Leniwe gołąbki z sosem pieczarkowym


Leniwe gołąbki z sosem pieczarkowym

Uwielbiam wszelkiego rodzaju zawijańce. Szczególnie jak mają coś wspólnego z kapustą, tylko że jak sobie pomyślę, ile jest roboty z oddzielaniem i obróbką liści, to mi się w większości gołąbkowych kulinarnych zrywów odechciewa. A przynajmniej tak było do niedawna, kiedy to dałam się namówić w pewnej restauracji na tajemnicze „leniwe” danie dnia.

Jak zapytałam kelnera dlaczego te gołąbki są leniwe, powiedział mi, że kucharz miał lenia i zamiast zawijać mięso w kapustę, zrobił odwrotnie 😀

produkty

Składniki na gołąbki:

– 40-50 dag dowolnego mięsa mielonego (u mnie z indyka)

– ¼ główki niedużej kapusty białej

– 1 torebka kaszy gryczanej (może być inna kasza lub ryż)

– 1 średnia cebula

– 3 łyżki sosu sojowego jasnego

– 1 jajko

– 2-3 łyżki bułki tartej (pominąć jeśli planujemy dodać kaszę jaglaną)

– 1 ząbek czosnku (opcjonalnie)

– sól, pieprz, papryka ostra, przyprawa rosołowa od Swojski Wyrób lub Vegeta

Składniki na sos:

– 10 średnich pieczarek

– 1 średnia cebula

– ½ litra bulionu lub ½ litra wody + kostka rosołowa

– 3 łyżki śmietany

– 3 łyżki mąki

– sól, pieprz

kolaz1

W takim razie zaczynamy.  Najlepiej od nastawienia kaszy gryczanej. Przyda się duża miska, w której umieścimy składniki, czyli na początek mięso mielone, jajko, bułkę tartą. W międzyczasie podsmażamy cebulę na złoty kolor.  Także do miski. Na tej samej patelni dusimy do miękkości drobno posiekaną kapustę wraz z sosem sojowym. W razie potrzeby płyn uzupełniamy niewielką ilością wody, aż kapusta nabierze ładnego koloru i będzie naprawę miękka. Kapusta też do miski. W tym czasie kasza powinna już się ugotować, zatem dodajemy do michy także i ją. Do tego przyprawy wg uznania. I mieszamy.  Na surowo całość powinna wydawać się nieco zbyt pieprzna i trochę za słona. Odstawiamy masę na bok, żeby się trochę przegryzła, odpalamy piekarnik na 200 stopni i zabieramy się za sos.

Oczywiście wcale nie musi być pieczarkowy. Świetnie sprawdza się także serowy czy pomidorowy, no ale ja akurat miałam pieczarki.

Podgrzewamy bulion. Jak się zagotuje, dodajemy zrumienioną posiekaną cebulę oraz posiekane i lekko przesmażone na mocnym ogniu pieczarki. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Gdy całość się zagotuje dodajemy mąkę rozkłóconą ze śmietaną. Gotujemy jeszcze przez chwilkę i odstawiamy.

Z masy gołąbkowo-kapuścianej formujemy spore podłużne klopsy i układamy dość ściśle w żaroodpornym naczyniu. Całość zalewamy sosem i wstawiamy na około godzinkę do piekarnika.

Gołąbki serwujemy z dodatkami lub bez.  W przepisie na sos podałam proporcje na taką ilość sosu, aby zakrył gołąbki w naczyniu. Rzecz jasna, sosu możemy ugotować więcej i dodatkowo polać nim gołąbki na talerzu.

Świetnie smakują także na zimno. Dobrze znoszą mrożenie, a jeśli do tego dodamy, że potrawa sprzyja sprzątaniu lodówki, śmiało można uznać leniwe gołąbki za danie warte uwagi. Smacznego!

final2




Zapiekanka ziemniaczana


final1

 

Dziś mam dla Was kolejne danie, które sprzyja sprzątaniu lodówki, nie wymaga wielu umiejętności, kosztuje niewiele i właściwie robi się samo.

Składniki główne:

– 2 ½ kg ziemniaków

– ½ kg kiełbasy

– ½ kg pieczarek

– 5 średnich cebul

– 200g przecier pomidorowy (opcjonalnie)

– masło klarowane/olej do smażenia

– rozdrobniony żółty ser do posypania – ok. 2 szklanki

produkty

Potrawa przypomina wersję z makaronem, ale tylko jeżeli weźmiemy pod uwagę główne składniki. Najważniejsze jak zwykle są przyprawy, ale jeśli jakiejś nie macie, możecie ją pominąć, ewentualnie możecie udać się na zakupy on-line do sklepu Swojski wyrób, gdzie znajdziecie szeroki wybór przypraw jednorodnych oraz ciekawych przyprawowych mieszanek.

Przyprawy:

– sól/pieprz- wedle uznania

– 1 kopiata łyżeczka obsypki bałkańskiej

– 1 łyżeczka 18 ziół ojca Mateusza

– 1 łyżeczka suszonego majeranku

– 1 łyżeczka ostrej papryki

– 1 kopiata łyżeczka suszonego czosnku (można zastąpić 2-3 ząbkami świeżego)

– ½ łyżeczki mielonego jałowca

– ½ łyżeczki suszonego czosnku niedźwiedziego

kolaz1

Proporcje zostały dobrane do gabarytów brytfanny o wielkości gęsiarki i oczywiście można je zmienić, a naczynie szklane też świetnie się nada. To porcja dla strasznie głodnych 8 osób :)

Obrane ziemniaki należy pokroić na plastry o grubości mniej więcej 1cm i podgotować w osolonej wodzie. Tak jak zwykłe ziemniaki, ale nie do końca, bo się rozpadną. Jak będą jeszcze twardawe, należy je odcedzić i odstawić do wystudzenia.

W międzyczasie oddzielnie podsmażamy pokrojoną kiełbasę, pieczarki i cebulę. Do dwóch ostatnich dodaję w trakcie smażenia soli i pieprzu. Umieszczamy wszystko w jednej misce, dodajemy przyprawy oraz przecier, mieszamy i odstawiamy na chwilę, żeby się trochę przegryzło. I tyle w temacie farszu.

Ostudzone ziemniaki układamy na dnie naczynia. Uzupełniamy warstwami- ziemniaki na przemian z farszem. Zwykle wychodzi mi w sumie 5 warstw. Ważne, by na wierzchu także były ziemniaki. Całość posypujemy startym żółtym serem i wstawiamy do piekarnika odpalonego na full. W zupełności wystarczy godzinka pod przykryciem, a następnie pół godzinki bez.

Jeśli zostanie Wam trochę ziemniaków dorzućcie je do zupy lub sałatki.

No waste! :)

Smacznego!

final2




Klopsiki prawie jak z Ikei


 

Na kwarantannie wszystkie chwyty dozwolone! Nie można pojechać do Ikei na obiad, więc Ikea właśnie przyjeżdża do Was 😀

Serdecznie zapraszam na klopsiki w sosie śmietanowym i puree ziemniaczane. Jeśli macie w domu sztućce i talerze z Ikei, możecie się poczuć prawie tak, jakbyście wyszli dzisiaj z domu 😀

No to do dzieła!

Składniki na pulpety

500 g mielonego mięsa wieprzowo-wołowego

1 jajko

1 łyżka bułki tartej

Łyżeczka soli

Po pół łyżeczki: pieprzu, gałki muszkatołowej, granulowanego czosnku

 

Składniki na sos śmietanowy

Łyżka masła

2 łyżki mąki

300 ml bulionu lub wody

100 ml śmietany

Łyżka sosu sojowego

Łyżeczka sosu Worcestershire

Sól i pieprz do smaku

 

Składniki na puree ziemniaczane:

0,5 kg ziemniaków

Pół łyżeczki gałki muszkatołowej

Łyżka masła

50 ml mleka

 

 

Mięso wyrabiamy z przyprawami, bułką tartą i jajkiem. Formujemy małe klopsiki i smażymy na odrobinie oleju.

W rondlu rozpuszczamy masło. W zimnym bulionie rozprowadzamy mąkę. Wlewamy do rondla, od razu dodajemy śmietanę i doprowadzamy do wrzenia ciągle mieszając. Doprawiamy sosem sojowym, Worcestershire, solą i pieprzem.

Puree każdy umie zrobić, ale dla porządku napiszę.

Ziemniaki obieramy i gotujemy. Odlewamy wodę, dodajemy masło, mleko i gałkę muszkatołową. Tłuczemy na gładką masę.

Klopsiki podawać ze szwedzką sałatką z ogórków i konfiturą z borówek. Ja nie miałam borówek, więc podałam z niskosłodzonym dżemem z czerwonych porzeczek własnej produkcji. Okazuje się, że smakuje jeszcze lepiej 😀

No i to by było na tyle.

Teraz wystarczy tylko oszacować czy nakładacie sobie zestaw 8 sztuk za 8,99, czy idziecie na całość i bierzecie 15 😀




Pizza


final1

 

Jak kraj długi i szeroki, wszyscy ostatnio na potęgę pieką co się da. W sklepach podobno już drożdży brakuje, ale jeśli ktoś jeszcze ma, to poniższy przepis na pizzę może mu się przydać 😀

Ciasto na pizzę:

1 kg mąki pszennej

650 ml ciepłej wody

2 x 7 g suszonych drożdży

2 łyżeczki soli

1 łyżeczka cukru

3 łyżki mleka

 

W rondelku z ciepłą wodą rozpuszczamy drożdże i cukier. Dodajemy 3 łyżki mleka, mieszamy, nakrywamy ściereczką i czekamy 15 minut aż zaczną pracować.

Do dużej miski wsypujemy mąkę i sól. Wlewamy zaczyn z rondelka. Zagniatamy ciasto.

Bierzemy kolejną czystą miskę, smarujemy ją olejem, wkładamy ciasto i nakrywamy ściereczką. Zostawiamy na godzinę do wyrośnięcia. Ja to robię tak, że ogrzewam piekarnik do 30 stopni, wstawiam ciasto i wyłączam piekarnik.

Wyjmujemy ciasto, zagniatamy i dzielimy na 6 części. Porcja ciasta wystarcza na pizzę nieco mniejszą od standardowej blachy piekarnika.

kolaz1

 

Sos na pizzę:

2 x sos pomidorowy w kartoniku

Po pół łyżeczki: soli, oregano, bazylii, suszonego czosnku, suszonych pomidorów

Szczypta: pieprzu, papryki czerwonej

50 ml czerwonego wytrawnego wina

2 ząbki czosnku

Łyżeczka oliwy

W głębszej patelni lekko podsmażamy posiekane ząbki czosnku na oliwie. Wlewamy sos pomidorowy, dodajemy wszystkie składniki. Przykrywamy kratką (będzie pryskało i bulgotało) i całość, czasem mieszając, odparowujemy do momentu uzyskania dość gęstej pasty.

Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Podsypując mąką rozwałkowujemy cienko ciasto.

 

Pastę pomidorową rozprowadzamy na pizzy w niewielkiej ilości, bo ma intensywny smak. Cała sztuka polega na tym, żeby nie zalać placków rzadkim sosem w dużej ilości bo wszystko będzie pływało i się dusiło zamiast upiec.

Pizzę posypujemy tartym żółtym serem. Ja daję pół na pół mozzarellę i goudę. Dalej lecą Wasze ulubione dodatki. Nie pchajcie za dużo, zwłaszcza warzyw, bo puszczą sok i będzie nieapetycznie :)

Piekarnik nagrzewamy do 230 stopni bez termoobiegu. Pizzę pieczemy 14-15 minut.

Smacznego :)

lead




Zapiekanka makaronowa po włosku


To danie autorstwa mojej mamy, towarzyszy naszej rodzinie odkąd pamiętam. Najczęściej w weekendy lub na okoliczność rodzinnych uroczystości. Do niedawna było niezaprzeczalną domeną mamy, ale od jakiegoś czasu sama przejęłam pałeczkę i staram się skopiować mistrzynię <3

Sprawa z pozoru wydaje się prosta. Czynności są banalne.

Wszystkie główne składniki widać na zdjęciu, zatem zawczasu szykujemy sobie co potrzeba. Wirtuozeria zacznie się potem 😀

 

Składniki główne:

– paczka makaronu typu rurki lub świderki- ½ kg

– kiełbasa toruńska lub podwawelska- ½ kg

– pieczarki- ½ kg

– 3 duże cebule

– ser żółty edamski lub tylżycki – ¼ kg

– przecier pomidorowy 200g

– trochę masła klarowanego lub oleju do smażenia

– kulka mozzarelli (opcjonalnie)

Przygotowanie całości oraz obróbka składników nie zajmuje więcej czasu, niż potrzeba nam na ugotowanie makaronu.

Do dzieła!

Zaczynamy od zagotowania odpowiedniej ilości osolonej wody, w której wyląduje rzeczony makaron i zabieramy się do pracy. W tym czasie odpalamy także palnik pod patelnią i na dowolną grubość rozdrabniamy cebulę, którą rumienimy na sklarowanym maśle. Używam blendera, bo szkoda czasu na siekanie.

Jako że nie lubię brudzić naczyń bez sensu, gotowa cebula od razu ląduje w naczyniu, w którym będziemy piec. U mnie jest to leciwa emaliowana klasyczna gęsiarka i właśnie do jej gabarytów dostosowałam wagę składników.

Następnie na tej samej patelni krótko przesmażam pokrojoną kiełbasę, później lecą pokrojone pieczarki. Naprawdę szybko zagęszczamy ruchy, bo pieczarki błyskawicznie się kurczą. Pieczarki i cebulę już na patelni traktuję solą, pieprzem i słodką papryką. Niech smak się wciąga :)

Wszystko do naczynia. Dodajemy przecier pomidorowy i mieszamy.

I właśnie teraz zaczynają się prawdziwe czary <3

Diabeł tkwi w szczegółach, a tutaj diabeł tkwi w przyprawach.

Przyprawy:

– papryka słodka- nie żałować, ile damy będzie super

– pieprz cayenne – ½ łyżeczki

– imbir mielony- ½ łyżeczki

– sól wędzona od Swojski wyrób – ½ łyżeczki

– pieprz czarny – wg uznania, ale nie szaleć, bo wcześniej już daliśmy trochę

– sól himalajska lub zwykła- wg uznania

Zapiekanka z zasady ma być pikantna, ale bez przesady. Ma przyjemnie rozgrzewać, a nie przepalać przełyk czy przetykać rury. Ilość przypraw dobrałam tak, żeby nawet nieco starszemu dziecku spasowało, ale oczywiście możecie indywidualnie zmieniać proporcje.

Na koniec dorzucamy do naczynia starannie odcedzony makaron ugotowany al dente, dokładnie mieszamy i zawartość posypujemy byle jak zblendowanym żółtym serem. I tak się rozpuści :) Ci z Was, którzy nie wierzą w kalorie, mogą dodatkowo zaszaleć i na wierzchu ułożyć plastry mozzarelli.

No i teraz piekarnik.

Jakieś półtorej godzinki pod przykryciem przy 200 stopniach. Pod koniec można odkryć, żeby ser mocniej się zrumienił. I gotowe.

p.s. Osobiście lubię zostawić wszystko przygotowane na kilka godzin albo wręcz do następnego dnia, by się przegryzło i dopiero wtedy upiec całość. Ale upieczone od razu także będzie świetne.

Paluchy lizać! Gwarantuję!

A! Zapomniałam!

Zimne piwo się przyda 😀




Gniewka


Uprawa roślin interesowała ją od dawna. Cykl zaczynający się od nasiona wsadzanego do ziemi i kończący się wyjęciem kolejnego nasionka z dojrzałego owocu był pasjonujący. Dominika marzyła o hodowli warzyw. Problemem było to, że mieszkała na trzecim piętrze.

Nie mogąc sobie pozwolić na wyprowadzkę do wyśnionego domku postanowiła wykorzystać to co ma, czyli balkon. Jak na standardy życia w bloku był spory, więc kupiła dwanaście skrzynek po owocach, sapiąc z wysiłku przytaszczyła do domu kilka pak ziemi i przystąpiła do dzieła. Skrzynie wyłożyła folią a potem nasypała podłoże.

Uznała, że kupienie gotowych sadzonek w maju nie wypełnia jej ogrodniczych ambicji więc w marcu zadbała o nasionka. Jak to z entuzjazmem nowicjusza bywa, nabyła je w ilościach pozwalających na obsianie hektara a nie dwunastu skrzynek balkonowych. Nic jednak nie było w stanie zmącić jej radości, gdy rozdzierała paczuszki i wsiewała ich zawartość do miniaturowych doniczek. Niektóre nasiona były czarne i wyraźnie większe od jasnych. Niezrażona tym faktem wsadziła je do ziemi. W połowie pracy zadzwonił telefon. Kierowniczka. Dominika przewróciła oczami i odebrała.

– Witam cię, Ewo – przywitała się obłudnie miło.

­­– Cześć – odburknęła kierowniczka. – Anka się rozchorowała. Musisz ją jutro zastąpić.

Żadnego „proszę” ani „czy mogłabyś”. Dominika jej nie znosiła i każdy dzień pracy w osiedlowym sklepie spożywczym był przez to torturą. Oczywiście potulnie zgodziła się na skrócenie urlopu.

***

Tygodniami obserwowała siewki. Nie było żadnych różnic pomiędzy tymi, które wyrosły z jasnych i ciemnych nasion. Dominikę rozczarowało to nieco, ale szybko o tym zapomniała.

W maju przesadziła rośliny na balkon a potem obserwowała ich rozwój. Najpierw kwitnienie a potem zawiązywanie się owoców. Lubiła siadać na krzesełku pośród nich. Wreszcie miała własny kawałek ogrodu.

Lipiec był upalny i dawał się we znaki mieszkańcom zabetonowanego do cna osiedla. Dominika siedziała na balkonie i wachlowała się książką. Spoglądała z nadzieją w niebo. Zapowiadali burzę, ale to wcale nie znaczyło, że nadejdzie. Zauważyła kątem oka jakiś ruch przy papryczce chili. Pewna, że jej się przywidziało, wróciła do czytania. Usłyszała szmer i poderwała się na równe nogi.

– Jasna cholera, szczur, jak nic! – wrzasnęła ze zgrozą.

Wbiegła do mieszkania, zamknęła za sobą drzwi i przykleiła nos do szyby. Spomiędzy liści wynurzyło się niewielkie stworzenie. Miało ze dwadzieścia centymetrów wysokości, było smukłe, by nie powiedzieć wiotkie i ubrane w czerwoną sukienkę. Albo coś, co wyglądało jak sukienka. W miejscu, w którym człekokształtne stworzenia miały włosy, istotka miała zielony kok. Mówiąc w skrócie wyglądała jak papryka o ludzkich kształtach.

– Przecież nic nie piłam – szepnęła do siebie Dominika.

Przetarła oczy i spojrzała ponownie. Istotka usiadła na brzegu skrzynki i machała zielonymi stópkami. Dominika ostrożnie wyszła na balkon.

– Widzę cię – odezwała się mocnym głosem istotka.

– Kim jesteś?

– Gniewką.

Nic jej to nie mówiło.

– To twoje imię czy gatunek? – zapytała ostrożnie Dominika.

– Imię to mi musisz nadać!

– Ja?

– Zbieraj co posiałaś! Jestem twoją gniewką, więc ty!

– Mogę się zastanowić?

Gniewka skinęła potakująco i zeskoczyła na ziemię. Ominęła Dominikę, pobiegła do mieszkania i zaszyła się w jakimś kącie. Szybka była.

Zdezorientowana kobieta zrobiła to, co zrobiłby każdy normalny człowiek. Wzięła do ręki telefon i zaczęła szukać informacji o gniewkach. Dużo tego nie było, ale wystarczyło, żeby włos zjeżył się na głowie. Na jakimś forum ogrodniczym kobieta żaliła się, że gniewki opanowały jej dom i żadną miarą się tych złośliwych paskud nie może pozbyć. Druga odpisała, że wszystkich przestrzega przed sianiem czarnych nasion, bo to właśnie z nich rodzą się te cholery i że gniewek pozbyć się nie da. Wie, bo próbowała już wszystkiego łącznie z egzorcyzmami. Reszta użytkowników forum wyzwała je od wariatek.

Koncepcję, że zwariowała Dominika odrzuciła z punktu. Wiedziała co widziała i kropka. Te kobiety pewnie też.

– Gniewko? Gdzie jesteś? – zawołała na próbę.

Istotka nie dała znaku życia za to zadzwonił telefon. Oczywiście kierowniczka Ewa. Dominika zignorowała połączenie. Miała ważniejsze sprawy. Usłyszała właśnie donośny huk z łazienki. Wpadła z impetem do środka. Gniewka siedziała na umywalce. Na podłodze walały się odłamki szkła z potwornie drogich perfum.

– Nie! – jęknęła Dominika. – Coś ty najlepszego zrobiła?

– Wypić chciałam i wypadły – odparła gniewka ze wzruszeniem ramion.

– Po co pić perfumy?

– Ja lubię tylko rzeczy luksusowe – odparła.

Kolejne dni pokazały, że w istocie tak było i co gorsza stworzenie potrafiło czarować. I czyniło to z zapałem. Ulubione crocsy Dominiki zamieniły się znienacka w szpilki Louboutina a milutki dres z Pepco w suknię Diora. Dominika otwierała lodówkę i dostawała szału. Zamiast ruskich pierogów znajdowała kawior z jesiotra a plastikowa butelka wody była obecnie szampanem z winnicy Nicolasa Feuillatte’a. Na górnej półce siedziała gniewka i beznamiętnie żuła kawał wołowiny kobe, który jeszcze wczoraj był mortadelą. Najgorsze było to, że zamiast poczciwego kalendarza z zaznaczonymi datami urodzin krewnych na ścianie wisiał obecnie paskudny obraz z koniem niejakiego Kossaka a telefon zamienił się w najnowszego Iphona.

– Oszaleję w końcu! – wrzasnęła, bezskutecznie próbując odpisać kierowniczce na smsa.

Usiadła na twardym fotelu z epoki ludwikowskiej i zmełła w ustach przekleństwo pod adresem gniewki, która zamieniła meble z Ikei w te niewygodne paskudztwa.

– Siostry! – pisnęła zachwyconym głosem gniewka wynurzając się z lodówki.

Podskakiwała na wyspie kuchennej i wskazywała paluszkiem na balkon. Dominika zerwała się na równe nogi i podeszła do okna. Z krzaków odpadały właśnie kolejne paprykopodobne stworki i gromadą forsowały drzwi.

– Nie zgadzam się! – ryknęła Dominika. – Dość mam ciebie jednej!

– Nie nadałaś mi imienia – poskarżyła się.

– Ewka! – wrzasnęła z mocą. – Upierdliwa jak kierowniczka.

Gniewka podbiegła i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Adoptowałaś mnie! – odparła i otarła łzy wzruszenia. – I moje siostry! W zamian zamienimy wszystkie pomidory w diamenty!

– Po tym, jak zamieniłaś mi Pearl Jam na Mozarta, kompletnie ci nie ufam! – wrzasnęła Dominika.

Szyba pękła pod naporem gniewek. Zajęły każdy skrawek mieszkania i prześcigały się w czarach. Dominika opanowała w końcu nowy telefon. Wystukała smsa do Ewy.

– Zobacz! Zamieniłyśmy pęczak w diamenciki! – ogłosiła gniewka i zajęła się przerabianiem albumu zdjęć na unikalną średniowieczną monografię.

Dominika złapała torebkę diamentów i wrzeszcząc wniebogłosy wybiegła na klatkę. Tam zdołała wysłać smsa do kierowniczki. Złożyła jej ofertę kupna mieszkania za grosze. Odpowiedź nadeszła natychmiast. Ewa była łasa na okazje.

***

Zdumiewające, że zaledwie kilka kamieni z pudełka po kaszy jęczmiennej wystarczyło do kupna domku na obrzeżach miasta. Dominika usiadła na werandzie i z mściwą satysfakcją myślała o kierowniczce, która właśnie użera się z gniewkami.

Sięgnęła po butelkę coli i ze zdziwieniem zobaczyła, że trzyma w dłoni kryształowy kieliszek.

– Niespodzianka! – wrzasnęła gniEwka zamieniając poczciwy taras w obrzydliwy marmurowy westybul.




Kobiety z odzysku


 

 

branch-vector-divider

79

 




Kimchi


Kimchi to po prostu kiszonki z warzyw. Bardzo popularne w Korei. Robi się je przede wszystkim z kapusty pekińskiej, ale także i z rzepy, marchewki czy ogórków. Łączy je pikantny smak, który zawdzięczają sporej ilości ostrej papryki. W kuchni koreańskiej kimchi je się jako przystawkę przy każdej możliwej okazji. Jest też elementem przeróżnych potraw, między innymi ryżu smażonego, tradycyjnie spożywanego na śniadanie. Kiszonki dodaje się także do zupy albo różnych dań obiadowych. Przepisów na przyrządzenie kimchi jest mnóstwo a wielu Koreańczyków ma własne sekretne formuły przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Składniki:

2 kapusty pekińskie

2 marchewki

3 pęczki rzodkiewek

2 cebule

Kawałek imbiru (ok 10 cm)

150 ml sosu rybnego

5-6 ząbków czosnku

Dymka

50 g ostrej papryki w proszku (w najlepszej cenie tu: Swojski Wyrób  )

Sól

2 łyżki mąki ryżowej (zwykła pszenna też da radę 😉 )

Kapustę nacinamy od spodu na krzyż. Nie musimy zbyt głęboko. Wystarczy tyle, żeby rozciąć białe zgrubienie. Potem dłońmi rozdzielamy kapustę na ćwiartki.  Nacieramy je solą pomiędzy liśćmi i wkładamy do dużej miski na około 2 godziny. Co jakiś czas przekładamy je z góry na dół. Kapusta zacznie w tym czasie puszczać sok i mięknąć.

W tym czasie wlewamy do garnka 2 szklanki wody i dodajemy dwie kopiaste łyżki mąki. Doprowadzamy do wrzenia cały czas mieszając. Odstawiamy do ostygnięcia.

Cebulę kroimy, ale niezbyt drobno, podobnie czynimy z obranym ze skórki imbirem. Dokładamy ząbki czosnku i całość miksujemy na w miarę jednolitą pastę.

Rzodkiewki kroimy w cienkie krążki a marchewki w słupki. Siekamy dymkę.

W dużej misce łączymy przestudzoną zawiesinę z pastą cebulowo-imbirową i posiekanymi warzywami. Wlewamy sos rybny i dokładamy paprykę. Tu mała uwaga – jeśli dacie tak jak w przepisie wyłącznie ostrą paprykę to kimchi wyjdzie bardzo pikantne, więc w zależności od własnych upodobań można dać częściowo paprykę słodką.

Wszystkie składniki pasty kimchi mieszamy ze sobą.

Kapustę, która z pewnością po dwóch godzinach już zmiękła, płuczemy z nadmiaru soli i zostawiamy na chwilę na sicie, żeby się pozbyć pozostałej wody. Wówczas zakładamy gumowe rękawiczki (!) i liść po liściu nacieramy naszą kapustę pastą. Układamy warstwami w dużym naczyniu, najlepiej w garnku, który posiada szczelną pokrywkę. Jeśli po nacieraniu kapusty zostanie jeszcze trochę pasty to oczywiście nie pozbywamy się jej tylko przekładamy na wierzch do garnka. Całość przykrywamy i zostawiamy na dobę w temperaturze pokojowej.

I teraz mała uwaga: czas kiszenia, czyli trzymania kimchi w temperaturze pokojowej jest uzależniony od tego jak bardzo ma być dojrzałe. Im dłużej czekamy tym bardziej kwaśne się będzie robiło a wstawienie go do lodówki też całkowicie nie zahamuje procesu fermentacji. Dlatego ja czekam jedynie dobę, potem przekładam kimchi do litrowych słoików, szczelnie zamykam i wstawiam do lodówki.

A teraz bonusowy przepis na koreańskie śniadanie (dla 2-3 osób):

Ćwiartka kapusty kimchi

100 g ryżu

2 łyżeczki oleju sezamowego

Jajka (po jednym na osobę)

 

Ryż gotujemy. Kimchi kroimy na mniejsze kawałki. Na jednej patelni smażymy jajka sadzone a na drugiej zasmażamy ryż z kimchi. Układamy całość na talerzach i zjadamy :)




Pesto z marchewkowej natki


65785970_893086181036676_6838207535804055552_n

Gdzieś mi się kiedyś obiło o uszy, że marchwiowy wiecheć także nadaje się do jedzenia. Nie zliczę ile razy skończył w kompoście.  Do dziś, kiedy to pan Tomek na straganie mało mi go nie ukręcił.

– Stop! – wrzasnęłam na pół targu.

Facet poszedł w pion. Uznał, że to pewnie dla królika, ale jak mu wyjaśniłam, że sama zamierzam to zjeść, spojrzał na mnie dziwnie. Że niby mi przez ten upał odbiło :)

 

64826463_2285435368200388_2315330549020884992_n

Składniki:

-natka z pęczka marchwi

– ½ szklanki pestek z dyni

– ¾ szklanki oliwy

– sól (opcjonalnie)

Wszystkie składniki należy porządnie rozdrobnić w blenderze. Dosolić do smaku, przełożyć do słoika i uzupełnić oliwą, tak by było ją widać na powierzchni pasty.

Jak widać to żadna filozofia. Najwięcej czasu zajmuje usunięcie z natki grubszych łodyg, ale od czego mamy super patent z durszlakiem? Przeciągamy badylek przez dziurkę i gotowe :)

Smacznego!

 

64474382_2376834349249710_7079003013238489088_n




Dobro narodowe, czyli sałatka jarzynowa


Iza_kucharz

Przypuszczam, że w niewielu polskich domach na okoliczność Wielkanocy nie ma sałatki jarzynowej. Takiej naszej polskiej, tradycyjnej. Takiej, bez której nie ma świąt.

Oczywiście ile gospodyń, tyle przepisów. Chyba można iść o zakład, że jak Polska długa i szeroka, nie ma dwóch identycznych sałatek jarzynowych, a każdy uważa swój przepis za jedynie słuszny :)

W tym roku wraz z Jagną postanowiłyśmy podzielić się z Wami naszymi recepturami, które odziedziczyłyśmy po naszych przodkach.

Każdego roku, niezmiennie robię jej za dużo i za każdym razem sobie obiecuję, że na następne święta zrobię mniej. Niestety, to na nic. Zawsze wychodzi mi mała miednica 😀

produkty

Składniki „na oko” i wg uznania:

– ugotowane: marchew, pietruszka i seler

– ogórki kiszone

– obrane jabłka odmiany szara reneta

– jajka na twardo

– cebula

– majonez kielecki

– musztarda sarepska

– sól i pieprz

Sprzęt:

– ostry nóż

– blender ze zbiornikiem

– sitko z drucikami

– tłuczek do ziemniaków

kolaz

No i teraz trzeba to wszystko posiekać. Najlepiej w kostkę, ale że ja należę do grona tych, którzy lubią sobie życie ułatwiać, uznałam że podzielę się z Wami moimi sposobami na to, by nie kwitnąć godzinami przy siekaniu sałatki.

Warzywa gotowane tnę w kostkę przy pomocy siteczka z drucikami. Składniki twarde czyli jabłka, cebulę oraz ogórki rozdrabniam w blenderze, uważając by nie zmielić ich zbyt drobno, a jajka na twardo traktuję tłuczkiem do ziemniaków. Rozdrobnioną cebulę przelewam dodatkowo lodowatą wodą, by straciła na ostrości.

I gotowe. Miednica sałatki w godzinę 😀

Teraz już wystarczy dodać dowolną ilość majonezu, musztardy i doprawić do smaku. Zwykle doprawiam 3-4 razy, za każdym razem mieszając zawartość mojej wielkiej michy. Pycha!

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

final

 

Jagna_kucharz

Obawiam się, że ten przepis będzie kryptoreklamą paru produktów :) Moja sałatka jarzynowa to przede wszystkim „majonez kielecki”. Tylko ten jedyny i kropka. Znaczenie ma również gatunek groszku i ogórków, ale o tym poczytacie niżej, w spisie składników. W przeciwieństwie do Izy, ja siekam wszystko tradycyjnie. Jedynie żółtka jajek kruszę w palcach. Chociaż i tak uznaję patent Izy z tłuczkiem za genialny 😀

Znacznie krótsza jest u mnie lista składników i nie znajdziecie jabłek, ogórków kiszonych czy musztardy. To niesamowite, że w sumie tak prosta potrawa, jak sałatka jarzynowa może mieć aż tyle wariantów. Nigdy w życiu nie jadłam dwóch takich samych, ale przeważnie mi smakują wszystkie. Z wyjątkiem tych z warzywami z rosołu. Tej nie ruszę 😀

A i jeszcze z kukurydzą. Nie i już 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki (na oko, proporcje widać na zdjęciu)

– marchewki

– pietruszki

– kawałek selera

– ogórki konserwowe (tylko od „Urbanka” bo nie są słodkie)

– extra drobny groszek „Bonduelle”

– gotowane jaja

– sól i pieprz do smaku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak widzicie moja sałatka wielu składników nie ma, ale właśnie taka nam smakuje. Warzyw nie rozgotowuję. Muszą być jędrne, choć oczywiście miękkie. Wszystkie składniki siekam bardzo drobno. Majonezu sporo. I pieprzu też. Lubię, gdy sałatka ma wyraźny smak. I to właściwie tyle :)

Wesołych Świąt i smacznej sałatki!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA