Martyna 12

Martyna 12

image_pdfimage_print

Rozdział 12

W którym wreszcie dowiemy się, o co w tym, kuźwa, chodzi i w którym Martyna musi podjąć decyzję przerastającą jej możliwości pojmowania

Lucjan uśmiechnął  się uprzejmie do Martyny  i gestem wskazał  jej drzwi. Zeszli  razem po  schodach do salonu, gdzie nasza bohaterka jak automat skierowała się do lodówki, z której wyjęła dwa zimne Leszki.

Podeszła powoli do siedzącego na kanapie pana Lucjana  i nie chcąc zaburzać czekającej  ich pogawędki nadmierną bliskością, przycupnęła na skraju ławy, jednocześnie wyciągając w stronę gościa uzbrojoną w puszkę rękę.

– Audiotele  jeszcze  się  chyba  nie  zaczęło  –  zagaił  Lucjan,  otwierając  z  głośnym  pstryknięciem browarek.

– Chyba  jeszcze  nie. Magdusia  zapowiadała  na  dwudziestą  trzecia  pięćdziesiąt  –  odezwała  się apatycznie Martyna, z trudem otwierając piwo.

– Co robimy? – zapytał jej gość.

– Kurde, myślałam, że ty masz jakiś plan! – powiedziała nerwowo nasza piwoszka.

– No,  powiem  szczerze,  że  to  ciebie  tu  sprowadziłem,  żebyś myślała, bo  to  nigdy  nie  była moja mocna strona – wyznał otwarcie Lucjan.

– Mnie? – zarechotała Martyna. – No to chyba coś ci się pomyliło.

– Nie! To jest przemyślana od stuleci operacja! – oświadczył z przekonaniem Lucek.

– Ja mam  zaledwie  trzydzieści  lat  –  odparła  z  godnością Martyna  i  nerwowo  zerknęła  na  ekran telewizora, w którym migały jedna za drugą reklamy.

– Ja się zagubiłem w czasie, wiesz? – westchnął nagle płaczliwie.

Martyna  pociągnęła  ostro  z  puszeczki  i  uznała,  że  jeśli  ktokolwiek ma  tu  być  facetem  i  podjąć racjonalne  decyzje,  to  jest  to  wyłącznie  jej  skromna,  lekko  sfatygowana  osoba.  Zerknęła  z niekontrolowaną czułością na zagubionego Lucjana i podjęła męską decyzję, która wypłynęła znienacka z czeluści jej całkiem zgrabnego kobiecego ciała.

– Siedź  na  dupie  i  nie  waż  się  ruszyć!  –  zażądała  nad  wyraz  przytomnie.–  Będziesz  teraz odpowiadał na moje pytania!

– No dobrze, ale czy to uratuje moją misję? – zapytał trwożliwie Lucek.

– Tego się zaraz dowiemy! – stwierdziła uroczyście Martyna i przywołując z zamierzchłych czasów psychotesty z Bravo Girl, skupiła wszelkie myśli i metody poznawcze na przypadku Lucjana.

– Na czym polega twoja misja? – zapytała groźnie.

– Chodzi o to, żeby Ziemia wróciła do normalności – wyrecytował spolegliwie jej rozmówca.

– Zdefiniuj pojęcie „powrót Ziemi do normalności”.

– No nie wiesz? –  zniecierpliwił  się Lucjan. – Chodzi o  to,  żeby przywrócić  stan planety  sprzed

czasu, zanim Szef postanowił, że Młody będzie pisał o niej pracę dyplomową.

– Kiedy syn Szefa zaczął pisać pracę dyplomową? – dociekała Martyna.

– No…  to  było  jakoś  po  tym,  gdy  Szef  się  wkurzył,  że  jego  córki  takie  wykształcone  są,  a najmłodszy syn nadaje się tylko na prezentera pogody – odparł szczerze Lucek.

– Konkretnie! Jak  to się ma czasowo do wizyty Adama  i Ewy w Raj 3.14? – drążyła  temat nasza

esesmanka.

– No nie pamiętam dokładnie! – sapnął jej gość, pociągając nerwowo z puszeczki.

– Konkrety mnie interesują! – ryknęła Martyna.

– No więc,  jakby  się  tak  zastanowić,  to  było  jakoś w  pierwszym miesiącu,  gdy  Szef  powierzył Młodemu  statek  i  Ziemię.  Parę  dni  później  zgarnęli  Szefa  do  szpitala  i wszystko wymknęło  się  spod kontroli.

– Kim jest Magdusia? – warknęła Martyna.

– No  nie wiesz?  –  zarechotał  Lucek.  – Magdusia  to  najstarsza  i  totalnie  porąbana  córka  Szefa. Wymyśliła  sobie,  że  skoro Szef  jest w  szpitalu,  to ona  przejmie F.I.U.TE.K.  i usadzi  resztę  rodziny w domowym areszcie na Kunta-Kinte.

– Kunta-Kinte? – wtrąciła nieprofesjonalnie zaskoczona Martyna.

– No, znaczy główna planeta Układu. Z tego, co wiem, to nikt oprócz rodziny i obsługi nie ma tam

wstępu – wyjaśnił uprzejmie brązowooki.

– Dlaczego tak ważne było wywalenie beczek z winem i dlaczego się ujawniłeś? Skąd znałeś moje

imię? – walnęła z grubej rury Martyna.

– No,  wywalenie  beczek  było  drugim  i  ostatnim  etapem  zamazania  brzemiennej  w  skutki działalności Młodego.  Pokazałem  się  tylko  dlatego,  że  zawaliłem  tam  sprawę  wiele  setek  lat  temu  i musiałem naprawić sytuację. Znałem twoje imię ze szkoły –odpowiadał karnie i po kolei Lucjan.

– Dlaczego  to  był  drugi  etap  i  dlaczego  trzeba  było  zamazać  działalność  Ziomusia?  –  zapytała Martyna, tłumiąc palącą potrzebę przejścia do ostatniego pytania.

– Czas nam ucieka! – rzucił Lucek i zapatrzył się w gasnącą końcówkę reklamy proszku do prania.

– Możemy  się  przecież  cofnąć  nieco  i  kontynuować  rozmowę  –  odparła  niefrasobliwie  nasza ekspertka od spraw paradoksów czasowych.

– Nie możemy, chyba że chcesz zobaczyć samą siebie wyciągającą dla nas browar z lodówki i paść na zawał – zasugerował pogodnie jej rozmówca.

– No  dobra,  skoro  się  nie  da,  to  odpowiadaj  na  pytania!  –  warknęła  zawiedziona  Ziemianka.– Dlaczego to był drugi etap? I dlaczego trzeba było ukręcić Ziomusia? – dodała ponaglającym tonem.

– No więc Młody od dawna kręcił się na Ziemi i kombinował, jak się tu dowartościować. Raz mu przeszkodziłaś  i mieliśmy  nadzieję,  że  odmieniłaś  tym  bieg  historii.  Sam  ustawiałem  komputery  na  tę misję! – powiedział chełpliwie Lucek.

– Dobra, powiedzmy, że misja się powiodła, a co z drugą?– powiedziała szybko Martyna.

– Młody  sobie  wykombinował,  że  długo  go  na  Ziemi  popamiętają,  więc  wymyślił  ten  numer z winem. – Lucek wzruszył ramionami. – Za pierwszym razem nie udało mi się go upilnować i cała Ziemia pogrążyła się w dziwacznej manii.

– Jak to za pierwszym razem? –zbaraniała Martyna.

– No…  ja  sam  tego dokładnie nie wiem. Z  filmów pamiętam, że nie można  się pokazać  samemu sobie,  ale  akurat  z  tym  nie  było  żadnego  problemu,  bo  za  pierwszym  razem wpadłem  pod  stół,  zanim wesele  na  dobre  się  zaczęło.  Nawet  nie  wiedziałem,  że  Magdusia  się  tam  pojawiła.  Wróciłem  i schowałem  się  za  krzakami.  Trochę  się  zdziwiłem,  jak  zobaczyłem,  że  siedzisz  za  sławojką,  ale  te podróże  w  czasie  już  dawno  mnie  przerosły,  więc  olałem  sprawę.  Pilnowałem  tylko,  żebym  się  nie podniósł spod stołu.

– Który z ciebie stał za krzesłem w sali weselnej? – zapytała skołowana Martyna.

– Ja!  – wrzasnął  entuzjastycznie Lucek.  – To  znaczy  ten  ja,  którego  tu widzisz. Tamtego Lucka kopałem dyskretnie sandałem po głowie, gdy chciał się podnieść – dodał z dumą.

– Kurde! – westchnęła z podziwem Martyna i rzuciła, przytomniejąc. – No dobra, to już wiem, jak zawaliłeś sprawę, ale jesteś mi jeszcze winien odpowiedź na pytanie, skąd znasz moje imię.

– No co ty? – zaćwierkał samiec. – Nie poznajesz mnie?

– No  poznaję!  –  przyznała  rzeczowo  nasza  bohaterka.  – Choć muszę  przyznać,  że w  cywilnych ciuchach wyglądasz lepiej niż w tej złotej szacie.

– Martyna! – zawołał zaszokowany facet. – Ty nie wiesz kim ja jestem?

– No  Lucjanem,  a  kim  innym?  –  odparowała  zniecierpliwiona Martyna,  zerkając  dyskretnie na ekran, na którym właśnie zaczynało się audiotele.

– Martyna!  –  powtórzył  facet.  – Myślisz,  że  ja  bym  tak  sobie wpadał  na  twój balkon  i w  ogóle, jakbym Cię wcześniej nie znał?

– No myślałam, że syn Szefa kazał i w ogóle…– wymamrotała nieskładnie.

– Pogięło cię? On nie ma pojęcia o twoim istnieniu… I bardzo dobrze!

– No więc skąd się znamy? – naparła niecierpliwie Martyna.

Lucek  wyciągnął  z  kieszeni  małe  etui,  z  którego  przesadnie  powolnym  gestem  wydłubał  parę okularów i nasadził ją sobie na nos. Przyczesał na bok niesforne włosy i wpił ufne spojrzenie w Martynę.

Nasza bohaterka zesztywniała w niedowierzaniu i przetarła znużonym gestem wilgotne czoło.

– Daruś? – wyjąkała z wahaniem.

– To ja! – szepnął cicho uzbrojony w dziecięce okularki Lucjan.

Nad salonem wirowała zagadkowa cisza, w którą z upiornym bzyczeniem wciął się rozchichotany

głos rudej Magdusi. Właśnie zaczynało się audiotele.

– Lucek? – zagaiła Martyna.

– No? – mruknął Daruś.

– A  powiedz  mi  jeszcze  o  co  chodziło  z  tymi  dziełami  sztuki?  –  szepnęła  niewinnie  nasza bohaterka.

– A  to  taka  zasłona  dymna  – machnął  ręką  Lucek.  – Magdusia  chciała wyciągnąć maksymalne profity z upadku D.U.P.A. i nagłośniła w mediach aferę z kradzieżą.

– Komputery  powiedziały,  że misje mają  na  celu wzbogacenie  kolekcji  –  rzuciła  z  pretensją w głosie Martyna.

– No  i w  sumie miały  rację  –  zadumał  się Daruś.  –  Po wymazaniu  śladów  obecności Młodego okazało się, że planeta eksplodowała milionem niesamowitych dzieł sztuki. Magdusia postanowiła, że w obliczu zbliżającej się zagłady można na tym zrobić znakomity interes. No wiesz… najlepiej sprzedają się dzieła nieboszczyka.

– To znaczy, że meteoryty to jej robota? – poderwała się na równe nogi Martyna.

– No co ty? – roześmiał się Lucek.

– No to czyja?

– Nie wiem. Kosmosu? A może nie…

– A matka? – zapytała dociekliwie nasza bohaterka.

– Co matka? – zdziwił się Lucek.

– No, na weselu cały czas gadaliście o matce Ziomusia, która załatwiła wino na imprezę.

– A daj  se  spokój! To  tylko przykrywka zmontowana na potrzeby  Janka, czyli wścibskiego pana młodego. Magdusia opłaciła kobiecinę ze wsi i dała jej kasę na trunki. Dodatkowo kobieta zaświadczyła, że Młody jest jej synem, i szafa grała.

– Dlaczego akurat to wesele? – zapytała Martyna.

– A co za różnica? – wzruszył ramionami Lucjan. – Tak wyszło. A potem trzeba było tam wrócić, żeby skasować efekty knowań Magdusi.

– To wszystko jej robota! – wygłosiła odkrywczo Martyna.

– No pewnie, a czyja? – powiedział Daruś. – Rude jest wredne!

Na ekranie pojawiła  się uśmiechnięta  złowieszczo Magdusia. Martyna z nieukrywaną  satysfakcją dopatrzyła  się mikroskopijnych  zmarszczek,  które  oplatały  jej  fałszywą  gębę. Nieświadoma wnikliwej obserwacji,  ruda  klasnęła  w  dłonie  i  uciekła  do  mniejszego  okienka,  zdominowanego  satelitarnym przekazem obrazu Błękitnej Planety kręcącej się majestatycznie i nieświadomie na tle czarnej przestrzeni.

– Szanowni  państwo,  niech  was  nie  zwiedzie  pozorny  spokój  w  tym  zakątku  świata!–  zagaiła radośnie Magdusia. – Za chwilę rozpęta się tu piekło, ale zanim to nastąpi, chciałam państwa zachęcić do udziału w naszym kosmicznym audiotele. Przypominam, że pytanie brzmiało:

Proszę powiedzieć, jak nazywa się gwiazda Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

– Jest mi niezmiernie miło poinformować państwa, że do przewidywanej puli i pamiątkowych zdjęć dorzuciliśmy  jeszcze kilka niesamowicie cennych obrazów, pochodzących z planety, która dokładnie za dwanaście minut ulegnie zniszczeniu! – dodała Magdusia, uśmiechając się profesjonalnie.

– Lucek?

– No? – mruknął Daruś.

– A co ty robiłeś w mojej szkole? – zapytała kompletnie bez związku z audiotele Martyna.

– No a co mogłem tam robić? – odparł zdumiony Lucek. – Chowałem się przed mackami rodziny Szefa.  Moja  organizacja  zadołowała  mnie  w  najbardziej  przerąbanym  miejscu  we wszechświecie  z nadzieją, że tam mnie nie dorwą.

– Organizacja?

– No wiesz, zwalczamy reżim Szefa. Obecnie z podziemia – oznajmił z dumą Lucek.

– A jednak Magdusia cię tam dorwała – podsumowała Martyna.

– I tak, i nie! Wyczaiła mnie, to fakt, ale nie mogła się zdekonspirować, więc dociągnęliśmy jakoś do ósmej klasy. A gdy poznałem Ciebie… – zacukał się brązowooki.

– To co?

– No więc pozmieniały mi  się priorytety  i  zamiast działać dla podziemia,  zacząłem kombinować jak ocalić Ziemię – odpowiedział miękko Lucek.

– I co wykombinowałeś? – zapytała uprzejmie Martyna.

– Nic – przyznał ze skruchą Daruś.

Na  ekranie  wyginała  się  wdzięcznie  ruda  małpa  i  entuzjastycznie  wskazywała  na  czerwone punkciki zbliżające  się do granic układu, którego nazwa  stanowiła meritum audiotele. Martyna wstała  i bezgłośnie zapłakała. Przed oczami stanął jej samochód Boratyńskiego, pieszczotliwie głaskany woskiem w każdą sobotę. Łzy już ciurkiem płynęły po jej spalonych słońcem Jamajki policzkach, gdy wyobraziła sobie  udręczonego  życiem  Szalińskiego  i  jego  niebiblijnego  judasza  oraz  rozwrzeszczane  bliźniaki. Ocierając  wilgoć  z  twarzy,  przypomniała  sobie  panią  Alę  z  warzywniaka  i  urocze  ekspedientki  ze spożywczego,  które  zawsze  pokazywały  jej  puszeczki  z  najświeższą  datą. Z  rozpędu  poświęciła  nawet ciepłe myśli francuskiej siostrze zakonnej, która była jej sąsiadką z piętra. Jej serce ścisnęła taka żałość, że  roztkliwiła  się  nad  „barankiem”  i  członkami  rządu.  Przed  oczami  stanął  jej  prezydent,  tak władczo przemawiający podczas orędzia noworocznego. Nawet jego było Martynie obecnie żal.

Ostatnia myśl zelektryzowała naszą bohaterkę  i wpijając wzrok w ekran ustaliła, że do zderzenia zostało  jeszcze  osiem minut. Zerknęła  na Lucjana,  który  schował  twarz w  dłoniach  i  zaczynał właśnie przeżywać zawodową porażkę.

– Siedź tu i czekaj na mnie. Pomysł mam! – wrzasnęła Martyna i pokłusowała do kokpitu.

 

Martyna  otworzyła  z  trzaskiem  drzwi  do  dziupli  komputerów  i  nie  zważając  na  ich  pogrążone  w spoczynku monitory, wrzasnęła do Lewego:

– Szykuj lot!

Lewy ocknął się z błogiego letargu i zamrugał z zaskoczeniem diodami. Środkowy kompletnie olał wtargnięcie Martyny.

– Zanim polecę, to mi jeszcze powiedz, dlaczego zawsze, gdy gdzieś lecę, to o taki sam czas, jaki spędzę na Ziemi, posuwa  się czas  tutaj? W  filmach  inaczej było!  –  zapytała podenerwowanym  głosem nasza podróżniczka w czasie.

– No właściwie  to mogłabyś wracać  do  tego  samego momentu,  ale  Środkowy  ustalił,  że  łatwiej będzie, jeśli czas będzie biegł paralelnie – odparł znużony Lewy.

– Aha! Znaczy  inaczej nie umie! – podsumowała Martyna. – To  teraz zmień  to  szybko, bo mam interes na Ziemi i zamierzam wrócić zanim skończy się audiotele.

– Tak się nie da! – powiedział ze zgrozą Lewy. – Środkowy źle się czuje, więc nie zmieni ustawień. Ja mogę cię wysłać, gdzie chcesz, ale wrócisz dokładnie po takim czasie, jaki spędzisz na Ziemi.

– No  dobra!  –  westchnęła  Martyna  zerkając  z  ukosa  na  uśpionego  Środkowego.  Czuła,  że  to element spisku mający na celu nieodwracalne przesunięcie czasu na Raj 3.14, ale uznała, że nie pora teraz dociekać,  kto  tu  sieje  dywersję.  – Wysyłaj mnie  natychmiast: miejsce Warszawa, gabinet prezydenta.

– Służę uprzejmie! – odpowiedział słodko Lewy i zaszumiał z wysiłkiem.

Martyna  ugięła  nogi  i  zaciskając  mocno  pięści,  czekała  na  transfer.  Po  chwili  ze  znajomym mrowieniem  pośladków  poderwała  się  w  niebyt,  by  dosłownie  po  kilku  sekundach  opaść  na  miękki czerwony dywan.

– Aaaaaaa!– wrzasnął jakiś spanikowany głos.

– Aaaaaaa!  –  nie  pozostała  dłużna  Martyna.  Po  chwili  jednak  zamknęła  jadaczkę  i  parsknęła niepohamowanym śmiechem. Najbardziej szacowna persona kraju siedziała na fotelu i wybałuszała oczy, jak nie przymierzając namiestnik SigmaPi po wetknięciu rurki.

– Dobra! Wyluzuj! – powiedziała pojednawczo Martyna. – Nic ci nie zrobię. Przyleciałam tylko na dwie minutki, żeby powiedzieć coś bardzo ważnego.

– Jak  się  tu  dostałaś?  –  zapytał  obrażonym  głosem  namiestnik  macierzystego  kraju  naszej bohaterki. – O matko, a co za różnica? Słuchaj lepiej, co mam do powiedzenia, a nie głupotami sobie będziesz dupę zawracać.

– Ej  no!  Grzeczniej!  Grzeczniej  no!  Do  prezydenta  mówisz!  –oburzył  się  prezydent  i  opuścił podkurczone nogi, wygładzając z godnością kanty nogawek.

– No dobra! To przepraszam cię prezydencie i w ogóle – zaszemrała ugodowo Martyna.

– No! – sapnął z satysfakcją namiestnik skrawka Ziemi.

– Słuchaj, nie ma czasu na pierdoły, bo za sześć i pół minuty burza meteorytów zmiecie Ziemię z mapy układu D.U.P.A. – zaczęła dyplomatycznie Martyna.

– Dupa? Dupa?! – wrzasnął rozsierdzony prezydent.– Jak śmiesz? Tu i pod tym obrazem? – dodał zgorszony i wykonał wymowny gest w stronę wizerunku okutanej w niebieskie szaty handlarki wina.

– Dość! – ryknęła Martyna i dodała: – Bo zadzwonię do mamy!

Prezydent  skulił  się  w  wyćwiczonym  od  dnia  ślubu  odruchu  i  zareagował  bezbłędnie,  jak zaprogramowany na kryzysową sytuację samiec.

– No  już dobrze, dobrze!  Ja wszystko  rozumiem  i  też cię kocham! – wyznał  skruszony, po czym potrząsnął głową, starając się odwrócić zwodniczy tok myśli. Zapowietrzył się na momencik i wrzasnął. – A co pani tu robi? Ja wołam ochronę, i to natychmiast!

– Zamknij  się w  końcu  i  posłuchaj!  –  syknęła wnerwiona Martyna.  –  Za  niespełna  sześć minut mojego czasu Ziemia pieprznie i rozsypie się w pył. Według twojego czasu to będzie za pięć lat. Nadciąga stado meteorytów. Zamiast zajmować  się głupotami, zwołaj kolesiów prezydentów  i coś z  tym zróbcie. No  nie  wiem…  Jakieś  rakiety  trzeba  przygotować  czy  co?  Jeśli  nic  nie  zrobisz,  to  walnie,  pizdnie  i Belwederek zmiecie, kumasz dziadziu? – wrzasnęła nasza dyplomatka.

Prezydent  wpatrywał  się  w  Martynę  osłupiałym  wzrokiem.  Najwyraźniej  nie  był  zdolny  do wykonania sensownego ruchu, że o spójnej myśli nawet nie wspominając.

– Pamiętaj! Jak nic z  tym nie zrobisz,  to wszystko walnie,  rozumiesz?  – powiedziała cicho nasza zbawicielka świata. – Dostałeś przekaz z Raju i tego się trzymaj. I jeszcze jedno! – powiedziała mściwie nasza  świeżo  mianowana  ekspertka  historyczna.  –  Zdejmij  no  tę  handlarkę  win  ze  ściany,  bo  się F.I.U.T.E.K. z nas śmieje! Zabierzcie mnie natychmiast! – krzyknęła kierując wzrok w sufit gabinetu.

– Tak!  Zabierzcie  ją  z  stąd!  –  krzyknął  z  ulgą  prezydent,  tyle  że  spoglądał  z  nadzieją w  drzwi wejściowe,  kompletnie  nie  przyjmując  do wiadomości  zagadkowego  syknięcia,  które wtajemniczonym obwieszczało początek procesu teleportacji.

– Pamiętaj!  –  krzyknęła  jeszcze  na  odchodnym  Martyna  –  Masz  pięć  lat,  a  potem  wszystko pieprznie!

Prezydent patrzył oniemiały i próbował odnaleźć zarys sylwetki histeryzującej baby w kłębie dymu pełgającym po czerwonym i wyjątkowo miękkim dywanie.

– Mara  jakaś? – powiedział cicho. – Albo opozycja kombinuje! – dodał z satysfakcją  i zwracając ufne spojrzenie na handlarkę win, postanowił napisać raport.

Martyna  w  tym  czasie  wylądowała  w  kokpicie  i  naprędce masując  zdrętwiałe  pośladki,  rzuciła okiem na zegar. Uświadomiła sobie, że audiotele powinno się już kończyć i że najdalej za cztery minuty nastąpi triumfalny kontratak z Ziemi. Nie zaszczycając komputerów nawet przelotnym spojrzeniem, nasza ratowniczka  świata  pobiegła  przez  sypialnię  do  szczytu  kręconych  schodów  i  w  oczywisty  sposób ignorując potrzeby fizjologiczne, rzuciła się w lewo, po zaledwie kilku sekundach dopadając do kanapy, telewizora i załamanego Darusia.

– Lucek? – zapytała łagodnie. – Co się działo, jak mnie nie było?

– Nic!– odparł naburmuszony Daruś. – Reklamy leciały, a teraz wylazła ta ruda małpa i mówi, że zaraz zaczną się prawdziwe emocje.

– Nie  bój  nic!  –powiedziała  z  mocą  Martyna.  –  Będzie  dobrze!  Zobaczysz!  –  I  pokłusowała biegiem do lodówki po dwa piwka.

Mościła się właśnie wygodnie na kanapie obok Lucka i zaczynała koncentrować na słowach podłej Magdusi, gdy jej kumpel, wiercąc się nerwowo, rzucił oskarżycielskim tonem:

– Gdzie byłaś?

– Cicho! Na miasto musiałam skoczyć. Sprawę miałam do załatwienia.

– Ta! Sprawę! – obraził się Lucjan. – Nie jesteś ze mną szczera, wiesz?

– No co ty? – zadrwiła nasza niedoszła psycholożka, solennie sobie obiecując, że nigdy nie wyjdzie za mąż.

Magdusia  na  ekranie  zaczęła  podskakiwać  i  klaskać  w  dłonie.  Jej  twarz  okrywał  niezdrowy rumieniec  podniecenia.  Pokazywała  paluchem  ekran,  na  którym  czerwone  punkciki  właśnie dopadały stadem  majestatycznie  spokojną  Błękitną  Planetę. Martyna  wzruszyła  tylko  ramionami  i  pociągnęła  z puszeczki.

– Martyna! – wrzasnął Lucek. – Ja nie mogę na to patrzeć!

– Będzie dobrze! – powiedziała pokrzepiająco Martyna i poklepała go zdawkowo po plecach.

Magdusia wyszczerzyła się do kamery i nadal wskazywała ręką na przedmiot swojego audiotele.

– Na  kilka  sekund  przed  zderzeniem  koniecznie muszę  powiedzieć  państwu,  że wyłoniliśmy  już zwycięzcę. Wyniki podamy oczywiście po eksplozji i po krótkiej przerwie na reklamy.

– Wal się na ryj! – wrzasnęła Martyna i odnajdując rękę Lucjana, wpiła wzrok w ekran.

Czerwone  punkciki  opadły  Ziemię  i  nie  czekając  na  zaproszenie, wpiły  się w  jej  powierzchnię. Błękitna  Planeta  protestowała  przez  chwilę,  by  wreszcie  zakołysać  się  w  posadach  i  eksplodować  z przeraźliwie jasnym blaskiem.

– Nie  muszą  się  państwo  obawiać  żadnych  niedogodności  związanych  z  toksynami  i  pyłami  – powiedziała  uradowana Magdusia.  –  Ta  planeta  jest  bardzo  odległa  od  cywilizacji.  I  teraz  już  mogę powiedzieć, że jej nazwa, a zarazem klucz do wygrania stu  tysięcy dinarów, brzmi: Ziemia!!!! Zaraz po przerwie dowiedzą  się państwo, kto  jest  szczęśliwcem, który dzisiaj otrzyma  główną nagrodę. Nie odchodźcie od odbiorników!

Rozpromienioną  twarz  Magdusi  zastąpiła  plansza  rozpoczynającą  reklamy.  Lucjan  opuścił bezradnie rękę, w której trzymał pilota i pozwalając wybuchnąć głupawym ofertom handlowym, skurczył się w sobie i zamknął oczy.

  • Joanna t-d

    Twoja doskonała Martynka wprawia nie w lepszy nastój niż własna porterówka, nawet schłodzona.

    • Jagna Rolska

      Niby dresiara przygłupia, ale okazuje się że swój rozum ma 😀

Comments are closed.