Martyna 14


Rozdział 14

W którym Martyna musi coś zrobić z nadmiarem Lucjanów

Sapiąc  ze  złości,  nasza  bohaterka wygramoliła  się  niezgrabnie  na  brzeg  basenu  i  podjęła  beznadziejną próbę  wyżęcia  spodni  bez  zdejmowania  ich  z  tyłka.  Stojąc  w  lekkim  rozkroku  na  chłodnym  piasku, otrząsnęła  się  jak  kotka,  po  czym  przechyliła  lekko  głowę  w  lewą  stronę  i  zaczęła  wyciskać  wodę  z włosów. Wpatrywała  się  jednocześnie w upojonego Lucjana, który  subtelnie pochrapywał na  leżaczku.

Nietypowy  kąt  spojrzenia  uświadomił  Martynie,  że  Lucjan  chyba  nie  jest  Lucjanem.  Tuż  pod linią podbródka  śpiącego  znajdował  się  pieprzyk,  którego,  co  nasza  bystra  obserwatorka mogłaby  przysiąc, nigdy  wcześniej  Lucjan  nie miał. Martyna  podeszła  cicho  i  z  zadumą studiowała  rysy  twarzy  faceta, będące  lustrzanym  odbiciem  znanego  jej  Lucjana  czy  też  Darusia. Wszystko,  oprócz  pieprzyka,  było znajome  i  prawdziwe,  a  jednak  zdawało  się  kompletnie  obce. Martyna  nie wiedziała,  na  czym  polega różnica, i opierała się wyłącznie na swoim babskim niezawodnym instynkcie. Lowelas chrapał bezbronnie i przez  sen drapał się z  lubością po  tyłku. Nasza zdezorientowana bohaterka wycofała  się na palcach w stronę tarasu i wchodząc cichutko po marmurowych schodkach, zerknęła w głąb salonu, gdzie rozwalony na kanapie spał drugi nawalony Lucjan.

– Mięczaki! – wysyczała pogardliwie Martyna  i bezszelestnie przedostała  się w  rejon piwodajnej lodóweczki.

Tłumiąc  rękawem  trzask  odrywanej  zawleczki,  nasza  niezłomna  piwoszka  przysiadła  na kuchennym stołku i oddała się przemyśleniom.

Przemyślenia Martyny

Jest źle. Jest bardzo źle i właściwie to chyba nawet tragicznie! Zgodnie z moimi obliczeniami piwa  wystarczy  na  tydzień.  A  co  potem?  Jak  żyć?  Zapasy  wystarczą  od  biedy  na  dwa tygodnie,  jeśli pozbędę  się  jednego  z Lucjanów. Byłoby  lepiej pozbyć  się obydwóch, wtedy browar skończyłby się najwcześniej za dwadzieścia dni, ale jeden z Lucjanów będzie jeszcze potrzebny. Tylko który jest prawdziwy? A jeśli obydwaj są prawdziwi? A jeśli nie? Co to za posrane  życie? Nikomu ufać nie można. Jeden chleje moje browary, drugi pali moją  fajkę, jeden z nich zrobił mnie w konia w podstawówce, a drugi udaje zakochanego, by po chwili opowiadać o małżonce. A co z Ziemią? Eksplodowała i już? Wszystko to jakieś do dupy jest i nie wiadomo, komu i w co wierzyć!

Martyna zerknęła spode łba na uśpionego Lucjana numer jeden i podjęła męską decyzję. Pociągając obficie z puszeczki, zsunęła się ze stołka i powoli podeszła do kanapy. Wpatrywała się przez chwilkę w strużynę  śliny  znaczącej  niedogoloną męską  brodę,  po  czym  chwyciła  śpiącego  za  ramię  i  gwałtownie potrząsnęła.  Lucjan wciągnął  ze  świstem  powietrze,  które  następnie  gwałtownie wypuścił,  co  zupełnie zgrabnie zsynchronizowało się z jego siarczystym upustem gazów. Facet otworzył szeroko oczy i łzawiąc własnym  odorem  przymrużył  je  szybciutko,  a  fragment  uwięzionych  zaciekawieniem  źrenic  wpił badawczo  w naszą brutalną zegarynkę.

– Co jest, w mordę? – wybełkotał pijany snem.

– Jesteś prawdziwym Lucjanem czy fałszywym? – zapytała z kliniczną obojętnością Martyna.

– Że co?

– A  to, właśnie  to! – wrzasnęła nasza bohaterka.  – Ty  tu  śpisz  i masz wszystko w dupie,  a koło basenu śpi drugi Lucjan, więc zastanawiam się… – dodała słodziutko – który z was urwał się z bajki i jaki był jej tytuł!

Lucjan poderwał  się  na  równe  nogi,  jakby mu  pełną  prądu  rurkę w  tyłek wsadzili. Chwiejąc  się lekko,  utkwił  spojrzenie  mętnych,  choć  nadal  intensywnie  brązowych  oczu  w  Martynie  i  z niedowierzaniem przetwarzał w oklejonym watą mózgu sensacje ostatnich godzin.

– Drugi Lucjan? – zapytał głupawo. – Jesteś pewna, że on to ja?

– Nie,  kuźwa!  – wysyczała  nasza wnerwiona Ziemianka.  – Waham  się,  bo być może  to  ja  sama chrapię na  leżaku przy basenie  i drapiąc  się po zarośniętej brodzie, mamroczę przez  sen  imię małżonki sprzed  tysiąca lat. „Andżelika, Andżelika, kochanie!” – dodała, imitując chrapliwy, upojony zielem głos fałszywego Lucjana.

– No to ładnie… – powiedział zrezygnowany Lucjan i zwiesił ciężki łeb

– Co ładnie? – rozsierdziła się Martyna – Chodź i zobacz swoje totalnie nawalone wcielenie. Może po tym w końcu powiesz mi, o co tu, do jasnej cholery, chodzi!

Lucjan  uśmiechnął  się  promiennie  do  naszej  totalnie wkurzonej  bohaterki  i  próbując  oponować, uciekł  się do najstarszej męskiej  sztuczki. Podszedł powoli,  choć  chybotliwie do Martyny  i położył  jej dłonie  na  ramionach,  po  czym  zatopił  rozbiegane  źrenice  w  jej  iskrzącym  złością  spojrzeniu.  Jego łagodny,  ale  niewątpliwie  nieco  kpiący  uśmiech w  założeniu miał  rozbroić  otumanioną  babeczkę,  lecz przyniósł zgoła odmienny efekt.

– Czego rżysz, debilu? – zapytała rzeczowo Martyna, strząsając z ramion lepką służalczość dłoni. Lucjan cofnął łapska i zmieszany podrapał się po rozczochranej łepetynie. Nie bardzo wiedząc, czy powinien zamilknąć czy na gwałt szukać błyskotliwiej riposty w głębi otumanionego mózgu, na wszelki wypadek wyszczerzył zęby w udanej imitacji reklamy pasty do zębów i zamarł w oczekiwaniu.

– Chodź! – powiedziała stanowczo Martyna i pociągnęła stojącego jak świeczka Lucjana w stronę nocnych szmerów dochodzących z tarasu.

Czas  był  najwyższy:  fałszywy  Lucjan  właśnie  gramolił  się,  stękając,  brutalnie  obudzony gwałtownym zderzeniem z chłodnym piaskiem.

– Wstawaj, debilu! – powiedziała, przeżywając  swoiste déjà vu nasza  skołowana Ziemianka,  i na wszelki wypadek trąciła bark faceta upiaszczoną stopą. – Ktoś przyszedł do ciebie w odwiedziny – dodała złowieszczo i zerknęła z nietajoną radością w stronę prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy  Lucjan  podszedł  niepewnie  do  swojego  fałszywego  wcielenia  i  skuliwszy  skołataną łepetynę  w  ściągaczu  szmaragdowego  swetra,  spoglądał  trwożliwie  raz  na  zapitego  klona,  a raz  na rozsierdzoną Martynę. Fałszywy Lucjan otworzył  tymczasem zapuchnięte oczy  i ogniskował  spojrzenie na kształtnej stopie Martyny, która przed chwilą wytrąciła go z błogiego letargu.

– Śliczności!  –  powiedział  nieco  bełkotliwie,  po  czym  wpił  pazerne  spojrzenie  w  jej  cycki, szczelnie oklejone wilgotną wciąż bluzką.

– Zamknij  się!  –  wrzasnął  Lucjan  numer  jeden  i  gestem  posiadacza  przyciągnął  Martynę  do swojego boku.

Ta uwolniła się jednak natychmiast i odskoczyła jak oparzona.

– Łapy przy sobie, bracie! – zachichotał Lucjan numer dwa. – To moja dziewoja!

– Zatkaj  swój  fałszywy  dziób,  ćwoku!  –  wtrąciła  pospiesznie  nasza  bohaterka,  czym  wywołała dwie reakcje: histeryczny śmiech fałszywego Lucjana i pytające spojrzenie Lucjana prawdziwego.

– Masz mi coś do powiedzenia, braciszku? – zapytał złowieszczo Lucjan numer jeden.

– Jaki, kuźwa, braciszku?  – wtrąciła  tymczasem Martyna,  śląc  jednocześnie drugiemu Lucjanowi spojrzenie, które powinno go wyraźnie ostrzec, że słowa, które właśnie zamierza wygłosić, mogą być jego ostatnimi. Fałszywy Lucjan najwyraźniej nie zrozumiał przekazu i dusząc się ze śmiechu, wstał z piasku i podszedł powoli do pierwszego Lucjana.

– Ha! Jak to mówią na Ziemi? „Kota nie ma, myszy harcują”, ha, ha, ha! – zaśmiał się radośnie.

Radość z jego twarzy zmiótł po chwili precyzyjnie wyprowadzony cios. Zaskoczony Lucjan numer dwa  padł  bez  protestu  na  piasek,  podczas  gdy  prawdziwy  Lucjan  w  oszołomieniu  wpatrywał się  w Martynę,  która  pocierając  lewą  dłonią  kłykcie  dłoni  prawej,  stała w  lekkim  rozkroku  tuż  obok  głowy znokautowanego faceta.

Na  kilka  sekund  zapadła  grobowa  cisza,  w  której  szmer  wypluwanej  przez  namiestnika  wody stanowił absurdalnie sielankowe tło akustyczne. Każdy ze zgromadzonych posiadał na stanie jakiś brudny sekrecik, który był  znany  innemu uczestnikowi  tej  specyficznej  imprezy pod gwiazdami. Spoglądali na siebie podejrzliwie i jakoś nikt nie palił się do zwierzeń. Oczywiście pierwsza nie wytrzymała Martyna.

– Ten  cham  mnie  uwiódł,  bo  myślałam,  że  on  to  ty!  –  powiedziała  i  oskarżycielsko  wskazała palcem fałszywego Lucjana.

– Dałaś  się uwieść, bo myślałaś, że on  to  ja? – zapytał Lucjan numer  jeden, w ewidentny  sposób skupiając się na tej części informacji, która głaskała jego samcze ego.

– Ponieważ myślałam,  to co myślałam,  to on mnie uwiódł! – powiedziała Martyna, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

– Aha!  –  odparł  Lucjan  i  po  chwili  kojarząc,  czego  się  tu  od  niego  oczekuje,  kopnął  w  zadek leżącego na ziemi drugiego Lucjana i wykrzyknął oburzony: – O żesz ty chamie!

– Daj spokój, bracie! – jęknął leżący. – Sam kazałeś mi udawać, że jestem tobą – dodał, wyjawiając brudny sekrecik Lucjana numer jeden.

– Jak to kazał? Po co kazał? – wcięła się Martyna.

– Pilnować  ciebie mi  kazał!  –  parsknął  szyderczo  fałszywy Lucjan.  –  Pan Ważniak  bawił  się w szpiega, a mnie zlecił śledzenie niedoszłej ukochanej. Starszy ode mnie o pięć minut, a się rządzi, jakby moim szefem był! – wypalił z grubej rury.

– Jak to starszy? Jak to śledzić? – drążyła nasza kompletnie ogłupiała bohaterka.

– Ta  kreatura,  która  stoi  tu  i  chlapie  brudnym  jęzorem,  to  mój  młodszy  o  dziesięć  minut  brat bliźniak – przyznał w końcu prawdziwy Lucjan.

– O pięć! – żachnął się drugi Lucjan.

– O dziesięć! Matka mi mówiła! – natychmiast zareagował prawdziwy Lucjan.

– Kuźwa! Nie wytrzymam z wami! – krzyknęła Martyna i tupnęła nogą w piasek. – Jeszcze sobie język pokażcie! Jak liczne jest potomstwo Szefa? – dodała po chwili.

– No…  jesteśmy  my  dwaj, Młody, Magdusia  i  jeszcze  trzy  siostry…  –  odpowiedział  usłużnie fałszywy Lucjan.

– Wytłumaczcie mi, do cholery, czym  ja w życiu  tak nagrzeszyłam, że przypadek zetknął mnie z waszą posraną rodziną, hę? – zapytała z rezygnacją.

– To nie przypadek! – odparł prostolinijnie prawdziwy Lucjan. – To przeznaczenie!

– Żadne przeznaczenie – skwitował fałszywy Lucjan. – Kochał się w tobie przez całą podstawówkę i żeby mieć pretekst do częstych wypadów na Ziemię, to przekonał swoich kumpli, szpiegów od siedmiu boleści, do przeniesienia kryjówki na Ziemię.

– I ty chcesz, żebym uwierzyła w te pierdoły? – skomentowała pogardliwie Martyna. – Facet, który liczy sobie coś ze trzy  tysiące lat, albo  i więcej, nagle zakochuje się w dziesięciolatce? No weź wymyśl coś lepszego – powiedziała, po czym wpiła badawcze spojrzenie w prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy Lucjan najwyraźniej zmagał się ze swoim sumieniem, lecz przegrał tę nierówną walkę, bo zacisnął zęby  i nie pozwolił wyfrunąć słowom usprawiedliwienia z kłamliwej paszczy. Brat Lucjana najwyraźniej nie posiadał takich skrupułów.

– Ha! Nie wierzysz, bo za mało w czasie skakałaś! – odparł młodszy bliźniak  triumfalnie. – Nasz mały frajerek Daruś, który prysnął na wagary od tatusia, poznał Martynkę, która polubiła biedaka bardziej niż rodzice, więc postanowił włamać się do systemu i sprawdzić, co wyrośnie z jego przyjaciółki…

– Zamknij się! – ryknął prawdziwy Lucjan i zacisnął dłonie w pięści.

– Spokojnie  braciszku!  Denerwujesz  się? A może  czegoś  się wstydzisz?  –  zapytał  z  przekąsem złośliwy braciszek.

– Mów dalej! – powiedziała na to Martyna, celowo odwracając wzrok od prawdziwego Lucjana.

– Poszperał trochę w kompie tatusia i znalazł wszystko, co chciał!

– Czyli co? – naciskała niecierpliwe Martyna.

– No wiesz, wszystkie wiadomości  na  twój  temat,  jak  potoczyło  się  twoje  życie  i w  ogóle…  – powiedział nieco mniej pewnym głosem fałszywy Lucjan.

– No i jak się potoczyło? – ponagliła niewinnym tonem nasza bohaterka.

– W sumie to całkiem nieźle, ale Lucjan stwierdził, że parę rzeczy trzeba poprawić i wtedy ułożył sobie podstępny plan, żeby cię  tu zwabić. To właściwie było  trochę później, gdy Młody pisał  już pracę dyplomową, a ja traciłem najlepsze lata życia, najpierw w podstawówce, na szpiegowaniu ciebie a potem, gdy podrosłaś, to na odstraszanie różnych facetów.

– Zabiję was! – wycharczała Martyna. – Po prostu was  zabiję  i każdy  sąd w dowolnym  zakątku F.I.U.T.E.K. mnie uniewinni!

– No  daj  spokój,  dyskretny  byłem  –  próbował  łagodzić  młodszy  bliźniak.  –  Chociaż  wcielenie Boratyńskiego nieco mi doskwierało… – dodał po chwili, wspominając godziny zarwane nawoskowaniu samochodu.

– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że cały ten bajzel miał na celu sprowadzenie mnie na ten porąbany statek? – wysyczała Martyna.

– No… można powiedzieć, że tak – odparł fałszywy Lucjan.

Martyna  z  niedowierzaniem  zerknęła  na Darusia,  który  bojaźliwie  uciekł  ze wzrokiem w  dalsze rejony basenu, jednocześnie trwożliwie chowając głowę pomiędzy przygarbione ramiona.

– Mów dalej! – ponagliła bliźniaka, koncentrując ponownie spojrzenie na jego fałszywej gębie.

– A  co  tu  jeszcze  mówić?  –  odparł,  wzruszając  ramionami.  –  Lucek  dorwał  cichcem  pracę dyplomową Młodego,  pozmieniał w  niej,  co  się  dało,  pomajstrował w  dziejach Ziemi  tak,  że w  końcu matka  się wnerwiła  i  postanowiła wysadzić w  diabły  cały  ten  bajzel. Wszystkie  twoje misje  pogłębiły totalny chaos, co rzecz jasna było wcześniej zaplanowane, więc matka nie miała wyboru i wyciągając nas wszystkich  z  Ziemi,  zleciła Magdusi  likwidację  eksperymentalnego  obszaru.  I  właśnie  o  to  chodziło naszemu drogiemu Luckowi, nieprawdaż? – powiedział, śląc swojemu bratu złośliwy uśmiech.

– O co? – zapytała martwym głosem Martyna.

– No  jak  to  o  co?  –  zapytał  zdumiony  fałszywy  bliźniak.  – Chodziło mu  głównie  o  ściągniecie ciebie  na Raj  3.14. Zadbał  nawet  o  to,  by Młody  spieprzył  pracę dyplomową. A wszystko  po to,  żeby mieć wolną chatę.

– Całą Ziemię wysadziłeś, żeby mnie ściągnąć na ten debilny statek? – zapytała z niedowierzaniem Lucjana. – Dlaczego? Nie mogłeś zwyczajnie przyjść  i powiedzieć, o co ci chodzi? Zawsze cię lubiłam, więc w czym problem? – dodała nasza zdezorientowana bohaterka.

– Nie mogłem! – szepnął cichutko Lucjan.

– Nie mógł! – zarechotał złośliwie jego brat.

– Ale, do jasnej cholery, dlaczego? – zapytała z rozpaczą Martyna.

– Bo on zawsze był chorobliwie nieśmiały, zwłaszcza w stosunku do kobiet! – parsknął śmiechem młodszy bliźniak.

Lucjan  zaczerwienił  się  i  schował  twarz w  dłonie. Martyna,  powściągając  chwilowo mordercze instynkty,  postanowiła wykorzystać  gadatliwość młodszego  z  bliźniaków,  który  aż  się  palił,  by  jeszcze bardziej pogrążyć Lucka.

– No  to  kiedy  tak  naprawdę wasza  kochana  rodzinka  pojawiła  się  po  raz  pierwszy  na  Ziemi?  – zadała niewinnym tonem kluczowe pytanie.

– No pierwszy poleciał Lucek, to przecież oczywiste! – odpowiedział pogodnie braciszek.

– Dla mnie  to  nie  jest  oczywiste, mój  drogi…  Jak  ty właściwie masz  na  imię?  –  zapytała  nasza bohaterka, siląc się na uprzejmość.

– Ludwik, a dla przyjaciół oraz pięknych kobiet – tu skłonił się głęboko przed Martyną – Ludek.

– Mogłam  się  tego  spodziewać: Lucek  i  Ludek  –  skomentowała Martyna,  starając  się  zachować neutralny ton, po czym prędko dodała: – No więc drogi Ludku, bracie Lucka, powiedz mi z łaski swojej, dlaczego to ma niby być takie oczywiste?

– Ha, ha, ha! Lucek przecież zawsze kombinował najlepiej z nas wszystkich! Złamał kiedyś kody

do komputera ojca i znalazł fajną grę strategiczną, więc postanowił sobie pograć. Gdy zorientował się, że to nie jest zwykła gra, tylko eksperymentalny program sterowania planetą… – zawiesił głos Ludek.

– …to odkryłem niesamowite możliwości – dokończył ponurym głosem Lucek. – Wyobraź  sobie kilkulatka, któremu dają do  ręki  taką zabawkę! Bawiłem  się planetą, nie mając pojęcia, że  to  się dzieje naprawdę.  Dla  zabawy  wywołałem  potop,  parę  huraganów,  uśmierciłem  stada  ogromnych  gadów  i  w wirtualnym  laboratorium  przeszczepiłem  swoje  geny  paru  małpiszonom,  które  wyłoniły  się  w  toku ewolucji. Dla mnie to była godzinka dobrej zabawy, a na Ziemi zmieniło się wszystko.

– No  i  stary,  kiedy  nakrył  Lucka,  to  się  wściekł  jak  cholera  i  sprał  go  na  kwaśne  jabłko  –

skomentował nie bez satysfakcji Ludek.

– A ja obraziłem się śmiertelnie na ojca i postanowiłem uciec z domu – dodał Lucjan.

– Pamiętam,  jaka  była  afera  w  pałacu!  –  rozmarzył  się  młodszy  bliźniak.  –  Kiedy  ojciec  się zorientował,  że  Lucjan  znalazł  jakieś  dziwne  kody  do  programu,  które  umożliwiały teleportację,  to najpierw  się wnerwił,  potem  przestraszył,  że  gówniarzowi  coś  się  stanie,  a w  końcu  zafascynowały  go możliwości podróżowania w ziemskim czasie.

– Jak to ziemskim? A na F.I.U.T.E.K. się nie da? – wtrąciła się Martyna.

– No co  ty? – powiedział ze zgorszeniem Ludek. – W normalnym wszechświecie  takie rzeczy się nie  zdarzają.  Sztab  naukowców  nad  tym  później  pracował  i  jedyne,  co  udało  im  się  ustalić, to  że  w ziemskiej  atmosferze  jest  coś,  czego  nie  ma  na  innych  planetach,  co  pozwala  na  skoki  w  czasie  i przestrzeni.  Uznali,  że  ma  to  związek  z  polem  magnetycznym  Ziemi,  ale  niczego  konkretnego  nie wymyślili.

– No  dobra,  ale  jaki  to  ma,  do  cholery,  związek  ze  mną?  –  palnęła  Martyna,  ledwie  się powstrzymując od wybuchu w pełni usprawiedliwionej wściekłości.

– No…  ma  to,  że  Lucek  prysnął  w  pierwsze  miejsce,  jakie  udało  mu  się  zaprogramować  w poczciwym Macu, czyli do  twojej podstawówki. Co  tam  się wydarzyło,  tego nie muszęo powiadać. Na Kunta-Kinte tymczasem ów sztab naukowców ustalił w końcu, co się stało z naszym sprytnym Lucjanem i nawet znaleziono sposób na to, jak go stamtąd wyciągnąć. Ale ojciec walnął pięścią w stół i powiedział, że  jak  sobie  gówniarz  piwa  nawarzył,  to  je musi wypić. Matka  płakała  i  błagała,  choć  kompletnie  nie kumała, co się stało z jej syneczkiem. Po jakimś czasie ojciec zmiękł i polecił Magdusi, naszej najstarszej siostrze, żeby udała się do Lucjana i miała go na oku. – Ludek przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu.

– Cała  jej  wściekłość  –  wtrącił  Lucek,  wykorzystując  przerwę  w  słowotoku  brata,  –  była spowodowana tym, że musiała siedzieć na debilnej planetce i pilnować młodszego brata,zamiast łazić na imprezy  ze  swoim chłopakiem. Szybko  się zorientowała, że bardzo cię  lubię, więc z zemsty próbowała obrzydzić  życie  i  tobie,  i mnie.  Sprowadziła  ciotkę,  uprowadziła historyczkę,  dołowała  cię  na  każdym kroku  i  na  dodatek  została  najbardziej  popularną  dziewczyną w  szkole.  Potem,  gdy  już  skończyliśmy podstawówkę, to ojciec ściągnął nas z powrotem i zrobił wykład o niebezpieczeństwach mieszania się w sprawy  obcej  planety. Powiedział,  że  program  zostaje  zamknięty,  a  planeta, przez moje  głupie  zabawy kwitnąca  obecnie  ludzkim  życiem,  zostanie  dożywotnio  odizolowana  od  reszty  świata  i  pozostawiona swojemu  losowi.  Potencjał  Ziemi,  dodał,  dostarcza  zbyt  wielu  pokus  i  nikomu  nie  wolno  więcej ingerować w życie jej mieszkańców.

– No przecież Młody ingerował? Coś ze dwa tysiące lat temu – wtrąciła Martyna.

– Ale  to  było  dużo  później!  Wiele  lat  po  tym,  gdy  Lucek  wrócił  z  lat  osiemdziesiątych  – odpowiedział Ludek.

– Aha! – odpowiedziała inteligentnie nasza bohaterka.

– Jak  ojcu  się  pogorszyło  z  pamięcią,  to  zapomniał między  innymi  o  ziemskim  fenomenie  i gdy Młody  dostał  planetę  na  pracę  dyplomową,  to  nie  protestował,  a  nawet  podarował  mu parę  pomocy naukowych – wyjaśnił Lucjan.

– A wśród nich był stary, poczciwy Mac – dodał Ludek.

– Niech  zgadnę: Młody  zadekował  się  na  statku  i  zaczął  pisać  pracę, Lucjan wpadł  do  niego w odwiedziny i niechcący pokazał mu możliwości programu, tak? – wtrąciła Martyna.

– Tak było – potwierdził wstydliwie Lucek.

Martyna usiadła ciężko na  leżaku  i uniosła do ust zapomnianą puszkę. Bliźniacy patrzyli na nią z niepokojem i przykucnęli na piasku, choć na wszelki wypadek w pewnym oddaleniu od nóg naszej nieco agresywnej  bohaterki.  Oleista  noc  ściekała  ciężkimi  kroplami  po  kadłubie  statku  i  mknęła  w  dół,  ku pobliskiej planecie, której nazwy Martyna nie znała. Zastanawiała się właśnie, czy kiedykolwiek wzejdzie słońce, choć nie miała pojęcia,  jak nazywa  się gwiazda  rozpraszająca mroki Układu. Natłok  informacji, którymi  nafaszerowali  ją  podstępni  bracia,  sprawiał,  że  kręciło  jej  się w  głowie,  ale właściwie  równie dobrze mogła to być wina ilości wypitego browaru. Pocierając w zamyśleniu brodę, Martyna spoglądała na  synów Szefa  i zastanawiała  się,  jakie pytania powinna  im  jeszcze zadać, zanim wywołany zielskiem czas  szczerości  minie  bezpowrotnie.  Niepewna  swoich  umiejętności  wychwytywania  potencjalnych paradoksów czasowych, pojechała po najmniejszej linii oporu.

– I co było dalej? – zapytała po chwili aksamitnym głosem.

– No dalej, to już się wszystko zaczęło komplikować –natychmiast złapał przynętę Ludek. – Lucjan

z  ciekawości  skoczył  do  twojego  liceum  i  nawet  parę  lat  dalej.  Wściekał  się  jak  cholera,  bo  byłaś szczęśliwa  i  wcale  go  nie  potrzebowałaś.  Zapomniałaś  już  dawno  o  małym  Darusiu,  miałaś  fajnego chłopa i małą córeczkę. – Ludek zamilkł gwałtownie, czując, że wyraźnie się zagalopował.

– Martyna,  ja  cię  bardzo  przepraszam!  –  miauknął  żałośnie  Lucjan.  –  To  wszystko  miało  być inaczej, ale  jakoś  tak  się wymknęło  spod kontroli  i  już wtedy  to nie miałem wyboru. Wysłałem Ludka, żeby cię pilnował,  to  fakt, ale w  tym samym czasie Młody zaczął po cichu wypuszczać się na Ziemię  i przez  jego  głupotę  wszystko  zaczęło  się  zmieniać.  Za  każdym  razem,  gdy  na  zmianę  z  Ludkiem odnajdowaliśmy cię w czasie,  to byłaś kimś  innym, a  twoja planeta wyglądała zupełnie  inaczej. Młody skakał beztrosko w czasoprzestrzeni, ja skakałem za nim, żeby spróbować wszystko jakoś odkręcić.

– A za nimi – dodał złośliwie Ludek – skakała Magdusia, którą posyłała matka, żeby naprawić cały ten bajzel.

– Planeta  i  jej  czas uległy  tylu paradoksom,  że nie wiadomo  już  było,  co  z  tym gównem zrobić. Wtedy matka kazała nam się z niej wynosić i podjęła decyzję o jej zniszczeniu. W sumie wszyscy, oprócz Magdusi,  byli  zadowoleni  z  takiego  obrotu  sprawy, więc  pozałatwialiśmy  swoje  interesy  na  Ziemi,  ja wymyśliłem, jak cię stamtąd wyciągnąć, i wróciliśmy do domu – wyjaśnił zadowolony z siebie Lucjan.

– A te interesy to ukradzione obrazy i ewakuacja całego, pożal się Boże, ruchu oporu – wtrąciła – rzuciła z goryczą Martyna.

– No… w sumie… to tak…– zawiesił głos Lucjan.

– Zaraz,  zaraz…  z  tym  ruchem oporu  to nie do końca  tak –  zaśmiał  się  złośliwie Ludek.  – Całe walczące podziemie to my dwaj. Przeciwko Magdusi. Więc ewakuacja nie zajęła nam zbyt wiele czasu. – Spojrzał wyzywająco na brata. – Nasz drogi Lucjan zawsze chciał być kimś wielkim, ale żył, niestety!, w cieniu naszej uzdolnionej siostrzyczki.

– I  to właśnie  ta uzdolniona Magdusia narobiła  strasznego bajzlu! – powiedział obronnym  tonem Lucek. – Doiła planetę z wszystkiego, co się dało, łącznie z biednymi Jamajczykami.

– No i dobrze! – zachichotał jego brat bliźniak. – Przynajmniej ona wyciągnęła z tego wszystkiego jakieś profity… A ty się ciesz, że ci obie z Andżeliką dupę uratowały, bo jakby się matka dowiedziała, że trzymasz tu nielegalnie Martynę, to miałbyś areszt domowy, tak jak Młody!

– Czyli tak: nie było żadnego podziemia, zepsuliście mi planetę, a teraz powinnam skakać do góry z radości, że mnie uratowaliście i trzymacie po cichu w tej puszce? Podziękować mam, czy jak? –ryknęła dzikim  głosem  Martyna.  –  Ile  wy,  do  cholery,  macie  lat?  Zachowujecie  się  jak  dwa  rozpuszczone bachory!

– No nie denerwuj się tak, chcieliśmy dobrze przecież… – bąknął Lucjan.

– …trzydzieści  trzy. A  ty myślałaś,  że  ile? Dwa  tysiące?  – wszedł mu w  słowo Ludek, po  czym wybuchnął serdecznym śmiechem.

– Mam znakomity pomysł! – wycedziła zimno Martyna. – Wynocha mi z tego statku. Natychmiast! Won do prezydenckiego pałacu! I żebym was tu więcej nie widziała!

– A co nam zrobisz? – roześmiał się Ludek. – Pozabijasz nas?

– Gorzej! – powiedziała spokojnie Martyna. – Zadzwonię do waszej matki.

Śmiech Ludka ucichł gwałtownie, a on sam poderwał się na równe nogi. Brat natychmiast poszedł za jego przykładem.

– Nie ośmielisz się! – powiedział młodszy bliźniak niepewnym tonem.

– Nie masz numeru! – dorzucił rzeczowo Lucek.

– Mam  numer!  Karteczka  wisi  na  lodówce!  –  zachichotała,  po  raz  pierwszy  od  niepamiętnych czasów nasza bohaterka.

Lucjan wykonał gwałtowny ruch, najwyraźniej mając zamiar rzucić się w stronę lodówki i zerwać z niej kartkę z numerem.

– Nie  fatyguj  się, Lucjanie! – osadziła go w miejscu Martyna, po  raz kolejny  utwierdzając  się w przekonaniu, że z picia piwa wynikają wyłącznie pozytywy.  – Tyle  razy otwierałam drzwi  lodówki, że numer mam w głowie.

Bliźniacy stali niezdecydowani. Najwyraźniej szacowali poziom zagrożenia.

– Dobrze  wiecie,  że  nie  macie  wyboru!  –  ryknęła Martyna,  pogłębiając  ich  stan  zagubienia.  – Wynocha z mojego statku i żebym was tu więcej nie widziała!

Durne chłopy odwróciły się jak na komendę  i ruszyły do punktu teleportacyjnego. Zatrzymały się tuż przed nim  i zerknęły spode  łba na Martynę, która stała na środku przedpokoju  i przytupując nogą w marmurową posadzkę, stukała paznokciami w obudowę zgarniętego po drodze telefonu.

– Mmmartyna, ale to przejście prowadzi tylko na Ziemię, której nie ma! – wyjąkał Lucek.

– Albo do ukrytego pod  statkiem małego  trójkątnego  stateczku, który odwiezie was prościutko w ramiona drogiej mamusi, nieprawdaż? – nie dała się omamić nasza bohaterka  i wyciągnęła przed siebie rękę uzbrojoną w aparat telefoniczny. – Won mi stąd, buraki! – wrzasnęła z mocą.

Bliźniacy wskoczyli szybko w pole siłowe  i wśród  trzasków zniknęli z całkiem porąbanego życia ostatniej  Ziemianki.  Oddychając  z  ulgą,  nasza  bohaterka  wbiegła  na  górę,  pokonując  po kilka  stopni naraz, i wpadła do kokpitu, od progu ponaglając drzemiące komputery.

– Natychmiast wyświetlić okno z ustawieniami kodów wejściowych – wydyszała i opadła na fotel przed monitorem Lewego.

Gdy  komputer  posłusznie wypełnił  polecenie, Martyna  zmieniła  hasła  i  kody,  po  czym  położyła głowę na blacie i  po raz pierwszy od bardzo dawna, zapłakała żałośnie.