Dzień z życia konsultantki

Dzień z życia konsultantki

image_pdfimage_print

O tym, że kontakty z klientami mogą doprowadzić na skraj załamania nerwowego, wiedzą doskonale nieszczęśliwi, niespełnieni pisarze wykonujący okresowo niewdzięczną pracę konsultanta. Wasza niżej podpisana miała zaszczyt zażyć tej przyjemności, a jedynym plusem chwilowego uprawiania owej profesji, była możliwość zebrania obszernego materiału dowodowego, który właśnie teraz ujrzy światło dzienne.

Mawiają, że żadna praca nie hańbi. Nie dodają jednak, że pewne zajęcia zarobkowe mogą trwale (lub czasowo) odmóżdżyć biednego wyrobnika, powodować zaburzenia postrzegania rzeczywistości i permanentny (bądź okresowy), niekontrolowany wyciek śliny spomiędzy zaciskanych zbyt długo szczęk. I myli się ten, który sądzi, że owo zaciskanie to efekt ciągłego zdenerwowania.

Biedny konsultant od rana do wieczora zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć kolejnemu rozmówcy śmiechem w słuchawkę, bądź nie zapluć służbowej klawiatury podczas czytania wiadomości od klientów. Obrazu zła niech dopełni rodzaj sprzedawanego produktu, wokół którego cała ta otoczka konsultacyjna się odbywa. Jeśli celem pracy jest sprzedaż kobietom butów to można powiedzieć, że biedny konsultant dostał się do wewnętrznego kręgu piekła.

Kobieta, czyli narzędzie szatana, jest istotą pogmatwaną wewnętrznie. Świat zna wiele rodzajów kobiet: są matki Polki, są erudytki, feministki, sportsmenki, kobiety młode, dojrzałe i całkiem malutkie kobietki. Różnią się miedzy sobą jak okazy tropikalnej fauny, ale łączy je jedno.

Niezależnie od miejsca zamieszkania, długości i szerokości geograficznej oraz stref klimatycznych baby dostają kompletnego fioła, gdy mowa o butach. Buty są w stanie zmienić najłagodniejszą białogłowę w węszącego psa myśliwskiego. Buty to przedmiot pożądania, w obliczu którego więdnie racjonalne myślenie, a mózg zamienia się w gigantyczną stopę. Za to reszta kobiety staje się pantofelkiem. I nie o zacny model obuwia chodzi. Baby w kontakcie z butami zwyczajnie głupieją.

Uczyniwszy ten dramatyczny wstęp muszę jeszcze dodać naprędce, że Wasza niżej podpisana na stanowisko konsultanta ds. obuwia trafiła przypadkowo, a jej fachowa wiedza ograniczała się jedynie do znajomości książki „Historia żółtej ciżemki”. Jak się szybko okazało – nie to jest jednak problemem, bowiem nawet studia tematyczne nie przygotują biednego adepta wiedzy okołoobuwniczej do spotkania z NIĄ.

Zwykle zaczyna się niewinnie:

– Dzień dobry! – w słuchawce rozlega się promienny głosik.

– Dzień dobry! – odwdzięcza się uprzejmie konsultantka.

– Ja chciałabym kupić takie szpilki czarne lakierowane w rozmiarze 39.

– Niestety, z tego modelu 39 już nie będzie, ale mamy inne szpilki, bardzo podobne…

– ALE JA CHCĘ TAMTE! – rozlega się ryk w słuchawce.

– Niestety, bardzo mi przykro, ale już nie posiadamy tych butów na stanie – powtarza cierpliwie konsultantka.

– To sprowadźcie! – żąda ONA tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości, to jest kolekcja z zeszłego roku.

– ALE JA POTRZEBUJĘ! NA WESELE/CHRZCINY/POGRZEB*

(*niepotrzebne skreślić)

W tym miejscu doświadczona konsultantka milknie. Na takie dictum nie sposób znaleźć odpowiedzi. Próba zgadywania, jaki stosunek osobisty ma klientka do informacji, że dany model butów nie jest już produkowany jest co najmniej ryzykowna i – jeśli chcecie znać moje zdanie – raczej skazana na niepowodzenie.

Odpada też uprzejme pytanie: „A kto się żeni/co się urodziło/kto umarł?*”

(*niepotrzebne skreślić)

Konsultantka milczy więc. Na łączach zapada zwodnicza cisza.

– Jest tam pani? – szepcze złowieszczo ONA.

– Tak, oczywiście – odpowiada konsultantka.

ONA doskonale wie, że konsultantowi nie wypada się rozłączyć pierwszemu i swoją wiedzę wykorzystuje, w zależności od stopnia pomysłowości. Czasem krzyczy, czasem powtarza w nieskończoność te same pytania albo rzuca złośliwie:

– Jak pani mi nie chce pomóc, to ja specjalnie się nie rozłączę i nie dam pani pracować! O!

Faktycznie, rozłączyć się nie wypada, ale któż powiedział, że słuchawkę należy mieć przy uchu cały czas? ONA słucha więc melodyjnego stukania w klawiaturę płacąc za każdą minutę kwotę zależną od taryfy swojego operatora. Rekordzistki poddają się maksymalnie po dwóch minutach.

– Halo? Słyszy mnie pani? – kapituluje ONA.

– Oczywiście – odpowiada konsultantka.

W tym miejscu, ponieważ temat właściwie został wyczerpany, ONA rzuca pożegnalną groźbę i się rozłącza.

Mój własny ranking na groźbę miesiąca opierał się na punktacji w skali 1-10, gdzie jeden punkt przyznaje się ONYM, które są prawniczkami i nam pokażą (każda ONA to prawniczka, gdy zachodzi potrzeba). Dwa punkty można zdobyć za posiadanie męża prawnika albo wuja sędziego, którzy nam pokażą. To przecież wymaga pewnej wyobraźni i trzeba to koniecznie docenić.

Pięć i więcej punktów przyznaję tylko tym ONYM, które precyzują, co nam pokażą. To już przecież wyższa szkoła jazdy. ONE „pokazują” różne rzeczy. Niektóre pewnie języki, ale tego przez telefon naturalnie stwierdzić się nie da. Pięć lub sześć punktów należy się więc za pokazywanie wyższości. Tu na szczególne oklaski zasługują ONE mianujące konsultantkę życiowym nieudacznikiem i wyjątkowo podłym człowiekiem.

Siedem i osiem punktów można zdobyć za jednoczesne spełnienie powyższych kryteriów: „Ja Panią tak załatwię, że nigdzie Pani pracy w zawodzie nie znajdzie, zresztą wielki mi zawód! Pani nie wie, kim ja jestem! Mój mąż jest prawnikiem!”

Na dziewiątkę zasługują te ONE,  które dodatkowo ślą maile podobnej treści.

Dziesięć punktów to już najwyższa szkoła jazdy. Zdobyć je może tylko ta ONA, która sprawi, że konsultantowi opadnie szczęka na klawiaturę. Spadnie na dodatek tak celnie, że wystuka napis „aleocochodzi?”.

W niezbyt długiej konsultanckiej karierze niżej podpisanej trafiła się tylko jedna dziesiątka. Działo się to w okresie wyprzedaży. Już samo słowo niesie w sobie niebezpieczny potencjał, a gdy dorzucimy magiczne minus 50%, to z ONYCH wychodzą diabły. Mój osobisty diabeł za żadne skarby nie chciał przyjąć do wiadomości, że jej upatrzone buty za pół ceny zostały wyprzedane. I w tym miejscu popełniłam brzemienny w skutkach błąd.

– Przykro mi niezmiernie, ale ostatnia para właśnie wczoraj została wysłana do Wrocławia – wyjaśniłam uprzejmie, chcąc zobrazować klientce sytuację.

Całe życie myślałam, że plastyczne szczegóły sprawiają, że tłumaczenie staje się jeszcze bardziej wiarygodne. Otóż w czasie wyprzedaży tak to nie działa.

– To proszę wysłać kuriera do Wrocławia!

Na takie rozwiązanie nie mogłam się rzecz jasna zgodzić a oczami wyobraźni ujrzałam klientkę z Wrocławia tulącą buty do piersi i kuriera, próbującego jej je wydrzeć z rąk.

– Nie? – zasyczała w słuchawkę ONA.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości – potwierdziłam.

– Pani chyba sobie nie zdaje sprawy z tego, co mi pani robi! – wrzasnęła. – Przez tydzień mnie będzie głowa bolała i mąż na tym ucierpi. I ja mu powiem, czyja to wina! Czy pani wie, co to oznacza?

 

Nie wiedziałam. Pierwszy raz w życiu nieprofesjonalnie rzuciłam słuchawką. A przez następny tydzień wracając z pracy do domu przyglądałam się bojaźliwie mijanym krzakom. Kto wie? Może mąż klientki będzie chciał dochodzić swoich praw?

Comments are closed.