Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Złe miłego początki

Złe miłego początki

Trauma z dzieciństwa to nie są przelewki :)

Tu należy zaznaczyć, że za dzieciaka byłam patentowanym niejadkiem i do pewnego momentu mogłam żyć powietrzem i wodą. A że w tamtych czasach się nie wybrzydzało, to namiętnie wtykano we mnie treściwy rosołek, żeby było pożywnie i zdrowo. Płyn jeszcze jakoś mi wchodził, ale makaron już nie. Do dziś mam przed oczami te blade nitki na dnie talerza albo – nie daj Bóg- makaron robiony w domu!

Drugim kulinarnym kwiatkiem była zupa owocowa autorstwa mojej babci. Na przykład z wiśni, taka różowa, zabielana. Oczywiście z domowym makaronem. Boże, co to był za koszmar! Nie zliczę ile razy roniłam łzy do talerza, ale babcia znad morza miała działkę i nie było opcji, żeby mi tą zupą nie zepsuła każdych wakacji.  Doszło do tego, że gdy poznałam mojego obecnego męża i dowiedziałam się, że jego mama także ma działkę, zupełnie poważnie rozważałam dalszą kontynuację naszego związku w kontekście nadprodukcji śliwek, wiśni czy ogórków.

No, ale do rzeczy :)

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy wypadało poznać, tę kolejną,  jawiącą mi się niczym jędza z zaświatów, działkowiczkę. Tym razem mogło być gorzej, bo lokalnie, a i nowy związek mógł przez to ucierpieć, zatem zebrałam się w sobie i z duszą na ramieniu pomaszerowałam do potencjalnych przyszłych teściów na proszony niedzielny obiad zapoznawczy.

Odstrzeliłam się w najlepszą kieckę i założyłam najwyższe szpilki.

Teść na tę okoliczność przywdział garnitur, teściowa paradną garsonkę. Na stole wylądował Rosenthal, który ponoć z nikłym jedynie uszczerbkiem przetrwał dwie wojny światowe. Pełny pion. Gadka-szmatka i tak dalej.

Żywcem mnie nie zżarli, zatem odetchnęłam, ale tylko na moment.

Na stół wjechała kalafiorowa. Oczywiście, niczym szarak czujnie zastrzygłam uszami na info, że to kalafiorek z działki pracowniczej i że tam ładnie, i że przy plewieniu można się ładnie opalić 😀 Jeszcze czego!

Normalnie pewnie bym wypaliła coś w tym temacie, ale w tamtej chwili coś innego przykuło moją uwagę. Otóż zauważyłam, że w moim talerzu pływa sobie robak. Taki klasyczny biały tłuścioch z czarną główką…

Cholera! Co robić? Przecież go nie zjem, pomyślałam. Głupio było tak centralnie powiedzieć, że mi robak się tapla w kalafiorowej, więc go odsunęłam na brzeg talerza, i pewnie na tym by się skończyło, gdyby ten koleś nie wylądował w moim talerzu wraz z połową swojej licznej rodziny! Odsunąć na brzeg jednego białego tłuściocha, to pikuś, ale piętnaście?!

Wszyscy już zjedli, a ja nadal kwitłam nad talerzem i nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać 😀 Na szczęście mój narzeczony zainteresował się dlaczego nie jem.

No i się rypło!

Teściowa cała w pąsach, teść załamany, mąż ubawiony, a ja z myślami oscylującymi w klimatach czarnej polewki.

Nie wiedząc co robić, postanowiłam jakoś pomóc, zatem po drugim, gdzie już na wszelki wypadek wolałam za bardzo nie przyglądać się surówce, zebrałam talerze ze stołu…

Ja nie wiem, kim był ktoś, kto wynalazł tak zwany „chodniczek”, czyli długi, cienki i nieustannie zwijający się dywanik. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby się w niego nie zaplątać. Tak też było i tamtym razem, kiedy biorąc wiraż w przedpokoju pomiędzy salonem a kuchnią, tak mi się to badziewie zaplątało w obcasy, że lotem koszącym wpadłam do kuchni.

No i reszta przedwojennego Rosenthala poszła wpizdu!

 

Byłam pewna, że to koniec wzajemnej integracji, ale, o dziwo, w następny weekend moja przyszła teściowa postanowiła się zrehabilitować za ten robaczywy kalafior i ponownie mnie zaprosiła. Na wszelki wypadek postanowiłam już nie pomagać przy sprzątaniu ze stołu, no i założyłam buty na płaskim.

 

Przeżyłam deja vu :) Wprawdzie tym razem na stół wjechał arcoroc, ale znów pojawiła się gadka o tej przeklętej działce. Że tym razem warzywa korzenne w zupie jarzynowej już z pewnością nie sprawią takiej niespodzianki, jak nieszczęsny kalafior. To fakt. W życiu nie widziałam robaka w marchewce, więc z ufnością zaatakowałam jarzynową, szczerze podziwiając matkę mojego wybranka, że tak idealnie wszystko pokroiła w kosteczkę.

I wiecie co? Ja chyba powinnam jadać z zamkniętymi oczami 😀 Już prawie kończyłam, jak coś mi kwadratowego mignęło na dnie talerza. Po kolejnych dwóch łyżkach przestałam jeść, w obawie, że uduszę się ze śmiechu.

Należy wiedzieć, że po wcześniejszej wpadce wszyscy przyglądali mi się bacznie, zatem, gdy tylko zastygłam z łyżką nad talerzem i wlepiłam wzrok w zupę, od razu się zainteresowali.

Nie wytrzymałam.

Na dnie mojego talerza pływała sobie papierowa etykietka z napisem:

Hortex mrożona mieszanka warzywna 😀

 

 

 

Wyobraźnia to przekleństwo

Wyobraźnia to przekleństwo

Tyle się gada o rozwijaniu wyobraźni u dzieci a nikt nie raczy powiedzieć, czy są jakieś metody by tę cholerę wyobraźnię jakoś okiełznać. Stoję sobie na przykład w sklepie, wybieram cytryny a tu pyk i w głowie napisał się mi się horror o kierowcy TiR-a, który jeździ po Europie, morduje kogo popadnie a ciała składuje za skrzynkami cytryn. Albo idę sobie przez park, wcale nie musi być ciemno, ale i tak za każdym krzakiem czai się zombie albo inny popapraniec z morderczymi zamiarami. Uwierzcie mi, książkę można napisać na podstawie absolutnie każdej życiowej czynności. Nie wierzycie? No to proszę bardzo 😀

Za każdym razem, gdy nad głową przelatuje mi samolot, to na bank został uprowadzony a na pokładzie zawsze trwa szarpanina pomiędzy pilotem i terrorystami. W efekcie samolot za chwilę spadnie mi na łeb. Znaczy trzeba się mieć na baczności 😀

Jak często chodzicie do Ikei? Pewnie raz na jakiś czas wpadacie. Ja nawet lubię, ale przed południem, gdy tłumów nie ma. I za każdym razem zwiedzam te fejkowe mieszkanka. I nieważne, że prawie zawsze wyglądają tak samo, bo aranżacje zmieniają raczej opieszale. Nie szukam oczywiście inspiracji do chaty. O nie 😀 Na wypadek apokalipsy obczajam najlepsze mieszkanko, które zajmę, gdy klienci uwięzieni w sklepie (na zewnątrz szaleje straszny żywioł albo inna katastrofa ogólnoświatowa) zaczną tworzyć własne postapokaliptyczne społeczeństwo a miarą statusu będzie zajmowany metraż. Lepsze sztuczne mieszkanie niż sofa z promocji, co nie? Bliskość stołówy z klopsikami oczywiście ma strategiczne znaczenie. Po cichu kalkuluję, który dział najbardziej opłaca mi się przejąć. Akcesoria kuchenne? Ma sens, bo przecież noże z serii 365+ to doskonała broń biała w czasie zawieruchy. Ale z drugiej strony dział tkanin, kołder, pościeli i narzut byłby na topie podczas zimy nuklearnej. Prąd padnie, więc dział ze świeczkami też jest całkiem sensowny do zaanektowania. Tyle opcji? Co wybrać? Snuję się po tej cholernej Ikei i oczywiście zaangażowana w priorytetową sprawę przetrwania, zapominam kupić to, po co przyjechałam. Ale o klopsikach pamiętam. W końcu jak wkraczać w apokalipsę to lepiej z pełnym żołądkiem 😀

Większość matek ma problem z zostawieniem dziecięcia po raz pierwszy w przedszkolu. W sumie naturalna sprawa i zrozumiały stres. W końcu po trzech latach, podczas których dzieciak non stop na nich wisiał, można się poczuć nieco łyso. Ja odprowadziłam, wróciłam do domu i przez kolejne kilka godzin napisałam w głowie kryminał z porwaniem dziecięcia w roli głównej. Przedszkole zaatakowali podli ludzie, załatwili personel gazem usypiającym a potem powiązali dzieci w fachowe snopki i wywieźli w siną dal w celu odsprzedania organów na czarnym rynku. Tak się wkręciłam, że dyrektorkę zrobiłam zbrodniczym mózgiem zamachu i nigdy nie zdołałam jej polubić 😉

A teraz pewnie zapytacie, kiedy mi się to wszystko zaczęło i ile lat miałam, jak upadłam na główkę 😀

Otóż problem polega na tym, że mam to absolutnie od zawsze. Odkąd sięgnę pamięcią to wymyślałam jakieś totalne głupoty i zamiast jak każde inne, normalne dziecko bawić się z pełnym zaangażowaniem, na przykład w chowanego, to właziłam do przysłowiowej szafy i wyobrażałam sobie przejście do bajkowego świata. Przysięgam, że kotłowało mi się to w głowie, zanim przeczytałam o Narni 😀

Albo chomik. O z chomikiem to miałam grubszy temat. Dostałam go w prezencie od Mikołaja. Siedział w akwarium, miał domek i dopóki kot go nie niepokoił to zajmował się swoimi chomikowymi sprawami. Siadywałam wówczas przed szybą i przykładając palce do skroni próbowałam gryzoniowi wydawać polecenia za pomocą myśli 😀 Rozkazy były dość oczywiste: „Idź do michy”, „wejdź do domku” albo „zakop się w trocinach”. Niewielka ilość wariantów sprawiała, że tak w 1/3 polecenia generowane siłą mojego umysłu doskonale się sprawdzały. Uznałam, że mój mózg potrafi wiele. Ale potrzebowałam potwierdzenia. Usiadłam więc na parapecie po turecku i nakazałam drzewom, żeby zaczęły poruszać listkami. Fakt, że wiał dość solidny wiatr zupełnie nie zmącił mojego wyobrażenia o potędze ludzkiego umysłu 😀

I jeszcze te nieszczęsne sny. Od dziecka mam tak, że prawie co noc śnią mi się nieomal gotowe scenariusze. Czasem horror, czasem kryminał, czasem zwyczajne sceny zagłady świata. Bywa, że nad moją głową przelatuje śnieżnobiała, wręcz lśniąca w słońcu głowica nuklearna a czasem ot tak siedzę w pociągu, który jedzie donikąd a obok mnie siedzi Han Solo. Uśmiecha się sympatycznie, po czym wypycha przez okno bogu ducha winną dziewuszkę a chłopakowi, który rzuca się jej na pomoc wbija w oko śrubokręt. Pociąg hamuje a odgłos do złudzenia przypomina ryk Chewbaki 😀

Nie będzie więc dużym zaskoczeniem, gdy napiszę, że SeeIT też mi się przyśniło. Wstałam rano z gotowym pomysłem i po prostu usiadłam i zaczęłam pisać. Banalne, ale tak właśnie było 😀

A dzisiaj jest premiera mojego snu. Zadziwiające, prawda? Oddaję Wam tę opowieść z nadzieją, że się Wam spodoba. W pewnym sensie nawet nie skłamię pisząc: połóżcie główki na mojej poduszce :)

Zupa Pho

Zupa Pho

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Większość ludzi ma zimą ochotę na gorące zupy. Najlepiej, żeby były aromatyczne, pełne smaku a jeszcze lepiej, jeśli do tego są lekko pikantne. Wietnamska zupa Pho doskonale spełnia te wszystkie wymogi. Oczywiście, nie ma jedynego słusznego przepisu na tę zupę i pewnie każdy kucharz w Wietnamie robi ją trochę inaczej.

Składniki:

Na bulion:

– 1,5 kg pręgi wołowej z kością

– włoszczyzna

– 2 cebule

– 150 ml sosu rybnego

– 5 ząbków czosnku

I sporo przypraw, które bezproblemowo kupicie w sklepie Swojski Wyrób:

– 4 gwiazdki anyżu

– 2 laski kory cynamonu

– 3 ziarna kardamonu

– pół łyżeczki nasion kolendry

– pieprz i sól (pamiętajcie, że sos rybny jest słony)

Dodatki do zupy:

– orientalny makaron sojowy, pszenny albo z fasoli

– cienko pokrojone paski wołowiny albo kurczaka

– marchewka i por julienne

– liście kolendry

– kiełki fasoli mung

– szczypior lub dymka

– posiekane chili

– opcjonalnie: podsmażone grzyby enoki (pieczarki też mogą być)

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pręgę wołową zalewamy zimną wodą i powoli gotujemy. Zdejmujemy szumowiny. W międzyczasie prażymy przez chwilę na suchej patelni przyprawy i cebulę a potem wrzucamy je do garnka. Dokładamy obraną włoszczyznę (marchewkę tylko jedną, najlepiej niezbyt dużą, żeby zupa nie zrobiła się słodka). Przykrywamy garnek pokrywką i długo gotujemy zupę na małym ogniu. Jak polski rosół. Im dłużej się gotuje, tym zupa będzie smaczniejsza.

Makaron przygotowujemy według przepisu na opakowaniu.

W miskach układamy makaron i po trochu wybranych dodatków. Ma być na bogato 😉

Zasadniczo mięso w cienkich paseczkach układa się surowe i zalewa wrzącą zupą, ale jeśli komuś taki pomysł niezbyt się podoba, to z pewnością świat się nie zawali, jak przed podaniem się je podsmaży :)

Dekorujemy kolendrą i plasterkami limonki. Podajemy limonkę w cząstkach i posiekane chili na osobnym talerzyku, żeby każdy mógł sobie zupę doprawić według własnego uznania.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zupa dyniowa Anity Scharmach

Zupa dyniowa Anity Scharmach

Witajcie czytelnicy!

Dzisiaj w naszej kuchni rozgościła się Anita Scharmach. Serdecznie witamy i oddajemy głos :)

Z wykształcenia jestem ekonomistką a z rachunkami i finansami związana jestem zawodowo.  Od dwudziestu lat pracuję jako księgowa, ale to pisanie jest moją pasją. Prywatnie jestem mamą trójki dzieci i miłośniczką czworonogów.  Mieszkam w Gdyni z rodziną i dwoma kotami, znajdami.

Zajmuję się pisaniem powieści obyczajowych a gdy ktoś pyta o inny gatunek, to odpowiadam, że dobrze czuję się „na własnym podwórku”.

W ciągu dwóch lat wydałam cztery powieści:

– „Mogę wszystko”-listopad 2016

– Dylogia „Zaraz wracam”- maj 2017 i

– „Smaki życia”-listopad 2017

-„Sukces rysowany szminką”- maj 2018.

Powieści, które wzruszają i zmuszają do refleksji, otrzymały liczne nagrody od czytelników.

Oprowadzam też zgrabnie po ulicach swojego ukochanego miasta Gdyni i okolicach.

Obecnie w blokach startowych czekają dwie powieści i jedna niespodzianka dla najmłodszych czytelników.

fbt

Co ugotuję?

W zasadzie gotować nauczyłam się sama, wspierana poradami telefonicznymi mamy i teściowej. One jednak w kuchni są tradycjonalistkami, ja zaś lubię eksperymentować. Od kuchni śródziemnomorskiej i wszelakich owoców morza, po kuchnię tajską, chińską czy włoską. Taką mam naturę, spróbować!

Dzisiaj jednak ugotuję dla Was krem z dyni, który uwielbiam i wersji pikantnej i lekko słodkiej. Dzisiaj zaś postawię na pikanterię 😉

Potrzebne będą:

-średnia dynia, marchew, świeży imbir, curry, gałka muszkatołowa, mielona ostra papryka, cebula, sól, pieprz, masło.

Dynię obieramy ze skóry.  Jest to nie lada wyzwanie, ale uzbrojona w fachowa „obieraczkę” -gwarantuję, że to jest możliwe. Obraną dynię, przekroić na pół i wydrążyć z niej całą zawartość (pestki można wysuszyć, do chrupania-mnie to nigdy się nie udało.) W między czasie gotujemy wywar warzywny.

Połówki dyni pokroić na mniejsze kawałki i podsmażyć na maśle. Kiedy każdy kawałeczek delikatnie zmieni kolor na „rumiany”, dynię podlać wcześniej przygotowanym bulionem. Dodać obraną i pokrojoną w grube plastry marchew i obraną cebulę. Wszystko dusimy. Warzywa z wywaru (pietruszka i seler, mogą być wykorzystane) możemy dodać, choć krem starci pomarańczowy, intensywny kolor).

Dynia powinna nabrać konsystencji kaszki, wówczas dodajemy curry, tarty imbir i odrobinę gałki muszkatołowej. Im więcej imbiru, curry i gałki- tym pikantniej. Doprawiamy do smaku pieprzem, solą i papryką. Smak dyni jest raczej mdły, dlatego doprawiam na ostro, nawet bardzo ostro.

Kiedy wszystkie warzywa są miękkie i ostudzone, wszystko razem blenduje.

Konsystencja powinna przypominać dziecięcą zupkę.

Danie powinno być podawane na ciepło. Ostrość kremu można wyrównać położoną na środku łyżeczką śmietany 36.

Zupka jest syta a co najważniejsze rozgrzewa po chłodnych jesiennych, czy zimowych spacerach (choćby nad moim ukochanym morzem).

Ktoś zapyta po co marchew? A po to, że nadaje ładny kolor zupie. Sama dynia będzie blada a już z naszą karotką nada jej walorów estetycznych.

SMACZNEGO

kolaz 2

Świąteczna orzechówka

Świąteczna orzechówka

Zawsze byłam pewna, że wystarczy zalać łuskane orzechy spirytusem, dodać cukier i wyjdzie mi orzechówka. Nic bardziej błędnego. Orzechówkę robimy z niedojrzałych, zielonych orzechów.

Tak się składa, że jeśli zerwiemy orzechy w lipcu, nalewka będzie gotowa za półtora roku na Boże Narodzenie. Dlatego właśnie nazywam ją „świąteczną”.

Fakt, proces wymaga anielskiej cierpliwości, a najlepiej sklerozy na zawołanie, aby okresowo zapominać, gdzie pozostawiliśmy nastaw, ale może po kolei :)

produkty-crop

Składniki etap 1:

– ok. 20 zielonych orzechów

– ½ litra spirytusu

Składniki etap 2:

– ½ litra wody

– 300 g cukru

– laska cynamonu ok. 5cm

– ¼ gałki muszkatołowej

1-tile

 

Etap 1:

Orzechy kroimy na ćwiartki lub ósemki, wsypujemy do słoja i zalewamy spirytusem. Odstawiamy na ok. 2 tygodnie. Orzechy paskudnie farbują, zatem koniecznie używamy jednorazowych rękawiczek oraz plastikowej deski do krojenia.

Etap 2:

Przyrządzamy syrop cukrowy, czyli zagotowujemy wodę z cukrem i studzimy. Zimny syrop dolewamy do nastawu w słoju. Dodajemy połamany cynamon i pokruszoną gałkę.  Mieszamy i odstawiamy mniej więcej do końca listopada.

Etap 3:

Po tym czasie odcedzamy orzechy i przez podwójnie złożoną gazę przelewamy płyn do butelek. Teoretycznie można jeszcze za kilka tygodni przecedzić płyn raz jeszcze, aby był absolutnie klarowny, ale moim zdaniem nie jest to konieczne. Tu nadchodzi czas na wstępną degustację oraz na wykazanie się samodyscypliną, by wszystkiego nie wypić, bo orzechówka już na tym etapie jest pyszna.

Etap 4:

Moim zdaniem najgorszy. Teraz należy wykazać się żelazną wolą, a najlepiej totalną amnezją, bowiem wg przepisu nalewka powinna nabierać pełni smaku jeszcze przez rok. Wtedy smaki pięknie połączą się w istną poezję smaku.

Zaprawdę, warto zaczekać na efekt końcowy i robić nastaw co roku. Wtedy czekania będzie mniej 😀

Smacznego!

final2

Dziesięć przykazań świątecznych

Dziesięć przykazań świątecznych

Właściwie odkąd pamiętam, to już na początku grudnia zawsze skakało mi ciśnienie, bo święta, łojezu, co to będzie, roboty tyle, ja pierdzielę, się nie wyrobię i w ogóle horror. Walkę ze stresem rozpoczynałam metodycznie. Karteczki, długopis i rozpisywanie Wielkiego Planu. Na jednej spis prezentów, na drugiej potraw, które koniecznie trzeba wyprodukować a na trzeciej lista wiktuałów, które w tym celu należy zakupić. Oczywiście plus choinka i sto tysięcy detergentów do pucowania chałupy (jakbym na bieżąco nie sprzątała). Szykowałam się jak na wojnę a po stoczonej batalii (czytaj: po pożegnaniu ostatnich gości wigilijnych) opadałam na kanapę, jak przeszyta strzałą i patrząc wzrokiem rannej sarny na choinkowe światełka cieszyłam się, jak dziecko, że następne święta Bożego Narodzenia dopiero za rok 😀

I wtedy do mnie dotarło, że przecież można się cieszyć świętami a nie tym, że właśnie się je zaliczyło. Wystarczy tylko lekko zmienić optykę. I przyswoić sobie dziesięć przykazań świątecznych.

Po pierwsze – okna.

Serio? Muszę je umyć właśnie na święta? Bo co? Sąsiedzki patrol mi mandat wlepi, jeśli będą brudne? Od tego człowiek ma rolety, żeby kurz na oknach przysłonić i jeszcze kłamać w żywe oczy, że to dla nastroju bo świeczki ładniej migoczą.

Po drugie – porządki tak ogólnie.

Przecież nikt nie wie, że w szufladzie jest bałagan a pod kanapą, wciśnięte w ostatniej chwili leżą (jak wyrzut sumienia) cztery elementy hantli. W sumie dobrze, że leżą. Łapią kurz 😀 Nikt nie zajrzy też do zamrażarki, w której się trochę rozlał sok z mrożonych wiśni a już na pewno nikt się nie dowie, że pod pralką kolonie kurzu proklamują właśnie konstytucję, bo osiągnęły już właściwy ku temu poziom ewolucji 😀

Po trzecie – choinka.

Krzywa? Mała? Stroik zamiast? Jak najbardziej! W tej kwestii też nie będzie kontroli a prezydent z pewnością z tego powodu nie odwoła świąt na mocy specjalnej uchwały 😀

Po czwarte – żarcie i prezenty.

Mit dwunastu potraw minął bezpowrotnie. To co sprawiało radochę za komuny, jak z wszystkim biednie było, niekoniecznie musi wprawiać w ekstazę w lepszych czasach. I nie, serio Jezus w żłóbku się nie pogniewa, jeśli nie wyprodukujecie trzystu pierogów z kapustą i grzybami 😉

Każdy kupuje prezent każdemu, koniecznie coś wypasionego i najlepiej spersonalizowanego. Naprawdę? Kiedyś tak rozumowałam i pomijając stosy pieniędzy, jakie wydawałam, to po nocach mi się śniło, że komuś mój prezent może się nie spodobać. A jakby tak spojrzeć na to bardziej po ludzku? Druga strona ucieszy się nawet z drobiazgu, bo o pamięć chodzi a nie o wypas na diabli wiedzą jakim levelu? A jak się nie ucieszy? No to o nim świadczy a nie o Tobie :)

Po piąte – zrób sobie wczasy.

Oczywiście, nie zawsze się da wyjechać, wynająć hotel i dać się rozpieszczać, ale przecież można sobie to wyobrazić, prawda? Można sobie zrobić urlop w głowie. Zapomnieć o pracy, zapomnieć o tej całej tej chorej bieganinie i świątecznych piosenkach do upojenia wygrywanych w oświetlonych jarzeniówkami wielkich akwariach zwanych marketami, w których zarówno ryba zwana karpiem, jak i ryba zwana złapanym na haczyk komercji klientem, czują się jednakowo podle. Przecież nic się nie stanie, jeśli nie będziesz mieć stu półmisków z rybką w galarecie i beczki z sałatką jarzynową. A jeśli skończy ci się żarcie w pierwszy dzień świąt, to gwarantuję, że stacja benzynowa po drugiej stronie ulicy ma pełen wybór towarów nawet w środku nocy 😀

Po szóste – żadnych migoczących lampek.

O ile ozdoby i światełka świąteczne są sympatycznymi (i niekłopotliwymi w realizacji) elementami bożonarodzeniowego szaleństwa, o tyle te migoczące doprowadzają do szału. W zależności od optyki albo miarowo odmierzają czas do świąt i po świętach, albo kojarzą się z nadjeżdżającą karetką 😀

Po siódme – dzieci nie są jedynymi beneficjentami świąt.

Oczywiście, niech znajdą pod choinką wymarzone prezenty, ale do jasnej cholery, korony im z głów nie spadną, jeśli podadzą pierogi podczas Wigilii albo załadują gary do zmywarki po przyjęciu. Myślę też, że jeśli wyniosą do śmietnika wór ze śmieciami, to żadne świąteczno-śmietnikowe zombie nie wciągnie ich pojemnika.

Po ósme – wino.

Nawet jeśli Twoja rodzina preferuje bezalkoholowe Wigilie, to warto mieć butelkę dobrego wina w domu. Pomoże na trawienie i elegancko spłucze wspomnienia wigilijnych przygotowań 😉

Po dziewiąte – fryzjer i inne bajery.

Zamiast inwestować w choinkę do sufitu, dwanaście potraw i wypasione prezenty, umów się do ulubionego fryzjera, albo na masaż, albo kup sobie coś fajnego :)

Po dziesiąte – po prostu ciesz się magią świąt.

Wszystko jedno jak. Zbuduj szopkę z klocków Lego, zasłoń roletami brudne szyby, ustaw świeczki, kup gotowego śledzia i wrzuć go do salaterki ściemniając, że to twoja własna produkcja. Albo wypij butelkę wina, napchaj się pierogami, połóż się spać pod choinką. Cokolwiek sprawia Ci przyjemność w święta, po prostu to rób. Bez wyrzutów sumienia. Bez oglądania się na rodzinę. Ona Cię kocha i na pewno nie znienawidzi za objaw „buntu” 😀 I przede wszystkim odpocznij.

Czego Ci wraz z Izą serdecznie życzę z okazji zbliżających się świąt :)

Jagna

Karp po żydowsku

Karp po żydowsku

To u nas niekwestionowany wigilijny numer 1 i mniej więcej w co drugiej mojej powieści ktoś przyrządza tę genialną potrawę 😀

Wprawdzie wymaga ona nieco zachodu, ale każda minuta poświęcona na jej przygotowane, w smaku, zwraca się po dwakroć.

Składniki:

– 2 kg karpia

– 2 kg cebuli

– 20 dkg rodzynek jumbo

– 20 dkg migdałów

– kilka ziarenek ziela angielskiego

– kilka listków laurowych lub pół łyżeczki listków laurowych mielonych

– cukier/sól/pieprz do smaku

– żelatyna na 3-4 litry płynu

kolaz1

Cebule obrać, przeciąć na połówki i pokroić w piórka. Zalać ok. 4 litrami wody, osolić i gotować całość przez minimum 2 godziny. W międzyczasie zblanszować migdały i obrać je ze skórek, a rodzynki namoczyć przez chwilę w ciepłej wodzie. Karpia oczyścić, podzielić na dzwonka, oprószyć solą i pieprzem i odstawić na czas przygotowywania wywaru. Jeżeli po obróbce karpia zostaną Wam rybie głowy i ogony, również dodajemy je do gotującej się cebuli.

Po 2 godzinach całość doprawiamy przyprawami. Jeśli jakiejś Wam brakuje, wszystkie wyżej wymienione znajdziecie w sklepie internetowym Swojski Wyrób.

Smak galarety jest sprawą indywidualną i proporcje przypraw są kwestią gustu, ale w każdym razie gorący wywar ma być porządnie słodko-słono-pieprzny. Wszystkie te trzy smaki mają się wyraźne przenikać i na ciepłym płynie ma się nam wydawać, że nieco przesadziliśmy z dosmaczaniem :)

Ale bez obaw, jak wszystko wystygnie, smaki nieco stracą na intensywności i będzie idealnie.

Następny krok to gotowanie karpia.

Przygotowane wcześniej dzwonka dorzucamy do garnka i gotujemy wszystko jeszcze przez około 15-20 minut. Gdy karp wyraźnie zbieleje, delikatnie wyjmujemy go łyżką cedzakową i ostrożnie umieszczamy rybę w salaterce. Na wierzch sypiemy migdały oraz odcedzone rodzynki i wracamy do wywaru.

Płyn przecedzamy przez gęste sitko i z powrotem odpalamy palnik. Jako że w trakcie gotowania, sporo wyparowało, dobrze jest sprawdzić ile wywaru nam zostało, żebyśmy przypadkiem nie przesadzili z żelatyną. Sama cebula, a także gotowane rybie resztki już same w sobie powodują tężenie, ale to niestety nie wystarczy, żeby uzyskać prawidłową konsystencję galarety. Ponieważ tym razem użyłam filetów z karpia i po wszystkim zostało mi ok. 3 litry wywaru, więc do gorącego płynu dodałam odpowiednią ilość żelatyny i odstawiłam do ostudzenia. Odradzam zalewanie ryby gorącym wywarem. Taki nieopatrzny zabieg może sprawić, że ryba się rozpadnie a migdały się ugotują i staną się gumowate. A zatem czekamy aż wywar stanie się letni i dopiero wtedy zalewamy rybę ułożoną w salaterkach.

No, a na koniec jeszcze kilka profilaktycznych zdrowasiek, żeby wszystko dobrze się zsiadło i gotowe. 😀

Paluchy lizać!

final2

Czosnek marynowany w oleju

Czosnek marynowany w oleju

final1

Dziś chciałabym podzielić się z Wami przepisem na marynowany, smażony czosnek. Sam w sobie jest przepyszny, ale też świetnie sprawdza się jako dodatek do sałatek, kanapek czy przyprawa podbijająca smak lubiących czosnek potraw.

Zaczynamy od obrania czosnku. Ważne, aby ząbki były świeże, zdrowe i jędrne. Następnie podsmażamy na patelni czosnek z dodatkiem oleju. Tym razem, po raz pierwszy użyłam słonecznikowego. Moim zdaniem sprawdził się nawet lepiej niż oliwa.

produkty

Ząbki podsmażamy, aż równomiernie zezłocą się z każdej strony.  Następnie w wyparzonych słoiczkach układamy na dnie po gałązce rozmarynu i nakładamy czosnek. Na wierzch każdego słoiczka (ich wielkość mniej więcej taka jak po musztardzie) wsypujemy po ½ łyżeczki soli oraz po 1 płaskiej łyżeczce ulubionych przypraw. W oryginalnym przepisie zaleca się zioła prowansalskie, ale jako że za nimi nie przepadam, zrobiłam własną mieszankę. Dodałam w proporcjach „na oko”: otarty majeranek, sproszkowany laur oraz obsypkę bałkańską od Swojski wyrób, a także pieprz mielony, lubczyk i trochę mielonego kminku.

kolaz1

Następnie całość należy zalać olejem, tak by zakrył czosnek. Słoiczki pasteryzujemy w piekarniku przez około pół godziny. Teoretycznie temperatura nie powinna przekraczać 120 stopni, ale się zagapiłam i nagrzałam na 200. No i rewelacja! Czosnek dodatkowo się przypiekł i stał się cudownie mięciutki! Idealnie rozsmarowuje się na chlebie. A zatem tylko od Was zależy jaki przyrządzicie. Mój wyszedł boski, tak boski, że musiałam go schować głęboko w piwnicy, bo pewnie do następnego dnia już by go nie było 😀

final2

Domowy sos tabasco

Domowy sos tabasco

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobienie sosu tabasco jest niezwykle proste. Wychodzi zawsze a jego ostrość zależy oczywiście od tego, jakich użyjecie papryczek. Mi w tym roku świetnie owocowały chili ze Sri Lanki i serrano. Obydwa gatunki można zaliczyć do zdecydowanie ostrych, więc sos ma niezłego kopa 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

200 g ostrych papryczek

120 ml octu spirytusowego 10%

120 ml wody

Łyżeczka soli

Szczypta cukru

Ząbek czosnku (opcjonalnie, w oryginalnym składzie tabasco go nie ma)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Przede wszystkim zakładamy gumowe rękawiczki! :)

 

Odcinamy papryczkom zielone ogonki. Resztę kroimy jakkolwiek i zalewamy w garnuszku wodą i octem. Dosypujemy sól i szczyptę cukru. Nakrywamy pokrywką (!) i zagotowujemy. Dusimy na małym ogniu jeszcze 5 minut i odstawiamy do wystygnięcia.

I teraz całkowicie serio. Nie wpadnijcie na pomysł, żeby blendować masę na gorąco, bo w najlepszym wypadku skończy się płaczem i kaszlem a w gorszym nawet trudnościami z oddychaniem.

Gdy papryczki przestygną to dodajemy ząbek czosnku (opcjonalnie) i miksujemy całość starając się przy tym zbyt głęboko nie oddychać 😀 Przelewamy do słoika, wstawiamy do lodówki i zapominamy o sprawie na minimum 2 tygodnie. Sos sobie w tym czasie niespiesznie fermentuje i nabiera mocy. Teraz już można już przetrzeć go przez sito i przelać do buteleczek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Grzybobranie

Grzybobranie

Szukanie grzybów to nasz sport narodowy. Gdy tylko te niepozorne formy „wysypią” się lesie to natychmiast wysypują się również rodacy. Z samochodów rzecz jasna. Zaopatrzeni w koszyki i nożyki, odziani w stare szaro-bure kurtki przeciwdeszczowe i obowiązkowe kaloszki ruszają między sosny na wyścigi z innymi.

I w chwili, w której przekroczą próg lasu natychmiast zmieniają się w pierwotnych myśliwych. Co ja mówię! Zmieniają się w bezwzględne bestie napędzane prymitywnymi instynktami. Jaskiniowcy na polowaniu 😀

Jak świat światem, żeby łowy się udały, myśliwy musi spełnić szereg warunków, bez których polowanie zwyczajnie się nie liczy. Dlatego rzeczą niezmiernie istotną jest wstępne oznaczenie terenu, na którym dany osobnik zamierza żerować. Doskonale sprawdza się sikanie pod krzaki i zostawianie (muchom na uciechę) wielkich, zwieńczonych zużytymi chusteczkami kup, przez bywalców lasów nazywanych papierzakami.

Teren wstępnie oznakowany?

No to można ruszać dalej. Warto zabrać ze sobą wsparcie. Przydaje się na przykład żona Halinka, która będzie odpowiadała za prowiant, ale równie dobrze może to być czteropak piwa w promocji za dyszkę. Zużytymi puszkami można pomysłowo oznaczyć sobie drogę powrotną rzucając je w stosownych odstępach na ziemię. Nie to, żeby dzielny Janusz, tropiciel grzybów kiedykolwiek się zgubił, bo przecież jest najprawdziwszym samcem alfa, ale „strzeżonego Harnaś strzeże, co nie Halyna, he he he?”.

Halinka tylko wzdycha i wyciąga z kieszeni kanapkę z salcesonem. Janusz połyka ją w dwóch kęsach i dla pewności rzuca zwiniętą w kulkę folię na ziemię. Ostrożności nigdy za wiele.

– O słodki Jezu, wlazłam w pajęczynę – zawodzi Halinka.

– Co ja się mam z tom babom… – wzdycha Janusz alfa i nonszalancko podchodzi do najbliższej sosny. Łapie oburącz najbliższą gałązkę i zapierając się o pień nogą oddziera ją od drzewa wraz ze sporym płatem kory. – Masz! – sapie zadowolony wręczając zdobycz Halince – Będziesz przed sobą machała, to w pajęczynę więcej nie wleziesz.

Halinka urzeczona rycerskim zachowaniem Janusza wręcza mu kolejną kanapkę i już po chwili kolejna foliowa kulka, niczym okruszek z bajki, leży bezpiecznie na mchu. Pokrzepiony i nawodniony samiec alfa postanawia ponownie zaznaczyć, że teren należy do niego. Wybiera w tym celu piaszczystą ścieżkę i wysikuje na niej wielką literę J. Nie ma już cienia wątpliwości, że las należy do Janusza alfy 😀

– Janusz, aleś ty męski! – zachwyca się Halina z błyskiem w oku.

Jaskiniowcowi w lesie więcej nic mówić nie trzeba. Dopada do połowicy, ale ta się nie opiera, więc zwinnie pomija etap ciągnięcia jej do jaskini (zresztą, widział kto na nizinach jakieś jaskinie?) i młóci babę aż miło za paprociami. Potem ciskają w jagodziny zużytego gumiaka (i nie, nie chodzi tu o kalosz) a Janusz w przypływie romantyzmu wycina na pniu dwustuletniego dębu serduszko z uroczym H + J.

Czy istnieje coś co mogłoby popsuć tę miłą wyprawę do lasu? Jest parę takich rzeczy i zaraz do nich wrócimy, ale na razie skupmy się na tym co najważniejsze, co sprowadziło tych dwoje pierwotnych tropicieli na łono natury. Czyli oczywiście na grzybach 😀

– Janusz, zobacz, to chyba prawdziwek?

– Eee, Halyna, szatan jakiś to jest – odpowiada lekceważąco samiec alfa.

– No jak szatan, zobacz jaki ładny! – upiera się kobieta.

– To poliż, zobacz czy nie gorzki!

– No to ja zgłupiałam, żeby trujące grzyby lizać?

– No to trujący, czy nie? – rechocze Janusz.

– A już sama nie wiem. W głowie żeś mi namieszał!

Halinka kopie grzybka i obrażona idzie dalej. Z tego wszystkiego zapomniała o swojej gałązce do zmiatania z drzew pajęczyn, więc Janusz odrywa kolejną. Trochę naszej alfie entuzjazm opadł, bo piwko dawno się skończyło a na dokładkę coś tych grzybów jakoś znaleźć nie może. W końcu trafia i zadowolony z siebie kuca przy znalezisku z bojowo nastawionym na sztorc nożykiem.

– Nie tnij tylko wykręć. Tak pisali we „Fakcie”, że tak się grzybni nie psuje – poopowiada Halina.

– A co tam mi będziesz farmazony z gazet opowiadać. To nie wiesz, że tam kłamiom? Dziadek mówił, żeby uciąć, to ucinam i już!

Grzybek z połową trzonu trafia do koszyka a kucający Janusz znienacka zamiera w bezruchu.

– Cicho bądź Halyna, bo idzie ktoś! – szepcze.

– No to co, że idzie?

– Kurła, jak się dowie, że tu grzyby som, to nam wyzbiera. Robimy tak! Rozdzielamy się, to wtedy zbierzemy co nasze, a jak coś więcej trafisz to krzycz głośno, że tam nic nie ma, to ja będę wiedział, że coś znalazłaś a ten obcy co tu węszy się zniechęci i pójdzie se w cholerę z naszego lasku!

Chcąc nie chcąc, Halinka drepcze samotnie przez las, co jakiś czas nawołując Janusza.

– Hop hop! Janusz! Nic tu nie ma!

Gdy Janusz nie odpowiada, biedna kobieta zaczyna się martwić, że się zgubiła.

– Jaaaaanuuuusz! Jaaaaaanuuuuuusz! Tu nic nie ma! Znaczy to nie sygnał, tylko naprawdę nic tu nie ma! Jaaaaaaanuuuuuuusz!

Tymczasem Janusz nawołuje Halinkę i tak sobie pohukując oddalają się od siebie coraz bardziej. Oczywiście żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, żeby zadzwonić do drugiego. Podstawowe prawo lasu mówi bowiem, że telefon, którego w mieście nie należy nawet na chwilę wypuszczać z ręki, w lesie jest oznaką ciężkiego frajerstwa i nieznajomości rzeczy. Poza tym chyba jasne, że Janusz nie gubi drogi nigdy!

Trzy godziny później nasza para w końcu spotyka się szczęśliwym trafem przy własnym samochodzie.

– No widzisz, jak ładnie trafiliśmy? – rechocze zadowolony z siebie samiec alfa, kompletnie nieświadom faktu, że obydwoje oblecieli cztery razy las dookoła.

– Wracamy do domu Janusz! – rzuca stanowczo Halinka i wsiada do samochodu.

Dwa puste kosze lądują na tylnym siedzeniu.

– Trochę szkoda, że grzybów nie mamy… – mówi kobieta.

– Bo nie było! Byłaś i widziałaś, że nic tam nie było. Taki las do dupy. Śmieci same to i grzybów nie ma!

– Ludzie to są jednak świnie, wiesz Janusz?

– Wiem Halynko. No a grzybów przy szosie sobie kupimy, nic się nie martw.

Wkrótce zatrzymują się na poboczu a Janusz rozpoczyna twarde negocjacje z wiejską babinką. Niezadowolony wraca do samochodu.

– Ale Janusz – jęczy Halinka – A grzyby?

– Kurła! Na głowy upadli z takom cenom! Sobota dzisiaj to se kupisz pieczarek w Lydlu!