Martyna 13

Martyna 13

image_pdfimage_print

Rozdział 13

W którym nasza bohaterka musi wyciągnąć z Darusia garść informacji, i nie tylko

Jeszcze dobrze nie opadł kurz z planetarnej zadymy, gdy na ekranie pojawiło się zbliżenie studia i – jakże by  inaczej! – uradowane oblicze fałszywej Magdusi, która uśmiechnęła się i zapowiedziała kolejny blok reklam.  Oczywiście  nie  wymieniła  słowa  „reklama”. Wysłała  stado  cmoków  i  uśmiechów,  obiecując telewidzom, że spotka się z nimi po „króciutkiej przerwie”.

Radosny  przekaz  skierowany  wprost  do  mózgów  gawiedzi  eksplodował  właśnie  tęczą oszukańczych barw, gdy Daruś zwrócił zaszklone  łzami oczy na  zastygłą niedowierzaniem bladą  twarz Martyny.  Nasza  bohaterka  próbowała  ułożyć  sobie  w  rozhuśtanej  emocjami  łepetynie  ciąg  ostatnich godzin,  lecz  jedynym  owocnym  efektem  tych  zabiegów  był  stek  nieparlamentarnych  słów  sączący  się powoli, lecz uporczywie z jej pokaleczonych napięciem ust.

Lucek  z  pewnym  lękiem  wpatrywał  się  badawczo  w  napięte  rysy  twarzy  dawnej  szkolnej koleżanki.  Trzymając  się  rytualnej  procedury  i  własnego  instynktu  samozachowawczego,  milczał, czekając  na  erupcję  nadciągającego  nieuchronnie  lamentu  i  biadolenia.  Podczas  swojego dotychczasowego  życia na  tyle poznał kobiety,  że dokładnie wiedział, kiedy należy  zamilknąć. Dobrze zrobił, Martyna zaczynała bowiem powoli odzyskiwać naturalne kolory i sapiąc wściekłością, odczyniała dziwaczne czary nad lewą kieszenią swoich bojówek, próbując wyciągnąć podprowadzony Jamajczykowi woreczek  szczęścia.  Lucjan  nie  skomentował  tego  faktu  i  cierpliwe  czekając,  aż  Martyna  nabije nerwowymi  ruchami małą  turystyczną  fajkę, oddał  się kontemplacji wybitnie długich, choć ukrytych w oklejonych piachem pustyni spodniach szczupłych udach koleżanki z podstawówki.

Właścicielka  zgrabnych  ud  zerknęła  spode  łba  na  niewiernego  Darusia  i  powolnym  ruchem podpaliła  zawartość  fajki  cudem  znalezioną  zapalniczką.  Lucjan  nie  oponował,  gdy  tuż  przy  jego wymuszonym nieco uśmiechu pojawił  się ustnik  fajki. Zaciągnął  się  łapczywie namiastką pocieszenia  i niepewnie spoglądał na niepokojąco spokojną Martynę. Nasza niedoszła psycholożka zdołała w tych kilku chwilach zamknąć swój żal, wspomnienia i nadzieję na przyszłość, obecnie oplataną warkoczami dymu.

– Wiesz…  – westchnęła  – wydawało mi  się,  że  po  obejrzeniu  „Powrotu  do  przyszłości” kumam wszystko o podróżach w czasie.

– To nie jest takie proste – odparł beznamiętnie Lucjan, pozostając w zasięgu jamajskiego dymu.

– Wiem!  –  zadumała  się  Martyna.  –  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  obydwoje  z Magdusią spędziliście tyle czasu w szkole i kompletnie nie trafia do mnie, dlaczegowylądowałam tutaj, zamiast jak reszta Ziemian rozerwać się na kawałki w audiotele Magdusi?

– Parę razy próbowałem się wydostać z budy, ale nie było wtedy  lepszego miejsca… – Magdusia świetnie  o  tym wiedziała  i  poświęciła  kilka  lat  błyskotliwej  kariery  tylko  po  to,  żeby mnie pilnować. Uwierz mi! Nie wiedziałem, co robić, zwłaszcza po tym, gdy zaczęła mnie szantażować, że jak nie będę za  nią  łazić,  to  postara  się  o  to,  by  paru  kumpli  zabrało  cię  do  fabryki dinarów. Siedzi  tam  cała masa Jamajczyków, ale również sporo dzieciaków, które zadarły z gniewną córką Szefa. Zresztą zielsko, które teraz palimy, zawlokła na Jamajkę Magdusia, wiesz? – przekrzywił głowę Lucjan i zaciągnął się dymem.

– Chodziło o to, żeby otumanić do reszty krewniaków porwanych do fabryki kolesiów Młodego.

– Ziomuś wysłał kumpli do fabryki? – zapytała z trwogą Martyna.

– No  co  ty?  –  zaśmiał  się Lucjan.  – Młody  nie miał o  tym  zielonego  pojęcia. To Magdusia,  jak zwykle nastawiona na profity, uknuła  całą  intrygę. W podobny  sposób przejęła kontrolę nad  szkolnym sklepikiem… – dodał konfidencjonalnie.

– No co ty? – zakrzyknęła zdumiona Martyna, przejmując w posiadanie tlącą się fajkę. – No to już wiem, dlaczego dla mnie nigdy nie starczało drożdżówek na długiej przerwie! – dodała odkrywczo.

– Było więcej  takich akcji – przyznał ostrożnie Daruś. – Pamiętasz historyczkę z „barankiem” na głowie?

– No ba! – odrzekła nasza traumatyczka. – Śni mi się po nocach.

– To  taka wyrafinowana  intryga Magdusi. Wiedziałem, że nasza historyczka, podstępnie upojona metanolem, została wywieziona na Kunta-Kinte, bo ruda przechwalała się tym na swoich urodzinach, ale nic  nie mogłem  zrobić,  gdy  na  jej miejsce  podstawiła  zwariowaną  ciotkę Marcjannę. Wyciągnęła  ją  z jakiegoś  prowincjonalnego  teatrzyku  grającego  szmiry  na  peryferiach  F.I.U.T.E.K.  i  obiecała  jej  rolę życia.

– Dręczenie mnie – zauważyła odkrywczo Martyna.

– Niestety tak – przyznał cicho Lucek, zwieszając z rezygnacją głowę, co zapewne tylko częściowo było następstwem odczuwanego niewątpliwie wstydu. Czasowe zwiotczenie mięśni miało także związek z nieuchronnym sączeniem się toksyn do wnętrza jego wiekowych płuc.

– Jakby się  tak zastanowić,  to manipulujecie mną od siódmego  roku życia! – eksplodowała nasza niedoszła psycholożka.

– Nie!  No  co  ty?  –  zaprotestował  nieśmiało  Daruś.  –  Od  dziesiątego  dopiero!  Pamiętasz,  gdy oddałaś mi kanapkę na przerwie? I poprawiłaś okularki, które mi opadły po tym, jak Maciek strzelił mnie w  łeb na boisku? Potem  już zawsze cię  lubiłem. Gdy Magdusia doszła do naszej szkoły w piątej klasie, zaczęło być  coraz gorzej. Bałem  się o  ciebie, więc gdy  ruda podstępnie  stała  się najlepszą uczennicą  i najbardziej  popularną  dziewczyną  w  szkole,  wolałem  trzymać  się  blisko  tej  małpy  i  nie  dawać  jej powodów do dręczenia mojej najlepszej przyjaciółki – zakończył melodramatycznie.

– I  tak  to  robiła  –  podsumowała  beznamiętnie Martyna  i  obiecała  sobie w  duchu  solennie,  że w przyszłości,  jeśli  takowa  nastąpi,  zasięgnie  porady  p r a w d z i w e g o   psychologa,  który  być może wyjaśni je, dlaczego całe życie trafia na zniewieściałych dupków i rozpływa się z rozrzewnieniem nad ich popapranym bytem. – Mogłeś chociaż spróbować mnie obronić, wiesz? – dodała z wyrzutem. – Nawet nie spróbowałeś  i  polazłeś  za nią  jak  tresowana  kapucynka!  – wrzasnęła  na  koniec  i  unosząc  fajkę  pokoju podeszła energicznie do drzwi prowadzących do basenu, które rozsunęła stanowczym ruchem.

Zaawansowana  ciemnością  noc  oplatała  hartowane  spracowanymi  dłońmi  Jamajczyków  ściany  i nie pozwalała wtargnąć do Raju bolesnym  realiom skorumpowanego świata. Basen szeptał  tajemniczo  i stanowił  silną  konkurencję  dla  ciepłych  słów  piasku  rozstępującego  się  pod  energicznymi  tąpnięciami gniewnych  stóp Martyny. Nasza  bohaterka  opadła  z  furią  na  leżak,  który  tak  niedawno  generował  do wnętrza  jej obecnie udręczonego wydarzeniami ciała wyłącznie pozytywne bodźce marzeń zamkniętych w  zakurzonych  kartach  wakacyjnych  katalogów  spoczywających  na  terakocie  kibelka.  Z  tłumionym chrzęstem  nadciągnęły  zmieszane  stopy  Lucjana.  On  sam  stanął  nad  leżakiem  i  wpatrywał  się  z intensywnością  jesiennych  kasztanów  w  rozrzucone  bezsilnością  szczupłe  uda  naszej  zrezygnowanej gwiazdy.

– Nienawidzisz mnie? – zapytał cicho.

– Nie – odparła lakonicznie Martyna.

– Lubisz mnie?

– Tak – odparła równie lakonicznie.

Rozsiane  po  niebie  gwiazdy  przydreptały  natrętnie  do  granic  pleksiglasu  i  dyszały niezdrowym podnieceniem,  które  udzieliło  się  dziarskiemu  Lucjanowi. Martyna  zerknęła  na  Darusia  spod  powiek  na  wpół  przymkniętych  i napuchniętych  od  toksycznego  dymu  ziela,  po  czym  wyciągnęła  spontanicznie  dłonie  w kierunku wiarołomnego przyjaciela z podstawówki. Ten, doczekawszy się zaproszenia, z westchnieniem opadł na  jej  falującą  i produkującą miarowo zużyty dym  jędrną pierś. Momentalnie  tracąc  rezon, Daruś wtulił się w ciepło klatki piersiowej Martyny i załkał gorzko. Nasza bohaterka zdecydowanie podtrzymała swoje  gorące  ślubowanie, że  już  czas  najwyższy  skończyć  ze  zniewieściałymi  palantami  i  uchwyciła stanowczo w obie dłonie gorejące żałością uszy Darusia i wydobyła je z wąwozu swoich całkiem niezłych cycków,  po  czym  ulokowała  jego  zapłakane,  łagodne  oczęta  na  wysokości  znużonego  spojrzenia  i wysyczała ze złością:

– Lucjan! Bądź mężczyzną!

W Lucjana, który momentalnie przestał być Darusiem,  jakby diabeł wstąpił. Wpił się brutalnie w zeschnięte  oczekiwaniem  usta Martyny,  choć  jest możliwe,  że motorem  jego  samczego działania  było pragnienie unieszkodliwienia ostrego  jak brzytwa  jęzora. Niezależnie od motywacji odrodzony  i wielce męski Lucjan dopiął swego i obecnie całe jestestwo naszej cyniczki topniało jak wosk pod nieco ciężkim, męskim  ciałem,  które  odzyskując  pewność  siebie  oraz  męski  egocentryzm,  w  nieskoordynowanych  i gorączkowych  ruchach zrywało z Martyny sfatygowane bojówki. Materiał z chrzęstem ześlizgnął się ze zdrętwiałych,  choć  niewątpliwie  szczupłych  ud  naszej  bohaterki  i  tym  samym  utorował  naszemu dzielnemu Lucjanowi drogę do kilkunastu  sekund  szczęścia  i uczucia absolutnej, kosmicznej dominacji nad wszelkim żeńskim stworzeniem. Martyna dopingowała kochanka serią ochów i achów zaczerpniętych ze ściąganych nielegalnie głęboką nocą sprośnych filmików. Świat na kilka minut usiadł gorącym, choć majestatycznym dupskiem na opłacanej zachodnią walutą górskiej kolejce i zadrżał w posadach w finalnej serpentynie wyniesionego pod księżyc torowiska. Wspiął się na wyżyny z zadyszką, by opaść ku ziemi i odpiąć z westchnieniem pasy po wyhamowaniu kolejki.

– Musimy pogadać – wbił się w sacrum przejażdżki wyjątkowo trzeźwy głos Martyny.

Lucjan zamruczał coś niewyraźnie  i  schował głowę po pachę naszej  realistki, która w wężowych ruchach  wyślizgnęła  się  spod  umęczonego  triumfem  samca  i  podskakując  chaotycznie,  naciągnęła  na tyłek portki. Martyna usiadła po turecku na piasku i podpalając wygasłą turystyczną fajeczkę, całkowicie zignorowała  wierne  spojrzenie  Darusia  i  podpierając  brodę  pięścią,  zapatrzyła  się  z  zamyśleniem  w odległy kraniec basenu.

– Żab powiedział, że to ty wsadziłeś mu rurkę w tyłek – zagaiła z głupia frant.

– Dobre  sobie! Żab! – żachnął  się Lucjan, gramoląc się nieporadnie z  leżaka. – Nie żaden żab, a tyran i handlarz Jamajczykami – dodał tajny agent podziemia.

– Lucjan,  weź  no  mi,  kurwa,  powiedz,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi!  –  wrzasnęła  znienacka Martyna.

– No  co  ty! Nie wiesz?  Jak  nie wiesz,  o  co  chodzi,  to  na  pewno  chodzi  o  kasę…  –  powiedział sentencjonalnie Lucjan.

– …albo o dupę! – dokończyła z rezygnacją w głosie nasza bohaterka.

– No  właśnie!  –  potwierdził  skwapliwie  ponadczasowy  lowelas,  łypiąc  łakomie  na  doskonale

szczupłe uda Martyny.

– Żab powiedział, że to komputery realizują program zagłady Ziemi – przypomniała Martyna.

– Słuchaj, ten idiota nie ma o niczym zielonego pojęcia, podobnie jak te zardzewiałe kupy złomu – odparł  lekceważąco Lucjan. – Zrozum! To są wszystko małe płoteczki. Nie zawracaj sobie nimi głowy, bo to tylko pionki w obłąkanej grze Magdusi.

– No  ale  dlaczego  tak  powiedział?  –  drążyła Martyna.  –  Dlaczego  ostrzegał mnie  przed  tobą i twierdził, że musi ratować świat.

– Dlaczego cię ostrzegał? A jak myślisz? – zapytał Lucjan, masując się wymownie po obnażonym tyłku.

– No dobra, to fakt… Ale co z tym ratowaniem świata? – dociekała nasza bohaterka.

– Myślę,  że  chodziło  mu  o  ekonomiczne  następstwa  związane  z  odcięciem  jego  złodziejskiej korporacji od świeżych Jamajczyków – powiedział Lucjan. – Musisz wiedzieć, że namiestnik SigmaPi to taka wesz, która związała się z podziemiem tylko i wyłącznie z chęci zysków. Wywąchał pokątnie, że coś ma walnąć w Ziemię, więc  przyłączył  się  do  nas  z  nadzieją,  że  jego  oślizgły  i wątpliwy  czar  osobisty pomoże  jego  szemranym  interesikom  na  Jamajce.  Jak  się  dowiedział,  że  meteoryty  to  przesądzona sprawa to  poleciał  z  lepkim  jęzorem  do  Magdusi.  Zwabiłem gnidę  podstępnie  na  imprezę  i unieszkodliwiłem za pomocą pierwszego sposobu, który mi do głowy przyszedł.

– Lucjan, co my teraz zrobimy? – zapytała z westchnieniem Martyna.

Lucjan,  lekko  tylko  zaplątując  się  we  własne  spodnie,  podszedł  do  ostatniej  Ziemianki  i przyklęknął w zasięgu jej zgaszonego wzroku.

– Zaczniemy nowe życie i zapomnimy o starym. Cóż innego nam zostało?

– Nie przyjmuję tego do wiadomości! – tupnęła nogą w piasek Martyna i zaciągnęła się jamajskim dymem.

– Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia – podsumował grobowym tonem Lucjan. – Ziemi już nie ma, opozycję szlag trafił…

– Jak to trafił? – wtrąciła się dociekliwa Ziemianka, wpijając w kochanka zwężone źrenice.

– No  wiesz,  obrazy,  Ziemia,  zasłona  dymna…  –  machnął  lekceważąco  ręką  samiec,  po  czym znieruchomiał, poniewczasie zdając sobie sprawę z tego, że właśnie chlapnął ozorem i wyszczekał część tajemnic podziemia.

– Co cię łączy z tą blondyną od wiadomości? – rzuciła przenikliwie Martyna.

– No wiesz, właściwie nic!

– A konkretnie to jakie nic? – zapytała słodziutko nasza kochanka.

– No zupełnie nic – usprawiedliwiał się gorączkowo Lucjan.

– No! – tupnęła Martyna.

– No co? To moja żona jest… – przyznał skruszony Lucjan. – Ale ja jej wcale nie kocham. Starzy mnie w to wrobili! – dodał obronnym tonem.

– Jesteś synem Szefa! – wykrzyknęła odkrywczo Martyna. – A Młody to twój młodszy brat, tak?

– Tak – zwiesił głowę pokonany babską pokrętną logiką Lucjan i nagle zaciekawiony spytał: – Jak na to wpadłaś?

– Dokładnie  taka  sama  akcja  była  w  czterdziestej  serii  „Kamiennego  kręgu”,  pamiętasz?  Byłeś jeszcze wtedy na ziemi! – odpowiedziała radośnie Martyna, po czym spochmurniała i dodała. – Żyjesz z żoną?

– No co ty? W życiu! Nie miałem z nią kontaktu od tysiąca lat! – zapewnił gorączkowo Lucjan.

– Pewnie  głupio  robię,  ale  chyba w  to wierzę  –  skomentowała Martyna  z  zadumą.  – Przekonuje mnie ten tysiąc lat… Chociaż z drugiej strony… – dodała po chwili. – Jaki miałaby interes w pomaganiu niewiernemu małżonkowi, którego nie widziała od dziesięciu wieków?

– O! To akurat mogę bardzo łatwo wyjaśnić – pospieszył z odpowiedzią brązowooki amant, ciężko przełykając ślinę. – Magdusia od pierwszego dnia w telewizji wykopała topór wojenny, walcząc ze swoją, hmmm…  no  szwagierką.  Często  brały  się  za  kudły,  raz  nawet  na  wizji  –  co  rzekłszy,  nasz  lowelas uśmiechnął się bezwiednie i złośliwie.

– Do rzeczy! – naciskała zimno i dystyngowanie Martyna.

– No w każdym razie, gdy okazało się, że meteoryty to przesądzona sprawa i że lada dzień stracimy bazę, skontaktowałem  się  z  ekhm,  hmmm…  małżonką  i  poprosiłem  ją  o  przemycenie  kilku…  no… powiedzmy niezupełnych  faktów  do  głównego wydania  „Trąby  Jerychońskiej”. Chodziło  o  to,  żeby odwrócić uwagę reporterów od ewakuacji naszych agentów, która przebiegała nieco…

– …chaotycznie – weszła mu w słowo nasza bohaterka.

– No tak – przyznał z pewnym wstydem Lucjan. – Do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że władze jednak coś z tym zrobią.

– Ale nie zrobiły nic! – podsumowała rzeczowo Martyna.

– No właśnie! Nasi agenci nie stwierdzili, żeby jakiekolwiek organy rządowe podjęły jakiekolwiek decyzje i jakiekolwiek działania. Kompletna cisza – dodał rozgoryczony agent podziemia.

– Czyli żonka –  to ostatnie słowo Martyna wypluła jak muszkę owocówkę – nie kontaktując się z małżonkiem  –  to  słowo Martyna wypluła  jak  resztki  pasty  do  zębów  –  od  tysiąca  lat,  nagle radośnie zgadza  się  na współpracę  i  nie  pyta  o  szczegóły,  tak? Ty myślisz,  że  ja  się  urwałam  z  chatki  siedmiu krasnoludków i wpieprzam na śniadanie halucynogenne jabłuszka? – zapytała z lepką słodyczą.

– Martyna!  To  nie  tak!  –  pospieszył  z  gorliwym  zapewnieniem  Lucjan.  –  Angelika  też  jest w podziemiu i właściwie dlatego zgodziła się pomóc.

– Angelika?  –  zachichotała  Martyna.  –  Cóż  za  doskonale  słodkie  imię  dla  żonki  obywatela ciemności, walecznego Lucjana!

– O co ci chodzi? – naburmuszył się żonkoś. – Imię jak każde inne.

– Taaaa!  –  uśmiechnęła  się  złośliwie  posiadaczka  wielce  szlachetnego  imienia,  po  czym poważniejąc,  dodała:  –  No  dobra,  mam  w  dupie  Angelikę,  tak  jak  wszelakie  Wiolki  i  Samanty z dyskoteki. Mnie  interesuje  tylko  jedna  rzecz:  na  jakiej  podstawie  podziemie  do  ostatniej  chwili miało nadzieję, że władze coś z tym zrobią?

– No  cóż,  wielokrotnie  próbowaliśmy  dyskretnie  nawiązać  kontakt  z  władzami,  ale  zazwyczaj kończyło się to na tym, że albo uznawali naszych agentów za mroczne siły ciemności, albo za szpiegów z krainy  dolara  –  wyjaśnił  wielce  uradowany  zmianą  tematu  Lucjan,  po  czym  zamyślił  się  i  dorzucił bezwiednie: – Potem mieliśmy nadzieję, że twoja wizyta u prezydenta odniesie pożądany skutek, ale jak sama widziałaś, gówno wielkie z tego wyszło – dokończył z niejakim ubolewaniem.

– Aaa!– krzyknęła donośnie Martyna  i jak oparzona skoczyła na równe nogi. – Skąd wiesz, gdzie byłam?  Kuźwa,  skąd  to  wiesz?  –  Zwężonymi  z  wściekłości  oczami  wpatrywała  się  intensywnie  w Lucjana,  po  raz  kolejny  zatracając  zmysły w  paradoksach  czasowych.  – Nie możesz  tego wiedzieć!  – wrzasnęła błagalnie  i znacznie ciszej dodała: – Nie mogliście przecież wiedzieć, że  ja się godzinę  temu  wybrałam  do  prezydenta. Nie mogliście  się  o  tym  dowiedzieć,  bo  ja  sama  o  tym  nie  wiedziałam  do ostatniej chwili! Nie mogliście niczego zaplanować, bo skąd moglibyście przypuszczać, że polecę właśnie tam!

– Martyna!  Twoja misja  u  prezydenta  została  w  szczegółach  zaplanowana mniej  więcej  w  tym czasie,  gdy  tańczyłem  z Magdusią  wolniaka  na  szkolnej  dyskotece  –  rzucił  lekkim  tonem  Lucjan.  – Wszystko,  czego  doświadczyłaś,  miało  na  celu  przygotowanie  cię  do  tej  chwili,  w  której  wyruszyłaś zagrać o wszystko.

– I nic z tego nie wyszło! – zasmuciła się Martyna.

– Niestety! – skomentował z obłudnie zatroskaną miną Lucjan.

Martyna  wstała  i  odłożyła  ostrożnie  fajeczkę  na  brzeg  leżaka.  Zapatrzyła  się  z  zadumą  w przeciwległy brzeg basenu i nie zaprzątając sobie głowy kochankiem i krępującymi ją więzami pomiętego ubrania,  podeszła  powoli  do  brzegu,  który  kusił  i  szeptał,  odbijając  w  swych  ciepłych  odmętach nierzeczywisty  obraz  konstelacji  F.I.U.T.E.K.  Nasza  skołowana  bohaterka  weszła  do  wody  i  leniwie podpłynęła  do  skalistej,  obrośniętej  warkoczami  roślinności  ściany.  Odwróciła  się  w  stronę  Lucjana spoczywającego  ufnie  na  leżaku  i  unoszącego właśnie  samotną  fajeczkę  z  jamajskim  zielem,  po  czym uspokojona  odszukała  Żaba,  który  jak  zwykle  wyrzygiwał  z  siebie  kaskady  źródlanej  wody. Martyna jednym  zdecydowanym  ruchem  wydobyła  rurkę  z  jego  dupy  i  lękliwie  spoglądając  na  nawalonego Lucjana, czekała, aż resztki wody i mułu oczyszczą trzewia płaza, przywracając mu zdolność mowy. Żab przewrócił  z wysiłkiem  oczami  i  po  chwili  zapatrzył  się  chwiejnym wzrokiem w  napiętą  twarz  swojej oswobodzicielki.

– Kum, kum! – zakumkał pokornie.

– Porąbało cię? – zapytała rzeczowo Martyna. – Patrz szybko na tego typa na brzegu i powiedz mi,

kto to jest.

– No jak to? – odbeknął mułem, zniekształcając samogłoski, żab. – Toż to pan Lucjan we własnej osobie.

– Lucjan? – powtórzyła nasza bohaterka, świdrując badawczo płazie jestestwo namiestnika. – Jesteś pewien?

– No jestem! – odparł żab nienawistnym tonem. – To ten sam wał, który mi wtedy wsadził… – nie będąc w stanie doprecyzować, Żab zatonął we łzach. Po chwili ograniczył się do kontrolowanego szlochu i  przyznał  z  ociąganiem:  –  To  jest  pan  Lucjan,  którego  widziałem  ostatni  raz  dawno  temu.  Potem przychodził  tutaj  inny  Lucjan,  no wiesz…  inne  ubranie,  inne  sandały  i  trochę  inne włosy  –  dodał  po namyśle.

Martyna spojrzała z pełnym wdzięczności uśmiechem na Żaba, leniwie uniosła uzbrojoną w rurkę lewą  rękę  i  skierowała  końcówkę  węża  w  rejony  żabiego  dupska.  Czas  zwierzeń  minął.  Dobiegały również końca błogie chwile upalonego jamajską fajką fałszywego Lucjana.

Cudny deser z tapioki

Cudny deser z tapioki

image_pdfimage_print

final1a

Dość długo zastanawiałam się nad tytułem tego posta, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy, bo i po co? Toż to samo sedno :)
Tapioka urzekła mnie od pierwszego wejrzenia i teraz już na tysiąc procent, na stałe zagości w mojej kuchni. Cała rodzina podeszła do tego eksperymentu jak do jeża, ale finalnie podzieliła mój zachwyt i po pierwszych dwóch odsłonach byłam zmuszona potroić dostawy podstawowego surowca, czyli kulek skrobi tapioki.

produkty1

Składniki na 3-4 porcje:

– 2,5-3 łyżki tapioki
– puszka mleka kokosowego
– 100 ml wody
– dowolne owoce do zmiksowania
– nasiona chia
– dowolny owoc do dekoracji
– opcjonalnie cukier lub słodzik

kolaz1

Do dzieła. Wbrew pozorom nie jest to nic skomplikowanego. Mleko kokosowe mieszamy z wodą, dokładnie mieszamy trzepaczką i dodajemy tapiokę. Całość gotujemy 15-20 minut na małym ogniu. Aż tapioka zmięknie. Cały czas mieszamy. Następnie przelewamy do słoiczków lub szklanek i od góry uzupełniamy zmiksowanymi owocami. Dekorujemy i pałaszujemy. Genialne na ciepło i na zimno. Oczywiście jak zdąży wystygnąć 😀
Osobiście lubię ten deser zabrać rano ze sobą na siłownię, jako drugie śniadanie, zatem do zmiksowanych owoców dodaję trochę nasion chia i wstawiam na noc do lodówki. Wtedy do rana wszystko nabiera zwartej konsystencji i śmiało można dorzucić pojemnik do torby z ciuchami na trening. Polecam! Urywa tyłek. Pychota <3

final2

 

Tuńczyk jak z puszki

Tuńczyk jak z puszki

image_pdfimage_print

Uwielbiam tuńczyka, ale takiego koniecznie z oliwy i najlepiej nie z puszki, żeby blachą go nie było czuć. Można oczywiście kupić tuńczyka w słoiczkach, ale można też zrobić go samodzielnie. Sprawa jest banalnie prosta a efekt świetny. Dodatkową zaletą jest to, że możecie dowolnie eksperymentować z dodatkami. Wadą jest to, że tuńczyk jest dość drogi i występuje w naszych sklepach wyłącznie w postaci steków. A tu by się całe rybsko, najlepiej własnoręcznie złowione, przydało 😀

No, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, więc do dzieła :)

Lista produktów:

– 2 steki z tuńczyka

– 330 ml oliwy z pierwszego tłoczenia

– cebulka

pomidory suszone

– kolorowy pieprz

– sól

– opcjonalnie chili w strączku albo w płatkach

Produkcja domowego tuńczyka jest banalnie prosta i niezbyt pracochłonna. Steki obgotowujemy (około 5 minut) w osolonym wrzątku i odkładamy do wystygnięcia. Szykujemy słoiczki. Z podanych ilości powinny wyjść trzy nieduże. Pamiętajcie, żeby je wyparzyć wrzątkiem (pokrywki też).

Na dnie układamy suszone pomidory, krążek cebulki, kilka ziaren pieprzu i opcjonalnie nieco chili. Tuńczyka tniemy w grubsze paski i dość ciasno układamy w słoikach. Zalewamy oliwą tak, by dokładnie pokryła rybę. Zakręcamy.

Dno garnka wykładamy ściereczką, wstawiamy słoiki, nalewamy wody do ¾ wysokości słoików i pasteryzujemy na niewielkim ogniu przez pół godziny.

I teraz najtrudniejsza rzecz, czyli czekanie :) Minimum dwa tygodnie.

Tuńczyk rewelacyjnie nadaje się do sałatek, na kanapki czy na pizzę lub co tam sobie jeszcze w swej kreatywności wykombinujecie :)

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

image_pdfimage_print

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉

Sałatka z bobu na ciepło

Sałatka z bobu na ciepło

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sezon na bób kwitnie w najlepsze, co mnie osobiście ogromnie cieszy :) Kombinuję więc jak koń pod górę, żeby podać go (bób, nie konia 😀 ) w sposób możliwie smaczny i kreatywny oraz oczywiście się przy tym nie narobić 😀

Spieszę Was poinformować, że udało mi się wymyślić coś absolutnie pysznego. Moi domowi zjadacze bobu byli zachwyceni.

Obiecuję Wam, że Wy też będziecie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– paczka bobu

– 10 dkg dowolnej chudej wędzonki (u mnie szynka szwarcwaldzka)

– łyżka oliwy z oliwek

– dwa ząbki czosnku

– garść natki pietruszki

– sól i pieprz

– chili w strączku lub płatkach

– garść pomidorków koktajlowych

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bób płuczemy i gotujemy w osolonej wodzie przez 3 minuty. Słowo „gotowanie” jest właściwie pewnym nadużyciem, bo bób ma się po prostu dać obrać ze skórek. Jeśli uznacie, że wolicie użyć bobu w skórkach, wówczas gotujemy go dłużej, aż do momentu aż owe skórki zmiękną.

Osobiście namawiam Was na wariant z bobem obranym. Roboty odrobinę więcej (choć bez przesady, nie tak znów wiele) a rezygnując ze skórek pozbywamy się z dania lekkiej goryczki. Dodatkowo, oskubany bób staje się bardzo delikatny i doskonale chłonie smaki z pozostałych składników potrawy. Wybór należy do Was :)

Micha obranego (lub nie) bobu stoi grzecznie na blacie a my w tym czasie kroimy wędzonkę w kostkę a czosnek ścieramy na tarce. Na patelnię wlewamy oliwę z oliwek.

I tu krótka dygresja na temat wędzonki. Będziemy ją smażyć bardzo krótko (żeby nam się oliwa nie spaliła), więc wybieranie np. tłustego boczku nie ma sensu. Tłuszcz nie zdąży się wytopić i mięso będzie gumowate albo, jeśli się zdąży wytopić to zdominuje smak oliwy, która w przypadku tego dania jest pierwszoplanowym bohaterem i oczywiście nośnikiem smaków. Czyli: wędzonka krotoszyńska, speck, szynka szwarcwaldzka – tak, boczek, słoninka i inne tłustości (tym razem) – nie :)

Ok, kwestia mięcha wyjaśniona, więc pokrojoną drobno wędzonkę wrzucamy na patelnię z lekko rozgrzaną oliwą. Mieszamy dosłownie kilka razy i dorzucamy starty czosnek. Ponownie mieszamy kilka razy i wrzucamy bób. Ten ma się jedynie zagrzać. Wrzucamy garść posiekanej natki pietruszki i odrobinę chili (nie musimy, jeśli nie lubimy ostrego), mieszamy ostatni raz i wykładamy bób na talerze. Dorzucamy po parę pomidorków koktajlowych i voila! Gotowe :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ekspresowa drożdżówka

Ekspresowa drożdżówka

image_pdfimage_print

final

Ostatnio sporo eksperymentowałam z gotowym ciastem francuskim. Gdyby nie ten cudowny wynalazek, pewnie nigdy w życiu nie upiekłabym niczego poza wielkanocnym mazurkiem. A tak, nie dość, że szybciutko, czyściutko, to jeszcze efektownie, a gościom wcale nie trzeba się chwalić, że ciasto było gotowe :) Bo i po co?

Dziś w sklepie znów mnie pognało w okolice ciast. Tym razem mą uwagę przykuło gotowe ciasto drożdżowe. Pierwszy raz w życiu widziałam taki wynalazek, zatem ciasto od razu trafiło do koszyka.  Z założenia całość wyglądała podejrzanie, ale co tam! Jedziemy. Z wrażenia, z rozpędu kupiłam ciasto słodzone, zatem w dalszej części całkowicie zrezygnowałam z cukru i przekopałam lodówkę w poszukiwaniu resztek niskosłodzonych dżemów. Żeby nawet i to nie było zbyt słodkie, dodałam jeszcze nieco soku z cytryny. No i wyszło super! :)

Składniki

– gotowe ciasto drożdżowe

– ¾ szklanki dowolnego dżemu, konfitury, rozdrobnionych owoców

– 1 jajko

– cukier puder/ cynamon do dekoracji

Schłodzone ciasto rozwinąć. Szybko rozsmarować na nim owocową masę. Całość zrolować i pociąć na kawałki o szerokości ok. 2-3cm. Zachowując spore odstępy ułożyć ślimaczki na papierze do pieczenia i posmarować rozbełtanym jajkiem.  Piec 15-20 minut w temperaturze 180-190 stopni Celsjusza. Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem lub cynamonem.

Pycha!

Nie znam szybszego patentu na równie smaczny i efektowny deser :)

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

image_pdfimage_print

Witajcie czytelnicy :)

Katarzyna, nasza dzisiejsza bohaterka, jest właścicielką najpiękniejszego ogrodu na świecie. Od samego patrzenia na zdjęcia aż się kręci w głowie :)

Nie dziwne, że rośliny z własnej hodowli wykorzystuje w kuchni. Zapraszamy do zwiedzania i na konfiturę różaną, ale najpierw pozwólmy naszemu gościowi się przedstawić.

Dzień dobry, mam na imię Katarzyna. Zapraszam Was do mojego ogrodu, który ma kolory szczęścia i spokoju… Przysiądźcie proszę na ławeczce i odpocznijcie choć trochę.

Mój ogród to cudowna, rozszumiana, rozćwierkana cisza.  Kraina leżąca na pograniczu Beskidu Wyspowego i Pogórza Wiśnickiego. Jeszcze 10 lat temu, mały domek z dużym ogrodem, w pod szczyrzyckiej wsi, traktowałam jako „rzecz na sprzedaż”. Nie sprzedałam… a dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez ogrodu pod lasem.

 Zapraszam na mojego bloga i FB

A to ja i mój ukochany jamnik Franio :)

Różana konfitura – przepis

Dawno temu, moja babcia, przez całe lato przynosiła do domu naręcza róż. Oczywiście z własnej działki, która była jedną z piękniejszych w okolicy. Bajecznie piękne róże, przeważnie herbaciane, układała do kryształowego wazonu. Pachniało nimi w całym domu. Któregoś dnia, przyszła z olbrzymim, wiklinowym koszem, pełnym różowych, pachnących płatków. Na moje zdziwione oczka kilkulatki, odpowiedziała z mrugnięciem oka: „róże są pyszne”. Nie muszę Wam mówić, jaką ciekawość wzbudziły we mnie te słowa i wtedy, krok po kroku, babcia Teofila wtajemniczyła mnie we wszystko. Tak powstała różana konfitura.

Dzisiaj, po wielu, wielu latach, ciągle mam jeszcze przed oczyma obraz mojej najdroższej babuni, ucierającej w wielkiej makutrze płatki róż z cukrem. Zdaje się, że poszłam w jej ślady, bo rok rocznie, zamykam w kilku słoiczkach różany smak i aromat. Niestety, nie mam w ogrodzie dzikiej róży i muszę chodzić na „szaber” do sąsiada. Oczywiście, za jego zgodą. Zawsze jest to początek lata i bardzo słoneczny, suchy poranek.

To właśnie od babci wiem, że aby różana konfitura dała naszemu podniebieniu rozkosz, to płatki muszą pachnieć słońcem i latem.

A więc, przynoszę do domu kosz, pełen świeżutkich płatków, przebieram je i przepłukuję. Dobrze osuszam papierowymi ściereczkami (babcia używała do tego celu lnianej ściereczki) i wrzucam do makutry. Prawie zawsze jest ich około pół kilograma, więc na całość muszę dodać 70 dkg. cukru. Na stole już czeka drewniana pałka do ucierania i do akcji wkracza NPS (niezwykle przystojny siłacz) – ten, który na moje życzenie, przenosi w ogrodzie głazy, np. w suchej rzece.

I … zaczyna się ucieranie płatków dzikiej róży z cukrem.

W trakcie ucierania, należy dodać do masy trochę soku z cytryny i maleńki kieliszeczek rumu lub koniaku, po to, aby konfitura nabrała „tajemnego” smaku i koloru.

Wreszcie koniec ciężkiej pracy!

Przełożyłam ją do słoiczków i dobrze zakręciłam. Makutrę popłukałam zimną wodą mineralną i uzyskałam dwie szklanki różanego, orzeźwiającego napoju. Chwilo trwaj!

Martyna 12

Martyna 12

image_pdfimage_print

Rozdział 12

W którym wreszcie dowiemy się, o co w tym, kuźwa, chodzi i w którym Martyna musi podjąć decyzję przerastającą jej możliwości pojmowania

Lucjan uśmiechnął  się uprzejmie do Martyny  i gestem wskazał  jej drzwi. Zeszli  razem po  schodach do salonu, gdzie nasza bohaterka jak automat skierowała się do lodówki, z której wyjęła dwa zimne Leszki.

Podeszła powoli do siedzącego na kanapie pana Lucjana  i nie chcąc zaburzać czekającej  ich pogawędki nadmierną bliskością, przycupnęła na skraju ławy, jednocześnie wyciągając w stronę gościa uzbrojoną w puszkę rękę.

– Audiotele  jeszcze  się  chyba  nie  zaczęło  –  zagaił  Lucjan,  otwierając  z  głośnym  pstryknięciem browarek.

– Chyba  jeszcze  nie. Magdusia  zapowiadała  na  dwudziestą  trzecia  pięćdziesiąt  –  odezwała  się apatycznie Martyna, z trudem otwierając piwo.

– Co robimy? – zapytał jej gość.

– Kurde, myślałam, że ty masz jakiś plan! – powiedziała nerwowo nasza piwoszka.

– No,  powiem  szczerze,  że  to  ciebie  tu  sprowadziłem,  żebyś myślała, bo  to  nigdy  nie  była moja mocna strona – wyznał otwarcie Lucjan.

– Mnie? – zarechotała Martyna. – No to chyba coś ci się pomyliło.

– Nie! To jest przemyślana od stuleci operacja! – oświadczył z przekonaniem Lucek.

– Ja mam  zaledwie  trzydzieści  lat  –  odparła  z  godnością Martyna  i  nerwowo  zerknęła  na  ekran telewizora, w którym migały jedna za drugą reklamy.

– Ja się zagubiłem w czasie, wiesz? – westchnął nagle płaczliwie.

Martyna  pociągnęła  ostro  z  puszeczki  i  uznała,  że  jeśli  ktokolwiek ma  tu  być  facetem  i  podjąć racjonalne  decyzje,  to  jest  to  wyłącznie  jej  skromna,  lekko  sfatygowana  osoba.  Zerknęła  z niekontrolowaną czułością na zagubionego Lucjana i podjęła męską decyzję, która wypłynęła znienacka z czeluści jej całkiem zgrabnego kobiecego ciała.

– Siedź  na  dupie  i  nie  waż  się  ruszyć!  –  zażądała  nad  wyraz  przytomnie.–  Będziesz  teraz odpowiadał na moje pytania!

– No dobrze, ale czy to uratuje moją misję? – zapytał trwożliwie Lucek.

– Tego się zaraz dowiemy! – stwierdziła uroczyście Martyna i przywołując z zamierzchłych czasów psychotesty z Bravo Girl, skupiła wszelkie myśli i metody poznawcze na przypadku Lucjana.

– Na czym polega twoja misja? – zapytała groźnie.

– Chodzi o to, żeby Ziemia wróciła do normalności – wyrecytował spolegliwie jej rozmówca.

– Zdefiniuj pojęcie „powrót Ziemi do normalności”.

– No nie wiesz? –  zniecierpliwił  się Lucjan. – Chodzi o  to,  żeby przywrócić  stan planety  sprzed

czasu, zanim Szef postanowił, że Młody będzie pisał o niej pracę dyplomową.

– Kiedy syn Szefa zaczął pisać pracę dyplomową? – dociekała Martyna.

– No…  to  było  jakoś  po  tym,  gdy  Szef  się  wkurzył,  że  jego  córki  takie  wykształcone  są,  a najmłodszy syn nadaje się tylko na prezentera pogody – odparł szczerze Lucek.

– Konkretnie! Jak  to się ma czasowo do wizyty Adama  i Ewy w Raj 3.14? – drążyła  temat nasza

esesmanka.

– No nie pamiętam dokładnie! – sapnął jej gość, pociągając nerwowo z puszeczki.

– Konkrety mnie interesują! – ryknęła Martyna.

– No więc,  jakby  się  tak  zastanowić,  to  było  jakoś w  pierwszym miesiącu,  gdy  Szef  powierzył Młodemu  statek  i  Ziemię.  Parę  dni  później  zgarnęli  Szefa  do  szpitala  i wszystko wymknęło  się  spod kontroli.

– Kim jest Magdusia? – warknęła Martyna.

– No  nie wiesz?  –  zarechotał  Lucek.  – Magdusia  to  najstarsza  i  totalnie  porąbana  córka  Szefa. Wymyśliła  sobie,  że  skoro Szef  jest w  szpitalu,  to ona  przejmie F.I.U.TE.K.  i usadzi  resztę  rodziny w domowym areszcie na Kunta-Kinte.

– Kunta-Kinte? – wtrąciła nieprofesjonalnie zaskoczona Martyna.

– No, znaczy główna planeta Układu. Z tego, co wiem, to nikt oprócz rodziny i obsługi nie ma tam

wstępu – wyjaśnił uprzejmie brązowooki.

– Dlaczego tak ważne było wywalenie beczek z winem i dlaczego się ujawniłeś? Skąd znałeś moje

imię? – walnęła z grubej rury Martyna.

– No,  wywalenie  beczek  było  drugim  i  ostatnim  etapem  zamazania  brzemiennej  w  skutki działalności Młodego.  Pokazałem  się  tylko  dlatego,  że  zawaliłem  tam  sprawę  wiele  setek  lat  temu  i musiałem naprawić sytuację. Znałem twoje imię ze szkoły –odpowiadał karnie i po kolei Lucjan.

– Dlaczego  to  był  drugi  etap  i  dlaczego  trzeba  było  zamazać  działalność  Ziomusia?  –  zapytała Martyna, tłumiąc palącą potrzebę przejścia do ostatniego pytania.

– Czas nam ucieka! – rzucił Lucek i zapatrzył się w gasnącą końcówkę reklamy proszku do prania.

– Możemy  się  przecież  cofnąć  nieco  i  kontynuować  rozmowę  –  odparła  niefrasobliwie  nasza ekspertka od spraw paradoksów czasowych.

– Nie możemy, chyba że chcesz zobaczyć samą siebie wyciągającą dla nas browar z lodówki i paść na zawał – zasugerował pogodnie jej rozmówca.

– No  dobra,  skoro  się  nie  da,  to  odpowiadaj  na  pytania!  –  warknęła  zawiedziona  Ziemianka.– Dlaczego to był drugi etap? I dlaczego trzeba było ukręcić Ziomusia? – dodała ponaglającym tonem.

– No więc Młody od dawna kręcił się na Ziemi i kombinował, jak się tu dowartościować. Raz mu przeszkodziłaś  i mieliśmy  nadzieję,  że  odmieniłaś  tym  bieg  historii.  Sam  ustawiałem  komputery  na  tę misję! – powiedział chełpliwie Lucek.

– Dobra, powiedzmy, że misja się powiodła, a co z drugą?– powiedziała szybko Martyna.

– Młody  sobie  wykombinował,  że  długo  go  na  Ziemi  popamiętają,  więc  wymyślił  ten  numer z winem. – Lucek wzruszył ramionami. – Za pierwszym razem nie udało mi się go upilnować i cała Ziemia pogrążyła się w dziwacznej manii.

– Jak to za pierwszym razem? –zbaraniała Martyna.

– No…  ja  sam  tego dokładnie nie wiem. Z  filmów pamiętam, że nie można  się pokazać  samemu sobie,  ale  akurat  z  tym  nie  było  żadnego  problemu,  bo  za  pierwszym  razem wpadłem  pod  stół,  zanim wesele  na  dobre  się  zaczęło.  Nawet  nie  wiedziałem,  że  Magdusia  się  tam  pojawiła.  Wróciłem  i schowałem  się  za  krzakami.  Trochę  się  zdziwiłem,  jak  zobaczyłem,  że  siedzisz  za  sławojką,  ale  te podróże  w  czasie  już  dawno  mnie  przerosły,  więc  olałem  sprawę.  Pilnowałem  tylko,  żebym  się  nie podniósł spod stołu.

– Który z ciebie stał za krzesłem w sali weselnej? – zapytała skołowana Martyna.

– Ja!  – wrzasnął  entuzjastycznie Lucek.  – To  znaczy  ten  ja,  którego  tu widzisz. Tamtego Lucka kopałem dyskretnie sandałem po głowie, gdy chciał się podnieść – dodał z dumą.

– Kurde! – westchnęła z podziwem Martyna i rzuciła, przytomniejąc. – No dobra, to już wiem, jak zawaliłeś sprawę, ale jesteś mi jeszcze winien odpowiedź na pytanie, skąd znasz moje imię.

– No co ty? – zaćwierkał samiec. – Nie poznajesz mnie?

– No  poznaję!  –  przyznała  rzeczowo  nasza  bohaterka.  – Choć muszę  przyznać,  że w  cywilnych ciuchach wyglądasz lepiej niż w tej złotej szacie.

– Martyna! – zawołał zaszokowany facet. – Ty nie wiesz kim ja jestem?

– No  Lucjanem,  a  kim  innym?  –  odparowała  zniecierpliwiona Martyna,  zerkając  dyskretnie na ekran, na którym właśnie zaczynało się audiotele.

– Martyna!  –  powtórzył  facet.  – Myślisz,  że  ja  bym  tak  sobie wpadał  na  twój balkon  i w  ogóle, jakbym Cię wcześniej nie znał?

– No myślałam, że syn Szefa kazał i w ogóle…– wymamrotała nieskładnie.

– Pogięło cię? On nie ma pojęcia o twoim istnieniu… I bardzo dobrze!

– No więc skąd się znamy? – naparła niecierpliwie Martyna.

Lucek  wyciągnął  z  kieszeni  małe  etui,  z  którego  przesadnie  powolnym  gestem  wydłubał  parę okularów i nasadził ją sobie na nos. Przyczesał na bok niesforne włosy i wpił ufne spojrzenie w Martynę.

Nasza bohaterka zesztywniała w niedowierzaniu i przetarła znużonym gestem wilgotne czoło.

– Daruś? – wyjąkała z wahaniem.

– To ja! – szepnął cicho uzbrojony w dziecięce okularki Lucjan.

Nad salonem wirowała zagadkowa cisza, w którą z upiornym bzyczeniem wciął się rozchichotany

głos rudej Magdusi. Właśnie zaczynało się audiotele.

– Lucek? – zagaiła Martyna.

– No? – mruknął Daruś.

– A  powiedz  mi  jeszcze  o  co  chodziło  z  tymi  dziełami  sztuki?  –  szepnęła  niewinnie  nasza bohaterka.

– A  to  taka  zasłona  dymna  – machnął  ręką  Lucek.  – Magdusia  chciała wyciągnąć maksymalne profity z upadku D.U.P.A. i nagłośniła w mediach aferę z kradzieżą.

– Komputery  powiedziały,  że misje mają  na  celu wzbogacenie  kolekcji  –  rzuciła  z  pretensją w głosie Martyna.

– No  i w  sumie miały  rację  –  zadumał  się Daruś.  –  Po wymazaniu  śladów  obecności Młodego okazało się, że planeta eksplodowała milionem niesamowitych dzieł sztuki. Magdusia postanowiła, że w obliczu zbliżającej się zagłady można na tym zrobić znakomity interes. No wiesz… najlepiej sprzedają się dzieła nieboszczyka.

– To znaczy, że meteoryty to jej robota? – poderwała się na równe nogi Martyna.

– No co ty? – roześmiał się Lucek.

– No to czyja?

– Nie wiem. Kosmosu? A może nie…

– A matka? – zapytała dociekliwie nasza bohaterka.

– Co matka? – zdziwił się Lucek.

– No, na weselu cały czas gadaliście o matce Ziomusia, która załatwiła wino na imprezę.

– A daj  se  spokój! To  tylko przykrywka zmontowana na potrzeby  Janka, czyli wścibskiego pana młodego. Magdusia opłaciła kobiecinę ze wsi i dała jej kasę na trunki. Dodatkowo kobieta zaświadczyła, że Młody jest jej synem, i szafa grała.

– Dlaczego akurat to wesele? – zapytała Martyna.

– A co za różnica? – wzruszył ramionami Lucjan. – Tak wyszło. A potem trzeba było tam wrócić, żeby skasować efekty knowań Magdusi.

– To wszystko jej robota! – wygłosiła odkrywczo Martyna.

– No pewnie, a czyja? – powiedział Daruś. – Rude jest wredne!

Na ekranie pojawiła  się uśmiechnięta  złowieszczo Magdusia. Martyna z nieukrywaną  satysfakcją dopatrzyła  się mikroskopijnych  zmarszczek,  które  oplatały  jej  fałszywą  gębę. Nieświadoma wnikliwej obserwacji,  ruda  klasnęła  w  dłonie  i  uciekła  do  mniejszego  okienka,  zdominowanego  satelitarnym przekazem obrazu Błękitnej Planety kręcącej się majestatycznie i nieświadomie na tle czarnej przestrzeni.

– Szanowni  państwo,  niech  was  nie  zwiedzie  pozorny  spokój  w  tym  zakątku  świata!–  zagaiła radośnie Magdusia. – Za chwilę rozpęta się tu piekło, ale zanim to nastąpi, chciałam państwa zachęcić do udziału w naszym kosmicznym audiotele. Przypominam, że pytanie brzmiało:

Proszę powiedzieć, jak nazywa się gwiazda Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

– Jest mi niezmiernie miło poinformować państwa, że do przewidywanej puli i pamiątkowych zdjęć dorzuciliśmy  jeszcze kilka niesamowicie cennych obrazów, pochodzących z planety, która dokładnie za dwanaście minut ulegnie zniszczeniu! – dodała Magdusia, uśmiechając się profesjonalnie.

– Lucek?

– No? – mruknął Daruś.

– A co ty robiłeś w mojej szkole? – zapytała kompletnie bez związku z audiotele Martyna.

– No a co mogłem tam robić? – odparł zdumiony Lucek. – Chowałem się przed mackami rodziny Szefa.  Moja  organizacja  zadołowała  mnie  w  najbardziej  przerąbanym  miejscu  we wszechświecie  z nadzieją, że tam mnie nie dorwą.

– Organizacja?

– No wiesz, zwalczamy reżim Szefa. Obecnie z podziemia – oznajmił z dumą Lucek.

– A jednak Magdusia cię tam dorwała – podsumowała Martyna.

– I tak, i nie! Wyczaiła mnie, to fakt, ale nie mogła się zdekonspirować, więc dociągnęliśmy jakoś do ósmej klasy. A gdy poznałem Ciebie… – zacukał się brązowooki.

– To co?

– No więc pozmieniały mi  się priorytety  i  zamiast działać dla podziemia,  zacząłem kombinować jak ocalić Ziemię – odpowiedział miękko Lucek.

– I co wykombinowałeś? – zapytała uprzejmie Martyna.

– Nic – przyznał ze skruchą Daruś.

Na  ekranie  wyginała  się  wdzięcznie  ruda  małpa  i  entuzjastycznie  wskazywała  na  czerwone punkciki zbliżające  się do granic układu, którego nazwa  stanowiła meritum audiotele. Martyna wstała  i bezgłośnie zapłakała. Przed oczami stanął jej samochód Boratyńskiego, pieszczotliwie głaskany woskiem w każdą sobotę. Łzy już ciurkiem płynęły po jej spalonych słońcem Jamajki policzkach, gdy wyobraziła sobie  udręczonego  życiem  Szalińskiego  i  jego  niebiblijnego  judasza  oraz  rozwrzeszczane  bliźniaki. Ocierając  wilgoć  z  twarzy,  przypomniała  sobie  panią  Alę  z  warzywniaka  i  urocze  ekspedientki  ze spożywczego,  które  zawsze  pokazywały  jej  puszeczki  z  najświeższą  datą. Z  rozpędu  poświęciła  nawet ciepłe myśli francuskiej siostrze zakonnej, która była jej sąsiadką z piętra. Jej serce ścisnęła taka żałość, że  roztkliwiła  się  nad  „barankiem”  i  członkami  rządu.  Przed  oczami  stanął  jej  prezydent,  tak władczo przemawiający podczas orędzia noworocznego. Nawet jego było Martynie obecnie żal.

Ostatnia myśl zelektryzowała naszą bohaterkę  i wpijając wzrok w ekran ustaliła, że do zderzenia zostało  jeszcze  osiem minut. Zerknęła  na Lucjana,  który  schował  twarz w  dłoniach  i  zaczynał właśnie przeżywać zawodową porażkę.

– Siedź tu i czekaj na mnie. Pomysł mam! – wrzasnęła Martyna i pokłusowała do kokpitu.

 

Martyna  otworzyła  z  trzaskiem  drzwi  do  dziupli  komputerów  i  nie  zważając  na  ich  pogrążone  w spoczynku monitory, wrzasnęła do Lewego:

– Szykuj lot!

Lewy ocknął się z błogiego letargu i zamrugał z zaskoczeniem diodami. Środkowy kompletnie olał wtargnięcie Martyny.

– Zanim polecę, to mi jeszcze powiedz, dlaczego zawsze, gdy gdzieś lecę, to o taki sam czas, jaki spędzę na Ziemi, posuwa  się czas  tutaj? W  filmach  inaczej było!  –  zapytała podenerwowanym  głosem nasza podróżniczka w czasie.

– No właściwie  to mogłabyś wracać  do  tego  samego momentu,  ale  Środkowy  ustalił,  że  łatwiej będzie, jeśli czas będzie biegł paralelnie – odparł znużony Lewy.

– Aha! Znaczy  inaczej nie umie! – podsumowała Martyna. – To  teraz zmień  to  szybko, bo mam interes na Ziemi i zamierzam wrócić zanim skończy się audiotele.

– Tak się nie da! – powiedział ze zgrozą Lewy. – Środkowy źle się czuje, więc nie zmieni ustawień. Ja mogę cię wysłać, gdzie chcesz, ale wrócisz dokładnie po takim czasie, jaki spędzisz na Ziemi.

– No  dobra!  –  westchnęła  Martyna  zerkając  z  ukosa  na  uśpionego  Środkowego.  Czuła,  że  to element spisku mający na celu nieodwracalne przesunięcie czasu na Raj 3.14, ale uznała, że nie pora teraz dociekać,  kto  tu  sieje  dywersję.  – Wysyłaj mnie  natychmiast: miejsce Warszawa, gabinet prezydenta.

– Służę uprzejmie! – odpowiedział słodko Lewy i zaszumiał z wysiłkiem.

Martyna  ugięła  nogi  i  zaciskając  mocno  pięści,  czekała  na  transfer.  Po  chwili  ze  znajomym mrowieniem  pośladków  poderwała  się  w  niebyt,  by  dosłownie  po  kilku  sekundach  opaść  na  miękki czerwony dywan.

– Aaaaaaa!– wrzasnął jakiś spanikowany głos.

– Aaaaaaa!  –  nie  pozostała  dłużna  Martyna.  Po  chwili  jednak  zamknęła  jadaczkę  i  parsknęła niepohamowanym śmiechem. Najbardziej szacowna persona kraju siedziała na fotelu i wybałuszała oczy, jak nie przymierzając namiestnik SigmaPi po wetknięciu rurki.

– Dobra! Wyluzuj! – powiedziała pojednawczo Martyna. – Nic ci nie zrobię. Przyleciałam tylko na dwie minutki, żeby powiedzieć coś bardzo ważnego.

– Jak  się  tu  dostałaś?  –  zapytał  obrażonym  głosem  namiestnik  macierzystego  kraju  naszej bohaterki. – O matko, a co za różnica? Słuchaj lepiej, co mam do powiedzenia, a nie głupotami sobie będziesz dupę zawracać.

– Ej  no!  Grzeczniej!  Grzeczniej  no!  Do  prezydenta  mówisz!  –oburzył  się  prezydent  i  opuścił podkurczone nogi, wygładzając z godnością kanty nogawek.

– No dobra! To przepraszam cię prezydencie i w ogóle – zaszemrała ugodowo Martyna.

– No! – sapnął z satysfakcją namiestnik skrawka Ziemi.

– Słuchaj, nie ma czasu na pierdoły, bo za sześć i pół minuty burza meteorytów zmiecie Ziemię z mapy układu D.U.P.A. – zaczęła dyplomatycznie Martyna.

– Dupa? Dupa?! – wrzasnął rozsierdzony prezydent.– Jak śmiesz? Tu i pod tym obrazem? – dodał zgorszony i wykonał wymowny gest w stronę wizerunku okutanej w niebieskie szaty handlarki wina.

– Dość! – ryknęła Martyna i dodała: – Bo zadzwonię do mamy!

Prezydent  skulił  się  w  wyćwiczonym  od  dnia  ślubu  odruchu  i  zareagował  bezbłędnie,  jak zaprogramowany na kryzysową sytuację samiec.

– No  już dobrze, dobrze!  Ja wszystko  rozumiem  i  też cię kocham! – wyznał  skruszony, po czym potrząsnął głową, starając się odwrócić zwodniczy tok myśli. Zapowietrzył się na momencik i wrzasnął. – A co pani tu robi? Ja wołam ochronę, i to natychmiast!

– Zamknij  się w  końcu  i  posłuchaj!  –  syknęła wnerwiona Martyna.  –  Za  niespełna  sześć minut mojego czasu Ziemia pieprznie i rozsypie się w pył. Według twojego czasu to będzie za pięć lat. Nadciąga stado meteorytów. Zamiast zajmować  się głupotami, zwołaj kolesiów prezydentów  i coś z  tym zróbcie. No  nie  wiem…  Jakieś  rakiety  trzeba  przygotować  czy  co?  Jeśli  nic  nie  zrobisz,  to  walnie,  pizdnie  i Belwederek zmiecie, kumasz dziadziu? – wrzasnęła nasza dyplomatka.

Prezydent  wpatrywał  się  w  Martynę  osłupiałym  wzrokiem.  Najwyraźniej  nie  był  zdolny  do wykonania sensownego ruchu, że o spójnej myśli nawet nie wspominając.

– Pamiętaj! Jak nic z  tym nie zrobisz,  to wszystko walnie,  rozumiesz?  – powiedziała cicho nasza zbawicielka świata. – Dostałeś przekaz z Raju i tego się trzymaj. I jeszcze jedno! – powiedziała mściwie nasza  świeżo  mianowana  ekspertka  historyczna.  –  Zdejmij  no  tę  handlarkę  win  ze  ściany,  bo  się F.I.U.T.E.K. z nas śmieje! Zabierzcie mnie natychmiast! – krzyknęła kierując wzrok w sufit gabinetu.

– Tak!  Zabierzcie  ją  z  stąd!  –  krzyknął  z  ulgą  prezydent,  tyle  że  spoglądał  z  nadzieją w  drzwi wejściowe,  kompletnie  nie  przyjmując  do wiadomości  zagadkowego  syknięcia,  które wtajemniczonym obwieszczało początek procesu teleportacji.

– Pamiętaj!  –  krzyknęła  jeszcze  na  odchodnym  Martyna  –  Masz  pięć  lat,  a  potem  wszystko pieprznie!

Prezydent patrzył oniemiały i próbował odnaleźć zarys sylwetki histeryzującej baby w kłębie dymu pełgającym po czerwonym i wyjątkowo miękkim dywanie.

– Mara  jakaś? – powiedział cicho. – Albo opozycja kombinuje! – dodał z satysfakcją  i zwracając ufne spojrzenie na handlarkę win, postanowił napisać raport.

Martyna  w  tym  czasie  wylądowała  w  kokpicie  i  naprędce masując  zdrętwiałe  pośladki,  rzuciła okiem na zegar. Uświadomiła sobie, że audiotele powinno się już kończyć i że najdalej za cztery minuty nastąpi triumfalny kontratak z Ziemi. Nie zaszczycając komputerów nawet przelotnym spojrzeniem, nasza ratowniczka  świata  pobiegła  przez  sypialnię  do  szczytu  kręconych  schodów  i  w  oczywisty  sposób ignorując potrzeby fizjologiczne, rzuciła się w lewo, po zaledwie kilku sekundach dopadając do kanapy, telewizora i załamanego Darusia.

– Lucek? – zapytała łagodnie. – Co się działo, jak mnie nie było?

– Nic!– odparł naburmuszony Daruś. – Reklamy leciały, a teraz wylazła ta ruda małpa i mówi, że zaraz zaczną się prawdziwe emocje.

– Nie  bój  nic!  –powiedziała  z  mocą  Martyna.  –  Będzie  dobrze!  Zobaczysz!  –  I  pokłusowała biegiem do lodówki po dwa piwka.

Mościła się właśnie wygodnie na kanapie obok Lucka i zaczynała koncentrować na słowach podłej Magdusi, gdy jej kumpel, wiercąc się nerwowo, rzucił oskarżycielskim tonem:

– Gdzie byłaś?

– Cicho! Na miasto musiałam skoczyć. Sprawę miałam do załatwienia.

– Ta! Sprawę! – obraził się Lucjan. – Nie jesteś ze mną szczera, wiesz?

– No co ty? – zadrwiła nasza niedoszła psycholożka, solennie sobie obiecując, że nigdy nie wyjdzie za mąż.

Magdusia  na  ekranie  zaczęła  podskakiwać  i  klaskać  w  dłonie.  Jej  twarz  okrywał  niezdrowy rumieniec  podniecenia.  Pokazywała  paluchem  ekran,  na  którym  czerwone  punkciki  właśnie dopadały stadem  majestatycznie  spokojną  Błękitną  Planetę. Martyna  wzruszyła  tylko  ramionami  i  pociągnęła  z puszeczki.

– Martyna! – wrzasnął Lucek. – Ja nie mogę na to patrzeć!

– Będzie dobrze! – powiedziała pokrzepiająco Martyna i poklepała go zdawkowo po plecach.

Magdusia wyszczerzyła się do kamery i nadal wskazywała ręką na przedmiot swojego audiotele.

– Na  kilka  sekund  przed  zderzeniem  koniecznie muszę  powiedzieć  państwu,  że wyłoniliśmy  już zwycięzcę. Wyniki podamy oczywiście po eksplozji i po krótkiej przerwie na reklamy.

– Wal się na ryj! – wrzasnęła Martyna i odnajdując rękę Lucjana, wpiła wzrok w ekran.

Czerwone  punkciki  opadły  Ziemię  i  nie  czekając  na  zaproszenie, wpiły  się w  jej  powierzchnię. Błękitna  Planeta  protestowała  przez  chwilę,  by  wreszcie  zakołysać  się  w  posadach  i  eksplodować  z przeraźliwie jasnym blaskiem.

– Nie  muszą  się  państwo  obawiać  żadnych  niedogodności  związanych  z  toksynami  i  pyłami  – powiedziała  uradowana Magdusia.  –  Ta  planeta  jest  bardzo  odległa  od  cywilizacji.  I  teraz  już  mogę powiedzieć, że jej nazwa, a zarazem klucz do wygrania stu  tysięcy dinarów, brzmi: Ziemia!!!! Zaraz po przerwie dowiedzą  się państwo, kto  jest  szczęśliwcem, który dzisiaj otrzyma  główną nagrodę. Nie odchodźcie od odbiorników!

Rozpromienioną  twarz  Magdusi  zastąpiła  plansza  rozpoczynającą  reklamy.  Lucjan  opuścił bezradnie rękę, w której trzymał pilota i pozwalając wybuchnąć głupawym ofertom handlowym, skurczył się w sobie i zamknął oczy.

Ryba z pieca

Ryba z pieca

image_pdfimage_print

final1

Idę o zakład, że są wśród Was tacy, którym się wydaje, że z rybą jest cała masa roboty, a to nieprawda. Wystarczy kupić świeżą półtuszkę lub filet ulubionej ryby, szast-prast i gotowe :)

produkty1

Składniki:

– dowolna liczba porcji z halibuta, dorsza, łososia lub innej ulubionej ryby

–  kilka cieniutkich plasterków cytryny

– jedna spora szalotka lub 2-3 mniejsze

– kilka suszonych pomidorów z oleju (opcjonalnie)

– przyprawy sypkie: sól, pieprz, papryka, ewentualnie roztarta bazylia

kolaz1

 

Rybę płuczemy i starannie osuszamy papierowym ręcznikiem. Następnie układamy kawałki ryby w głębokiej blaszce. Najlepiej na folii aluminiowej. Posypujemy mieszanką przypraw, poszatkowaną w piórka szalotką, posiekanymi pomidorami i dekorujemy plasterkami cytryny. Całość wstawiamy na ok. 15-20 minut do piekarnika nagrzanego do 190 stopni. Na pierwsze 10 minut pieczenia nakrywam całość folią, żeby ryba nie wyschła. Później odkrywam i czekam do momentu aż przyrumieni się z wierzchu.  Jeśli ktoś woli wersję bardziej duszoną, każdy kawałek należy osobno zawinąć w folię.

Gotowe. Podawać z dowolną zieleniną, surówką,  ziemniakami, ryżem i z czym kto lubi.  Smacznego!

lead1

Pierogi z pieczenią i chili

Pierogi z pieczenią i chili

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierogi lubi chyba każdy a zdania bywają podzielone dopiero wtedy, gdy dyskusja schodzi na farsze :) Jedni wolą z owocami na słodko albo z serem, inni te z kaszą gryczaną, ruskie albo z kapustą z grzybami. Łączy nas jedno. Większość z nas kocha pierogi z mięsem (nie dotyczy wegetarian ;))

Ja oczywiście lubię je także, ale zawsze mi czegoś w nich brakowało. Długo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że chodzi o nieco „rozmyty” smak mięsa. Zawsze przecież za podstawę farszu robi mięso pozostałe po zrobieniu rosołu, prawda? A może by tak spróbować zrobić to nieco inaczej? Tak, by zatrzymać smak w całości?

Tak narodziły się pierogi z chili i pieczenią wołową. Myślę, że może to być pieczeń absolutnie z każdego mięsa, więc jest pole do eksperymentów.

Każdy kto robił pierogi wie, że jest z tym od groma roboty, ale na jakąś specjalną okazję warto się pomęczyć, bo efekt jest rewelacyjny. Ja lepszych pierogów nigdy w życiu nie jadłam :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na pieczeń:

– 1 kg łaty wołowej

– 0,7 kg rostbefu z kością

– 2 duże cebule

– kilka większych ząbków czosnku

– marchewki

– papryczka chili

– przyprawy, czyli na tym etapie: sól, pieprz, rozmaryn i mielona kozieradka, którą bez kłopotu kupicie w sklepie Swojski wyrób. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mięso myjemy i osuszamy ręcznikiem papierowym a następnie lekko obsmażamy z każdej strony na patelni, żeby pozamykać pory. To istotny element przygotowania, jeśli chcemy by pieczeń nie była sucha. Do naczynia żaroodpornego wkładamy mięso, obrane cebule, obrane i pokrojone w plasterki marchewki, ząbki czosnku i pokrojoną papryczkę chili. Ilość tej ostatniej musicie ustalić indywidualnie. Każdy ma przecież inną tolerancję na ostre potrawy. Całość posypujemy solą (około pół łyżeczki), pieprzem i rozmarynem. Nakrywamy, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy przez godzinę. Po tym czasie naczynie żaroodporne z pieczenią wyjmujemy, studzimy i chowamy do lodówki (najlepiej na noc).

Następnego dnia oddzielamy mięso od kości i przepuszczamy (dwukrotnie!) przez maszynkę do mielenia. Wrzucamy jak leci z cebulą i wszystkimi dodatkami, nie zapominając o galaretce, która z całą pewnością wytworzyła się na dnie. W niej jest cały smak a dodatkowo sprawi, że farsz nie będzie suchy, tylko przyjemnie wilgotny.

Przemielone składniki ponownie doprawiamy według uznania. U mnie były to sól, pieprz, kozieradka, czosnek granulowany, suszona cebula i łyżeczka sosu worcester.

No dobrze. Farsz gotowy, więc czas się wziąć za ciasto :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na ciasto:

– 1 kg mąki pszennej

– 1 jajko

– szczypta soli

– 500 ml ciepłej wody

Wszystkie składniki mieszamy w dużej misce a potem przekładamy na oprószony mąką blat i zagniatamy. Warto się postarać i gnieść około 10 minut bo w tym czasie ciepło rąk sprawia, że z mąki uwalnia się gluten a ciasto robi się sprężyste i będzie znacznie łatwiej (i szybciej) kleić z niego pierogi.

Ciasto partiami wałkować na cienkie placki, wykrawać kółka, nakładać po łyżeczce farszu i lepić. Z podanych ilości wyjdzie około 70-80 pierogów. Niewykluczone, że więcej :) Można je śmiało mrozić na surowo (nie mogą się stykać w czasie mrożenia) albo po ugotowaniu. I macie kilka obiadów z głowy :)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA