Domowe triki

Domowe triki

image_pdfimage_print

Jagna: Jakby się tak  dobrze zastanowić to powiedzenie „potrzeba matką wynalazku” doskonale sprawdza się w naszych domach. A kreatywność pań domu, w zderzeniu z kuchnią i innymi pomieszczeniami, zaskakuje na każdym kroku. To chyba efekt ewolucji. Kobita będąc matką, żoną, kochanką, praczką, sprzątaczką, kucharką i do tego oczywiście pracując na pełen etat poza domem, po prostu musiała w sobie wykształcić pewne cechy, które pozwolą jej sprytnie połączyć te wszystkie etaty i zamknąć stugodzinny dzień pracy w zaledwie jednej dobie. A dom, z konieczności, staje się czasem poligonem doświadczalnym 😀

Wzięło mnie na takie przemyślenia, bo od rana tkwię w kuchni i produkuję trzy różne potrawy jednocześnie, a właśnie pralka odmeldowała, że się pranie skończyło. Chyba nogą będę wieszać.

Jedno jest pewne, gdyby nie drobne patenty i wrodzona babska kreatywność, to żadna kobieta by sobie z tym wszystkim nie poradziła.

Iza: To jak w takim razie wieszasz nogą to pranie? Zaintrygowałaś mnie. Nie powiem :)

Jagna: Tajemnica 😉

Iza: Ale tak na serio to masz rację, że w życiu trzeba sobie radzić, bo inaczej by człowiek z kuchni i z chaty nie wyszedł. Pamiętam jak kiedyś dorosła już siostra mojej koleżanki z liceum siekała surową marchewkę. Kroiła ją najpierw w plasterki, a potem każdy plasterek kroiła na krzyż, a że trochę tych marchewek miała to i ta czynność trwaaaaaała i trwaaaaaaała. Jak przyszłam do nich to ona kroiła. Jak wychodziłam po godzinie, to ona nadal męczyła te biedne marchewki. Nie wytrzymałam i przecięłam jej jedną marchewkę wzdłuż, na cztery i potem ciach, ciach, ciach! Laska była w kompletnym szoku, ale zamiast podziękować to mnie ofuknęła, że u nich w domu właśnie tak się kroi.  Czujesz? 😀

A w temacie krojenia przypomniały mi się jeszcze te nieszczęsne jajka na twardo do sałatki jarzynowej na święta. Moja mama, odkąd pamiętam, rugała mnie po całości, że za grubo siekam. A sama wiesz, jak to z jajkiem. Dwie różne konsystencje, nieregularny kształt i rozlatujące się żółtko. W końcu się wnerwiłam. Chyba na studiach, spieszyło mi się na jakąś randkę, bo wzięłam te jajka, wrzuciłam je hurtem do garnka i potraktowałam tłuczkiem do ubijania ziemniaków. W dwie minuty wszystko było idealnie rozdrobnione. Od tamtej pory już tylko tłuczek :)

Jagna: Najpierw obśmiałam w głos to Twoje dziewczę od marchewek, a potem mi się przypomniało, jak dawno temu, tuż przed Wigilią, gdy kuchennej roboty jest huk, stałam jak osioł i pojedynczo panierowałam małe kapelusze grzybków. Grzyb – jajko – bułka tarta. I tak do usrania 😀 Czas uciekał, inna robota w lesie, a ja nad tymi grzybkami… W końcu nie wyrobiłam z nerwów, walnęłam wszystkie naraz do masy jajecznej a potem do bułki tartej. I stała się jasność 😀 I nawet na głos skomentowałam „Kuźwa, przecież to nie kotlety!”. Nie wiem co mi się wtedy stało. Zaćma jakaś?

Patent z jajkami doskonały! Ja zawsze kroję same białka, a żółtka kruszę w palcach prosto do sałatki. W każdym razie podkupuję Twój sposób :)

A jak przy ciachaniu jesteśmy, to moim sprytnym trikiem jest przytrzymywanie śliskich rzeczy (grzybki z octu, pomidory suszone z oleju itd.) podczas krojenia – widelcem. Łapy się nie tłuszczą i nie ma ryzyka, że się nóż na paluch omsknie. Takie niby nic, a ułatwia życie na maksa 😀

Iza: Ja tam niczym tego nie trzymam, tylko jadę po całości mega ostrym nożem szefa kuchni. Nauczyłam się z programów kulinarnych. Podobnie jak miażdżenia czosnku pięścią.  I tego, żeby owoce, warzywa ze skórką kroić leżące skórą do dołu. Rzeczywiście jest łatwiej. Czasem człowiek sobie życie utrudnia bez sensu, bo tak się po prostu nauczył, (jak ta laska od marchewki) a wieloletnie przyzwyczajenia ciężko jest zmienić. Nie uwierzysz, ale miałam kiedyś koleżankę, która z uporem maniaka zamiatała schody od dołu. Wychowała się za dzieciaka gdzieś w Indiach i twierdziła, że tam tak się zamiata i ona też tak robiła. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła :) No, dało się, ale trwało to trzy razy dłużej niż normalnie, z góry na dół.

Jagna: Na zamiatanie schodów od dołu bym nie wpadła 😀 A przy temacie krojenia zostając jeszcze na moment, to wszystko inne siekam tak jak Ty, ale będę się upierać, że śliskie rzeczy czasem lepiej przytrzymać 😀

Oczywiście zanim nauczyłam się siekać trójkątnym, dużym nożem, spędziłam niezliczone godziny na pracowitym krojeniu wszystkiego małym nożykiem. I ja się pytam – po co?

No ale do wszystkiego człowiek dochodzi z czasem, choć zawsze mi się wydawało, że pewne rzeczy są proste i już. Nieodmiennie doprowadzają mnie do śmiechu urządzenia i patenty do oddzielania żółtek od jajek. Serio to jakaś filozofia jest, żeby oddzielić jedno od drugiego? Albo wybić jajko do miski jedną ręką? :)

Iza: No jasne, że nie ma i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopóki mi kiedyś, przed świętami nie wparowała koleżanka z kopą jaj, żebym jej zrobiła ajerkoniak na święta dla całej rodziny. Nie było wyjścia. Wszystkie jajka poszły do małej miednicy, a żółtka wyłowiłam w kilka chwil łyżką do lodów :)

Zresztą bardzo często niektóre rzeczy znajdują zastosowanie niekoniecznie tam, gdzie powinny i nie do tego, do czego zostały przeznaczone. Wiesz, kiedyś odrestaurowałam stareńkie motocyklowe sakwy kremem nivea i pastą tempo. Odpryski na czarnym samochodzie przez lata załatwiałam czarnym inglotem do paznokci. Ostatnio mam gorzej, bo na babowozie jest taki dziwny odcień, że z właścicielką zaprzyjaźnionej drogerii kiedyś na parkingu przez pół godziny próbowałyśmy dopasować próbniki :) Ale się udało :)

Jagna: Z tymi sakwami to akurat wykorzystałaś stary, sprawdzony sposób na konserwowanie wyrobów skórzanych :)

W pokrętny sposób sakwy skojarzyły mi się z torebkami sałaty. Nie pytaj dlaczego, ale przyjmij do wiadomości, że najlepszym sposobem na wymieszanie zawartości z sosem jest wlanie go do środka i potrząśnięcie parę razy całością. A potem do michy :)

A jak już w temacie torebek jesteśmy, to szlag mnie trafiał zawsze przy czyszczeniu deszczownicy. Rozmontowywać przecież nie będę, a psikanie odkamieniaczem guzik daje, bo wszystko od razu spływa. A wystarczy nalać octu wymieszanego z odkamieniaczem do plastikowej torebki i zawiązać na deszczownicy na kilka godzin (tak, żeby sitko było cały czas zanurzone). Samo się robi 😀

Iza: Niestety nie wspominam zbyt dobrze Twojej podstępnej deszczownicy, ale na potrzeby  felietonu  łaskawie przemilczę kilka dosadnych epitetów.

Jagna: Zatem milcz 😀 Ja i tak kocham mój prysznic. A ty swojego nie?

Iza: Ale ja nie mam deszczownicy! :) Heh! Kiedyś przytrafiła się moim dzieciom inna prysznicowa awaria. Tak szalały w łazience, że jedna z córek z hukiem wpadła do brodzika. Razem z drzwiami od kabiny.  Na szczęście się nie rozbiły i dzieciak ocalał, a i zawiasy nie problem było dokupić. Za to odrąbany kawałek emalii na brodziku, oczywiście centralnie na samym froncie, bo niby gdzieżby indziej (?) sprawił, że wpadłam w panikę.  Żeby nie wykuwać brodzika, wezwałam fachowca od naprawy elementów z uszkodzoną emalią. I wiesz co ten facet zrobił?! Nie uwierzysz! Obejrzał sobie brodzik, wyskoczył na 5 minut do Castoramy, wrócił z buteleczką czegoś białego za 16 złotych, pędzelkiem pociapał po moim odprysku i skasował 70 złotych! Tego było za wiele. Od tamtej pory mam w domu emalie oraz wyżej rzeczone lakiery do paznokci w kolorach każdej glazury jaką w chacie posiadam, zatem jak widać nie tylko nasze samochody mogą podziękować firmom od paznokci :) BTW pamiętasz Marthę Stewart?

Jagna: No pewnie. Kucharka telewizyjna (między innymi). Kiedyś ją skazali na więzienie za jakieś machlojki podatkowe, ale rozumiem, że nie to miałaś na myśli i nie będziemy podpowiadać czytelnikom trików na oszustwa podatkowe? 😉

Iza: Ależ skąd, ja do jej podatków nic nie mam. Gorzej, że  ta podstępna Amerykanka zmałpowała mój sposób na błyszczący inox na okapie :)

Zawsze po gruntownym czyszczeniu robiły mi się mazy, których niczym nie dało się usunąć. Aż pewnego razu,  gdy w szale polerowania owego okapu mój wzrok padł na butelkę z oliwą… I  stała się jasność. Wystarczyło dosłownie kilka kropelek na wilgotną szmatkę i mój inox znów lśnił, jak nie powiem co 😉

Jak coś to byłam pierwsza! A w kontekście wiosennych porządków chętnie przygarniemy również i Wasze porady. W końcu nie ma to jak w tri miga odkamienić octem, żelazko, czajnik i toaletę, a czarne buty potraktować czernidłem do opon, prawda? :)

Jagna: Czernidłem do opon doskonale konserwuje się czarne kalosze 😀

Pozdrawiamy znad szmaty

Iza i Jagna

Comments are closed.