i znalazła się na piasku,  który  przesypując  się pomiędzy  palcami  stóp,  ogrzewał  serce wspomnieniem  przeglądanych  na kibelku  folderów  biur  podróży.  Plaża  kończyła  się  jakieś  sześć  metrów  dalej,  znikając  łagodnie  pod lazurem wody. Woda  zaś,  lekko  zmarszczona,  rozpościerała  się  na  przestrzeni  zbliżonej  rozmiarem  do basenu  olimpijskiego  i  z  dwóch  stron  ograniczona  była  formacjami  skalnymi,  z  których  w  rześkich kaskadach  spływały  strumyczki.

Pomimo  gęstniejącego  mroku  odległy  koniec  basenu  był  doskonale widoczny  dzięki  punktowemu  oświetleniu  i  pochodniom  powtykanym  gdzieniegdzie  w  piach  nad brzegiem. Trzecia ściana przedstawiała gaj palmowy, delikatnie szemrzący pomimo kompletnego braku wiatru. Martyna  przyjrzała  się  ścianie  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że  to  rodzaj  ożywionej  fototapety. To zrodziło w  niej  słuszne  podejrzenie,  że  całość  rajskiego widoku  jest  sztuczną  aranżacją  i nawet  przez moment  odczuła  delikatny  element  niepokoju. Ten  zaś  został  po  kilku  sekundach  rozwiany  z  pomocą piwa. Martyna, niewiele myśląc, opadła na pobliski  leżak  i nie dowierzając własnemu szczęściu, wpatrywała  się w  rosnące w  doniczkach  palmy.  Porównywała  rajskie widoki  z  samochodem Boratyńskiego, który stanowił zasadniczy element jej balkonowej panoramy. Nie da się ukryć, że obecne położenie, pomimo niedociągnięć sztucznej panoramy, zdecydowanie bardziej jej odpowiadało.

Po kilku minutach błogostanu skoncentrowała spojrzenie na tarasie, który ją tu przywiódł, i  dostrzegła  w  półmroku  jasne  marmurowe  schody,  które  przyklejone  do  fasady, wyznaczały kierunek od tarasu w stronę pierwszego piętra, a nawet jeszcze wyżej. Niechętnie zwlókłszy się z leżaka, nasza sybarytka postanowiła spenetrować dalsze rejony tajemniczego obiektu, więc z żalem zgniatając osuszoną puszkę, porzuciła ją na piasku i podjęła żmudną wędrówkę w górę schodów.

Gdy doszła do pierwszego piętra  i ujrzała kolejne drzwi, postanowiła  je  zignorować  i  sumiennie podreptać  dalej.  Wychodziła  ze  słusznego  założenia,  że  gdy  wejdzie  na  poziom  drugi,  z  pewnością zabraknie  jej  energii  na  poziom  trzeci.  Ten  ostatni,  trzeba  to  przyznać,  rozczarował  ją. Na  całej  jego trójkątnej  powierzchni  rozciągała  się  olbrzymia  szklarnia  i według  skąpej wiedzy  botanicznej Martyny najwyraźniej  mieściła  wszelkie  znane  jej  gatunki  roślinności.  Nad  jej  głową  widniało  gasnące  niebo odseparowane od grządek  taflą  szkła. Martyna wzruszyła  ramionami  i nie znajdując dalszych powodów przebywania wśród krzaków, zeszła ostrożnie po  schodkach  i uchyliła drzwi poziomu drugiego. Widok rozczulił ją dogłębnie i w jej duszy rozbłysły ponownie ciepłe nuty myśli zwróconych w stronę nieznajomego Ziomusia.

Przed  jej  oczami  rozpościerała  się  utkana  ze  złota  i  purpury  sypialnia.  Jej  zacisze  natychmiast  zaczęło oddziaływać  na  strudzoną  dziewczynę.  Ogromne  łoże  przykryte  purpurową  narzutą  przyciągało  ją  jak magnes  i pewnie oddałaby się regeneracyjnej drzemce, gdyby nie widok ukrytych dyskretnie za złocistą kotarą  drzwi,  które  niewątpliwie  prowadziły  do  sedna  zagadki.  Tego  nie  dało  się  zignorować,  więc Martyna,  pokonując  senność,  zdecydowanie  przeszła  kilka  kroków  i  energicznie  ujęła rzeźbioną  klamkę. Widok  przerósł  jej  najśmielsze  oczekiwania.

Zamrugała z niedowierzaniem oczami i przez długą chwilę tkwiąc w bezruchu, wpatrywała się w krajobraz widniejący za zbiegającymi się w szpic taflami szkła.  Próbowała wytłumaczyć sobie, że granat oblepiający  z  każdej  strony  panoramiczne  tafle  jest  kolejnym  hologramem.  Podeszła  ostrożnie  bliżej  i głębia obrazu przyprawiła ją o zawroty głowy. Nie było wątpliwości: nieskończone barwy nieba napierały na  Martynę,  wzbudzając  jej  atawistyczną  potrzebę  trzymania  się  powierzchni  globu.  Tkwiła  gdzieś wysoko  ponad  samochodem Boratyńskiego  i w  krótkiej,  ulotnej  chwili  zatęskniła  za Szalińskim  i  jego bliźniakami.  Jej  skołowane  spojrzenie  uciekło  od  niebieskich  przestrzeni.  Martyna  wycofała się  z niechęcią na próg pomieszczenia.

– Szlag by to trafił! W niebie jestem! – powiedziała na głos z pewną odrazą.

Starając się znaleźć nagrodę pocieszenia, powiodła spojrzeniem po pomieszczeniu  i nie znajdując niczego ekscytującego, niechętnie skupiła się na tajemniczej wygaszonej konsoli rozpościerającej się tuż pod  panoramą  nieba.  Konsola,  usłana  tysiącem  dziwacznych  przycisków,  zwieńczona  była  trzema wygaszonymi monitorami. Martyna  parsknęła  z  lekceważeniem  i  pomyślała  sobie,  że mimo wszystko sytuacja idealnie pokrywa się z ze scenariuszem przyznania nagrody pocieszenia.

Przyznanie nagrody pocieszenia

Nagroda pocieszenia dołuje najbardziej w dzieciństwie. Martyna przeżyła to wiele razy, gdy urodziny  świętowała  jej  siostra.  Do  dziś  dnia  pielęgnuje  traumy,  w  których  zamglona szwankującą pamięcią dłoń podaje jej maleńką czekoladkę, zaraz po tym, gdy wręczy komuś innemu ogromne pudło przewiązane czerwoną wstążką. Nagroda pocieszenia widnieje też we wspomnieniach  z  zawodów  sportowych  na  koloniach nad morzem,  gdy wszyscy  dawno  już dobiegli,  a  ty,  dysząc,  pełzniesz  do  mety  i  litościwa  dłoń  wręcza  batonik,  wcześniej wydzielając medale zwycięzcom. 

Niestety, nie mamy czasu na dogłębną analizę kalecznego dzieciństwa Martyny  i musimy  skupić się  na  zagadkowej  elektronice,  na  którą nasza bohaterka  spoglądała  nieufnie.  Jej spojrzenie  przykuły  monitory,  więc  przycupnęła  na  jednym  z  dwóch  obrotowych  foteli  i  z  zadumą analizowała ich martwe ekrany. Pod każdym z nich widniał niewielki wąski otwór, nasuwający natrętne skojarzenia  z  dziurką  od  klucza.  Martyna  uniosła  się  nieco  i  wygmerała  z  kieszeni  bojówek  pęk srebrzystych  pęk. W  swej  nieskończonej  inteligencji  odpięła  łączący  je  brelok  i  dopasowała  cyfry rzymskie  widniejące  na  kluczach  do  cyfr  arabskich,  które  spostrzegła  na  monitorach.  Powtykała odpowiednio klucze, przekręciła  je w  lewo  i po  chwili usłyszała kojący  szmer  komputerów.

Monitor  z lewej  strony  momentalnie  rozbłysnął  jasnym  światłem,  a  po  chwili  podążył  za  nim  drugi.  Trzeci natomiast wciąż milczał i prezentował czerń ekranu. Martyna nie dała się zwieść i walnęła mało subtelnie pięścią w obudowę. Wypróbowany  sposób naprawienia  sprzętu elektronicznego nie zadziałał dokładnie tak,  jak  spodziewała  się  nasza  bohaterka,  lecz mimo  wszystko  posunął  sprawy  do  przodu.

– Nie wal tak. Jemu już nic nie pomoże. – zamrugał środkowy monitor a z jego czeluści wydobył się zgrzytliwy głos.

Martyna  zamarła  i bezwiednie drapiąc  się pod  lewym  cyckiem pazurami prawej dłoni, cmoknęła zaskoczona.

– Ty gadasz? – wyszeptała w końcu.

– No  gadam.  A  co?  Mam  czekać,  aż  łaskawie  zaczniesz  stukać  w  klawiaturę?  Ja  czekam  już stanowczo zbyt długo, moja droga.

– A na co tak czekasz? – zapytała Martyna.

– Weź mnie, kuźwa, nie rozluźniaj! – żachnął się monitor. – Świat trzeba ratować, zapomniałaś?

– Dobra – przerwała mu Martyna – ty weź mi najpierw powiedz, gdzie ja jestem?

Powierzchnia  monitora  zafalowała  przestarzałym  wygaszaczem  ekranu,  na  którym  rozbłysło tandetne niebo upstrzone gwiazdami o  żenującej  rozdzielczości. Twardy dysk mielił głośno dane przez kilka minut, by ogłosić triumfalnie głosem bladego rezydenta z tropikalnej wyspy:

– Serdecznie witamy na pokładzie Raju 3.14.

Martyna westchnęła  i  chwilowo  starała  się  nie  koncentrować  na  traumie  z  dzieciństwa, w  której obłąkana siostra Bogusława roztaczała przed dziećmi wizję niezbyt przytulnego raju. Siostrze raj również nie bardzo się podobał, choć z  innych powodów niż Martynie. O ile Martyna była głęboko przywiązana do drobnych  radości życia, w  tym do swobodnego wcinania  jabłek, o  tyle siostrę Bogusławę niepokoiła myśl o jakichkolwiek przyjemnościach. W jej rutynie dnia nie mieścił się śmiech i uśmiech, a wizja raju pozbawionego rozsypanego w kącie pokoju grochu i stanowczych dłoni naddzierających młodociane uszy zadawała  kłam  jej  pojmowaniu  życia  wiecznego.  Martyna  zapewne  zaczepiłaby  myśli  dłużej  na nieboszczce  Bogusławie,  gdyby  nie  lista  pytań  żywotnie  dźgających  jej  pracujący  na  najwyższych obrotach rozum.

Zebrała się w sobie, omiotła spojrzeniem szwankujący komputer, na którego obudowie pysznił się znajomy wizerunek apple’a.

– Słuchaj, dlaczego ten Mac nie działa? Co się stało? – zapytała uprzejmie.

Z  elektronicznych  trzewi  trzasnął  z  pogłosem  niehamowany  śmiech,  zdublowany  po  chwili rechotem lewego peceta. Obydwa komputery błyskały obwodami, a po chwili środkowy powiedział:

– Kiedyś syn Szefa przyprowadził tu dwoje idiotów. Facet przez całe dni chlał browary i szczał do basenu.  Jego  plusem  było  to,  że  nieszkodliwy  był. Baba  była  gorsza.  Przylazła  tu  kiedyś  do  kokpitu  i chciała  koniecznie  przeczytać  horoskop.  Siadła  do Maca  i  zażądała  danych. Mac  się wnerwił  i  olał  ją kompletnie. Baba waliła w  klawiaturę,  a  jej  długie  jasne włosy  przyduszały  system,  gdy w  końcu  się przychyliła i mściwie wyrwała kabel zasilający.

– Wyrwała Maca? – bardziej stwierdziła niż zapytała Martyna.

– Wyrwała jabłko – potwierdził ze smutkiem środkowy pecet. – I wiesz, co było najgorsze? – dodał po  chwili. –  Jak  się  syn Szefa wściekł  i kazał Luckowi  zwalić  faceta  z  leżaka, a  jego babę wywlec  za włosy z kokpitu  i w  swym niezmiernym miłosierdziu wykopał  ich na Ziemię,  to po całej Ziemi poszła fama, że zostali wywaleni z Raju 3.14. Chodzili po wsiach i psioczyli, że zamiast obiecanego dostępu do systemu zostali wygnani z Raju za to, że durna baba wyrwała jabłko.

– Chyba „zerwała” – odruchowo sprostowała Martyna.

– A pies  ją ganiał! – parsknął środkowy pecet. – Nie umiała nawet zapamiętać seryjnego numeru statku.

Martyna milczała przez chwilę  i analizowała zaktualizowaną historię wypędzenia z  raju. Łechtało ją nieco wspomnienie piwa wyciąganego  z  tej  samej  lodówki,  z której  czerpał garściami Adam. Nasza niedoszła filozofka zatopiła się w swoich myślach i po chwili wysnuła karkołomny wniosek:

Polskie piwo leży w tej lodówce od zarania czasów, a to znaczy, że nasi tu byli!

Martyna bezwiednie wyszczerzyła się w stronę monitorów i poczuła, że wraca do życia.

– Ty, słuchaj, a gdzie teraz jest Ziomuś, to znaczy syn Szefa?

Konsola  zafalowała, monitory  rozbłysły  i  obsypały Martynę  iskrami  elektronicznego  oburzenia.

Środkowy pecet, wyraźnie obrażony, wygasił ekran i szepnął na pożegnanie:

– Nie wzywaj imienia Szefa nadaremno.

– Zwłaszcza teraz! – pisnął pecet z lewej.

Martynie nie pozostało nic innego niż pozostawienie w spokoju zirytowanych komputerów i udanie się do sąsiedniego pokoju. Opadła na purpurowe łoże i z westchnieniem ulgi poszybowała w inny wymiar snu.  Jej myśli  zaprzątała  przez moment  konieczność  sprawdzenia  daty ważności  browarów  z  lodówki, lecz niebyt po chwili odgonił wszelkie troski.

Zupa z cukinii

Zupa z cukinii

image_pdfimage_print

Coś mnie ostatnio strasznie wzięło na zielone. Jak nie wariacje na temat ogórków to na cukinię.  Zupka jak zwykle szybka i prosta w przygotowaniu. Jak to u mnie :)

Cała filozofia leży w podaniu i dodatkach, ale może wszystko od początku.

Najpierw składniki:

  • Cukinia- ok. 1 kg
  • Cebula- 1 średnia sztuka lub gotowa cebulka smażona
  • Marchewka – 1 sztuka
  • Sól/pieprz/ maggi/vegeta
  • Dowolna zieleninka do dekoracji
  • Ser feta

Opcjonalnie: 1 ziemniak do zagęszczenia, maggi, kostka rosołowa, surowy ogórek, jeśli komuś za mało zieleni.

produkty

Skwarki z cukinii:

¼ naszej cukinii kroimy w drobną kostkę wielkości ok. 1 cm. Na patelni rozgrzewamy na maksa odrobinę oleju i wrzucamy kostki cukiniowe. Dodajemy pieprz i sól,  i smażymy aż się zrumienią.  Gotowe przekładamy do miseczki i czekamy na ciąg dalszy

Zupa:

Resztę cukinii kroimy byle jak i dolewamy do garnka tyle wody, żeby przykryła warzywa. Zwykle dodaję posiekanego w drobniutką kosteczkę ziemniaka do zagęszczenia, ale nie jest obowiązkowy. Do tego sól, pieprz, zrumieniona cebulka (lub gotowa), czasem kostka rosołowa. Mniej więcej po kwadransie wszystko powinno już zmięknąć na tyle, żeby całość potraktować blenderem i tym sposobem uzyskać gładki krem. Na koniec do wrzątku dorzucam startą na grubych oczkach marchewkę i dodaję co tam potrzeba do smaku.

Propozycja podania:

Na dnie talerza układamy nieco cukiniowych skwarków, pokrojony w podobną kostkę ser feta. Nalewamy zupę i posypujemy dowolną zieleninką (koperek/natka pietruszki/kolendra).

Pychota.

Smacznego :)

13139198_1131139290282713_8766384315135962269_n

Czeskie knedliki z gulaszem z jelenia

Czeskie knedliki z gulaszem z jelenia

image_pdfimage_print

 

Mój mąż kocha czeskie knedliki miłością absolutną. Bywało, że planowaliśmy trasę podróży przez Czechy w ten sposób, żeby zatrzymać się w konkretnej knajpie serwującej najlepsze knedliki w okolicy. Jest więc sprawą oczywistą, że po prostu musiałam nauczyć się je robić :)

Metodą prób i błędów, wspierając się nieco wiedzą zaczerpniętą z internetu, opracowałam własny przepis na ten czeski przysmak i zapewniam, że zawsze wychodzi.

Jak knedliki, to koniecznie sos a konkretnie aromatyczny i zawiesisty gulasz. Inaczej nasze poświęcenie z robieniem knedlików po prostu nie ma żadnego sensu. Sos musi być i koniec :)

Nasz dzisiejszy gulasz zrobiłam z udźca jelenia, ale oczywiście każde inne mięso też będzie pasowało.

Ciekawa sprawa z tą dziczyzną. Znam mnóstwo ludzi, którzy twierdzą, że dziczyzny nie lubią. Jestem przekonana, że część z nich po prostu się zraziła, bo przyszło im jeść dziczyznę niewłaściwie przygotowaną. I wtedy rzeczywiście przyjemność z jedzenia jest żadna.

Kluczowe jest zamarynowanie mięsa i to najlepiej na dobę przed przystąpieniem do gotowania. Bardzo ważne jest to zwłaszcza przy przyrządzaniu udźca, który jest mięsem twardym. Marynata skruszy włókna mięsa i pozbawi je charakterystycznego „dzikiego” posmaku. I pamiętajcie, żeby na wszystkich etapach przygotowania potrawy nie żałować wina. Potrawie i sobie 😀

To do dzieła :)

Podane proporcje wystarczą na obiad dla 4-5 osób.

Marynata:

– 0,5 kg udźca z jelenia

– 100 ml czerwonego wytrawnego wina

– 2 łyżki octu spirytusowego

– 300-400 ml wody

– marchewka

– seler

– cebula

– por

– czosnek

– natka pietruszki

– ziele angielskie, pieprz w ziarnach, liść laurowy

 

Marynatę przyrządza się bardzo prosto i szybko. Warzywa trzeba obrać, pokroić w plasterki i wrzucić do garnka. Dodać przyprawy. Zalać wodą, winem i octem. Całość zagotować i wystudzić. Mięso obrać z błon, umyć i osuszyć. Nie kroić.

Nigdy nie wkładamy mięsa do gorącej marynaty, bo pozamykają się pory i smak nie przeniknie do środka. Dopiero, gdy będzie całkiem zimna. Całość nakrywamy i wstawiamy do lodówki na 24 godziny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gulasz:

– 0,5 kg udźca z jelenia

– 100 ml czerwonego wytrawnego wina

– mała cebula

– mała czerwona papryka

– kawałek pora

– 10-15 niedużych, świeżych lub mrożonych grzybów (mogą być pieczarki)

– ząbek czosnku

– 200 ml przecieru pomidorowego

– przyprawy: sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, słodka wędzona papryka, cząber górski

Mięso pokroić w kostkę i usmażyć na brązowo. Wrzucić do garnka, zalać wodą, dodać wszystkie przyprawy i dusić na niewielkim ogniu. Cebulę, pora i grzyby podsmażyć na patelni i dodać do mięsa. Dodać wino i czosnek. Dusić minimum dwie godziny pod przykryciem. Po tym czasie zdjąć pokrywkę, dodać przecier pomidorowy i dalej dusić. Sos wkrótce powinien odparować nadmiar wody i zgęstnieć, jeśli jednak uznacie, że wciąż jest zbyt rzadki to można go zagęścić odrobiną mąki rozrobionej w małej ilości zimnej wody.

Knedliki:

– 0,5 kg mąki krupczatki

– 200 ml mleka

– 2 jajka

– torebka suszonych drożdży (7 g.)

– szczypta soli

– 2 płaskie łyżeczki cukru

Mleko lekko podgrzać. Gdy będzie gorące, to zabijecie drożdże i nic z tego nie wyjdzie. Do mleka dodajemy drożdże, cukier i 2 łyżki mąki. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut, żeby drożdże zaczęły pracować.

Do miski wsypujemy mąkę, sól, wbijamy jajka i wlewamy wyrośnięty zaczyn drożdżowy. Zagniatamy ciasto, formujemy kulkę i wkładamy do oprószonej mąką miski. Nakrywamy ściereczką i czekamy aż wyrośnie. Drożdże bywają kapryśne, więc żeby mieć pewność, że ciasto wyrośnie, wstawiam je do piekarnika na 30 stopni. Podwaja objętość w ciągu 30-40 minut. W temperaturze pokojowej może to potrwać nieco dłużej.

Gdy ciasto wyrośnie, to formujemy z niego wałeczki. Gotujemy około 8 minut w osolonym wrzątku. Nie wkładajcie wszystkich na raz, bo knedliki będą w garnku rosły.

No i wreszcie to, co nas najbardziej interesuje, czyli nakładanie na talerze :)

Knedliki kroimy w kromki, układamy z boku talerza, wlewamy gulasz i ozdabiamy zieleniną. I już można jeść :)

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

image_pdfimage_print

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Konkurs z Ko-Moda WYNIKI!

Konkurs z Ko-Moda WYNIKI!

image_pdfimage_print

Kochani czytelnicy!

Dziękujemy Wam za udział w konkursie. Przypominamy, że do wygrania były sztyblety damskie w wybranym kolorze z oferty sklepu internetowego Ko-Moda.com

Jury, po długich i burzliwych obradach zdecydowało, że zwycięzcą jest osoba, której spodobały się buty w kolorze czerwonym. A tą osobą jest:

DANUTA SKORUPKA :)

Gratulujemy wygranej i prosimy o kontakt mailowy z biurem firmy www. ko-moda.com.

A wszystkich zapraszamy do kolejnego konkursu, który wkrótce zagości na łamach naszego bloga :)