Na ulicy Szemranej

Na ulicy Szemranej

image_pdfimage_print

Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę, na chodniku po drugiej stronie ulicy.

Wcześniej, przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki regularnie wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?
Ale do rzeczy…
szemranaMoja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata, pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną na wysokość drugiego piętra.

 

Drodzy. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem niniejszy felieton miałby długość kilometra, zatem skupię się jedynie na niektórych wydarzeniach…
Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tutaj rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stajemy sobie w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to ostatniej wiosny napatoczył się jakiś napalony ford focus, który tak efektownie przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu.
Była też i kobieta, której „maluch” uciekł z górki. Po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam mój samochód do garażu, bo byłoby po nim.
U sąsiadów też była niezła akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu, postanowił przeparkować samochód mojej sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował na amen dwa pozostałe auta sąsiada. Trzeba mieć talent, co nie?
Długo nie popracował, oj nie…
Ale najlepszy to był prawdziwy karambol.
W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą.
No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu, z uchylonego okna doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki:
– O, k…! O, k…!
Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem, z lekkim trzaskiem, który towarzyszył uderzeniu, zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji nigdy wcześniej nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol na własnym podjeździe nie zdarza się codziennie.
Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, z obłędem w oczach, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza na to wpadła w prawdziwą histerię (bez żartów), a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej.
Cóż było robić… W piżamie, adidasach i szlafroku poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie nieszczęśnicy posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę zaraz jechać z dziećmi do szkoły, a oni blokują mi wyjazd…
W końcu udało mi się ich przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.
Spóźniona nareszcie dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mąż ów uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… Na szczęście, na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1.
Relację z mojego karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.
Tu, nasz dobry kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.
– Misiek!!! Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!!!
– No, widzę… Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?
No fakt. Misiek też już co nieco u nas widział… Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu wymknął się władzy, a władza, obstawą w trzy auta pojechała za nim :)
Pewnego razu był też świadkiem (Misiek, nie dzik), jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia. Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy wtedy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Misiek widział też jak w ciężarówce marki Volvo pękła miska olejowa.
A gdzie? No, jak to gdzie?
Oczywiście przy naszym podjeździe. Przyjechał wtedy wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować tajemniczym sorbentem wielką kałużę oleju, choć i tak, w międzyczasie, w tę ciemną kałużę wlazł mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej silnikowy z kota.
Innego dnia, kiedy to właśnie Misiek od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego, na ulicy, w hondzie accord urwało się koło. Tu muszę wspomnieć też o tym, iż pewnego razu jeden z mieszkańców mojej szemranej ulicy przytarł kiedyś Miśkowi auto, bowiem ów mieszkaniec źle się złożył na zakręcie. Tak więc chyba sami przyznacie, iż trudno się dziwić, że Miśka wcale nie zdumiał fakt, że u nas mamy też i karambol :)
No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, ale sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?! Litości….
Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej.
Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :( ale resztę na szczęście mam :)

kolaz1

  • Katarzyna Naworska

    Izka do Ciebie się wybrać w odwiedziny to , aż strach się bać :) Może zastanówcie się nad odczynianiem uroków na Waszej ulicy 😉 Bo to co się dzieje to zalatuje horrorem przez duże H :)

  • Agnieszka Caban-Pusz

    Co się uśmiałam to moje;-) Ale fakt..ciut niepokojąco u was;-)Tam gdzie mieszkałam za panienki – leśniczówka środek lasu tez czasem widok z okna powalal. Np autobus który zabladzil, wizyta żołnierzy – podobno jakieś cwiczenia (mama była wtedy na grzybach i o mało nie zeszła na zawał widząc zielone ludziki)Albo pielgrzymka ułanow:-))

Comments are closed.