Browsed by
Miesiąc: Luty 2019

image_pdfimage_print
Złe miłego początki

Złe miłego początki

Trauma z dzieciństwa to nie są przelewki :)

Tu należy zaznaczyć, że za dzieciaka byłam patentowanym niejadkiem i do pewnego momentu mogłam żyć powietrzem i wodą. A że w tamtych czasach się nie wybrzydzało, to namiętnie wtykano we mnie treściwy rosołek, żeby było pożywnie i zdrowo. Płyn jeszcze jakoś mi wchodził, ale makaron już nie. Do dziś mam przed oczami te blade nitki na dnie talerza albo – nie daj Bóg- makaron robiony w domu!

Drugim kulinarnym kwiatkiem była zupa owocowa autorstwa mojej babci. Na przykład z wiśni, taka różowa, zabielana. Oczywiście z domowym makaronem. Boże, co to był za koszmar! Nie zliczę ile razy roniłam łzy do talerza, ale babcia znad morza miała działkę i nie było opcji, żeby mi tą zupą nie zepsuła każdych wakacji.  Doszło do tego, że gdy poznałam mojego obecnego męża i dowiedziałam się, że jego mama także ma działkę, zupełnie poważnie rozważałam dalszą kontynuację naszego związku w kontekście nadprodukcji śliwek, wiśni czy ogórków.

No, ale do rzeczy :)

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy wypadało poznać, tę kolejną,  jawiącą mi się niczym jędza z zaświatów, działkowiczkę. Tym razem mogło być gorzej, bo lokalnie, a i nowy związek mógł przez to ucierpieć, zatem zebrałam się w sobie i z duszą na ramieniu pomaszerowałam do potencjalnych przyszłych teściów na proszony niedzielny obiad zapoznawczy.

Odstrzeliłam się w najlepszą kieckę i założyłam najwyższe szpilki.

Teść na tę okoliczność przywdział garnitur, teściowa paradną garsonkę. Na stole wylądował Rosenthal, który ponoć z nikłym jedynie uszczerbkiem przetrwał dwie wojny światowe. Pełny pion. Gadka-szmatka i tak dalej.

Żywcem mnie nie zżarli, zatem odetchnęłam, ale tylko na moment.

Na stół wjechała kalafiorowa. Oczywiście, niczym szarak czujnie zastrzygłam uszami na info, że to kalafiorek z działki pracowniczej i że tam ładnie, i że przy plewieniu można się ładnie opalić 😀 Jeszcze czego!

Normalnie pewnie bym wypaliła coś w tym temacie, ale w tamtej chwili coś innego przykuło moją uwagę. Otóż zauważyłam, że w moim talerzu pływa sobie robak. Taki klasyczny biały tłuścioch z czarną główką…

Cholera! Co robić? Przecież go nie zjem, pomyślałam. Głupio było tak centralnie powiedzieć, że mi robak się tapla w kalafiorowej, więc go odsunęłam na brzeg talerza, i pewnie na tym by się skończyło, gdyby ten koleś nie wylądował w moim talerzu wraz z połową swojej licznej rodziny! Odsunąć na brzeg jednego białego tłuściocha, to pikuś, ale piętnaście?!

Wszyscy już zjedli, a ja nadal kwitłam nad talerzem i nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać 😀 Na szczęście mój narzeczony zainteresował się dlaczego nie jem.

No i się rypło!

Teściowa cała w pąsach, teść załamany, mąż ubawiony, a ja z myślami oscylującymi w klimatach czarnej polewki.

Nie wiedząc co robić, postanowiłam jakoś pomóc, zatem po drugim, gdzie już na wszelki wypadek wolałam za bardzo nie przyglądać się surówce, zebrałam talerze ze stołu…

Ja nie wiem, kim był ktoś, kto wynalazł tak zwany „chodniczek”, czyli długi, cienki i nieustannie zwijający się dywanik. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby się w niego nie zaplątać. Tak też było i tamtym razem, kiedy biorąc wiraż w przedpokoju pomiędzy salonem a kuchnią, tak mi się to badziewie zaplątało w obcasy, że lotem koszącym wpadłam do kuchni.

No i reszta przedwojennego Rosenthala poszła wpizdu!

 

Byłam pewna, że to koniec wzajemnej integracji, ale, o dziwo, w następny weekend moja przyszła teściowa postanowiła się zrehabilitować za ten robaczywy kalafior i ponownie mnie zaprosiła. Na wszelki wypadek postanowiłam już nie pomagać przy sprzątaniu ze stołu, no i założyłam buty na płaskim.

 

Przeżyłam deja vu :) Wprawdzie tym razem na stół wjechał arcoroc, ale znów pojawiła się gadka o tej przeklętej działce. Że tym razem warzywa korzenne w zupie jarzynowej już z pewnością nie sprawią takiej niespodzianki, jak nieszczęsny kalafior. To fakt. W życiu nie widziałam robaka w marchewce, więc z ufnością zaatakowałam jarzynową, szczerze podziwiając matkę mojego wybranka, że tak idealnie wszystko pokroiła w kosteczkę.

I wiecie co? Ja chyba powinnam jadać z zamkniętymi oczami 😀 Już prawie kończyłam, jak coś mi kwadratowego mignęło na dnie talerza. Po kolejnych dwóch łyżkach przestałam jeść, w obawie, że uduszę się ze śmiechu.

Należy wiedzieć, że po wcześniejszej wpadce wszyscy przyglądali mi się bacznie, zatem, gdy tylko zastygłam z łyżką nad talerzem i wlepiłam wzrok w zupę, od razu się zainteresowali.

Nie wytrzymałam.

Na dnie mojego talerza pływała sobie papierowa etykietka z napisem:

Hortex mrożona mieszanka warzywna 😀

 

 

 

Wyobraźnia to przekleństwo

Wyobraźnia to przekleństwo

Tyle się gada o rozwijaniu wyobraźni u dzieci a nikt nie raczy powiedzieć, czy są jakieś metody by tę cholerę wyobraźnię jakoś okiełznać. Stoję sobie na przykład w sklepie, wybieram cytryny a tu pyk i w głowie napisał się mi się horror o kierowcy TiR-a, który jeździ po Europie, morduje kogo popadnie a ciała składuje za skrzynkami cytryn. Albo idę sobie przez park, wcale nie musi być ciemno, ale i tak za każdym krzakiem czai się zombie albo inny popapraniec z morderczymi zamiarami. Uwierzcie mi, książkę można napisać na podstawie absolutnie każdej życiowej czynności. Nie wierzycie? No to proszę bardzo 😀

Za każdym razem, gdy nad głową przelatuje mi samolot, to na bank został uprowadzony a na pokładzie zawsze trwa szarpanina pomiędzy pilotem i terrorystami. W efekcie samolot za chwilę spadnie mi na łeb. Znaczy trzeba się mieć na baczności 😀

Jak często chodzicie do Ikei? Pewnie raz na jakiś czas wpadacie. Ja nawet lubię, ale przed południem, gdy tłumów nie ma. I za każdym razem zwiedzam te fejkowe mieszkanka. I nieważne, że prawie zawsze wyglądają tak samo, bo aranżacje zmieniają raczej opieszale. Nie szukam oczywiście inspiracji do chaty. O nie 😀 Na wypadek apokalipsy obczajam najlepsze mieszkanko, które zajmę, gdy klienci uwięzieni w sklepie (na zewnątrz szaleje straszny żywioł albo inna katastrofa ogólnoświatowa) zaczną tworzyć własne postapokaliptyczne społeczeństwo a miarą statusu będzie zajmowany metraż. Lepsze sztuczne mieszkanie niż sofa z promocji, co nie? Bliskość stołówy z klopsikami oczywiście ma strategiczne znaczenie. Po cichu kalkuluję, który dział najbardziej opłaca mi się przejąć. Akcesoria kuchenne? Ma sens, bo przecież noże z serii 365+ to doskonała broń biała w czasie zawieruchy. Ale z drugiej strony dział tkanin, kołder, pościeli i narzut byłby na topie podczas zimy nuklearnej. Prąd padnie, więc dział ze świeczkami też jest całkiem sensowny do zaanektowania. Tyle opcji? Co wybrać? Snuję się po tej cholernej Ikei i oczywiście zaangażowana w priorytetową sprawę przetrwania, zapominam kupić to, po co przyjechałam. Ale o klopsikach pamiętam. W końcu jak wkraczać w apokalipsę to lepiej z pełnym żołądkiem 😀

Większość matek ma problem z zostawieniem dziecięcia po raz pierwszy w przedszkolu. W sumie naturalna sprawa i zrozumiały stres. W końcu po trzech latach, podczas których dzieciak non stop na nich wisiał, można się poczuć nieco łyso. Ja odprowadziłam, wróciłam do domu i przez kolejne kilka godzin napisałam w głowie kryminał z porwaniem dziecięcia w roli głównej. Przedszkole zaatakowali podli ludzie, załatwili personel gazem usypiającym a potem powiązali dzieci w fachowe snopki i wywieźli w siną dal w celu odsprzedania organów na czarnym rynku. Tak się wkręciłam, że dyrektorkę zrobiłam zbrodniczym mózgiem zamachu i nigdy nie zdołałam jej polubić 😉

A teraz pewnie zapytacie, kiedy mi się to wszystko zaczęło i ile lat miałam, jak upadłam na główkę 😀

Otóż problem polega na tym, że mam to absolutnie od zawsze. Odkąd sięgnę pamięcią to wymyślałam jakieś totalne głupoty i zamiast jak każde inne, normalne dziecko bawić się z pełnym zaangażowaniem, na przykład w chowanego, to właziłam do przysłowiowej szafy i wyobrażałam sobie przejście do bajkowego świata. Przysięgam, że kotłowało mi się to w głowie, zanim przeczytałam o Narni 😀

Albo chomik. O z chomikiem to miałam grubszy temat. Dostałam go w prezencie od Mikołaja. Siedział w akwarium, miał domek i dopóki kot go nie niepokoił to zajmował się swoimi chomikowymi sprawami. Siadywałam wówczas przed szybą i przykładając palce do skroni próbowałam gryzoniowi wydawać polecenia za pomocą myśli 😀 Rozkazy były dość oczywiste: „Idź do michy”, „wejdź do domku” albo „zakop się w trocinach”. Niewielka ilość wariantów sprawiała, że tak w 1/3 polecenia generowane siłą mojego umysłu doskonale się sprawdzały. Uznałam, że mój mózg potrafi wiele. Ale potrzebowałam potwierdzenia. Usiadłam więc na parapecie po turecku i nakazałam drzewom, żeby zaczęły poruszać listkami. Fakt, że wiał dość solidny wiatr zupełnie nie zmącił mojego wyobrażenia o potędze ludzkiego umysłu 😀

I jeszcze te nieszczęsne sny. Od dziecka mam tak, że prawie co noc śnią mi się nieomal gotowe scenariusze. Czasem horror, czasem kryminał, czasem zwyczajne sceny zagłady świata. Bywa, że nad moją głową przelatuje śnieżnobiała, wręcz lśniąca w słońcu głowica nuklearna a czasem ot tak siedzę w pociągu, który jedzie donikąd a obok mnie siedzi Han Solo. Uśmiecha się sympatycznie, po czym wypycha przez okno bogu ducha winną dziewuszkę a chłopakowi, który rzuca się jej na pomoc wbija w oko śrubokręt. Pociąg hamuje a odgłos do złudzenia przypomina ryk Chewbaki 😀

Nie będzie więc dużym zaskoczeniem, gdy napiszę, że SeeIT też mi się przyśniło. Wstałam rano z gotowym pomysłem i po prostu usiadłam i zaczęłam pisać. Banalne, ale tak właśnie było 😀

A dzisiaj jest premiera mojego snu. Zadziwiające, prawda? Oddaję Wam tę opowieść z nadzieją, że się Wam spodoba. W pewnym sensie nawet nie skłamię pisząc: połóżcie główki na mojej poduszce :)