Browsed by
Miesiąc: Marzec 2018

image_pdfimage_print
Mazurek wielkanocny

Mazurek wielkanocny

O tym, że wypieki nie są moją mocną stroną, to zapewne już wiecie. Gdyby nie gotowe ciasto francuskie, moja rodzina widziałaby jedynie mazurka na Wielkanoc.

Ano właśnie 😀 Wielkanoc już na dniach i domownicy aż łapki zacierają, bo mazurek w moim wykonaniu to prawdziwe mistrzostwo świata! Uwielbiam go.

I jeść, i piec, a ozdabianie to mój osobisty rytuał wieńczący świąteczne przygotowania. Cała tajemnica tkwi w prostocie oraz połączeniu ekstremalnych smaków i tekstur. Maślane, kruche ciasto, piekielnie kwaśne powidła oraz totalnie słodki kajmak… razem stanowią coś, co śni się po nocach. Co ważne, do ciasta praktycznie nie dodaję cukru, a do polewy używam wyłącznie krówek żywieckich ze stokrotką. Kiedyś testowałam gotowe masy karmelowe oraz krówki innych firm, ale te z Żywca nie mają konkurencji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciasto:

– 400g mąki krupczatki

– 150g twardego masła

– 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

– 1 całe jajko + 2 żółtka

– 80g kwaśnej śmietany

– 1 łyżeczka cukru waniliowego

– opcjonalnie 100g cukru pudru (nie dodaję)

Pozostałe składniki:

–  średni słoik powideł śliwkowych

– 1 duża cytryna

– 1 kg krówek żywieckich

– dowolne bakalie lub ozdoby cukiernicze do dekoracji

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynam od kruchego ciasta. Przepisów jest wiele, ale mnie jakoś najbardziej przypadła do gustu właśnie ta wersja. Żadna filozofia. Wszystkie składniki dokładnie siekam na stolnicy i jak się wszystko połączy, na koniec formuję dwie kule.

Gotowe ciasto zawijam w cienką folię spożywczą, wkładam na pół godziny do zamrażarki i w tym czasie, gdy będzie się chłodziło, zabieram się za resztę. Powidła mieszam z sokiem z cytryny. Mają być mega kwaśne! Że aż oko mruga 😀 Jeśli mi się chce, wcześniej delikatnie ocieram też trochę  sparzonej cytrynowej skórki.

Krówki wyjmuję z papierków i łamię na mniejsze kawałki. Wsypuję wszystko do metalowej miski i mieszając trzepaczką rozpuszczam krówki na parze, aż masa stanie się zupełnie gładka. Aby była bardziej błyszcząca, można do niej dodać łyżeczkę masła.

Następnie wyjmujemy ciasto z zamrażarki i wałkujemy na grubość około jednego centymetra. Układamy na  prostokątnej blaszce wysmarowanej masłem i posypanej mąką. Dowolnie ozdabiamy brzegi, nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do gorącego piekarnika. Mniej więcej po 15 minutach wyjmuję ciasto, szybko smaruję je całym powidłem i z powrotem wkładam do piekarnika, żeby się do końca upiekło na złoty kolor. Ten zabieg jest konieczny, żeby powidło zgęstniało i trochę się przypiekło.  Inaczej spłynie razem z kajmakiem 😀

I to by było tyle w temacie ciasta.

Jak spód przestygnie, polewam całość gorącą masą z krówek. Przy tej czynności również należy się sprężać, bo masa błyskawicznie zastyga.

No i na koniec najlepsze, czyli ozdabianie. Jeżeli mam jeszcze czas, siłę i chęci, wycinam z resztek ciasta listki albo kwiatki i podpiekam je na blaszce.  Bardzo lubię używać orzechy włoskie oraz blanszowane migdały, z których wychodzą świetne kwiatki lub bazie. Dobrze sprawdzają się też gotowe ozdoby i polewa czekoladowa. Wszystko jest kwestią gustu, ale jakbyście nie zrobili i tak wyjdzie wspaniale :)

A zatem, WESOŁEGO ALLELUJA!

final2

Hekele Sabiny Waszut

Hekele Sabiny Waszut

lead

Witajcie kochani!

Dzisiaj zapraszamy Was na Górny Śląsk. Wpadniemy z wizytą do Sabiny Waszut, która zdradzi nam przepis na swoje ulubione danie z dzieciństwa. Oddajemy głos Sabinie :)

Dzień dobry, zapraszam Was dziś na Górny Śląsk, do mojej małej ojczyzny, z którą jestem mocno związana. Mieszkam tu wraz z rodziną, pracuję w muzeum etnograficznym i piszę. Mam ogromne szczęście, bo moja praca i pasja świetnie ze sobą współgrają i uzupełniają się wzajemnie. W pracy w muzeum opowiadam o Śląsku i prowadzę zajęcia z regionalizmu. Moje powieści również związane są z tym regionem. „Rozdroża”, „W obcym domu” i „Zielony Byfyj”, to saga, opisująca burzliwą historię Śląska, „Bar na starym osiedlu”, to opowieść o powrotach do korzeni. Zapraszam na moją stronę autorską.

kolaz1

Dziś chcę pokazać Wam Śląsk od kuchni. Zaprosić Was w kulinarną podróż.

Liczycie na rolada i modro kapusta? Może na żur albo krupnioki? Te wszystkie potrawy są znane i trochę już oklepane. Śląska kuchnia kryje w sobie wiele innych, równie smacznych niespodzianek, oto jedna z nich.

Danie o tajemniczej nazwie hekele jest moim wspomnieniem z dzieciństwa. Babcia przygotowywała je, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny. Hekele, zawsze będzie kojarzyło mi się z babcinymi fartuchami w kwiatki i jej siwymi lokami. Nazwa potrawy pochodzi od niemieckiego słowa hacken, co oznacza siekać. Jest to prosta do przyrządzenia pasta, którą można jeść z ziemniakami na obiad lub z chlebem na kolację (ja wolę wersję drugą). Choć my jadaliśmy hekele przez cały rok, w śląskiej tradycji jest to danie postne, jedzone np. w Środę Popielcową lub Wielki Piątek.

produkty

Oto lista składników potrzebnych do zrobienia pasty:

Trzy jajka

Trzy śladzie matias

Trzy ogórki kiszone

Czerwona lub biała cebula

Łyżka majonezu

Pieprz

Natka pietruszki

kolaz2

Jajka gotujemy na twardo. Płuczemy płaty śledziowe (gdy są bardzo słone, możemy pozostawić je w wodzie na dłuższy czas). Kroimy śledzie w drobną kosteczkę, kroimy również ogórki, cebulkę

i ugotowane jajka. Całość mieszamy z dodatkiem majonezu. Przyprawiamy do smaku pieprzem (sól jest już niepotrzebna). Moja babcia rozgniatała całość widelcem, aż do uzyskania w miarę jednolitej masy (czasem jajka i śledzie przepuszczała przez maszynkę do mielenia), ja wolę większe kawałki. Gotową pastę nakładamy na kromkę świeżego chleba, posypujemy natką pietruszki.

Smacznego

final1

Ponglish jest ok

Ponglish jest ok

Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 

Miłość, miłość w Zakopanem

Miłość, miłość w Zakopanem

Sniezna_gran_cover_851x315

Na okoliczność promocji pierwszego tomu Śnieżnej Grani „Za stare grzechy”, w marketingu mojego wydawnictwa padło stwierdzenie, że czegoś takiego jeszcze w księgarniach nie było.

Hm, po namyśle doszłam do wniosku, że chyba rzeczywiście nie było.

A skąd pomysł? Cóż, pod koniec rocznego okresu pracy nad trylogią „Stajnia w Pieńkach”, gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, marzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci. Zatem na Śnieżnej Grani mamy rodzinę Stachowiaków, która zarządza stacją narciarską na Podhalu. Wprawdzie o pieniądze za bardzo martwić się nie muszą, ale za to los nieraz nastręcza Loli, Edkowi, Nastce i Anieli kłopotów w życiu prywatnym i w biznesie.

A skąd takie właśnie tło? Jak to u mnie, oczywiście z przypadku. Pewnego dnia zimowych ferii, kiedy to raptem w ciągu półgodzinnego pobytu na stoku przydarzyło mi się kilka zabawnych historii, mój mąż ze śmiechem rzucił sakramentalne: „musisz to opisać!”. No i opisałam! A było co 😀

No wiecie 😀 strój na snowboard to niezły kamuflaż dla kobiety w moim wieku. W kasku, kominiarce i goglach nie widać czy zawartość ma lat naście czy dziesiąt, a że postury jestem dość mikrej, więc non stop brano mnie za nastolatkę.  I tak przy jednym wyjeździe wyciągiem, pewien pryszczaty młodzian wyraźnie uderzył w konkury. Ale jak na jego pytanie, od ilu lat „ujeżdżam parapet” powiedziałam mu, że dopiero od niedawna, bo raptem od kilku lat czyli mniej więcej od trzydziestego ósmego roku życia, ale za to narty to jakoś tak ze czterdzieści trzy zimy, to chłopak o mało nie spadł z krzesełka. Biedaczysko później przez całą drogę do góry udawał, że rozmawia z kimś przez telefon. Myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Przy następnym zjeździe, w kolejce do wyciągu, kiedy przypadkiem potrąciłam sąsiadkę, pewna młoda matka puściła pod moim adresem komentarz na temat „nieogarniętych gówniar, które ryją się z deską”, ale spuściłam na to zasłonę milczenia. Natomiast, gdy kwadrans później jakiś instruktor odruchowo wziął mnie pod pachy, żeby pomóc mi wysiąść z kanapy, już nie wytrzymałam. Oboje popłakaliśmy się ze śmiechu. No i właśnie w ten sposób „urodził się” pomysł Śnieżna Grań, a w ślad za tym panika. Jak ja to wszystko ogarnę?!

 

To poważna materia, na początku byłam przerażona, ale szybko okrzepłam. Nie zapominajmy, że w całym moim życiu mnóstwo czasu spędziłam na stoku. Na początku pobierając nauki i szlifując formę, później ucząc innych, by wreszcie skończyć na stoku jako bezrobotna i wyluzowana turystka 😀 Tak więc ten temat taki całkiem obcy mi nie był. Sporo, już wcześniej, wiedziałam z własnego doświadczenia. Co nie zmienia faktu, że informacje do tej historii gromadziłam przez dwa lata. Z tym, że najważniejszą kwestią przy zbieraniu jakichkolwiek informacji, jest mieć do kogo się zwrócić. Ja miałam. Znajomy kierownik stacji narciarskiej ułatwił mi kontakt z każdym, kogo chciałam wypytać o charakter pracy i związane z tym ciekawostki. Byłam w maszynowni, w sterówce, widziałam jak działa system kasowo-biletowy, siedziałam na dyżurze z ratownikami TOPR, a w karczmie na stoku liczyłam kurze podudzia. Całe godziny spędziłam na studiowaniu zagadnień związanych z budowaniem kolei linowych oraz z naśnieżaniem i utrzymaniem tras.  Przeczytałam chyba wszystko, co jest dostępne w sieci na ten temat. Do tego szczęście mi dopisało, gdyż na własne oczy mogłam zobaczyć ewakuację krzesełkowej kolei. No i, co najważniejsze, po znajomości, przejechałam się wyciągiem krzesełkowym, specjalnie dla mnie puszczonym na pełny gaz 😀

Ale bez obaw.  To wszystko jedynie przewija się w tle. Cykl Śnieżna Grań to nie jest instrukcja obsługi ratraka czy śnieżnych armatek. To po prostu sympatyczna i ciepła historia o życiowych perypetiach ludzi, którzy się tym zajmują.

 

Zapraszam zatem, Kochani, na Śnieżną Grań.  Z ogromną nadzieją, że Stachowiakowie, podobnie jak dziewczyny z Pieniek, również na długo zagoszczą w Waszych sercach.

A korzystając z okazji pragnę z całego serca podziękować Wam – moim najlepszym na świecie Czytelnikom :)

 

kolaz1