Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Ekspresowe przystawki

Ekspresowe przystawki

góra

No tak, ja też to znam. Niespodziewani goście prawie za zakrętem, a tu w głowie zero pomysłów, jak tu ugościć inaczej niż pizzą z dowozem na miejsce. Wiecie, żem stworzenie praktyczne i niezbyt pracowite, zatem już spieszę z patentem na szybkie i efektowne przystawki :)

Tym razem daruję sobie listę składników, bo ciężko oszacować ich ilości. Wszystko świetnie widać na zdjęciach, więc dziś będzie fabularnie :)

Czas przygotowania: około 10 minut

Sałatka z rukoli, fety i świeżych fig. Proporcje dowolne. Poza sezonem, figi można śmiało zastąpić czerwonymi winogronami bez pestek. Do polania dowolny sos winegret. Ja użyłam gęstego, o aromacie malinowym. Tak, tak, w marketach bez trudu znajdziemy podobne wynalazki, a ja kupiłam i długo myślałam, do czego to użyć. Teraz przydało się jak znalazł, a sałatka – palce lizać. Rukola z lekką goryczką, słona feta, słodkawe figi, i jeszcze ten sos z kwaśną nutką. Mmm…

Sałatka, mimo że pyszna, to jednak trochę za mało, a przecież i nie każdemu musi smakować, prawda? Przydałoby się coś jeszcze, a tu czas nagli, więc szybko zaopatrujemy się w 3-4 rodzaje serów w różnych kolorach i smakach, tudzież kabanosa oraz niezawodną, po hiszpańsku spleśniałą kiełbasę. No i coś zielonego do dekoracji naszej deski. Tyle.

Sery pleśniowe lubią ekstremalne zestawienia, więc dla chętnych nie zaszkodzi też i dodatek w postaci odrobiny miodu, równie mile widziany, co sprawdzona żurawina czy brusznica.

Akurat mi się poszczęściło, bowiem kilka dni wcześniej nastawiłam w kamionce kolczaste ogóraski. Tym razem tradycyjnie, w wodzie. Wyszły w sam raz i cieszyły się sporym powodzeniem :)

Zostało mi jeszcze trochę czasu, więc korzystając z tego, że mam nagrzany piekarnik, zrobiłam jeszcze grzanki z cienko pokrojonej i posmarowanej oliwą bagietki. Do tego zimne piwo i jakieś orzeszki na zagrychę.

Gotowe!

Oczywiście ładna ekspozycja też robi swoje, a ja nieprzerwanie cieszę oko drewnianymi gadżetami od Pawła Tomali. Prawda, że efektowne?  Oceńcie sami.

I teraz niech mi ktoś powie, że to trudne :)

Smacznego!

final

Gra o tron

Gra o tron

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Otóż nie ufam ludziom z błędem ortograficznym w nazwisku (tudzież imieniu). I nie. Nie będę się tu rozwodzić nad Brajankami i Kłentinami oraz Dżesikami. Niech sobie niebożęta dojrzewają w rytmie disco polo a ja przejdę gładko do zjawisk większego kalibru.

Uprzedzam, że wstęp będzie dramatyczny.

Lubię, gdy życie bez niespodzianek płynie sobie jednostajnie sprawdzonym torem. Bardzo lubię. To przecież niezmiernie krzepi, gdy człowiek wstaje z łóżka i wie, że nie spotka go w życiu nic więcej ponad to, co sobie skrzętnie i zawczasu zaplanował. Legenda nawet głosi, że niektórym takie coś się udaje. Pełna optymizmu i wiary w to, że człowiek zorganizowany nie miewa w życiu niespodzianek i nie doświadcza chaosu, rozpoczęłam budowę. Dwa lata ze starym planowaliśmy wszystko w najdrobniejszych szczegółach. I jak się później okazało, wybrnęliśmy gładko ze wszystkich pułapek. Z wyjątkiem jednej. Na mojej budowlanej drodze, na moje własne (niestety) życzenie, stanęła ONA, czyli władczyni tronów. Przez telefon jej głos brzmiał całkiem miło, ale teraz już wiem, że na potrzeby złapania naiwnego budującego się, umie doskonale go modulować. ONA się przedstawiła podczas rozmowy, ale przez telefon błędu w nazwisku przecież nie wychwyciłam. A potem ONA przysłała mi maila.

Tu mała dygresja. Ponieważ będę szarżą ułańską jechać na POWAŻNĄ i ISTNIEJĄCĄ (w czasie rzeczywistym) firmę zawiadującą tronami, więc sprytnie posłużę się pseudonimami.

ONEJ personalia mniej więcej były takie: Iwona Drewótnia. Tak. Dokładnie ten kaliber.

W sumie była miła. Na początku. Wymusiła na mnie przesłanie umowy składającej się z miliona załączników plus wszystkie dane osobowe. Prawie się zdziwiłam, że nie zażądała rozmiaru buta. Adres dostawy tronu już nie był tak istotny. Naiwnie zawierzyłam, że Drewótnia wie, co robi.

Bardzo naiwnie.

Rzeczony tron trafił do potrzebujących budowlańców dwa dni po terminie. Nawet nie chcę wiedzieć, gdzie do tego czasu zasiadali. Tron w końcu dojechał a ja skrzętnie wypłaciłam za niego okup. By pracującym ludziom ulżyć w niedoli, sypnęłam ekstra kasę, żeby tron czyszczono raz na dwa tygodnie a nie raz na miesiąc, jak to (podobno) jest w zwyczaju na budowach.

O naiwności!

Przez kolejne półtora miesiąca nikt się nie zjawił a okoliczne muchy z radości tańczyły kankana. W międzyczasie miałam na głowie pierdyliard ważniejszych spraw, ale w końcu użytkownicy tronu zwrócili mi uwagę na problem i to w całkiem niewybrednych słowach.

– Pani, kurwa, sąsiad był. Na tarasie mu śmierdzi!

Na takie dictum usiadłam na telefonie i po kilku próbach udało mi się dodzwonić do Drewótni.

– Dzień dobry – powiadam. – Proszę toaletę wyczyścić, bo zaraz mi się Sanepid zwali na posesję!

Iwonka Drewótnia w ciemię bita nie jest, więc natychmiast wytoczyła spod biurka standardowe wyjaśnienia, że kierowca zasłabł/nie żyje/nie trafił, a mój ponaglający mail wpadł do spamu/do kosza/a w ogóle to mają awarię systemu/ a właściwie to wdrażają nowy, który nie zawsze jeszcze działa.

Jako człowiek całkowicie prostolinijny, pomyślałam sobie: No kuźwa mają w firmie młyn, więc ten mój jeden skromny, cuchnący na całą okolicę tron to jedynie malutki wycinek ich rzeczywistości. Taka wyrozumiała chciałam być.

Ale wkrótce mi się odmieniło

Drewótnia przysłała mi na maila fakturę. Tym razem system nie nawalił a plik z wyliczeniem dotarł gładko na mojego (wcześniej dla nich nieosiągalnego) maila.

Otwieram rachunek za cuchnący tron i oczom nie wierzę. Mam zapłacić za półtora miesiąca użytkowania i za trzy czyszczenia. Pędzę więc do moich budowlańców, pełna nadziei, że jednak o czymś nie wiem.

– Czyścili? – pytam.

– Pani, nikogo nie było. My jesteśmy twardzi ludzie, ale..

To „ale” zawisło między nami jak gorzki wyrzut a ja poczułam, że tron jest najpoważniejszym problemem całego budowlanego przedsięwzięcia. Zapłaciłam więc fakturę za wszystkie rzekome czyszczenia i podjęłam próbę porozmawiania z Drewótnią. Uznałam, że może po dobroci będzie łatwiej.

Otóż nie. W pewnych kręgach tak to nie działa.

Na moją cichą prośbę, by w końcu wywieźć guano z tronu, Iwonka Drewótnia poczuła moc i wysłała mi maila pełnego pretensji, że właściwie to ja jej nie wysłałam podpisanej umowy. Pamiętacie plik, który jej w pocie czoła wysyłałam i dziwiłam się, że nie chce numeru buta?

Tak. Dokładnie.

Wściekłam się i całkiem nieprofesjonalnie wysłałam jej jadowitego maila wraz z załącznikami, które dostała miesiąc wcześniej. W odpowiedzi żachnęła się, że jestem niemiła, ale zignorowałam, bo miałam w tym czasie budowę więźby dachowej.

Za tydzień Drewótnia przysłała pełnego serdeczności i buziaczków maila przypominającego o niezapłaconej fakturze i informującej, że postawiła na nogi całą firmę i przeprowadzono dochodzenie wraz ze sprawdzaniem GPS kierowcy, który się zaklina, że tron czyścił.

„Słowa, słowa, słowa” – pomyślałam i zajęłam się rzeczywistymi problemami budowy.

Fakturę zapłaciłam, bo zwyczajnie nie miałam siły na kolejne problemy.

Oczywiście nikt nie przyjechał na czyszczenie a tymczasem praca ekipy (prawie) dobiegła końca. Ugłaskałam pracowników a do Drewótni wysłałam maila, w którym wypowiedziałam umowę wynajmu tronu. Zgodnie z ich regulaminem na 7 dni przed oczekiwanym dniem jego usunięcia.

Aktywowała się, skubana i natychmiast zaproponowała termin o tydzień późniejszy. Dla świętego spokoju zgodziłam się. Zakończyłam najważniejsze sprawy na budowie, minęły kolejne dwa tygodnie a tron stoi. Muchy szaleją z radości a sąsiedzi przestają odpowiadać na powitania. Po kilku awanturach tron znika.

Oddychamy z ulgą. Bez kitu. Nawet nas dach tak nie cieszy jak to, że tron w końcu przestał przysłaniać nam horyzont.

Patrzę na naszą budowlaną krwawicę i usuwam w niepamięć Iwonę Drewótnię i jej tron.

Błąd.

Wieczorem przychodzi mail od niej. Ponaglenie do zapłaty za tron, którego już nie ma plus prośba o przysłanie skanów umowy, których jej zdaniem dotąd nie przysłałam (plus rozmiar buta).

Po raz pierwszy w życiu poniosła mnie furia. I odpisałam jej tak:

Zapewne to Pani nie zainteresuje, ale z całą budową nie miałam takiego problemu jak z waszym tronem. Ale co ja się dziwię – jaki tron taka KRÓLOWA!! Proszę do mnie więcej nie pisać!

Gdyby ktoś się budował albo miał zamiar, to chętnie odradzę macierzystą firmę Iwonki Drewótni :)

Niebezpieczne obowiązki

Niebezpieczne obowiązki

Niektórym to dobrze.  I wcale nie dlatego, że sobie leżą i nic nie robią. Wręcz przeciwnie. Robią i dostają za to odpowiednie wynagrodzenie. Każdy z nas zna kogoś, kto pracuje w warunkach szkodliwych dla zdrowia, a nawet jak nie zna, to z pewnością czytał ranking takich zawodów. Szczerze mówiąc, trochę zdziwił mnie kontroler ruchu lotniczego – na drugim miejscu – tuż za ratownikiem górniczym, że to przez stres takie wysokie notowanie. Oczywiście dla wszystkich z listy duży szacun, ale jak zwykle sprawiedliwości na tym świecie nie ma i zawód kury domowej pewnie się do tego rankingu w życiu nie załapie. Choć powinien, choćby i na ostatnie miejsce…

Ale nie. Nie dość, że taka siedzi w domu i nic nie robi, to na dokładkę nikt nie bierze pod uwagę, że przy tym nic nierobieniu może sobie jedna z drugą wyrządzić krzywdę nie lada, z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu włącznie. A jak już taka oferma leży, nic nie robi, oprócz krzywdy sobie samej, to po co jej płacić? Przecież to ona sama powinna, bo opiekę medyczną naciąga :)

Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto w domu nigdy się nie oparzył, nie przeciął, nie uderzył i nie zakrztusił. No, niech rzuci. Ale nie ten, kto w domu wyłącznie nocuje.

Ech! Jak pamiętam, to chyba właśnie przez tę nieustanną i niczym nieuzasadnioną „nudę”, wpadłam na pomysł, żeby kichać z zupą w ustach. Nabrałam zupę, a że wzięło mnie na kichanie w trakcie przełykania postanowiłam zrobić to tak, żeby sobie nie zapaskudzić świeżo posprzątanej kuchni.  Może dla wielu jest to mało istotne, ale dla chwilowo „odrobionej” matki małych dzieci, taka wypucowana na połysk kuchnia to uświęcony prawem błogostan (!)

Cóż. Nie da się. Nie dość, że zupa poszła w pełnym rozbryzgu na pół kuchni, to na dodatek w ustach wytworzyło się takie ciśnienie, że ogłuchłam. Pomyślałam, że pewnie się zaraz odetka, ale niestety. Następnej doby zmuszona byłam odwiedzić laryngologa i wyznać, że grzybowa poszła mi w uszy. Musiałam znieść pełen politowania wzrok i z pokorą przyjąć na klatę diagnozę, że mi się zassały błony bębenkowe i sprawa jest poważna. Kazali łykać jakieś osuszające tabletki i postraszyli sterydem.

Jak niepyszna wróciłam do domu i łyknęłam podwójną dawkę, bowiem po południu miałam w szkole zebranie. Poszłam, ale w sumie to nie wiem po co, bo ludzka mowa sprawiała, że czułam się jak ktoś, komu nałożono na głowę cynowe wiadro i walono weń młotkiem. Szaleństwo. No, ale skoro już przyszłam, to chciałam się czegoś dowiedzieć, zatem ryknęłam tak, że wystraszeni rodzice o mało nie pospadali z krzeseł. No tak, bez sensu zapytałam, bo i tak nie usłyszałam odpowiedzi, ale przynajmniej odfajkowałam się na liście obecności. Tyle dobrego.

Następnego dnia nadal nie doczekałam się poprawy, więc tym razem ryknęłam na domowników, żeby zeszli na obiad. Nalałam gorącą zupę i jak ostatnia sierota wetknęłam palec do talerza. O mało nie upuściłam wszystkiego na podłogę, ale że chciałam jak najmniej nachlapać na podłogę oraz jak najszybciej ochłodzić oparzenie, rzuciłam się w drugą stronę, w kierunku zlewu. Niestety, po drodze zaatakowała mnie otwarta zmywarka i oparzyłam się zupą po sam łokieć. Granatowy siniak na goleni i zafajdana cała kuchnia, to przy tym pryszcz.

Nadal głucha, z ruchu warg domyśliłam się, co myśli o mnie mój mąż, ale pokornie przyjęłam okłady z lodu modląc się, by mi w uszach wreszcie popuściło, bo następnego dnia szliśmy na Andrzejki. Przy posiniaczonych nogach, z żalem odwiesiłam ulubioną sukienkę na wieszak i na imprezę wybrałam jakieś spodnie. Nazajutrz z ulgą przyjęłam fakt, że chyba znowu coś słyszę i jak z motorkiem ruszyłam do sprzątania łazienki. Na wszelki wypadek, w obawie o ciśnienie w uszach, grzecznie przykucnęłam przed toaletą i otworzyłam deskę. Opadła. Otworzyłam drugi raz. Też opadła, więc potraktowałam ją nieco bardziej agresywnie i łupnęłam nią o ścianę, wcale nie licząc, że znów nie opadnie :) Ale tym razem nie opadła. Tylko z impetem odskoczyła od ściany.

Tamtego dnia nie poszliśmy na Andrzejki.

Deska sedesowa podbiła mi oko 😀

Martyna 13

Martyna 13

Rozdział 13

W którym nasza bohaterka musi wyciągnąć z Darusia garść informacji, i nie tylko

Jeszcze dobrze nie opadł kurz z planetarnej zadymy, gdy na ekranie pojawiło się zbliżenie studia i – jakże by  inaczej! – uradowane oblicze fałszywej Magdusi, która uśmiechnęła się i zapowiedziała kolejny blok reklam.  Oczywiście  nie  wymieniła  słowa  „reklama”. Wysłała  stado  cmoków  i  uśmiechów,  obiecując telewidzom, że spotka się z nimi po „króciutkiej przerwie”.

Radosny  przekaz  skierowany  wprost  do  mózgów  gawiedzi  eksplodował  właśnie  tęczą oszukańczych barw, gdy Daruś zwrócił zaszklone  łzami oczy na  zastygłą niedowierzaniem bladą  twarz Martyny.  Nasza  bohaterka  próbowała  ułożyć  sobie  w  rozhuśtanej  emocjami  łepetynie  ciąg  ostatnich godzin,  lecz  jedynym  owocnym  efektem  tych  zabiegów  był  stek  nieparlamentarnych  słów  sączący  się powoli, lecz uporczywie z jej pokaleczonych napięciem ust.

Lucek  z  pewnym  lękiem  wpatrywał  się  badawczo  w  napięte  rysy  twarzy  dawnej  szkolnej koleżanki.  Trzymając  się  rytualnej  procedury  i  własnego  instynktu  samozachowawczego,  milczał, czekając  na  erupcję  nadciągającego  nieuchronnie  lamentu  i  biadolenia.  Podczas  swojego dotychczasowego  życia na  tyle poznał kobiety,  że dokładnie wiedział, kiedy należy  zamilknąć. Dobrze zrobił, Martyna zaczynała bowiem powoli odzyskiwać naturalne kolory i sapiąc wściekłością, odczyniała dziwaczne czary nad lewą kieszenią swoich bojówek, próbując wyciągnąć podprowadzony Jamajczykowi woreczek  szczęścia.  Lucjan  nie  skomentował  tego  faktu  i  cierpliwe  czekając,  aż  Martyna  nabije nerwowymi  ruchami małą  turystyczną  fajkę, oddał  się kontemplacji wybitnie długich, choć ukrytych w oklejonych piachem pustyni spodniach szczupłych udach koleżanki z podstawówki.

Właścicielka  zgrabnych  ud  zerknęła  spode  łba  na  niewiernego  Darusia  i  powolnym  ruchem podpaliła  zawartość  fajki  cudem  znalezioną  zapalniczką.  Lucjan  nie  oponował,  gdy  tuż  przy  jego wymuszonym nieco uśmiechu pojawił  się ustnik  fajki. Zaciągnął  się  łapczywie namiastką pocieszenia  i niepewnie spoglądał na niepokojąco spokojną Martynę. Nasza niedoszła psycholożka zdołała w tych kilku chwilach zamknąć swój żal, wspomnienia i nadzieję na przyszłość, obecnie oplataną warkoczami dymu.

– Wiesz…  – westchnęła  – wydawało mi  się,  że  po  obejrzeniu  „Powrotu  do  przyszłości” kumam wszystko o podróżach w czasie.

– To nie jest takie proste – odparł beznamiętnie Lucjan, pozostając w zasięgu jamajskiego dymu.

– Wiem!  –  zadumała  się  Martyna.  –  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  obydwoje  z Magdusią spędziliście tyle czasu w szkole i kompletnie nie trafia do mnie, dlaczegowylądowałam tutaj, zamiast jak reszta Ziemian rozerwać się na kawałki w audiotele Magdusi?

– Parę razy próbowałem się wydostać z budy, ale nie było wtedy  lepszego miejsca… – Magdusia świetnie  o  tym wiedziała  i  poświęciła  kilka  lat  błyskotliwej  kariery  tylko  po  to,  żeby mnie pilnować. Uwierz mi! Nie wiedziałem, co robić, zwłaszcza po tym, gdy zaczęła mnie szantażować, że jak nie będę za  nią  łazić,  to  postara  się  o  to,  by  paru  kumpli  zabrało  cię  do  fabryki dinarów. Siedzi  tam  cała masa Jamajczyków, ale również sporo dzieciaków, które zadarły z gniewną córką Szefa. Zresztą zielsko, które teraz palimy, zawlokła na Jamajkę Magdusia, wiesz? – przekrzywił głowę Lucjan i zaciągnął się dymem.

– Chodziło o to, żeby otumanić do reszty krewniaków porwanych do fabryki kolesiów Młodego.

– Ziomuś wysłał kumpli do fabryki? – zapytała z trwogą Martyna.

– No  co  ty?  –  zaśmiał  się Lucjan.  – Młody  nie miał o  tym  zielonego  pojęcia. To Magdusia,  jak zwykle nastawiona na profity, uknuła  całą  intrygę. W podobny  sposób przejęła kontrolę nad  szkolnym sklepikiem… – dodał konfidencjonalnie.

– No co ty? – zakrzyknęła zdumiona Martyna, przejmując w posiadanie tlącą się fajkę. – No to już wiem, dlaczego dla mnie nigdy nie starczało drożdżówek na długiej przerwie! – dodała odkrywczo.

– Było więcej  takich akcji – przyznał ostrożnie Daruś. – Pamiętasz historyczkę z „barankiem” na głowie?

– No ba! – odrzekła nasza traumatyczka. – Śni mi się po nocach.

– To  taka wyrafinowana  intryga Magdusi. Wiedziałem, że nasza historyczka, podstępnie upojona metanolem, została wywieziona na Kunta-Kinte, bo ruda przechwalała się tym na swoich urodzinach, ale nic  nie mogłem  zrobić,  gdy  na  jej miejsce  podstawiła  zwariowaną  ciotkę Marcjannę. Wyciągnęła  ją  z jakiegoś  prowincjonalnego  teatrzyku  grającego  szmiry  na  peryferiach  F.I.U.T.E.K.  i  obiecała  jej  rolę życia.

– Dręczenie mnie – zauważyła odkrywczo Martyna.

– Niestety tak – przyznał cicho Lucek, zwieszając z rezygnacją głowę, co zapewne tylko częściowo było następstwem odczuwanego niewątpliwie wstydu. Czasowe zwiotczenie mięśni miało także związek z nieuchronnym sączeniem się toksyn do wnętrza jego wiekowych płuc.

– Jakby się  tak zastanowić,  to manipulujecie mną od siódmego  roku życia! – eksplodowała nasza niedoszła psycholożka.

– Nie!  No  co  ty?  –  zaprotestował  nieśmiało  Daruś.  –  Od  dziesiątego  dopiero!  Pamiętasz,  gdy oddałaś mi kanapkę na przerwie? I poprawiłaś okularki, które mi opadły po tym, jak Maciek strzelił mnie w  łeb na boisku? Potem  już zawsze cię  lubiłem. Gdy Magdusia doszła do naszej szkoły w piątej klasie, zaczęło być  coraz gorzej. Bałem  się o  ciebie, więc gdy  ruda podstępnie  stała  się najlepszą uczennicą  i najbardziej  popularną  dziewczyną  w  szkole,  wolałem  trzymać  się  blisko  tej  małpy  i  nie  dawać  jej powodów do dręczenia mojej najlepszej przyjaciółki – zakończył melodramatycznie.

– I  tak  to  robiła  –  podsumowała  beznamiętnie Martyna  i  obiecała  sobie w  duchu  solennie,  że w przyszłości,  jeśli  takowa  nastąpi,  zasięgnie  porady  p r a w d z i w e g o   psychologa,  który  być może wyjaśni je, dlaczego całe życie trafia na zniewieściałych dupków i rozpływa się z rozrzewnieniem nad ich popapranym bytem. – Mogłeś chociaż spróbować mnie obronić, wiesz? – dodała z wyrzutem. – Nawet nie spróbowałeś  i  polazłeś  za nią  jak  tresowana  kapucynka!  – wrzasnęła  na  koniec  i  unosząc  fajkę  pokoju podeszła energicznie do drzwi prowadzących do basenu, które rozsunęła stanowczym ruchem.

Zaawansowana  ciemnością  noc  oplatała  hartowane  spracowanymi  dłońmi  Jamajczyków  ściany  i nie pozwalała wtargnąć do Raju bolesnym  realiom skorumpowanego świata. Basen szeptał  tajemniczo  i stanowił  silną  konkurencję  dla  ciepłych  słów  piasku  rozstępującego  się  pod  energicznymi  tąpnięciami gniewnych  stóp Martyny. Nasza  bohaterka  opadła  z  furią  na  leżak,  który  tak  niedawno  generował  do wnętrza  jej obecnie udręczonego wydarzeniami ciała wyłącznie pozytywne bodźce marzeń zamkniętych w  zakurzonych  kartach  wakacyjnych  katalogów  spoczywających  na  terakocie  kibelka.  Z  tłumionym chrzęstem  nadciągnęły  zmieszane  stopy  Lucjana.  On  sam  stanął  nad  leżakiem  i  wpatrywał  się  z intensywnością  jesiennych  kasztanów  w  rozrzucone  bezsilnością  szczupłe  uda  naszej  zrezygnowanej gwiazdy.

– Nienawidzisz mnie? – zapytał cicho.

– Nie – odparła lakonicznie Martyna.

– Lubisz mnie?

– Tak – odparła równie lakonicznie.

Rozsiane  po  niebie  gwiazdy  przydreptały  natrętnie  do  granic  pleksiglasu  i  dyszały niezdrowym podnieceniem,  które  udzieliło  się  dziarskiemu  Lucjanowi. Martyna  zerknęła  na  Darusia  spod  powiek  na  wpół  przymkniętych  i napuchniętych  od  toksycznego  dymu  ziela,  po  czym  wyciągnęła  spontanicznie  dłonie  w kierunku wiarołomnego przyjaciela z podstawówki. Ten, doczekawszy się zaproszenia, z westchnieniem opadł na  jej  falującą  i produkującą miarowo zużyty dym  jędrną pierś. Momentalnie  tracąc  rezon, Daruś wtulił się w ciepło klatki piersiowej Martyny i załkał gorzko. Nasza bohaterka zdecydowanie podtrzymała swoje  gorące  ślubowanie, że  już  czas  najwyższy  skończyć  ze  zniewieściałymi  palantami  i  uchwyciła stanowczo w obie dłonie gorejące żałością uszy Darusia i wydobyła je z wąwozu swoich całkiem niezłych cycków,  po  czym  ulokowała  jego  zapłakane,  łagodne  oczęta  na  wysokości  znużonego  spojrzenia  i wysyczała ze złością:

– Lucjan! Bądź mężczyzną!

W Lucjana, który momentalnie przestał być Darusiem,  jakby diabeł wstąpił. Wpił się brutalnie w zeschnięte  oczekiwaniem  usta Martyny,  choć  jest możliwe,  że motorem  jego  samczego działania  było pragnienie unieszkodliwienia ostrego  jak brzytwa  jęzora. Niezależnie od motywacji odrodzony  i wielce męski Lucjan dopiął swego i obecnie całe jestestwo naszej cyniczki topniało jak wosk pod nieco ciężkim, męskim  ciałem,  które  odzyskując  pewność  siebie  oraz  męski  egocentryzm,  w  nieskoordynowanych  i gorączkowych  ruchach zrywało z Martyny sfatygowane bojówki. Materiał z chrzęstem ześlizgnął się ze zdrętwiałych,  choć  niewątpliwie  szczupłych  ud  naszej  bohaterki  i  tym  samym  utorował  naszemu dzielnemu Lucjanowi drogę do kilkunastu  sekund  szczęścia  i uczucia absolutnej, kosmicznej dominacji nad wszelkim żeńskim stworzeniem. Martyna dopingowała kochanka serią ochów i achów zaczerpniętych ze ściąganych nielegalnie głęboką nocą sprośnych filmików. Świat na kilka minut usiadł gorącym, choć majestatycznym dupskiem na opłacanej zachodnią walutą górskiej kolejce i zadrżał w posadach w finalnej serpentynie wyniesionego pod księżyc torowiska. Wspiął się na wyżyny z zadyszką, by opaść ku ziemi i odpiąć z westchnieniem pasy po wyhamowaniu kolejki.

– Musimy pogadać – wbił się w sacrum przejażdżki wyjątkowo trzeźwy głos Martyny.

Lucjan zamruczał coś niewyraźnie  i  schował głowę po pachę naszej  realistki, która w wężowych ruchach  wyślizgnęła  się  spod  umęczonego  triumfem  samca  i  podskakując  chaotycznie,  naciągnęła  na tyłek portki. Martyna usiadła po turecku na piasku i podpalając wygasłą turystyczną fajeczkę, całkowicie zignorowała  wierne  spojrzenie  Darusia  i  podpierając  brodę  pięścią,  zapatrzyła  się  z  zamyśleniem  w odległy kraniec basenu.

– Żab powiedział, że to ty wsadziłeś mu rurkę w tyłek – zagaiła z głupia frant.

– Dobre  sobie! Żab! – żachnął  się Lucjan, gramoląc się nieporadnie z  leżaka. – Nie żaden żab, a tyran i handlarz Jamajczykami – dodał tajny agent podziemia.

– Lucjan,  weź  no  mi,  kurwa,  powiedz,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi!  –  wrzasnęła  znienacka Martyna.

– No  co  ty! Nie wiesz?  Jak  nie wiesz,  o  co  chodzi,  to  na  pewno  chodzi  o  kasę…  –  powiedział sentencjonalnie Lucjan.

– …albo o dupę! – dokończyła z rezygnacją w głosie nasza bohaterka.

– No  właśnie!  –  potwierdził  skwapliwie  ponadczasowy  lowelas,  łypiąc  łakomie  na  doskonale

szczupłe uda Martyny.

– Żab powiedział, że to komputery realizują program zagłady Ziemi – przypomniała Martyna.

– Słuchaj, ten idiota nie ma o niczym zielonego pojęcia, podobnie jak te zardzewiałe kupy złomu – odparł  lekceważąco Lucjan. – Zrozum! To są wszystko małe płoteczki. Nie zawracaj sobie nimi głowy, bo to tylko pionki w obłąkanej grze Magdusi.

– No  ale  dlaczego  tak  powiedział?  –  drążyła Martyna.  –  Dlaczego  ostrzegał mnie  przed  tobą i twierdził, że musi ratować świat.

– Dlaczego cię ostrzegał? A jak myślisz? – zapytał Lucjan, masując się wymownie po obnażonym tyłku.

– No dobra, to fakt… Ale co z tym ratowaniem świata? – dociekała nasza bohaterka.

– Myślę,  że  chodziło  mu  o  ekonomiczne  następstwa  związane  z  odcięciem  jego  złodziejskiej korporacji od świeżych Jamajczyków – powiedział Lucjan. – Musisz wiedzieć, że namiestnik SigmaPi to taka wesz, która związała się z podziemiem tylko i wyłącznie z chęci zysków. Wywąchał pokątnie, że coś ma walnąć w Ziemię, więc  przyłączył  się  do  nas  z  nadzieją,  że  jego  oślizgły  i wątpliwy  czar  osobisty pomoże  jego  szemranym  interesikom  na  Jamajce.  Jak  się  dowiedział,  że  meteoryty  to  przesądzona sprawa to  poleciał  z  lepkim  jęzorem  do  Magdusi.  Zwabiłem gnidę  podstępnie  na  imprezę  i unieszkodliwiłem za pomocą pierwszego sposobu, który mi do głowy przyszedł.

– Lucjan, co my teraz zrobimy? – zapytała z westchnieniem Martyna.

Lucjan,  lekko  tylko  zaplątując  się  we  własne  spodnie,  podszedł  do  ostatniej  Ziemianki  i przyklęknął w zasięgu jej zgaszonego wzroku.

– Zaczniemy nowe życie i zapomnimy o starym. Cóż innego nam zostało?

– Nie przyjmuję tego do wiadomości! – tupnęła nogą w piasek Martyna i zaciągnęła się jamajskim dymem.

– Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia – podsumował grobowym tonem Lucjan. – Ziemi już nie ma, opozycję szlag trafił…

– Jak to trafił? – wtrąciła się dociekliwa Ziemianka, wpijając w kochanka zwężone źrenice.

– No  wiesz,  obrazy,  Ziemia,  zasłona  dymna…  –  machnął  lekceważąco  ręką  samiec,  po  czym znieruchomiał, poniewczasie zdając sobie sprawę z tego, że właśnie chlapnął ozorem i wyszczekał część tajemnic podziemia.

– Co cię łączy z tą blondyną od wiadomości? – rzuciła przenikliwie Martyna.

– No wiesz, właściwie nic!

– A konkretnie to jakie nic? – zapytała słodziutko nasza kochanka.

– No zupełnie nic – usprawiedliwiał się gorączkowo Lucjan.

– No! – tupnęła Martyna.

– No co? To moja żona jest… – przyznał skruszony Lucjan. – Ale ja jej wcale nie kocham. Starzy mnie w to wrobili! – dodał obronnym tonem.

– Jesteś synem Szefa! – wykrzyknęła odkrywczo Martyna. – A Młody to twój młodszy brat, tak?

– Tak – zwiesił głowę pokonany babską pokrętną logiką Lucjan i nagle zaciekawiony spytał: – Jak na to wpadłaś?

– Dokładnie  taka  sama  akcja  była  w  czterdziestej  serii  „Kamiennego  kręgu”,  pamiętasz?  Byłeś jeszcze wtedy na ziemi! – odpowiedziała radośnie Martyna, po czym spochmurniała i dodała. – Żyjesz z żoną?

– No co ty? W życiu! Nie miałem z nią kontaktu od tysiąca lat! – zapewnił gorączkowo Lucjan.

– Pewnie  głupio  robię,  ale  chyba w  to wierzę  –  skomentowała Martyna  z  zadumą.  – Przekonuje mnie ten tysiąc lat… Chociaż z drugiej strony… – dodała po chwili. – Jaki miałaby interes w pomaganiu niewiernemu małżonkowi, którego nie widziała od dziesięciu wieków?

– O! To akurat mogę bardzo łatwo wyjaśnić – pospieszył z odpowiedzią brązowooki amant, ciężko przełykając ślinę. – Magdusia od pierwszego dnia w telewizji wykopała topór wojenny, walcząc ze swoją, hmmm…  no  szwagierką.  Często  brały  się  za  kudły,  raz  nawet  na  wizji  –  co  rzekłszy,  nasz  lowelas uśmiechnął się bezwiednie i złośliwie.

– Do rzeczy! – naciskała zimno i dystyngowanie Martyna.

– No w każdym razie, gdy okazało się, że meteoryty to przesądzona sprawa i że lada dzień stracimy bazę, skontaktowałem  się  z  ekhm,  hmmm…  małżonką  i  poprosiłem  ją  o  przemycenie  kilku…  no… powiedzmy niezupełnych  faktów  do  głównego wydania  „Trąby  Jerychońskiej”. Chodziło  o  to,  żeby odwrócić uwagę reporterów od ewakuacji naszych agentów, która przebiegała nieco…

– …chaotycznie – weszła mu w słowo nasza bohaterka.

– No tak – przyznał z pewnym wstydem Lucjan. – Do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że władze jednak coś z tym zrobią.

– Ale nie zrobiły nic! – podsumowała rzeczowo Martyna.

– No właśnie! Nasi agenci nie stwierdzili, żeby jakiekolwiek organy rządowe podjęły jakiekolwiek decyzje i jakiekolwiek działania. Kompletna cisza – dodał rozgoryczony agent podziemia.

– Czyli żonka –  to ostatnie słowo Martyna wypluła jak muszkę owocówkę – nie kontaktując się z małżonkiem  –  to  słowo Martyna wypluła  jak  resztki  pasty  do  zębów  –  od  tysiąca  lat,  nagle radośnie zgadza  się  na współpracę  i  nie  pyta  o  szczegóły,  tak? Ty myślisz,  że  ja  się  urwałam  z  chatki  siedmiu krasnoludków i wpieprzam na śniadanie halucynogenne jabłuszka? – zapytała z lepką słodyczą.

– Martyna!  To  nie  tak!  –  pospieszył  z  gorliwym  zapewnieniem  Lucjan.  –  Angelika  też  jest w podziemiu i właściwie dlatego zgodziła się pomóc.

– Angelika?  –  zachichotała  Martyna.  –  Cóż  za  doskonale  słodkie  imię  dla  żonki  obywatela ciemności, walecznego Lucjana!

– O co ci chodzi? – naburmuszył się żonkoś. – Imię jak każde inne.

– Taaaa!  –  uśmiechnęła  się  złośliwie  posiadaczka  wielce  szlachetnego  imienia,  po  czym poważniejąc,  dodała:  –  No  dobra,  mam  w  dupie  Angelikę,  tak  jak  wszelakie  Wiolki  i  Samanty z dyskoteki. Mnie  interesuje  tylko  jedna  rzecz:  na  jakiej  podstawie  podziemie  do  ostatniej  chwili miało nadzieję, że władze coś z tym zrobią?

– No  cóż,  wielokrotnie  próbowaliśmy  dyskretnie  nawiązać  kontakt  z  władzami,  ale  zazwyczaj kończyło się to na tym, że albo uznawali naszych agentów za mroczne siły ciemności, albo za szpiegów z krainy  dolara  –  wyjaśnił  wielce  uradowany  zmianą  tematu  Lucjan,  po  czym  zamyślił  się  i  dorzucił bezwiednie: – Potem mieliśmy nadzieję, że twoja wizyta u prezydenta odniesie pożądany skutek, ale jak sama widziałaś, gówno wielkie z tego wyszło – dokończył z niejakim ubolewaniem.

– Aaa!– krzyknęła donośnie Martyna  i jak oparzona skoczyła na równe nogi. – Skąd wiesz, gdzie byłam?  Kuźwa,  skąd  to  wiesz?  –  Zwężonymi  z  wściekłości  oczami  wpatrywała  się  intensywnie  w Lucjana,  po  raz  kolejny  zatracając  zmysły w  paradoksach  czasowych.  – Nie możesz  tego wiedzieć!  – wrzasnęła błagalnie  i znacznie ciszej dodała: – Nie mogliście przecież wiedzieć, że  ja się godzinę  temu  wybrałam  do  prezydenta. Nie mogliście  się  o  tym  dowiedzieć,  bo  ja  sama  o  tym  nie  wiedziałam  do ostatniej chwili! Nie mogliście niczego zaplanować, bo skąd moglibyście przypuszczać, że polecę właśnie tam!

– Martyna!  Twoja misja  u  prezydenta  została  w  szczegółach  zaplanowana mniej  więcej  w  tym czasie,  gdy  tańczyłem  z Magdusią  wolniaka  na  szkolnej  dyskotece  –  rzucił  lekkim  tonem  Lucjan.  – Wszystko,  czego  doświadczyłaś,  miało  na  celu  przygotowanie  cię  do  tej  chwili,  w  której  wyruszyłaś zagrać o wszystko.

– I nic z tego nie wyszło! – zasmuciła się Martyna.

– Niestety! – skomentował z obłudnie zatroskaną miną Lucjan.

Martyna  wstała  i  odłożyła  ostrożnie  fajeczkę  na  brzeg  leżaka.  Zapatrzyła  się  z  zadumą  w przeciwległy brzeg basenu i nie zaprzątając sobie głowy kochankiem i krępującymi ją więzami pomiętego ubrania,  podeszła  powoli  do  brzegu,  który  kusił  i  szeptał,  odbijając  w  swych  ciepłych  odmętach nierzeczywisty  obraz  konstelacji  F.I.U.T.E.K.  Nasza  skołowana  bohaterka  weszła  do  wody  i  leniwie podpłynęła  do  skalistej,  obrośniętej  warkoczami  roślinności  ściany.  Odwróciła  się  w  stronę  Lucjana spoczywającego  ufnie  na  leżaku  i  unoszącego właśnie  samotną  fajeczkę  z  jamajskim  zielem,  po  czym uspokojona  odszukała  Żaba,  który  jak  zwykle  wyrzygiwał  z  siebie  kaskady  źródlanej  wody. Martyna jednym  zdecydowanym  ruchem  wydobyła  rurkę  z  jego  dupy  i  lękliwie  spoglądając  na  nawalonego Lucjana, czekała, aż resztki wody i mułu oczyszczą trzewia płaza, przywracając mu zdolność mowy. Żab przewrócił  z wysiłkiem  oczami  i  po  chwili  zapatrzył  się  chwiejnym wzrokiem w  napiętą  twarz  swojej oswobodzicielki.

– Kum, kum! – zakumkał pokornie.

– Porąbało cię? – zapytała rzeczowo Martyna. – Patrz szybko na tego typa na brzegu i powiedz mi,

kto to jest.

– No jak to? – odbeknął mułem, zniekształcając samogłoski, żab. – Toż to pan Lucjan we własnej osobie.

– Lucjan? – powtórzyła nasza bohaterka, świdrując badawczo płazie jestestwo namiestnika. – Jesteś pewien?

– No jestem! – odparł żab nienawistnym tonem. – To ten sam wał, który mi wtedy wsadził… – nie będąc w stanie doprecyzować, Żab zatonął we łzach. Po chwili ograniczył się do kontrolowanego szlochu i  przyznał  z  ociąganiem:  –  To  jest  pan  Lucjan,  którego  widziałem  ostatni  raz  dawno  temu.  Potem przychodził  tutaj  inny  Lucjan,  no wiesz…  inne  ubranie,  inne  sandały  i  trochę  inne włosy  –  dodał  po namyśle.

Martyna spojrzała z pełnym wdzięczności uśmiechem na Żaba, leniwie uniosła uzbrojoną w rurkę lewą  rękę  i  skierowała  końcówkę  węża  w  rejony  żabiego  dupska.  Czas  zwierzeń  minął.  Dobiegały również końca błogie chwile upalonego jamajską fajką fałszywego Lucjana.

Cudny deser z tapioki

Cudny deser z tapioki

final1a

Dość długo zastanawiałam się nad tytułem tego posta, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy, bo i po co? Toż to samo sedno :)
Tapioka urzekła mnie od pierwszego wejrzenia i teraz już na tysiąc procent, na stałe zagości w mojej kuchni. Cała rodzina podeszła do tego eksperymentu jak do jeża, ale finalnie podzieliła mój zachwyt i po pierwszych dwóch odsłonach byłam zmuszona potroić dostawy podstawowego surowca, czyli kulek skrobi tapioki.

produkty1

Składniki na 3-4 porcje:

– 2,5-3 łyżki tapioki
– puszka mleka kokosowego
– 100 ml wody
– dowolne owoce do zmiksowania
– nasiona chia
– dowolny owoc do dekoracji
– opcjonalnie cukier lub słodzik

kolaz1

Do dzieła. Wbrew pozorom nie jest to nic skomplikowanego. Mleko kokosowe mieszamy z wodą, dokładnie mieszamy trzepaczką i dodajemy tapiokę. Całość gotujemy 15-20 minut na małym ogniu. Aż tapioka zmięknie. Cały czas mieszamy. Następnie przelewamy do słoiczków lub szklanek i od góry uzupełniamy zmiksowanymi owocami. Dekorujemy i pałaszujemy. Genialne na ciepło i na zimno. Oczywiście jak zdąży wystygnąć 😀
Osobiście lubię ten deser zabrać rano ze sobą na siłownię, jako drugie śniadanie, zatem do zmiksowanych owoców dodaję trochę nasion chia i wstawiam na noc do lodówki. Wtedy do rana wszystko nabiera zwartej konsystencji i śmiało można dorzucić pojemnik do torby z ciuchami na trening. Polecam! Urywa tyłek. Pychota <3

final2

 

Tuńczyk jak z puszki

Tuńczyk jak z puszki

Uwielbiam tuńczyka, ale takiego koniecznie z oliwy i najlepiej nie z puszki, żeby blachą go nie było czuć. Można oczywiście kupić tuńczyka w słoiczkach, ale można też zrobić go samodzielnie. Sprawa jest banalnie prosta a efekt świetny. Dodatkową zaletą jest to, że możecie dowolnie eksperymentować z dodatkami. Wadą jest to, że tuńczyk jest dość drogi i występuje w naszych sklepach wyłącznie w postaci steków. A tu by się całe rybsko, najlepiej własnoręcznie złowione, przydało 😀

No, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, więc do dzieła :)

Lista produktów:

– 2 steki z tuńczyka

– 330 ml oliwy z pierwszego tłoczenia

– cebulka

pomidory suszone

– kolorowy pieprz

– sól

– opcjonalnie chili w strączku albo w płatkach

Produkcja domowego tuńczyka jest banalnie prosta i niezbyt pracochłonna. Steki obgotowujemy (około 5 minut) w osolonym wrzątku i odkładamy do wystygnięcia. Szykujemy słoiczki. Z podanych ilości powinny wyjść trzy nieduże. Pamiętajcie, żeby je wyparzyć wrzątkiem (pokrywki też).

Na dnie układamy suszone pomidory, krążek cebulki, kilka ziaren pieprzu i opcjonalnie nieco chili. Tuńczyka tniemy w grubsze paski i dość ciasno układamy w słoikach. Zalewamy oliwą tak, by dokładnie pokryła rybę. Zakręcamy.

Dno garnka wykładamy ściereczką, wstawiamy słoiki, nalewamy wody do ¾ wysokości słoików i pasteryzujemy na niewielkim ogniu przez pół godziny.

I teraz najtrudniejsza rzecz, czyli czekanie :) Minimum dwa tygodnie.

Tuńczyk rewelacyjnie nadaje się do sałatek, na kanapki czy na pizzę lub co tam sobie jeszcze w swej kreatywności wykombinujecie :)

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉

Sałatka z bobu na ciepło

Sałatka z bobu na ciepło

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sezon na bób kwitnie w najlepsze, co mnie osobiście ogromnie cieszy :) Kombinuję więc jak koń pod górę, żeby podać go (bób, nie konia 😀 ) w sposób możliwie smaczny i kreatywny oraz oczywiście się przy tym nie narobić 😀

Spieszę Was poinformować, że udało mi się wymyślić coś absolutnie pysznego. Moi domowi zjadacze bobu byli zachwyceni.

Obiecuję Wam, że Wy też będziecie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– paczka bobu

– 10 dkg dowolnej chudej wędzonki (u mnie szynka szwarcwaldzka)

– łyżka oliwy z oliwek

– dwa ząbki czosnku

– garść natki pietruszki

– sól i pieprz

– chili w strączku lub płatkach

– garść pomidorków koktajlowych

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bób płuczemy i gotujemy w osolonej wodzie przez 3 minuty. Słowo „gotowanie” jest właściwie pewnym nadużyciem, bo bób ma się po prostu dać obrać ze skórek. Jeśli uznacie, że wolicie użyć bobu w skórkach, wówczas gotujemy go dłużej, aż do momentu aż owe skórki zmiękną.

Osobiście namawiam Was na wariant z bobem obranym. Roboty odrobinę więcej (choć bez przesady, nie tak znów wiele) a rezygnując ze skórek pozbywamy się z dania lekkiej goryczki. Dodatkowo, oskubany bób staje się bardzo delikatny i doskonale chłonie smaki z pozostałych składników potrawy. Wybór należy do Was :)

Micha obranego (lub nie) bobu stoi grzecznie na blacie a my w tym czasie kroimy wędzonkę w kostkę a czosnek ścieramy na tarce. Na patelnię wlewamy oliwę z oliwek.

I tu krótka dygresja na temat wędzonki. Będziemy ją smażyć bardzo krótko (żeby nam się oliwa nie spaliła), więc wybieranie np. tłustego boczku nie ma sensu. Tłuszcz nie zdąży się wytopić i mięso będzie gumowate albo, jeśli się zdąży wytopić to zdominuje smak oliwy, która w przypadku tego dania jest pierwszoplanowym bohaterem i oczywiście nośnikiem smaków. Czyli: wędzonka krotoszyńska, speck, szynka szwarcwaldzka – tak, boczek, słoninka i inne tłustości (tym razem) – nie :)

Ok, kwestia mięcha wyjaśniona, więc pokrojoną drobno wędzonkę wrzucamy na patelnię z lekko rozgrzaną oliwą. Mieszamy dosłownie kilka razy i dorzucamy starty czosnek. Ponownie mieszamy kilka razy i wrzucamy bób. Ten ma się jedynie zagrzać. Wrzucamy garść posiekanej natki pietruszki i odrobinę chili (nie musimy, jeśli nie lubimy ostrego), mieszamy ostatni raz i wykładamy bób na talerze. Dorzucamy po parę pomidorków koktajlowych i voila! Gotowe :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ekspresowa drożdżówka

Ekspresowa drożdżówka

final

Ostatnio sporo eksperymentowałam z gotowym ciastem francuskim. Gdyby nie ten cudowny wynalazek, pewnie nigdy w życiu nie upiekłabym niczego poza wielkanocnym mazurkiem. A tak, nie dość, że szybciutko, czyściutko, to jeszcze efektownie, a gościom wcale nie trzeba się chwalić, że ciasto było gotowe :) Bo i po co?

Dziś w sklepie znów mnie pognało w okolice ciast. Tym razem mą uwagę przykuło gotowe ciasto drożdżowe. Pierwszy raz w życiu widziałam taki wynalazek, zatem ciasto od razu trafiło do koszyka.  Z założenia całość wyglądała podejrzanie, ale co tam! Jedziemy. Z wrażenia, z rozpędu kupiłam ciasto słodzone, zatem w dalszej części całkowicie zrezygnowałam z cukru i przekopałam lodówkę w poszukiwaniu resztek niskosłodzonych dżemów. Żeby nawet i to nie było zbyt słodkie, dodałam jeszcze nieco soku z cytryny. No i wyszło super! :)

Składniki

– gotowe ciasto drożdżowe

– ¾ szklanki dowolnego dżemu, konfitury, rozdrobnionych owoców

– 1 jajko

– cukier puder/ cynamon do dekoracji

Schłodzone ciasto rozwinąć. Szybko rozsmarować na nim owocową masę. Całość zrolować i pociąć na kawałki o szerokości ok. 2-3cm. Zachowując spore odstępy ułożyć ślimaczki na papierze do pieczenia i posmarować rozbełtanym jajkiem.  Piec 15-20 minut w temperaturze 180-190 stopni Celsjusza. Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem lub cynamonem.

Pycha!

Nie znam szybszego patentu na równie smaczny i efektowny deser :)

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Witajcie czytelnicy :)

Katarzyna, nasza dzisiejsza bohaterka, jest właścicielką najpiękniejszego ogrodu na świecie. Od samego patrzenia na zdjęcia aż się kręci w głowie :)

Nie dziwne, że rośliny z własnej hodowli wykorzystuje w kuchni. Zapraszamy do zwiedzania i na konfiturę różaną, ale najpierw pozwólmy naszemu gościowi się przedstawić.

Dzień dobry, mam na imię Katarzyna. Zapraszam Was do mojego ogrodu, który ma kolory szczęścia i spokoju… Przysiądźcie proszę na ławeczce i odpocznijcie choć trochę.

Mój ogród to cudowna, rozszumiana, rozćwierkana cisza.  Kraina leżąca na pograniczu Beskidu Wyspowego i Pogórza Wiśnickiego. Jeszcze 10 lat temu, mały domek z dużym ogrodem, w pod szczyrzyckiej wsi, traktowałam jako „rzecz na sprzedaż”. Nie sprzedałam… a dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez ogrodu pod lasem.

 Zapraszam na mojego bloga i FB

A to ja i mój ukochany jamnik Franio :)

Różana konfitura – przepis

Dawno temu, moja babcia, przez całe lato przynosiła do domu naręcza róż. Oczywiście z własnej działki, która była jedną z piękniejszych w okolicy. Bajecznie piękne róże, przeważnie herbaciane, układała do kryształowego wazonu. Pachniało nimi w całym domu. Któregoś dnia, przyszła z olbrzymim, wiklinowym koszem, pełnym różowych, pachnących płatków. Na moje zdziwione oczka kilkulatki, odpowiedziała z mrugnięciem oka: „róże są pyszne”. Nie muszę Wam mówić, jaką ciekawość wzbudziły we mnie te słowa i wtedy, krok po kroku, babcia Teofila wtajemniczyła mnie we wszystko. Tak powstała różana konfitura.

Dzisiaj, po wielu, wielu latach, ciągle mam jeszcze przed oczyma obraz mojej najdroższej babuni, ucierającej w wielkiej makutrze płatki róż z cukrem. Zdaje się, że poszłam w jej ślady, bo rok rocznie, zamykam w kilku słoiczkach różany smak i aromat. Niestety, nie mam w ogrodzie dzikiej róży i muszę chodzić na „szaber” do sąsiada. Oczywiście, za jego zgodą. Zawsze jest to początek lata i bardzo słoneczny, suchy poranek.

To właśnie od babci wiem, że aby różana konfitura dała naszemu podniebieniu rozkosz, to płatki muszą pachnieć słońcem i latem.

A więc, przynoszę do domu kosz, pełen świeżutkich płatków, przebieram je i przepłukuję. Dobrze osuszam papierowymi ściereczkami (babcia używała do tego celu lnianej ściereczki) i wrzucam do makutry. Prawie zawsze jest ich około pół kilograma, więc na całość muszę dodać 70 dkg. cukru. Na stole już czeka drewniana pałka do ucierania i do akcji wkracza NPS (niezwykle przystojny siłacz) – ten, który na moje życzenie, przenosi w ogrodzie głazy, np. w suchej rzece.

I … zaczyna się ucieranie płatków dzikiej róży z cukrem.

W trakcie ucierania, należy dodać do masy trochę soku z cytryny i maleńki kieliszeczek rumu lub koniaku, po to, aby konfitura nabrała „tajemnego” smaku i koloru.

Wreszcie koniec ciężkiej pracy!

Przełożyłam ją do słoiczków i dobrze zakręciłam. Makutrę popłukałam zimną wodą mineralną i uzyskałam dwie szklanki różanego, orzeźwiającego napoju. Chwilo trwaj!