Martyna 6

Martyna 6

image_pdfimage_print

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Comments are closed.