Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Tuńczyk jak z puszki

Tuńczyk jak z puszki

Uwielbiam tuńczyka, ale takiego koniecznie z oliwy i najlepiej nie z puszki, żeby blachą go nie było czuć. Można oczywiście kupić tuńczyka w słoiczkach, ale można też zrobić go samodzielnie. Sprawa jest banalnie prosta a efekt świetny. Dodatkową zaletą jest to, że możecie dowolnie eksperymentować z dodatkami. Wadą jest to, że tuńczyk jest dość drogi i występuje w naszych sklepach wyłącznie w postaci steków. A tu by się całe rybsko, najlepiej własnoręcznie złowione, przydało 😀

No, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, więc do dzieła :)

Lista produktów:

– 2 steki z tuńczyka

– 330 ml oliwy z pierwszego tłoczenia

– cebulka

pomidory suszone

– kolorowy pieprz

– sól

– opcjonalnie chili w strączku albo w płatkach

Produkcja domowego tuńczyka jest banalnie prosta i niezbyt pracochłonna. Steki obgotowujemy (około 5 minut) w osolonym wrzątku i odkładamy do wystygnięcia. Szykujemy słoiczki. Z podanych ilości powinny wyjść trzy nieduże. Pamiętajcie, żeby je wyparzyć wrzątkiem (pokrywki też).

Na dnie układamy suszone pomidory, krążek cebulki, kilka ziaren pieprzu i opcjonalnie nieco chili. Tuńczyka tniemy w grubsze paski i dość ciasno układamy w słoikach. Zalewamy oliwą tak, by dokładnie pokryła rybę. Zakręcamy.

Dno garnka wykładamy ściereczką, wstawiamy słoiki, nalewamy wody do ¾ wysokości słoików i pasteryzujemy na niewielkim ogniu przez pół godziny.

I teraz najtrudniejsza rzecz, czyli czekanie :) Minimum dwa tygodnie.

Tuńczyk rewelacyjnie nadaje się do sałatek, na kanapki czy na pizzę lub co tam sobie jeszcze w swej kreatywności wykombinujecie :)

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉

Sałatka z bobu na ciepło

Sałatka z bobu na ciepło

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sezon na bób kwitnie w najlepsze, co mnie osobiście ogromnie cieszy :) Kombinuję więc jak koń pod górę, żeby podać go (bób, nie konia 😀 ) w sposób możliwie smaczny i kreatywny oraz oczywiście się przy tym nie narobić 😀

Spieszę Was poinformować, że udało mi się wymyślić coś absolutnie pysznego. Moi domowi zjadacze bobu byli zachwyceni.

Obiecuję Wam, że Wy też będziecie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– paczka bobu

– 10 dkg dowolnej chudej wędzonki (u mnie szynka szwarcwaldzka)

– łyżka oliwy z oliwek

– dwa ząbki czosnku

– garść natki pietruszki

– sól i pieprz

– chili w strączku lub płatkach

– garść pomidorków koktajlowych

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bób płuczemy i gotujemy w osolonej wodzie przez 3 minuty. Słowo „gotowanie” jest właściwie pewnym nadużyciem, bo bób ma się po prostu dać obrać ze skórek. Jeśli uznacie, że wolicie użyć bobu w skórkach, wówczas gotujemy go dłużej, aż do momentu aż owe skórki zmiękną.

Osobiście namawiam Was na wariant z bobem obranym. Roboty odrobinę więcej (choć bez przesady, nie tak znów wiele) a rezygnując ze skórek pozbywamy się z dania lekkiej goryczki. Dodatkowo, oskubany bób staje się bardzo delikatny i doskonale chłonie smaki z pozostałych składników potrawy. Wybór należy do Was :)

Micha obranego (lub nie) bobu stoi grzecznie na blacie a my w tym czasie kroimy wędzonkę w kostkę a czosnek ścieramy na tarce. Na patelnię wlewamy oliwę z oliwek.

I tu krótka dygresja na temat wędzonki. Będziemy ją smażyć bardzo krótko (żeby nam się oliwa nie spaliła), więc wybieranie np. tłustego boczku nie ma sensu. Tłuszcz nie zdąży się wytopić i mięso będzie gumowate albo, jeśli się zdąży wytopić to zdominuje smak oliwy, która w przypadku tego dania jest pierwszoplanowym bohaterem i oczywiście nośnikiem smaków. Czyli: wędzonka krotoszyńska, speck, szynka szwarcwaldzka – tak, boczek, słoninka i inne tłustości (tym razem) – nie :)

Ok, kwestia mięcha wyjaśniona, więc pokrojoną drobno wędzonkę wrzucamy na patelnię z lekko rozgrzaną oliwą. Mieszamy dosłownie kilka razy i dorzucamy starty czosnek. Ponownie mieszamy kilka razy i wrzucamy bób. Ten ma się jedynie zagrzać. Wrzucamy garść posiekanej natki pietruszki i odrobinę chili (nie musimy, jeśli nie lubimy ostrego), mieszamy ostatni raz i wykładamy bób na talerze. Dorzucamy po parę pomidorków koktajlowych i voila! Gotowe :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ekspresowa drożdżówka

Ekspresowa drożdżówka

final

Ostatnio sporo eksperymentowałam z gotowym ciastem francuskim. Gdyby nie ten cudowny wynalazek, pewnie nigdy w życiu nie upiekłabym niczego poza wielkanocnym mazurkiem. A tak, nie dość, że szybciutko, czyściutko, to jeszcze efektownie, a gościom wcale nie trzeba się chwalić, że ciasto było gotowe :) Bo i po co?

Dziś w sklepie znów mnie pognało w okolice ciast. Tym razem mą uwagę przykuło gotowe ciasto drożdżowe. Pierwszy raz w życiu widziałam taki wynalazek, zatem ciasto od razu trafiło do koszyka.  Z założenia całość wyglądała podejrzanie, ale co tam! Jedziemy. Z wrażenia, z rozpędu kupiłam ciasto słodzone, zatem w dalszej części całkowicie zrezygnowałam z cukru i przekopałam lodówkę w poszukiwaniu resztek niskosłodzonych dżemów. Żeby nawet i to nie było zbyt słodkie, dodałam jeszcze nieco soku z cytryny. No i wyszło super! :)

Składniki

– gotowe ciasto drożdżowe

– ¾ szklanki dowolnego dżemu, konfitury, rozdrobnionych owoców

– 1 jajko

– cukier puder/ cynamon do dekoracji

Schłodzone ciasto rozwinąć. Szybko rozsmarować na nim owocową masę. Całość zrolować i pociąć na kawałki o szerokości ok. 2-3cm. Zachowując spore odstępy ułożyć ślimaczki na papierze do pieczenia i posmarować rozbełtanym jajkiem.  Piec 15-20 minut w temperaturze 180-190 stopni Celsjusza. Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem lub cynamonem.

Pycha!

Nie znam szybszego patentu na równie smaczny i efektowny deser :)

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Witajcie czytelnicy :)

Katarzyna, nasza dzisiejsza bohaterka, jest właścicielką najpiękniejszego ogrodu na świecie. Od samego patrzenia na zdjęcia aż się kręci w głowie :)

Nie dziwne, że rośliny z własnej hodowli wykorzystuje w kuchni. Zapraszamy do zwiedzania i na konfiturę różaną, ale najpierw pozwólmy naszemu gościowi się przedstawić.

Dzień dobry, mam na imię Katarzyna. Zapraszam Was do mojego ogrodu, który ma kolory szczęścia i spokoju… Przysiądźcie proszę na ławeczce i odpocznijcie choć trochę.

Mój ogród to cudowna, rozszumiana, rozćwierkana cisza.  Kraina leżąca na pograniczu Beskidu Wyspowego i Pogórza Wiśnickiego. Jeszcze 10 lat temu, mały domek z dużym ogrodem, w pod szczyrzyckiej wsi, traktowałam jako „rzecz na sprzedaż”. Nie sprzedałam… a dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez ogrodu pod lasem.

 Zapraszam na mojego bloga i FB

A to ja i mój ukochany jamnik Franio :)

Różana konfitura – przepis

Dawno temu, moja babcia, przez całe lato przynosiła do domu naręcza róż. Oczywiście z własnej działki, która była jedną z piękniejszych w okolicy. Bajecznie piękne róże, przeważnie herbaciane, układała do kryształowego wazonu. Pachniało nimi w całym domu. Któregoś dnia, przyszła z olbrzymim, wiklinowym koszem, pełnym różowych, pachnących płatków. Na moje zdziwione oczka kilkulatki, odpowiedziała z mrugnięciem oka: „róże są pyszne”. Nie muszę Wam mówić, jaką ciekawość wzbudziły we mnie te słowa i wtedy, krok po kroku, babcia Teofila wtajemniczyła mnie we wszystko. Tak powstała różana konfitura.

Dzisiaj, po wielu, wielu latach, ciągle mam jeszcze przed oczyma obraz mojej najdroższej babuni, ucierającej w wielkiej makutrze płatki róż z cukrem. Zdaje się, że poszłam w jej ślady, bo rok rocznie, zamykam w kilku słoiczkach różany smak i aromat. Niestety, nie mam w ogrodzie dzikiej róży i muszę chodzić na „szaber” do sąsiada. Oczywiście, za jego zgodą. Zawsze jest to początek lata i bardzo słoneczny, suchy poranek.

To właśnie od babci wiem, że aby różana konfitura dała naszemu podniebieniu rozkosz, to płatki muszą pachnieć słońcem i latem.

A więc, przynoszę do domu kosz, pełen świeżutkich płatków, przebieram je i przepłukuję. Dobrze osuszam papierowymi ściereczkami (babcia używała do tego celu lnianej ściereczki) i wrzucam do makutry. Prawie zawsze jest ich około pół kilograma, więc na całość muszę dodać 70 dkg. cukru. Na stole już czeka drewniana pałka do ucierania i do akcji wkracza NPS (niezwykle przystojny siłacz) – ten, który na moje życzenie, przenosi w ogrodzie głazy, np. w suchej rzece.

I … zaczyna się ucieranie płatków dzikiej róży z cukrem.

W trakcie ucierania, należy dodać do masy trochę soku z cytryny i maleńki kieliszeczek rumu lub koniaku, po to, aby konfitura nabrała „tajemnego” smaku i koloru.

Wreszcie koniec ciężkiej pracy!

Przełożyłam ją do słoiczków i dobrze zakręciłam. Makutrę popłukałam zimną wodą mineralną i uzyskałam dwie szklanki różanego, orzeźwiającego napoju. Chwilo trwaj!

Martyna 12

Martyna 12

Rozdział 12

W którym wreszcie dowiemy się, o co w tym, kuźwa, chodzi i w którym Martyna musi podjąć decyzję przerastającą jej możliwości pojmowania

Lucjan uśmiechnął  się uprzejmie do Martyny  i gestem wskazał  jej drzwi. Zeszli  razem po  schodach do salonu, gdzie nasza bohaterka jak automat skierowała się do lodówki, z której wyjęła dwa zimne Leszki.

Podeszła powoli do siedzącego na kanapie pana Lucjana  i nie chcąc zaburzać czekającej  ich pogawędki nadmierną bliskością, przycupnęła na skraju ławy, jednocześnie wyciągając w stronę gościa uzbrojoną w puszkę rękę.

– Audiotele  jeszcze  się  chyba  nie  zaczęło  –  zagaił  Lucjan,  otwierając  z  głośnym  pstryknięciem browarek.

– Chyba  jeszcze  nie. Magdusia  zapowiadała  na  dwudziestą  trzecia  pięćdziesiąt  –  odezwała  się apatycznie Martyna, z trudem otwierając piwo.

– Co robimy? – zapytał jej gość.

– Kurde, myślałam, że ty masz jakiś plan! – powiedziała nerwowo nasza piwoszka.

– No,  powiem  szczerze,  że  to  ciebie  tu  sprowadziłem,  żebyś myślała, bo  to  nigdy  nie  była moja mocna strona – wyznał otwarcie Lucjan.

– Mnie? – zarechotała Martyna. – No to chyba coś ci się pomyliło.

– Nie! To jest przemyślana od stuleci operacja! – oświadczył z przekonaniem Lucek.

– Ja mam  zaledwie  trzydzieści  lat  –  odparła  z  godnością Martyna  i  nerwowo  zerknęła  na  ekran telewizora, w którym migały jedna za drugą reklamy.

– Ja się zagubiłem w czasie, wiesz? – westchnął nagle płaczliwie.

Martyna  pociągnęła  ostro  z  puszeczki  i  uznała,  że  jeśli  ktokolwiek ma  tu  być  facetem  i  podjąć racjonalne  decyzje,  to  jest  to  wyłącznie  jej  skromna,  lekko  sfatygowana  osoba.  Zerknęła  z niekontrolowaną czułością na zagubionego Lucjana i podjęła męską decyzję, która wypłynęła znienacka z czeluści jej całkiem zgrabnego kobiecego ciała.

– Siedź  na  dupie  i  nie  waż  się  ruszyć!  –  zażądała  nad  wyraz  przytomnie.–  Będziesz  teraz odpowiadał na moje pytania!

– No dobrze, ale czy to uratuje moją misję? – zapytał trwożliwie Lucek.

– Tego się zaraz dowiemy! – stwierdziła uroczyście Martyna i przywołując z zamierzchłych czasów psychotesty z Bravo Girl, skupiła wszelkie myśli i metody poznawcze na przypadku Lucjana.

– Na czym polega twoja misja? – zapytała groźnie.

– Chodzi o to, żeby Ziemia wróciła do normalności – wyrecytował spolegliwie jej rozmówca.

– Zdefiniuj pojęcie „powrót Ziemi do normalności”.

– No nie wiesz? –  zniecierpliwił  się Lucjan. – Chodzi o  to,  żeby przywrócić  stan planety  sprzed

czasu, zanim Szef postanowił, że Młody będzie pisał o niej pracę dyplomową.

– Kiedy syn Szefa zaczął pisać pracę dyplomową? – dociekała Martyna.

– No…  to  było  jakoś  po  tym,  gdy  Szef  się  wkurzył,  że  jego  córki  takie  wykształcone  są,  a najmłodszy syn nadaje się tylko na prezentera pogody – odparł szczerze Lucek.

– Konkretnie! Jak  to się ma czasowo do wizyty Adama  i Ewy w Raj 3.14? – drążyła  temat nasza

esesmanka.

– No nie pamiętam dokładnie! – sapnął jej gość, pociągając nerwowo z puszeczki.

– Konkrety mnie interesują! – ryknęła Martyna.

– No więc,  jakby  się  tak  zastanowić,  to  było  jakoś w  pierwszym miesiącu,  gdy  Szef  powierzył Młodemu  statek  i  Ziemię.  Parę  dni  później  zgarnęli  Szefa  do  szpitala  i wszystko wymknęło  się  spod kontroli.

– Kim jest Magdusia? – warknęła Martyna.

– No  nie wiesz?  –  zarechotał  Lucek.  – Magdusia  to  najstarsza  i  totalnie  porąbana  córka  Szefa. Wymyśliła  sobie,  że  skoro Szef  jest w  szpitalu,  to ona  przejmie F.I.U.TE.K.  i usadzi  resztę  rodziny w domowym areszcie na Kunta-Kinte.

– Kunta-Kinte? – wtrąciła nieprofesjonalnie zaskoczona Martyna.

– No, znaczy główna planeta Układu. Z tego, co wiem, to nikt oprócz rodziny i obsługi nie ma tam

wstępu – wyjaśnił uprzejmie brązowooki.

– Dlaczego tak ważne było wywalenie beczek z winem i dlaczego się ujawniłeś? Skąd znałeś moje

imię? – walnęła z grubej rury Martyna.

– No,  wywalenie  beczek  było  drugim  i  ostatnim  etapem  zamazania  brzemiennej  w  skutki działalności Młodego.  Pokazałem  się  tylko  dlatego,  że  zawaliłem  tam  sprawę  wiele  setek  lat  temu  i musiałem naprawić sytuację. Znałem twoje imię ze szkoły –odpowiadał karnie i po kolei Lucjan.

– Dlaczego  to  był  drugi  etap  i  dlaczego  trzeba  było  zamazać  działalność  Ziomusia?  –  zapytała Martyna, tłumiąc palącą potrzebę przejścia do ostatniego pytania.

– Czas nam ucieka! – rzucił Lucek i zapatrzył się w gasnącą końcówkę reklamy proszku do prania.

– Możemy  się  przecież  cofnąć  nieco  i  kontynuować  rozmowę  –  odparła  niefrasobliwie  nasza ekspertka od spraw paradoksów czasowych.

– Nie możemy, chyba że chcesz zobaczyć samą siebie wyciągającą dla nas browar z lodówki i paść na zawał – zasugerował pogodnie jej rozmówca.

– No  dobra,  skoro  się  nie  da,  to  odpowiadaj  na  pytania!  –  warknęła  zawiedziona  Ziemianka.– Dlaczego to był drugi etap? I dlaczego trzeba było ukręcić Ziomusia? – dodała ponaglającym tonem.

– No więc Młody od dawna kręcił się na Ziemi i kombinował, jak się tu dowartościować. Raz mu przeszkodziłaś  i mieliśmy  nadzieję,  że  odmieniłaś  tym  bieg  historii.  Sam  ustawiałem  komputery  na  tę misję! – powiedział chełpliwie Lucek.

– Dobra, powiedzmy, że misja się powiodła, a co z drugą?– powiedziała szybko Martyna.

– Młody  sobie  wykombinował,  że  długo  go  na  Ziemi  popamiętają,  więc  wymyślił  ten  numer z winem. – Lucek wzruszył ramionami. – Za pierwszym razem nie udało mi się go upilnować i cała Ziemia pogrążyła się w dziwacznej manii.

– Jak to za pierwszym razem? –zbaraniała Martyna.

– No…  ja  sam  tego dokładnie nie wiem. Z  filmów pamiętam, że nie można  się pokazać  samemu sobie,  ale  akurat  z  tym  nie  było  żadnego  problemu,  bo  za  pierwszym  razem wpadłem  pod  stół,  zanim wesele  na  dobre  się  zaczęło.  Nawet  nie  wiedziałem,  że  Magdusia  się  tam  pojawiła.  Wróciłem  i schowałem  się  za  krzakami.  Trochę  się  zdziwiłem,  jak  zobaczyłem,  że  siedzisz  za  sławojką,  ale  te podróże  w  czasie  już  dawno  mnie  przerosły,  więc  olałem  sprawę.  Pilnowałem  tylko,  żebym  się  nie podniósł spod stołu.

– Który z ciebie stał za krzesłem w sali weselnej? – zapytała skołowana Martyna.

– Ja!  – wrzasnął  entuzjastycznie Lucek.  – To  znaczy  ten  ja,  którego  tu widzisz. Tamtego Lucka kopałem dyskretnie sandałem po głowie, gdy chciał się podnieść – dodał z dumą.

– Kurde! – westchnęła z podziwem Martyna i rzuciła, przytomniejąc. – No dobra, to już wiem, jak zawaliłeś sprawę, ale jesteś mi jeszcze winien odpowiedź na pytanie, skąd znasz moje imię.

– No co ty? – zaćwierkał samiec. – Nie poznajesz mnie?

– No  poznaję!  –  przyznała  rzeczowo  nasza  bohaterka.  – Choć muszę  przyznać,  że w  cywilnych ciuchach wyglądasz lepiej niż w tej złotej szacie.

– Martyna! – zawołał zaszokowany facet. – Ty nie wiesz kim ja jestem?

– No  Lucjanem,  a  kim  innym?  –  odparowała  zniecierpliwiona Martyna,  zerkając  dyskretnie na ekran, na którym właśnie zaczynało się audiotele.

– Martyna!  –  powtórzył  facet.  – Myślisz,  że  ja  bym  tak  sobie wpadał  na  twój balkon  i w  ogóle, jakbym Cię wcześniej nie znał?

– No myślałam, że syn Szefa kazał i w ogóle…– wymamrotała nieskładnie.

– Pogięło cię? On nie ma pojęcia o twoim istnieniu… I bardzo dobrze!

– No więc skąd się znamy? – naparła niecierpliwie Martyna.

Lucek  wyciągnął  z  kieszeni  małe  etui,  z  którego  przesadnie  powolnym  gestem  wydłubał  parę okularów i nasadził ją sobie na nos. Przyczesał na bok niesforne włosy i wpił ufne spojrzenie w Martynę.

Nasza bohaterka zesztywniała w niedowierzaniu i przetarła znużonym gestem wilgotne czoło.

– Daruś? – wyjąkała z wahaniem.

– To ja! – szepnął cicho uzbrojony w dziecięce okularki Lucjan.

Nad salonem wirowała zagadkowa cisza, w którą z upiornym bzyczeniem wciął się rozchichotany

głos rudej Magdusi. Właśnie zaczynało się audiotele.

– Lucek? – zagaiła Martyna.

– No? – mruknął Daruś.

– A  powiedz  mi  jeszcze  o  co  chodziło  z  tymi  dziełami  sztuki?  –  szepnęła  niewinnie  nasza bohaterka.

– A  to  taka  zasłona  dymna  – machnął  ręką  Lucek.  – Magdusia  chciała wyciągnąć maksymalne profity z upadku D.U.P.A. i nagłośniła w mediach aferę z kradzieżą.

– Komputery  powiedziały,  że misje mają  na  celu wzbogacenie  kolekcji  –  rzuciła  z  pretensją w głosie Martyna.

– No  i w  sumie miały  rację  –  zadumał  się Daruś.  –  Po wymazaniu  śladów  obecności Młodego okazało się, że planeta eksplodowała milionem niesamowitych dzieł sztuki. Magdusia postanowiła, że w obliczu zbliżającej się zagłady można na tym zrobić znakomity interes. No wiesz… najlepiej sprzedają się dzieła nieboszczyka.

– To znaczy, że meteoryty to jej robota? – poderwała się na równe nogi Martyna.

– No co ty? – roześmiał się Lucek.

– No to czyja?

– Nie wiem. Kosmosu? A może nie…

– A matka? – zapytała dociekliwie nasza bohaterka.

– Co matka? – zdziwił się Lucek.

– No, na weselu cały czas gadaliście o matce Ziomusia, która załatwiła wino na imprezę.

– A daj  se  spokój! To  tylko przykrywka zmontowana na potrzeby  Janka, czyli wścibskiego pana młodego. Magdusia opłaciła kobiecinę ze wsi i dała jej kasę na trunki. Dodatkowo kobieta zaświadczyła, że Młody jest jej synem, i szafa grała.

– Dlaczego akurat to wesele? – zapytała Martyna.

– A co za różnica? – wzruszył ramionami Lucjan. – Tak wyszło. A potem trzeba było tam wrócić, żeby skasować efekty knowań Magdusi.

– To wszystko jej robota! – wygłosiła odkrywczo Martyna.

– No pewnie, a czyja? – powiedział Daruś. – Rude jest wredne!

Na ekranie pojawiła  się uśmiechnięta  złowieszczo Magdusia. Martyna z nieukrywaną  satysfakcją dopatrzyła  się mikroskopijnych  zmarszczek,  które  oplatały  jej  fałszywą  gębę. Nieświadoma wnikliwej obserwacji,  ruda  klasnęła  w  dłonie  i  uciekła  do  mniejszego  okienka,  zdominowanego  satelitarnym przekazem obrazu Błękitnej Planety kręcącej się majestatycznie i nieświadomie na tle czarnej przestrzeni.

– Szanowni  państwo,  niech  was  nie  zwiedzie  pozorny  spokój  w  tym  zakątku  świata!–  zagaiła radośnie Magdusia. – Za chwilę rozpęta się tu piekło, ale zanim to nastąpi, chciałam państwa zachęcić do udziału w naszym kosmicznym audiotele. Przypominam, że pytanie brzmiało:

Proszę powiedzieć, jak nazywa się gwiazda Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

– Jest mi niezmiernie miło poinformować państwa, że do przewidywanej puli i pamiątkowych zdjęć dorzuciliśmy  jeszcze kilka niesamowicie cennych obrazów, pochodzących z planety, która dokładnie za dwanaście minut ulegnie zniszczeniu! – dodała Magdusia, uśmiechając się profesjonalnie.

– Lucek?

– No? – mruknął Daruś.

– A co ty robiłeś w mojej szkole? – zapytała kompletnie bez związku z audiotele Martyna.

– No a co mogłem tam robić? – odparł zdumiony Lucek. – Chowałem się przed mackami rodziny Szefa.  Moja  organizacja  zadołowała  mnie  w  najbardziej  przerąbanym  miejscu  we wszechświecie  z nadzieją, że tam mnie nie dorwą.

– Organizacja?

– No wiesz, zwalczamy reżim Szefa. Obecnie z podziemia – oznajmił z dumą Lucek.

– A jednak Magdusia cię tam dorwała – podsumowała Martyna.

– I tak, i nie! Wyczaiła mnie, to fakt, ale nie mogła się zdekonspirować, więc dociągnęliśmy jakoś do ósmej klasy. A gdy poznałem Ciebie… – zacukał się brązowooki.

– To co?

– No więc pozmieniały mi  się priorytety  i  zamiast działać dla podziemia,  zacząłem kombinować jak ocalić Ziemię – odpowiedział miękko Lucek.

– I co wykombinowałeś? – zapytała uprzejmie Martyna.

– Nic – przyznał ze skruchą Daruś.

Na  ekranie  wyginała  się  wdzięcznie  ruda  małpa  i  entuzjastycznie  wskazywała  na  czerwone punkciki zbliżające  się do granic układu, którego nazwa  stanowiła meritum audiotele. Martyna wstała  i bezgłośnie zapłakała. Przed oczami stanął jej samochód Boratyńskiego, pieszczotliwie głaskany woskiem w każdą sobotę. Łzy już ciurkiem płynęły po jej spalonych słońcem Jamajki policzkach, gdy wyobraziła sobie  udręczonego  życiem  Szalińskiego  i  jego  niebiblijnego  judasza  oraz  rozwrzeszczane  bliźniaki. Ocierając  wilgoć  z  twarzy,  przypomniała  sobie  panią  Alę  z  warzywniaka  i  urocze  ekspedientki  ze spożywczego,  które  zawsze  pokazywały  jej  puszeczki  z  najświeższą  datą. Z  rozpędu  poświęciła  nawet ciepłe myśli francuskiej siostrze zakonnej, która była jej sąsiadką z piętra. Jej serce ścisnęła taka żałość, że  roztkliwiła  się  nad  „barankiem”  i  członkami  rządu.  Przed  oczami  stanął  jej  prezydent,  tak władczo przemawiający podczas orędzia noworocznego. Nawet jego było Martynie obecnie żal.

Ostatnia myśl zelektryzowała naszą bohaterkę  i wpijając wzrok w ekran ustaliła, że do zderzenia zostało  jeszcze  osiem minut. Zerknęła  na Lucjana,  który  schował  twarz w  dłoniach  i  zaczynał właśnie przeżywać zawodową porażkę.

– Siedź tu i czekaj na mnie. Pomysł mam! – wrzasnęła Martyna i pokłusowała do kokpitu.

 

Martyna  otworzyła  z  trzaskiem  drzwi  do  dziupli  komputerów  i  nie  zważając  na  ich  pogrążone  w spoczynku monitory, wrzasnęła do Lewego:

– Szykuj lot!

Lewy ocknął się z błogiego letargu i zamrugał z zaskoczeniem diodami. Środkowy kompletnie olał wtargnięcie Martyny.

– Zanim polecę, to mi jeszcze powiedz, dlaczego zawsze, gdy gdzieś lecę, to o taki sam czas, jaki spędzę na Ziemi, posuwa  się czas  tutaj? W  filmach  inaczej było!  –  zapytała podenerwowanym  głosem nasza podróżniczka w czasie.

– No właściwie  to mogłabyś wracać  do  tego  samego momentu,  ale  Środkowy  ustalił,  że  łatwiej będzie, jeśli czas będzie biegł paralelnie – odparł znużony Lewy.

– Aha! Znaczy  inaczej nie umie! – podsumowała Martyna. – To  teraz zmień  to  szybko, bo mam interes na Ziemi i zamierzam wrócić zanim skończy się audiotele.

– Tak się nie da! – powiedział ze zgrozą Lewy. – Środkowy źle się czuje, więc nie zmieni ustawień. Ja mogę cię wysłać, gdzie chcesz, ale wrócisz dokładnie po takim czasie, jaki spędzisz na Ziemi.

– No  dobra!  –  westchnęła  Martyna  zerkając  z  ukosa  na  uśpionego  Środkowego.  Czuła,  że  to element spisku mający na celu nieodwracalne przesunięcie czasu na Raj 3.14, ale uznała, że nie pora teraz dociekać,  kto  tu  sieje  dywersję.  – Wysyłaj mnie  natychmiast: miejsce Warszawa, gabinet prezydenta.

– Służę uprzejmie! – odpowiedział słodko Lewy i zaszumiał z wysiłkiem.

Martyna  ugięła  nogi  i  zaciskając  mocno  pięści,  czekała  na  transfer.  Po  chwili  ze  znajomym mrowieniem  pośladków  poderwała  się  w  niebyt,  by  dosłownie  po  kilku  sekundach  opaść  na  miękki czerwony dywan.

– Aaaaaaa!– wrzasnął jakiś spanikowany głos.

– Aaaaaaa!  –  nie  pozostała  dłużna  Martyna.  Po  chwili  jednak  zamknęła  jadaczkę  i  parsknęła niepohamowanym śmiechem. Najbardziej szacowna persona kraju siedziała na fotelu i wybałuszała oczy, jak nie przymierzając namiestnik SigmaPi po wetknięciu rurki.

– Dobra! Wyluzuj! – powiedziała pojednawczo Martyna. – Nic ci nie zrobię. Przyleciałam tylko na dwie minutki, żeby powiedzieć coś bardzo ważnego.

– Jak  się  tu  dostałaś?  –  zapytał  obrażonym  głosem  namiestnik  macierzystego  kraju  naszej bohaterki. – O matko, a co za różnica? Słuchaj lepiej, co mam do powiedzenia, a nie głupotami sobie będziesz dupę zawracać.

– Ej  no!  Grzeczniej!  Grzeczniej  no!  Do  prezydenta  mówisz!  –oburzył  się  prezydent  i  opuścił podkurczone nogi, wygładzając z godnością kanty nogawek.

– No dobra! To przepraszam cię prezydencie i w ogóle – zaszemrała ugodowo Martyna.

– No! – sapnął z satysfakcją namiestnik skrawka Ziemi.

– Słuchaj, nie ma czasu na pierdoły, bo za sześć i pół minuty burza meteorytów zmiecie Ziemię z mapy układu D.U.P.A. – zaczęła dyplomatycznie Martyna.

– Dupa? Dupa?! – wrzasnął rozsierdzony prezydent.– Jak śmiesz? Tu i pod tym obrazem? – dodał zgorszony i wykonał wymowny gest w stronę wizerunku okutanej w niebieskie szaty handlarki wina.

– Dość! – ryknęła Martyna i dodała: – Bo zadzwonię do mamy!

Prezydent  skulił  się  w  wyćwiczonym  od  dnia  ślubu  odruchu  i  zareagował  bezbłędnie,  jak zaprogramowany na kryzysową sytuację samiec.

– No  już dobrze, dobrze!  Ja wszystko  rozumiem  i  też cię kocham! – wyznał  skruszony, po czym potrząsnął głową, starając się odwrócić zwodniczy tok myśli. Zapowietrzył się na momencik i wrzasnął. – A co pani tu robi? Ja wołam ochronę, i to natychmiast!

– Zamknij  się w  końcu  i  posłuchaj!  –  syknęła wnerwiona Martyna.  –  Za  niespełna  sześć minut mojego czasu Ziemia pieprznie i rozsypie się w pył. Według twojego czasu to będzie za pięć lat. Nadciąga stado meteorytów. Zamiast zajmować  się głupotami, zwołaj kolesiów prezydentów  i coś z  tym zróbcie. No  nie  wiem…  Jakieś  rakiety  trzeba  przygotować  czy  co?  Jeśli  nic  nie  zrobisz,  to  walnie,  pizdnie  i Belwederek zmiecie, kumasz dziadziu? – wrzasnęła nasza dyplomatka.

Prezydent  wpatrywał  się  w  Martynę  osłupiałym  wzrokiem.  Najwyraźniej  nie  był  zdolny  do wykonania sensownego ruchu, że o spójnej myśli nawet nie wspominając.

– Pamiętaj! Jak nic z  tym nie zrobisz,  to wszystko walnie,  rozumiesz?  – powiedziała cicho nasza zbawicielka świata. – Dostałeś przekaz z Raju i tego się trzymaj. I jeszcze jedno! – powiedziała mściwie nasza  świeżo  mianowana  ekspertka  historyczna.  –  Zdejmij  no  tę  handlarkę  win  ze  ściany,  bo  się F.I.U.T.E.K. z nas śmieje! Zabierzcie mnie natychmiast! – krzyknęła kierując wzrok w sufit gabinetu.

– Tak!  Zabierzcie  ją  z  stąd!  –  krzyknął  z  ulgą  prezydent,  tyle  że  spoglądał  z  nadzieją w  drzwi wejściowe,  kompletnie  nie  przyjmując  do wiadomości  zagadkowego  syknięcia,  które wtajemniczonym obwieszczało początek procesu teleportacji.

– Pamiętaj!  –  krzyknęła  jeszcze  na  odchodnym  Martyna  –  Masz  pięć  lat,  a  potem  wszystko pieprznie!

Prezydent patrzył oniemiały i próbował odnaleźć zarys sylwetki histeryzującej baby w kłębie dymu pełgającym po czerwonym i wyjątkowo miękkim dywanie.

– Mara  jakaś? – powiedział cicho. – Albo opozycja kombinuje! – dodał z satysfakcją  i zwracając ufne spojrzenie na handlarkę win, postanowił napisać raport.

Martyna  w  tym  czasie  wylądowała  w  kokpicie  i  naprędce masując  zdrętwiałe  pośladki,  rzuciła okiem na zegar. Uświadomiła sobie, że audiotele powinno się już kończyć i że najdalej za cztery minuty nastąpi triumfalny kontratak z Ziemi. Nie zaszczycając komputerów nawet przelotnym spojrzeniem, nasza ratowniczka  świata  pobiegła  przez  sypialnię  do  szczytu  kręconych  schodów  i  w  oczywisty  sposób ignorując potrzeby fizjologiczne, rzuciła się w lewo, po zaledwie kilku sekundach dopadając do kanapy, telewizora i załamanego Darusia.

– Lucek? – zapytała łagodnie. – Co się działo, jak mnie nie było?

– Nic!– odparł naburmuszony Daruś. – Reklamy leciały, a teraz wylazła ta ruda małpa i mówi, że zaraz zaczną się prawdziwe emocje.

– Nie  bój  nic!  –powiedziała  z  mocą  Martyna.  –  Będzie  dobrze!  Zobaczysz!  –  I  pokłusowała biegiem do lodówki po dwa piwka.

Mościła się właśnie wygodnie na kanapie obok Lucka i zaczynała koncentrować na słowach podłej Magdusi, gdy jej kumpel, wiercąc się nerwowo, rzucił oskarżycielskim tonem:

– Gdzie byłaś?

– Cicho! Na miasto musiałam skoczyć. Sprawę miałam do załatwienia.

– Ta! Sprawę! – obraził się Lucjan. – Nie jesteś ze mną szczera, wiesz?

– No co ty? – zadrwiła nasza niedoszła psycholożka, solennie sobie obiecując, że nigdy nie wyjdzie za mąż.

Magdusia  na  ekranie  zaczęła  podskakiwać  i  klaskać  w  dłonie.  Jej  twarz  okrywał  niezdrowy rumieniec  podniecenia.  Pokazywała  paluchem  ekran,  na  którym  czerwone  punkciki  właśnie dopadały stadem  majestatycznie  spokojną  Błękitną  Planetę. Martyna  wzruszyła  tylko  ramionami  i  pociągnęła  z puszeczki.

– Martyna! – wrzasnął Lucek. – Ja nie mogę na to patrzeć!

– Będzie dobrze! – powiedziała pokrzepiająco Martyna i poklepała go zdawkowo po plecach.

Magdusia wyszczerzyła się do kamery i nadal wskazywała ręką na przedmiot swojego audiotele.

– Na  kilka  sekund  przed  zderzeniem  koniecznie muszę  powiedzieć  państwu,  że wyłoniliśmy  już zwycięzcę. Wyniki podamy oczywiście po eksplozji i po krótkiej przerwie na reklamy.

– Wal się na ryj! – wrzasnęła Martyna i odnajdując rękę Lucjana, wpiła wzrok w ekran.

Czerwone  punkciki  opadły  Ziemię  i  nie  czekając  na  zaproszenie, wpiły  się w  jej  powierzchnię. Błękitna  Planeta  protestowała  przez  chwilę,  by  wreszcie  zakołysać  się  w  posadach  i  eksplodować  z przeraźliwie jasnym blaskiem.

– Nie  muszą  się  państwo  obawiać  żadnych  niedogodności  związanych  z  toksynami  i  pyłami  – powiedziała  uradowana Magdusia.  –  Ta  planeta  jest  bardzo  odległa  od  cywilizacji.  I  teraz  już  mogę powiedzieć, że jej nazwa, a zarazem klucz do wygrania stu  tysięcy dinarów, brzmi: Ziemia!!!! Zaraz po przerwie dowiedzą  się państwo, kto  jest  szczęśliwcem, który dzisiaj otrzyma  główną nagrodę. Nie odchodźcie od odbiorników!

Rozpromienioną  twarz  Magdusi  zastąpiła  plansza  rozpoczynającą  reklamy.  Lucjan  opuścił bezradnie rękę, w której trzymał pilota i pozwalając wybuchnąć głupawym ofertom handlowym, skurczył się w sobie i zamknął oczy.

Ryba z pieca

Ryba z pieca

final1

Idę o zakład, że są wśród Was tacy, którym się wydaje, że z rybą jest cała masa roboty, a to nieprawda. Wystarczy kupić świeżą półtuszkę lub filet ulubionej ryby, szast-prast i gotowe :)

produkty1

Składniki:

– dowolna liczba porcji z halibuta, dorsza, łososia lub innej ulubionej ryby

–  kilka cieniutkich plasterków cytryny

– jedna spora szalotka lub 2-3 mniejsze

– kilka suszonych pomidorów z oleju (opcjonalnie)

– przyprawy sypkie: sól, pieprz, papryka, ewentualnie roztarta bazylia

kolaz1

 

Rybę płuczemy i starannie osuszamy papierowym ręcznikiem. Następnie układamy kawałki ryby w głębokiej blaszce. Najlepiej na folii aluminiowej. Posypujemy mieszanką przypraw, poszatkowaną w piórka szalotką, posiekanymi pomidorami i dekorujemy plasterkami cytryny. Całość wstawiamy na ok. 15-20 minut do piekarnika nagrzanego do 190 stopni. Na pierwsze 10 minut pieczenia nakrywam całość folią, żeby ryba nie wyschła. Później odkrywam i czekam do momentu aż przyrumieni się z wierzchu.  Jeśli ktoś woli wersję bardziej duszoną, każdy kawałek należy osobno zawinąć w folię.

Gotowe. Podawać z dowolną zieleniną, surówką,  ziemniakami, ryżem i z czym kto lubi.  Smacznego!

lead1

Pierogi z pieczenią i chili

Pierogi z pieczenią i chili

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierogi lubi chyba każdy a zdania bywają podzielone dopiero wtedy, gdy dyskusja schodzi na farsze :) Jedni wolą z owocami na słodko albo z serem, inni te z kaszą gryczaną, ruskie albo z kapustą z grzybami. Łączy nas jedno. Większość z nas kocha pierogi z mięsem (nie dotyczy wegetarian ;))

Ja oczywiście lubię je także, ale zawsze mi czegoś w nich brakowało. Długo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że chodzi o nieco „rozmyty” smak mięsa. Zawsze przecież za podstawę farszu robi mięso pozostałe po zrobieniu rosołu, prawda? A może by tak spróbować zrobić to nieco inaczej? Tak, by zatrzymać smak w całości?

Tak narodziły się pierogi z chili i pieczenią wołową. Myślę, że może to być pieczeń absolutnie z każdego mięsa, więc jest pole do eksperymentów.

Każdy kto robił pierogi wie, że jest z tym od groma roboty, ale na jakąś specjalną okazję warto się pomęczyć, bo efekt jest rewelacyjny. Ja lepszych pierogów nigdy w życiu nie jadłam :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na pieczeń:

– 1 kg łaty wołowej

– 0,7 kg rostbefu z kością

– 2 duże cebule

– kilka większych ząbków czosnku

– marchewki

– papryczka chili

– przyprawy, czyli na tym etapie: sól, pieprz, rozmaryn i mielona kozieradka, którą bez kłopotu kupicie w sklepie Swojski wyrób. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mięso myjemy i osuszamy ręcznikiem papierowym a następnie lekko obsmażamy z każdej strony na patelni, żeby pozamykać pory. To istotny element przygotowania, jeśli chcemy by pieczeń nie była sucha. Do naczynia żaroodpornego wkładamy mięso, obrane cebule, obrane i pokrojone w plasterki marchewki, ząbki czosnku i pokrojoną papryczkę chili. Ilość tej ostatniej musicie ustalić indywidualnie. Każdy ma przecież inną tolerancję na ostre potrawy. Całość posypujemy solą (około pół łyżeczki), pieprzem i rozmarynem. Nakrywamy, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy przez godzinę. Po tym czasie naczynie żaroodporne z pieczenią wyjmujemy, studzimy i chowamy do lodówki (najlepiej na noc).

Następnego dnia oddzielamy mięso od kości i przepuszczamy (dwukrotnie!) przez maszynkę do mielenia. Wrzucamy jak leci z cebulą i wszystkimi dodatkami, nie zapominając o galaretce, która z całą pewnością wytworzyła się na dnie. W niej jest cały smak a dodatkowo sprawi, że farsz nie będzie suchy, tylko przyjemnie wilgotny.

Przemielone składniki ponownie doprawiamy według uznania. U mnie były to sól, pieprz, kozieradka, czosnek granulowany, suszona cebula i łyżeczka sosu worcester.

No dobrze. Farsz gotowy, więc czas się wziąć za ciasto :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na ciasto:

– 1 kg mąki pszennej

– 1 jajko

– szczypta soli

– 500 ml ciepłej wody

Wszystkie składniki mieszamy w dużej misce a potem przekładamy na oprószony mąką blat i zagniatamy. Warto się postarać i gnieść około 10 minut bo w tym czasie ciepło rąk sprawia, że z mąki uwalnia się gluten a ciasto robi się sprężyste i będzie znacznie łatwiej (i szybciej) kleić z niego pierogi.

Ciasto partiami wałkować na cienkie placki, wykrawać kółka, nakładać po łyżeczce farszu i lepić. Z podanych ilości wyjdzie około 70-80 pierogów. Niewykluczone, że więcej :) Można je śmiało mrozić na surowo (nie mogą się stykać w czasie mrożenia) albo po ugotowaniu. I macie kilka obiadów z głowy :)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piżama day party

Piżama day party

Dziś, stojąc samochodem na czerwonym świetle, ujrzałam jak z sąsiedniego samochodu wysiadł mężczyzna w piżamie i szlafroku. Cóż, zimno dziś, zatem szlafrok nie dziwi. Ale w piżamie?  Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było na przykład pod jakimś domem albo blokiem. Przecież facet mógł wyjść ze szpitala i ktoś go podwiózł, prawda? Ale nie, wysadzono gościa pod placem targowym i najnormalniej w świecie poczłapał sobie w bamboszach na zakupy. Kurczę, a może rzeczywiście wyszedł ze szpitala, miał w domu pustą lodówkę i chciał przed powrotem zrobić zakupy?

Dość na tym, że zwrócił na siebie uwagę i niejeden się za nim obejrzał. Ja też :) Ale jako, że hipokrytką nie jestem to przytoczę tu własną piżamową akcję, kiedy to pewnej wakacyjnej nocy wylądowałam z dusznościami w kieleckim szpitalu wojskowym. Karetka zgarnęła mnie wtedy prosto z lasu, właśnie w piżamie. Do tego mój zaspany mąż wyposażył mnie na drogę w kosmetyczkę, polarowy pled, grube spodnie od dresu oraz za duże na mnie, o pięć rozmiarów, adidasy mojej córki.

Do rana zdążyłam ozdrowieć, więc mniej więcej koło ósmej wypisano mnie ze szpitala. Zadzwoniłam więc do męża, żeby po mnie przyjechał, a że miał prawie godzinę jazdy, zatem za wygrzebane z dna kosmetyczki drobniaki kupiłam sobie w automacie dużą coca-colę i wyszłam na zewnątrz. Upał w tamtym czasie panował niemiłosierny, więc darowałam sobie spodnie od dresu i przycupnęłam na szpitalnym ogrodzeniu. W końcu baba w piżamie, w bezpośredniej bliskości szpitala, to nie dziwota, więc w oczekiwaniu na męża spokojnie obaliłam colę i ciupnęłam kilka partyjek w Candy Crush.

Niestety, po godzinie okazało się, że mój ślubny jeszcze nawet z miejsca nie ruszył, bo zatrzasnął się domku i nie mógł wyjść. Korzystając z reszty baterii w telefonie zorganizowałam mu ewakuację i mając przed sobą kolejną godzinę sterczenia pod szpitalem, przeniosłam się na skwerek i zainstalowałam w cieniu, pod drzewem. Ułożyłam się plackiem na kocu i z niemałą przyjemnością zagapiłam na liście.

Ech, mój błogostan nie trwał długo, ponieważ każdy przechodzień myślał, że zasłabłam albo umarłam, więc podchodził i pytał czy dobrze się czuję. Kurczę, nigdy nie czułam się lepiej, a po końskiej dawce sterydów jaką zaaplikowano mi w nocy, mogłam w kwadrans przenieść Kopiec Kościuszki z Krakowa do Sopotu!

Zdenerwowana, że mi przeszkadzają, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam machać nogami, żeby było widać, że żyję. Kurczę, bateria zaczęła pikać coraz częściej, a w Candy Crush skończyły mi się życia, więc z nudów postanowiłam zrobić porządek w kosmetyczce. Przy okazji zrobiłam też pełny makijaż.

W szpitalu personel skończył właśnie nocny dyżur, a ja kątem oka zauważyłam, że dużo ludzi wyszło sobie na spacer i niektórzy robią mi zdjęcia. A co tam! Światło było dobre, a ja nie mając nic lepszego do roboty, znalazłszy pęsetę, przystąpiłam do żmudnej czynności regulowania łuków brwiowych.

Nagle rzuciło mi się w oczy, że chyba wszyscy pracownicy szpitala właśnie postanowili wyjść na papierosa. Ludzie w białych kitlach niby mimochodem krążyli obok i zerkali dyskretnie w moją stronę. Mych uszu, doszły też komentarze, czy aby na pewno nie uciekłam z psychiatryka. Jedna z pielęgniarek na widok pęsety nie wytrzymała i szturchnęła koleżankę w bok, mówiąc: „Ty, Zosia, patrz! Pewnie jakaś jeb…ta!”.

Gdyby nie to, że mój pęcherz właśnie odnotował świeżą dostawę wypitych wcześniej napojów, pewnie umarłabym ze śmiechu, ale zważywszy na fakt, że toaleta jest w szpitalu, a przedrzeć się przez izbę przyjęć wcale nie jest tak łatwo, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Pobliskie krzaczki również nie wchodziły w grę, a sprawa zaczynała robić się poważna, ale jak tylko sobie pomyślałam, że kolejne dwadzieścia cztery mogę spędzić w innej państwowej instytucji, postanowiłam być twarda. Na dodatek, po całej nieprzespanej nocy, wypisali mnie na głodniaka, a żołądek właśnie zaczął głośno upominać się o swoje.

Telefon. Odebrałam, szczęśliwa że mąż właśnie przybył na ratunek, ale niestety. Zadzwonił tylko po to, żeby mi powiedzieć, że w Kielcach jest remont drogi, sterczy w korku i nie wiadomo kiedy dojedzie.

Blisko trzygodzinne koczowanie na skwerku przy ruchliwej ulicy w centrum miasta, było doznaniem ciekawym, ale jeszcze ciekawszym była wizyta w McDonaldzie, ponieważ od razu po przybyciu męża zażądałam wizyty w najbliższej toalecie i to NATYCHMIAST. Pusty żołądek również nie pozwolił stamtąd odjechać bez jedzenia, więc nie oglądając się na osłupiałą klientelę wparowałam do środka rozczochrana, w piżamie, w za dużych o pięć rozmiarów adidasach oraz z eleganckim make-up’em, i zapodałam sobie bułę.

Mąż, na wszelki wypadek, stanął nieco dalej :)

Martyna 11

Martyna 11

Rozdział 11

W którym nasza bohaterka musi wtopić się w egzotyczne tło, a do tego nie tracić głowy

Gdy  opadł  już  pustynny  kurz,  nasza  dzielna  bojowniczka  o  prawa  Ziemi  odkaszlnęła  gwałtownie,  po czym rozglądając się czujnie wokół siebie, namierzyła drewnianą sławojkę, która tkwiła w nieznajomym otoczeniu  jak  oaza  oferująca  cień  normalności. Martyna  zakradła  się  chyłkiem  za  jej  naruszoną  zębem czasu  ścianę  i  nie  ściągając  kaptura,  nastawiła  uszy  i  oczy  na  odbiór. Nieufna  tym  razem,  zaczęła  się zastanawiać, czy w owych czasach  istniały  sławojki  i czy komputer znów nie zrobił  jej w wała, ale po namyśle doszła do wniosku, że co jak co, ale takie przybytki musiały istnieć od zawsze, nawet jeśli źródła historyczne dyskretnie milczą na ich temat. Inna sprawa, że nie była do końca pewna, w którym właściwie roku się znajduje. Jak już wcześniej wspomniano dawne dzieje kojarzyły się Martynie wyłącznie z zieloną tablicą i kłapiącym sztuczną szczęką „barankiem”. Starając się skoncentrować na bieżącej, choć nieznanej rzeczywistości, nasza bohaterka wychyliła się ostrożnie zza kibelka i chłonęła rozgrywające się przed jej oczami wydarzenia. A było na co popatrzeć.

Wnikliwa obserwacja zza sławojki

Zmierzch  kładł  się  zdradziecką  kurzą  ślepotą  po  pustynię.  Dokładnie  naprzeciw  sławojki Martyna  ujrzała  kamienne  domostwo  imponujących  rozmiarów,  od  którego  oddzielały  ją znajomo wyglądające aromatyczne krzaki i ogromny piaszczysty plac przed wejściem. Gdzieś nad  uszami  ćwierkały  cykady,  które  po  chwili  stopiły  się  w  jedną melodię  z  dziwacznymi piszczałkami. Z kurzu pustyni wyłonił się orszak  liczący sobie więcej niż sto osób. Na czele pochodu  szła  omotana  błękitną  szatą  kobieta.  Towarzyszył  jej  szczupły  koleś.  Za  nimi podążała cała grupa  ludzi omotanych w prześcieradła czy  też szaty  łopoczące w  łagodnym, wieczornym wietrzyku.  Zapóźnione  ptaszyska  poderwały  się  na  takie  dictum  i  z  podobnym łopotem skrzydeł pospiesznie opuściły okolicę. Jeden nie omieszkał nasrać Marynie na ramię przed finalnym odlotem. Martyna, zgrzytając zębami, ścierała liściem paskudztwo z chałata, nawet  na  chwilę  nie  spuszczając wzroku  z  kotłujących  się  na  dziedzińcu  ludzi. Próbowała odnaleźć choć jeden rudy kłak wysuwający się spod cnotliwego welonu, lecz w gęstniejącym mroku  było  to  kompletnie  zdane  na  niepowodzenie. Ludzie  zaczynali  znikać w  oświetlonej pochodniami  kamiennej  bramie,  drepcząc  dostojnie  za  pierwszą  parą.  Martyna,  nagle podniesiona  na  duchu,  cofnęła  się  za  sławojkę  i  opierając  się  plecami  o  jej  tylną  ścianę, rozciągnęła  usta  w  złośliwym  uśmiechu.  Najwyraźniej  w  kamiennym  domostwie  właśnie rozpoczynało  się  wesele,  a  nasza  etatowa  bywalczyni  podobnych  zgromadzeń  wiedziała jedno: za pół godziny z budynku zaczną się wylewać przygodne parki szukające  intymności pobliskich zarośli oraz stada korpulentnych wujków, którzy również będą poszukiwać zarośli, choć  zgoła  z  innego  powodu. Niezależnie  od  tego,  ile  lat  człowiek  cofnie  się w  czasie,  to pewne  mechanizmy  ludzkich  zachowań  pozostają  bez  zmian.  Wystarczy  tylko  chwilkę poczekać.

Martyna  zapatrzyła  się  w  nieznajomą  konstelację  gwiazd  widniejącą  na  bezchmurnym  niebie i zadała sobie w myślach pytanie:  jak daleko  jest stąd do statku Raj 3.14  i do F.I.U.T.E.K. Nie znajdując sensownej  odpowiedzi,  przymknęła  oczy,  ulegając  zawirowaniom  trzeciej  strefy czasowej  w  ciągu ostatnich  dwóch  godzin  i  odpłynęła  w  rozkosz  sennego  niebytu.  Śnił  się  jej  lepszy  świat  i  lepsze perspektywy.

Sen o lepszym świecie i lepszych perspektywach

Martyna pędziła boso po głaskanej wiatrem  łące w  stronę czystego błękitu nieba. Spod  jej stóp unosiły się bielutkie  i puszyste nasiona dmuchawców  i pędziły dalej, niż myśl  sięga. Z kaczeńców  spływała  przezroczystymi  kroplami  poranna  rosa  i  staczała  się  bezgłośnie pomiędzy  karłowaty  wdzięk  wyblakłych  na  słońcu  niezapominajek.  Świat  zredukował zawrotne  tempo  wydzielania  spalin  oraz  innych  świństw  i  dyszał  rytmem  planety  w oczekiwaniu  na  kolejny  krok  naszej  orędowniczki  piękna,  która  zatrzymała  się  i  rozłożyła ramiona,  zwracając  dłonie  w  stronę  słońca.  Jastrząb,  poprzysięgając  przejście  na wegetarianizm, delikatnie złożył nienaruszone kociątko u stóp Martyny  i chwytając w dziób wiecheć koniczyny, uniósł się majestatycznie ponad śnieżnobiałe i nad wyraz proporcjonalne chmury  rozpięte  nad  linią  nieskazitelnie  ekologicznego  sosnowego  lasu.  Nasza  uśpiona ekolożka uniosła delikatnie kociątko i potrząsając włosami jak w zwolnionym filmie, wlepiła spojrzenie w pobliską norkę, przed którą  skruszony  kot wypuścił właśnie  zdrową  i w pełni władz  umysłowych  nornicę. Martyna  uśmiechnęła  się  radośnie  i  pieszczotliwie  pogłaskała trzymanego w rękach kociaka. Nornica stanęła słupka i poruszając wąsikami wpatrywała się zagadkowo w Martynę. Kociak nie wytrzymał napięcia i wyrwawszy się stanowczo z ramion swojej wybawczyni, doskoczył do gryzonia. Nasza pacyfistka postąpiła krok do przodu i swą szlachetną wegetariańską  stopą natrafiła na całkiem świeży krowi placek. Zmełła w ustach życzenia  pod  adresem  krowy,  które  jaroszce  raczej  nie  przystoją,  i  zapatrzyła  się w  dal w nadziei  na  odnalezienie  krystalicznie  i  ekologicznie  czystego  jeziorka,  w  którym  mogłaby zmyć  gówno  ze  stopy.  Sen  zmierzał  w  złym  kierunku,  więc Martyna  wyobraziła  sobie,  że siedzi na kanapie a z fotela zerka na nią badawczo świnia ukrytym za okularami wzrokiem i miarowo  kołysze  przed  jej  twarzą  trzymaną  w  prawej  raciczce  marchewką.  Oczy  naszej bohaterki kołysały się wraz ze skołataną głową, a jej dłonie zacisnęły się w oczekiwaniu na rychły deszcz.

Deszcz  nie  nadszedł,  ale  naszą  bohaterkę  ze  snu  o  lepszym  świecie  wybudził  odgłos upojnego sikania, który echo niosło po zmurszałych ścianach starożytnej sławojki. Martyna poderwała się na równe nogi  i  starając  się  zachowywać możliwie  cicho,  podkradła  się  do  pobliskich  krzaków,  gdzie  kucnęła  i zamarła w oczekiwaniu. Jej wewnętrzny zegar obwieścił, że na statku zdecydowanie minęła już godzina jedenasta  w  nocy  i  za  niespełna  pięćdziesiąt  minut  Ziemia  będzie  jedynie  nazwą  przylepianą  od niechcenia do obrazów zgromadzonych w galeriach Układu. Na dziedzińcu stali zbici w niewielkie grupki weselnicy  i  co  chwila wybuchali  śmiechem. Martyna  uznała,  że  nie ma  już więcej  czasu  i wężowym ruchem  wysunęła  się  zza  krzaków.  Starając  się  wtopić  w  tło,  podeszła  do  drzwi  wejściowych  i odpowiadając  uśmiechem  na  radosne  skinięcia  biesiadników,  ostrożnie  weszła  do  wnętrza  domostwa, gdzie jej oczom ukazały się ustawione w tradycyjną podkowę weselne stoły. Nasza podróżniczka omiotła sytuację  względnie  trzeźwym  spojrzeniem  i  namierzyła  Ziomusia,  który  gestykulując,  coś  opowiadał swojej  rozmówczyni.  Tuż  obok  siedziała  zasłuchana  w  jego  słowa  kobieta,  a  nieco  dalej  stał facet intensywnie w nich wpatrzony. Kobieta sięgnęła po flaszkę i rozlała zawartość do kielichów. Nad stołem rozniósł się niepohamowany śmiech, który przywabił kolejnego biesiadnika. Kobieta uniosła flaszkę jego kielichem, lecz po chwili okazało się, że flaszka bezpowrotnie wyschła. Martyna obserwowała akcję, skubiąc  od  niechcenia winogrona  spoczywające  na pobliskiej  tacy. Typ,  który  jako  ostatni  dołączył  do towarzystwa, pstryknął palcami  i odszedł, by po  chwili wrócić  z kolejną  flaszką. Ziomuś podskoczył  z radości i napełnił kielichy.

– Jak cię zwą? – wybełkotał, czyniąc dyshonor kuzynowi.

– No jak to? – odparł pan młody. – Janek jestem, nic się nie zmieniło!

– Aha – odpowiedział syn Szefa i polał po następnej kolejce.

Pan  młody,  najwyraźniej  jeszcze  nie  całkiem  pijany,  postanowił  dogłębnie  objaśnić  kuzynowi sytuację.

– No więc, twoja matka to krewniaczka mojej, a z racji tego, że jest wielce poważaną osobą, więc ty też pełnisz dziś rolę honorowego gościa, kuzynie!

Młody walnął szklanę i zogniskował wzrok w szczerych oczach Janka.

– Jak to matka jest poważana? A ja? – zapytał płaczliwie.

– A  ja  tam nic nie wiem. – odparł dyplomatycznie  Janek. – Pani Marysia  to  jest gościówa,  i  tyle wiem. A ty, kuzynie, ciesz się, że jesteś synem takiej przedsiębiorczej matki!

– Przedsiębiorczej? – zapytał Ziomuś. – Przedsiębiorczej? A co to do cholery znaczy?

– No cóż! – powiedziała rozchichotana szatynka, pojawiając się nagle za plecami mężczyzny, który do tej pory nie wyrzekł nawet słowa. – Pani Marysia zaopatruje nas dzisiaj w wino, więc nie dziwi, że jest honorowym gościem, no nie?

– Ta! Zaopatruje! – powiedział koleś, dotychczas opierający się o wezgłowie krzesła Ziomusia. – To dlaczego już go nie ma? Kobieta  siedząca  naprzeciwko  Ziomusia  wyprostowała  się  służbiście,  po  czym  lekceważąco machnęła  ręką.  Rozchichotana  szatyna  już  się  ulotniła  i  nad  stołem  zapanował  względny spokój naznaczony  jedynie  natarczywym  pytaniem  zawoalowanej  kobiety.  Martyna  wciągnęła  kolejną  garść winogron i badawczo wpatrywała się w towarzystwo.

– Mam to w dupie! – powiedział syn Szefa. – Idę po wino!

– A ja mam w dupie ciebie – powiedział spokojnie wiszący na oparciu krzesła typ. – I nie idziesz

po żadne wino.

– Wino? – powiedziała słodko kobieta. – Napiłabym się jeszcze!

Ziomuś uniósł się ciężko i wymijając współbiesiadników, podreptał na dwór. Facet  kołyszący  się  dotąd  na  krześle  zerknął  nienawistnym  wzrokiem  na  kobietę  i  kręcąc  z ubolewaniem  głową  oddalił  się,  wyładowując  uprzednio  emocje  na  krześle,  które  zakołysało  się niepewnie, po czym padło bez czucia na kamienną posadzkę.

Martyna porzuciła z żalem tacę z winogronami i wybiegła chyłkiem w ciemną noc, nieomal dysząc w  plecy  syna  Szefa.  Skryła  się  za  krzakiem  i  kucnęła,  spinając  się  do  skoku.  Jej  wewnętrzny  zegar podpowiadał, że czas się kończy nieuchronnie i że pora coś wykombinować.

Młody  zatoczył  się  i  puścił  pawia  pod  własne  sandały.  Świerszcze  cykały,  noc  obiecywała spełnienie tajemnic, a jakiś wujek nieustająco stękał w sławojce. Nasza bohaterka przywarła za krzakami w oczekiwaniu na przełom, który uzasadni jej absurdalny czasowy impas. Syn Szefa otarł usta rękawem weselnej  szaty  i  chybotliwie  podszedł  do  drzwi  sławojki.  Przez  chwilę wpatrywał  się w  jej  zmurszałe drzwi, by wreszcie unieść do ust nadgarstek  lewej dłoni  i coś do niego wybełkotać. Martyna wychyliła ciekawie  łeb  zza  krzaków  i  podążając  za wzrokiem Ziomusia,  utkwiła  spojrzenie w  czeluści  kosmosu. Razem  trwali  w  niecierpliwym  oczekiwaniu,  choć  każde  z  nich  z  innego  powodu.  Po  chwili  na dziedziniec wytoczyli się znajomi Ziomusia i kłócąc się między sobą zawzięcie, podeszli do syna Szefa, idąc  tropem  barwnego  pawia. Kobieta  dopadła  do młodego  i  agresywnie  szarpnęła  go  za  ramię.  Facet odciągnął  ją  na  bok  stanowczym  gestem,  po  czym  podszedł  łagodnie  do  Ziomusia  i  zaczął  mu  coś tłumaczyć. Młody zarzucił energicznie włosami i odepchnął faceta, który wycofał się, unosząc dłonie do góry.  Babeczka  zarzuciła włosami  i  stanęła  obok  chwiejącego  się  na  nogach  syna  Szefa, wraz  z nim wpatrując się w niebo.

Po chwili niebo rozbłysło i za sławojką wylądował z ciężkim jękiem przestarzały prom z barwnym napisem  łuszczącym  się  z  lewego  boku  pojazdu. Martyna  przechyliła  głowę  i  przeczytała  z  trudem: „Cosmo-catering”.  Tylny  właz  pojazdu  otworzył  się  gwałtownie  i  ze  środka  zaczęły  się  wytaczać drewniane  beczki  przyozdobione  nachalnym  napisem  „Dobre  wino.  Rocznik  02”.  Ziomuś  zaczął  rżeć radośnie, zawtórowała mu kobieta. Stojący z tyłu facet złapał się za głowę i zszokowany gapił się w rząd schludnie ustawionych beczek. Syn Szefa obrzucił beczki jeszcze jednym pełnym zachwytu spojrzeniem, po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  pobiegł  do  wnętrza  budynku,  by  zanieść  pobratymcom  szczęśliwą nowinę.  Kobieta  pobiegła  za  nim,  gubiąc  po  drodze  sandały  i  rozrzucając  po  plecach  rdzawe  długie włosy.

Martyna,  niepomna  obecności  obcego  faceta  bezwiednie  wstała  i  czując  przez  skórę,  że  beczki stanowią poważny problem, podeszła do nich jak ćma frunąca bezmyślnie w stronę świeczki. Stanęła nad nimi i ujęła się pod boki przekrzywiając głowę. Beczki sprawiały wrażenie ciężkich, więc upłynnienie ich w pobliskich krzakach za sławojką graniczyło z cudem. Godząc się z porażką, Martyna nabrała powietrza w  płuca,  by  zażądać  natychmiastowej  teleportacji  na  łono  przyjaznego  statku  pełnego  zdradzieckich komputerów. Po chwili zmieniła zdanie, gdy poczuła ciepłą dłoń, która uścisnęła jej łokieć uspokajająco.

Odwróciła głowę  i ujrzała znajome ciepłe oczy. Nie miała pojęcia, gdzie wcześniej widziała  ich kojące błyski, ale instynktownie zaufała ich właścicielowi, który wskazał na beczki i uśmiechnął się złośliwie.

Martyna,  pozbywając  się  znamion  paniki,  zapatrzyła  się  w  nierówny  horyzont  rysujący  się za sławojką  i  w  mig  załapała  plan  wspólnika.  Zerknęła  na  niego  i  uciekając  od  magnetycznych  źrenic, kiwnęła potakująco głową. Facet  wystawił  obutą  w  prymitywny  prototyp  Sholla  stopę  i  z  całej  siły  kopnął  beczkę,  która potoczyła  się z  łoskotem po wzgórzu  i zniknęła za  sławojką. Martyna,  idą za  jego przykładem, zaczęła gorączkowo  strącać  beczki,  z  każdą  chwilą  umacniając  się  w  przekonaniu,  że  jeszcze  nie  wszystko stracone.  Jej  znajomy właśnie  kopnął  ostatnią  beczkę,  która  nieco  zboczyła  z  kursu  i  rozbiła  się  przed drzwiami  sławojki,  obryzgując  zawartością  wyłaniającego  się  z  przybytku  wujka  panny  młodej.  Typ parsknął z oburzeniem, po czym wtoczył się pomiędzy nogi pasącego się opodal osiołka i tuląc w ramionach pokaźny snopek siana zasnął, błogo pochrapując.

Martyna zerknęła triumfalnie na ogołocony plac i pytająco zerknęła na mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niej ciepło i wskazał zwałowisko beczek, chaotycznie ustawionych za plecami chrapiącego wuja i żującego spokojnie osiołka. Ramię w ramię ruszyli po beczki, które przetoczyli w kilka minut na środek dziedzińca. Słysząc harmider  i  łoskot stóp za plecami, wskoczyli za niosącą aromat galaktycznego wina sławojkę i przycupnęli bezszelestnie. Ziomuś właśnie dopadał do opłaconych uprzednio kartą kredytową ojca  beczek  i  radośnie  gestykulując  namawiał weselników,  by  podeszli  i  spróbowali  trunku. Kilkoro  z nich podeszło i fachowo podważając wieczko beczki, zaczerpnęło kubkiem z jej czeluści.

– Deszczówka! – powiedział ktoś z pretensją w głosie.

Jeden po drugim spluwali z obrzydzeniem na piasek i pukając się w głowę odchodzili do wnętrza budynku. Martyna  z  satysfakcją  zerknęła  na  Ziomusia,  który  niczego  nie  rozumiejąc,  stał  na  środku dziedzińca i pochmurnie wpatrywał się w beczki. Ruda Magdusia, przyczajona obłudnie przy jego boku, stała  równie  oniemiała  i  gadając  do  nadgarstka  lewej  dłoni,  ewidentnie  próbowała  nawiązać  kontakt  z bazą.

Nasza  bohaterka  spojrzała  na  nowego  znajomego  i  uśmiechnęła  się  do  jego  piwnych  oczu.

Wyławiając  z  lawiny  wydarzeń  nieuchronny  upływ  czasu  i  niepokój  związany  z  kolejnym  zwrotem historii, stanęła i pomachała na pożegnanie ręką do faceta.

– Zabierzcie mnie stąd! – nakazała komputerom.

W  chwili, w  której  jej  pośladki  pognały  ją w  kosmiczne  przestworza,  usłyszała  jeszcze  łagodny głos mężczyzny.

– Martyna! Ja… Dziękuję…

– Nie ma za co! – odparła nasza bohaterka, niosąc w pamięci badawcze spojrzenie piwnych oczu, które spoglądały nieco znajomo, choć był to zapewne zbieg okoliczności.

– Co nie ma za co? – skrzeknął Lewy.

– Gówno  cię  to  interesuje  –  warknęła  Martyna  i  z  niepokojem  spojrzała  jednocześnie  na wskazujący dwudziestą trzecią dziesięć zegar i na kompletnie wygaszone bebechy Środkowego. Coś  było  nie  tak  i  nie  chodziło  tylko  o  planowany  na  godzinę  zero  zero  wybuch  Ziemi.  Coś wybitnie  śmierdziało.  Martyna,  rozdarta  między  koniecznością  obejrzenia  audiotele, pragnieniem ratowania  świata  i  palącą  potrzebą  wpieprzenia  Środkowemu,  na  wszelki  wypadek  opadła  na  fotel  i zapatrzyła się w czarny i wrogi wszechświat ścielący się za szybami kokpitu. Wszystko było do dupy.

– Ty, Lewy!  – warknęła.  – Weź  no mi wyjaśnij,  dlaczego  na Ziemi  chce mi  się  jarać,  a  tu  nie?

Rozrzedzone  powietrze  czy  jak?  –  drążyła  nasza  zrezygnowana  bohaterka,  nie  znajdując  powodu,  by pytać zakłamaną kupę złomu o coś bardziej sensownego.

– To  nie  jest  kwestia  rozrzedzonego  powietrza,  tylko  raczej  problem  jego  zatrucia  –  powiedział cicho spokojny głos za jej plecami. – Młody kazał zainstalować na statku filtry, które nieustannie tłoczą nikotynę do atmosfery.

Martyna odwróciła się gwałtownie  i napotkała ciepłe spojrzenie brązowych oczu, które badawczo wpatrywały się na zmianę w nią i w komputery.

– Pppan Lucjan? – zająknął  się z niedowierzaniem Lewy. –  Jak miło znów pana gościć na  statku Raj 3.14! – dodał komputer entuzjastycznie.

– Zamknij się! – warknął Lucjan i skupił spojrzenie na naszej kompletnie zagubionej podróżniczce w czasie.

Nasza bohaterka podjęła daremną próbę przygładzenia skołtunionych włosów  i arystokratycznego zmarszczenia spalonego na Jamajce noska. Jedno jej wyszło:

Wstała  powoli  z  fotela  i  odnotowując  z  ulgą,  że  nie  zaplątała  się w  troczki  ściągające  nogawki bojówek,  podparła  się  niedbale  o  oparcie  siedziska,  wypinając  wystudiowanym  przed  lustrem  gestem całkiem zgrabną pierś.

Lucjan najwyraźniej podzielał jej wewnętrzne zachwyty  i  jego oczy prześlizgnęły się po sylwetce naszej  bohaterki.  Martyna  upajała  się  sekundą  romantycznej  pantomimy,  której  kryształowe piękno zburzył nieoczekiwany komentarz.

– Z  twoim  kręgosłupem  wszystko  w  porządku?  –  zapytał  troskliwie  przybysz.  –  No  wiesz, nadźwigaliśmy się trochę te dwa tysiące lat temu.

– Tak! – parsknęła Martyna. – A co?

– A no nic – wycofał się Lucjan.

– Ekhm! –  rozległo  się za plecami Martyny. – Państwo pozwolą, że wtrącę  się na  sekundkę. Nie chciałbym  przeszkadzać,  ale  za  mniej  więcej  pół  godziny  meteoryty  dosięgną  Ziemi,  więc w tej sytuacji…

– Zamknij się, matole! – powiedział Lucjan, a Martyna zerknęła z podziwem na intruza, który tak zgrabnie podsumował to, co jej w duszy grało.

– One od początku coś kręciły – powiedziała z przekonaniem nasza niedoszła psycholożka.

– One tylko realizują program – powiedział Pan Brązowe Oczy, machając z lekceważeniem ręką. Martyna zapatrzyła się jak cielę w profil jego twarzy, gdy pochylił się nad Środkowym i próbując przywołać go klawiaturą, podpierał  lewą ręką niedogolony podbródek. Jej romantyzm uleciał po chwili, jak zwijające się przed burzą motyle.

– No i co teraz? – zadała wyjątkowo ciężkie pytanie.

– No teraz to musimy sobie porozmawiać. – odparł Lucjan poważnie.

– Nie mamy czasu! – zaprotestowała Martyna.

– Znajdzie się – rzucił spokojnie jej rozmówca.