Browsed by
Autor: ŚwieżoNapisane

image_pdfimage_print
Czekoladowe trufle Gabrysi Rolskiej

Czekoladowe trufle Gabrysi Rolskiej

Dzień dobry :)

Chyba w sumie można było się mnie na tym blogu spodziewać :) A jakby ktoś jeszcze mnie nie znał, to cześć, Gabrysia jestem. Jagna to moja mama i uwierzcie mi, że jej dania smakują lepiej niż sobie wyobrażacie. Na co dzień jestem uczennicą liceum. Moim ogromnym zamiłowaniem jest rysunek i chyba wychodzi mi to już nie najgorzej ale nadal muszę jeszcze duuuuuuużo ćwiczyć :) Mam ogromną słabość do słodyczy i dlatego chciałam się podzielić swoim autorskim przepisem na bezalkoholowe trufle.

kolaz2

Trufle czekoladowe

Na wymiarową ilość, idealną na prezent będziecie potrzebowali:

– 200 g (dwie tabliczki) czekolady deserowej (najlepsza będzie czekolada „Wedla”)

– 30 g śmietanki (najlepiej kremówki, ale taka do kawy 12% też może być)

– 10 g niesolonego masła

– 10 g cukru (ja użyłam cukru pudru, ale można użyć spokojnie normalnego białego cukru)

– 3 krople aromatu rumowego

– łyżka kakao na posypkę

– drobno posiekane orzechy (w moim przypadku były to orzechy włoskie)

 

Do garnuszka wlewamy śmietankę i rozpuszczamy w niej masło. W międzyczasie, weźcie pierwszą tabliczkę czekolady i ją posiekajcie

Gdy masło całkowicie się rozpuści, zamieszajcie parę razy, by połączyło się ze śmietanką i wsypcie czekoladę.

Zmniejszcie gaz na minimum i wymieszajcie wszystko.

Gdy pierwsza część czekolady połączy się ze śmietanką, dodajcie wcześniej posiekaną drugą tabliczkę

Mieszajcie, póki nie powstanie gładka masa

Dodajcie cukier puder i dokładnie wymieszajcie z waszą czekoladą

Proporcje podane w przepisie są właściwe dla raczej wytrawnych trufli. Jeśli chcecie by były słodsze, to sugeruję wymienienie jednej tabliczki czekolady deserowej na mleczną i zwiększenie używanej ilości cukru.

Dodajemy aromat rumowy i porządnie mieszamy.

Masę przekładamy do miseczki i odstawiamy do ostygnięcia. Gdy osiągnie temperaturę pokojową to wstawiamy ją na pół godziny do lodówki. Po tym czasie czekolada powinna konsystencją przypominać plastelinę.

Do formowania trufli przyda nam się miseczka ciepłej wody. Zwilżamy nią dłonie i formujemy kuleczki z masy.

Trufle klasyczne, które będą obsypane kakao odłóżcie na razie na bok. W wilgotne kulki kakao będzie wsiąkać, więc zajmiemy się tym później :) Orzechowe, natomiast od razu obficie obsypcie waszą posypką.

Wstawcie trufle do lodówki na godzinę.

Obsypcie klasyczne trufle kakao i już można jeść :)

Smacznego.

Chleb cebulowy na zakwasie

Chleb cebulowy na zakwasie

Domowy chleb jest o wiele smaczniejszy i o wiele tańszy od sklepowego. Zwłaszcza, jeśli próbujemy unikać konserwantów i polepszaczy i inwestujemy w droższe, ponoć zdrowe pieczywo. Mnie denerwuje jeszcze jedna rzecz. Nawet, jeśli na tych ponoć zdrowych chlebach jest napisane, że jest żytni czy orkiszowy, to w większości przypadków posiada w składzie większą lub mniejszą domieszkę mąki pszennej. A mi z mąką pszenną ostatnio nie po drodze 😉

Robienie własnego chleba na zakwasie jest banalnie proste i nie wierzcie nikomu, kto twierdzi inaczej. Potrzebna jest jedynie odrobina cierpliwości do wyhodowania zakwasu. Roboty nie ma przy tym wcale. Wszystko, czego potrzebujecie to woda, mąka i słoik 😀

Zakwas żytni

– 2-3 łyżki mąki żytniej typ 720 albo 2000, prawdę mówiąc nie ma to kompletnie znaczenia

– 2-3 łyżki wody

– słoik

– kawałek gazy i sznurek albo gumka recepturka do zabezpieczenia zakwasu w słoiku

 

W jakimś głębszym naczyniu mieszamy nieco mąki z wodą. Musi to mieć konsystencję gęstego błota 😀 Przekładamy do słoiczka i zabezpieczamy gazą. Kolejnego dnia ponownie mieszamy mąkę z wodą i dokładamy do słoika. Łączymy obie masy delikatnie, starając się nie ubrudzić za mocno ścianek słoika. I tak dokładamy codziennie przez 6-7 dni po odrobinie mącznego błotka. Co drugi dzień zawartość przekładamy do innego, czystego słoika. Przyczyna takiego działania jest bardzo prosta: masa, którą pobrudziliśmy słoik wysycha radośnie na jego ściankach i może nie wyschnąć do końca (a odżywić się jej nie da, bo już jej nie wmieszacie) i spleśnieć. Dlatego takie ważne jest zmienianie słoika.

I to jest właściwie wszystko. Nie wierzcie przepisom internetowym, które nakazują częściowe wyrzucanie zakwasu przed dołożeniem świeżej porcji do słoika. Bzdura totalna.

Po 7 dniach zakwas ma bardzo wyraźne pęcherzyki powietrza i kwaśny, charakterystyczny zapach. To znak, że jest gotowy do działania.

I teraz uwaga techniczna. Wyhodowany zakwas można mieć właściwie w nieskończoność. Nawet maleńka resztka niewykorzystana do pieczenia ma taką mega moc, że w godzinę po dołożeniu świeżego błotka pracuje jak szalony. Pamiętajcie, żeby dokarmiać go codziennie bo inaczej spleśnieje. Jeśli nie chcecie lub nie potrzebujecie używać go zbyt często, to można go wstawić do lodówki i uśpić na tydzień lub dwa. Po tym czasie warto go jednak dokarmić, żeby nie zdechł na amen 😀

Chleb żytni na zakwasie z dodatkiem cebuli

– 550 g mąki żytniej typ 720

– 100 g aktywnego zakwasu

– 400 ml ciepłej wody

– 4 g drożdży w proszku

– łyżeczka soli

– łyżeczka granulowanej cebuli

– łyżka otrębów żytnich do obsypania blaszki

– odrobina oliwy z oliwek albo oleju rzepakowego

– średniej wielkości cebula

Cebulę drobno kroimy i podsmażamy na niewielkiej ilości tłuszczu. Zostawiamy do przestygnięcia. Wszystkie składniki, łącznie z przestudzoną cebulą (z wyjątkiem otrębów) wrzucamy do miski i mieszamy (najlepiej dużym widelcem) na gładką masę. Blaszkę o wymiarach 30×10 smarujemy tłuszczem i obsypujemy otrębami. Do środka wkładamy ciasto uważając, by nie uświnić boków. Dłoń zwilżamy olejem i uklepujemy ciasto. Blaszkę nakrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na około godzinę. Ciasto powinno wyrosnąć do brzegów formy. Ja to robię tak, że nagrzewam piekarnik do 30 stopni i wstawiam chleb do środka. Wyłączam grzanie i czekam.

Gdy chleb już wyrośnie, to wyciągamy go z piekarnika a piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Pieczemy przez 40 minut, po czym zakładamy kuchenne rękawice, żeby się nie poparzyć i wyjmujemy chleb z formy. Kładziemy go bezpośrednio na kratce w piekarniku i dopiekamy jeszcze przez 10 minut.

Po upieczeniu wyjmujemy chleb z piekarnika i studzimy na kratce. Z krojeniem lepiej się powstrzymać aż do całkowitego ostygnięcia.

Chleb możecie spokojnie mrozić. Smacznego :)

Świat według Ciumka 3

Świat według Ciumka 3

Z poprzednich felietonów zapewne już wiecie, że zasadniczo to ja lubię ryzyko. Bo cóż mi innego w życiu pozostało? Na dziewczyny przecież nie pójdę, bo już nie mam z czym, to może chociaż za to nadrobię jakąś wyrafinowaną rozrywką oraz popularnością w Internetach? Jak myślicie? Dobry plan?

Każdy orze jak może, i jakoś trzeba sobie radzić.  Czasy dla celebrytów nastały ciężkie. Dziś każdy to wie. Własnego medialnego coach’a jeszcze nie mam, więc na razie, po ciuchu się podpiąłem do bloga, gdzie pisze moja pani i tu się, w wolnych chwilach, lansuję :)

Ale wracając do sedna. Zauważyłem, że ludzie lubią ryzyko, a szczególnie, gdy ryzykuje ktoś inny.  To, że lubię się ślizgać, to już wiecie, więc sami rozumiecie, że przed Wielkanocą to dopiero był w domu wypas nie lada, bo pani na okrągło robiła coś w kuchni i podłogę myła po kilka razy dziennie.  Można się było ślizgać do woli, że już nie wspomnę nawet o tym, co w tym czasie spadało na podłogę…

Na kociego smakosza!

Same smakołyki! A już najlepiej było, jak gniotła krówki na kajmak do mazurka i potem dała mi swoje palce do oblizania. Spróbowałem i nie uwierzyłem, że istnieje coś tak pysznego, więc zawołałem Szajbę, żeby przyszła mi powiedzieć, co to jest. Tornado też się załapał.

Pani, jak wszyscy memlaliśmy te bosko-słodkie paluchy, wyraziła nadzieję, że nie dostaniemy po tym sraczki, ale ustaliliśmy w konspirze, że nawet jak dostaniemy, to wspólnie zakopiemy pod dywan, bo inaczej drugi raz nam tego nie da.

Na to przyszedł do domu pan i dziewczyny. Zuza postawiła na stole w kuchni specjalny koszyk z różnościami i powiedziała mojej pani, żeby uważała na Ciumka.

Że niby, na mnie?!?!

A na co tu uważać??

Świetnie sobie w życiu radzę. Jestem urodziwy i rozgarnięty, zatem postanowiłem sprawdzić, o co chodzi. Po cichutku zakradłem się na stół i dla niepoznaki nakryłem się białą serwetką, którą buchnąłem z koszyka.

Królu złoty! Moje ulubione jajka na twardo i jeszcze kawał kiełbasy! Niebo! Byłem w połowie, jak przylazła Zuza i mnie franca zdekonspirowała.

– Mamo! Ciumek właśnie zeżarł naszą święconkę!

Dostałem ścierką przez łeb, ale później Tornado mi bardzo podziękował, bo się załapał na resztki tej poświęconej kiełby, więc jakoś przełknąłem to połajanie i postanowiłem być grzeczny, zwłaszcza że pochowali już przede mną wszystko, poza chlebem i sernikiem.

Bo się nigdzie nie zmieścił.

Tego drugiego jeszcze nie znałem, więc jak tylko w kuchni zrobiło się pusto, dobrałem się do sernika.

Mmm, to było nawet lepsze niż te krówki. Wtanżoliłem ile się dało, ale – na kociego proroka! – w kuchni zadzwonił telefon, przylazła Zuza, i znów zaliczyłem wpadkę.

Tym razem jednak pani uznała, że my również mamy święta.

Odkroiła całkiem spory kawałek sernika i pokruszyła nam wszystkim do misek. Szajba i Tornado znów mi dziękowali, bo sernika też wcześniej nie jedli.

A później pani wraz z panem nagrali film z życzeniami na Facebooka i podali do publicznej wiadomości, że w Wielką Sobotę zjadłem święconą kiełbasę z koszyka! Ech! Ależ poruta. Skąd ja miałem wiedzieć, że jest sobota?!

Jak mi kupią smartfona to będę wiedział!

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Wiecie, na popularność trzeba wytrwale i ciężko harować.

Niech sobie piszą.

Niech bzdury wygadują.

Byleby tylko nie przekręcali nazwiska 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 2

Świat według Ciumka 2

Coraz częściej nabieram przekonania, że na serio, o coś musi chodzić z tą całą świętością, o której się tyle gada. Oczywiście w moim przypadku, bowiem nie da się zaprzeczyć, że mam ku temu jakieś wrodzone inklinacje. Zapewne kiedyś wstąpię w poczet kocich świętych, ale może… po kolei :)

Pierwszą wpadkę zaliczyłem już w styczniu. Z wodą święconą.

W sumie, smakowała jak ta zwykła, ale ta zwykła nigdy nie stoi na stoliku w salonie, w dodatku nalana na talerzyk. Państwo piją ze szklanek, więc uznałem, że to dla mnie, i sobie wypiłem. Ech, znów się nasłuchałem od mojej pani. Narobiła takiego rabanu, jakbym jej zjadł co najmniej pierścionek zaręczynowy i kilo kawioru, ale poszła do kuchni i nalała na talerz zwykłej kranówki, no to ja w międzyczasie dorwałem się do takiej niedużej miotły, która leżała obok talerza. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej małej, więc też pomyślałem, że to dla mnie i trochę ją potarmosiłem za firanką. Też mi się dostało, ale na szczęście krótko, bo przyszedł do domu jakiś facet w czarnej sukience i się dobrał do tej mojej nowej zabawki. Dopiero po niewczasie dowiedziałem się, że to jest kropidło.  Potem ten kolo rozchlapał wodę z talerza po całym pokoju, ale nikt mu nic nie powiedział.  Tu się, serio, zdziwiłem. No, bo jak ja rozchlapię trochę wody z miski na podłogę w kuchni, to od razu słyszę, że jestem niegrzecznym Ciumkiem, a ten gość za chlapanie po pokoju dostał kasę w kopercie.

I gdzie tu jakaś sprawiedliwość?!

A ja tak lubię chlapać! Bo wiecie, nie ma nic lepszego, niż mokra podłoga, ale zanim pani mi sprawi tę przyjemność, najpierw zamiata. Normalną miotłą, nie tą małą od tego kolesia w kiecce. Uwielbiam, tak się dorwać do tych kłaków od miotły, a jeszcze lepiej wytarzać się w kupce zamiecionych śmieci.  Czasem dopadnę tego kudłacza, ale to tylko dla niepoznaki, bo zasadniczo, to ja czekam, aż pani na chwilę się odwróci, do szafki po zmiotkę i szufelkę. No to ja wtedy, hyc! Brzuchem, prosto w zamiecione śmieci 😀

Ależ jest uciecha, no mówię Wam! Jedna z lepszych. Ale lepiej wróćmy do tej mokrej podłogi. Tu trzeba się śpieszyć, bo szybko wysycha, więc biorę rozpęd z końca salonu i jadęęęę po korytarzu na pełnej petardzie!!! Wprawdzie czasem nie daję rady wyhamować przed końcem przedpokoju i rajd kończy się efektownym zderzeniem z drzwiami, ale sami przyznacie, że sporty ekstremalne wiążą się z ryzykiem, a bez ryzyka nie ma zabawy. No tak.

Ostatnio też zrobiło się groźnie. Leżałem sobie, spokojnie rozwalony, na mokrym. Nagle patrzę ci ja, a tu leci wprost na mnie kij od mopa!!! Wierzcie, na serio, bardzo ciężko jest tak rączo wystartować do sprintu na mokrej podłodze, więc łapami efektownie zamieliłem w miejscu. Cudem uniknąłem katastrofy i uszedłem z życiem. Ych…, ta moja pani się popłakała ze śmiechu, jak mieliłem. Zupełnie jej nie rozumiem. Nie dość, że podstępnie postawiła tego mopa, to jeszcze doszły mnie słuchy, że obrabia mi zad na publicznym necie.

To pisałem ja.

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 1

Świat według Ciumka 1

Ostatnio mam jakiś zły czas. Codziennie spotyka mnie jakaś brzemienna w skutki przygoda i już sam nie mam do tego nerw. Szajba i Tornado mogą wszystko, a ja jestem traktowany przez pozostałych jak jakiś smarkacz!

Na razie mnie pilnują, żebym jeszcze nie wychodził z domu, ale przedwczoraj udało mi się niepostrzeżenie przemknąć do ogrodu. I tyle mojego.  Zonk! Ja nie wiem, co tamci w tym widzą. Mróz, wiatr  i na ziemi to białe, co z nieba leci. Łapy mi zmarzły, więc szybko wróciłem pod drzwi i zacząłem ryczeć, co tchu w płucach, ale nikt nie otwierał. Ze środka słychać było jedynie skuczenie psa. Powiedziałem mu, że utknąłem za zewnątrz, ale Tornado chyba nie jest tak mądry jak myślałem, bo nie umiał mnie wpuścić. Skulony, schowałem się na ganku za koszem na parasole i czekałem na ratunek. Na szczęście moja pani w końcu wróciła z zakupów i zabrała się za odśnieżanie wokół domu. I tak mnie znalazła. Na mój widok minę zrobiła prawie tak zdziwioną,  jakby ujrzała ducha, ale wzięła me roztrzęsione, zmarznięte futro na ręce, zrugała po całości od głupich kotów i zabrała do domu. I tu nastąpiło coś wspaniałego. Po raz pierwszy w życiu dostałem na rozgrzewkę ciepłe mleko. Mmm… chyba będę częściej nawiewał.

No, ale nic to. Następnego dnia, rozsmakowany wczorajszym podniebiennym doświadczeniem z mlekiem, postanowiłem, w mych kulinarnych doznaniach, pójść  nieco dalej i sprawdzić cały dostępny nabiał. Własnego już nie mam, ale w kuchni, po śniadaniu, zostało trochę jajka na twardo. Udało mi się podwędzić jeden plasterek i spylić do salonu za fotel. Zanim mnie pani złapała, to zdążyłem wszamać. I to było boskie. Tak boskie, że postanowiłem wrócić do kuchni po kolejny kawałek, com go zgubił po drodze, ale moja pani wyrzuciła ten boski frykas do śmieci i zabrała się za klepanie w klawiaturę. Cóż było począć. Już wcześniej rozkminiłem, jak otwiera się szafki, więc po cichutku dobrałem się do śmietnika. Już byłem bliski sukcesu, jak ten głupi kubeł przewrócił się i wypadł z szafki. No i się wydało. I znów wszystko na mnie. Wszystko się wysypało na podłogę. Wszystkie pyszne skarby.

Ale dostałem zjebkę!

Dziś, dla odmiany, postanowiłem być bardzo grzeczny. Zarówno kosz na śmieci, jak i drzwi do ogrodu omijałem szerokim łukiem, za to nie mogłem sobie odmówić wyjścia do piwnicy. Tam to dopiero jest raj dla kota. Czego tam nie ma! Ile pajęczyn, gratów wszelkich… No, po prostu bajka.

A już najbardziej to lubię myknąć sobie do garażu. Tam stoi takie czerwone coś, czym moja pani wyjeżdża z domu i bardzo mi się tam w środku podoba. Już kilka razy, jak wyjmowała zakupy, udało mi się zakraść do środka, ale za każdym razem mnie łapała i wyciągała. Dziś mnie nie zauważyła. I mnie zamknęła. Miauczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Dotarła do mnie groza całej mojej rozpaczliwej sytuacji. W środku jest czarno, ja też jestem czarny, a w dodatku nadepnąłem łapą na coś, co zamknęło mnie w środku. Na szczęście znalazłem jakiś szalik włochaty, więc chwilowo było co pomamlać, ale w pewnej chwili dotarła do mnie inna przerażająca myśl.

Co będzie jak mi się zachce?

Przecież jak nasikam do środka, to mnie ze skóry obedrą…

Próbowałem uderzyć w kimono, ale usłyszałem, że mnie wołają. Że micha stuka o podłogę. No to zacząłem się drzeć, jednak wszystko na próżno. Znowu ostałem się sam, i bez nadziei na uwolnienie.

Jednak z moją panią nigdy nie idzie za lekko, więc po kwadransie znów zaczęła mnie wołać. No i wreszcie weszła do garażu i mnie znalazła. No, ale ja się zamknąłem w środku razem z kluczykami. Ech, usłyszałem pod moim adresem parę ciepłych słów, bo już wiem, że moja pani mnie kocha, a: głupek, debil i kretyn, to piękne komplementy. No, sobie posłuchałem, a za chwilę przyszła z zapasowymi kluczykami i mnie uwolniła. Tym razem nie dała mi mleka, ale za to mocno mnie przytuliła :)

To pisałam ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Wygraj zapas soli – wyniki konkursu

Wygraj zapas soli – wyniki konkursu

 

Dziękujemy wszystkim za udział w naszym konkursie. Napłynęło wiele interesujących zdjęć, ale najbardziej spodobało nam się to: 

Gratulacje dla Mileny Kaczmarek! :)

A naszych czytelników już teraz serdecznie zapraszamy do kolejnego konkursu, który odbędzie się już niedługo.

Bez soli ciężko sobie wyobrazić gotowanie. Jest sól kamienna, jest morska. Może być biała, czarna albo różowa. Rodzajów soli jest wiele a łączy je jedno: wszyscy zapominamy o jej kupowaniu 😀

Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych kochanych czytelników ogłaszamy konkurs w którym do wygrania jest zapas soli. Fundatorem nagrody jest firma Belever. Zajrzyjcie do ich sklepu internetowego bo mają bardzo ciekawe produkty.

Co należy zrobić, aby wygrać zestaw soli z dostawą do rąk własnych? Zadanie jest banalnie proste. Trzeba zrobić zdjęcie, którego tematem będzie sól lub coś się z nią kojarzącego. Liczymy na waszą kreatywność. Nie oceniamy jakości zdjęć, tylko pomysłowość. Co nie znaczy, że ucieszymy się z fotek robionych telefonem stacjonarnym 😉

Zdjęcie prześlijcie na adres: swiezonapisane@wp.pl

Czekamy do 11 kwietnia. Zwycięzcę wybierzemy w dniu następnym a nagrodę prześlemy pod wskazany adres na terenie Polski.

Powodzenia :)

Mazurek wielkanocny

Mazurek wielkanocny

O tym, że wypieki nie są moją mocną stroną, to zapewne już wiecie. Gdyby nie gotowe ciasto francuskie, moja rodzina widziałaby jedynie mazurka na Wielkanoc.

Ano właśnie 😀 Wielkanoc już na dniach i domownicy aż łapki zacierają, bo mazurek w moim wykonaniu to prawdziwe mistrzostwo świata! Uwielbiam go.

I jeść, i piec, a ozdabianie to mój osobisty rytuał wieńczący świąteczne przygotowania. Cała tajemnica tkwi w prostocie oraz połączeniu ekstremalnych smaków i tekstur. Maślane, kruche ciasto, piekielnie kwaśne powidła oraz totalnie słodki kajmak… razem stanowią coś, co śni się po nocach. Co ważne, do ciasta praktycznie nie dodaję cukru, a do polewy używam wyłącznie krówek żywieckich ze stokrotką. Kiedyś testowałam gotowe masy karmelowe oraz krówki innych firm, ale te z Żywca nie mają konkurencji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciasto:

– 400g mąki krupczatki

– 150g twardego masła

– 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

– 1 całe jajko + 2 żółtka

– 80g kwaśnej śmietany

– 1 łyżeczka cukru waniliowego

– opcjonalnie 100g cukru pudru (nie dodaję)

Pozostałe składniki:

–  średni słoik powideł śliwkowych

– 1 duża cytryna

– 1 kg krówek żywieckich

– dowolne bakalie lub ozdoby cukiernicze do dekoracji

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynam od kruchego ciasta. Przepisów jest wiele, ale mnie jakoś najbardziej przypadła do gustu właśnie ta wersja. Żadna filozofia. Wszystkie składniki dokładnie siekam na stolnicy i jak się wszystko połączy, na koniec formuję dwie kule.

Gotowe ciasto zawijam w cienką folię spożywczą, wkładam na pół godziny do zamrażarki i w tym czasie, gdy będzie się chłodziło, zabieram się za resztę. Powidła mieszam z sokiem z cytryny. Mają być mega kwaśne! Że aż oko mruga 😀 Jeśli mi się chce, wcześniej delikatnie ocieram też trochę  sparzonej cytrynowej skórki.

Krówki wyjmuję z papierków i łamię na mniejsze kawałki. Wsypuję wszystko do metalowej miski i mieszając trzepaczką rozpuszczam krówki na parze, aż masa stanie się zupełnie gładka. Aby była bardziej błyszcząca, można do niej dodać łyżeczkę masła.

Następnie wyjmujemy ciasto z zamrażarki i wałkujemy na grubość około jednego centymetra. Układamy na  prostokątnej blaszce wysmarowanej masłem i posypanej mąką. Dowolnie ozdabiamy brzegi, nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do gorącego piekarnika. Mniej więcej po 15 minutach wyjmuję ciasto, szybko smaruję je całym powidłem i z powrotem wkładam do piekarnika, żeby się do końca upiekło na złoty kolor. Ten zabieg jest konieczny, żeby powidło zgęstniało i trochę się przypiekło.  Inaczej spłynie razem z kajmakiem 😀

I to by było tyle w temacie ciasta.

Jak spód przestygnie, polewam całość gorącą masą z krówek. Przy tej czynności również należy się sprężać, bo masa błyskawicznie zastyga.

No i na koniec najlepsze, czyli ozdabianie. Jeżeli mam jeszcze czas, siłę i chęci, wycinam z resztek ciasta listki albo kwiatki i podpiekam je na blaszce.  Bardzo lubię używać orzechy włoskie oraz blanszowane migdały, z których wychodzą świetne kwiatki lub bazie. Dobrze sprawdzają się też gotowe ozdoby i polewa czekoladowa. Wszystko jest kwestią gustu, ale jakbyście nie zrobili i tak wyjdzie wspaniale :)

A zatem, WESOŁEGO ALLELUJA!

final2

Hekele Sabiny Waszut

Hekele Sabiny Waszut

lead

Witajcie kochani!

Dzisiaj zapraszamy Was na Górny Śląsk. Wpadniemy z wizytą do Sabiny Waszut, która zdradzi nam przepis na swoje ulubione danie z dzieciństwa. Oddajemy głos Sabinie :)

Dzień dobry, zapraszam Was dziś na Górny Śląsk, do mojej małej ojczyzny, z którą jestem mocno związana. Mieszkam tu wraz z rodziną, pracuję w muzeum etnograficznym i piszę. Mam ogromne szczęście, bo moja praca i pasja świetnie ze sobą współgrają i uzupełniają się wzajemnie. W pracy w muzeum opowiadam o Śląsku i prowadzę zajęcia z regionalizmu. Moje powieści również związane są z tym regionem. „Rozdroża”, „W obcym domu” i „Zielony Byfyj”, to saga, opisująca burzliwą historię Śląska, „Bar na starym osiedlu”, to opowieść o powrotach do korzeni. Zapraszam na moją stronę autorską.

kolaz1

Dziś chcę pokazać Wam Śląsk od kuchni. Zaprosić Was w kulinarną podróż.

Liczycie na rolada i modro kapusta? Może na żur albo krupnioki? Te wszystkie potrawy są znane i trochę już oklepane. Śląska kuchnia kryje w sobie wiele innych, równie smacznych niespodzianek, oto jedna z nich.

Danie o tajemniczej nazwie hekele jest moim wspomnieniem z dzieciństwa. Babcia przygotowywała je, gdy przychodziłam do niej w odwiedziny. Hekele, zawsze będzie kojarzyło mi się z babcinymi fartuchami w kwiatki i jej siwymi lokami. Nazwa potrawy pochodzi od niemieckiego słowa hacken, co oznacza siekać. Jest to prosta do przyrządzenia pasta, którą można jeść z ziemniakami na obiad lub z chlebem na kolację (ja wolę wersję drugą). Choć my jadaliśmy hekele przez cały rok, w śląskiej tradycji jest to danie postne, jedzone np. w Środę Popielcową lub Wielki Piątek.

produkty

Oto lista składników potrzebnych do zrobienia pasty:

Trzy jajka

Trzy śladzie matias

Trzy ogórki kiszone

Czerwona lub biała cebula

Łyżka majonezu

Pieprz

Natka pietruszki

kolaz2

Jajka gotujemy na twardo. Płuczemy płaty śledziowe (gdy są bardzo słone, możemy pozostawić je w wodzie na dłuższy czas). Kroimy śledzie w drobną kosteczkę, kroimy również ogórki, cebulkę

i ugotowane jajka. Całość mieszamy z dodatkiem majonezu. Przyprawiamy do smaku pieprzem (sól jest już niepotrzebna). Moja babcia rozgniatała całość widelcem, aż do uzyskania w miarę jednolitej masy (czasem jajka i śledzie przepuszczała przez maszynkę do mielenia), ja wolę większe kawałki. Gotową pastę nakładamy na kromkę świeżego chleba, posypujemy natką pietruszki.

Smacznego

final1

Ponglish jest ok

Ponglish jest ok

Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 

Miłość, miłość w Zakopanem

Miłość, miłość w Zakopanem

Sniezna_gran_cover_851x315

Na okoliczność promocji pierwszego tomu Śnieżnej Grani „Za stare grzechy”, w marketingu mojego wydawnictwa padło stwierdzenie, że czegoś takiego jeszcze w księgarniach nie było.

Hm, po namyśle doszłam do wniosku, że chyba rzeczywiście nie było.

A skąd pomysł? Cóż, pod koniec rocznego okresu pracy nad trylogią „Stajnia w Pieńkach”, gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, marzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci. Zatem na Śnieżnej Grani mamy rodzinę Stachowiaków, która zarządza stacją narciarską na Podhalu. Wprawdzie o pieniądze za bardzo martwić się nie muszą, ale za to los nieraz nastręcza Loli, Edkowi, Nastce i Anieli kłopotów w życiu prywatnym i w biznesie.

A skąd takie właśnie tło? Jak to u mnie, oczywiście z przypadku. Pewnego dnia zimowych ferii, kiedy to raptem w ciągu półgodzinnego pobytu na stoku przydarzyło mi się kilka zabawnych historii, mój mąż ze śmiechem rzucił sakramentalne: „musisz to opisać!”. No i opisałam! A było co 😀

No wiecie 😀 strój na snowboard to niezły kamuflaż dla kobiety w moim wieku. W kasku, kominiarce i goglach nie widać czy zawartość ma lat naście czy dziesiąt, a że postury jestem dość mikrej, więc non stop brano mnie za nastolatkę.  I tak przy jednym wyjeździe wyciągiem, pewien pryszczaty młodzian wyraźnie uderzył w konkury. Ale jak na jego pytanie, od ilu lat „ujeżdżam parapet” powiedziałam mu, że dopiero od niedawna, bo raptem od kilku lat czyli mniej więcej od trzydziestego ósmego roku życia, ale za to narty to jakoś tak ze czterdzieści trzy zimy, to chłopak o mało nie spadł z krzesełka. Biedaczysko później przez całą drogę do góry udawał, że rozmawia z kimś przez telefon. Myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Przy następnym zjeździe, w kolejce do wyciągu, kiedy przypadkiem potrąciłam sąsiadkę, pewna młoda matka puściła pod moim adresem komentarz na temat „nieogarniętych gówniar, które ryją się z deską”, ale spuściłam na to zasłonę milczenia. Natomiast, gdy kwadrans później jakiś instruktor odruchowo wziął mnie pod pachy, żeby pomóc mi wysiąść z kanapy, już nie wytrzymałam. Oboje popłakaliśmy się ze śmiechu. No i właśnie w ten sposób „urodził się” pomysł Śnieżna Grań, a w ślad za tym panika. Jak ja to wszystko ogarnę?!

 

To poważna materia, na początku byłam przerażona, ale szybko okrzepłam. Nie zapominajmy, że w całym moim życiu mnóstwo czasu spędziłam na stoku. Na początku pobierając nauki i szlifując formę, później ucząc innych, by wreszcie skończyć na stoku jako bezrobotna i wyluzowana turystka 😀 Tak więc ten temat taki całkiem obcy mi nie był. Sporo, już wcześniej, wiedziałam z własnego doświadczenia. Co nie zmienia faktu, że informacje do tej historii gromadziłam przez dwa lata. Z tym, że najważniejszą kwestią przy zbieraniu jakichkolwiek informacji, jest mieć do kogo się zwrócić. Ja miałam. Znajomy kierownik stacji narciarskiej ułatwił mi kontakt z każdym, kogo chciałam wypytać o charakter pracy i związane z tym ciekawostki. Byłam w maszynowni, w sterówce, widziałam jak działa system kasowo-biletowy, siedziałam na dyżurze z ratownikami TOPR, a w karczmie na stoku liczyłam kurze podudzia. Całe godziny spędziłam na studiowaniu zagadnień związanych z budowaniem kolei linowych oraz z naśnieżaniem i utrzymaniem tras.  Przeczytałam chyba wszystko, co jest dostępne w sieci na ten temat. Do tego szczęście mi dopisało, gdyż na własne oczy mogłam zobaczyć ewakuację krzesełkowej kolei. No i, co najważniejsze, po znajomości, przejechałam się wyciągiem krzesełkowym, specjalnie dla mnie puszczonym na pełny gaz 😀

Ale bez obaw.  To wszystko jedynie przewija się w tle. Cykl Śnieżna Grań to nie jest instrukcja obsługi ratraka czy śnieżnych armatek. To po prostu sympatyczna i ciepła historia o życiowych perypetiach ludzi, którzy się tym zajmują.

 

Zapraszam zatem, Kochani, na Śnieżną Grań.  Z ogromną nadzieją, że Stachowiakowie, podobnie jak dziewczyny z Pieniek, również na długo zagoszczą w Waszych sercach.

A korzystając z okazji pragnę z całego serca podziękować Wam – moim najlepszym na świecie Czytelnikom :)

 

kolaz1