Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Piżama day party

Piżama day party

Dziś, stojąc samochodem na czerwonym świetle, ujrzałam jak z sąsiedniego samochodu wysiadł mężczyzna w piżamie i szlafroku. Cóż, zimno dziś, zatem szlafrok nie dziwi. Ale w piżamie?  Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było na przykład pod jakimś domem albo blokiem. Przecież facet mógł wyjść ze szpitala i ktoś go podwiózł, prawda? Ale nie, wysadzono gościa pod placem targowym i najnormalniej w świecie poczłapał sobie w bamboszach na zakupy. Kurczę, a może rzeczywiście wyszedł ze szpitala, miał w domu pustą lodówkę i chciał przed powrotem zrobić zakupy?

Dość na tym, że zwrócił na siebie uwagę i niejeden się za nim obejrzał. Ja też :) Ale jako, że hipokrytką nie jestem to przytoczę tu własną piżamową akcję, kiedy to pewnej wakacyjnej nocy wylądowałam z dusznościami w kieleckim szpitalu wojskowym. Karetka zgarnęła mnie wtedy prosto z lasu, właśnie w piżamie. Do tego mój zaspany mąż wyposażył mnie na drogę w kosmetyczkę, polarowy pled, grube spodnie od dresu oraz za duże na mnie, o pięć rozmiarów, adidasy mojej córki.

Do rana zdążyłam ozdrowieć, więc mniej więcej koło ósmej wypisano mnie ze szpitala. Zadzwoniłam więc do męża, żeby po mnie przyjechał, a że miał prawie godzinę jazdy, zatem za wygrzebane z dna kosmetyczki drobniaki kupiłam sobie w automacie dużą coca-colę i wyszłam na zewnątrz. Upał w tamtym czasie panował niemiłosierny, więc darowałam sobie spodnie od dresu i przycupnęłam na szpitalnym ogrodzeniu. W końcu baba w piżamie, w bezpośredniej bliskości szpitala, to nie dziwota, więc w oczekiwaniu na męża spokojnie obaliłam colę i ciupnęłam kilka partyjek w Candy Crush.

Niestety, po godzinie okazało się, że mój ślubny jeszcze nawet z miejsca nie ruszył, bo zatrzasnął się domku i nie mógł wyjść. Korzystając z reszty baterii w telefonie zorganizowałam mu ewakuację i mając przed sobą kolejną godzinę sterczenia pod szpitalem, przeniosłam się na skwerek i zainstalowałam w cieniu, pod drzewem. Ułożyłam się plackiem na kocu i z niemałą przyjemnością zagapiłam na liście.

Ech, mój błogostan nie trwał długo, ponieważ każdy przechodzień myślał, że zasłabłam albo umarłam, więc podchodził i pytał czy dobrze się czuję. Kurczę, nigdy nie czułam się lepiej, a po końskiej dawce sterydów jaką zaaplikowano mi w nocy, mogłam w kwadrans przenieść Kopiec Kościuszki z Krakowa do Sopotu!

Zdenerwowana, że mi przeszkadzają, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam machać nogami, żeby było widać, że żyję. Kurczę, bateria zaczęła pikać coraz częściej, a w Candy Crush skończyły mi się życia, więc z nudów postanowiłam zrobić porządek w kosmetyczce. Przy okazji zrobiłam też pełny makijaż.

W szpitalu personel skończył właśnie nocny dyżur, a ja kątem oka zauważyłam, że dużo ludzi wyszło sobie na spacer i niektórzy robią mi zdjęcia. A co tam! Światło było dobre, a ja nie mając nic lepszego do roboty, znalazłszy pęsetę, przystąpiłam do żmudnej czynności regulowania łuków brwiowych.

Nagle rzuciło mi się w oczy, że chyba wszyscy pracownicy szpitala właśnie postanowili wyjść na papierosa. Ludzie w białych kitlach niby mimochodem krążyli obok i zerkali dyskretnie w moją stronę. Mych uszu, doszły też komentarze, czy aby na pewno nie uciekłam z psychiatryka. Jedna z pielęgniarek na widok pęsety nie wytrzymała i szturchnęła koleżankę w bok, mówiąc: „Ty, Zosia, patrz! Pewnie jakaś jeb…ta!”.

Gdyby nie to, że mój pęcherz właśnie odnotował świeżą dostawę wypitych wcześniej napojów, pewnie umarłabym ze śmiechu, ale zważywszy na fakt, że toaleta jest w szpitalu, a przedrzeć się przez izbę przyjęć wcale nie jest tak łatwo, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Pobliskie krzaczki również nie wchodziły w grę, a sprawa zaczynała robić się poważna, ale jak tylko sobie pomyślałam, że kolejne dwadzieścia cztery mogę spędzić w innej państwowej instytucji, postanowiłam być twarda. Na dodatek, po całej nieprzespanej nocy, wypisali mnie na głodniaka, a żołądek właśnie zaczął głośno upominać się o swoje.

Telefon. Odebrałam, szczęśliwa że mąż właśnie przybył na ratunek, ale niestety. Zadzwonił tylko po to, żeby mi powiedzieć, że w Kielcach jest remont drogi, sterczy w korku i nie wiadomo kiedy dojedzie.

Blisko trzygodzinne koczowanie na skwerku przy ruchliwej ulicy w centrum miasta, było doznaniem ciekawym, ale jeszcze ciekawszym była wizyta w McDonaldzie, ponieważ od razu po przybyciu męża zażądałam wizyty w najbliższej toalecie i to NATYCHMIAST. Pusty żołądek również nie pozwolił stamtąd odjechać bez jedzenia, więc nie oglądając na osłupiałą klientelę wparowałam do środka rozczochrana, w piżamie, w za dużych o pięć rozmiarów adidasach oraz z eleganckim make-up’em, i zapodałam sobie bułę.

Mąż, na wszelki wypadek, stanął nieco dalej :)

Martyna 11

Martyna 11

Rozdział 11

W którym nasza bohaterka musi wtopić się w egzotyczne tło, a do tego nie tracić głowy

Gdy  opadł  już  pustynny  kurz,  nasza  dzielna  bojowniczka  o  prawa  Ziemi  odkaszlnęła  gwałtownie,  po czym rozglądając się czujnie wokół siebie, namierzyła drewnianą sławojkę, która tkwiła w nieznajomym otoczeniu  jak  oaza  oferująca  cień  normalności. Martyna  zakradła  się  chyłkiem  za  jej  naruszoną  zębem czasu  ścianę  i  nie  ściągając  kaptura,  nastawiła  uszy  i  oczy  na  odbiór. Nieufna  tym  razem,  zaczęła  się zastanawiać, czy w owych czasach  istniały  sławojki  i czy komputer znów nie zrobił  jej w wała, ale po namyśle doszła do wniosku, że co jak co, ale takie przybytki musiały istnieć od zawsze, nawet jeśli źródła historyczne dyskretnie milczą na ich temat. Inna sprawa, że nie była do końca pewna, w którym właściwie roku się znajduje. Jak już wcześniej wspomniano dawne dzieje kojarzyły się Martynie wyłącznie z zieloną tablicą i kłapiącym sztuczną szczęką „barankiem”. Starając się skoncentrować na bieżącej, choć nieznanej rzeczywistości, nasza bohaterka wychyliła się ostrożnie zza kibelka i chłonęła rozgrywające się przed jej oczami wydarzenia. A było na co popatrzeć.

Wnikliwa obserwacja zza sławojki

Zmierzch  kładł  się  zdradziecką  kurzą  ślepotą  po  pustynię.  Dokładnie  naprzeciw  sławojki Martyna  ujrzała  kamienne  domostwo  imponujących  rozmiarów,  od  którego  oddzielały  ją znajomo wyglądające aromatyczne krzaki i ogromny piaszczysty plac przed wejściem. Gdzieś nad  uszami  ćwierkały  cykady,  które  po  chwili  stopiły  się  w  jedną melodię  z  dziwacznymi piszczałkami. Z kurzu pustyni wyłonił się orszak  liczący sobie więcej niż sto osób. Na czele pochodu  szła  omotana  błękitną  szatą  kobieta.  Towarzyszył  jej  szczupły  koleś.  Za  nimi podążała cała grupa  ludzi omotanych w prześcieradła czy  też szaty  łopoczące w  łagodnym, wieczornym wietrzyku.  Zapóźnione  ptaszyska  poderwały  się  na  takie  dictum  i  z  podobnym łopotem skrzydeł pospiesznie opuściły okolicę. Jeden nie omieszkał nasrać Marynie na ramię przed finalnym odlotem. Martyna, zgrzytając zębami, ścierała liściem paskudztwo z chałata, nawet  na  chwilę  nie  spuszczając wzroku  z  kotłujących  się  na  dziedzińcu  ludzi. Próbowała odnaleźć choć jeden rudy kłak wysuwający się spod cnotliwego welonu, lecz w gęstniejącym mroku  było  to  kompletnie  zdane  na  niepowodzenie. Ludzie  zaczynali  znikać w  oświetlonej pochodniami  kamiennej  bramie,  drepcząc  dostojnie  za  pierwszą  parą.  Martyna,  nagle podniesiona  na  duchu,  cofnęła  się  za  sławojkę  i  opierając  się  plecami  o  jej  tylną  ścianę, rozciągnęła  usta  w  złośliwym  uśmiechu.  Najwyraźniej  w  kamiennym  domostwie  właśnie rozpoczynało  się  wesele,  a  nasza  etatowa  bywalczyni  podobnych  zgromadzeń  wiedziała jedno: za pół godziny z budynku zaczną się wylewać przygodne parki szukające  intymności pobliskich zarośli oraz stada korpulentnych wujków, którzy również będą poszukiwać zarośli, choć  zgoła  z  innego  powodu. Niezależnie  od  tego,  ile  lat  człowiek  cofnie  się w  czasie,  to pewne  mechanizmy  ludzkich  zachowań  pozostają  bez  zmian.  Wystarczy  tylko  chwilkę poczekać.

Martyna  zapatrzyła  się  w  nieznajomą  konstelację  gwiazd  widniejącą  na  bezchmurnym  niebie i zadała sobie w myślach pytanie:  jak daleko  jest stąd do statku Raj 3.14  i do F.I.U.T.E.K. Nie znajdując sensownej  odpowiedzi,  przymknęła  oczy,  ulegając  zawirowaniom  trzeciej  strefy czasowej  w  ciągu ostatnich  dwóch  godzin  i  odpłynęła  w  rozkosz  sennego  niebytu.  Śnił  się  jej  lepszy  świat  i  lepsze perspektywy.

Sen o lepszym świecie i lepszych perspektywach

Martyna pędziła boso po głaskanej wiatrem  łące w  stronę czystego błękitu nieba. Spod  jej stóp unosiły się bielutkie  i puszyste nasiona dmuchawców  i pędziły dalej, niż myśl  sięga. Z kaczeńców  spływała  przezroczystymi  kroplami  poranna  rosa  i  staczała  się  bezgłośnie pomiędzy  karłowaty  wdzięk  wyblakłych  na  słońcu  niezapominajek.  Świat  zredukował zawrotne  tempo  wydzielania  spalin  oraz  innych  świństw  i  dyszał  rytmem  planety  w oczekiwaniu  na  kolejny  krok  naszej  orędowniczki  piękna,  która  zatrzymała  się  i  rozłożyła ramiona,  zwracając  dłonie  w  stronę  słońca.  Jastrząb,  poprzysięgając  przejście  na wegetarianizm, delikatnie złożył nienaruszone kociątko u stóp Martyny  i chwytając w dziób wiecheć koniczyny, uniósł się majestatycznie ponad śnieżnobiałe i nad wyraz proporcjonalne chmury  rozpięte  nad  linią  nieskazitelnie  ekologicznego  sosnowego  lasu.  Nasza  uśpiona ekolożka uniosła delikatnie kociątko i potrząsając włosami jak w zwolnionym filmie, wlepiła spojrzenie w pobliską norkę, przed którą  skruszony  kot wypuścił właśnie  zdrową  i w pełni władz  umysłowych  nornicę. Martyna  uśmiechnęła  się  radośnie  i  pieszczotliwie  pogłaskała trzymanego w rękach kociaka. Nornica stanęła słupka i poruszając wąsikami wpatrywała się zagadkowo w Martynę. Kociak nie wytrzymał napięcia i wyrwawszy się stanowczo z ramion swojej wybawczyni, doskoczył do gryzonia. Nasza pacyfistka postąpiła krok do przodu i swą szlachetną wegetariańską  stopą natrafiła na całkiem świeży krowi placek. Zmełła w ustach życzenia  pod  adresem  krowy,  które  jaroszce  raczej  nie  przystoją,  i  zapatrzyła  się w  dal w nadziei  na  odnalezienie  krystalicznie  i  ekologicznie  czystego  jeziorka,  w  którym  mogłaby zmyć  gówno  ze  stopy.  Sen  zmierzał  w  złym  kierunku,  więc Martyna  wyobraziła  sobie,  że siedzi na kanapie a z fotela zerka na nią badawczo świnia ukrytym za okularami wzrokiem i miarowo  kołysze  przed  jej  twarzą  trzymaną  w  prawej  raciczce  marchewką.  Oczy  naszej bohaterki kołysały się wraz ze skołataną głową, a jej dłonie zacisnęły się w oczekiwaniu na rychły deszcz.

Deszcz  nie  nadszedł,  ale  naszą  bohaterkę  ze  snu  o  lepszym  świecie  wybudził  odgłos upojnego sikania, który echo niosło po zmurszałych ścianach starożytnej sławojki. Martyna poderwała się na równe nogi  i  starając  się  zachowywać możliwie  cicho,  podkradła  się  do  pobliskich  krzaków,  gdzie  kucnęła  i zamarła w oczekiwaniu. Jej wewnętrzny zegar obwieścił, że na statku zdecydowanie minęła już godzina jedenasta  w  nocy  i  za  niespełna  pięćdziesiąt  minut  Ziemia  będzie  jedynie  nazwą  przylepianą  od niechcenia do obrazów zgromadzonych w galeriach Układu. Na dziedzińcu stali zbici w niewielkie grupki weselnicy  i  co  chwila wybuchali  śmiechem. Martyna  uznała,  że  nie ma  już więcej  czasu  i wężowym ruchem  wysunęła  się  zza  krzaków.  Starając  się  wtopić  w  tło,  podeszła  do  drzwi  wejściowych  i odpowiadając  uśmiechem  na  radosne  skinięcia  biesiadników,  ostrożnie  weszła  do  wnętrza  domostwa, gdzie jej oczom ukazały się ustawione w tradycyjną podkowę weselne stoły. Nasza podróżniczka omiotła sytuację  względnie  trzeźwym  spojrzeniem  i  namierzyła  Ziomusia,  który  gestykulując,  coś  opowiadał swojej  rozmówczyni.  Tuż  obok  siedziała  zasłuchana  w  jego  słowa  kobieta,  a  nieco  dalej  stał facet intensywnie w nich wpatrzony. Kobieta sięgnęła po flaszkę i rozlała zawartość do kielichów. Nad stołem rozniósł się niepohamowany śmiech, który przywabił kolejnego biesiadnika. Kobieta uniosła flaszkę jego kielichem, lecz po chwili okazało się, że flaszka bezpowrotnie wyschła. Martyna obserwowała akcję, skubiąc  od  niechcenia winogrona  spoczywające  na pobliskiej  tacy. Typ,  który  jako  ostatni  dołączył  do towarzystwa, pstryknął palcami  i odszedł, by po  chwili wrócić  z kolejną  flaszką. Ziomuś podskoczył  z radości i napełnił kielichy.

– Jak cię zwą? – wybełkotał, czyniąc dyshonor kuzynowi.

– No jak to? – odparł pan młody. – Janek jestem, nic się nie zmieniło!

– Aha – odpowiedział syn Szefa i polał po następnej kolejce.

Pan  młody,  najwyraźniej  jeszcze  nie  całkiem  pijany,  postanowił  dogłębnie  objaśnić  kuzynowi sytuację.

– No więc, twoja matka to krewniaczka mojej, a z racji tego, że jest wielce poważaną osobą, więc ty też pełnisz dziś rolę honorowego gościa, kuzynie!

Młody walnął szklanę i zogniskował wzrok w szczerych oczach Janka.

– Jak to matka jest poważana? A ja? – zapytał płaczliwie.

– A  ja  tam nic nie wiem. – odparł dyplomatycznie  Janek. – Pani Marysia  to  jest gościówa,  i  tyle wiem. A ty, kuzynie, ciesz się, że jesteś synem takiej przedsiębiorczej matki!

– Przedsiębiorczej? – zapytał Ziomuś. – Przedsiębiorczej? A co to do cholery znaczy?

– No cóż! – powiedziała rozchichotana szatynka, pojawiając się nagle za plecami mężczyzny, który do tej pory nie wyrzekł nawet słowa. – Pani Marysia zaopatruje nas dzisiaj w wino, więc nie dziwi, że jest honorowym gościem, no nie?

– Ta! Zaopatruje! – powiedział koleś, dotychczas opierający się o wezgłowie krzesła Ziomusia. – To dlaczego już go nie ma? Kobieta  siedząca  naprzeciwko  Ziomusia  wyprostowała  się  służbiście,  po  czym  lekceważąco machnęła  ręką.  Rozchichotana  szatyna  już  się  ulotniła  i  nad  stołem  zapanował  względny spokój naznaczony  jedynie  natarczywym  pytaniem  zawoalowanej  kobiety.  Martyna  wciągnęła  kolejną  garść winogron i badawczo wpatrywała się w towarzystwo.

– Mam to w dupie! – powiedział syn Szefa. – Idę po wino!

– A ja mam w dupie ciebie – powiedział spokojnie wiszący na oparciu krzesła typ. – I nie idziesz

po żadne wino.

– Wino? – powiedziała słodko kobieta. – Napiłabym się jeszcze!

Ziomuś uniósł się ciężko i wymijając współbiesiadników, podreptał na dwór. Facet  kołyszący  się  dotąd  na  krześle  zerknął  nienawistnym  wzrokiem  na  kobietę  i  kręcąc  z ubolewaniem  głową  oddalił  się,  wyładowując  uprzednio  emocje  na  krześle,  które  zakołysało  się niepewnie, po czym padło bez czucia na kamienną posadzkę.

Martyna porzuciła z żalem tacę z winogronami i wybiegła chyłkiem w ciemną noc, nieomal dysząc w  plecy  syna  Szefa.  Skryła  się  za  krzakiem  i  kucnęła,  spinając  się  do  skoku.  Jej  wewnętrzny  zegar podpowiadał, że czas się kończy nieuchronnie i że pora coś wykombinować.

Młody  zatoczył  się  i  puścił  pawia  pod  własne  sandały.  Świerszcze  cykały,  noc  obiecywała spełnienie tajemnic, a jakiś wujek nieustająco stękał w sławojce. Nasza bohaterka przywarła za krzakami w oczekiwaniu na przełom, który uzasadni jej absurdalny czasowy impas. Syn Szefa otarł usta rękawem weselnej  szaty  i  chybotliwie  podszedł  do  drzwi  sławojki.  Przez  chwilę wpatrywał  się w  jej  zmurszałe drzwi, by wreszcie unieść do ust nadgarstek  lewej dłoni  i coś do niego wybełkotać. Martyna wychyliła ciekawie  łeb  zza  krzaków  i  podążając  za wzrokiem Ziomusia,  utkwiła  spojrzenie w  czeluści  kosmosu. Razem  trwali  w  niecierpliwym  oczekiwaniu,  choć  każde  z  nich  z  innego  powodu.  Po  chwili  na dziedziniec wytoczyli się znajomi Ziomusia i kłócąc się między sobą zawzięcie, podeszli do syna Szefa, idąc  tropem  barwnego  pawia. Kobieta  dopadła  do młodego  i  agresywnie  szarpnęła  go  za  ramię.  Facet odciągnął  ją  na  bok  stanowczym  gestem,  po  czym  podszedł  łagodnie  do  Ziomusia  i  zaczął  mu  coś tłumaczyć. Młody zarzucił energicznie włosami i odepchnął faceta, który wycofał się, unosząc dłonie do góry.  Babeczka  zarzuciła włosami  i  stanęła  obok  chwiejącego  się  na  nogach  syna  Szefa, wraz  z nim wpatrując się w niebo.

Po chwili niebo rozbłysło i za sławojką wylądował z ciężkim jękiem przestarzały prom z barwnym napisem  łuszczącym  się  z  lewego  boku  pojazdu. Martyna  przechyliła  głowę  i  przeczytała  z  trudem: „Cosmo-catering”.  Tylny  właz  pojazdu  otworzył  się  gwałtownie  i  ze  środka  zaczęły  się  wytaczać drewniane  beczki  przyozdobione  nachalnym  napisem  „Dobre  wino.  Rocznik  02”.  Ziomuś  zaczął  rżeć radośnie, zawtórowała mu kobieta. Stojący z tyłu facet złapał się za głowę i zszokowany gapił się w rząd schludnie ustawionych beczek. Syn Szefa obrzucił beczki jeszcze jednym pełnym zachwytu spojrzeniem, po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  pobiegł  do  wnętrza  budynku,  by  zanieść  pobratymcom  szczęśliwą nowinę.  Kobieta  pobiegła  za  nim,  gubiąc  po  drodze  sandały  i  rozrzucając  po  plecach  rdzawe  długie włosy.

Martyna,  niepomna  obecności  obcego  faceta  bezwiednie  wstała  i  czując  przez  skórę,  że  beczki stanowią poważny problem, podeszła do nich jak ćma frunąca bezmyślnie w stronę świeczki. Stanęła nad nimi i ujęła się pod boki przekrzywiając głowę. Beczki sprawiały wrażenie ciężkich, więc upłynnienie ich w pobliskich krzakach za sławojką graniczyło z cudem. Godząc się z porażką, Martyna nabrała powietrza w  płuca,  by  zażądać  natychmiastowej  teleportacji  na  łono  przyjaznego  statku  pełnego  zdradzieckich komputerów. Po chwili zmieniła zdanie, gdy poczuła ciepłą dłoń, która uścisnęła jej łokieć uspokajająco.

Odwróciła głowę  i ujrzała znajome ciepłe oczy. Nie miała pojęcia, gdzie wcześniej widziała  ich kojące błyski, ale instynktownie zaufała ich właścicielowi, który wskazał na beczki i uśmiechnął się złośliwie.

Martyna,  pozbywając  się  znamion  paniki,  zapatrzyła  się  w  nierówny  horyzont  rysujący  się za sławojką  i  w  mig  załapała  plan  wspólnika.  Zerknęła  na  niego  i  uciekając  od  magnetycznych  źrenic, kiwnęła potakująco głową. Facet  wystawił  obutą  w  prymitywny  prototyp  Sholla  stopę  i  z  całej  siły  kopnął  beczkę,  która potoczyła  się z  łoskotem po wzgórzu  i zniknęła za  sławojką. Martyna,  idą za  jego przykładem, zaczęła gorączkowo  strącać  beczki,  z  każdą  chwilą  umacniając  się  w  przekonaniu,  że  jeszcze  nie  wszystko stracone.  Jej  znajomy właśnie  kopnął  ostatnią  beczkę,  która  nieco  zboczyła  z  kursu  i  rozbiła  się  przed drzwiami  sławojki,  obryzgując  zawartością  wyłaniającego  się  z  przybytku  wujka  panny  młodej.  Typ parsknął z oburzeniem, po czym wtoczył się pomiędzy nogi pasącego się opodal osiołka i tuląc w ramionach pokaźny snopek siana zasnął, błogo pochrapując.

Martyna zerknęła triumfalnie na ogołocony plac i pytająco zerknęła na mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niej ciepło i wskazał zwałowisko beczek, chaotycznie ustawionych za plecami chrapiącego wuja i żującego spokojnie osiołka. Ramię w ramię ruszyli po beczki, które przetoczyli w kilka minut na środek dziedzińca. Słysząc harmider  i  łoskot stóp za plecami, wskoczyli za niosącą aromat galaktycznego wina sławojkę i przycupnęli bezszelestnie. Ziomuś właśnie dopadał do opłaconych uprzednio kartą kredytową ojca  beczek  i  radośnie  gestykulując  namawiał weselników,  by  podeszli  i  spróbowali  trunku. Kilkoro  z nich podeszło i fachowo podważając wieczko beczki, zaczerpnęło kubkiem z jej czeluści.

– Deszczówka! – powiedział ktoś z pretensją w głosie.

Jeden po drugim spluwali z obrzydzeniem na piasek i pukając się w głowę odchodzili do wnętrza budynku. Martyna  z  satysfakcją  zerknęła  na  Ziomusia,  który  niczego  nie  rozumiejąc,  stał  na  środku dziedzińca i pochmurnie wpatrywał się w beczki. Ruda Magdusia, przyczajona obłudnie przy jego boku, stała  równie  oniemiała  i  gadając  do  nadgarstka  lewej  dłoni,  ewidentnie  próbowała  nawiązać  kontakt  z bazą.

Nasza  bohaterka  spojrzała  na  nowego  znajomego  i  uśmiechnęła  się  do  jego  piwnych  oczu.

Wyławiając  z  lawiny  wydarzeń  nieuchronny  upływ  czasu  i  niepokój  związany  z  kolejnym  zwrotem historii, stanęła i pomachała na pożegnanie ręką do faceta.

– Zabierzcie mnie stąd! – nakazała komputerom.

W  chwili, w  której  jej  pośladki  pognały  ją w  kosmiczne  przestworza,  usłyszała  jeszcze  łagodny głos mężczyzny.

– Martyna! Ja… Dziękuję…

– Nie ma za co! – odparła nasza bohaterka, niosąc w pamięci badawcze spojrzenie piwnych oczu, które spoglądały nieco znajomo, choć był to zapewne zbieg okoliczności.

– Co nie ma za co? – skrzeknął Lewy.

– Gówno  cię  to  interesuje  –  warknęła  Martyna  i  z  niepokojem  spojrzała  jednocześnie  na wskazujący dwudziestą trzecią dziesięć zegar i na kompletnie wygaszone bebechy Środkowego. Coś  było  nie  tak  i  nie  chodziło  tylko  o  planowany  na  godzinę  zero  zero  wybuch  Ziemi.  Coś wybitnie  śmierdziało.  Martyna,  rozdarta  między  koniecznością  obejrzenia  audiotele, pragnieniem ratowania  świata  i  palącą  potrzebą  wpieprzenia  Środkowemu,  na  wszelki  wypadek  opadła  na  fotel  i zapatrzyła się w czarny i wrogi wszechświat ścielący się za szybami kokpitu. Wszystko było do dupy.

– Ty, Lewy!  – warknęła.  – Weź  no mi wyjaśnij,  dlaczego  na Ziemi  chce mi  się  jarać,  a  tu  nie?

Rozrzedzone  powietrze  czy  jak?  –  drążyła  nasza  zrezygnowana  bohaterka,  nie  znajdując  powodu,  by pytać zakłamaną kupę złomu o coś bardziej sensownego.

– To  nie  jest  kwestia  rozrzedzonego  powietrza,  tylko  raczej  problem  jego  zatrucia  –  powiedział cicho spokojny głos za jej plecami. – Młody kazał zainstalować na statku filtry, które nieustannie tłoczą nikotynę do atmosfery.

Martyna odwróciła się gwałtownie  i napotkała ciepłe spojrzenie brązowych oczu, które badawczo wpatrywały się na zmianę w nią i w komputery.

– Pppan Lucjan? – zająknął  się z niedowierzaniem Lewy. –  Jak miło znów pana gościć na  statku Raj 3.14! – dodał komputer entuzjastycznie.

– Zamknij się! – warknął Lucjan i skupił spojrzenie na naszej kompletnie zagubionej podróżniczce w czasie.

Nasza bohaterka podjęła daremną próbę przygładzenia skołtunionych włosów  i arystokratycznego zmarszczenia spalonego na Jamajce noska. Jedno jej wyszło:

Wstała  powoli  z  fotela  i  odnotowując  z  ulgą,  że  nie  zaplątała  się w  troczki  ściągające  nogawki bojówek,  podparła  się  niedbale  o  oparcie  siedziska,  wypinając  wystudiowanym  przed  lustrem  gestem całkiem zgrabną pierś.

Lucjan najwyraźniej podzielał jej wewnętrzne zachwyty  i  jego oczy prześlizgnęły się po sylwetce naszej  bohaterki.  Martyna  upajała  się  sekundą  romantycznej  pantomimy,  której  kryształowe piękno zburzył nieoczekiwany komentarz.

– Z  twoim  kręgosłupem  wszystko  w  porządku?  –  zapytał  troskliwie  przybysz.  –  No  wiesz, nadźwigaliśmy się trochę te dwa tysiące lat temu.

– Tak! – parsknęła Martyna. – A co?

– A no nic – wycofał się Lucjan.

– Ekhm! –  rozległo  się za plecami Martyny. – Państwo pozwolą, że wtrącę  się na  sekundkę. Nie chciałbym  przeszkadzać,  ale  za  mniej  więcej  pół  godziny  meteoryty  dosięgną  Ziemi,  więc w tej sytuacji…

– Zamknij się, matole! – powiedział Lucjan, a Martyna zerknęła z podziwem na intruza, który tak zgrabnie podsumował to, co jej w duszy grało.

– One od początku coś kręciły – powiedziała z przekonaniem nasza niedoszła psycholożka.

– One tylko realizują program – powiedział Pan Brązowe Oczy, machając z lekceważeniem ręką. Martyna zapatrzyła się jak cielę w profil jego twarzy, gdy pochylił się nad Środkowym i próbując przywołać go klawiaturą, podpierał  lewą ręką niedogolony podbródek. Jej romantyzm uleciał po chwili, jak zwijające się przed burzą motyle.

– No i co teraz? – zadała wyjątkowo ciężkie pytanie.

– No teraz to musimy sobie porozmawiać. – odparł Lucjan poważnie.

– Nie mamy czasu! – zaprotestowała Martyna.

– Znajdzie się – rzucił spokojnie jej rozmówca.

Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

Witajcie :)

Dzisiaj naszą Kuchnię Gości odwiedziła Danusia. Niesie gar aromatycznej zupy z czosnku niedźwiedziego. Zapraszamy serdecznie i już wyciągamy talerze 😀
Ale najpierw posłuchajmy, co nam o sobie opowie nasza dzisiejsza bohaterka. 

Mam na imię Danusia. Jestem mężatką i mamą dorosłego Syna Oskara. Mieszkam w Irlandii w uroczym hrabstwie Kerry.  Z wykształcenia jestem ekonomistką. Moja przygoda z gotowaniem trwa, trwa … odkąd sięgam pamięcią. Od dzieciństwa zawsze lubiłam przebywać w kuchni z moją Mamą, która dbała o to, aby posiłki były pyszne, zdrowe, podane tak, by oczami już można było jeść. Mam nadzieję, że te wszystkie wspaniałe cechy po niej odziedziczyłam równocześnie z przepisami, które skrzętnie zapamiętałam. Dlatego, i nie tylko, postanowiłam się tym „dobrodziejstwem” z Wami podzielić.

Przy okazji serdecznie zapraszam na mojego bloga.

A to moje dwie miłości. Pies Lucky i mój ogród:

kolaz1

Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum), inaczej czosnek cygański lub cebula czarownic, to roślina, której właściwościodkryli już starożytni Germanie. Traktowali oni czosnek niedźwiedzi jako uniwersalny lek. Starogermańska legenda głosi, że był on pierwszym posiłkiem niedźwiedzi po przebudzeniu się ze snu zimowego (stąd nazwa rośliny). Doszli więc do wniosku, że skoro czosnek wzmacnia niedźwiedzia, to jest w stanie wzmocnić również człowieka. Należy jednak zaznaczyć, że czosnek niedźwiedzi w niczym nie przypomina tradycyjnego czosnku. Nie ma on formy ząbków, lecz liści, które zawierają najwięcej prozdrowotnych właściwości i są jego najczęściej jadaną częścią. Czosnek niedźwiedzi dzięki swoim walorom znalazł szerokie zastosowanie w kuchni. Nadaje się na przetwory (mrożony, kiszony), pesto, jako dodatek do sosów, pieczywa, twarogów… i nie tylko. Zupa z czosnku niedźwiedziego. 

Składniki:
– ok. 600 g liści czosnku  niedźwiedziego z łodyżkami
– 2,5 – 3 litry bulionu (warzywny lub drobiowy)Zupa z czosnku niedźwiedziego
– różowa sól himalajska
– pieprz czarny grubo mielony
– świeżo starta gałka muszkatołowa (do smaku)
– 1 ząbek czosnku
– śmietanka kokosowa (z 1 puszki mleka
  kokosowego)
– olej kokosowy
Opcjonalnie:
– ziemniaki ugotowane (tzw. „z wody”)
– ugotowany ryż jaśminowy
– jajka ugotowane na twardo
 
 
W zależności od tego, czy chcemy zupę w wersji mięsnej, czy wegetariańskiej gotujemy bulion drobiowy lub warzywny. Ja ugotowałam lekki, mięsny na skrzydełkach drobiowych z dodatkiem warzyw (marchew, pietruszka, seler, por, cebula). Liście czosnku niedźwiedziego dokładnie myjemy i osuszamy. Kroimy razem z łodyżkami. W garnku rozgrzewamy 2 – 3 łyżki oleju kokosowego, wrzucamy pokrojony czosnek, oprószamy solą himalajską i podsmażamy (właściwie dusimy) chwilę, aż zmięknie. Połowę przekładamy (jeżeli lubicie zupy krem – dodajcie całość) do garnka z wrzącym bulionem (czystym, bez warzyw) i  miksujemy blenderem (popularną „żyrafą”). Dodajemy śmietankę kokosową (zebraną z 1 puszki mleka kokosowego), ponownie miksujemy. Stawiamy „na gaz”, dodajemy przeciśnięty przez praskę 1 ząbek czosnku, pokrojoną w kostkę marchew z bulionu oraz pozostały czosnek niedźwiedzi (nie miksowany). Doprawiamy solą, czarnym pieprzem oraz świeżo startą gałką muszkatołową – zagotowujemy. Podajemy z jajkiem na twardo i, do wyboru, z ryżem, ziemniakami z wody lub – z czym kto lubi. Do dekoracji użyłam kwiaty czosnku niedźwiedziego, koperek, chilli nitki i igiełki pomidorowe.
 
kolaz2
 
Zupa z czosnku niedźwiedziego jest daniem błyskawicznym i bardzo prostym w wykonaniu. Można ją przygotować w wersji mięsnej (na bulionie drobiowo warzywnym) lub wegetariańskiej (na bulionie warzywnym).  Właśnie dzięki krótkiej obróbce czosnku niedźwiedziego zachowujemy jego walory zdrowotne i smakowe. Nie po raz pierwszy przygotowuję potrawy z tej wysoko cenionej w ostatnich latach rośliny, ale jedno muszę przyznać – w tym roku (nie wiem dlaczego) czosnek niedźwiedzi jest wyjątkowo aromatyczny. Gorąco polecam i… na zdrowie.
 
final
 
 
Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

Signe Johansen Hygge. Na szczęście

Kultura skandynawska już od lat robi karierę na świecie. Niekwestionowana sławą cieszą się tamtejsi pisarze (głównie kryminałów) a tzw. „styl skandynawski” we wnętrzarstwie to bez wątpienia ciągle jeden z wiodących trendów branży. Niekwestionowanym, choć bez wątpienia kontrowersyjnym ambasadorem skandynawskiego stylu życia jest Ikea, która oplotła świat siecią swoich marketów z białymi meblami a wskutek postępującej „makdonaldyzacji” smak klopsików z żurawiną jest znany we wszystkich zakątkach planety 😉

Signe Johansen jest Norweżką od lat mieszkającą w Wielkiej Brytanii. Być może na skutek nostalgii a może poirytowana faktem, że Skandynawia tak silnie utożsamiana jest na świecie głównie z Ikeą, postanowiła napisać książkę po części kulinarną a po części przewodnik po skandynawskim stylu życia.

Kluczowym, według Johansen, słowem, które pozwala zrozumieć i poznać Skandynawię jest Hygge, które sama autorka przedstawia następująco:

„Czym właściwie jest Hygge?” (..) Jest to duńskie i norweskie słowo, które oznacza poczucie przytulności i bliskości oraz towarzyskość. (…) Hygge polega na byciu z innymi i przyglądaniu się światu. Na czerpaniu z życia prostych przyjemności, na pielęgnowaniu wspólnoty z bliskimi i znajomymi. Hygge elegancko podsumowuje wszystko, co wspaniałe w skandynawskim stylu życia – z tym tylko zastrzeżeniem, że w językach szwedzkim i fińskim takiego wyrazu raczej nie ma”.

Najprościej rzecz ujmując, Hygge to umilanie sobie życia, które ze względu na małe ilości światła słonecznego bywa w Skandynawii trudne. Najwyraźniej zabiegi te są na tyle skuteczne, że pomimo niezbyt sprzyjającego klimatu, mieszkańcy tego regionu są zaliczani do najszczęśliwszych ludzi na świecie. Być może prostota życia, harmonijny wystrój wnętrz, kontakt z naturą i nieskomplikowane jedzenie mają w tym swój udział :)

Książka „Hygge. Na szczęście” jest podzielona na osiem działów tematycznych obejmujących kolejno zagadnienia sposobu spędzania wolnego czasu, filozofii życia, kulinariów (z silnym naciskiem na fikka, czyli słodkie desery) oraz porady dotyczące designu i wystroju wnętrz. Całość jest bardzo przejrzyście zaprezentowana i okraszona wysmakowanymi zdjęciami we właściwym Skandynawom powściągliwym i hołdującym naturalności stylu. Z książki dowiecie się, dlaczego mieszkańcom Północy dekorowanie podłóg dywanami wydaje się barbarzyńskim zwyczajem a fikka jest osłodą całego dnia. W dziale kulinarnym znajdziecie mnóstwo świetnych i prostych przepisów na przekąski, sałatki i dania główne. W rybnych, mięsnych i wegetariańskich odsłonach.

Lojalnie uprzedzamy, że przepisu na klopsiki z żurawiną tam nie znajdziecie 😉

Zapiekane jajka

Zapiekane jajka

final1

Podobnie jak większość ludzkości, rano, przed wyjściem z domu, w pośpiechu ledwie wyrabiam na zakrętach. Każda minuta jest cenna, więc i przy śniadaniu muszę się streszczać. A tak je lubię :) Za to w soboty, gdy nigdzie się nie spieszę, zawsze przyrządzam mojej rodzinie coś ekstra. Dziś chciałam Wam zaproponować pyszny pomysł na zwykłe jajka.

Nie ukrywam, przygotowanie wymaga nieco zabawy, ale gwarantuję, że efekt po stokroć jest wart każdej poświęconej minuty <3

produkty1

 

Składniki na 4 porcje:

– 4 jajka

– 8 kromek chleba tostowego

– 2 średnie pomidory

– 1 średnia cebula

– sól, pieprz, przyprawy, odrobina mąki i masła

– coś zielonego do dekoracji

kolaz1

Na „dzień dobry” odpalamy piekarnik na 190 stopni i w międzyczasie zabieramy się za resztę. Cebulę oraz pomidory siekamy dość drobno i przesmażamy na patelni aż całość zacznie przypominać dość gęsty sos. Dodajemy sól i pieprz.

Naczynia do zapiekania smarujemy wewnątrz masłem i posypujemy odrobiną mąki. Inaczej połowa naszego śniadania zostanie przyklejona do ścianek i będzie odmaczać się kilka godzin.

kolaż2

Z chleba tostowego odcinamy skórki i kromki wałkujemy na płaskie placki. Wykładamy chlebem nasze naczynka, a skórki kroimy w drobną kosteczkę i wsypujemy na blaszkę, na której za chwilę wyląduje reszta naszych przysmaków. Przy okazji zrobimy sobie chrupiące, beztłuszczowe grzanki – idealne jako dodatek do kremowych zup :)

Do naczynek nakładamy pomidorową pastę. Następnie na wierzch wbijamy po jajku. Wystające kawałki chleba smarujemy miękkim masłem.  Gotowe.

Teraz całość ląduje w piekarniku na ok. 15 minut. Pieczemy do momentu, aż białka się zetną, a wystający chleb ładnie się przyrumieni.

Podawać na gorąco, udekorowane zieleninką.

Smacznego :)

lead1

 

Makaron z łososiem

Makaron z łososiem

Makaron jest największym przyjacielem każdego pracującego człowieka 😀 Dzięki niemu przygotowanie ciepłego posiłku zajmuje 15 minut a efekt przeważnie jest zadowalający. Z naszą dzisiejszą potrawą jest nie inaczej. Robi się błyskawicznie, dobrze smakuje i wychodzi każdemu. Czego chcieć więcej? :)

Składniki na 3-4 osoby:

– 300 g makaronu linguine

– 100 g wędzonego łososia

– 2 żółtka

– 50 g startego parmezanu

– 150 ml śmietanki niesłodzonej do kawy 12%

– garść świeżego koperku

– 2-3 ząbki czosnku

– płaska łyżeczka czosnku niedźwiedziego

– kilka kropli soku z cytryny

– szczypta soli i pieprzu

No to do roboty!

Najpierw wstawiamy garnek z wodą na gaz i czekając aż się zagotuje bierzemy się za zrobienie sosu. Do głębokiego talerza wlewamy śmietankę, dodajemy żółtka, czosnek niedźwiedzi, ¾ parmezanu, starty czosnek oraz po szczypcie soli i pieprzu do smaku. Nie przesadźcie zwłaszcza z solą bo przecież parmezan też jest słony.

I teraz taka dygresja mała. Nie kombinujcie z wrzucaniem całych jajek. Białka przydadzą się Wam do czegoś innego a jak dodacie je do tego sosu to zepsujecie cały efekt.

Chyba właśnie nam się woda zagotowała, więc czas ją osolić i wrzucić makaron.

No dobra, czas na mieszanie bazy do sosu. Ma być na tyle starannie, że jak podniesiecie do góry widelec to się za nim ma żółtko nie ciągnąć.

Teraz szybciutko kroimy łososia i wrzucamy do sosu. Czekamy tylko na makaron.

Gdy się ugotuje, to odcedzamy go i przekładamy na patelnię. Od razu wlewamy sos, włączamy mały gaz i ciągle mieszając obserwujemy. Gdy sos zacznie gęstnieć bezzwłocznie przekładamy makaron na talerze. Lepiej zdjąć nawet trochę za wcześnie (sos na talerzu i tak zostanie wchłonięty przez kluchy) niż przeoczyć moment ścięcia się żółtek bo wyjdzie nieapetyczna jajecznica.

Porcje makaronu posypujemy koperkiem, odrobiną parmezanu i kropimy dosłownie kilkoma kropelkami soku z cytryny. I już :)

 

Wściekły toperz

Wściekły toperz

Ech, nie ma to jak czasem wywieźć na kilka dni rodzinę gdzieś poza miasto.

Otóż pewnego długiego czerwcowego weekendu postanowiliśmy udać się do drewnianego domku, gdzieś pod lasem. Naście lat temu to było, ale do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół, a już najbardziej pamiętam, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w środę po południu, to zaczęło lać i lało do soboty, co przy dwójce mniej więcej dwuletnich dzieci i braku domowych czasoumilaczy, ów pobyt mógł wyryć głęboką bliznę w psychice każdego normalnego rodzica.

W pierwszą przerwę pomiędzy jednym intensywnym opadem deszczu a drugim, moje dziatki wypuszczone na wolność, rączo pognały przed siebie. Oczywiście jedno w lewo, a drugie w prawo. Najpierw pobiegłam za tym, co radośnie pocwałowało w stronę wezbranego potoku, po czym zabrałam się za łapanie drugiego, które pognało pomiędzy pozostałe letniskowe domki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to usłyszałam szczebiot dziecięcia mego, które z szerokim uśmiechem wypadło zza sąsiedniej chałupki, zatrzymało się i upewniwszy się, że patrzę, efektownie pociągnęło z butelki solidny łyk zimnego tyskiego. Komu ukradła? Do dziś nie wiem, bo obeszłam okoliczne domki z pytaniem czy komuś przypadkiem nie zginęło piwo.  Nie zdążyłam zapytać w tych dalszych, bo znowu lunęło.  W międzyczasie, drugie dziecię dobrało się do piwa męża mego, na szczęście jeszcze nie zdążył otworzyć :)

W drugiej przerwie pomiędzy opadem gradu i deszczu, dziatki me miłe uprzejme były zaznać zbiorowej kąpieli w oczku wodnym, a na wypadek, jakby tego było mało, jedna z mych córek, korzystając z sekundy naszej nieuwagi, ustawiła się centralnie pod rurą spustową od rynny i radośnie spuściła sobie prysznic.

Szczęściem przeogromnym, mamy takich jednych niezbyt racjonalnie myślących znajomych, którzy to w tych strasznych okolicznościach postanowili nas wspomóc i do nas dołączyć, tak więc po dwóch godzinach mieliśmy już w domku farelkę do suszenia ciuchów, video, dwadzieścia kaset VHS z bajkami i czterolatkę do kompletu. Nastał spokój. A przynajmniej jeśli idzie o dzieci, bowiem mąż mój osobisty tak szczęśliwy, że znajomi przybyli z odsieczą, postanowił nastraszyć dziewczyny.

Czyli koleżankę i mnie :)

W lesie, jakimś cudem ucapił nietoperza i nie zawahał się go użyć. Przyniósł go do domu i strasznie się ucieszył, że krzyczymy :)

Dość na tym, że z wielkim hukiem wyleciał na zewnątrz wraz z przerażoną latającą myszą i niezwykle rad był z udanego dowcipu. I w sumie to by było na tyle, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu mój mąż znalazł na palcu niewielkie zaczerwienienie. Na moje pytanie czy aby nie ugryzł go nietoperz, mój ślubny pobladł straszliwie i drżącym głosem zapytał, czy nietoperki przypadkiem nie roznoszą wścieklizny…

No, rychło w czas ta refleksja, ale nie było na co czekać. W niedzielę wieczorem nie za bardzo było gdzie pytać, Internetu wtedy jeszcze nie mieliśmy, zatem zadzwoniłam do znajomej internistki. Niestety nie wiedziała. Pediatra i ginekolog też nie wiedzieli, więc zadzwoniłam do weterynarza. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Dzień dobry doktorze. Iza Frączyk.

– O, witam, pani Izo, znowu coś się stało kotkowi?

– Nie, doktorze, dziękuję, kot zdrowy. Tym razem dzwonię w sprawie męża- powiedziałam i w skrócie wyłuszczyłam sprawę nietoperzy.

No niestety, nosiciele jak złoto. Mąż mój pobladł jeszcze mocnej i z pamięci zacytował sobie radiowy komunikat z „Lata z Radiem” o serii bolesnych zastrzyków w brzuch. W pięć minut był w drodze do szpitala. Na szczęście zastrzyków jest tylko trzy i to nie w brzuch, tylko w ramię, więc wrócił uradowany. Jak się koniec końców okazało to nie były przelewki. Jako że wścieklizna to choroba zwalczana z urzędu, odpowiednie służby mają prawo doprowadzić pacjenta siłą na kolejny zastrzyk, a mój mąż… sobie zapomniał o ostatniej dawce … :)

Dość na tym, że na koniec trzeba było sporządzić odpowiedni raport do Sanepidu i dokładnie opisać całe zdarzenie.  Dałam z siebie wszystko :) Dobrze, że wtedy jeszcze nie pisałam książek, bo chyba nikt by nie uwierzył w barwną opowieść, jak to mój Bogu ducha winny mąż szedł sobie spokojnie przez las i nagle został napadnięty przez wściekłego toperza krwiopijcę, który podstępnie, zza krzaka, rzucił się na niewinnego turystę.

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Gdyby diety odchudzające działały, do tej pory wszyscy bylibyśmy szczupli. A prawda jest taka, że wciągamy setki milionów osób w wojnę, do której nie jesteśmy właściwie przygotowani.

Wydawało się nam, że jako osoby będące z dietami za pan brat, o odchudzaniu wiemy już wszystko. Tymczasem, po lekturze książki „Dlaczego tyjemy od diet” autorstwa Sandry Aamodt, okazało się, że po wielu latach jedynie wiemy, że gdzieś tam dzwonią, ale dokładnie nie wiadomo,  w którym kościele.

Zwykle każdej z diet towarzyszy jakaś ideologia, na której opieramy swój jadłospis. Zasadniczo wszyscy, mniej więcej, wiemy o co chodzi, znamy zasłyszane fakty i mity. Tymczasem po lekturze tej książki już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że to wszystko nie tak.

W kolejnych rozdziałach autorka prowadzi nas po meandrach naszej własnej psychiki, podchodzi do tematu w sposób bardzo merytoryczny, opierając swoje teorie na twardych naukowych dowodach i faktach, argumentując niezbicie, że wszystkiemu winny jest nasz mózg. Odchudzanie to nic innego jak ciągła walka z silniejszym przeciwnikiem i zazwyczaj bez szansy na wygraną. Przykładowo udowadnia, że osoby, które znacznie schudły, w niedługim czasie z powrotem wracają do dawnej wagi i do tego dorzucają jeszcze dodatkowe kilogramy. Dlaczego? Bo nasz mózg „wie lepiej”, bo przegraliśmy kolejne starcie. Bo… No właśnie? Dlaczego?

Odpowiedzi na to, jak również i na wiele innych nurtujących nas pytań, znajdziemy na kartach tej właśnie pozycji. Aamodt obala wiele obiegowych teorii na temat odchudzania, w które niejeden z nas święcie wierzył.  Czytając jej książkę, ciężko tego nie przyznać, bo nagle wszystko staje się jasne.  Wszystko się zgadza i pasuje do naszego przypadku jak ulał. W trakcie tej lektury dowiadujemy się, dlaczego jesteśmy skazani na porażkę i jakie figle płata nam nasze osobiste centrum zarządzania tuszą, czyli nasz mózg.

Ale nie zniechęcajmy się. Sytuacja wcale nie jest beznadziejna, bo nie jest aż tak źle. Jest szansa na wygraną!, ale najpierw musimy dokładnie rozpracować przeciwnika. Tak jak na wojnie, należy obrać właściwą strategię, znaleźć sposób, by na dobre pokonać wroga i już na zawsze cieszyć się zwycięstwem :)

Sandra Aamodt właśnie podpowiada nam jak to zrobić!

Zapraszamy zatem do lektury, z której każdy odchudzający się czytelnik wyciągnie wiele korzyści. Książka, pomimo, że ma zadatki na poważną naukową rozprawę, napisana jest w sposób bardzo przystępny i dobrze się ją czyta.

Niestety, jak dla nas, ma również pewien minus. W tej pozycji dane liczbowe umieszczono bezpośrednio w tekście, co zdecydowanie „zaciemnia” ich odbiór i analizę. Naszym zdaniem dużo lepiej przy takich zestawieniach sprawdzają się tabele, których tutaj, nie wiadomo dlaczego, zabrakło.

Niemniej jednak „Dlaczego tyjemy od diet” to bardzo wartościowa pozycja, która ma szansę stać się rynkowym hitem, a wydane na nią pieniądze będą jedną z Waszych najlepszych inwestycji w samego siebie. Polecamy!

Martyna 10

Martyna 10

Rozdział 10

W którym dzięki stosownym bodźcom nasza bohaterka zaczyna kojarzyć, kto i dlaczego robi ją w wała

Martyna nie do końca wiedziała, co jej bardziej dokucza: przepełniony pęcherz czy przepełniona głowa. Drugi z wymienionych organów przeszedł już dłuższy czas temu na tryb awaryjny, więc doprawdy ciężko było  się  spodziewać  po  naszej  bohaterce  tak  wnikliwych  ekspertyz,  jakie  niewątpliwie  miały  później miejsce.  Prawdopodobnie  zapłon  szarych  komórek  miał  związek  z  oczyszczeniem  umysłu  z niedogodności  związanych  z pęcherzem, grunt  że Martyna wzięła  się w garść  i przysiadając na brzegu wanny,  zapatrzyła  się  we  własne  odbicie  w  lustrze,  bezwiednie  podejmując  rozgrywkę  szachową  z własnymi  ograniczeniami  i  programem  eksterminacji  planety  zapisanym  w  pamięci  złośliwych komputerów. Najwięcej bólu sprawiło naszej bohaterce sięgnięcie do zmagazynowanych zasobów wiedzy historycznej. Martyna przeżyła  to  jednak  i wysnuła wielce obiecującą teorię oraz wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecująca teoria Martyny

„Najważniejsze, to dorwać Ziomusia, zanim dorwał go Lucek i Magdusia! A tak! Możecie se myśleć, że ja tylko browary otwieram, ale ja głupia nie jestem i wiem, że rudą pilotką, która coś namieszała w kółku winiarzy była Najbardziej Popularna Dziewczyny w Szkole. Tylko jak to  jest  możliwe,  że  wyciągnęła  Ziomusia  z  opresji  w  pierwszym  wieku  naszej  ery,  skoro urodziła się w 1976 roku? Skąd pewność? No więc byłam kiedyś na jej urodzinach, taki fajny tort  miała  i  pamiętam,  że  co  chwilę  zerkałam  na  jej  stopy,  bo  miała  zajebiste  czeszki przywiezione  z  Węgier.  No  dobra,  nieważne!  Magdusia  nie  mogła  wpaść  na  wieczorek degustacji win, ponieważ jej dziadka nawet nie było wtedy w planach. Chyba że…

Martyna pstryknęła palcami  i chwytając zębami  strzępek ulotnej myśli, bezwiednie wyszczerzyła zęby do lustra. Przez chwilę starała się odświeżyć zmurszałe wspomnienia, by po chwil załapać, że nikt i nigdy nie widział Magdusi z żadnym z rodziców. Na zebrania ponoć też nie przychodzili. Widywano ją wyłącznie w towarzystwie Darusia i to też dopiero po piątej klasie, gdy odbiła go brutalnie nieutulonej w żalu  Martynie.  Właściwie  kompletnie  nie  wiadomo,  dlaczego  to  zrobiła,  bo  największy  przyjaciel Martyny  był  cichym  i  nieśmiałym  chłopcem,  kompletnie wyzutym  z  tego,  co  zwykło  się  określać  siłą przebicia.  Jakby  tak  pomyśleć,  to  Daruś  poszedł  za  nią,  bo  chyba  się  jej  bał.  Bywało,  że  podczas dyskoteki  ósmoklasistów  spoglądał  dyskretnie  na Martynę  i  omiatał  ją  smutnym  wzrokiem. Martyna przeważnie  podpierała  wtedy  ściany  stołówki  pełniącej  funkcję  sali  balowej.  Magdusia  natomiast brylowała  na  parkiecie  z  osiłkami  z  ósmej  „c”  i  tylko  co  jakiś  czas w  połowie  piruetu  jej  obrośnięta mrowiem  rudych  włosów  głowa  namierzała  skulonego  w  kąciku  Darusia  i  przyszpilała  go  zielonymi oczami do  krzesła. Martyna, pozornie  zajęta  studiowaniem  zagadkowych wzorów wyłaniających  się  ze złuszczonej farby na stołówkowych ścianach, łypała na byłego przyjaciela spode łba, lecz nie podchodziła do niego. „Białego misia” grali już wcześniej i akurat wtedy nasza romantyczna bohaterka zatrzasnęła się w  szkolnym  kibelku.  Dobra!  Nie  będziemy  się  tu  teraz  rozczulać  nad  rozdartą  o  zwieńczenie  kabiny kieckę.  Czas  sobie  odpowiedzieć  na  najważniejsze  pytanie:  kim,  do  cholery  jest, Magdusia? Martyna podrapała się po łepetynie i ponownie pstryknęła paluchami.

– Aha! – powiedziała triumfalnie, mimochodem odnotowując, że choć nie kąpie się obecnie, to jej tyłek spoczywa na brzegu wanny i zapewne stąd ten triumfalny odgłos.

Skoro  Magdusia  to  lafirynda,  która  dorwała  Ziomusia,  to  znaczy  że  ktoś  ją  podstępnie przysłał do naszej podstawówki na przeszpiegi  i wcale nie miała wtedy dwunastu  lat,  tylko coś ze dwa tysiące, albo więcej nawet! Tylko po cholerę przyleciała do mojej szkoły? No nikt mi nie wmówi,  że  szkoliła się przez dwa  tysiące  lat w Akademii Szefa,  tylko po  to,  żeby mi Darusia odbić!

Martyna  poderwała  się  na  równe  nogi  i  zadrżała  z  emocji,  jak wyżeł  na  inauguracji  sezonu myśliwskiego. Wybiegła  pędem  z  łazienki,  nie  zawracając  sobie  głowy  gaszeniem  światła  (Niech  se matka  Ziomusia  płaci!)  i  pogalopowała  kręconymi  schodami w  stronę kokpitu. W miarę  pokonywania stopni kiełkowała w niej głęboka myśl i formował się wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecujący plan działania

Najwyższy czas przyszpilić Magdusię i potrząsnąć ją za rude kudełki. Nie ma sensu lecieć do szkoły, bo  jeszcze moje młodsze  „ja” zawału dostanie na widok naszych zmarszczek, ale wydaje mi się, że nadszedł czas na degustację cudownych win!

 

Lekko  i  z  wdziękiem  nasza  ursynowska  żmija  zakradła  się  do  kokpitu,  mając  nadzieję  na przyłapanie  komputerów  na  jakiejś  nielegalnej  działalności,  lecz  te,  najwyraźniej  w  pośpiechu mieląc dane,  próbowały  jedynie  odnaleźć  algorytm  nieobliczalnej  jak  dotąd  natury  Martyny.  Spłoszone skrzypnięciem  drzwi,  natychmiast  powróciły  do  stanu  gotowości  i  błyskając  w podnieceniu  diodami, czekały na dyspozycje.

– No  i  co?  –  zapytał  niecierpliwie  Środkowy.  –  Lecisz  gdzieś?  Bo  jeśli mógłbym  zasugerować jakieś rozsądne rozwiązanie…

– Morda w kubeł! – wydarła się Martyna, siadając z przytupem na fotelu.

– No wiesz! – żachnął się Lewy.

– Wiem! I proszę wprowadzić odpowiednie współrzędne – powiedziała oschle Martyna.

– Chciałem powiedzieć,  że koordynaty  lotu  już  zostały wprowadzone do pamięci!  – odmeldował służbiście Lewy.

– Phi! – parsknął lekceważąco Środkowy.

– Co phi? – eksplodował Lewy. – Nie umiesz, to się obrażasz?

– O! Wypraszam sobie! – warknął metalicznie Środkowy. – Kto przeprowadził analizy? Ha! A  ty musisz tylko wysłać Ziemiankę na… – zacukał się komputer i natychmiast wygasił ekran.

Martyna stukała paznokciami w blat i eksploatowała do granic swój własny program analitycznego myślenia. W jej łepetynie rodziło się głębokie podejrzenie, że ponownie pada ofiarą spisku.

– A dokąd chcesz mnie wysłać,  słodziutki?  – zapytała uprzejmie, na wszelki wypadek polewając struny głosowe wiadrem lukru.

– No…  wiadomo!  Chciałaś  lecieć  chyba  na  wieczór  degustacji  win?  –  delikatnie  i  uprzejmie zaszemrał Lewy.

– A  skąd  wiesz?  Ja  nic  takiego  nie  mówiłam!  –  ryknęła  Martyna.  –  Proszę  natychmiast przygotować lot na Jamajkę. Czas przylotu to… – tu nasza historyczka lekko się zawahała.

– Może być drugi rok przed naszą erą? – podrzucił szybciutko Lewy.

– Może być! – powiedziała Martyna, której i tak nic to nie mówiło.

Komputer  zaczął  rzęzić  i  zgrzytać  z  wysiłkiem  i  po  kilku  sekundach  nasza  bohaterka  poczuła znajome rwanie w okolicach tyłka. Ugięła na wszelki wypadek nogi, lecz tym razem było to kompletnie niepotrzebne.  Podświadomie  nabierając  spory  haust  powietrza,  z  pluskiem  wpadła  w  odmęty  jakiejś wody.

Trzepocząc  się  i waląc  odnóżami  na  oślep, Martyna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  płynie  z uporem  na powierzchnię,  czy wręcz  przeciwnie,  skok  jej  tak  łeb  zamulił,  że  z  uporem wiosłuje  do  dna. Ściągając cugle  nieuchronnej  paniki,  postanowiła  poczekać  chwilkę,  ponieważ  pamiętała  z  lekcji  fizyki,  że zasadniczo większość ciał w sposób naturalny porusza się w stronę powierzchni. Jej optymistyczną teorią zachwiało  wspomnienie  zdjęć  z  programu  „997”,  ale  ostatecznie  uznała,  że  dopóki  ma  w  płucach gwarantujące  pewną wyporność  powietrze,  to wszystko  powinno  pójść  dobrze. Prąd  szarpnął  nią  kilka razy,  lecz  po  chwili  czwórka  z  fizyki  zaczęła  ją  wieść  w  stronę  powierzchni.  Martyna  wychwyciła kierunek  i gwałtownie waląc  ramionami, w kilku  ruchach dopłynęła do powietrza. Strząsnęła  z  twarzy mokre  włosy  i  parskając  jak  wieloryb,  postanowiła  przeprowadzić  ostrożną  analizę  głębokości.

Wytrenowana na pełnych pułapek basenach stolicy, posłużyła się taktyką żółwia. Maksymalnie wysunęła do góry brodę i utrzymując pion przy pomocy zrównoważonych ruchów rąk, ostrożnie zapuściła na zwiad palce  lewej  stopy. Ku  jej zażenowaniu noga nie zdążyła  się  rozwinąć do pełnej,  imponującej  jakby nie było długości.

Martyna  stanęła pewnie na piaszczystym dnie  i wynurzyła z wody górną połowę ciała.  Jej  lekko tylko napoczętym morską solą oczom ukazała się złocista plaża zwieńczona kołysanymi ciepłym wiatrem palmami. Jedynym dźwiękiem dochodzącym do  jej uszu był delikatny plusk  fal głaszczących  rozgrzany brzeg.  Nasza  niespełniona  podróżniczka  westchnęła  i  przypomniała  sobie  kurzące  się  w  domowym kibelku katalogi. Wyszła powoli na brzeg  i moszcząc się na suchym piachu zwróciła swą mokrą  i bladą twarz  ku  słońcu.  Zachwianie  stref  czasowych  sprawiło,  że  momentalnie  usnęła.  Jej  skwiercząca  w tropikalnym słońcu skóra była doprawdy błahostką w porównaniu z niewyobrażalnie ciężką wiedzą, jaka miała za chwilę spaść na naszą lekko tylko poparzoną Martynę.

– Mawning! /Dzień dobry!/ – wydarł się nad skwierczącą twarzą naszej poparzonej podróżniczki jakiś zagadkowy głos.

Martyna  z  trudem otworzyła oczy  i pierwszą myślą, która  ją obezwładniła, była niepohamowana żądza natychmiastowego zapalenia fajka. Przez chwilę dziwiła się, że na statku nawet przez moment nie pomyślała  o  papierosach,  ale  uznała,  że  to  pewnie  wina  rozrzedzonego  powietrza,  które  obecnie, wróciwszy do normalnej konsystencji, w naturalny sposób przypomniało naszej palaczce o jej życiowych powinnościach.  Odczuwając  nieznośną  lekkość  płuc, Martyna  usiadła  gwałtownie  i mrugając  oczami, ustabilizowała obraz ciemnej jak bezgwiezdna noc uśmiechniętej przyjaźnie gęby. Jej właściciel kucał na piasku tuż obok i wyraźnie zatroskany coś sobie cmokał pod nosem. Po chwili sięgnął ręką pod skleconą z  liści  palmy  spódniczkę  i wyraźnie  czegoś  tam  szukał. Uśmiechnął  się  zadowolony  i wyszczerzył  do Martyny zęby.

– Nie dziękuję! To znaczy ja mężatką jestem! – zełgała nasza spanikowana obecnie bohaterka.

– Tek! /Weź!/  –  powiedział  łagodnym  głosem  facet  i  zademonstrował  na  dłoni  maleńkie  niebieskie pudełeczko.

Martyna  zerknęła  nieufnie  na  pudełko,  czerwieniąc  się  jednocześnie  pod  czerwoną  opalenizną. Przez jej serce przemknął irracjonalny, lecz typowo babski cień zawodu odrzucenia.

– A co to takiego? – powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaznego tubylca.

Mężczyzna otworzył przesadnie wolnym gestem pudełko i myśląc zapewne, że ma do czynienia z przypadkiem wybitnie ograniczonej obcej inteligencji, umoczył palec w zawartości pudełka i wsmarował sobie w  nos  i  policzki. Martyna  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i wyciągnęła  rękę,  na  której  obcy  umieścił ostrożnie pudełko. Nasza podróżniczka przez chwilę wpatrywała się w jego niedbale zasunięte wieczko i z roztargnieniem przeczytała na głos:

– Nivea. Krem natłuszczający.

Zęby  faceta  kontrastując  ze  śniadą  skórą  błysnęły  w  promiennym  uśmiechu.  Potakująco  skinął głową, po czym przekrzywił ją na bok i zawijając na palce dorodnego dreda, czekał na reakcję Martyny.

Nasza  podróżniczka  w  czasie  zanurzyła  palec  w  kremie,  po  czym  nasmarowała  nos  i  policzki.

Westchnęła z ulgą i skoncentrowała się na podstawowej potrzebie zapalenia fajka. Spojrzała uważnie na tubylca i przyłożyła dwa palce do ust.

– Masz fajka? – zapytała z nadzieją, niepomna faktu, że jej rozmówca zapewne nie kuma ani słowa po polsku.

Jej rozmówca faktycznie nie znał polskiego, ale sugestywny gest nałogowego palacza dał mu wiele do myślenia. Ponownie sięgnął pod palmową spódniczkę i chwilę pod nią grzebał, po czym wydobył mały woreczek i zwitek suchych liści. Oczy naszej palaczki rozbłysnęły nietłumionym pożądaniem, a jej jęzor  zagarniał do wnętrza paszczy nadmiar wydzielanej śliny. Tubylec zerknął z troską w rozszerzone źrenice naszej bladej Europejki, po czym wskazał na łagodnie szumiące palmy. Martyna, dogłębnie skupiona na liściach i woreczku, nie zareagowała na zachętę, więc facet westchnął głęboko, sprawnie zwinął skręta, po czym podpalił go i umieścił na wysokości jej oczu. Nasza podróżniczka wpiła w fajka otępiałe spojrzenie i wyciągnęła drapieżnie łapska w jego stronę.

– Cum /Chodź/ – powiedział łagodnie obcy.

Martyna  uniosła  się  powoli  i  podążając  za  dymem,  dotarła  do  oferowanego  przez  palmy  cienia. Tubylec uśmiechnął się  łagodnie  i usiadł na piasku. Nasza zahipnotyzowana palaczka uczyniła  to samo, nawet na moment nie odrywając oczu od tlącego się skręta, który właśnie pojawił się w jej drżącej dłoni. Zaciągnęła się łapczywie, po czym nie chcąc wyjść na pazerną Europejkę, oddała fajka. Koleś zaciągnął się  głęboko  z wyraźną wprawą  i  umościł  się wygodnie  na  piasku,  podkładając  lewe  ramię  pod  głowę. Martyna  poszła  za  jego  przykładem.  Po  chwili w  palcach  je  prawej  dłoni wylądował,  delikatnie  tylko ośliniony  skręt,  którym  natychmiast  się  zaciągnęła.  Fajek  krążył  przez  kilka  minut  między  nimi,  by wreszcie  bezpowrotnie  się wypalić. Martyna westchnęła  z  żalem  i  zapatrzyła  się w  nieskażone  nawet najmniejszą chmurką niebo.

Jej nowy znajomy wiercił się przez chwilę niespokojnie, by po chwili usiąść i zanurzyć ponownie rękę  pod  palmową  spódniczkę.  Nasza  lekko  poparzona  Europejka  miała  nadzieję,  że  sięga  on  po woreczek i liście, ale tym razem z czeluści sekretnych schowków wyłoniła się buteleczka. Typek wyrwał z niej korek zębami i z zachęcającym uśmiechem podał ją Martynie, która nieufnie zaczęła gestykulować, starając  się  ustalić  zawartość  flaszki.  Tubylec  wskazał  palcem  na  zielone  korony  palm,  więc  nasza spragniona  podróżniczka,  uznając  że ma  do  czynienia  z  niewinnym  soczkiem,  pociągnęła  łapczywie  z flaszki, po czym zakrztusiła się  i sczerwieniała, podczas gdy koleś zaczął  rżeć  i klepać się z  radości po kolanach. Nasza  bohaterka  zacisnęła  zęby  i  starała  się  przejść  do  porządku  dziennego  nad  doznanym upokorzeniem,  lecz  pewne  instynkty  wygrały,  więc  poderwała  się  na  równe nogi  i  uniosła  do  góry flaszkę.

– Chcesz zobaczyć, jak piją dziewczyny z Ursynowa? – zapytała retorycznie. – No to patrz!

Martyna  niefrasobliwym  ruchem  uniosła  do  ust  flaszkę  i  na  jednym  wdechu  wypiła  całą  jej zawartość, po czym beknęła od niechcenia i ocierając usta dłonią, usiadła dostojnie na piasku, czekając na oklaski.

Nie  doczekała  się.  Zamiast  tego  w  jej  dłoń  zaplątał  się  podpalony  zapobiegliwie  skręt  uznania. Nasza Martyna dossała się do niego w sposób, którego przy najszczerszych nawet chęciach nie dało się nazwać powściągliwym. Piasek był ciepły i miękki, śmiech tubylca serdeczny, a słońce właśnie chowało się za odległe wzgórza.

Chwila, w której Martyna zorientowała się, że  jej dłoń zaplata kołtuny na grzywce, stanowiła dla niej sygnał alarmowy.

– Nawaliłam się! –powiedziała szczerze i otwarcie.

Znajomy leżał spokojnie i coś sobie nucił pod nosem. Martyna uniosła się na łokciu i węszyła sens słów, lecz nie znajdując go, położyła się z powrotem na piasku.

– Mówiłeś coś? – zapytała od niechcenia.

– Nuttin /Nic/.

– Aha! – odpowiedziała Martyna, po czym dodała. – Co o mnie myślisz?

– Putto-putto ooman /Mięciutka kobieta/ – odparł uprzejmie facet.

– Bujaj się! – odparła Martyna i zamknęła oczy.

Morze niosło przyjemny  szmer gasnącego dnia. Palmy ucichły w wieczornym mroku, a na naszą dziwną  parę  opadł  mglisty  parawan  poprzedniego  dnia.  Nasza  lekko  niedysponowana  bohaterka westchnęła  i przeciągnęła się  leniwie. Właśnie uznała, że znalazła swoje miejsce na ziemi  i postanowiła całkowicie wykorzystać czas darmowych wakacji.

– Wiesz?  –  zapytała  retorycznie  ziomala.  –  Fajnie  tu,  ale  właściwie  to  ja  nie  znalazłam  się  tu przypadkiem.

– Tak?  –  odparł  facet  w  pełni  zrozumiałym  dla  pozostających  w  innym  wymiarze wyrzutków języku. – A co cię tu sprowadza?

– Misję mam! – odparła Martyna, nawet się nie dziwiąc, że jej rozmówca gada po ludzku.

– Jaką misję masz, ooman? – zapytał leniwie Jamajczyk.

– No… muszę  uratować  Ziemię,  zbawić  ją,  a  do  tego  jeszcze  uchronić  Układ  Słoneczny  przed zagładą – wygłosiła melodramatycznie Martyna.

– No to przesrane masz, sista! – odrzekł spokojnie typek, po czym odwrócił się na bok i zachrapał donośnie.

– No faktycznie! Mam przesrane! – powiedziała sama do siebie nasza podróżniczka. – I moszcząc się  wygodnie  na  rycerskim  ramieniu  kumpla,  odcięła  się  od  wszystkich  zewnętrznych bodźców,  co zaowocowało niespotykaną eksplozją kosmicznego intelektu.

Niespotykana eksplozja kosmicznego intelektu

Co ja tu, kurwa robię? Krem Nivea? I niby ziomki Światowida ucierały składniki, pakowały w niebieskie aluminiowe pudełeczka  i  słały  żubrem na Jamajkę? Kuźwa, niech  ja dorwę  te zakłamane  komputery.  Leżę  bez  ruchu  i  tracę  czas. Audiotele  już  pewnie  się  zaczęło,  a  ja zmarnowałam jedną z trzech ostatnich godzin istnienia Ziemi. Miałam lecieć na degustację win, ale  te męty cyfrowe namieszały mi we  łbie… Kurde,  jakby  tak pomyśleć,  to była normalnie prowokacja! Pozbyli się mnie, żebym padła tu na tej cudownej plaży i przespała eksplozję. A w dupie z nimi! Ostatni raz się dałam zrobić w wała!

 

Martyna poderwała się na równe nogi i zerknęła z czułością na kumpla od fajki. Westchnęła ciężko i  walcząc  z  własnymi  wyrzutami  sumienia,  wyłuskała  z  jego  rozwartej  ufnie  dłoni  mały  woreczek. Wciskając  poczucie  winy  za  wyświechtany  frazes  o  wyższej  konieczności,  upchnęła  łup  w  kieszeni bojówek i ryknęła władczo:

– Zabierzcie mnie stąd!

Tym razem olała ugięcie nóg, co nie zmieniło faktu, że minione doświadczenia i tak zmiękczyły jej ciało  i  mózg.  Wylądowała  bez  większego  szwanku  w  kokpicie  i  omiotła  siarczystym  spojrzeniem znienawidzone maszyny, które błyskając niewinnie diodami, wyraźnie udawały niezgłębioną radość z okazji  jej  przybycia. Martyna  zerknęła  nerwowo  na  ścienny  zegar,  który  dobijał  właśnie  do  godziny 22.15, po czym ryknęła:

– Chamy,  wy!  Co  wy  se  myślicie,  że  ja  głupia  jestem?  Takie  prowokacje  to  se  możecie  w przedszkolu urządzać, a nie tu!

– Ale o co chodzi? – zapytał uprzejmie Lewy.

– O co chodzi?! Już pomijam, że chciałam  lecieć gdzie  indziej, a wy mi  tu we  łbie mieszacie, ale wysłałeś  mnie  złośliwie  w  lata  osiemdziesiąte  poprzedniego  wieku,  ściemniaczu  jeden!  –  warknęła Martyna.

– Nnnno co ty? – zająknął się Lewy.

– Weź ty już lepiej nic nie mów, debilu – parsknęła nienawistnie nasza bohaterka. – Krem Nivea! Mówi to coś twojej zakutej aluminiowej łepetynie?

Komputer zamilkł  i nawet wyciszył z zakłopotania wiatraczek. Martyna wpatrywała się z zadumą w komputery, by po chwili uśmiechnąć się triumfalnie.

– Mam  jeszcze prawie dwie godziny, prawda? – zapytała  słodziutko. –  I  tego  się właśnie boicie! Ha! Nie ze mną te numery! Ustawiaj koordynaty lotu na wieczorek degustacji win Ziomusia, i  lepiej nic nie kombinuj! – dodała groźnie.– A ja zaraz tu wrócę!

Martyna wybiegła z kokpitu i dopadła do wybebeszonych uprzednio szaf na pierwszym poziomie.

Przez  chwilę wpatrywała  się w  ich  zawartość,  coś  tam  sobie mamrocząc  ze  złością  pod  nosem,  by  po chwili szarpnąć energicznie nieco przybrudzony kremowy chałat i odwróciwszy się gwałtownie ponownie pobiec do kokpitu. Zanim  otworzyła drzwi,  jej gibkie  ciało opasywał  zwój  sfatygowanego materiału, a twarz ginęła w mroku niekształtnego kaptura.

– No to do dzieła! – zadysponowała z wyższością.

Komputer westchnął z rezygnacją, po czym niechętnie wypełnił polecenie. Martyna zdołała jeszcze pochwycić myśl,  że Środkowy milczy  co  najmniej  od  początku  rozdziału,  a  to  z  pewnością  nie wróży niczego dobrego, po czym jej przemyślenia ucięło znajome rwanie w okolicach pośladków.

Klopsy z tofu i kapusty

Klopsy z tofu i kapusty

final

Nie myślcie sobie, że mnie na amen zniosło w stronę wegetariańskich piekieł, bo to wcale nie tak :)  Po pierwsze, nie jest  to wcale żadna otchłań piekielna, a po drugie, wcale mnie nigdzie nie zniosło. Po prostu ostatnio jakoś mi z mięsem nie po drodze i  w zamian szukam ciekawych alternatyw. A wbrew pozorom jest ich całkiem sporo, choć większość z mięsożerców dostaje wysypki na sam dźwięk słów: soja, kasza, tofu itp.

A to wcale nie takie straszne :)

Żeby Wam udowodnić, że takie tofu, czyli sojowy ser to wcale nie jest coś, przed czym trzeba uciekać z krzykiem, ostatnio przyrządziłam z niego klopsy. Powiem krótko. Poezja. A tam! Mało tego, że poezja, to moja mięsożerna rodzina, po pierwszej, jeszcze niezbyt dopracowanej odsłonie, zaczęła dopominać się następnej dostawy :)

Przemyślałam zatem swoje błędy i wypaczenia z pierwszego podejścia, wyciągnęłam wnioski, zmieniłam proporcje, no i mam dla Was klopsy z kapusty i tofu. Tadam!  Do tego gwarantuję, że nikt się nie połapie, iż nie ma w nich mięsa, a smakują naprawdę świetnie 😀

produkty

Składniki:

– ok. 180 g naturalnego tofu

– ok. 300 g białej kapusty  przyprawy

– 1 jajko

– 1 średnia cebula

– torebka kaszy bulgur

– 3-4 łyżki mieszanki sosu sojowego i teriyaki

– sól, pieprz, papryka ostra, papryka wędzona

– kilka łyżek bułki tartej – w zależności od potrzeby

– coś dla koloru np. kawałek gotowanej marchewki, do starcia na grubych oczkach

kolaz1

Kaszę bulgur gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Sugeruję zacząć właśnie od kaszy, bowiem jej gotowanie zabiera najwięcej czasu.

Następnie tofu odcedzić z płynu i bardzo dokładnie rozdrobnić widelcem. Do tofu stopniowo dodać mieszankę sosów i mieszać dopóki masa wchłania płyn. Odstawić na chwilę.

Cebulę posiekać i zeszklić na maśle klarowanym/oleju, następnie na patelnię dorzucić bardzo drobno poszatkowaną kapustę i wszystko wymieszać, a następnie przesmażyć na dużym ogniu, z dodatkiem chlustu sosu sojowego – do czasu, aż kapusta porządnie zmięknie.

Teraz do akcji wkracza duża micha. Lubię używać nieco za dużych naczyń, bo przy mieszaniu w dużych miskach mam mniej sprzątania, a z większych niż trzeba garnków – mniej wykipi.

No dobra. Teraz wszystko do miski, czyli odcedzona kasza, kapucha z cebulą i tofu oraz reszta czyli jajko, przyprawy sypkie i bułka tarta. Ilość tej ostatniej musimy kontrolować, żeby klopsy nie wyszły nam ani zbyt mokre, ani zbyt suche. Mieszamy do momentu aż będą się dobrze lepić.  No i cała filozofia :)

Teraz już tylko formujemy zwarte kulki średniej wielkości i układamy na rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu. Ja mam taką z pokrywką, ponieważ lubię na koniec dodać trochę wody i całość lekko poddusić, ale nie jest to konieczne, bo równie dobrze wystarczy dokładnie, z dwóch stron, obsmażyć nasze kulki.  Przewracamy delikatnie, żeby się nie rozpadły. Smacznego!

Słuchajcie, pycha jest! Również na zimno. Serio :)

final