Martyna 7


 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.