Świat według Ciumka 2


Coraz częściej nabieram przekonania, że na serio, o coś musi chodzić z tą całą świętością, o której się tyle gada. Oczywiście w moim przypadku, bowiem nie da się zaprzeczyć, że mam ku temu jakieś wrodzone inklinacje. Zapewne kiedyś wstąpię w poczet kocich świętych, ale może… po kolei :)

Pierwszą wpadkę zaliczyłem już w styczniu. Z wodą święconą.

W sumie, smakowała jak ta zwykła, ale ta zwykła nigdy nie stoi na stoliku w salonie, w dodatku nalana na talerzyk. Państwo piją ze szklanek, więc uznałem, że to dla mnie, i sobie wypiłem. Ech, znów się nasłuchałem od mojej pani. Narobiła takiego rabanu, jakbym jej zjadł co najmniej pierścionek zaręczynowy i kilo kawioru, ale poszła do kuchni i nalała na talerz zwykłej kranówki, no to ja w międzyczasie dorwałem się do takiej niedużej miotły, która leżała obok talerza. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej małej, więc też pomyślałem, że to dla mnie i trochę ją potarmosiłem za firanką. Też mi się dostało, ale na szczęście krótko, bo przyszedł do domu jakiś facet w czarnej sukience i się dobrał do tej mojej nowej zabawki. Dopiero po niewczasie dowiedziałem się, że to jest kropidło.  Potem ten kolo rozchlapał wodę z talerza po całym pokoju, ale nikt mu nic nie powiedział.  Tu się, serio, zdziwiłem. No, bo jak ja rozchlapię trochę wody z miski na podłogę w kuchni, to od razu słyszę, że jestem niegrzecznym Ciumkiem, a ten gość za chlapanie po pokoju dostał kasę w kopercie.

I gdzie tu jakaś sprawiedliwość?!

A ja tak lubię chlapać! Bo wiecie, nie ma nic lepszego, niż mokra podłoga, ale zanim pani mi sprawi tę przyjemność, najpierw zamiata. Normalną miotłą, nie tą małą od tego kolesia w kiecce. Uwielbiam, tak się dorwać do tych kłaków od miotły, a jeszcze lepiej wytarzać się w kupce zamiecionych śmieci.  Czasem dopadnę tego kudłacza, ale to tylko dla niepoznaki, bo zasadniczo, to ja czekam, aż pani na chwilę się odwróci, do szafki po zmiotkę i szufelkę. No to ja wtedy, hyc! Brzuchem, prosto w zamiecione śmieci 😀

Ależ jest uciecha, no mówię Wam! Jedna z lepszych. Ale lepiej wróćmy do tej mokrej podłogi. Tu trzeba się śpieszyć, bo szybko wysycha, więc biorę rozpęd z końca salonu i jadęęęę po korytarzu na pełnej petardzie!!! Wprawdzie czasem nie daję rady wyhamować przed końcem przedpokoju i rajd kończy się efektownym zderzeniem z drzwiami, ale sami przyznacie, że sporty ekstremalne wiążą się z ryzykiem, a bez ryzyka nie ma zabawy. No tak.

Ostatnio też zrobiło się groźnie. Leżałem sobie, spokojnie rozwalony, na mokrym. Nagle patrzę ci ja, a tu leci wprost na mnie kij od mopa!!! Wierzcie, na serio, bardzo ciężko jest tak rączo wystartować do sprintu na mokrej podłodze, więc łapami efektownie zamieliłem w miejscu. Cudem uniknąłem katastrofy i uszedłem z życiem. Ych…, ta moja pani się popłakała ze śmiechu, jak mieliłem. Zupełnie jej nie rozumiem. Nie dość, że podstępnie postawiła tego mopa, to jeszcze doszły mnie słuchy, że obrabia mi zad na publicznym necie.

To pisałem ja.

Ciumek Memlok von Frontz V




Świat według Ciumka 1


Ostatnio mam jakiś zły czas. Codziennie spotyka mnie jakaś brzemienna w skutki przygoda i już sam nie mam do tego nerw. Szajba i Tornado mogą wszystko, a ja jestem traktowany przez pozostałych jak jakiś smarkacz!

Na razie mnie pilnują, żebym jeszcze nie wychodził z domu, ale przedwczoraj udało mi się niepostrzeżenie przemknąć do ogrodu. I tyle mojego.  Zonk! Ja nie wiem, co tamci w tym widzą. Mróz, wiatr  i na ziemi to białe, co z nieba leci. Łapy mi zmarzły, więc szybko wróciłem pod drzwi i zacząłem ryczeć, co tchu w płucach, ale nikt nie otwierał. Ze środka słychać było jedynie skuczenie psa. Powiedziałem mu, że utknąłem za zewnątrz, ale Tornado chyba nie jest tak mądry jak myślałem, bo nie umiał mnie wpuścić. Skulony, schowałem się na ganku za koszem na parasole i czekałem na ratunek. Na szczęście moja pani w końcu wróciła z zakupów i zabrała się za odśnieżanie wokół domu. I tak mnie znalazła. Na mój widok minę zrobiła prawie tak zdziwioną,  jakby ujrzała ducha, ale wzięła me roztrzęsione, zmarznięte futro na ręce, zrugała po całości od głupich kotów i zabrała do domu. I tu nastąpiło coś wspaniałego. Po raz pierwszy w życiu dostałem na rozgrzewkę ciepłe mleko. Mmm… chyba będę częściej nawiewał.

No, ale nic to. Następnego dnia, rozsmakowany wczorajszym podniebiennym doświadczeniem z mlekiem, postanowiłem, w mych kulinarnych doznaniach, pójść  nieco dalej i sprawdzić cały dostępny nabiał. Własnego już nie mam, ale w kuchni, po śniadaniu, zostało trochę jajka na twardo. Udało mi się podwędzić jeden plasterek i spylić do salonu za fotel. Zanim mnie pani złapała, to zdążyłem wszamać. I to było boskie. Tak boskie, że postanowiłem wrócić do kuchni po kolejny kawałek, com go zgubił po drodze, ale moja pani wyrzuciła ten boski frykas do śmieci i zabrała się za klepanie w klawiaturę. Cóż było począć. Już wcześniej rozkminiłem, jak otwiera się szafki, więc po cichutku dobrałem się do śmietnika. Już byłem bliski sukcesu, jak ten głupi kubeł przewrócił się i wypadł z szafki. No i się wydało. I znów wszystko na mnie. Wszystko się wysypało na podłogę. Wszystkie pyszne skarby.

Ale dostałem zjebkę!

Dziś, dla odmiany, postanowiłem być bardzo grzeczny. Zarówno kosz na śmieci, jak i drzwi do ogrodu omijałem szerokim łukiem, za to nie mogłem sobie odmówić wyjścia do piwnicy. Tam to dopiero jest raj dla kota. Czego tam nie ma! Ile pajęczyn, gratów wszelkich… No, po prostu bajka.

A już najbardziej to lubię myknąć sobie do garażu. Tam stoi takie czerwone coś, czym moja pani wyjeżdża z domu i bardzo mi się tam w środku podoba. Już kilka razy, jak wyjmowała zakupy, udało mi się zakraść do środka, ale za każdym razem mnie łapała i wyciągała. Dziś mnie nie zauważyła. I mnie zamknęła. Miauczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Dotarła do mnie groza całej mojej rozpaczliwej sytuacji. W środku jest czarno, ja też jestem czarny, a w dodatku nadepnąłem łapą na coś, co zamknęło mnie w środku. Na szczęście znalazłem jakiś szalik włochaty, więc chwilowo było co pomamlać, ale w pewnej chwili dotarła do mnie inna przerażająca myśl.

Co będzie jak mi się zachce?

Przecież jak nasikam do środka, to mnie ze skóry obedrą…

Próbowałem uderzyć w kimono, ale usłyszałem, że mnie wołają. Że micha stuka o podłogę. No to zacząłem się drzeć, jednak wszystko na próżno. Znowu ostałem się sam, i bez nadziei na uwolnienie.

Jednak z moją panią nigdy nie idzie za lekko, więc po kwadransie znów zaczęła mnie wołać. No i wreszcie weszła do garażu i mnie znalazła. No, ale ja się zamknąłem w środku razem z kluczykami. Ech, usłyszałem pod moim adresem parę ciepłych słów, bo już wiem, że moja pani mnie kocha, a: głupek, debil i kretyn, to piękne komplementy. No, sobie posłuchałem, a za chwilę przyszła z zapasowymi kluczykami i mnie uwolniła. Tym razem nie dała mi mleka, ale za to mocno mnie przytuliła :)

To pisałam ja!

Ciumek Memlok von Frontz V




Wygraj zapas soli - wyniki konkursu


 

Dziękujemy wszystkim za udział w naszym konkursie. Napłynęło wiele interesujących zdjęć, ale najbardziej spodobało nam się to: 

Gratulacje dla Mileny Kaczmarek! :)

A naszych czytelników już teraz serdecznie zapraszamy do kolejnego konkursu, który odbędzie się już niedługo.

Bez soli ciężko sobie wyobrazić gotowanie. Jest sól kamienna, jest morska. Może być biała, czarna albo różowa. Rodzajów soli jest wiele a łączy je jedno: wszyscy zapominamy o jej kupowaniu 😀

Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych kochanych czytelników ogłaszamy konkurs w którym do wygrania jest zapas soli. Fundatorem nagrody jest firma Belever. Zajrzyjcie do ich sklepu internetowego bo mają bardzo ciekawe produkty.

Co należy zrobić, aby wygrać zestaw soli z dostawą do rąk własnych? Zadanie jest banalnie proste. Trzeba zrobić zdjęcie, którego tematem będzie sól lub coś się z nią kojarzącego. Liczymy na waszą kreatywność. Nie oceniamy jakości zdjęć, tylko pomysłowość. Co nie znaczy, że ucieszymy się z fotek robionych telefonem stacjonarnym 😉

Zdjęcie prześlijcie na adres: swiezonapisane@wp.pl

Czekamy do 11 kwietnia. Zwycięzcę wybierzemy w dniu następnym a nagrodę prześlemy pod wskazany adres na terenie Polski.

Powodzenia :)




Mazurek wielkanocny


O tym, że wypieki nie są moją mocną stroną, to zapewne już wiecie. Gdyby nie gotowe ciasto francuskie, moja rodzina widziałaby jedynie mazurka na Wielkanoc.

Ano właśnie 😀 Wielkanoc już na dniach i domownicy aż łapki zacierają, bo mazurek w moim wykonaniu to prawdziwe mistrzostwo świata! Uwielbiam go.

I jeść, i piec, a ozdabianie to mój osobisty rytuał wieńczący świąteczne przygotowania. Cała tajemnica tkwi w prostocie oraz połączeniu ekstremalnych smaków i tekstur. Maślane, kruche ciasto, piekielnie kwaśne powidła oraz totalnie słodki kajmak… razem stanowią coś, co śni się po nocach. Co ważne, do ciasta praktycznie nie dodaję cukru, a do polewy używam wyłącznie krówek żywieckich ze stokrotką. Kiedyś testowałam gotowe masy karmelowe oraz krówki innych firm, ale te z Żywca nie mają konkurencji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciasto:

– 400g mąki krupczatki

– 150g twardego masła

– 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

– 1 całe jajko + 2 żółtka

– 80g kwaśnej śmietany

– 1 łyżeczka cukru waniliowego

– opcjonalnie 100g cukru pudru (nie dodaję)

Pozostałe składniki:

–  średni słoik powideł śliwkowych

– 1 duża cytryna

– 1 kg krówek żywieckich

– dowolne bakalie lub ozdoby cukiernicze do dekoracji

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynam od kruchego ciasta. Przepisów jest wiele, ale mnie jakoś najbardziej przypadła do gustu właśnie ta wersja. Żadna filozofia. Wszystkie składniki dokładnie siekam na stolnicy i jak się wszystko połączy, na koniec formuję dwie kule.

Gotowe ciasto zawijam w cienką folię spożywczą, wkładam na pół godziny do zamrażarki i w tym czasie, gdy będzie się chłodziło, zabieram się za resztę. Powidła mieszam z sokiem z cytryny. Mają być mega kwaśne! Że aż oko mruga 😀 Jeśli mi się chce, wcześniej delikatnie ocieram też trochę  sparzonej cytrynowej skórki.

Krówki wyjmuję z papierków i łamię na mniejsze kawałki. Wsypuję wszystko do metalowej miski i mieszając trzepaczką rozpuszczam krówki na parze, aż masa stanie się zupełnie gładka. Aby była bardziej błyszcząca, można do niej dodać łyżeczkę masła.

Następnie wyjmujemy ciasto z zamrażarki i wałkujemy na grubość około jednego centymetra. Układamy na  prostokątnej blaszce wysmarowanej masłem i posypanej mąką. Dowolnie ozdabiamy brzegi, nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do gorącego piekarnika. Mniej więcej po 15 minutach wyjmuję ciasto, szybko smaruję je całym powidłem i z powrotem wkładam do piekarnika, żeby się do końca upiekło na złoty kolor. Ten zabieg jest konieczny, żeby powidło zgęstniało i trochę się przypiekło.  Inaczej spłynie razem z kajmakiem 😀

I to by było tyle w temacie ciasta.

Jak spód przestygnie, polewam całość gorącą masą z krówek. Przy tej czynności również należy się sprężać, bo masa błyskawicznie zastyga.

No i na koniec najlepsze, czyli ozdabianie. Jeżeli mam jeszcze czas, siłę i chęci, wycinam z resztek ciasta listki albo kwiatki i podpiekam je na blaszce.  Bardzo lubię używać orzechy włoskie oraz blanszowane migdały, z których wychodzą świetne kwiatki lub bazie. Dobrze sprawdzają się też gotowe ozdoby i polewa czekoladowa. Wszystko jest kwestią gustu, ale jakbyście nie zrobili i tak wyjdzie wspaniale :)

A zatem, WESOŁEGO ALLELUJA!

final2




Hekele Sabiny Waszut


lead

Witajcie kochani!

Dzisiaj zapraszamy Was na Górny Śląsk. Wpadniemy z wizytą do Sabiny Waszut, która zdradzi nam przepis na swoje ulubione danie z dzieciństwa. Oddajemy głos Sabinie :)

Dzień dobry, zapraszam Was dziś na Górny Śląsk, do mojej małej ojczyzny, z którą jestem mocno związana. Mieszkam tu wraz z rodziną, pracuję w muzeum etnograficznym i piszę. Mam ogromne szczęście, bo moja praca i pasja świetnie ze sobą współgrają i uzupełniają się wzajemnie. W pracy w muzeum opowiadam o Śląsku i prowadzę zajęcia z regionalizmu. Moje powieści również związane są z tym regionem. „Rozdroża”, „W obcym domu” i „Zielony Byfyj”, to saga, opisująca burzliwą historię Śląska, „Bar na starym osiedlu”, to opowieść o powrotach do korzeni. Zapraszam na moją stronę autorską.

kolaz1

Dziś chcę pokazać Wam Śląsk od kuchni. Zaprosić Was w kulinarną podróż.

Liczycie na rolada i modro kapusta? Może na żur albo krupnioki? Te wszystkie potrawy są znane i trochę już oklepane. Śląska kuchnia kryje w sobie wiele innych, równie smacznych niespodzianek, oto jedna z nich.

Danie o tajemniczej nazwie hekele jest moim wspomnieniem z dzieciństwa. Babcia przygotowywała je, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny. Hekele, zawsze będzie kojarzyło mi się z babcinymi fartuchami w kwiatki i jej siwymi lokami. Nazwa potrawy pochodzi od niemieckiego słowa hacken, co oznacza siekać. Jest to prosta do przyrządzenia pasta, którą można jeść z ziemniakami na obiad lub z chlebem na kolację (ja wolę wersję drugą). Choć my jadaliśmy hekele przez cały rok, w śląskiej tradycji jest to danie postne, jedzone np. w Środę Popielcową lub Wielki Piątek.

produkty

Oto lista składników potrzebnych do zrobienia pasty:

Trzy jajka

Trzy śladzie matias

Trzy ogórki kiszone

Czerwona lub biała cebula

Łyżka majonezu

Pieprz

Natka pietruszki

kolaz2

Jajka gotujemy na twardo. Płuczemy płaty śledziowe (gdy są bardzo słone, możemy pozostawić je w wodzie na dłuższy czas). Kroimy śledzie w drobną kosteczkę, kroimy również ogórki, cebulkę

i ugotowane jajka. Całość mieszamy z dodatkiem majonezu. Przyprawiamy do smaku pieprzem (sól jest już niepotrzebna). Moja babcia rozgniatała całość widelcem, aż do uzyskania w miarę jednolitej masy (czasem jajka i śledzie przepuszczała przez maszynkę do mielenia), ja wolę większe kawałki. Gotową pastę nakładamy na kromkę świeżego chleba, posypujemy natką pietruszki.

Smacznego

final1




Ponglish jest ok


Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 




Miłość, miłość w Zakopanem


Sniezna_gran_cover_851x315

Na okoliczność promocji pierwszego tomu Śnieżnej Grani „Za stare grzechy”, w marketingu mojego wydawnictwa padło stwierdzenie, że czegoś takiego jeszcze w księgarniach nie było.

Hm, po namyśle doszłam do wniosku, że chyba rzeczywiście nie było.

A skąd pomysł? Cóż, pod koniec rocznego okresu pracy nad trylogią „Stajnia w Pieńkach”, gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, marzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci. Zatem na Śnieżnej Grani mamy rodzinę Stachowiaków, która zarządza stacją narciarską na Podhalu. Wprawdzie o pieniądze za bardzo martwić się nie muszą, ale za to los nieraz nastręcza Loli, Edkowi, Nastce i Anieli kłopotów w życiu prywatnym i w biznesie.

A skąd takie właśnie tło? Jak to u mnie, oczywiście z przypadku. Pewnego dnia zimowych ferii, kiedy to raptem w ciągu półgodzinnego pobytu na stoku przydarzyło mi się kilka zabawnych historii, mój mąż ze śmiechem rzucił sakramentalne: „musisz to opisać!”. No i opisałam! A było co 😀

No wiecie 😀 strój na snowboard to niezły kamuflaż dla kobiety w moim wieku. W kasku, kominiarce i goglach nie widać czy zawartość ma lat naście czy dziesiąt, a że postury jestem dość mikrej, więc non stop brano mnie za nastolatkę.  I tak przy jednym wyjeździe wyciągiem, pewien pryszczaty młodzian wyraźnie uderzył w konkury. Ale jak na jego pytanie, od ilu lat „ujeżdżam parapet” powiedziałam mu, że dopiero od niedawna, bo raptem od kilku lat czyli mniej więcej od trzydziestego ósmego roku życia, ale za to narty to jakoś tak ze czterdzieści trzy zimy, to chłopak o mało nie spadł z krzesełka. Biedaczysko później przez całą drogę do góry udawał, że rozmawia z kimś przez telefon. Myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Przy następnym zjeździe, w kolejce do wyciągu, kiedy przypadkiem potrąciłam sąsiadkę, pewna młoda matka puściła pod moim adresem komentarz na temat „nieogarniętych gówniar, które ryją się z deską”, ale spuściłam na to zasłonę milczenia. Natomiast, gdy kwadrans później jakiś instruktor odruchowo wziął mnie pod pachy, żeby pomóc mi wysiąść z kanapy, już nie wytrzymałam. Oboje popłakaliśmy się ze śmiechu. No i właśnie w ten sposób „urodził się” pomysł Śnieżna Grań, a w ślad za tym panika. Jak ja to wszystko ogarnę?!

 

To poważna materia, na początku byłam przerażona, ale szybko okrzepłam. Nie zapominajmy, że w całym moim życiu mnóstwo czasu spędziłam na stoku. Na początku pobierając nauki i szlifując formę, później ucząc innych, by wreszcie skończyć na stoku jako bezrobotna i wyluzowana turystka 😀 Tak więc ten temat taki całkiem obcy mi nie był. Sporo, już wcześniej, wiedziałam z własnego doświadczenia. Co nie zmienia faktu, że informacje do tej historii gromadziłam przez dwa lata. Z tym, że najważniejszą kwestią przy zbieraniu jakichkolwiek informacji, jest mieć do kogo się zwrócić. Ja miałam. Znajomy kierownik stacji narciarskiej ułatwił mi kontakt z każdym, kogo chciałam wypytać o charakter pracy i związane z tym ciekawostki. Byłam w maszynowni, w sterówce, widziałam jak działa system kasowo-biletowy, siedziałam na dyżurze z ratownikami TOPR, a w karczmie na stoku liczyłam kurze podudzia. Całe godziny spędziłam na studiowaniu zagadnień związanych z budowaniem kolei linowych oraz z naśnieżaniem i utrzymaniem tras.  Przeczytałam chyba wszystko, co jest dostępne w sieci na ten temat. Do tego szczęście mi dopisało, gdyż na własne oczy mogłam zobaczyć ewakuację krzesełkowej kolei. No i, co najważniejsze, po znajomości, przejechałam się wyciągiem krzesełkowym, specjalnie dla mnie puszczonym na pełny gaz 😀

Ale bez obaw.  To wszystko jedynie przewija się w tle. Cykl Śnieżna Grań to nie jest instrukcja obsługi ratraka czy śnieżnych armatek. To po prostu sympatyczna i ciepła historia o życiowych perypetiach ludzi, którzy się tym zajmują.

 

Zapraszam zatem, Kochani, na Śnieżną Grań.  Z ogromną nadzieją, że Stachowiakowie, podobnie jak dziewczyny z Pieniek, również na długo zagoszczą w Waszych sercach.

A korzystając z okazji pragnę z całego serca podziękować Wam – moim najlepszym na świecie Czytelnikom :)

 

kolaz1




Włoskie trio


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kto nie lubi makaronu? Przyznam szczerze, że ja nikogo takiego nie znam. Makarony są po prostu smaczne a do tego mają jeszcze jedną, ogromną zaletę. Przygotowanie smacznej włoskiej pasty trwa zazwyczaj tyle, ile czasu trzeba na ugotowania makaronu. Czyli krótko :)

Długo myślałam, który z sosów lubię najbardziej, ale kwestia pozostała nierozstrzygnięta. Dlatego dzisiaj zaszalejemy i przygotujemy sobie trzy różne potrawy. I niezupełnie przypadkiem układają się we włoską flagę :)

Aha, z podanych składników wychodzi porcja na 2 – 3 osoby.

Makaron z pesto

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– pół pęczka bazylii

– 50 g tartego parmezanu

– 4 łyżki oliwy z oliwek

– łyżka nasion słonecznika (albo orzeszków pinii)

– ząbek czosnku

– spora szczypta soli

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nasiona słonecznika prażymy przez chwilę na suchej patelni. Wrzucamy do blendera wraz z pozostałymi składnikami. Blendujemy, ale niezbyt dokładnie. Fajnie, jeśli będą wyczuwalne kawałki pestek. Jeśli sos będzie zbyt gęsty to możemy dodać jeszcze trochę oliwy, ale trzeba pamiętać, że jeśli chcemy, żeby pesto ładnie oblepiło makaron to nie może to być zbyt rzadkie.

Gotowe pesto mieszamy z gorącym makaronem, posypujemy tartym parmezanem i niezwłocznie serwujemy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Makaron (prawie) carbonara

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– 50 g boczku lub wędzonki

– 100 ml śmietanki słodkiej 12%

– 50 g parmezanu

– 1 żółtko

– duży ząbek czosnku

– łyżeczka oliwy z oliwek

– szczypta soli

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To nie jest klasyczna carbonara, ale zapewniam Was, że jest pyszna :)

W głębokim talerzu mieszamy śmietankę z żółtkiem i łyżeczką oliwy. Dodajemy starty parmezan i czosnek. Mieszamy na gładką masę. Dodajemy szczyptę soli.

W międzyczasie drobno pokrojony boczek obsmażamy na patelni. Gdy już nam się ładnie przyrumieni to wrzucamy na patelnię makaron. Wlewamy śmietankę z dodatkami i chwilę podgrzewamy na niewielkim ogniu. Uważajcie, bo jak przetrzymacie za długo to wyjdzie wam jajecznica zamiast gładkiego sosu :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Makaron z tuńczykiem i pomidorami

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

– 200 ml przecieru pomidorowego

– 50 ml czerwonego wytrawnego wina

– 30 g tartego parmezanu

– mała puszka anchois

– puszka tuńczyka w oliwie

– 30 g cebuli

– duży ząbek czosnku

– łyżeczka oliwy z oliwek

– duża szczypta soli

– odrobina posiekanej natki pietruszki (opcjonalnie)

– kilka kropli tabasco (opcjonalnie)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cebulę siekamy drobno i podsmażamy chwilę na oliwie. Anchois i czosnek drobno siekamy. Wszystkie składniki sosu wrzucamy na patelnię i chwilę dusimy. Wino musi odparować a całość zgęstnieć.

Mieszamy z gorącym makaronem. Dekorujemy posiekaną natką pietruszki i tartym parmezanem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA




Pani Pisarka i Pan Pisarz


Od zawsze myślałam, zresztą chyba nie tylko ja, że pisaniem książek nie zajmują się zwykli ludzie.

Że siedzi sobie taki oderwany od rzeczywistości, zwichrowany psychicznie odludek i coś tam bazgroli. Do tego, nie wiedzieć czemu, moje wyobrażenie na temat osobników zajmujących się pisarstwem miało wydźwięk mocno seksistowski.

Otóż pisarz-mężczyzna od zawsze kojarzył mi się z garbatym zaniedbanym dziadem, który mieszka sobie gdzieś daleko na odludziu. Najlepiej na jakiejś islandzkiej wyspie, w kamiennej, smaganej wiatrem chałupie, gdzie z obłędem w oczach namiętnie kopci śmierdzące cygara i w amoku tłucze w klawisze. Oczywiście wszyscy w okolicy omijają dziwka szerokim łukiem, a rodzice nagminnie straszą nim dzieci marudzące nad talerzem. Wierzcie lub nie, ale do tej pory, gdy zamykam oczy, widzę gościa z wytrzeszczem i rozwichrzoną fryzurą Gargamela 😀

Ale ten piszący facet to mały pikuś, który nijak nie wytrzymuje konkurencji z nadobną koleżanką-pisarką. Otóż ta, jak już wspomniałam, nadobna oraz mocno egzaltowana niewiasta, w mych wyobrażeniach nosi nieco wypłowiałą strzyżoną „od rondla” fryzurę oraz mało twarzowe okulary w rogowych oprawkach. Tu dodam, że liczba dioptrii przekracza skalę Beauforta i szkła wyglądają jak denka od słoików. Pożółkłe zęby i broszka z kameą chyba nikogo nie zdziwią, szczególnie że ta ostatnia doskonale komponuje się z wyświechtaną kremplinową garsonką (elektryzującą na kilometr, że aż włos dęba staje i musowo wytłaczaną w kwiaty), a w najlepszym razie ze sweterkiem bliźniakiem. Klasyczna lakierowana kościółkowa torebeczka z klamerką oraz pełne buty na rozhuśtanym we wszystkie strony obcasiku typu kaczuszka, dopełniają całości pisarskiego wizerunku.

I co? Oczywiście taki opisany wyżej ktoś żyje na całkiem innym świecie niż my wszyscy. Na bank nie je i nie pije. No, może z wyjątkiem męskiej wersji, która w chwilach braku weny zalewa się burbonem. Wersja żeńska jedynie czasami umoczy usta w sherry lub w likierze, bo zwykle woli herbatę w towarzystwie kruchych ciasteczek.

Intelektualne pogaduszki o wzdychających bohaterkach nijak nie przystają do zakupów w Biedronce, biegania z odkurzaczem, czy przypalonego obiadu. Pisarz nigdy nie pokłóci się z partnerem, bo przecież moja pani pisarka musowo jest zadeklarowaną starą panną, a dziad obłąkaniec nie ma czasu na pierdoły i uwodzenie. Jedynie czasem zauważy gospodynię. Zwykle zapomina sobie, że w ogóle ją ma, a przecież ktoś   donosi mu ludzką strawę, żeby nie umarł z głodu oraz wywietrzy pomieszczenia, żeby się biedak od tych cygar nie udusił 😀

Na dzieci, nie krzyczą, wiadomo. Bo ich nie mają, zatem opatrywanie zdartych kolan, odpytywanie z tabliczki mnożenia, sprawdzanie w necie czym odżywia się rurecznik mułowy, tudzież niespodziewany nocny trening z matematycznego haftu na technikę, zupełnie ich nie dotyczą.

Jeśli gdzieś się przemieszczają w celu pokazania się światu, odbywa się to w świetle jupiterów i w towarzystwie szofera. Bo ona przecież nie widzi za dobrze, a on- ten nie wiedzący na jakim świecie żyje – łachmyta, przez ten cholerny burbon już dawno zapomniał gdzie jest jego prawo jazdy.

Ech… 😀




Zimowa zupa z chorizo


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zimą wszyscy mamy ochotę na coś treściwego i ciepłego. Zupa z chorizo idealnie wpisuje się w te potrzeby. Jest banalna w produkcji a jedyne o czym trzeba pamiętać to kolejność wrzucania składników do garnka, żeby jedne się nie rozgotowały a inne nie były twarde. Jeśli uda się nam tego dopilnować, to zupa jest absolutnie pyszna i w zasadzie może stanowić kompletny obiad :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki:

200 g pikantnego chorizo

100 g pęczaku

1 duża marchewka

1 pietruszka

50 g selera

50 g pora

1 puszka czerwonej (lub czarnej) fasoli

1 średnia cukinia

2 średnie cebule

1 l przecieru pomidorowego

1 czerwona papryka

2-3 ząbki czosnku

1 łyżeczka masła klarowanego do smażenia

1-2 kawałki papryki marynowanej (opcjonalnie)

1 torebka czerwonej łagodnej papryki

Przyprawy: sól, pieprz, pół łyżeczki przyprawy argentyńskiej do grilla, lubczyku, czosnku granulowanego, suszonej cebuli, papryki wędzonej.

Wszystkie przyprawy bez kłopotu kupicie w sklepie Swojski Wyrób.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynamy od pokrojenia włoszczyzny. Wrzucamy ją do garnka wraz z suchą kaszą pęczak i zalewamy 1,5 litra wody. Kroimy w plasterki chorizo i wrzucamy do garnka. Teraz dorzucamy wszystkie sypkie przyprawy (oprócz czerwonej papryki) oraz posiekany czosnek i zostawiamy zupę w spokoju, żeby się niespiesznie gotowała.

Siekamy cebulę a cukinię kroimy w grubą kostkę. Podsmażamy na maśle klarowanym.

Gdy kasza i włoszczyzna są już miękkie, to wlewamy przecier pomidorowy i dokładamy pokrojoną paprykę. Ja wcześniej cienko ją obieram ze skóry, bo nie lubię, jak mi się kawałki niestrawnej skóry po garnku plączą :)

Dorzucamy cukinię i cebulę. Jeśli mamy chęć dołożyć konserwową paprykę, to właśnie teraz.

Na małej patelni prażymy przez chwilę suszoną czerwoną paprykę. Dodajemy do garnka i wyłączamy gaz.

Na samym końcu wrzucamy fasolę i gotowe :)

Zupę podajemy z posiekaną natką pietruszki lub kolendrą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA