Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

Zupa z czosnku niedźwiedziego Danuty Zygarlickiej

image_pdfimage_print

Witajcie :)

Dzisiaj naszą Kuchnię Gości odwiedziła Danusia. Niesie gar aromatycznej zupy z czosnku niedźwiedziego. Zapraszamy serdecznie i już wyciągamy talerze 😀
Ale najpierw posłuchajmy, co nam o sobie opowie nasza dzisiejsza bohaterka. 

Mam na imię Danusia. Jestem mężatką i mamą dorosłego Syna Oskara. Mieszkam w Irlandii w uroczym hrabstwie Kerry.  Z wykształcenia jestem ekonomistką. Moja przygoda z gotowaniem trwa, trwa … odkąd sięgam pamięcią. Od dzieciństwa zawsze lubiłam przebywać w kuchni z moją Mamą, która dbała o to, aby posiłki były pyszne, zdrowe, podane tak, by oczami już można było jeść. Mam nadzieję, że te wszystkie wspaniałe cechy po niej odziedziczyłam równocześnie z przepisami, które skrzętnie zapamiętałam. Dlatego, i nie tylko, postanowiłam się tym „dobrodziejstwem” z Wami podzielić.

Przy okazji serdecznie zapraszam na mojego bloga.

A to moje dwie miłości. Pies Lucky i mój ogród:

kolaz1

Czosnek niedźwiedzi (Allium ursinum), inaczej czosnek cygański lub cebula czarownic, to roślina, której właściwościodkryli już starożytni Germanie. Traktowali oni czosnek niedźwiedzi jako uniwersalny lek. Starogermańska legenda głosi, że był on pierwszym posiłkiem niedźwiedzi po przebudzeniu się ze snu zimowego (stąd nazwa rośliny). Doszli więc do wniosku, że skoro czosnek wzmacnia niedźwiedzia, to jest w stanie wzmocnić również człowieka. Należy jednak zaznaczyć, że czosnek niedźwiedzi w niczym nie przypomina tradycyjnego czosnku. Nie ma on formy ząbków, lecz liści, które zawierają najwięcej prozdrowotnych właściwości i są jego najczęściej jadaną częścią. Czosnek niedźwiedzi dzięki swoim walorom znalazł szerokie zastosowanie w kuchni. Nadaje się na przetwory (mrożony, kiszony), pesto, jako dodatek do sosów, pieczywa, twarogów… i nie tylko. Zupa z czosnku niedźwiedziego. 

Składniki:
– ok. 600 g liści czosnku  niedźwiedziego z łodyżkami
– 2,5 – 3 litry bulionu (warzywny lub drobiowy)Zupa z czosnku niedźwiedziego
– różowa sól himalajska
– pieprz czarny grubo mielony
– świeżo starta gałka muszkatołowa (do smaku)
– 1 ząbek czosnku
– śmietanka kokosowa (z 1 puszki mleka
  kokosowego)
– olej kokosowy
Opcjonalnie:
– ziemniaki ugotowane (tzw. „z wody”)
– ugotowany ryż jaśminowy
– jajka ugotowane na twardo
 
 
W zależności od tego, czy chcemy zupę w wersji mięsnej, czy wegetariańskiej gotujemy bulion drobiowy lub warzywny. Ja ugotowałam lekki, mięsny na skrzydełkach drobiowych z dodatkiem warzyw (marchew, pietruszka, seler, por, cebula). Liście czosnku niedźwiedziego dokładnie myjemy i osuszamy. Kroimy razem z łodyżkami. W garnku rozgrzewamy 2 – 3 łyżki oleju kokosowego, wrzucamy pokrojony czosnek, oprószamy solą himalajską i podsmażamy (właściwie dusimy) chwilę, aż zmięknie. Połowę przekładamy (jeżeli lubicie zupy krem – dodajcie całość) do garnka z wrzącym bulionem (czystym, bez warzyw) i  miksujemy blenderem (popularną „żyrafą”). Dodajemy śmietankę kokosową (zebraną z 1 puszki mleka kokosowego), ponownie miksujemy. Stawiamy „na gaz”, dodajemy przeciśnięty przez praskę 1 ząbek czosnku, pokrojoną w kostkę marchew z bulionu oraz pozostały czosnek niedźwiedzi (nie miksowany). Doprawiamy solą, czarnym pieprzem oraz świeżo startą gałką muszkatołową – zagotowujemy. Podajemy z jajkiem na twardo i, do wyboru, z ryżem, ziemniakami z wody lub – z czym kto lubi. Do dekoracji użyłam kwiaty czosnku niedźwiedziego, koperek, chilli nitki i igiełki pomidorowe.
 
kolaz2
 
Zupa z czosnku niedźwiedziego jest daniem błyskawicznym i bardzo prostym w wykonaniu. Można ją przygotować w wersji mięsnej (na bulionie drobiowo warzywnym) lub wegetariańskiej (na bulionie warzywnym).  Właśnie dzięki krótkiej obróbce czosnku niedźwiedziego zachowujemy jego walory zdrowotne i smakowe. Nie po raz pierwszy przygotowuję potrawy z tej wysoko cenionej w ostatnich latach rośliny, ale jedno muszę przyznać – w tym roku (nie wiem dlaczego) czosnek niedźwiedzi jest wyjątkowo aromatyczny. Gorąco polecam i… na zdrowie.
 
final
 
 
Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

image_pdfimage_print

Signe Johansen Hygge. Na szczęście

Kultura skandynawska już od lat robi karierę na świecie. Niekwestionowana sławą cieszą się tamtejsi pisarze (głównie kryminałów) a tzw. „styl skandynawski” we wnętrzarstwie to bez wątpienia ciągle jeden z wiodących trendów branży. Niekwestionowanym, choć bez wątpienia kontrowersyjnym ambasadorem skandynawskiego stylu życia jest Ikea, która oplotła świat siecią swoich marketów z białymi meblami a wskutek postępującej „makdonaldyzacji” smak klopsików z żurawiną jest znany we wszystkich zakątkach planety 😉

Signe Johansen jest Norweżką od lat mieszkającą w Wielkiej Brytanii. Być może na skutek nostalgii a może poirytowana faktem, że Skandynawia tak silnie utożsamiana jest na świecie głównie z Ikeą, postanowiła napisać książkę po części kulinarną a po części przewodnik po skandynawskim stylu życia.

Kluczowym, według Johansen, słowem, które pozwala zrozumieć i poznać Skandynawię jest Hygge, które sama autorka przedstawia następująco:

„Czym właściwie jest Hygge?” (..) Jest to duńskie i norweskie słowo, które oznacza poczucie przytulności i bliskości oraz towarzyskość. (…) Hygge polega na byciu z innymi i przyglądaniu się światu. Na czerpaniu z życia prostych przyjemności, na pielęgnowaniu wspólnoty z bliskimi i znajomymi. Hygge elegancko podsumowuje wszystko, co wspaniałe w skandynawskim stylu życia – z tym tylko zastrzeżeniem, że w językach szwedzkim i fińskim takiego wyrazu raczej nie ma”.

Najprościej rzecz ujmując, Hygge to umilanie sobie życia, które ze względu na małe ilości światła słonecznego bywa w Skandynawii trudne. Najwyraźniej zabiegi te są na tyle skuteczne, że pomimo niezbyt sprzyjającego klimatu, mieszkańcy tego regionu są zaliczani do najszczęśliwszych ludzi na świecie. Być może prostota życia, harmonijny wystrój wnętrz, kontakt z naturą i nieskomplikowane jedzenie mają w tym swój udział :)

Książka „Hygge. Na szczęście” jest podzielona na osiem działów tematycznych obejmujących kolejno zagadnienia sposobu spędzania wolnego czasu, filozofii życia, kulinariów (z silnym naciskiem na fikka, czyli słodkie desery) oraz porady dotyczące designu i wystroju wnętrz. Całość jest bardzo przejrzyście zaprezentowana i okraszona wysmakowanymi zdjęciami we właściwym Skandynawom powściągliwym i hołdującym naturalności stylu. Z książki dowiecie się, dlaczego mieszkańcom Północy dekorowanie podłóg dywanami wydaje się barbarzyńskim zwyczajem a fikka jest osłodą całego dnia. W dziale kulinarnym znajdziecie mnóstwo świetnych i prostych przepisów na przekąski, sałatki i dania główne. W rybnych, mięsnych i wegetariańskich odsłonach.

Lojalnie uprzedzamy, że przepisu na klopsiki z żurawiną tam nie znajdziecie 😉

Zapiekane jajka

Zapiekane jajka

image_pdfimage_print

final1

Podobnie jak większość ludzkości, rano, przed wyjściem z domu, w pośpiechu ledwie wyrabiam na zakrętach. Każda minuta jest cenna, więc i przy śniadaniu muszę się streszczać. A tak je lubię :) Za to w soboty, gdy nigdzie się nie spieszę, zawsze przyrządzam mojej rodzinie coś ekstra. Dziś chciałam Wam zaproponować pyszny pomysł na zwykłe jajka.

Nie ukrywam, przygotowanie wymaga nieco zabawy, ale gwarantuję, że efekt po stokroć jest wart każdej poświęconej minuty <3

produkty1

 

Składniki na 4 porcje:

– 4 jajka

– 8 kromek chleba tostowego

– 2 średnie pomidory

– 1 średnia cebula

– sól, pieprz, przyprawy, odrobina mąki i masła

– coś zielonego do dekoracji

kolaz1

Na „dzień dobry” odpalamy piekarnik na 190 stopni i w międzyczasie zabieramy się za resztę. Cebulę oraz pomidory siekamy dość drobno i przesmażamy na patelni aż całość zacznie przypominać dość gęsty sos. Dodajemy sól i pieprz.

Naczynia do zapiekania smarujemy wewnątrz masłem i posypujemy odrobiną mąki. Inaczej połowa naszego śniadania zostanie przyklejona do ścianek i będzie odmaczać się kilka godzin.

kolaż2

Z chleba tostowego odcinamy skórki i kromki wałkujemy na płaskie placki. Wykładamy chlebem nasze naczynka, a skórki kroimy w drobną kosteczkę i wsypujemy na blaszkę, na której za chwilę wyląduje reszta naszych przysmaków. Przy okazji zrobimy sobie chrupiące, beztłuszczowe grzanki – idealne jako dodatek do kremowych zup :)

Do naczynek nakładamy pomidorową pastę. Następnie na wierzch wbijamy po jajku. Wystające kawałki chleba smarujemy miękkim masłem.  Gotowe.

Teraz całość ląduje w piekarniku na ok. 15 minut. Pieczemy do momentu, aż białka się zetną, a wystający chleb ładnie się przyrumieni.

Podawać na gorąco, udekorowane zieleninką.

Smacznego :)

lead1

 

Makaron z łososiem

Makaron z łososiem

image_pdfimage_print

Makaron jest największym przyjacielem każdego pracującego człowieka 😀 Dzięki niemu przygotowanie ciepłego posiłku zajmuje 15 minut a efekt przeważnie jest zadowalający. Z naszą dzisiejszą potrawą jest nie inaczej. Robi się błyskawicznie, dobrze smakuje i wychodzi każdemu. Czego chcieć więcej? :)

Składniki na 3-4 osoby:

– 300 g makaronu linguine

– 100 g wędzonego łososia

– 2 żółtka

– 50 g startego parmezanu

– 150 ml śmietanki niesłodzonej do kawy 12%

– garść świeżego koperku

– 2-3 ząbki czosnku

– płaska łyżeczka czosnku niedźwiedziego

– kilka kropli soku z cytryny

– szczypta soli i pieprzu

No to do roboty!

Najpierw wstawiamy garnek z wodą na gaz i czekając aż się zagotuje bierzemy się za zrobienie sosu. Do głębokiego talerza wlewamy śmietankę, dodajemy żółtka, czosnek niedźwiedzi, ¾ parmezanu, starty czosnek oraz po szczypcie soli i pieprzu do smaku. Nie przesadźcie zwłaszcza z solą bo przecież parmezan też jest słony.

I teraz taka dygresja mała. Nie kombinujcie z wrzucaniem całych jajek. Białka przydadzą się Wam do czegoś innego a jak dodacie je do tego sosu to zepsujecie cały efekt.

Chyba właśnie nam się woda zagotowała, więc czas ją osolić i wrzucić makaron.

No dobra, czas na mieszanie bazy do sosu. Ma być na tyle starannie, że jak podniesiecie do góry widelec to się za nim ma żółtko nie ciągnąć.

Teraz szybciutko kroimy łososia i wrzucamy do sosu. Czekamy tylko na makaron.

Gdy się ugotuje, to odcedzamy go i przekładamy na patelnię. Od razu wlewamy sos, włączamy mały gaz i ciągle mieszając obserwujemy. Gdy sos zacznie gęstnieć bezzwłocznie przekładamy makaron na talerze. Lepiej zdjąć nawet trochę za wcześnie (sos na talerzu i tak zostanie wchłonięty przez kluchy) niż przeoczyć moment ścięcia się żółtek bo wyjdzie nieapetyczna jajecznica.

Porcje makaronu posypujemy koperkiem, odrobiną parmezanu i kropimy dosłownie kilkoma kropelkami soku z cytryny. I już :)

 

Wściekły toperz

Wściekły toperz

image_pdfimage_print

Ech, nie ma to jak czasem wywieźć na kilka dni rodzinę gdzieś poza miasto.

Otóż pewnego długiego czerwcowego weekendu postanowiliśmy udać się do drewnianego domku, gdzieś pod lasem. Naście lat temu to było, ale do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół, a już najbardziej pamiętam, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w środę po południu, to zaczęło lać i lało do soboty, co przy dwójce mniej więcej dwuletnich dzieci i braku domowych czasoumilaczy, ów pobyt mógł wyryć głęboką bliznę w psychice każdego normalnego rodzica.

W pierwszą przerwę pomiędzy jednym intensywnym opadem deszczu a drugim, moje dziatki wypuszczone na wolność, rączo pognały przed siebie. Oczywiście jedno w lewo, a drugie w prawo. Najpierw pobiegłam za tym, co radośnie pocwałowało w stronę wezbranego potoku, po czym zabrałam się za łapanie drugiego, które pognało pomiędzy pozostałe letniskowe domki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to usłyszałam szczebiot dziecięcia mego, które z szerokim uśmiechem wypadło zza sąsiedniej chałupki, zatrzymało się i upewniwszy się, że patrzę, efektownie pociągnęło z butelki solidny łyk zimnego tyskiego. Komu ukradła? Do dziś nie wiem, bo obeszłam okoliczne domki z pytaniem czy komuś przypadkiem nie zginęło piwo.  Nie zdążyłam zapytać w tych dalszych, bo znowu lunęło.  W międzyczasie, drugie dziecię dobrało się do piwa męża mego, na szczęście jeszcze nie zdążył otworzyć :)

W drugiej przerwie pomiędzy opadem gradu i deszczu, dziatki me miłe uprzejme były zaznać zbiorowej kąpieli w oczku wodnym, a na wypadek, jakby tego było mało, jedna z mych córek, korzystając z sekundy naszej nieuwagi, ustawiła się centralnie pod rurą spustową od rynny i radośnie spuściła sobie prysznic.

Szczęściem przeogromnym, mamy takich jednych niezbyt racjonalnie myślących znajomych, którzy to w tych strasznych okolicznościach postanowili nas wspomóc i do nas dołączyć, tak więc po dwóch godzinach mieliśmy już w domku farelkę do suszenia ciuchów, video, dwadzieścia kaset VHS z bajkami i czterolatkę do kompletu. Nastał spokój. A przynajmniej jeśli idzie o dzieci, bowiem mąż mój osobisty tak szczęśliwy, że znajomi przybyli z odsieczą, postanowił nastraszyć dziewczyny.

Czyli koleżankę i mnie :)

W lesie, jakimś cudem ucapił nietoperza i nie zawahał się go użyć. Przyniósł go do domu i strasznie się ucieszył, że krzyczymy :)

Dość na tym, że z wielkim hukiem wyleciał na zewnątrz wraz z przerażoną latającą myszą i niezwykle rad był z udanego dowcipu. I w sumie to by było na tyle, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu mój mąż znalazł na palcu niewielkie zaczerwienienie. Na moje pytanie czy aby nie ugryzł go nietoperz, mój ślubny pobladł straszliwie i drżącym głosem zapytał, czy nietoperki przypadkiem nie roznoszą wścieklizny…

No, rychło w czas ta refleksja, ale nie było na co czekać. W niedzielę wieczorem nie za bardzo było gdzie pytać, Internetu wtedy jeszcze nie mieliśmy, zatem zadzwoniłam do znajomej internistki. Niestety nie wiedziała. Pediatra i ginekolog też nie wiedzieli, więc zadzwoniłam do weterynarza. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Dzień dobry doktorze. Iza Frączyk.

– O, witam, pani Izo, znowu coś się stało kotkowi?

– Nie, doktorze, dziękuję, kot zdrowy. Tym razem dzwonię w sprawie męża- powiedziałam i w skrócie wyłuszczyłam sprawę nietoperzy.

No niestety, nosiciele jak złoto. Mąż mój pobladł jeszcze mocnej i z pamięci zacytował sobie radiowy komunikat z „Lata z Radiem” o serii bolesnych zastrzyków w brzuch. W pięć minut był w drodze do szpitala. Na szczęście zastrzyków jest tylko trzy i to nie w brzuch, tylko w ramię, więc wrócił uradowany. Jak się koniec końców okazało to nie były przelewki. Jako że wścieklizna to choroba zwalczana z urzędu, odpowiednie służby mają prawo doprowadzić pacjenta siłą na kolejny zastrzyk, a mój mąż… sobie zapomniał o ostatniej dawce … :)

Dość na tym, że na koniec trzeba było sporządzić odpowiedni raport do Sanepidu i dokładnie opisać całe zdarzenie.  Dałam z siebie wszystko :) Dobrze, że wtedy jeszcze nie pisałam książek, bo chyba nikt by nie uwierzył w barwną opowieść, jak to mój Bogu ducha winny mąż szedł sobie spokojnie przez las i nagle został napadnięty przez wściekłego toperza krwiopijcę, który podstępnie, zza krzaka, rzucił się na niewinnego turystę.

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

image_pdfimage_print

Gdyby diety odchudzające działały, do tej pory wszyscy bylibyśmy szczupli. A prawda jest taka, że wciągamy setki milionów osób w wojnę, do której nie jesteśmy właściwie przygotowani.

Wydawało się nam, że jako osoby będące z dietami za pan brat, o odchudzaniu wiemy już wszystko. Tymczasem, po lekturze książki „Dlaczego tyjemy od diet” autorstwa Sandry Aamodt, okazało się, że po wielu latach jedynie wiemy, że gdzieś tam dzwonią, ale dokładnie nie wiadomo,  w którym kościele.

Zwykle każdej z diet towarzyszy jakaś ideologia, na której opieramy swój jadłospis. Zasadniczo wszyscy, mniej więcej, wiemy o co chodzi, znamy zasłyszane fakty i mity. Tymczasem po lekturze tej książki już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że to wszystko nie tak.

W kolejnych rozdziałach autorka prowadzi nas po meandrach naszej własnej psychiki, podchodzi do tematu w sposób bardzo merytoryczny, opierając swoje teorie na twardych naukowych dowodach i faktach, argumentując niezbicie, że wszystkiemu winny jest nasz mózg. Odchudzanie to nic innego jak ciągła walka z silniejszym przeciwnikiem i zazwyczaj bez szansy na wygraną. Przykładowo udowadnia, że osoby, które znacznie schudły, w niedługim czasie z powrotem wracają do dawnej wagi i do tego dorzucają jeszcze dodatkowe kilogramy. Dlaczego? Bo nasz mózg „wie lepiej”, bo przegraliśmy kolejne starcie. Bo… No właśnie? Dlaczego?

Odpowiedzi na to, jak również i na wiele innych nurtujących nas pytań, znajdziemy na kartach tej właśnie pozycji. Aamodt obala wiele obiegowych teorii na temat odchudzania, w które niejeden z nas święcie wierzył.  Czytając jej książkę, ciężko tego nie przyznać, bo nagle wszystko staje się jasne.  Wszystko się zgadza i pasuje do naszego przypadku jak ulał. W trakcie tej lektury dowiadujemy się, dlaczego jesteśmy skazani na porażkę i jakie figle płata nam nasze osobiste centrum zarządzania tuszą, czyli nasz mózg.

Ale nie zniechęcajmy się. Sytuacja wcale nie jest beznadziejna, bo nie jest aż tak źle. Jest szansa na wygraną!, ale najpierw musimy dokładnie rozpracować przeciwnika. Tak jak na wojnie, należy obrać właściwą strategię, znaleźć sposób, by na dobre pokonać wroga i już na zawsze cieszyć się zwycięstwem :)

Sandra Aamodt właśnie podpowiada nam jak to zrobić!

Zapraszamy zatem do lektury, z której każdy odchudzający się czytelnik wyciągnie wiele korzyści. Książka, pomimo, że ma zadatki na poważną naukową rozprawę, napisana jest w sposób bardzo przystępny i dobrze się ją czyta.

Niestety, jak dla nas, ma również pewien minus. W tej pozycji dane liczbowe umieszczono bezpośrednio w tekście, co zdecydowanie „zaciemnia” ich odbiór i analizę. Naszym zdaniem dużo lepiej przy takich zestawieniach sprawdzają się tabele, których tutaj, nie wiadomo dlaczego, zabrakło.

Niemniej jednak „Dlaczego tyjemy od diet” to bardzo wartościowa pozycja, która ma szansę stać się rynkowym hitem, a wydane na nią pieniądze będą jedną z Waszych najlepszych inwestycji w samego siebie. Polecamy!

Martyna 10

Martyna 10

image_pdfimage_print

Rozdział 10

W którym dzięki stosownym bodźcom nasza bohaterka zaczyna kojarzyć, kto i dlaczego robi ją w wała

Martyna nie do końca wiedziała, co jej bardziej dokucza: przepełniony pęcherz czy przepełniona głowa. Drugi z wymienionych organów przeszedł już dłuższy czas temu na tryb awaryjny, więc doprawdy ciężko było  się  spodziewać  po  naszej  bohaterce  tak  wnikliwych  ekspertyz,  jakie  niewątpliwie  miały  później miejsce.  Prawdopodobnie  zapłon  szarych  komórek  miał  związek  z  oczyszczeniem  umysłu  z niedogodności  związanych  z pęcherzem, grunt  że Martyna wzięła  się w garść  i przysiadając na brzegu wanny,  zapatrzyła  się  we  własne  odbicie  w  lustrze,  bezwiednie  podejmując  rozgrywkę  szachową  z własnymi  ograniczeniami  i  programem  eksterminacji  planety  zapisanym  w  pamięci  złośliwych komputerów. Najwięcej bólu sprawiło naszej bohaterce sięgnięcie do zmagazynowanych zasobów wiedzy historycznej. Martyna przeżyła  to  jednak  i wysnuła wielce obiecującą teorię oraz wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecująca teoria Martyny

„Najważniejsze, to dorwać Ziomusia, zanim dorwał go Lucek i Magdusia! A tak! Możecie se myśleć, że ja tylko browary otwieram, ale ja głupia nie jestem i wiem, że rudą pilotką, która coś namieszała w kółku winiarzy była Najbardziej Popularna Dziewczyny w Szkole. Tylko jak to  jest  możliwe,  że  wyciągnęła  Ziomusia  z  opresji  w  pierwszym  wieku  naszej  ery,  skoro urodziła się w 1976 roku? Skąd pewność? No więc byłam kiedyś na jej urodzinach, taki fajny tort  miała  i  pamiętam,  że  co  chwilę  zerkałam  na  jej  stopy,  bo  miała  zajebiste  czeszki przywiezione  z  Węgier.  No  dobra,  nieważne!  Magdusia  nie  mogła  wpaść  na  wieczorek degustacji win, ponieważ jej dziadka nawet nie było wtedy w planach. Chyba że…

Martyna pstryknęła palcami  i chwytając zębami  strzępek ulotnej myśli, bezwiednie wyszczerzyła zęby do lustra. Przez chwilę starała się odświeżyć zmurszałe wspomnienia, by po chwil załapać, że nikt i nigdy nie widział Magdusi z żadnym z rodziców. Na zebrania ponoć też nie przychodzili. Widywano ją wyłącznie w towarzystwie Darusia i to też dopiero po piątej klasie, gdy odbiła go brutalnie nieutulonej w żalu  Martynie.  Właściwie  kompletnie  nie  wiadomo,  dlaczego  to  zrobiła,  bo  największy  przyjaciel Martyny  był  cichym  i  nieśmiałym  chłopcem,  kompletnie wyzutym  z  tego,  co  zwykło  się  określać  siłą przebicia.  Jakby  tak  pomyśleć,  to  Daruś  poszedł  za  nią,  bo  chyba  się  jej  bał.  Bywało,  że  podczas dyskoteki  ósmoklasistów  spoglądał  dyskretnie  na Martynę  i  omiatał  ją  smutnym  wzrokiem. Martyna przeważnie  podpierała  wtedy  ściany  stołówki  pełniącej  funkcję  sali  balowej.  Magdusia  natomiast brylowała  na  parkiecie  z  osiłkami  z  ósmej  „c”  i  tylko  co  jakiś  czas w  połowie  piruetu  jej  obrośnięta mrowiem  rudych  włosów  głowa  namierzała  skulonego  w  kąciku  Darusia  i  przyszpilała  go  zielonymi oczami do  krzesła. Martyna, pozornie  zajęta  studiowaniem  zagadkowych wzorów wyłaniających  się  ze złuszczonej farby na stołówkowych ścianach, łypała na byłego przyjaciela spode łba, lecz nie podchodziła do niego. „Białego misia” grali już wcześniej i akurat wtedy nasza romantyczna bohaterka zatrzasnęła się w  szkolnym  kibelku.  Dobra!  Nie  będziemy  się  tu  teraz  rozczulać  nad  rozdartą  o  zwieńczenie  kabiny kieckę.  Czas  sobie  odpowiedzieć  na  najważniejsze  pytanie:  kim,  do  cholery  jest, Magdusia? Martyna podrapała się po łepetynie i ponownie pstryknęła paluchami.

– Aha! – powiedziała triumfalnie, mimochodem odnotowując, że choć nie kąpie się obecnie, to jej tyłek spoczywa na brzegu wanny i zapewne stąd ten triumfalny odgłos.

Skoro  Magdusia  to  lafirynda,  która  dorwała  Ziomusia,  to  znaczy  że  ktoś  ją  podstępnie przysłał do naszej podstawówki na przeszpiegi  i wcale nie miała wtedy dwunastu  lat,  tylko coś ze dwa tysiące, albo więcej nawet! Tylko po cholerę przyleciała do mojej szkoły? No nikt mi nie wmówi,  że  szkoliła się przez dwa  tysiące  lat w Akademii Szefa,  tylko po  to,  żeby mi Darusia odbić!

Martyna  poderwała  się  na  równe  nogi  i  zadrżała  z  emocji,  jak wyżeł  na  inauguracji  sezonu myśliwskiego. Wybiegła  pędem  z  łazienki,  nie  zawracając  sobie  głowy  gaszeniem  światła  (Niech  se matka  Ziomusia  płaci!)  i  pogalopowała  kręconymi  schodami w  stronę kokpitu. W miarę  pokonywania stopni kiełkowała w niej głęboka myśl i formował się wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecujący plan działania

Najwyższy czas przyszpilić Magdusię i potrząsnąć ją za rude kudełki. Nie ma sensu lecieć do szkoły, bo  jeszcze moje młodsze  „ja” zawału dostanie na widok naszych zmarszczek, ale wydaje mi się, że nadszedł czas na degustację cudownych win!

 

Lekko  i  z  wdziękiem  nasza  ursynowska  żmija  zakradła  się  do  kokpitu,  mając  nadzieję  na przyłapanie  komputerów  na  jakiejś  nielegalnej  działalności,  lecz  te,  najwyraźniej  w  pośpiechu mieląc dane,  próbowały  jedynie  odnaleźć  algorytm  nieobliczalnej  jak  dotąd  natury  Martyny.  Spłoszone skrzypnięciem  drzwi,  natychmiast  powróciły  do  stanu  gotowości  i  błyskając  w podnieceniu  diodami, czekały na dyspozycje.

– No  i  co?  –  zapytał  niecierpliwie  Środkowy.  –  Lecisz  gdzieś?  Bo  jeśli mógłbym  zasugerować jakieś rozsądne rozwiązanie…

– Morda w kubeł! – wydarła się Martyna, siadając z przytupem na fotelu.

– No wiesz! – żachnął się Lewy.

– Wiem! I proszę wprowadzić odpowiednie współrzędne – powiedziała oschle Martyna.

– Chciałem powiedzieć,  że koordynaty  lotu  już  zostały wprowadzone do pamięci!  – odmeldował służbiście Lewy.

– Phi! – parsknął lekceważąco Środkowy.

– Co phi? – eksplodował Lewy. – Nie umiesz, to się obrażasz?

– O! Wypraszam sobie! – warknął metalicznie Środkowy. – Kto przeprowadził analizy? Ha! A  ty musisz tylko wysłać Ziemiankę na… – zacukał się komputer i natychmiast wygasił ekran.

Martyna stukała paznokciami w blat i eksploatowała do granic swój własny program analitycznego myślenia. W jej łepetynie rodziło się głębokie podejrzenie, że ponownie pada ofiarą spisku.

– A dokąd chcesz mnie wysłać,  słodziutki?  – zapytała uprzejmie, na wszelki wypadek polewając struny głosowe wiadrem lukru.

– No…  wiadomo!  Chciałaś  lecieć  chyba  na  wieczór  degustacji  win?  –  delikatnie  i  uprzejmie zaszemrał Lewy.

– A  skąd  wiesz?  Ja  nic  takiego  nie  mówiłam!  –  ryknęła  Martyna.  –  Proszę  natychmiast przygotować lot na Jamajkę. Czas przylotu to… – tu nasza historyczka lekko się zawahała.

– Może być drugi rok przed naszą erą? – podrzucił szybciutko Lewy.

– Może być! – powiedziała Martyna, której i tak nic to nie mówiło.

Komputer  zaczął  rzęzić  i  zgrzytać  z  wysiłkiem  i  po  kilku  sekundach  nasza  bohaterka  poczuła znajome rwanie w okolicach tyłka. Ugięła na wszelki wypadek nogi, lecz tym razem było to kompletnie niepotrzebne.  Podświadomie  nabierając  spory  haust  powietrza,  z  pluskiem  wpadła  w  odmęty  jakiejś wody.

Trzepocząc  się  i waląc  odnóżami  na  oślep, Martyna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  płynie  z uporem  na powierzchnię,  czy wręcz  przeciwnie,  skok  jej  tak  łeb  zamulił,  że  z  uporem wiosłuje  do  dna. Ściągając cugle  nieuchronnej  paniki,  postanowiła  poczekać  chwilkę,  ponieważ  pamiętała  z  lekcji  fizyki,  że zasadniczo większość ciał w sposób naturalny porusza się w stronę powierzchni. Jej optymistyczną teorią zachwiało  wspomnienie  zdjęć  z  programu  „997”,  ale  ostatecznie  uznała,  że  dopóki  ma  w  płucach gwarantujące  pewną wyporność  powietrze,  to wszystko  powinno  pójść  dobrze. Prąd  szarpnął  nią  kilka razy,  lecz  po  chwili  czwórka  z  fizyki  zaczęła  ją  wieść  w  stronę  powierzchni.  Martyna  wychwyciła kierunek  i gwałtownie waląc  ramionami, w kilku  ruchach dopłynęła do powietrza. Strząsnęła  z  twarzy mokre  włosy  i  parskając  jak  wieloryb,  postanowiła  przeprowadzić  ostrożną  analizę  głębokości.

Wytrenowana na pełnych pułapek basenach stolicy, posłużyła się taktyką żółwia. Maksymalnie wysunęła do góry brodę i utrzymując pion przy pomocy zrównoważonych ruchów rąk, ostrożnie zapuściła na zwiad palce  lewej  stopy. Ku  jej zażenowaniu noga nie zdążyła  się  rozwinąć do pełnej,  imponującej  jakby nie było długości.

Martyna  stanęła pewnie na piaszczystym dnie  i wynurzyła z wody górną połowę ciała.  Jej  lekko tylko napoczętym morską solą oczom ukazała się złocista plaża zwieńczona kołysanymi ciepłym wiatrem palmami. Jedynym dźwiękiem dochodzącym do  jej uszu był delikatny plusk  fal głaszczących  rozgrzany brzeg.  Nasza  niespełniona  podróżniczka  westchnęła  i  przypomniała  sobie  kurzące  się  w  domowym kibelku katalogi. Wyszła powoli na brzeg  i moszcząc się na suchym piachu zwróciła swą mokrą  i bladą twarz  ku  słońcu.  Zachwianie  stref  czasowych  sprawiło,  że  momentalnie  usnęła.  Jej  skwiercząca  w tropikalnym słońcu skóra była doprawdy błahostką w porównaniu z niewyobrażalnie ciężką wiedzą, jaka miała za chwilę spaść na naszą lekko tylko poparzoną Martynę.

– Mawning! /Dzień dobry!/ – wydarł się nad skwierczącą twarzą naszej poparzonej podróżniczki jakiś zagadkowy głos.

Martyna  z  trudem otworzyła oczy  i pierwszą myślą, która  ją obezwładniła, była niepohamowana żądza natychmiastowego zapalenia fajka. Przez chwilę dziwiła się, że na statku nawet przez moment nie pomyślała  o  papierosach,  ale  uznała,  że  to  pewnie  wina  rozrzedzonego  powietrza,  które  obecnie, wróciwszy do normalnej konsystencji, w naturalny sposób przypomniało naszej palaczce o jej życiowych powinnościach.  Odczuwając  nieznośną  lekkość  płuc, Martyna  usiadła  gwałtownie  i mrugając  oczami, ustabilizowała obraz ciemnej jak bezgwiezdna noc uśmiechniętej przyjaźnie gęby. Jej właściciel kucał na piasku tuż obok i wyraźnie zatroskany coś sobie cmokał pod nosem. Po chwili sięgnął ręką pod skleconą z  liści  palmy  spódniczkę  i wyraźnie  czegoś  tam  szukał. Uśmiechnął  się  zadowolony  i wyszczerzył  do Martyny zęby.

– Nie dziękuję! To znaczy ja mężatką jestem! – zełgała nasza spanikowana obecnie bohaterka.

– Tek! /Weź!/  –  powiedział  łagodnym  głosem  facet  i  zademonstrował  na  dłoni  maleńkie  niebieskie pudełeczko.

Martyna  zerknęła  nieufnie  na  pudełko,  czerwieniąc  się  jednocześnie  pod  czerwoną  opalenizną. Przez jej serce przemknął irracjonalny, lecz typowo babski cień zawodu odrzucenia.

– A co to takiego? – powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaznego tubylca.

Mężczyzna otworzył przesadnie wolnym gestem pudełko i myśląc zapewne, że ma do czynienia z przypadkiem wybitnie ograniczonej obcej inteligencji, umoczył palec w zawartości pudełka i wsmarował sobie w  nos  i  policzki. Martyna  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i wyciągnęła  rękę,  na  której  obcy  umieścił ostrożnie pudełko. Nasza podróżniczka przez chwilę wpatrywała się w jego niedbale zasunięte wieczko i z roztargnieniem przeczytała na głos:

– Nivea. Krem natłuszczający.

Zęby  faceta  kontrastując  ze  śniadą  skórą  błysnęły  w  promiennym  uśmiechu.  Potakująco  skinął głową, po czym przekrzywił ją na bok i zawijając na palce dorodnego dreda, czekał na reakcję Martyny.

Nasza  podróżniczka  w  czasie  zanurzyła  palec  w  kremie,  po  czym  nasmarowała  nos  i  policzki.

Westchnęła z ulgą i skoncentrowała się na podstawowej potrzebie zapalenia fajka. Spojrzała uważnie na tubylca i przyłożyła dwa palce do ust.

– Masz fajka? – zapytała z nadzieją, niepomna faktu, że jej rozmówca zapewne nie kuma ani słowa po polsku.

Jej rozmówca faktycznie nie znał polskiego, ale sugestywny gest nałogowego palacza dał mu wiele do myślenia. Ponownie sięgnął pod palmową spódniczkę i chwilę pod nią grzebał, po czym wydobył mały woreczek i zwitek suchych liści. Oczy naszej palaczki rozbłysnęły nietłumionym pożądaniem, a jej jęzor  zagarniał do wnętrza paszczy nadmiar wydzielanej śliny. Tubylec zerknął z troską w rozszerzone źrenice naszej bladej Europejki, po czym wskazał na łagodnie szumiące palmy. Martyna, dogłębnie skupiona na liściach i woreczku, nie zareagowała na zachętę, więc facet westchnął głęboko, sprawnie zwinął skręta, po czym podpalił go i umieścił na wysokości jej oczu. Nasza podróżniczka wpiła w fajka otępiałe spojrzenie i wyciągnęła drapieżnie łapska w jego stronę.

– Cum /Chodź/ – powiedział łagodnie obcy.

Martyna  uniosła  się  powoli  i  podążając  za  dymem,  dotarła  do  oferowanego  przez  palmy  cienia. Tubylec uśmiechnął się  łagodnie  i usiadł na piasku. Nasza zahipnotyzowana palaczka uczyniła  to samo, nawet na moment nie odrywając oczu od tlącego się skręta, który właśnie pojawił się w jej drżącej dłoni. Zaciągnęła się łapczywie, po czym nie chcąc wyjść na pazerną Europejkę, oddała fajka. Koleś zaciągnął się  głęboko  z wyraźną wprawą  i  umościł  się wygodnie  na  piasku,  podkładając  lewe  ramię  pod  głowę. Martyna  poszła  za  jego  przykładem.  Po  chwili w  palcach  je  prawej  dłoni wylądował,  delikatnie  tylko ośliniony  skręt,  którym  natychmiast  się  zaciągnęła.  Fajek  krążył  przez  kilka  minut  między  nimi,  by wreszcie  bezpowrotnie  się wypalić. Martyna westchnęła  z  żalem  i  zapatrzyła  się w  nieskażone  nawet najmniejszą chmurką niebo.

Jej nowy znajomy wiercił się przez chwilę niespokojnie, by po chwili usiąść i zanurzyć ponownie rękę  pod  palmową  spódniczkę.  Nasza  lekko  poparzona  Europejka  miała  nadzieję,  że  sięga  on  po woreczek i liście, ale tym razem z czeluści sekretnych schowków wyłoniła się buteleczka. Typek wyrwał z niej korek zębami i z zachęcającym uśmiechem podał ją Martynie, która nieufnie zaczęła gestykulować, starając  się  ustalić  zawartość  flaszki.  Tubylec  wskazał  palcem  na  zielone  korony  palm,  więc  nasza spragniona  podróżniczka,  uznając  że ma  do  czynienia  z  niewinnym  soczkiem,  pociągnęła  łapczywie  z flaszki, po czym zakrztusiła się  i sczerwieniała, podczas gdy koleś zaczął  rżeć  i klepać się z  radości po kolanach. Nasza  bohaterka  zacisnęła  zęby  i  starała  się  przejść  do  porządku  dziennego  nad  doznanym upokorzeniem,  lecz  pewne  instynkty  wygrały,  więc  poderwała  się  na  równe nogi  i  uniosła  do  góry flaszkę.

– Chcesz zobaczyć, jak piją dziewczyny z Ursynowa? – zapytała retorycznie. – No to patrz!

Martyna  niefrasobliwym  ruchem  uniosła  do  ust  flaszkę  i  na  jednym  wdechu  wypiła  całą  jej zawartość, po czym beknęła od niechcenia i ocierając usta dłonią, usiadła dostojnie na piasku, czekając na oklaski.

Nie  doczekała  się.  Zamiast  tego  w  jej  dłoń  zaplątał  się  podpalony  zapobiegliwie  skręt  uznania. Nasza Martyna dossała się do niego w sposób, którego przy najszczerszych nawet chęciach nie dało się nazwać powściągliwym. Piasek był ciepły i miękki, śmiech tubylca serdeczny, a słońce właśnie chowało się za odległe wzgórza.

Chwila, w której Martyna zorientowała się, że  jej dłoń zaplata kołtuny na grzywce, stanowiła dla niej sygnał alarmowy.

– Nawaliłam się! –powiedziała szczerze i otwarcie.

Znajomy leżał spokojnie i coś sobie nucił pod nosem. Martyna uniosła się na łokciu i węszyła sens słów, lecz nie znajdując go, położyła się z powrotem na piasku.

– Mówiłeś coś? – zapytała od niechcenia.

– Nuttin /Nic/.

– Aha! – odpowiedziała Martyna, po czym dodała. – Co o mnie myślisz?

– Putto-putto ooman /Mięciutka kobieta/ – odparł uprzejmie facet.

– Bujaj się! – odparła Martyna i zamknęła oczy.

Morze niosło przyjemny  szmer gasnącego dnia. Palmy ucichły w wieczornym mroku, a na naszą dziwną  parę  opadł  mglisty  parawan  poprzedniego  dnia.  Nasza  lekko  niedysponowana  bohaterka westchnęła  i przeciągnęła się  leniwie. Właśnie uznała, że znalazła swoje miejsce na ziemi  i postanowiła całkowicie wykorzystać czas darmowych wakacji.

– Wiesz?  –  zapytała  retorycznie  ziomala.  –  Fajnie  tu,  ale  właściwie  to  ja  nie  znalazłam  się  tu przypadkiem.

– Tak?  –  odparł  facet  w  pełni  zrozumiałym  dla  pozostających  w  innym  wymiarze wyrzutków języku. – A co cię tu sprowadza?

– Misję mam! – odparła Martyna, nawet się nie dziwiąc, że jej rozmówca gada po ludzku.

– Jaką misję masz, ooman? – zapytał leniwie Jamajczyk.

– No… muszę  uratować  Ziemię,  zbawić  ją,  a  do  tego  jeszcze  uchronić  Układ  Słoneczny  przed zagładą – wygłosiła melodramatycznie Martyna.

– No to przesrane masz, sista! – odrzekł spokojnie typek, po czym odwrócił się na bok i zachrapał donośnie.

– No faktycznie! Mam przesrane! – powiedziała sama do siebie nasza podróżniczka. – I moszcząc się  wygodnie  na  rycerskim  ramieniu  kumpla,  odcięła  się  od  wszystkich  zewnętrznych bodźców,  co zaowocowało niespotykaną eksplozją kosmicznego intelektu.

Niespotykana eksplozja kosmicznego intelektu

Co ja tu, kurwa robię? Krem Nivea? I niby ziomki Światowida ucierały składniki, pakowały w niebieskie aluminiowe pudełeczka  i  słały  żubrem na Jamajkę? Kuźwa, niech  ja dorwę  te zakłamane  komputery.  Leżę  bez  ruchu  i  tracę  czas. Audiotele  już  pewnie  się  zaczęło,  a  ja zmarnowałam jedną z trzech ostatnich godzin istnienia Ziemi. Miałam lecieć na degustację win, ale  te męty cyfrowe namieszały mi we  łbie… Kurde,  jakby  tak pomyśleć,  to była normalnie prowokacja! Pozbyli się mnie, żebym padła tu na tej cudownej plaży i przespała eksplozję. A w dupie z nimi! Ostatni raz się dałam zrobić w wała!

 

Martyna poderwała się na równe nogi i zerknęła z czułością na kumpla od fajki. Westchnęła ciężko i  walcząc  z  własnymi  wyrzutami  sumienia,  wyłuskała  z  jego  rozwartej  ufnie  dłoni  mały  woreczek. Wciskając  poczucie  winy  za  wyświechtany  frazes  o  wyższej  konieczności,  upchnęła  łup  w  kieszeni bojówek i ryknęła władczo:

– Zabierzcie mnie stąd!

Tym razem olała ugięcie nóg, co nie zmieniło faktu, że minione doświadczenia i tak zmiękczyły jej ciało  i  mózg.  Wylądowała  bez  większego  szwanku  w  kokpicie  i  omiotła  siarczystym  spojrzeniem znienawidzone maszyny, które błyskając niewinnie diodami, wyraźnie udawały niezgłębioną radość z okazji  jej  przybycia. Martyna  zerknęła  nerwowo  na  ścienny  zegar,  który  dobijał  właśnie  do  godziny 22.15, po czym ryknęła:

– Chamy,  wy!  Co  wy  se  myślicie,  że  ja  głupia  jestem?  Takie  prowokacje  to  se  możecie  w przedszkolu urządzać, a nie tu!

– Ale o co chodzi? – zapytał uprzejmie Lewy.

– O co chodzi?! Już pomijam, że chciałam  lecieć gdzie  indziej, a wy mi  tu we  łbie mieszacie, ale wysłałeś  mnie  złośliwie  w  lata  osiemdziesiąte  poprzedniego  wieku,  ściemniaczu  jeden!  –  warknęła Martyna.

– Nnnno co ty? – zająknął się Lewy.

– Weź ty już lepiej nic nie mów, debilu – parsknęła nienawistnie nasza bohaterka. – Krem Nivea! Mówi to coś twojej zakutej aluminiowej łepetynie?

Komputer zamilkł  i nawet wyciszył z zakłopotania wiatraczek. Martyna wpatrywała się z zadumą w komputery, by po chwili uśmiechnąć się triumfalnie.

– Mam  jeszcze prawie dwie godziny, prawda? – zapytała  słodziutko. –  I  tego  się właśnie boicie! Ha! Nie ze mną te numery! Ustawiaj koordynaty lotu na wieczorek degustacji win Ziomusia, i  lepiej nic nie kombinuj! – dodała groźnie.– A ja zaraz tu wrócę!

Martyna wybiegła z kokpitu i dopadła do wybebeszonych uprzednio szaf na pierwszym poziomie.

Przez  chwilę wpatrywała  się w  ich  zawartość,  coś  tam  sobie mamrocząc  ze  złością  pod  nosem,  by  po chwili szarpnąć energicznie nieco przybrudzony kremowy chałat i odwróciwszy się gwałtownie ponownie pobiec do kokpitu. Zanim  otworzyła drzwi,  jej gibkie  ciało opasywał  zwój  sfatygowanego materiału, a twarz ginęła w mroku niekształtnego kaptura.

– No to do dzieła! – zadysponowała z wyższością.

Komputer westchnął z rezygnacją, po czym niechętnie wypełnił polecenie. Martyna zdołała jeszcze pochwycić myśl,  że Środkowy milczy  co  najmniej  od  początku  rozdziału,  a  to  z  pewnością  nie wróży niczego dobrego, po czym jej przemyślenia ucięło znajome rwanie w okolicach pośladków.

Klopsy z tofu i kapusty

Klopsy z tofu i kapusty

image_pdfimage_print

final

Nie myślcie sobie, że mnie na amen zniosło w stronę wegetariańskich piekieł, bo to wcale nie tak :)  Po pierwsze, nie jest  to wcale żadna otchłań piekielna, a po drugie, wcale mnie nigdzie nie zniosło. Po prostu ostatnio jakoś mi z mięsem nie po drodze i  w zamian szukam ciekawych alternatyw. A wbrew pozorom jest ich całkiem sporo, choć większość z mięsożerców dostaje wysypki na sam dźwięk słów: soja, kasza, tofu itp.

A to wcale nie takie straszne :)

Żeby Wam udowodnić, że takie tofu, czyli sojowy ser to wcale nie jest coś, przed czym trzeba uciekać z krzykiem, ostatnio przyrządziłam z niego klopsy. Powiem krótko. Poezja. A tam! Mało tego, że poezja, to moja mięsożerna rodzina, po pierwszej, jeszcze niezbyt dopracowanej odsłonie, zaczęła dopominać się następnej dostawy :)

Przemyślałam zatem swoje błędy i wypaczenia z pierwszego podejścia, wyciągnęłam wnioski, zmieniłam proporcje, no i mam dla Was klopsy z kapusty i tofu. Tadam!  Do tego gwarantuję, że nikt się nie połapie, iż nie ma w nich mięsa, a smakują naprawdę świetnie 😀

produkty

Składniki:

– ok. 180 g naturalnego tofu

– ok. 300 g białej kapusty  przyprawy

– 1 jajko

– 1 średnia cebula

– torebka kaszy bulgur

– 3-4 łyżki mieszanki sosu sojowego i teriyaki

– sól, pieprz, papryka ostra, papryka wędzona

– kilka łyżek bułki tartej – w zależności od potrzeby

– coś dla koloru np. kawałek gotowanej marchewki, do starcia na grubych oczkach

kolaz1

Kaszę bulgur gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Sugeruję zacząć właśnie od kaszy, bowiem jej gotowanie zabiera najwięcej czasu.

Następnie tofu odcedzić z płynu i bardzo dokładnie rozdrobnić widelcem. Do tofu stopniowo dodać mieszankę sosów i mieszać dopóki masa wchłania płyn. Odstawić na chwilę.

Cebulę posiekać i zeszklić na maśle klarowanym/oleju, następnie na patelnię dorzucić bardzo drobno poszatkowaną kapustę i wszystko wymieszać, a następnie przesmażyć na dużym ogniu, z dodatkiem chlustu sosu sojowego – do czasu, aż kapusta porządnie zmięknie.

Teraz do akcji wkracza duża micha. Lubię używać nieco za dużych naczyń, bo przy mieszaniu w dużych miskach mam mniej sprzątania, a z większych niż trzeba garnków – mniej wykipi.

No dobra. Teraz wszystko do miski, czyli odcedzona kasza, kapucha z cebulą i tofu oraz reszta czyli jajko, przyprawy sypkie i bułka tarta. Ilość tej ostatniej musimy kontrolować, żeby klopsy nie wyszły nam ani zbyt mokre, ani zbyt suche. Mieszamy do momentu aż będą się dobrze lepić.  No i cała filozofia :)

Teraz już tylko formujemy zwarte kulki średniej wielkości i układamy na rozgrzanej patelni z odrobiną tłuszczu. Ja mam taką z pokrywką, ponieważ lubię na koniec dodać trochę wody i całość lekko poddusić, ale nie jest to konieczne, bo równie dobrze wystarczy dokładnie, z dwóch stron, obsmażyć nasze kulki.  Przewracamy delikatnie, żeby się nie rozpadły. Smacznego!

Słuchajcie, pycha jest! Również na zimno. Serio :)

final

Mazurkowe babeczki

Mazurkowe babeczki

image_pdfimage_print

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak Wielkanoc to mazurki. To oczywiste. Ale co zrobić, żeby również i z tej okazji zrobić dzieciakom frajdę jak przy dekorowaniu pierników na Boże Narodzenie? Prosta sprawa 😊 Wystarczy zrobić babeczki z ciasta mazurkowego i pozwolić sobie (lub dzieciom) na pokaz kreatywności. Dobrze produkcję babeczek połączyć z pieczeniem normalnych mazurków, ponieważ do dekoracji samych babeczek zużyjecie tylko odrobinę kajmaku a jego nie da się mało zrobić 😊 No chyba, że kupicie sobie gotowe polewy, to wtedy problem z nadmiarem produktów zwyczajnie odpada.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Składniki na ciasto:

– 250 g mąki

– 120 g masła

– 100 g cukru (najlepiej pudru)

– 2 czubate łyżki gęstej kwaśnej śmietany

– 2 małe żółtka lub jedno duże

– 2 łyżki powideł śliwkowych

Na kajmak:

– puszka mleka skondensowanego

Na polewę czekoladową:

– 100 ml śmietanki homogenizowanej 12%

– pół tabliczki czekolady deserowej

– łyżka masła

– 18 g cukru

Do dekoracji:

– ulubione bakalie

– suszone morele

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Masło siekamy z mąką. Dodajemy pozostałe składniki (bez powideł 😊) i szybko zagniatamy ciasto. Kruche nie lubi długiego molestowania 😃 Formujemy kulę, zawijamy w folię i wkładamy na godzinę do lodówki.

W tym czasie szykujemy formę do muffinów. Smarujemy tłuszczem każde zagłębienie i dopasowujemy szklankę o dnie nieco mniejszej średnicy. Ciasto dzielimy na 12 kawałków, z każdego formujemy mały placek, które wkładamy do zagłębień. Teraz natłuszczamy podstawę szklanki i lekko przyciskamy każdy z placuszków tak by dookoła uformował się niewielki brzeg.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Wkładamy nasze babeczki na 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy je na chwilę i smarujemy powidłami śliwkowymi. Wkładamy do piekarnika na kolejne 10 minut. Po tym czasie babeczki powinny już być ładnie przyrumienione.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Polewa czekoladowa z podanego wyżej przepisu jest prosta do zrobienia i zawsze wychodzi. Jedyne co trzeba zrobić to wymieszać wszystkie składniki w rondelku i cały czas mieszając podgrzewać na malutkim ogniu przez około 10 minut. Zostawić do przestygnięcia.

Kajmak to z kolei sprawa banalna, ale czasochłonna. Jedynym składnikiem jest puszka mleka skondensowanego, które (bez otwierania) gotujemy w dużej ilości wody pod przykryciem przez 3 godziny. Puszka musi być cały czas całkowicie zakryta wodą.

Babeczki wystygły, kajmak i polewa gotowe, więc czas na to, co najprzyjemniejsze, czyli dekorowanie :)

Smacznego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sznycle rybne

Sznycle rybne

image_pdfimage_print

Ostatnio często przyrządzam rozmaite wariacje na temat wszystkiego co mielone, zatem przyszła kolej również na rybę. Od czasów dzieciństwa darzę niezmiennym sentymentem mrożone kostki z mintaja. Mama smażyła je na patelni i później całość lądowała na talerzu. Kostka zawsze była równiutko zrumieniona i nigdy się nie rozpadła, co mnie, niestety nie udało się nigdy :) Któregoś razu, kiedy to po raz kolejny kostka rozleciała mi się na kawałki, mąż zasugerował mi, by rybę po prostu zmielić. Wrzuciłam więc następnym razem rozmrożone kostki do blendera i przy okazji wyszło mi coś całkiem smacznego.

Zatem do dzieła!

produkty

Składniki:

– 8 kostek mrożonego mintaja

– 1 jajko

– 2 łyżki smażonej cebulki lub jedna posiekana i usmażona cebula

– sól, pieprz, papryka słodka

–  bułka tarta 2-3 łyżki bezpośrednio do masy + pewna ilość do panierowania

– masło klarowane lub inny tłuszcz do smażenia

kolaz1

Rozmrożoną rybę zmielić w blenderze. Dodać pozostałe składniki. Wymieszać. Surowa masa powinna być lekko za słona. Można dorzucić drobno posiekany seler naciowy lub trochę startej marchewki. Uformować zwarte kulki i obtoczyć w bułce tartej. Rozpłaszczyć, wyrównać brzegi i przełożyć na gorący tłuszcz. Smażyć z obu stron na ciemnozłoty kolor. Smacznego :)

finał1