Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

image_pdfimage_print

Kobieta ostrożnie przeszła przez sionkę i zapukała do drzwi izby. Po chwili usłyszała suche kaszlnięcie i zinterpretowała je jako powściągliwe zaproszenie. Drzwi z jękiem ustąpiły. Staruszka siedziała zwrócona przygarbionymi plecami w stronę wejścia.

– Przepraszam za niespodziewane najście – odezwała się łagodnym głosem żona Krzysztofa i nieomal natychmiast umilkła zbita z tropu charczącym śmiechem starej.

– Niespodziewane najście? – zarechotała szeptucha. – No dajże spokój!

– Przepraszam, ale nie rozumiem. –  zaprotestowała kobieta.

– Ach wyczułam Cię dziecko z daleka i nawet się przyglądałam jak się przedzierasz przez ten zapuszczony maliniak.

– Okiem duszy? – wtrąciła uprzejmie przybyła.

– Okiem monitoringu, moje dziecko. – Stara odwróciła się do rzędu komputerów, prawą, sękatą dłonią przebiegła po klawiaturze jednego z nich wylogowując okno fejsbuka. – Moje kamery wychwyciły cię już przy trasie Białostockiej – dorzuciła życzliwie. – A co cię tu właściwie sprowadza?

Żona Krzysztofa przestąpiła z nogi na nogę i pocierając w zakłopotaniu grzywkę wzruszyła ramionami.

– No? – zachęcająco rzuciła stara, podnosząc się z trudem z fotela.

W chałupie zapadła cisza. Szeptucha wiedziała, że lepiej nic nie mówić, poczekać cierpliwie, bo zwierzenia nieuchronnie nadejdą. Każdy człowiek jest wypchanym emocjami workiem. W długo nie opróżnianym musi się popruć nici dyskrecji.

– Mój mąż – tyle zdołała wyartykułować kobieta, a reszta utonęła w żałosnym łkaniu.

Szeptucha uznała, że to zdecydowanie skomplikowany przypadek. Z westchnieniem wylogowała rocznik 1929 w Naszej Klasie, ustawiła monitoring w stan czuwania i poczłapała w stronę kuchni węglowej. Odgarnęła fajerki z największego paleniska i machając gazetą podsyciła ogień. Po chwili postawiła zielony czajnik na blasze i osiadła łagodnie na pięknym, tapicerowanym materiałem w kwiaty fotelu. Dopiero teraz żona Krzysztofa przyjrzała się starowince; spod chustki wymykały się kosmyki intensywnie rudych włosów. Farbowanych zapewne i dziwacznie kontrastujących z jadowicie różową podomką. Dłoń zwieńczona starannie pomalowanymi na kolor soczystej pomarańczy paznokciami wykonała gest zachęcający do zwierzeń.

– Cóż więc z twoim mężem, dziecko?

– Leży w szpitalu w śpiączce i lekarze twierdzą, że to wylew.

– A ty w to nie wierzysz? – zapytała, a właściwie stwierdziła stara.

– Skąd Pani wie?

– Inaczej nie szukałabyś pomocy u konsultantki medycyny ludowej.

– Tak to się nazywa? – w głosie przybyszki pojawiła się nutka zaciekawienia.

– Skarbówka, moja droga. Skarbówka to potęga i ma dalekie macki. Od znachorek haraczu nie mogą ściągać, więc kazali mi się zarejestrować jako firma w gminie i w zezwoleniu na prowadzenie działalności, w rubryce rodzaj wykonywanej działalności napisali „medycyna ludowa – konsultacje”. – westchnęła niezależna bizneswoman. – No ale o mężu miałaś mówić – dodała po chwili.

– No więc leży w śpiączce, ale ja nie wierzę, żeby to był udar, a lekarze coś kręcą i kombinują. Nikt niczego nie chce powiedzieć, zbywają mnie, a gdy zaczynam drążyć, to obrażają się i zaczynają na mnie wrzeszczeć. Myślę, że coś ukrywają.

– No pewnie, że ukrywają! – Konsultantka medycyny ludowej energicznie walnęła pięścią w podłokietnik fotela. – Swój kompletny debilizm i ignorancję ukrywają!

– To wiem, ale co ja mam zrobić z moim mężem?

– Skąd pomysł, że to nie wylew? Zauważyłaś coś nietypowego?

– To przeczucie bardziej. Patrzę na niego i sprawia wrażenie kompletnie obcego a do tego skoro miał udar, to nie powinien się chyba ruszać a on się tak czasem próbuje wyginać dziwnie, jak wąż. Może go coś boli?

– Z tym udarem to niezupełnie tak moje dziecko. No chyba, że powiedzieli, że to porażenie.

– A mówili! A raczej szeptali między sobą. To jakaś różnica?

– Duża. Jeśli doznał porażenia, jak twierdzą, to nie poruszałby się wcale, więc w tym momencie sprawa zaczyna być podejrzana. – Szeptucha podniosła się z fotela i podeszła do kaflowego pieca. – Chodź, zaparzymy sobie herbatki. Przyda nam się.

– Będzie Pani wróżyć z fusów?

– No cóż – westchnęła konsultantka napełniając kubki wrzątkiem. – pewnie by nie zaszkodziło, ale bardziej to nam się przyda napar na rozbudzenie. Musimy pogadać  z pewnym wróżbitą przez skypa, a robi się dość późno.

Stara wręczyła gościowi kubek a sama ruszyła w stronę komputerów. Zalogowała się i próbowała połączyć się z rozmówcą, ale bez rezultatu.

– Jakiś czas temu – powiedziała – byłam na wymianie w Ameryce Południowej i kilka interesujących prelekcji dotyczyło oddzielenia się duszy od ciała i coś mi się wydaje, że o takie coś tu może chodzić.

– O co? To jest możliwe? – szepnęła kobieta z wyraźnym niedowierzaniem.

Nie doczekała się odpowiedzi, więc przycupnęła na taborecie obok konsultantki i niecierpliwie obserwowała okno łączenia skypa.

– Nikogo tam nie ma? – zapytała. – To co teraz zrobimy?

– Spokojnie dziecko, dorwiemy go na fejsbuku, tu się najwyraźniej ukrywa. –  Szeptucha sprawnie zalogowała się na wzmiankowanym portalu. – O! Jest! Wiedziałam, że się ukrywa. Zaraz go dorwiemy, spokojnie.

Porażony prostotą rozwiązania w pierwszym momencie spojrzałem na hrabiego Bogdana z niedowierzaniem.

– Żartuje Pan? Czyżby ratunek był rzeczywiście tak dziecinnie prosty?

– Drogi przyjacielu, przecież dokładnie w taki sposób znaleźliśmy się w tym pożałowania godnym położeniu, więc tuszę, iż proces odwrotny musi przebiegać na podobnych zasadach. W studiowanych w największej dyskrecji księgach Biblioteki Narodowej znalazłem wiele poszlak, że powrót jest możliwy. Kilku wielkich lekarzy odnotowało znakomite sukcesy przywracania ludzi ze śpiączki, co zważywszy na opłakany poziom wiedzy medycznej może świadczyć o tym, że chodziło o inwersję. Pacjenci po wybudzeniu tego nie potwierdzali, ale rozmawiamy przecież o czasach, gdy za błahostki wysyłało się ludzi na stosy…

– Mogli też zapomnieć co im się przytrafiło – ponownie wszedłem mu w słowo, co jak już zauważyłem było jedyną metodą by włączyć się do dyskusji. Hrabia lubował się w perorach.

– To oczywiście także jest możliwe – zgodził się natychmiast.

– Czyli można powiedzieć, że jesteśmy uratowani. – skomentowałem sprawę z entuzjazmem.

– No tego bym nie powiedział. – ostrożnie stwierdził hrabia Bogdan. – Mimo prostoty rozwiązania znajduję, że tak powiem, pewne obiektywne trudności.

– Wystarczy przecież nawiązać kontakt wzrokowy …

– Pan raczy zapominać, że do nawiązania owego kontaktu potrzebne nam są nasze ciała. Pan do swojego nie może się dostać, ja natomiast nie wiem, gdzie spoczywa moje – westchnął i zabrzęczał skrzydełkami. – Uwaga! – krzyknął po chwili.

Odwróciłem się i natychmiast dałem nura w bok. Tuż za moim ogonem zatrzasnęły się niebieskie szczypce. Z żalem czmychałem ku dnu, nie mając pojęcia, czy hrabia Bogdan odfrunął, czy też czeka na pokrywie akwarium. Tak jak się spodziewałem, rak wkrótce zgubił mój trop . Nie odznaczał się specjalnie dobrym wzrokiem, czego o instynktach łowieckich nie dało się powiedzieć. Było kwestią czasu, by odkrył moją kryjówkę. Czego, jak czego, ale czasu nie miałem z pewnością. Nie wiedziałem gdzie jest moje ciało, nie miałem pomysłu jak się do niego dostać a poza tym zastanawiałem się, gdzie podziewa się moja żona. Durne gupiki nadal krążyły tuż pod  powierzchnią, ciągle nie rozumiejąc, że szpara w pokrywie nie oznacza pory żarcia. Poczułem ogromne znużenie, a nadciągający mrok sprawił, że poczułem się okropnie senny. Nie zamknąłem oczu z tej prostej przyczyny, że ryby nie mają powiek, ale zapadłem w coś w rodzaju letargu. Przez głowę przemykały mi różne scenariusze ratunku, z których skok do napełnionej wodą torebki, którą hrabia Bogdan unosi za pomocą przylg i z raźnym trzepotem skrzydełek transportuje do szpitala był tym zdecydowanie najprostszym w realizacji i najmniej ryzykownym.

Hrabia miał rację. Pomimo prostoty odwrócenia inwersji nasza sytuacja nadal była beznadziejna. Usnąłem.

Konsultantka medycyny ludowej wystukała kilka słów na klawiaturze i posłała je w cyberprzestrzeń. Po chwili maleńkie okienko dialogowe zapulsowało.

– No! Odezwał się wreszcie obibok jeden – wrzasnęła triumfalnie starucha. – Zaraz mu napiszę do słuchu!

– To może niech Pani najpierw spyta jak pomóc mojemu mężowi? Bo może jeszcze ten on się obrazi i wyłączy? – zatroskała się żona Krzysztofa.

– Spokojnie. Wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi.

– A kto to jest?

– A to właśnie szaman, który wykładał podczas tej wymiany w Ameryce Południowej.

– O Jezu! Toż przecież u nich pewnie jest czwarta nad ranem!

– No i co z tego? Szamani nie powinni zbyt długo spać, bo im to mózgi otumania, a poza tym skoro jest jasnowidzem, to mógł się nie kłaść spać, skoro przewidział, że będę do niego dzwonić, prawda?

Zawarta w słowach szeptuchy naciągana logika oszołomiła kobietę w stopniu większym niż wzmianka o szamanach, jasnowidzach i telepatycznych atrakcjach.

– On pyta, kiedy ostatni raz widziałaś męża przytomnego i gdzie to było.

– Ja byłam w pokoju, to był wieczór. Oglądałam Wojewódzkiego i …

– No już nie miałaś czego oglądać! – stara weszła jej w słowo – no dobra, mów dalej!

– Krzysztof był w kuchni, piwo poszedł sobie wziąć z lodówki i ryby przy okazji nakarmić. A potem to już usłyszałam hałas, pobiegłam tam, a on jak długi leżał na terakocie … Pisze mu to Pani?

– Nie muszę, odbiera cię telepatycznie.

– To po co wam ten skype? – zdumiała się kobieta.

– Trzeba przecież zachowywać pewne procedury, cicho bądź!

Okno dialogowe ponownie zapulsowało.

– Pyta się o te ryby. Chce wiedzieć, czy mieszkacie nad rzeką.

– Nad rzeką?

– No powiedziałaś, że w kuchni ryby karmił …

– Akwariowe!

Stara podrapała się po głowie i stukając paznokciami po blacie czekała na odpowiedź szamana.

– Masz prosto usiąść i odtworzyć w pamięci całą scenę. To jak siedziałaś w pokoju i to, co zobaczyłaś w kuchni. Nie kręć się, bo zakłócisz przekaz.

Kobieta zamknęła oczy i wyprostowała się. Po chwili poczuła, że ktoś grzebie jej w mózgu, ale dla dobra sprawy nawet się nie wzdrygnęła i cierpliwie czekała, aż cudzy umysł zduplikuje jej wspomnienia i odejdzie.

– Już po wszystkim, otwórz oczy – rozkazała starucha.

Po chwili zapulsowało okienko na monitorze.

– Inwersja … – przeczytała pojedyncze słowo żona Krzysztofa. – Co to znaczy?

– W konkretnym przypadku twojego męża oznacza tyle, ze jego dusza została zamknięta w akwarium. – odparła konsultantka.

Kobieta przez chwilę wpatrywała się w konsultantkę zdumionym wzrokiem, po czym zemdlała. Osunęła się wprost na zdobiony fikuśnymi wzorkami turecki dywan.

Musiałem porządnie przysnąć, bo gdy ponownie odzyskałem ostrość widzenia, za oknem rodził się słoneczny świt. Gupiki nadal kotłowały się przy karmniku, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się czwartą nieprzespaną dobą. Były jak psy Pawłowa. Paliło się światło, czyli ciągle trwał dzień. Pokrywa była otwarta, czyli zaraz posypie się żarcie. Zero wniosków. Ich pamięć krótkotrwała najwyraźniej resetowała się po kilku sekundach. Obrzuciłem wzrokiem piaszczyste dno i przypomniałem sobie, że pod spodem znajduje się czarny żwir, którego nie chciało mi się usunąć przy zmianie dekoracji w akwarium. W jednej chwili w mojej głowie narodził się plan i rzuciłem się w odległy kąt za kokosem, gdzie warstwa piasku była najcieńsza.

Pracowałem przez cały poranek, kalecząc co chwilę delikatny rybi otwór gębowy, przystosowany raczej do skubania pokarmu, niż orania pokładów żwiru. Byłem mniej więcej w połowie, gdy z góry doszło do mnie znajome bzyczenie. Hrabia Bogdan siedział na samym brzegu pokrywy i najwyraźniej był czymś niezmiernie podekscytowany. Wypuściłem z ust czarny kamyczek i popłynąłem w górę.

– Zgaduję, że ten nieokrzesany skorupiak nie zdołał wyrządzić Panu krzywdy. – zagaił kurtuazyjnie hrabia.

– Udało mi się umknąć, dzięki Bogu – odparłem.

– Pozwalam sobie niepokoić Pana tak wcześnie, ponieważ przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie.

– Mnie również drogi Panie, ale chętnie posłucham dobrych nowin.

– Ach przyjacielu! – westchnął z egzaltacją mój rozmówca. – Przez miesiąc mej niewoli niejeden karkołomny pomysł przychodził mi do głowy, a liczne próby odnalezienia ciała spełzły na niczym! Nie muszę oczywiście mówić, że niejednokrotnie opadała mnie rezygnacja a jednym pocieszeniem była wątła nadzieja na spotkanie kogoś, kto potwierdziłby moją teorię i pomógł przedostać się do ludzkiego świata.

Ad rem, drogi hrabio! – przerwałem słowotok stanowczym żądaniem.

– Oczywiście, drogi przyjacielu – hrabia odchrząknął uroczyście. – Wymyśliłem sposób na wydostanie nas obu z tego wyjątkowo niedogodnego położenia, które, jeśli mam być szczery z każdym dniem doskwiera mi coraz mocniej i…

– Cóż to za sposób? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Zaświtało mi w głowie, że wspólnymi siłami powinniśmy wymóc na pańskiej małżonce, by przywiozła pańskie ciało tutaj. Zostawimy jej różne znaki, notatki i wskazówki, i jeśli jest mądrą kobietą …

– Jest.

– … to skojarzy fakty i pomoże Panu wrócić do właściwej postaci a Pan …

– zlokalizuję Pańskie ciało, ponieważ moje palce ważą znacznie więcej niż mucha i z pewnością obsłużą Google.

– No właśnie! – ucieszył się hrabia Bogdan. – Teraz tylko musimy opracować system wiadomości i wcielić je w czyn.

– Pozwolę sobie zauważyć – bezwiednie przejąłem barokową stylistykę muszego arystokraty – że pierwsza informacja wkrótce będzie gotowa. – Pomachałem płetwą wskazując na jasne dno akwarium. Czarne żwirkowe litery były doskonale widoczne.

– H..E…I.. – przeliterował hrabia. – Cóż to na Boga znaczy?

– Gdy skończę, to będzie HELP – wyjaśniłem.

– Ach te zapożyczenia – cmoknął z dezaprobatą Lubomirski.

– Pan raczy wybaczyć – wycedziłem zimno – ale oszacowałem liczbę liter w polskim słowie „RATUNKU”, po czym porównałem je z angielskim „HELP” i okazało się, że usypanie tego drugiego zajmie mi o połowę mniej czasu, co dla nas obydwu oznacza szybsze wyzwolenie.

Hrabia przyssał się do pokrywy. Jego trąbka łapczywie zbierała gnijące szczątki akwariowej rzęsy. Jego musza natura momentami brała górę nad ludzkim intelektem, co było całkowicie zrozumiałe.

– Panie hrabio! – krzyknąłem. – Bogdan! – użyłem poufałej formy, ale to również nie wybiło muchy z transu żarcia.

Wzruszyłem płetwami i odpłynąłem w stronę dna, by dokończyć czarny napis. Z oddali doleciało do mnie niecierpliwe bzyczenie, które w swobodnym przekładzie oznaczało mniej więcej tyle, co „muszę natychmiast dostać się na trawnik. Pies Nowaków zrobił wielką kupę”.

Byłem już przy „P”, gdy zobaczyłem raka. Pospiesznie wyplułem resztę kamyczków i czmychnąłem do kryjówki. Przytuliłem się do szyby.

– No obudź się! – Starucha potrząsnęła zwiotczałym ciałem kobiety.

Żona Krzysztofa powoli wynurzała się z niebytu. Zamrugała powiekami i ustabilizowała obraz szeptuchy na wprost swojej twarzy. Z pełną mocą wróciła do niej chwila, w której siedziała na taborecie a zamorski szaman powiedział jej, że jaźń Krzysztofa pływa obecnie w kuchennym akwarium.

– To niemożliwe! Takie rzeczy się nie dzieją naprawdę! – rozpaczliwy w zamierzeniu krzyk w rzeczywistości okazał się ochrypłym szeptem.

Szeptucha uniosła ostrożnie głowę kobiety i podsunęła do jej wyschniętych ust szklankę z wodą.

– Możliwe, możliwe – zaszemrała łagodnie i uśmiechnęła się do świętych obrazków wiszących na ścianie. Lata pracy ezoterycznej wyrobiły w niej przekonanie, że nie należy dziwić się niczemu, a każdy, nawet najbardziej nieprawdopodobny scenariusz jest do zrealizowania. Wszystko zależy od nakładu sił. Miała takiego wnuczka w sąsiedniej wsi, który jak się porządnie skupił, to przenosił stóg siana na pole Stachańskiej. Oj miała z tego szeptucha przednią atrakcję, gdy te kundle pomieszane, znaczy wnuki Stachańskiej wybiegały i gorączkowo przekładały siano za miedzę.

– Co ja mam teraz zrobić? – załkała żałośnie żona Krzysztofa.

– A jak myślisz?

Kobieta usiadła na wersalce i odrzuciła koc. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po starusze i błyskających na niebiesko monitorach.

– Mam iść do domu i znaleźć męża w akwarium? – pytanie nosiło silne znamiona niedowierzania.

Konsultantka medycyny ludowej wzruszyła ramionami i pogłośniła telewizor. Szedł milion dwudziesty trzeci odcinek Mody na Sukces. Brooke właśnie udowadniała Ridge’owi, że cioteczna kuzynka pasierbicy matki niestety powiła bliźnięta i że tak się dziwnie złożyło, że owe dzieci są dziećmi Ridge’a. Co, jakby się zastanowić, pewnie oznaczało zdradę, ale nikt już na tym etapie nie był w stanie wyjaśnić kto i kogo zdradzał.

– Dziecko drogie, mąż siedzi w akwarium, załatw ciało, które leży bez sensu w szpitalu i wszystko się wyjaśni.

– Co się wyjaśni?

– Oj dałabyś spokój! – ofuknęła ją zapatrzona w ekran stara. – Rób co ci się mówi. Ciało do domu zawieź.

Kobieta namierzyła drzwi wyjściowe. Narzuciła na ramiona kurtkę i chwyciła klamkę.

– Poczekaj – całkiem przytomnym głosem odezwała się gospodyni. – Rachunek muszę wystawić!

Wyciszyła telewizor i usiadła do komputera. Przez chwilę stukała w klawiaturę.

– Proszę! – ogłosiła triumfalnie. – Rachunek! Nawet w kasę fiskalną mnie wrobiły te urzędasy …

Żona Krzysztofa spojrzała na świstek papieru i bez dyskusji podpisała.

– Sprowadź męża jak najszybciej do domu i posadź przed akwarium. Powinno pomóc, a jeśli nic się nie stanie, to zadzwoń do mnie. – Stara wręczyła jej wizytówkę i energicznie podreptała w stronę fotela.

 

Oszołomiona kobieta wyszła na zewnątrz i zanurzyła się w mroczny las. Oświetlała sobie drogę komórką i z duszą na ramieniu kierowała się w stronę szosy.

Comments are closed.