Martyna 15


Rozdział 15

W którym Martyna zbawia świat

Gdy kobieta w pewnym wieku zaczyna płakać i ronić obficie łzy, jej mózg gwałtownie szuka oparcia w najbardziej nawet absurdalnej,  lecz optymistycznej myśli. Wszystko  jest  lepsze od zapuchniętych oczu  i czerwonego nosa. Martyna  szukała długo,  lecz wszystko natrętnie kojarzyło  się  jej z wybuchem Ziemi, więc ostatecznie, by powstrzymać potok zdradzieckich łez, uczepiła się myśli tak groteskowej, że w kilka sekund  oczy  wyschły,  a  z  ust  wydobył  się  złośliwy  rechot.  Przytrzymała  na  chwilę  pod  powiekami malowniczy  obraz  mamusi  bliźniaków,  która  każąc  im  ściągnąć  portki,  kolejno  tłucze  ich  pasem  po owłosionych tyłkach. Martyna wyprostowała się, beknęła donośnie i uśmiechnęła w stronę przyczajonych komputerów.

– Mam pomysł! – powiedziała radośnie, szczerząc zęby.

Wstała powoli z fotela i przesunęła się dwa kroki w prawo, koncentrując spojrzenie na porośniętym kurzem Macu. Przez chwilę wpatrywała się w  jego ekran  i obudowę, a po chwili kucnęła  i zajrzała pod pulpit. Dołem  kłębiły  się kable,  których przeznaczenie  było  kompletną  zagadką. Przez  chwilę Martyna żałowała, że nie podpytała bliźniaków o Ewę, ale jakoś się nie złożyło. Wzruszyła ramionami, wyciągnęła z kieszeni śrubokręt i wpełzła pod blat, krztusząc się kurzem.

– Ale co ty tam robisz właściwie? – zapytał z niepokojem Lewy.

– Naprawiam! – odkrzyknęła radośnie Martyna.

– Tego się nie da naprawić! – ze zgrozą wychrypiał Lewy.

– Słuchaj, miałam zapytać… – rozdarła się nasza bohaterka – co się dzieje ze Środkowym? Milczy, nie komentuje, chory czy co?

– Obawiam się, że chory – powiedział Lewy, gorączkowo analizując dane

– Aha! – wykazała się współczuciem Martyna. – A co mu jest?

– Nie wiem dokładnie, ale wydaje mi się, że złapał wirusa.

– Nie  sądzę.  Gdyby  Środkowy  złapał  wirusa,  to  już  byś  się  pewnie  zaraził–  orzekła autorytatywnym tonem.

– Kurde, Martyna, przecież to nie grypa, no nie? – zaprotestował komputer i metalicznie zakasłał.

– A  ja  tam wiem? –  rzekła na  to  filozoficznie Martyna. – Macie wspólne  łącza  internetowe, więc gdyby Środkowy podłapał zarazę, to ty też. Ja myślę, że to coś innego – dodała po chwili namysłu.

– Niby co? – zapytał zaintrygowany Lewy.

– Lucjan go programował, więc Środkowy jest na bank kapusiem. Teraz milczy, słucha i koduje – sapnęła Martyna i przesuwając się nieznacznie, podstępnie wyrwała kabel zasilający Środkowego.

– Cóż czynisz, nieszczęsna! – zawył melodramatycznie Lewy. – Teraz wszyscy zginiemy!

– Nie  pękaj,  chłopie  –  powiedziała  kojąco Martyna,  bezwiednie  przypisując  biedakowi  męskie cechy. – Cóż właściwie mamy teraz do stracenia? – dodała filozoficznie.

– No… bardzo dużo – wtrącił Lewy wyjątkowo trzeźwym głosem. – Na przykład zasilanie!

– E tam! – popłynął spod blatu beztroski głos naszej bohaterki. – Dasz radę. Trzeba tylko w siebie uwierzyć, wiesz?

– Tak myślisz? – zapytał z zadumą Lewy.

– No  pewnie!  –  potwierdziła Martyna.  – Ty  pilnuj  zasilania,  a  ja  się  zajmę  reaktywacją naszego Jabłuszka.

– A po co? – zdziwił się komputer.

– No  jak  to  po  co?  –  zachichotała  nasza  niedościgniona  znawczyni  komputerów.  –  Zamierzam odpalić pewną strategię ekonomiczną.

– Martyna!  Daj  spokój!  –  rzekł  z  drżeniem  syntezatora  Lewy.  –  Ty  nawet  nie  wiesz,  jaki  to skomplikowany program.

– Ha! Właśnie  dlatego  jesteś  mi  potrzebny.–  powiedziała  pogodnie Martyna.  –  Sama  sobie  nie poradzę. Na początek wykaż odrobinę dobrej woli i przypomnij sobie, co Ewa zrobiła Macowi.

– Nie wiem dokładnie – zamyślił się Lewy. – Mój system był wtedy dopiero w powijakach, więc pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Wydaje mi się, że do kokpitu wpadła blondynka i wrzeszczała coś o  manipulantach  i  prezydenckich  bubkach.  Potem  dopadła  do  Jabłuszka,  próbowała  wpisywać  jakieś polecenia, ale Prawy kompletnie  to olał. Ewa się wnerwiła  i zaczęła krzyczeć, że on się nadaje tylko do horoskopów,  i histerycznie zażądała przepowiedni na następne  lata. Środkowy się wkurzył  i coś  tam  jej dogadywał, więc kobita    z  furią wyrwała mu wtyczkę  i odcięła od zasilania. Wrzeszczała przy  tym, że przez  takie idiotyczne maszyny  jej świat się chwieje w posadach. Myślisz, że wypaliła za dużo zielska i głupoty gadała? – zapytał trwożliwie Lewy.

– Nie  sądzę.  Podejrzewam,  że  dokładnie  wiedziała,  o  czym  mówi  –  skwitowała  Martyna.  –  I zapewne miała rację.

– No, ale Środkowy… – zaczął z wahaniem Lewy.

– Środkowy  to kapuś, którego  jedyną funkcją było kontrolowanie całego systemu  i wprowadzanie w życie chorych wizji Lucjana – powiedziała stanowczo Martyna. – Zobacz! Wyłączyłam gada i jakoś nic złego się nie stało.

– No niby fakt, ale moje dane ciągle wariują – szepnął komputer.

– Podejrzewam, że odczuwasz coś w rodzaju pustki, podobnej do ulgi po wyrwaniu bolącego zęba – zarechotała Martyna spod blatu.

Lewy  przemilczał  optymistyczny  komentarz  Ziemianki  i  pogrążył  się  we  własnych  danych. Martyna w  tym czasie zdołała  rozwikłać kable  i  identyfikując  ich końcówki, powtykała  je we właściwe miejsca. Wyszczerzyła zęby  i z niekłamaną satysfakcją wypisaną na zakurzonej  twarzy wygramoliła się spod zwałowiska przewodów.

– No!  –  powiedziała.  – Albo wybuchnie,  albo  się włączy.  Żartowałam!  –  zawołała  pospiesznie, widząc, że Lewy zaczyna automatycznie uruchamiać program ewakuacji.

– Zapamiętaj  sobie  na  przyszłość,  że my,  komputery,  nie  znamy  się  na  żartach  –odparł sztywno Lewy.

Martyna  puściła  tę  uwagę  mimo  uszu  i  skoncentrowała  się  na  ekranie  Maca,  który  zaczął obiecująco migotać. Twardy dysk, nieużywany od bardzo dawna, rzęził z wysiłkiem,  lecz ani na chwilę nie  zamilkł,  co  było wielce  obiecującym  znakiem.  Nasza  dzielna  informatyczka  zasiadła wygodnie w fotelu  i  strzepując  z  siebie  beztrosko  kurz  na  klawiaturę  Środkowego,  wpatrywała się  z  nadzieją  w monitor Jabłuszka.

– Ty, patrz! – radośnie ryknęła po chwili do Lewego. – Obudził się, skubany!

– Odbieram  jego  natarczywą  obecność  wszystkimi  sensorami  –  prychnął  nadal  naburmuszony

komputer.

Jabłuszko budziło się po długim, ponaddwudziestoletnim śnie i z trudem uruchamiając wiatraczek, zameldowało swoją przytomność świetlistym komunikatem.

– „Podaj  hasło”  –  przeczytała  na  głos  Martyna.  –  Kuźwa,  no  to  mamy  problem.  Na  was wystarczyły srebrne kluczyki Lucjana, a jemu jakieś hasło potrzebne? – dodała poirytowana.

– A co się tak dziwisz? Cały syf i wszelkie potencjalne kłopoty, jakie ciągną się za nim, są chyba wystarczającym powodem do tego, żeby mu założyć solidne hasło.

– Solidne,  powiadasz?  –  stropiła  się  nasza  bohaterka,  drapiąc  się  z  zadumą  po  rozczochranej łepetynie  i  zaczęła  gorączkowo  stukać  w  klawisze.  Wpisywała  kolejne  hasła,  z  których  jedynie „RAJ3.14” i „QWERTY” miały jakieś logiczne uzasadnienie. Martyna mruczała niewyraźnie pod nosem szalenie parlamentarne, z perspektywy jej czasów, słowa.

– Martyna! – wtrącił się w pełny napięcia stukot Lewy. – Daj se spokój, dobra?

– Cicho bądź! – zgasiła go niecierpliwie Martyna.

– Ale słuchaj…

– To ty słuchaj! Znajdę to hasło, choćbym miała tu całą noc siedzieć. I lepiej mnie nie zniechęcaj, bo  to,  że  ty  go  nie  znasz,  nie  oznacza,  że mój  ziemski  i  unikalny  umysł  nie  ustawi  kilku właściwych literek we właściwym porządku – dodała chełpliwie.

– Ale ja znam to hasło! – powiedział Lewy, tłumiąc litościwie zgrzytliwe paroksyzmy śmiechu.

– Znasz? –Martyna wpatrzyła się zbaraniałym wzrokiem w migoczący monitor Lewego, po którym hasały wirtualne motylki.

– Znam! Wpisz:  „najwazniejszyszef” –  zachichotał komputer mechanicznie  i wycofał  z monitora motylki, zastępując je  jaskrawo roziskrzonymi na granatowym tle literami hasła.

Martyna mrucząc  coś, co przy odrobinie dobrej woli można by przełożyć na:  „dziękuję bardzo”, rzuciła się pazernie na klawiaturę i dwukrotnie usuwając literówki, wprowadziła podane hasło. Jabłuszko zamigotało ponownie i z triumfalną fanfarą odpaliło nowe okno, w którym jak wół stało: „Witaj, graczu! Podaj  login  i  hasło  lub  rozpocznij  nową  grę!”.  Oczywiście  poniżej  komunikatu znajdowały  się odpowiednie ikony, więc nasza graczka kliknęła w opcję: „Saved games”, nawet nie bardzo się dziwiąc, że oprogramowanie F.I.U.T.E.K. również preferuje angielszczyznę.

Po kilku sekundach komputer z wysiłkiem wyświetlił przed jej oczami wachlarz możliwości:

  1. tataszef.gra
  2. Lucek.gra
  3. lucekgady.gra
  4. lucmalpa.gra
  5. mlody1.gra
  6. mlodynowe.gra
  7. mamameteoryt.gra

Martyna  przez  chwilę  walczyła  z  pokusą  spenetrowania  rozgrywki  tajemniczej  mamuśki,  lecz rozsądek podpowiadał, że dla  jej celów najważniejsze  jest w  tym momencie odpalenie chorej układanki Lucjana. Kliknęła dwukrotnie w plik „lucmalpa.gra” i bez wysiłku złamała hasło, które musiało brzmieć: „MARTYNA”. Przed jej oczami rozwinęła się kolorowa kula ziemska i mnóstwo funkcji upchniętych w tajemniczych  ikonkach  po  obydwu  stronach  wirującego  majestatycznie  wirtualnego  globu.  Pozorny spokój  gry  momentalnie  nasunął  na  myśl  naszej  bezdomnej  Ziemiance  kadry  z  audiotele  Magdusi. Martyna  przez  dłuższą  chwilę  rozgryzała  ustawienia  i  opcje,  by  dojść  do  wniosku,  że  gra  Lucjana zatrzymała się na epoce kamienia łupanego. Wycofała się więc do głównego menu i spróbowała wejść w grę Młodego. Uporczywie wyświetlane  hasło,  którego  nasza  dzielna  graczka  nie  była w  stanie  złamać, sprawiło,  że  Martyna,  bluzgając  siarczyście,  kliknęła  dwukrotnie  w  plik  „Lucek.gra”  i  bez  wahania wstukała  swoje  imię.  Jak  się okazało, drogi Lucjan ponownie wytarł  sobie gębę naszą bohaterką, więc wejście w grę nie nastręczało żadnych trudności.  Po kilku sekundach ciężkiej pracy Jabłuszka przed Martyną ukazała się znajoma Błękitna Planeta, oblepiona  z  obydwu  stron monitora  różnokolorowymi  ikonkami. Data wyświetlona w  lewym  górnym rogu dobitnie potwierdziła fakt, że Martyna znalazła się we właściwiej grze. Jedną z pierwszych ikonek, które  rozpracowała, był nakierowany na  jej szkołę zoom. Odczuwając  swoiste déjà vu, nasza bohaterką uśmiechnęła  się do  starych, odrapanych korytarzy,  lecz nie  znajdując  sensu w kontynuacji gry, która  – zgodnie  z  „Trąbą  Jerychońską”  –  była  skazana  na  niepowodzenie, podjęła  karkołomną  próbę  cofnięcia wyroku wydanego na jej planetę przez matkę diabelskich bliźniaków.

Wzdychając ciężko, Martyna ponownie wycofała się do menu  i kliknęła w opcję „Nowa gra”. Po chwili przed  jej oczami pojawiła się poczciwa planeta, całkowicie błękitna, choć w opcji zoom dało się zauważyć  niewielkie  skrawki  lądu,  niemal  doszczętnie  wyjałowione  i  tylko  miejscami  porośnięte gigantycznymi wodorostami, które w wyraźny sposób mizerniały w rozgrzanym do czerwoności słońcu.

Planeta nie  zdradzała nawet  śladu  życia,  co  zostało potwierdzone w  stu procentach przez skaner, który Martyna odkryła w zbiorowisku ikon po prawej stronie.

– Lewy,  podaj  mi  prawdopodobną  datę  powstania  życia  na  Ziemi,  według  Internetu  z  mojej rzeczywistości – zadysponowała, nie odrywając wzroku od monitora Jabłuszka.

– Brak spójnych danych! – zakomunikował po chwili komputer.

Martyna myślała przez chwilę intensywnie, irytująco stukając przy tym pazurami w blat.

– Lewy, podaj mi orientacyjną datę powstania lądów.

– Istnieje kilka hipotez, ale żadna nie jest wiarygodna –zameldowała służbiście maszyna.

Nasza  ignorantka  zaklęła  pod  nosem  i  skoncentrowała  wzrok  na  wielce  interesującej  ikonce  z wizerunkiem zielonego kwadratu.

– Lewy,  podaj  mi  orientacyjny  czas  powstania  pierwszych  roślin  –  zażądała  z  pewnym ożywieniem.

– W karbonie – rzucił lakonicznie komputer.

– Ja  też  cię mam w  karbonie!  –  zripostowała  błyskotliwie  nasza  intelektualistka  i  powróciła  do studiowania zawartości programu. Po chwili namysłu ostrożnie kliknęła w zieloną ikonkę i wpatrzyła się z zadowoleniem na komunikat: „Właśnie zamierzasz stworzyć ląd”.

– Ha! – powiedziała z satysfakcją i niekłamaną dumą. – No to teraz sobie stworzymy lądy!

– Martyna, no co  ty? – Weź no  lepiej nie kombinuj, bo zrobisz  jeszcze większy  syf! – Lewy był wyraźnie zaniepokojony.

– Lewy, podaj mi… – zawiesiła głos Martyna.

– Co znów mam ci podać!– gderliwie ponaglił komputer.

– Piwo  mi  podaj.  Do  tego  świetnie  się  nadajesz!  –  zarechotała  nasza  zbawicielka,  rysując  z mozołem kontur Afryki.

– Służę uprzejmie! – obraził się Lewy i wydał stosowne dyspozycje do kuchni.

Piwo, co trzeba przyznać, bardzo się przydało, bo Martyna po stworzeniu obydwu Ameryk i części Azji  lekko zbaraniała, zabierając się do szkicu swojego macierzystego kontynentu. Jak  to zwykle bywa, to, co jest pod nosem, umyka, i nasza bohaterka, próbując sobie przypomnieć kontur Europy, zamarła na chwilę,  by  po  chwili  otworzyć  browar,  który  zazwyczaj  korzystnie wpływał  na  jej  koncentrację.  Tym razem nawet to nie pomogło. Geograficzna ignorancja naszej byłej uczennicy wypłynęła właśnie w całej krasie na światło dzienne i nie pozostawało jej nic innego niż kapitulacja przed zasobami Lewego.

– Pokaż  no  mi  mapę  Ziemi,  kochaneczku  –  powiedziała  z  pewnym  ociąganiem  i  udała,  że  nie słyszy metalicznych i tłumionych parsknięć śmiechu.

Teraz  poszło  znacznie  lepiej  i  po  paru  łykach  piwa  okazało  się,  że  kontynenty  prezentują się całkiem przyzwoicie.  Ich wadą było  jedynie  to, że wszystkie były żałośnie płaskie  i całkowicie pokryte soczysta zielenią.

– Nic  się  nie  dzieje  bez  przyczyny  –  powiedziała  sentencjonalnie  Martyna,  przyglądając  się

krytycznie swojemu dziełu.

– Jeśli mogę coś powiedzieć – wtrącił  się Lewy –  to w prawym górnym  rogu  znajduje  się  ikona kataklizmów.

Nasza  bohaterka  skupiła wzrok  na  papuziej  feerii  ikon monitora  i  po  chwili  jej  jastrzębi wzrok wyłowił  tę oznaczoną  złocistym  i  schematycznym  rysunkiem piorunu. Kliknęła w nią bez zbytecznych ceregieli i przed jej oczami rozwinęła się wielce obiecująca lista możliwości.

Lista możliwości:

– potop

– trzęsienie ziemi

– susza

– ruchy tektoniczne

– pożary

– meteoryty

– zlodowacenia

 

Węsząc trop, Martyna weszła w opcję „meteoryty” i odnajdując rubryki, w których system prosił o podanie  trajektorii,  siły  rażenia  i  innych  danych,  które  były  kompletnie  dla  normalnego  ziemskiego ignoranta  niezrozumiałe, wycofała  się  pospiesznie,  gratulując  sobie,  że  zna zastosowanie  powszechnie używanej, skierowanej w lewą stronę zielonej strzałki. Myśl prędka jak błyskawica przegalopowała przez nieprzeciętny  umysł  naszej  zbawicielki  i  eksplodowała  całkowitym  zrozumiem  stylu  prymitywnego działania matki upiornych bliźniaków.

– A pies ją srał! – skomentowała głośno i wulgarnie.

– A kogo? – zagaił uprzejmie Lewy.

– A tę babę głupią! Matkę tych dwóch idiotów! – sapnęła ze złością Martyna. – Jej kurzy móżdżek pewnie nie ogrania nawet Onetu, a co dopiero  trajektorii  lotu meteorytów. Klikała, klikała, aż w końcu wysadziła wszystko. I pewnie nawet o tym nie wie! A ja teraz kłopot mam!

– Nie sądź swoją miarą – skomentował nieprofesjonalnie Lewy.

– Czyli jak? – zapytała lodowatym tonem Martyna.

– Pani  prezydentowa  jest  z  wykształcenia  fizykiem  jądrowym…  –  wyjaśnił  nie  bez  satysfakcji komputer.

– No  i  tego właśnie mogłam  się po niej  spodziewać!  – prychnęła pogardliwie nasza wielbicielka nauk  ścisłych.  –  Tacy  to  nie  mają  nawet  odrobiny  wyobraźni  i  wyliczają  sens  istnienia  za  pomocą debilnych wzorów.  Tak  jakby  bez  tego  jabłka  nie  umiały  spadać  z  drzewa.  – warknęła  nastroszona  i zapytała  retorycznie: – Jaki  jest  sens w zajmowaniu się  takimi pierdołami? Nie  lepiej polecieć w ciepłe kraje,  usiąść  pod  palmą  i  otworzyć  browarek? Albo  puścić  sobie muzyczkę  z  kompa  i  pograć w  fajną gierkę?

– A samoloty, komputery i puszki aluminiowe to pewnie sobie powstały ot tak, w toku ewolucji? – zarżał otwarcie Lewy.

– Dobra,  weź  no  ty  się  nie  mądrz,  tylko  odpal  jakieś  bryki  z  geografii,  żebym  nie  pomyliła kolejności kataklizmów – ucięła.

Komputer  zaczął  posłusznie  wypluwać  dane,  a  nasza  stwórczyni,  wysuwając  w  skupieniu koniuszek języka, precyzyjnie poddawała zielone płaskie kontynenty niszczycielskim zabiegom. Jej pełne satysfakcji  okrzyki  niosły  się  echem  po  kokpicie  i miały  ścisły  związek  z  niszczycielską  działalnością żywiołów  wszelakiej  maści.  Od  wypiętrzenia  gór  i  kontrolowanych  potopów  Martyna  przeskoczyła zgrabnie  do  bakterii  i  innych  pierdół  i  mocno  znużona  beznadziejnie  powolną  akcją  gry,  ustawiła maksymalną  prędkość.  Przed  jej  czerwonymi  z  niewyspania  oczami  przewijały  się  dziwaczne  stworki, które w ekspresowym tempie wylazły z oceanów i rozpanoszyły się po lądach i w przestworzach. Naszej ignorantce  kompletnie  nie  przeszkadzał  fakt,  że  wyszczerbiła  parę  łańcuchów  pokarmowych,  nie wspominając  o  tym,  że  macierzystym  lądem  ogromnych  gadów  stały  się  współczesne  kontynenty. Możemy  w  tym  miejscu  podjąć  jednak  próbę  usprawiedliwienia  Martyny,  ponieważ  wtedy,  gdy  jej nauczycielka  geografii  przerabiała  lekcję  pod  tytułem  „Pangea”,  nasza  nieletnia  wówczas  bohaterka, uzbrojona w gencjanę, walczyła dzielnie z ospą w domowych pieleszach.

Jakby  nie  było,  to w  ostatecznym  rozrachunku  i  tak  się wszystko wyrównało,  bo Martyna przy pomocy  Lewego  wyliczyła  skrupulatnie  trajektorię  i  siłę  rażenia  kilku  meteorytów,  które  precyzyjnie odpalone w kierunku wizjonerskich lądów, skutecznie wyeliminowały gadzi problem. A zresztą, kto wie, jak było naprawdę? A co, jeśli nasza zbawicielka z przypadku miała rację,  twierdząc, że  intuicja  i ślepy traf  są  więcej  warte  od  ścisłego  stosowania  bezdusznych  procedur?  I  wreszcie,  czy  ktoś  na  ostatnich kilkudziesięciu  stronach  sugerował,  że  intencją  naszej  bohaterki  jest  stworzenie  wiernej  repliki rzeczywistości,  w  której  przyszła  na  świat?  Gdyby  Martyna  choć  na  moment  oderwała  się  od poukładanych w perfekcyjne  rządki  ikon, zapewne wyliczyłaby mrowie wad  swojego ułomnego  świata, który przeplatał się w czasie z miliardem równie ułomnych alternatyw. Szczęście jest sprawą subiektywną i tym zapewne kierował się każdy ze strategów pokonujących kolejne etapy gry w Ziemię.

– Stop! – ryknęła z mocą nasza bohaterka i kliknęła gwałtownie w opcje, wyhamowując tempo gry.

Jej uwagę przykuły człekokształtne, które,  jak pamiętała, Lucjan wyposażył w geny swojej  rasy. Kusiło ją,  żeby  pozostawić  małpy  w  spokoju  i  cierpliwe  poczekać,  aż  same  odnajdą  w  swych  włochatych mózgach znamiona człowieczeństwa, ale za szybami kokpitu  rodził się światłem dwóch gwiazd kolejny dzień  i Martynie  zwyczajnie  zabrakło  cierpliwości. Nie wiemy,  czy  słusznie  i  czy  olanie  sierściuchów doprowadziłoby  je  do  garniturów,  wojen  i  wyścigu  szczurów,  lecz  brzask  skutecznie  usprawiedliwiał naszą bohaterkę, która ziewając potężnie, kliknęła w ikonkę z wizerunkiem strzykawki kryjącej w sobie, zgodnie z jej oczekiwaniami, genetyczne bogactwo.

– Lewy, powiedz no mi, czy ty masz mój genotyp na składzie? – zapytała obojętnie.

– Oczywiście!  Przechowuję  wszystkie  dane!  –  odparł  służbiście  Lewy  i  bez  wahania  dodał.  – Wystarczy skorzystać z toalety…

– Liczę  na  to,  że mnie  uprzedzisz,  jak  się  okaże,  że w  ciąży  jestem  –  przerwała mu  zgryźliwie Martyna.  – Dawaj mi  tu mój  genotyp,  jak  już mam  coś  z małpami mieszać,  to  lepiej  niech  to będzie człowiek, a nie orangutan – podsumowała złośliwie.

– Służę uprzejmie, lecz muszę dodać, że twój genotyp ma ścisły związek z próbkami pobranymi od Lucjana! – napomknął Lewy.

– W  dupie  to mam! Najwyraźniej materiał  przerósł dawcę  i  uważam,  że mimo wszystko  nie ma sensu  zaszczepiać  człekokształtnym  małpich  genów  –  powiedziała  lekceważąco  nasza  genetyczna ignorantka.

– Jak sobie chcesz – odparł z rezygnacją komputer.

Dalej  gra  potoczyła  się  w  oszołamiającym  tempie.  Przed  oczami  Martyny  migały  kolejne przemiany:  jaskiniowcy  przeobrażający  się w  dzielnych  rolników  okupujących  drewniane  kurne  chaty, rozrzucone  po  wszystkich  globach  prymitywne  plemiona,  lokalne  konflikty  i  palenie  wiosek.  Nie pojawiały  się natomiast krwawe globalne wojenki, których mgliste wyobrażenie nasza bohaterka nosiła skrzętnie upchnięte w wacie traumatycznego wspomnienia lekcji historii. Świat parł ku cywilizacji, lecz w leniwym, jednostajnym tempie.

– Wojnę zrób, babo głupia! – nie wytrzymał nerwowo Lewy.

– A po co? – zapytała zdumiona Martyna, zapominając z wrażenia obrazić się za głupią babę.

– A  jak wykarmisz  to  towarzystwo? Masz świadomość,  ile się  tego  tam namnoży,  jeśli  ich  trochę nie przetrzebisz?

– Wystarczy  wyprodukować  więcej  żarcia!  –  odparła  pogodnie  nasza  świeżo  mianowana ekonomistka. Dorobimy trochę pól i zagród, zasadzimy sady i powinno być w porządku.

– Martyna!  –  jęknął  ze  zgrozą  Lewy.  –  A  co  z  miejscem?  Masz,  do  cholery,  tylko  sześć kontynentów  i  jeśli  nie  będziesz  kontrolować  liczebności  populacji,  to  niedługo wytną wszystkie  lasy, żeby chałupy postawić.

– Się zagospodaruje Antarktydę – powiedziała odkrywczo nasza bohaterka. – Spuścimy meteoryt, potem jakieś pożary i się klimacik ustabilizuje.

– Jak  rozpuścisz  Antarktydę,  to  wywołasz  niekontrolowany  potop  –  zgorszył  się  jej  beztroską komputer.

– Aha! – wykazała się zrozumieniem Martyna. – No to zrobimy to po babsku!

Wyprostowała  się  z  ożywieniem  na  fotelu  i  bez wahania  kliknęła  ponownie w  ikonę ozdobioną schematycznym  rysunkiem  strzykawki  i  zagłębiając  się  w  opcję  „osiągnięcia  medycyny”, wynalazła szybciutko piguły antykoncepcyjne. Zadowolona z  siebie, zaaplikowała planecie panaceum na wszelkie lęki i troski i triumfalnie powiodła spojrzeniem po monitorze Lewego.

– I co? Musi być wojna? – zapytała wyzywająco.

– Musi!  –  odparł  stanowczo  elektroniczny  dupek.  –  Zapomniałaś  o  tym,  że  wojny  napędzały postęp.  To  dzięki  wojnom  rodziły  się  nowe  technologie.  Nawet  głupiego  brązu  byście  nie wynaleźli, gdyby nie one!

– Spoko!  –  machnęła  lekceważąco  ręką  Martyna.  –  Pomyślałam  o  tym!  Ponieważ  w  mojej rzeczywistości  faceci  są  partnerami,  a  nie  panami, więc  cały  swój  twórczy  potencjał  kierują w  stronę produkcji biżuterii i garnków. Nic się nie bój, będzie dobrze!

Martyna  poczuła,  że  moc  stwórcza  zdecydowanie  ją  opuszcza,  więc  przyspieszyła  proces, jednocześnie ponaglając Lewego, by dostarczył kawę. Jej planeta dobijała właśnie do lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, więc nasza bohaterka wcisnęła pauzę  i  z  zadumą wpatrywała  się w powierzchnię globu. Pierwszą  rzeczą, która  rzuciła  jej  się w oczy, była  soczysta zieleń oplatająca wybrzuszone opcją wypiętrzeń kontynenty. Klikając w  zoom przecierała oczy  ze  zdumienia, gdy  zamiast monumentalnych socjalistycznych blokowisk ujrzała w rodzinnej dzielnicy oplecione winoroślą i krwistymi różami domki zatopione w  kwadratowych  połaciach  trawy.  Szare  były  jedynie wysuszone majowym  słońcem  ulice  i gołębie kąpiące się w przydomowych szmaragdowych oczkach. Siermiężny socjalizm najwyraźniej nigdy nie  nadszedł,  bowiem budynek  szkoły  osadzony w  tej  sielskiej  scenerii  uśmiechał  się  barwami  ścian.

Martyna,  kompletnie  zbaraniała,  wpatrywała  się  w  szkolny  dziedziniec  i  z  nieśmiałym uśmiechem nabierała wiary w  sens  zarwanych  nocek  i wypitego browaru.  Jej  sielskie,  jakże  różne  od poprzednich wspomnienie zaćmiło nagłe rozpoznanie.

– O żesz ty w dupę! – wrzasnęła znienacka.

– Ale co? Ale jak?– zgrzytnął wyrwany z Kurnika Lewy.

– No  patrz!  Daruś  środkiem  dziedzińca  idzie.  Zgubił  okularki  i  chyba  płacze!  –  relacjonowała Martyna. – A teraz jakaś dziewczynka do niego podchodzi…

W Martynę jakby piorun totalnego zrozumienia trzasnął. Zerwała się na równe nogi i podbiegłado

Lewego.

– Natychmiast mnie tam przenieś! – zażądała.

– A ty myślisz, że to takie proste jest? – zapytał ze znużeniem komputer.

– A  gówno  mnie  to  obchodzi!  –  wrzasnęła  nasza  podróżniczka  w  czasie,  zgarniając  z  blatu śrubokręt i demonstrując Lewemu jego ostrą końcówkę.

– No dobra, już liczę! – zgodziła się nerwowo maszyna.

– Chcę skoczyć na pięć minut przed rozpoczęciem tej przerwy – zadysponowała wyniośle Martyna.

– Nie da się! – pisnął ze strachem Lewy. – Możesz skoczyć dokładnie do chwili, którą w tej chwili

widzisz.

Martyna  wytężyła  wzrok  i  ujrzała  swoją  młodocianą  kopię,  dużo  lepiej  odzianą,  która  właśnie podnosiła okularki  i  troskliwie wycierając  je o własny  sweterek, nasadzała  je delikatnie na rozbity nos Darusia.

– Stop! –  ryknęła w desperacji  i uderzając w  spację  Jabłuszka, zatrzymała bieg historii.  – Wyślij mnie właśnie tam! – zażądała.

Lewy najwyraźniej bał się podjąć jakąkolwiek polemikę, bo bez dyskusji wyliczył dane i po chwili Martyna poczuła znajome szarpnięcie w pośladkach. Zbliżała się nieuchronnie do niewinnego spotkania dwojga kilkulatków, które zaowocowało późniejszą eksplozją Ziemi.

Twarda  nawierzchnia  dziedzińca  szkolnego  sprawiła,  że  Martyna  nie  wylądowała  tak profesjonalnie, jakby chciała. Czując, jak omiatają ją wścibskie i czujne oczy gówniarzy, poderwała się z obolałych  kolan  na  równe  nogi  i  od  niechcenia  otrzepując  nogawki  wysłużonych  i  lekko  wilgotnych bojówek, czujnie się rozglądała wokół siebie. Daruś stał kilka kroków od niej i uszczęśliwiony poprawiał odzyskane  okularki,  odprowadzając  wzrokiem  chudą  dziewczynkę, która  w  podskokach  wbiegała  na schody  wiodące  do  drzwi  wejściowych.  Martyna  miała  świadomość,  że  jeśli  nie  dorwie  swojego młodszego wcielenia  przed  przestąpieniem  przez  nią wrót  szkolnych,  żadną miarą  nie  dostanie  się  do środka. Niezależnie do epok, zawirowań czasowych i układów politycznych przy wejściu stał cerber, pani Czesia,  niezłomnie  trwająca  na  straży  porządku.  Nasza  bohaterka,  nie  znajdując  innego  rozwiązania, wbiegła za swoim młodszym wcieleniem aż do szczytu schodów i podjęła desperacką próbę nawiązania kontaktu.

– Martyna!  –  krzyknęła  Martyna,  z  nadzieją  że  mała  Martyna  zareaguje  na  jej  wołanie.

Dziewczynka odwróciła  się zdziwiona  i napotkała  spojrzenie  swoich piwnych oczu, wyblakłych nieco  i wytłumionych  petardą  puszek  piwa.  Były  to  jednak  ciągle  te  same  oczy  i  dziewczynka zamarła  w oczekiwaniu. Jej badawczego spojrzenia nie zdekoncentrował nawet natarczywy dźwięk dzwonka, który poderwał  do  góry  strumień  dzieciaków,  obecnie  podążających w  stronę  drzwi wejściowych.  Ich  rwący nurt  rozdzielał  się znienacka na dwie odnogi, które z bezwiednym  szacunkiem omijały maleńką wyspę osłupienia.

– Musimy  pogadać!  –  wrzasnęła  duża  Martyna,  starając  się  przekrzyczeć  rwetes  szkolnych korytarzy.

– O czym? – zapytała ostrożnie mała Martynka.

– Kochanie, musisz  uciec  od Darusia,  bo  jeśli  tego  nie  zrobisz,  to  kiedyś  Ziemia wybuchnie! – odparła mało dyplomatycznie nasza bezdzietna bohaterka.

– Z cyrku się urwałaś? – zapytała rzeczowo i trzeźwo mała Martynka.

Nasza  zblazowana  trzydziestolatka  cmoknęła  z  uznaniem  i  rozpłynęła  się  w  wewnętrznych zachwytach nad intuicją i rozsądkiem swojego szkolnego wcielenia.

– Moja krew!

– Pani jest moją krewną? – zaszczekało bezczelne szczenię.

– Dzieciaku,  ja  nie wiem,  jak mogę  cię  przekonać,  że  jestem  tobą,  ale musisz  zrozumieć  jedną rzecz, zanim zniknę: nie wolno nam się zaprzyjaźnić z Darusiem. Obiecaj kochanie, że nigdy nie polubisz Darusia! Błąd z okularkami powinien jakoś przejść, ale jeśli zaprzyjaźnisz się z Darusiem, to nie zdasz z historii – wywaliła z grubego działa Martyna.

Martynka  zakręciła  z  zakłopotaniem  warkoczyk  na  maleńkiej  dłoni  i  patrzyła  z  ufnością  na zniszczoną życiem Martynę.

– Rozumiem! – skinęła główką, chichocząc. – Mam nie lubić Darusia, tak?

– Tak! – odetchnęła z ulgą Martyna.

– To nie będzie trudne, bo on jest strasznie głupi! – uśmiechnęła się radośnie młoda.

Nasza  cyniczna,  stara  i  lekko  pomarszczona  Martyna  spojrzała  z  aprobatą  na  dzieciaka  z warkoczykami  i  ogarniając  zachwyconym  wzrokiem  dobrobyt  Mokotowa,  nakazała  Lewemu natychmiastową deportację na Raj 3.14.

– Ha! – krzyknęła z satysfakcją tuż po lądowaniu w kokpicie. – I sprawa załatwiona! Mogę wracać do domu!

– Jesteś pewna? – zapytał Lewy, niespiesznie kończąc partię literaków.

– A co? – zapytała z niepokojem nasza podróżniczka w czasie. – No,  jak znam  siebie,  to pewnie oleję Darusia, więc on się do mnie nie przyczepi. A jeśli się do mnie nie przyczepi, to Magdusia nigdy nie wytnie numeru z ciotką Marcjanną i historia pobiegnie zupełnie innym torem. Mam rację? – dokończyła błagalnie.

– No… ogólnie masz! Ale pojawiają się pewne komplikacje. To już nie jest twoja przyszłość, tylko małej Martynki, która dorośnie i ułoży sobie życie  i gdybyś skoczyła do swojej przyszłości w wieku lat trzydziestu, to okazałoby się, że jest was o jedną za dużo.

– Już wiem, dlaczego Lucjan mówił, że go te podróże w ziemskim czasie przerosły – oświadczyła Martyna, nerwowo gryząc paznokieć kciuka lewej ręki.

– Obawiam się, że niezależnie od tego, czy Ziemia wybuchła czy nie wybuchła, to twoim jedynym miejscem we wszechświecie jest wyłącznie Raj 3.14.

– Nie zgadzam się na to! – ryknęła Martyna, waląc pięścią w blat.

– Nie masz wyjścia – powiedział spokojnie Lewy.

Martyna poderwała się na równe nogi  i miotając przekleństwa, kopnęła z całej siły w  fotel, który przewrócił się malowniczo, gubiąc nogi.

– O kurwa! – skomentowała nasza niszczycielka.

– Nie przejmuj się! – odparł komputer zblazowanym tonem – Jest jeszcze drugi.

Martyna  odwróciła  się  powoli  w  stronę  Lewego  i  przez  jej  nieznacznie  tylko  smagniętą zmarszczkami twarz przebiegł mgiełką podstępny uśmiech. W kilku ruchach dopadła do drugiego fotela i manewrując dupskiem, podjechała do monitora Jabłuszka.

– Lewy, powiem ci, że nie spodziewałam się po tobie takiej inteligencji.

– Że niby co? Co ty chcesz zrobić? – zająknął się komputer.

– Pomyśl chwilę! – zarechotała bezdomna desperatka.

Martyna skupiła wzrok na monitorze i pospiesznie wyszukała opcję zapamiętania gry. Cofnęła się do głównego menu i z szatańskim śmiechem odpaliła swoją grę ponownie.

– No  i  sprawa  załatwiona! Zduplikowałam  grę  – wyjaśniła wielce  z  siebie  zadowolona.  – Teraz mała Martynka  ma  swoją  rzeczywistość,  a  ja  sobie  stworzyłam  drugą  i  zamierzam  ją  popchnąć  o  te dwadzieścia parę lat i wreszcie odzyskać swoje życie.

– Ale w tej drugiej grze też jest mała Martynka! – zaprotestował Lewy.

– Trudno! – wycedziła zimno nasza zbawicielka. – Czasem potrzebne są ofiary…

– Co zamierzasz? – zapytał zaniepokojony komputer.

– Dociągnę do  trzydziechy, a potem pozbędę się  tej innej Martyny – powiedziała spokojnie nasza bohaterka. – I wskoczę na swoje miejsce.

– Na jej miejsce! – sprostowała maszyna zgryźliwie.

– Nieważne! Dosyć tego! Mnie się też, do cholery, coś od życia należy – wrzasnęła Martyna.

– Niby tak… Ale co zamierzasz zrobić ze swoim klonem?

To pytanie zawisło całym swoim ciężarem w ciszy kokpitu i sprawiło, że Martyna oderwała się na chwilę  od  Jabłuszka  i  z  zadumą  zapatrzyła w  błękitną  przestrzeń. Było  na  co  popatrzeć. Dzień wygrał właśnie z nocą  i dwie oślepiające gwiazdy Układu wtaczały  się z mozołem ponad horyzont. Widok był idealną scenerią do wzbudzenia deklaracji głębokiej prawości myśli i jeszcze głębszego humanitaryzmu.

– A w dupie to mam! – wyznała nasza wrażliwa na piękno bohaterka. – Dam ją do poprzedniej gry.

Wrzucę  je  obydwie  do  laboratorium,  pogrzebię  im  w  mózgach  i  wmówię,  że  są  bliźniaczkami jednojajowymi.

– No to jest jakaś myśl – skomentował z uznaniem Lewy.

Martyna pochyliła się nad klawiaturą i zaczęła gorączkowo klikać w opcje laboratorium. Po chwili odkryła szereg zaawansowanych opcji, lecz żadnych współzależności pomiędzy odrębnymi grami.

– W mordę, no! – pożaliła się głośno. – Nie mam pojęcia, jak to zrobić!

Lewy szumiał miarowo i ze spokojem oczekiwał na dalszy rozwój wypadków. Martyna miotała się

bezsilnie po programie, coraz bardziej wkurzona.

– No przecież musi być jakiś sposób – powiedziała płaczliwie.

– No jest! – zlitował się miłosiernie Lewy. – Musisz wejść w Internet i ściągnąć pirackie nakładki.

– Właśnie sama na to wpadłam! – zełgała Martyna. – Ale i tak dziękuję – dodała nieco sztywno. Dalej  wypadki  potoczyły  się  błyskawicznie:  nasza  bohaterka  ściągnęła  nielegalne  dodatki, zainstalowała je w grze i niecierpliwie klikając, porwała trzydziestoletniego klona z wersji beta do wersji alfa. Poddała obydwa klony  lekkiej modyfikacji pamięci, umieściła  je bezpiecznie w  realiach pierwszej gry  i  zapisała  zmiany.  Chwilę  później  uruchomiła  wersję  beta  i  nacisnęła  spację  w  chwili,  w  której porwała niczego nieświadomego klona.

– Dobra,  nie ma  się  nad  czym  zastanawiać!  –  powiedziała  do  Lewego.  – Natychmiast wyliczaj dane. Spadam do domu.

Komputer nie próbował polemizować. Zaszumiał łagodnie i obiecująco, by po chwili zamilknąć.

– Mam nadzieję, że tego właśnie chcesz, bo od tej decyzji nie ma odwrotu – ostrzegł.

– Zrób  to! Natychmiast!  –  ponagliła. Wyrwała  ze  Środkowego  i  z  Jabłuszka  srebrne  kluczyki  i stanęła w centrum kokpitu.

Lewy  westchnął,  lecz  wypełnił  polecenie.  Martyna  poczuła  znajome  drętwienie  w  okolicach pośladków i już po chwili opadła ciężko na znajomy chodnik przed swoim blokiem. Okręciła się na pięcie i jej oczom ukazał się sąsiedni blok, jak zwykle rzucający cień na podwórko. Słońce wciąż stało wysoko, ale  wyraźnie  skłaniało  się  ku  zachodowi.  Pobliskie  bzy  zalewały  przepychem  zapachu  zgniliznę napływającą  falami  z  pobliskiego  śmietnika,  a  w  drzwiach  klatki  schodowej  zachęcająco  bzykały swojskie muchy.

Martyna  zorientowała  się,  że  ściska w  dłoni  siatkę  z  browarami,  a  jej  nogi wyraźnie  rwą  się w kierunku  schodów. Podeszła  ostrożnie, dziwując  się w  duchu,  że  jej  przytulny  blok  nie  zamienił  się w  domek  z  ogródkiem. Wspinając  się  po  schodach,  zastanawiała  się  właśnie,  czy  jej  biedne  glonojady jeszcze żyją, gdy z hukiem otworzyły się drzwi mieszkania Szalińskiego.

– Dzień dobry! – zawołał odziany w dres i kapcie Szaliński.

– Dzień dobry – odpowiedziała niepewnie Martyna.

– No  to  jutro  się widzimy,  tak? – zapytał  sąsiad  radośnie. – Tylko  się nie  spóźnijcie, bo  impreza urodzinowa bliźniaków zaczyna się o siedemnastej!

– No  tak, oczywiście – wymamrotała nasza skołowana bohaterka  i rzucając wymuszony uśmiech, ruszyła ostro po schodach.

Drzwi  mieszkania  wyglądały  dokładnie  tak  jak  zawsze.  Martyna  pomacała  kieszenie  w poszukiwaniu kluczy, lecz przypomniała sobie mgliście, że nie miała okazji zamknąć ich od zewnątrz i z nadzieją  nacisnęła  klamkę.  Drzwi  ustąpiły  bez  protestu,  więc  Martyna  weszła ostrożnie  do  środka.

Właśnie  zaczynała  się  cieszyć  w  duchu  z  odzyskanego  życia,  gdy  przed  jej  oczami  wyrósł wysoki blondyn i szurając kapciami, podszedł do niej energicznym krokiem.

– Gdzieś ty była tyle czasu? – zapytał.

– No, po piwo poszłam! – odpowiedziała potulnie Martyna, wyraźnie grając na zwłokę.

– Po piwo? – ucieszył się wyraźnie blondyn. – Przecież ty piwa nie lubisz!

– Ja  piwa  nie  lubię?  –  zdumiała  się  nasza  piwoszka  i  ostatecznie  rozgrzeszyła  się  z  manewru wyrzucenia wybrakowanego klona do wersji alfa. – No to chyba polubiłam! – dodała, szczerząc zęby.

– I słusznie! – uśmiechnął się facet. – Ale teraz to sobie chyba darujemy, bo dzieciak się budzi.

– Dzieciak…? – zdziwiła się Martyna

–  No a co? Dzisiaj ty kąpiesz, a ja karmię! – wyjaśnił blondyn.

Martyna rozejrzała się zdumiona po mieszkaniu  i po chwili bez wahania ruszyła w stronę małego pokoju,  który  w  jej  rzeczywistości  był  pełnym  pajęczyn  składzikiem. Weszła  na  palcach  do środka  i zobaczyła małe, pomarszczone COŚ uśmiechające się do niej zza szczebelków drewnianego łóżeczka.

– Jakoś  przywyknę  – wyszeptała  sama  do  siebie.  – Zresztą,  jakby  co,  to mam  klucze  doRaju  – dodała, klepiąc się wymownie po kieszeni.

Dzieciak  wykrzywił  się  w  grymasie  i  rozdarł  jak  czołówka  „Trąby  Jerychońskiej”.  Martyna podeszła  ostrożnie  do  łóżeczka  i  uśmiechając  się  niepewnie  do  stworka,  znalazła  swoją nagrodę pocieszenia.

– Jak by nie było – skomentowała filozoficznie – tutaj też jest piwo!

 

Koniec