Mazurkowe babeczki

Mazurkowe babeczki

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak Wielkanoc to mazurki. To oczywiste. Ale co zrobić, żeby również i z tej okazji zrobić dzieciakom frajdę jak przy dekorowaniu pierników na Boże Narodzenie? Prosta sprawa 😊 Wystarczy zrobić babeczki z ciasta mazurkowego i pozwolić sobie (lub dzieciom) na pokaz kreatywności. Dobrze produkcję babeczek połączyć z pieczeniem normalnych mazurków, ponieważ do dekoracji samych babeczek zużyjecie tylko odrobinę kajmaku a jego nie da się mało zrobić 😊 No chyba, że kupicie sobie gotowe polewy, to wtedy problem z nadmiarem produktów zwyczajnie odpada.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na ciasto:

– 250 g mąki

– 120 g masła

– 100 g cukru (najlepiej pudru)

– 2 czubate łyżki gęstej kwaśnej śmietany

– 2 małe żółtka lub jedno duże

– 2 łyżki powideł śliwkowych

Na kajmak:

– puszka mleka skondensowanego

Na polewę czekoladową:

– 100 ml śmietanki homogenizowanej 12%

– pół tabliczki czekolady deserowej

– łyżka masła

– 18 g cukru

Do dekoracji:

– ulubione bakalie

– suszone morele

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Masło siekamy z mąką. Dodajemy pozostałe składniki (bez powideł 😊) i szybko zagniatamy ciasto. Kruche nie lubi długiego molestowania 😃 Formujemy kulę, zawijamy w folię i wkładamy na godzinę do lodówki.

W tym czasie szykujemy formę do muffinów. Smarujemy tłuszczem każde zagłębienie i dopasowujemy szklankę o dnie nieco mniejszej średnicy. Ciasto dzielimy na 12 kawałków, z każdego formujemy mały placek, które wkładamy do zagłębień. Teraz natłuszczamy podstawę szklanki i lekko przyciskamy każdy z placuszków tak by dookoła uformował się niewielki brzeg.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Wkładamy nasze babeczki na 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy je na chwilę i smarujemy powidłami śliwkowymi. Wkładamy do piekarnika na kolejne 10 minut. Po tym czasie babeczki powinny już być ładnie przyrumienione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polewa czekoladowa z podanego wyżej przepisu jest prosta do zrobienia i zawsze wychodzi. Jedyne co trzeba zrobić to wymieszać wszystkie składniki w rondelku i cały czas mieszając podgrzewać na malutkim ogniu przez około 10 minut. Zostawić do przestygnięcia.

Kajmak to z kolei sprawa banalna, ale czasochłonna. Jedynym składnikiem jest puszka mleka skondensowanego, które (bez otwierania) gotujemy w dużej ilości wody pod przykryciem przez 3 godziny. Puszka musi być cały czas całkowicie zakryta wodą.

Babeczki wystygły, kajmak i polewa gotowe, więc czas na to, co najprzyjemniejsze, czyli dekorowanie :)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sznycle rybne

Sznycle rybne

image_pdfimage_print

Ostatnio często przyrządzam rozmaite wariacje na temat wszystkiego co mielone, zatem przyszła kolej również na rybę. Od czasów dzieciństwa darzę niezmiennym sentymentem mrożone kostki z mintaja. Mama smażyła je na patelni i później całość lądowała na talerzu. Kostka zawsze była równiutko zrumieniona i nigdy się nie rozpadła, co mnie, niestety nie udało się nigdy :) Któregoś razu, kiedy to po raz kolejny kostka rozleciała mi się na kawałki, mąż zasugerował mi, by rybę po prostu zmielić. Wrzuciłam więc następnym razem rozmrożone kostki do blendera i przy okazji wyszło mi coś całkiem smacznego.

Zatem do dzieła!

produkty

Składniki:

– 8 kostek mrożonego mintaja

– 1 jajko

– 2 łyżki smażonej cebulki lub jedna posiekana i usmażona cebula

– sól, pieprz, papryka słodka

–  bułka tarta 2-3 łyżki bezpośrednio do masy + pewna ilość do panierowania

– masło klarowane lub inny tłuszcz do smażenia

kolaz1

Rozmrożoną rybę zmielić w blenderze. Dodać pozostałe składniki. Wymieszać. Surowa masa powinna być lekko za słona. Można dorzucić drobno posiekany seler naciowy lub trochę startej marchewki. Uformować zwarte kulki i obtoczyć w bułce tartej. Rozpłaszczyć, wyrównać brzegi i przełożyć na gorący tłuszcz. Smażyć z obu stron na ciemnozłoty kolor. Smacznego :)

finał1

Domowe triki

Domowe triki

image_pdfimage_print

Jagna: Jakby się tak  dobrze zastanowić to powiedzenie „potrzeba matką wynalazku” doskonale sprawdza się w naszych domach. A kreatywność pań domu, w zderzeniu z kuchnią i innymi pomieszczeniami, zaskakuje na każdym kroku. To chyba efekt ewolucji. Kobita będąc matką, żoną, kochanką, praczką, sprzątaczką, kucharką i do tego oczywiście pracując na pełen etat poza domem, po prostu musiała w sobie wykształcić pewne cechy, które pozwolą jej sprytnie połączyć te wszystkie etaty i zamknąć stugodzinny dzień pracy w zaledwie jednej dobie. A dom, z konieczności, staje się czasem poligonem doświadczalnym 😀

Wzięło mnie na takie przemyślenia, bo od rana tkwię w kuchni i produkuję trzy różne potrawy jednocześnie, a właśnie pralka odmeldowała, że się pranie skończyło. Chyba nogą będę wieszać.

Jedno jest pewne, gdyby nie drobne patenty i wrodzona babska kreatywność, to żadna kobieta by sobie z tym wszystkim nie poradziła.

Iza: To jak w takim razie wieszasz nogą to pranie? Zaintrygowałaś mnie. Nie powiem :)

Jagna: Tajemnica 😉

Iza: Ale tak na serio to masz rację, że w życiu trzeba sobie radzić, bo inaczej by człowiek z kuchni i z chaty nie wyszedł. Pamiętam jak kiedyś dorosła już siostra mojej koleżanki z liceum siekała surową marchewkę. Kroiła ją najpierw w plasterki, a potem każdy plasterek kroiła na krzyż, a że trochę tych marchewek miała to i ta czynność trwaaaaaała i trwaaaaaaała. Jak przyszłam do nich to ona kroiła. Jak wychodziłam po godzinie, to ona nadal męczyła te biedne marchewki. Nie wytrzymałam i przecięłam jej jedną marchewkę wzdłuż, na cztery i potem ciach, ciach, ciach! Laska była w kompletnym szoku, ale zamiast podziękować to mnie ofuknęła, że u nich w domu właśnie tak się kroi.  Czujesz? 😀

A w temacie krojenia przypomniały mi się jeszcze te nieszczęsne jajka na twardo do sałatki jarzynowej na święta. Moja mama, odkąd pamiętam, rugała mnie po całości, że za grubo siekam. A sama wiesz, jak to z jajkiem. Dwie różne konsystencje, nieregularny kształt i rozlatujące się żółtko. W końcu się wnerwiłam. Chyba na studiach, spieszyło mi się na jakąś randkę, bo wzięłam te jajka, wrzuciłam je hurtem do garnka i potraktowałam tłuczkiem do ubijania ziemniaków. W dwie minuty wszystko było idealnie rozdrobnione. Od tamtej pory już tylko tłuczek :)

Jagna: Najpierw obśmiałam w głos to Twoje dziewczę od marchewek, a potem mi się przypomniało, jak dawno temu, tuż przed Wigilią, gdy kuchennej roboty jest huk, stałam jak osioł i pojedynczo panierowałam małe kapelusze grzybków. Grzyb – jajko – bułka tarta. I tak do usrania 😀 Czas uciekał, inna robota w lesie, a ja nad tymi grzybkami… W końcu nie wyrobiłam z nerwów, walnęłam wszystkie naraz do masy jajecznej a potem do bułki tartej. I stała się jasność 😀 I nawet na głos skomentowałam „Kuźwa, przecież to nie kotlety!”. Nie wiem co mi się wtedy stało. Zaćma jakaś?

Patent z jajkami doskonały! Ja zawsze kroję same białka, a żółtka kruszę w palcach prosto do sałatki. W każdym razie podkupuję Twój sposób :)

A jak przy ciachaniu jesteśmy, to moim sprytnym trikiem jest przytrzymywanie śliskich rzeczy (grzybki z octu, pomidory suszone z oleju itd.) podczas krojenia – widelcem. Łapy się nie tłuszczą i nie ma ryzyka, że się nóż na paluch omsknie. Takie niby nic, a ułatwia życie na maksa 😀

Iza: Ja tam niczym tego nie trzymam, tylko jadę po całości mega ostrym nożem szefa kuchni. Nauczyłam się z programów kulinarnych. Podobnie jak miażdżenia czosnku pięścią.  I tego, żeby owoce, warzywa ze skórką kroić leżące skórą do dołu. Rzeczywiście jest łatwiej. Czasem człowiek sobie życie utrudnia bez sensu, bo tak się po prostu nauczył, (jak ta laska od marchewki) a wieloletnie przyzwyczajenia ciężko jest zmienić. Nie uwierzysz, ale miałam kiedyś koleżankę, która z uporem maniaka zamiatała schody od dołu. Wychowała się za dzieciaka gdzieś w Indiach i twierdziła, że tam tak się zamiata i ona też tak robiła. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła :) No, dało się, ale trwało to trzy razy dłużej niż normalnie, z góry na dół.

Jagna: Na zamiatanie schodów od dołu bym nie wpadła 😀 A przy temacie krojenia zostając jeszcze na moment, to wszystko inne siekam tak jak Ty, ale będę się upierać, że śliskie rzeczy czasem lepiej przytrzymać 😀

Oczywiście zanim nauczyłam się siekać trójkątnym, dużym nożem, spędziłam niezliczone godziny na pracowitym krojeniu wszystkiego małym nożykiem. I ja się pytam – po co?

No ale do wszystkiego człowiek dochodzi z czasem, choć zawsze mi się wydawało, że pewne rzeczy są proste i już. Nieodmiennie doprowadzają mnie do śmiechu urządzenia i patenty do oddzielania żółtek od jajek. Serio to jakaś filozofia jest, żeby oddzielić jedno od drugiego? Albo wybić jajko do miski jedną ręką? :)

Iza: No jasne, że nie ma i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopóki mi kiedyś, przed świętami nie wparowała koleżanka z kopą jaj, żebym jej zrobiła ajerkoniak na święta dla całej rodziny. Nie było wyjścia. Wszystkie jajka poszły do małej miednicy, a żółtka wyłowiłam w kilka chwil łyżką do lodów :)

Zresztą bardzo często niektóre rzeczy znajdują zastosowanie niekoniecznie tam, gdzie powinny i nie do tego, do czego zostały przeznaczone. Wiesz, kiedyś odrestaurowałam stareńkie motocyklowe sakwy kremem nivea i pastą tempo. Odpryski na czarnym samochodzie przez lata załatwiałam czarnym inglotem do paznokci. Ostatnio mam gorzej, bo na babowozie jest taki dziwny odcień, że z właścicielką zaprzyjaźnionej drogerii kiedyś na parkingu przez pół godziny próbowałyśmy dopasować próbniki :) Ale się udało :)

Jagna: Z tymi sakwami to akurat wykorzystałaś stary, sprawdzony sposób na konserwowanie wyrobów skórzanych :)

W pokrętny sposób sakwy skojarzyły mi się z torebkami sałaty. Nie pytaj dlaczego, ale przyjmij do wiadomości, że najlepszym sposobem na wymieszanie zawartości z sosem jest wlanie go do środka i potrząśnięcie parę razy całością. A potem do michy :)

A jak już w temacie torebek jesteśmy, to szlag mnie trafiał zawsze przy czyszczeniu deszczownicy. Rozmontowywać przecież nie będę, a psikanie odkamieniaczem guzik daje, bo wszystko od razu spływa. A wystarczy nalać octu wymieszanego z odkamieniaczem do plastikowej torebki i zawiązać na deszczownicy na kilka godzin (tak, żeby sitko było cały czas zanurzone). Samo się robi 😀

Iza: Niestety nie wspominam zbyt dobrze Twojej podstępnej deszczownicy, ale na potrzeby  felietonu  łaskawie przemilczę kilka dosadnych epitetów.

Jagna: Zatem milcz 😀 Ja i tak kocham mój prysznic. A ty swojego nie?

Iza: Ale ja nie mam deszczownicy! :) Heh! Kiedyś przytrafiła się moim dzieciom inna prysznicowa awaria. Tak szalały w łazience, że jedna z córek z hukiem wpadła do brodzika. Razem z drzwiami od kabiny.  Na szczęście się nie rozbiły i dzieciak ocalał, a i zawiasy nie problem było dokupić. Za to odrąbany kawałek emalii na brodziku, oczywiście centralnie na samym froncie, bo niby gdzieżby indziej (?) sprawił, że wpadłam w panikę.  Żeby nie wykuwać brodzika, wezwałam fachowca od naprawy elementów z uszkodzoną emalią. I wiesz co ten facet zrobił?! Nie uwierzysz! Obejrzał sobie brodzik, wyskoczył na 5 minut do Castoramy, wrócił z buteleczką czegoś białego za 16 złotych, pędzelkiem pociapał po moim odprysku i skasował 70 złotych! Tego było za wiele. Od tamtej pory mam w domu emalie oraz wyżej rzeczone lakiery do paznokci w kolorach każdej glazury jaką w chacie posiadam, zatem jak widać nie tylko nasze samochody mogą podziękować firmom od paznokci :) BTW pamiętasz Marthę Stewart?

Jagna: No pewnie. Kucharka telewizyjna (między innymi). Kiedyś ją skazali na więzienie za jakieś machlojki podatkowe, ale rozumiem, że nie to miałaś na myśli i nie będziemy podpowiadać czytelnikom trików na oszustwa podatkowe? 😉

Iza: Ależ skąd, ja do jej podatków nic nie mam. Gorzej, że  ta podstępna Amerykanka zmałpowała mój sposób na błyszczący inox na okapie :)

Zawsze po gruntownym czyszczeniu robiły mi się mazy, których niczym nie dało się usunąć. Aż pewnego razu,  gdy w szale polerowania owego okapu mój wzrok padł na butelkę z oliwą… I  stała się jasność. Wystarczyło dosłownie kilka kropelek na wilgotną szmatkę i mój inox znów lśnił, jak nie powiem co 😉

Jak coś to byłam pierwsza! A w kontekście wiosennych porządków chętnie przygarniemy również i Wasze porady. W końcu nie ma to jak w tri miga odkamienić octem, żelazko, czajnik i toaletę, a czarne buty potraktować czernidłem do opon, prawda? :)

Jagna: Czernidłem do opon doskonale konserwuje się czarne kalosze 😀

Pozdrawiamy znad szmaty

Iza i Jagna

Spatzle po tyrolsku

Spatzle po tyrolsku

image_pdfimage_print

 

Uprzedzam lojalnie, że ta potrawa to jest totalne szaleństwo kaloryczne. Górale, którzy cały dzień skaczą po górach jak kozice, mogą sobie spokojnie na to pozwolić, ale wszyscy pozostali muszą w dniu spożycia zaplanować długotrwałe biegi albo machanie łopatą 😀

Potrawa jest absolutnie pyszna i warta każdej wchłoniętej kalorii :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na 4 spore porcje:

– 400 g spatzli (gotowych, bo po co życie komplikować? Jak nie macie gdzie kupić, to zacierki też dadzą spokojnie radę)

– 100 g specku albo szynki szwardzwaldzkiej lub innej mocno wędzonej

– 200 g mocno wędzonego boczku

– 350 g wytrawnego i wyraźnego w smaku żółtego sera

– 150 g gęstego jogurtu naturalnego      przyprawy

– duża cebula lub 2 mniejsze

– szklanka oleju

– 3 łyżki mąki

– łyżeczka mielonego czosnku  

– łyżeczka mielonej kozieradki

– 2 łyżeczki suszonej cebuli

sól wędzona i pieprz

Spatzle gotujemy w osolonym wrzątku do miękkości. Cebulę kroimy dość drobno i mieszamy z mąką. Olej rozgrzewamy na patelni i wrzucamy cebulę. Smażymy na niewielkim ogniu aż zbrązowieje i nabierze chrupkości. Wykładamy na ręcznik papierowy i odsączamy z nadmiaru tłuszczu. Gdy przestygnie to lekko ją solimy. Tak przygotowaną prażoną cebulę możemy przechowywać w szczelnym słoiku przez miesiąc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kluchy przekładamy do miski. Ser ścieramy na grubych oczkach a speck i boczek kroimy. Przesmażamy na patelni i dodajemy do spatzli razem z tłuszczem, który się wytopił (mówiłam, że będzie na bogato :)).

Do miski dokładamy również wszystkie przyprawy, jogurt, nieco soli i pieprzu oraz ¾ startego sera. Mieszamy i wykładamy na wysmarowane olejem formy żaroodporne. Posypujemy pozostałym serem.

Zapiekamy 15 minut w 180 stopniach, posypujemy prażoną cebulą i serwujemy. W celu zmniejszenia wyrzutów sumienia podawać z sałatą 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

Polędwica dojrzewająca Grzegorza Zabiegłego

image_pdfimage_print

Dzisiaj witamy w naszych skromnych, kuchennych progach Grzegorza Zabiegłego, który krok po kroku wyjaśni Wam jak w domowych warunkach wykonać wędlinę dojrzewającą. Do dzieła Grzesiu :)

Grzegorz Zabiegły, oddany mąż Ani i ojciec dwójki cudownych dzieciaków. Zawodowo zajmuje się produkcją nietuzinkowych saun. Z zamiłowaniem oddaje się ogrodnictwu i produkcji wędlin. Aktywnie uczestniczy w tworzeniu forum Wędzenie domowe  i moderuje prężnie rozwijającą się grupę Wędzenie z pasją, której członkowie dzielą się swoimi sekretami dotyczącymi domowego wyrobu pachnących dymem wędlin. Mniam :)

kolaż grzesiek

Polędwica dojrzewająca

Składniki:

– polędwica wieprzowa

– peklosól 25 g / 1 kg

– cukier – 2g / 1 kg

– kolendra cała

– czosnek świeży

– bazylia suszona

– kultury bakterii

kolaż1

Przygotowanie:

Z polędwicy odkrawamy mizdrę i warkocz. Wycinamy błony. Mieszamy peklosól z cukrem i dokładnie nacieramy mięso. Nakłuwamy patyczkiem do szaszłyków i wkładamy do szklanego naczynia. Przez 7 dni trzymamy w lodówce. Codziennie odwracamy mięso i masujemy. Nie odlewamy soków (mięso je w procesie peklowania wchłonie). Po 7 dniach nacieramy mięso przyprawami. Dajemy je według uznania, w zależności co lubimy. Ja użyłem przypraw podanych wyżej. Dodatkowo posmarowałem mięso kulturami bakterii. Tak przygotowane mięso wkładamy w pończochę lub specjalną siatkę. Wieszamy w pończosze w temperaturze pokojowej na 2-3 dni. Po tym czasie przenosimy mięso do miejsca, w którym mamy temperaturę 10-12 stopni i dużą wilgotność. Możemy je powiesić w kartonie, a na spód włożyć miskę z wodą. Po 30 dniach polędwica jest gotowa.

final

 

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

image_pdfimage_print

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Martyna 9

Martyna 9

image_pdfimage_print

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

Kotlety owsiane Zuzanny Arczyńskiej

image_pdfimage_print

Witajcie!

Dzisiaj przedstawiamy Wam Zuzannę Arczyńską. Witamy ją serdecznie i zapraszamy do garów :)

Zuzanna Arczyńska  – prywatnie pozytywnie zakręcona kura domowa z aspiracjami, by zostać pisarką. Autorka powieści „Jak spadek” wydanej w marcu 2015. Laureatka trzeciej nagrody V edycji konkursu Literacki Debiut Roku Novae Res za powieść „Foka”. Autorka bloga „W sieci słów”.   

kolaz info

Nie jestem fachowcem od gotowania, ale podobno często udaje mi się zrobić coś z niczego. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tego akurat nauczyłam się od najlepszych (których pozdrawiam). Dawno temu, jeszcze nim pojawiły się moje dzieci przydarzyła się w moim życiu siedmioletnia przygoda z wegetarianizmem. Taki epizodzik :) Zostało mi po niej kilka wspomnień i parę wyjątkowo ciekawych przepisów. Są cenne, bo łączą w sobie trzy cechy:

  1. Są tanie
  2. Są zdrowe (no, może ten bez przesady, bo smażony)
  3. Są wyjątkowo łatwe w przygotowaniu.

Pomyślcie, ile kosztuje kilogram mielonego? A ile będzie kosztowała półkilowa torebka płatków owsianych?  Tak na marginesie ilość kotletów z jednego i drugiego produktu jest porównywalna :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do przygotowania kotletów z płatków owsianych potrzebujemy niewielu produktów i żadnych specjalnych umiejętności, a przepis jest bardzo łatwy do zapamiętania.

Potrzebujecie taką samą ilość wody, mleka i płatków. Ja zwykle robię je z trzech szklanek.

3 szklanki wody i 3 szklanki mleka wymieszajcie i zagotujcie z dużą szczyptą soli. Do gotującego się płynu wsypcie 3 szklanki płatków i gotujcie przez 2 minuty. Potem wylejcie zawartość na durszlak, (ja robię to nad garnkiem, bo to nie prawda, że koty nie piją mleka, mój pije nawet takie z wodą i solą :)).

W czasie, gdy wasz zamiennik mięsa będzie sobie stygnął, zajmijcie się zmontowaniem ulubionej surówki, bo co to za obiad – same kotlety :) Warto też pokroić wtedy cebulkę do kotletów, no, chyba, że mielicie ją, by ukryć przed dziećmi. Pamiętajcie, to nie jest przepis dla tych, co się spieszą. Płatki muszą ostygnąć, a wbicie jajek do gorącej masy to zły pomysł, białko błyskawicznie by się ścięło i nie związałoby ciasta jak trzeba.

kolaz1

Kiedy wasze płatki przestygną potraktujcie je tak, jakby to było mielone. Wbijcie jajka, maksymalnie dwa, jeśli są małe. Przyprawcie sobie ten farsz dokładnie tak, jak lubicie. Może być odrobina Vegety, czosnek czy maggi, a jeśli słabo sobie radzicie z przyprawami kupcie gotowy zestaw typu: „Mielone. Pomysł na”. Kiedy wymieszacie z ciastem swoje ulubione smaki pozostaje już tylko uformować kotlety, obtoczyć je w bułce tartej (już nie dodawajcie jej do ciasta) i usmażyć na piękny kolor, chciałoby się napisać złoty, ale znacznie lepiej smakują mocniej wypieczone. Doskonale smakują z sosem pieczarkowym :)

Teraz jeszcze podpowiedź na wypadek niezapowiedzianych gości. Kotletów mielonych z mięsa będzie więcej, kiedy zamiast bułki tartej moczonej w mleku dodamy do mięsa właśnie płatków owsianych zaparzonych w wodzie z mlekiem. Nie sądzę, by ktokolwiek zauważył różnicę.

A kiedy już szybki obiadek będziecie mieć gotowy, podarujcie sobie odrobinę wytchnienia. Wszystkim, którzy jeszcze nie znają polecam porterówkę. Nie lubicie portera? Ja też nie! W tej wersji jest nieziemski. To jedyne ciemne piwo, które przyswajam.

Potrzebujecie zagrzać butelkę piwa porter i do ciepłego wsypać pół szklanki cukru i cukier waniliowy. Kiedy się rozpuści, nie ma co grzać go dalej. Wyłączcie, wlejcie szklankę spirytusu i rozlejcie płyn do butelek. Po ostudzeniu nadaje się do picia w wielu wersjach. Dla tych co lubią szoty – bez popijania, dla tych co cedzą z lodem jak drinka i dla delikatnych podniebień pół na pół z mlekiem. Każdy znajdzie swoją wersję. Pysznego!

kolaz final

A na deser po kotletach szef kuchni proponuje fragment powieści Zuzanny :)

***

            Zaspali! wszyscy zaspali! Co prawda, Kalinowska jeszcze nie przyjechała do pracy, ale Kuba i Anka nie byli ubrani ani spakowani, a czas leciał. Michał obudził Bastka telefonem pytając, czy nie zawiózłby ich do szkół, bo na pieszo spóźnią się na bank. Szybko pocałował żonę z zagłębienie obok obojczyka, wiedząc już, że to lubi i naciągnął na siebie dresy. Gdy wyszedł z domu dzieci już stały z plecakami. Kuba narzekał, że jest głodny, nie wypił herbaty i był rozczochrany. Nie znalazł też czapki. Ania bez szalika z gołą szyją i ropą w oczach też nie prezentowała się świetnie. Michał usiadł z przodu, dzieci z tyłu. Podał chłopakowi portfel i kazał wyjąć kartę. Podjechał pod bankomat na WBK i podając pin kazał mu wypłacić trzydzieści złotych. Młody po chwili był z powrotem. Dał im po dyszce na śniadanie. Wiedział, że nie kupią herbaty, przynajmniej nie maluchy. W szkole Michała chyba był bufet, bo chłopak wołał od Magdy o kasę na kawę, ale czuł, że to jego wina, że zaspali. Gdy Michu spytał dlaczego wybrał ten bankomat odpowiedział, że tylko ten w całym mieście wypłaca banknoty o nominale dziesięciu złotych.

Gdy odwiózł dzieci i wracał kupił ciepłe bułeczki, a gdy dotarł do domu, jego sekretarka i jego żona rozmawiały w kuchni pijąc kawę. Ogłosił, że jest zajęty robieniem śniadania i pozwolił Kalinowskiej szkolić Magdę, która co rusz robiła wielkie oczy, ale w lot łapała, o co chodzi. W końcu wziął prysznic, przebrał się w ciuchy do pracy i zaprosił panie na bułeczki. Przerwa pozwoliła mu pogadać z żoną i zapytać, czy praca jej się podoba i pokazać sekretarce, że dogadał się z żoną. Panie ćwierkały sobie jak koleżanki, a on po raz pierwszy od czasu powrotu czuł, że może skupić się na pracy. I choć robiło mu się cieplej na myśl o pięknej żonie, nie był cały czas spięty. Pracował efektywnie i był zadowolony. Po trzynastej pojechał po dzieci, bo pamiętał, że są byle jak ubrane, a potem, gdy one odrabiały lekcje podsłuchiwał, czego uczy się Magda. W pół do trzeciej wygoniła dzieci do domu każąc im zagrzać obiad, a sama dokończyła poprzednie zajęcie. Nie było łatwo, ale miała jeszcze dwa dni i bardzo dobra nauczycielkę.

Po obiedzie pojechali poszukać sobie mebli do sypialni. Wiedzieli już, czego chcą a czego nie. Zakup czegokolwiek na miejscu okazał się nie do wykonania w tak krótkim czasie. Każdy kolejny sklep miał coraz to dalsze terminy dowozu mebli. Chcieli zamówienia i zaliczki, a potem co najmniej siedmiu, lub dziesięciu dni na dostawę. Wrócili do domu, kupili meble w Internecie i choć wiedzieli, że będzie trzeba je skręcić samodzielnie, firma gwarantowała, że dowiozą je w sobotę przed dwunastą. Potem wybierali kolor ścian. Bastek chciał jasny popiel, ale Magda miała skojarzenie z poczekalnią u dentysty, więc odpuścił. W końcu oboje przystali na jasnomiętową zieleń. Zdecydowali, że będzie dobrze pasował do mebli. Kupili sobie pościel, kilka zmian poszew i parę prześcieradeł. Zamówili też gotowe zasłony i miękką ciemnokremową wykładzinę. Wszystko w Internecie. Magda żartowała, że bawią się w dom, ale to naprawdę była dla nich dobra wspólna zabawa.

Im bliżej było do piątku, tym bardziej denerwowała się wyjazdem do szkoły. Co wieczór chętnie wracała do łóżka swego męża i z pasją oddawała się tajnikom miłości, a o szanował to, jak daleko chce się posunąć. Sebastian delektował się bliskością żony a co rano, już bez pośpiechu, odwoził dzieci do szkoły. Michał niecierpliwie czekał na weekend, bo ruszał jego kurs, a Magda coraz bardziej nie chciała rozstawać się z mężem.

Czwartek minął jak z bicza strzelił. Kazek z braćmi przyszli wieczorem wynieść stare meble z sypialni, usunęli też wykładzinę i podszykowali sobie pomieszczenie do remontu. Anka od razu weszła ostro w negocjacje, obiecała chłopakom pizzę, jeśli dodatkowo pomogą Michałowi i Bastkowi poskręcać zamówione meble. Bracia Kazka próbowali żartować z talentów kulinarnych dziesięciolatki, ale on wyprowadził ich z błędu mówiąc, że tak dobrej pizzy jeszcze nie jedli i zgłaszając się na ochotnika do pomocy.

W piątek wszystko ruszyło od rana pełna parą. Bastek próbował się na coś przydać, ale musiał odwieść malców do szkoły. Gdy poprosił o pomoc Magdę, stanowczo odmówiła. Co z tego, że na jego prośbę pięć lat temu zrobiła kurs na prawo jazdy, skoro ani razu od czasu egzaminu nie miała okazji prowadzić samochodu? Nie była nawet niedzielnym kierowcą. Musiał jechać sam. Praca go nie ciekawiła, bo przeżywał postępy w remoncie. Za to wymknął się do kwiaciarni i pięknym bukietem podziękował sekretarce za wspólne lata ciężkiej pracy. Kalinowska była wzruszona. W jej aucie w bagażniku leżała torba Magdy, która wcale nie miała ochoty na samotny weekend w Gorzowie, ale na remont też nie miała chęci. Musiała jechać do szkoły. Dziś obiad odgrzała w kuchni Sebastiana, a potem pożegnała swojego męża pocałunkiem i pojechały z sekretarką do Gorzowa.

 

Wieczorem z kursu na prawo jazdy wrócił Michał. Przyszedł do szwagra z czteropakiem piwa. Usiadł i milczał. Obaj otworzyli swoje puszki. Pili. Bastek włączył radio, w Trójce leciała lista.

– Jak było?

– Jak to na szkoleniu, dziś znaki, pranie mózgu, nic nowego.

– Ale wszystko ok? Bo jakiś nieswój jesteś.

– W porządku, fajną dupcię poznałem, wiesz i rwę ją na najlepsze teksty i dupa blada, jakby mnie nie było. Leje na mnie i tyle. Cholera jasna!

– To ci się jeszcze nie zdarzyło, co? – Sebastian uśmiechał się serdecznie. – Trafiła kosa na kamień?

– Fakt.

– Co jest w niej szczególnego?

– Bo ja wiem? Oczy ma wielkie i takie szare, że prawie przezroczyste i jak popatrzy, to jakbyś się miał utopić. Taka… trochę chłopczyca, bo wystrzyżona. I drobniutka jest, wiesz kurczątko, jak nastolatki, ale wszystko ma na miejscu. Dla takiej rzuciłbym palenie…

– Palisz?

– No, co ty! Rzuciłbym, gdybym palił – Sebastian  znów roześmiał się głośno.

– A jak się nazywa?

– Cholera wie, Kicia ją wołają.

– A, Kicia! To mów, że o nią chodzi.

– Znasz ją? – Michał nagle bardzo się ożywił. – Skąd ją znasz?

– No nie znam, ale jak prosiłem Berta o najlepszego instruktora dla ciebie, powiedział, że na miejscu będziesz jeździł z Kicią, jego siostrzenicą, a w Gorzowie, to się zobaczy. Ponoć Kicia wymiata na motorze. Młody, ona na pewno ma ze dwadzieścia jeden lat, inaczej nie mogłaby być instruktorem, wiesz? – Michał pokiwał głową. – Trochę jest za stara dla ciebie. Chyba ma Kinga na imię.

– Kinga? Może być. Myślałem, że też się uczy. Ona nauczy mnie jeździć? Fajnie, może ja też ją czegoś nauczę – podniósł dwuznacznie brwi.

– A to już zależy od tego, czy ona się zadaje ze szczeniakami.

– Jeszcze się taka nie znalazła, co by nie chciała spróbować – Młody był bardzo pewny siebie. – Spokojna twoja rozczochrana. Brzęczy coś, to twój?

– Magdzia dzwoni. Odbiorę.

– Już się stęskniła? Starasz się, co?

– Zamknij się, co? Magdzia, nowinę mam… nie, nie remont… ale wszystko dobrze… hej, zaufaj mi…no padniesz!… Michał… Nie, nie wywalili go, ale wygląda i gada jakby się zakochał. Oj, serio… Nikt nie jest uodporniony, nawet on… Wkurzył się i poszedł, nawet piwa nie zabrał. A skąd! Panna go spławiła. No… starsza jest… banał, ze trzy lata. Nie w moim typie. Ty jesteś w moim typie, tak, tylko ty i kocham cię, wiesz? … Kawa? Magda, nie za późno na kawę? Poszukaj, gdzieś musi być. Może w kredensie? … No, nie mam typowego kredensu przecież wiem, tak się tylko mówi… w tej szafce bliżej czajnika, nie ma? A w szufladzie? Tylko herbata? Wiem. A sprawdź w tej puszce, która jest za pojemnikiem z cukrem. Masz? No to bingo. Wszystko dobrze… Ania biznes kręci. No, obiecała Kazkowi pizzę, jeśli pomoże skręcić meble. Nie wiem, co ona z tego ma, ale podziw na pewno i chyba chce rolki… jak to skąd wiem? Słyszę o czym dzieci rozmawiają. Jutro pogadamy, co? Zadzwonię. Ja też, yhm, i też tęsknię, moja cynamonowa księżniczko, tak pa.

Sięgnął po kolejną puszkę piwa i lekko pogłośnił radio. Tęsknił, ale był szczęśliwy. W sobotę postanowił odpocząć naprawdę. Nie wyszło. Za to w końcu był wyspany.

 

Kuba wpadł do Bastka jak wicher już na dole wrzeszcząc.

– Tato! Tato, meble są! Wstawaj, trzeba pomóc wypakować, bo ekipa Kazka zaciera szpachlowanie i nie mogą się ruszyć. Tak się kurzy, że wszyscy są biali i mówią, że jak wyjdą z pokoju, to przez tydzień będziemy mieć białe podłogi w całym domu i Magda nas zabije.

– Już idę synku, tylko dresy włożę. Wniesiemy wszystko do garażu i jutro skręcimy albo jeszcze dziś wieczorem.

– Do garażu? – chłopak zatrzymał się w drzwiach.

– Czemu cię to dziwi, przecież już zawaliliśmy hol starymi meblami, jak wniesiemy te nowe, to nie będzie jak się ruszyć – Kuba milczał, miał dziwny wyraz twarzy. – No, co jest Jakub?

– Tato, my nie korzystamy z garażu – nabrał powierza – ani ze strychu.

– Bo?

– No, ja nie wiem, chyba Magda tak chciała, zawsze tak było. Tam są jakieś pamiątki i takie tam.

– Rozumiem. Poradzimy sobie. Czy ty masz coś do garażu? Bo ja tam chciałem auto parkować?

– Nie chodzi o mnie, tylko o Magdę, chodź już – Bastek położył dłoń na ramieniu chłopaka i zatrzymał go, chciał koniecznie uspokoić jego emocje, załagodzić wewnętrzny konflikt.

– Dobra. Zrobimy tak. Ty i ja wniesiemy te meble do garażu. Potem je złożymy, a na koniec zajmiemy się strychem. Na moją odpowiedzialność. Ja to będę z Magdą wyjaśniał. – Trzasnął drzwiami i podszedł do ciężarówki, przywitał się z kurierem, który otworzył tył auta i poprosił Kubę, żeby od środka odblokował drzwi od garażu.

Z domu wyszedł Michał, zaciągnął zamek ocieplacza, spojrzał na otwierające się drzwi od garażu i zmarszczył brwi. Wziął za ramię Bastka na bok, przez chwilę mu się przyglądał. W końcu spytał:

– Wiesz, że wypuszczasz demony?

– Tak, to znaczy domyślam się. Kuba mi powiedział, że to tabu.

– Walcz jak chcesz, ale to obosieczna broń. Czasem przeszłość strasznie boli. Będziesz żałował, że zacząłeś od końca.

– Jeśli jutro będziesz miał pierwszą jazdę, porozmawiasz ze mną o tym?

– Nie, wybacz stary. Tym razem mógłbym stracić siostrę, a za bardzo ją kocham. Za dużo ryzykujesz. Ja nie gram va banque, jeśli nie jestem pewien. Ale dzięki za propozycje. Czy ty czasem nie za dużo możesz?

– Wiesz jak jest. Powiedziałem „A”, muszę brnąć dalej.

– Jak chcesz. Wnosimy?

– Wnosimy.

Garaż był pomieszczeniem pełnym wieloletniego kurzu i gratów. Kartony z rzeczami stały poukładane jeden na drugim w kącie. Były opisane pismem charakterystycznym dla mamy Sebastiana: garnitury, garsonki, sukienki, buty, koszule. Wszystko stało tu nietknięte przez te upływające lata. Udał, że nie widzi niepewnego wzroku Kuby i ustawiali kartony z meblami jeden, obok drugiego. Pracowali w ciszy. Kierowca pomagał, najwięcej uwagi poświęcili doskonale zapakowanym lustrzanym drzwiom szafy, marzeniu Magdy by mieć wielkie lustro a jednocześnie jakieś urzeczywistnienie fantazji o tym, by widzieć siebie, gdy się kochają. Niosąc je mężczyzna uśmiechał się do swoich myśli. Nie obawiał się konfrontacji z żoną. Ufał, że ich związek jest na tyle stabilny, że poradzą sobie ze wszystkim.

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

image_pdfimage_print

Beata Śniechowska „PYSZNE PORANKI”

Dziś po raz kolejny poproszono nas o ocenę książki kucharskiej. I po raz kolejny jest to książka zwyciężczyni MasterChefa!

Rzecz jasna, znów podeszłyśmy do tematu jak do jeża, w obawie, że w ślad za obecną modą na arcyskomplikowane slow food, również i tu będzie można się natknąć na aptekarskie receptury oraz składniki w stylu: ryba świeżo wyłowiona z arktycznej przerębli, wykopany o brzasku topinambur z Wysp Owczych, czy też powietrzne korzonki pnącza z dżungli amazońskiej albo jeszcze skądinąd. A jak do tego jeszcze dojdzie nam w roli autora kucharz-celebryta, to już na bank będzie kompletna kaplica :)

Byłyśmy pewne, że to kolejna pozycja o wycudowanych wariacjach połączeń, jeszcze bardzie wycudowanych składników, gdzie i po kilometrowych nazwach potraw nie idzie nawet domyślić się tego, co na koniec się zje. A żeby to zje. Dobrze jak człowiek dożyje, oczywiście po wcześniejszym polowaniu na produkty, które w naszej szerokości geograficznej występują przez jeden tydzień w roku albo i wcale.

O, na przykład takie sobie grzybki enoki, widział je ktoś?  Oczywiście świeże :) takie „prosto z krzaka”. Swego czasu widziałyśmy w telewizji masę programów o pichceniu, właśnie o tych grzybkach, a tu grzybków ni hu-hu, nawet suszonych. Bez sensu takie zawracanie głowy, więc jak zwykle nie spieszyłyśmy się z recenzją, zwłaszcza, że podobnie jak większość ludzkości, rano nie mamy czasu na gotowanie.

Ledwie się człowiek zmusi w tygodniu, żeby zwlec się z łóżka parę minut wcześniej, by przełknąć dwa łyki jogurtu i zdążyć na siłownię, a tu nam jakaś mądrala zaraz wyjedzie z przepisem na śniadanie, przy którym nie powinno w ogóle kłaść się spać. Rzecz jasna w imię idei, żeby rano rozpieścić domowników. Nieodczekanie!

I tu następuje tak zwane pełne zaskoczenie :)

Książka Beaty Śniechowskiej pt.: „Pyszne poranki” porywa od pierwszej strony.

Już wstępny rozdział skutecznie przyskrzynia czytelnika w fotelu.

Śniadania w 5 minut.

Wow! Choćby taki mus gryczany z owocami. Poezja…

Do tego wyraźnie i rozsądnie podzielone działy: na śniadania dla dzieci, dania z jajek, szybkie propozycje typu fit oraz nieco bardziej skomplikowana alternatywa na weekendowe, leniwe celebrowanie śniadań.

Nasi milusińscy z całą pewnością pokochają zdrowe lody oraz owocowe kanapki. Każdemu z nas przyda się powtórka z lekcji o klasycznych omletach, a bajecznie prosty patent na koszyczki chlebowe z mozzarellą i tapenadą, rzuci na kolana niejedną zaprawioną w bojach panią domu.  Oczywiście czasem autorka lubi sobie poszaleć używając do przepisów karobu, świeżych pokrzyw i krewetek, ale nadal nie będzie to nic, co mogłoby kogokolwiek przerazić. Duży plus za przemyślane i sprawdzone w praktyce – śniadania na wynos. Pożywna sałatka czy też wieloziarnista tortilla świetnie spełnią swoje zadanie w podróży, w szkole lub w biurze.

A to wszystko podane w nieskomplikowanych przepisach, przy wykorzystaniu normalnych składników i opisane najprościej jak się tylko da. Wdzięcznym akcentem jest kilka słów od Beaty, które poprzedzają każdy przepis. Czytając czujemy, że swoje słowa kieruje do nas spełniona kobieta, mama czy też po prostu gospodyni taka jak my. Taka bliska i normalna. Jak nasza sąsiadka, która tylko trochę lepiej zna się na gotowaniu :)

Jeżeli można powiedzieć o książce kucharskiej, że jest wciągająca i ma to coś, to właśnie ta to ma. Na serio, trudno się oderwać. Sprawdźcie sami.

No i co?

No i mamy to! :)

Niewydumane, proste, szybkie i smaczne. Często zaskakujące. Pyszne. Naprawdę warto ruszyć się z łóżka tych kilka minut wcześniej, bo pomysły warte grzechu. A w soboty, to już będzie istna śniadaniowa rozpusta!

Jedyne, co w tej książce nie do końca zachwyca, to matowe, dość ciemne zdjęcia, na których piękne i apetyczne dania oraz ich urodziwa autorka wiele tracą. Jak wiadomo ludzie jedzą oczami, dlatego też stawiamy mały minus za fotki.

Generalnie jednak „Pyszne poranki” Beaty Śniechowskiej to książka na miarę zwycięzcy i niezależnie od wszystkiego, tego, jako Świeżo Napisane, będziemy się trzymać!

Mniam!

Pasztet z tuńczyka

Pasztet z tuńczyka

image_pdfimage_print

 

kuchnia_jagny2

Pasztet z tuńczyka jest smaczną alternatywą dla tradycyjnego pasztetu. I zapewne mniej kaloryczną. Do tego może stanowić całkiem niezłe źródło białka roślinnego, bo do jego wykonania potrzebujemy mnóstwo fasoli :)

A do tego wszystkiego jest po prostu smaczny i stanowi miłą odskocznię od mięcha 😀

Przygotujemy sobie dzisiaj dwie wersje pasztetu, czyli „smarowidło” oraz w wersji dla ambitnych – pasztet pieczony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista produktów:

– 3 puszki tuńczyka (najlepiej w oliwie z oliwek)

– 2 puszki białej fasoli

– 2 jaja

– 2 ząbki czosnku

– 1 średnia cebula

– cytryna

– sól i pieprz

– blaszka ok. 23×11 cm

– ogórek konserwowy (opcjonalnie do pasty)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No to zaczynamy.

Cebulę siekamy i smażymy na złoto na odrobinie oleju. Do blendera wrzucamy odsączoną fasolę, usmażoną cebulę i niespecjalnie starannie odsączonego tuńczyka. Blendujemy na gładką masę. Doprawiamy sokiem z cytryny, startym czosnkiem oraz solą z pieprzem. Właśnie otrzymaliśmy pastę tuńczykową. Odkładacie niewielką jej część do miseczki.  Możecie wzbogacić pokrojonym w drobną kostkę ogórkiem konserwowym. Oczywiście, jeśli chcecie mieć wyłącznie pastę, to produkcja kończy się właśnie w tej chwili i niczego do mniejszych miseczek odkładać nie musicie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ambitni, po zjedzeniu kanapeczki, przystępują do dalszego działania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oddzielamy żółtka od białek. Te pierwsze lądują w masie fasolowo-tuńczykowej a te drugie najpierw ubijamy na sztywną pianę i dopiero wtedy dokładamy.

Blaszkę smarujemy masłem, obsypujemy bułką tarta i przekładamy naszą masę. Pieczemy w temperaturze 170 stopni przez około godzinę. Po upieczeniu nie kombinujecie, tylko zostawcie pasztet do całkowitego ostygnięcia a potem na minimum godzinę do lodówki. Jak zaczniecie kroić wcześniej to się pokruszy.

Smacznego :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA