Dzień dziecka

Dzień dziecka

image_pdfimage_print

Witajcie drodzy czytelnicy!

Wszystkim małym i dużym dzieciom życzymy szerokiego uśmiechu i samych radości w życiu. Dzień dziecka jakoś nas sprowokował do wspomnień, czego efektem są poniższe felietony :)

glowa_izy

W sumie to byłam grzecznym dzieckiem. A przynajmniej w świadomości rodziców. Moich i cudzych. Nawet niektórzy stawiali mnie za przykład, a mój kolega tak się kiedyś wkurzył, że kazał swoim rodzicom mnie adoptować, a jego oddać do domu dziecka. Był nawet skłonny to przeżyć, byle tylko go oddali z wieżą hi-fi :)

Uczyłam się dobrze, ale to właśnie ja nauczyłam całą klasę z podstawówki pluć na odległość i gwizdać na palcach. Ech, ależ ja się wtedy oplułam, żeby posiąść tę przydatną umiejętność. Ja nie wiem dlaczego, ale zawsze jak w szkole ktoś coś zmalował, to wszyscy w pierwszej kolejności patrzyli na mnie. Ale to nic.  Przy naszej podstawówce był spory most, a przy moście szła rura ciepłownicza. Oczywiście biegła na zewnętrz, już poza barierkami i wiadomo, że co większy kozak musiał po niej przejść. Hm, przyznałam się mamie jak już miałam po trzydziestce. Nie chcecie wiedzieć jak się zdenerwowała.

Później, w liceum, na amen unieruchomiłam sprzęt audio w pracowni języka angielskiego. Jako że chodziłam do klasy językowej, to nasz nauczyciel nękał nas tym angielskim przez dziesięć godzin tygodniowo, a w poniedziałki robił nam klasówki ze słuchu.  Sprzęt trzeszczał, chrzęścił, nikt niczego nie kumał i nie słyszał, więc w poniedziałki wszyscy równo chwytali pały.

Nasz nauczyciel trzymał taśmy do tego cholerstwa w metalowej szafce zamykanej na klucz, więc pewnego razu wetknęłam w zamek kawałek zapałki i tym oto sposobem załatwiłam gościa na kilka tygodni, a rzesza uczniów po dziś dzień nie wie, komu zawdzięcza wyższą średnią z Anglika. Cóż, niestety nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie, bo w końcu przyszedł pan Zbyszek, czyli nasz woźny i jakoś dobrał się do tej szafki i z powrotem uruchomił w niej zamek. Koszmar powrócił. Poniedziałkowy horror powrócił do klas. Na szczęście, niedługo po tym tragicznym w skutkach zdarzeniu przyjechali do nas Duńczycy na wymianę i szkoła zorganizowała dyskotekę. Zgłosiłam się na ochotnika do pilnowania szatni i jeszcze namówiłam kolegę. Heh, wcale nie dlatego, że nie chciało mi się tańczyć z Wikingami, ale dlatego, że szatnia miała się mieścić w naszej angielskiej pracowni. A tam był ten przeklęty audio sprzęt, a od czasu ponownego otwarcia metalowej szafki, znów w poniedziałki hurtowo posypały się pały.

No tak, do mojego planu był potrzebny ktoś silny, więc skołowaliśmy jeszcze szkolnego osiłka, co rozumem nie grzeszył i przystąpiliśmy do dzieła. Zdjęliśmy tablicę ze ściany, bo tam biegł kabel do głośnika. Przecięliśmy kabel i od razu połatałam go zwędzoną tacie taśmą izolacyjną tak, żeby nic nie stykało. Z wierzchu owinęliśmy go ładnie i koledzy z powrotem powiesili tablicę na swoim miejscu.

Ech! Iluż fachowców nie wzywano na odsiecz. Nawet niektórzy zdejmowali tę tablicę, ale widząc profesjonalnie połatany i zaizolowany kabel, wieszali ją z powrotem. Sprzęt działał, a nie działał. I na tym właśnie polegał geniusz naszego podstępu, bo o ile mi po wielu latach doniesiono, ten głośnik nie działa do dziś. :)

Mam tylko nadzieję, że dyrekcja szkoły nie skojarzy mnie jutro po panieńskim nazwisku. A może jednak, na wszelki wypadek, usunę moje liceum z Facebooka. (?) :)

kolaż 1

 

glowka_Jagny_new

Z dniem dziecka najbardziej kojarzy mi się wyprawa do Zielonej Budki z dziadkiem. Miałam pewnie nie więcej, niż sześć lat, był piękny słoneczny dzień. Taki w sam raz na spacer zalaną słońcem ulicę Rakowiecką prosto do Puławskiej. Dziadek palił „radomskiego”, ja podskakiwałam podniecona wizją lodów w więcej niż dwóch smakach. A tak! W Zielonej Budce były aż cztery smaki, czyli śmietankowe, truskawkowe, pistacjowe i kakaowe, co w tamtych czasach było poczytywane jako rozrzutność granicząca z szaleństwem.

Nas, dzieci PRL-u życie specjalnie nie rozpieszczało, jeśli chodzi o sferę doznań kulinarnych. Czekoladę widywało się głównie na święta i to też nie zawsze a teoretycznie powszechnie dostępne „wyroby czekoladopodobne” były tak pyszne że aż gębę wykręcało. Był głód wszystkiego. W mojej podstawówce hitem były oranżadki w proszku sprzedawane w trójkątnych, papierowych rożkach z wizerunkiem D’Artagnana z popularnej w latach 80’ bajki z pieskami w roli głównej.

Się na taką oranżadkę zrzucało solidarnie z koleżanką i kupowało w pobliskim warzywniaku. A potem szło chodnikiem, ciągnąc worki z kapciami po ziemi i na zmianę maczało brudne, obślinione paluchy w owej oranżadce. Oranżadki zresztą nie zawsze w warzywniaku były, ale i na to kreatywne dzieciaki PRL-u miały rozwiązanie. Chodziło się do apteki po „Visolvit”, który był (podobno) zestawem witamin dla dzieci. W torebce, w proszku, musujące i słodkawe – to wystarczało :)

Raz na jakiś czas szkołą wstrząsała wiadomość: w warzywniaku pojawiły się żelkowe misie! Biegło się z wypiekami na twarzy i nerwowo szukało pieniędzy po kieszeniach. Tak! Stać mnie na trzy! A rumiany Pan Wiesio z namaszczeniem kładł szczypcami na kawałek gazety rzeczone trzy misie, zawijał fachowo i podawał nieletnim klientom, którzy między sobą szeptali z przejęciem, że miśki przyjechały aż z RFN :)

Z tym warzywniakiem wiąże się jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Otóż miałam może ze cztery lata i szłam z mamą po zakupy. Uparłam się, żeby zabrać jakiegoś pluszaka w wiklinowym koszyku. I pech chciał, że stojąc z mamą w kolejce przejechałam tym koszykiem jakiejś starszej pani po pończochach, oczywiście drąc je niemiłosiernie. Kobieta zaczęła się awanturować w sposób niewspółmierny do okoliczności i wyzywać mnie od tumanów. Moja matka, grzecznie przepraszając wyjęła z portfela kwotę znacznie przekraczającą wartość pocerowanych pończoch i równie grzecznie poprosiła, żeby kobieta łaskawie przestała się drzeć na dziecko, czyli na mnie :)

Nie powiem, byłam przerażona, zwłaszcza, że kobieta wyrwała mojej mamie pieniądze z ręki i wyzywając ją od chamek dostojnie opuściła warzywniak. A niezastąpiony pan Wiesio wyskoczył zza lady, złapał mnie pod pachy i posadził na świętej ladzie na której stał słoik z żelowymi miśkami. Chwilę pomajstrował szczypcami w środku i położył mi kilka upragnionych żelków na dłoni. Tego dnia czułam się jak królowa warzywniaka :)

A jak już przy pierwszych wspomnieniach jesteśmy, to dziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie parę dni temu rozmawiałam o tym z moją matką chrzestną. Ona moje wczesne dzieciństwo pamięta nieco inaczej.

Tu muszę wyjaśnić, że jako niespełna dwuletnie dziecko przejawiałam niezdrową fascynację guzikami. Moja mama twierdzi, że „gui” czyli guzik było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. Mogłam się bez końca nimi bawić i jakoś nikt się wtedy nie zastanawiał, czy ich nie zeżrę i się nie zadławię.

Feralnego dnia podróżowałam z moją matką chrzestną dość zatłoczonym autobusem. Siedziałam u niej na kolanach. Koło nas stał facet. Trzeba Wam wiedzieć, że wtedy rozporki były z guzików. Namierzyłam gościa i krzycząc radośnie „guzik” chwyciłam go za przyrodzenie :)

kolaż2

  • Iza, Twoje liceum pewnikiem pęka z dumy, mając taką absolwentkę. To raz. A dwa – kreatywność jest jedną z kluczowych kompetencji, jakie szkoła ma za zadanie w człowieku rozwinąć, zatem kabel głośnika jest w tym względzie niczym praca dyplomowa. 😀
    Jagno, z radością konstatuję, żeś oranżadkową koneserką z prawdziwego zdarzenia jest! 😀
    Nikt inny nie umiałby docenić walorów Visolvitu – większość zadowalała się mdłym paskudztwem dla młodszych dzieci, czyli Vibovitem. Bleee… :)

    Dziękuję, Dziewczyny, za rozkoszną wycieczkę w beztroski, smarkaty czas!

  • Jagna Rolska

    Dokładnie! U mnie w szkole lamusy jadły Vibovit a kozaki Visolvit. Wyższa kasta 😉

Comments are closed.