Martyna 9

Martyna 9

image_pdfimage_print

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Comments are closed.