Gra o tron

Gra o tron

image_pdfimage_print

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Otóż nie ufam ludziom z błędem ortograficznym w nazwisku (tudzież imieniu). I nie. Nie będę się tu rozwodzić nad Brajankami i Kłentinami oraz Dżesikami. Niech sobie niebożęta dojrzewają w rytmie disco polo a ja przejdę gładko do zjawisk większego kalibru.

Uprzedzam, że wstęp będzie dramatyczny.

Lubię, gdy życie bez niespodzianek płynie sobie jednostajnie sprawdzonym torem. Bardzo lubię. To przecież niezmiernie krzepi, gdy człowiek wstaje z łóżka i wie, że nie spotka go w życiu nic więcej ponad to, co sobie skrzętnie i zawczasu zaplanował. Legenda nawet głosi, że niektórym takie coś się udaje. Pełna optymizmu i wiary w to, że człowiek zorganizowany nie miewa w życiu niespodzianek i nie doświadcza chaosu, rozpoczęłam budowę. Dwa lata ze starym planowaliśmy wszystko w najdrobniejszych szczegółach. I jak się później okazało, wybrnęliśmy gładko ze wszystkich pułapek. Z wyjątkiem jednej. Na mojej budowlanej drodze, na moje własne (niestety) życzenie, stanęła ONA, czyli władczyni tronów. Przez telefon jej głos brzmiał całkiem miło, ale teraz już wiem, że na potrzeby złapania naiwnego budującego się, umie doskonale go modulować. ONA się przedstawiła podczas rozmowy, ale przez telefon błędu w nazwisku przecież nie wychwyciłam. A potem ONA przysłała mi maila.

Tu mała dygresja. Ponieważ będę szarżą ułańską jechać na POWAŻNĄ i ISTNIEJĄCĄ (w czasie rzeczywistym) firmę zawiadującą tronami, więc sprytnie posłużę się pseudonimami.

ONEJ personalia mniej więcej były takie: Iwona Drewótnia. Tak. Dokładnie ten kaliber.

W sumie była miła. Na początku. Wymusiła na mnie przesłanie umowy składającej się z miliona załączników plus wszystkie dane osobowe. Prawie się zdziwiłam, że nie zażądała rozmiaru buta. Adres dostawy tronu już nie był tak istotny. Naiwnie zawierzyłam, że Drewótnia wie, co robi.

Bardzo naiwnie.

Rzeczony tron trafił do potrzebujących budowlańców dwa dni po terminie. Nawet nie chcę wiedzieć, gdzie do tego czasu zasiadali. Tron w końcu dojechał a ja skrzętnie wypłaciłam za niego okup. By pracującym ludziom ulżyć w niedoli, sypnęłam ekstra kasę, żeby tron czyszczono raz na dwa tygodnie a nie raz na miesiąc, jak to (podobno) jest w zwyczaju na budowach.

O naiwności!

Przez kolejne półtora miesiąca nikt się nie zjawił a okoliczne muchy z radości tańczyły kankana. W międzyczasie miałam na głowie pierdyliard ważniejszych spraw, ale w końcu użytkownicy tronu zwrócili mi uwagę na problem i to w całkiem niewybrednych słowach.

– Pani, kurwa, sąsiad był. Na tarasie mu śmierdzi!

Na takie dictum usiadłam na telefonie i po kilku próbach udało mi się dodzwonić do Drewótni.

– Dzień dobry – powiadam. – Proszę toaletę wyczyścić, bo zaraz mi się Sanepid zwali na posesję!

Iwonka Drewótnia w ciemię bita nie jest, więc natychmiast wytoczyła spod biurka standardowe wyjaśnienia, że kierowca zasłabł/nie żyje/nie trafił, a mój ponaglający mail wpadł do spamu/do kosza/a w ogóle to mają awarię systemu/ a właściwie to wdrażają nowy, który nie zawsze jeszcze działa.

Jako człowiek całkowicie prostolinijny, pomyślałam sobie: No kuźwa mają w firmie młyn, więc ten mój jeden skromny, cuchnący na całą okolicę tron to jedynie malutki wycinek ich rzeczywistości. Taka wyrozumiała chciałam być.

Ale wkrótce mi się odmieniło

Drewótnia przysłała mi na maila fakturę. Tym razem system nie nawalił a plik z wyliczeniem dotarł gładko na mojego (wcześniej dla nich nieosiągalnego) maila.

Otwieram rachunek za cuchnący tron i oczom nie wierzę. Mam zapłacić za półtora miesiąca użytkowania i za trzy czyszczenia. Pędzę więc do moich budowlańców, pełna nadziei, że jednak o czymś nie wiem.

– Czyścili? – pytam.

– Pani, nikogo nie było. My jesteśmy twardzi ludzie, ale..

To „ale” zawisło między nami jak gorzki wyrzut a ja poczułam, że tron jest najpoważniejszym problemem całego budowlanego przedsięwzięcia. Zapłaciłam więc fakturę za wszystkie rzekome czyszczenia i podjęłam próbę porozmawiania z Drewótnią. Uznałam, że może po dobroci będzie łatwiej.

Otóż nie. W pewnych kręgach tak to nie działa.

Na moją cichą prośbę, by w końcu wywieźć guano z tronu, Iwonka Drewótnia poczuła moc i wysłała mi maila pełnego pretensji, że właściwie to ja jej nie wysłałam podpisanej umowy. Pamiętacie plik, który jej w pocie czoła wysyłałam i dziwiłam się, że nie chce numeru buta?

Tak. Dokładnie.

Wściekłam się i całkiem nieprofesjonalnie wysłałam jej jadowitego maila wraz z załącznikami, które dostała miesiąc wcześniej. W odpowiedzi żachnęła się, że jestem niemiła, ale zignorowałam, bo miałam w tym czasie budowę więźby dachowej.

Za tydzień Drewótnia przysłała pełnego serdeczności i buziaczków maila przypominającego o niezapłaconej fakturze i informującej, że postawiła na nogi całą firmę i przeprowadzono dochodzenie wraz ze sprawdzaniem GPS kierowcy, który się zaklina, że tron czyścił.

„Słowa, słowa, słowa” – pomyślałam i zajęłam się rzeczywistymi problemami budowy.

Fakturę zapłaciłam, bo zwyczajnie nie miałam siły na kolejne problemy.

Oczywiście nikt nie przyjechał na czyszczenie a tymczasem praca ekipy (prawie) dobiegła końca. Ugłaskałam pracowników a do Drewótni wysłałam maila, w którym wypowiedziałam umowę wynajmu tronu. Zgodnie z ich regulaminem na 7 dni przed oczekiwanym dniem jego usunięcia.

Aktywowała się, skubana i natychmiast zaproponowała termin o tydzień późniejszy. Dla świętego spokoju zgodziłam się. Zakończyłam najważniejsze sprawy na budowie, minęły kolejne dwa tygodnie a tron stoi. Muchy szaleją z radości a sąsiedzi przestają odpowiadać na powitania. Po kilku awanturach tron znika.

Oddychamy z ulgą. Bez kitu. Nawet nas dach tak nie cieszy jak to, że tron w końcu przestał przysłaniać nam horyzont.

Patrzę na naszą budowlaną krwawicę i usuwam w niepamięć Iwonę Drewótnię i jej tron.

Błąd.

Wieczorem przychodzi mail od niej. Ponaglenie do zapłaty za tron, którego już nie ma plus prośba o przysłanie skanów umowy, których jej zdaniem dotąd nie przysłałam (plus rozmiar buta).

Po raz pierwszy w życiu poniosła mnie furia. I odpisałam jej tak:

Zapewne to Pani nie zainteresuje, ale z całą budową nie miałam takiego problemu jak z waszym tronem. Ale co ja się dziwię – jaki tron taka KRÓLOWA!! Proszę do mnie więcej nie pisać!

Gdyby ktoś się budował albo miał zamiar, to chętnie odradzę macierzystą firmę Iwonki Drewótni :)

  • Zuza A

    Gra o tron: 1:1

    • Jagna Rolska

      Dokładnie 😀

  • Anna Piwowarska

    Bo to KRULOWA była 😛

    • Jagna Rolska

      Ha ha ha 😀 Masz rację! KRULOWA DREWÓTNIA PIERWSZA 😀

Comments are closed.