Nie kłam!

Nie kłam!

image_pdfimage_print

13459538_1178351365528636_1319551196_n

 

Nie kłam dziecko! Trzeba zawsze mówić prawdę!

Kto z nas nie słyszał tego w dzieciństwie? W przedszkolu, w domu a potem w podstawówce wszyscy kolektywnie piorą dzieciakom mózgi a one biedne w to wierzą. No bo jak nie wierzyć dorosłym? W końcu skutecznie wyrobili w nas przekonanie, że wszystko wiedzą najlepiej na całym świecie.

Ta święta wiara zaczyna się chwiać – w zależności od dzieciaka – gdzieś po roku podstawówki. Co bystrzejszym coś zaczyna nie grać nieco wcześniej, gdy przekonują się boleśnie, że za nadmierną szczerość można nieźle oberwać od kolegi z podwórka. Co więcej, ci sami rodzice, którzy jak mantrę powtarzają „nie kłam” wydają się o tej prawdzie objawionej czasami zapominać. Bo o ile „nie kłam” jest świetne w sytuacjach, gdy chce się wydobyć przyznanie się do winy z nieletniego winowajcy, gdy zwędził tabliczkę czekolady z kuchni, to już szczera odpowiedź na pytanie: A powiedz Ignasiu jak bardzo kochasz ciocię? – niekoniecznie musi się spodobać dorosłym. W szczególności cioci.

Co więcej, dzieci szybko łapią, że mówienia prawdy wymaga się wyłącznie od dzieci. Kłamią przecież wszyscy dorośli.

– Nie bój się Antosiu, zastrzyk nic a nic nie boli! – mówi mama z obłudnym uśmiechem ciągnąc nieświadome zagrożenia dziecię do gabinetu pielęgniarki.

To tylko sekundka – obiecuje lukrowanym głosem pielęgniarka po czym niespiesznie doi czwartą fiolkę krwi nieszczęsnego, wijącego się w histerii dziecięcia.

Dość powiedzieć, że w miarę rozgarnięty dzieciak szybko się orientuje, że mówienie prawdy się nie opłaca a właściwie to jest niebezpieczne a ślepa wiara w słowa dorosłych jest całkowicie pozbawiona sensu.

Fakt nabycia tej wiedzy wcale nie sprawia, że nagle dostaje od dorosłych pozwolenie na mijanie się z prawdą. Wręcz przeciwnie! Kłamiący jak najęci dorośli nagle nabierają poczucia misji i za wszelką cenę chcą wpłynąć wychowawczo na dzieci.

– Nie wolno kłamać! Mamusia zawsze mówi prawdę – stwierdza rodzicielka kłamiąc ile wlezie. – Zobacz, Pinokio kłamał i jaki mu długi nos urósł.

Taaa… Gdyby tak było, to każdy z nas dorosłych nosiłby na twarzy dorodną tyczkę do skoku wzwyż.  Taką samą, jaką Kozakiewicz wykorzystał na olimpiadzie w Moskwie a potem uczynił swój słynny gest.

Taki sam gest powinny pokazać biedne dzieci wszystkim dorosłym. Tym wszystkim obłudnikom, którzy powinni młodym uczciwie wyjaśnić jak się rzecz ma i chociaż raz przestać kłamać :)

Powinien jeden z drugim kłamczuch usiąść z niewinnym dziecięciem i wyklarować mu, że mówienie prawdy w większości przypadków kompletnie mija się z celem albo jest wręcz niebezpieczne. Że kłamstwo, a już na pewno mijanie się z prawdą to podstawowe narzędzie cywilizacji człowieka i że bez kłamstw zwyczajnie żyć się nie da. Pewnie, powinien powiedzieć odpowiedzialny rodzic, że lepiej milczeć, niż kłamać, ale najczęściej tak się nie da i kropka.

A jeśli jakiś dorosły upiera się, że można przejść przez życie bez kłamstwa i z uporem sprzedaje tę dewizę niewinnym latoroślom to za karę powinno się go wrzucić na choćby jeden dzień do piekła prawdomówności.

Piekło prawdomówności:

Wstajesz po beznadziejnej nocy, podczas której przewróciłeś się z boku na bok coś ze sto razy i człapiesz do kuchni. Mózg wysyła jeden komunikat: kawy! Otwierasz lodówkę. Fuck. Nie ma mleka. Nic do żarcia też nie ma. W łazience okazuje się, że nie ma ciepłej wody a koszulka, którą miałeś założyć do roboty ma na środku niespraną plamę. Skarpetkę do pary wchłonął smok z szuflady, gdzieś zapodziały się klucze a w chwili w której wyszedłeś z domu na głowę chlusnęła ulewa mocząc i tak nie najlepiej ułożoną fryzurę (suszarka wysiadła). Po chwili deszcz zaciął podstępnie i oblał dokumentnie spodnie. Oczywiście parasolka połamała się w zeszłym tygodniu a nowej zapomniałeś kupić. Otrząsając się jak pies po deszczu wchodzisz do sklepu kupić bilet na autobus.

Witaj w piekle. Przed Tobą pierwsza interakcja międzyludzka. Pamiętaj! Nie możesz kłamać! Możesz próbować przemilczeć pewne rzeczy, ale na zadane pytania musisz mówić wyłącznie prawdę. Do dzieła :)

Dzień dobry – wesołym głosikiem wita cię ekspedientka.

Niezbyt – odpowiadasz.

Co niezbyt? – pyta zdumiona dziewczyna.

Niezbyt dobry dzień.

Aha – odpowiada zaskoczona i na twoje nieszczęście dodaje – Kiepska noc?

Kiepska.

A to wszystko przez tę pogodę – próbuje jakoś wybrnąć z Twojego grubiaństwa dziewczę.

Nie przez pogodę (pamiętaj! Wymijające odpowiedzi to też próba kłamstwa!). Nażarłem się czegoś na kolację i całą noc gazy męczyły.

Aha – odpowiada ekspedientka spoglądając na ciebie z lekkim wytrzeszczem oczu. – To miłego dnia!

Się jeszcze okaże – odburkujesz w odpowiedzi i wychodzisz na zalaną deszczem ulicę.

Pod wiatą przystanku tłoczą się zziębnięci ludzie. Próbujesz się do nich przysunąć, żeby chociaż częściowo schronić się przed deszczem. Jakaś kobieta niechcący dźga cię parasolką w kark. Boli.

Najmocniej przepraszam – mówi grzecznie kobieta. – Nic się nie stało?

Podrapała mnie pani a do tego deszczówka wlała mi się za kołnierz, więc się stało – odpowiadasz zgodnie z prawdą.

Bardzo mi przykro – odpowiada kobieta, choć dokładnie widać, że wcale jej przykro nie jest, co natychmiast na głos zauważasz.

Kobieta prycha, tłumek faluje w oburzeniu i odsuwa się od ciebie jak od trędowatego. Już w autobusie, uciekasz w najdalszy kąt, siadasz i masz cichą nadzieję, że do końca podróży żadna istota ludzka nie zainteresuje się Twoją skromną osobą.

Płonne nadzieje :)

Już po trzecim przystanku autobus się zagęszcza. Nad twoim siedzeniem materializuje się matrona. Jęczy, stęka, nic wprost nie powie ale znacząco zerka na zajęte przez ciebie miejsce.

Proszę! Niech Pani usiądzie – mówisz uprzejmie podrywając się energicznie.

Pfff – mówi baba, ale wyraźnie szykuje się do zawłaszczenia miejsca. – Taka jestem zmęczona. Starość nie radość! – dodaje moszcząc się na fotelu.

Moim zdaniem to raczej tusza. Za dużo pani waży – zauważasz. – Niech pani zobaczy. Ma pani tak tłusty tyłek, że zwisa prawie do ziemi po obydwu stronach siedzenia.

A potem rozpętuje się piekło. Baba wrzeszczy coś o „tej dzisiejszej młodzieży”, choć ty już młodzieżą od pewnego czasu nie jesteś, a reszta pasażerów ochoczo dogaduje. Jest nawet chłopak, który nagrywa wszystko telefonem.

Czując się jak niedoszła gwiazda you tube’a wysiadasz na najbliższym przystanku i w strugach deszczu maszerujesz kolejne osiem przystanków do macierzystego biurowca z każdym krokiem czując coraz mocniej, że mokry but załatwił ci bolesny pęcherz na pięcie. W końcu stajesz przed schodami wiodącymi do biurowca i oddychasz z ulgą. Chęć schronienia się w suchym i ciepłym wnętrzu usypia czujność, więc zamiast przemknąć cichutko koło ochroniarza, pana Staśka, to witasz się z nim serdecznym uśmiechem i uprzejmym pytaniem o to, jak się ma.

A jakoś leci – odpowiada ochroniarz. – A co u pana?

Pewnie nie mam takiej beznadziei finansowej jak pan, ale za to rano powiedziałem młodziutkiej dziewczynie w sklepie, że cierpię na bezsenność przez gazy. I starej babie w autobusie, że jej tłuszcz z tyłka zwisa do samej ziemi…

Nie masz pan beznadziei finansowej? – podłapuje pan Stasiek, ignorując resztę przekazu. – To ile wam tam płacą?

Choć dusza łka, zdajesz panu Staśkowi sprawozdanie z zarobków, premii, wysokości rachunków, czynszu i kredytu na niewielki lokal, który kupiłeś w ramach inwestycji. Potem opowiadasz o tym ile zapłaciłeś za ostatnie wakacje i ile cię kosztuje szkoła syna.

Patrz pan a mnie nie chcą za nadgodziny zapłacić – podsumowuje pan Stasiek i na twoje nieszczęście dodaje – Ciekawe dlaczego?

Bo pan jesteś niewykwalifikowana siła robocza. Można pana zastąpić kimkolwiek – odpowiadasz z rozbrajającą szczerością i w tej samej chwili masz chęć strzelić się własną pięścią w łeb.

Pan Stasiek obrusza się i obraża. A ty wchodzisz po schodach, mając nadzieję, że nie spotkasz tam nikogo znajomego. Większość personelu jeździ windami. Człapiesz powoli, bo pęcherz na pięcie coraz bardziej boli. Na pierwszym piętrze zderzasz się z Iwonką z trzeciego działu. Znacie się z widzenia i kilku zdawkowych wymian zdań w stołówce pracowniczej.

Witaj nieznajomy – mruczy Iwonka owijając się wokół balustrady.

Znamy się ze stołówki – wyjaśniasz na wstępie uczciwie.

No wiem – sapie niezadowolona kobieta. – Co słychać?

Nie mogę kłamać, więc idę po schodach, żeby nikogo nie spotkać. Dodatkowo męczy mnie pęcherz na stopie. A co u ciebie?

Jakiś dziwny jesteś, wiesz? Ale w sumie nawet mi się to podoba – zagaja filuternie Iwonka.

Dziękuję. A co ty tu robisz na tych schodach?

A trochę ruchu nie zawadzi.

Faktycznie. Trochę schudłaś, ale chyba jeszcze ze trzydzieści kilogramów przed tobą, co? – odpowiadasz uprzejmie.

Cham! – parska Iwonka i odchodzi.

Wspinasz się na swoje piętro i docierasz do swojego biurka. Siadasz i ciężko wzdychasz. Zza przepierzenia wynurza się głowa kierowniczki.

Spóźnienie! Masz coś do powiedzenia? – syczy.

Mam – szczerze odpowiadasz.

Co takiego?

Jesteś podłą zdzirą i nienawidzę cię prawie najbardziej na świecie.

Kierowniczka materializuje się w twoim boksie i nerwowo gładzi garsonkę. Siada na biurku i wzdychając ciężko patrzy ci w oczy.

Chyba coś ćpałeś przez weekend? – pyta uprzejmie.

W tym miejscu puszczasz jej wiązankę o tym, co sądzisz o niej, firmie, szefach, współpracownikach, sytuacji politycznej, jakości żarcia w stołówce i beznadziejnej pogodzie. Kierowniczka bez słowa wychodzi a ty próbujesz skupić się na pracy, ale pęcherz na pięcie tak cię napierdziela, że wzdychasz ciężko i postanawiasz iść do pomieszczenia socjalnego i ukoić zmysły kawą. I w tej chwili przychodzi mail. Od szefa wszystkich szefów. Już wiesz, że twoja nadmierna szczerość uplotła ci powróz na korporacyjną szubienicę, ale mimo wszystko nic, absolutnie nic, nie jest w stanie przygotować cię na spotkanie z NIM.

Dotarły do mnie niepokojące informacje, że nie jest pan zadowolony z warunków pracy – zagaja szef tuż po tym, gdy stawiasz się na dywaniku.

Nie jestem! – odpowiadasz dziarsko.

Nawet nie pytam jaka konkurencja pana przekabaciła, ale coś sobie musimy wyjaśnić.

Co?

Co pan o mnie myśli?

Skręcasz się w konwulsjach. W myślach przemyka ci rata kredytu, ale słowa wzbierają i już wiesz, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Oddychasz ciężko, ale się poddajesz.

Jesteś pan kawał kutasa – odpowiadasz tak głośno, że z sąsiednich boksów wychylają się zaciekawione głowy.

No to co? Nadal mówimy dzieciom, że nie wolno kłamać? :)

  • Ania

    Już nigdy nie powiem dzieciom, żeby nie kłamały 😀

  • Dan12

    ale ja bym chciał tak szefowi powiedziec

    • świeżonapisane

      Nie polecamy 😀

  • No właśnie, a dlaczego tych klamiacych jak z nut nazywamy…lizusami?O:)

    • świeżonapisane

      Lizusami to raczej nazywamy tych co się podlizują :)

Comments are closed.