Martyna 8

Martyna 8

image_pdfimage_print

Rozdział 8

W którym nadchodzi czas, by Martyna stanowczo uderzyła pięścią w stół

Powoli,  z  pozornym  ociąganiem,  lecz  wewnętrznie  drżąc  oczekiwaniem,  nasza  oprawczyni  płazów opuściła  leżak  i  otulając  się  ręcznikiem,  podążyła  w  stronę  drzwi  tarasu.  Z  ciężkim,  obłudnym westchnieniem  weszła  do  kuchni  i  od  niechcenia  muskając  wskazującym  palcem  blaty  kuchenne,  podeszła  do  lodówki,  bynajmniej  nie wpatrując  się w  jej  drzwi.  Przesunęła zdawkowo kilka magnesików i nie wgłębiając się w sens, przeczytała odruchowo zawartość przypiętych nimi karteczek, które głosiły: „Ziomuś! Wrzuciłem browce, więc pilnuj temperatury”, „ Dzwonił ojciec, chyba  lepiej  się  czuje,  więc  oddzwoń  do  niego,  jak  wstaniesz!”,  „Zapłacić  rachunek  za  prąd!”, „Kierunkowy na Jamajkę: 00 1876”, „Zmieniłam numer telefonu na: 00 123456789. Mama”, „Zadzwonić do A.E – praca na fizykę, ważne!!!!!”, „Synu zamykaj lodówkę, bo się za prąd nie wypłacę! Mama”.

Martyna przesunęła lekko ananasa wykonanego z modeliny i niby niechcący pociągnęła za klamkę lodówki.  Jak  skrzętna gospodyni, wyjęła z otwierającego  się  sezamu puszeczkę o najkrótszym  terminie przydatności  i  z  namaszczeniem  postawiła  ją  na  blacie. Oparła  się  łokciami  o  kuchenny  blat,  podparła brodę  dłońmi  i  zatopiła  się w  swych  fascynujących myślach,  nie  spuszczając  z  oczu  rychłego  upadku słońca. Jej  inteligentny monolog wewnętrzny zajął ją do  tego stopnia, że nie ruszyła się z miejsca przez dobre pięć minut po nadejściu mroku.

Inteligentny monolog wewnętrzny Martyny:

„Fajne te palmy. Kurde, ciekawe, kto je podlewa? A może ja powinnam? Eeee…Pewnie sztuczne są, jak wszystko  tutaj. Ale co z moimi  tujami na balkonie? Nawet gdybym zostawiła klucze Szalińskiemu,  to podlałby  je co najwyżej kwasem solnym. Nieważne, czytałam, że one mogą długo bez wody wytrzymać.  A  z  jaką  częstotliwością  podlewa  się  palmy? Kurde, może  lepiej  nie  będę  ich ruszać, bo  jeszcze zgniją. Szkoda, że nie zapytałam o  to Pana Żaba. A swoją drogą,  jaki  to płaz wredny był. Nigdy nie lubiłam żab, ale w sumie przydają się, bo zżerają komary.

Kurde! Nie widziałam  tu żadnego komara. Dziwne. Ale na wszelki wypadek  trzeba poszukać, czy w szafkach nie stoi jakiś komarozol. Ryby też zżerają komary, choć właściwie to chyba chodziło o ich jaja czy coś. Kurde! Glonojady mi zdechną! Muszę wracać. Koniecznie! Choć, jakby się zastanowić,  to  akwarium  dawno  niesprzątane, więc  kupa  glonów w  nim  jest,  a  skoro  ryba nazywa  się  glonojad,  to  pewnie  żre  glony,  więc  z  głodu  nie  zdechnie.  Ciekawe,  czy zakręciłam  kran  w  łazience…  Szlag!  Pranie  zostało  w  pralce.  No  i  cholera  weźmie  mój ulubiony  sweterek.  A  tyle wspomnień  się  z  nim wiąże. Matko!  Ten  sylwester  był  obłędny. Szkoda  tylko,  że  petardy  nie  chciały  się  odpalać,  ale  to wina  przeterminowanych  zapałek. Właściwie dlaczego ja nie lubię szampana? Aha, wiem! Chodzi o to, że bąble komponują się odpowiednio wyłącznie z chmielową goryczką, a nie z radziecką rozpuszczoną landryną. A właściwie to chyba słońce już zaszło”.

 

Widzicie? To  jest najlepszy dowód na  to,  że niezawodny mózg Martyny,  choć wiedzie  jej myśli wyboistymi ścieżkami i tak zawsze dociera do sedna. Nawet palma ma ścisły związek z puszeczką. Nasza bohaterka oderwała twarz od dłoni i łokcie od blatu, po czym wpiła wzrok w półlitrową dawkę szczęścia.

Uszczęśliwiona  chwyciła  puszkę  i  otwierając  ją  pospiesznie,  skierowała  się  w  stronę  ekskluzywnej kanapy, która okazała się wielce wygodnym meblem. Lewa ręka Martyny konsekwentnie podtrzymywała browarek, lecz prawa wyraźnie się nudziła i niezależnie od woli Martyny namierzyła pilota od ogromnego telewizora, pokrytego swojską warstwą kurzu i roztoczy. Nasza bohaterka utkwiła oczy w budzącym się ekranie i pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był widok z kamery przedstawiający zdradzieckie komputery w pełnej  krasie. Martyna  przez moment wpatrywała  się w  ekran  i  przechylając  potarganą  łepetynę  to w lewo,  to  w  prawo,  usiłowała  dociec,  czy  Środkowy  z  Lewym  śpią  i  czy  ich  diody  są  całkowicie wygaszone.  Nie  znajdując  jednoznacznej  odpowiedzi,  Martyna  przerzuciła  kanał  i  jednocześnie poderwała się energicznie z zamiarem zaciągnięcia na dobre jasnych, lecz nieprzejrzystych zasłon salonu, które zakłócały barwy ekranu. Z tyłu dobiegł ją odgłos profesjonalnego odkaszlnięcia.

– Minęła godzina dziewiętnasta i rozpoczynamy główne wydanie „Trąby Jerychońskiej” – potoczył się  w  eter  stereofoniczny  głos  spikerki.  –  W  dzisiejszym  programie  będzie  mowa  o  najnowszych doniesieniach  z Kliniki  imienia  Pawłowa w której przebywa Szef.  Później  przedstawimy  aktualny  stan  gospodarki  Układu,  ze szczegółową analizą przyczyn osłabienia się dinara w stosunku do walut peryferyjnych. W cyklu „Gorący temat  dnia”  opowiemy  o  spektakularnej  akcji  ujęcia  przez  Siły Międzygalaktyczne  szajki  spekulantów dziełami  sztuki.  I  na  koniec  nasza  pogodynka,  Magdalena,  opowie  o  zagrożeniach  związanych  z nadchodzącą  burzą meteorytów. Nerwowych widzów  uspokoję  od  razu,  że  głównym Układom  nic  nie grozi, a epicentrum przetoczy się przez odległe od cywilizacji peryferie Układu Statycznego… znaczy… ekhm…  –  chrząknęła  z  zakłopotaniem  spikerka  –  przepraszam  Państwa  bardzo  –  Słonecznego. Gdziekolwiek to jest! – dodała, chichocząc panienka z okienka.

Martyna  usiadła  na  kanapie  i  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  biuściastą  blondynę.  Dla pewności  podkręciła  program  głośniej  i  w  skupieniu  śledziła  żywiołową  gestykulację  spikerki,  która właśnie zapowiadała materiał filmowy z Kliniki imienia Pawłowa.

– Że,  kurwa,  jak?  –  zareagowała  z  opóźnieniem  i  jednoczesnym  oburzeniem Martyna.  –  Że  co niby? – Dyszała z wściekłością i maltretowała zębami paznokieć kciuka.

Nasza ziemska  patriotka  wypiła  jednym  haustem  resztę  piwa  i  pobiegła  kłusem  po  następne.  Taka  była wnerwiona, że nawet nie sprawdziła daty, tylko z głośnym pstryknięciem oderwała gwałtownie zawleczkę i energicznie zawróciła w stronę kanapy. Usiadła i ostentacyjnie położyła nogi na ławie, wymachując przy tym  zawzięcie  paluchem  lewej  stopy.  Na  ekranie  widać  było  marmurową  piramidę  porośniętą  bujną tropikalną  roślinnością.  W  centralnym  miejscu  kadru  stał  koleś  z  wodogłowiem,  wkomponowany  w sielankę łagodnie kołyszących się palm.

– Dobry wieczór państwu! – powiedział gość z wodogłowiem, przygładzając fioletowymi mackami klapy  białego  fartucha.  – Witam  państwa w  imieniu  personelu Kliniki   Pawłowa,  której  jestem ordynatorem.  Jest mi niezmiernie miło poinformować,  że  stan naszego pacjenta polepsza  się  z każdym dniem. Kuracja  farmakologiczna przyniosła oczekiwane  rezultaty  i możemy  się  spodziewać nawiązania kontaktu  lada  dzień.  Dodatkowo  muszę  się  z  państwem  podzielić  optymistyczną  informacją.  Otóż, obecnie  jesteśmy w  trakcie  realizowania  drugiej  fazy  alternatywnego  leczenia,  które,  choć może  nieco niekonwencjonalne, ale przynosi zdumiewające efekty i niesamowity progres.

– Czy mógłby nam pan, panie ordynatorze, przybliżyć, na czym polega  ta rewolucyjna metoda? – zagruchała słodko ze studia geograficzna ignorantka.

– No  cóż…  khy,  khy  –  odchrząknął  ordynator  z wodogłowiem.  – Niełatwo  to wytłumaczyć,  ale najprościej  można  powiedzieć,  że  pacjent  jest  poddawany  stałym  bodźcom,  które  nasz niestrudzony personel konfrontuje z konkretnymi czynnościami. No nie chciałbym się tutaj wykazać niedyskrecją, bo w końcu przysięga Hipokratesa zobowiązuje…

– Hektolitra chyba, no nie? – wykazała się wiedzą Martyna.

– …więc może  ograniczę  się  do  stwierdzenia,  że w  przypadku  naszego  pacjenta  pewne  bodźce kojarzą się z pewnymi czynnościami i jakby to powiedzieć… – zająknął się ordynator. – No powiedzmy, że jak klaśniemy, to pacjent bez protestu udaje się do łazienki.

– Zadzwońcie dzwonkiem, to może coś zje! – zarechotała grubiańsko Martyna.

– No  tak!  Dziękujemy  za  wyczerpujące  informację  i  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  życzyć dalszych sukcesów – zakończyła temat lekko blondyna.

– Sukcesów,  jasne!  –  rżała  radośnie  Martyna.  –  Masz  jeszcze  jakieś  optymistyczne  wieści,  ty pomiocie prowincjonalnej cywilizacji? – dodała słodziutkim tonem.

Niezrażona  niepochlebnymi  opiniami  na  swój  temat,  spikerka  uśmiechnęła  się  promiennie.  Po chwili jej radosne oblicze ustąpiło miejsca materiałowi filmowemu, w którym na plan pierwszy wysunął się  łopoczący  na wietrze  przyozdobiony wizerunkiem  ryby  sztandar. Tło  było  granatowe, w  centralnej części  znajdował  się  schematyczny  rysunek  rybki,  która  natrętnie  kojarzyła  się  Martynie  ze  snem  o historyczce  i  jej mętnym  bajdurzeniem  o  starożytnej  symbolice.  Z  dolnej  części  łatwo  było  odczytać wyhaftowane  na  żółto  hasło:  „Fenomenalnie  Integralny  Układ  Towarzystwa  Elit  Kosmosu”.  Nasza bohaterka  skończyła właśnie  sylabizować złożoną nazwę, gdy ekran zmętniał  i po chwili wyostrzył  się, ukazując zbliżenie pomarszczonych dłoni, ze  skupieniem naciskających prymitywną praskę,  spod której wyskakiwały błyszczące monety. Kamera oddaliła  się powoli  i  na ekranie pojawił  się koleś  z dredami, który  ostentacyjnie  otarł  z  czoła  nieistniejący  pot  i  z  grymasem morderczego  zmęczenia  po  raz  ostatni naparł  wątłymi  muskułami  na  narzędzie  pracy.  Najwyraźniej  nie  kwalifikował  się  do  inteligentnego komentarza,  gdyż  po  sekundzie  na wizji  zmaterializował  się  typek w  obsypanym  brokatem  błękitnym garniturze. Nerwowo  odciągnął  od  grdyki  upstrzony wizerunkiem  nieba  krawat  i  zaserwował widzom oszałamiający  międzygalaktyczny  przegląd  nieskazitelnie  białych  zębów.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zagdakała ze studia blondyna.

– Dobry wieczór – odparł sztywno jej rozmówca.

– Panie  profesorze,  dochodzą  do  nas  niepokojące wieści  o  postępującym  spadku wartości  naszej nadrzędnej  waluty.  Czy  mógłby  się  pan  ustosunkować  do  tych  niepokojących  doniesień?  –  zapytała sztucznie zafrasowanym głosem panienka.

– No  cóż…  ykhy…  borykamy  się  z  chwilowymi  trudnościami  rynku.  Nasza  technologia, zatwierdzona od  tysiącleci, nie wytrzymuje  tempa w konkurencji z w pełni zautomatyzowanymi  liniami produkcyjnymi… ekhm… no, tych… sąsiadów… – dokończył dyplomatycznie profesor.

– Jak  to możliwe,  że  układy  peryferyjne  biją  naszą  technologię  na  głowę?  –  zapytała  niewinnie spikerka.

– No cóż… Sprawa jest złożona i niewątpliwie jednym z czynników jest niereformowana od setek lat procedura produkcji, co wiąże się również z aktualnymi problemami zdrowotnymi Sze… – zawiesił głos międzygalaktyczny ekonomista.

– No  tak! – weszła mu w słowo prowadząca. – Rozumiem, że  linia produkcji złotych dinarów nie wytrzymuje  tempa  w  porównaniu  z  nowoczesnymi  technologiami.  Czy  nie  ma  to  czasem  związku  z doborem personelu w zakładach przynależących do Fenomenalnie Integralnego Układu Towarzystwa Elit Kosmosu?

– Moja pani! – zirytował się profesor. – Tu nie chodzi o nasz personel! Uważam, że barter naszych pracowników,  w  zamian  za  sadzonki  ananasów,  zaowocował  ogromnie  korzystnym  kontraktem handlowym!  Jeśli  koniecznie  musimy  szukać  przyczyny  kryzysu,  to  uważam,  że  absurdem  jest  bicie złotych  monet  w  czasach,  gdy  istnieją  inne,  tańsze  materiały,  a  nadmierne  przywiązanie  do  tradycji wyraźnie mści się na naszej gospodarce. Do tego za katastrofalne uważam skutki złagodzenia embargo na tanie  produkty  pochodzące  spoza Układu!  –  dokończył  z  oburzeniem  profesor  i  z  odrazą  odciągnął  na boki klapy importowanej marynarki.

– Aha!  Czyli  F.I.U.T.E.K.  jest  bezradny  wobec  dewaluacji  dinara  i  zalewu  naszych  rynków produktami z Dalekich Układów Peryferyjnych Antagonistów? – ucieszyła się profesjonalnie blondyna.

– D.U.P.A. niszczy F.I.U.T.E.K! – ryknął dramatycznie profesor. – Zapamiętajcie moje słowa!

Profesor,  wyraźnie  wzburzony,  coś  jeszcze  wrzeszczał,  ale  studio  przechwyciło  głos  i  ukazało lekko wzburzoną blondynę, która poprawiając słuchawkę w uchu, rozciągała silikonowe wargi w próbie profesjonalnego uśmiechu. Martyna obserwowała ją z niekłamaną satysfakcją. Pociągnęła sążnisty  łyk z puszeczki, umościła się wygodnie i suszyła zęby w stronę ekranu.

– Pogadaj o  tym ze Starowiczem – zarechotała, poderwała się  i pobiegła do  lodówki po dokładkę szczęścia  i  przy  okazji  jej  łapa  poleciała  do  szafki,  w  której  spoczywały  chipsy  o  smaku  cebulki.

Okoliczności  wyraźnie  uzasadniały  pochłonięcie  wzmiankowanej  bomby  kalorycznej,  zwłaszcza  że osamotniony  na  chwilę  odbiornik  nie  ustawał  w  generowaniu  kolejnych  rewelacji.  Gdy  Martyna ponownie  doskoczyła  do wieczornego  serwisu  „Trąby  Jerychońskiej”,  sytuacja  znacząco  się  zmieniła.

Amatorska  kamera  prezentowała  dramatyczną  i  brutalną  scenę  ujęcia  okutanego  w  połyskliwą  szatę osobnika,  który  obsesyjnie  zasłaniał  twarz  ramionami.  Na  dole  ekranu  pulsował  czerwonymi  literami napis: „Spektakularne rozbicie szajki złodziei na jednej z planet D.U.P.A.”. Po chwili trzęsąca się kamera wycofała  zbliżenie  szamoczącego  się  przestępcy  i  zrobiła  najazd  na  wnętrze  zakamuflowanego pomieszczenia,  w  którym  tłoczyły  się  przeróżne  przedmioty  sztuki  użytkowej.  Nic  one Martynie  nie mówiły,  do  czasu,  gdy  czujne  oko  kamery  uwięzło  w  legendarnym  na  Ziemi,  łagodnym  uśmiechu Mony Lisy.

– Spektakularna akcja  rozbicia  szajki złodziei zaowocowała przejęciem ponad  tysiąca unikalnych dzieł sztuki, w większości zrabowanych z planet D.U.P.A. Nie mamy  jeszcze komentarza co do tego, w jaki  sposób  arcydzieła  trafiły w  te  odległe  rejony  i w  jakich  okolicznościach  zostały  zagrabione  przez sprawców. Wciąż czekamy na komentarz policji międzygalaktycznej. Zgodnie z opinią ekspertów wartość rynkowa  zarekwirowanych  dzieł  sztuki  pokrywa  się  z  rocznym  obrotem  wyjątkowo  dochodowego Butelkowania  I  Eksportu  Dóbr  Alkoholowych,  co  przekłada  się  na  niebagatelną  kwotę  piętnastu miliardów dinarów.

Kamera ponownie skupiła się na przestępcy, który najwyraźniej sam  stanowił ową wieloosobową szajkę. Lekko otumaniony osobnik nie zdążył całkowicie zasłonić twarzy i przez mgnienie fragment jego rysów był doskonale widoczny w stucalowym powiększeniu.

– Lucek? – zapytała retorycznie Martyna. – Co tu się, kurna, dzieje? – dodała po chwili z wyraźną  pretensją w głosie.

Nikt nie raczył jej odpowiedzieć, co więcej, materiał właśnie się kończył i spikerka zapowiedziała blok  reklam,  jednocześnie  radząc,  by  nie  oddalać  się  od  odbiorników,  bo  za  chwilę  rozpoczną  się sensacyjne doniesienia pogodowe. Martyna, wytrenowana w ziemskich warunkach na rodzimej telewizji, poderwała  się  na  równe  nogi  i  nie  czekając  na  durną  melodyjkę  rozpoczynającą  blok  reklamowy, pokłusowała do łazienki. W końcu właśnie po to są reklamy.

Gdy nasza piwoszka wróciła przed telewizor, reklamy oczywiście jeszcze trwały, usiłując wmówić Martynie, że jedynie proszek „Galaktyka” dopierze plamy z ketchupu na jej podróżnym kombinezonie, że jej  dziecko  z  pewnością  będzie  szczęśliwe  dopiero  wtedy,  gdy  zrobi  kupę  do  niesamowicie miękkiej pieluchy  „Czerwony  Karzeł”,  a  mąż  Martyny  odzyska  siły  witalne  po  systematycznym  zażywaniu preparatu witaminowego  „Kosmiczny Wulkan”. Nasza  bohaterka  dowiedziała  się  również,  że  „Cosmo-catering” dostarczy dowolne potrawy  i płyny w najdalszy zakątek Układu, a  jeśli klient ma życzenie,  to nawet  jeszcze  dalej. Martyna  nie  uległa  sugestywnej wizji  idealnego  świata,  po  części  dlatego,  że  nie miała  ani męża,  ani dzieci,  a  na dodatek nie przepadała  za pomidorami w postaci półpłynnej  i do  tego mając  w  perspektywie  spłatę  zaległego  czynszu,  raczej  nie  będzie  się  wygłupiać  i  zamawiać  żarcia nie wiadomo skąd, zwłaszcza że na dole małymi literkami napisali: „Za dolot płaci klient”.

Sięgnęła  do  lodówki  po  trzecie  piwko  i  usiadła  przed  telewizorem  dokładnie w  chwili, w  której reklamy się skończyły. Przez chwilę rozmyślała, dlaczego spikerzy nigdy nie mówią „Do zobaczenia po reklamach”  tylko „Do zobaczenia po krótkiej przerwie”  i doszła do wniosku, że barany z  telewizji być może  mają  nadzieję,  że  w  ten  sposób  zmylą  przeciwnika,  który  na  pewno  nie  będzie  się  spodziewał reklam,  jeśli  się  powie  „przerwa”,  i  na  pewno  nie  ucieknie,  gdy  będzie  ona  „krótka”. W  końcu  umysł telewidza, podłączonego do mózgu centralnego, jakim jest Bóg Telewizor, nie domyśli się, że te kolorowe historyjki  to  reklamy.  Zdaniem  speców  od  marketingu  i  reklamy  śliniące  się  rośliny  przed  ekranami pomyślą, że  to  inny, nieco bardziej kolorowy  i wielce  radosny program. Ale  nie z Martyną  te numery!

Przejrzała na wylot  te knowania  i ostentacyjnie wychodziła  z pokoju podczas każdego bloku  reklam.  I trzeba oddać sprawiedliwość prawdzie, że dzięki temu spędzała znacznie mniej czasu przed telewizorem.

Martyna  wyprostowała  się  gwałtownie  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  te  reklamy  nie  są  przypadkiem podstępnym  i utajonym narzędziem manipulacji sponsorowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Nie dane jej  jednak  było  rozwikłanie  tej  palącej  kwestii,  bo  przed  jej  oczy wcisnęła  się  jakaś  ruda  z  kręconymi włosami i wyginając się wdzięcznie, wskazała smukłym paluszkiem mapę kompletnie nieznanej Martynie galaktyki. Panienka uśmiechnęła się wdzięcznie i spojrzała naszej bohaterce prosto w oczy.

– Witam  serdecznie!  Jest  mi  miło  poinformować  Państwa,  że  dzisiejszej  nocy  temperatura  na plantach  Układu  będzie  się  wahać  od  –  50  do  +  50  stopni  Celsjusza,  czyli  będzie  dokładnie  tak  jak zawsze, więc zupełnie nie wiem, po co mi to każą mówić co wieczór. Aha! Pewnie dlatego, że mi za to płacą! – roześmiała się ruda i po chwili nieco się zreflektowała. – To taki żarcik, proszę państwa.

Martyna,  nie  całkiem  rozbawiona,  wpatrywała  się  intensywnie  w  twarz  pogodynki,  a  jej  mózg przesiewał  terabajty  zarchiwizowanych myśli w  poszukiwaniu  tej  jednej,  ulotnej,  której istnienia  nasza myślicielka  nawet  się  nie  domyślała.  Ruda  w  tym  czasie  zawiesiła  głos  i zmieniła  wyraz  twarzy  na nieomal zatroskany.

– Zgodnie z tym, co już wcześniej państwo usłyszeli, możemy się spodziewać deszczu meteorytów o  nienotowanej  wcześniej  sile.  Muszę  jednak  uspokoić  naszych  miłych  widzów,  ponieważ  jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami tego fenomenu pogodowego będzie znaczne obniżenie ciśnienia, lekkie wstrząsy  i  co  za  tym  idzie,  gorsze  samopoczucie,  głównie  pośród  meteoropatów,  hipochondryków  i histeryków. Nasi eksperci wyliczyli, że meteoryty miną wszystkie planety Układu, a  ich niszczycielska siła skoncentruje się w odległym od nas systemie planetarnym o nazwie Układ Słoneczny, którego planety są  niezamieszkałe  bądź  prezentują  jedynie  prymitywne  formy  życia.  Jeśli  są  państwo  zainteresowani śledzeniem  serii  spektakularnych  eksplozji,  to  proszę  się  zalogować  na  naszej  stronie  internetowej,  na której,  po  wniesieniu  symbolicznej  opłaty,  będzie  można  obserwować  na  żywo  zagładę  Układu Słonecznego  –  powiedziała  ruda  i  uśmiechając  się  profesjonalnie,  dodała  rzeczowo:  –Oczywiście  dla pierwszych stu osób, które opłacą przekaz z zagłady, mamy wartościowe upominki rzeczowe. Dodatkowo już teraz uruchamiamy infolinię audiotele, w której mogą państwo wygrać sto tysięcy dinarów i komplet pamiątkowych  zdjęć.  Pytanie  na  dzisiaj  brzmi:  Proszę  powiedzieć,  jak  nazywa  się  gwiazda  Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga Mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

Na  państwa  zgłoszenia  czekamy  do  godziny  23.50,  czyli  mniej  więcej  dziesięć  minut  przed planowaną  eksplozją  Słoń…  to  znaczy…  –  zmieszała  się  sztucznie  pogodynka  –  to  znaczy przed planowaną eksplozją gwiazdy Układu Słonecznego wraz z towarzyszącymi jej planetami. Na dole ekranu widnieje numer, pod który należy dzwonić.

– Ha! – wygłosiła triumfalnie Martyna i pobiegła po telefon. Impuls radości spowodowany wiedzą opadł  równie  nagle  jak  powstał.  Nasza  ekspertka  od  astronomii  odkręciła  się  na  pięcie  i  dopadła  do ekranu. Przysunęła badawcze spojrzenie do  telewizora  i wiedza znacznie głębsza spłynęła na jej światły umysł.

– Magdusia? Magdusia z ósmej „a”? – zapytała ekran niepewnie.

Pogodynka wpiła w Martynę spojrzenie i przez chwilę zdumiona milczała.

– Znamy się? – opowiedziała w końcu z wyższością.

– Znamy! – wysyczała Martyna. – Odebrałaś mi Dariusza!

Ruda Magda potrząsnęła wdzięcznie burzą miedzianych loków i od niechcenia przesuwając dłońmi po  wyjątkowo  zgrabnych  i  modnie  odzianych  biodrach,  wyszczerzyła  równiusieńkie  białe  zęby  w złośliwym uśmiechu.

– Marta! Jak miło cię widzieć!

– Martyna, nie Marta! – wycedziła nasza urażona bohaterka.

– No tak! – lekceważąco machnęła dłonią Magda. – Skąd się tu, nieboraczko, wzięłaś? –rzuciła po chwili.

– A ty?

– No wiesz! – zamrugała rzęsami ruda. – Karierę robię. Od podstawówki było jasne, że będę kimś, no nie? W końcu byłam…

– …najbardziej popularną dziewczyną w szkole! – weszła jej w słowo Martyna.

– No  właśnie!  –  powiedziała  z  satysfakcją  najbardziej  popularna  dziewczyna  w  szkole  i pieczołowicie przygładziła brwi tipsami palców wskazujących. – I jak widać, nic się nie zmieniło, co?

W  lekko  zapuszczonym  ciele Martyny  rodziła  się myśl  o  kompleksowych  usługach  fryzjersko-kosmetycznych.  Przez  kilka  sekund  wyobrażała  sobie  swoje  jestestwo  upchnięte  w  nieskazitelny, wypracowany w pocie czoła kostium, którego najdrobniejsze zagięcia doprowadzają do palpitacji serca.

Przez  jej  potargany  łeb  przegalopowało wspomnienie  niewiernego Dariusza  i  triumfalne wejście  rudej Magdy na szkolną dyskotekę pod rękę z wyżej wymienionym. Nasza niedoszła psycholożka do dziś dnia nie umiała sobie wytłumaczyć fenomenu istnienia Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole.

Fenomen Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole

W czasach, gdy pochłania się miliardy cukierków, a w napchanej sianem głowie nie pojawia się  myśl  o  ich  zawartości  kalorycznej  i  –  co  zapewne  zszokuje  czytelników  –  nie  istnieje rytuał wklepywania  kremów  przeciwzmarszczkowych,  istnieje  za  to  centralna  postać myśli każdej  młodocianej.  Owa  postać  to  Najpopularniejsza  Dziewczyna  w  Szkole.  Podziwiana prawie  tak  mocno  jak  idol  z  plakatu,  ale  jednak  materialna  i  codziennie  widywana.  Jej kpiący uśmiech, którego serdeczność zarezerwowana jest wyłącznie dla nauczycieli i uczniów płci męskiej, wyznacza  rytm  szkolnego  dnia wszystkich  dziewczynek.  Jej  opinia wpływa na każdy aspekt  szkolnego  życia. Jeśli  jej  zdaniem modne  jest noszenie czerwonych  spodni,  to nosi je cała żeńska część szkolnej populacji. Jeśli modne jest wyrzucanie do kosza kanapek, to kosze puchną od pakowanego  troskliwymi rękoma mam chlebem. Najbardziej Popularna Dziewczyna w  Szkole  jest  pupilką wszystkich  i  rozdziela  łaski  niczym  królowa.  Jej  dwórki kochają ją i jednocześnie liczą na to, że się potknie i skręci kark.

A co dzieje się po latach?

No cóż. Najpopularniejsza Dziewczyna w Szkole odpływa w kompletnie inny wymiar, a cała żeńska połowa twojej szkoły z wypiekami na twarzy szuka jej w internecie. Może uda się znaleźć  jej  profil?  Może  okaże  się,  że  jest  gruba  i  ma  stado  dzieci?  Albo  chociaż  się rozwiodła?

Nic  z  tego kochani. Królowa, niezależnie od  tego,  jak potoczą  się koleje  jej  losu nigdy nie zniża się do rozrywek gawiedzi.

 

Jeśli chodzi o  ścisłość, Martyna nigdy nie namierzyła profilu  rudej. Wyparła z mózgu  jej istnienie,  by  odzyskać  odpowiedni  poziom  samooceny,  teraz  zjeżdżającej  windą  z podniebnych przestworzy aż na depresyjny poziom Żuław, które za cztery godzin miały przejść do historii.

Teraz  patrzyła  w  kpiące  oczy  Najbardziej  Popularnej  Dziewczyny  w  Szkole  i  w  ekspresowym tempie ogarniała ją furia. Odpychając od siebie mgliste widmo Darusia, skupiła się na bardziej palących problemach.

– Co to za ściema? Dlaczego gadasz do mnie z telewizora? Przecież to nie jest możliwe! – warknęła nasza mistrzyni kojarzenia  faktów, pamiętając,  że  jej kolega  z przedszkola nigdy nie pomachał do niej ręką ze scenerii Tik-Taka. Obrażonej Martynie mama wytłumaczyła wówczas, że nie zawsze ci, których widzimy, widzą  również  nas.  Podczas  traumatycznych  trzydziestu  lat  życia  nasza  bohaterka miała  się przekonać, że ta złota myśl ma zastosowanie w znacznie szerszym aspekcie niż przekaz telewizyjny.

– Martyna,  no  co  ty?  Tutaj  są  nieco  wyższe  standardy  przekazu!  –  roześmiała  się Magdusia, a Martyna przetłumaczyła to sobie na: „Marta, ty wsiuro w Koziej Wólce hodowana!”.

– I co? Chcesz powiedzieć, że nagle  ileś  tam milionów  ludzi  słucha  reklam, a  ty  sobie gadasz ze mną, jak na szkolnym korytarzu? – zapytała Martyna z ironicznym uśmieszkiem.

– No  niezupełnie,  choć  z  tymi  reklamami  masz  rację.  Czas  antenowy  się  liczy,  więc  kosztami rozmowy został obciążony właściciel IP odbiornika, z którego właśnie się łączysz – wyjaśniła mściwym tonem ruda.

– Ha! To akurat najmniej mnie teraz interesuje – zarechotała Martyna.

– No dobra, skoro uprzejmości mamy już za sobą, to bądź łaskawa się rozłączyć, bo po jedenastej znów  wchodzę  na  wizję.  No  wiesz,  audiotele  będzie  –  przeciągnęła  się  jak  kotka  nasza sprzedajna pogodynka.

– O co chodzi z tymi meteorytami? – zapytała Martyna.

– No  cóż,  obawiam  się,  że  twoja mała,  prowincjonalna  planetka  przestanie  istnieć  za  trzy  i  pół godziny – oparła niefrasobliwie Magdusia.

– Co to za pierdoły są? – zirytowała się nasza bohaterka.

– Żadne pierdoły, Martusiu,  tylko nieuchronny koniec Układu Słonecznego. Jeśli o mnie chodzi – dodała pogodynka, wpatrując się ze skupieniem w swoje długaśne tipsy – mam to w dupie.

– Jak to masz w dupie? – wycharczała, dysząc złością Martyna. – Nie obchodzi cię, że twój dom się rozpieprzy w drobiazgi? Co z ciebie za Ziemianka, co?

– Moja droga – owe słowa Magdusia wypluła z siebie z głęboką pogardą. – Jaki dom? Prowincja i tyle. Ja karierę robię! A ty się ciesz, że jakimś przedziwnym sposobem znajdujesz się w Raju 3.14, a nie na swojej byłej planetce.

– Skąd, do cholery, wiesz, gdzie jestem? – krzyknęła Martyna.

– Rozmowa  kontrolowana,  moja  droga.  Musimy  wiedzieć,  kogo  obarczyć  rachunkiem  za bezpośrednie połączenie  ze  studiem  –  odpowiedziała  pogodnie  Najbardziej  Popularna Dziewczyna  w Szkole.

– A w dupie mam wasze studio! – splunęła na podłogę Martyna.

– No to może rozłącz się w końcu? Czas antenowy ucieka! – zasugerowała łagodnie Magdusia.

– Ha!  Czyli  ty  nie  możesz  przerwać  połączenia?  –  wykrzyknęła  triumfalnie  nasza  przenikliwa znawczyni kosmicznych technologii.

– Istotnie,  nie  mogę,  chyba  że  za  specjalnym  zezwoleniem  Zarządu.  Nowa  polityka  firmy.  No wiesz,  klient  nasz  pan.  Ale  ostrzegam  cię,  koszt  tego  połączenia  sprawi,  że  zlicytują  twój  statek  – powiedziała zdradziecka ruda żmija.

– A w dupie  to mam! Siedź  tu  i płacz, bo  ja się nie  rozłączę na pewno! – zarechotała Martyna. – Idę, a ty tu siedź i już płacz po audiotele.

– Martyna!  No  co  ty?  Daj  spokój!  Przecież  to  nie  ma  sensu,  pieniędzy  szkoda!  –  wyjąkała Magdusia. – Dla mnie to audiotele jest ważne, bo to będzie szło na wszystkie planety F.I.U.T.E.K. No nie zgrywaj się!

– Powiedz  mi,  jak  cię  tu  przywiało,  to  się  zastanowię  –  zasugerowała  wspaniałomyślnie  nasza manipulantka.

– To  będzie  bardzo  krótka  historia.  Po  liceum  zwerbował  mnie  jakiś  koleś  w  złocistej  szacie. Pokazał mi, że poza Ziemią istnieje znacznie ciekawszy świat, w którym drzwi do kariery stoją otworem. I  to  właściwie  tyle  –  wzruszyła  ramionami  Magdusia.  –  Dostałam  stypendium  na  Akademii  Szefa, wyszkoliłam  się na pilota  i odbyłam kilka misji. Potem Szef… ekhm… no  ten… no… w każdym  razie postanowiłam się sprawdzić w szołbiznesie i jak widzisz świetnie mi idzie! – zakończyła opowieść nasza ruda karierowiczka.

– Lucek! – powiedziała do siebie Martyna.

– Że  kto? W  sumie  nieważne!  Rozłączysz  się  teraz?  –  zapytała  uprzejmie  podstępna złodziejka chłopięcych serc.

– Nikt, nieważne! Nie, nie rozłączę się! – odparła stanowczo Martyna.

– Jak to nie? – wyjąkała ruda. – Ależ kochanie! Za chwilę zaczniemy naliczać ekstra stawkę, więc nie rób głupstw! Zaraz pójdę do Dyrektora! – zagroziła, jak niegdyś w podstawówce.

– W  dupie  to mam!  –  eksplodowała Martyna.  – Gówno mnie  obchodzi  twoje  audiotele! Tu coś śmierdzi na kilometr  jak piard czerwonego karła! Najpierw widzę Lucka  i zrabowane z Ziemi  starocie, potem ciebie, w międzyczasie wciskam żabie  rurkę w  tyłek, a  teraz  się dowiaduję, że za niecałe cztery godziny nie będę miała dokąd wracać! W dupie to mam i chcę do domu! Czynsz płacę? No dobra, to nie był dobry argument… – spuściła z tonu nasza dłużniczka.

– Martyna!  Ja  cię  proszę!  Rozłącz  się,  później  pogadamy,  dobra?  –  prosiła  aksamitnym  głosem złodziejka Darusiowego serca.

Martyna  podparła  brodę  dłonią  i  zapatrzyła  się w  okruszki  chipsów  pokrywające  ławę.  Poblask rudych  włosów  zakłócał  monotonne  kolory  hartowanego  szkła.  Po  chwili  w  pole widzenia  naszej buntowniczki  nadciągnął  komar.  Z  irytującym  bzyczeniem  wykręcił  dwa  powietrzne  piruety  przy policzkach Martyny, po czym  zaczął zataczać kręgi nad zaświnioną  ławą. Nasza pogromczyni owadów zogniskowała mętne  spojrzenie  i z całej  siły uderzyła pięścią w  stół. Komar  trysnął podstępnie zdobytą krwią i padł bez życia pomiędzy okruszkami chipsów.

– Siedź  tu!  –  poleciła  byłej  koleżance.  –  Nie  będzie  audiotele!  –  po  czym  chwyciła  pilota  i wyciszyła jej protest.

Nasza  pozytywna  bohaterka  poderwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  do  lodówki. Wyjęła  z  niej piwko  i  ze wzruszeniem  ramion  odcinając  się  od Magdusi,  pobiegła w  stronę  schodów wiodących  do purpurowej sypialni. Nadciągała jak anioł zemsty.

  • Fenomenalnie Integralny Układ Towarzystwa Elit Kosmosu… 😀

  • Jagna Rolska

    Co poradzisz :) Ultra Spieprzony Areał już jest zajęty 😉

Comments are closed.