Domowe jagodzianki

Domowe jagodzianki

image_pdfimage_print

Drożdżowe, domowe bułeczki to ulubiony smak dzieciństwa chyba większości z nas. A przynajmniej tych, którzy mieli luksus spędzania wakacji u rodziny na wsi. Każda z babć i ciotek miała swój własny przepis na jagodzianki, którym niechętnie dzieliła się z innymi gospodyniami 😉

Przypadkiem weszłam w posiadanie takiego starego, rodzinnego przepisu, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go jednak lekko nie zmodyfikowała 😉

Jagodzianki robi się dość prosto, jedyne co nam potrzebne, to nieco cierpliwości podczas wyrastania drożdżowego ciasta. Zapach w domu oraz radość domowników z pewnością tę niedogodność zrekompensują.

produkty

Lista produktów:

– 500 g mąki pszennej

– 250 ml mleka

– 1 opakowanie suszonych drożdży

– 1 jajko

– 80 g masła

– 50 g cukru pudru

– 2 szklanki jagód (mniej więcej)

kolaz1

Do miseczki wlewamy lekko ciepłe mleko, wsypujemy drożdże, dodajemy łyżkę cukru i trzy czubate łyżki mąki. Mieszamy na jednolitą masę i odstawiamy na kilka minut. Drożdże muszą zacząć pracować.

W tym czasie wsypujemy resztę mąki do sporej miski, dodajemy jajko i miękkie masło, cukier puder. Wlewamy zaczyn i wyrabiamy ze wszystkich składników ciasto.

Ciasto zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięta. Powinno podwoić objętość, co z reguły zajmuje mu około 30 minut.

Po tym czasie ponownie zagniatamy ciasto i dzielimy na porcje. Jeśli chcemy mieć mniejsze bułeczki, to na 16, jeśli większe to na 12.

W tym momencie włączamy piekarnik i czekamy aż nagrzeje się do 180 stopni. Jagody mieszamy z łyżką cukru pudru.

Z kawałków ciasta robimy placuszki na które nakładamy łyżkę jagód, po czym formujemy bułeczki. Trzeba dość porządnie zamykać jagody w środku by jagodzianki nie pootwierały się w piekarniku pod wpływem wysokiej temperatury.

Układamy bułeczki na blasze, smarujemy je z wierzchu mlekiem i pieczemy około 20 minut (jeśli podzieliliśmy ciasto na 12 porcji, to czas pieczenia wydłuży się o 5 minut).

Dekorujemy lukrem albo cukrem pudrem.

Smacznego :)

final

Miodowe skrzydełka

Miodowe skrzydełka

image_pdfimage_print

Skrzydełka kurczacze to rzecz powszechna i tania, ale jakoś do tej pory nigdy nie wzbudzały mojego kulinarnego entuzjazmu i nie kupowałam ich wcale. Ale w końcu przyszła kryska na Matyska i w dzień powrotu z wakacji, tuż przed odjazdem, obdarowano mnie 10 kilogramami skrzydełek, więc po przyjeździe do domu, w panice zaczęłam szukać wolnego miejsca w zamrażarce i pewna, że wszystkiego nie pomieszczę, rzuciłam się do gotowania. Jak zwykle postawiłam na pełną improwizację i przypadkiem wyszło mi coś tak kapitalnie pysznego, że postanowiłam się z Wami podzielić patentem na moje skrzydełka. Ameryki pewnie nie odkryłam, ale to właśnie stamtąd pochodzi patent na pomieszanie miodu z keczupem :)

kolaz-produkty

Składniki:

1 kg skrzydełek

1 łyżeczka pieprzu

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka ostrej papryki (może być wędzona)

1/2 łyżeczki sproszkowanego czosnku

1 kopiata łyżka rozgniecionej na drobniutko prażonej cebulki (opcjonalnie)

½ szklanki miodu

½ szklanki gęstego keczupu

1 łyżeczka sosu sojowego (opcjonalnie)

Do dzieła!

kolaz-1

Piekarnik odpalić na 200 stopni. Surowe skrzydełka podzielić na kawałki. Końcówki odłożyć do garnuszka, zalać niewielką ilością wody, dodać trochę suszonej włoszczyzny i ustawić na wolny ogień, żeby sobie pyrkało. Tymczasem podzielone skrzydełka obtoczyć w mieszance wszystkich suchych przypraw i odczekać aż piekarnik się nagrzeje. Rzecz jasna tę czynność można wykonać wcześniej, by mięso dłużej poleżało w przyprawach, ale jako że zaliczam tę potrawę do gatunku szybkich, tym razem nie zamierzam się jakoś specjalnie roztkliwiać nad piątą nutą smaku, bo i tak wyjdą świetnie :)

Następnie nasze skrzydełka układamy bezpośrednio w brytfannie i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 25 minut. Mniej więcej po 20 minutach należy je obrócić na drugą stronę. W tym czasie szykujemy naszą efekciarską glazurę, czyli w sporej misce mieszamy keczup z miodem i ewentualnie z sosem sojowym. Prościzna.

Przekładamy podpieczone skrzydełka do glazury i dokładnie mieszamy, by równomiernie je pokryła.   Ponownie umieszczamy skrzydełka w piekarniku, ale tym razem już układamy je na folii aluminiowej, ewentualnie na papierze do pieczenia. Teraz wystarczy już tylko poczekać około kwadransa, a później cieszyć się czymś, czego będą mogły nam pozazdrościć wszystkie amerykańskie fast food’y :)

Na części kawałków zrobiłam mały eksperyment i kilka sztuk na koniec potraktowałam górnym grillem. No i prawie je spaliłam, zatem grilla odradzam, chyba że pod specjalnym nadzorem :)

Przyrządzone w ten sposób skrzydełka można podawać na półmisku, jako przekąskę z sosami i dipami, ale też równie dobrze sprawdzą się jako normalne, tradycyjne danie z ziemniaczkami i surówką. Panuje pełna dowolność, bo to pycha w każdej postaci. Świetnie smakują też na zimno, więc jak coś zostanie, to też dobrze.

Ale zaraz, zaraz! Chwilunia! Przecież to jeszcze nie koniec! W międzyczasie z końcówek naszych skrzydełek i suchej warzywnej mieszanki odparował nam się ekstra wywar na zupę! Taka domowa gratisowa bulionetka.

Nie lubię jak coś się marnuje, więc przełożyłam mój bonus do szczelnego pojemniczka i wsadziłam do lodówki. Schłodzony zamienił się w galaretkę i spokojnie wytrzyma kilka dni, do czasu gotowania następnej zupy. Smacznego!

final

Horror blok

Horror blok

image_pdfimage_print

Kiedyś myślałam, że moje życie jest normalne, przebiega bez specjalnych zwrotów akcji i generalnie jest nudno, ale stabilnie. Otóż nie jest. Od czasu, gdy zamieszkałam w pewnym blokowisku.

Mawiają, że sąsiadów się nie wybiera i to jest rzecz jasna racja, ale nie przestrzegają, że czasami trafiają się bloki z horroru. Nie mówię o moim. Mojemu nic nie dolega (na szczęście), ale tuż po sąsiedzku stoi dziesięciopiętrowy potwór, relikt minionej epoki, dla niepoznaki ocieplony i pomalowany. Mruga do mnie figlarnie brzoskwiniową w kolorze fasadą i popołudniowymi refleksami słońca odbitego w szybach o zróżnicowanym stopniu domycia.

Na pozór sielanka. Zacne osiedle z japońskimi stawikami, rybami i innymi gustownymi pierdołami, ale teren zamkniętego osiedla się przecież zawsze gdzieś kończy, prawda? A jego zewnętrzne flanki wyznacza, między innymi, mój balkon. Oraz okno kuchenne. Choćby z tego powodu, sąsiedni wieżowiec ciężko zignorować.

Najpierw doprowadzał mnie do szału samym faktem istnienia. Był i przesłaniał widok (by nie wspomnieć o słońcu przydatnym balkonowym roślinom). Napierał, taki wielki i obleśny na moje okno kuchenne. Niech wam za dowód upierdliwości wystarczy to, że przy projektowaniu kuchni pogoniłam projektanta, który nie zrozumiał, że przy oknie nie będzie stał zlewozmywak. Chłopina chciał dobrze, ale nie zrozumiał, że widok z okna jest nieakceptowalny w takim stopniu, że nie planuję umyć choćby jednej marchewki, w nowej kuchni, z widokiem na horror blok.

Latka lecą, zlew jest po drugiej stronie kuchni, choć w sumie mogę przyznać, że znaczenia to większego nie miało, bo zmywarka załatwia temat niezależnie od moich doznań estetycznych, ale niech Wam uświadomi mój dylemat jedno: zaprojektowałam CAŁĄ kuchnię tak, by nie oglądać sąsiedniego bloku :)

I teraz zapytacie, o co chodzi z tym blokiem?

Tuż po tym, gdy się po sąsiedzku wprowadziłam, dorwała mnie na klatce sąsiadka.

– Pani wie, co tam zeszłej wiosny było w tym bloku obok? – zapytała scenicznym szeptem.

– Nie wiem, a co?

– A tam młoda matka wyskoczyła z balkonu!

– Dlaczego?

Aż mi się wstyd zrobiło, że zadałam takie durne pytanie, ale sąsiadka najwyraźniej nie miała tego typu dylematów.

– To przez klątwę! – odparła i ze stęknięciem dźwignęła siatki.

Po chwili zniknęła na wyższym piętrze, a ja zapomniałam o całej sprawie. Na jakiś czas 😀

Internetu nie było, czasu na zgłębianie historii z sąsiedztwa również. Blok po prostu trwał i za każdym razem, gdy na niego spojrzałam zwyczajnie wnerwiał. Nic nadprzyrodzonego.

Trochę się zdziwiłam, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę, która dopadła do mnie i odstawiła siaty na ziemię.

– Słyszała pani? – szepnęła scenicznie, a jej głos poniósł się po klatce.

– Ale co?

– Zarąbał żonę siekierą!

– Jezu, kto?

– Tam obok, w tamtym bloku… Podobno krew na klatce schodowej jest…

– Co pani mówi?

– No to niech pani wyjdzie na balkon i zobaczy!

Sąsiadka złapała siaty i zniknęła na wyższym podeście schodów.

Weszłam do mieszkania, rzuciłam siatki na kuchenny blat i wyszłam na balkon. Pod sąsiednim blokiem stała karetka i radiowóz. Następnego dnia polazłam tamtędy do warzywniaka i zapuściłam żurawia do klatki. Niczego podejrzanego tam nie znalazłam, ale i tak ciarki przebiegły mi po plecach.

Horror blok trwał tuż obok, zabierając słońce i generując kolejne przerażające zdarzenia. Szerokim echem odbiła się w sąsiedztwie sprawa piwnic. Podobno ich nie było. Tylko dlaczego podobno powiesił się w nich listonosz i pewien chłopak? I dlaczego spec od instalacji gazowych rzucił mimochodem, że w tamtym bloku coś blokuje wejście do piwnic (których rzekomo nie ma)? I że podobno są tam gigantyczne karaluchy, które do nas (na szczęście) nie przejdą, bo nie dzielimy żadnych rur.

Nie wiem. Starałam się ignorować opowieści sąsiadów.

Potem nadeszła zima, zamarzł przed blokiem jeden z mieszkańców, policja się zjechała…

W swej ogromnej naiwności myślałam, że to tylko takie zbiegi okoliczności.

Do czasu, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę z siatami na schodach. Po raz pierwszy przyjrzałam się jej bardziej wnikliwie. Ubrana jak zwykle na zielono, dość wysoka, brunetka przed czterdziestką.

– Słyszała pani? – zapytała a ja od razu wiedziałam, że w horror bloku znów coś się wydarzyło.

– O czym miałam słyszeć?

– Teraz jakiś chłopak przez okno wyskoczył. Mówią – ściszyła głos – że ktoś mu pomógł.

– Czyli zamordował go ktoś?

– Niezupełnie. Podobno zobaczył ducha listonosza, tego co się powiesił i on mu kazał… Ale ja myślę – kontynuowała sąsiadka – że to raczej nawiedził go duch, tego co zamarzł…

Ta, jasne! I biedny chłopak pewnie o tym opowiedział sąsiadce. Spadał i przelatywał koło jej balkonu, jak wieszała pranie. I na chwilę zahamował. A potem tonem niezobowiązującej pogawędki wyjaśnił jej, że właśnie leci na dół, ponieważ wyskoczył z okna, bo nakazał mu to duch listonosza.

Nie zdradziłam sąsiadce swoich przemyśleń, ale za to odpaliłam w domu komputer, w końcu podłączony do internetu. Dosłownie po kilku minutach znalazłam artykuł i nawet reportaż o horror bloku. Podobno był nawiedzony przez ducha byłego właściciela działki, na której stoi. I to jest rodzaj zemsty na komunistach, którzy ziemię zabrali i blok postawili. W bloku, ciągle ktoś popełnia samobójstwo, ponoć część mieszkańców widywała duchy (temu to się nie dziwię, bo horror blok ma najwyższą w okolicy średnią zużycia alkoholu, w przeliczeniu na mieszkańca 😉 ) i zdarzają się w nim ponure historie, także morderstwa.

Blok podobno odwiedzali radiesteci i twierdzili, że jest tam zła energia i jakieś żyły wodne, które mogą ludziom z mózgów sieczkę robić. Coś tam owi specjaliści poczarowali i faktycznie długo nic się nie działo. I pewnie zapomniałabym o sprawie, gdyby nie pewna, wyjątkowo kochliwa, mieszkanka horror bloku.

Najwyraźniej ma sprawnego chłopa, bo jej miłosne jęki niosą się nocą po całym osiedlu. Raz aż wyszłam na balkon, bo myślałam, że kogoś znowu mordują :)

Na balkonie horror bloku stał jakiś dresiarz i palił papierosa. W pewnym momencie baba zawyła, jakby faktycznie ktoś ją siekierą ugodził.

– Namordnik jej kup! – wrzasnął dresiarz, pstrykając niedopałkiem i cofnął się do swojego mieszkania.

Następnego dnia spotkałam sąsiadkę. Nie brunetkę w zielonym. Inną. Oczy miała czerwone, wyraźnie niewyspana.

– Pani też nie spała, przez tę „śpiewaczkę” z sąsiedniego bloku? – zapytała zrezygnowanym głosem.

– Owszem – odparłam. – Ale lepsze to, niż kolejna wiadomość o kobiecie zatłuczonej siekierą…

– Jaką siekierą?

– No nie wie pani? Tam różne rzeczy się dzieją… – odparłam i poczułam się jak osiedlowa sensatka.

– Skąd pani to wie? – zapytała, wyraźnie zaciekawiona.

– A od naszej sąsiadki. Nie wiem pod którym numerem mieszka i prawdę mówiąc dawno jej nie widziałam. Być może już się wyprowadziła… Taka brunetka. Zawsze się na zielono ubierała.

– Wie pani co? – zamyśliła się sąsiadka. – Mieszkam tu od czasu, gdy wybudowano nasze osiedle i nie kojarzę, by mieszkała tu jakaś ubierająca się na zielono brunetka…

Na ulicy Szemranej

Na ulicy Szemranej

image_pdfimage_print

Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę na chodniku. Wcześniej przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?

Ale do rzeczy. Moja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną do drugiego piętra.

13336394_1147380578658584_190553468_n

Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem felieton miałby wtedy kilka metrów długości, zatem skupię się tylko na niektórych wydarzeniach.

Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tu rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stoimy w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to wiosną napatoczył się ford focus, który tak przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu. Była też kobieta, której maluch uciekł z górki, po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam samochód do garażu, bo byłoby po nim. :)

U sąsiadów też była akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu postanowił przeparkować samochód sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował dwa pozostałe auta sąsiada. Długo nie popracował, oj nie…

Ale najlepszy to był karambol.

W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą. No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki „O, k…! O, k…!”. Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna, nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji jeszcze nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol, na własnym podjeździe, nie zdarza się co dzień. Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy, ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza wpadła w histerię, a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej. Cóż było robić. Poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę jechać z dziećmi do szkoły.

W końcu udało mi się przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.

Spóźniona dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mężczyzna uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… A na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1. Relację z karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.

Nasz kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.

– Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!

– No, widzę. Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?

No fakt. Kolega też już nieco u nas widział. Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu uciekł, a oni obstawą w trzy auta pojechali za nim. :)

Pewnego razu był też świadkiem, jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia.  Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Kolega widział też jak w ciężarówce pękła miska olejowa. Gdzie? No jak to gdzie? Przy naszym podjeździe. Przyjechał wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować wielką kałużę oleju, choć i tak w międzyczasie wlazł w nią mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej z kota.

Innego dnia właśnie od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego na ulicy, w hondzie accord,  urwało się koło. Muszę wspomnieć też o tym, że jeden z mieszkańców ulicy przytarł temu koledze auto, bo źle się złożył na zakręcie, tak więc trudno się dziwić, że faceta wcale nie zdumiewał fakt, że mamy też i karambol.

No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać, i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, tak więc sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?!

Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej. :)

Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :(

kolaz1

Polędwiczki w sosie śliwkowym Ewy Bauer

Polędwiczki w sosie śliwkowym Ewy Bauer

image_pdfimage_print

Witajcie kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości serdeczne witamy Ewę Bauer, która opuściła na chwilę swój literacki świat i postanowiła ugotować dla Was coś pysznego. Rozgość się Ewo :)

Witajcie kochani czytelnicy świetnego bloga :)

Nim zaproszę Was na ucztę, chciałam opowiedzieć kilka słów o sobie, ale właściwie nie wiem, co powiedzieć. To takie trudne…

Jestem autorką trzech powieści obyczajowych („W nadziei na lepsze jutro”, „Kruchość jutra”, „Kurhanek Maryli”) i kilku opowiadań w różnych antologiach. Piszę to, co mi w duszy gra. Poruszam trochę trudnych tematów, problemów,
o których – wydaje mi się – wciąż mówi się za mało. Aktualnie mierzę się z kolejnym, dosyć trudnym zagadnieniem, dlatego trzymajcie kciuki, żebym nie poległa 😉
Ok. Więcej o mnie i moich książkach możecie poczytać na stronie autorskiej albo na fanpage’u, na który serdecznie zapraszam.

kolaz-2

A teraz zapraszam na polędwiczki w sosie śliwkowym. W końcu rozpoczął się sezon na te pyszne owoce.

prod1

Składniki na 4 porcje: 1

ok. 1/2 kg polędwiczki wieprzowej
ser Camembert
tymianek
odrobina masła i oliwy

Składniki na sos:
ok. 300 g śliwek
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka miodu
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/3 łyżeczki mielonego kardamonu
1/3 łyżeczki pieprzu cayenne
sól, pieprz

Polędwiczkę kroję na ok. 2 cm grubości kawałki. Końcówki zawsze odkrawam i robię z nich kotleciki dla najmłodszego syna, bo on jeszcze nie rozsmakował się w tej potrawie. Pokrojone porcje rozbijam tłuczkiem, tak jak kotlety schabowe. Solę i pieprzę. Następnie, na środku każdego kawałka mięsa, układam kawałek sera Camembert i posypuję tymiankiem. Zwijam w roladki i na wszelki wypadek „zapinam” wykałaczką, żeby nie rozpadły się podczas smażenia. Odkładam na chwilę do lodówki.

kolaz1
Teraz przyszła pora na przygotowanie sosu. Śliwki oczywiście przekrawam i pozbawiam pestek, a resztę składników mieszam ze sobą w miseczce.
Rozgrzewam patelnię i na odrobinie masła i oliwy podsmażam roladki z każdej strony. Nie martwcie się jeśli widać jeszcze, że w środku mięso jest surowe, będą się jeszcze dusić. Kiedy zacznie wyciekać ser to oznaka, że trzeba je natychmiast wyciągnąć.
Gdy roladki są już podsmażone, na tę samą patelnię wrzucam śliwki. A chwilę później dolewam sos. Gdy się zagotuje wkładam do niego roladki. Nie przejmujcie się jeśli zajmują prawie całą powierzchnię i nie widać sosu, zaraz śliwki puszczą sok i płynu będzie pod dostatkiem.
Teraz czas na duszenie. Przykrywam patelnię i zostawiam na kilka minut.
Jeśli sos jest zbyt wodnisty, można zaprawić go odrobiną mąki.
I gotowe. Najlepiej smakuje z wszelkiego rodzaju kaszami. Ja lubię np. z gryczaną albo pęczakiem. Tym razem zrobiłam z kaszą bulgur.

Smak jest wyraźny i dla niektórych może wydać się szokujący, z pewnością jednak znajdzie swoich wielbicieli. U nas w domu to danie pojawia się dość często.
Smacznego! A! Nie zapomnijcie wyciągnąć wykałaczek, bo kolor mają identyczny jak mięso w sosie.

final2

Kurczak Santa Fe

Kurczak Santa Fe

image_pdfimage_print

To danie ma same plusy. Łatwo się robi, super smakuje i na dodatek nie jest bombą kaloryczną. Udaje się zawsze i każdemu, pod warunkiem, że się je dobrze przyprawi.

Bo to właśnie przyprawy sprawiają, że przenosimy się kulinarnie do Nowego Meksyku. Tamtejsza kuchnia (podobnie jest w sąsiednim Teksasie) podlega silnym wpływom kuchni meksykańskiej i dlatego powszechnie nazywa się ją Tex-Mex.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista zakupów:

– 2 piersi kurczaka

– kartonik przecieru pomidorowego

– papryka

– puszka kukurydzy

– puszka czarnej lub czerwonej fasoli

– kilka papryczek jalapeño

– ser typu red cheddar

– ząbek czosnku

– garść kolendry

– kilka gałązek oregano

 

Mieszanka przypraw:

– 3 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

– 1 łyżeczka soli wędzonej (zwykła spokojnie da radę)

– 1 łyżeczka pieprzu cayenne

– 2 łyżeczki papryki wędzonej (zwykła trochę zmieni smak, więc warto zainwestować w wędzoną)

– 1 łyżeczka granulowanej cebuli

– 2 łyżeczki niesłodzonego kakao

– 1 łyżeczka suszonej kolendry

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Mamy już naszą mieszankę przypraw, więc bierzemy się do gotowania :)

Do miski wlać przecier pomidorowy. Ja tym razem dodałam do niego obrane ze skóry i posiekane pomidory. W końcu pełnia sezonu pomidorowego, więc żal nie skorzystać, ale spokojnie możecie ten etap pominąć.

Paprykę obieramy ze skóry zwykłą skrobaczką i kroimy w kostkę. Papryczki jalapeño drobno siekamy. Mają niepowtarzalny smak, więc nie warto ich zastępować innymi. Są też dość ostre, więc należy to wziąć pod uwagę. Ilość na zdjęciach pozwala otrzymać danie średnio pikantne.

Siekamy czosnek, oregano i kolendrę.

A teraz wszystko, z wyjątkiem kurczaka, mieszamy i wlewamy do brytfanki. Piersi kurczaka, uprzednio umyte i podzielone na połówki, układamy na wierzchu i oprószamy solą. Brytfankę szczelnie nakrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika, wcześniej nagrzanego do 180 stopni.

Pieczemy pod przykryciem 30 minut. Wyjmujemy brytfankę, ściągamy folię i posypujemy kurczaka startym cheddarem. Dlaczego akurat cheddarem? To jeden z najbardziej popularnych serów w kuchni meksykańskiej i doskonale pasuje do tego dania.

Ser nasypany? No to brytfanka z powrotem do piekarnika. Tym razem bez folii. Jakieś 10 minut, w 200 stopniach, powinno wystarczyć. Trzeba obserwować, czy ser się już ładnie zapiekł.

Można serwować z nachosami albo z ryżem. Jak kto woli :)

Smacznego :)

Kurki gęstowane w śmietanie

Kurki gęstowane w śmietanie

image_pdfimage_print

Co roku, z utęsknieniem, czekam na kurki. Te pyszne grzybki zimą potrafią śnić mi się po nocach, więc jak tylko rozpoczyna się sezon, to ja od razu biegusiem na stragan.

Nie ma się czego bać, bowiem mój przepis wbrew groźnej nazwie jest bardzo prosty, aczkolwiek, gdy natraficie na mokre, połamane i mocno zabrudzone kurki, lepiej sobie taki zakup odpuście. Zakładam, że nikt nie lubi smaku igliwia i piachu w zębach, ale gdy jednak ktoś się uprze, to takie grzyby niestety trzeba umyć. A nawet nie tyle umyć, co zrobić im porządną kąpiel, by wypłukać jak najwięcej zabrudzeń. I tak, do końca nigdy wszystkiego się nie wymyje, więc lepiej poszukać kurek suchych i czystych. Takie wykąpane grzybki przed dalszą obróbką, trzeba porządnie odsączyć, by później oddały jak najmniej płynu.

Receptura na 2 solidne porcje jako osobne danie, ewentualnie dla 4 osób jako dodatek do mięsa. Dla ułatwienia Wam życia, składniki oczywiście „na oko”. :)

produkty

Składniki:

– 65-70 dag kurek

–  300 – 400 g śmietany 18% (lub pół na pół z 12%)

– 1 spora cebula/ ewentualnie 1 garść gotowej cebuli smażonej

– ok. 1/5 kostki masła

– sól, pieprz, majeranek – do smaku (opcjonalnie nieduża gałązka rozmarynu)

A więc… wiem, wiem, że nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale jakoś mi tu pasuje :) … do dzieła!

 

kolaz2

Najpierw obowiązkowo czyścimy kurki z piasku, igliwia. Dziś trafiły mi się wyjątkowo suchutkie i czyste, ale i tak znalazłam kilka upiaszczonych osobników.  Przy tak suchych grzybach z powodzeniem wystarczył mi zwykły pędzel, zatem opędzlowałam mój grzybny materiał kulinarny i następnie zabrałam się za siekanie. Odcięłam też końcówki ogonków. Kurki należy posiekać dość drobno, ale bez przesady. Z powodzeniem wystarczą kawałki wielkości ok. 1,5 cm.

Posiekaną cebulę zrumieniłam na 1/3 przygotowanego masła.

Na dużą patelnię przełożyłam kurki, resztę masła oraz zrumienioną cebulę. Przyprawy do smaku, jak komu pasuje, ale przed dodaniem śmietany byłoby dobrze, gdyby całość wydawała się odrobinę za słona i nieco zbyt pieprzna.

No dobra. Teraz największy palnik i duży ogień. No! Ogień! :) Mieszamy i czekamy chwilę aż kurki puszczą wodę i cały płyn odparuje. W zależności od jakości kurek czynność owa może się wydłużyć nawet do około 10 minut, ale nie bądźmy pesymistami, bo zazwyczaj trwa to krócej.  Gdy wszystko ładnie odparuje, skręcamy palnik o połowę i dodajemy śmietanę. Jeśli ktoś woli wersję jaśniejszą i bardziej śmietanową, może dodać więcej śmietany. Można też dodać trochę śmietany 30%, ale wg mnie to już istne kaloryczne szaleństwo, a ja aż taka szalona nie jestem. :)

A teraz jeszcze 1-2 minutki i tyle.

Czas przygotowania całości to maksymalnie pół godziny. Czas konsumpcji, niestety, sporo krótszy.

Niebo w gębie. Przysięgam!

final

Śniadanie mistrzów Mariusza Stańczuka

Śniadanie mistrzów Mariusza Stańczuka

image_pdfimage_print

Witajcie kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości przygotuje Wam śniadanie, osobiście i własnoręcznie, Mistrz Świata w wioślarstwie – Mariusz Stańczuk. Bardzo się cieszymy, że w przerwie trzymania wioseł chwycił za nóż i widelec, i specjalnie dla Świeżo Napisane przygotował swoje ulubione danie.
No to oddajemy Mariuszowi głos, niech się Wam sam ładnie przedstawi :)

(STROKE) ROBERT SYCZ & (BOW) MARIUSZ STANCZUK (BOTH POLAND) COMPETE AT LIGHTWEIGHT MEN'S DOUBLE SCULLS DURING FISA ROWING WORLD CUP ON RED LAKE IN LUCERNE, SWITZERLAND. LUCERNE , SWITZERLAND , JULY 10, 2009 ( PHOTO BY ADAM NURKIEWICZ / MEDIASPORT ) PICTURE ALSO AVAIBLE IN RAW OR TIFF FORMAT ON SPECIAL REQUEST.

Od czternastego roku życia trenowałem wioślarstwo i po kilku latach zmagań z wymagającym wysiłkiem podczas treningów, udało mi  się wywalczyć miejsce w Reprezentacji Polski. Podczas dziesięcioletniego okresu reprezentowania barw biało-czerwonych, kilkakrotnie stawałem na podium Pucharów Świata oraz Mistrzostw Świata. Najwyższym sukcesem był złoty medal Mistrzostw Świata, wywalczony w konkurencji czwórek podwójnych wagi lekkiej.

Czas  wolny spędzam aktywnie wraz z żoną Agatą, m.in.  na wycieczkach rowerowych w okolicach Krakowa, jak również wędrówkach po polskich Tatrach.
Aktualnie pracuję w w Krakowie jako trener personalny oraz instruktor zajęć grupowych (indoor cycling, zajęciach biegowych, ogólnorozwojowych oraz rozciągających). W pracy przekazuję swoje zamiłowanie do sportu każdemu chętnemu słuchaczowi, doradzając również w sposobie odżywiania się. Według mnie, im prościej,  tym  zdrowiej, dlatego preferuję produkty naturalne i mało przetworzone

Dziś, specjalnie dla bloga Świeżo Napisane przygotowałem mój przepis numer jeden z okresu przygotowań do kwalifikacji w Rio de Janeiro.

Co powiecie na omlet kakaowo-owsiany z serkiem wiejskim? :)

Poniżej skład (całość ok. 500 kcal)

SONY DSC

Jaja kurze 120g

Płatki owsiane 30g

Serek wiejski lekki  150g

Banan 1szt

Kakao z wiatrakiem jedna czubata łyżka

Miód pszczeli 2 łyżeczki

Oliwa do smażenia płaska łyżka

 

Sposób przygotowania:

SONY DSC

Płatki zalewamy wrzącą wodą i na chwilę odstawiamy, potem dodajemy kakao i mieszamy do jego rozpuszczenia, następnie dodajemy jajka i również mieszamy. Podgrzewamy patelnię, dodajemy łyżkę oliwy i na rozgrzaną już patelnię wylewamy jajka z płatkami i kakao. Co jakiś czas kontrolujemy czy nie przywiera, następnie przewracamy omlet na drugą stronę. Usmażony omlet przekładamy na talerz, nakładamy na wierzch serek wiejski, następnie pokrojone banany i całość polewamy miodem.

Właśnie tym posiłkiem często zaczynaliśmy dzień w okresie przygotowań do zawodów. Duuużo białek i wartościowych węglowodanów oraz tłuszczów :) Wielkie bogactwo błonnika :)
Idealna bomba energetyczna na długotrwały trening :)

Smacznego!

Szeptucha 14

Szeptucha 14

image_pdfimage_print

Aurelia przysiadła na atłasowej narzucie łóżka i zdumiona powiodła wzrokiem po wnętrzu apartamentu. Sama sypialnia była chyba większa od całej chałupy prababki. Na stolikach stały zapalone świece, a podłogę wyściełał gruby, biały dywan. Z okna najwyżej położonego hotelowego apartamentu widać było całe ogromne miasto. Z mroku wyłaniały się miliony kolorowych światełek, które skojarzyły się dziewczynie z odkrytą kiedyś w lesie kolonią świetlików kręcących się w czarnym mchu. Lela zwiedziła cały apartament i postanowiła wejść do łazienki. Tam na wieszaku wisiała najpiękniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek widziała. Zwiewna, biała koronka spięta w fantazyjne marszczenia. Tuż obok stały białe pantofelki dokładnie w jej rozmiarze. Lela przykucnęła i pogłaskała ich miękką skórkę. Właśnie zmierzała pod prysznic, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Owinęła się pospiesznie hotelowym szlafrokiem i pobiegła do salonu.

– Proszę wejść! – zezwoliła łaskawie.

Do pokoju wszedł Hindus w turbanie, i gnąc się w ukłonach, wręczył jej niewielką kopertę, po czym zniknął bezszelestnie.

Śri Rajat Abhijay Jóźwa ma zaszczyt zaprosić pannę Aurelię na uroczystą kolację do hotelowej restauracji na godzinę 20.00 i będzie wdzięczny za przybycie.

Lelka podskoczyła i pisnęła z radości. Szybko się umyła i przebrała w prześliczną sukienkę. Założyła delikatne pantofelki i wybiegła z pokoju prosto do windy. Tu stanęła, nieco zdezorientowana, nie wiedząc, dokąd się udać, ale usłużny boy hotelowy (O kurczę! Tu jest nawet boy!) odprowadził ją do samych drzwi restauracji i otworzył je przed nią. W progu stał kelner, który ukłonił się dziewczynie z pełną powagą i gestem zaprosił w głąb sali. Lela oglądała się na wszystkie strony, ale jedynym, co była w stanie dojrzeć, były setki zapalonych świec porozstawianych na pustych stolikach. Jej nowe pantofelki stukały po marmurowej posadzce, gdy posłusznie podążała za kelnerem przez kolejne sale restauracyjne. I wreszcie na samym końcu wypatrzyła skąpany w blasku świec stolik z nakryciami dla dwóch osób. Przy krześle stał ubrany w smoking Rajat i uśmiechał się do Leli ciepło. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dygnęła jak pensjonarka.

Rajat podszedł do niej i skłonił się nisko.

– Zechcesz zjeść ze mną kolację? – zapytał.

– Z przyjemnością – odparła i pozwoliła się poprowadzić do stolika. Nieopodal grał kwartet smyczkowy.

– Rajat? – zapytała, gdy już zajęli miejsca przy stoliku.

– Słucham?

– Po co to wszystko? – uśmiechnęła się Lela.

– Dla mojej księżniczki wszystko co najlepsze! Poczekaj, aż spróbujesz niespodzianki.

– Nie mogę się doczekać wobec tego.

Dwóch kelnerów podeszło do stolika i równocześnie postawili przed nimi dania nakryte srebrnymi pokrywami. Podnieśli je w tej samej chwili i ukłonili się, po czym zniknęli jak dym.

– To jest … – powąchała Lela.

– Żurek, oczywiście – odparł pogodnie Rajat. – Żebyś mi więcej nie mówiła, że się prababce nie dokładam!

Lela spojrzała w twarz Hindusa i przez chwilę analizował jego uśmiech. Nie znalazła ani grama fałszu i złośliwości. Rajat był dokładnie taki, jaki był, a do Leli właśnie dotarło, że akceptuje jego wszystkie dziwactwa i nawet chyba je kocha.

– Wiesz co? – odparła krztusząc się śmiechu.

– No?

– To jest najlepszy żurek, jaki jadłam w życiu!

Rajat uśmiechnął się do niej promiennie i ochoczo chwycił za srebrną łyżkę. Już po chwili jego entuzjastyczne siorbanie zagłuszyło rzewną melodię kwartetu smyczkowego.

Jaśko uchylił drzwi do oddziału geriatrii i przytrzymał je szarmancko przed Szeptuchą. Przez chwilę szli ramię w ramię korytarzem, mijając kolejne sale. Przed drzwiami oznaczonymi numerem siedem lekarz zatrzymał się nagle i zapukał dwukrotnie.

– Wejść – rozległo się żołnierskie polecenie.

Jaśko otworzył drzwi i zachęcił babkę gestem do wejścia. Tam jej oczom ukazało się pojedyncze łóżko izolatki, a w nim podparty poduszkami siwiuteńki starzec z rurką w nosie.

– Waldek? – Przeżegnała się ze zgrozą babka.

– A ktoś ty?

– Olesia z Kierzbudów.

– A skąd…. – spanikowany Waldek poszukał odpowiedzi w oczach adoptowanego syna.

– Spokojnie, tato! Szeptucha przybyła tu w dobrych zamiarach – wyjaśnił łagodnie Jaśko.

– Szeptucha? Na ciebie po matuli dar przeszedł? – zainteresował się starzec.

– Tak wyszło – odparła krótko

– A jakżeś mnie tu znalazła? – zdziwił się Waldek.

– Nie ciebie, Waldek, szukałam, ino Jaśka.

– A po co?

– Andzi obiecałam – wyjaśniła spokojnie Szeptucha.

Waldek szarpnął się, jakby chciał dać susa w stronę drzwi, ale powtykane tu i ówdzie rurki z góry skazały tę próbę na niepowodzenie.

– Nie bój się – parsknęła złośliwe stara. – W tej materii nic się nie zmieniło. Andzia nadal jest martwa, jako i jej ojce, i brat twojej żony, Michał także.

– Skąd wiesz, że się z jego siostrą ożeniłem? – wyszeptał pobielałymi wargami Waldek.

– Wiem – ucięła babka. – Ale ja nie po to tu jestem, żeby o waszych rodzinnych rzeczach rozprawiać. Po Jaśka ino przyjechałam. Tam Andzia na wypełnienie przysięgi czeka. I nawet nie oponuj, Stachański! Bo to przez ciebie cały ten ambaras. Tyś se nogę ze wsi dał, a tam wnuki twojego brata do dziś piętno zdrajców noszą.

– Przepraszam – spróbował wciąć się w dialog starców niewiele od nich młodszy lekarz. – Czy ja tu nic nie mam do powiedzenia?

–Nie! – krzyknęli chórem babka i Waldek.

Jaśko przysiadł więc na zydlu, i masując skronie przez kolejne minuty, wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń, jakimi przerzucała się energicznie para staruszków. Co ciekawe, jego ciężko choremu ojcu spotkanie z Szeptuchą najwyraźniej zrobiło nieźle. Siedział zarumieniony, prawie nie kasłał i gorączkowo gestykulował. Po pewnym czasie zacietrzewiona dwójka dotarła do późnych lat osiemdziesiątych i najwyraźniej opadła z sił. I na taką sposobność czekał Jaśko.

– Pojadę! – oznajmił stanowczo.

– Tak! – uradowało się babka.

– Nie! – zaprotestował Waldek.

A Jaśko westchnął i słuchając, jak awantura rozkręca się na nowo, wstał po cichu i poszedł na obchód.

Biały autokar marki Mercedes stał sobie spokojnie na hotelowym parkingu. Kierowca, wiedząc, że do jutra nie będzie już potrzebny, udał się do swojego pokoju wynajętego dla niego w hotelu przez panicza Rajata, od którego otrzymał jednoznaczne wytyczne. Jutro po śniadaniu będą jeździć po okolicy i szukać zaginionej prababci. Kierowca nie wnikał, jak ta dziwna dwójka dzieciaków zamierza znaleźć igłę w stogu siana, i już zacierał ręce na kilometrówkę, jaką uda mu się wypracować dla firmy. Może premia jakaś będzie? Rozmarzył się, kładąc się z ulgą do łóżka. Właśnie odpływał w przepiękny sen o długiej i prostej jak w mordę strzelił autostradzie, gdy zza okna napłynął niepokojący dźwięk autoalarmu.

– Ki diabeł? – wrzasnął szofer i poderwał się na równe nogi.

Przelotne spojrzenie w okno upewniło go w podejrzeniu, że ktoś próbuje się dobrać do jego autobusu, i najwyraźniej ten ktoś był na tyle zdecydowany na obrobienie bryki, że nie przeszkadzał mu monitoring hotelowego parkingu. Kierowca zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach pobiegł do windy. Przez moment dźgał nerwowo przycisk przywołujący kabinę, by po chwili machnąć na nią ręką i pogalopować z rozwianymi połami szlafroka w stronę klatki schodowej. Wypadł na parking, wzbudzając niemałe zdziwienie odźwiernego w liberii, i pognał w stronę pojazdu.

A ten zachowywał się jak opętany. Migał wszystkimi światłami, darł się przeraźliwymi dźwiękami autoalarmu i do tego kołysał się na boki. Co jak co, ale takiej opcji płoszenia niechcianych gości to kierowca jeszcze w życiu nie widział. A już dzikich odgłosów, dochodzących z wnętrza, tym bardziej. Skradając się na palcach, okrążył autobus i odkrył źródło hałasu. Z wnętrza prawego przedniego luku bagażowego ktoś srodze złorzeczył, ale solidna blacha skutecznie tłumiła szczegóły. Kierowca podszedł bliżej i otworzył klapę, odskakując na bezpieczną odległość. Ku jego zdumieniu ze środka wyskoczyła starowinka otulona waciakiem i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

– Nie zamyka się na klucz pasażerów! – wrzasnęła.

– Ale ja nie wiedziałem – zająknął się z wrażenia kierowca. – Bo pani na gapę…

– Cóż z tego? Prawa godnego poszanowania się przynależą każdemu! – obwieściła baba i puściła się biegiem w stronę bramy wyjazdowej.

Kierowca podrapał się w głowę i wzruszył ramionami. Stwierdził, że incydent nie ma znaczenia, i naprędce umówił się sam ze sobą, że nie będzie go raportował. Zamknął starannie bagażnik i odwrócił się na pięcie z zamiarem udania się na zasłużony odpoczynek. Zdołał wykonać kilka kroków, gdy zza pleców dobiegł go najgorszy z możliwych dla kierowcy dźwięk jękliwego darcia delikatnej karoserii ostrym przedmiotem.

– Co jest, kurwa… – zdołał powiedzieć, i była to ostatnia filozoficzna sentencja, jaką dane mu było wygłosić w życiu doczesnym.

Blacha tylnego luku wypadła z łoskotem na asfalt, a z mrocznej czeluści śmignął w jego stronę zielony stwór podobny do jaszczura i przydusił kierowcę do ziemi. Wąchał zdobycz i nawet polizał ją po karku.

– Nie lubię szoferów – mruknął. – Benzyną jadą.

Po czym dość ostrożnie rozprawił się z zawartością, a potem wpełzł w skórę jasnowłosego kierowcy. Namacał w kieszeni szlafroka kluczyk z numerem pokoju i spokojnie udał się do wnętrza hotelu.

Aurelia przeciągnęła się jak kotka i z uśmiechem powitała nowy dzień. Baldachim błyskał do niej filuternie bielą zasłonek, a zza szyb mrugało zimowe słońce. Podeszła do okna i ujrzała ciężkie chmury śniegowe kłębiące się zaledwie kilka pięter niżej, ale chwilowo postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Wieczór był cudowny. Rajat odprowadził ją do drzwi apartamentu i ukłoniwszy się głęboko, życzył dobrych snów. Myślałby kto! U prababki spali obok siebie na polówkach i Hindus nigdy nie był tak szarmancki. No, ale tutaj widocznie inne prawa obowiązywały. Lela wbiegła lekko do łazienki i usiadła zamaszyście na sedesie. Każdy, kto nadużył żurku, wie w czym rzecz. Nie każdy jednak, oddając się porannej posiadówce na kibelku, napotyka wzrokiem orszak śniadych dziewcząt szykujących kąpiel w pianie w akwenie równym połowie basenu u babki w piwnicy, na pożytek hotelu zwanego wanną.

– Czego tu? – wrzasnęła niezbyt uprzejmie Lela, pospiesznie umykając z sedesu.

– Szlachetna Aurelio, zapraszamy twoje znużone członki do relaksującej kąpieli – wyjaśniła jedna z dziewcząt, kłaniając się nisko.

– Matko! – jęknęła Lela, marząc o chwili samotności.

– Prosimy! – zajęczał chór śniadych dziewcząt, a Aurelia poddała się z rezygnacją.

Po chwili odarto ją z ubrań i powleczono do kąpieli. Dwie dziewczyny zajęły się namydlaniem jej pleców, a reszta zbiła się w gromadkę i szeptała sobie coś do uszu. Między nimi widać było nieco starszą dziewczynę o linii bogini, która najwyraźniej kierowała całym babińcem.

– Przepraszam! – próbowała się wtrącić Lela, krztusząc się pianą, ale na żadnej z bab nie zrobiło to wrażenia.

Żadna z nich nawet nie odwróciła wzroku, za to kilka zaczęło bić ukłony przed tą najstarszą.

– Halo! – wrzasnęła Lelka. – Ktoś mnie to słucha?

Najstarsza z kobiet zwróciła oblicze ku dziewczynie, majestatycznie zadzierając podbródek.

– Słuchamy cię! – ogłosiła.

– No, to może w końcu faktycznie posłuchajcie! – rozsierdziła się Aurelia. – To jest moja łazienka, w której miałam zamiar zrobić kupę, ale nie! Wchodzę do prywatnej łazienki, a tu tłum kobiet czegoś ode mnie chce, i właśnie proszę o wyjaśnienie, o co chodzi?

– Bo narzeczona Śri… – zaczęła bąkać pod nosem jedna ze zgromadzonych.

– Milcz! – zmyła jej łeb najstarsza z dziewcząt.

– A dlaczego ma milczeć? – zapytała Lela.

– Jest poślednią córką, to i odzywać jej się nie wypada. A jak pytania masz, to do mnie je, synowo, kieruj.

– Pani jest mamą Rajata? – zdumiała się Lelka.

– Jam ci! – potwierdziła kobieta.

– A jak siostra pani wygląda!

– Dziękuję! – odparła z godnością Hinduska.

– Niech pani posłucha – podjęła stanowczo Aurelia. – Ja nie wiem, jakie tam u was zwyczaje panują, ale u nas, jeśli się nastolatek zakocha w dziewczynie, to nikt im nie organizuje kąpieli integracyjnych. Bo to nie jest nikomu potrzebne.

– Nie? – zdziwiła się teściowa in spe, która śmiało mogłaby konkurować urodą z większością dziewczyn z klasy Lelki.

– No właśnie nie – potwierdziła nastolatka. – I dlatego prosiłabym, żebyście sobie stąd poszły.

– Nie możemy! – pisnęła kolejna z poślednich córek.

– A to dlaczego?

– Tradycja! – wysyczała rodzicielka Rajata i gestem nakazała dziewczynom podjęcie dalszych zabiegów upiększających.

Aurelia miała tego serdecznie dość. Najpierw wywołała małe tsunami w wannie, potem pozwoliła rybikom, srebrnym robaczkom łazienkowym, na inwazję fryzur nieproszonych gości, na koniec skręciła niezwykłe tornado z poduszek w sypialni. Później usiadła na łóżku i przez dobre kilka minut klęła. A potem przyszedł Rajat z ogłupiałą miną. Nie nawiązywał do ponadnaturalnych zjawisk, które wygnały jego matkę i siostry z apartamentów dziewczyny.

– Autokar się zepsuł, ale kierowca wynajął samochód. Czas ruszać na poszukiwanie prababki – oznajmił i pogłaskał Lelkę po czerwonym ze złości policzku.

Zośka Stachańska otuliła się szczelnie waciakiem i przekradła się w stronę postoju taksówek, nie spuszczając z oczu z dwójki gówniarzy wsiadających do białego mercedesa. Kierowca ukłonił im się z szacunkiem i zatrzasnął drzwi samochodu.

– Tuś mi, bratku! – szepnęła do siebie stara sąsiadka. – Kierowcę żeś zeżarł i dzieciaków ci się tera zachciało. A Szeptuchy nie ma, jak potrzebna – nie odmówiła sobie drobnej złośliwości baba.

Mercedes właśnie toczył się wolno w stronę Alej Jerozolimskich. Stachańska dopadła do taksówki i szarpnęła tylne drzwi.

– Za tym mercedesem! – wrzasnęła z mocą, licząc na filmowy pisk opon.

Taryfiarza w środku nie było. Siedzenie kierowcy okazało się kompletnie puste, więc babka wyskoczyła ze środka jak oparzona i podbiegła do drugiego w rzędzie samochodu. Powtórzyła manewr z gwałtownym wsiadaniem.

– Za białym mercedesem! – zadysponowała ponownie.

– A to do kolegi z przodu musi się szanowna pani przesiąść – zauważył flegmatycznie taksiarz. – U nas tak po koleżeńsku solidarność zawodowa, i jak kto pierwszy w kolejce, to mu się reszta koleżeństwa do interesu nie miesza.

– Ale tam nie ma kierowcy, a mi spieszno! – wydarła się Stachańska.

– Kolega na chwilkę tylko poleciał na Centralny, zaraz pewnie będzie – wyjaśnił pogodnie taksiarz i wrócił do czytania gazety.

Stachańska zaklęła szpetnie i wysiadła. Stanęła przy pierwszej taksówce, potupując nerwowo, i obserwowała mercedesa. Ustawił się właśnie przy skrzyżowaniu i najwyraźniej zamierzał skręcić w lewo. Chwilowo powstrzymywało go czerwone światło. Okrążając maskę, do taksówki podszedł facet, trzymając w każdej z dłoni po dwa hot-dogi.

– Panie! – Nie wytrzymała nerwowo Stachańska. – Ile można czekać, do cholery?

– A co się szanowna pani tak nerwuje? Spieszy się gdzieś?

– Właśnie spieszy, żebyś pan wiedział! – warknęło babsko i wskazało sękatym paluchem na mercedesa. – Za tym autem jedziemy, bystro!

Kierowca przełknął kęs buły z parówą i popatrzył na Stachańską, jakby ufoludka zobaczył.

– Filmów amerykańskich się naoglądała? – Parsknął śmiechem. – I myśli, że ja tu paliwo nieekonomicznie będę palił i sprzęgło zarzynał szybką jazdą?

– Dobrze zapłacę – wycedziła stara, wyciągając zza pazuchy złotą pięciorublówkę.

– Pani wsiada! – wrzasnął taksiarz, wtykając babie w ręce pozostałe trzy hot-dogi. – I pasy niech dobrze zapnie!

Mercedes tymczasem doczekał się zielonego światła i skręcił w Chałubińskiego. Taryfiarz wcisnął gaz i z hollywoodzkim piskiem opon wpasował się w zatłoczoną arterię Jerozolimskich. Zanim dojechał do skrzyżowania, cholerne światło zmieniło się ponownie.

– Jedź pan, do cholery! – wymamrotała stara, przeżuwając bułkę z parówką.

– Czerwone jest! – zaprotestował kierowca.

– Mam więcej złotych świnek, jedź pan, do cholery!

Taksówkarz dodał gazu i przeskoczył wąskim przesmykiem pomiędzy dwoma jadącymi na niego czołowo tramwajami. Przyhamował, zredukował bieg i ciągnąc za sobą smugę dymu z palonych opon ruszył w pościg za białym mercedesem.

– Kochanek pani ucieka? – odważył się zażartować.

– Milcz pan i drogi pilnuj, to sprawa pozaziemska i przekracza pańskie rozumowanie!

Taksówkarz na wszelki wypadek nie podjął tematu i skupił się na śledzeniu białego samochodu.

Jaśko siedział w sali oczekującej na przeszczep Oleńki i bez słowa wpatrywał się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nagle o jego nogi otarł się kot Szeptuchy. Lekarz odruchowo pogłaskał wygięty grzbiet, a zwierzak natychmiast wskoczył mu na kolana i przycisnął łebek do klatki piersiowej.

– Żebyś umiał mówić… – westchnął ciężko lekarz.

– Umiem – odparł Mruczek.

Jaśko wzdrygnął się i wpił zdumione spojrzenie w bursztynowe oczyska.

– Zamknij oczy i połóż na mnie dłonie – polecił kot.

Mężczyzna bez zbędnych dyskusji wykonał polecenie. I zobaczył.

Oleńka biegła po łące i trącała rękoma mijane dmuchawce. Nie dyszała, nie spowijały jej żadne rurki. Po prostu biegła przed siebie. W stan euforii wprowadzał ją pęd powietrza i równy oddech.

– O tym śni? – wyszeptał lekarz.

– Tak, w tej chwili – odpowiedział poważnie kot.

– Dziękuję, kocie. Jak się nazywasz?

– Mruczek.

– Dzięki tobie zobaczyłem kawałek innego świata Oleńki. Innego niż to szpitalne łóżko, które jest właściwie jej jedynym znajomym miejscem.

– A jednak dokładnie wie, jak wygląda łąka.

– Tak, dużo czyta, myślę, że to dlatego – uśmiechnął się Jaśko.

Przez dłuższą chwilę mężczyzna i kot siedzieli bez ruchu, wpatrując się w śpiącą nastolatkę. Szpitalną salę spowijała nocna cisza. Wytłumione odgłosy miasta kompletnie nie pasowały do tego, co działo się wewnątrz szpitala. Tutaj koleje losu wyznaczały dźwięk respiratora, skrzypienie metalowych łóżek i salowa roznosząca posiłki tym, którzy posiedli luksus przyjmowania pokarmów.

– Nie powiedziałeś, że Oleńka to córa twoja rodzona! – wypaliła oskarżycielsko Szeptucha, stając w progu sali z upchniętym w wózku inwalidzkim Waldkiem.

– A to coś zmienia w twojej kuracji? – zapytał złośliwie Jaśko.

– Głupiś!– żachnęła się stara. – W mojej nic, ale są pewne siły, które tylko na krewniacze powiązania reagują, trzeba jednak wiedzieć, skąd człowiek pochodzi, zanim się pomocy prosi.

– Słuchaj jej, synu – odparł zmęczonym głosem Waldek. – Wie, co gada.

– I ciebie, tato, przekabaciła? – zezłościł się lekarz.

– Aj tam, przekabaciła. Wystarczyło, że przywiozła do wnuczki. Ty nie chciałeś, żeby nie martwić mnie jej stanem, a ją moim – zniecierpliwił się Waldek. – Teraz ja tu będę siedział i wnusi książki czytał. A tobie wara!

Kot wspiął się na ramiona profesora chirurgii i polizał go szorstkim językiem po nosie.

– Nie kłóć się! – szepnął. – Starzy są, ale wiedzą, co robią.

Jaśko pogłaskał Mruczka, postawił go na kołdrze Oleńki i bez słowa przejął wózek z ojcem od Szeptuchy. Ustawił go przy wezgłowiu dziewczynki i poklepał Waldka po ramieniu. A potem łypnął na starą wzrokiem, który zdecydowanie nie zapowiadał niczego dobrego.

– Chyba pogadać musimy – wycedził.

– Możemy – zgodziła się pogodnie babka. – Kawy bym się napiła.

– To zapraszam do dyżurki – odparł sztywno lekarz i wskazał babce drzwi na korytarz.

Szeptucha przedefilowała z godnością przez średniowieczne linoleum i weszła do zapuszczonej dyżurki pielęgniarek. Jaśko trzasnął drzwiami, i starając się nie okazywać irytacji, szarmancko wskazał babce krzesło.

– Co się, synuś, tak nerwujesz? – zapytała stara.

– Nie denerwuję się, tylko się zastanawiam, po coście Waldka, ojca mojego, znaczy się, z pokoju wywieźli?

– Bo rodzina, chłopcze, to podstawa – obwieściła Szeptucha.

W pokoju zapanowała niczym niezmącona cisza, w którą po chwili wbiła się upierdliwa melodyjka przedpotopowego telefonu komórkowego. Lekarz nie zareagował.

– Wpadasz tu, wywracasz wszystko do góry nogami… – wysyczał po chwili.

– Naprawiam! – zripostowała z godnością Szeptucha.

Telefon wciąż dzwonił uparcie.

– Odbierzesz w końcu? – nie wytrzymał Jaśko.

– Ale co? – zdziwiła się stara.

– Telefon. Dzwoni, wiesz?

– Ja mam telefon?

– Najwyraźniej – westchnął profesor chirurgii.

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i po chwili wydobyła na światło dzienne brzęczącą nokię.

– Zielony czy czerwony? – zapytała podenerwowanym głosem.

– Zielony!

– Halo? – Babka przycisnęła stosowny guzik i przytknęła słuchawkę do ucha.

Jaśko podniósł się w tym czasie z fotela i podjął nerwową wędrówkę po dyżurce.

– Halo? – wrzasnęła babka. – Rajat? A po co tu dzwonisz? Ja krzyczę? No krzyczę, żebyś mnie usłyszał wyraźnie. Ja? W szpitalu na Wołoskiej jestem, a co? Jedziesz tu? A trafisz? Lela tam jest? Dobra, to czekam. Ostrożnie jedźcie!

– O co chodzi? – zaszemrał łagodnie Jaśko.

– Moja wnuczka tu jedzie. Moc ma – przekazała szczątkowe wiadomości Szeptucha i gwałtownie poderwała się z krzesła, rzucając przedpotopowy telefon na biurko. – Muszę iść otumanić tę nieznośną smarkulę z recepcji, bo mi wnusi wpuścić nie będzie chciała.

– Mówicie o pani Jadwidze? – upewnił się Jaśko, otwierając oczy ze zdumienia. Jak świat światem nikt o sześćdziesięcioletniej pracownicy recepcji szpitalnej nie powiedział, że jest smarkulą. No ale pewnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pomyślał z rozbawieniem. – Poczekajcie, no przecież nikogo otumaniać nie musicie. Ja zadzwonię do recepcji i wszystko załatwię – wyjaśnił Szeptusze.

– A… no skoro tak, to ja wracam do Oleńki i zobaczę przy okazji, co u tego nieznośnego Waldka słychać – odparła babka i z godnością opuściła dyżurkę.

– Boże! – westchnął Jaśko masując skronie. – Co to za cyrk?

– Rajat! Jesteś genialny! – Lela nabożnie złożyła dłonie. – Skąd pomysł, że prababcia odbierze telefon? Nawet go nie nosi.

– Zaraz tam genialny. – Chłopak pokraśniał z radości. – Ot, zwyczajnie, jak się z nami żegnała przed wyjazdem, to jej po cichu wsunąłem komórkę do kieszeni spódnicy.

Mercedes mknął w stronę szpitala MSW, a kierowca zgrabnie wymijał inne pojazdy.

– Panie kierowco? – zagaiła uprzejmie Aurelia. – Kiedy dojedziemy na miejsce?

– Będziemy za kilka minut. Wreszcie! – wysyczał dusioł, ledwie panując nad podnieceniem.

Lelka spojrzała na Rajata i przewróciła oczami. Warszawscy kierowcy byli najwyraźniej mocno zestresowani w związku z trudnymi warunkami pracy.

– No to dobrze, dziękujemy szanowny panie – skłonił się z szacunkiem chłopak.

W aucie zapadła cisza przerywana okazjonalnymi syknięciami szofera. Za oknami mercedesa błyskał szary krajobraz stolicy. Para nastolatków, trzymając się tak na wszelki wypadek za ręce, nie próbowała więcej zagadywać nadpobudliwego kierowcę.

– Nie zgub ich pan! – pouczyła taksiarza Stachańska.

– Bez obaw! – wczuł się w pościg taryfiarz. – Znam Mokotów jak własną kawalerkie.

Biały mercedes wyhamował gwałtownie przed szpitalem klinicznym na Wołoskiej i zaparkował w niewielkiej zatoczce autobusowej.

– Co jest? – zdziwiła się Stachańska.

– A skąd ja mam wiedzieć? – wzruszył ramionami taksówkarz.

– Patrz pan! – emocjonowała się stara sąsiadka. – Poleźli do środka, a kierowca za nimi.

– Może kto im tam zachorował?

– Nie! – wrzasnęła z mocą Stachańska. – Szeptuchy nie chorują. Chodź pan, za świadka zbrodni będziesz, bo tu jakieś wielkie bezeceństwo się szykuje!

– Pani! – zaśmiał się taksiarz. – A bo to ja mam czas łazić? Za kursy, a nie za łażenie mi płacą.

– Zapłacę lepiej niż za kurs. Chodź pan! W złotych rublach zapłacę!

Stachańska wysunęła się z taryfy, i kryjąc się za jałowcami, pokłusowała rączo w stronę szpitala.

Samotność bez sieci

Samotność bez sieci

image_pdfimage_print

To niesamowite, jak bardzo człowiekowi skacze wydajność, gdy mu Internet odetną. Oczywiście ciśnienie też skacze, bo nagle się okazuje, że ktoś odciął nam tlen.

Awaria. W panice wlepiłam wzrok w żółty trójkącik z wykrzyknikiem i klnąc na czym świat stoi, intensywnie przegrzebałam pamięć, gdzież to ja mam ten długaśny klucz zabezpieczeń do liveboxa, bo okienko w kompie poinformowało, że jak nie pomoże reset modemu, to trzeba wpisać klucz albo dzwonić.

W pierwszej kolejności wbiłam wzrok bazyliszka – licząc, że to pomoże – w rządek kolorowych światełek mrugających na modemie. Nic.

– A wsadź ty sobie tę dyskotekę między chipy i sensory! Ty podły modemie! Tyyy…

Nie pomogło. Nie ma wyjścia. Zrobiłam reset i mam klucz. Oczywiście pięć razy się pomyliłam, zanim udało mi się go wpisać poprawnie. Mam. Niebieskie kółeczko zakręciło się obiecująco, a mnie żołądek podjechał do gardła. Bach! Kicha. Znowu zwiastujący kłopoty żółty trójkącik usadził się złowrogo na dole ekranu. Na domiar złego, jeszcze pojawił się komunikat, że jednak trzeba zgłosić awarię. No dobra, ale jak? Niby jak ja mam znaleźć numer na infolinię konieczny do zgłoszenia awarii Internetu, skoro nie mam Internetu, a telefon kontaktowy jest w Internecie? Przecież nikt nie trzyma takich numerów przyczepionych na lodówce, bo po co, skoro jest Internet, a w Internecie jest wszystko? Myślę gorączkowo, co tu zrobić, na szczęście spływa na mnie olśnienie. Jestem uratowana. Dane komórkowe w telefonie pozwalają mi ustalić numer na infolinię. No tak, połączenia tylko ze stacjonarnych. Na te zaczynające się na 8 mam w komórce ustawioną blokadę, ale na szczęście, dzięki uczynnym ludziom, którzy w przeciwieństwie do mnie, mają Internet, udało się ustalić numer dla komórek.

W międzyczasie pojawił się mały problem. Kilka dni temu kupiłam rodzicom fotel na allegro. Wszystko cacy, kurier fotel im przywiózł, ale produkt nie do końca zgadzał się opisem. Mama zadzwoniła do mnie na komórkę, zameldować że fotel nie taki, jak trzeba.

– Dlaczego ty nie odbierasz normalnego telefonu?! Nie ma cię w domu? Mówiłaś, że piszesz książkę.

– Bo jestem w domu i piszę książkę- odparłam nie do końca zgodnie z prawdą, bo przecież zamiast pisać, walczyłam o odzyskanie Internetu.

– To dlaczego nie odbierasz?

– Bo nie mam Internetu- tłumaczę.

– Ale ja do ciebie DZWONIĘ! Co ma do tego Internet?

– No dużo, bo mam internetowy telefon.

– No dobrze- mama w końcu dała się udobruchać.- To w takim razie koniecznie zadzwoń do producenta, że pomylili kolory.

– Ale ja nie mogę?

– Dlaczego? Co znowu?

– Bo nie wiem, do kogo mam zadzwonić.

– To ty nie wiesz u kogo kupiłaś?! A ja myślałam, że ty jesteś rozsądna…

– No wiem, ale nie sprawdzę, bo przecież nie mam Internetu…

Bingo! Tym razem miałam szczęście. Telefon był na fakturze. Dzwonię i tłumaczę, że przedmiot niezgodny z opisem. To chyba nie pierwsza wpadka, bo sprzedawca bez problemu zgodził się na wymianę.  Poprosił tylko, żeby napisać mu maila w tej sprawie i przesłać zdjęcie. No nie mogę… dzwonię do taty z prośbą o zdjęcie, żeby przesłał mms-em, ale tu pojawia się kolejny problem, bo taty smartfon się zepsuł i nie da się z niego zadzwonić, a drugi telefon nie robi zdjęć. Tata proponuje rozwiązanie za pomocą facebooka, ale ja z kolei nie korzystam z messengera i żadnej wiadomości na telefonie nie odczytam, a Internetu nie mam, więc fejsbunia też nie mam. Sprawa fotela musi zaczekać, a ja wyszłam na taką, co pomóc nie chce. Ech.

Nie wiem, kiedy znów odzyskam kontakt ze światem zewnętrznym, bowiem automatyczna konsultantka powiedziała, że o awarii wiedzą, ogarniają i każą cierpliwie czekać. Enigmatyczne określenie „usunięcia awarii może potrwać do kilku godzin” sprawiło, że poczułam panikę. Ignorując żółty trójkącik, udając że go nie widzę, z nadzieją, kilkakrotnie kliknęłam na globus. Nic. Koniec. Moje ciekawe plany na obiad poszły się paść, bo przepis jest w… Internecie. Moje pogaduszki na czacie poszły się paść, bo przecież to też jest w Internecie. Pomyślałam, że skoro nie mam z kim gadać, to na otarcie łez kupię sobie kieckę, ale kiecka też poszła się paść, bo allegro bez netu nie działa. To samo z butami. W przypływie dojmującego poczucia odosobnienia i samotności uznałam, że może telewizor włączę. Niestety, TV mam też przez Internet, bo z telewizją było taniej niż bez, ale ja i tak nie używam, więc dotychczas nad ewentualnym brakiem telewizji się nie zastanawiałam.

W międzyczasie, ze zdziwieniem zauważyłam, że przez tę awarię dopadły mnie stres i nerwowość. Coś, jakby poczucie, że w czasie, gdy mnie „tam” nie ma, coś istotnego przejdzie mi koło nosa. Ech, paskudne poczucie. Jedyne, co mi pozostało to wreszcie odpalić Worda i dla zabicia czasu wziąć się do pracy. I tu zdarzył się cud. Nie niepokojona telefonami, czatowaniem i lajkowaniem, postawiwszy jednocześnie na prosty przepis własnego pomysłu, koniec końców wybrnęłam z sytuacji z pysznym jedzonkiem i nowym dłuuugim rozdziałem do kolejnej powieści z cyklu „Stajnia w Pieńkach”  :)

Po kilku godzinach, z twórczego transu, wyrwał mnie telefon z informacją, że usterka została usunięta, a ja na widok kręcącego się błękitnego kółeczka poczułam, że krew w moich żyłach ruszyła ponownie, a ja znów wróciłam do świata żywych.

Szybkich megabajtów, Kochani!

Pozdrowienia z Matrixa :)

Iza