Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Grzybobranie

Grzybobranie

Szukanie grzybów to nasz sport narodowy. Gdy tylko te niepozorne formy „wysypią” się lesie to natychmiast wysypują się również rodacy. Z samochodów rzecz jasna. Zaopatrzeni w koszyki i nożyki, odziani w stare szaro-bure kurtki przeciwdeszczowe i obowiązkowe kaloszki ruszają między sosny na wyścigi z innymi.

I w chwili, w której przekroczą próg lasu natychmiast zmieniają się w pierwotnych myśliwych. Co ja mówię! Zmieniają się w bezwzględne bestie napędzane prymitywnymi instynktami. Jaskiniowcy na polowaniu 😀

Jak świat światem, żeby łowy się udały, myśliwy musi spełnić szereg warunków, bez których polowanie zwyczajnie się nie liczy. Dlatego rzeczą niezmiernie istotną jest wstępne oznaczenie terenu, na którym dany osobnik zamierza żerować. Doskonale sprawdza się sikanie pod krzaki i zostawianie (muchom na uciechę) wielkich, zwieńczonych zużytymi chusteczkami kup, przez bywalców lasów nazywanych papierzakami.

Teren wstępnie oznakowany?

No to można ruszać dalej. Warto zabrać ze sobą wsparcie. Przydaje się na przykład żona Halinka, która będzie odpowiadała za prowiant, ale równie dobrze może to być czteropak piwa w promocji za dyszkę. Zużytymi puszkami można pomysłowo oznaczyć sobie drogę powrotną rzucając je w stosownych odstępach na ziemię. Nie to, żeby dzielny Janusz, tropiciel grzybów kiedykolwiek się zgubił, bo przecież jest najprawdziwszym samcem alfa, ale „strzeżonego Harnaś strzeże, co nie Halyna, he he he?”.

Halinka tylko wzdycha i wyciąga z kieszeni kanapkę z salcesonem. Janusz połyka ją w dwóch kęsach i dla pewności rzuca zwiniętą w kulkę folię na ziemię. Ostrożności nigdy za wiele.

– O słodki Jezu, wlazłam w pajęczynę – zawodzi Halinka.

– Co ja się mam z tom babom… – wzdycha Janusz alfa i nonszalancko podchodzi do najbliższej sosny. Łapie oburącz najbliższą gałązkę i zapierając się o pień nogą oddziera ją od drzewa wraz ze sporym płatem kory. – Masz! – sapie zadowolony wręczając zdobycz Halince – Będziesz przed sobą machała, to w pajęczynę więcej nie wleziesz.

Halinka urzeczona rycerskim zachowaniem Janusza wręcza mu kolejną kanapkę i już po chwili kolejna foliowa kulka, niczym okruszek z bajki, leży bezpiecznie na mchu. Pokrzepiony i nawodniony samiec alfa postanawia ponownie zaznaczyć, że teren należy do niego. Wybiera w tym celu piaszczystą ścieżkę i wysikuje na niej wielką literę J. Nie ma już cienia wątpliwości, że las należy do Janusza alfy 😀

– Janusz, aleś ty męski! – zachwyca się Halina z błyskiem w oku.

Jaskiniowcowi w lesie więcej nic mówić nie trzeba. Dopada do połowicy, ale ta się nie opiera, więc zwinnie pomija etap ciągnięcia jej do jaskini (zresztą, widział kto na nizinach jakieś jaskinie?) i młóci babę aż miło za paprociami. Potem ciskają w jagodziny zużytego gumiaka (i nie, nie chodzi tu o kalosz) a Janusz w przypływie romantyzmu wycina na pniu dwustuletniego dębu serduszko z uroczym H + J.

Czy istnieje coś co mogłoby popsuć tę miłą wyprawę do lasu? Jest parę takich rzeczy i zaraz do nich wrócimy, ale na razie skupmy się na tym co najważniejsze, co sprowadziło tych dwoje pierwotnych tropicieli na łono natury. Czyli oczywiście na grzybach 😀

– Janusz, zobacz, to chyba prawdziwek?

– Eee, Halyna, szatan jakiś to jest – odpowiada lekceważąco samiec alfa.

– No jak szatan, zobacz jaki ładny! – upiera się kobieta.

– To poliż, zobacz czy nie gorzki!

– No to ja zgłupiałam, żeby trujące grzyby lizać?

– No to trujący, czy nie? – rechocze Janusz.

– A już sama nie wiem. W głowie żeś mi namieszał!

Halinka kopie grzybka i obrażona idzie dalej. Z tego wszystkiego zapomniała o swojej gałązce do zmiatania z drzew pajęczyn, więc Janusz odrywa kolejną. Trochę naszej alfie entuzjazm opadł, bo piwko dawno się skończyło a na dokładkę coś tych grzybów jakoś znaleźć nie może. W końcu trafia i zadowolony z siebie kuca przy znalezisku z bojowo nastawionym na sztorc nożykiem.

– Nie tnij tylko wykręć. Tak pisali we „Fakcie”, że tak się grzybni nie psuje – poopowiada Halina.

– A co tam mi będziesz farmazony z gazet opowiadać. To nie wiesz, że tam kłamiom? Dziadek mówił, żeby uciąć, to ucinam i już!

Grzybek z połową trzonu trafia do koszyka a kucający Janusz znienacka zamiera w bezruchu.

– Cicho bądź Halyna, bo idzie ktoś! – szepcze.

– No to co, że idzie?

– Kurła, jak się dowie, że tu grzyby som, to nam wyzbiera. Robimy tak! Rozdzielamy się, to wtedy zbierzemy co nasze, a jak coś więcej trafisz to krzycz głośno, że tam nic nie ma, to ja będę wiedział, że coś znalazłaś a ten obcy co tu węszy się zniechęci i pójdzie se w cholerę z naszego lasku!

Chcąc nie chcąc, Halinka drepcze samotnie przez las, co jakiś czas nawołując Janusza.

– Hop hop! Janusz! Nic tu nie ma!

Gdy Janusz nie odpowiada, biedna kobieta zaczyna się martwić, że się zgubiła.

– Jaaaaanuuuusz! Jaaaaaanuuuuuusz! Tu nic nie ma! Znaczy to nie sygnał, tylko naprawdę nic tu nie ma! Jaaaaaaanuuuuuuusz!

Tymczasem Janusz nawołuje Halinkę i tak sobie pohukując oddalają się od siebie coraz bardziej. Oczywiście żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, żeby zadzwonić do drugiego. Podstawowe prawo lasu mówi bowiem, że telefon, którego w mieście nie należy nawet na chwilę wypuszczać z ręki, w lesie jest oznaką ciężkiego frajerstwa i nieznajomości rzeczy. Poza tym chyba jasne, że Janusz nie gubi drogi nigdy!

Trzy godziny później nasza para w końcu spotyka się szczęśliwym trafem przy własnym samochodzie.

– No widzisz, jak ładnie trafiliśmy? – rechocze zadowolony z siebie samiec alfa, kompletnie nieświadom faktu, że obydwoje oblecieli cztery razy las dookoła.

– Wracamy do domu Janusz! – rzuca stanowczo Halinka i wsiada do samochodu.

Dwa puste kosze lądują na tylnym siedzeniu.

– Trochę szkoda, że grzybów nie mamy… – mówi kobieta.

– Bo nie było! Byłaś i widziałaś, że nic tam nie było. Taki las do dupy. Śmieci same to i grzybów nie ma!

– Ludzie to są jednak świnie, wiesz Janusz?

– Wiem Halynko. No a grzybów przy szosie sobie kupimy, nic się nie martw.

Wkrótce zatrzymują się na poboczu a Janusz rozpoczyna twarde negocjacje z wiejską babinką. Niezadowolony wraca do samochodu.

– Ale Janusz – jęczy Halinka – A grzyby?

– Kurła! Na głowy upadli z takom cenom! Sobota dzisiaj to se kupisz pieczarek w Lydlu!

Świat według Ciumka cz. 5

Świat według Ciumka cz. 5

Podobno tym razem przegiąłem na poważnie.

Ale się nasłuchałem! Przy okazji nauczyłem się nowych słów, ale sądząc po reakcji i minie mojej pani, chyba nie nadają się do umieszczenia w felietonie.

A było to tak…

Spokojnie sobie kimałem na tylnym siedzeniu w samochodzie, zakopany pod swetrem, jak poczułem, że coś się dziwnie kołysze. Było nawet przyjemnie, dopóki nie ryknęła muzyka.

Ale się wystraszyłem!

No więc, ziewnąłem i polazłem do przodu, żeby się przywitać. Moja pani prawie dostała zawału, po czym, tocząc pianę, zadzwoniła do pana, żeby mu powiedzieć, że durny Ciumek jedzie razem z nią, i że musi zawrócić z trasy!

W sumie trochę szkoda, że nie obudziłem się w Łodzi. Wtedy dopiero byłoby fajnie. Jeszcze nigdy nie nocowałem w hotelu. Nie byłem też w radio ani w telewizji, a tu zmarnowała się taka okazja, żeby zyskać rozgłos w mediach i na dobre zakotwiczyć w świecie celebrytów. Trudno, następnym razem zadekuję się lepiej.  Nie ma lekko.

Co ja poradzę, że od małego mam parcie na szkło? Najwyższa pora wyjść wreszcie poza Internet, tymczasem pozostaje mi facebook, blog i apka na telefonie.

Czasem, jak jestem bardzo grzeczny, moja pani daje mi swojego smartfona, żebym mógł pograć sobie w MYSZ. Polega to na tym, że mysz piszczy, biega za serem i trzeba ją złapać. Niestety to nie takie proste, bo ona biega gdzieś pod spodem. Jeszcze nie rozkminiłem, jak się tam dostać, ale za to prawie się nauczyłem odpalać tę mysz. Wiem, że trzeba nacisnąć łapką na „game”, niestety potem są reklamy i tego już nie ogarniam. Poza tym lubię też jak rozlega się dzwonek telefonu. Biegnę wtedy odebrać, ale pani mi nie pozwala, twierdząc że najpierw trzeba przeczytać, kto dzwoni. A ja umiem przeczytać tylko „mouse” i „game”.

Na wypadek jakbyście jeszcze nie wiedzieli, na otarcie łez, pani założyła mi konto na Instagramie. Mam tam całe mnóstwo kumpli z całego świata. Już całkiem fajnie się tam połapałem, a moje wpisy mają więcej serduszek, niż wpisy mojej pani :)

Ktoś powiedział, że jestem medialny, ale ja bym poszedł dalej i rzekłbym, że jestem oczko wyżej.

KOT MULTIMEDIALNY brzmi zdecydowanie lepiej.

Od pierwszych dni, nieustannie, fascynuje mnie laptop. A szczególnie to miejsce, z którego leci ciepłe powietrze. Lubię tam zalegać i przy okazji gapić się w ekran z nadzieją, że moja pani się ulituje i puści mi jakiś filmik o kotach na YouTube. Lubię je oglądać, szczególnie te, gdzie miauczą, choć wietrzę tu jakąś ściemę. Niby są, a ilekroć zaglądam na tył, żadnego kota tam nie ma. Przecież to niemożliwe, żeby kot był taki płaski!

Dobrze, że na co dzień przynajmniej mam Szajbę, którą można potarmosić, choć ostatnio na mnie warczy jak stara ciotka i nic tylko prosi naszego pana o żarcie, a upasła się tak, że jak siedzi to jej brzuch leży przed nią na podłodze.  Wprawdzie twierdzi, że to przez hormony i że ja też kiedyś przytyję, ale jak na razie jestem raczej z tych dłuższych i w dodatku raczej „fit”, a ostatnio wszyscy komplementują mój wyjątkowo puszysty ogon.

Zatem sami przyznacie, że potencjał jest, a ja regularnie, choć powoli, zyskuję na popularności. Dostaję nawet prezenty. Niedawno dostałem pluszaka, który bardzo chciał mnie poznać. Początkowo się zdenerwowałem, że to jakiś mój wypchany kuzyn, ale na szczęście się okazało, że jednak nie i nawet można gościa czasem bezkarnie pomemlać.

Tak więc widzicie, że w moim życiu wiele się dzieje.  Przedwczoraj zrzuciłem na podłogę storczyka, wczoraj rozwaliłem w iment składkę jajek, a dziś pani mnie obsztorcowała, że za późno przyszedłem ją obudzić. Ale ja wcale nie chciałem jej budzić! Ja chciałem tylko pokimać pod kołdrą. Jakieś totalne nieporozumienie…

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Pesto z orzechów włoskich

Pesto z orzechów włoskich

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sezon na orzechy włoskie w pełni, więc każdy sposób na ich zagospodarowanie jest dobry. Dlaczego więc nie pesto? :)

Ma same zalety. Można przygotować większą jego ilość i pasteryzować w słoiczkach. Można je również zamrozić w porcjach. Świetnie nadaje się do makaronu, grzanek, sałatek lub do aromatyzowania mięsa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

8 łyżek wyłuskanych orzechów włoskich

4 łyżki oliwy z oliwek

4 łyżki tartego parmezanu (lub innego twardego sera dojrzewającego)

2 średnie ząbki czosnku

1 łyżka soku z cytryny

Pół pęczka natki pietruszki

Sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do pesto z orzechów włoskich najlepiej użyć natkę pietruszki, która podkreśli ich smak. Inne zioła po prostu zdominują smak naszej pasty.

Orzechy włoskie prażymy chwilę na suchej patelni. Przekładamy do blendera. Dolewamy oliwę. Dokładamy tarty parmezan i posiekany czosnek oraz natkę pietruszki. Miksujemy na prawie gładką masę. Doprawiamy do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Groszkowiec Hanny Greń

Groszkowiec Hanny Greń

Witajcie czytelnicy :)

Dzisiaj do naszej kuchni zawitała znana i lubiana pisarka, Hanna Greń. Witamy Cię Haniu serdecznie i zapraszamy do garów :)

Ale najpierw parę słów o naszym dzisiejszym gościu.

Hanna Greń urodzona 08.01.1959 w Wiśle

Absolwentka Akademii Ekonomicznej w Katowicach, całe życie zawodowe związała z księgowością. Przez ostatnie dwadzieścia lat pracy zawodowej prowadziła własne biuro rachunkowe.

Miłośniczka literatury kryminalnej i SF, w ostatnich latach odkryła piękno polickich powieści obyczajowych.

kolaż1

Autorka powieści:

Dylogia obyczajowa z wątkiem kryminalnym – „Polowanie na Pliszkę”

  1. Jak kamień w wodę
  2. Światełko w tunelu

Cykl kryminalny w wątkiem obyczajowym – „W Trójkącie Beskidzkim”

  1. Uśpione królowe
  2. Cynamonowe dziewczyny
  3. Wilcze kobiety
  4. Popielate laleczki (premiera 18 września 2018)

„Mam chusteczkę haftowaną” czyli pierwsza część nowego cyklu kryminalno-obyczajowego, która ukaże się w październiku 2018

Prowadzi bloga książkowego „Książkolubna”stronę autorską, oraz grupę zrzeszającą fanów autorki o nazwie „Kryminalny kącik Hanny Greń”.

kolaz2

A teraz oddajemy głos naszemu gościowi :)

Gotować nauczyłam się bardzo wcześnie i mając dwanaście lat, bez większych kłopotów mogłam ugotować obiad z dwóch dań. Bez deseru, gdyż pod tym względem los poskąpił mi talentu.

Jestem właściwie samoukiem. Mama nie znosiła gotowania i ograniczała swoją działalność na tym polu do kilku najprostszych potraw, nie miałam więc skąd czerpać wzorców. Podpatrywałam zatem innych i eksperymentowałam, nie zawsze szczęśliwie. Rodzina do dziś pamięta kotlety mielone, których nawet pies nie chciał jeść. Ale poza nielicznymi wpadkami na ogół odnoszę sukcesy. Wnioskuję tak po tym, że wszyscy nadal żyją, co więcej, robią wszystko, żeby załapać się na obiad u Greniów.

 

Jedną z moich sztandarowych potraw jest „groszkowiec”. Powstał w czasach, gdy na sklepowych półkach królowały towary wyłącznie podstawowe, a o pomidorach czy papryce w sezonie zimowym nawet nie było co marzyć.

Przepis, który prezentuję, jest już zmodyfikowany w stosunku do pierwotnego, w którym w ogóle  nie występowały pomidory i świeża papryka.

Składniki:

50 dg cebuli

duża papryka czerwona

1 puszka pomidorów 400g (najlepiej krojonych) lub 30 dg pomidorów świeżych

1 puszka groszku 400g

20 dg kiełbasy cienkiej (toruńska, podwawelska), 20 dg boczku wędzonego (w wersji wegetariańskiej można wędlinę zastąpić pieczarkami)

koncentrat pomidorowy 70g

olej

przyprawy: sół, vegetta, papryka ostra, papryka słodka, papryka chili

 

Cebulę kroimy na półtalarki, paprykę w kostkę. Wkładamy do dużego garnka, zalewamy wodą, dodajemy pół łyżeczki soli i pół łyżeczki vegetty. Gotujemy do momentu, gdy cebula zrobi się szklista. W tym czasie można zająć się wędliną.

Kiełbasę i boczek kroimy w kostkę i podsmażamy na odrobinie oleju. Następnie dodajemy do cebuli i papryki, starając się jak najbardziej odsączyć tłuszcz. Dodajemy pomidory i gotujemy około 10 minut.

Wszystko już się ugotowało i wizualnie zaczyna przypominać produkt finalny. Nadszedł czas na dodanie groszku, którego nie odsączmy po otwarciu puszki, lecz dodajemy razem z wodą. Gdy całość się zagotuje, doprawiamy papryką w proszku i solą.

Potrawa powinna mieć smak lekko słodkawy, a przy tym mocno pikantny. Oczywiście nie jest to obowiązkowe i dla bardziej delikatnych podniebień można przygotować wersję light, dodając mniej papryki chili lub całkiem z niej rezygnując.

 

Potrawę można przygotować dzień wcześniej, można też ją zamrażać. Przyznam, że bardziej smakuje mi taka „przegryziona”, niż przyrządzona w dniu spożycia.

 

Życzę smacznego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

 

 

Ogórki kiszone bez wody

Ogórki kiszone bez wody

final1

Zapewne pamiętacie iście rewolucyjny patent na ogórki małosolne bez wody, który jakiś czas temu zelektryzował internet.  Nie mogłam wtedy uwierzyć, że to możliwe, zatem zaintrygowana pognałam do warzywniaka, żeby jak najszybciej sprawdzić czy to prawda. Podobnie było dziś, kiedy to stojąc z sąsiadką po dwóch stronach płotu komentowałyśmy nasze tegoroczne uprawy. I tak od słowa do słowa, sprzedała nieznany mi dotąd patent na kiszenie ogórków. Właśnie bez wody. Zrobiłam wielkie oczy i chyba spojrzałam na nią jak na wariatkę, bo od razu pobiegła do piwnicy i na dowód sprezentowała mi słoiczek.

Wyszła mi z tego najlepsza ogórkowa świata!

produkty

Składniki:

– kilka jędrnych, świeżych ogórków (im bardziej kolczaste, tym lepsze)

– kilka obranych ząbków czosnku

– świeży koperek

– sól

– opcjonalnie gorczyca do Swojski Wyrób

Jako że nie dodajemy wody, a ogórki w czymś pływać muszą, zatem starannie obieramy je skórki, by swobodnie wypuściły sok. Co dziwne, oddadzą z siebie tyle płynu, że praktycznie zakryje całość.

Kroimy je drobno w kostkę, na plasterki lub byle jak :) Czynność staramy się wykonać jak najszybciej, bo ogórki od razu puszczają sok. Dosłownie aż kapie spod noża. Dodajemy szczyptę posiekanego koperku, gorczycy, solimy wg uznania i szybko wsadzamy do słoików. Na wierzchu układamy po 1-2 ząbki czosnku. I tyle. Chciałam mieć porcje „zupowe”, więc tym razem wybrałam nieduże słoiczki.

I teraz najlepsze…

Nie zakręcamy słoików!

Zakrętki mają być w miarę luźno (tak, żeby się tylko trzymały na miejscu). Następnie odstawiamy słoiki na 2-3 dni, do czasu aż zawartość zacznie „buzować”, dokręcamy wtedy zakrętki na maksa, odstawiamy do spiżarni i zapominamy o temacie.

Oczywiście do następnej ogórkowej :)

Moją ugotowałam wg tego przepisu  na zupę krem z zielonych ogórków, tylko że tym razem użyłam dużo mniej ogórków surowych i nie zawahałam się użyć zawartości słoika od mojej sąsiadki.

Niebo w gębie!

Przysięgam!

final2

Pieczona sarnina

Pieczona sarnina

W internecie przepisów na sarninę znalazłam całe mnóstwo, ale nie uwiódł mnie żaden, zatem sięgnęłam po moją poczciwą „Kuchnię Polską” i jak zwykle się nie zawiodłam. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła i nie zrobiła po swojemu, ale i tak sarnina udała się idealnie.

produkty1

Składniki:

– 1 kg sarniny (mięso z udźca)

– 20 dag słoniny

– 200 ml czerwonego wina (opcjonalnie)

– kilka ząbków czosnku

– mieszanka 18 ziół ojca Mateusza od Swojski Wyrób

– sól i pieprz

– rękaw foliowy

kolaz1

Z mięsa usunąć wszystkie powięzi, następnie nakłuć całość i solidnie naszpikować pokrojoną w wąskie paski słoniną. Dziczyzna z natury bywa sucha, zatem słoniny nie żałujemy :) Następnie mięso należy obtoczyć w mieszance wymienionych wyżej przypraw z przeciśniętym przez praskę czosnkiem włącznie i pozostawić w spokoju. Najlepiej na kilka godzin. Po tym czasie włączyć piekarnik na 180 stopni, odlać płyn i całość przełożyć do rękawa.  I do piekarnika!  Wcześniej podlać winkiem! Paluchy lizać!

Zasada pieczenia jest prosta:

1 centymetr grubości mięsa = 10 minut pieczenia.

Po wyjęciu z piekarnika należy dać naszej gorącej sarninie odpocząć przez 10 minut a później już tylko się delektować.

Dziczyzna uwielbia kasze i grzyby. Zatem szalejcie do woli <3

final2

Drożdżówki z wiśniami

Drożdżówki z wiśniami

Sezon na wiśnie w pełni, więc czas na pyszne, drożdżowe bułeczki właśnie z ich dodatkiem :) Przepis jest niekłopotliwy. Właściwie jedyna upierdliwość to drylowanie wiśni, ale nie potrzebujemy ich znowu tak wiele, więc wieczności nam to nie zajmie 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista produktów:

– 500 g mąki pszennej

– 250 ml mleka

– 1 opakowanie suszonych drożdży

– 1 jajko

– 80 g masła

– 50 g cukru

– 2 szklanki wydrylowanych wiśni

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W rondelku lekko podgrzewamy mleko. Wsypujemy drożdże, dodajemy łyżkę cukru i trzy czubate łyżki mąki. Mieszamy na jednolitą masę i odstawiamy na kilka minut. Drożdże muszą zacząć pracować.

W tym czasie przesiewamy resztę mąki do sporej miski, dodajemy jajko, miękkie masło i cukier. Wlewamy zaczyn i wyrabiamy ze wszystkich składników elastyczne ciasto.

Ciasto zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięta. Powinno podwoić objętość, co z reguły zajmuje mu około 30 – 40 minut.

Po tym czasie ponownie zagniatamy ciasto i dzielimy na porcje. Jeśli chcemy mieć mniejsze bułeczki, to na 16, jeśli większe to na 12.

Włączamy piekarnik i czekamy aż nagrzeje się do 180 stopni. Wiśnie mieszamy z łyżką cukru.

Z kawałków ciasta robimy placuszki na które nakładamy łyżkę wiśni, po czym formujemy bułeczki. Trzeba dość porządnie zamykać owoce w środku by drożdżówki nie pootwierały się w piekarniku pod wpływem wysokiej temperatury.

Układamy bułeczki na blasze i zostawiamy pod przykryciem na 20 minut do wyrośnięcia. Potem smarujemy je z wierzchu mlekiem i pieczemy około 20 minut (jeśli podzieliliśmy ciasto na 12 porcji, to czas pieczenia wydłuży się o 5 minut).

Dekorujemy lukrem albo cukrem pudrem.

 

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Świat według Ciumka 4

Świat według Ciumka 4

Jak zapewne połowa naszego świata, nieustannie zadaję sobie pytanie, jak to jest? Jeden robi karierę, a inny, wcale nie gorszy, nieustannie tupta w miejscu. Już wiele misek mleka wypiłem, myśląc na ten temat i chyba już czaję, o co kaman.

Przede wszystkim należy dobrze wystartować.  Dobry start to podstawa.

Czyli najważniejsze jest imię.

I choć początkowo byłem troszkę zły, że dostałem takie głupie, teraz muszę odszczekać, a raczej odmiauczeć, bowiem moje imię niesie ze sobą spory medialny potencjał.

Jakbym tak zasilił liczne szeregi Mruczków i innych Burasków, to nic by z tego nie było, a tak przynajmniej już na wejściu pojawiła się jakaś szansa.

Kurczę, no! Dobrze trafiłem!

Mimo, że nie pochodzę z kociej arystokracji, nie mam stosownych genealogicznych korzeni, tudzież opieczętowanych na czerwono papierów, to imię mam mega, zasadniczo jestem grzeczny i od startu wszyscy mnie lubią! :)

Niedawno podsłuchałem rozmowę, jak moja pani mówiła, że imię dla zwierzaka jest bardzo ważne.

Jak dała jednemu kotu na imię Frykas, to był kotem niejadkiem i się nieraz wstydu najadła, że kotek taki zabiedzony, bo mu na żarcie żałują, a z tego co widziałem na fotach to koleś faktycznie był bardzo chudy. Tak z natury. Drugi to był Behemot. Ten wariat, jak przystało na potwora z głębin morskich, kochał wodę, natomiast Kapsel uwielbiał piwo i biegał po ścianach. O Szajbie nawet nie wspominam. Jej imię mówi samo za siebie i to co ona odwaliła, to się nadaje na kolejny cykl felietonów. No, ale to moja przyjaciółka i chwilowo obiecałem dyskrecję, ale za to Tornado, skubany, nauczył się latać.  Najlepiej przez okno, albo przez płot. Po dachu też zjeżdżał. W młodości, faktycznie był niezły w te klocki.

Ja, niestety, jak powszechnie wiadomo, jestem sierotą, bo ta wyliniała wywłoka jedna, co mnie urodziła, wcale mnie nie chciała, więc do dziś mi pozostał odruch memlania koca oraz wszystkiego, co włochate.

No i co? Nie pasuje tu imię Ciumek?

Już się niedawno pani na mnie zeźliła, jak jej omemlałem kamizelkę i kupiła mi w ciucholandzie specjalną futrzaną czapkę a’la pantera! Specjalnie dla mnie! Wiecie pewnie, że ja jestem z kociego bidula, gdzie mieszkała cała masa kotów, ale od żadnego nie słyszałem, żeby któryś miał osobiste memladło! A było nas tam, u cioci Marty w Bochni, strasznie dużo. Jeszcze wtedy nie umiałem liczyć, bo byłem w przedszkolu na piętrze, ale wypas mieliśmy nie lada. Był tam ze mną również mój braciszek Oskar i trochę się o niego bałem, ale z tego, co później ogarnąłem na fejsie, młody też trafił na fajną chatę, gdzie go kochają. Czasem podsyła ładne foty. Może jak mi kiedyś kupią wreszcie tego smartfona, to się z młodym sklikamy na feju, ale na razie to ja mam inne sprawy na głowie.

Otóż, od kilku dni, pomału wypuszczają mnie do ogrodu.

No i już za pierwszym razem była afera.

Ech! Ja to mam szczęście…

Wprawdzie tylko polazłem do sąsiadki, żeby osikać jej grządkę z czosnkiem, no ale nie umiałem wrócić…

Szajba poszła spać i chwilowo miała wywalone, czy wrócę, a ja, przy okazji, polazłem niuchać. Wiecie, maj, te sprawy… wiosna, ech!

Ptaszki, muszki i cała reszta rzeczy do upolowania, więc się zapomniałem i polazłem sobie w te grządki. No i skończyło się nieciekawie.

Jak mnie po godzinie namierzyli, to dostałem zrypkę i się nasłuchałem od durnych Ciumków, a potem, skoro nie umiałem sam wrócić, to mnie ręcznie przewlekli pod płotem, a potem pan zamontował tam deskę i Szajba mnie sklęła, że spaliłem taki fajny skrót do sąsiadów.

Już wcześniej wspominałem Wam o ryzyku.

Tu było wielkie.

Bo wiecie, jak kiedyś, w zimie, ciocia Kasia z kociego hotelu doniosła na mnie do mojej pani, że w czasie pobytu przeleciałem Heńka, to nawet się nie połapałem, jak w dzień później ciocia Martyna ciachnęła mi jajka.

Zatem tu na serio trzeba uważać, i na serio trzeba być grzecznym, bo na tym szemranym świecie nigdy nie wiadomo, co, kiedy i której cioci do głowy strzeli 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Tabouleh z kaszy jęczmiennej

Tabouleh z kaszy jęczmiennej

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Upały chwilowo za nami, ale zaraz mają wrócić. Komu chce się w taką pogodę stać w nagrzanej kuchni a potem jeszcze wcinać gorący obiad? Myślę, że tylko masochistom 😉

Tabouleh będzie doskonałą alternatywą, bo można go zrobić nieco więcej na zapas a poza tym jemy go na zimno. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie bezmięsnego dania to może zjeść tę sałatkę z kaszy na przykład z zimnym, grillowanym kurczakiem.

W oryginalnym przepisie tabouleh robi się z kaszy kuskus albo bulgur, ale ponieważ obydwie są pszenne, to ja zastępuję je naszą polską, zdrową kaszą jęczmienną i wychodzi super :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

200 g kaszy jęczmiennej (średniej)

2 duże ogórki

2 duże pomidory

1 mała cebulka cukrowa

1 pęczek natki pietruszki

Garść liści mięty

1 duży ząbek czosnku

1 łyżka oliwy z oliwek

Sok ze średniej cytryny

Sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kaszę gotujemy na sypko w osolonej wodzie. Po odcedzeniu przekładamy do miski i na ciepło łączymy ze startym czosnkiem i oliwą. Odstawiamy do ostygnięcia i w tym czasie zajmujemy się pokrojeniem w drobną kostkę cebuli, pomidorów (pozbawionych gniazd nasiennych) oraz obranych ze skóry ogórków. Zioła drobno siekamy.

Gdy kasza całkowicie ostygnie to dorzucamy do niej pokrojone warzywa i zioła. Doprawiamy sokiem z cytryny oraz solą i pieprzem według indywidualnych potrzeb.

Przed jedzeniem tabouleh warto chłodzić minimum godzinę w lodówce.

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak powstała Śnieżna Grań?

Jak powstała Śnieżna Grań?

32161270_1836561256407176_2755175066017726464_n

Koniec historii to doskonały moment na podziękowania. Dlatego też, niniejszym chciałabym gorąco podziękować wszystkim tym, bez których seria „Śnieżna Grań” nigdy by nie powstała, a przynajmniej nie w takim kształcie, w jakim ta historia finalnie miała się objawić.

Czytając, zwykle odnosimy wrażenie, że autor pewne rzeczy po prostu wie.

I słusznie, ale też z tą wiedzą wcale nie jest tak lekko, jak się wydaje. Pomimo tego, że sporą część życia spędziłam w takich właśnie miejscach i wydawać by się mogło, że to dla mnie naturalne środowisko, poświęciłam aż dwa zimowe sezony, by nauczyć się od podstaw jak naprawdę funkcjonuje stacja narciarska z prawdziwego zdarzenia.

Rodzina Stachowiaków co rusz stawiała przede mną nowe merytoryczne wyzwania. Szczególnie Edek, którego postać byłaby płytka i mało wiarygodna gdyby nie pomoc kierownictwa popularnego ośrodka narciarskiego Małe Ciche w Murzasichlu. Przy tej okazji dziękuję zatem prezesowi zarządu-  Andrzejowi Bielawie, prokurentowi spółki – panu Piotrowi Stawarzowi oraz kierownikowi stacji Rafałowi Miksiewiczowi, za to, że precyzyjnie wprowadzili mnie w techniczne arkana i dzielnie znieśli grad moich pytań.

Szczególnie dziękuję też pani Annie Sutor, właścicielce karczmy na stacji Małe Ciche. To od niej dowiedziałam się jak funkcjonuje śnieżna gastronomia oraz co i w jakich ilościach jedzą i piją miłośnicy zimowych sportów.

Tamte wizyty i rozmowy wiele mnie nauczyły, ale też nie mogę przy tej okazji pominąć fascynujących odwiedzin w TOPR- ówce oraz rozmów z ratownikami. To właśnie oni, choć zazwyczaj niewidoczni czuwają nad bezpieczeństwem narciarzy i snowboardzistów, by w razie wypadku pospieszyć z pomocą i nieraz uratować ludzkie zdrowie lub życie. To od nich zależy bezpieczeństwo tras oraz akcje, w których nieraz liczą się sekundy. Szacunek Panowie, i choć chcieliście pozostać anonimowi, to i tak w tej historii będzie trochę o was. Dziękuję!

Haniu kochana! Cóż bym bez Ciebie poczęła w kwestii góralskiej gwary? Niby mieszkam niedaleko, na Podhalu bywam od dziecka, ale gdyby nie pomoc Anny Stachoń- właścicielki pensjonatu w Gliczarowie Górnym, w miejscu, w którym roztacza się najpiękniejszy na świecie widok na Tatry, nie byłoby w moich książkach barwnych, góralskich wstawek. Sami przyznacie, że odrobina gwary dodała całości nieco smaczku :)

Wprawdzie w moich poszukiwaniach skoncentrowałam się głównie na naszych rodzimych uwarunkowaniach, ale też będąc za granicą nie mogłam sobie odmówić zgłębienia tematu również i tam.

W ogromnym włoskim kompleksie narciarskim Folgarida- Marilleva- Madonna do Campiglio, mogłam na własne oczy zobaczyć najnowocześniejszy sprzęt do naśnieżania tras i w naturze przyjrzeć się jego niesłychanym możliwościom.

Do końca życia nie zapomnę też nocnego ratrakowania ekstremalnie stromej, czarnej trasy. Jazda przypiętym na wyciągarce ratrakiem to coś, czego w polskich warunkach doświadczyć się nie da. Fabrizio Ponti. Grazie!