Browsed by
Kategoria: Kuchnia gości

image_pdfimage_print
Zupa dyniowa Katarzyny Georgiou

Zupa dyniowa Katarzyny Georgiou

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Witajcie w Kuchni Gości!

Dzisiaj gotuje dla Was Katarzyna. Zapraszamy serdecznie na zupę dyniową jej autorstwa. Ale najpierw nam się Kasia ładnie przedstawi :)

Katarzyna Georgiou – poetka, czarownica, matka i miłośniczka kotów.

Katarzynę Georgiou można opisać jako wielobarwną postać w odsłonach podróżnika, emigranta, pasjonatki kultur indiańskiej i słowiańskiej, autorki książek poetyckich dla dzieci i dorosłych, miłośniczki kotów i magii naturalnej czy też niepoprawnej marzycielki. To najbardziej uwidacznia cykl poetycki zwieńczony tomem „Drzewa kochać potrafią”, który jest zbiorem bajęd inspirowanych obserwacją Natury pulsującej życiem w pełnej ptaków i zwierząt Dolinie Baryczy, gdzie autorka znalazła swoje miejsce na Ziemi, swój dom. Usłyszymy tu także echo indiańskich bębnów i słowiańskich wierzeń dodających kolorytu snutym opowieściom. Ten właśnie zbiór jest pomostem spinającym i zamykającym cykl przemyśleń i refleksji nad życiem, które w formie wierszy i obrazów malowanych prozą poetycką autorka zawarła w poprzednich książkach „Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem” i „Komu mruczy kot”.

 

kolaz georgiou

 

„Świat postrzegam jako miejsce spotkań różnych form życia, które są ze sobą powiązane, jak naczynia połączone. Majowie pozdrawiają siebie słowami «In La- k’ech», co w dosłownym przekładzie oznacza: «Jestem innym tobą, a ty innym mną». To stwierdzenie obejmuje wszystkie formy życia w Naturze: zwierzęta, rośliny, skały, żywioły powietrza, ziemi, wody i ognia. Wszystkim i wszystkie- mu jesteśmy winni szacunek, bo gdy wyrządzamy szkodę lub krzywdę innym naumyślnie lub zarządzamy zasobami naturalnymi niemądrze i z chciwością, to naprawdę krzywdzimy siebie samych, zaśmiecamy własny dom destrukcyjną energią, zamiast wypełniać go tą, która wspomaga rozwój”.

Jako rasowa czarownica warzy w wiedźmińskiej kuchni wiele smakowitych potraw, intuicyjnie dobierając zioła i przyprawy podczas łączenia darów Natury z przydomowego ogrodu. Dziś zaprasza do swojej kuchni, w której królują późnoletnie lub jak kto woli wczesnojesienne warzywa…

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zupa dyniowa Czarownicy Naskalnej

30 – 50 dkg dyni, obranej ze skórki i pokrojonej w kostkę

Opcjonalnie: pół cukinii również pokrojonej w kostkę,

1-2 posiekanych cebul

3 pomidory

3 ziemniaczki

2 łyżki sklarowanego masła

1 litr wody

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pół łyżeczki sproszkowanej gałki muszkatołowej, listek laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego i takie przyprawy jakie wam się pod rękę nawiną – lubczyk, pieprz, papryka, bazylia, kurkuma, kolendra, gorczyca, kminek, pietruszka, czosnek, chili oraz sól do smaku.

Cebulę, dynię i cukinię podsmażamy na maśle, po zeszkleniu dorzucamy pokrojone pomidorki i ziemniaczki, zalewamy wodą, dodajemy przyprawy i sól i gotujemy, aż warzywa zmiękną, a w szczególności ziemniaczki. Miksujemy całość robotem i podajemy na gorąco lub zimno wraz z prażonymi nasionkami dyni i płatkami migdałowymi :)

A jak zostanie wam dyni, to na kawałeczki kroimy resztę, upychamy w słoiczkach i robimy zalewę z wody, octu (może być też jabłkowy), musztardy francuskiej, paru goździków, ziela angielskiego i listka laurowego, opcjonalnie dorzucamy troszkę świeżego imbiru, dodajemy parę łyżek brązowego cukru i po zagotowaniu, zalewamy naszą dynię, dorzucając po płaskiej łyżeczce miodu do każdego słoiczka – najważniejsza rzecz – zalewę robimy na oko – a więc próbujemy, czy nie za kwaśna, więc ostrożnie z octem 😉 Po zakręceniu słoiczków pasteryzujemy je przez 20 minut i voila!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Omlet z kaniami Agaty Suchockiej

Omlet z kaniami Agaty Suchockiej

Witajcie!

Nasza kuchnia ponownie otwiera dzisiaj podwoje dla kolejnego utalentowanego gościa. Dzisiaj będzie niebezpiecznie, bowiem przybyła w nasze skromne progi krwiożercza Agata o morderczych instynktach. Najlepiej niech się Wam ładnie przedstawi sama :)

Kanię zamordowała dla Was Agata Suchocka – autorka powieści grozy inspirowanych twórczością Anne Rice, wydawanych obecnie po angielsku nakładem wydawnictwa Cheeky Kea Printworks (I Give You Eternity Series: And Then The Darkness Came, Face To Face, Song of the Nightingale). W kraju debiutowała ponad dwa lata temu powieścią „Woła mnie ciemność”. Na co dzień pozornie niegroźna żona i matka, nocami łaknąca krwi, nieokiełznana i pełna namiętności bestia (oczywiście tylko na kartach powieści…;). W wolnych chwilach brzdąka na ukulele, śpiewa bluesa i tłumaczy literaturę na język angielski. Jej mniej krwawe, choć niemniej intrygujące opowiadania, a także recenzje czytanych bardzo wybiórczo powieści, można przeczytać na blogu agatasuchocka.blogspot.com.

kolaz dwa

A teraz obiecany przepis:

Zdarza nam się przynieść z lasu inspirację, zbłąkanego psa, głowę w reklamówce, a ci mający więcej szczęścia, szczególnie porzuceni na czas naszych rozlicznych wyjazdów karierowicznych panowie-mężowie, przynoszą czasami upolowaną kanię, wygmeraną spomiędzy zdradziecko kolczastych zasieków jeżyn czy zdobytą z poświęceniem na połaciach podmokłych łąk. Nie bardzo potem wiadomo, co z taką samotną kanią zrobić, szczególnie, gdy jest się jeszcze zaspanym, pies już po śniadaniu, a do obiadu za daleko, by czekać na smakowitego grzyba w panierce.

Oto przepis na prościutki omlet z kanią, którą poza sezonem godnie zastąpią boczniaki lub duże, grillowe pieczarki.

produkty

Składniki:

– martwa kania

– jajka

– szczypiorek/natka pietruszki

– olej i masło do smażenia

– sól i pieprz do smaku

 

kolaż2

 

Kanię mordujemy, po czym siekamy lub kroimy wedle naszych umiejętności władania nożem. Podobnie bezlitośnie siekamy zieleninę. Na patelni rozgrzewamy olej i masło na niewielkim ogniu i podsmażamy poćwiartowaną kanię, aż się zarumieni.

W międzyczasie (wiem, panowie nie mają podzielnej uwagi, więc mogą to zrobić wcześniej, żeby jedynej kani nie spsować na zbyt dużym ogniu) „rozkłócamy” jajeczka. Mieszamy? Bełtamy? Ubijamy? Przysmażoną kanię zalewamy lawą jajeczną i czekamy, aż zacznie się ścinać. Cała operacja musi odbywać się na średnim ogniu (ja tam mam ogniową kuchenkę, na elektrycznej nie umiem…) Gdy brzegi się przyrumienią, posypujemy dzieło szczypiorkiem i składamy na pół za pomocą łopatki. Wyłączamy gaz i zostawiamy pod przykryciem na minutkę celem „dojścia”. I voila! Proste?? Banalnie, a jakie pyszne! Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy!

SMACZNEGO!

final 1

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Konfitura różana Katarzyny Wojtyńskiej – Stahl

Witajcie czytelnicy :)

Katarzyna, nasza dzisiejsza bohaterka, jest właścicielką najpiękniejszego ogrodu na świecie. Od samego patrzenia na zdjęcia aż się kręci w głowie :)

Nie dziwne, że rośliny z własnej hodowli wykorzystuje w kuchni. Zapraszamy do zwiedzania i na konfiturę różaną, ale najpierw pozwólmy naszemu gościowi się przedstawić.

Dzień dobry, mam na imię Katarzyna. Zapraszam Was do mojego ogrodu, który ma kolory szczęścia i spokoju… Przysiądźcie proszę na ławeczce i odpocznijcie choć trochę.

Mój ogród to cudowna, rozszumiana, rozćwierkana cisza.  Kraina leżąca na pograniczu Beskidu Wyspowego i Pogórza Wiśnickiego. Jeszcze 10 lat temu, mały domek z dużym ogrodem, w pod szczyrzyckiej wsi, traktowałam jako „rzecz na sprzedaż”. Nie sprzedałam… a dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez ogrodu pod lasem.

 Zapraszam na mojego bloga i FB

A to ja i mój ukochany jamnik Franio :)

Różana konfitura – przepis

Dawno temu, moja babcia, przez całe lato przynosiła do domu naręcza róż. Oczywiście z własnej działki, która była jedną z piękniejszych w okolicy. Bajecznie piękne róże, przeważnie herbaciane, układała do kryształowego wazonu. Pachniało nimi w całym domu. Któregoś dnia, przyszła z olbrzymim, wiklinowym koszem, pełnym różowych, pachnących płatków. Na moje zdziwione oczka kilkulatki, odpowiedziała z mrugnięciem oka: „róże są pyszne”. Nie muszę Wam mówić, jaką ciekawość wzbudziły we mnie te słowa i wtedy, krok po kroku, babcia Teofila wtajemniczyła mnie we wszystko. Tak powstała różana konfitura.

Dzisiaj, po wielu, wielu latach, ciągle mam jeszcze przed oczyma obraz mojej najdroższej babuni, ucierającej w wielkiej makutrze płatki róż z cukrem. Zdaje się, że poszłam w jej ślady, bo rok rocznie, zamykam w kilku słoiczkach różany smak i aromat. Niestety, nie mam w ogrodzie dzikiej róży i muszę chodzić na „szaber” do sąsiada. Oczywiście, za jego zgodą. Zawsze jest to początek lata i bardzo słoneczny, suchy poranek.

To właśnie od babci wiem, że aby różana konfitura dała naszemu podniebieniu rozkosz, to płatki muszą pachnieć słońcem i latem.

A więc, przynoszę do domu kosz, pełen świeżutkich płatków, przebieram je i przepłukuję. Dobrze osuszam papierowymi ściereczkami (babcia używała do tego celu lnianej ściereczki) i wrzucam do makutry. Prawie zawsze jest ich około pół kilograma, więc na całość muszę dodać 70 dkg. cukru. Na stole już czeka drewniana pałka do ucierania i do akcji wkracza NPS (niezwykle przystojny siłacz) – ten, który na moje życzenie, przenosi w ogrodzie głazy, np. w suchej rzece.

I … zaczyna się ucieranie płatków dzikiej róży z cukrem.

W trakcie ucierania, należy dodać do masy trochę soku z cytryny i maleńki kieliszeczek rumu lub koniaku, po to, aby konfitura nabrała „tajemnego” smaku i koloru.

Wreszcie koniec ciężkiej pracy!

Przełożyłam ją do słoiczków i dobrze zakręciłam. Makutrę popłukałam zimną wodą mineralną i uzyskałam dwie szklanki różanego, orzeźwiającego napoju. Chwilo trwaj!

Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

Witajcie :)

Dzisiaj naszą Kuchnię Gości odwiedziła Danusia. Niesie gar aromatycznej zupy z czosnku niedźwiedziego. Zapraszamy serdecznie i już wyciągamy talerze 😀
Ale najpierw posłuchajmy, co nam o sobie opowie nasza dzisiejsza bohaterka. 

Mam na imię Danusia. Jestem mężatką i mamą dorosłego Syna Oskara. Mieszkam w Irlandii w uroczym hrabstwie Kerry.  Z wykształcenia jestem ekonomistką. Moja przygoda z gotowaniem trwa, trwa … odkąd sięgam pamięcią. Od dzieciństwa zawsze lubiłam przebywać w kuchni z moją Mamą, która dbała o to, aby posiłki były pyszne, zdrowe, podane tak, by oczami już można było jeść. Mam nadzieję, że te wszystkie wspaniałe cechy po niej odziedziczyłam równocześnie z przepisami, które skrzętnie zapamiętałam. Dlatego, i nie tylko, postanowiłam się tym „dobrodziejstwem” z Wami podzielić.

Przy okazji serdecznie zapraszam na mojego bloga.

A to moje dwie miłości. Pies Lucky i mój ogród:

kolaz1

Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum), inaczej czosnek cygański lub cebula czarownic, to roślina, której właściwościodkryli już starożytni Germanie. Traktowali oni czosnek niedźwiedzi jako uniwersalny lek. Starogermańska legenda głosi, że był on pierwszym posiłkiem niedźwiedzi po przebudzeniu się ze snu zimowego (stąd nazwa rośliny). Doszli więc do wniosku, że skoro czosnek wzmacnia niedźwiedzia, to jest w stanie wzmocnić również człowieka. Należy jednak zaznaczyć, że czosnek niedźwiedzi w niczym nie przypomina tradycyjnego czosnku. Nie ma on formy ząbków, lecz liści, które zawierają najwięcej prozdrowotnych właściwości i są jego najczęściej jadaną częścią. Czosnek niedźwiedzi dzięki swoim walorom znalazł szerokie zastosowanie w kuchni. Nadaje się na przetwory (mrożony, kiszony), pesto, jako dodatek do sosów, pieczywa, twarogów… i nie tylko. Zupa z czosnku niedźwiedziego. 

Składniki:
– ok. 600 g liści czosnku  niedźwiedziego z łodyżkami
– 2,5 – 3 litry bulionu (warzywny lub drobiowy)Zupa z czosnku niedźwiedziego
– różowa sól himalajska
– pieprz czarny grubo mielony
– świeżo starta gałka muszkatołowa (do smaku)
– 1 ząbek czosnku
– śmietanka kokosowa (z 1 puszki mleka
  kokosowego)
– olej kokosowy
Opcjonalnie:
– ziemniaki ugotowane (tzw. „z wody”)
– ugotowany ryż jaśminowy
– jajka ugotowane na twardo
 
 
W zależności od tego, czy chcemy zupę w wersji mięsnej, czy wegetariańskiej gotujemy bulion drobiowy lub warzywny. Ja ugotowałam lekki, mięsny na skrzydełkach drobiowych z dodatkiem warzyw (marchew, pietruszka, seler, por, cebula). Liście czosnku niedźwiedziego dokładnie myjemy i osuszamy. Kroimy razem z łodyżkami. W garnku rozgrzewamy 2 – 3 łyżki oleju kokosowego, wrzucamy pokrojony czosnek, oprószamy solą himalajską i podsmażamy (właściwie dusimy) chwilę, aż zmięknie. Połowę przekładamy (jeżeli lubicie zupy krem – dodajcie całość) do garnka z wrzącym bulionem (czystym, bez warzyw) i  miksujemy blenderem (popularną „żyrafą”). Dodajemy śmietankę kokosową (zebraną z 1 puszki mleka kokosowego), ponownie miksujemy. Stawiamy „na gaz”, dodajemy przeciśnięty przez praskę 1 ząbek czosnku, pokrojoną w kostkę marchew z bulionu oraz pozostały czosnek niedźwiedzi (nie miksowany). Doprawiamy solą, czarnym pieprzem oraz świeżo startą gałką muszkatołową – zagotowujemy. Podajemy z jajkiem na twardo i, do wyboru, z ryżem, ziemniakami z wody lub – z czym kto lubi. Do dekoracji użyłam kwiaty czosnku niedźwiedziego, koperek, chilli nitki i igiełki pomidorowe.
 
kolaz2
 
Zupa z czosnku niedźwiedziego jest daniem błyskawicznym i bardzo prostym w wykonaniu. Można ją przygotować w wersji mięsnej (na bulionie drobiowo warzywnym) lub wegetariańskiej (na bulionie warzywnym).  Właśnie dzięki krótkiej obróbce czosnku niedźwiedziego zachowujemy jego walory zdrowotne i smakowe. Nie po raz pierwszy przygotowuję potrawy z tej wysoko cenionej w ostatnich latach rośliny, ale jedno muszę przyznać – w tym roku (nie wiem dlaczego) czosnek niedźwiedzi jest wyjątkowo aromatyczny. Gorąco polecam i… na zdrowie.
 
final
 
 
Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

Dzisiaj witamy w naszych skromnych, kuchennych progach Grzegorza Zabiegłego, który krok po kroku wyjaśni Wam jak w domowych warunkach wykonać wędlinę dojrzewającą. Do dzieła Grzesiu :)

Grzegorz Zabiegły, oddany mąż Ani i ojciec dwójki cudownych dzieciaków. Zawodowo zajmuje się produkcją nietuzinkowych saun. Z zamiłowaniem oddaje się ogrodnictwu i produkcji wędlin. Aktywnie uczestniczy w tworzeniu forum Wędzenie domowe  i moderuje prężnie rozwijającą się grupę Wędzenie z pasją, której członkowie dzielą się swoimi sekretami dotyczącymi domowego wyrobu pachnących dymem wędlin. Mniam :)

kolaż grzesiek

Polędwica dojrzewająca

Składniki:

– polędwica wieprzowa

– peklosól 25 g / 1 kg

– cukier – 2g / 1 kg

– kolendra cała

– czosnek świeży

– bazylia suszona

– kultury bakterii

kolaż1

Przygotowanie:

Z polędwicy odkrawamy mizdrę i warkocz. Wycinamy błony. Mieszamy peklosól z cukrem i dokładnie nacieramy mięso. Nakłuwamy patyczkiem do szaszłyków i wkładamy do szklanego naczynia. Przez 7 dni trzymamy w lodówce. Codziennie odwracamy mięso i masujemy. Nie odlewamy soków (mięso je w procesie peklowania wchłonie). Po 7 dniach nacieramy mięso przyprawami. Dajemy je według uznania, w zależności co lubimy. Ja użyłem przypraw podanych wyżej. Dodatkowo posmarowałem mięso kulturami bakterii. Tak przygotowane mięso wkładamy w pończochę lub specjalną siatkę. Wieszamy w pończosze w temperaturze pokojowej na 2-3 dni. Po tym czasie przenosimy mięso do miejsca, w którym mamy temperaturę 10-12 stopni i dużą wilgotność. Możemy je powiesić w kartonie, a na spód włożyć miskę z wodą. Po 30 dniach polędwica jest gotowa.

final

 

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

Witajcie!

Dzisiaj przedstawiamy Wam Zuzannę Arczyńską. Witamy ją serdecznie i zapraszamy do garów :)

Zuzanna Arczyńska  – prywatnie pozytywnie zakręcona kura domowa z aspiracjami, by zostać pisarką. Autorka powieści „Jak spadek” wydanej w marcu 2015. Laureatka trzeciej nagrody V edycji konkursu Literacki Debiut Roku Novae Res za powieść „Foka”. Autorka bloga „W sieci słów”.   

kolaz info

Nie jestem fachowcem od gotowania, ale podobno często udaje mi się zrobić coś z niczego. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tego akurat nauczyłam się od najlepszych (których pozdrawiam). Dawno temu, jeszcze nim pojawiły się moje dzieci przydarzyła się w moim życiu siedmioletnia przygoda z wegetarianizmem. Taki epizodzik :) Zostało mi po niej kilka wspomnień i parę wyjątkowo ciekawych przepisów. Są cenne, bo łączą w sobie trzy cechy:

  1. Są tanie
  2. Są zdrowe (no, może ten bez przesady, bo smażony)
  3. Są wyjątkowo łatwe w przygotowaniu.

Pomyślcie, ile kosztuje kilogram mielonego? A ile będzie kosztowała półkilowa torebka płatków owsianych?  Tak na marginesie ilość kotletów z jednego i drugiego produktu jest porównywalna :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do przygotowania kotletów z płatków owsianych potrzebujemy niewielu produktów i żadnych specjalnych umiejętności, a przepis jest bardzo łatwy do zapamiętania.

Potrzebujecie taką samą ilość wody, mleka i płatków. Ja zwykle robię je z trzech szklanek.

3 szklanki wody i 3 szklanki mleka wymieszajcie i zagotujcie z dużą szczyptą soli. Do gotującego się płynu wsypcie 3 szklanki płatków i gotujcie przez 2 minuty. Potem wylejcie zawartość na durszlak, (ja robię to nad garnkiem, bo to nie prawda, że koty nie piją mleka, mój pije nawet takie z wodą i solą :)).

W czasie, gdy wasz zamiennik mięsa będzie sobie stygnął, zajmijcie się zmontowaniem ulubionej surówki, bo co to za obiad – same kotlety :) Warto też pokroić wtedy cebulkę do kotletów, no, chyba, że mielicie ją, by ukryć przed dziećmi. Pamiętajcie, to nie jest przepis dla tych, co się spieszą. Płatki muszą ostygnąć, a wbicie jajek do gorącej masy to zły pomysł, białko błyskawicznie by się ścięło i nie związałoby ciasta jak trzeba.

kolaz1

Kiedy wasze płatki przestygną potraktujcie je tak, jakby to było mielone. Wbijcie jajka, maksymalnie dwa, jeśli są małe. Przyprawcie sobie ten farsz dokładnie tak, jak lubicie. Może być odrobina Vegety, czosnek czy maggi, a jeśli słabo sobie radzicie z przyprawami kupcie gotowy zestaw typu: „Mielone. Pomysł na”. Kiedy wymieszacie z ciastem swoje ulubione smaki pozostaje już tylko uformować kotlety, obtoczyć je w bułce tartej (już nie dodawajcie jej do ciasta) i usmażyć na piękny kolor, chciałoby się napisać złoty, ale znacznie lepiej smakują mocniej wypieczone. Doskonale smakują z sosem pieczarkowym :)

Teraz jeszcze podpowiedź na wypadek niezapowiedzianych gości. Kotletów mielonych z mięsa będzie więcej, kiedy zamiast bułki tartej moczonej w mleku dodamy do mięsa właśnie płatków owsianych zaparzonych w wodzie z mlekiem. Nie sądzę, by ktokolwiek zauważył różnicę.

A kiedy już szybki obiadek będziecie mieć gotowy, podarujcie sobie odrobinę wytchnienia. Wszystkim, którzy jeszcze nie znają polecam porterówkę. Nie lubicie portera? Ja też nie! W tej wersji jest nieziemski. To jedyne ciemne piwo, które przyswajam.

Potrzebujecie zagrzać butelkę piwa porter i do ciepłego wsypać pół szklanki cukru i cukier waniliowy. Kiedy się rozpuści, nie ma co grzać go dalej. Wyłączcie, wlejcie szklankę spirytusu i rozlejcie płyn do butelek. Po ostudzeniu nadaje się do picia w wielu wersjach. Dla tych co lubią szoty – bez popijania, dla tych co cedzą z lodem jak drinka i dla delikatnych podniebień pół na pół z mlekiem. Każdy znajdzie swoją wersję. Pysznego!

kolaz final

A na deser po kotletach szef kuchni proponuje fragment powieści Zuzanny :)

***

            Zaspali! wszyscy zaspali! Co prawda, Kalinowska jeszcze nie przyjechała do pracy, ale Kuba i Anka nie byli ubrani ani spakowani, a czas leciał. Michał obudził Bastka telefonem pytając, czy nie zawiózłby ich do szkół, bo na pieszo spóźnią się na bank. Szybko pocałował żonę z zagłębienie obok obojczyka, wiedząc już, że to lubi i naciągnął na siebie dresy. Gdy wyszedł z domu dzieci już stały z plecakami. Kuba narzekał, że jest głodny, nie wypił herbaty i był rozczochrany. Nie znalazł też czapki. Ania bez szalika z gołą szyją i ropą w oczach też nie prezentowała się świetnie. Michał usiadł z przodu, dzieci z tyłu. Podał chłopakowi portfel i kazał wyjąć kartę. Podjechał pod bankomat na WBK i podając pin kazał mu wypłacić trzydzieści złotych. Młody po chwili był z powrotem. Dał im po dyszce na śniadanie. Wiedział, że nie kupią herbaty, przynajmniej nie maluchy. W szkole Michała chyba był bufet, bo chłopak wołał od Magdy o kasę na kawę, ale czuł, że to jego wina, że zaspali. Gdy Michu spytał dlaczego wybrał ten bankomat odpowiedział, że tylko ten w całym mieście wypłaca banknoty o nominale dziesięciu złotych.

Gdy odwiózł dzieci i wracał kupił ciepłe bułeczki, a gdy dotarł do domu, jego sekretarka i jego żona rozmawiały w kuchni pijąc kawę. Ogłosił, że jest zajęty robieniem śniadania i pozwolił Kalinowskiej szkolić Magdę, która co rusz robiła wielkie oczy, ale w lot łapała, o co chodzi. W końcu wziął prysznic, przebrał się w ciuchy do pracy i zaprosił panie na bułeczki. Przerwa pozwoliła mu pogadać z żoną i zapytać, czy praca jej się podoba i pokazać sekretarce, że dogadał się z żoną. Panie ćwierkały sobie jak koleżanki, a on po raz pierwszy od czasu powrotu czuł, że może skupić się na pracy. I choć robiło mu się cieplej na myśl o pięknej żonie, nie był cały czas spięty. Pracował efektywnie i był zadowolony. Po trzynastej pojechał po dzieci, bo pamiętał, że są byle jak ubrane, a potem, gdy one odrabiały lekcje podsłuchiwał, czego uczy się Magda. W pół do trzeciej wygoniła dzieci do domu każąc im zagrzać obiad, a sama dokończyła poprzednie zajęcie. Nie było łatwo, ale miała jeszcze dwa dni i bardzo dobra nauczycielkę.

Po obiedzie pojechali poszukać sobie mebli do sypialni. Wiedzieli już, czego chcą a czego nie. Zakup czegokolwiek na miejscu okazał się nie do wykonania w tak krótkim czasie. Każdy kolejny sklep miał coraz to dalsze terminy dowozu mebli. Chcieli zamówienia i zaliczki, a potem co najmniej siedmiu, lub dziesięciu dni na dostawę. Wrócili do domu, kupili meble w Internecie i choć wiedzieli, że będzie trzeba je skręcić samodzielnie, firma gwarantowała, że dowiozą je w sobotę przed dwunastą. Potem wybierali kolor ścian. Bastek chciał jasny popiel, ale Magda miała skojarzenie z poczekalnią u dentysty, więc odpuścił. W końcu oboje przystali na jasnomiętową zieleń. Zdecydowali, że będzie dobrze pasował do mebli. Kupili sobie pościel, kilka zmian poszew i parę prześcieradeł. Zamówili też gotowe zasłony i miękką ciemnokremową wykładzinę. Wszystko w Internecie. Magda żartowała, że bawią się w dom, ale to naprawdę była dla nich dobra wspólna zabawa.

Im bliżej było do piątku, tym bardziej denerwowała się wyjazdem do szkoły. Co wieczór chętnie wracała do łóżka swego męża i z pasją oddawała się tajnikom miłości, a o szanował to, jak daleko chce się posunąć. Sebastian delektował się bliskością żony a co rano, już bez pośpiechu, odwoził dzieci do szkoły. Michał niecierpliwie czekał na weekend, bo ruszał jego kurs, a Magda coraz bardziej nie chciała rozstawać się z mężem.

Czwartek minął jak z bicza strzelił. Kazek z braćmi przyszli wieczorem wynieść stare meble z sypialni, usunęli też wykładzinę i podszykowali sobie pomieszczenie do remontu. Anka od razu weszła ostro w negocjacje, obiecała chłopakom pizzę, jeśli dodatkowo pomogą Michałowi i Bastkowi poskręcać zamówione meble. Bracia Kazka próbowali żartować z talentów kulinarnych dziesięciolatki, ale on wyprowadził ich z błędu mówiąc, że tak dobrej pizzy jeszcze nie jedli i zgłaszając się na ochotnika do pomocy.

W piątek wszystko ruszyło od rana pełna parą. Bastek próbował się na coś przydać, ale musiał odwieść malców do szkoły. Gdy poprosił o pomoc Magdę, stanowczo odmówiła. Co z tego, że na jego prośbę pięć lat temu zrobiła kurs na prawo jazdy, skoro ani razu od czasu egzaminu nie miała okazji prowadzić samochodu? Nie była nawet niedzielnym kierowcą. Musiał jechać sam. Praca go nie ciekawiła, bo przeżywał postępy w remoncie. Za to wymknął się do kwiaciarni i pięknym bukietem podziękował sekretarce za wspólne lata ciężkiej pracy. Kalinowska była wzruszona. W jej aucie w bagażniku leżała torba Magdy, która wcale nie miała ochoty na samotny weekend w Gorzowie, ale na remont też nie miała chęci. Musiała jechać do szkoły. Dziś obiad odgrzała w kuchni Sebastiana, a potem pożegnała swojego męża pocałunkiem i pojechały z sekretarką do Gorzowa.

 

Wieczorem z kursu na prawo jazdy wrócił Michał. Przyszedł do szwagra z czteropakiem piwa. Usiadł i milczał. Obaj otworzyli swoje puszki. Pili. Bastek włączył radio, w Trójce leciała lista.

– Jak było?

– Jak to na szkoleniu, dziś znaki, pranie mózgu, nic nowego.

– Ale wszystko ok? Bo jakiś nieswój jesteś.

– W porządku, fajną dupcię poznałem, wiesz i rwę ją na najlepsze teksty i dupa blada, jakby mnie nie było. Leje na mnie i tyle. Cholera jasna!

– To ci się jeszcze nie zdarzyło, co? – Sebastian uśmiechał się serdecznie. – Trafiła kosa na kamień?

– Fakt.

– Co jest w niej szczególnego?

– Bo ja wiem? Oczy ma wielkie i takie szare, że prawie przezroczyste i jak popatrzy, to jakbyś się miał utopić. Taka… trochę chłopczyca, bo wystrzyżona. I drobniutka jest, wiesz kurczątko, jak nastolatki, ale wszystko ma na miejscu. Dla takiej rzuciłbym palenie…

– Palisz?

– No, co ty! Rzuciłbym, gdybym palił – Sebastian  znów roześmiał się głośno.

– A jak się nazywa?

– Cholera wie, Kicia ją wołają.

– A, Kicia! To mów, że o nią chodzi.

– Znasz ją? – Michał nagle bardzo się ożywił. – Skąd ją znasz?

– No nie znam, ale jak prosiłem Berta o najlepszego instruktora dla ciebie, powiedział, że na miejscu będziesz jeździł z Kicią, jego siostrzenicą, a w Gorzowie, to się zobaczy. Ponoć Kicia wymiata na motorze. Młody, ona na pewno ma ze dwadzieścia jeden lat, inaczej nie mogłaby być instruktorem, wiesz? – Michał pokiwał głową. – Trochę jest za stara dla ciebie. Chyba ma Kinga na imię.

– Kinga? Może być. Myślałem, że też się uczy. Ona nauczy mnie jeździć? Fajnie, może ja też ją czegoś nauczę – podniósł dwuznacznie brwi.

– A to już zależy od tego, czy ona się zadaje ze szczeniakami.

– Jeszcze się taka nie znalazła, co by nie chciała spróbować – Młody był bardzo pewny siebie. – Spokojna twoja rozczochrana. Brzęczy coś, to twój?

– Magdzia dzwoni. Odbiorę.

– Już się stęskniła? Starasz się, co?

– Zamknij się, co? Magdzia, nowinę mam… nie, nie remont… ale wszystko dobrze… hej, zaufaj mi…no padniesz!… Michał… Nie, nie wywalili go, ale wygląda i gada jakby się zakochał. Oj, serio… Nikt nie jest uodporniony, nawet on… Wkurzył się i poszedł, nawet piwa nie zabrał. A skąd! Panna go spławiła. No… starsza jest… banał, ze trzy lata. Nie w moim typie. Ty jesteś w moim typie, tak, tylko ty i kocham cię, wiesz? … Kawa? Magda, nie za późno na kawę? Poszukaj, gdzieś musi być. Może w kredensie? … No, nie mam typowego kredensu przecież wiem, tak się tylko mówi… w tej szafce bliżej czajnika, nie ma? A w szufladzie? Tylko herbata? Wiem. A sprawdź w tej puszce, która jest za pojemnikiem z cukrem. Masz? No to bingo. Wszystko dobrze… Ania biznes kręci. No, obiecała Kazkowi pizzę, jeśli pomoże skręcić meble. Nie wiem, co ona z tego ma, ale podziw na pewno i chyba chce rolki… jak to skąd wiem? Słyszę o czym dzieci rozmawiają. Jutro pogadamy, co? Zadzwonię. Ja też, yhm, i też tęsknię, moja cynamonowa księżniczko, tak pa.

Sięgnął po kolejną puszkę piwa i lekko pogłośnił radio. Tęsknił, ale był szczęśliwy. W sobotę postanowił odpocząć naprawdę. Nie wyszło. Za to w końcu był wyspany.

 

Kuba wpadł do Bastka jak wicher już na dole wrzeszcząc.

– Tato! Tato, meble są! Wstawaj, trzeba pomóc wypakować, bo ekipa Kazka zaciera szpachlowanie i nie mogą się ruszyć. Tak się kurzy, że wszyscy są biali i mówią, że jak wyjdą z pokoju, to przez tydzień będziemy mieć białe podłogi w całym domu i Magda nas zabije.

– Już idę synku, tylko dresy włożę. Wniesiemy wszystko do garażu i jutro skręcimy albo jeszcze dziś wieczorem.

– Do garażu? – chłopak zatrzymał się w drzwiach.

– Czemu cię to dziwi, przecież już zawaliliśmy hol starymi meblami, jak wniesiemy te nowe, to nie będzie jak się ruszyć – Kuba milczał, miał dziwny wyraz twarzy. – No, co jest Jakub?

– Tato, my nie korzystamy z garażu – nabrał powierza – ani ze strychu.

– Bo?

– No, ja nie wiem, chyba Magda tak chciała, zawsze tak było. Tam są jakieś pamiątki i takie tam.

– Rozumiem. Poradzimy sobie. Czy ty masz coś do garażu? Bo ja tam chciałem auto parkować?

– Nie chodzi o mnie, tylko o Magdę, chodź już – Bastek położył dłoń na ramieniu chłopaka i zatrzymał go, chciał koniecznie uspokoić jego emocje, załagodzić wewnętrzny konflikt.

– Dobra. Zrobimy tak. Ty i ja wniesiemy te meble do garażu. Potem je złożymy, a na koniec zajmiemy się strychem. Na moją odpowiedzialność. Ja to będę z Magdą wyjaśniał. – Trzasnął drzwiami i podszedł do ciężarówki, przywitał się z kurierem, który otworzył tył auta i poprosił Kubę, żeby od środka odblokował drzwi od garażu.

Z domu wyszedł Michał, zaciągnął zamek ocieplacza, spojrzał na otwierające się drzwi od garażu i zmarszczył brwi. Wziął za ramię Bastka na bok, przez chwilę mu się przyglądał. W końcu spytał:

– Wiesz, że wypuszczasz demony?

– Tak, to znaczy domyślam się. Kuba mi powiedział, że to tabu.

– Walcz jak chcesz, ale to obosieczna broń. Czasem przeszłość strasznie boli. Będziesz żałował, że zacząłeś od końca.

– Jeśli jutro będziesz miał pierwszą jazdę, porozmawiasz ze mną o tym?

– Nie, wybacz stary. Tym razem mógłbym stracić siostrę, a za bardzo ją kocham. Za dużo ryzykujesz. Ja nie gram va banque, jeśli nie jestem pewien. Ale dzięki za propozycje. Czy ty czasem nie za dużo możesz?

– Wiesz jak jest. Powiedziałem „A”, muszę brnąć dalej.

– Jak chcesz. Wnosimy?

– Wnosimy.

Garaż był pomieszczeniem pełnym wieloletniego kurzu i gratów. Kartony z rzeczami stały poukładane jeden na drugim w kącie. Były opisane pismem charakterystycznym dla mamy Sebastiana: garnitury, garsonki, sukienki, buty, koszule. Wszystko stało tu nietknięte przez te upływające lata. Udał, że nie widzi niepewnego wzroku Kuby i ustawiali kartony z meblami jeden, obok drugiego. Pracowali w ciszy. Kierowca pomagał, najwięcej uwagi poświęcili doskonale zapakowanym lustrzanym drzwiom szafy, marzeniu Magdy by mieć wielkie lustro a jednocześnie jakieś urzeczywistnienie fantazji o tym, by widzieć siebie, gdy się kochają. Niosąc je mężczyzna uśmiechał się do swoich myśli. Nie obawiał się konfrontacji z żoną. Ufał, że ich związek jest na tyle stabilny, że poradzą sobie ze wszystkim.

Nalewka Katarzyny Wojtyńskiej-Stahl

Nalewka Katarzyny Wojtyńskiej-Stahl

Witajcie czytelnicy!

Dzisiaj w naszych progach gości Katarzyna, właścicielka przepięknego ogrodu. Aktualnie przysypanego warstwą śniegu :)
A jak zima, to warto zadbać o profilaktykę w sprawach przeziębienia. Kasia ma dla Was doskonałą nalewkę. Oddajemy jej głos :)

Dzień dobry,

Dzisiaj stworzyłam coś, co dla mnie jest najzdrowsze na świecie i zbawienne w okresie jesienno-zimowym. To nalewka czosnkowa, zwana inaczej tybetańską. Tę nalewkę robiła moja babcia, moja  mama, a teraz robię ja. Mikstura ta oczyszcza naczynia krwionośne i zapobiega zawałowi serca oraz tworzeniu się nowotworów. Poza tym;

  • obniża ciśnienie krwi,
  • zabija pasożyty jelitowe, głównie owsiki i tasiemca,
  • wzmacnia organizm,
  • działa bakteriobójczo

Przyznacie, że niezwykle dużo jest dobrodziejstw, którymi raczy nas ta nalewka.

„Właściwie to nie chodzi o to, aby żyć ponad 100 lat, ale o to, by życie było niezwykle komfortowe – bez chorób i dolegliwości!”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do przygotowania nalewki czosnkowej wystarczy mieć tylko dwa produkty:

  1. Pięć dużych główek czosnku (koniecznie polskiego)
  2. Pół butelki 95% spirytusu  (250 ml)

Podczas przyrządzania, należy koniecznie pić zieloną herbatę z miodem i rumem (z przewagą rumu oczywiście)

Obrany czosnek rozdrabniam na drobniejsze cząstki, przekładam do słoika, zalewam spirytusem i szczelnie zamykam.
Prawdziwa, zdrowa szkoła nakazuje raczej miażdżyć czosnek przed dodaniem go do potraw. W tym jednak przypadku, można go pokroić nożem – spirytus i tak wydobędzie z niego bakteriobójczą allicynę
Słoik z tym skarbem, z wielkim namaszczeniem odstawiam w ciemne miejsce – na ok. dwa tygodnie. Na początku ELIKSIR jest trochę mętny, ale to mija w miarę, jak nabiera swojej mocy.

Po dwóch tygodniach odcedzam przez sitko i przelewam do butelki. Czekam jeszcze kilka dni i nalewka czosnkowa jest już gotowa do spożywania. Piję ją codziennie po pół malutkiej łyżeczki.

Czosnek, który pozostał po odcedzeniu, mieszam z miodem i „wcinam” codziennie – po ząbeczku … Może to nie jest pyszne, ale z pewnością jest zdrowe.

Jeżeli naprawdę codziennie zażywacie parę kropel nalewki czosnkowej, to włączcie do swojej diety jakiś kwaśny, mleczny produkt np.: kefir czy jogurt. Ja uwielbiam maślankę.
Aby zlikwidować zapach czosnku można po zażyciu nalewki zjeść trochę natki pietruszki, jabłko lub skórkę cytryny albo pomarańczy.

Serdeczności od Katarzyny

Ps. Zapraszam na mojego bloga oraz profil na FB.

 

Smażone bataty Soni Ciastoń

Smażone bataty Soni Ciastoń

Witajcie czytelnicy!

Dzisiaj do naszej Kuchni wpadła w odwiedziny Sonia Ciastoń. Serdecznie ją witamy i dziękujemy za przybycie.

Cześć :)

Nazywam się Sonia Ciastoń, jestem trenerem personalnym oraz instruktorem fitness.  W pracy trenera najbardziej cieszy mnie kontakt z ludźmi oraz wspólna droga do osiągnięcia celu podopiecznego. Jednym z aspektów współpracy i zarazem kluczem do sukcesu jest dieta, która powinna być smaczna, zdrowa i zróżnicowana.

„Co powinnam zjeść przed lub po treningu?”

To jedno z najczęściej pojawiających się pytań. Poniżej przedstawiam propozycję posiłku okołotreningowego, którego przygotowanie zajmie tylko 20 minut :)

Po więcej inspiracji kulinarnych i sportowych zapraszam na mój profil na FB @Sonia Ciastoń Trener Personalny

fot. www.piotrszalanski.pl
fot. www.piotrszalanski.pl

produkty

Składniki:

500 g wątróbki drobiowej

1 średni bakłażan

400g batatów

pęczek pietruszki

pieprz ziołowy

sól himalajska

łyżka oleju kokosowego

kolaz1

 

Najpierw na oleju kokosowym podsmażamy wątróbkę. Potem zmniejszamy ogień i dokładamy pokrojone w kostkę bataty, a następnie bakłażana. Wszystko dusimy pod przykrywką i doprawiamy pieprzem ziołowym do smaku. Na końcu przekładamy wszystko na talerz, doprawiamy szczyptą soli himalajskiej oraz dokładamy pietruszkę.

Smacznego!

final

Słodkie śniadanie Lanberry

Słodkie śniadanie Lanberry

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj w Kuchni Gości wystąpi utalentowana artystka, Lanberry, o której parę słów opowie Wam dziennikarz muzyczny Arkadiusz Kałucki :)

Lanberry, czyli Małgorzata Uściłowska należy do grona tych młodych wokalistek, przed którymi dopiero otwierają się drzwi do rodzimego, muzycznego show-biznesu. Jej pierwszym poważnym krokiem do tego, by móc niebawem stąpać po czerwonym dywanie stał się udział w programie X-Factor. Następnie na rynku pojawiło się nagranie „Podpalimy świat” (2015 r.). Kompozycja została przyjęta przez media z dużym zainteresowaniem. Tu dla młodej wokalistki poprzeczka jeszcze bardziej się podniosła.

Na kolejny zwiastun jej debiutanckiej płyty przyszło nam czekać niemal do końca zimy bieżącego roku, kiedy to do stacji radiowych trafił utwór „Każdy Moment”. Również i tutaj Lanberry otrzymała od słuchaczy pozytywny feedback, co m.in. przyczyniło się do jej udziału w prestiżowym festiwalu Enea Spring Break 2016.

Wiosną 2016 nareszcie ukazała się wyczekiwana, debiutancka płyta pt.: „Lanberry” utrzymana w aktualnie modnych brzmieniach elektronicznych z elementami znanymi z okresu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Trzecim singlowym nagraniem, pilotującym krążek jest utwór „Bunt”.

Przy okazji pragnę dodać, że wydany w minione wakacje utwór „Piątek” nie ma nic wspólnego z debiutanckim krążkiem :)

Tym samym Lanberry dołączyła właśnie do licznego peletonu młodych artystów, mogących pochwalić się debiutancką płytą.

Trzymajmy kciuki, bo konkurencja nie śpi, a czas biegnie jak szalony :)

P.S. Kilka dni temu dotarła do nas wiadomość, że Lanberry zdobyła „złotą płytę” za singiel „Podpalimy świat”. Można? Można :)

Arkadiusz Kałucki (dziennikarz muzyczny POP Radio 92,8 FM)

Słodkie śniadanie Lanberry

Uwielbiam słodkie śniadania, ale staram się, aby były również zdrowe, dlatego bardzo często przyrządzam owsiany omlet z owocami, a do tego, oczywiście, piję moją ukochaną kawę latte, bez której nie wyobrażam sobie początku dnia.

Składniki na omlet:

1 jajko

¾ szklanki płatków owsianych zmieszanych z otrębami żytnimi

łyżka mąki

łyżka miodu

ulubione orzechy

odrobina mleka, np. owsianego

łyżka oleju kokosowego (extra virgin) – do smażenia

Dodatki:

świeże owoce lub jogurt grecki z jagodami

kolaz-1

Płatki owsiane zalewam wodą, najlepiej wrzątkiem i odstawiam na parę minut, aby zmiękły i przestygły. Gdy płatki napęcznieją, odlewam wodę, która pozostała i mieszam je dokładnie z pozostałymi składnikami: otrębami, orzechami, miodem, mąką, mlekiem owsianym i delikatnie ubitym jajkiem. Mleka dodaję tylko odrobinę, aby masa nie była zbyt wodnista.

Następnie rozgrzewam patelnię z olejem kokosowym, który niesamowicie pachnie i nadaje aromat całej potrawie. Wylewam masę i smażę na małym ogniu dokładnie obie strony – i gotowe.

Do tego dodaję ulubione owoce. W moim przypadku – to wszelkiego rodzaju jagody, maliny, jeżyny i inne „berry” :)

Jeszcze jogurt i świeżo zaparzona kawa – i jestem w siódmym niebie.

Smacznego!

Kokosowe curry Agnieszki Lis

Kokosowe curry Agnieszki Lis

Witajcie kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości ugotuje dla Was swoje popisowe danie Agnieszka Lis. Dziękujemy jej za przyjęcie zaproszenia i już nie możemy się doczekać dzisiejszej uczty :)

Uwielbiam gotować. I wcale nie stało się to samo. O nie.

Jako młoda dziewczyna (to było strasznie dawno temu) nie miałam czasu na takie du**rele, jak gotowanie. Kończyłam szkołę muzyczną, potem Akademię Muzyczną, ćwiczyłam ciągle i bez opamiętania. A jedzenie? Zawsze było, czym się miałam przejmować.

I chociaż na studia wyjechałam z domu i już nic nie robiło się samo, to jednak radziłam sobie na różne sposoby, wciąż nie czując w tematy kulinarne żadnego zaangażowania.

W końcu wyszłam za mąż. Zdarza się i nie była to w moim przypadku najgorsza decyzja.

Z tym, że kiedy minęły motyle w brzuchu i inne nieziemskie przyjemności związane z posiadaniem na uwięzi ślubnego… okazało się, że jednak moja zupa nie zawsze jest idealna (chociaż, szczęśliwie, nigdy nie była za słona), mięso bywa twardawe (podeszwa to dobre skojarzenie), a zakalec w cieście jest standardem. No dobra, przyznaję się, ostatnio też mi się zdarzył. Pokazowy. Ciasto było zakalcem w całości i nie zawierało w sobie żadnych innych, miękkich części. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że zdarzyło mi się to pierwszy raz od kilkunastu lat i już spuszczę zasłonę milczenia na to żenujące wydarzenie.

Wracając do wątku głównego – mój mąż, kiedy już usadowił się w pozycji męża, zaczął wysyłać coraz wyraźniejsze sygnały, że właściwie… hm… to można by… może inaczej jakoś? Ewentualnie do mamusi na obiadek może?

Wkurzyłam się w końcu.

I nauczyłam się gotować.

Proces był bolesny, za to przyniósł nieoczekiwane skutki. Nie wiem, tak naprawdę, czy umiem gotować. Na pewno natomiast – ku swojemu zdumieniu – polubiłam to zajęcie. Po prostu uwielbiam to robić.

I chociaż sama mięso jadam rzadko, to jednak pozostała część rodziny jest mięsożerna, więc i mięsiwo przygotowuję. Nierzadko nawet.

A że idzie jesień, a za nią zima (tfu!, wybaczcie to słowo. Zima jak dla mnie może istnieć, pod warunkiem, że będzie nieustanne 25 stopni na plusie. Inaczej jest przekleństwem), więc niech będzie danie mięsne, rozlewające się w żołądku przyjemnym ciepłem. Sycące i naprawdę bardzo smaczne.

Niestety, jak niemal każde dobre jedzenie, wymaga czasu. Jedzenie lubi, jak się koło niego krzątamy, szczególnie mięsne jedzenie… więc nie proponuję nic na szybko i na zaraz. Dziś przedstawię coś, co musi się długo dusić i pyrkać, napełniając kuchnię i przyległości smakowitym aromatem. Można od razu zrobić tej pyszności więcej – spokojnie można przechowywać danie przez kilka dni. Odgrzewane nawet jest lepsze!

Tak na poważnie – zrobienie tej potrawy nie wymaga tak wiele czasu. Obróbka cieplna za to – tak. Mięso musi się dusić długo, półtorej godziny co najmniej. Ale duszenie nie wymaga stania nad garnkiem.

kolaz-1

To jest przepis wynikający z polskiej praktyki. Z doświadczenia. Nie ma aspiracji do bycia kuchnią typowo indyjską – jest przystosowana do naszych warunków, o czym uprzedzam wszystkich ortodoksów.

I dodam od razu, że trochę się mądrzę w tym przepisie, za co z góry przepraszam. Muszę się także trochę usprawiedliwić – nie jest to wiedza wyniesiona z kursów kulinarnych, tylko codzienne doświadczenie. Więc jak coś komuś nie pasuje – to bardzo proszę pokiwać z politowaniem głową i nie komentować 😉

I jeszcze jedno – ta potrawa zawsze wychodzi.

No i z wrażenia zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Agnieszka Lis i jestem pianistką. Nauczycielem muzyki. A chciałabym być pisarką. Wydałam na razie trzy powieści: „Jutro będzie normalnie”, „Samotność we dwoje”, i „Pozytywkę”. Czwarta powieść jest w drodze. W żadnej z nich nie gotuję, nic a nic. Może trzeba będzie to zmienić.

produkty-kolaz

KOKOSOWE CURRY Z WOŁOWINĄ

1 kg łopatki wołowej pokrojonej na mniejsze kawałki – może też być inny rodzaj wołowiny. Na gulasz i potrawy gulaszopodobne nadaje się na przykład ligawa – mięso chude i dosyć twarde, które kompletnie nie sprawdza się w pieczeniu czy smażeniu, za to właśnie długie duszenie znakomicie mu służy. Możemy oczywiście wybrać opcje de lux – wtedy polędwica wołowa będzie jak znalazł, chociaż jak akurat polędwicę przeznaczyłabym do smażenia… ale co kto lubi 😉

2 łyżki tajskiej żółtej pasty curry (w razie nieposiadania pasty może także być curry w proszku, lub też pasta zielona lub czerwona), wedle smaku, upodobania i stanu posiadania

400 ml mleczka kokosowego – koniecznie! To właśnie mleczko powoduje, że gulasz ma taki przyjazny, ciepły aromat. Zgadzam się, te przymiotniki nie są w swoim podstawowym znaczeniu kulinarne, jednak bardzo dobrze opisują to konkretne danie. W kwestii przymiotników na pewno każdy z gotujących będzie miał swoje zdanie, i dobrze.

Przy tej okazji jeszcze jeden komentarz. Oczywiste jest, że czym krótszy skład produktu używanego do gotowania – tym lepiej. Szukałam mleczka kokosowego bez dodatków… długo. Ostatecznie znalazłam takie, które w składzie ma tylko ekstrakt z kokosa i wodę. Wydaje mi się najlepsze… ale gdyby ktoś znalazł lepsze, to proszę o donos. Donosik. Gdzie można kupić 😉

kolaz1

500 ml bulionu wołowego – może być z kostki. Ja często dodaję sos, który zostaje mi po pieczeniu (innego) mięsa.

4 łyżki świeżo posiekanego imbiru (ewentualnie pasty imbirowej)

3 ząbki czosnku pokrojonego w plasterki (lub przeciśniętego przez praskę)

2 średniej wielkości, pokrojone cebule (w grubą kostkę)

2 łyżki sosu ostrygowego lub innego rybnego (opcjonalnie)

2 łyżki cukru palmowego (lub po prostu zwykłego, a co tam. Lub jakiegokolwiek innego słodkiego zamiennika. Tylko pamiętać trzeba o proporcjach. Kiedy pierwszy raz użyłam w kuchni stewii nie doczytałam, że jest trzy razy bardziej słodka od cukru. Użyłam jej akurat w tym przepisie, pewnie dlatego mi się to przypomniało. Curry wyszło… cukierkowe. Rodzina patrzyła dziwnie)

Sól i pieprz do smaku

2 łyżki uprażonych orzeszków ziemnych

1 papryczka chilli, drobno posiekana – dla chętnych. Ja tej ostatniej przyprawy nigdy nie dodaję, wolę łagodnie rozlewający się smak kokosu z imbirem. Wszystko jednak zależy od preferencji.

Pastę curry i mleczko kokosowe wymieszaj, gotuj na wolnym ogniu w dużym rondlu przez 5 minut. Na patelni rozgrzej 2 łyżki oleju, obsmaż wołowinę (koniecznie! Jeśli ktoś nie wie – krótkie obsmażenie powoduje, że potem sok nie wycieka z mięsa, pozostaje ono miękkie i soczyste) wrzuć mięso do curry i zalej ciepłym bulionem. Dodaj imbir, czosnek, cebule, sos rybny i cukier. Ewentualnie sól i pieprz (z tym ostatnim ostrożnie – curry samo w sobie jest pikantną mieszanką przypraw). Gotuj na wolnym ogniu pod przykryciem ok. 1,5 – 2 godzin. Mięso powinno być miękkie. Podawaj z orzeszkami i papryczką chilli (dla chętnych).

I oczywiście z ryżem. Przy czym zachęcam do ryżu pełnoziarnistego, lub brązowego, czerwonego, czarnego… Gotuje się je dłużej (dobre jedzenie wymaga czasu, pisałam już o tym?), ale biały ryż jest niemal zupełnie pozbawiony wartości odżywczych. I polecam ryż na wagę, ten z torebek różni się tylko tym, że jest w torebce… droższy i niepotrzebnie gotujemy go razem plastikiem, który nawet jeśli jest przystosowany do gotowania w celach spożywczych, to jednak można się bez niego bez bólu obejść. Często też ryż w torebce jest wstępnie obrobiony, tzw. parabolied, czyli wartości odżywcze poszły już w nim… na spacer.

Najprostszy sposób gotowania ryżu – jak makaron. Wrzucacie na wrzątek, gotujecie do miękkości (w zależności od gatunku ryżu, te pełnoziarniste pół godziny lub dłużej) i odlewacie na sicie. Bez zabawy w poduszki i inne ubranka dla garnka z ryżem.

Upsss. Napisałam się… ale teraz Wy się nagotujecie. I z całą pewnością będzie to dobre gotowanie, takie z sercem i dobrymi myślami. Bo gotuje się sercem, wiedzieliście o tym?

final1