Martyna 11

Martyna 11

image_pdfimage_print

Rozdział 11

W którym nasza bohaterka musi wtopić się w egzotyczne tło, a do tego nie tracić głowy

Gdy  opadł  już  pustynny  kurz,  nasza  dzielna  bojowniczka  o  prawa  Ziemi  odkaszlnęła  gwałtownie,  po czym rozglądając się czujnie wokół siebie, namierzyła drewnianą sławojkę, która tkwiła w nieznajomym otoczeniu  jak  oaza  oferująca  cień  normalności. Martyna  zakradła  się  chyłkiem  za  jej  naruszoną  zębem czasu  ścianę  i  nie  ściągając  kaptura,  nastawiła  uszy  i  oczy  na  odbiór. Nieufna  tym  razem,  zaczęła  się zastanawiać, czy w owych czasach  istniały  sławojki  i czy komputer znów nie zrobił  jej w wała, ale po namyśle doszła do wniosku, że co jak co, ale takie przybytki musiały istnieć od zawsze, nawet jeśli źródła historyczne dyskretnie milczą na ich temat. Inna sprawa, że nie była do końca pewna, w którym właściwie roku się znajduje. Jak już wcześniej wspomniano dawne dzieje kojarzyły się Martynie wyłącznie z zieloną tablicą i kłapiącym sztuczną szczęką „barankiem”. Starając się skoncentrować na bieżącej, choć nieznanej rzeczywistości, nasza bohaterka wychyliła się ostrożnie zza kibelka i chłonęła rozgrywające się przed jej oczami wydarzenia. A było na co popatrzeć.

Wnikliwa obserwacja zza sławojki

Zmierzch  kładł  się  zdradziecką  kurzą  ślepotą  po  pustynię.  Dokładnie  naprzeciw  sławojki Martyna  ujrzała  kamienne  domostwo  imponujących  rozmiarów,  od  którego  oddzielały  ją znajomo wyglądające aromatyczne krzaki i ogromny piaszczysty plac przed wejściem. Gdzieś nad  uszami  ćwierkały  cykady,  które  po  chwili  stopiły  się  w  jedną melodię  z  dziwacznymi piszczałkami. Z kurzu pustyni wyłonił się orszak  liczący sobie więcej niż sto osób. Na czele pochodu  szła  omotana  błękitną  szatą  kobieta.  Towarzyszył  jej  szczupły  koleś.  Za  nimi podążała cała grupa  ludzi omotanych w prześcieradła czy  też szaty  łopoczące w  łagodnym, wieczornym wietrzyku.  Zapóźnione  ptaszyska  poderwały  się  na  takie  dictum  i  z  podobnym łopotem skrzydeł pospiesznie opuściły okolicę. Jeden nie omieszkał nasrać Marynie na ramię przed finalnym odlotem. Martyna, zgrzytając zębami, ścierała liściem paskudztwo z chałata, nawet  na  chwilę  nie  spuszczając wzroku  z  kotłujących  się  na  dziedzińcu  ludzi. Próbowała odnaleźć choć jeden rudy kłak wysuwający się spod cnotliwego welonu, lecz w gęstniejącym mroku  było  to  kompletnie  zdane  na  niepowodzenie. Ludzie  zaczynali  znikać w  oświetlonej pochodniami  kamiennej  bramie,  drepcząc  dostojnie  za  pierwszą  parą.  Martyna,  nagle podniesiona  na  duchu,  cofnęła  się  za  sławojkę  i  opierając  się  plecami  o  jej  tylną  ścianę, rozciągnęła  usta  w  złośliwym  uśmiechu.  Najwyraźniej  w  kamiennym  domostwie  właśnie rozpoczynało  się  wesele,  a  nasza  etatowa  bywalczyni  podobnych  zgromadzeń  wiedziała jedno: za pół godziny z budynku zaczną się wylewać przygodne parki szukające  intymności pobliskich zarośli oraz stada korpulentnych wujków, którzy również będą poszukiwać zarośli, choć  zgoła  z  innego  powodu. Niezależnie  od  tego,  ile  lat  człowiek  cofnie  się w  czasie,  to pewne  mechanizmy  ludzkich  zachowań  pozostają  bez  zmian.  Wystarczy  tylko  chwilkę poczekać.

Martyna  zapatrzyła  się  w  nieznajomą  konstelację  gwiazd  widniejącą  na  bezchmurnym  niebie i zadała sobie w myślach pytanie:  jak daleko  jest stąd do statku Raj 3.14  i do F.I.U.T.E.K. Nie znajdując sensownej  odpowiedzi,  przymknęła  oczy,  ulegając  zawirowaniom  trzeciej  strefy czasowej  w  ciągu ostatnich  dwóch  godzin  i  odpłynęła  w  rozkosz  sennego  niebytu.  Śnił  się  jej  lepszy  świat  i  lepsze perspektywy.

Sen o lepszym świecie i lepszych perspektywach

Martyna pędziła boso po głaskanej wiatrem  łące w  stronę czystego błękitu nieba. Spod  jej stóp unosiły się bielutkie  i puszyste nasiona dmuchawców  i pędziły dalej, niż myśl  sięga. Z kaczeńców  spływała  przezroczystymi  kroplami  poranna  rosa  i  staczała  się  bezgłośnie pomiędzy  karłowaty  wdzięk  wyblakłych  na  słońcu  niezapominajek.  Świat  zredukował zawrotne  tempo  wydzielania  spalin  oraz  innych  świństw  i  dyszał  rytmem  planety  w oczekiwaniu  na  kolejny  krok  naszej  orędowniczki  piękna,  która  zatrzymała  się  i  rozłożyła ramiona,  zwracając  dłonie  w  stronę  słońca.  Jastrząb,  poprzysięgając  przejście  na wegetarianizm, delikatnie złożył nienaruszone kociątko u stóp Martyny  i chwytając w dziób wiecheć koniczyny, uniósł się majestatycznie ponad śnieżnobiałe i nad wyraz proporcjonalne chmury  rozpięte  nad  linią  nieskazitelnie  ekologicznego  sosnowego  lasu.  Nasza  uśpiona ekolożka uniosła delikatnie kociątko i potrząsając włosami jak w zwolnionym filmie, wlepiła spojrzenie w pobliską norkę, przed którą  skruszony  kot wypuścił właśnie  zdrową  i w pełni władz  umysłowych  nornicę. Martyna  uśmiechnęła  się  radośnie  i  pieszczotliwie  pogłaskała trzymanego w rękach kociaka. Nornica stanęła słupka i poruszając wąsikami wpatrywała się zagadkowo w Martynę. Kociak nie wytrzymał napięcia i wyrwawszy się stanowczo z ramion swojej wybawczyni, doskoczył do gryzonia. Nasza pacyfistka postąpiła krok do przodu i swą szlachetną wegetariańską  stopą natrafiła na całkiem świeży krowi placek. Zmełła w ustach życzenia  pod  adresem  krowy,  które  jaroszce  raczej  nie  przystoją,  i  zapatrzyła  się w  dal w nadziei  na  odnalezienie  krystalicznie  i  ekologicznie  czystego  jeziorka,  w  którym  mogłaby zmyć  gówno  ze  stopy.  Sen  zmierzał  w  złym  kierunku,  więc Martyna  wyobraziła  sobie,  że siedzi na kanapie a z fotela zerka na nią badawczo świnia ukrytym za okularami wzrokiem i miarowo  kołysze  przed  jej  twarzą  trzymaną  w  prawej  raciczce  marchewką.  Oczy  naszej bohaterki kołysały się wraz ze skołataną głową, a jej dłonie zacisnęły się w oczekiwaniu na rychły deszcz.

Deszcz  nie  nadszedł,  ale  naszą  bohaterkę  ze  snu  o  lepszym  świecie  wybudził  odgłos upojnego sikania, który echo niosło po zmurszałych ścianach starożytnej sławojki. Martyna poderwała się na równe nogi  i  starając  się  zachowywać możliwie  cicho,  podkradła  się  do  pobliskich  krzaków,  gdzie  kucnęła  i zamarła w oczekiwaniu. Jej wewnętrzny zegar obwieścił, że na statku zdecydowanie minęła już godzina jedenasta  w  nocy  i  za  niespełna  pięćdziesiąt  minut  Ziemia  będzie  jedynie  nazwą  przylepianą  od niechcenia do obrazów zgromadzonych w galeriach Układu. Na dziedzińcu stali zbici w niewielkie grupki weselnicy  i  co  chwila wybuchali  śmiechem. Martyna  uznała,  że  nie ma  już więcej  czasu  i wężowym ruchem  wysunęła  się  zza  krzaków.  Starając  się  wtopić  w  tło,  podeszła  do  drzwi  wejściowych  i odpowiadając  uśmiechem  na  radosne  skinięcia  biesiadników,  ostrożnie  weszła  do  wnętrza  domostwa, gdzie jej oczom ukazały się ustawione w tradycyjną podkowę weselne stoły. Nasza podróżniczka omiotła sytuację  względnie  trzeźwym  spojrzeniem  i  namierzyła  Ziomusia,  który  gestykulując,  coś  opowiadał swojej  rozmówczyni.  Tuż  obok  siedziała  zasłuchana  w  jego  słowa  kobieta,  a  nieco  dalej  stał facet intensywnie w nich wpatrzony. Kobieta sięgnęła po flaszkę i rozlała zawartość do kielichów. Nad stołem rozniósł się niepohamowany śmiech, który przywabił kolejnego biesiadnika. Kobieta uniosła flaszkę jego kielichem, lecz po chwili okazało się, że flaszka bezpowrotnie wyschła. Martyna obserwowała akcję, skubiąc  od  niechcenia winogrona  spoczywające  na pobliskiej  tacy. Typ,  który  jako  ostatni  dołączył  do towarzystwa, pstryknął palcami  i odszedł, by po  chwili wrócić  z kolejną  flaszką. Ziomuś podskoczył  z radości i napełnił kielichy.

– Jak cię zwą? – wybełkotał, czyniąc dyshonor kuzynowi.

– No jak to? – odparł pan młody. – Janek jestem, nic się nie zmieniło!

– Aha – odpowiedział syn Szefa i polał po następnej kolejce.

Pan  młody,  najwyraźniej  jeszcze  nie  całkiem  pijany,  postanowił  dogłębnie  objaśnić  kuzynowi sytuację.

– No więc, twoja matka to krewniaczka mojej, a z racji tego, że jest wielce poważaną osobą, więc ty też pełnisz dziś rolę honorowego gościa, kuzynie!

Młody walnął szklanę i zogniskował wzrok w szczerych oczach Janka.

– Jak to matka jest poważana? A ja? – zapytał płaczliwie.

– A  ja  tam nic nie wiem. – odparł dyplomatycznie  Janek. – Pani Marysia  to  jest gościówa,  i  tyle wiem. A ty, kuzynie, ciesz się, że jesteś synem takiej przedsiębiorczej matki!

– Przedsiębiorczej? – zapytał Ziomuś. – Przedsiębiorczej? A co to do cholery znaczy?

– No cóż! – powiedziała rozchichotana szatynka, pojawiając się nagle za plecami mężczyzny, który do tej pory nie wyrzekł nawet słowa. – Pani Marysia zaopatruje nas dzisiaj w wino, więc nie dziwi, że jest honorowym gościem, no nie?

– Ta! Zaopatruje! – powiedział koleś, dotychczas opierający się o wezgłowie krzesła Ziomusia. – To dlaczego już go nie ma? Kobieta  siedząca  naprzeciwko  Ziomusia  wyprostowała  się  służbiście,  po  czym  lekceważąco machnęła  ręką.  Rozchichotana  szatyna  już  się  ulotniła  i  nad  stołem  zapanował  względny spokój naznaczony  jedynie  natarczywym  pytaniem  zawoalowanej  kobiety.  Martyna  wciągnęła  kolejną  garść winogron i badawczo wpatrywała się w towarzystwo.

– Mam to w dupie! – powiedział syn Szefa. – Idę po wino!

– A ja mam w dupie ciebie – powiedział spokojnie wiszący na oparciu krzesła typ. – I nie idziesz

po żadne wino.

– Wino? – powiedziała słodko kobieta. – Napiłabym się jeszcze!

Ziomuś uniósł się ciężko i wymijając współbiesiadników, podreptał na dwór. Facet  kołyszący  się  dotąd  na  krześle  zerknął  nienawistnym  wzrokiem  na  kobietę  i  kręcąc  z ubolewaniem  głową  oddalił  się,  wyładowując  uprzednio  emocje  na  krześle,  które  zakołysało  się niepewnie, po czym padło bez czucia na kamienną posadzkę.

Martyna porzuciła z żalem tacę z winogronami i wybiegła chyłkiem w ciemną noc, nieomal dysząc w  plecy  syna  Szefa.  Skryła  się  za  krzakiem  i  kucnęła,  spinając  się  do  skoku.  Jej  wewnętrzny  zegar podpowiadał, że czas się kończy nieuchronnie i że pora coś wykombinować.

Młody  zatoczył  się  i  puścił  pawia  pod  własne  sandały.  Świerszcze  cykały,  noc  obiecywała spełnienie tajemnic, a jakiś wujek nieustająco stękał w sławojce. Nasza bohaterka przywarła za krzakami w oczekiwaniu na przełom, który uzasadni jej absurdalny czasowy impas. Syn Szefa otarł usta rękawem weselnej  szaty  i  chybotliwie  podszedł  do  drzwi  sławojki.  Przez  chwilę wpatrywał  się w  jej  zmurszałe drzwi, by wreszcie unieść do ust nadgarstek  lewej dłoni  i coś do niego wybełkotać. Martyna wychyliła ciekawie  łeb  zza  krzaków  i  podążając  za wzrokiem Ziomusia,  utkwiła  spojrzenie w  czeluści  kosmosu. Razem  trwali  w  niecierpliwym  oczekiwaniu,  choć  każde  z  nich  z  innego  powodu.  Po  chwili  na dziedziniec wytoczyli się znajomi Ziomusia i kłócąc się między sobą zawzięcie, podeszli do syna Szefa, idąc  tropem  barwnego  pawia. Kobieta  dopadła  do młodego  i  agresywnie  szarpnęła  go  za  ramię.  Facet odciągnął  ją  na  bok  stanowczym  gestem,  po  czym  podszedł  łagodnie  do  Ziomusia  i  zaczął  mu  coś tłumaczyć. Młody zarzucił energicznie włosami i odepchnął faceta, który wycofał się, unosząc dłonie do góry.  Babeczka  zarzuciła włosami  i  stanęła  obok  chwiejącego  się  na  nogach  syna  Szefa, wraz  z nim wpatrując się w niebo.

Po chwili niebo rozbłysło i za sławojką wylądował z ciężkim jękiem przestarzały prom z barwnym napisem  łuszczącym  się  z  lewego  boku  pojazdu. Martyna  przechyliła  głowę  i  przeczytała  z  trudem: „Cosmo-catering”.  Tylny  właz  pojazdu  otworzył  się  gwałtownie  i  ze  środka  zaczęły  się  wytaczać drewniane  beczki  przyozdobione  nachalnym  napisem  „Dobre  wino.  Rocznik  02”.  Ziomuś  zaczął  rżeć radośnie, zawtórowała mu kobieta. Stojący z tyłu facet złapał się za głowę i zszokowany gapił się w rząd schludnie ustawionych beczek. Syn Szefa obrzucił beczki jeszcze jednym pełnym zachwytu spojrzeniem, po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  pobiegł  do  wnętrza  budynku,  by  zanieść  pobratymcom  szczęśliwą nowinę.  Kobieta  pobiegła  za  nim,  gubiąc  po  drodze  sandały  i  rozrzucając  po  plecach  rdzawe  długie włosy.

Martyna,  niepomna  obecności  obcego  faceta  bezwiednie  wstała  i  czując  przez  skórę,  że  beczki stanowią poważny problem, podeszła do nich jak ćma frunąca bezmyślnie w stronę świeczki. Stanęła nad nimi i ujęła się pod boki przekrzywiając głowę. Beczki sprawiały wrażenie ciężkich, więc upłynnienie ich w pobliskich krzakach za sławojką graniczyło z cudem. Godząc się z porażką, Martyna nabrała powietrza w  płuca,  by  zażądać  natychmiastowej  teleportacji  na  łono  przyjaznego  statku  pełnego  zdradzieckich komputerów. Po chwili zmieniła zdanie, gdy poczuła ciepłą dłoń, która uścisnęła jej łokieć uspokajająco.

Odwróciła głowę  i ujrzała znajome ciepłe oczy. Nie miała pojęcia, gdzie wcześniej widziała  ich kojące błyski, ale instynktownie zaufała ich właścicielowi, który wskazał na beczki i uśmiechnął się złośliwie.

Martyna,  pozbywając  się  znamion  paniki,  zapatrzyła  się  w  nierówny  horyzont  rysujący  się za sławojką  i  w  mig  załapała  plan  wspólnika.  Zerknęła  na  niego  i  uciekając  od  magnetycznych  źrenic, kiwnęła potakująco głową. Facet  wystawił  obutą  w  prymitywny  prototyp  Sholla  stopę  i  z  całej  siły  kopnął  beczkę,  która potoczyła  się z  łoskotem po wzgórzu  i zniknęła za  sławojką. Martyna,  idą za  jego przykładem, zaczęła gorączkowo  strącać  beczki,  z  każdą  chwilą  umacniając  się  w  przekonaniu,  że  jeszcze  nie  wszystko stracone.  Jej  znajomy właśnie  kopnął  ostatnią  beczkę,  która  nieco  zboczyła  z  kursu  i  rozbiła  się  przed drzwiami  sławojki,  obryzgując  zawartością  wyłaniającego  się  z  przybytku  wujka  panny  młodej.  Typ parsknął z oburzeniem, po czym wtoczył się pomiędzy nogi pasącego się opodal osiołka i tuląc w ramionach pokaźny snopek siana zasnął, błogo pochrapując.

Martyna zerknęła triumfalnie na ogołocony plac i pytająco zerknęła na mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niej ciepło i wskazał zwałowisko beczek, chaotycznie ustawionych za plecami chrapiącego wuja i żującego spokojnie osiołka. Ramię w ramię ruszyli po beczki, które przetoczyli w kilka minut na środek dziedzińca. Słysząc harmider  i  łoskot stóp za plecami, wskoczyli za niosącą aromat galaktycznego wina sławojkę i przycupnęli bezszelestnie. Ziomuś właśnie dopadał do opłaconych uprzednio kartą kredytową ojca  beczek  i  radośnie  gestykulując  namawiał weselników,  by  podeszli  i  spróbowali  trunku. Kilkoro  z nich podeszło i fachowo podważając wieczko beczki, zaczerpnęło kubkiem z jej czeluści.

– Deszczówka! – powiedział ktoś z pretensją w głosie.

Jeden po drugim spluwali z obrzydzeniem na piasek i pukając się w głowę odchodzili do wnętrza budynku. Martyna  z  satysfakcją  zerknęła  na  Ziomusia,  który  niczego  nie  rozumiejąc,  stał  na  środku dziedzińca i pochmurnie wpatrywał się w beczki. Ruda Magdusia, przyczajona obłudnie przy jego boku, stała  równie  oniemiała  i  gadając  do  nadgarstka  lewej  dłoni,  ewidentnie  próbowała  nawiązać  kontakt  z bazą.

Nasza  bohaterka  spojrzała  na  nowego  znajomego  i  uśmiechnęła  się  do  jego  piwnych  oczu.

Wyławiając  z  lawiny  wydarzeń  nieuchronny  upływ  czasu  i  niepokój  związany  z  kolejnym  zwrotem historii, stanęła i pomachała na pożegnanie ręką do faceta.

– Zabierzcie mnie stąd! – nakazała komputerom.

W  chwili, w  której  jej  pośladki  pognały  ją w  kosmiczne  przestworza,  usłyszała  jeszcze  łagodny głos mężczyzny.

– Martyna! Ja… Dziękuję…

– Nie ma za co! – odparła nasza bohaterka, niosąc w pamięci badawcze spojrzenie piwnych oczu, które spoglądały nieco znajomo, choć był to zapewne zbieg okoliczności.

– Co nie ma za co? – skrzeknął Lewy.

– Gówno  cię  to  interesuje  –  warknęła  Martyna  i  z  niepokojem  spojrzała  jednocześnie  na wskazujący dwudziestą trzecią dziesięć zegar i na kompletnie wygaszone bebechy Środkowego. Coś  było  nie  tak  i  nie  chodziło  tylko  o  planowany  na  godzinę  zero  zero  wybuch  Ziemi.  Coś wybitnie  śmierdziało.  Martyna,  rozdarta  między  koniecznością  obejrzenia  audiotele, pragnieniem ratowania  świata  i  palącą  potrzebą  wpieprzenia  Środkowemu,  na  wszelki  wypadek  opadła  na  fotel  i zapatrzyła się w czarny i wrogi wszechświat ścielący się za szybami kokpitu. Wszystko było do dupy.

– Ty, Lewy!  – warknęła.  – Weź  no mi wyjaśnij,  dlaczego  na Ziemi  chce mi  się  jarać,  a  tu  nie?

Rozrzedzone  powietrze  czy  jak?  –  drążyła  nasza  zrezygnowana  bohaterka,  nie  znajdując  powodu,  by pytać zakłamaną kupę złomu o coś bardziej sensownego.

– To  nie  jest  kwestia  rozrzedzonego  powietrza,  tylko  raczej  problem  jego  zatrucia  –  powiedział cicho spokojny głos za jej plecami. – Młody kazał zainstalować na statku filtry, które nieustannie tłoczą nikotynę do atmosfery.

Martyna odwróciła się gwałtownie  i napotkała ciepłe spojrzenie brązowych oczu, które badawczo wpatrywały się na zmianę w nią i w komputery.

– Pppan Lucjan? – zająknął  się z niedowierzaniem Lewy. –  Jak miło znów pana gościć na  statku Raj 3.14! – dodał komputer entuzjastycznie.

– Zamknij się! – warknął Lucjan i skupił spojrzenie na naszej kompletnie zagubionej podróżniczce w czasie.

Nasza bohaterka podjęła daremną próbę przygładzenia skołtunionych włosów  i arystokratycznego zmarszczenia spalonego na Jamajce noska. Jedno jej wyszło:

Wstała  powoli  z  fotela  i  odnotowując  z  ulgą,  że  nie  zaplątała  się w  troczki  ściągające  nogawki bojówek,  podparła  się  niedbale  o  oparcie  siedziska,  wypinając  wystudiowanym  przed  lustrem  gestem całkiem zgrabną pierś.

Lucjan najwyraźniej podzielał jej wewnętrzne zachwyty  i  jego oczy prześlizgnęły się po sylwetce naszej  bohaterki.  Martyna  upajała  się  sekundą  romantycznej  pantomimy,  której  kryształowe piękno zburzył nieoczekiwany komentarz.

– Z  twoim  kręgosłupem  wszystko  w  porządku?  –  zapytał  troskliwie  przybysz.  –  No  wiesz, nadźwigaliśmy się trochę te dwa tysiące lat temu.

– Tak! – parsknęła Martyna. – A co?

– A no nic – wycofał się Lucjan.

– Ekhm! –  rozległo  się za plecami Martyny. – Państwo pozwolą, że wtrącę  się na  sekundkę. Nie chciałbym  przeszkadzać,  ale  za  mniej  więcej  pół  godziny  meteoryty  dosięgną  Ziemi,  więc w tej sytuacji…

– Zamknij się, matole! – powiedział Lucjan, a Martyna zerknęła z podziwem na intruza, który tak zgrabnie podsumował to, co jej w duszy grało.

– One od początku coś kręciły – powiedziała z przekonaniem nasza niedoszła psycholożka.

– One tylko realizują program – powiedział Pan Brązowe Oczy, machając z lekceważeniem ręką. Martyna zapatrzyła się jak cielę w profil jego twarzy, gdy pochylił się nad Środkowym i próbując przywołać go klawiaturą, podpierał  lewą ręką niedogolony podbródek. Jej romantyzm uleciał po chwili, jak zwijające się przed burzą motyle.

– No i co teraz? – zadała wyjątkowo ciężkie pytanie.

– No teraz to musimy sobie porozmawiać. – odparł Lucjan poważnie.

– Nie mamy czasu! – zaprotestowała Martyna.

– Znajdzie się – rzucił spokojnie jej rozmówca.

  • Joanna t-d

    Ja się nie zgadzam, żeby się w tym miejscu skończyło.

    Nie i …już!

    i znowu będę czekać 😛

  • Jagna Rolska

    Czekaj :) Wkrótce kontynuacja :)

Comments are closed.