Kokosowe curry Agnieszki Lis

Kokosowe curry Agnieszki Lis

image_pdfimage_print

Witajcie kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości ugotuje dla Was swoje popisowe danie Agnieszka Lis. Dziękujemy jej za przyjęcie zaproszenia i już nie możemy się doczekać dzisiejszej uczty :)

Uwielbiam gotować. I wcale nie stało się to samo. O nie.

Jako młoda dziewczyna (to było strasznie dawno temu) nie miałam czasu na takie du**rele, jak gotowanie. Kończyłam szkołę muzyczną, potem Akademię Muzyczną, ćwiczyłam ciągle i bez opamiętania. A jedzenie? Zawsze było, czym się miałam przejmować.

I chociaż na studia wyjechałam z domu i już nic nie robiło się samo, to jednak radziłam sobie na różne sposoby, wciąż nie czując w tematy kulinarne żadnego zaangażowania.

W końcu wyszłam za mąż. Zdarza się i nie była to w moim przypadku najgorsza decyzja.

Z tym, że kiedy minęły motyle w brzuchu i inne nieziemskie przyjemności związane z posiadaniem na uwięzi ślubnego… okazało się, że jednak moja zupa nie zawsze jest idealna (chociaż, szczęśliwie, nigdy nie była za słona), mięso bywa twardawe (podeszwa to dobre skojarzenie), a zakalec w cieście jest standardem. No dobra, przyznaję się, ostatnio też mi się zdarzył. Pokazowy. Ciasto było zakalcem w całości i nie zawierało w sobie żadnych innych, miękkich części. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że zdarzyło mi się to pierwszy raz od kilkunastu lat i już spuszczę zasłonę milczenia na to żenujące wydarzenie.

Wracając do wątku głównego – mój mąż, kiedy już usadowił się w pozycji męża, zaczął wysyłać coraz wyraźniejsze sygnały, że właściwie… hm… to można by… może inaczej jakoś? Ewentualnie do mamusi na obiadek może?

Wkurzyłam się w końcu.

I nauczyłam się gotować.

Proces był bolesny, za to przyniósł nieoczekiwane skutki. Nie wiem, tak naprawdę, czy umiem gotować. Na pewno natomiast – ku swojemu zdumieniu – polubiłam to zajęcie. Po prostu uwielbiam to robić.

I chociaż sama mięso jadam rzadko, to jednak pozostała część rodziny jest mięsożerna, więc i mięsiwo przygotowuję. Nierzadko nawet.

A że idzie jesień, a za nią zima (tfu!, wybaczcie to słowo. Zima jak dla mnie może istnieć, pod warunkiem, że będzie nieustanne 25 stopni na plusie. Inaczej jest przekleństwem), więc niech będzie danie mięsne, rozlewające się w żołądku przyjemnym ciepłem. Sycące i naprawdę bardzo smaczne.

Niestety, jak niemal każde dobre jedzenie, wymaga czasu. Jedzenie lubi, jak się koło niego krzątamy, szczególnie mięsne jedzenie… więc nie proponuję nic na szybko i na zaraz. Dziś przedstawię coś, co musi się długo dusić i pyrkać, napełniając kuchnię i przyległości smakowitym aromatem. Można od razu zrobić tej pyszności więcej – spokojnie można przechowywać danie przez kilka dni. Odgrzewane nawet jest lepsze!

Tak na poważnie – zrobienie tej potrawy nie wymaga tak wiele czasu. Obróbka cieplna za to – tak. Mięso musi się dusić długo, półtorej godziny co najmniej. Ale duszenie nie wymaga stania nad garnkiem.

kolaz-1

To jest przepis wynikający z polskiej praktyki. Z doświadczenia. Nie ma aspiracji do bycia kuchnią typowo indyjską – jest przystosowana do naszych warunków, o czym uprzedzam wszystkich ortodoksów.

I dodam od razu, że trochę się mądrzę w tym przepisie, za co z góry przepraszam. Muszę się także trochę usprawiedliwić – nie jest to wiedza wyniesiona z kursów kulinarnych, tylko codzienne doświadczenie. Więc jak coś komuś nie pasuje – to bardzo proszę pokiwać z politowaniem głową i nie komentować 😉

I jeszcze jedno – ta potrawa zawsze wychodzi.

No i z wrażenia zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Agnieszka Lis i jestem pianistką. Nauczycielem muzyki. A chciałabym być pisarką. Wydałam na razie trzy powieści: „Jutro będzie normalnie”, „Samotność we dwoje”, i „Pozytywkę”. Czwarta powieść jest w drodze. W żadnej z nich nie gotuję, nic a nic. Może trzeba będzie to zmienić.

produkty-kolaz

KOKOSOWE CURRY Z WOŁOWINĄ

1 kg łopatki wołowej pokrojonej na mniejsze kawałki – może też być inny rodzaj wołowiny. Na gulasz i potrawy gulaszopodobne nadaje się na przykład ligawa – mięso chude i dosyć twarde, które kompletnie nie sprawdza się w pieczeniu czy smażeniu, za to właśnie długie duszenie znakomicie mu służy. Możemy oczywiście wybrać opcje de lux – wtedy polędwica wołowa będzie jak znalazł, chociaż jak akurat polędwicę przeznaczyłabym do smażenia… ale co kto lubi 😉

2 łyżki tajskiej żółtej pasty curry (w razie nieposiadania pasty może także być curry w proszku, lub też pasta zielona lub czerwona), wedle smaku, upodobania i stanu posiadania

400 ml mleczka kokosowego – koniecznie! To właśnie mleczko powoduje, że gulasz ma taki przyjazny, ciepły aromat. Zgadzam się, te przymiotniki nie są w swoim podstawowym znaczeniu kulinarne, jednak bardzo dobrze opisują to konkretne danie. W kwestii przymiotników na pewno każdy z gotujących będzie miał swoje zdanie, i dobrze.

Przy tej okazji jeszcze jeden komentarz. Oczywiste jest, że czym krótszy skład produktu używanego do gotowania – tym lepiej. Szukałam mleczka kokosowego bez dodatków… długo. Ostatecznie znalazłam takie, które w składzie ma tylko ekstrakt z kokosa i wodę. Wydaje mi się najlepsze… ale gdyby ktoś znalazł lepsze, to proszę o donos. Donosik. Gdzie można kupić 😉

kolaz1

500 ml bulionu wołowego – może być z kostki. Ja często dodaję sos, który zostaje mi po pieczeniu (innego) mięsa.

4 łyżki świeżo posiekanego imbiru (ewentualnie pasty imbirowej)

3 ząbki czosnku pokrojonego w plasterki (lub przeciśniętego przez praskę)

2 średniej wielkości, pokrojone cebule (w grubą kostkę)

2 łyżki sosu ostrygowego lub innego rybnego (opcjonalnie)

2 łyżki cukru palmowego (lub po prostu zwykłego, a co tam. Lub jakiegokolwiek innego słodkiego zamiennika. Tylko pamiętać trzeba o proporcjach. Kiedy pierwszy raz użyłam w kuchni stewii nie doczytałam, że jest trzy razy bardziej słodka od cukru. Użyłam jej akurat w tym przepisie, pewnie dlatego mi się to przypomniało. Curry wyszło… cukierkowe. Rodzina patrzyła dziwnie)

Sól i pieprz do smaku

2 łyżki uprażonych orzeszków ziemnych

1 papryczka chilli, drobno posiekana – dla chętnych. Ja tej ostatniej przyprawy nigdy nie dodaję, wolę łagodnie rozlewający się smak kokosu z imbirem. Wszystko jednak zależy od preferencji.

Pastę curry i mleczko kokosowe wymieszaj, gotuj na wolnym ogniu w dużym rondlu przez 5 minut. Na patelni rozgrzej 2 łyżki oleju, obsmaż wołowinę (koniecznie! Jeśli ktoś nie wie – krótkie obsmażenie powoduje, że potem sok nie wycieka z mięsa, pozostaje ono miękkie i soczyste) wrzuć mięso do curry i zalej ciepłym bulionem. Dodaj imbir, czosnek, cebule, sos rybny i cukier. Ewentualnie sól i pieprz (z tym ostatnim ostrożnie – curry samo w sobie jest pikantną mieszanką przypraw). Gotuj na wolnym ogniu pod przykryciem ok. 1,5 – 2 godzin. Mięso powinno być miękkie. Podawaj z orzeszkami i papryczką chilli (dla chętnych).

I oczywiście z ryżem. Przy czym zachęcam do ryżu pełnoziarnistego, lub brązowego, czerwonego, czarnego… Gotuje się je dłużej (dobre jedzenie wymaga czasu, pisałam już o tym?), ale biały ryż jest niemal zupełnie pozbawiony wartości odżywczych. I polecam ryż na wagę, ten z torebek różni się tylko tym, że jest w torebce… droższy i niepotrzebnie gotujemy go razem plastikiem, który nawet jeśli jest przystosowany do gotowania w celach spożywczych, to jednak można się bez niego bez bólu obejść. Często też ryż w torebce jest wstępnie obrobiony, tzw. parabolied, czyli wartości odżywcze poszły już w nim… na spacer.

Najprostszy sposób gotowania ryżu – jak makaron. Wrzucacie na wrzątek, gotujecie do miękkości (w zależności od gatunku ryżu, te pełnoziarniste pół godziny lub dłużej) i odlewacie na sicie. Bez zabawy w poduszki i inne ubranka dla garnka z ryżem.

Upsss. Napisałam się… ale teraz Wy się nagotujecie. I z całą pewnością będzie to dobre gotowanie, takie z sercem i dobrymi myślami. Bo gotuje się sercem, wiedzieliście o tym?

final1

 

Comments are closed.