pisze_sie_kopia-crop
Grzybobranie

Grzybobranie

Szukanie grzybów to nasz sport narodowy. Gdy tylko te niepozorne formy „wysypią” się lesie to natychmiast wysypują się również rodacy. Z samochodów rzecz jasna. Zaopatrzeni w koszyki i nożyki, odziani w stare szaro-bure kurtki przeciwdeszczowe i obowiązkowe kaloszki ruszają między sosny na wyścigi z innymi.

I w chwili, w której przekroczą próg lasu natychmiast zmieniają się w pierwotnych myśliwych. Co ja mówię! Zmieniają się w bezwzględne bestie napędzane prymitywnymi instynktami. Jaskiniowcy na polowaniu 😀

Jak świat światem, żeby łowy się udały, myśliwy musi spełnić szereg warunków, bez których polowanie zwyczajnie się nie liczy. Dlatego rzeczą niezmiernie istotną jest wstępne oznaczenie terenu, na którym dany osobnik zamierza żerować. Doskonale sprawdza się sikanie pod krzaki i zostawianie (muchom na uciechę) wielkich, zwieńczonych zużytymi chusteczkami kup, przez bywalców lasów nazywanych papierzakami.

Teren wstępnie oznakowany?

No to można ruszać dalej. Warto zabrać ze sobą wsparcie. Przydaje się na przykład żona Halinka, która będzie odpowiadała za prowiant, ale równie dobrze może to być czteropak piwa w promocji za dyszkę. Zużytymi puszkami można pomysłowo oznaczyć sobie drogę powrotną rzucając je w stosownych odstępach na ziemię. Nie to, żeby dzielny Janusz, tropiciel grzybów kiedykolwiek się zgubił, bo przecież jest najprawdziwszym samcem alfa, ale „strzeżonego Harnaś strzeże, co nie Halyna, he he he?”.

Halinka tylko wzdycha i wyciąga z kieszeni kanapkę z salcesonem. Janusz połyka ją w dwóch kęsach i dla pewności rzuca zwiniętą w kulkę folię na ziemię. Ostrożności nigdy za wiele.

– O słodki Jezu, wlazłam w pajęczynę – zawodzi Halinka.

– Co ja się mam z tom babom… – wzdycha Janusz alfa i nonszalancko podchodzi do najbliższej sosny. Łapie oburącz najbliższą gałązkę i zapierając się o pień nogą oddziera ją od drzewa wraz ze sporym płatem kory. – Masz! – sapie zadowolony wręczając zdobycz Halince – Będziesz przed sobą machała, to w pajęczynę więcej nie wleziesz.

Halinka urzeczona rycerskim zachowaniem Janusza wręcza mu kolejną kanapkę i już po chwili kolejna foliowa kulka, niczym okruszek z bajki, leży bezpiecznie na mchu. Pokrzepiony i nawodniony samiec alfa postanawia ponownie zaznaczyć, że teren należy do niego. Wybiera w tym celu piaszczystą ścieżkę i wysikuje na niej wielką literę J. Nie ma już cienia wątpliwości, że las należy do Janusza alfy 😀

– Janusz, aleś ty męski! – zachwyca się Halina z błyskiem w oku.

Jaskiniowcowi w lesie więcej nic mówić nie trzeba. Dopada do połowicy, ale ta się nie opiera, więc zwinnie pomija etap ciągnięcia jej do jaskini (zresztą, widział kto na nizinach jakieś jaskinie?) i młóci babę aż miło za paprociami. Potem ciskają w jagodziny zużytego gumiaka (i nie, nie chodzi tu o kalosz) a Janusz w przypływie romantyzmu wycina na pniu dwustuletniego dębu serduszko z uroczym H + J.

Czy istnieje coś co mogłoby popsuć tę miłą wyprawę do lasu? Jest parę takich rzeczy i zaraz do nich wrócimy, ale na razie skupmy się na tym co najważniejsze, co sprowadziło tych dwoje pierwotnych tropicieli na łono natury. Czyli oczywiście na grzybach 😀

– Janusz, zobacz, to chyba prawdziwek?

– Eee, Halyna, szatan jakiś to jest – odpowiada lekceważąco samiec alfa.

– No jak szatan, zobacz jaki ładny! – upiera się kobieta.

– To poliż, zobacz czy nie gorzki!

– No to ja zgłupiałam, żeby trujące grzyby lizać?

– No to trujący, czy nie? – rechocze Janusz.

– A już sama nie wiem. W głowie żeś mi namieszał!

Halinka kopie grzybka i obrażona idzie dalej. Z tego wszystkiego zapomniała o swojej gałązce do zmiatania z drzew pajęczyn, więc Janusz odrywa kolejną. Trochę naszej alfie entuzjazm opadł, bo piwko dawno się skończyło a na dokładkę coś tych grzybów jakoś znaleźć nie może. W końcu trafia i zadowolony z siebie kuca przy znalezisku z bojowo nastawionym na sztorc nożykiem.

– Nie tnij tylko wykręć. Tak pisali we „Fakcie”, że tak się grzybni nie psuje – poopowiada Halina.

– A co tam mi będziesz farmazony z gazet opowiadać. To nie wiesz, że tam kłamiom? Dziadek mówił, żeby uciąć, to ucinam i już!

Grzybek z połową trzonu trafia do koszyka a kucający Janusz znienacka zamiera w bezruchu.

– Cicho bądź Halyna, bo idzie ktoś! – szepcze.

– No to co, że idzie?

– Kurła, jak się dowie, że tu grzyby som, to nam wyzbiera. Robimy tak! Rozdzielamy się, to wtedy zbierzemy co nasze, a jak coś więcej trafisz to krzycz głośno, że tam nic nie ma, to ja będę wiedział, że coś znalazłaś a ten obcy co tu węszy się zniechęci i pójdzie se w cholerę z naszego lasku!

Chcąc nie chcąc, Halinka drepcze samotnie przez las, co jakiś czas nawołując Janusza.

– Hop hop! Janusz! Nic tu nie ma!

Gdy Janusz nie odpowiada, biedna kobieta zaczyna się martwić, że się zgubiła.

– Jaaaaanuuuusz! Jaaaaaanuuuuuusz! Tu nic nie ma! Znaczy to nie sygnał, tylko naprawdę nic tu nie ma! Jaaaaaaanuuuuuuusz!

Tymczasem Janusz nawołuje Halinkę i tak sobie pohukując oddalają się od siebie coraz bardziej. Oczywiście żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, żeby zadzwonić do drugiego. Podstawowe prawo lasu mówi bowiem, że telefon, którego w mieście nie należy nawet na chwilę wypuszczać z ręki, w lesie jest oznaką ciężkiego frajerstwa i nieznajomości rzeczy. Poza tym chyba jasne, że Janusz nie gubi drogi nigdy!

Trzy godziny później nasza para w końcu spotyka się szczęśliwym trafem przy własnym samochodzie.

– No widzisz, jak ładnie trafiliśmy? – rechocze zadowolony z siebie samiec alfa, kompletnie nieświadom faktu, że obydwoje oblecieli cztery razy las dookoła.

– Wracamy do domu Janusz! – rzuca stanowczo Halinka i wsiada do samochodu.

Dwa puste kosze lądują na tylnym siedzeniu.

– Trochę szkoda, że grzybów nie mamy… – mówi kobieta.

– Bo nie było! Byłaś i widziałaś, że nic tam nie było. Taki las do dupy. Śmieci same to i grzybów nie ma!

– Ludzie to są jednak świnie, wiesz Janusz?

– Wiem Halynko. No a grzybów przy szosie sobie kupimy, nic się nie martw.

Wkrótce zatrzymują się na poboczu a Janusz rozpoczyna twarde negocjacje z wiejską babinką. Niezadowolony wraca do samochodu.

– Ale Janusz – jęczy Halinka – A grzyby?

– Kurła! Na głowy upadli z takom cenom! Sobota dzisiaj to se kupisz pieczarek w Lydlu!

Świat według Ciumka cz. 5

Świat według Ciumka cz. 5

Podobno tym razem przegiąłem na poważnie.

Ale się nasłuchałem! Przy okazji nauczyłem się nowych słów, ale sądząc po reakcji i minie mojej pani, chyba nie nadają się do umieszczenia w felietonie.

A było to tak…

Spokojnie sobie kimałem na tylnym siedzeniu w samochodzie, zakopany pod swetrem, jak poczułem, że coś się dziwnie kołysze. Było nawet przyjemnie, dopóki nie ryknęła muzyka.

Ale się wystraszyłem!

No więc, ziewnąłem i polazłem do przodu, żeby się przywitać. Moja pani prawie dostała zawału, po czym, tocząc pianę, zadzwoniła do pana, żeby mu powiedzieć, że durny Ciumek jedzie razem z nią, i że musi zawrócić z trasy!

W sumie trochę szkoda, że nie obudziłem się w Łodzi. Wtedy dopiero byłoby fajnie. Jeszcze nigdy nie nocowałem w hotelu. Nie byłem też w radio ani w telewizji, a tu zmarnowała się taka okazja, żeby zyskać rozgłos w mediach i na dobre zakotwiczyć w świecie celebrytów. Trudno, następnym razem zadekuję się lepiej.  Nie ma lekko.

Co ja poradzę, że od małego mam parcie na szkło? Najwyższa pora wyjść wreszcie poza Internet, tymczasem pozostaje mi facebook, blog i apka na telefonie.

Czasem, jak jestem bardzo grzeczny, moja pani daje mi swojego smartfona, żebym mógł pograć sobie w MYSZ. Polega to na tym, że mysz piszczy, biega za serem i trzeba ją złapać. Niestety to nie takie proste, bo ona biega gdzieś pod spodem. Jeszcze nie rozkminiłem, jak się tam dostać, ale za to prawie się nauczyłem odpalać tę mysz. Wiem, że trzeba nacisnąć łapką na „game”, niestety potem są reklamy i tego już nie ogarniam. Poza tym lubię też jak rozlega się dzwonek telefonu. Biegnę wtedy odebrać, ale pani mi nie pozwala, twierdząc że najpierw trzeba przeczytać, kto dzwoni. A ja umiem przeczytać tylko „mouse” i „game”.

Na wypadek jakbyście jeszcze nie wiedzieli, na otarcie łez, pani założyła mi konto na Instagramie. Mam tam całe mnóstwo kumpli z całego świata. Już całkiem fajnie się tam połapałem, a moje wpisy mają więcej serduszek, niż wpisy mojej pani :)

Ktoś powiedział, że jestem medialny, ale ja bym poszedł dalej i rzekłbym, że jestem oczko wyżej.

KOT MULTIMEDIALNY brzmi zdecydowanie lepiej.

Od pierwszych dni, nieustannie, fascynuje mnie laptop. A szczególnie to miejsce, z którego leci ciepłe powietrze. Lubię tam zalegać i przy okazji gapić się w ekran z nadzieją, że moja pani się ulituje i puści mi jakiś filmik o kotach na YouTube. Lubię je oglądać, szczególnie te, gdzie miauczą, choć wietrzę tu jakąś ściemę. Niby są, a ilekroć zaglądam na tył, żadnego kota tam nie ma. Przecież to niemożliwe, żeby kot był taki płaski!

Dobrze, że na co dzień przynajmniej mam Szajbę, którą można potarmosić, choć ostatnio na mnie warczy jak stara ciotka i nic tylko prosi naszego pana o żarcie, a upasła się tak, że jak siedzi to jej brzuch leży przed nią na podłodze.  Wprawdzie twierdzi, że to przez hormony i że ja też kiedyś przytyję, ale jak na razie jestem raczej z tych dłuższych i w dodatku raczej „fit”, a ostatnio wszyscy komplementują mój wyjątkowo puszysty ogon.

Zatem sami przyznacie, że potencjał jest, a ja regularnie, choć powoli, zyskuję na popularności. Dostaję nawet prezenty. Niedawno dostałem pluszaka, który bardzo chciał mnie poznać. Początkowo się zdenerwowałem, że to jakiś mój wypchany kuzyn, ale na szczęście się okazało, że jednak nie i nawet można gościa czasem bezkarnie pomemlać.

Tak więc widzicie, że w moim życiu wiele się dzieje.  Przedwczoraj zrzuciłem na podłogę storczyka, wczoraj rozwaliłem w iment składkę jajek, a dziś pani mnie obsztorcowała, że za późno przyszedłem ją obudzić. Ale ja wcale nie chciałem jej budzić! Ja chciałem tylko pokimać pod kołdrą. Jakieś totalne nieporozumienie…

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 4

Świat według Ciumka 4

Jak zapewne połowa naszego świata, nieustannie zadaję sobie pytanie, jak to jest? Jeden robi karierę, a inny, wcale nie gorszy, nieustannie tupta w miejscu. Już wiele misek mleka wypiłem, myśląc na ten temat i chyba już czaję, o co kaman.

Przede wszystkim należy dobrze wystartować.  Dobry start to podstawa.

Czyli najważniejsze jest imię.

I choć początkowo byłem troszkę zły, że dostałem takie głupie, teraz muszę odszczekać, a raczej odmiauczeć, bowiem moje imię niesie ze sobą spory medialny potencjał.

Jakbym tak zasilił liczne szeregi Mruczków i innych Burasków, to nic by z tego nie było, a tak przynajmniej już na wejściu pojawiła się jakaś szansa.

Kurczę, no! Dobrze trafiłem!

Mimo, że nie pochodzę z kociej arystokracji, nie mam stosownych genealogicznych korzeni, tudzież opieczętowanych na czerwono papierów, to imię mam mega, zasadniczo jestem grzeczny i od startu wszyscy mnie lubią! :)

Niedawno podsłuchałem rozmowę, jak moja pani mówiła, że imię dla zwierzaka jest bardzo ważne.

Jak dała jednemu kotu na imię Frykas, to był kotem niejadkiem i się nieraz wstydu najadła, że kotek taki zabiedzony, bo mu na żarcie żałują, a z tego co widziałem na fotach to koleś faktycznie był bardzo chudy. Tak z natury. Drugi to był Behemot. Ten wariat, jak przystało na potwora z głębin morskich, kochał wodę, natomiast Kapsel uwielbiał piwo i biegał po ścianach. O Szajbie nawet nie wspominam. Jej imię mówi samo za siebie i to co ona odwaliła, to się nadaje na kolejny cykl felietonów. No, ale to moja przyjaciółka i chwilowo obiecałem dyskrecję, ale za to Tornado, skubany, nauczył się latać.  Najlepiej przez okno, albo przez płot. Po dachu też zjeżdżał. W młodości, faktycznie był niezły w te klocki.

Ja, niestety, jak powszechnie wiadomo, jestem sierotą, bo ta wyliniała wywłoka jedna, co mnie urodziła, wcale mnie nie chciała, więc do dziś mi pozostał odruch memlania koca oraz wszystkiego, co włochate.

No i co? Nie pasuje tu imię Ciumek?

Już się niedawno pani na mnie zeźliła, jak jej omemlałem kamizelkę i kupiła mi w ciucholandzie specjalną futrzaną czapkę a’la pantera! Specjalnie dla mnie! Wiecie pewnie, że ja jestem z kociego bidula, gdzie mieszkała cała masa kotów, ale od żadnego nie słyszałem, żeby któryś miał osobiste memladło! A było nas tam, u cioci Marty w Bochni, strasznie dużo. Jeszcze wtedy nie umiałem liczyć, bo byłem w przedszkolu na piętrze, ale wypas mieliśmy nie lada. Był tam ze mną również mój braciszek Oskar i trochę się o niego bałem, ale z tego, co później ogarnąłem na fejsie, młody też trafił na fajną chatę, gdzie go kochają. Czasem podsyła ładne foty. Może jak mi kiedyś kupią wreszcie tego smartfona, to się z młodym sklikamy na feju, ale na razie to ja mam inne sprawy na głowie.

Otóż, od kilku dni, pomału wypuszczają mnie do ogrodu.

No i już za pierwszym razem była afera.

Ech! Ja to mam szczęście…

Wprawdzie tylko polazłem do sąsiadki, żeby osikać jej grządkę z czosnkiem, no ale nie umiałem wrócić…

Szajba poszła spać i chwilowo miała wywalone, czy wrócę, a ja, przy okazji, polazłem niuchać. Wiecie, maj, te sprawy… wiosna, ech!

Ptaszki, muszki i cała reszta rzeczy do upolowania, więc się zapomniałem i polazłem sobie w te grządki. No i skończyło się nieciekawie.

Jak mnie po godzinie namierzyli, to dostałem zrypkę i się nasłuchałem od durnych Ciumków, a potem, skoro nie umiałem sam wrócić, to mnie ręcznie przewlekli pod płotem, a potem pan zamontował tam deskę i Szajba mnie sklęła, że spaliłem taki fajny skrót do sąsiadów.

Już wcześniej wspominałem Wam o ryzyku.

Tu było wielkie.

Bo wiecie, jak kiedyś, w zimie, ciocia Kasia z kociego hotelu doniosła na mnie do mojej pani, że w czasie pobytu przeleciałem Heńka, to nawet się nie połapałem, jak w dzień później ciocia Martyna ciachnęła mi jajka.

Zatem tu na serio trzeba uważać, i na serio trzeba być grzecznym, bo na tym szemranym świecie nigdy nie wiadomo, co, kiedy i której cioci do głowy strzeli 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Jak powstała Śnieżna Grań?

Jak powstała Śnieżna Grań?

32161270_1836561256407176_2755175066017726464_n

Koniec historii to doskonały moment na podziękowania. Dlatego też, niniejszym chciałabym gorąco podziękować wszystkim tym, bez których seria „Śnieżna Grań” nigdy by nie powstała, a przynajmniej nie w takim kształcie, w jakim ta historia finalnie miała się objawić.

Czytając, zwykle odnosimy wrażenie, że autor pewne rzeczy po prostu wie.

I słusznie, ale też z tą wiedzą wcale nie jest tak lekko, jak się wydaje. Pomimo tego, że sporą część życia spędziłam w takich właśnie miejscach i wydawać by się mogło, że to dla mnie naturalne środowisko, poświęciłam aż dwa zimowe sezony, by nauczyć się od podstaw jak naprawdę funkcjonuje stacja narciarska z prawdziwego zdarzenia.

Rodzina Stachowiaków co rusz stawiała przede mną nowe merytoryczne wyzwania. Szczególnie Edek, którego postać byłaby płytka i mało wiarygodna gdyby nie pomoc kierownictwa popularnego ośrodka narciarskiego Małe Ciche w Murzasichlu. Przy tej okazji dziękuję zatem prezesowi zarządu-  Andrzejowi Bielawie, prokurentowi spółki – panu Piotrowi Stawarzowi oraz kierownikowi stacji Rafałowi Miksiewiczowi, za to, że precyzyjnie wprowadzili mnie w techniczne arkana i dzielnie znieśli grad moich pytań.

Szczególnie dziękuję też pani Annie Sutor, właścicielce karczmy na stacji Małe Ciche. To od niej dowiedziałam się jak funkcjonuje śnieżna gastronomia oraz co i w jakich ilościach jedzą i piją miłośnicy zimowych sportów.

Tamte wizyty i rozmowy wiele mnie nauczyły, ale też nie mogę przy tej okazji pominąć fascynujących odwiedzin w TOPR- ówce oraz rozmów z ratownikami. To właśnie oni, choć zazwyczaj niewidoczni czuwają nad bezpieczeństwem narciarzy i snowboardzistów, by w razie wypadku pospieszyć z pomocą i nieraz uratować ludzkie zdrowie lub życie. To od nich zależy bezpieczeństwo tras oraz akcje, w których nieraz liczą się sekundy. Szacunek Panowie, i choć chcieliście pozostać anonimowi, to i tak w tej historii będzie trochę o was. Dziękuję!

Haniu kochana! Cóż bym bez Ciebie poczęła w kwestii góralskiej gwary? Niby mieszkam niedaleko, na Podhalu bywam od dziecka, ale gdyby nie pomoc Anny Stachoń- właścicielki pensjonatu w Gliczarowie Górnym, w miejscu, w którym roztacza się najpiękniejszy na świecie widok na Tatry, nie byłoby w moich książkach barwnych, góralskich wstawek. Sami przyznacie, że odrobina gwary dodała całości nieco smaczku :)

Wprawdzie w moich poszukiwaniach skoncentrowałam się głównie na naszych rodzimych uwarunkowaniach, ale też będąc za granicą nie mogłam sobie odmówić zgłębienia tematu również i tam.

W ogromnym włoskim kompleksie narciarskim Folgarida- Marilleva- Madonna do Campiglio, mogłam na własne oczy zobaczyć najnowocześniejszy sprzęt do naśnieżania tras i w naturze przyjrzeć się jego niesłychanym możliwościom.

Do końca życia nie zapomnę też nocnego ratrakowania ekstremalnie stromej, czarnej trasy. Jazda przypiętym na wyciągarce ratrakiem to coś, czego w polskich warunkach doświadczyć się nie da. Fabrizio Ponti. Grazie!

 

Świat według Ciumka 3

Świat według Ciumka 3

Z poprzednich felietonów zapewne już wiecie, że zasadniczo to ja lubię ryzyko. Bo cóż mi innego w życiu pozostało? Na dziewczyny przecież nie pójdę, bo już nie mam z czym, to może chociaż za to nadrobię jakąś wyrafinowaną rozrywką oraz popularnością w Internetach? Jak myślicie? Dobry plan?

Każdy orze jak może, i jakoś trzeba sobie radzić.  Czasy dla celebrytów nastały ciężkie. Dziś każdy to wie. Własnego medialnego coach’a jeszcze nie mam, więc na razie, po ciuchu się podpiąłem do bloga, gdzie pisze moja pani i tu się, w wolnych chwilach, lansuję :)

Ale wracając do sedna. Zauważyłem, że ludzie lubią ryzyko, a szczególnie, gdy ryzykuje ktoś inny.  To, że lubię się ślizgać, to już wiecie, więc sami rozumiecie, że przed Wielkanocą to dopiero był w domu wypas nie lada, bo pani na okrągło robiła coś w kuchni i podłogę myła po kilka razy dziennie.  Można się było ślizgać do woli, że już nie wspomnę nawet o tym, co w tym czasie spadało na podłogę…

Na kociego smakosza!

Same smakołyki! A już najlepiej było, jak gniotła krówki na kajmak do mazurka i potem dała mi swoje palce do oblizania. Spróbowałem i nie uwierzyłem, że istnieje coś tak pysznego, więc zawołałem Szajbę, żeby przyszła mi powiedzieć, co to jest. Tornado też się załapał.

Pani, jak wszyscy memlaliśmy te bosko-słodkie paluchy, wyraziła nadzieję, że nie dostaniemy po tym sraczki, ale ustaliliśmy w konspirze, że nawet jak dostaniemy, to wspólnie zakopiemy pod dywan, bo inaczej drugi raz nam tego nie da.

Na to przyszedł do domu pan i dziewczyny. Zuza postawiła na stole w kuchni specjalny koszyk z różnościami i powiedziała mojej pani, żeby uważała na Ciumka.

Że niby, na mnie?!?!

A na co tu uważać??

Świetnie sobie w życiu radzę. Jestem urodziwy i rozgarnięty, zatem postanowiłem sprawdzić, o co chodzi. Po cichutku zakradłem się na stół i dla niepoznaki nakryłem się białą serwetką, którą buchnąłem z koszyka.

Królu złoty! Moje ulubione jajka na twardo i jeszcze kawał kiełbasy! Niebo! Byłem w połowie, jak przylazła Zuza i mnie franca zdekonspirowała.

– Mamo! Ciumek właśnie zeżarł naszą święconkę!

Dostałem ścierką przez łeb, ale później Tornado mi bardzo podziękował, bo się załapał na resztki tej poświęconej kiełby, więc jakoś przełknąłem to połajanie i postanowiłem być grzeczny, zwłaszcza że pochowali już przede mną wszystko, poza chlebem i sernikiem.

Bo się nigdzie nie zmieścił.

Tego drugiego jeszcze nie znałem, więc jak tylko w kuchni zrobiło się pusto, dobrałem się do sernika.

Mmm, to było nawet lepsze niż te krówki. Wtanżoliłem ile się dało, ale – na kociego proroka! – w kuchni zadzwonił telefon, przylazła Zuza, i znów zaliczyłem wpadkę.

Tym razem jednak pani uznała, że my również mamy święta.

Odkroiła całkiem spory kawałek sernika i pokruszyła nam wszystkim do misek. Szajba i Tornado znów mi dziękowali, bo sernika też wcześniej nie jedli.

A później pani wraz z panem nagrali film z życzeniami na Facebooka i podali do publicznej wiadomości, że w Wielką Sobotę zjadłem święconą kiełbasę z koszyka! Ech! Ależ poruta. Skąd ja miałem wiedzieć, że jest sobota?!

Jak mi kupią smartfona to będę wiedział!

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Wiecie, na popularność trzeba wytrwale i ciężko harować.

Niech sobie piszą.

Niech bzdury wygadują.

Byleby tylko nie przekręcali nazwiska 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 2

Świat według Ciumka 2

Coraz częściej nabieram przekonania, że na serio, o coś musi chodzić z tą całą świętością, o której się tyle gada. Oczywiście w moim przypadku, bowiem nie da się zaprzeczyć, że mam ku temu jakieś wrodzone inklinacje. Zapewne kiedyś wstąpię w poczet kocich świętych, ale może… po kolei :)

Pierwszą wpadkę zaliczyłem już w styczniu. Z wodą święconą.

W sumie, smakowała jak ta zwykła, ale ta zwykła nigdy nie stoi na stoliku w salonie, w dodatku nalana na talerzyk. Państwo piją ze szklanek, więc uznałem, że to dla mnie, i sobie wypiłem. Ech, znów się nasłuchałem od mojej pani. Narobiła takiego rabanu, jakbym jej zjadł co najmniej pierścionek zaręczynowy i kilo kawioru, ale poszła do kuchni i nalała na talerz zwykłej kranówki, no to ja w międzyczasie dorwałem się do takiej niedużej miotły, która leżała obok talerza. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej małej, więc też pomyślałem, że to dla mnie i trochę ją potarmosiłem za firanką. Też mi się dostało, ale na szczęście krótko, bo przyszedł do domu jakiś facet w czarnej sukience i się dobrał do tej mojej nowej zabawki. Dopiero po niewczasie dowiedziałem się, że to jest kropidło.  Potem ten kolo rozchlapał wodę z talerza po całym pokoju, ale nikt mu nic nie powiedział.  Tu się, serio, zdziwiłem. No, bo jak ja rozchlapię trochę wody z miski na podłogę w kuchni, to od razu słyszę, że jestem niegrzecznym Ciumkiem, a ten gość za chlapanie po pokoju dostał kasę w kopercie.

I gdzie tu jakaś sprawiedliwość?!

A ja tak lubię chlapać! Bo wiecie, nie ma nic lepszego, niż mokra podłoga, ale zanim pani mi sprawi tę przyjemność, najpierw zamiata. Normalną miotłą, nie tą małą od tego kolesia w kiecce. Uwielbiam, tak się dorwać do tych kłaków od miotły, a jeszcze lepiej wytarzać się w kupce zamiecionych śmieci.  Czasem dopadnę tego kudłacza, ale to tylko dla niepoznaki, bo zasadniczo, to ja czekam, aż pani na chwilę się odwróci, do szafki po zmiotkę i szufelkę. No to ja wtedy, hyc! Brzuchem, prosto w zamiecione śmieci 😀

Ależ jest uciecha, no mówię Wam! Jedna z lepszych. Ale lepiej wróćmy do tej mokrej podłogi. Tu trzeba się śpieszyć, bo szybko wysycha, więc biorę rozpęd z końca salonu i jadęęęę po korytarzu na pełnej petardzie!!! Wprawdzie czasem nie daję rady wyhamować przed końcem przedpokoju i rajd kończy się efektownym zderzeniem z drzwiami, ale sami przyznacie, że sporty ekstremalne wiążą się z ryzykiem, a bez ryzyka nie ma zabawy. No tak.

Ostatnio też zrobiło się groźnie. Leżałem sobie, spokojnie rozwalony, na mokrym. Nagle patrzę ci ja, a tu leci wprost na mnie kij od mopa!!! Wierzcie, na serio, bardzo ciężko jest tak rączo wystartować do sprintu na mokrej podłodze, więc łapami efektownie zamieliłem w miejscu. Cudem uniknąłem katastrofy i uszedłem z życiem. Ych…, ta moja pani się popłakała ze śmiechu, jak mieliłem. Zupełnie jej nie rozumiem. Nie dość, że podstępnie postawiła tego mopa, to jeszcze doszły mnie słuchy, że obrabia mi zad na publicznym necie.

To pisałem ja.

Ciumek Memlok von Frontz V

Świat według Ciumka 1

Świat według Ciumka 1

Ostatnio mam jakiś zły czas. Codziennie spotyka mnie jakaś brzemienna w skutki przygoda i już sam nie mam do tego nerw. Szajba i Tornado mogą wszystko, a ja jestem traktowany przez pozostałych jak jakiś smarkacz!

Na razie mnie pilnują, żebym jeszcze nie wychodził z domu, ale przedwczoraj udało mi się niepostrzeżenie przemknąć do ogrodu. I tyle mojego.  Zonk! Ja nie wiem, co tamci w tym widzą. Mróz, wiatr  i na ziemi to białe, co z nieba leci. Łapy mi zmarzły, więc szybko wróciłem pod drzwi i zacząłem ryczeć, co tchu w płucach, ale nikt nie otwierał. Ze środka słychać było jedynie skuczenie psa. Powiedziałem mu, że utknąłem za zewnątrz, ale Tornado chyba nie jest tak mądry jak myślałem, bo nie umiał mnie wpuścić. Skulony, schowałem się na ganku za koszem na parasole i czekałem na ratunek. Na szczęście moja pani w końcu wróciła z zakupów i zabrała się za odśnieżanie wokół domu. I tak mnie znalazła. Na mój widok minę zrobiła prawie tak zdziwioną,  jakby ujrzała ducha, ale wzięła me roztrzęsione, zmarznięte futro na ręce, zrugała po całości od głupich kotów i zabrała do domu. I tu nastąpiło coś wspaniałego. Po raz pierwszy w życiu dostałem na rozgrzewkę ciepłe mleko. Mmm… chyba będę częściej nawiewał.

No, ale nic to. Następnego dnia, rozsmakowany wczorajszym podniebiennym doświadczeniem z mlekiem, postanowiłem, w mych kulinarnych doznaniach, pójść  nieco dalej i sprawdzić cały dostępny nabiał. Własnego już nie mam, ale w kuchni, po śniadaniu, zostało trochę jajka na twardo. Udało mi się podwędzić jeden plasterek i spylić do salonu za fotel. Zanim mnie pani złapała, to zdążyłem wszamać. I to było boskie. Tak boskie, że postanowiłem wrócić do kuchni po kolejny kawałek, com go zgubił po drodze, ale moja pani wyrzuciła ten boski frykas do śmieci i zabrała się za klepanie w klawiaturę. Cóż było począć. Już wcześniej rozkminiłem, jak otwiera się szafki, więc po cichutku dobrałem się do śmietnika. Już byłem bliski sukcesu, jak ten głupi kubeł przewrócił się i wypadł z szafki. No i się wydało. I znów wszystko na mnie. Wszystko się wysypało na podłogę. Wszystkie pyszne skarby.

Ale dostałem zjebkę!

Dziś, dla odmiany, postanowiłem być bardzo grzeczny. Zarówno kosz na śmieci, jak i drzwi do ogrodu omijałem szerokim łukiem, za to nie mogłem sobie odmówić wyjścia do piwnicy. Tam to dopiero jest raj dla kota. Czego tam nie ma! Ile pajęczyn, gratów wszelkich… No, po prostu bajka.

A już najbardziej to lubię myknąć sobie do garażu. Tam stoi takie czerwone coś, czym moja pani wyjeżdża z domu i bardzo mi się tam w środku podoba. Już kilka razy, jak wyjmowała zakupy, udało mi się zakraść do środka, ale za każdym razem mnie łapała i wyciągała. Dziś mnie nie zauważyła. I mnie zamknęła. Miauczałem, ale nikt mnie nie słyszał. Dotarła do mnie groza całej mojej rozpaczliwej sytuacji. W środku jest czarno, ja też jestem czarny, a w dodatku nadepnąłem łapą na coś, co zamknęło mnie w środku. Na szczęście znalazłem jakiś szalik włochaty, więc chwilowo było co pomamlać, ale w pewnej chwili dotarła do mnie inna przerażająca myśl.

Co będzie jak mi się zachce?

Przecież jak nasikam do środka, to mnie ze skóry obedrą…

Próbowałem uderzyć w kimono, ale usłyszałem, że mnie wołają. Że micha stuka o podłogę. No to zacząłem się drzeć, jednak wszystko na próżno. Znowu ostałem się sam, i bez nadziei na uwolnienie.

Jednak z moją panią nigdy nie idzie za lekko, więc po kwadransie znów zaczęła mnie wołać. No i wreszcie weszła do garażu i mnie znalazła. No, ale ja się zamknąłem w środku razem z kluczykami. Ech, usłyszałem pod moim adresem parę ciepłych słów, bo już wiem, że moja pani mnie kocha, a: głupek, debil i kretyn, to piękne komplementy. No, sobie posłuchałem, a za chwilę przyszła z zapasowymi kluczykami i mnie uwolniła. Tym razem nie dała mi mleka, ale za to mocno mnie przytuliła :)

To pisałam ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Ponglish jest ok

Ponglish jest ok

Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 

Miłość, miłość w Zakopanem

Miłość, miłość w Zakopanem

Sniezna_gran_cover_851x315

Na okoliczność promocji pierwszego tomu Śnieżnej Grani „Za stare grzechy”, w marketingu mojego wydawnictwa padło stwierdzenie, że czegoś takiego jeszcze w księgarniach nie było.

Hm, po namyśle doszłam do wniosku, że chyba rzeczywiście nie było.

A skąd pomysł? Cóż, pod koniec rocznego okresu pracy nad trylogią „Stajnia w Pieńkach”, gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, marzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci. Zatem na Śnieżnej Grani mamy rodzinę Stachowiaków, która zarządza stacją narciarską na Podhalu. Wprawdzie o pieniądze za bardzo martwić się nie muszą, ale za to los nieraz nastręcza Loli, Edkowi, Nastce i Anieli kłopotów w życiu prywatnym i w biznesie.

A skąd takie właśnie tło? Jak to u mnie, oczywiście z przypadku. Pewnego dnia zimowych ferii, kiedy to raptem w ciągu półgodzinnego pobytu na stoku przydarzyło mi się kilka zabawnych historii, mój mąż ze śmiechem rzucił sakramentalne: „musisz to opisać!”. No i opisałam! A było co 😀

No wiecie 😀 strój na snowboard to niezły kamuflaż dla kobiety w moim wieku. W kasku, kominiarce i goglach nie widać czy zawartość ma lat naście czy dziesiąt, a że postury jestem dość mikrej, więc non stop brano mnie za nastolatkę.  I tak przy jednym wyjeździe wyciągiem, pewien pryszczaty młodzian wyraźnie uderzył w konkury. Ale jak na jego pytanie, od ilu lat „ujeżdżam parapet” powiedziałam mu, że dopiero od niedawna, bo raptem od kilku lat czyli mniej więcej od trzydziestego ósmego roku życia, ale za to narty to jakoś tak ze czterdzieści trzy zimy, to chłopak o mało nie spadł z krzesełka. Biedaczysko później przez całą drogę do góry udawał, że rozmawia z kimś przez telefon. Myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Przy następnym zjeździe, w kolejce do wyciągu, kiedy przypadkiem potrąciłam sąsiadkę, pewna młoda matka puściła pod moim adresem komentarz na temat „nieogarniętych gówniar, które ryją się z deską”, ale spuściłam na to zasłonę milczenia. Natomiast, gdy kwadrans później jakiś instruktor odruchowo wziął mnie pod pachy, żeby pomóc mi wysiąść z kanapy, już nie wytrzymałam. Oboje popłakaliśmy się ze śmiechu. No i właśnie w ten sposób „urodził się” pomysł Śnieżna Grań, a w ślad za tym panika. Jak ja to wszystko ogarnę?!

 

To poważna materia, na początku byłam przerażona, ale szybko okrzepłam. Nie zapominajmy, że w całym moim życiu mnóstwo czasu spędziłam na stoku. Na początku pobierając nauki i szlifując formę, później ucząc innych, by wreszcie skończyć na stoku jako bezrobotna i wyluzowana turystka 😀 Tak więc ten temat taki całkiem obcy mi nie był. Sporo, już wcześniej, wiedziałam z własnego doświadczenia. Co nie zmienia faktu, że informacje do tej historii gromadziłam przez dwa lata. Z tym, że najważniejszą kwestią przy zbieraniu jakichkolwiek informacji, jest mieć do kogo się zwrócić. Ja miałam. Znajomy kierownik stacji narciarskiej ułatwił mi kontakt z każdym, kogo chciałam wypytać o charakter pracy i związane z tym ciekawostki. Byłam w maszynowni, w sterówce, widziałam jak działa system kasowo-biletowy, siedziałam na dyżurze z ratownikami TOPR, a w karczmie na stoku liczyłam kurze podudzia. Całe godziny spędziłam na studiowaniu zagadnień związanych z budowaniem kolei linowych oraz z naśnieżaniem i utrzymaniem tras.  Przeczytałam chyba wszystko, co jest dostępne w sieci na ten temat. Do tego szczęście mi dopisało, gdyż na własne oczy mogłam zobaczyć ewakuację krzesełkowej kolei. No i, co najważniejsze, po znajomości, przejechałam się wyciągiem krzesełkowym, specjalnie dla mnie puszczonym na pełny gaz 😀

Ale bez obaw.  To wszystko jedynie przewija się w tle. Cykl Śnieżna Grań to nie jest instrukcja obsługi ratraka czy śnieżnych armatek. To po prostu sympatyczna i ciepła historia o życiowych perypetiach ludzi, którzy się tym zajmują.

 

Zapraszam zatem, Kochani, na Śnieżną Grań.  Z ogromną nadzieją, że Stachowiakowie, podobnie jak dziewczyny z Pieniek, również na długo zagoszczą w Waszych sercach.

A korzystając z okazji pragnę z całego serca podziękować Wam – moim najlepszym na świecie Czytelnikom :)

 

kolaz1

Pani Pisarka i Pan Pisarz

Pani Pisarka i Pan Pisarz

Od zawsze myślałam, zresztą chyba nie tylko ja, że pisaniem książek nie zajmują się zwykli ludzie.

Że siedzi sobie taki oderwany od rzeczywistości, zwichrowany psychicznie odludek i coś tam bazgroli. Do tego, nie wiedzieć czemu, moje wyobrażenie na temat osobników zajmujących się pisarstwem miało wydźwięk mocno seksistowski.

Otóż pisarz-mężczyzna od zawsze kojarzył mi się z garbatym zaniedbanym dziadem, który mieszka sobie gdzieś daleko na odludziu. Najlepiej na jakiejś islandzkiej wyspie, w kamiennej, smaganej wiatrem chałupie, gdzie z obłędem w oczach namiętnie kopci śmierdzące cygara i w amoku tłucze w klawisze. Oczywiście wszyscy w okolicy omijają dziwka szerokim łukiem, a rodzice nagminnie straszą nim dzieci marudzące nad talerzem. Wierzcie lub nie, ale do tej pory, gdy zamykam oczy, widzę gościa z wytrzeszczem i rozwichrzoną fryzurą Gargamela 😀

Ale ten piszący facet to mały pikuś, który nijak nie wytrzymuje konkurencji z nadobną koleżanką-pisarką. Otóż ta, jak już wspomniałam, nadobna oraz mocno egzaltowana niewiasta, w mych wyobrażeniach nosi nieco wypłowiałą strzyżoną „od rondla” fryzurę oraz mało twarzowe okulary w rogowych oprawkach. Tu dodam, że liczba dioptrii przekracza skalę Beauforta i szkła wyglądają jak denka od słoików. Pożółkłe zęby i broszka z kameą chyba nikogo nie zdziwią, szczególnie że ta ostatnia doskonale komponuje się z wyświechtaną kremplinową garsonką (elektryzującą na kilometr, że aż włos dęba staje i musowo wytłaczaną w kwiaty), a w najlepszym razie ze sweterkiem bliźniakiem. Klasyczna lakierowana kościółkowa torebeczka z klamerką oraz pełne buty na rozhuśtanym we wszystkie strony obcasiku typu kaczuszka, dopełniają całości pisarskiego wizerunku.

I co? Oczywiście taki opisany wyżej ktoś żyje na całkiem innym świecie niż my wszyscy. Na bank nie je i nie pije. No, może z wyjątkiem męskiej wersji, która w chwilach braku weny zalewa się burbonem. Wersja żeńska jedynie czasami umoczy usta w sherry lub w likierze, bo zwykle woli herbatę w towarzystwie kruchych ciasteczek.

Intelektualne pogaduszki o wzdychających bohaterkach nijak nie przystają do zakupów w Biedronce, biegania z odkurzaczem, czy przypalonego obiadu. Pisarz nigdy nie pokłóci się z partnerem, bo przecież moja pani pisarka musowo jest zadeklarowaną starą panną, a dziad obłąkaniec nie ma czasu na pierdoły i uwodzenie. Jedynie czasem zauważy gospodynię. Zwykle zapomina sobie, że w ogóle ją ma, a przecież ktoś   donosi mu ludzką strawę, żeby nie umarł z głodu oraz wywietrzy pomieszczenia, żeby się biedak od tych cygar nie udusił 😀

Na dzieci, nie krzyczą, wiadomo. Bo ich nie mają, zatem opatrywanie zdartych kolan, odpytywanie z tabliczki mnożenia, sprawdzanie w necie czym odżywia się rurecznik mułowy, tudzież niespodziewany nocny trening z matematycznego haftu na technikę, zupełnie ich nie dotyczą.

Jeśli gdzieś się przemieszczają w celu pokazania się światu, odbywa się to w świetle jupiterów i w towarzystwie szofera. Bo ona przecież nie widzi za dobrze, a on- ten nie wiedzący na jakim świecie żyje – łachmyta, przez ten cholerny burbon już dawno zapomniał gdzie jest jego prawo jazdy.

Ech… 😀

Skąd ja cię znam?

Skąd ja cię znam?

Ostatnio dowiedziałam się od jednej znajomej, że nasza inna znajoma jest na mnie obrażona. Zdziwiłam się, zwłaszcza że z tamtą się od dość dawna nie widziałam. Kluczowe tutaj jest słowo „widziałam”.

To znaczy, jak się okazało to ja jej nie widziałam a właściwie podobno udawałam, że jej nie widzę, gdy mijałyśmy się na ulicy. Według słów znajomej omiotłam ją z obojętnym spojrzeniem i nie przywitawszy się poszłam sobie dalej.

I wiecie co? Zapewne właśnie tak było 😀

Jak siebie znam to mój mózg, zajęty układaniem historii moich książkowych bohaterów, najwyraźniej nie przetworzył danych, które gwarantują sukces w sferze społecznej, czy też po prostu w świecie rzeczywistym. Nieraz zdarzyło mi się pójść z workiem śmieci w stronę osiedlowego sklepu, bo zapomniałam podejść do śmietnika zajęta obliczaniem nośności statku kosmicznego. Albo wyjść z owego sklepu z koszykiem, bo właśnie ułożył mi się w mózgownicy plan zbrodni doskonałej w którym nie było miejsca na takie pierdoły jak pakowanie, płacenie i inne zbędne w danym momencie czynności.

Napisałam to i pogratulowałam sobie w duchu sprytu w wytłumaczeniu się znajomym, że niby taka to ze mnie natchniona osoba, zajęta sprawami zgoła kosmicznymi, ale to tylko ułamek prawdy, którą zaraz Wam przedstawię 😀

Zanim do niej przejdę, muszę Wam powiedzieć, że opowieść znajomej o obrazie innej znajomej w gruncie rzeczy dogłębnie mnie poruszyła. Dotarło do mnie bowiem, że o mojej ułomności wiem tylko ja i może wśród osób czytających te wynurzenia są tacy, których minęłam na ulicy kompletnie ich nie rozpoznając. Tak więc, potencjalni olani znajomi, poniższa opowieść jest Wam dedykowana wraz z serdeczną prośbą o wybaczenie :)

Od dziecka mam problem z identyfikacją twarzy lub przypisaniem jej do konkretnego człowieka. Tak. Jest taka choroba, której nazwy nie zamierzam przywoływać, bo nikt mi nie płaci za autodiagnozę 😀 Jedno jest pewne. Przez dekady obcowania z przypadłością ustaliłam, że w moim przypadku jest to forma raczej łagodna.

No wiecie, nie jak w tym thrillerze, co babka mrugała oczami i za każdym razem mąż miał inną twarz. Ja najbliższych doskonale rozpoznaję. Z tym nie mam najmniejszego problemu. Zazwyczaj. Do rodziny jeszcze wrócimy. Obiecuję 😀

Moja przypadłość, mówiąc w dużym skrócie przybrała postać łagodną. Nie zawsze rozpoznaję ludzi, ale radzę sobie z tym w ten sposób, że zapamiętuję ich charakterystyczne cechy, głównie kolory. Ale nie tylko. Spotykając ludzi staram się zapamiętać otoczenie, w którym ich widuję. Bardzo pomocna technika, ale zawodzi, gdy ludzie zaczynają się przemieszczać :)

Wszystko fajnie, gdy widzę moją dentystkę pochyloną nad moją gębą, ale jak podchodzi do mnie w metrze z serdecznym uśmiechem prezentując garnitur białych zębów, to nie mam pojęcia z kim mam do czynienia. Nie zgadza się miejsce, więc umyka mi twarz.

Spotykam nad morzem pana ze straganu, na którym wiosną kupuję truskawki w Warszawie i kompletnie nie kumam kim jest ten gość.

Apogeum osiągnęłam, gdy bliskiego kuzyna nie rozpoznałam na koncercie, bowiem dotychczas widywałam go wyłącznie na imprezach rodzinnych 😀

Wierzcie lub nie, ale ta przypadłość mocno komplikuje życie. Nigdy nie wiesz, czy osobę, którą ci przedstawiają należy powitać jako znanego ziomka, czy uprzejmie się przedstawić na dobry początek znajomości. Kiedyś przedstawiłam się dziewczynie, z którą spędziłam wcześniej dwa tygodnie pod namiotami :)

Nigdy nie sądziłam jednak, że moja przypadłość nierozpoznawania twarzy zrobi ze mnie rasistę 😀
Ponad dekadę temu szukałam i z powodzeniem znalazłam nauczyciela angielskiego dla mojej córki. Miał skomplikowany życiorys, ale generalnie przyjechał z Nigerii, władał brytyjskim angielskim, był czarny jak listopadowa noc i bardzo sympatyczny.

Był jedynym czarnoskórym gościem w moim domu, więc bez stresu rozpoznawałam go za każdym razem, gdy przychodził :)

To było w drugim albo trzecim roku nauki mojej młodej, gdy ów Nigeryjczyk przerwał lekcję i wszedł do kuchni. Minę miał uroczystą.

– Co jest? – zapytałam.

– Dzisiaj wygrał Obama! – powiedział z entuzjazmem.

– No wiem – odparłam uprzejmie a w duchu się zastanawiałam, co chłopaka mieszkającego w Polsce może obchodzić prezydent zza oceanu.

– Jestem dumny z niego – dodał Nigeryjczyk

– A mi to prawdę mówiąc kompletnie obojętne kto wygrał – odparłam.

Chłopak uśmiechnął się i nie skomentował.

Zajęło mi kilkanaście dni by skumać, że Obama jest czarnoskóry bo najwyraźniej jestem ślepą rasistką nierozpoznającą twarzy 😀

Śpiewać (nie) każdy może

Śpiewać (nie) każdy może

A zwłaszcza ja.

Znów miałam w nocy piękny sen. Stałam na scenie i śpiewałam. Tak totalnie, na cały głos. Pełną piersią. Wspaniałe uczucie, jak ten cudowny głos wychodził gdzieś z głębi. Dosłownie czułam go w trzewiach. Widocznie mocno wczułam się w ten sen, bo jeśli wierzyć relacji męża, emitowałam jakieś makabryczne jęki potępieńcze i wszystkich obudziłam.

No i tyle mojego.

Na marzenie o śpiewaniu mogę się łapać tylko we śnie, ponieważ na żywo mam zakaz. Ech, żeby to jeszcze było jakieś dziedziczne i można było zwalić na geny, ale nie. Świętej pamięci dziadek robił za baryton w Chórze Juranda i w słynnych Rewelarsach, mama śpiewała u Muniaka, a tata, w czasie studiów, z sukcesem przygrywał do kotleta na sopockim Monciaku.

A tu taki niewypał się urodził. Całkowicie upośledzony wokalnie.

Jeszcze w dzieciństwie mama próbowała coś ze mnie wycisnąć, w nadziei że głos da się jakoś wytrenować, niestety mojego się nie da. Ja wiem, że niektórzy okropnie fałszują, ale to co ja robię wymyka się wszelkim definicjom. Do tego pokarało mnie podwójnie, bo przy tym mam absolutny słuch, tylko co z tego, skoro nie potrafię wydusić z siebie nawet jednego poprawnie czystego dźwięku? Nawet nie śpiewam „Sto lat!”.

Panie od muzyki zawsze myślały, że ja udaję i pałowały mnie równo. Kiedyś zaliczyłam nawet niedostateczny na koniec roku, ale mnie jakoś za uszy wyciągnęli, bo chyba nie ma takich cudów, żeby przy przyzwoitej średniej nie przejść przez pałę z muzyki :)

Pamiętam też pewne zdarzenie sprzed lat, kiedy to dyrektor mojego liceum wymyślił sobie szkolny chór. Ogłoszono termin przesłuchań. Rzecz jasna nikt nie był głupi i każdy z nas wolał robić inne, dużo ciekawsze rzeczy niż kandydować na śpiewaka, wobec czego na spotkaniu nie pojawił się nikt. No to dyrektor wziął się na sposób i kazał każdemu wychowawcy wytypować do chóru po cztery osoby z klasy. Oczywiście padło też na mnie. Jako że zawsze trzymały się mnie różne wygłupy, wychowawca od razu mimo uszu puścił moje żarliwe zapewnienie, że ja NAPRAWDĘ nie umiem śpiewać.  No, gorzej już wdepnąć się nie da. Cóż było robić? Trzeba było zacisnąć zęby i iść na przesłuchanie. Jak żywą, pamiętam pomalowaną na wściekły zielony groszek aulę.  A swoją drogą to ciekawe, że po dziś dzień szkolne lamperie nadal występują w dwóch jedynie słusznych kolorach. Właśnie ten urywający gałki oczne groszek, ewentualnie coś w różnych odcieniach brudnego pomarańczu. Ale zostawiając kolorystyczną dygresję na boku, to w tej auli, na scenie, siedział łysy gość i z zapałem brzdąkał gamę na pianinie, które nie wiedziało co to stroiciel, a wokół podpierało ściany kilkudziesięciu znudzonych skazańców. Zaczęło się. Gość już na początku ustalił, że ci, co się nie nadają, mają stawać po prawej, a ci dobrze rokujący, po lewej. Ależ to były emocje. A największe były wtedy, kiedy przy moim trzecim podejściu do śpiewania ten łysy nie wytrzymał ciśnienia i wywalił mnie za drzwi 😀

Zatem sami widzicie, że temat śpiewania spędza mi sen z powiek od dawna i jak widać, to nawet we śnie, kiedy to spędza sen z powiek również i moim domownikom.

Jakiś czas temu wpadłam na świetny pomysł, że będę śpiewać w samochodzie. Muzyka na pełny regulator tak, żebym się nie słyszała i opór decha! Ileż to razy wracałam z chrypką, a mąż myślał, że na wyjeździe balowałam po całości. Przez jakiś czas działało, dopóki wraz ze zmianą zajęcia nie zmienił się cel moich podróży. Ostatnio wszystkie moje wyjazdy związane są głównie z gadaniem, a przecież rycząc wraz z Rammstienem na trasie Kraków- Wrocław można stracić głos wielokrotnie.

Nie ma lekko. Dobrze, że chociaż istnieje vocaler :)

Jedną nogą w niebie

Jedną nogą w niebie

9 listopada to dla mnie data szczególna. Dzisiejszy dzień, to data premiery trzeciej i ostatniej już części zamykającej sagę „Stajnia w Pieńkach”. To naturalne, że wydaniu każdej książki towarzyszą emocje, ale tym razem są wyjątkowo silne, bo to pierwszy w moim życiu powieściowy cykl. Chwila, w której kończę powieść zawsze jest dla mnie momentem szczególnym, zwłaszcza gdy ma ona aż trzy tomy, a jej bohaterowie towarzyszyli mi blisko przez rok. Trylogia to już nie były przelewki i choć nadal, podobnie jak wszystkie poprzednie książki, pisałam ją bez konspektu i bez planu, tym razem nie mogło obejść się bez fachowej pomocy oraz konsultacji w wielu zagadnieniach, o których wcześniej nie miałam pojęcia.

Chcąc, by seria „Stajnia w Pieńkach” wypadła wiarygodnie, musiałam naprawdę wiele się nauczyć. Na szczęście miałam kogo zapytać, a i wszyscy chętnie służyli mi bezinteresowną pomocą.

Za co wszystkim serdecznie dziękuję.

Moi mili. Bez Was by tej powieści nie było :)

Zarządzanie stadniną to wcale nie taka prosta sprawa, więc chciałabym niniejszym podziękować Wiesławowi Krzywickiemu- prezesowi Klubu Jeździeckiego „Amazonka” oraz właścicielowi stadniny koni w Borkowie za przekazanie mi obszernej branżowej wiedzy.

W kwestii hodowli koni oraz szeroko pojętych zagadnień z zakresu weterynarii z pomocą pospieszyli też:

–  lek. wet. Ewa Duch- Inspektor ds. Zdrowia i Ochrony Zwierząt w Wojewódzkim Inspektoracie Weterynarii w Krakowie;

–  dr n. wet. Piotr Żmuda – Prezes Małopolskiej Izby Lekarskiej  Weterynaryjnej;

– lek. wet. Martyna Grzybowska-Krupa – Kierownik Gabinetu Weterynaryjnego PRO VIVO ANIMALI  w Krakowie.

Pragnę również bardzo podziękować panu Dominikowi Wojtanowi z gospodarstwa agroturystycznego  „Na Zagrodzie” w Lubniu, ponieważ bez jego ogromnej wiedzy praktyczniej na temat hodowli strusi, w Pieńkach wcale by ich nie było.

Nie myślicie sobie również, że procedury towarzyszące wykopaniu starych kości nie nastręczają merytorycznych problemów :) Na szczęście tutaj nieoceniona okazała się wieloletnia wiedza pana Henryka Mikiny z Firmy Pogrzebowej „Lotos” w Dąbrowie Górniczej.

Sama konno nie jeżdżę, ale na szczęście mam w domu trójkę wytrawnych jeźdźców, dla których „końska” nomenklatura nie ma żadnych tajemnic, zatem dziękuję też Zbyszkowi, Zuzannie i Alicji, bo dzięki nim świetnie wiem co to  uwiązy, kantary i pusliska oraz cała reszta jeździeckiego wyposażenia.

Nie chciałabym pominąć nikogo, kto trzymał za mnie kciuki, nie mogę zatem nie wspomnieć mojego ulubionego redaktora prowadzącego z Wydawnictwa Prószyński i S-ka Michała Nalewskiego, który od dawna dzielnie znosi moje dziwne pomysły i   zawsze służy dobrą radą w nielicznych chwilach twórczej blokady.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o wsparciu, jakie regularnie otrzymuję od moich najlepszych na świecie Czytelników. Do tego ciągle rosnący w siłę fanklub zrzeszający cudownych ludzi, sprawia że chce mi się robić to co robię. To wszystko dla Was.

Dziękuję Kochani, że jesteście, bo to dzięki Wam jest moc!  <3

Iza :)

Jubileusz

Jubileusz

iza głowa

 

Mamy mały jubileusz

50 000 wyświetleń bloga!

I, co ważne, licznik nadal się kręci <3

A to wszystko przez Was! To przez Was robimy przy gotowaniu cyrkowe wygibasy i wymyślamy coraz to nowe przepisy. A żeby te efekty naszej pracy jako tako wyglądały, w międzyczasie obie z Jagną zaczęłyśmy się uczyć robić zdjęcia ciut lepsze, niż te z telefonu. To właśnie przez Was, w naszych szafkach stopniowo pojawiają się coraz to bardziej wymyślne naczynia i gadżety.

Nie wiem, jak u Jagny, ale z tego co słyszałam od jej męża, to ona namiętnie skupuje pojedyncze talerze, a ja za to mam już tyle różniastych miseczek, salaterek i kokilek, że się szafka nie domyka, a mąż między wierszami grozi eksmisją.  Ostatnio mnie Jagna objechała, że zrobiłam zdjęcie na zielonym tle i jej się z naszym logo zlewa moja najlepsza serweta, więc muszę teraz na tekstylia zaiwaniać, żeby nabyć coś w innym kolorze. A taka byłam dumna z tych zdjęć, ech!

To przez Was, choć czasem, jak każda zarobiona kobieta, podpierając się nosem klecimy felieton albo nocą kwitniemy nad ofertą nowych przypraw. Oczywiście nie bez znaczenia są też liczne chwile stresu, kiedy to musimy się wykazywać precyzją sapera i refleksem żonglera, by ustrzelić dobre światło i żeby przypadkiem ktoś za wcześnie nie zjadł dekoracji albo, co gorsza, gotowego dania ustawionego do zdjęcia.

A tak na marginesie, czy wiecie, że najlepiej wychodzi na zdjęciach pieczony kurczak posmarowany wcześniej olejem napędowym? Albo sałata popsikana dla efektu lakierem do włosów z nabłyszczaczem? Nie, nie. Nie bójcie się. U nas jest 100% natural. Nawet na zdjęciach, choć kiedyś podpierałam klopsa wykałaczką, bo się skurczybyk nie chciał ułożyć, jak chciałam :)

Kochani, o kulisach prowadzenia bloga można by pisać w nieskończoność, ale w sumie to ja nie o tym chciałam.

Ja chciałam po prostu Wam wszystkim podziękować. A skoro, jak już wiecie, to wszystko przez Was, to niniejszym, wielkie podziękowania składam na ręce naszych cudownych czytelników oraz fanów gotowania.  Za to, że nas lubicie, że czytacie, że klikacie…

Przy tej okazji, szczególne słowa należą się też wszystkim naszym przyjaciołom, którzy regularnie, swoją obecnością, zaszczycają rubrykę Kuchnia Gości. Nie możemy też zapomnieć o Kaśce, Ewie i Piotrku, którzy na co dzień wspierają naszego bloga w temacie grafiki, redakcji tekstów oraz informatycznych zawiłości.

No i na koniec, muszę podziękować też Jagnie. Gdyby nie ona, nigdy nie chciałoby mi się prowadzić żadnego bloga :) :) :)

 

jagna głowa

 

Przyłączam się do entuzjastycznych podziękowań mojej przedmówczyni-wspólniczki – skończonej wariatki 😉 Bez niej na bank by mi się nie chciało prowadzić niczego, a bez Was, czyli czytelników zwyczajnie nie miałoby to najmniejszego sensu :)

A jak jesteśmy przy wynurzeniach, jakie wygibasy się robi przy zdjęciach to muszę się Wam przyznać, że co tam wykałaczka w pulpetach! Najważniejsza jest walka o światło. Prawdziwy fotograf to sobie rozstawi lampy, blendy i inne wielce pożyteczne ustrojstwa. A co ma zrobić biedna kura domowa?

Kura domowa poluje. I nie, nie na moment, w którym małżonek łańcuch poluzuje 😀 Kura obserwuje z niepokojem prognozę pogody oraz nieustanny ruch słońca na niebie. Teraz tylko wystarczy zsynchronizować gotowanie z odpowiednim kątem padania światła na balkon.

Tak, moi drodzy. Moi sąsiedzi już na bank myślą, że jestem psychicznie chora. Stoi sobie jeden z drugim na balkonach i papieroski sobie palą, a tu – jebut! – wyjeżdża na terakotę drewniana deska od Pawła Tomali, potem jakaś bajerancka ściereczka z promocji w Biedrze, a potem parę innych gadżetów i na koniec talerz z kopytkami. Potem długo nic aż wreszcie pojawia się statyw, aparat i ja w pochlapanym sosem dresiku 😀

Teraz, jesienią, to już pół biedy, ale latem oprócz mojego wypiętego zadu w stan osłupienia wprowadzają sąsiada moje miotane na głos przekleństwa: „Psiamać, jak wieje!”, „Cholera, znowu chmura!”, „Won mucho!” 😀

Może zimą sąsiedzi nie będą palić na balkonach?

Ps. Ps. A Izie za zielone ścierki opierdziel się po prostu należał 😉

Niebezpieczne obowiązki

Niebezpieczne obowiązki

Niektórym to dobrze.  I wcale nie dlatego, że sobie leżą i nic nie robią. Wręcz przeciwnie. Robią i dostają za to odpowiednie wynagrodzenie. Każdy z nas zna kogoś, kto pracuje w warunkach szkodliwych dla zdrowia, a nawet jak nie zna, to z pewnością czytał ranking takich zawodów. Szczerze mówiąc, trochę zdziwił mnie kontroler ruchu lotniczego – na drugim miejscu – tuż za ratownikiem górniczym, że to przez stres takie wysokie notowanie. Oczywiście dla wszystkich z listy duży szacun, ale jak zwykle sprawiedliwości na tym świecie nie ma i zawód kury domowej pewnie się do tego rankingu w życiu nie załapie. Choć powinien, choćby i na ostatnie miejsce…

Ale nie. Nie dość, że taka siedzi w domu i nic nie robi, to na dokładkę nikt nie bierze pod uwagę, że przy tym nic nierobieniu może sobie jedna z drugą wyrządzić krzywdę nie lada, z trwałym uszczerbkiem na zdrowiu włącznie. A jak już taka oferma leży, nic nie robi, oprócz krzywdy sobie samej, to po co jej płacić? Przecież to ona sama powinna, bo opiekę medyczną naciąga :)

Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto w domu nigdy się nie oparzył, nie przeciął, nie uderzył i nie zakrztusił. No, niech rzuci. Ale nie ten, kto w domu wyłącznie nocuje.

Ech! Jak pamiętam, to chyba właśnie przez tę nieustanną i niczym nieuzasadnioną „nudę”, wpadłam na pomysł, żeby kichać z zupą w ustach. Nabrałam zupę, a że wzięło mnie na kichanie w trakcie przełykania postanowiłam zrobić to tak, żeby sobie nie zapaskudzić świeżo posprzątanej kuchni.  Może dla wielu jest to mało istotne, ale dla chwilowo „odrobionej” matki małych dzieci, taka wypucowana na połysk kuchnia to uświęcony prawem błogostan (!)

Cóż. Nie da się. Nie dość, że zupa poszła w pełnym rozbryzgu na pół kuchni, to na dodatek w ustach wytworzyło się takie ciśnienie, że ogłuchłam. Pomyślałam, że pewnie się zaraz odetka, ale niestety. Następnej doby zmuszona byłam odwiedzić laryngologa i wyznać, że grzybowa poszła mi w uszy. Musiałam znieść pełen politowania wzrok i z pokorą przyjąć na klatę diagnozę, że mi się zassały błony bębenkowe i sprawa jest poważna. Kazali łykać jakieś osuszające tabletki i postraszyli sterydem.

Jak niepyszna wróciłam do domu i łyknęłam podwójną dawkę, bowiem po południu miałam w szkole zebranie. Poszłam, ale w sumie to nie wiem po co, bo ludzka mowa sprawiała, że czułam się jak ktoś, komu nałożono na głowę cynowe wiadro i walono weń młotkiem. Szaleństwo. No, ale skoro już przyszłam, to chciałam się czegoś dowiedzieć, zatem ryknęłam tak, że wystraszeni rodzice o mało nie pospadali z krzeseł. No tak, bez sensu zapytałam, bo i tak nie usłyszałam odpowiedzi, ale przynajmniej odfajkowałam się na liście obecności. Tyle dobrego.

Następnego dnia nadal nie doczekałam się poprawy, więc tym razem ryknęłam na domowników, żeby zeszli na obiad. Nalałam gorącą zupę i jak ostatnia sierota wetknęłam palec do talerza. O mało nie upuściłam wszystkiego na podłogę, ale że chciałam jak najmniej nachlapać na podłogę oraz jak najszybciej ochłodzić oparzenie, rzuciłam się w drugą stronę, w kierunku zlewu. Niestety, po drodze zaatakowała mnie otwarta zmywarka i oparzyłam się zupą po sam łokieć. Granatowy siniak na goleni i zafajdana cała kuchnia, to przy tym pryszcz.

Nadal głucha, z ruchu warg domyśliłam się, co myśli o mnie mój mąż, ale pokornie przyjęłam okłady z lodu modląc się, by mi w uszach wreszcie popuściło, bo następnego dnia szliśmy na Andrzejki. Przy posiniaczonych nogach, z żalem odwiesiłam ulubioną sukienkę na wieszak i na imprezę wybrałam jakieś spodnie. Nazajutrz z ulgą przyjęłam fakt, że chyba znowu coś słyszę i jak z motorkiem ruszyłam do sprzątania łazienki. Na wszelki wypadek, w obawie o ciśnienie w uszach, grzecznie przykucnęłam przed toaletą i otworzyłam deskę. Opadła. Otworzyłam drugi raz. Też opadła, więc potraktowałam ją nieco bardziej agresywnie i łupnęłam nią o ścianę, wcale nie licząc, że znów nie opadnie :) Ale tym razem nie opadła. Tylko z impetem odskoczyła od ściany.

Tamtego dnia nie poszliśmy na Andrzejki.

Deska sedesowa podbiła mi oko 😀

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉

Piżama day party

Piżama day party

Dziś, stojąc samochodem na czerwonym świetle, ujrzałam jak z sąsiedniego samochodu wysiadł mężczyzna w piżamie i szlafroku. Cóż, zimno dziś, zatem szlafrok nie dziwi. Ale w piżamie?  Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było na przykład pod jakimś domem albo blokiem. Przecież facet mógł wyjść ze szpitala i ktoś go podwiózł, prawda? Ale nie, wysadzono gościa pod placem targowym i najnormalniej w świecie poczłapał sobie w bamboszach na zakupy. Kurczę, a może rzeczywiście wyszedł ze szpitala, miał w domu pustą lodówkę i chciał przed powrotem zrobić zakupy?

Dość na tym, że zwrócił na siebie uwagę i niejeden się za nim obejrzał. Ja też :) Ale jako, że hipokrytką nie jestem to przytoczę tu własną piżamową akcję, kiedy to pewnej wakacyjnej nocy wylądowałam z dusznościami w kieleckim szpitalu wojskowym. Karetka zgarnęła mnie wtedy prosto z lasu, właśnie w piżamie. Do tego mój zaspany mąż wyposażył mnie na drogę w kosmetyczkę, polarowy pled, grube spodnie od dresu oraz za duże na mnie, o pięć rozmiarów, adidasy mojej córki.

Do rana zdążyłam ozdrowieć, więc mniej więcej koło ósmej wypisano mnie ze szpitala. Zadzwoniłam więc do męża, żeby po mnie przyjechał, a że miał prawie godzinę jazdy, zatem za wygrzebane z dna kosmetyczki drobniaki kupiłam sobie w automacie dużą coca-colę i wyszłam na zewnątrz. Upał w tamtym czasie panował niemiłosierny, więc darowałam sobie spodnie od dresu i przycupnęłam na szpitalnym ogrodzeniu. W końcu baba w piżamie, w bezpośredniej bliskości szpitala, to nie dziwota, więc w oczekiwaniu na męża spokojnie obaliłam colę i ciupnęłam kilka partyjek w Candy Crush.

Niestety, po godzinie okazało się, że mój ślubny jeszcze nawet z miejsca nie ruszył, bo zatrzasnął się domku i nie mógł wyjść. Korzystając z reszty baterii w telefonie zorganizowałam mu ewakuację i mając przed sobą kolejną godzinę sterczenia pod szpitalem, przeniosłam się na skwerek i zainstalowałam w cieniu, pod drzewem. Ułożyłam się plackiem na kocu i z niemałą przyjemnością zagapiłam na liście.

Ech, mój błogostan nie trwał długo, ponieważ każdy przechodzień myślał, że zasłabłam albo umarłam, więc podchodził i pytał czy dobrze się czuję. Kurczę, nigdy nie czułam się lepiej, a po końskiej dawce sterydów jaką zaaplikowano mi w nocy, mogłam w kwadrans przenieść Kopiec Kościuszki z Krakowa do Sopotu!

Zdenerwowana, że mi przeszkadzają, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam machać nogami, żeby było widać, że żyję. Kurczę, bateria zaczęła pikać coraz częściej, a w Candy Crush skończyły mi się życia, więc z nudów postanowiłam zrobić porządek w kosmetyczce. Przy okazji zrobiłam też pełny makijaż.

W szpitalu personel skończył właśnie nocny dyżur, a ja kątem oka zauważyłam, że dużo ludzi wyszło sobie na spacer i niektórzy robią mi zdjęcia. A co tam! Światło było dobre, a ja nie mając nic lepszego do roboty, znalazłszy pęsetę, przystąpiłam do żmudnej czynności regulowania łuków brwiowych.

Nagle rzuciło mi się w oczy, że chyba wszyscy pracownicy szpitala właśnie postanowili wyjść na papierosa. Ludzie w białych kitlach niby mimochodem krążyli obok i zerkali dyskretnie w moją stronę. Mych uszu, doszły też komentarze, czy aby na pewno nie uciekłam z psychiatryka. Jedna z pielęgniarek na widok pęsety nie wytrzymała i szturchnęła koleżankę w bok, mówiąc: „Ty, Zosia, patrz! Pewnie jakaś jeb…ta!”.

Gdyby nie to, że mój pęcherz właśnie odnotował świeżą dostawę wypitych wcześniej napojów, pewnie umarłabym ze śmiechu, ale zważywszy na fakt, że toaleta jest w szpitalu, a przedrzeć się przez izbę przyjęć wcale nie jest tak łatwo, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Pobliskie krzaczki również nie wchodziły w grę, a sprawa zaczynała robić się poważna, ale jak tylko sobie pomyślałam, że kolejne dwadzieścia cztery mogę spędzić w innej państwowej instytucji, postanowiłam być twarda. Na dodatek, po całej nieprzespanej nocy, wypisali mnie na głodniaka, a żołądek właśnie zaczął głośno upominać się o swoje.

Telefon. Odebrałam, szczęśliwa że mąż właśnie przybył na ratunek, ale niestety. Zadzwonił tylko po to, żeby mi powiedzieć, że w Kielcach jest remont drogi, sterczy w korku i nie wiadomo kiedy dojedzie.

Blisko trzygodzinne koczowanie na skwerku przy ruchliwej ulicy w centrum miasta, było doznaniem ciekawym, ale jeszcze ciekawszym była wizyta w McDonaldzie, ponieważ od razu po przybyciu męża zażądałam wizyty w najbliższej toalecie i to NATYCHMIAST. Pusty żołądek również nie pozwolił stamtąd odjechać bez jedzenia, więc nie oglądając się na osłupiałą klientelę wparowałam do środka rozczochrana, w piżamie, w za dużych o pięć rozmiarów adidasach oraz z eleganckim make-up’em, i zapodałam sobie bułę.

Mąż, na wszelki wypadek, stanął nieco dalej :)

Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

Widelcem podpisane: Hygge. Na szczęście

Signe Johansen Hygge. Na szczęście

Kultura skandynawska już od lat robi karierę na świecie. Niekwestionowana sławą cieszą się tamtejsi pisarze (głównie kryminałów) a tzw. „styl skandynawski” we wnętrzarstwie to bez wątpienia ciągle jeden z wiodących trendów branży. Niekwestionowanym, choć bez wątpienia kontrowersyjnym ambasadorem skandynawskiego stylu życia jest Ikea, która oplotła świat siecią swoich marketów z białymi meblami a wskutek postępującej „makdonaldyzacji” smak klopsików z żurawiną jest znany we wszystkich zakątkach planety 😉

Signe Johansen jest Norweżką od lat mieszkającą w Wielkiej Brytanii. Być może na skutek nostalgii a może poirytowana faktem, że Skandynawia tak silnie utożsamiana jest na świecie głównie z Ikeą, postanowiła napisać książkę po części kulinarną a po części przewodnik po skandynawskim stylu życia.

Kluczowym, według Johansen, słowem, które pozwala zrozumieć i poznać Skandynawię jest Hygge, które sama autorka przedstawia następująco:

„Czym właściwie jest Hygge?” (..) Jest to duńskie i norweskie słowo, które oznacza poczucie przytulności i bliskości oraz towarzyskość. (…) Hygge polega na byciu z innymi i przyglądaniu się światu. Na czerpaniu z życia prostych przyjemności, na pielęgnowaniu wspólnoty z bliskimi i znajomymi. Hygge elegancko podsumowuje wszystko, co wspaniałe w skandynawskim stylu życia – z tym tylko zastrzeżeniem, że w językach szwedzkim i fińskim takiego wyrazu raczej nie ma”.

Najprościej rzecz ujmując, Hygge to umilanie sobie życia, które ze względu na małe ilości światła słonecznego bywa w Skandynawii trudne. Najwyraźniej zabiegi te są na tyle skuteczne, że pomimo niezbyt sprzyjającego klimatu, mieszkańcy tego regionu są zaliczani do najszczęśliwszych ludzi na świecie. Być może prostota życia, harmonijny wystrój wnętrz, kontakt z naturą i nieskomplikowane jedzenie mają w tym swój udział :)

Książka „Hygge. Na szczęście” jest podzielona na osiem działów tematycznych obejmujących kolejno zagadnienia sposobu spędzania wolnego czasu, filozofii życia, kulinariów (z silnym naciskiem na fikka, czyli słodkie desery) oraz porady dotyczące designu i wystroju wnętrz. Całość jest bardzo przejrzyście zaprezentowana i okraszona wysmakowanymi zdjęciami we właściwym Skandynawom powściągliwym i hołdującym naturalności stylu. Z książki dowiecie się, dlaczego mieszkańcom Północy dekorowanie podłóg dywanami wydaje się barbarzyńskim zwyczajem a fikka jest osłodą całego dnia. W dziale kulinarnym znajdziecie mnóstwo świetnych i prostych przepisów na przekąski, sałatki i dania główne. W rybnych, mięsnych i wegetariańskich odsłonach.

Lojalnie uprzedzamy, że przepisu na klopsiki z żurawiną tam nie znajdziecie 😉

Wściekły toperz

Wściekły toperz

Ech, nie ma to jak czasem wywieźć na kilka dni rodzinę gdzieś poza miasto.

Otóż pewnego długiego czerwcowego weekendu postanowiliśmy udać się do drewnianego domku, gdzieś pod lasem. Naście lat temu to było, ale do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół, a już najbardziej pamiętam, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w środę po południu, to zaczęło lać i lało do soboty, co przy dwójce mniej więcej dwuletnich dzieci i braku domowych czasoumilaczy, ów pobyt mógł wyryć głęboką bliznę w psychice każdego normalnego rodzica.

W pierwszą przerwę pomiędzy jednym intensywnym opadem deszczu a drugim, moje dziatki wypuszczone na wolność, rączo pognały przed siebie. Oczywiście jedno w lewo, a drugie w prawo. Najpierw pobiegłam za tym, co radośnie pocwałowało w stronę wezbranego potoku, po czym zabrałam się za łapanie drugiego, które pognało pomiędzy pozostałe letniskowe domki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to usłyszałam szczebiot dziecięcia mego, które z szerokim uśmiechem wypadło zza sąsiedniej chałupki, zatrzymało się i upewniwszy się, że patrzę, efektownie pociągnęło z butelki solidny łyk zimnego tyskiego. Komu ukradła? Do dziś nie wiem, bo obeszłam okoliczne domki z pytaniem czy komuś przypadkiem nie zginęło piwo.  Nie zdążyłam zapytać w tych dalszych, bo znowu lunęło.  W międzyczasie, drugie dziecię dobrało się do piwa męża mego, na szczęście jeszcze nie zdążył otworzyć :)

W drugiej przerwie pomiędzy opadem gradu i deszczu, dziatki me miłe uprzejme były zaznać zbiorowej kąpieli w oczku wodnym, a na wypadek, jakby tego było mało, jedna z mych córek, korzystając z sekundy naszej nieuwagi, ustawiła się centralnie pod rurą spustową od rynny i radośnie spuściła sobie prysznic.

Szczęściem przeogromnym, mamy takich jednych niezbyt racjonalnie myślących znajomych, którzy to w tych strasznych okolicznościach postanowili nas wspomóc i do nas dołączyć, tak więc po dwóch godzinach mieliśmy już w domku farelkę do suszenia ciuchów, video, dwadzieścia kaset VHS z bajkami i czterolatkę do kompletu. Nastał spokój. A przynajmniej jeśli idzie o dzieci, bowiem mąż mój osobisty tak szczęśliwy, że znajomi przybyli z odsieczą, postanowił nastraszyć dziewczyny.

Czyli koleżankę i mnie :)

W lesie, jakimś cudem ucapił nietoperza i nie zawahał się go użyć. Przyniósł go do domu i strasznie się ucieszył, że krzyczymy :)

Dość na tym, że z wielkim hukiem wyleciał na zewnątrz wraz z przerażoną latającą myszą i niezwykle rad był z udanego dowcipu. I w sumie to by było na tyle, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu mój mąż znalazł na palcu niewielkie zaczerwienienie. Na moje pytanie czy aby nie ugryzł go nietoperz, mój ślubny pobladł straszliwie i drżącym głosem zapytał, czy nietoperki przypadkiem nie roznoszą wścieklizny…

No, rychło w czas ta refleksja, ale nie było na co czekać. W niedzielę wieczorem nie za bardzo było gdzie pytać, Internetu wtedy jeszcze nie mieliśmy, zatem zadzwoniłam do znajomej internistki. Niestety nie wiedziała. Pediatra i ginekolog też nie wiedzieli, więc zadzwoniłam do weterynarza. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Dzień dobry doktorze. Iza Frączyk.

– O, witam, pani Izo, znowu coś się stało kotkowi?

– Nie, doktorze, dziękuję, kot zdrowy. Tym razem dzwonię w sprawie męża- powiedziałam i w skrócie wyłuszczyłam sprawę nietoperzy.

No niestety, nosiciele jak złoto. Mąż mój pobladł jeszcze mocnej i z pamięci zacytował sobie radiowy komunikat z „Lata z Radiem” o serii bolesnych zastrzyków w brzuch. W pięć minut był w drodze do szpitala. Na szczęście zastrzyków jest tylko trzy i to nie w brzuch, tylko w ramię, więc wrócił uradowany. Jak się koniec końców okazało to nie były przelewki. Jako że wścieklizna to choroba zwalczana z urzędu, odpowiednie służby mają prawo doprowadzić pacjenta siłą na kolejny zastrzyk, a mój mąż… sobie zapomniał o ostatniej dawce … :)

Dość na tym, że na koniec trzeba było sporządzić odpowiedni raport do Sanepidu i dokładnie opisać całe zdarzenie.  Dałam z siebie wszystko :) Dobrze, że wtedy jeszcze nie pisałam książek, bo chyba nikt by nie uwierzył w barwną opowieść, jak to mój Bogu ducha winny mąż szedł sobie spokojnie przez las i nagle został napadnięty przez wściekłego toperza krwiopijcę, który podstępnie, zza krzaka, rzucił się na niewinnego turystę.

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Widelcem podpisane: Dlaczego tyjemy od diet?

Gdyby diety odchudzające działały, do tej pory wszyscy bylibyśmy szczupli. A prawda jest taka, że wciągamy setki milionów osób w wojnę, do której nie jesteśmy właściwie przygotowani.

Wydawało się nam, że jako osoby będące z dietami za pan brat, o odchudzaniu wiemy już wszystko. Tymczasem, po lekturze książki „Dlaczego tyjemy od diet” autorstwa Sandry Aamodt, okazało się, że po wielu latach jedynie wiemy, że gdzieś tam dzwonią, ale dokładnie nie wiadomo,  w którym kościele.

Zwykle każdej z diet towarzyszy jakaś ideologia, na której opieramy swój jadłospis. Zasadniczo wszyscy, mniej więcej, wiemy o co chodzi, znamy zasłyszane fakty i mity. Tymczasem po lekturze tej książki już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że to wszystko nie tak.

W kolejnych rozdziałach autorka prowadzi nas po meandrach naszej własnej psychiki, podchodzi do tematu w sposób bardzo merytoryczny, opierając swoje teorie na twardych naukowych dowodach i faktach, argumentując niezbicie, że wszystkiemu winny jest nasz mózg. Odchudzanie to nic innego jak ciągła walka z silniejszym przeciwnikiem i zazwyczaj bez szansy na wygraną. Przykładowo udowadnia, że osoby, które znacznie schudły, w niedługim czasie z powrotem wracają do dawnej wagi i do tego dorzucają jeszcze dodatkowe kilogramy. Dlaczego? Bo nasz mózg „wie lepiej”, bo przegraliśmy kolejne starcie. Bo… No właśnie? Dlaczego?

Odpowiedzi na to, jak również i na wiele innych nurtujących nas pytań, znajdziemy na kartach tej właśnie pozycji. Aamodt obala wiele obiegowych teorii na temat odchudzania, w które niejeden z nas święcie wierzył.  Czytając jej książkę, ciężko tego nie przyznać, bo nagle wszystko staje się jasne.  Wszystko się zgadza i pasuje do naszego przypadku jak ulał. W trakcie tej lektury dowiadujemy się, dlaczego jesteśmy skazani na porażkę i jakie figle płata nam nasze osobiste centrum zarządzania tuszą, czyli nasz mózg.

Ale nie zniechęcajmy się. Sytuacja wcale nie jest beznadziejna, bo nie jest aż tak źle. Jest szansa na wygraną!, ale najpierw musimy dokładnie rozpracować przeciwnika. Tak jak na wojnie, należy obrać właściwą strategię, znaleźć sposób, by na dobre pokonać wroga i już na zawsze cieszyć się zwycięstwem :)

Sandra Aamodt właśnie podpowiada nam jak to zrobić!

Zapraszamy zatem do lektury, z której każdy odchudzający się czytelnik wyciągnie wiele korzyści. Książka, pomimo, że ma zadatki na poważną naukową rozprawę, napisana jest w sposób bardzo przystępny i dobrze się ją czyta.

Niestety, jak dla nas, ma również pewien minus. W tej pozycji dane liczbowe umieszczono bezpośrednio w tekście, co zdecydowanie „zaciemnia” ich odbiór i analizę. Naszym zdaniem dużo lepiej przy takich zestawieniach sprawdzają się tabele, których tutaj, nie wiadomo dlaczego, zabrakło.

Niemniej jednak „Dlaczego tyjemy od diet” to bardzo wartościowa pozycja, która ma szansę stać się rynkowym hitem, a wydane na nią pieniądze będą jedną z Waszych najlepszych inwestycji w samego siebie. Polecamy!

Domowe triki

Domowe triki

Jagna: Jakby się tak  dobrze zastanowić to powiedzenie „potrzeba matką wynalazku” doskonale sprawdza się w naszych domach. A kreatywność pań domu, w zderzeniu z kuchnią i innymi pomieszczeniami, zaskakuje na każdym kroku. To chyba efekt ewolucji. Kobita będąc matką, żoną, kochanką, praczką, sprzątaczką, kucharką i do tego oczywiście pracując na pełen etat poza domem, po prostu musiała w sobie wykształcić pewne cechy, które pozwolą jej sprytnie połączyć te wszystkie etaty i zamknąć stugodzinny dzień pracy w zaledwie jednej dobie. A dom, z konieczności, staje się czasem poligonem doświadczalnym 😀

Wzięło mnie na takie przemyślenia, bo od rana tkwię w kuchni i produkuję trzy różne potrawy jednocześnie, a właśnie pralka odmeldowała, że się pranie skończyło. Chyba nogą będę wieszać.

Jedno jest pewne, gdyby nie drobne patenty i wrodzona babska kreatywność, to żadna kobieta by sobie z tym wszystkim nie poradziła.

Iza: To jak w takim razie wieszasz nogą to pranie? Zaintrygowałaś mnie. Nie powiem :)

Jagna: Tajemnica 😉

Iza: Ale tak na serio to masz rację, że w życiu trzeba sobie radzić, bo inaczej by człowiek z kuchni i z chaty nie wyszedł. Pamiętam jak kiedyś dorosła już siostra mojej koleżanki z liceum siekała surową marchewkę. Kroiła ją najpierw w plasterki, a potem każdy plasterek kroiła na krzyż, a że trochę tych marchewek miała to i ta czynność trwaaaaaała i trwaaaaaaała. Jak przyszłam do nich to ona kroiła. Jak wychodziłam po godzinie, to ona nadal męczyła te biedne marchewki. Nie wytrzymałam i przecięłam jej jedną marchewkę wzdłuż, na cztery i potem ciach, ciach, ciach! Laska była w kompletnym szoku, ale zamiast podziękować to mnie ofuknęła, że u nich w domu właśnie tak się kroi.  Czujesz? 😀

A w temacie krojenia przypomniały mi się jeszcze te nieszczęsne jajka na twardo do sałatki jarzynowej na święta. Moja mama, odkąd pamiętam, rugała mnie po całości, że za grubo siekam. A sama wiesz, jak to z jajkiem. Dwie różne konsystencje, nieregularny kształt i rozlatujące się żółtko. W końcu się wnerwiłam. Chyba na studiach, spieszyło mi się na jakąś randkę, bo wzięłam te jajka, wrzuciłam je hurtem do garnka i potraktowałam tłuczkiem do ubijania ziemniaków. W dwie minuty wszystko było idealnie rozdrobnione. Od tamtej pory już tylko tłuczek :)

Jagna: Najpierw obśmiałam w głos to Twoje dziewczę od marchewek, a potem mi się przypomniało, jak dawno temu, tuż przed Wigilią, gdy kuchennej roboty jest huk, stałam jak osioł i pojedynczo panierowałam małe kapelusze grzybków. Grzyb – jajko – bułka tarta. I tak do usrania 😀 Czas uciekał, inna robota w lesie, a ja nad tymi grzybkami… W końcu nie wyrobiłam z nerwów, walnęłam wszystkie naraz do masy jajecznej a potem do bułki tartej. I stała się jasność 😀 I nawet na głos skomentowałam „Kuźwa, przecież to nie kotlety!”. Nie wiem co mi się wtedy stało. Zaćma jakaś?

Patent z jajkami doskonały! Ja zawsze kroję same białka, a żółtka kruszę w palcach prosto do sałatki. W każdym razie podkupuję Twój sposób :)

A jak przy ciachaniu jesteśmy, to moim sprytnym trikiem jest przytrzymywanie śliskich rzeczy (grzybki z octu, pomidory suszone z oleju itd.) podczas krojenia – widelcem. Łapy się nie tłuszczą i nie ma ryzyka, że się nóż na paluch omsknie. Takie niby nic, a ułatwia życie na maksa 😀

Iza: Ja tam niczym tego nie trzymam, tylko jadę po całości mega ostrym nożem szefa kuchni. Nauczyłam się z programów kulinarnych. Podobnie jak miażdżenia czosnku pięścią.  I tego, żeby owoce, warzywa ze skórką kroić leżące skórą do dołu. Rzeczywiście jest łatwiej. Czasem człowiek sobie życie utrudnia bez sensu, bo tak się po prostu nauczył, (jak ta laska od marchewki) a wieloletnie przyzwyczajenia ciężko jest zmienić. Nie uwierzysz, ale miałam kiedyś koleżankę, która z uporem maniaka zamiatała schody od dołu. Wychowała się za dzieciaka gdzieś w Indiach i twierdziła, że tam tak się zamiata i ona też tak robiła. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła :) No, dało się, ale trwało to trzy razy dłużej niż normalnie, z góry na dół.

Jagna: Na zamiatanie schodów od dołu bym nie wpadła 😀 A przy temacie krojenia zostając jeszcze na moment, to wszystko inne siekam tak jak Ty, ale będę się upierać, że śliskie rzeczy czasem lepiej przytrzymać 😀

Oczywiście zanim nauczyłam się siekać trójkątnym, dużym nożem, spędziłam niezliczone godziny na pracowitym krojeniu wszystkiego małym nożykiem. I ja się pytam – po co?

No ale do wszystkiego człowiek dochodzi z czasem, choć zawsze mi się wydawało, że pewne rzeczy są proste i już. Nieodmiennie doprowadzają mnie do śmiechu urządzenia i patenty do oddzielania żółtek od jajek. Serio to jakaś filozofia jest, żeby oddzielić jedno od drugiego? Albo wybić jajko do miski jedną ręką? :)

Iza: No jasne, że nie ma i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopóki mi kiedyś, przed świętami nie wparowała koleżanka z kopą jaj, żebym jej zrobiła ajerkoniak na święta dla całej rodziny. Nie było wyjścia. Wszystkie jajka poszły do małej miednicy, a żółtka wyłowiłam w kilka chwil łyżką do lodów :)

Zresztą bardzo często niektóre rzeczy znajdują zastosowanie niekoniecznie tam, gdzie powinny i nie do tego, do czego zostały przeznaczone. Wiesz, kiedyś odrestaurowałam stareńkie motocyklowe sakwy kremem nivea i pastą tempo. Odpryski na czarnym samochodzie przez lata załatwiałam czarnym inglotem do paznokci. Ostatnio mam gorzej, bo na babowozie jest taki dziwny odcień, że z właścicielką zaprzyjaźnionej drogerii kiedyś na parkingu przez pół godziny próbowałyśmy dopasować próbniki :) Ale się udało :)

Jagna: Z tymi sakwami to akurat wykorzystałaś stary, sprawdzony sposób na konserwowanie wyrobów skórzanych :)

W pokrętny sposób sakwy skojarzyły mi się z torebkami sałaty. Nie pytaj dlaczego, ale przyjmij do wiadomości, że najlepszym sposobem na wymieszanie zawartości z sosem jest wlanie go do środka i potrząśnięcie parę razy całością. A potem do michy :)

A jak już w temacie torebek jesteśmy, to szlag mnie trafiał zawsze przy czyszczeniu deszczownicy. Rozmontowywać przecież nie będę, a psikanie odkamieniaczem guzik daje, bo wszystko od razu spływa. A wystarczy nalać octu wymieszanego z odkamieniaczem do plastikowej torebki i zawiązać na deszczownicy na kilka godzin (tak, żeby sitko było cały czas zanurzone). Samo się robi 😀

Iza: Niestety nie wspominam zbyt dobrze Twojej podstępnej deszczownicy, ale na potrzeby  felietonu  łaskawie przemilczę kilka dosadnych epitetów.

Jagna: Zatem milcz 😀 Ja i tak kocham mój prysznic. A ty swojego nie?

Iza: Ale ja nie mam deszczownicy! :) Heh! Kiedyś przytrafiła się moim dzieciom inna prysznicowa awaria. Tak szalały w łazience, że jedna z córek z hukiem wpadła do brodzika. Razem z drzwiami od kabiny.  Na szczęście się nie rozbiły i dzieciak ocalał, a i zawiasy nie problem było dokupić. Za to odrąbany kawałek emalii na brodziku, oczywiście centralnie na samym froncie, bo niby gdzieżby indziej (?) sprawił, że wpadłam w panikę.  Żeby nie wykuwać brodzika, wezwałam fachowca od naprawy elementów z uszkodzoną emalią. I wiesz co ten facet zrobił?! Nie uwierzysz! Obejrzał sobie brodzik, wyskoczył na 5 minut do Castoramy, wrócił z buteleczką czegoś białego za 16 złotych, pędzelkiem pociapał po moim odprysku i skasował 70 złotych! Tego było za wiele. Od tamtej pory mam w domu emalie oraz wyżej rzeczone lakiery do paznokci w kolorach każdej glazury jaką w chacie posiadam, zatem jak widać nie tylko nasze samochody mogą podziękować firmom od paznokci :) BTW pamiętasz Marthę Stewart?

Jagna: No pewnie. Kucharka telewizyjna (między innymi). Kiedyś ją skazali na więzienie za jakieś machlojki podatkowe, ale rozumiem, że nie to miałaś na myśli i nie będziemy podpowiadać czytelnikom trików na oszustwa podatkowe? 😉

Iza: Ależ skąd, ja do jej podatków nic nie mam. Gorzej, że  ta podstępna Amerykanka zmałpowała mój sposób na błyszczący inox na okapie :)

Zawsze po gruntownym czyszczeniu robiły mi się mazy, których niczym nie dało się usunąć. Aż pewnego razu,  gdy w szale polerowania owego okapu mój wzrok padł na butelkę z oliwą… I  stała się jasność. Wystarczyło dosłownie kilka kropelek na wilgotną szmatkę i mój inox znów lśnił, jak nie powiem co 😉

Jak coś to byłam pierwsza! A w kontekście wiosennych porządków chętnie przygarniemy również i Wasze porady. W końcu nie ma to jak w tri miga odkamienić octem, żelazko, czajnik i toaletę, a czarne buty potraktować czernidłem do opon, prawda? :)

Jagna: Czernidłem do opon doskonale konserwuje się czarne kalosze 😀

Pozdrawiamy znad szmaty

Iza i Jagna

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Beata Śniechowska „PYSZNE PORANKI”

Dziś po raz kolejny poproszono nas o ocenę książki kucharskiej. I po raz kolejny jest to książka zwyciężczyni MasterChefa!

Rzecz jasna, znów podeszłyśmy do tematu jak do jeża, w obawie, że w ślad za obecną modą na arcyskomplikowane slow food, również i tu będzie można się natknąć na aptekarskie receptury oraz składniki w stylu: ryba świeżo wyłowiona z arktycznej przerębli, wykopany o brzasku topinambur z Wysp Owczych, czy też powietrzne korzonki pnącza z dżungli amazońskiej albo jeszcze skądinąd. A jak do tego jeszcze dojdzie nam w roli autora kucharz-celebryta, to już na bank będzie kompletna kaplica :)

Byłyśmy pewne, że to kolejna pozycja o wycudowanych wariacjach połączeń, jeszcze bardzie wycudowanych składników, gdzie i po kilometrowych nazwach potraw nie idzie nawet domyślić się tego, co na koniec się zje. A żeby to zje. Dobrze jak człowiek dożyje, oczywiście po wcześniejszym polowaniu na produkty, które w naszej szerokości geograficznej występują przez jeden tydzień w roku albo i wcale.

O, na przykład takie sobie grzybki enoki, widział je ktoś?  Oczywiście świeże :) takie „prosto z krzaka”. Swego czasu widziałyśmy w telewizji masę programów o pichceniu, właśnie o tych grzybkach, a tu grzybków ni hu-hu, nawet suszonych. Bez sensu takie zawracanie głowy, więc jak zwykle nie spieszyłyśmy się z recenzją, zwłaszcza, że podobnie jak większość ludzkości, rano nie mamy czasu na gotowanie.

Ledwie się człowiek zmusi w tygodniu, żeby zwlec się z łóżka parę minut wcześniej, by przełknąć dwa łyki jogurtu i zdążyć na siłownię, a tu nam jakaś mądrala zaraz wyjedzie z przepisem na śniadanie, przy którym nie powinno w ogóle kłaść się spać. Rzecz jasna w imię idei, żeby rano rozpieścić domowników. Nieodczekanie!

I tu następuje tak zwane pełne zaskoczenie :)

Książka Beaty Śniechowskiej pt.: „Pyszne poranki” porywa od pierwszej strony.

Już wstępny rozdział skutecznie przyskrzynia czytelnika w fotelu.

Śniadania w 5 minut.

Wow! Choćby taki mus gryczany z owocami. Poezja…

Do tego wyraźnie i rozsądnie podzielone działy: na śniadania dla dzieci, dania z jajek, szybkie propozycje typu fit oraz nieco bardziej skomplikowana alternatywa na weekendowe, leniwe celebrowanie śniadań.

Nasi milusińscy z całą pewnością pokochają zdrowe lody oraz owocowe kanapki. Każdemu z nas przyda się powtórka z lekcji o klasycznych omletach, a bajecznie prosty patent na koszyczki chlebowe z mozzarellą i tapenadą, rzuci na kolana niejedną zaprawioną w bojach panią domu.  Oczywiście czasem autorka lubi sobie poszaleć używając do przepisów karobu, świeżych pokrzyw i krewetek, ale nadal nie będzie to nic, co mogłoby kogokolwiek przerazić. Duży plus za przemyślane i sprawdzone w praktyce – śniadania na wynos. Pożywna sałatka czy też wieloziarnista tortilla świetnie spełnią swoje zadanie w podróży, w szkole lub w biurze.

A to wszystko podane w nieskomplikowanych przepisach, przy wykorzystaniu normalnych składników i opisane najprościej jak się tylko da. Wdzięcznym akcentem jest kilka słów od Beaty, które poprzedzają każdy przepis. Czytając czujemy, że swoje słowa kieruje do nas spełniona kobieta, mama czy też po prostu gospodyni taka jak my. Taka bliska i normalna. Jak nasza sąsiadka, która tylko trochę lepiej zna się na gotowaniu :)

Jeżeli można powiedzieć o książce kucharskiej, że jest wciągająca i ma to coś, to właśnie ta to ma. Na serio, trudno się oderwać. Sprawdźcie sami.

No i co?

No i mamy to! :)

Niewydumane, proste, szybkie i smaczne. Często zaskakujące. Pyszne. Naprawdę warto ruszyć się z łóżka tych kilka minut wcześniej, bo pomysły warte grzechu. A w soboty, to już będzie istna śniadaniowa rozpusta!

Jedyne, co w tej książce nie do końca zachwyca, to matowe, dość ciemne zdjęcia, na których piękne i apetyczne dania oraz ich urodziwa autorka wiele tracą. Jak wiadomo ludzie jedzą oczami, dlatego też stawiamy mały minus za fotki.

Generalnie jednak „Pyszne poranki” Beaty Śniechowskiej to książka na miarę zwycięzcy i niezależnie od wszystkiego, tego, jako Świeżo Napisane, będziemy się trzymać!

Mniam!

Kończymy roczek

Kończymy roczek

Jagna: Patrz, już rok minął od dnia, kiedy założyłyśmy bloga. Z jednej strony zleciało nie wiadomo kiedy, a z drugiej zdziwienie bierze, że to tylko rok. Tak mi ten nasz blog w myśli wrósł, że aż trudno uwierzyć, że mamy go TYLKO rok :) Kurna, Iza, ja to już zapomniałam jak to było jak bloga nie było. Uwielbiam nasze gadki, zdjęcia garów i pisanie felietonów. A właściwie to jak to jest z Tobą? Za mało ci pisania książek? 😀

Iza: I ty się mnie pytasz, dlaczego ja piszę? A ty to co? Lepiej zeznaj tu wszystkim jak to się gapiłaś wieczorem na akwarium i co ci z tego wyszło. O, albo o dinozaurach w kosmosie. A Martyna to niby skąd się wzięła?

Jagna: Pytasz, jakbyś nie wiedziała 😀 Mój pokrętny mózg potrzebuje impulsu i historia gotowa. Jak wtedy, gdy obserwowałam gupiki w akwarium, czymś wkurzona na męża i sobie pomyślałam ze wściekłością, że bym go w tym akwarium chętnie utopiła 😀  Spojrzałam na wodę, podrapałam się po głowie, a potem mi się napisało opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” :)

Tak samo się dzieje z felietonami. Zresztą, komu ja to mówię. Wystarczy poczytać Twoje z serii „Polskie drogi” 😀

Iza: Bo wiesz, zawsze jak gdzieś jadę to mi się z początku wydaje, że to zwykły wyjazd. Ale dziwne przypadki mnie lubią, skojarzenia też często mam głupie. Wiesz co? Nasi znajomi, którzy był naocznymi świadkami wielu opisanych przeze mnie zdarzeń, kiedyś zapytali: „Jak o jest, że ty jakoś tak inaczej widzisz? Niby wszyscy widzieliśmy to samo, ale każdy z nas zapamiętał to w inny sposób?”.

Jagna: Kwestia specyficznego spojrzenia. Też tak mam :)

Iza: Cóż, kilka takich stwierdzeń zmusiło mnie, żeby uważniej przeanalizować moje postrzeganie świata. Co też, z niemałym trudem uczyniłam, bo mi się wydawało, że to właśnie u mnie jest wszystko normalnie. Otóż wcale nie. Olśniło mnie pewnego razu przy kasie w supermarkecie. Pewien facet postawił na taśmie wcześniej zapłacone na monopolowym zero siedem czystej i mu to zero siedem spadło na podłogę. Flaszka rozbiła się w drobny mak. Gość szpetnie zaklął pod nosem. Biedny chłopina, pomyślałam ze współczuciem, podobnie jak stojący przede mną inny facet, ale dokładnie w tym samym momencie usłyszałam głośną reprymendę od stojącej nieopodal kobiety, której nogawek dosięgły wódczane rozbryzgi. Na to wszystko kasjerka skrzywiła się z niesmakiem, westchnęła na zapach i tonem urażonej wezwała do kasy numer 5 równie urażoną panią z ekipy sprzątającej. Ta ostatnia, nie mogąc darować sobie komentarza pod adresem klienta ofermy, który to klient, sądząc po jego nieszczęśliwej minie najchętniej zlizałby rozlaną zawartość z podłogi. Na to doszedł mnie wycedzony syczącym głosem komentarz dwóch starszych pań w wiśniowych kosmatych beretach.

– Patrz no tylko, droga Lodziu. Tak właśnie wygląda alkoholik! Pewnie bije żonę i na dzieci nie płaci. A dobrze mu tak! Draniowi jednemu! Należało się!

– Racja, Władziu! Wstyd! Hańba! Popatrz tylko, jaki to pijak zatracony!

No i sama powiedz, czy to normalne postrzegać zwyczajne sytuacje w taki sposób? Chłop po prostu przyszedł do marketu kupić flaszkę, nie ukraść. Nie dość, że przypadkiem, bezpowrotnie stracił kilka dych, to jeszcze, co usłyszał pod własnym adresem to jego.  Pewnie na przyszłość zmieni sklep, a może nie? A może on po prostu też nie zauważył niczego poza rozbitą flaszką oraz przykrą koniecznością zakupu kolejnej?

No i widzisz jak ja mam przekichane? :)

Jagna: Cóż ja ci na to mogę powiedzieć? Tak działa wyobraźnia. A wyobraźnia to przekleństwo i zaraz ci to udowodnię! Jak już przy tym sklepie jesteśmy to zdarza mi się obserwować dyskretnie, co ludzie mają w koszykach i na tej podstawie wyobrażać sobie kim są. Zazwyczaj są to niewinne zgadywanki, ale raz namierzyłam Bogu ducha winnego gościa, który oprócz całkiem niewinnych owoców miał trójpak szarej taśmy i jakąś linkę z działu motoryzacyjnego chyba. No i natychmiast złapałam wkrętkę, że gość planuje porwanie 😀 Cały kryminał mi się w głowie napisał. A to jeszcze nic. Niedawno czytałam (niezłą) książkę, w której grupa dzieciaków ukrywa się przed zagładą świata w supermarkecie. I urządzają sobie tam całkiem wygodny dom.

Oczywiście teraz mam tak, że w każdym supermarkecie muszę sobie rozplanować, gdzie bym miała sypialnię, kuchnię i całą resztę potrzebnych pomieszczeń. A mąż się pyta co ja tak długo w tych sklepach robię? No jak to co robię? Obmyślam plan ratowania ludzkości 😀

Wiesz co? W sumie to dobrze, że my tego bloga piszemy. Zawsze to jakiś wentyl bezpieczeństwa dla nadmiaru pokręconych myśli 😀

Nie uważasz? 😉

Iza: No i w punkt 😀

Lament nad rozlanym mlekiem

Lament nad rozlanym mlekiem

Nie wiem kto wymyślił powiedzenie, żeby nie płakać nad rozlanym mlekiem, ale z całą pewnością nie był to ktoś, komu naprawdę rozlało się mleko.

No bo sami popatrzcie jak to jest…

Już nawet z czasów wczesnego dzieciństwa mleko jawi się nam jako substancja wyjątkowo podstępna, zwykle kojarząca się z niemiłym zapachem. Komu choć raz wykipiało mleko na palnik, ten wie, o czym mówię. Wietrzenie, namaczanie, skrobanie spalenizny. Taką przyjemność ma na koncie chyba każdy z nas, dlatego też gotowanie mleka stresuje. To cholerstwo nigdy nie wykipi jak się go pilnuje, ale wystarczy na kilka sekund spuścić je z oczu to od razu wyleci.

Tu przytoczę pewną ciekawostkę, choć pewnie wielu z Was nie uwierzy w niezwykłą wręcz umiejętność mojego taty. Facet niewątpliwie ma nerwy niczym japoński samuraj, bowiem codziennie wieczorem nalewa mleko do garnka, odpala palnik i idzie do łazienki się kąpać. Nie zliczę, ileż to razy stałam nad garnkiem z bąblującym już mlekiem pewna, że wyleci zanim tata zapnie piżamę, a ja wreszcie odniosę osobisty sukces domowego zbawcy, ale nigdy mi się ta sztuka nie udała. Otóż z chwilą, kiedy mleko zaczyna się pienić i podchodzić do góry, tata wolnym krokiem wchodzi do kuchni i spokojnie przekręca kurek zwykle pytając mnie, po co ja tak stoję przy kuchence (?).

Niezły hardcore, co? 😀

Znacie drugiego takiego magika? Ja nie. Tata jest niekwestionowanym specjalistą, ale za to jak jakiś sąsiad mleko przyfajczył to zawsze pół bloku komentowało w stylu: „Oj, chyba dziś u Sermakowej mleko wykipiało”, jednocześnie dziękując Bozi, że to nie nasza kuchnia i nie nasz garnek.

W sumie to zrozumiałe, że jak coś się przypali to później trzeba szorować, ale mleko jest na tyle wredne, że trzeba namaczać i szorować garnek nawet jak się nie przypali i nie wykipi.

Właściwie to tak po zastanowieniu doszłam do wniosku, że za bardzo nie ma się czemu dziwić, skoro mleko przeznaczone jest dla cieląt, a  natura łaskawie darowała ich matkom gotowanie jedzenia.  To mniej więcej tak, jakby matka karmiąca piersią przed zaserwowaniem posiłku, wpierw musiała podgotować sobie biust w mikrofali. Absurd :)

Ale wracając do szeroko pojętego aspektu konsumpcji mleka. Kto ze szczerego serca pokochał w dzieciństwie zupę mleczną? Łapka w górę!

Ja pokochałam, ale inaczej. Traumę z dzieciństwa pielęgnuję w sobie do dziś i nawet najbardziej zmasowane kampanie mleczarskiego lobby nie są w stanie jej złagodzić i przekonać mnie, że później będę zdrowa i wielka. A po chlebie to nie będę? Po bananach też nie? To może chociaż po kaszy jaglanej, skoro taka zdrowa? :)

Nawet wyłączając spożycie oraz dietę, mleko konkretnie potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie również i na innych płaszczyznach życia.  Wylaliście kiedyś mleko na wykładzinę w samochodzie? Nie? To macie szczęście, a jeśli kiedykolwiek wylejecie, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest wymiana samochodu na inny. I to jak najszybciej. Wiem, bo sąsiadka kiedyś wylała. Ja wprawdzie tej przyjemności na własnej skórze nie doświadczyłam, ale spotkała mnie kiedyś inna mleczna przygoda.

Parkując onegdaj na Ursynowie (wcale nie pod Jagny horror blokiem) podpadłam pewnej starszej pani, której nie spodobało się, że parkuję pod jej oknami. Nawrzeszczała na mnie z okna i zagroziła, że jak nie odjadę, to mi obleje auto mlekiem. Nieświadoma kalibru tej groźby uznałam, że parkuję prawidłowo, w dodatku na wyznaczonym miejscu, więc puściłam groźbę wściekłej staruszki mimo uszu i poszłam załatwić swoje.  Po powrocie zastałam pojazd w stanie nienaruszonym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. :) Ruszyłam w stronę Krakowa. Na trasie wyszło słońce. To brzmi nieprawdopodobnie, ale po drodze odwiedziłam chyba wszystkie myjnie samochodowe. Przez przednią szybę zaczęłam coś widzieć dopiero jakoś mniej więcej w okolicach Częstochowy. To niesamowite, co mleko potrafi zrobić z przednią szybą i jak ciężko się go pozbyć, szczególnie latem, zatem nie polecam. Chyba, że chcecie się zemścić 😀

No dobrze, kto chce niech sobie pije. Moja rodzina nie musi, jedyne odstępstwo to poranna kawa, a że okresami się z mężem odchudzamy, zatem czasem w lodówce ląduje karton krowiego 0,5%. Często zabieramy je ze sobą na wyjazdy przekonani, że na miejscu zaserwują nam przynajmniej dwuprocentowe kaloryczne szaleństwo. Jako że zawsze wyjeżdżamy dopakowani jak uchodźcy z Południowej Palestyny i w bagażniku nie ma gdzie szpilki wetknąć, zatem zwykle pod moimi nogami ląduje dyżurny plecaczek spożywczy. W drodze powrotnej jest już nieco luźniej, tak więc nikt specjalnie nie przykłada się do systemu pakowania. Szczególnie na ostatnim etapie dopychania. No i tu chciałam wspomnieć o zeszłorocznej, kolejnej, mlecznej wpadce, która o mało nie pociągnęła za sobą strat dużo bardziej pokaźnych finansowo niż znikomy koszt, opróżnionego do połowy, kartonu z niskoprocentowym łaciatym.

Można powiedzieć, że chytry dwa razy traci, ale co miałam zrobić? Miałam wylać? Bez sensu.  Karton był z tych na zakrętkę z gwintem, więc niewiele myśląc, upchnęłam go do torby z narciarskimi ciuchami. No i się po drodze wylało… Gwint był nieszczelny i poszło bokiem. Akurat mieliśmy 2 dni pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, tak więc wrzuciłam to wszystko do pralki i po problemie. Niestety, tylko tak mi się wydawało. Mogłam przewidzieć, że ta podstępna ciecz sprawi nowe kłopoty. Ale nie przewidziałam. Apiać spakowałam wyprane ciuchy do toreb i pojechaliśmy całą rodziną na Słowację. Już w pierwszym dniu, na stoku, mój mąż zapytał z mocno niepewną miną, czy ja coś czuję.

– Czujesz coś ode mnie?

– Nie. A co mam czuć?- zdziwiłam się.

– Nic nie czujesz? Serio? Bo wiesz, chyba coś mi capem śmierdzi ze spodni.

– What?!- zdębiałam, aż zaparowały mi gogle.

– No mówię. Coś tak jakby z wytwórni owczych serów. Aż boję się iść do toalety…

Myślałam, że żartuje, ale głupio było na stoku wąchać mu spodnie, więc puściłam tę wymianę zdań mimo uszu. Coś ściemnia. Przecież je wyprałam!

Wieczorem zmieniłam zdanie. Po zdjęciu spodni narciarskich mój mąż rzeczywiście woniał jak długo niemyty juhas z podhalańskiej bacówki. O spodniach już nawet nie wspomnę. Po kilku salwach śmiechu udało się ustalić winowajcę. To przeklęte mleko wlało się do środka mężowych spodni, a szczelne membrany skutecznie uniemożliwiły wypranie. Koniec końców uznaliśmy, że albo spodnie, albo my, zatem przez cały tydzień mąż trzymał swoje narciarskie spodnie na balkonie, a w dzień, gdy tylko temperatura wzrastała do zera (a w zeszłym roku było raczej na plusie), w barze, na stoku siadywał biedaczysko przy osobnym stoliku :)

Cóż, nie wspominał zeszłorocznych ferii zbyt mile, ale jakże mnie zaskoczył w tym roku, kiedy to po pierwszym dniu jazdy stwierdził, że znowu mu z gaci zalatuje zgliwiałym twarogiem. Jakoś tym razem od razu mu uwierzyłam 😀 Kurczę. Jakim cudem się wtedy nie doprało? Teraz znowu wyprałam na lewej stronie. Na wszelki wypadek trzy razy!

Sami zatem widzicie, że z rozlanym mlekiem wcale nie ma tak lekko. Dziś w narciarskich spodniach mężowi pachnie alpejskim wodospadem, a mleko na wszelki wypadek zostało w domu. Wypijemy sobie czarną 😀

Polskie drogi 3

Polskie drogi 3

 

Do rozwinięcia tego tematu zainspirował mnie pewien blog, na którym mój znajomy recenzuje hotele, w których bywa. Wnikliwie przeanalizował swoje spostrzeżenia i zrobił własny ranking plusów i minusów. Wprawdzie nie goszczę w hotelach aż tak często jak on, ale też niektóre przemyślenia mam całkiem podobne :)

Zacznę prozaicznie, od koszy na śmieci. Zupełnie nie rozumiem dlaczego one ZAWSZE są takie maleńkie i zwykle stoją gdzieś wciśnięte w najdalszy kąt łazienki(?) Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w hotelu, gdzie nie musiałabym rezygnować z kosza na rzecz foliowej siatki na zakupy. No bo na co komu taki tyci kubełek? Wrzuci człowiek do środka puszkę po piwie albo nie daj Boże dwie, a już się klapa nie domyka, i jeszcze człowiek wychodzi na menela, że wypił tyle, że aż cały kosz zapełnił 😀 Oczywiście jeśli w ogóle ta klapa działa, bo zwykle  pedał jest zepsuty albo kosz stoi w takim miejscu, że nie ma jak sięgnąć nogą, albo też jest tak mały, że zanim się klapa otworzy to się ten kubełek przewróci. Drodzy hotelarze, nie oszczędzajcie, proszę, na śmietniczkach! Postawcie normalnie, pod biurkiem choćby i plastikowy pojemnik na zwykły worek, rzecz jasna z workiem, bo również i worków nader często brakuje.

Drugą ważną dla mnie kwestią jest wi-fi. Łącze bezprzewodowe w dzisiejszych czasach jest już normą i właściwie jest dostępne już wszędzie, ale niestety w wielu hotelach, nawet i tych dobrych, jedynie z nazwy. Nie zliczę ileż to razy biegałam po korytarzu z laptopem i szukałam zasięgu. Raz go znalazłam na balkonie, niestety w styczniu. Drugim razem w ogródku restauracji, niestety bez możliwości skorzystania z elektrycznego gniazdka, ale się nie dałam. Skombinowałam kilka przedłużaczy i siedząc dwadzieścia metrów dalej podpięłam się do prądu w recepcji. Ha! Rzeczą nagminną jest, że w pokojach połączenie się zrywa, a w odpowiedzi na pytanie o jakąś inną sieć, recepcjonista ZAWSZE robi oczy wielkie ze zdziwienia i mówi, że u niego jest wszystko w porządku i nic nie zrywa. No tak, uwielbiam ten niewinny i pełen szczerego zdziwienia ton, że to chyba właśnie tylko tak teraz, bo przecież do tej pory wszystko działało normalnie :)

Oczywiście przy recepcji zawsze zasięg jest full, ale przecież gość płaci za pokój w hotelu, a nie za miejsce stojące przy recepcji.

Nie, nie :) Nie myślcie sobie, że ja jestem jakaś upierdliwa, ale powiedzcie czy jakąś wielką fanaberią jest oczekiwać, by w hotelowym pokoju znajdowała się wystarczająca ilość gniazdek?  Zwykle są dwa, zazwyczaj gdzieś wciśnięte głęboko za biurkiem, ewentualnie pod biurkiem. Nie dość, że aby się tam dostać, trzeba albo wyrżnąć głową w szufladę, albo też gruntownie przemeblować pokój, to żeby na przykład podładować telefon trzeba zrezygnować z telewizji lub z oświetlenia na biurku. A już jednocześnie podłączyć laptopa, ładować telefon i przy akompaniamencie muzy z MTV przy okazji jeszcze wieczorem widzieć klawiaturę, to już normalnie opcja, która w przyrodzie nie występuje prawie wcale. Ja z gatunku tych bardziej zapobiegliwych, więc od niedawna wożę w walizce złodziejkę. Przedłużaczy już wozić ze sobą nie będę, ale i telefon na wszelki wypadek staram się naładować w samochodzie :)

No i ostatni hotelowy „kwiatek” czyli prysznic. Tu mogłabym wyprodukować długaśną epistołę, ale że to tylko felieton, zatem będę się streszczać. Kran. Tylko kran i aż kran, przy którym prawie nigdy nie wiadomo, w którą stronę obrócić wajchę, by poleciała ciepła woda, a przy nieco starszym patencie z zakręcanymi kurkami prawie zawsze z tego czerwonego zimna woda poleci :) No i ciekawe jeszcze skąd ta woda poleci… Czy zaatakuje nas od sufitu intensywny opad z podstępnej deszczownicy, czy też słuchawka nagle wywinie się z uchwytu i tańcząc ruchem wężowym nie spuści nam lodowatego prysznica na łepetynę prosto od fryzjera? A jak do tego jeszcze dodamy zacinające się drzwi od kabiny, obowiązkowo – mniej lub bardziej – przytkany odpływ z brodzika oraz stary jak świat wynalazek w postaci ceratowej zasłonki, której nikt nigdy nie myje, wieczorna tudzież poranna toaleta w hotelowej łazience jawi się jako stresujące i wymagające saperskiego refleksu wyzwanie. Ja nie wiem jak to jest, ale choćbym nie wiem jak sprytnie umknęła przed opisaną wyżej serią wymyślnych zasadzek i choćbym nie wiem jak zwinnie wiła się w okolicy najdalszego kąta prysznica to i tak ta obrzydliwa zasłonka ZAWSZE, jakimś cudem, mi się do tyłka przyklei 😀

Bajkowe życie

Bajkowe życie

 

Pewnie nie raz każdy z Was zastanawiał się, jak by nam się żyło, gdybyśmy umieli czarować. Oczywiście łatwiej, co udowodnił nam na przykład Harry Potter i jego kumple czarodzieje. Zamiast walczyć z przepaloną żarówką by sobie człowiek powiedział Lumos! I wygenerował światło z różdżki. Albo jakby się do niego jakiś dresiarz na osiedlu rzucał, to wystarczyłoby wyczarować świetlistego Patronusa. Gary w zlewie? Żaden problem – szybkie zaklęcie i wszystko zmywa się samo. Do pewnego stopnia sprzęty typu zmywarka zastępują nam magię, ale tylko do pewnego. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten, kto nie toczył wojny domowej o to, kto powyciąga i poodkłada na miejsce czyste talerze. A jakby różdżka była, to – siup! – szybkie machnięcie i wszystko samo grzecznie szybuje do szafek.

Czyli ustalamy, że sprzęty domowe jak zmywarka czy pralka są czymś w rodzaju połowicznej magii. Co sprytniejsi wyczarowali sobie, w celu uzupełnienia owej magii, panie do pomocy, ale użyli zaklęcia EXTRAPIENIĄDZUS WYDANOS! Nie każdy je opanował, więc wracamy do punktu wyjścia.

Czyli do tego, jakby to było, gdyby była magia i za jej pomocą rozwiązywałoby się wszystkie problemy. I co najważniejsze – jakby się to sprawdziło w naszym pięknym kraju.

Bo w Anglii to wiemy. Banda młodocianych czarodziejów szła na dworzec kolejowy, rozpędzali się i szarżując słup przenosili się na peron 9 ¾. Potem wsiadali w pociąg, który odwoził ich do szkoły z internatem, gdzie mieli różne ciekawe przygody z przewagą niebezpiecznych, a ich rodzice zajmowali się swoimi sprawami i na prawie rok zapominali, że mają potomstwo. Wygodnie, elegancko i… w naszych realiach raczej nierealnie 😀

Czym więc zajmowaliby się czarodzieje nad Wisłą?

Ha! Na takie pytanie nikt chyba jeszcze nie odpowiedział, więc pozwólcie, że przedstawię Wam przykładowy dzień modelowej rodziny czarodziejów z naszych stron 😀

7.00

Mama czarodziejka otwiera jedno oko i nienawistnym spojrzeniem patrzy na zaklętego w budzik i wrednie gruchającego gołębia. Po omacku namierza różdżkę i celuje nią w paskudę.

– GRUCHANDO FINITO! – syczy i spala gołębia pojedynczą iskrą.

– Znów? – mamrocze jej mąż czarodziej podnosząc się niechętnie. – To już dziesiąty budzik w tym miesiącu, kochanie.

– Nie szkodzi! Na jego miejsce po dwadzieścia dziennie siedzi i paskudzi na balkonie – bagatelizuje małżonka i człapie do kuchni.

A w zlewie oczywiście stos nieumytych naczyń.

– VASA ABLUO! – mówi czarodziejka i naczynia grzecznie podrywają się do góry.

Kran się otwiera i roznosi się przeciągłe syknięcie. Znów awaria wody.

– Jasna cholera! – denerwuje się pani domu.

– Co tam? – krzyczy z kibelka jej mąż.

– Znowu wody nie ma!

– Cholera, nigdy nie byłem dobry z zaklęcia znikającego – szepcze czarodziej, nerwowo zerkając w czeluść muszli klozetowej.

7.30

– Szybciej dzieci! – pokrzykuje nerwowo do dwójki latorośli pani domu.

– Ale mamo! – protestuje syn. – Kanapka z serem? Nie lubię!

– To nie lub dalej! – fuka pan czarodziej. – Nic innego nie ma.

– Nie możesz czegoś wyczarować? – prosi córka. – Ja też nie lubię!

– Z lodówki tata nic nie wyczaruje, bo nic innego nie ma. Nie było kiedy pojechać do Tesco… – wtrąca się mama.

– No to z Tesco niech wyczaruje… – prosi syn.

– Zwariowałeś? – denerwuje się matka. – Chcesz, żeby ojca zamknęli?

– A poza tym nałożyli silne zaklęcia ochronne – mruczy ojciec popijając herbatę.

8.00

Po szczęśliwym wypchnięciu rodziny za drzwi, pani czarodziejka, siada z westchnieniem na kanapie. Uruchomiłaby pranie, ale wody oczywiście dalej nie ma. A może by tak rzucić zaklęcie odkurzające? Dywany niezbyt czyste. Tylko po co? Smog zaraz znów nasyfi w chałupie, a czego on nie załatwi to dzieci dobrudzą.

Czarodziejka idzie więc do kuchni i wyjmuje z lodówki garnek z resztą niedzielnego rosołu. Stawia go na kuchence i wsuwa różdżkę pod pokrywkę.

– TRANSFORMATUS POMIDOROWA! – wygłasza zaklęcie i zadowolona z siebie wraca na kanapę.

Kolejnym zaklęciem włącza telewizor i przez następne cztery godziny gapi się w program ”Czarowanie na śniadanie” zżymając się w duchu na zgrabne zdziry, które pląsają radośnie po studiu. Cwaniary! Ciekawe, czy byłyby takie urocze bez nielimitowanych zaklęć odmładzających fundowanych przez swoich bogatych czarodziejów.

12.00

Po wysłuchaniu ostatnich porad z programu, z których najbardziej jej się spodobało to zaklęcie natychmiastowo mrożące francuskiego szampana, czarodziejka podnosi się z kanapy i zaczyna szykować do wyjścia. Z braku kominka nie używa proszku fiuu, tylko teleportuje się z czwartego piętra na dół klatki schodowej, bo winda znów zepsuta.

Już na podwórku przeskakuje zgrabnie nad samoodśnieżającą szuflą czarodzieja dozorcy, którą ten puścił w ruch tydzień temu i zapomniał odwołać do piwnicy, mimo, że po śniegu chwilowo nie ma nawet śladu. Szufla gorliwie lata po podwórku z niemiłosiernym zgrzytem trąc o gołe chodniki.

Czarodziejka wzrusza ramionami i w ostatniej chwili uchyla się przed workiem ze śmieciami, który leniwa sąsiadka lewituje do śmietnika wprost z balkonu na trzecim piętrze.

– Niech pani trochę uważa, pani Nowakowa! – wrzeszczy ze złością czarodziejka i nie oglądając się na sąsiadkę, rusza szybkim marszem w stronę sklepu osiedlowego.

12.30

Kolejka do mięsa nie jest długa, ale wyjątkowo powoli idzie. Każda z kolejnych stojących w niej czarodziejek próbuje rzucać na wędliny zaklęcie TERMINUS OBJAWIS, a ekspedientka za każdym razem rzuca się z poświęceniem krzycząc – PROTEGO!

Szczególnie w poniedziałki ma mnóstwo roboty. Od czasu, gdy w gazecie „Czarodziejka Polska” napisali, że supermarkety zatrudniają na weekendy bezrobotnych animagów, którzy transmutują przeterminowane mięso w produkty pełnowartościowe.

– Pani nie bierze kurczaka – szepcze do naszej czarodziejki sąsiadka z kolejki. – Pani wie, co oni z tym robią?

– Co takiego?

– Szwagier jest…

– Animagiem? – wtrąca czarodziejka.

– A gdzie tam! Kierowcą w hurtowni jest. – macha ręką z lekceważeniem sąsiadka. – I mówił, że jak tym animagom nie udaje się zamienić starych udek w świeże, to transmutują to paskudztwo w żywe kurczaki, które potem na zapleczu… No wie pani..

Kobieta przeciąga znacząco palcem po szyi, a czarodziejka wzdraga się i wychodzi z kolejki. Kieruje się do działu z warzywami i bierze nieco przechodzone pieczarki. Dzisiaj na kolację będą zapiekanki.

– Pani nie bierze tych pieczarek! – krzyczy za nią szwagierka kierowcy z hurtowni. – To transmutowane domy Smerfów przeznaczone do rozbiórki!

Ale czarodziejka już jej nie słyszy. Podchodzi do kasy i przytyka różdżkę do sklepowego czytnika. Jej koniec rozżarza się na czerwono informując, że nastąpił debet. Oddycha z ulgą, gdy płatność jednak przechodzi i szybko zmierza w stronę apteki, żeby wykupić mężowi eliksir na reumatyzm.

– Pełnopłatnie czy z przepisu? – pyta magister czarodziejka.

– Z przepisu – mówi żona, lewitując w stronę okienka świstek od lekarza.

– ENEFZETIKS REFUNDO! – wygłasza farmaceutka stukając różdżką w receptę.

 

  1. 30

Z hałasem, niczym tabun dzikich koni, do domu wpadają dzieci. Czarodziejka sprawdza krany i z ulgą odnotowuje, że woda znów jest. Cichym pyknięciem podpala płomień pod pomidorówką i nastawia wodę w rondlu na makaron.

– Myć ręce, szybciutko! – zarządza.

– Oj mamo! – marudzi syn.

– Bez dyskusji!

– Mamo! – zaczyna skarżyć córka. – No on to koniecznie musi umyć!

– Zamknij się! – wrzeszczy synek.

– Mów!

– Bo jak wracaliśmy – referuje z przejęciem córka – to po drodze spotkaliśmy taki samochód pełen dresiarzy. I tam było tak głośno! I Stasiu wyjął różdżkę i…

– I co? – pyta złowieszczo matka.

– No i rzuciłem zaklęcie DISCOPOLUS FINITE – krzyczy z łazienki synek. – A oni wyleźli z samochodu, wyjęli różdżki i powiedzieli WBEJSBOLUS TRANSFORMAE!

– Matko Boska! – szepcze czarodziejka. – I co było dalej?

– No i im się te różdżki zamieniły w takie kije bejsbolowe… – wtrąca córka.

– To wiem – macha niecierpliwie ręką matka. – Co wyście zrobili, pytam?

– No Stasiu skierował różdżkę na trawnik i powiedział KUPA LEVIOSA! Bo myśmy chcieli ich psią kupą obrzucić, ale zaklęcie nie wyszło, więc…

– Więc co?

– No ręką rzucaliśmy a potem uciekliśmy… – wyjaśnia z łazienki Stasio.

– Czarodzieju w niebiosach, dzięki ci, że wodę włączyłeś – zwraca oczy do nieba czarodziejka.

17.30

– To się w głowie nie mieści – obwieszcza od drzwi czarodziej, stawiając teczkę na komodzie w przedpokoju. – Tłok dzisiaj był taki w ministerstwie, że kompletnie nie wyrabiałem się w pracy. To jest nienormalne!

– Biedaku! – użala się małżonka. – Co się stało właściwie?

– Trzy delegacje zagraniczne. – odpiera ponuro czarodziej. – I żeby wszystkie na raz! A skąd! Co zdążyłem zaczarować mopy, żeby wszystko wyczyściły, to następni szli. A trzeba ci wiedzieć, że sam minister na centrum miasta zaklęcie śniegu rzucił, więc błoto porobili w ministerstwie straszliwe.

– Umyj ręce i chodź zaraz na kolację!

18.30

– Mamo? – zapytał synek – Dlaczego te pieczarki na zapiekankach są takie niebieskie?

– Daj matce spokój – ofuknął go czarodziej.

Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Właśnie się zaczynały „Doniesienia z Ministerstwa”.

Czarodziejka w tym czasie zapędziła dzieci do wanny i wymuszając obietnicę, że dokładnie się wyszorują wyczarowała im w nagrodę niewielki wodotrysk lemoniady.

– To się we łbie nie mieści! – wrzasnął z pokoju czarodziej. – Im się powinno różdżki połamać!

– A którym? – zainteresowała się małżonka.

– Wszystkim! VUDOS! – wypowiedział zaklęcie.

Na stoliku pojawiła się butelka zmrożonej wódki. Rozsierdzony czarodziej polał sobie lufkę i dysząc nienawiścią spoglądał złowrogo w telewizor. Wypił zawartość i odszukał wzrokiem flaszkę.

– O nie! – zaprotestowała czarodziejka. – FINITO!

Butelka zniknęła, a czarodziej spojrzał na nią z wyrzutem. Kumple nauczyli go interesującego zaklęcia FEMINE EVANESCO, które w tych okolicach lepiej działało w wersji ŻONOWYPARUS, ale pozostawała kwestia dzieci. Kochał je bardzo, a im ta kanalia była potrzebna jak tlen.

– PANTOFLUS PETRIFICUS TOTALUS – wyszeptał pokornie i podreptał do sypialni.

– No! – skomentowała z satysfakcją małżonka i odpaliła internetowy kurs latania na miotle dla początkujących.

Po podwórzu niósł się odgłos skrobiącego o chodnik plastiku. Dozorca nadal nie odwołał szufli do piwnicy.

Czarodziejka położyła się do łóżka. Zza ściany nadbiegały dźwięki wyjątkowo skocznej piosenki z nurtu disco polo. Kobieta poprawiła lokówki i wpiła w ścianę nienawistne spojrzenie.

– DISCOPOLUS FINITE! – wyszeptała. – I jeszcze KUPA LEVIOSA! Ha ha! Za mojego Staszka to KUPA LEVIOSA Z CAŁEGO OSIEDLA!

Wrzaski dobiegające z sąsiedniego mieszkania dodały jej otuchy i energii. Przyda się do jutrzejszego wyłapywania Smerfów, które masowo zbiegły z piekarnika.

Polskie drogi 2

Polskie drogi 2

Jak to zwykle bywa w dłuższej podróży, dziś również, po paru godzinach jazdy naszły mnie podróżne przemyślenia. Wsiadając do Babowozu zwykle myślę, że w drodze nic sensownego nie wymyślę, a tu, nie wiadomo kiedy, rusza myślowy ciąg i nie można go zatrzymać.

Dzisiaj na ten przykład, naszło mnie przy hot-dogu. A konkretnie wtedy, jak przy jakiejś nierówności na asfalcie wpakowałam sobie do nosa keczup z musztardą 😀

Szybkie żarcie to zdecydowanie nie moje klimaty, ale w sumie to nie podróżuję znów aż tak często, żeby sobie odrobinkę nie pogrzeszyć. Poza tym, w trasie trzeba czasem skorzystać z toalety, a jednym z nielicznych miejsc, które trzymają przyzwoite standardy czystości jest McDonald’s. W sumie, przy okazji taki wrap lub bułka z mielonym, popita ohydną, niezdrową i tuczącą colą również w większości krajów trzymają mniej więcej taki sam standard. Wiadomo czego się spodziewać, więc ten właśnie bar szybkiej obsługi jeszcze do niedawna był moim pewniakiem. No właśnie, do niedawna, kiedy to przymuszona pilną potrzebą zajechałam do ich odwiecznej radomskiej placówki. Skoncentrowana na czymś zgoła innym, nie dostrzegłam zaparkowanych nieopodal dwóch autokarów. Kolejka do kasy co najmniej na pół godziny i taka sama długa do toalety. Zrezygnowałam. Nie miałam aż tyle czasu 😉 Drugi, niefortunny i na domiar złego już kolejny z rzędu raz, trafił mi się na trasie Wrocław-Kraków. Tam spryciarze dla niepoznaki wprowadzili system numerków. Otóż, uradowana, że jest jeszcze przed jedenastą i załapię się na przedpołudniowe menu z pysznym wrapem z pieczarkami i serem, w ciemno zajechałam na miejsce. Zero kolejki do kasy, więc złożyłam zamówienie, zapłaciłam i dopiero wtedy spojrzałam na numerek. 37 miejsce w kolejce oczekujących na realizację zamówienia! Myślałam, że mnie szlag trafi. I to ma być bar szybkiej obsługi? Jaja jakieś…

Obraziłam się zatem na Maca i przeniosłam me podróżne uczucia właśnie w stronę hot-dogów ze stacji benzynowych. Nieczęsto robię sobie przerwy w trasie, bo zawsze jest mi szkoda tych samochodów, które już wyprzedziłam, a że wyprzedzam praktycznie cały czas, to mam czego żałować, więc to rozwiązanie wydało mi się jeszcze lepsze niż poprzednie :)

Ale nic to. Wróćmy do rzeczonych hot-dogów. Nawet je lubię. Poza tym nie trzeba na nie długo czekać i dają się zjeść w czasie jazdy, więc i tych powtórnie wyprzedzonych jest zdecydowanie mniej, natomiast dziwi mnie zaobserwowana przy tym pewna prawidłowość. A raczej dwie. Po pierwsze zawsze, ale to ZAWSZE muszę upaprać się keczupem. Jak nie pociapię sobie musztardowo-keczupową breją na ubranie, to umażę sobie twarz i na serwetce zostaje mi połowa makijażu. Wiem, wiem, zaraz mi ktoś powie, żeby nie jeść w trakcie jazdy, ale wiecie, zawsze człowiekowi szkoda tych pierwej wyprzedzonych, no i na postoju też zawsze się brudzę :)

Drugą sprawą, która nie daje mi spokoju, jest fakt, że sprzedawcy również ZAWSZE, ale to absolutnie bez wyjątku, najpierw podają człowiekowi hot-doga, a dopiero później wydają resztę. A jak ja mam schować resztę do portfela jedną ręką? Mam sobie wetknąć tę bułę do gęby, czy jeszcze gdyś indziej, czy jak? Innego sposobu nie ma, by się przy okazji nie pobrudzić, ewentualnie nie upuścić wykeczupowanego hot-doga na podstawkę do wydawania reszty i pobrudzić także i ją, co raczej jest rzeczą pewną, więc nie rozumiem dlaczego sprzedawca nie może najpierw wydać reszty, a później wręczyć klientowi zamówienie.  Ktoś może powiedzieć, że on też chce mieć wolne ręce, by móc wydać resztę i właśnie dziś usłyszałam takie tłumaczenie, bo już nie wytrzymałam i zapytałam. Trochę to dziwne, że w ślad za sprzedawcami lodów, nikt nie wpadnie na to, żeby postawić na ladzie choćby zwykły kubek z logo stacji, żeby na czas płacenia i wydawania reszty wszyscy mieli wolne ręce :)

Jak widać, na pewne rzeczy wpływu człowiek nie ma, a przecież tak wiele drobiazgów nas wnerwia.

Ja nie wiem jak to jest, ale za każdym razem, jak wlewam płyn do spryskiwacza, to na dnie baniaka zostaje mi resztka płynu. Tak, jakby nie można było zrobić tych baniaków o pojemności 3,7 litra. W ten prosty sposób uszczęśliwionoby wielu kierowców, którzy od razu po nalaniu płynu, wywaliliby pusty pojemnik do kosza, a nie zastanawiali się co z nim zrobić. Odkąd sięgam pamięcią, jeszcze nie zdarzyło mi się jeździć autem – a było ich grubo powyżej dwudziestki – żeby nie została mi resztka tego płynu :)

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze jedną, absolutną samochodową prawidłowość. Nie znam na nią patentu, więc może ktoś z Was ma jakiś sposób bym poczuła się lepiej. Nie oczekuję nawet odpowiedzi, jak temu zaradzić, ale będzie mi miło i poczuję się raźniej, że nie tylko ja tak mam. Tu pomijam ostatnie zdarzenie, kiedy to na podziemnym parkingu w galerii handlowej pękła rura kanalizacyjna, oczywiście bezpośrednio nad moim samochodem, bo mnie takie sytuacje po prostu lubią, ale chciałam zapytać o owady. Czy u Was też zawsze największy owad roztrzaska się żółtym plackiem na szybie, centralnie na wysokości Waszych oczu? Czy podniszczona guma od wycieraczki pierwszą smugę zostawi również w tym samym miejscu (nawet bez żółtych zwłok owada), tak jakby pierwsza nie mogła się wystrzępić wycieraczka po stronie pasażera? Przecież one zużywają się tak samo. A może nie? Może to jakieś wyłącznie moje osobiste fatum? Pojutrze znowu trasa, ale tym razem już wiem, o czym znów dla Was napiszę, ale skoro zima już przyszła, to szerokości i przyczepności Wam życzę :)

Iza

 

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Chcecie wiedzieć skąd wzięła się saga „Stajnia w Pieńkach”?  W przeddzień premiery chętnie Wam to opowiem, rada, że w końcu ludzie przestali zadawać mi nieśmiertelne pytanie, jak to się stało, że ekonomistka zaczęła pisać książki :) Na powyższe pytanie odpowiedziałam niezliczoną ilość razy, a przecież piszę książki od 7 lat, więc to już żadna nowość.

Wiecie, że ja lubię się śmiać i lubię humor, więc odpowiadając na pytanie o inspirację do stajennej sagi, nieco Was zaskoczę.

Do napisania tej trylogii zainspirowała mnie śmierć…

Pewnego lata, goszcząc z rodziną na wakacjach w zaprzyjaźnionej stadninie w Borkowie, byliśmy świadkami śmierci źrebaka. Od samego początku był pechowy. Urodził się w piątek trzynastego, przyszedł na świat z trudnościami, kobyła ciężko przeszła poród. Mały nie chciał jeść. Same kłopoty, ale przez to stał się ulubieńcem wszystkich, aż po trzech miesiącach padł ofiarą skrętu jelit. Dziesięć godzin weterynarze walczyli o jego życie. Bez skutku, nie przeżył nocy. Płakaliśmy wszyscy. Następnego dnia popędziłam quadem odreagować na tamtejsze bezkresne bezdroża i tam mnie natchnęło, by jakoś ocalić tego biednego malucha od zapomnienia. Tak właśnie urodził się „Koncert…”, a później reszta.

Iza (10) Nie wiedziałam, że mi wyjdzie z tego trylogia, ale po pierwszych 400.000 znaków uznałam, że to jeszcze nie koniec. Tak polubiłam Magdę oraz pozostałych bohaterów, że towarzyszyli mi w sumie przez dwanaście miesięcy i chyba nie muszę pisać, jak smutno i łyso mi było, gdy zamiast CDN nareszcie napisałam KONIEC. Z jednej strony odetchnęłam i przysięgłam sobie, że już nigdy więcej pisania o gospodarskim inwentarzu, a z drugiej strony poczułam się jak jakaś bezdomna, której ktoś odebrał coś bardzo bliskiego.

Nie ukrywam, że to pierwsza powieść, przy której musiałam nauczyć się aż tak wiele. Zaczęło się od stadniny w Borkowie i KJ Amazonka. Później na drugi ogień poszła ferma strusi państwa Wojtanów w Lubniu, następnie Państwowa Inspekcja Weterynaryjna, Związek Hodowców Koni i gabinet weterynarii Pro Vivo Animali wraz ze świętej cierpliwości właścicielką Martyną Grzybowską- Krupa. Do tego mnóstwo konsultacji przez Internet i telefon.

W temacie przydomowej hodowli kur jestem już lokalną specjalistką, a tajniki sportowego ujeżdżania krów w niczym już mnie nie zaskoczą  :)

 

A wiecie skąd wzięły się Pieńki?

Bardzo długo kombinowałam nad tytułem. Stajnia pod Złotą Podkową, Pod Srebrnym Kopytem, Pod Zardzewiałym Hufnalem, Pod Krzepkim Kowalem, Pod Jurnym Drwalem… ech, zanotowałam sobie milion totalnych, beznadziejnych banałów, aż doszłam do sceny, w której stajenny Zdzichu, w sztok zalany padł przy bramie i w pijackiej malignie przytulił się do oblepionego żywicą pniaka. Tu mnie olśniło z tymi Pieńkami i tak zostało. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby to sprawdzać na mapie :)

 

Przy pisaniu bawiłam się świetnie, poznałam wspaniałych ludzi i wiele się nauczyłam, ale na sam koniec zostawiłam sobie dla Was pewną perełkę.  No właśnie! BOMBĘ MAM!

Dokładnie kilka dni temu, przez zupełny przypadek natrafiłam na prawdziwą stajnię w Pieńkach!  Aż nie mogę uwierzyć, że coś, co wymyśliłam, rzeczywiście istnieje! Prawdziwa Stajnia w Pieńkach leży w gminie Michałowo, a Agnieszka i Stanisław Jaworscy świata nie widzą poza swoją konną agroturystyką. Już nie mogę się doczekać, kiedy nareszcie ich odwiedzę i na własne oczy zobaczę te moje, jakże bliskie mi, kochane i autentyczne Pieńki!

I jak tu nie kochać tej roboty? :) No, powiedzcie sami…

Iza (47)

Unhappy New Year

Unhappy New Year

Z wieczorami sylwestrowymi różnie bywa. Jedni lubią dęte bale, inni domówki, jeszcze inni preferują wyjazdy albo plenerowe imprezy przy ognisku, kuligi. A jeszcze inni – nic.

Nie wiem jak Wy, ale ja zaliczyłam już w swym życiu wszystkie z powyższych i przyznam szczerze, że wszelkiego rodzaju imprezki i bale połączone z czyszczeniem restauracyjnych zamrażarek w kokilkach ze starym i pięć razy rozmrożonym strogonowem, kiedy to po północy już wszyscy wstawieni, zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Po kilku średnio udanych imprezach knajpianych, tudzież kilku imprezach masowych, zdecydowanie postawiliśmy na wieczory telewizyjne lub też imprezy wyjazdowe ze szczególnym akcentem położonym na szeroko pojęte narciarstwo oraz snowboardziarstwo :)

Ale wiecie jak to jest… Jeśli wszystko idzie gładko i przyjemnie, to się tego wcale nie pamięta. Co innego, jak się wszystko w iment posypie. Wtedy dopiero coś się dzieje. Są przygody = są wspomnienia.

W tym momencie należałoby z naciskiem zaznaczyć, że przy organizacji towarzyskich imprez wyjazdowych, istotne jest konkretne określenie miejsca wspólnego sylwestrowego balowania. Niby jest to sprawa aż nazbyt oczywista, ale jednak…

1/ W czasach gdy uczęszczałam jeszcze do klasy maturalnej, napatoczył mi się pewien o pięć (pięć! lat starszy!) amator, w sensie, że niby zadeklarowany narzeczony. Ów narzeczony pracował w dziale zaopatrzenia pewnej dużej państwowej firmy, a że obrotny to i wszystko załatwić potrafił, zatem gdy tylko pojawił się temat Sylwestra od razu przystąpił do działania. Jego firma, jak większość szanujących się w tamtych czasach przedsiębiorstw, dysponowała ośrodkiem wczasowym z góralskimi domkami. Konkretnie w Skomielnej.  Nie było na co czekać, więc skrzyknęliśmy z 10 znajomych. Bieda wtedy była, w domkach tylko pościel, więc na liście rzeczy niezbędnych do zabrania ze sobą znalazło się żarcie, picie, magnetofon, baterie, przepitka, alkohol… No i tyle. Bo cóż więcej było trzeba :)

Narzeczony dysponował małym fiatem, więc zabraliśmy się w czwórkę wraz z żarciem, bateriami i przepitką, a pozostali mieli dojechać pekaesem i dostarczyć resztę. Jechaliśmy całą paczką, ale na pewnym etapie coś poszło nie tak.  W efekcie, nasza czwórka wylądowała w domku w Skomielnej Czarnej z mnóstwem jedzenia, a pozostali, którzy jechali pekaesem zainstalowali się na przystanku autobusowym w Skomielnej Białej. My mieliśmy żarcie i popitkę, a oni mieli alkohol. My mieliśmy baterie R20, a oni mieli radio. My mieliśmy domek, a oni mieli przystanek autobusowy przy Zakopiance. Finalnie wszyscy wkurzeni. Nasi, bo nie mieli alkoholu. Mój „narzeczony” bo całą noc jeździł samochodem i szukał tych melepetów, co sobie wsie pomylili. Tamci też byli wkurzeni, bo mieli alkohol, ale bez naszej popitki. Prawie umarli z głodu i zamarzli na przystanku autobusowym. Na koniec obwinili nas o zły adres, a nasi towarzysze spokrewnieni z tamtymi z przystanku wściekli się na nas, że nie umiemy organizować imprez. Do domu wszyscy wrócili trzeźwi, zziębnięci, wkurzeni i pokłóceni na amen.

2/ Z tymi nazwami docelowych miejscowości na serio trzeba bardzo uważać. Pewnego razu, wraz z moim świeżo poślubionym mężem, postanowiliśmy powitać Nowy Rok narciarsko, na Słowacji. Jeszcze z czasów liceum zapamiętałam cudowną Tatrzańską Łomnicę i właśnie na tę miejscowość padł nasz wybór. Mąż pojechał do biura podróży, wykupił dziesięciodniowy pobyt w dwuosobowym pokoju z łazienką w Łomnicy i cały zadowolony pognał z nartami do serwisu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce…

Zamiast śniegu było błoto, a zamiast klimatycznego miasteczka w górach, trafiliśmy do okropnej mieściny położonej centralnie w rozległym stepie. Zamiast wymarzonego hoteliku trafiliśmy do jakiegoś domu, w którym mieszkało na biedę z dwadzieścia osób i wszyscy korzystali z jednej jedynej łazienki :)

Zamiast uroczych knajpeczek, w których mieliśmy zamiar się stołować, trafiliśmy na jedyną w miasteczku, odpychającą kuflotekę z ceratami zamiast obrusów. W dodatku po brzegi wypełnioną Cyganami, którzy to, jak się później okazało, stanowili 90% mieszkańców naszego miasteczka. Tatrzańska Łomnica i Wielka Łomnica to prawie to samo i, jak zwykle „prawie” czyni dużą różnicę. W tym przypadku rzekłabym, że kolosalną 😀

Ale nie daliśmy się tak łatwo! O nie! W oddali, gdzieś na końcu stepu majaczyły słowackie Tatry, zatem następnego dnia zarzuciliśmy narty na ramiona i ruszyliśmy na przystanek tamtejszej kolejki zwanej powszechnie elektrićką. Przynajmniej to jedno się zgadzało, ale do tego, żeby ujrzeć wyczekiwaną tabliczkę z napisem pozor vlak, trzeba było przejść w błocie jakieś dwa kilometry. Ale co tam. Człowiek młody, to się nie przejmował i żwawo drałował w butach narciarskich na peron. Później jeszcze, tylko jakaś godzinka jazdy pociągiem do tej właściwej Łomnicy, ale tym też nikt się nie przejmował. Perspektywa szusowania była ważniejsza, niż wszystkie trudy, więc następnego dnia raźno zameldowaliśmy się pod gondolową kolejką. Prawie jak VIP-y. Tanio nie było, przynajmniej jak dla studentów :) Wprawdzie kasjer trochę dziwnie nam się przyglądał, ale też bez mrugnięcia okiem sprzedał nam bilety na górę.

Mniej więcej w połowie jazdy, wjechaliśmy w chmurę. Widoczność na jakieś pięć metrów, ale przecież kto ma dać radę jak nie my? Nie w takiej mgle się śmigało, więc na górze przypięliśmy narty i zaczęliśmy się rozglądać za nartostradą. Jak się okazało, śniegu tam było tyle, co jakieś nędzne pięćdziesiąt metrów kwadratowych i na tym koniec, więc trzeba było odpiąć narty i zapłacić za zjazd kolejką w dół :)

Tym razem dotarła już do nas groza całej sytuacji. Nie było śniegu, nie było gdzie jeść, a nasza kwatera zasadniczo nie sprzyjała pomieszkiwaniu, więc zainstalowaliśmy się w restauracji na dworcu w Tatrzańskiej Łomnicy i finalnie właśnie tam spędziliśmy większość całego naszego pobytu. Ależ tam gotowali! Knedliki, bravcove rezenie, wyprażany syr, tatarska omaćka, hranolky i złoty bażant :)

Oj! pojedliśmy wtedy jak nigdy. I popiliśmy. Powroty na kwaterę nie były już takie straszne, a my, co prawda odrobinę niedomyci z braku możliwości częstego korzystania z łazienki, przynajmniej byliśmy najedzeni i nauczyliśmy się na pamięć jadłospisu po słowacku. Przez tydzień zostawiliśmy u kelnera chyba dwie jego wypłaty i wszystko szło świetnie, aż w końcu nastał sylwestrowy wieczór. W cygańskim miasteczku nikt nic o żadnej imprezie nie wspominał, a w górskich hotelach wszystko już było zajęte, więc jak w dym pojechaliśmy po południu do naszego dworcowego baru z nadzieją na imprezę. Od razu, na wejściu, nasz zaprzyjaźniony kelner szybko sprowadził nas na ziemię mówiąc, że o dwudziestej pierwszej zamykają, to więc my gazem do delikatesów.

Tuż przed zamknięciem sklepu chwyciłam z prawie pustej już półki dwa tanie wina o dźwięcznej nazwie novohradska dievica, a mój mąż ucapił flaszkę z cytrynową wódką.  Była strasznie żółta 😀

Zabezpieczeni na wieczór sylwestrowy, znów stawiliśmy się w naszej restauracji i tym razem zjedliśmy na koszt firmy, ale rzeczywiście o dziewiątej wieczorem nas wyprosili i sami pojechali do domu witać Nowy Rok. Niechętnie pozbieraliśmy nasze butelki i przeszliśmy do dworcowej kasy po bilety powrotne. Dosłownie kilka metrów dalej. A tu zonk! Ostatnia elektrićka już odjechała, a następna miała odjechać dopiero kilka minut po północy…

Właśnie zaczął padać śnieg, więc czmychnęliśmy do poczekalni, ale nasze szczęście trwało krótko, bo na dwie godziny przed północą wyrzucono nas na zewnątrz i zamknięto poczekalnię. Na szczęście, na peronie stała drewniana ławeczka, więc mieliśmy gdzie przycupnąć. Było magicznie. Upragniony śnieg sypał płatkami wielkości pięciozłotówek, a dworcowy termometr nareszcie zaczął wskazywać wyczekiwane minusy.  Rzeczywiście zrobiło się czarodziejsko, dopóki nam zadki nie zaczęły przymarzać do niczym niesłoniętej ławki. Nasze spojrzenia w jednej chwili spotkały się nad siatką z butelkami. W pierwszym podejściu sięgnęliśmy po cytrynówkę. Niestety zakrętki nie dało się odkręcić, więc odbezpieczyliśmy pierwszą dziewicę z Novohradu. Ych! W życiu nie piłam takiego świństwa i nigdy mnie tak nie otrząchało po wypiciu, ale co tam! Trzeba było się jakoś rozgrzać, prawda? Mój mąż również otrząchał się równo, a śnieg, w ciągu godziny, prawie nas zasypał.

Z każdego z okolicznych hoteli dobiegały nas radosne odgłosy sylwestrowej zabawy, a my co? Jak te ostatnie bidule, jak te przemarznięte sieroty usmarkane, jak te biedne dziewczynki z zapałkami i z flaszką taniego wina w dłoni, skuleni niczym obdarci bezdomni, czekający nocą na upragnioną elektrićkę do upragnionego pokoju u naszych romskich braci… odliczaliśmy minuty.

Na godzinę przed północą ujrzeliśmy dno pierwszej butelki, ale że ohydne wińsko jakoś słabo grzało to odbezpieczyliśmy drugą butelkę.  Tę udało nam się opróżnić prawie do dna, jak na łomnickim niebie rozbłysły noworoczne fajerwerki, a nasz pociąg nareszcie odtrąbił odjazd. Zmarznięci, ale szczęśliwi zaanektowaliśmy cały przedział, odstawiliśmy wino na składanym stoliczku i w kucki przylgnęliśmy do grzejnika. Nagle mój wzrok zatrzymał się w okolicy etykietki, na której drobnym maczkiem napisano, że to było… BEZALKOHOLOWE WINO :)

Święta, święta…

Święta, święta…

 

Iza: Wiesz co? Właśnie włączył mi się przedświąteczny stres. Zawsze tak mam, że na kilka dni przed świętami zaczynam odczuwać niepokój.

Jagna: Z czym konkretnie?

Iza: Że nie zdążę, w sensie, że przy gotowaniu mi coś nie wyjdzie, że czegoś zapomnę, choć się to nigdy nie zdarzyło, że coś jeszcze w międzyczasie zawalę i że komuś prezent nie siądzie. Starczy?

Jagna: Wcześnie Cię z tym stresem naszło w tym roku :)

Iza: To wszystko przez faceta z warzywniaka, w którym zawsze robię zakupy. Sprezentował mi dziś susz na wigilijny kompot. Wiesz jak ja nie cierpię tego kompotu?! Taki mętny i ciepły…, i te sflaczałe owoce. A fuj!  Aż mnie potelepało na samą myśl.

Jagna: To po co go robisz?

Iza: Bo Zbysiu uwielbia :) A ja uwielbiam zapach tego suszu. To mój ulubiony świąteczny zapach. A ty masz jakiś ulubiony? Z czym najbardziej kojarzą Ci się święta?

Jagna: Z czym najbardziej kojarzą mi się święta? Ha! Trudne pytanie, ale podejrzewam, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że ze świątecznym jedzeniem. Od najmłodszych lat miałam tak, że gdy tylko napłynęły pierwsze zapachy bigosu, to pchałam się do kuchni i nie dawałam się mamie ścierą przepędzić. Kulminacyjnym punktem kuchennej okupacji było oczywiście wylizywanie łopatek od miksera z kremu, który mama szykowała do wigilijnego tortu makowego. Czasy były, jakie były, słodyczy jak na lekarstwo, więc trudno się specjalnie dziwić 😀

Jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze na świecie były wigilijne pierogi z kapustą. Kiedyś z kuzynem (a mieliśmy może po 10 lat) zrobiliśmy zawody, które z nas zje ich więcej. Gdzieś po piętnastym straciliśmy rachubę, po czym ja opadłam na krzesło i myślałam, że zaraz pęknę, a on spokojnie zaatakował śledzie. Konsumował dłuższy czas, po czym nagle zzieleniał i poleciał truchtem do łazienki. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrałam, bo kuzyna z konkursu wykluczył niedozwolony doping w postaci śledzi 😀

Iza: Nie no, takich jazd to u mnie nie było :) Ale generalnie pierwsze skojarzenie to karp po żydowsku. Mniej więcej w co drugiej mojej książce bohaterka przyrządza go na Wigilię. No i oczywiście barszcz z uszkami, choć barszcz sam w sobie na naszym stole gości dość często, ale komu by się chciało lepić uszka w lipcu? Choć jestem osobą zapobiegliwą i już w wakacje obmyślam, co komu kupić pod choinkę  :) A tak na marginesie, kiedy przestałaś wierzyć w Mikołaja?

Jagna: Ty wiesz? Dokładnie nie pamiętam, więc to musiało być wcześnie. Mam w głowie jedynie taką migawkę, że tuż przed Wigilią zadzwonił telefon. Pamiętam go. Taki żółciutki i oczywiście z tarczą :) Mama mnie zawołała mówiąc, że Mikołaj dzwoni. I w telefonie rozległ się tubalny głos, którego się tak przestraszyłam, że mało w gatki ze strachu nie narobiłam. W ten sposób sąsiad (o czym dowiedziałam się długi czas po tej rozmowie) zapisał mi się w głowie traumą telefoniczną 😀

A jak było u Ciebie? Ej, a tak mi się skojarzyło, w Krakowie to pod choinkę Aniołek prezenty przynosi?

Iza: Ja zawsze zaliczałam się do tych łatwowiernych i naiwnych, więc wierzyłam dość długo. Nie pomogły nawet sensacyjne doniesienia od koleżanek, przedwcześnie uświadomionych przez starsze rodzeństwo. Ja wiedziałam swoje i z wypiekami na twarzy co roku układałam na parapecie list i grzecznie czekałam na prezenty. Do myślenia dało mi dopiero pewne zdarzenie u mojego kolegi, którego pewnej nocy z piątego na szóstego grudnia obudziły przekleństwa i hałas. Jak się okazało, przed snem nie odstawił tornistra na miejsce, a jego ojciec idąc po omacku z prezentami, potknął się o tornister i jak długi runął na podłogę. Przy okazji facet złamał sobie rękę i zmiażdżył część prezentów. Tak więc następnego roku postanowiłam sprawdzić, co jest grane z tym Mikołajem i nic nikomu nie mówiąc napisałam list i jak zwykle położyłam go na parapecie. Zazwyczaj znikał po kilku godzinach, tym razem leżał kilka dni. Znikł dopiero wtedy, gdy mama wyraziła swoje „zaniepokojenie” i zapytała czy napisałam już list. Powiedziałam, że list leży i czeka od tygodnia. No i cała   sprawa się rypła, bo list wyparował w pół godziny :) Później wystarczyło już tylko sprawdzić szafki.

A w temacie Aniołka, to niby kto ma przynosić prezenty pod choinkę? Mikołaj przychodzi 6 grudnia, więc to nie może być w kółko jeden i ten sam gość.  Choć z dwojga złego zawsze to lepsze niż jakiś Gwiazdor :)

Skoro już jesteśmy przy świątecznych regionalizmach, to jaką w Warszawie jada się zupę w Wigilię? Dasz krótki przepis?

Jagna: W Warszawie trwa odwieczna walka czerwonego barszczu i grzybowej :) U nas w domu rozwiązało się sprawę tak, że w Wigilię podajemy jedno i drugie. Czerwony barszcz oczywiście z uszkami a grzybową z makaronem. Barszcz jak barszcz, ale grzybowa musi być esencjonalna i czarna jak smoła. Już od sezonu grzybowego zbieramy na nią tzw. „smak”. Oznacza to po prostu tyle, że po każdych gotowanych grzybach koncentruje się pozostały wywar i mrozi. W przeddzień Wigilii się te wszystkie zapasy wyciąga, wrzuca do gara, dolewa wody, dodaje przemysłowe ilości suszonych grzybów oraz cebulę i dość długo gotuje. I to właściwie, po pierogach, jest moją ulubioną potrawą. Co nie znaczy, że gardzę barszczem z uszkami 😀

Chociaż i tak najważniejsze są prezenty i w cywilizowanych miejscach przynosi je Mikołaj, a nie żaden Aniołek 😀

A pamiętasz swój prezent marzeń? Taki, że aż Cię zatkało wrażenia? U mnie to był chomik, konspiracyjnie przechowywany u sąsiadów. Myślałam, że się posikam z radości jak znalazłam go pod choinką. Autentycznie zatkało mnie z radości. Mojego kota też 😀

Iza: To były narty, ale przy tej okazji zatkało mnie na dłużej z innego powodu… Miałam wtedy może 3-4 lata, gdy przyszedł do mnie św. Mikołaj z obstawą w postaci diabła i anioła. Mikołaj był prawdziwy. Biskup jak trzeba, nie jakiś pajac z koncernu. Anioł był cudowny, miał prawdziwe skrzydła i blond włosy, ale najlepszy z tej trójki był diabeł.  Na rogach miał mrugające czerwone lampki. Cały czas chodził po przedpokoju. Jedną ręką kręcił młynki ogonem, drugą potrząsał brzęczącym łańcuchem.  Dałabym głowę, że miał nawet kopyta! Tak mnie zamurowało z wrażenia, że wypuściłam powietrze dopiero jak wyszli. Po latach dowiedziałam się, że byli to aktorzy z teatru Bagatela, zatem pełna profeska.  Dorosły by się nabrał :) Pamiętam tego diabła, wymarzone narty, które wtedy dostałam i konsternację Mikołaja, jak na jego standardowe pytanie, czy byłam grzeczna, uczciwie powiedziałam, że nie za bardzo, i że nadal obgryzam paznokcie :)

Drugim, niestety już nie tak miłym, wspomnieniem pozostaje w mej pamięci widok prezentów pod choinką w Wigilię, w stanie wojennym. Mama stanęła wtedy na głowie i skądś wytrzasnęła prezenty, ale nie miała ich w co zapakować, więc zapakowała wszystko w wymięty szary papier i w gazety.  Może właśnie dlatego teraz godzinami ślęczę przy pakowaniu prezentów, choć dziś najlepiej kupić ozdobne torby i załatwić sprawę w kilka minut.  Ciekawe, jak u Was? Papier czy ozdobna torebka? Łatwizna, czy męka dla bliżej nieokreślonej idei? 😀

P.S. Jakoś strawię tę aluzję, w tym słabo zawoalowaną dyskredytację Krakowa oraz Aniołka. W końcu idą Święta i należy być dobrym dla bliźnich. Na szczęście nie przychodzi do nas Dziadek Mróz i z tego należy się cieszyć 😀

Jagna: Tu się zgadzam. Dziadek Mróz niech w Rosji siedzi 😉 A z tym pakowaniem prezentów to różnie u mnie bywa.  Z natury jestem estetką i lubię rzeczy ładne, ale przed świętami jest tyle do roboty, że czasami ratuję się torbami. Gazet w każdym razie, jak żywo, nie pamiętam 😀

Poza tym wyznaję zasadę, że wstążeczka zawsze ratuje sytuację. W zeszłym roku się zawzięłam na piękne pakowanie. Spędziłam nad tym parę godzin, ale efekt był imponujący: ładny papier, piękne wstążki i nawet gałązki choinkowe. Normalnie żałuję, że zdjęć nie porobiłam :)

A jak już tak temat choinki wypłynął, to muszę Ci powiedzieć, że absolutnie nie uznaję sztucznej. I nawet nie o wygląd chodzi, tylko o ten zapach. Jeśli w domu nie pachnie choinką, to tak, jakby świąt nie było. I pewnie sobie naiwnie teraz pomyślałaś, że skoro jestem zamiłowaną estetką, to i moja choinka się elegancko prezentuje. Otóż nic bardziej błędnego. Moja choinka to totalny bazar obwieszony bagażem sentymentalnym 😀

Czego tu nie ma! Koślawe łańcuchy z kolorowego papieru produkowane przez kolejne pokolenia dzieci, zabawki choinkowe rodem z PRL-u i nawet papierowy paw, którego z pomocą mamy skleiłam, gdy miałam z pięć lat. Jest tak obleśny, że przez całe święta toczymy z mężem wojnę. Ja pawia montuję na samym froncie a Piotrek po cichu go wrzuca na tył choinki. No to ja go znów na widok wystawiam. I tak przez całe święta aż do dnia rozebrania choinki, gdy ów koszmarny paw ląduje na kolejny rok w kartonie z bombkami 😀

Niech zgadnę! U Ciebie jest elegancko i choinka posiada konkretny zestaw kolorystyczny, zgadłam? :)

Iza: Niezupełnie. Posiada kilka zestawów kolorystycznych :) Co roku kto inny decyduje w jakim kolorze lub zestawie kolorystycznym ubrana będzie choinka, więc co roku jest inaczej. Odnośnie samej choinki, to niestety ostatnimi laty mamy sztuczną. Po pierwsze, od wielu lat wyjeżdżamy na narty już w pierwszym dniu świąt, więc zawsze po powrocie do domu już w styczniu, zastawaliśmy zasuszonego drapaka. Swoje dołożyły również zwierzęta. Psu tak pachniało ogrodem i lasem, że nieraz potrafił się zapomnieć i centralnie choinkę obsikać, ale to jeszcze pół biedy. Najbardziej w kość dają koty. Szajbie kilka razy zdarzyło się choinkę przewrócić, bo się na nią wdrapała. Wprawdzie ostatnio na zimę tyje i przybiera formę kulistą, więc już nie za bardzo jej się chce latać po drzewach, ale kto ją tam wie. Natomiast Kapsel, na widok choinki i ozdób, dostaje kompletnego świra. Przy nim żadna choinka by nie przeżyła, gdyby moja córka nie doznała olśnienia, że koty nie lubią zapachu cytrusów. Ususzyłam zatem w piekarniku plastry pomarańczy i udekorowaliśmy nimi choinkę. Patent zadziałał, bo koty obraziły się na amen i nawet do niej nie podeszły, więc w tym roku znów będzie u nas cytrusowe drzewko :)

Pomału będę już kończyć, bo kuchnia mnie wzywa i trzeba ruszyć do garów, ale mam nadzieję, że nie każesz się prosić i wrzucisz fotkę tego pawia :) Ciekawość mnie zżera, o co z Piotrkiem tak zawzięcie walczycie, a korzystając z okazji chciałabym Wam oraz wszystkim naszym wspaniałym czytelnikom i sympatykom złożyć życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jagna: Wesołych Świąt Kochani :)

Ps. Skoro tak ładnie prosisz, to poniżej masz zdjęcie pawia. Tylko pamiętaj! Co się zobaczy tego się nie da odzobaczyć 😀

 

Widelcem podpisane: Z miłości do gotowania

Widelcem podpisane: Z miłości do gotowania

15577867_1349068291790275_1455077283_n

Program MasterChef oglądamy często i z dużym zainteresowaniem, więc propozycję zrecenzowania najnowszej książki zwyciężczyni piątej edycji programu przyjęłyśmy z przyjemnością. I przy okazji taka refleksja nas naszła: skąd ostatnimi czasy taka oszałamiająca kariera programów i książek kulinarnych? Blogi o gotowaniu już od lat mnożą się jak grzyby po deszczu a tuż obok nich rosną opiniotwórcze strony poświęcone ocenom gastronomicznej mapy Polski. Odpowiedź jest prosta: rośnie świadomość kulinarna naszych rodaków.

Właściwie każdy chce zjeść dobrze i możliwie zdrowo a przede wszystkim smacznie :)

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że widowiska telewizyjne typu MasterChef są w całości reżyserowane i montowane tak, by z kilometrów taśmy wycisnąć kilkadziesiąt najbardziej atrakcyjnych minut. Przez to jedność akcji z czasem nieco się rozmija, bo heloł? Ugotować w 90 minut trzydaniowe menu degustacyjne, z czego na każde z dań składa się dziesięć mniejszych danek? Nierealne 😉

Wszystko fajnie, można sobie takie kuchenne SF pooglądać dla przyjemności w niedzielę wieczorem, ale w domowej praktyce kuchennej raczej nie na wiele się to zda. Dlatego naszą główną obawą, gdy zaczęłyśmy czytać Z miłości do gotowania Magdaleny Nowaczewskiej było właśnie to, czy lektura nie będzie oderwana od rzeczywistości.

Po przewertowaniu grubo ponad stu przepisów spieszymy poinformować, że nie jest. Większość proponowanych receptur to całkiem proste patenty na codzienne i niecodzienne gotowanie. Całość podzielona jest na siedem działów tematycznych a w nich kryją się przepisy na najróżniejsze okazje. Począwszy od zwyczajnych, szybkich śniadań, które można przygotować przed biegiem do pracy aż po wykwintne (choć nadal dość proste w wykonaniu) torty, homary i pomysłowe dania z soczystą jagnięciną w roli głównej.

Tym co wyjątkowo cieszy w propozycjach kulinarnych Magdy jest taki dobór składników, który nie nastręcza większej trudności w ich zdobywaniu. Serdecznie nie cierpimy przepisów, w których autor dania sili się na kłaczki z uszu królika z Wysp Wielkanocnych zbieranych podczas pełni księżyca, które to koniecznie muszą występować w „towarzystwie” mchu szczypanego spod zadków renifera za pomocą inkrustowanych szczypczyków wykonanych ze srebra wydobywanego przez walijskie gnomy.

Nie i jeszcze raz nie! Przepisy mają być pomysłowe, ale możliwe do zrealizowania w naszej szerokości geograficznej przy pomocy tego, co oferują nasze rodzime sklepy. W innym przypadku książka kucharska wkurza i frustruje zamiast pomóc domowym kucharkom w misji uszczęśliwiania domowników i gości.

Z pełną odpowiedzialnością za własne słowa polecamy książkę Magdy, właśnie dlatego, że każdy jest w stanie odwzorować każde z proponowanych dań. Proszę bardzo: ktoś ma ochotę na smaczne śniadanie inaczej, niż nieśmiertelne jajko na miękko? No to Magda ma dla Was omlecik z bundzem :)

A może teściowa wpada na obiad i chcecie błysnąć czymś ekstra? Nie ma sprawy. Co powiecie na banalne w produkcji, ale niezwykle efektowne risotto z kurkami udekorowane rukwią wodną? To jest zresztą kolejna rzecz, za którą chcemy pochwalić Z miłości do gotowania. Zioła. Mnóstwo aromatycznych i świeżych ziół, które sprawią, że nawet najbardziej banalna potrawa staje się wyjątkowa.

Z wielką przyjemnością podpisujemy tę książkę naszym zielonym widelcem i podpowiadamy, że jeśli nie wiecie co dać w prezencie lubiącej gotować matce/siostrze/żonie/kochance, to ze spokojnym sumieniem możecie zakupić Z miłości do gotowania Magdaleny Nowaczewskiej. A autorce życzymy wielu sukcesów kulinarnych. I nie tylko :)

Tornado 10

Tornado 10

Ciągle ktoś mnie pyta dlaczego robię to, co robię, a ja nie za bardzo wiem jak mam odpowiedzieć, żeby przy okazji nie wyjść na wariatkę. Tornado wprawdzie ostatnio wyraźnie zmniejszył częstotliwość dostarczania nam ekstremalnych doznań, ale nadal jesteśmy czujni jak ważka. Rzecz jasna, nikt nie wie, ile on ma lat, ale wyraźnie się postarzał. Posiwiał, gubi zęby i regularnie łyka lekarstwo na artretyzm. Ale nic sobie z tego nie robi. Właśnie leży na plecach w nowym kojcu i chrapie jak stary marynarz, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Przecież na emeryturze też się coś stworzeniu od życia należy, więc czasem jeszcze jakiś numer się wytnie :)

A było to tak…

Wichura wyrwała nam z płotu sztachetę, a w ślad za tym Tornado wylazł przez dziurę w ogrodzeniu i oddalił się w niewiadomym kierunku. Trudno. Raz w jego karierze pewnie już jakoś tak ze 105, więc jak widzicie jestem zaprawiona w bojach. Jak go tylko auto nie trzepnie, to gdzieś się przybłąka, ktoś się znowu nabierze na to jego poczciwe ryło i do mnie zadzwoni, że znalazł pieska. Zatem luzik. Czekamy.

Minęła godzina.
Telefon:
– Dzień dobry, czy nie zginął pani piesek?
– Zginął.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30 (gigantyczne osiedle wokół, milion adresów).
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Miła pani przechowała psa do mojego przyjazdu. Zastałam gnojka na kocyku, z pełną michą, w dodatku mizianego przez dwójkę dzieciaków, co to w domu pieska nie mają. Nie wiem, kto był bardziej rozanielony tym mizianiem. Dzieci czy pies. Przejęłam zbiega i chciałam jakoś się zrewanżować, ale pani odmówiła stanowczo.


Trzy tygodnie później…

8.00 rano. Właśnie, połamana na maksa po wcześniejszym pilatesie, startuję ja sobie na jakiś normalny trening, żeby rozruszać bolące zwłoki…
Telefon:
– Dzień dobry, czy przypadkiem nie zginął pani kotek? Czarna kicia z obrożą.
– Nie zginął, po okolicy łazi, więc proszę ją wypuścić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Trafi do domu- strzeliłam standardową formułkę.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30. Właśnie do mnie przyszła i nie chce wyjść.
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Tutaj wypadałoby napisać „kurtyna”, ale to jeszcze nie koniec historii :)
W przeciwieństwie do mnie, pani z salonu była w ciężkim szoku, jak mnie znowu zobaczyła. Zafasowała książkę z dedykacją i się trochę wzruszyła jak jej powiedziałam, że przecież warto być dobrym człowiekiem, a skoro moje zwierzęta tak chętnie ją odwiedzają, to na pewno coś w tym jest :)

Całkiem niedawno znów do mnie zadzwoniła, ale już na wstępie powiedziała:

– Dzień dobry, to ja. Gabriela z salonu przy Kieleckiej. Tornado znowu jest u mnie.

Kurczę, dobrze, że mam jeszcze trochę tych książek 😀
No i sami powiedzcie, jak tu normalnie żyć? Pomijam już fakt, że w międzyczasie Tornado jeszcze raz się oddalił z ogrodu, mimo zasieków godnych zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, ale odnalazł się niedaleko w spożywczaku, Behemot nam przepadł bez wieści, a Szajba złamała sobie ogon. I jeszcze otrzymałam z pięćdziesiąt telefonów, że ktoś ją „znalazł” oraz przenocowała raz u pewnej miłej pani, która zgarnęła ją do domu, bo się pętała po ulicy (tzn. kicia się pętała, a nie ta pani). Pani rozwiesiła także ogłoszenia, że szuka właściciela kici z obrożą i co chwila ktoś znajomy mi mówi, że chyba Szajbę znaleźli, bo ogłoszenia wiszą na osiedlu. Ech!, no mówię Wam…, ja czasami zwyczajnie nie wyrabiam.

Rano normalnie wołam sobie kota. Naprawdę normalnie, po ludzku, wyszłam przed dom i się normalnie wydzieram: „Szajbaaaaa!!! Kici kiciiiii!!!”, a tu podchodzi do mnie jakiś facet z psem i pyta:

– Przepraszam, a czy przypadkiem nie zginął pani kotek?
– A wie pan co, jeszcze nie wiem. Tak sobie wołam…
– Bo wie pani, widziałem właśnie ogłoszenie na słupie, że ktoś znalazł czarną kicię z obrożą i szuka właściciela.
– Aaa, no tak. Zgadza się, to mój kot, ale wie pan, to już nieaktualne. To jest ogłoszenie z zeszłego tygodnia.

Kurtyna…

Szczęki

Szczęki

Mąż mojej chrzestnej matki, odkąd sięgałam pamięcią, praktykował od zawsze. Jako dentysta, rzecz jasna, a że w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie było podziału na dentystę od próchnicy, dentystę od licówek i dentystę od ortodoncji czy też protetyki, zatem wujek Franek robił wszystko sam. Zdolniacha, co nie? Do tego zdarzyło mu się być również ordynatorem chirurgii szczękowej oraz prowadzić w domu prywatny gabinet, więc w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nieraz trafiło mu się leczyć najwyżej postawionych partyjnych dygnitarzy z najwyższych struktur PZPR. Tu miała miejsce pewna interesująca historia, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie na pewną dłuższą dygresję w temacie uzębienia, tudzież samego wujka Franka.

Jak zapewne wiecie, a młodsi ode mnie pewnie się domyślają, w tamtych czasach o pomoce naukowe było raczej trudno. Mimo, że wujek Franek do biednych raczej się nie zaliczał, to pewnych rzeczy i tak przeskoczyć nie mógł, a przez długie lata marzyła mu się czaszka. Wiecie, normalna ludzka czacha z pełnym uzębieniem.  Wtedy sztucznych nie było, więc skądś trzeba było wytrzasnąć prawdziwą, a to wcale nie było takie proste.  Pewnego razu, na swoich imieninach, już tak bliżej północy, wujek zwierzył się mojemu tacie. Nomen omen, mój rodziciel pracował wtedy w państwowej firmie zajmującej się instalacjami i budownictwem, i jak na zamówienie, dosłownie w ciągu paru tygodni, przy remoncie pewnego ciepłociągu, jego firma natrafiła na stare cmentarzysko. Szkieletów i czaszek od metra. Roboty wstrzymano, wezwano archeologów, ale zanim przyjechali, udało mi się namówić tatę, żeby mi pokazał, co odkopali. Miałam wtedy może 7-8 lat, ale do dziś pamiętam tamten widok. Normalnie czad! Byłam tak zachwycona, że postanowiłam zostać archeologiem. Niestety mi nie wyszło, bo byłam zbyt ciemna z chemii, ale jako że tata na budowie pewną władzę posiadał, zlecił panu Mieciowi skołować na cito dentystyczną pomoc naukową, zanim na miejsce wparuje archeologiczna ekipa. Pan Miecio się spisał, czachę skołował i ułożył oblepione ziemią znalezisko na gazecie przy naszym samochodzie. Skasował zwyczajowe pół litra i pojechał do domu je spożyć. Niestety. Zanim tata zdążył schować cenny łup, napatoczył się jakiś pies i porwał dolną żuchwę. I uciekł. W sumie ciekawe, czy ktoś później tę żuchwę znalazł i co sobie pomyślał, ale (nic na to nie poradzę) do dziś, na samą myśl o tym, chce mi się śmiać 😀

Trudno, się mówi. Czacha z górnymi zębami też była mile widziana, zatem zapakowaliśmy eksponat w gazetę, a ja- dumna i blada-  na kolanach dowiozłam do domu to straszne COŚ.  Na miejscu, w obawie przed mamą, skitraliśmy czachę bez żuchwy w garażu, a tata zadzwonił do wujka Franka i grypsem zdał mu relację z szabrowania wykopalisk.  Następnego dnia, wujek miał coś majstrować przy moim zębie, tak więc szczęśliwa jak nigdy, wręczyłam mu czachę zapakowaną w rozkładówkę z Dziennika Polskiego i z zapartym tchem czekałam na jego reakcję.

Uff, rozpakował. Zawartość chyba się spodobała, ale zanim nam podziękował, u drzwi rozległ się dzwonek i do środka wparowało dwóch, czerwonych na twarzach mężczyzn pod krawatem. Wujek Franek w pośpiechu wysłał nas do łazienki i nakazał potraktować prezent proszkiem do prania, a najlepiej odmoczyć go w wannie. Razem z tatą nalaliśmy wody do plastikowego wiaderka i postąpiliśmy wedle instrukcji. Nie żałowaliśmy IXI (proszek do prania).

Chwilę trwało zanim pacjenci wyszli, zaczęłam się niecierpliwić, ale jak już wreszcie sobie poszli, wujek nie nadawał się do użytku. Ze śmiechu, zgięty w pół, ronił łzy niczym krokodyl i zanim opowiedział, co się w międzyczasie zdarzyło, minął dobry kwadrans.

A było to tak…

Obaj mężczyźni, jak się okazało wysoko postawieni partyjni działacze, odwiedzili wujka Franka już jakiś czas temu. Zamówili sobie sztuczne szczęki, wujek wykonał i po temacie. Panowie zameldowali się po odbiór kilka dni wcześniej i zadowoleni uregulowali rachunek. Jakież było zdziwienie wujka, kiedyż to ci sami pacjenci, po trzech dniach pojawili się ponownie, i znów z tym samym zamówieniem. Tym razem na ekspres. Za drugim razem poszło szybciej i po dwóch dniach szczęki były gotowe, więc panowie z PZPR ponownie o wyznaczonym czasie zameldowali się po odbiór. Wujek Franek wiele już widział, ale tym razem nie wytrzymał i zapytał, co się stało, że tu taki urodzaj.

– Paaaanie doktorze…- zaczął jeden z nich. – Pojechaliśmy właśnie na wspólne wakacje na Węgry. Władziu wyjechał z rodziną dzień wcześniej, a mnie przytrzymali na kielichu w Komitecie Centralnym, to i musiałem zostać. Solidnie wódeczki chlapnąłem, więc prowadzić nie mogłem, ale moja żoneczka tak się napaliła na ten Balaton, że sama przypięła do auta przyczepę kempingową i ruszyła w drogę. Zgarnęła mnie prosto z imprezy, przebrała moje zwłoki w piżamę, zapakowała do przyczepy i dała w długą. Panie kochany, padłem jak nieżywy, ale po czasie sikanie mnie obudziło. Otrzeźwiałem odrobinę i zauważyłem, że przyczepa się nie rusza, czyli dojechaliśmy, więc wysiadłem się odlać.  Cholera! Wcale nie dojechaliśmy, tylko się moja baba na skrzyżowaniu zatrzymała i pojechała, a ja zostałem…! Panie! Jak kretyn! W nocy, w piżamie, nietrzeźwy i na dokładkę u Madziarów! Po godzinie dopiero dopadłem autostopa i załatwiłem transport! Wie pan, doktorze kochany… Z nimi to tylko po pijaku się można dogadać, więc mi się jakoś udało, ale jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce, jak zobaczyłem, że z naprzeciwka minęła nas moja żona z przyczepą. Połapała się, że mnie nie ma i pojechała mnie szukać. Nad ranem, szczęśliwie, po tej ciężkiej nocy, w końcu udało nam się spotkać i dojechać na ten przeklęty kemping! Coś się tam zdrzemnąłem, ale rano, skacowany na amen, wyszedłem na pomost i dla ochłody skoczyłem sobie na główkę. A w cholernym Balatonie woda po kolana, więc po całości zaryłem gębą w muł.  Nowa szczęka poszła w diabły, no to zwołałem resztę ekipy.  Wszyscy padli w wodzie na kolana w poszukiwaniu moich zębów i może, i by je znaleźli, ale na to przylazł Władek i powiedział, że znalazł. Łajza, podał mi swoje zęby, a ja przymierzyłem, stwierdziłem, że to nie moje i z całej siły cisnąłem je wpizdu w Balaton. No i jesteśmy…

Na koniec wujkowej relacji ciotka wróciła do domu i poszła do łazienki. Zaintrygowana zawartością wiaderka sięgnęła ręką do środka.  Zanim wujek Franek zdążył zareagować doszedł nas dziki wrzask.

No i oberwało się wszystkim …

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Konkurs z Ko-Moda

Konkurs z Ko-Moda

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj wraz z firmą Ko-Moda.com mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać parę pięknych sztybletów damskich w dowolnym kolorze

Co trzeba zrobić, żeby wygrać?
1. Polubić fanpage Ko-Moda.com na FB. Tu jest LINK

2. Polubić fanpage Świeżo Napisane na FB. Tu jest LINK

3. Udostępnić na swoim profilu na FB post konkursowy – z fanpage Swieżo Napisane. Tu jest LINK

4. NA BLOGU swiezonapisane.pl POD POSTEM KONKURSOWYM odpowiedzieć na pytanie: Który kolor sztybletów wybierasz i dlaczego?

Odpowiedzi zamieszczamy pod tą notką konkursową na blogu swiezonapisane.pl.

Wyniki konkursu ogłosimy w środę 9 listopada 2016.

Nagroda zostanie wysłana kurierem pod wskazany przez laureata adres na terenie Polski
Dostępne rozmiary i kolory sztybletów damskich według oferty sklepu internetowego Ko-Moda.com:
http://www.ko-moda.com/53,sztyblety

Na złodzieju czapka gore

Na złodzieju czapka gore

Generalny remont w domu już za mną, już prawie posprzątane, już niebawem znów będę poukładanym człowiekiem, który znów ma poukładane na półkach. Właśnie kończę remanent w piwnicznych czeluściach i nie zgadniecie, co mi wpadło w ręce. Stara, rozbita umywalka. Jakim cudem nie wyrzuciłam jej kilka lat temu (?), kiedy to mój mąż pewnej nocy wszedł po omacku do łazienki. Rozbił sobie wtedy głowę o szafkę, a szafka spadła i rozbiła umywalkę. Szafce nic się nie stało, ale wiecie, ta stara umywalka… Wynosząc ją do śmieci przypomniało mi się pewne traumatyczne zdarzenie przy okazji zakupu owej.

Otóż kilkanaście lat temu, podczas remontu łazienki udałam się na grubsze zakupy do marketu budowlanego. Listę miałam długaśną, więc i zakupy trwały długo. Dział elektryczny, sanitarny, budowlany, armatura… Na liście ze 20 pozycji, więc żeby nie latać po sklepie w tę i nazad postanowiłam rozplanować sobie logistykę. No bo co najpierw? Żarówki, czy fajans? No jasne, najpierw fajans, a później żarówki do fajansu, ale tak się złożyło, że elektryczny był tuż przy wejściu, zatem poszłam najpierw po żarówki. Takie energooszczędne w podłużnych pudełkach. I drogie jak czort. Niestety, te których potrzebowałam, stały dość wysoko, a tu klasycznie, zero obsługi, więc niczym małpa wspięłam się na półkę. Nie dość, że wysoko, to na domiar złego stały głęboko, więc walcząc o życie wsadziłam rękę w wąską przestrzeń i ucapiłam żarówkę. Ale cóż, wyciągając rękę, zahaczyłam rękawem o stojące obok dość spore kartonowe pudełko. Mając na myśli zasadę, że jak coś może się rozbić to z pewnością się rozbije, spróbowałam złapać lecący towar. Pudełko zgrabnie odbiło się od półki, później od mojego wózka, a następnie w podskokach bezpiecznie pokonało na podłodze jeszcze metr i przy lądowaniu wypuściło na zewnątrz wielką żarówkę w kształcie koła. Zacisnęłam oczy, że może się uda, ale mych uszu doszedł jednoznacznie przykry brzdęk. Rzuciłam okiem na cenę. Kurczę, niemała.

Ale co tam! Przecież te moje żarówki powinny stać bliżej brzegu, a nie tak, żeby człowiek musiał sięgać ręką po pachę.

Niewzruszona, ruszyłam dalej przed siebie i jak gdyby nigdy nic, zapytałam pierwszego z brzegu sprzedawcę, którędy po fajans.

– Alejka 54- odparł usłużnie młodzieniec.

Podziękowałam i poszłam dalej. Uszłam może ze dwa metry, jak dopadł mnie inny sprzedawca.

– Proszę pani! Proszę pani!

– Rany boskie, to za tę żarówkę mnie gonią- pomyślałam w panice.

– Proszę pani, zgubiła pani szalik.

– Uff- odetchnęłam w duchu i poszłam dalej.

Nie uszłam nawet pięciu metrów, jak znów ktoś zaczął do mnie wołać. Serce mi stanęło, ale na wszelki wypadek udałam głuchą.

– Proszę pani! Ja przepraszam panią, ale ja źle pani powiedziałam, bo muszle i umywalki są w alejce numer 50.

Znowu podziękowałam i ruszyłam po coś na metalowy.

– Proszę pani!, niech się pani zatrzyma!- znów usłyszałam głos za plecami.

– Nie, no teraz to już na bank mnie mają- pomyślałam – pewna, że to już koniec, zwłaszcza że w głośnikach właśnie rozległ się miły głos zapraszający ekipę sprzątającą na dział elektryczny. – Rany boskie…- z tego wszystkiego oblał mnie zimny pot.

– Proszę Pani. Zgubiła pani rękawiczkę.

– Och, dziękuję uprzejmie- odparłam klnąc w duchu przewrotność chwili.

W końcu dokończyłam te nieszczęsne zakupy i mozolnie dotoczyłam ciężki wózek do kasy, marząc by opuścić to miejsce piekielne. Brodzik, krany, umywalka i wucecik, plus cała masa drobiazgów.  Kolejka jak stąd do Warszawy. Jak na złość. A ja na szarym końcu.

– Przepraszam panią- niespodziewanie ktoś poklepał mnie po ramieniu, a ja prawie poszłam w sufit.- Zapraszam panią, do kasy budowlanej, tam nie ma takiej kolejki. Pomogę zapchać ten wózek.- W osłupieniu patrzyłam jak chłopak w granatowych ogrodniczkach odprowadził mój wózek do budowlanej. Rzeczywiście, pusto. Niestety moja radość trwała krótko. Już chciałam z ulgą wypuścić zgromadzone w płucach powietrze, jak moim oczom ukazał się stojący za kasą rosły ochroniarz. Nadął się, dumnie prezentując mikrofon a’la Bittney Spears i wbił we mnie zimny wzrok.

– Teraz to już na serio jest kaplica- pomyślałam i oczami wyobraźni ujrzałam siebie w kajdankach. Teraz dla odmiany oblały mnie poty gorące, ale nadal starałam się udawać, że mnie nie ma i nic nie wiem o żarówce. Zapłaciłam. Uff.

Ale nic to, wyszłam na parking z poczuciem, że tam już mnie nie złapią. Już, już wyciągnęłam kluczyki, jak za moimi plecami rozległo się wołanie.

– Niech pani zaczeka! – podbiegł do mnie facet z obsługi parkingu, a ja prawie dostałam zawału.

– Ja pani pomogę to zapakować do bagażnika, przecież to wszystko jest strasznie ciężkie.

Ja nie wiem, normalnie tam nigdy nikogo nie ma, a jak już ktoś jest, to zawsze nie z tego działu, co potrzeba :)

Cóż było robić. Pewna, że moralny kac mnie nie opuści i ta przeklęta żarówka będzie mi się śniła po nocach, zamknęłam auto i grzecznie poszłam do biura obsługi klienta. W końcu siedem dych za głupią świetlówkę to konkretna kwota i głupio by było, gdyby ją komuś potrącono z wypłaty. Odstałam swoje w kolejce.

– Dzień dobry. Ja rozbiłam żarówkę- wyznałam jak na świętej spowiedzi.- Przypadkowo, ale rozbiłam.

– I?- Dziewczyna popatrzyła na mnie, jakbym upadła na głowę.- Jaką żarówkę?

– No taką okrągłą. Na elektrycznym.

– I?

– No i chciałam za nią zapłacić.

– Ale po co, przecież my takie rzeczy wliczamy w straty i tyle.

Ech, nie macie pojęcia, jakim horrorem były dla mnie te zakupy i z jak lekkim sercem wróciłam do samochodu. Zdecydowanie, na złodzieja to ja się nie nadaję :)

Sens życia

Sens życia

Odkąd pamiętam, uwielbiam dobre jedzenie. Gdy byłam pozbawionym wszelkich hamulców, wiecznie nienażartym dzieciakiem, rzucałam się na ulubione potrawy jakby mnie miesiącami głodzili. Teraz naturalnie się hamuję, bo zdradzieckie kalorie nie śpią, ale wtedy nawet nie słyszałam, że coś takiego, jak kaloria istnieje. A jak czegoś nie ma, to nam nie może zaszkodzić, prawda? Żarłam więc jak koń i dalej byłam chuda jak patyk.

Moja mama była załamana permanentnym spustoszeniem, jakie siałam w lodówce. W milczeniu produkowała kolejne dania i załamywała ręce, gdy wciągałam kolejny talerz zupy. Miała nadzieję, że wystarczy na dwa dni, ale nic z tego. Dobrze wychowany człowiek nie zostawia resztek, więc koniec następował dopiero po ujrzeniu dna garnka 😀

– Jakie życie byłoby piękne, gdyby ludzie nie musieli jeść i pić – mawiała moja mama, załamując ręce.

Powiem Wam szczerze, że poraziła mnie ta wizja. Wyobrażacie to sobie? Całe życie bez pysznego rosołku, gołąbków albo czekolady? Bez zielonej herbaty albo kieliszka dobrego wina? Dogłębnie przerażające!

A to przecież dopiero początek potencjalnych zmian na gorsze. Gdyby człowiek nie potrzebował jedzenia, to nie istniałyby lodówki, garnki i piekarniki oraz cała reszta sprzętów i przedmiotów związanych z kulinariami. Nie byłoby mojego ulubionego kubka do kawy ani najcudowniejszego na świecie noża z Biedronki. A ileż było radości, gdy go sobie kupiłam za całe 8,50!

Co ja mówię? Nie byłoby kuchni nawet. No w pewnym sensie doszłoby dodatkowe pomieszczenie w domu do wykorzystania, ale co to za dom bez serca, czyli kuchni?

Zmiany oczywiście nie dotyczyłyby tylko naszych mieszkań. Zniknęłaby większość sklepów, a do tych nielicznych, które by zostały, zaglądałoby się tylko czasami. Przecież o ile chlebek kupuje się codziennie, to buty raz na jakiś czas. Ok, zgadzam się, zaoszczędziłoby się na żarciu mnóstwo pieniędzy, to i na buty by więcej zostało, ale mimo wszystko to byłoby straszne życie (choć nie ukrywam, że więcej butów by mi osobiście pasowało 😀 ).

No a co z restauracjami? Gdzie na randkę, wesele, spotkanie rodzinne?

Już to widzę:

– Kochanie, co myślisz o tym, żeby po naszym ślubie zaprosić gości do parku? Posiedzielibyśmy sobie na trawie i pośpiewali piosenki? – zapytałaby narzeczona.

– Wiesz co? A może lepiej zabierzmy ich do lasu? Pooddychamy sobie zapachem igliwia?

Albo Wigilia:

– Co sądzisz o tym, żebyśmy zaprosili rodzinę na wspólne dekorowanie choinki?

– Świetnie! A potem usiądziemy i będziemy ją oglądać!

Oczywiście na kanapie, a nie przy stole, bo stołów by też nie było. Jedynie biurka do roboty i nauki.

Ilu ludzi straciłoby zatrudnienie, to już nawet policzyć się nie da. A w telewizji, zamiast „Masterchefa” i „Ugotowanych”, leciałby ckliwy program „Jak oni cerują” albo „Mistrz warcabów”.

Nie byłoby sadów, malowniczych pól uprawnych. Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłam, że nie byłoby nawet mojej ulubionej zabawki z dzieciństwa, czyli małego, czerwonego traktorka. No bo na co komu traktory w świecie bez upraw rolnych?

Straszna wizja, prawda? Dla mnie życie straciłoby swój podstawowy sens 😉

Niewykluczone, że i rodzina by mi się rozpadła. Czym bowiem zapełnilibyśmy pustkę powstałą po wielogodzinnych rozmowach na temat tego co byśmy zjedli, czasochłonnym szukaniu nowych przepisów i testowaniu kolejnych knajp? 😀

W mojej rodzinie kwestia jedzenia zajmuje szczególne miejsce. No tak już mamy. Najważniejsze pytanie, gdy ktoś wraca z jakiegoś hotelu brzmi oczywiście, czy śniadanie dali dobre. Podobnie z weselami. Nie jest ważne kto jaką kieckę założył albo kto się upił i zasnął pod stołem. O nie. Kluczową kwestią jest to, jakie było jedzenie.

Nie powinno więc Was dziwić, że wycieczki i urlopy często planujemy według kulinarnej mapy świata. Tak było i wtedy, gdy postanowiliśmy z mężem odwiedzić Kraków. Pieczołowicie wybraliśmy słynną restaurację w stylu „ęą”.

Podczas wycieczki po Krakowie holowaliśmy za sobą dwie dziewięciolatki. Naszą własną córkę Gabrysię i jej przyjaciółkę Julkę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że dla żywiołowych wielbicielek nugetsów sztywna knajpa w stylu „ęą” będzie średnio atrakcyjna, ale uparliśmy się, żeby iść. Przekupiłam smarkule obietnicą lodów, jeśli tylko dadzą z siebie wszystko w kwestii dobrego zachowania. Zwiedziona gorliwym zapewnieniem, że będą grzeczne, nie zaczną biegać wokół stołu i mlaskać nad talerzem, przystałam na wizytę w restauracji.

Poszliśmy więc. Miejsce piękne, z każdego kąta szepcze historia, ale kelnerzy, choć niezwykle mili, to usztywnieni jakby połknęli kije. No nic. Siadamy. Dziewczynki rozglądają się z zaciekawieniem.

– To jakieś muzeum? – pyta Julka. – Przecież mieliśmy coś zjeść!

– To restauracja, zaraz coś zjesz – odpowiadam. – Nie machaj nogami, co?

Już nawet nie chodziło mi o to, że zbyt eleganckie to nie było, ale żywiołowe dziewczę oplątane długim i niezwykle wytwornym obrusem momentalnie skojarzyło mi się z katastrofą. Oczami wyobraźni ujrzałam leżącą na podłodze kosztowną tkaninę i potłuczony w drobny mak wazonik z rżniętego kryształu. A przecież nawet nie zdążyliśmy zamówić nic do picia.

Z tym poszło nawet prosto. Zanim dzieci zdążyły się zabrać za studiowanie menu, zapytałam chytrze, czy chcą colę. Normalnie jej nie dostawały, więc zelektryzowało je to z miejsca. Cola jest wszędzie. No może z wyjątkiem Korei Północnej, ale tam się nie wybieramy. Założyłam – słusznie – że tutaj też ją mieli.

Cola przyniesiona. Wino dla nas także. Dzieci przystąpiły do studiowania karty dań. I się zaczęło 😀

– Mamo, tu jest napisane, że jest danie z królika – wykrzywiła się Gabryśka. – Ohyda! Nie będę jeść biednego króliczka.

– Nie musisz. Wybierz coś innego – odparłam.

– Jak można zjeść sarenkę? – zaprotestowała w tym czasie Julka.

– A może coś z drobiu wybierzesz? – zaproponowałam pospiesznie, widząc zaszklone łzami oczęta.

– Tato! Cola mi się skończyła – poinformowała tymczasem Gabrysia. – Mogę jeszcze?

Oczywiście nie chodziło o to, że chciało jej się nadzwyczajnie pić, ale jak się dorwała do zakazanego na co dzień napoju, to postanowiła kuć żelazo póki gorące. Julka w mig załapała strategię i duszkiem wypiła swój napój.

– Ja też już nie mam! – poinformowała pogodnie.

Smarkule dostały po kolejnej szklance coli, w cenie jak za skrzynkę każda, plus przestrogę, że jak wypiją duszkiem to dostaną wyłącznie wodę.

– Najlepiej z wazonu – mruknął pod nosem mąż, studiując absurdalnie wysokie ceny całkowicie pospolitych napojów gazowanych.

– Dobra ta cola – wyszeptała z zadowoleniem Gabrysia, najwyraźniej nie wyczuwając aluzji.

– No dobrze – ucięłam na wszelki wypadek drażliwy temat – Wybraliście już coś do jedzenia?

– Ja chyba wezmę ten chłodnik ogórkowy z szyjkami rakowymi i sarnę – powiedział w zadumie mąż, który głęboko skupiony nad menu zwyczajnie nie wyczuwał głębokiego dramatu dzieci 😀

– Julka, wybrałaś coś? – zapytałam.

– Mogę lody?

– Obiad najpierw. A z lodami to chyba mamy umowę, prawda? – wyszeptałam słodko.

– Tato a co to jest foie gras? – zainteresowała się w tym czasie Gabrysia.

– To jest pasztet z… A zresztą nieważne… Wybierz coś innego, dobrze? – w porę zreflektował się mąż.

– I nie machaj nogami! – dodałam szeptem, widząc niebezpiecznie napinający się obrus.

– Głodna jestem! – poskarżyła się Julka.

– No to wybierz coś szybko, to zamówimy i zaraz zjesz. Masz już coś? – zapytałam.

– Myślę.

Westchnęłam ciężko, co stojąca nieopodal kelnerka musiała najwyraźniej błędnie zinterpretować, jako wyraz zniecierpliwienia zbyt długim oczekiwaniem na obsługę. Podeszła więc do nas.

– Wybrali już państwo? – zapytała z grzecznym uśmiechem.

– My w zasadzie już tak – odparłam – ale dzieci…

– No dobrze, to może przyjmę od państwa zamówienie, a potem wspólnie pomyślimy nad czymś dla dzieci, dobrze?

– Tak. Bardzo dziękuję – odparłam z ulgą, której nie dało się zatuszować. – Ja wobec tego poproszę przepiórkę.

Mąż zamówił ten swój chłodnik i biedną, bezbronną sarenkę.

– A na co mają ochotę młode damy? – zapytała kurtuazyjnie kelnerka.

– Ja poproszę kurczaka – zdecydowała w końcu Gabrysia.

– W białym winie, tak?

– No nie! – zaprotestowała Gabrysia. – Kotlet z kurczaczka poproszę.

– Gabrysiu, ale tego nie ma w karcie… – próbowałam perswadować .

– Nie ma problemu – wcięła się kelnerka. – Szef kuchni z pewnością jakoś temu zaradzi.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się z wdzięcznością.

– A co chcesz do kotlecika? Opiekane ziemniaki? – zapytała kelnerka.

– Frytki poproszę!

Uśmiechałam się do kelnerki a przed oczami wyświetlał mi się napis, taki jak na żółtym pasku informacyjnym TVN-u: „Trzeba było iść do KFC!”. Dobrze, że chociaż do tych frytek „poproszę” dodała.

– Juleńko – zapytałam słabym głosem – wybrałaś już coś w końcu?

– Nic tu nie ma! – poskarżyła się małolata. – Nie możemy iść do normalnej restauracji?

– A na co byś miała ochotę, kochanie? – zapytała zatroskana kelnerka, podczas gdy ja upewniałam się w przekonaniu, że co tam KFC! Nawet bar mleczny byłby lepszym pomysłem.

– Na pewno jest coś, co chciałabyś zjeść – dodałam.

Julka powiodła spojrzeniem po wazoniku z rżniętego kryształu, wiekowych obrazach wiszących na ścianie i zabytkowych meblach. Pociągnęła nosem i spojrzała ufnie na kelnerkę.

– Macie tu ruskie pierogi? – zapytała z nadzieją.

Kelnerka przez chwilę walczyła z wyraźnie nadciągającym atakiem śmiechu, ale zachowała kamienną twarz.

– Oczywiście – odparła w końcu.

– Ale jak… – zdziwiłam się.

– Mamy na dole sklep garmażeryjny. Zaraz ktoś przyniesie.

A potem nastąpiła niezapomniana scena, w której czworo kelnerów podeszło i postawiło przed nami cztery talerze nakryte srebrnymi pokrywami. Unieśli je jednocześnie ukazując światu pięknie podaną dziczyznę, oraz kotleta z frytami a także porcję ruskich pierogów 😀

Gabryśka zaatakowała paluchami frytki, a Julka natarła widelcem na pierogi. Przyglądałam im się znad przepiórki i zastanawiałam się, w którym momencie straciłam instynkt rodzicielski i jaki diabeł podpowiedział mi, że przyprowadzenie tych dwóch potworów do „ęą knajpy” będzie idealnym zwieńczeniem wycieczki.

– Nie dali ketchupu – poskarżyła się Gabryśka.

– To idź i poproś – odparłam zrezygnowanym tonem.

Zadowolone dziewczynki wmiotły swoje porcje do ostatniego okruszka. Mąż poprosił o rachunek. Lekko się zakrztusił winem, gdy zobaczył na ile wyceniono sześć pierogów z garmażerki, ale bez mrugnięcia okiem uiścił należność.

– Jula? A smakowały ci pierogi? – zapytał z nadzieją w głosie, gdy wyszliśmy z knajpy.

– Takie sobie. Mama i ciocia robią lepsze – odparła z rozbrajającą szczerością dziewczynka.

– Idziemy na te lody? – zapytała Gabrysia.

W kolejnym dniu zwiedzania poszliśmy na obiad do podrzędnego baru. Na schabowego z frytami z frytury 😀

Ps. Kelnerka dostała sowity napiwek :)

Spox

Spox

Wiecie co? Ta nasza Jagna to naprawdę ma talent. O elektryczność mi chodzi i o psucie. Ja nic nie mówię, kiedy ta ofiara losu sama psuje sobie komórki i blendery, ale żeby u mnie też?! Nie dość, że w ostatni weekend, na odległość, spaliła mojemu mężowi kosiarkę, stopiła nam kabel pod trawnikiem, to na dokładkę wywaliła mi korki w połowie chałupy i jeszcze wysadziła bezpiecznik w bramie od garażu.  Zdolna sztuka, prawda? Tak, wysadzić w Krakowie siedząc sobie w Warszawie, to trzeba być mega wybitnym psujem  :)

Na szczęście mam remont i wyjątkowo zdolną ekipę pod ręką, więc kabel pod trawnikiem już mam nowy, garaż udało się naprawić za złoty pięćdziesiąt za bezpiecznik, plus czarodziejski czteropak Harnasia, a kosiarka i tak nie jest nam na razie potrzebna, bo po akcji ekipy remontowej, trawnika już właściwie nie mamy i może nowy będziemy mieć jakoś we wrześniu, jak już sobie wszyscy pójdą, więc na razie nie zawracamy sobie głowy kosiarką, bo aktualnie mamy tylko klepisko i nie ma co kosić.

Ale do rzeczy. Jak tak już Jagna wysadziła ten bezpiecznik od garażu, choć wcale nie był podpięty pod to samo, co kosiarka, to poleciałam w popłochu sprawdzać, co jeszcze zepsuła. Telewizji prawie wcale nie oglądam, więc na ostatni rzut sprawdziłam, czy telewizor jeszcze działa. Uff, działa.  Jakoś mi się włączyło w chwili, gdy na wizji pojawił się pewien facet, a mnie naszła myśl, że skądś gościa znam.

„… Wiadomości sportowe. Dziękuję za uwagę. Janusz…”

Ech, i wtedy mi się przypomniała największa gafa mojego życia. Oczywiście z udziałem tegoż właśnie pana z telewizji…

Początki mojej burzliwej korporacyjnej kariery przypadły mniej więcej na połowę lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zatrudniono mnie w Browarze Żywiec – w charakterze przedstawiciela handlowego. Jako że mój ówczesny, niesłychanie zakręcony szef, nieprawdopodobnie bał się jakichkolwiek publicznych wystąpień, zawsze, na wszelkiego rodzaju okazje i konferencje prasowe wysyłał mnie. Przy tym tłumaczył się, że jako jedyna kobieta w zespole powinnam takie rzeczy robić i już. Tak było i tym razem. Właśnie czyniąc handlową wizytę w jakiejś wiejskiej kuflotece, wisząc na drabinie i ryzykując życie, bohatersko kleiłam tak zwane „firmowe wyklejki okienne”, gdy mój pager zapiszczał złowrogo z wiadomością – Pilny kontakt PKR! PKR równało się, że to szef właśnie siedzi przy telefonie i czeka z jakimś shitem, więc porzuciwszy drabinę i moje wyklejki z tańczącą parą krakowską, pognałam do najbliższej budki telefonicznej. Mniej więcej po kwadransie dowiedziałam się, że za godzinę mam się zameldować w krakowskim klubie prasowym Pod Gruszką i wziąć udział w konferencji prasowej dotyczącej Wyścigu Pokoju, którego to moja firma była głównym sponsorem.

– Ale Paweł, ja się kompletnie nie znam na kolarstwie!- naprawdę byłam bliska rozpaczy.

– No, to co? Przecież sobie poradzisz.

– Może niech tam pójdzie któryś z chłopaków, przecież jest ich dziesięciu. W końcu oni coś tam kminią z tych rowerów. Ja nie!

– Nie! Ty masz iść!

– Ale Paweł, ja nie mam pojęcia, o czym gadać do tych dziennikarzy od kolarstwa!

– Nieważne. Właśnie dzwonił do mnie redaktor K. z Gazety Krakowskiej i powiedział, że ty masz być i będzie gadał tylko z tobą!

Zdziwiona tak zdecydowaną postawą nieznanego mi redaktora K. z GK, posłusznie zwinęłam mój sprzęt do okiennych wyklejek i popędziłam w stronę domu, żeby ze służbowego dresu przeskoczyć w elegancki kostiumik, wyszorować paznokcie i godnie zaprezentować naszą firmę na konferencji prasowej. Trochę zaintrygował mnie fakt, że nasza ekipa od imprez plenerowych nie dograła tak istotnych szczegółów związanych z wyścigiem, więc zadzwoniłam do ich szefa i równo ochrzaniłam gościa, że mi wżenił swoją robotę.

– Wyścig Pokoju to wasza bajka!- huknęłam koledze w telefon.

– Ale o co ci chodzi? Przecież Wyścig Pokoju jest w trakcie i kończy się za dwa dni. Ja ogarniam temat, a wszystkie konferencje prasowe już były.

Zaskoczona, nieco spuściłam z tonu i coraz bardziej przestraszona skierowałam się w stronę klubu prasowego Pod Gruszką.

Redaktor K. już na mnie czekał i od razu przy prezentacji powołał się na dyrektor wydawniczą z jego gazety. Kurczę, powołał się na koleżankę mojej mamy…, która przypadkiem napuściła go na mnie. Tu przynajmniej wyjaśniło się, kto gościa na mnie nasłał.

Boże…, za co…

Przecież o kolarstwie to ja wiem tyle, że był kiedyś taki Szurkowski, i że jest peleton, i jeszcze jest jakaś premia lotna. Niestety redaktor sportowy K. nie dał mi czasu na myślenie, tylko na wejściu zaproponował banieczkę dla kurażu. Na szczęście mogłam wykpić się samochodem, ale i tak, niezrażony ucapił mnie za nadgarstek i pociągnął do stolika, gdzie z namaszczeniem przedstawił mi dwóch zaaferowanych facetów.

– Proszę, oto pan X z BBC. Nasz główny sponsor- oznajmił z powagą.

Pode mną z wrażenia ugięły się nogi.

– A to pan Y. Komandor wyścigu, czy możemy przejść do rzeczy….

Myślałam, że padnę z przejęcia, ale tylko do chwili, kiedy się okazało, że pan X i jego BBC to stacja benzynowa gdzieś pod Dębicą, pan Y- komandor wyścigu, to dentysta z Dębicy, a wyścig kolarski nie jest Wyścigiem Pokoju, tylko Wyścigiem Szlakiem Podkarpacia i chcą tylko kilka parasoli, paru banerów oraz dwa roll-bary na start i na metę.

Cóż, to cały mój szef :)

Już wyluzowana i ubawiona do granic stanęłam u boku redaktora K., by powitać tłumnie nadciągających dziennikarzy. Redaktor K. przedstawiał mnie wszystkim, gdy naraz weszło z sześciu dziennikarzy sportowych z różnych mediów i jeszcze jacyś ludzie. Zapanował lekki rozgardiasz.  Niespecjalnie starałam się zapamiętać, kogo witam, ale nagle do moich korporacyjnie wyczulonych uszu dotarło zakazane słowo: TYCHY!

Do tego redaktor K. dorzucił swoje.

– Nooo…, Tyskie, pani Izo. Konkurencja, co nie?

No tak… Tylko tego jeszcze brakowało. Mój zdolny do wszystkiego szef właśnie zgodził się sponsorować imprezę, gdzie sponsorem była również konkurencja. Tylko on mógł w tym swoim zamotaniu złamać niepisaną umowę między browarami, że nawzajem w drogę sobie nie wchodzimy. Ale cóż, stało się, trudno.  Jakoś przeżyjemy to Tyskie. A oni nas.

Wściekła na szefa, że tak bez sensu mnie wrobił, przystanęłam w kąciku i popijając soczek pomarańczowy przyglądałam się rosnącemu tłumkowi dziennikarzy sportowych. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

No tak, to ten pajac z konkurencji.

– No… , wy to bogata firma, nie ma co. W kółko sponsorujecie tylu sportowców. Reprezentację piłki ręcznej- Anna Walkiewicz- Esjmont, no tak… Kolarzy też, i tak dalej. My to jesteśmy biedni. My tylko lokalnie, siatkówkę.

Zagotowałam. Przesadził, kłamczuch jeden! Akurat dwa tygodnie wcześniej byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i Tyskie sponsorowało mistrzynie świata federacji jakiejś tam. Sama widziałam.

– A co pan taki skromny, przecież wy też dajecie radę, ten kick boxing i w ogóle…

– Nieee, skądże. My tylko siatkówkę, lokalnie – powiedział ten koleś z konkurencji, a mnie szlag trafił.

– Nieprawda! Tak się składa, że niedawno byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i na własne oczy widziałam, że sponsorujecie najwyżej lokowane zawodniczki federacji MMA! Marek Piotrowski wtedy walczył o utrzymanie pasa. Nie wie pan?!

– Nie sponsorujemy, my tylko siatkówkę, lokalnie.

– Panie. Niech pan nie ściemnia! Ja byłam i na własne oczy widziałam, że zwyciężczyni walk MMA miała na dresie wasze logo.

– Ale, jakie logo?- gość nie dał za wygraną.

– No wasze!- fuknęłam wściekle, bliska pobicia bufoniastego kłamczucha z konkurencji.

– Ale co ona tam miała napisane?

– No, jak to co?! No, TYSKIE!- wyplułam gotując wściekle, a facet tylko wywrócił oczami.

– Pani pozwoli, że ja jeszcze raz się przedstawię. Janusz Tychy. Telewizja Wisła…

P.s. Panie Januszu, jeśli pan to czyta-  to ja pozdrawiam serdecznie :)

Horror blok

Horror blok

Kiedyś myślałam, że moje życie jest normalne, przebiega bez specjalnych zwrotów akcji i generalnie jest nudno, ale stabilnie. Otóż nie jest. Od czasu, gdy zamieszkałam w pewnym blokowisku.

Mawiają, że sąsiadów się nie wybiera i to jest rzecz jasna racja, ale nie przestrzegają, że czasami trafiają się bloki z horroru. Nie mówię o moim. Mojemu nic nie dolega (na szczęście), ale tuż po sąsiedzku stoi dziesięciopiętrowy potwór, relikt minionej epoki, dla niepoznaki ocieplony i pomalowany. Mruga do mnie figlarnie brzoskwiniową w kolorze fasadą i popołudniowymi refleksami słońca odbitego w szybach o zróżnicowanym stopniu domycia.

Na pozór sielanka. Zacne osiedle z japońskimi stawikami, rybami i innymi gustownymi pierdołami, ale teren zamkniętego osiedla się przecież zawsze gdzieś kończy, prawda? A jego zewnętrzne flanki wyznacza, między innymi, mój balkon. Oraz okno kuchenne. Choćby z tego powodu, sąsiedni wieżowiec ciężko zignorować.

Najpierw doprowadzał mnie do szału samym faktem istnienia. Był i przesłaniał widok (by nie wspomnieć o słońcu przydatnym balkonowym roślinom). Napierał, taki wielki i obleśny na moje okno kuchenne. Niech wam za dowód upierdliwości wystarczy to, że przy projektowaniu kuchni pogoniłam projektanta, który nie zrozumiał, że przy oknie nie będzie stał zlewozmywak. Chłopina chciał dobrze, ale nie zrozumiał, że widok z okna jest nieakceptowalny w takim stopniu, że nie planuję umyć choćby jednej marchewki, w nowej kuchni, z widokiem na horror blok.

Latka lecą, zlew jest po drugiej stronie kuchni, choć w sumie mogę przyznać, że znaczenia to większego nie miało, bo zmywarka załatwia temat niezależnie od moich doznań estetycznych, ale niech Wam uświadomi mój dylemat jedno: zaprojektowałam CAŁĄ kuchnię tak, by nie oglądać sąsiedniego bloku :)

I teraz zapytacie, o co chodzi z tym blokiem?

Tuż po tym, gdy się po sąsiedzku wprowadziłam, dorwała mnie na klatce sąsiadka.

– Pani wie, co tam zeszłej wiosny było w tym bloku obok? – zapytała scenicznym szeptem.

– Nie wiem, a co?

– A tam młoda matka wyskoczyła z balkonu!

– Dlaczego?

Aż mi się wstyd zrobiło, że zadałam takie durne pytanie, ale sąsiadka najwyraźniej nie miała tego typu dylematów.

– To przez klątwę! – odparła i ze stęknięciem dźwignęła siatki.

Po chwili zniknęła na wyższym piętrze, a ja zapomniałam o całej sprawie. Na jakiś czas 😀

Internetu nie było, czasu na zgłębianie historii z sąsiedztwa również. Blok po prostu trwał i za każdym razem, gdy na niego spojrzałam zwyczajnie wnerwiał. Nic nadprzyrodzonego.

Trochę się zdziwiłam, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę, która dopadła do mnie i odstawiła siaty na ziemię.

– Słyszała pani? – szepnęła scenicznie, a jej głos poniósł się po klatce.

– Ale co?

– Zarąbał żonę siekierą!

– Jezu, kto?

– Tam obok, w tamtym bloku… Podobno krew na klatce schodowej jest…

– Co pani mówi?

– No to niech pani wyjdzie na balkon i zobaczy!

Sąsiadka złapała siaty i zniknęła na wyższym podeście schodów.

Weszłam do mieszkania, rzuciłam siatki na kuchenny blat i wyszłam na balkon. Pod sąsiednim blokiem stała karetka i radiowóz. Następnego dnia polazłam tamtędy do warzywniaka i zapuściłam żurawia do klatki. Niczego podejrzanego tam nie znalazłam, ale i tak ciarki przebiegły mi po plecach.

Horror blok trwał tuż obok, zabierając słońce i generując kolejne przerażające zdarzenia. Szerokim echem odbiła się w sąsiedztwie sprawa piwnic. Podobno ich nie było. Tylko dlaczego podobno powiesił się w nich listonosz i pewien chłopak? I dlaczego spec od instalacji gazowych rzucił mimochodem, że w tamtym bloku coś blokuje wejście do piwnic (których rzekomo nie ma)? I że podobno są tam gigantyczne karaluchy, które do nas (na szczęście) nie przejdą, bo nie dzielimy żadnych rur.

Nie wiem. Starałam się ignorować opowieści sąsiadów.

Potem nadeszła zima, zamarzł przed blokiem jeden z mieszkańców, policja się zjechała…

W swej ogromnej naiwności myślałam, że to tylko takie zbiegi okoliczności.

Do czasu, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę z siatami na schodach. Po raz pierwszy przyjrzałam się jej bardziej wnikliwie. Ubrana jak zwykle na zielono, dość wysoka, brunetka przed czterdziestką.

– Słyszała pani? – zapytała a ja od razu wiedziałam, że w horror bloku znów coś się wydarzyło.

– O czym miałam słyszeć?

– Teraz jakiś chłopak przez okno wyskoczył. Mówią – ściszyła głos – że ktoś mu pomógł.

– Czyli zamordował go ktoś?

– Niezupełnie. Podobno zobaczył ducha listonosza, tego co się powiesił i on mu kazał… Ale ja myślę – kontynuowała sąsiadka – że to raczej nawiedził go duch, tego co zamarzł…

Ta, jasne! I biedny chłopak pewnie o tym opowiedział sąsiadce. Spadał i przelatywał koło jej balkonu, jak wieszała pranie. I na chwilę zahamował. A potem tonem niezobowiązującej pogawędki wyjaśnił jej, że właśnie leci na dół, ponieważ wyskoczył z okna, bo nakazał mu to duch listonosza.

Nie zdradziłam sąsiadce swoich przemyśleń, ale za to odpaliłam w domu komputer, w końcu podłączony do internetu. Dosłownie po kilku minutach znalazłam artykuł i nawet reportaż o horror bloku. Podobno był nawiedzony przez ducha byłego właściciela działki, na której stoi. I to jest rodzaj zemsty na komunistach, którzy ziemię zabrali i blok postawili. W bloku, ciągle ktoś popełnia samobójstwo, ponoć część mieszkańców widywała duchy (temu to się nie dziwię, bo horror blok ma najwyższą w okolicy średnią zużycia alkoholu, w przeliczeniu na mieszkańca 😉 ) i zdarzają się w nim ponure historie, także morderstwa.

Blok podobno odwiedzali radiesteci i twierdzili, że jest tam zła energia i jakieś żyły wodne, które mogą ludziom z mózgów sieczkę robić. Coś tam owi specjaliści poczarowali i faktycznie długo nic się nie działo. I pewnie zapomniałabym o sprawie, gdyby nie pewna, wyjątkowo kochliwa, mieszkanka horror bloku.

Najwyraźniej ma sprawnego chłopa, bo jej miłosne jęki niosą się nocą po całym osiedlu. Raz aż wyszłam na balkon, bo myślałam, że kogoś znowu mordują :)

Na balkonie horror bloku stał jakiś dresiarz i palił papierosa. W pewnym momencie baba zawyła, jakby faktycznie ktoś ją siekierą ugodził.

– Namordnik jej kup! – wrzasnął dresiarz, pstrykając niedopałkiem i cofnął się do swojego mieszkania.

Następnego dnia spotkałam sąsiadkę. Nie brunetkę w zielonym. Inną. Oczy miała czerwone, wyraźnie niewyspana.

– Pani też nie spała, przez tę „śpiewaczkę” z sąsiedniego bloku? – zapytała zrezygnowanym głosem.

– Owszem – odparłam. – Ale lepsze to, niż kolejna wiadomość o kobiecie zatłuczonej siekierą…

– Jaką siekierą?

– No nie wie pani? Tam różne rzeczy się dzieją… – odparłam i poczułam się jak osiedlowa sensatka.

– Skąd pani to wie? – zapytała, wyraźnie zaciekawiona.

– A od naszej sąsiadki. Nie wiem pod którym numerem mieszka i prawdę mówiąc dawno jej nie widziałam. Być może już się wyprowadziła… Taka brunetka. Zawsze się na zielono ubierała.

– Wie pani co? – zamyśliła się sąsiadka. – Mieszkam tu od czasu, gdy wybudowano nasze osiedle i nie kojarzę, by mieszkała tu jakaś ubierająca się na zielono brunetka…

Na ulicy Szemranej

Na ulicy Szemranej

Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę, na chodniku po drugiej stronie ulicy.

Wcześniej, przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki regularnie wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?
Ale do rzeczy…
szemranaMoja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata, pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną na wysokość drugiego piętra.

 

Drodzy. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem niniejszy felieton miałby długość kilometra, zatem skupię się jedynie na niektórych wydarzeniach…
Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tutaj rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stajemy sobie w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to ostatniej wiosny napatoczył się jakiś napalony ford focus, który tak efektownie przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu.
Była też i kobieta, której „maluch” uciekł z górki. Po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam mój samochód do garażu, bo byłoby po nim.
U sąsiadów też była niezła akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu, postanowił przeparkować samochód mojej sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował na amen dwa pozostałe auta sąsiada. Trzeba mieć talent, co nie?
Długo nie popracował, oj nie…
Ale najlepszy to był prawdziwy karambol.
W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą.
No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu, z uchylonego okna doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki:
– O, k…! O, k…!
Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem, z lekkim trzaskiem, który towarzyszył uderzeniu, zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji nigdy wcześniej nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol na własnym podjeździe nie zdarza się codziennie.
Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, z obłędem w oczach, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza na to wpadła w prawdziwą histerię (bez żartów), a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej.
Cóż było robić… W piżamie, adidasach i szlafroku poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie nieszczęśnicy posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę zaraz jechać z dziećmi do szkoły, a oni blokują mi wyjazd…
W końcu udało mi się ich przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.
Spóźniona nareszcie dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mąż ów uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… Na szczęście, na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1.
Relację z mojego karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.
Tu, nasz dobry kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.
– Misiek!!! Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!!!
– No, widzę… Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?
No fakt. Misiek też już co nieco u nas widział… Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu wymknął się władzy, a władza, obstawą w trzy auta pojechała za nim :)
Pewnego razu był też świadkiem (Misiek, nie dzik), jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia. Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy wtedy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Misiek widział też jak w ciężarówce marki Volvo pękła miska olejowa.
A gdzie? No, jak to gdzie?
Oczywiście przy naszym podjeździe. Przyjechał wtedy wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować tajemniczym sorbentem wielką kałużę oleju, choć i tak, w międzyczasie, w tę ciemną kałużę wlazł mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej silnikowy z kota.
Innego dnia, kiedy to właśnie Misiek od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego, na ulicy, w hondzie accord urwało się koło. Tu muszę wspomnieć też o tym, iż pewnego razu jeden z mieszkańców mojej szemranej ulicy przytarł kiedyś Miśkowi auto, bowiem ów mieszkaniec źle się złożył na zakręcie. Tak więc chyba sami przyznacie, iż trudno się dziwić, że Miśka wcale nie zdumiał fakt, że u nas mamy też i karambol :)
No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, ale sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?! Litości….
Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej.
Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :( ale resztę na szczęście mam :)

kolaz1

Samotność bez sieci

Samotność bez sieci

To niesamowite, jak bardzo człowiekowi skacze wydajność, gdy mu Internet odetną. Oczywiście ciśnienie też skacze, bo nagle się okazuje, że ktoś odciął nam tlen.

Awaria. W panice wlepiłam wzrok w żółty trójkącik z wykrzyknikiem i klnąc na czym świat stoi, intensywnie przegrzebałam pamięć, gdzież to ja mam ten długaśny klucz zabezpieczeń do liveboxa, bo okienko w kompie poinformowało, że jak nie pomoże reset modemu, to trzeba wpisać klucz albo dzwonić.

W pierwszej kolejności wbiłam wzrok bazyliszka – licząc, że to pomoże – w rządek kolorowych światełek mrugających na modemie. Nic.

– A wsadź ty sobie tę dyskotekę między chipy i sensory! Ty podły modemie! Tyyy…

Nie pomogło. Nie ma wyjścia. Zrobiłam reset i mam klucz. Oczywiście pięć razy się pomyliłam, zanim udało mi się go wpisać poprawnie. Mam. Niebieskie kółeczko zakręciło się obiecująco, a mnie żołądek podjechał do gardła. Bach! Kicha. Znowu zwiastujący kłopoty żółty trójkącik usadził się złowrogo na dole ekranu. Na domiar złego, jeszcze pojawił się komunikat, że jednak trzeba zgłosić awarię. No dobra, ale jak? Niby jak ja mam znaleźć numer na infolinię konieczny do zgłoszenia awarii Internetu, skoro nie mam Internetu, a telefon kontaktowy jest w Internecie? Przecież nikt nie trzyma takich numerów przyczepionych na lodówce, bo po co, skoro jest Internet, a w Internecie jest wszystko? Myślę gorączkowo, co tu zrobić, na szczęście spływa na mnie olśnienie. Jestem uratowana. Dane komórkowe w telefonie pozwalają mi ustalić numer na infolinię. No tak, połączenia tylko ze stacjonarnych. Na te zaczynające się na 8 mam w komórce ustawioną blokadę, ale na szczęście, dzięki uczynnym ludziom, którzy w przeciwieństwie do mnie, mają Internet, udało się ustalić numer dla komórek.

W międzyczasie pojawił się mały problem. Kilka dni temu kupiłam rodzicom fotel na allegro. Wszystko cacy, kurier fotel im przywiózł, ale produkt nie do końca zgadzał się opisem. Mama zadzwoniła do mnie na komórkę, zameldować że fotel nie taki, jak trzeba.

– Dlaczego ty nie odbierasz normalnego telefonu?! Nie ma cię w domu? Mówiłaś, że piszesz książkę.

– Bo jestem w domu i piszę książkę- odparłam nie do końca zgodnie z prawdą, bo przecież zamiast pisać, walczyłam o odzyskanie Internetu.

– To dlaczego nie odbierasz?

– Bo nie mam Internetu- tłumaczę.

– Ale ja do ciebie DZWONIĘ! Co ma do tego Internet?

– No dużo, bo mam internetowy telefon.

– No dobrze- mama w końcu dała się udobruchać.- To w takim razie koniecznie zadzwoń do producenta, że pomylili kolory.

– Ale ja nie mogę?

– Dlaczego? Co znowu?

– Bo nie wiem, do kogo mam zadzwonić.

– To ty nie wiesz u kogo kupiłaś?! A ja myślałam, że ty jesteś rozsądna…

– No wiem, ale nie sprawdzę, bo przecież nie mam Internetu…

Bingo! Tym razem miałam szczęście. Telefon był na fakturze. Dzwonię i tłumaczę, że przedmiot niezgodny z opisem. To chyba nie pierwsza wpadka, bo sprzedawca bez problemu zgodził się na wymianę.  Poprosił tylko, żeby napisać mu maila w tej sprawie i przesłać zdjęcie. No nie mogę… dzwonię do taty z prośbą o zdjęcie, żeby przesłał mms-em, ale tu pojawia się kolejny problem, bo taty smartfon się zepsuł i nie da się z niego zadzwonić, a drugi telefon nie robi zdjęć. Tata proponuje rozwiązanie za pomocą facebooka, ale ja z kolei nie korzystam z messengera i żadnej wiadomości na telefonie nie odczytam, a Internetu nie mam, więc fejsbunia też nie mam. Sprawa fotela musi zaczekać, a ja wyszłam na taką, co pomóc nie chce. Ech.

Nie wiem, kiedy znów odzyskam kontakt ze światem zewnętrznym, bowiem automatyczna konsultantka powiedziała, że o awarii wiedzą, ogarniają i każą cierpliwie czekać. Enigmatyczne określenie „usunięcia awarii może potrwać do kilku godzin” sprawiło, że poczułam panikę. Ignorując żółty trójkącik, udając że go nie widzę, z nadzieją, kilkakrotnie kliknęłam na globus. Nic. Koniec. Moje ciekawe plany na obiad poszły się paść, bo przepis jest w… Internecie. Moje pogaduszki na czacie poszły się paść, bo przecież to też jest w Internecie. Pomyślałam, że skoro nie mam z kim gadać, to na otarcie łez kupię sobie kieckę, ale kiecka też poszła się paść, bo allegro bez netu nie działa. To samo z butami. W przypływie dojmującego poczucia odosobnienia i samotności uznałam, że może telewizor włączę. Niestety, TV mam też przez Internet, bo z telewizją było taniej niż bez, ale ja i tak nie używam, więc dotychczas nad ewentualnym brakiem telewizji się nie zastanawiałam.

W międzyczasie, ze zdziwieniem zauważyłam, że przez tę awarię dopadły mnie stres i nerwowość. Coś, jakby poczucie, że w czasie, gdy mnie „tam” nie ma, coś istotnego przejdzie mi koło nosa. Ech, paskudne poczucie. Jedyne, co mi pozostało to wreszcie odpalić Worda i dla zabicia czasu wziąć się do pracy. I tu zdarzył się cud. Nie niepokojona telefonami, czatowaniem i lajkowaniem, postawiwszy jednocześnie na prosty przepis własnego pomysłu, koniec końców wybrnęłam z sytuacji z pysznym jedzonkiem i nowym dłuuugim rozdziałem do kolejnej powieści z cyklu „Stajnia w Pieńkach”  :)

Po kilku godzinach, z twórczego transu, wyrwał mnie telefon z informacją, że usterka została usunięta, a ja na widok kręcącego się błękitnego kółeczka poczułam, że krew w moich żyłach ruszyła ponownie, a ja znów wróciłam do świata żywych.

Szybkich megabajtów, Kochani!

Pozdrowienia z Matrixa :)

Iza

Tornado 9

Tornado 9

Naczelny balowicz RP

No tak… sama chciałam… to mam. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że u zwierzaków imię ma wpływ na charakter? Dziś, z perspektywy czasu dostrzegam, że rzeczywiście tak jest. Tornado przecież nauczył się latać, a Frykas był jedynym kocim niejadkiem, jakiego znam. A Wy znacie kota, za którym trzeba biegać z surową polędwicą wołową i prosić gada, żeby łaskawie coś zżarł? Ja nie. Kiedyś, po grubszym remoncie przyszedł do nas do domu gość od alarmów. Tu chałupa czyściutka, wypicowana, nowe meble i na to wchodzi nasz wynędzniały kot Frykas. Zimą to jeszcze pół biedy, bo miał większe futro i jako tako się prezentował, ale latem wyglądał jak morzony głodem, zabiedzony pokurcz.

– No, fajnie. Chałupa jak nowa, ale co ten kot taki chudy? Jeść mu nie dajecie, czy co?- zapytał facet od alarmów, a ja, jak jakaś głupia zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że to kot niejadek.

Ale wracając do pozostałych czworonogów to kot Behemot kochał wodę, jak na mitycznego potwora z głębin morskich przystało. Potrafił godzinami łazić po deszczu i taplać się w kałużach. Nie zliczę, ile razy wrócił do domu mokry jak chluszcz i trzeba go było wykręcać :)

Kapsel – to imię miało brzmieć niewinnie, ale też nam nie wyszło, bo przerośnięty, nieletni kocur tegoż imienia notorycznie zrzuca donice z parapetów, wywraca krzesła, biega po ścianach i przy okazji, kilka razy dziennie włącza światło w kuchni, bo klepie łapami w wyłącznik na wysokości półtora metra od podłogi. O Szajbie już nawet teraz nie wspominam, bo z nią jest urwania głowy na kolejne trzy felietony, ale sugerując się imieniem, możecie sobie wyobrazić, jaki ja z tą kicią mam krzyż pański. No i oczywiście latający Tornado do kompletu.

Niedawno przypomniał mi się jego pierwszy wakacyjny pobyt u moich rodziców. Normalni ludzie, jadąc na wakacje do ośrodka położonego w lesie, zazwyczaj zabierają psa ze sobą. U nas, niestety nie wchodziło to w rachubę, zatem zaangażowałam rodziców do pomocy. Lato na działce sprzyjało tymczasowej opiece nad psem, ale to też wymagało przemyślanych i daleko idących przygotowań. W końcu wykonać profesjonalne zasieki na kilkunastoarowej posesji rodziców wcale nie było rzeczą łatwą ani tanią, zatem wpadłam na pomysł stulecia. W przebłysku geniuszu kupiłam na allegro elektrycznego pastucha i całą sobotę spędziliśmy na rozstawianiu elektrycznego ustrojstwa.

W końcu zadziałało, ale tylko do czasu, kiedy po naszym odjeździe mój tata mi doniósł, że elektryczny pastuch nie działa, i że kupiłam jakieś badziewie.  A my właśnie w drodze na urlop…, a oni 100 kilometrów od nas. No to ja za telefon. Do dziś pamiętam, jak po całości zrugałam dostawcę pastucha, że sprzedaje jakieś wielkie gie i zażądałam nowego zasilacza. Musiałam brzmieć przekonywująco, bo sprzedawca niezwłocznie dosłał nowy i jeszcze przepraszał. Dopiero po latach przejrzałam podstęp mojego taty, który w obawie, żeby psa prąd nie połaskotał, rozłączył styki w tym pierwszym zasilaczu.  Ech, po powrocie sprzedałam pastucha właścicielowi hodowli danieli i pastuch działa do dziś, ale za to moja mama, na wyjazdach na działkę, całymi dniami towarzyszy psu i zapewnia mu warunki niczym w sanatorium. Razem chodzą na spacery, odwiedzają znajomych, czytają książki i oglądają seriale. Tornado jest przeszczęśliwy i jak tylko widzi moich rodziców, od razu jest gotowy do przeprowadzki na wieś. Choćby i w grudniu.

Heh, chyba nie daliście się zwieść tą wiejską, wakacyjną sielanką, prawda?  Tornado nawet pilnowany przez 24 godziny na dobę potrafi dać nogę i moich rodziców nie mogły ominąć żadne z tym związane atrakcje.  Proste. Jest Tornado, jest akcja :)

Pies, na okoliczność wyjazdów, oczywiście otrzymał tymczasowy identyfikator z wiejskim numerem telefonu oraz potrójną obrożę na kleszcze, bowiem mama jest osobą zapobiegliwą. W czasie pierwszego pobytu tylko raz zwiał i do dziś nie wiadomo którędy, więc pewnie wziął płot szturmem i po prostu przeskoczył, ale tydzień później centralnie dał czadu na odpuście…

Nie chcąc zostawić psa w domu, tata postanowił zabrać go na procesję z okazji Bożego Ciała. Zapakował kochanego Tornisia do samochodu i razem z mamą pojechali do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Mama weszła do środka, tata natomiast zaparkował tuż przed kościołem i uchyliwszy w aucie szybę, stanął po drugiej stronie samochodu i podczas mszy pilnował psa. A przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Nie wiedział jeszcze, że Tornado doskonale, w kilka sekund, uchyla samochodowe szyby…

Mniej więcej w okolicy końca kazania tata profilaktycznie zerknął do środka, czy psu aby nie za ciepło, mimo że auto w cieniu.

– Kurde! Gdzie jest pies?!

Trzy razy sprawdził. Nawet w bagażniku. Nie ma. No, ale jak nie ma, to pewnie ktoś go znajdzie i będzie dzwonił a telefon w domu, a w domu nikogo nie ma. Komórka z psiego identyfikatora też w domu, więc tata od razu wskoczył za kółko i pognał do domu po komórkę. W nerwach prawie drogę pogubił i zapomniał, gdzie ma klucze, ale w końcu udało mu się wrócić, mniej więcej na ogłoszenia parafialne.

Widok jego oczom ukazał się przedni. W miejscu, gdzie wcześniej stał samochód taty, teraz siedział Tornado i grzecznie czekał. Jak widać, oddalił się tylko na małe zakupy na odpustowym straganie. Według relacji rodziców bosko się prezentował z różową wstążką na szyi i trzema balonikami przyczepionymi do obroży.

– Wiesz, on wyglądał jakby z imprezy wrócił!- relacjonował później tata, a ja myślałam, że żartuje. Niestety mama potwierdziła.

Istotnie, Tornado z balonami wyglądał jak Naczelny Balowicz RP! :)

Wiwat szkoła!

Wiwat szkoła!

Wakacje nieubłaganie zbliżają się do końca. Czas, jak wiadomo, jest względny a ja na swój użytek stworzyłam sobie takie twierdzenie matematyczne:

1L = 7W

Gdzie L to dzień listopadowej pluchy a W dzień słonecznych wakacji. Otóż w wakacje czas pędzi siedem razy szybciej, niż w szare, paskudne dni.

Zapytacie, co mnie tak na matematykę nagrało?

Szkoła, kochani! Szkoła już za pasem. Płaczą dzieci, płaczą nauczyciele i cieszą się rodzice 😀

Należę do tej ostatniej kategorii, więc w sumie początek szkoły powinien być dla mnie dniem radosnym (i po części jest), ale na tym dobrym nastroju kładą się cieniem wspomnienia moich własnych szkolnych dni. Czasy to były zamierzchłe i dzikie. Kto chodził do szkoły za PRL-u, ten doskonale o tym wie :)

Pamiętam, jak dziś, swój pierwszy dzień w szkole. Tornister sraczkowaty w kolorze i z naszytymi odblaskami. Ja, taka nieduża pod tym tornistrem idę koło mamy wielkim, szkolnym korytarzem z gigantycznymi drzwiami i jeszcze większymi oknami na końcu tego przerażającego tunelu. Mama wpycha mnie do sali i zostaje brutalnie wyproszona. A z nią pozostali rodzice, zdaniem nauczycielki, najwyraźniej niepotrzebnie zaaferowani pierwszym dniem w szkole ich dzieci.

Ubrana w zieloną garsonkę kobieta wpija spojrzenie w gromadkę maluchów a potem ustawia je karnie w dwuszeregu pod tylną ścianą i zaczyna PRZEMOWĘ, z której siedmiolatki kompletnie nic nie pojmują. Czas mija ale kobieta dalej coś gada. Oj, jak mi się chce pić! Marzę o tym, żeby wyjąć bidon z herbatą z tornistra, ale nic z tego nie będzie. Moje rzeczy stoją przy szkolnej ławce a ja stoję wraz z innymi dziećmi pod szafą i nerwowo łykam ślinę.

I nagle mdleje jeden z chłopców. Wpada w kosz na śmieci. Wszyscy odsuwają się z odrazą. Ja też. Patrzę nerwowo.

– Jakiś słaby ten kawaler! Albo się wygłupia! – komentuje nauczycielka.

Spoko. Już do końca podstawówki, czyli przez następne osiem lat chłopak nie będzie miał życia, ale wychowawczyni to kompletnie nie interesuje. Machnięciem ręki w końcu zezwala na zajęcie miejsc w ławkach.

Dopadam do drugiej w szeregu i z spode łba obserwuję nowe koleżanki. Jakoś tak się udało, że dzieci zajęły miejsca obok znanych sobie osób. Wszyscy mieszkamy w kwadracie tych samych ulic. Znamy się. Mamy swoje sympatie i antypatie. Ogólnie jest nieźle, choć rodziców brak. Dobieramy się w małe grupki i z wiarą w miłe życie w szkole spoglądamy nauczycielce ufnie w oczy. A ten smok wawelski nadyma nozdrza i przez kilka chwil wpatruje się w nas.

– W każdej ławce ma siedzieć jedna dziewczynka i jeden chłopiec! Proszę się natychmiast przesiąść!

Wszyscy się podnoszą a ja w panice zerkam na potencjalną parę. Potykam się o kolegę, który wcześniej zemdlał w koszu na śmieci i czuję, że przebywanie obok niego jest słabym pomysłem. Nauczycielka najwyraźniej jest innego zdania.

– Wy dwoje! Zapraszam do pierwszej ławki!

Tak zaczęła się moja walka o istnienie w szkole 😀

W tamtych zamierzchłych czasach dzieci były dla szkoły a nie szkoła dla dzieci. Powiem więcej, dla niektórych nauczycieli byliśmy kłopotliwym dodatkiem do ich pracy. I oczywiście nie raz dawali nam to odczuć.

Jedną z najbarwniejszych postaci mojej podstawówki była pani od polskiego. Niewielka, korpulentna z ogromnym pierścieniem na palcu prawej dłoni. Gdy po latach czytałam Harry’ego Pottera, to wypisz, wymaluj profesor Umbridge. W pierścieniu był duży kamień, ale raczej niezbyt szlachetny. Bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że nauczycielka nosi ów pierścień zwrócony oczkiem do wnętrza dłoni. Zastanawiałam się, po co nosić pierścionek, którego nie widać. Sprawa wyjaśniła się już na pierwszej lekcji. Gdy w klasie podniósł się delikatny szmer, polonistka zaczęła walić upierścienioną łapą w biurko z taką mocą, że szyby drżały.

– Kto mi tam partyzantkę sieje? – krzyczała z czerwoną ze złości twarzą.

Miewała też lepsze dni. Czasy były, jakie były, nikogo los nie rozpieszczał a oczkiem w głowie polonistki była córka. Roztaczała nam wizję dorosłej już panny, która była mądra, świetna i generalnie żadne z nas nie miało szans jej nawet do pięt dorosnąć.

– Jesteście bandą matołów! – mówiła z dobrodusznym uśmiechem. – O! A Nowacki to pewnie będzie jak jego ojciec ziemniaki na bazarze sprzedawał – dodawała wskazując upierścienioną dłonią na chłopaczka z odstającymi uszami. – A moja córka, nie chwaląc się, pracuje w Anglii… w pralni…

Autentyczna duma zawarta w jej głosie na jakiś czas wyrobiła we mnie przekonanie, że praca w pralni w Anglii jest największym z możliwych awansów w życiu człowieka i po cichu myślałam, że nauczycielka musi być prawdziwą szczęściarą :)

Barwnych postaci w szkole podstawowej było więcej. Ot choćby lubiana przez wszystkich pani od plastyki, która została panią od plastyki po tym, jak okazało się, że z różnych przyczyn alkoholowych nie ma siły być dłużej panią od WF-u. Pobieżnie i pospiesznie przygotowana do wskrzeszania w dzieciach talentów w dziedzinie sztuk pięknych, zapisała się w mojej pamięci wspaniałym powiedzonkiem, które po cichutku sobie powtarzałam smakując zakazane słowa na języku.

Pani łatwo się irytowała i często strofowała dzieciaki za co tylko się dało. Zawsze i tym samym tekstem.

Jak cię kopnę w dupę, to ci gówno oczy zachlapie!

Dzieciaki autentycznie ją uwielbiały 😀

Była też pani od ZPT, czyli zajęć technicznych. Światowa mistrzyni w motywowaniu dzieci, niepewnych swoich talentów w dziedzinie szycia poduszeczek na igły i dziergania siatek na zakupy z włóczki. Brała w dwa palce dzieło i patrzyła na nie z wyraźną odrazą.

– Jak tak patrzę Lewandowska, to mi się wydaje, że twoja matka to pewnie lata po jaskini z maczugą ubrana w skórę tygrysa! – mówiła.

Oj wesoło było w tej mojej szkole, bez dwóch zdań. Była na przykład chemiczka, która wyrzucała dzieciom zeszyty przez okno, jeśli uznała, że owe nie są prowadzone wystarczająco schludnie. Linijką po łapie też potrafiła przywalić. Znalazł się na nią jednak sposób, który moja klasa odkryła i uratowała zapewne kolejne roczniki dzieciaków przed jawną przemocą.

Chemiczkę można było wprowadzić w dobry nastrój nazywając ją „panią magister”. Magistrów w tamtych podstawówkach było jak na lekarstwo, większość kadry rekrutowała się z SN-ek, czyli studium nauczycielskich. Dzieci, jak świat światem, zawsze do wszystkich nauczycieli w podstawówce zwracają się zwykłym „proszę pani”, co najwyraźniej naszej magister chemii nie satysfakcjonowało. Kilka razy podkreślała, że jest magistrem, co sprytni chłopcy z naszej klasy bezlitośnie wykorzystali. Stawali przed wejściem do klasy i grzecznie czekali na nauczycielkę.

– Dzień dobry pani magister! – witali ją chóralnie i z teatralnym ukłonem.

– Dzień dobry – odpowiadała nauczycielka i rozpromieniała się w uśmiechu.

Po takim przedstawieniu mieliśmy pewność, że nie będzie linijki, wrzasków i być może latających zeszytów. Pewnego dnia, przy kolejnym rytuale powitania chemiczki, przeżyliśmy chwilę grozy.

– A co wy mnie tak tytułujecie? – zapytała nauczycielka, najwyraźniej węsząc podstęp.

Patrzyła, świdrując nas czujnym spojrzeniem zza opuszczonych do połowy nosa okularów.

– Bo my… – odważył się odezwać jeden z chłopców, ale po chwili umilkł.

– No słucham!

– Bo my tak panią bardzo lubimy! – dokończyła ociekającym obłudą głosem jedna z dziewczynek.

Byłam pewna, że chemiczka zwęszy ten grubymi nićmi szyty podstęp, ale nie. Oczy jej się zaszkliły i łamiącym się ze wzruszenia głosem zaprosiła nas do klasy. Do końca szkoły mieliśmy z nią święty spokój 😀

W galerii szkolnych indywiduów zaszczytne miejsce miała pani od rosyjskiego. Język bratniego narodu był wówczas jednym z najważniejszych i obowiązkowych, rzecz jasna, przedmiotów. W dobrym tonie było nieokazywanie nadmiernego entuzjazmu do jego nauki a słabe oceny przynoszone do domu były kwitowane wzruszeniem ramion przez większość rodziców 😀

Pani od rosyjskiego chyba sobie z tego zdawała sprawę i tym pilniej przykładała się do wałkowania czytanek z rosyjskiego elementarza, który sam w sobie był fenomenem. Wszystkie książki szkolne w tych czasach były czarno-białe i pozbawione obrazków a książki od rosyjskiego – czysta sztuka! Nie dość, że w twardych okładkach, to nafaszerowane kolorowymi obrazkami, które przyciągały spojrzenia łaknącej jakichkolwiek kolorów szkolnej dziatwy :)

Pani do rosyjskiego wymagała, by dzieci stały na baczność, gdy wchodziła do klasy. Dyżurny musiał obowiązkowo wyskandować formułkę:

Klasa 5B gotowa do lekcji języka rosyjskiego!

Oczywiście po rosyjsku. Stalin byłby z nas dumny. Putin pewnie też, gdyby mu teraz pokazali efekty pionierskiej pracy u podstaw naszej pani od rosyjskiego 😀

Absolutną wisienką na torcie był jednak pan od muzyki. Okrąglutki facet z rzadkim wąsikiem a do tego łagodny jak baranek. Wchodziliśmy mu na głowę i rozrabialiśmy jak pijane trolle a on znosił to ze stoickim spokojem i na kolejnych lekcjach usiłował nam wyjaśnić czym się różni fagot od fletu. Bezskutecznie.

Oczkiem w głowie pana od muzyki był chór szkolny. Z uporem godnym lepszej sprawy przesłuchiwał nas kolejno i łowił rzekome talenty wokalne. Pech chciał, że złowił mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. W sumie było całkiem śmiesznie, bo pan od muzyki, średnio zaangażowany w zalecany z Kremla repertuar, kazał nam śpiewać piosenki z Powstania Warszawskiego oraz przyśpiewki góralskie. Między innymi dlatego nasz chór nigdy nie wygrał żadnej znaczącej nagrody na konkursach międzyszkolnych. Tam zawsze wygrywała Międzynarodówka na dwa głosy a nasz pan od muzyki konsekwentnie „zapominał” nas jej nauczyć 😀

Większość dzieci była w chórze z łapanki i nie przejawiała nadmiernego entuzjazmu do szlifowania własnych możliwości wokalnych. Najbardziej znienawidzonym zajęciem było rozśpiewywanie się przed próbą właściwego repertuaru. Przy akompaniamencie pianina mieliśmy śpiewać aaaaaaa.

Nudy! Chłopcy ryczeli, jak lwy, dziewczynki złośliwie beczały jak owce a pan od muzyki pewnie rwałby włosy z głowy, gdyby tylko je miał. Nie raz się zdarzało, że z sąsiedniej sali lekcyjnej przychodziła jakaś udręczona nauczycielka prosić o ciszę.

Pan od muzyki pewnego dnia zapytał, o co nam chodzi. Już samo to było zdumiewające, bo w tamtych czasach opinia dziecka nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Jedna z dziewczynek odważyła się i wyszła przed inne dzieci.

– Bo to jest nudne – powiedziała.

– No to co powinniśmy śpiewać? – zapytał nauczyciel.

– Nie wiem, ale pan jest niedobry, że każe nam się tak ciągle rozśpiewywać!

Pan od muzyki błysnął okiem i powiódł palcami po klawiaturze pianina.

– Pan Brylicki jest niedobry, każe nam się rozśpiewywać! – zaintonował.

Chór z łapanki ochoczo podchwycił i od tej pory, przez kilka lat po szkolnych korytarzach niosły się entuzjastycznie skandowane obelżywe słowa pod adresem pana od muzyki wyśpiewywane przez dwudziestkę młodocianych płuc 😀

Ech, łezka wzruszenia się w oku kręci, choć mam świadomość, że w dzisiejszych czasach większość z tych, pożal się Boże, pedagogów wyleciałaby ze szkoły z wielkim hukiem. Oprócz pana Brylickiego, rzecz jasna :)

Jakoś po latach wzięło mnie na wspomnienia i przy okazji, w rodzinnym gronie, rzuciłam temat szkolnych czasów. Absolutnie wszystkich przebił mój ojciec przywołując obraz ze swoich studiów. Mówimy o końcu lat 60’, gdy na uczelniach zdarzali się jeszcze prawdziwi przedwojenni profesorowie. Jeden z nich, zgarbiony botanik mijał pewnego dnia trawnik przed uczelnią, na którym racząc się piwkiem siedzieli studenci, zdecydowanie nie mając zamiaru udać się na wykład. Profesor botaniki przystanął, popatrzył na młodzież w dzwonach i ciężko westchnął.

– Ej wy studenty! – powiedział, machając z rezygnacją ręką. – Wam to tylko dupy na zielono pomalować i ASYMILOWAĆ!

Szczęśliwego nowego roku szkolnego 😀

Skąd bierze się debiut?

Skąd bierze się debiut?

Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż

Punkt widzenia

Punkt widzenia

Pamiętam, jak dzisiaj, siebie z siódmej klasy podstawówki. Takie chude coś łażące po drzewach albo żrące na potęgę wszystko co pod łapy podleciało. I nie raz, pogryzając piątą, kryzysową parówkę – całkowicie bezrefleksyjnie i bez lęku o licznik kalorii – tak sobie filozoficznie myślałam, co to będzie w przyszłości. Jakoś z grubsza umiałam sobie wyobrazić, że po wakacjach pójdę do ósmej klasy i będę o trzy miesiące starsza. Z pewną dumą myślałam o tym, że będę w najstarszej klasie. Prestiż i te klimaty 😀

Z pewną obawą, ale jednak wybiegałam też myślami do czasu zmiany szkoły podstawowej na średnią i nawet udawało mi się jakoś to sobie wyobrazić. Co więcej, myśl o rychłej dorosłości, czyli osiągnięciu poważnych lat piętnastu wywoływała pewien dreszczyk emocji przebiegający po chuderlawych plecach.

Czasami myślałam sobie o mitycznym roku 2000, który we wszystkich pochłanianych przeze mnie książkach Lema, Bułyczowa, czy innych pisarzy SF i futurologów, jawił mi się jako świat szklanych domów, latających samochodów, wczasów na Marsie i robotów sprzątających w każdym domu. Wizja była tak odległa i nierealna, że liczyłam na niedomytych paluchach i wychodziło mi, że gdy dostanę w tym 2000 roku latający samochód i bilet na Marsa to będę tak koszmarnie stara, że właściwie to pewnie nawet nie będę się umiała cieszyć tymi wszystkimi dobrodziejstwami. Dwadzieścia cztery lata! Czy ludzie poważnie tak długo żyją? A jeśli tak, to czy są w stanie w ogóle załapać, że wchodzimy w nowe Milenium? Co to właściwie miało oznaczać? Czy będę się wówczas chylić nad grobem jak moi trzydziestoletni rodzice? Ile to oni będą mieli wtedy lat, jak będzie ten Sylwester 2000? Prawie pięćdziesiąt?

Miałam nadzieję, że do tego czasu wymyślą latające wózki inwalidzkie.

Podstępna przyszłość nastała znienacka, gdy tylko zajęłam się na chwilę nauką w liceum i kolejnymi arcyważnymi księciuniami, niekoniecznie z bajki. Potem zaczęły się studia i nagle się zorientowałam, że rok 2000 jest już tuż tuż a ja cholera jasna nadal nie dostałam przydziału na autolot i wbrew poprzednim niepokojom jestem ciągle dzieckiem. Dużym, ale zawsze 😀

A potem przyszła piękna, ale jednak proza życia. W 2000 roku jedyne co latało w moim domu, to mój ukochany mąż po pieluchy do sklepu osiedlowego. Nawet jeśli w oczach nastolatków byliśmy zgrzybiałymi staruchami, to zdecydowanie tego nie rejestrowaliśmy, bo zwyczajnie nie było na to czasu :)

Pierwszy raz mną potrząsnęło, gdy przed trzydziestką przestali się mnie pytać o dowodzik, gdy wchodziłam do monopolowego a drugi raz całkiem niedawno w osiedlowym spożywczaku. Niewinnie się zaczęło. Kupowałam bilet na metro.

– Ulgowy? – zapytała osiemnastoletnia (tak na oko) panienka – ekspedientka.

– Już nie – zaryzykowałam dowcip.

– Proszę się nie martwić, od pewnego wieku potem znów obowiązuje zniżka – odparła tryskająca młodzieńczym entuzjazmem dziewczynka.

Nie umiałam się zdecydować, czy to złowieszcza obietnica, czy zwykła informacja, co też wkrótce zdaniem panienki będzie mi przysługiwało.

No tak, moi mili, są pewne kamienie milowe i cezury czasowe, które na chwile wytrącają nas z transu codziennego życia i każą nam się zatrzymać i zadziwić się oszałamiającym tempem galopującego życia. Jednym z pierwszych jest, gdy niewiele młodszy od nas gnojek powie: „Proszę pani/pana!” a potem pojawiają się kolejne zadziwiające zdarzenia.

Na przykład przymierzasz nową kieckę i okręcasz się przed lustrem, myśląc, że w sumie to całkiem jeszcze niezła dupa z ciebie, gdy nagle wchodzi latorośl i mości się na łóżku przyglądając się twoim poczynaniom z przekrzywioną krytycznie głową. A potem nagrywa ją na pytania.

– Mamo, a jak to było, gdy byłaś młoda?

A w twojej głowie rozbrzmiewa (zamiast powyższego) „Poważnie? To jak byłaś mała to była już elektryczność?” 😀

Nie zamierzam się złościć. Zawsze w takich sytuacjach przywołuję wizję mojej zgrzybiałej dwudziestoczteroletniej osoby w latającym samochodzie w roku 2000.

Choć przyznać muszę, że raz mało nie popadłam w rozpacz 😀

Rzecz działa się mnóstwo lat temu. Byłam młodą matką, lat nie więcej niż dwadzieścia sześć, i jakoś tak się wydarzyło, że w towarzystwie swojej niewiele młodszej siostry spędzałam miły, letni wieczór na tarasie pod gwiazdami. Zebrało nam się na opowieści ze szkolnych czasów. Przysłuchiwały nam się trzy siedemnastoletnie dziewczyny i zaśmiewały się w głos. Po jakiejś godzinie wstały i zaczęły się grzecznie i dość wylewnie żegnać.

Jedna z nich rzuciła się mojej dwudziestoczteroletniej siostrze na szyję i oznajmiła nabrzmiałym od wzruszenia głosem.

– Dziękujemy Wam dziewczyny! Super życie MIAŁYŚCIE!

No jak tu nie kochać nastolatków? 😀

I teraz kochani moi dochodzimy do sedna. Dzisiaj mija mi 40 lat. Kiedyś pewnie bym pomyślała, że ludzie tyle nie żyją ale dzisiaj prężna, młoda i tylko nieco przytłoczona, podnoszę kielich wina w Waszą stronę i pocieszam się, że gdy mój sześćdziesięcioparoletni ojciec onegdaj stęknął, że jest stary, to prawie dziewięćdziesięcioletnia ciocia spojrzała na niego z politowaniem.

– Dał byś spokój, dzieciaku! – powiedziała lekceważąco i upiła herbaty z filiżanki.

A moja mama zdradziła mi pewną życiową prawdę, której zamierzam kurczowo trzymać się aż do setki. My się przecież nie starzejemy. To tylko kostium się trochę marszczy.

Szampan dla wszystkich a zwłaszcza dla mnie!

Jutro będzie po prostu kolejny dzień, prawda? :)

Polskie drogi

Polskie drogi

W ostatnich tygodniach nieustannie nawijam. Nawijam, nawijam i nawijam. Albo nawijam pisząc, albo nawijam gadając na niezliczonych spotkaniach na powietrzu i w eterze, no i oczywiście nawijam mknąc czerwonym babowozem w siną dal.  Jeżdżąc, nieustannie nawijam na licznik kolejne tysiące kilometrów i obserwuję, co się da.

Nigdy nie wiadomo, co może stać się inspiracją do czegoś, zatem to moje nawijanie takie do końca bez sensu chyba nie jest. Właśnie wróciłam do domu po kolejnym, szeroko pojętym nawijaniu i od razu zasiadłam do spisania moich refleksji i spostrzeżeń. Wszystko w życiu ma jakieś uzasadnienie, ale nie na wszystko wiem jakie, zatem w paru kwestiach pytania pozostawię bez odpowiedzi, licząc na Was, że mi w tym pomożecie. :)

Podróżując ostatnio po różnych regionach Polski natknęłam się na pewne kwestie niewyjaśnione. Na przykład wytłumaczcie mi, proszę, dlaczego w Kotlinie Kłodzkiej 100% pracowników branży gastronomicznej i hotelarskiej pochodzi z Ukrainy, a na Podkarpaciu praktycznie sami Polacy, za to też na ścianie wschodniej w ciągu 3 dni natknęłam się na rekordową ilość samochodów marki fiat Seicento?  Dlaczego, na przykład, w Ząbkowicach Śląskich wszystkie samochody zatrzymują się, zanim jeszcze pieszy pomyśli, że chciałby przejść przez jezdnię, a w Warszawie, co sił w nogach pieszy musi uciekać z pasów, by ujść cało z życiem?

O, albo korek. Nigdy nie wiedziałam dlaczego powstają korki na autostradzie, gdy nic szczególnego się nie dzieje, ale dziś już to wiem. Wczoraj, tuż przed moim nosem, z niewyjaśnionych przyczyn, jedna ciężarówka nagle postanowiła wyprzedzić drugą ciężarówkę, bowiem ta druga, ślamazara jedna, miała ustawione tacho na prędkość o 0,5km/h niższą, niż  pierwsza. I co? No i korek po całości. 7 minut, bo tyle dokładnie trwał manewr wyprzedzania, to czas wystarczający, by przytkać kilkanaście kilometrów autostrady, ale nie zmienia to faktu, że nasz kierowca kaskader poczuł się lepiej i chyba o to chodziło. Widocznie w sznurze dużych mobilków od czasu do czasu trzeba sobie zmienić krajobraz, bo w końcu ileż można się gapić na żółtą naczepę z napisem Gniotpol (pisownia autentyczna), skoro przez kolejny odcinek trasy można wpatrywać się w zieloną plandekę z napisem Tymbark. Podobno zielony uspokaja. Niestety nie wszystkich w korku. A zwłaszcza jadącego za mną kierowcę srebrnej skody, który chyba stwierdził, że ten korek to moja wina, bo nie dość, że na mnie natrąbił to jeszcze mrugał z częstotliwością 10 razy na minutę.

Ja nie wiem dokładnie, o co w tym chodzi, ale z tym srebrnymi skodami to też coś jest na rzeczy. Pomijam już fakt, że mniej więcej co trzecie auto na trasie to srebrna skoda z nowej kolekcji zima 2016, a za kółkiem obowiązkowo, znerwicowany krawaciarz w białej koszuli. Siada taki człowiekowi na ogon i mruga, jakby nie widział zbitego sznura ciężarówek na prawym pasie. Przecież, żeby ustąpić takiemu drogi trzeba zwolnić o połowę, by się wcisnąć między tiry (wiem, wiem… to ciągniki siodłowe z naczepą i nie każdy jest tirem :)), a tu taki siedzi człowiekowi na zderzaku i „myszkuje” jakby chciał wyprzedzić pasem zieleni albo rowem. Pół biedy jeszcze wyhamować i wkleić się w ciężarowy konwój, ale jak się później stamtąd wydostać, skoro na lewym wszyscy lecą szybko, a co trzecie auto to srebrna skoda z permanentnie włączonym kierunkowskazem?

A tu taki mruga… Aż się prosi, żeby chwycić za gruszkę i puścić w eter: „No i czego mrugasz, kretynie?”, no i zwolnić do setki. Niech sobie dostaje piany i mruga. Ech, czasem to dobrze, jak się CB radio zepsuje, bo by sobie człowiek pofolgował.

 

Kolejną nurtującą mnie kwestią jest zachowanie kierowców na czerwonym świetle albo w korku. Chyba większości się wydaje, bo innego wytłumaczenie raczej nie ma, że wraz z zatrzaśnięciem drzwi pojazdu i przekręceniem kluczyka, stajemy się niewidzialni i przenosimy się do jakiejś innej czasoprzestrzeni, w której nas nie widać. No bo jak inaczej wytłumaczyć dłubanie w nosie, grzebanie w zębach i oglądanie sobie migdałków w lusterku wstecznym? Hmm, i ten wzrok wbity sztywno przed siebie, by przypadkiem nie zauważyć kogoś, kto chciałby zmienić pas ruchu.  A może za łapówkę ktoś wydaje prawo jazdy niewidomym, bo przecież co za różnica, czy w dużym natężeniu ruchu jedziemy za hondą czy przed hondą? Owszem, jak się nam na krętej drożynie wpakuje przed nos siewnik z roztrząsarką do gnojówki, a wszędzie serpentyny i podwójna ciągła, a jak nawet nie ma podwójnej ciągłej i zakrętów, to na bank coś musi jechać z naprzeciwka, to tu – rzecz jasna – kolejność ma znaczenie, ale w mieście???

Wrócę jeszcze na moment do tych świateł, bo nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy. Zwykle rozglądam się dookoła i normalnie patrzę, kto siedzi w stojącym obok samochodzie. Czasem udaje mi się nawiązać kontakt wzrokowy z sąsiadem, ale taka sytuacja kończy się zazwyczaj w dwójnasób. W większości przypadków zostaje to odebrane jako zaproszenie do wyścigów i palenia gum na starcie i tu chętnie korzystam, natomiast w drugim przypadku, to już rzadziej, jako zaproszenie do nawiązania bliższej znajomości i to najlepiej przy kolejnych światłach. Tu już taka chętna nie jestem :)

 

Kochani, właśnie zakończyłam pierwszą turę promocyjnych wojaży i podsumowując powyższe, nie pozostaje mi nic innego, jak podpisać się pod starym porzekadłem, że ten kto jedzie wolniej od nas to melepeta, a kto jedzie szybciej ten świr!

Szerokości :)

 

Izabella Frączyk

Wszystkiego najlepszego Iza :)

Wszystkiego najlepszego Iza :)

Na wstępie muszę się Wam przyznać, że poniższy tekst powstał w pełnej konspiracji. A właściwie to po prostu w tajemnicy przed Izą. Mam nadzieję, że się nie wkurzy za blogową samowolkę, bo zgodnie z umówionym grafikiem miałyśmy dzisiaj opublikować przepis na arcysmacznego kurczaka. No trudno, kurczak poleci innym razem. Dzisiaj są ważniejsze sprawy :)

Jak wiecie, dzisiaj są Izy urodziny i właśnie to sprowokowało mnie do pewnych przemyśleń na temat naszej dzisiejszej bohaterki i, co tu dużo gadać, naszej wieloletniej znajomości. Nie popełnię dużej niedyskrecji pisząc, że poznałyśmy się na forum portalu allegro ponad dziesięć lat temu i właściwie od wtedy utrzymujemy kontakt cały czas. W skrócie mówiąc jesteśmy najlepszym przykładem przyjaźni, która nie miałaby możliwości powstać, gdyby nie internet.

Bez szans!

Mieszkamy trzysta kilometrów od siebie, choć bywało, że nawet ponad trzy tysiące, nie mamy żadnych udokumentowanych wspólnych znajomych w realu i nawet nie spędzamy wakacji w tych samych miejscach :)

Gdyby nie internet nie byłoby nocnych pogaduszek, bloga a nasi mężowie i córki nigdy by się nie poznali. To byłoby coś, czego by mi było chyba najbardziej żal, gdyby mi przyszło żyć w alternatywnej rzeczywistości w której nie wynaleziono internetu :)

Na szczęście wpadłyśmy na siebie te dziesięć lat temu i od tego czasu wyrobiłyśmy w sobie przekonanie, że jesteśmy jakimiś zagubionymi bliźniakami. Wprawdzie Iza upiera się, że to mnie ukradli z Krakowa jej mamie a ja stanowczo utrzymuję, że rąbnęli biedaczkę z kołyski w Warszawie, ale ustalmy, że ta kwestia nigdy nie zostanie rozstrzygnięta 😀

Dość powiedzieć, że w naszych rozmowach najczęściej padającym stwierdzeniem jest: „No co Ty? Ja też!”. Mamy tak w sprawach ważnych i w błahych. To w sumie jest śmieszne, ale nawet niektóre przepisy, które zamieszczamy na blogu robimy w taki sam sposób. Jest tego więcej rzecz jasna, ale tym, co sprowokowało mnie do napisania tego tekstu było pewne kalendarzowe podobieństwo, które również wyszło na jaw całkiem przypadkiem. Użaliłam się ostatnio, że nadciągają moje bardzo okrągłe urodziny i że niezwykle mi z tego powodu smutno. Dostałam należny opierdziel a potem padło pytanie: No to kiedy masz te urodziny? Ja na to: no w lipcu. A Iza na to nasze nieśmiertelne: No co Ty? Ja też! :)

Iza, mój krakowski bliźniaku lipcowy, życzę Ci milionowych nakładów książkowych, tłumaczeń na wszystkie nowożytne języki świata, szczęścia dla całej rodziny, zdrowia dla czarnych kotów i niezawodnego ogrodzenia dla Tornado :)

Bądź sobą, zarażaj wszystkich swoim życiowym optymizmem i nie ustawaj w energicznym podboju świata.

Wszystkiego najlepszego :)

Jagna

Zapraszamy do reklamy

Zapraszamy do reklamy

13550975_1188017944561978_1525944872_n

 

Ostatnio wpadłam na trop tajnej agencji. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Przecież tajne agencje są tajne, więc zwykli śmiertelnicy nie mogą o nich wiedzieć. Pewnie, że prawda, ale ja tę tajną agencję odkryłam metodą dedukcji i wieloletniej obserwacji tego co się wokół nas dzieje. A dzieje się, tu musicie się ze mną zgodzić, całkiem sporo.

Agencję, o której będzie dzisiaj mowa, nazwałam na użytek własny Zespół Sukcesywnego Rujnowania Reklamy. W skrócie ZSRR. No i co? Robi się poważnie, co? :)

Teraz, gdy pochwaliłam się Wam moim sukcesem szpiegowskim, to już zwyczajnie nie wypada mi inaczej i muszę Wam przedstawić genezę tego przełomowego odkrycia. Jak to z wielkimi szwindlami bywa, dochodzenie do prawdy zaczyna się od niewielkich okruchów wiedzy, które umysły potężne potrafią złożyć w większy obraz. Ha, ale sobie posłodziłam, ale w sumie kto mi zabroni? Ja to piszę, nie? :)

Ale do rzeczy. Po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak, gdy w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych poszłam na ciuchowe zakupy do pasiaków pod Pałacem Kultury. Pamiętacie je jeszcze? Takie blaszane potworki pomalowane w biało niebieskie pasy. W środku były wąskie alejki a wzdłuż nich kolejne boksy w których rodacy handlowali czym się dało. Uroku miejscu dodawały ogłoszenia puszczane przez rozmieszczone wzdłuż hali głośniki. Oglądam sobie właśnie jakąś kieckę, gdy z głośników rozległ się komunikat.

Woda święcona prosto z Jordanii na stoisku ósmym!

Rozejrzałam się bojaźliwie na boki, czując się jak kompletna grzesznica, którą jedynie tak wyrafinowana odtrutka może uratować. Fala mojego zdumienia nie opadła nawet odrobinę gdy głośnik huknął mi nad uchem ponownie.

Zioła prowansalskie prosto z PROWANSALII do kupienia na stoisku czterdziestym!

Po drugim komunikacie zrozumiałam, że coś jest na rzeczy. Obrazu dopełniła telewizja, ale do tego też dochodziłam latami.

Jak każdy pamięta, epokę reklam telewizyjnych zainaugurowała wątpliwej jakości próba zachwalenia produktu o wiele mówiącej nazwie „Prusakolep”. Poniżej link dla odświeżenia pamięci.

Urocze, prawda? Choćbym rok myślała to w życiu bym nie wpadła na to, żeby romans telewizji z płatną reklamą zaczynać od czegoś takiego. Przekaz od początku był jasny: nie oglądać!

Podejrzane, co?

Potem jeszcze była historia z umorusanym górnikiem, który wchodzi do sklepu trzymając w dłoniach tajemnicze coś zawinięte w gazetę. Sklepowa w lament, że gdzie on się z tym węglem pcha a górnik stawia na ladzie pakunek, odwija go i uspokaja kobietę.

To nie wungiel gołąbecko ino elktroniczno kaso sklepowo!

No po prostu mistrzostwo świata :)

Obrazu dopełniła sławetna reklama sosów ponętnie reklamowanych chwytliwym hasełkiem.

Sosy Billy w każdej chwilly

Dla mnie przekaz jest jasny. Agencja czuwa. Za każdym razem, gdy jakaś firma chce wypuścić reklamę zachwalającą ich produkty, to agenci natychmiast montują jakiś pastisz, który do produktu zniechęca. Potem się takie coś szybko wpuszcza do radia albo do telewizji i walka z przedsiębiorcą wygrana a agencja ZSRR robi kolejny krok na najeżonej cierniami drodze do zgładzenia imperialistycznego kapitalizmu.

Bo przecież jaka matka na przykład kupi syrop na kaszel, gdy zobaczy na reklamie, że specyfik należy wlewać bezpośrednio do płuc niewinnego dziecięcia? No nie ma mowy :)

Albo te reklamy irygatorów do pochwy, tamponów, podpasek i kleju do sztucznych szczęk, które obowiązkowo emituje się w niedziele, w porze o której przeciętny obywatel zasiada do rosołu?

To jeszcze nic. Są jeszcze braverany i inne piguły na potencję puszczane po serwisie informacyjnym, gdy cała rodzina siedzi na kanapie i czeka na „talent show” albo loki Gesslerowej w kolejnej odwiedzanej kuchni.

Wyobraźnia podsuwa pewien obraz :)

Siedzi ojciec, obok dzieci a matka krząta się po kuchni. W połowie reklamy środków na potencję w której pewien koleś próbuje rozpalić symboliczne ognisko, pan domu, rechocząc pod nosem, drze się na cały regulator.

– Lucyna, a jak myślisz? Może mi stanie po braveranie?

– Czego się drzesz idioto? Sąsiedzi słyszą! – odkrzykuje małżonka mieszając pomidorówkę..

– Tata – dopytuje tymczasem nieletnia latorośl – A co to jest ten braveran? Jakaś podpałka do ogniska?

To tylko wierzchołek góry lodowej zbrodniczej działalności tajnej agencji. Są przecież filmiki, które zachęcają do mycia stosów talerzy przy pomocy małej kropelki płynu do naczyń.

Jasne, pędzę lecę i już się nie mogę doczekać tej atrakcyjnej roboty przy usuwaniu tłuszczu bez porządnej porcji detergentu. O! Albo te sponsorowane przez proszki do prania poradniki edukacyjne, które uczą dzieci tarzania się po trawie i wsmarowywania w śnieżnobiałe koszulki własnej krwi. Matki z pewnością są zachwycone :)

Jest też krótki film instruktażowy, jak stosować klej do szczęk i bez trudu jeść makowiec. A że zaparcia potem? Spoko, przecież za chwilę poleci reklama środków na przeczyszczenie i maści na hemoroidy 😀
Jednym słowem, cholernie żal mi tych wszystkich producentów, których agencja tak elegancko załatwia. Tak to się właśnie odbywa. Każdy produkt jest bojkotowany oszczerczą kampanią telewizyjną i radiową. Innego wytłumaczenia nie ma.

Bo przecież nie jest możliwe, żeby te firmy same takie pastisze produkowały i jeszcze myślały, że w ten sposób zachęcają innych do zakupu ich produktów?

Nie, sorry, ale w takie coś to ja zwyczajnie nie uwierzę :)

Ps. Ostatnio odkryłam, że agencja ZSRR ma oddziały także w innych krajach. Niezwykle prężnie rozwijają się w Japonii na przykład :(

 

Ogrodnicze call center

Ogrodnicze call center

Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 

Nie ma mocnych

Nie ma mocnych

Niektórzy ludzie to mają niucha. Nie takiego normalnego, ale takiego naprawdę fest. Na przykład mój mąż. Ja nie wiem skąd mu się taki dar przyplątał, ale czego by przed nim nie schować to zawsze znajdzie. Czasem nasuwa mi się skojarzenie z psami szkolonymi do wykrywania narkotyków i innych zakazanych rzeczy, żeby na granicy czy lotnisku uziemić kontrabandę. Mój mąż zastąpiłby ich wszystkich.

Weźmy na przykład taką pastę jajową. Tu chętnych jest więcej, bo dochodzą jeszcze dzieci, ale choćbym nie wiem jak głęboko zakopała ją w lodówce, to rano zawsze jej nie ma. I co ciekawe, nikt jej nie zjadł, a dzieci w nocy śpią. To akurat normalka i z wyżywieniem tak bywa, ale co począć w sytuacji, kiedy na serio trzeba coś schować tak, żeby nikt nie znalazł?

Nie ma mocnych… Kiedyś po moim powrocie z delegacji, mój ślubny zapytał czy przywiozłam mu prezent z podróży. Hmm, gdybym była w Buenos Aires to pewnie coś bym przywiozła, ale z Nowego Sącza? Że niby co miałam przywieźć? Ciupagę? Bursztynowe szachy? Czy ruskie baby w babie? No sorry. Może innym razem. Focha wprawdzie z tego powodu nie było, ale wzięłam sobie do serca sprawę stosownego souveniru dla męża i tydzień później goszcząc w malowniczym Tarnobrzegu postanowiłam się poprawić. Wypadło mi jedno zaplanowane spotkanie, więc ruszyłam w tarnobrzeski rynek celem zdobycia odpowiedniej pamiątki.  Poszło całkiem łatwo, bowiem od razu trafiłam na sklep z różnymi różnościami. Nie miałam pojęcia, co należy przywieźć ze stolicy wydobycia polskiej siarki, ale trafiłam na fajne figurki, świetnie nadające się na podpórki do książek. No i super. Tylko że za nic nie mogłam się zdecydować, czy wziąć słonia czy bawoła. W końcu wzięłam oba i uznałam rozsądnie, że jedną dam, a drugą schowam i będzie na zaś. W sam raz na kolejną delegację.

W domu słoń zrobił furorę, więc rada z pomysłu poszukałam miejsca dla bawoła. Na moją prośbę sprzedawca zawinął go w najbrzydszy szary papier świata. W obawie przed mężowskim niuchem wybrałam miejsce, w które nigdy nie zagląda. Przepastna szuflada w kuchni, gdzie trzymam rzeczy używane jeden raz do roku albo i rzadziej, wydała mi się idealna do tego celu, więc zakopałam zapakowanego w szary worek bawoła na samym dnie i zadowolona czekałam kolejnej delegacji, by znów uszczęśliwić małżonka i uzupełnić zwierzęcą kolekcję książkowych podpórek.

Minął tydzień, jak to niczego nieświadoma wparowałam do domu. A tu foch. Co ja mówię. Foch stulecia. Obraza majestatu po całości. Ech, żebym to ja jeszcze znała powód, ale to nie takie proste. W końcu pod wieczór usłyszałam pytanie pełne pretensji:

– A dla kogo ten bawół, coś go tak skitrała na dnie szuflady?!

Padłam, odpuściłam i uznałam, że stwierdzenie, iż najciemniej jest pod latarnią w tym przypadku nie działa, więc postanowiłam przechytrzyć cholerę. Prezent na urodziny ukryłam pod schodami do piwnicy, gdzie trzymamy nasze opony na zmianę. Uff, urodziny w lutym, to do opon się nie dobierze, bo wymieniamy jakoś na koniec marca, a poza tym to ja w domu jestem od wymiany opon, więc tym razem będzie pewniak. Nie ma szans, żeby kogokolwiek tam zagnało. Tym razem poszedł w ruch czarny worek na śmieci, bo tam ciemno. Nie ma siły. Nie znajdzie.

Ech, no jest. Szlag by trafił tego kolegę, co go nagle zainteresował rozmiar moich letnich opon. Co kogo obchodzi rozmiar moich opon? Tego jednego obchodzi, więc mój mąż przerwał korespondencję na czacie i rączo pognał grzebać przy oponach, a że przy okazji kot strzelił tam klocka a mój mąż zapałał chęcią posprzątania… No to sami wiecie, że oczywiście trafił na prezent i zapytał czy to dla niego….

Cholera by to wzięła. No…

No, nie ma mocnych. A tu imieniny wkrótce. Co ja poradzę, że lubię mieć kupione wcześniej? Tym razem obrałam najlepszą możliwą strategię i postanowiłam wciągnąć do konspiracji sąsiadów. Zrozumieli moje tragiczne położenie i zgodzili się przetrzymać u siebie wielką pakę kształtem zdradzającą obecność deski snowboardowej w środku. Sąsiad deskę wstawił na zaplecze w sklepie, a ja dumna z planu doskonałego, nareszcie odetchnęłam spokojnie.

Dwa dni. Dosłownie dwa dni trwał mój spokój.

Mąż zajechał na podjazd i chwycił za łopatę do odśnieżania. Syn sąsiadów również zauważył intensywny biały opad i też wybiegł szuflować swoje.

– Sąsiaaad?!!!- zakrzyknął na widok mego męża i szurnął szuflą.

– Co tam?!- odkrzyknął ochoczo małżonek.

– Jak skończysz, to podejdź do sklepu, bo jakaś deska snowboardowa stoi na zapleczu i na paczce napisane, że wasza!

Konkurs!

Konkurs!

Witajcie kochani czytelnicy!

 

Dzisiaj wraz z Pawłem Tomalą mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać piękną deskę do serwowania potraw. Do rozdania mamy 2 duże deski i jedną średnią.

Co należy zrobić, by wygrać?

Udostępnić post konkursowy na FB. Post jest TU

Odpowiedzieć na pytanie:

Jaką potrawę chcielibyście zaserwować swoim gościom na desce Pawła?

Mile widziany przepis :)

Odpowiedzi zamieszczamy pod tym postem (Nie na FB, tylko na blogu – komentarze pod postem. Nie zapomnijcie się podpisać – jakoś trzeba będzie tego zwycięzcę zidentyfikować :)

 

Autorów najciekawszych odpowiedzi wybierze trzyosobowe jury w następującym składzie: Paweł Tomala, Izabella Frączyk i Jagna Rolska

 

Wyniki konkursu ogłosimy w piątek.

Deski autorstwa Pawła można obejrzeć i kupić TUTAJ

Nagrody zostaną wysłana pocztą pod wskazane przez laureatów adres na terenie Polski

Nie kłam!

Nie kłam!

13459538_1178351365528636_1319551196_n

 

Nie kłam dziecko! Trzeba zawsze mówić prawdę!

Kto z nas nie słyszał tego w dzieciństwie? W przedszkolu, w domu a potem w podstawówce wszyscy kolektywnie piorą dzieciakom mózgi a one biedne w to wierzą. No bo jak nie wierzyć dorosłym? W końcu skutecznie wyrobili w nas przekonanie, że wszystko wiedzą najlepiej na całym świecie.

Ta święta wiara zaczyna się chwiać – w zależności od dzieciaka – gdzieś po roku podstawówki. Co bystrzejszym coś zaczyna nie grać nieco wcześniej, gdy przekonują się boleśnie, że za nadmierną szczerość można nieźle oberwać od kolegi z podwórka. Co więcej, ci sami rodzice, którzy jak mantrę powtarzają „nie kłam” wydają się o tej prawdzie objawionej czasami zapominać. Bo o ile „nie kłam” jest świetne w sytuacjach, gdy chce się wydobyć przyznanie się do winy z nieletniego winowajcy, gdy zwędził tabliczkę czekolady z kuchni, to już szczera odpowiedź na pytanie: A powiedz Ignasiu jak bardzo kochasz ciocię? – niekoniecznie musi się spodobać dorosłym. W szczególności cioci.

Co więcej, dzieci szybko łapią, że mówienia prawdy wymaga się wyłącznie od dzieci. Kłamią przecież wszyscy dorośli.

– Nie bój się Antosiu, zastrzyk nic a nic nie boli! – mówi mama z obłudnym uśmiechem ciągnąc nieświadome zagrożenia dziecię do gabinetu pielęgniarki.

To tylko sekundka – obiecuje lukrowanym głosem pielęgniarka po czym niespiesznie doi czwartą fiolkę krwi nieszczęsnego, wijącego się w histerii dziecięcia.

Dość powiedzieć, że w miarę rozgarnięty dzieciak szybko się orientuje, że mówienie prawdy się nie opłaca a właściwie to jest niebezpieczne a ślepa wiara w słowa dorosłych jest całkowicie pozbawiona sensu.

Fakt nabycia tej wiedzy wcale nie sprawia, że nagle dostaje od dorosłych pozwolenie na mijanie się z prawdą. Wręcz przeciwnie! Kłamiący jak najęci dorośli nagle nabierają poczucia misji i za wszelką cenę chcą wpłynąć wychowawczo na dzieci.

– Nie wolno kłamać! Mamusia zawsze mówi prawdę – stwierdza rodzicielka kłamiąc ile wlezie. – Zobacz, Pinokio kłamał i jaki mu długi nos urósł.

Taaa… Gdyby tak było, to każdy z nas dorosłych nosiłby na twarzy dorodną tyczkę do skoku wzwyż.  Taką samą, jaką Kozakiewicz wykorzystał na olimpiadzie w Moskwie a potem uczynił swój słynny gest.

Taki sam gest powinny pokazać biedne dzieci wszystkim dorosłym. Tym wszystkim obłudnikom, którzy powinni młodym uczciwie wyjaśnić jak się rzecz ma i chociaż raz przestać kłamać :)

Powinien jeden z drugim kłamczuch usiąść z niewinnym dziecięciem i wyklarować mu, że mówienie prawdy w większości przypadków kompletnie mija się z celem albo jest wręcz niebezpieczne. Że kłamstwo, a już na pewno mijanie się z prawdą to podstawowe narzędzie cywilizacji człowieka i że bez kłamstw zwyczajnie żyć się nie da. Pewnie, powinien powiedzieć odpowiedzialny rodzic, że lepiej milczeć, niż kłamać, ale najczęściej tak się nie da i kropka.

A jeśli jakiś dorosły upiera się, że można przejść przez życie bez kłamstwa i z uporem sprzedaje tę dewizę niewinnym latoroślom to za karę powinno się go wrzucić na choćby jeden dzień do piekła prawdomówności.

Piekło prawdomówności:

Wstajesz po beznadziejnej nocy, podczas której przewróciłeś się z boku na bok coś ze sto razy i człapiesz do kuchni. Mózg wysyła jeden komunikat: kawy! Otwierasz lodówkę. Fuck. Nie ma mleka. Nic do żarcia też nie ma. W łazience okazuje się, że nie ma ciepłej wody a koszulka, którą miałeś założyć do roboty ma na środku niespraną plamę. Skarpetkę do pary wchłonął smok z szuflady, gdzieś zapodziały się klucze a w chwili w której wyszedłeś z domu na głowę chlusnęła ulewa mocząc i tak nie najlepiej ułożoną fryzurę (suszarka wysiadła). Po chwili deszcz zaciął podstępnie i oblał dokumentnie spodnie. Oczywiście parasolka połamała się w zeszłym tygodniu a nowej zapomniałeś kupić. Otrząsając się jak pies po deszczu wchodzisz do sklepu kupić bilet na autobus.

Witaj w piekle. Przed Tobą pierwsza interakcja międzyludzka. Pamiętaj! Nie możesz kłamać! Możesz próbować przemilczeć pewne rzeczy, ale na zadane pytania musisz mówić wyłącznie prawdę. Do dzieła :)

Dzień dobry – wesołym głosikiem wita cię ekspedientka.

Niezbyt – odpowiadasz.

Co niezbyt? – pyta zdumiona dziewczyna.

Niezbyt dobry dzień.

Aha – odpowiada zaskoczona i na twoje nieszczęście dodaje – Kiepska noc?

Kiepska.

A to wszystko przez tę pogodę – próbuje jakoś wybrnąć z Twojego grubiaństwa dziewczę.

Nie przez pogodę (pamiętaj! Wymijające odpowiedzi to też próba kłamstwa!). Nażarłem się czegoś na kolację i całą noc gazy męczyły.

Aha – odpowiada ekspedientka spoglądając na ciebie z lekkim wytrzeszczem oczu. – To miłego dnia!

Się jeszcze okaże – odburkujesz w odpowiedzi i wychodzisz na zalaną deszczem ulicę.

Pod wiatą przystanku tłoczą się zziębnięci ludzie. Próbujesz się do nich przysunąć, żeby chociaż częściowo schronić się przed deszczem. Jakaś kobieta niechcący dźga cię parasolką w kark. Boli.

Najmocniej przepraszam – mówi grzecznie kobieta. – Nic się nie stało?

Podrapała mnie pani a do tego deszczówka wlała mi się za kołnierz, więc się stało – odpowiadasz zgodnie z prawdą.

Bardzo mi przykro – odpowiada kobieta, choć dokładnie widać, że wcale jej przykro nie jest, co natychmiast na głos zauważasz.

Kobieta prycha, tłumek faluje w oburzeniu i odsuwa się od ciebie jak od trędowatego. Już w autobusie, uciekasz w najdalszy kąt, siadasz i masz cichą nadzieję, że do końca podróży żadna istota ludzka nie zainteresuje się Twoją skromną osobą.

Płonne nadzieje :)

Już po trzecim przystanku autobus się zagęszcza. Nad twoim siedzeniem materializuje się matrona. Jęczy, stęka, nic wprost nie powie ale znacząco zerka na zajęte przez ciebie miejsce.

Proszę! Niech Pani usiądzie – mówisz uprzejmie podrywając się energicznie.

Pfff – mówi baba, ale wyraźnie szykuje się do zawłaszczenia miejsca. – Taka jestem zmęczona. Starość nie radość! – dodaje moszcząc się na fotelu.

Moim zdaniem to raczej tusza. Za dużo pani waży – zauważasz. – Niech pani zobaczy. Ma pani tak tłusty tyłek, że zwisa prawie do ziemi po obydwu stronach siedzenia.

A potem rozpętuje się piekło. Baba wrzeszczy coś o „tej dzisiejszej młodzieży”, choć ty już młodzieżą od pewnego czasu nie jesteś, a reszta pasażerów ochoczo dogaduje. Jest nawet chłopak, który nagrywa wszystko telefonem.

Czując się jak niedoszła gwiazda you tube’a wysiadasz na najbliższym przystanku i w strugach deszczu maszerujesz kolejne osiem przystanków do macierzystego biurowca z każdym krokiem czując coraz mocniej, że mokry but załatwił ci bolesny pęcherz na pięcie. W końcu stajesz przed schodami wiodącymi do biurowca i oddychasz z ulgą. Chęć schronienia się w suchym i ciepłym wnętrzu usypia czujność, więc zamiast przemknąć cichutko koło ochroniarza, pana Staśka, to witasz się z nim serdecznym uśmiechem i uprzejmym pytaniem o to, jak się ma.

A jakoś leci – odpowiada ochroniarz. – A co u pana?

Pewnie nie mam takiej beznadziei finansowej jak pan, ale za to rano powiedziałem młodziutkiej dziewczynie w sklepie, że cierpię na bezsenność przez gazy. I starej babie w autobusie, że jej tłuszcz z tyłka zwisa do samej ziemi…

Nie masz pan beznadziei finansowej? – podłapuje pan Stasiek, ignorując resztę przekazu. – To ile wam tam płacą?

Choć dusza łka, zdajesz panu Staśkowi sprawozdanie z zarobków, premii, wysokości rachunków, czynszu i kredytu na niewielki lokal, który kupiłeś w ramach inwestycji. Potem opowiadasz o tym ile zapłaciłeś za ostatnie wakacje i ile cię kosztuje szkoła syna.

Patrz pan a mnie nie chcą za nadgodziny zapłacić – podsumowuje pan Stasiek i na twoje nieszczęście dodaje – Ciekawe dlaczego?

Bo pan jesteś niewykwalifikowana siła robocza. Można pana zastąpić kimkolwiek – odpowiadasz z rozbrajającą szczerością i w tej samej chwili masz chęć strzelić się własną pięścią w łeb.

Pan Stasiek obrusza się i obraża. A ty wchodzisz po schodach, mając nadzieję, że nie spotkasz tam nikogo znajomego. Większość personelu jeździ windami. Człapiesz powoli, bo pęcherz na pięcie coraz bardziej boli. Na pierwszym piętrze zderzasz się z Iwonką z trzeciego działu. Znacie się z widzenia i kilku zdawkowych wymian zdań w stołówce pracowniczej.

Witaj nieznajomy – mruczy Iwonka owijając się wokół balustrady.

Znamy się ze stołówki – wyjaśniasz na wstępie uczciwie.

No wiem – sapie niezadowolona kobieta. – Co słychać?

Nie mogę kłamać, więc idę po schodach, żeby nikogo nie spotkać. Dodatkowo męczy mnie pęcherz na stopie. A co u ciebie?

Jakiś dziwny jesteś, wiesz? Ale w sumie nawet mi się to podoba – zagaja filuternie Iwonka.

Dziękuję. A co ty tu robisz na tych schodach?

A trochę ruchu nie zawadzi.

Faktycznie. Trochę schudłaś, ale chyba jeszcze ze trzydzieści kilogramów przed tobą, co? – odpowiadasz uprzejmie.

Cham! – parska Iwonka i odchodzi.

Wspinasz się na swoje piętro i docierasz do swojego biurka. Siadasz i ciężko wzdychasz. Zza przepierzenia wynurza się głowa kierowniczki.

Spóźnienie! Masz coś do powiedzenia? – syczy.

Mam – szczerze odpowiadasz.

Co takiego?

Jesteś podłą zdzirą i nienawidzę cię prawie najbardziej na świecie.

Kierowniczka materializuje się w twoim boksie i nerwowo gładzi garsonkę. Siada na biurku i wzdychając ciężko patrzy ci w oczy.

Chyba coś ćpałeś przez weekend? – pyta uprzejmie.

W tym miejscu puszczasz jej wiązankę o tym, co sądzisz o niej, firmie, szefach, współpracownikach, sytuacji politycznej, jakości żarcia w stołówce i beznadziejnej pogodzie. Kierowniczka bez słowa wychodzi a ty próbujesz skupić się na pracy, ale pęcherz na pięcie tak cię napierdziela, że wzdychasz ciężko i postanawiasz iść do pomieszczenia socjalnego i ukoić zmysły kawą. I w tej chwili przychodzi mail. Od szefa wszystkich szefów. Już wiesz, że twoja nadmierna szczerość uplotła ci powróz na korporacyjną szubienicę, ale mimo wszystko nic, absolutnie nic, nie jest w stanie przygotować cię na spotkanie z NIM.

Dotarły do mnie niepokojące informacje, że nie jest pan zadowolony z warunków pracy – zagaja szef tuż po tym, gdy stawiasz się na dywaniku.

Nie jestem! – odpowiadasz dziarsko.

Nawet nie pytam jaka konkurencja pana przekabaciła, ale coś sobie musimy wyjaśnić.

Co?

Co pan o mnie myśli?

Skręcasz się w konwulsjach. W myślach przemyka ci rata kredytu, ale słowa wzbierają i już wiesz, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Oddychasz ciężko, ale się poddajesz.

Jesteś pan kawał kutasa – odpowiadasz tak głośno, że z sąsiednich boksów wychylają się zaciekawione głowy.

No to co? Nadal mówimy dzieciom, że nie wolno kłamać? :)

Tornado 8

Tornado 8

Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.

Wyniki konkursu

Wyniki konkursu

Witajcie kochani czytelnicy :)

Pierwszy konkurs na naszej stronie właśnie dobiegł końca. Dziękujemy firmie M4Deco za ufundowanie nagrody a Wam, drodzy czytelnicy, za wspólną zabawę.

Korzystając z okazji zdradzimy Wam, że następny konkurs już za niespełna dwa tygodnie, więc bądźcie czujni.

Ale do rzeczy.

Laureatką konkursu, w którym do wygrania był koszyczek w wybranym przez siebie kolorze i  w którym zapytaliśmy o Wasze ulubione letnie potrawy, jest autorka następującej wypowiedzi:

Ziemniaki ze skwarkami i zsiadłym mlekiem. Oczywiście mleko od krowy, a nie z supermarketu (-: A na deser bułeczki drożdżowe z jagodami, albo biszkopt z jagodami, dużą ilością galaretek i bitą śmietaną (-:

Pasjonatko książek, hej, hej! O Tobie mowa :)

Gratulujemy wygranej i prosimy o kontakt przez formularz kontaktowy w zakładce „Kontakt” na naszej stronie.

Dziękujemy wszystkim :)

Marzena, Iza i Jagna

 

Jak się rodzi powieść

Jak się rodzi powieść

13435612_1174372722593167_2015953157_n

 

Często pytacie mnie o genezę powstania moich książek, a ja równie często mam problem, żeby sensownie na takie pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj są to po prostu impulsy, ale w przypadku „Do trzech razy sztuka” było inaczej :)

A to było tak… Wymyśliłam kiedyś sobie, że napiszę głupkowatą komedię. No i napisałam. Zbankrutowani bracia. Makler i detektyw oraz dwie panie architektki rywalizujące ze sobą od zawsze. Jedna z cudnym życiem u boku wspaniałego faceta, plus udane dzieci. Do tego zarabiająca masę pieniędzy i wygrywająca w cuglach wszystkie branżowe konkursy. Druga nieszczęśliwa i zawsze w tyle o dwa kroki. No i porwanie dla okupu, by finansowo podratować i detektywa, i maklera. Intryga cud miód, tylko się maklerowi pomyliło i porwał tę drugą, biedną. No i zaczęły się hece. Syndrom sztokholmski na wesoło.  I wiecie, co się wtedy stało? Mój ulubiony redaktor prowadzący z wydawnictwa powiedział, że w życiu się nie spodziewał, że jestem w stanie napisać coś tak durnego i że czeka na coś, gdzie jest dużo więcej „Frączyk”.

Ech, nie ma to jak wkurzyć pisarza, zwłaszcza w wakacje, kiedy ma dużo czasu, bo dzieci na obozach, mąż w delegacjach, nie trzeba gotować, a zwierzaki mogą jechać na suchym. Tak się wkurzyłam, że IQ mi skoczyło o 200% i zaczęłam kombinować, o czym by tu napisać, by nie robić research’u i żeby było szybko. Mam! Bingo! Korporacja! Przecież znam to od podszewki.  Korporacyjne klimaty towarzyszyły mi przez wiele lat, a czego się nasłuchałam od znajomych to nawet nie wspomnę. Połączyłam w jedno klimaty z dwóch dobrze znanych mi firm i wyszło mi świetne tło dla przygód i perypetii mojej Anki.  A skąd imię? A to na cześć jednej takiej miłej Anny Piotrowskiej, która administruje moim fanklubem na Facebook’u i jest po prostu świetna :) Pozdro Ania!

Dość na tym, że z tej złości napisałam całą książkę w miesiąc, nawet nie wiedząc, że przekaz będzie aż tak czytelny. Zawód handlowca, jawiący się większości jako zwykły lans w służbowej furze, jest jednym z trudniejszych zawodów świata. Łączy w sobie wiele profesji. Od kierowcy począwszy, poprzez psychologa, niańkę, organizatora, dostawcę, magazyniera, mediatora, księgowego, a na kierowniku swojego rewiru skończywszy. Jeśli dodamy do tego taksówkarskie przebiegi w każdych, nawet i ekstremalnych warunkach, permanentny stres, presję planu sprzedaży, humorzastych klientów i bezlitosny rynek, wyjdzie nam z tego naprawdę ciężki kawałek chleba. Od tego właśnie zaczynałam. Dawno temu. Zatem czas wreszcie pokazać, jak to jest być w korpo :)

Zapraszam do lektury fragmentu powieści „Do trzech razy sztuka” 

Marta, jak się okazało szefowa przedstawicieli handlowych zwanych naprzemiennie pechowcami lub repami, była wulkanem energii. Sprawna, świetnie zorganizowana i bardzo rzeczowa. Przejęta Anka chłonęła wszystko jak gąbka, choć nie rozumiała nawet połowy z branżowego nazewnictwa. Chwilami czuła się jak na tureckim kazaniu i skrzętnie notowała, czego nie rozumie. W nadchodzących dniach miała pracować z Adrianem, który finalnie okazał się być świetnym fachowcem, a jego znajomość rynku przyprawiała o zawrót głowy. Z większością swoich klientów był po imieniu, miał niezłą renomę i na wieść o jego odejściu niejednej farmaceutce zakręciła się łezka. Do tego jak z karabinu strzelał cenami i cyfrowymi kodami całego dostępnego asortymentu. Anka była pod wrażeniem, a gdy na koniec dnia podyktował jej z pamięci dzienny raport wizyt, sypiąc jak z rękawa kilkunastoma adresami i nazwiskami, nie wytrzymała.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem ty to wszystko pamiętasz?

– Normalnie. Za kilka miesięcy też będziesz tak mieć. To przyjdzie samo, ale na początku musisz wszystko notować, bo później zapomnisz.

– Jasne – mruknęła bez przekonania. – A kto to jest rep?

– Pechowiec – Adrian uśmiechnął się świadom, że zapędza koleżankę w kozi róg.

– Nie rozumiem, skąd ta nazwa.

– To proste. PH to skrót od przedstawiciela handlowego, więc wychodzi „pechowiec”, to jest to samo co rep, żeby nie łamać sobie co chwila języka na angielskim „sales representative”.

– Aaaa – kiwnęła głową ze zrozumieniem, bo wcześniej nijak nie mogła pojąć, co praca ma wspólnego z pechem.

– Mam nadzieję, że już wiesz, kto jest twoim najważniejszym klientem?

– Nie wiem, przecież dopiero zaczynam i jeszcze nie znam wszystkich.

– Jego już znasz – Adrian tajemniczo ściszył głos. – To twój szef. To jemu codziennie sprzedajesz swoją pracę, postaraj się więc, żeby nic ci nie uciekło. Notuj, notuj i jeszcze raz notuj, a notes musi się stać twoim najlepszym przyjacielem. I najważniejsza rada.

– Jaka?

– Nigdy niczego klientowi nie obiecuj, jeśli nie masz stuprocentowej pewności i pięciu podpisów wszystkich członków zarządu, że możesz mu to dać.

– Matko, a ty masz tę pewność?

– A słyszałaś, żebym komuś coś obiecał?

– Nnno, nie. Mówiłeś, że zrobisz co w twojej mocy.

– No właśnie, a mocy sprawczej nie mam, ale za to mam dobrą pamięć i gruby notes. I jeśli tylko uda mi się spełnić prośbę klienta, ten będzie się czuł tak, jakbym spełnił obietnicę, której nigdy mu nie złożyłem. A jak nie dam rady, to trudno. Nikt nie zarzuci mi nieuczciwości, bo przecież niczego nie obiecałem. Tak to działa.

– I to działa? – Anka była pełna uznania. Skończyli kawę i chciała już wstać od stolika, ale Adrian powstrzymał ją gestem dłoni.

– A zauważyłaś może coś szczególnego? Jakaś refleksja z twojej strony?

– Tak. Zauważyłam, że traktujesz każdego klienta w taki sposób, jakby był jedynym klientem na świecie. I oni to lubią – uśmiechnęła się szeroko.

– Widzę, że będą z ciebie ludzie – Adrian przybrał protekcjonalny ton. – Pamiętaj jednak o firmie. To nasza matka i to ona nas karmi, i niech cię ręka boska broni w jakikolwiek sposób naruszyć jej dobre imię. Wszyscy mamy tu misję do wypełnienia i powinniśmy być tego świadomi.

– Dzięki Adrian – powiedziała posłusznie, ale uznała, że pod koniec kolega zdrowo przesadził. Niewątpliwie był doskonałym fachowcem, ale jego wypowiedzi na wskroś przesiąknięte korporacyjną indoktrynacją na temat misji, firmowej tożsamości i innych bzdur sprawiły, że Anka tylko przez grzeczność kiwała głową. Patrząc na to, z jakim namaszczeniem Adrian gładzi firmowe logo na okolicznościowym wiecznym piórze, nabrała pewności, że kolega przeszedł więcej niż skuteczne pranie mózgu. Całe szczęście jej to nie groziło, a przynajmniej miała taką nadzieję.

Konkurs

Konkurs

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj wraz z firmą M4Deco mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać piękny koszyczek w dowolnie wybranym kolorze i fasonie :)

Co trzeba zrobić, żeby wygrać?

  1. Udostępnić post konkursowy na FB. Post jest TU
  2. Odpowiedzieć na pytanie: Jaką potrawę najbardziej lubicie podczas lata i dlaczego?

Odpowiedzi zamieszczamy pod tym postem (Nie na FB, tylko na blogu – komentarze pod postem. Nie zapomnijcie się podpisać – jakoś trzeba będzie tego zwycięzcę zidentyfikować :)

Autora najciekawszej odpowiedzi wybierze trzyosobowe jury w następującym składzie: Marzena Zdeb, Izabella Frączyk i Jagna Rolska

Wyniki konkursu ogłosimy w piątek.

Nagroda zostanie wysłana pocztą pod wskazany przez laureata adres na terenie Polski

Dzień dziecka

Dzień dziecka

Witajcie drodzy czytelnicy!

Wszystkim małym i dużym dzieciom życzymy szerokiego uśmiechu i samych radości w życiu. Dzień dziecka jakoś nas sprowokował do wspomnień, czego efektem są poniższe felietony :)

glowa_izy

W sumie to byłam grzecznym dzieckiem. A przynajmniej w świadomości rodziców. Moich i cudzych. Nawet niektórzy stawiali mnie za przykład, a mój kolega tak się kiedyś wkurzył, że kazał swoim rodzicom mnie adoptować, a jego oddać do domu dziecka. Był nawet skłonny to przeżyć, byle tylko go oddali z wieżą hi-fi :)

Uczyłam się dobrze, ale to właśnie ja nauczyłam całą klasę z podstawówki pluć na odległość i gwizdać na palcach. Ech, ależ ja się wtedy oplułam, żeby posiąść tę przydatną umiejętność. Ja nie wiem dlaczego, ale zawsze jak w szkole ktoś coś zmalował, to wszyscy w pierwszej kolejności patrzyli na mnie. Ale to nic.  Przy naszej podstawówce był spory most, a przy moście szła rura ciepłownicza. Oczywiście biegła na zewnętrz, już poza barierkami i wiadomo, że co większy kozak musiał po niej przejść. Hm, przyznałam się mamie jak już miałam po trzydziestce. Nie chcecie wiedzieć jak się zdenerwowała.

Później, w liceum, na amen unieruchomiłam sprzęt audio w pracowni języka angielskiego. Jako że chodziłam do klasy językowej, to nasz nauczyciel nękał nas tym angielskim przez dziesięć godzin tygodniowo, a w poniedziałki robił nam klasówki ze słuchu.  Sprzęt trzeszczał, chrzęścił, nikt niczego nie kumał i nie słyszał, więc w poniedziałki wszyscy równo chwytali pały.

Nasz nauczyciel trzymał taśmy do tego cholerstwa w metalowej szafce zamykanej na klucz, więc pewnego razu wetknęłam w zamek kawałek zapałki i tym oto sposobem załatwiłam gościa na kilka tygodni, a rzesza uczniów po dziś dzień nie wie, komu zawdzięcza wyższą średnią z Anglika. Cóż, niestety nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie, bo w końcu przyszedł pan Zbyszek, czyli nasz woźny i jakoś dobrał się do tej szafki i z powrotem uruchomił w niej zamek. Koszmar powrócił. Poniedziałkowy horror powrócił do klas. Na szczęście, niedługo po tym tragicznym w skutkach zdarzeniu przyjechali do nas Duńczycy na wymianę i szkoła zorganizowała dyskotekę. Zgłosiłam się na ochotnika do pilnowania szatni i jeszcze namówiłam kolegę. Heh, wcale nie dlatego, że nie chciało mi się tańczyć z Wikingami, ale dlatego, że szatnia miała się mieścić w naszej angielskiej pracowni. A tam był ten przeklęty audio sprzęt, a od czasu ponownego otwarcia metalowej szafki, znów w poniedziałki hurtowo posypały się pały.

No tak, do mojego planu był potrzebny ktoś silny, więc skołowaliśmy jeszcze szkolnego osiłka, co rozumem nie grzeszył i przystąpiliśmy do dzieła. Zdjęliśmy tablicę ze ściany, bo tam biegł kabel do głośnika. Przecięliśmy kabel i od razu połatałam go zwędzoną tacie taśmą izolacyjną tak, żeby nic nie stykało. Z wierzchu owinęliśmy go ładnie i koledzy z powrotem powiesili tablicę na swoim miejscu.

Ech! Iluż fachowców nie wzywano na odsiecz. Nawet niektórzy zdejmowali tę tablicę, ale widząc profesjonalnie połatany i zaizolowany kabel, wieszali ją z powrotem. Sprzęt działał, a nie działał. I na tym właśnie polegał geniusz naszego podstępu, bo o ile mi po wielu latach doniesiono, ten głośnik nie działa do dziś. :)

Mam tylko nadzieję, że dyrekcja szkoły nie skojarzy mnie jutro po panieńskim nazwisku. A może jednak, na wszelki wypadek, usunę moje liceum z Facebooka. (?) :)

kolaż 1

 

glowka_Jagny_new

Z dniem dziecka najbardziej kojarzy mi się wyprawa do Zielonej Budki z dziadkiem. Miałam pewnie nie więcej, niż sześć lat, był piękny słoneczny dzień. Taki w sam raz na spacer zalaną słońcem ulicę Rakowiecką prosto do Puławskiej. Dziadek palił „radomskiego”, ja podskakiwałam podniecona wizją lodów w więcej niż dwóch smakach. A tak! W Zielonej Budce były aż cztery smaki, czyli śmietankowe, truskawkowe, pistacjowe i kakaowe, co w tamtych czasach było poczytywane jako rozrzutność granicząca z szaleństwem.

Nas, dzieci PRL-u życie specjalnie nie rozpieszczało, jeśli chodzi o sferę doznań kulinarnych. Czekoladę widywało się głównie na święta i to też nie zawsze a teoretycznie powszechnie dostępne „wyroby czekoladopodobne” były tak pyszne że aż gębę wykręcało. Był głód wszystkiego. W mojej podstawówce hitem były oranżadki w proszku sprzedawane w trójkątnych, papierowych rożkach z wizerunkiem D’Artagnana z popularnej w latach 80’ bajki z pieskami w roli głównej.

Się na taką oranżadkę zrzucało solidarnie z koleżanką i kupowało w pobliskim warzywniaku. A potem szło chodnikiem, ciągnąc worki z kapciami po ziemi i na zmianę maczało brudne, obślinione paluchy w owej oranżadce. Oranżadki zresztą nie zawsze w warzywniaku były, ale i na to kreatywne dzieciaki PRL-u miały rozwiązanie. Chodziło się do apteki po „Visolvit”, który był (podobno) zestawem witamin dla dzieci. W torebce, w proszku, musujące i słodkawe – to wystarczało :)

Raz na jakiś czas szkołą wstrząsała wiadomość: w warzywniaku pojawiły się żelkowe misie! Biegło się z wypiekami na twarzy i nerwowo szukało pieniędzy po kieszeniach. Tak! Stać mnie na trzy! A rumiany Pan Wiesio z namaszczeniem kładł szczypcami na kawałek gazety rzeczone trzy misie, zawijał fachowo i podawał nieletnim klientom, którzy między sobą szeptali z przejęciem, że miśki przyjechały aż z RFN :)

Z tym warzywniakiem wiąże się jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Otóż miałam może ze cztery lata i szłam z mamą po zakupy. Uparłam się, żeby zabrać jakiegoś pluszaka w wiklinowym koszyku. I pech chciał, że stojąc z mamą w kolejce przejechałam tym koszykiem jakiejś starszej pani po pończochach, oczywiście drąc je niemiłosiernie. Kobieta zaczęła się awanturować w sposób niewspółmierny do okoliczności i wyzywać mnie od tumanów. Moja matka, grzecznie przepraszając wyjęła z portfela kwotę znacznie przekraczającą wartość pocerowanych pończoch i równie grzecznie poprosiła, żeby kobieta łaskawie przestała się drzeć na dziecko, czyli na mnie :)

Nie powiem, byłam przerażona, zwłaszcza, że kobieta wyrwała mojej mamie pieniądze z ręki i wyzywając ją od chamek dostojnie opuściła warzywniak. A niezastąpiony pan Wiesio wyskoczył zza lady, złapał mnie pod pachy i posadził na świętej ladzie na której stał słoik z żelowymi miśkami. Chwilę pomajstrował szczypcami w środku i położył mi kilka upragnionych żelków na dłoni. Tego dnia czułam się jak królowa warzywniaka :)

A jak już przy pierwszych wspomnieniach jesteśmy, to dziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie parę dni temu rozmawiałam o tym z moją matką chrzestną. Ona moje wczesne dzieciństwo pamięta nieco inaczej.

Tu muszę wyjaśnić, że jako niespełna dwuletnie dziecko przejawiałam niezdrową fascynację guzikami. Moja mama twierdzi, że „gui” czyli guzik było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. Mogłam się bez końca nimi bawić i jakoś nikt się wtedy nie zastanawiał, czy ich nie zeżrę i się nie zadławię.

Feralnego dnia podróżowałam z moją matką chrzestną dość zatłoczonym autobusem. Siedziałam u niej na kolanach. Koło nas stał facet. Trzeba Wam wiedzieć, że wtedy rozporki były z guzików. Namierzyłam gościa i krzycząc radośnie „guzik” chwyciłam go za przyrodzenie :)

kolaż2

Tornado 7

Tornado 7

 

 

Wielki dzień

Po pierwszych tygodniach udręki uznaliśmy wreszcie, że to już chyba kres wystawiania naszych nerwów na szwank, ale Tornado najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie.  Pomimo maksymalnego zabezpieczenia ogrodu, kilka razy zdołał niepostrzeżenie oddalić się w niewiadomym kierunku. Na szczęście, po dziś dzień, każdy od razu nabiera się na to jego poczciwe ryło oraz spojrzenie cielaka, zatem z tych wycieczek dość szybko wracał do domu. Za każdym razem cieszył się jak głupi, a później strzelał popisową minę niewiniątka. Pomału zaczęliśmy bilansować wydatki. Już kilkukrotnie wypłaciliśmy nagrody znalazcom, w markecie budowlanym też już zostawiliśmy swoje, o weterynarzu nawet nie wspominam.

Nie ma siły. Jak widać nie można zostawić go samego w ogrodzie, więc doszło mi jeszcze więcej spacerów lub towarzyszenie gadowi przy domu. Po konsultacji z weterynarzem stało się jasne, że jak tylko Tornado zaliczy rekonwalescencję po antybiotykach, to od razu ciachniemy mu jajka.  Termin nie był odległy, zatem zacisnęłam zęby i znów przez 24 godziny na dobę pilnowałam psa, żeby nie nawiał.  Przed pierwszym terminem, Tornado, chwycił nawrót anginy, przed drugim zwiał na godzinę przed. W jaki sposób? Nawet nie pytajcie, bo nie wiem. Dziś z perspektywy oceniam, że po prostu przeskoczył przez ogrodzenie, choć nie wiem, jakim cudem może to uczynić pieseczek sięgający mi do kolan, gdy nie założę szpilek. Ale cóż, co ja tam wiem. :)

Przez kilka kolejnych tygodni uczciwie pilnowałam psa, żeby nie poleciał na dziewczyny oraz pilnowałam siebie, żeby od tego pilnowania nie zwariować. Wierzcie, łatwo nie było, a ja, niczym poborowy odcinałam dni na centymetrze, aż wreszcie nadeszła upragniona data obcięcia rodzinnych klejnotów.

Uff. To już nazajutrz. Tyle jeszcze wytrzymam.  W klinice chyba nie da nogi. Przecież jak go uśpią to im ze stołu nie ucieknie. Uff! Co za ulga…

W przeddzień wielkiego dnia nastał wieczór i nadeszła chwila, w której na ulubionym forum zaczynał się ruch, więc korzystając z tego, że dzieci oglądają dobranockę zainstalowałam się na tarasie. Cudowny zachód słońca, pies pode mną, a laptop przede mną. Właśnie rozgrzewałam łapki do klikania, jak dziatki me odmeldowały koniec seansu i czas wieczornych ablucji, więc ruszyłam do łazienki pomóc w suszeniu włosów. Nie było mnie może kwadrans. Na forum rozgorzała już burzliwa dyskusja na jakiś zajmujący temat, zatem uwinęłam się najszybciej jak mogłam. Zadowolona zasiadłam do laptopa. Nagle coś mnie tknęło i spojrzałam w dół, pod ławkę.

GDZIE jest PIES?!

To niemożliwe… Przecież spał jak suseł, kiedy wychodziłam. Barierki dość gęste i wysokie na półtora metra, dodatkowo taras na wysokości pierwszego piętra… Na serio, niemożliwe…

Zwątpiłam we własne zmysły. Dla pewności szczypiąc się w udo, by się utwierdzić, że na serio nie śnię, z pięć razy zajrzałam pod ławkę. Pusto, i nie chce być inaczej. Tornado właśnie wyparował do atmosfery. Jasny gwint! Żołądek podjechał mi do gardła. Cóż było robić. Sprawdziłam baterię w komórce i zasiadłam w oczekiwaniu na telefon od kogoś z moim ukochanym ostatnimi czasy tekstem: „Dzień dobry! Czy przypadkiem nie zginął pani piesek?!”.

Dwie godziny w nerwach. Jest!

– Dobry wieczór, bo wie pani, ja właśnie jadę pekaesem do Limanowej i pani pies też jedzie – zaszczebiotał dziewczęcy głosik.

– Że co?- zbaraniałam.

– No, piesek jedzie ze mną, ale wie pani, ja za kilka przystanków wysiadam i nie wiem, co dalej.

– Który przystanek?!!!

Jakby mnie tak wtedy policja zdybała to już chyba na trzecim skrzyżowaniu pozbawiłaby mnie uprawnień do kierowania pojazdem. Dobrze, że pekaes zatrzymuje się na przystankach, bo nieco zyskałam na czasie.  Tornado ucieszył się, jakby mnie rok nie widział. Wrr… Capnęłam go za wszarz i z odpowiednim komentarzem wpakowałam do auta. Lżejsza o kolejne pięć dych znaleźnego, zgodnie z przepisami ruchu drogowego, wróciłam do domu. Wybiła dwudziesta trzecia i na forum już wszyscy poszli spać, więc nie pozostało mi nic innego jak przeczytać, co tam napisali, gdy mnie nie było i też iść spać. W końcu nazajutrz wielki dzień. :)

Rankiem, na wszelki wypadek, zapakowałam psa w szelki dla tygrysa, żeby mi nie czmychnął gdzieś po drodze i jako że weterynarz urzęduje kilka domów dalej, piechotką ruszyliśmy na zabieg.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby iść wtedy piechotą. Przecież zawsze jeżdżę autem, ale tego dnia akurat musiałam iść (!). Że też diabli nadali… ech! Dziesięć metrów przed kliniką mój pies przystanął za potrzebą.

– O! Witam pani Izabelo! – zagrzmiał chwilę później weterynarz. – Ciachamy?

– Ciachamy, a przy biegunce można? – zapytałam z nadzieją, że jednak można.

– Mowy nie ma! Najwcześniej dwa tygodnie po ustaniu objawów.

– Błagam…, wczoraj wszystko było w porządku…

– Absolutnie!

– Ale wie pan, że ja tego już dłużej nie wytrzymam? On wczoraj przeskoczył przez barierki na tarasie, zjechał na dół po dachu, potem zeskoczył z garażu, wsiadł do autobusu i pojechał do Limanowej! Błagam…

– Ależ proszę pani! – oburzył się weterynarz. – Przecież on nie może tak sobie zeskakiwać z tarasu i zjeżdżać po dachu, bo jeszcze sobie łapy połamie! No, co też pani?! – doktor od psów ochrzanił mnie centralnie.

– No to może pan mu to skutecznie wytłumaczy, bo ja nie umiem. W końcu to pan, jest fachowcem od zwierząt.

– Dwa tygodnie.

Zabrzmiało niczym dożywocie, a ja, bliska łez, wróciłam do domu niczym zbity pies, pewna że w najbliższym czasie nasz domowy budżet skurczy się jeszcze o alimenty.

Długi weekend

Długi weekend

Długi weekend to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Oddalamy się więc na dni kilka. Jednej z nas się poszczęściło, bo jedzie zażyć luksusu niegotowania i leżenia pępkiem do góry, drugiej nieco gorzej się trafiło, bo będzie ogarniać remont 😉

A Wam, drodzy czytelnicy, niezależnie od tego jakie macie plany, życzymy żebyście miło spędzili te kilka dni i wrócili do nas w doskonałych humorach.

No i pamiętajcie, że jutro dzień matki. Wszystkim mamom życzymy spełnienia marzeń, uśmiechu na twarzy i grzecznych dzieci. Oczywiście nie przesadnie grzecznych, bo to by było podejrzane 😉

Do zobaczenia w poniedziałek!

bez

Nawigacja

Nawigacja

13293187_1163657236998049_1495012031_n

 

Zauważyłam, iż za sprawą postępu dzieje się tak, że człowiek głupieje na starość i co gorsza nic nie może na to poradzić. Choćby w samochodzie.  Jakieś 70 % mojego dotychczasowego żywota spędziłam za kierownicą i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można korzystać z wynalazku o nazwie „czujniki parkowania”. Jakoś zawsze człowiek bezpiecznie celował, równo parkował, nikogo nie przytarł, aż tu nagle pojawiły się w zderzaku te małe, upierdliwie piszczące kółeczka. Na początku starałam się udawać, że ich tam nie ma, ale jak udawać, skoro toto nie odróżnia wiechcia trawy od betonowej donicy?  W końcu przywykłam, ale lekko nie ma, bo w kolejnym samochodzie wstawili te przeklęte piszczące kółka również i z przodu. Też wyją, tylko innym tonem, niż te z tyłu i też nie widzą różnicy między trawą a betonem. Idzie zgłupieć.  W końcu przywykłam, do tego błogosławiąc w duchu fakt, że mój babowóz na szczęście jeszcze nie parkuje sam i jeszcze mam co robić, i do czegoś jeszcze jestem potrzebna.

To wcale nie koniec uprzykrzających życie atrakcji, bowiem od niedawna życiem ludzi zmotoryzowanych zawładnęła szeroko pojęta NAWIGACJA.  Jako osoba z dobrze rozwiniętym poczuciem podróżnego azymutu, obśmiałam niegdyś u znajomego elektroniczny kompas wbudowany w lusterku wstecznym i przez kilka lat konsekwentnie ignorowałam inne satelitarne wynalazki, z nawigacją na czele.

Aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przyszło mi gościć na Śląsku w dodatku z harmonogramem spotkań dopiętym co do minuty. Od zawsze wiadomo, że w tamtych stronach nie ma żartów, bo wszędzie albo jednokierunkowe, albo remont, albo pod prąd, więc uznałam, że w sumie to się przeproszę z tą nawigacją. W sumie, co mi szkodzi?

Na pierwszy ogień poszedł adres hotelu w Gliwicach. Wpisanie adresu do nawigacji w moim pojeździe graniczy z cudem i wymaga anielskiej cierpliwości oraz sporej koncentracji tudzież refleksu, bo urządzenie złośliwe. Nie daj Bóg ręka człowiekowi drgnie i wszystko na marne.  Na wszelki wypadek, skoro nareszcie wymyśliłam jak to zrobić, zawczasu wpisałam sobie również adresy bibliotek w Czerwionce-Leszczynach i Knurowie. Zawsze to potem łatwiej wybrać adres z listy. Na autostradzie nawigacja powinna być cicho, zatem w drogę.

– Jedź tą drogą- mniej więcej w połowie drogi na prostym płatnym odcinku A4, napomniał mnie damski głos godzien seks telefonu.

– He, mądrala! Ciekawe jak jej pójdzie w Gliwicach- powiedziała Ewa, moja towarzyszka.

– Pewnie lepiej niż nam, bo ja w temacie dróg na Śląsku wolę być pokorna.

Droga upłynęła bez przeszkód, ale gdy minęłyśmy dwa zjazdy w stronę Gliwic, Ewa wyraziła zaniepokojenie:

– Słuchaj, a czemu ona nic nie gada?

– Nie wiem, może się obraziła o ten seks telefon.

Nawigacja rzeczywiście zamilkła i przerzuciła się na system obrazkowy. Naraz jednak odzyskała głos i kazała mi skręcić w lewo na autostradzie.  Ech, żeby chociaż jakiś ślimak tam był, ale nie.

– A może ona nie zna tej drogi? W końcu to wszystko tutaj nowe.

– Możliwe. Pewnie trzeba zaktualizować cholerę.

Ciekawa, czy da się ustawić milszą dla ucha opcję męskiego głosu, trzykrotnie objechałam mój cel w kółko, żeby przy cmentarzu usłyszeć szept nawigacji, że właśnie osiągnęłyśmy cel podróży.

– Zwariowała chyba, to miał być hotel, nie park sztywnych.

Przez przejście dla pieszych przepuściłyśmy kondukt żałobny. I całe szczęście, bo w międzyczasie zauważyłyśmy nasz hotel, skryty w krzakach po drugiej stronie ulicy.

– Jest! Kurczę. Pod hotelem jakoś pogłośnię tę babę. Wprawdzie jeszcze nie wiem jak, ale pogłośnię. W sumie to nawet zegarek mam nadal ustawiony na czas zimowy, bo nie umiem go przestawić. Ale spróbuję.

Istotnie nie było to łatwe. Z zapartym tchem i w pełnym skupieniu zagłębiłam się w coraz to bardziej, i co tu dużo gadać, szczegółowe i coraz bardziej skomplikowane menu. W końcu ustawiłam. Nawet nie wiedziałam, że nie oddycham, w takim skupieniu kręciłam multi-funkcyjnym pokrętłem, ale nareszcie szczęśliwie podciągnęłam głośność na maksa, bo w systemie obrazkowym to jak widać, ja jeździć nie umiem.

Hmm, chyba jednak nie zatwierdziłam zmian, bo do Czerwionki- Leszczyn znów dojechałyśmy za pomocą obrazków, ale na szczęście wcześniej sprawdziłam sobie w googlach, jak wygląda biblioteka i znalazłam ją „na oko” :)

Udało się dojechać na styk, by po fantastycznym, półtoragodzinnym spotkaniu przemieścić się na następne. W Knurowie.  W międzyczasie całkowicie zachrypłam i gotowa pożyczyć ten seksowny głos od nawigacji w panice rozglądałam się za apteką. Vocaler poszedł w ruch. Jedziemy! Knurów, już, już! Czas nagli. Dobrze, że już kiedyś tam byłam, bo ta pinda z komputera znowu ogłosiła strajk i przestała wyświetlać nawet obrazki. Jesteśmy. Dosłownie co do minuty. Jeszcze mi się tabletka nie zdążyła rozpuścić, jak znów przyszło mi gadać. Widownia liczna. Wymagająca. Inteligenta. Mega wyzwanie, a tu z głosem kruchutko. Gdy cudowne spotkanie dobiegło końca, postanowiłam na dobre rozprawić się z wredną kobietą od nawigacji, boleśnie świadoma, że bez pomocy tej elektrycznej baby, za Chiny nie trafię do hotelu. Uf, chyba włączyłam. Powinno być dobrze. Policzyła sobie trasę, więc chyba działa. Wracamy. Wprawdzie znów nie gada, ale przynajmniej pokazuje obrazki, więc ujdzie. Jak coś, to będziemy szukać cmentarza…

Zgodnie z wyświetlanymi parametrami, jakiś kilometr od celu Ewa powiedziała, że poznaje okolicę. Odetchnęłam i sięgnęłam po kolejny vocaler. Za kilka metrów również i ja rozpoznałam otoczenie , w końcu wyluzowałam. Z ulgą pacnęłam dłonią w pokrętło i wyłączyłam przeklętą babę od nawigacji, która pewnie tak jak i ja, na amen straciła głos.

Odprężona wzięłam ostatni zakręt, gdy wtem – z rykiem o natężeniu miliarda decybeli odezwało się ta krowa z satelity:

– Twój cel znajduje się po lewej stronie!!! Brak sygnału z satelity!!!- huknęła franca na cały regulator.

Dobrze, że byłyśmy przypięte pasami, bo inaczej wybiłybyśmy głowami dziury w dachu i również wylądowały na cmentarzu.  Jak coś, na wszelki wypadek miałyśmy w bagażniku kilka bukietów. :)

Poniżej fotorelacja z dwóch cudownych spotkań autorskich. Niniejszym dziękuję za zaproszenie, liczny udział oraz cudowną atmosferę. Po prostu Was kocham <3 i zdzierżę nawet nawigację :)

13 maja 2016 – Biblioteka w Czerwionce- Leszczynach

kolaż1

kolaż2

13 maja 2016- Biblioteka w Knurowie

kolaż1

kolaz2

Elektryka prąd nie tyka

Elektryka prąd nie tyka

13279432_1161938593836580_1582512296_n

Tak przynajmniej mówią a ja nie mam podstaw, żeby nie wierzyć. Pan Darek, który przy okazji każdego remontu grzebie w moich domowych instalacjach ma się świetnie.

Czyli muszą istnieć ludzie, których prąd lubi a ponieważ świat nie znosi pustki, muszą być też tacy, których prąd ma w głębokiej pogardzie. I ja Wam zaraz udowodnię, że należę do tej drugiej kategorii i jestem jaskrawym przykładem prądowej nietolerancji, by nie powiedzieć dyskryminacji.

Jeśli komukolwiek walnie żarówka przy włączeniu światła to zawsze jestem to ja. Strzelają sobie te żarówki radośnie w kuchni, sypialni, w łazience, na klatce schodowej a nawet w akwarium. Regularnie wysadzam też korki a zapewniam Was, że nie robię niczego podejrzanego. Co więcej, niezrozumiała nienawiść prądu do mojej skromnej osoby rozciąga się na wszystkie urządzenia, które ten piekielnik ma w swojej władzy. I oczywiście zawsze wszystko się sypie w najmniej oczekiwanym momencie.

Kiedyś nowy piekarnik nawalił, to znaczy tuż po zamontowaniu zwyczajnie nie ożył . Dzwonię na infolinię, mówię co i jak.

– Ale to nie ma prawa się zepsuć proszę pani – odpowiada pan technik.

Zęby zaciskam, podążam za wskazówkami technika i oczywiście nic z tego nie wychodzi. Po kilku dniach przychodzi serwisant. Drapie się po głowie, myśli, kombinuje.

– Programator by nawalił? Ale w nowym? Niemożliwe.

No jak niemożliwe, jak możliwe? Nie takie rzeczy są dla mnie możliwe. Panie kochany ja nawet umiem tak kanał w telewizorze przełączyć, że jest czarny ekran a dźwięk słychać, albo tak, że jest obraz jednego kanału i dźwięk z poprzedniego! A czasem pilot kompletnie nie reaguje na moje polecenia. Rzucam się wymieniać baterie a w tym czasie mąż przechwytuje owo szatańskie urządzenie i spokojnie zaczyna zmieniać kanały. A ja stoję w progu pokoju z bateriami w garści i przekleństwem na ustach.

A wracając do piekarnika. Pan serwisant wymienił niesprawną część, zademonstrował, że wszystko działa i sobie poszedł. Cała zadowolona postanowiłam go włączyć. I co? Korki huknęły aż miło. Doprowadzona do furii dzwonię po pomoc do pana Darka.

– Oj pani nic nie rusza, bo to jak nic jakieś zwarcie.

No więc nie ruszam. Po godzinie zjawia się elektryk. Włącza jednym palcem piekarnik a korki w milczeniu współpracują. Pan Darek zagląda w ich czeluść i chwilę coś tam sprawdza.

– Ale tu wszystko w porządku jest – mówi, a ja wiem, że uważa mnie chyba za wariatkę, tylko przez grzeczność nic nie mówi.

Czasami psuję coś tak, że pada na amen, tak jak mój stary laptop. Ot zgasł sobie i po nim. No to ja w lament, bo jak pisać bez komputera? Mąż, jak zwykle przy okazji moich awarii elektryczno-elektronicznych jest gdzieś tam w świecie w delegacji. Dzwonię, jęczę, pytam retorycznie – jak żyć?

– Stary był, miał prawo się zepsuć – kwituje mąż, chyba głównie po to, żeby babskich lamentów nie słuchać.

Sprzęt faktycznie nie młody, naprawiać pewnie się nie opłaca. Zapada decyzja. Kupujemy nowy. Stary walnęłam do jakiejś szafki i więcej do niego nie wracałam, choć w środku zostało parę rzeczy, które wolałabym odzyskać. I tak z rok zleciał. Pewnego dnia mój mąż szukał czegoś w rzeczonej szafie i przy okazji odnalazł stary komputer.

– O! Zupełnie o nim zapomniałam – ćwierkam radośnie. – Może by go tak dać do jakiegoś magika od odzyskiwania danych?

Mąż bez słowa wyciągnął zakurzony sprzęt i ustawił na stole. Nacisnął jeden przycisk a komputer bez protestu ożył. Mąż popatrzył na mnie dziwnie i chyba nawet trochę poczerwieniał na twarzy. A komputer odziedziczyła moja mama. Służy jej bez najmniejszego problemu :)

Psuję aparaty fotograficzne, suszarki, blendery, wszystko co ma związek z prądem. Gdy jedziemy gdzieś samochodem, to mąż patrzy z obawą za każdym razem, gdy mój palec zbliża się do radia. Ale to wszystko to pikuś w porównaniu z tym co mam z telefonami. Ciągle się psują, zawieszają, coś im się kasuje, same dzwonią albo nie dzwonią wcale. Budzik dzwoni kiedy chce, albo nie dzwoni w ogóle. Czasem dostaję sms-y po roku od wysłania go przez nadawcę a bywa, że moje nigdy nie docierają do adresata.

Kojarzycie taki sen, że się biegnie i stoi w miejscu, albo porusza się bardzo wolno? I oczywiście prawie zawsze ktoś groźny nadbiega z tyłu. No to ja regularnie śnię taki koszmar, że muszę gdzieś zadzwonić i to jest sprawa życia i śmierci. I oczywiście stukam palcem w telefon, otwiera się milion rzeczy, ja się przez nie przedzieram, czas ucieka i nie mogę zadzwonić. Koszmar, mówię Wam 😀

Nietrudno więc zgadnąć, że swój elektroniczny numer stulecia wywinęłam właśnie przy pomocy telefonu. Tego zdradzieckiego, cholernego telefonu.

A było to tak. Jakiś czas wcześniej, przed właściwą akcją, poznałam przemiłą dziewczynę, mieszkającą w Polsce Irlandkę. Poznałyśmy się przez naszych mężów, którzy to z kolei poznali się w sferach zawodowych. Dziewczyna nie miała wówczas zbyt wielu znajomych, więc przylgnęła do mnie od razu. Co tu dużo gadać, polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Dwa razy umówiłyśmy się na mieście aż przyszedł czas na „udomowienie” nowej koleżanki. Umówiłyśmy się, że przyjedzie do mnie (wraz z małym synkiem w wózku) metrem i przechwycę ją na stacji metra. Przed wejściem na swoją stację miała mi puścić sms-a, że już jedzie.

No i super. Chałupa wysprzątana, lasagne w piekarniku czeka na podgrzanie. Przychodzi sms, więc powoli się ubieram, jednocześnie pisząc wiadomość, że zaraz wychodzę. W połowie pisania telefon zaczyna wariować. Ale jak malowniczo! Wyłącza się i włącza raz za razem. W kółko i bez końca.

Zadowolona z własnego pomysłu wyjęłam dziadowi baterię. Poczekałam chwilkę, zamontowałam ponownie. Telefon ożył… i po chwili powrócił do niekończącego się resetowania. Czas mijał, więc wrzuciłam wyśpiewujący bez końca melodyjkę startową telefon do torebki i pobiegłam do metra. Czekam. Wjeżdża jeden pociąg, potem drugi, trzeci. Jak okiem sięgnąć żadnej dziewczyny z wózkiem. Wyszłam na schody, przy których miała na mnie czekać. Chwilę postałam, oczywiście cały czas mocując się z telefonem. Potem uznałam, że muszę natychmiast wracać do domu i odzyskać utraconą łączność z koleżanką przy pomocy telefonu stacjonarnego. Wbiegłam z rozwianym włosem do domu, łapię za słuchawkę i w tej samej chwili spływa na mnie bolesna świadomość. Przecież jedynym miejscem, gdzie jest zapisany numer Irlandki jest szalejący bez chwili przerwy telefon. Opadły mi ręce, ale umysł gorączkowo zaczął szukać rozwiązania. Mam! Zadzwonię do męża, który w tymże czasie przebywał na arcyważnym szkoleniu gdzieś w Anglii. On pewnie ma w swoim telefonie numer do niej! Przytykam paluch do klawiatury.

Eeeee… więc właściwie to jaki numer jest do niego?

Rzuciłam się do teczki z dokumentami, wytrząsam papier za papierem na podłogę. Jest! Umowa abonencka, niżej numer. Wklepuję. Dzwonię. Poczta się włącza. Dzwonię ponownie. Nie odbiera. Kolejna świetlana myśl – sms-a mu wyślę, że bardzo ważną sprawę mam. Oh wait… sms-a stacjonarnym? Może jeszcze selfika sobie strzelę? Zaśmiałam się ponuro i właściwie nie bardzo wiedząc co dalej ze sobą robić, zaczęłam raz za razem bezmyślnie wstukiwać mężowski numer. A nuż się uda?

Co w tym czasie działo się u koleżanki? Otóż puściła mi sms-a, że jest, że po drugiej stronie stacji widzi windę, wjedzie na górę, i tam się spotkamy. Zaniepokojona moją nieobecnością i milczeniem postanowiła zadzwonić do mojego męża, ale potem sobie przypomniała, że nie ma do niego numeru. Zadzwoniła więc do swojego męża, który był na arcyważnej konferencji w Stanach. Mąż też się zmartwił co się ze mną stało i zadzwonił do mojego męża do Anglii. Ten, jak się domyślacie zaczął wydzwaniać na moją komórkę, która dalej skręcała się w konwulsjach na kuchennym blacie. Na stacjonarny nie miał prawa się dodzwonić, bo przecież ja, jak nienormalna dzwoniłam do niego. Co więcej, coś kiedyś w nim popsułam i jak ktoś dzwonił a było zajęte, to od razu włączała się poczta głosowa.

Zdenerwowany mąż postanowił więc zadzwonić do mojej matki, która oczywiście natychmiast zaczęła dzwonić do mnie na komórkę i na stacjonarny i podobnie jak mężowi – nic jej z tego nie wyszło. Postanowiła więc zadzwonić do mojej siostry. Siostra niewiele myśląc założyła buty i przybiegła do mnie, cały czas próbując rzecz jasna dodzwonić się na moją komórkę i stacjonarny.

Siostra zastała mnie nad setną próbą dodzwonienia się do męża. Wpadła z obłędem w oczach i od progu wysapała.

– Żyjesz?

Żyłam, a jakże, właściwie to wewnętrzna furia tak mną targała, że żyłam bardziej niż zwykle :)

Namierzyłam jej telefon i rzuciłam się jak harpia. W połowie lotu zorientowałam się, że przecież siostra nie może mieć numeru do mojej koleżanki, której nawet nie zna. Zadzwoniłyśmy więc do mojego męża do Anglii, który zadzwonił do męża koleżanki do USA a tamten podał numer, który potem przyszedł do mojej siostry sms-em z Anglii :)

Po przeszło godzinie międzykontynentalnych poszukiwań zlokalizowałam dziewczynę po drugiej stronie stacji metra. Pobiegłam jakby mnie diabeł gonił, osierocając restartujący się telefon tam, gdzie go poprzednio rzuciłam. Siostra popukała się wymownie w czoło i poszła do domu. A ja gnając chodnikiem myślałam, że w sumie to szczęście, że mój telefon daje tak wyraźne dowody swojego szaleństwa, to pokażę go koleżance, żeby nie myślała, że jakaś psychiczna jestem. Ujrzałam ją koło windy, już dobiegając do niej zaczęłam się kajać i opowiadać co cholerny telefon mi wyciął. I jeszcze rzuciłam coś w stylu, że pokażę jej ten fenomen, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Wchodzimy do mieszkania. Odruchowo spojrzałam na zdradziecki telefon. Leżał sobie cichutko na kuchennym blacie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Usadziłam koleżankę nad kubkiem herbaty z mlekiem i drżącą ręką sięgnęłam po telefon. Spróbowałam włączyć i uwierzcie mi, że nieomal odetchnęłam z ulgą, gdy nic się nie stało.

– Baterię wyjmij – poradziła znajoma.

Tak też zrobiłam, jednocześnie opowiadając jej, ileż razy czyniłam to wcześniej. Po chwili telefon mrugnął do mnie filuternie i pisnął informacyjnie, że jest w stanie pełnej gotowości do działania. Zamarłam a on w tym czasie zaczął raz za razem generować dziwne dźwięki.

– Aha! – powiedziałam triumfująco a po chwili się zamknęłam, gdy tylko dotarło do mnie, że to hurtowo spływają powiadomienia o setce nieodebranych połączeń :)

Aby przerwać tę ze wszech miar krępującą scenę zaczęłam wyciągać talerze.

– Upiekłam dla ciebie pyszną lasagne – powiedziałam chcąc zamazać w pamięci trudne początki tego spotkania.

Koleżanka się nie skarżyła, ale po godzinnym czekaniu przy stacji metra po prostu musiała być głodna. Rzuciłam się do piekarnika i włączyłam go.

A potem rozległ się huk wysadzonych korków 😀

Dobre maniery

Dobre maniery

 

Ktoś mądry kiedyś doszedł do wniosku, że to, co jest w życiu najlepsze, jest niezdrowe, niemoralne albo tuczące. Do tego dodawszy sobie to, co człowiek sam wymyślił, żeby w ramach jakiejś bliżej nieokreślonej idei uprzykrzyć i utrudnić sobie życie, to mamy przedsmak niezrozumiałej dla mnie pokuty. Od tysiącleci wiadomo, że od czasu do czasu post jest zdrowy i z tym polemizować nie zamierzam, ale niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy- dlaczego mlaskanie przy stole jest niestosowne? Przecież jak komuś smakuje to usta mlaszczą same. Owszem, przy konsumpcji przydrożnych trocin o smaku kurczaka zmielonego wraz z kurnikiem za bardzo ze smakiem mlaskać się nie da, ale dlaczegoż by tak, z braku serwetki, elegancko nie wytrzeć sobie ust rękawem.

Rękaw rzecz ważna, bo jak sama nazwa wskazuje jest zawsze pod ręką, a jak się pobrudzi keczupem to zawsze go można podwinąć. Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, bo na tym mam zamiar się skupić, to niby dlaczego przy stole nie wolno się podpierać na łokciu, skoro podparcie głowy na ręce jest ze wszech miar cudownym odciążeniem kręgosłupa szyjnego, który przez pół doby non stop dźwiga naszą głowę. O, proszę, mam następny nonsens. Jedz widelcem i nożem, i trzymaj łokcie przy sobie. Łokcie obowiązkowo poza stołem! Ja nie wiem skąd się to wzięło, bo przecież najwygodniej jest z łokciami na blacie, czyż nie?

Podejrzewam, że genezy należałoby upatrywać w jakimś pradawnym wymiarze szczególnie dotkliwej kary, bo przecież nie ma na świecie bardziej niewygodnego sposobu jedzenia niż jedzenie widelcem i nożem z opcją trzymania łokci wąsko, przy żebrach. Kto zafundował współczesnej ludzkości takie okropne tortury? Spójrzmy choćby na Onufrego Zagłobę. W końcu szlachcic pełną gębą, a kto jak nie szlachcic miał się znać na dobrych manierach?

Zamykam oczy i widzę jak zatapia zęby w rumianej cielęcej giczy… tłuszcz spływa mu spomiędzy palców, ślina kapie z wąsów. Pamiętacie? A jak już wspomnianą giczołę  imć ogołocił do kości, to na oślep ciskał tą kością gdzie popadło i nawet się niespecjalnie przejmował czy przypadkiem kogoś przy okazji nie zabił. Następnie ocierał usta rękawem kontusza czy innej ówczesnej garderoby i siorbiąc na całą karczmę zapijał jakimś trunkiem, który obowiązkowo wlewał mu się za dekolt! Już widzę jak dziś, w każdej jadłodajni, na takie zachowanie wszystkie smartfony idą w ruch, a za kwadrans robi się korek w dodawaniu tego samego sensacyjnego filmiku na YouTube. Może z knajpy od razu by nie wyrzucili, ale na przyszłość czarny bilet prawie murowany. Mądrale. Kilka dekad już mam nastukanych na licznik, ale niech się znajdzie ktoś mądry i mi wreszcie pokaże, jak widelcem i nożem elegancko, w skuteczny sposób zjeść ćwiartkę kurczaka(?). O! Albo mule?

Tu pomijam aspekt szkodliwej dla organizmu chemicznej reakcji będącej wynikiem zetknięcia potrawy z metalem oraz wrodzone wyluzowanie ludów nawykłych do ciepła. Nieraz widziałam, w tak zwanym eleganckim lokalu, jak sztywny konsument gonił widelcem muszlę po talerzu, co zwykle kończyło się plamą na spodniach lub ewentualnie niekontrolowanym odpryskiem w stronę równie sztywnych współbiesiadników.

No właśnie! Zapomniałam jeszcze o tym, żeby przy stole nie garbić się i siedzieć prosto. No, ale jak siedzieć prosto skoro najwygodniej jest na lekko zgarbionym luzaczku?

Kolejny kwiatek mam. Ostatnio czytałam o tym, że zakładanie nogi na nogę jest szkodliwe, bo od tego robią się żylaki. Ale jak? Tak normalnie rozpłaszczyć uda na siedzeniu i siedzieć tym rozpłaszczonym plackiem jak uczennica?! Plecy prosto. Pełny pion, serwetka i łokcie. Pamiętamy, żeby nie ciamkać ani nie siorbać. To już znamy.

Uff, ależ się rozpisałam, ale pod koniec chciałam jeszcze przytoczyć kolejne kuriozum, czyli zakaz czytania przy jedzeniu. Ja rozumiem, że w towarzystwie nie wypada, ale samemu? Po co tracić osobno czas na dwie miłe czynności, skoro można je wykonać równocześnie. :)

Kto czyta przy jedzeniu? W szeregu zbiórka i do raportu!

P.s. Na potrzeby tego felietonu spróbowałam przed chwilą wyprostować plecy, podeprzeć brodę i jednocześnie czytając, co napisałam, z łokciami w okolicy żeber zjeść widelcem i nożem nóżkę z kurczaka… Polecam. :)

Tornado 6

Tornado 6

Cóż, muszę przyznać, że skończyły mi się pomysły i na koniec dnia pies pokonał mnie swoją żelazną konsekwencją i sprytem. Definitywnie zrezygnowaliśmy z umieszczenia go przy budzie, a zresztą i tak pewnie po jednym dniu bym zmiękła, zatem jakoś przełknęłam tę sromotną porażkę.

Skoro plany z budą okazały się fikcją, trzeba było wdrożyć plan B. Czyli regularne spacery oraz docelowo, pobyty psa w ogrodzie. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam szczelność ogrodzenia, mąż przymocował obluzowaną sztachetę i nasze życie pomału zaczęło wracać do normy. Dzieci zaaklimatyzowały się w szkole i dumnie puszyły się przed całą klasą, że ze szkoły odbiera je mama z psem. Tornado swoim cielęcym spojrzeniem i poczciwym pyszczyskiem na wejściu obłaskawił srogą panią woźną, i jako jedyny czworonóg w historii owej szkolnej placówki mógł swobodnie wchodzić nawet do szatni, a pani dyrektor powitała nas słowami „Ojej, jaki śliczny piesek!” Obskoczony przez rzeszę dzieciaków, szczęśliwy wdzięczył się jak gwiazdor na scenie i z dnia na dzień zyskał sobie rzeszę popleczników, którzy za nic w świecie nie chcieli mi uwierzyć jaki z niego cwany numer.

Jako że, w końcu otrzymał identyfikator z numerem mojego telefonu, choć właściwie to nie wiem po co, bo większość mieszkańców dzielnicy, po ostatniej akcji zna mój numer na pamięć, poza spacerami, mógł wreszcie zaznać nieco swobody w ogrodzie. Ja również, ponieważ Tornado upatrzył sobie we mnie swoją opokę i zaczął chodzić ze mną nawet do toalety. Nie odstępował mnie na krok, a mnie pomału zaczęły dopadać pierwsze oznaki manii prześladowczej. Po kilku dniach moja psychika siadła. Poczułam się śledzona, osaczona i inwigilowana przez psa, który skutecznie wtargnął w moją życiową przestrzeń ograniczając mi tlen i swobodę funkcjonowania. Na szczęście wyzdrowiał, zaliczył już większość szczepień i można było pomyśleć o kastracji, ale cóż, musiało jeszcze minąć kilka tygodni kwarantanny.

Pewna, że Tornado już się do nas przyzwyczaił, wypuściłam psa do ogrodu a sama zasiadłam z komputerem na tarasie, żeby w końcu trochę popracować. Minęło może pięć minut, jak doszło mnie szczekanie psa. Tylko niech mi kto powie, jakim cudem ten gad znalazł się w ogrodzie sąsiada? No jasne. Kompostownik. Pies sobie wskoczył, później przez siatkę i sruu… do sąsiadów. No pięknie. I co dalej? No jak to, co? Zagnałam psa z powrotem do domu i przystąpiłam do akcji przeniesienia kompostownika w jakieś miejsce bardziej oddalone od ogrodzenia. Ale to nie takie proste, bo do tego potrzeba było przynajmniej Goliata, by ruszył toto z miejsca, więc zmobilizowałam męża do pomocy. Kompostownik ani drgnął, więc nie było innego wyjścia jak podwyższyć w tamtym miejscu ogrodzenie. Klasyka. Castorama i do dzieła. Do wieczora parkan został skutecznie podwyższony. Nie ma siły, żeby go przeskoczyć choćby i o tyczce, więc pies, po raz kolejny tego dnia, wylądował na próbę w ogrodzie. Tę próbę zaliczył pozytywnie.

W międzyczasie przyszli do nas znajomi, Tornado zaprezentował się jak urodzony showman, a oni na wieść o jego wyczynach spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Że co? Niemożliwe, taki słodziutki, malutki piesio? Przesadzasz, kobieto, przesadzasz…

No tak. Nie sądziłam, że kiedyś dojdzie do tego, że ludzie przestaną wierzyć nam, tylko psu, ale Tornado właśnie wyraził chęć wyjścia na zewnątrz po raz kolejny. Oczywiście cały czas czujnie nadstawialiśmy ucha, czy aby nie szturmuje świeżo zamontowanych paneli przy kompoście, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

Tak, do chwili, gdy kolega nie wyszedł do ogrodu na papierosa.

– Słuchajcie? A dlaczego wasz pies biega u sąsiadów?

No tak, śmietnik. Tu na szczęście nie trzeba było już żadnych akcji specjalnych i dodatkowych wydatków. Wystarczyło tylko odsunąć kubeł na śmieci od płotu. Najpierw odsunęliśmy o metr. Po chwili namysłu, o dwa. Po czym spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i na wszelki wypadek schowaliśmy trampolinę do garażu.

Znajomi chyba w końcu uwierzyli :)

Witajcie na nowej stronie :)

Witajcie na nowej stronie :)

glowa_izy

Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale się dzieje i następuje. Nasz blog „Świeżo Napisane” zrodzony dla hecy, jak większość rzeczy w moim i Jagny życiu, podobnie jak owa reszta porządnie nas zaskoczył. Żadna z nas nawet nie przypuszczała, że w tak krótkim czasie zyskamy tylu sympatyków, oddźwięk naszych wpisów będzie tak duży, odnotujemy setki wyświetleń i tyle osób będzie chciało z nami współpracować. Nie minął nawet kwartał, a mamy już niezłą markę oraz sporą rzeszę chętnych na nasze przepisy i felietony.  Od dziś startujemy z blogiem na naszej „dorosłej” domenie i zrobimy, co w naszej mocy, by umilić Wam czas. W związku z tym, że na dniach uruchomiona zostanie też zakładka KUCHNIA GOŚCI, z przyjemnością zaprosimy do nas mniej lub bardziej popularnych przedstawicieli różnych zawodów. Już teraz mogę zapewnić, że parę gorących nazwisk od kilku dni stoi w kuchni i miesza dla Was w garnkach, tak więc zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na swiezonapisane.pl :)

 

glowka_Jagny_new

Specjalnie sprawdziłam. Wczoraj minęły równe dwa miesiące od chwili, gdy z głupstwa na uciechę postanowiłyśmy z Izą założyć bloga. Motywacja była jedna: większość swoich rozmów kończyłyśmy refleksją, że aż żal, że to wszystko co piszemy ginie bezpowrotnie w oknach dialogowych. Nie to, żebyśmy uważały, że to co myślimy i piszemy było tak genialne, że powinno się zapisać na wirtualnych wołowych skórach. Po prostu wydawało nam się, że skoro nas to wszystko bawi tak, że tarzamy się ze śmiechu po klawiaturach komputerów, to może i innym sprawi nieco radości. Naszym pomysłom szybko przestał wystarczać szablon gotowych blogów internetowych, więc zaczęłyśmy szukać alternatywy. I tu na odsiecz przybył Mariusz. Nie dysponował wprawdzie białym koniem, ale całkiem niezłą wiedzą, jak zbudować prawdziwą stronę internetową. Ta rodziła się jak feniks z popiołów przez długie tygodnie. Dla mnie i Izy było to mega wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja.

Nowa strona ma kilka innowacji, a będzie ich więcej, bowiem w Izy głowie zrodziła się idea zapraszania na łamy naszej strony różnych ciekawych ludzi, którzy przedstawią swojej przepisy i pewnie przy okazji co nieco o sobie powiedzą. Spodziewajcie się więc wizyt naszych krewniaków, przyjaciół, znajomych ale także różnorakich celebrytów, którzy najwyraźniej też zarazili się od nas śmiechem i entuzjazmem.

No i co by tu jeszcze napisać? No kochani! Po prostu witajcie! :)

Zapraszamy do zwiedzania nowego przybytku. Wszelkie uwagi mile widziane. Mamy do tego nową, wypasioną zakładkę z formularzem kontaktowym :)

Listopadówka :)

Listopadówka :)

 

Różne majówki człowiek przeżył. Były te beznadziejne, bo na przykład wypadające od piątku do niedzieli. Były też takie na wypasie, gdzie niewielkim ubytkiem urlopu można było sobie uskładać przyzwoitej długości wczasy. W tym roku też całkiem nieźle się to układa. Teoretycznie mamy (prawie) pięć dni wolnego. A jak ktoś sprytnie dobrał trzy dni urlopu, to o Panie! Dziewięć dni!

Co z tego? Jak wcześniej wspomniano, były różne majówki. Upalne, deszczowe, albo takie, że po niebie pędziła burza za burzą. Nic z tego nie może się równać z nadchodzącą Listopadówką.

Tym, którzy ruszyli głowami i wykupili wycieczki w ciepłe miejsca albo tym, którzy postawili na śnieg i białe szaleństwo na lodowcach wypada pozazdrościć i życzyć udanego urlopu. Co jednak z nieszczęśnikami, którzy patriotycznie wykupili wczasy nad Bałtykiem albo w swej ufności zabukowali letniskowe domki na Mazurach?

Tu już sprawa prosta nie jest. Niby wolne, to wolne, ale szlag by to trafił! Kajaki śliskie, bo podlane deszczówką, nad grillem trzeba stać z parasolem a patyk z kiełbaską przy ognisku nerwowo przerzucać z jednej zziębniętej dłoni do drugiej. I to na stojąco, bo od naciągniętej wilgocią ławeczki można wilka dostać.

Nie ma jednak rady. Tradycja, to tradycja. Jechać trzeba. Wasze ulubione, niżej podpisanie też niniejszym to czynią i informują uprzejmie, że wracają wraz z nowym wpisem w środę wieczorem. I z mega wielką niespodzianką :)

A tymczasem – jako się rzekło – tradycja rzecz święta, więc do grilla w deszczu biegiem marsz! Choć właściwie słowo „marsz” uświadamia nam, że zasadniczo w majówki takie jak ta, to chyba lepiej by było odbębnić ten cholerny marsz pierwszomajowy z naręczem goździków na podołku oraz flagą bratniego narodu w łapie i kłusem wrócić do domu na gorącą herbatę zamiast zażywać rozkoszy obcowania z naturą.

Wiecie co? A może to duch Lenina się mści za zmianę świeckiej tradycji i zsyła gradobicia nad wypełnione skwierczącymi kiełbaskami grille? 😀

Syndrom magazyniera

Syndrom magazyniera

Jak to już w życiu bywa, większe zmiany zwykle skłaniają człowieka do refleksji i remanentów. Właśnie szykuję się do grubszej demolki. Nie, nie, spokojnie, nie w życiu. W domu, ale to prawie to samo.  Bo jak nie dostanę przy tym nerwicy, czy objawów maniakalno-depresyjnych to mi ręce od sprzątania odpadną. Tak czy siak, na bank remont odbije się niekorzystnie na moim zdrowiu i ja już to wiem, ale jako żem optymistka, niespecjalnie się tym przejmuję. Wcześniej celowo w liście schorzeń nie wymieniłam stanów lękowych, bo do tego mi wcale nie potrzeba remontu. Wystarczy mi sama perspektywa.

Otóż od jakiegoś czasu z przerażeniem wchodzę do piwnicy. Wszystko przez to, że w domu lubię mieć raczej pusto i schludnie, w związku z tym wszystko, co mi zaburza wewnętrzną harmonię w szybkich abcugach wylatuje do piwnicy. Weźmy na przykład taki słoik po ogórkach. Wpierw ląduje na półpiętrze, gdzie stoi już sporo innych rzeczy typu gaśnica bez przeglądu, śniegowce do wyboru do koloru, trzy miotły o różnym stopniu zużycia i krajalnica do wędlin, której używałam w Wielkanoc, i która czeka aż ktoś się ulituje i wyniesie ją na regał w dalszej części piwnicy.

Ale to nie takie proste, bo w międzyczasie na jej miejscu wylądowało pudło z ozdobami na choinkę, które już wcześniej swoje na półpiętrze odstało, bo na miejsce pudła wpakował się paradny serwis na dwanaście osób używany jeszcze bardziej od święta, bo stół to ja mam maksymalnie na osiem, a jak robię party stojące, albo grill to wtedy nie wyciągam serwisu. W sumie nawet nie wiem na co mi taki serwis, ale jest.

Ale wróćmy do naszego słoika. Otóż stoi sobie taki słoik i spokojnie czeka na zmiłowanie. O ile w międzyczasie nikt się o niego nie potknie i ów dotrwa w całości do dnia, w którym nie będzie się dało wziąć zakrętu na schodach, wtedy zostanie przeniesiony. I tu opcje są dwie, bowiem po drodze mam worki do segregacji śmieci. Rzecz jasna losy słoika zależą od mojego nastroju, bo jak jestem zła, to od razu fru go do worka, a jak mnie weźmie na litość, to wynoszę go dalej.

Zwykle wtedy ponosi mnie fantazja w postaci wyrazistej wizji przyszłych przetworów owocowo- warzywnych, choć ostatnie robiłam jakoś rok po ślubie. Wtedy nasz słoiczek będzie jak znalazł. Bo zawsze tak jest, że jak potrzeba coś wsadzić do słoika to słoika nie ma. I tak oto nasz bohater trafia za tak zwane „trzecie drzwi”, co w domowym grypsie oznacza przesuwaną, dzieloną na trzy części ściankę oddzielającą pomieszczenia, które nadają się do pokazania ludziom, od tych, które się do tego nie nadają i nawet przy rewizji z ABW sąd musiałby wydać osobny nakaz, bym wpuściła kogoś w te domowe kazamaty.

Poza mną, absolutnie nikt nie wie, co tam jest i jeszcze się nie zdarzyło, żeby poza mną, ktoś tam coś znalazł. Czasem mój mąż ma szczęście i na coś natrafi przypadkiem, ale on często tak ma, więc nie psuje całości statystyki. Jako że nie wiem czy posiadam już jakieś słoiki, szykuję nowe pudło na szkło. Umieszczam w nim dwie zakręcane butelki po occie i ze dwie z wina, do których ponownie dało się wetknąć korek.

Mąż niedawno coś wspominał o zakładaniu winnicy, więc kto to wie… Wychodzę z trudem, bo właściwie nie ma gdzie nogi postawić i margam pod nosem, że dziada i baby jeszcze brakuje. Oczywiście obiecuję sobie, że kiedyś zrobię totalną czystkę. Wiem, na bank wiem, że mam minimum trzy wtyczki do przedłużacza od kosiarki. Kupiłam rok temu jedną, ale potem znalazłam jeszcze dwie, ale gdzie? Przedłużacz właśnie wysiadł, pół trawnika nieskoszone.

– Kochanie nie widziałaś gdzieś wtyczki?- pada pytanie.

Chwilowo udaję, że mnie nie ma i nic o wtyczkach nie wiem.

–  Że co? Wtyczka? Jaka wtyczka? Zarobiona jestem.

Równo palę głupa ale mój mąż dobrze mnie zna :)

Jak to dobrze, że Castorama blisko i remont też. Dobrze, że skończyłam pisać książkę, bo przed remontem czeka mnie wyzwanie niczym sprzątanie stajni Augiasza. Niestety nie mam w pobliżu nawet rowu melioracyjnego, a co dopiero rzeki, więc nawet nie chce myśleć ile przy okazji znajdę wtyczek, pędzli i innego badziewia.

Ostatnia czystka w piwnicy miała miejsce jedenaście lat temu, więc sami rozumiecie moje stany lękowe, gdzie spisek przeciw mojej osobie węszę na każdym kroku. Wczoraj byłam u mamy i trochę ją zrugałam, że ma bałagan w kuchni na blacie. Jakieś puste butelki, słoiki, pojemniki. Poznaję znajome zakrętki od wielkanocnego chrzanu, śledzi i sałatki.

– Mamuś, po co to trzymasz?

– To przecież twoje. Trzymam dla ciebie wszystkie słoiki. Weź sobie, na pewno kiedyś się przydadzą :)

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Kucharki rządzą światem

Iza: Jesteś?

15 minut później…

Iza: No jesteś durna babo?

10 minut później…

Jagna: Jestem, ale tykhiuehoaiu

Iza: Co kurde?

5 minut później…

Jagna: Już jestem, sorry, sos mi kapnął z łyżki jak ci odpisywałam i musiałam wytrzeć. Widocznie coś tam powciskałam na klawiaturze.

Iza: Co ty tam wyprawiasz? W kuchni działasz?

Jagna: No działam, robię ramen na bloga. Sto miseczek rozstawionych po blatach, pierdolnik totalny, kuchnia wygląda jak nieboskie stworzenie.

Iza: O za japońszczyznę się wzięłaś? 😀 I co na to rodzina?

Jagna: Oczywiście stoją i przebierają nogami.

Iza: Moi mi ostatnio powiedzieli, że są bardzo zadowoleni z tego, że prowadzę bloga. Twierdzą, że zdecydowanie im odpowiada aktualna częstotliwość i jakość żywienia 😀

Jagna: No ja myślę, kopertki z jabłuszkami na przykład były mega 😀

Iza: Wchłonęli w pięć minut 😀

Jagna: Poczekaj chwilę!

Dziesięć minut później…

Jagna: Sorry, znów zniknęłam. Ale musiałam ramen ratować. Rzucili się, do gara, jak dzikusy a ja z tobą gadałam i nie zdążyłam zdjęć zrobić. Odpędziłam towarzystwo i zabrałam się za pstrykanie fotek.

Iza: Moi już wyszkoleni. Mąż wpłynął do kuchni na fali zapachów ogórkowej. Talerz z parującą zupką stał na stole i sobie pachniał rozkosznie…

Jagna: Weź, bo się ślinię 😀

Iza: Dobra, skup się na akcji a nie na zapachu 😀 Mąż podszedł powoli do talerza i tak od niechcenia musnął palcami jego brzeg. I tak nieśmiało stanął obok z cielęcym uśmiechem. To się uprzejmie zapytałam, czego chce. A on tak jakby berecik mnąc w rąsiach spojrzał na talerzyk i siada grzecznie przy stole wbijając spojrzenie w ogórkową. To uśmiechnęłam się uprzejmie. A on tak mlasnął wymownie i zapytał: Zrobiłaś już zdjęcia? Wyszły? Można jeść?

Jagna: HA HA HA 😀 Biedni są ci nasi ukochani 😀

Iza: Ważne, że szkoleni.

Jagna: Dokładnie! Właśnie podsłuchałam moich. Szepczą do siebie siedząc w salonie. „Poczekaj, zaraz matka zdjęcia zrobi, to będzie kolacja!”, „Ale tato, głodna jestem!”. „Cicho bądź! Już kończy!”

 

Iza: Ręka, która rządzi michą rządzi całym światem 😀

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Spotkanie autorskie w Radzionkowie 18 kwietnia 2016

Z jednej strony uwielbiam ludzi, z drugiej jestem urodzoną domatorką, która równie świetnie bawi się w swoim własnym towarzystwie. Jeśli chwilowo nie ma nikogo pod ręką, potrafię skutecznie samą siebie zabawić rozmową. Ach, jakież ja prowadzę ze sobą dysputy. Zwłaszcza w samochodzie, bo jeździć samochodem też uwielbiam. Właściwie to mogłabym pracować jako taksówkarz, tylko niestety mało czasu na pisanie.

Owszem, stojąc na postoju mogłabym gadać sama ze sobą, później gadać z pasażerami, a na końcu nagrać wszystko na dyktafon, ale z tym dyktafonem jakoś od zawsze nie było mi po drodze. Sześć lat temu mąż mi kupił takie srebrne wypasione cyfrowe cudo. Jako kompletna elektroniczna niemota musiałam użyć instrukcji obsługi. Nawet poszło. Nowe baterie, cyfrowe cudo do schowka i w drogę. Taksówkarzem wprawdzie nie jestem, za to spotkania z czytelnikami stanowią dla mnie okazje do wyjazdów i pompują we mnie nową energię. Zupełnie jakby mnie ktoś podłączył do kontaktu pod dwieście dwadzieścia.

Z rozkoszą wyrywam się z domowego zacisza, odpalam moje ukochane cztery koła, pakuje weń cztery litery i w drogę. Do świata, do ludzi, do moich cudownych czytelników. Lecę, dosłownie jak na skrzydłach, gadam do siebie jak najęta, okazyjnie sobie folguję i wyklinam na głos na innych kierowców, bo przecież jak ktoś jedzie wolniej ode mnie to melepeta, a jak nie daj Bóg ośmieli się jechać szybciej to wariat. Tak zatem za kółkiem nigdy się nie nudzę. Jadę, więc sobie jadę, no i myślę. I czasem coś mądrego wymyślę… I to by było na tyle, bowiem dość szybko wyleciało mi z głowy, że posiadam dyktafon. Zanim sobie przypomniałam, gdzie go mam, to zapomniałam, co chciałam nagrać, ale przynajmniej już zlokalizowałam urządzenie.

Następny wyjazd. Znowu jakaś myśl. Bingo! Przecież mam w schowku dyktafon. No mam, znalazłam przy pierwszym podejściu, tylko w międzyczasie przyszło ochłodzenie i szlag trafił baterie. Znowu nic nie nagrałam, ale z mocnym postanowieniem nagrania złotych myśli, mniej więcej po tygodniu mam już nowe baterie. Teraz już nic mnie nie zaskoczy. Znowu jadę, gadam, myślę i kombinuję. Tak! To jest to! Złota czcionka! Skończony geniusz gry słów godny co najmniej wieszcza. Trzeba to nagrać, bo pisanie na autostradzie może skończyć się źle. Szybko, zaraz myśl uleci! Schowek, dyktafon!

Hmm, ale jak się to włącza? Ostatni raz czytałam instrukcję rok temu i zapomniałam jak się obsługuje to skomplikowane cholerstwo.  Nic to, jadę dalej obiecując sobie, że w domu muszę znów odrobić zadanie domowe z obsługi dyktafonu. Zaparłam się i nie odpuszczę, zatem znowu rozkminiam instrukcję.  Sukces. Znów mam w schowku sprawne cyfrowe urządzenie i nawet wiem jak je włączyć. Ha! O, taka jestem, a co! W dodatku idzie lato, baterie szybko nie padną, więc nie daję za wygraną i zawieram sama za sobą układ, że będę nagrywać złote myśli z samotnych podróży, tylko tu pojawia się problem. W lecie nie ma spotkań autorskich, zwykle podróżuję wtedy z rodziną i nie myślę, a dwa miesiące to czas wystarczający, by zapomnieć, że się ma w schowku dyktafon.

Szczęście jednak mi sprzyja. W drodze na zakupy atakuje mnie zdanie stulecia. Mickiewicz by się nie powstydził. Mam! Mam! Przecież mam dyktafon! O dziwo działa, o dziwo pamiętam, jak go włączyć i nawet pamiętam jak się nagrywa. Jestem wielka! Nagrywam. Matko, nareszcie… Co za satysfakcja. Dwa lata na to czekałam, więc dumna i blada wyłączam ustrojstwo i… z powrotem do schowka. Niedawno zmieniłam samochód. Przy pakowaniu znalazłam w schowku rozładowany dyktafon, którego apiać nie potrafiłam włączyć, ale poszłam po instrukcję, zmieniłam baterie i odsłuchałam skromną zawartość. Nagrane było jedno zdanie do książki, którą wydałam trzy lata temu.

Nic się nie zmieniło. Dziś też przegadałam sama ze sobą całą drogę do Radzionkowa. Nawet trochę pośpiewałam z Alvaro Solerem, korzystając z tego, że na autostradzie nikt nie usłyszy, jak beczę niczym stado zarzynanych baranów. No i na koniec zagadałam na amen radzionkowskie czytelniczki.  Dzięki zaproszeniu i gościnności Pani Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radzionkowie, miałam okazję poznać bliżej moich fanów i spędzić cudowne dwie godziny w wyjątkowej atmosferze. Widok pełnej widowni zawsze dodaje mi skrzydeł, więc możecie być pewni, że jutro w drodze powrotnej, znów sama do siebie wygłoszę jakieś złote myśli.

A dyktafon leży sobie spokojnie w piwnicy. Szkoda kasy na baterie 😉

Zapraszam na krótką fotorelację autorstwa Eli Bączkowicz

13000160_1120400678023241_5533593640692454151_n

13043761_1120401201356522_8416848067057145934_n

13043786_1120400708023238_3079949614024666649_n

13043797_1120400521356590_6273029648293863065_n

13051483_1120401231356519_5530674213818341764_n

13051495_1120401024689873_1401123130324696567_n

13051770_1120400604689915_126528962175588377_n

13062269_1120400971356545_2702814720165614147_n

Tornado 5

Tornado 5

Nowa buda.

Ten kto naprawdę szuka, ten znajdzie nawet mrówkę na pustyni Gobi. Tym razem alarm już nie był fałszywy. Po tygodniu karkołomnych i pełnych zapału poszukiwań, pieseczek już w domu. W całej rodzinie i wśród znajomych, wzruszeniom pomieszanym z ekscytacją oraz niedowierzaniem, nie ma końca. Nikt nie wierzy, że udało się nam znaleźć psa. Nawet jasnowidz się zdziwił.

Mąż na fali szczęśliwego odnalezienia, od nowa zapchlonego zbiega, niczym dziki, dostał szwungu do malowania, więc chwycił za pędzel i machnął psu tę nową budę na mahoń, żeby pasowała do ogrodzenia.

Cudownie. Pełnia szczęścia. Tylko, że pies, tuż przed wielką ucieczką został zaszczepiony przeciwko nosówce i z obniżoną odpornością przywlókł do domu anginę stulecia. Widzieliście kiedyś psa z chrypką? Ja widziałam. Tornado o mało nie przypłacił tej przygody życiem, więc zaraz po wizycie u weterynarza i końskiej dawce antybiotyku, dla pewności wpakowałam wariata do samochodu i pojechałam na komendę straży miejskiej, żeby zdjąć ogłoszenie i odwołać czerwony alarm na dzielni.

Fruwając ze szczęścia na wysokości lamperii starannie zamknęłam ówczesny pojazd i pobiegłam zdjąć ogłoszenie na komendzie. Podziękowałam funkcjonariuszom i przy okazji zdjęłam jeszcze kilka z kilkuset wiszących w okolicy ogłoszeń i z wielkim zdziwieniem zareagowałam na pętające się u mych nóg moje własne (zamknięte w samochodzie) psisko.

Kurczę, jak wylazł? Całkiem prosto. Nadepnął łapą na guzik od otwierania szyby, otworzył sobie okno i radośnie wyskoczył na ulicę. To nic, że przy okazji zjazdu na jezdnię, na całej wysokości przerysował drzwi pazurami. To nic. Naprawdę. Przecież to wielkie szczęście, że kochany piesek się znalazł, więc wybaczam i w ramach chwilowego rozpasania, w drodze wyjątku pozwalam mu się bezczelnie rozwalić na półce nad bagażnikiem.

Później przez pięć lat nie dałam rady usunąć z niej kłaków pseudo holenderskiego wolfhund’a, ale na tamten szczęśliwy i pełen uniesienia czas, Tornado mógł nam powbijać swoje wilcze kłaki nawet pomiędzy zęby, w zupę i w nową pościel.

No ale nic, zagoniłam bydlę z powrotem do samochodu i obiecałam sobie, że przy następnym przystanku na wszelki wypadek zamknę go w bagażniku. Niech sobie wyje. W ostatnim ludzkim odruchu szczęśliwego człowieka jednak darowałam mu ten bagażnik, ale tym razem już zamknęłam drzwi pilotem. Ech, to nie takie proste. Jeszcze nie zdążyłam kupić pomidorów na straganie, jak wyje.  Właśnie się dowiedziałam, że mam w aucie alarm, bo wszystko wyje. Samochód wyje, pies w samochodzie wyje, a wokół samochodu gromadzą się zbulwersowani gapie i komentują, co to za bezduszny sukinsyn tak się znęca nad niewinnym zwierzątkiem. Zostawiłam w diabły te zakichane pomidory, chrzanić pomidory, bo za chwilę dobrzy ludzie naślą na mnie kuratora albo jakiś inny inspektorat lub aktywistów z Greenpeace lub TOZ, opublikują mój numer rejestracyjny na facebook’ u  i jeszcze wpakują mnie za kratki.

A pieseczek co? Na mój widok zawył z radości i łaskawie zwolnił miejsce kierowcy.

Jako że wobec powyższego Tornado zupełnie nie nadawał się na zakupy, postanowiłam wdrożyć pozostałe pomysły zrodzone w amoku wcześniejszych poszukiwań. Buda. Postanowiłam spełnić złowrogą obietnicę związaną z przymocowaniem psa do budy. Uszczęśliwiona, odpuściłam mu przyobiecany w nerwach krowi łańcuch. Uznałam, że dźwięk wleczonego po bruku łańcucha może zaburzyć sąsiadom spokojny sen, ale za to sięgnęłam do piwnicy po długaśną parcianą taśmę, na której niegdyś asekurowałam na nartach moje dziecko.

Na szczęście mahoń już wysechł, więc przytwierdziłam psa na kilkumetrowej taśmie do ogrodzenia w bliskiej okolicy budy i poszłam do domu. Zabrałam się za sprzątanie, bo przez tydzień poszukiwań nikt z domowników nie miał czasu zajmować się czymś tak mało istotnym jak choćby podłoga w kuchni. Po tygodniu, z powodzeniem można było zostawić na niej buty, więc wreszcie, pełna dobrej energii i optymizmu, postanowiłam rozprawić się z klejącą powłoką. Jeszcze nie zdążyłam nawet sięgnąć po wiaderko, jak pies, w niewiadomy sposób odłączył się od swojej nowej budy i zameldował się w domu.

– Nie, nie, stary. Tak nie robimy- zawołałam łajdaka i po raz drugi przypięłam go do taśmy. Chyba rzeczywiście źle zapięłam zaczep.

Idę. Zatankowałam pół wiadra, a ten gad znowu w domu. Tym razem wylazł z obroży. Chyba za luźna, więc nieco dociągnęłam na regulacji. Dolałam więcej wody do wiaderka. Cap za wiaderko, zlew, akcja, szybkie ruchy, nalewam! Go! Go! Go!  Znowu chwilka. Znowu wyszedł.  Stoi  w kuchni i bezczelnie młóci tym swoim szalonym ogonem. Czyżby obroża nadal za luźna? Dociągam. Sprawdzam. Nie, no. Więcej się nie da. Jedno z dwojga. Albo Tornado się udusi, albo pękną mu oczy. Odpuszczam.

Nauczona złym doświadczeniem i pomna traumy z poszukiwań, profilaktycznie zamykam psa w toalecie przy okazji mając nadzieję, że podstępnie nie czmychnie kanalizacją, i jak głupia pędzę do pobliskiego sklepu zoologicznego.

– Panie! Szelki! Na dziesięć kilo psa! Czerwone, żeby było widać  z drugiego końca Kurdwanowa!

– Aaaa, to pani?!- Sprzedawca najwyraźniej mnie rozpoznał. – I jak? Znalazł się piesek?

– Tak. Szelki potrzebuję, na tego psa, wie pan… Gazem!

– Jasne. Proszę.

Zapłaciłam trzy dychy. Jak diabeł dobrą duszę capnęłam te szelki i pognałam do domu.  W międzyczasie Tornado chyba odkrył, że toaleta służy do sikania, tak więc obficie obsiurał fajans z dwóch stron i na powitanie radośnie wytarł mokre łapy w moją sukienkę. Niczym niezrażona zdjęłam mu obrożę i założyłam mu nowe, czerwone i bajeranckie szelki. Przypięłam drania do taśmy po raz enty i pewna sukcesu zrobiłam kolejne podejście do mycia podłogi.

Jeszcze nawet nie sięgnęłam po mopa, jak za plecami usłyszałam radosne szczeknięcie psa, który właśnie przyszedł mi oznajmić, że szelki ładne, ale też do luftu i że sprzedawca zrobił mnie w konia. Wrrr… dociągnęłam troki do momentu kiedy psu oczy o mało nie wyskoczyły z orbit, ale upewniwszy się, że da radę oddychać ponowiłam próbę przytwierdzenia go do budy na stałe i umycia tej nieszczęsnej podłogi. Tym razem stopień trudności nieco skomplikował mu sprawę, bo pies odmeldował się, jak już kończyłam myć w przedpokoju, a jego zadowolona mina wyraźnie świadczyła o tym, że jest z siebie bardzo zadowolony i oczekuje nagrody, za to, że tak pięknie uwalnia się z nowych, czaderskich, czerwonych szelek.

Nie, nie. Ja tak łatwo się nie poddam! To niemożliwe, żeby pokonał mnie pies! Nawet bardzo cwany. Zdjęłam zatem te czerwone szelki i znów pojechałam do zoologicznego.

– Do bani te szelki!- powiedziałam. – Zwracam!

Sprzedawca tylko na mnie spojrzał. Najwyraźniej świadom mojej determinacji powstrzymał się od komentarza i poszedł na zaplecze. Nie było go dość długo.  W tym czasie oczami wyobraźni ujrzałam ponownie osikany wucet, ale sprzedawca niebawem wychynął z czeluści zaplecza i z miną magika zaprezentował mi to mega zarąbiste COŚ (!).

– Proszę. Z tego już nie wyjdzie- konspiracyjnie zniżył głos. – Na szelkach tego typu prowadza się w cyrkach tygrysy. Przysięgam, żaden, nawet najsprytniejszy kotowaty się z tego nie wywinie. Tym bardziej pies, bo widzi pani…itd.

Taaa. Terefere. Za pierwszym razem zdążyłam umyć jedynie umywalkę w łazience. W drugim podejściu, nie zdążyłam nawet dojść do łazienki.

Moi Drodzy. Uwierzcie, że ostatnie lata z życiorysu Tornado nie zaliczały się do nudnych, a nowiutkie szelki dla tygrysa, po dziś dzień wiszą sobie spokojnie w garażu. No i cóż…, spokojnie sobie czekają aż kiedyś adoptuję jakiegoś tygrysa pierdołę :)

 

CDN

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Jagna: Jutro pozbywam się męża na całe dziesięć dni!

Iza: O! To walniesz ze cztery rozdziały. Jak kiedyś mi rodzinka się rozjechała po świecie, to napisałam całą książkę w miesiąc 😀

Jagna: To jest niesamowite, jak bardzo oni nie kumają, że do pisania trzeba się wyciszyć i egzystować w harmonijnym i pozbawionym bajzlu wnętrzu.

Iza: No! A mąż niby nie przeszkadza, niby nic nie mówi, umowę sobie jakąś cichuteńko na komputerze klepie. Ale JEST. Więc nie wytrzymuję i idę pisać do garażu z notesem w ręku. Siadam na skrzynce z narzędziami, w zimie zakładam buty snowboardowe i ze wzrokiem na wysokości przedniej prawej felgi, przenoszę się w głąb stajennej sagi. Potem wracam i wywalam biedaka na piętro, a on by chciał ze mną posiedzieć. To jest niesprawiedliwe! Każdy ma miejsce w domu a ja mam stół w kuchni, gdzie non stop ktoś przyłazi. Bo skoro siedzę to znaczy, że nie mam nic do roboty. Jak to dobrze, że mam jeszcze ten garaż…

Jagna: Ja piszę przy wyspie kuchennej. A oni kręcą się wokół jak muchy utrapione. Próbuję się izolować za pomocą słuchawek i muzy, ale myślisz, że im to przeszkadza? Ja sobie właśnie smakowite zdanie zapisuję a tu mi któreś wyrywa słuchawki z uszu i ryczy: „gdzie są jajka?”. No Iza, ja nie mogę – gdzie są jajka? „W dupie są jajka! W kurzej dupie!”  – warczę na nich.  Ale myślisz, że ich to rusza?

Iza: Załóżmy sobie dom pracy twórczej :(

Jagna: Zamieszkajmy razem!

Iza: Nawet to jednocześnie napisałyśmy! Kurde, wyjdziesz za mnie?

Jagna: Z rozkoszą. Zabieraj Tornado, ja biorę spaślaka Mruczka Szeptuchy.

Iza: Nie, ja Kapsla i Szajby nie zostawię!

Jagna: To koty też bierzemy :)

Iza: A Twoi niech sobie szukają tych jajek, może w końcu znajdą.

Jagna: W kurzej dupie na przykład.

Tornado 4

Tornado 4

Wielki odlot cz 2

W końcu trafiłam na konkretny ślad. Udało mi się dotrzeć do młodzieńca, który w pierwszą noc przenocował u siebie naszego zbiega. Zaraz zaangażował w akcję okoliczne dzieci. Dzieciaki od razu wynegocjowały u mnie wycieczkę do zoo w zamian za znalezienie psa i w sekundzie rozpierzchły się między blokami.
Poniedziałek. Początek roku szkolnego. Kurier właśnie przywiózł budę. Szlag by go trafił z tą budą!
Już absolutnie wszyscy na osiedlu mówią mi „dzień dobry” albo na mój widok szepczą między sobą: „To jest ta pani, co szuka psa”. Większość dzieci zna na wyrywki numer mojego telefonu. Moje dzieci przejęte po całości pójściem do szkoły chętnie by uczciły ten dzień czymś ekstra, ale ja znów do papierniczego po entą ryzę papieru i pinezki. W poniedziałek wieczorem zdjęcie Tornado znajduje się już w kabinie każdej śmieciarki i ma je przy sobie każdy listonosz. Kończy mi się koncepcja. Coraz częściej dostajemy sygnały, że ktoś widział psa, ale zanim udaje się nam dojechać na miejsce, psa oczywiście już nie ma. Coraz bardziej nabieramy przekonania, że to beznadziejne, a ludziom po prostu się myli. Ileż można szukać? Co jeszcze można zrobić? Właściwie wypadałoby odpuścić, ale im więcej się zrobiło, tym trudniej zrezygnować. A co, jeśli on rzeczywiście tam jest i ci ludzie nie kłamią? W nocy uzupełniamy zerwane ogłoszenia. W całej dzielnicy praktycznie nie ma już drzewa bez przypiętego wizerunku Tornado. Zostały jeszcze latarnie i słupy od świateł na skrzyżowaniach. Zakaz naklejania pod karą grzywny, ale co tam. Jedziemy z koksem! Do południa wytapetowane wszystkie okoliczne skrzyżowania. No i w końcu stało się coś, co musiało się stać. Dosłownie wzięli się znikąd. Patrol straży miejskiej przydybał mnie przy ostatniej latarni.
– To pani? Matko, wreszcie! Przecież my panią szukamy już od trzech dni! Co pani najlepszego wyprawia? Przecież za to jest mandat!
– Trzy dni szukacie? Przecież na ogłoszeniu jest telefon. Wystarczyło zadzwonić.
Strażnicy trochę zbici z tropu, ale za wypisywanie mandatu się biorą.
Kurczę, tylko nie to. Co tu robić?, pomyślałam gorączkowo. Najlepiej byłoby ich wziąć jakoś na litość. No nie ma lekko. Najlepiej byłoby się rozbeczeć, ale jakoś nie idzie. Za to siorbnęłam teatralnie nosem i powiedziałam, że psa szukam, że po szczepieniu, że chory, że dzieci płaczą, że ja płaczę…
– A co to za pies!- nieoczekiwanie zainteresował się jeden.
– A taki? Nie ma pan jeszcze zdjęcia w radiowozie?- podsunęłam mu pod nos ogłoszenie ze zdjęciem.
– Taki zwykły kundel?- funkcjonariusz pewnie myślał, że szukam yorka z diamentową obrożą.
– A co się panu nie podoba?- postawiłam się ostro.
– Nie może pani wziąć jakiegoś innego?
– Nie mogę- chlipnęłam twardo.
– I jeszcze nagroda? Za takiego kundla? I pani tak płacze?
– Proszę pana, pan nie rozumie! Ja znajdę tego psa!- powiedziałam, no i w końcu na serio się poryczałam. Nerwy mi puściły i już nie musiałam udawać. Jak się pewnie domyślacie nie dostałam mandatu, a przed końcem dnia zdjęcie psa znalazło się na tablicy w komendzie i w każdym radiowozie straży miejskiej w naszej dzielnicy. Wtedy naprawdę poczułam, że zrobiłam już wszystko i miałam odpuścić, ale przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł…
Nigdy nie byłam na tyle kreatywna, by aż tak pojechać po bandzie, ale całe te szalone poszukiwania i nasza determinacja doprowadziły mnie na skraj niedorzeczności. Po konfrontacji ze strażą miejską odeszły mi tak zwane wody i poczułam, że para uchodzi ze mnie jak powietrze z dziurawego materaca.
– Jeśli jakimś cudem ten cholerny pies się znajdzie, to przysięgam, że pojadę do castoramy, kupię najgrubszy metalowy łańcuch i przypnę tego gnoja do budy! – powiedziałam przez telefon do mojego taty.
Naprawdę byłam skłonna to zrobić, ale na razie nie miałam czego uwiązać do tej nieszczęsnej budy, więc przystąpiłam do finałowej akcji.
Pozostała mi jeszcze jedna opcja do wykorzystania. Niedorzeczna i szalona, czyli jasnowidz. Wierzę, nie wierzę, może coś w tym jest. Co mi szkodzi? Najwyżej zrobię z siebie wariatkę. A co mi tam! I tak już od paru dni wszyscy znajomi pukają się w czoło. Nikomu się nie przyznałam, po co mi plan satelitarny tego gigant osiedla. Nie miałam zamiaru bawić się w poszukiwania palcem po mapie Europy. Konkret. Tu jest mapa. I gdzie jest pies? Mniej więcej tak to sobie wymyśliłam i tak to mniej więcej się odbyło. Atrybuty typu szklana kula, czarny kot i tarot poszły w bok. Był tylko pewien rodzaj transu i na koniec sękaty palec wycelowany w budynek starej hydroforni niedaleko miejsca, gdzie młody chłopak udzielił schronienia mojemu psu. Wybiegłam stamtąd jak na skrzydłach, ale zanim przejechałam pół miasta i dotarłam na miejsce pies już skutecznie zdążył się oddalić. Wtedy na serio już odpuściłam. Zrezygnowana powiesiłam jeszcze pięć ostatnich ogłoszeń. Na przystanku autobusowym i na ostatnich czterech wolnych drzewach w tamtej okolicy, i wróciłam do domu. O szóstej rano zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, chyba znalazłam pani pieska. Właśnie śpi na przystanku i wygląda zupełnie jak ten z ogłoszenia…
CDN

Tornado 3

Tornado 3

Pierwszy odlot cz 1

Jako, że imię Wiatrak kompletnie nie siadło, trzeba było wykombinować nowe. Warunkiem było coś z ruchem powietrza, bo psi ogon latał bezustannie i bez przerwy wzniecał mi z podłogi zamiatane śmieci. W drugim podejściu ogólnosąsiedzka komisja wzięła pod uwagę imiona: Tajfun, Huragan i Zefir. Padło na Tajfuna, ale po dwóch dniach wydało mi się jakieś takie niewyraźne i mało wdzięczne. Mam! W końcu wymyśliłam! Będzie Tornado.  No, w końcu jakiś konkret.

Mąż oblatany w stołecznych kręgach biznesowych, uznał w żartach, że tak głupio w towarzystwie wyskoczyć z informacją, że ma psa rasy nieznanej i postanowił na tę okoliczność poszukać psu jakichś sensownych przodków. Śmiechu było co niemiara. Nie powiem. Długo szukał. Mniej więcej o piątej nad ranem znalazł psu rasowych protoplastów i rankiem obudził mnie podtykając pod mój zaspany nos zdjęcie jakiegoś mega rasowego wilczaka rodem z Niderlandów.  Pomijając fakt, że w Europie występują może trzy egzemplarze i nikt ich za bardzo na własne oczy nie widział, to podobieństwo do Tornado można dostrzec jedynie o piątej nad ranem. Nie, nie. Saarlaas wolfhund, to zdecydowanie nie to, ale i tak w późniejszym czasie, niejeden znawca na tę informację kiwnął głową z uznaniem i zapewnił, że zna, że piękny, że to mądre psy :)

No, skoro imię już jest, to wypadałoby zamówić psu identyfikator, tak więc korzystając z ładnej pogody zostawiłam w ogrodzie ten pseudo pomiot holenderskich wolfhund’ów. Szczelnie zamknęłam bramę, a sama udałam się do sklepu zoologicznego, by zamówić medalik z namiarami. Nie było mnie może kwadrans. Wracam i czekam, aż coś przyleci się cieszyć, a tu cisza. Wołam, gwiżdżę, cmokam… Nic, zero. Pewnie pies w domu. Ale w domu też zero. Nie wierząc własnym oczom dokładnie sprawdziłam ogrodzenie, ale nie znalazłam obluzowanych desek ani podkopów. Pies po prostu wyparował. No, kaplica.  W okolicy zero psa.

W pierwszym odruchu było lecieć w osiedle i wołać. Ale jak go wołać? Pies był u nas raptem kilka dni i codziennie miał inne imię. Człowiek by zgłupiał, a co dopiero pies.

No, to papierniczy. Ryza papieru, toner do drukarki, pinezki i taśma klejąca. Tylko jak tu opisać psa, jakich milion i w dodatku takiego, który nie reaguje na imię(?) Uff, jakoś poszło. Dobrze, że miał chociaż czarną obrożę, biały koniec ogona i różową bliznę na nosie. W takiej sytuacji ważny każdy znak szczególny. W stresie nauczyłam się nawet wklejać zdjęcia do Word’a.  Na pierwszy rzut poszło pięćdziesiąt ogłoszeń. I co dalej? Szukać? No dobrze, tylko gdzie? Wokół ruchliwe ulice i ogromne blokowiska.  Potencjalnych kierunków wiele. Na pierwszy ślad czekaliśmy dobę, gdy w końcu ktoś zadzwonił i powiedział, że widział psa.

Ziścił się najgorszy możliwy scenariusz. Pies wylądował na Kurdwanowie, czyli na okolicznym osiedlu „sypialni” liczącym na biedę jakieś trzydzieści parę tysięcy mieszkańców. W tej sytuacji szukanie igły w stogu siana mogło napawać większym optymizmem, ale mniej więcej wiedząc, gdzie jest pies trzeba było rozkleić jeszcze więcej ogłoszeń. Znów drukarka poszła w ruch, wśród znajomych zapanowała pełna mobilizacja. Zupełnie jak przed wyborami do sejmu, podzieliliśmy się plakatami, pinezkami, lepcami. Wyznaczyliśmy rewiry. Minął następny dzień. Akcja! Jest! Znowu ktoś go widział.  Poszukiwania nabierają tempa. W okolicy każdy sklepikarz już wie, że zginął pies. Większość dzieciaków na placach zabaw przekazuje sobie tajne info o nagrodzie za znalezienie psa, a wszyscy psiarze ze zrozumieniem współczują i między sobą wymieniają informacje.

Kolejny dzień. Sobota. Psa nadal nie ma, a patrząc na to jak szybko biega, to może być już w Bratysławie albo nawet i na Lazurowym Wybrzeżu, jak się do tira załapał. Ogłoszenia wiszą już prawie na każdym drzewie jakie rośnie na osiedlu, a ja dostałam w papierniczym kartę stałego klienta. Znowu znajomi pod parą, bo przecież zostało jeszcze trochę drzew i całe mnóstwo latarni w okolicy. W marketach też już byłam. Już wszyscy wiedzą, że zginął pies, a mnie na Kurdwanowie coraz więcej osób mówi „dzień dobry”.

Samochodem jeździć bez sensu, bo mało mobilny na osiedlowych uliczkach, no to quad poszedł w ruch. Tu już kolejna rzesza mieszkańców wyraziła zainteresowanie akcją. W szczególności zainteresowały się matki i babcie z niemowlakami w wózkach, bo pyrcząc w tej betonowej dżungli, ku ich wkurzeniu pobudziłam wszystkie dzieciaki. Już, już, jeszcze tylko dwie rundki i odpuszczam. Przecież sama mam małe dzieci. Za trzy dni pierwsze w ich życiu rozpoczęcie roku szkolnego, a matka nie ma czasu nawet pomyśleć o grantowych spódniczkach, bo szuka psa a pies pewnie już na przedmieściach Wiednia…

Jest! Nagle telefon. Ktoś kilka godzin wcześniej widział psa na osiedlu. Za kwadrans drugi telefon. Jedziemy! Niestety, pierwsza osoba ponownie nie odebrała telefonu, a autor drugiego zgłoszenia zaproponował nam białego głuchego pudla. Ależ ja nie mam nic przeciwko pudlom, tylko że ja, do cholery, nie szukam pudla!

 

CDN…

Dzień z życia konsultantki

Dzień z życia konsultantki

O tym, że kontakty z klientami mogą doprowadzić na skraj załamania nerwowego, wiedzą doskonale nieszczęśliwi, niespełnieni pisarze wykonujący okresowo niewdzięczną pracę konsultanta. Wasza niżej podpisana miała zaszczyt zażyć tej przyjemności, a jedynym plusem chwilowego uprawiania owej profesji, była możliwość zebrania obszernego materiału dowodowego, który właśnie teraz ujrzy światło dzienne.

Mawiają, że żadna praca nie hańbi. Nie dodają jednak, że pewne zajęcia zarobkowe mogą trwale (lub czasowo) odmóżdżyć biednego wyrobnika, powodować zaburzenia postrzegania rzeczywistości i permanentny (bądź okresowy), niekontrolowany wyciek śliny spomiędzy zaciskanych zbyt długo szczęk. I myli się ten, który sądzi, że owo zaciskanie to efekt ciągłego zdenerwowania.

Biedny konsultant od rana do wieczora zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć kolejnemu rozmówcy śmiechem w słuchawkę, bądź nie zapluć służbowej klawiatury podczas czytania wiadomości od klientów. Obrazu zła niech dopełni rodzaj sprzedawanego produktu, wokół którego cała ta otoczka konsultacyjna się odbywa. Jeśli celem pracy jest sprzedaż kobietom butów to można powiedzieć, że biedny konsultant dostał się do wewnętrznego kręgu piekła.

Kobieta, czyli narzędzie szatana, jest istotą pogmatwaną wewnętrznie. Świat zna wiele rodzajów kobiet: są matki Polki, są erudytki, feministki, sportsmenki, kobiety młode, dojrzałe i całkiem malutkie kobietki. Różnią się miedzy sobą jak okazy tropikalnej fauny, ale łączy je jedno.

Niezależnie od miejsca zamieszkania, długości i szerokości geograficznej oraz stref klimatycznych baby dostają kompletnego fioła, gdy mowa o butach. Buty są w stanie zmienić najłagodniejszą białogłowę w węszącego psa myśliwskiego. Buty to przedmiot pożądania, w obliczu którego więdnie racjonalne myślenie, a mózg zamienia się w gigantyczną stopę. Za to reszta kobiety staje się pantofelkiem. I nie o zacny model obuwia chodzi. Baby w kontakcie z butami zwyczajnie głupieją.

Uczyniwszy ten dramatyczny wstęp muszę jeszcze dodać naprędce, że Wasza niżej podpisana na stanowisko konsultanta ds. obuwia trafiła przypadkowo, a jej fachowa wiedza ograniczała się jedynie do znajomości książki „Historia żółtej ciżemki”. Jak się szybko okazało – nie to jest jednak problemem, bowiem nawet studia tematyczne nie przygotują biednego adepta wiedzy okołoobuwniczej do spotkania z NIĄ.

Zwykle zaczyna się niewinnie:

– Dzień dobry! – w słuchawce rozlega się promienny głosik.

– Dzień dobry! – odwdzięcza się uprzejmie konsultantka.

– Ja chciałabym kupić takie szpilki czarne lakierowane w rozmiarze 39.

– Niestety, z tego modelu 39 już nie będzie, ale mamy inne szpilki, bardzo podobne…

– ALE JA CHCĘ TAMTE! – rozlega się ryk w słuchawce.

– Niestety, bardzo mi przykro, ale już nie posiadamy tych butów na stanie – powtarza cierpliwie konsultantka.

– To sprowadźcie! – żąda ONA tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości, to jest kolekcja z zeszłego roku.

– ALE JA POTRZEBUJĘ! NA WESELE/CHRZCINY/POGRZEB*

(*niepotrzebne skreślić)

W tym miejscu doświadczona konsultantka milknie. Na takie dictum nie sposób znaleźć odpowiedzi. Próba zgadywania, jaki stosunek osobisty ma klientka do informacji, że dany model butów nie jest już produkowany jest co najmniej ryzykowna i – jeśli chcecie znać moje zdanie – raczej skazana na niepowodzenie.

Odpada też uprzejme pytanie: „A kto się żeni/co się urodziło/kto umarł?*”

(*niepotrzebne skreślić)

Konsultantka milczy więc. Na łączach zapada zwodnicza cisza.

– Jest tam pani? – szepcze złowieszczo ONA.

– Tak, oczywiście – odpowiada konsultantka.

ONA doskonale wie, że konsultantowi nie wypada się rozłączyć pierwszemu i swoją wiedzę wykorzystuje, w zależności od stopnia pomysłowości. Czasem krzyczy, czasem powtarza w nieskończoność te same pytania albo rzuca złośliwie:

– Jak pani mi nie chce pomóc, to ja specjalnie się nie rozłączę i nie dam pani pracować! O!

Faktycznie, rozłączyć się nie wypada, ale któż powiedział, że słuchawkę należy mieć przy uchu cały czas? ONA słucha więc melodyjnego stukania w klawiaturę płacąc za każdą minutę kwotę zależną od taryfy swojego operatora. Rekordzistki poddają się maksymalnie po dwóch minutach.

– Halo? Słyszy mnie pani? – kapituluje ONA.

– Oczywiście – odpowiada konsultantka.

W tym miejscu, ponieważ temat właściwie został wyczerpany, ONA rzuca pożegnalną groźbę i się rozłącza.

Mój własny ranking na groźbę miesiąca opierał się na punktacji w skali 1-10, gdzie jeden punkt przyznaje się ONYM, które są prawniczkami i nam pokażą (każda ONA to prawniczka, gdy zachodzi potrzeba). Dwa punkty można zdobyć za posiadanie męża prawnika albo wuja sędziego, którzy nam pokażą. To przecież wymaga pewnej wyobraźni i trzeba to koniecznie docenić.

Pięć i więcej punktów przyznaję tylko tym ONYM, które precyzują, co nam pokażą. To już przecież wyższa szkoła jazdy. ONE „pokazują” różne rzeczy. Niektóre pewnie języki, ale tego przez telefon naturalnie stwierdzić się nie da. Pięć lub sześć punktów należy się więc za pokazywanie wyższości. Tu na szczególne oklaski zasługują ONE mianujące konsultantkę życiowym nieudacznikiem i wyjątkowo podłym człowiekiem.

Siedem i osiem punktów można zdobyć za jednoczesne spełnienie powyższych kryteriów: „Ja Panią tak załatwię, że nigdzie Pani pracy w zawodzie nie znajdzie, zresztą wielki mi zawód! Pani nie wie, kim ja jestem! Mój mąż jest prawnikiem!”

Na dziewiątkę zasługują te ONE,  które dodatkowo ślą maile podobnej treści.

Dziesięć punktów to już najwyższa szkoła jazdy. Zdobyć je może tylko ta ONA, która sprawi, że konsultantowi opadnie szczęka na klawiaturę. Spadnie na dodatek tak celnie, że wystuka napis „aleocochodzi?”.

W niezbyt długiej konsultanckiej karierze niżej podpisanej trafiła się tylko jedna dziesiątka. Działo się to w okresie wyprzedaży. Już samo słowo niesie w sobie niebezpieczny potencjał, a gdy dorzucimy magiczne minus 50%, to z ONYCH wychodzą diabły. Mój osobisty diabeł za żadne skarby nie chciał przyjąć do wiadomości, że jej upatrzone buty za pół ceny zostały wyprzedane. I w tym miejscu popełniłam brzemienny w skutkach błąd.

– Przykro mi niezmiernie, ale ostatnia para właśnie wczoraj została wysłana do Wrocławia – wyjaśniłam uprzejmie, chcąc zobrazować klientce sytuację.

Całe życie myślałam, że plastyczne szczegóły sprawiają, że tłumaczenie staje się jeszcze bardziej wiarygodne. Otóż w czasie wyprzedaży tak to nie działa.

– To proszę wysłać kuriera do Wrocławia!

Na takie rozwiązanie nie mogłam się rzecz jasna zgodzić a oczami wyobraźni ujrzałam klientkę z Wrocławia tulącą buty do piersi i kuriera, próbującego jej je wydrzeć z rąk.

– Nie? – zasyczała w słuchawkę ONA.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości – potwierdziłam.

– Pani chyba sobie nie zdaje sprawy z tego, co mi pani robi! – wrzasnęła. – Przez tydzień mnie będzie głowa bolała i mąż na tym ucierpi. I ja mu powiem, czyja to wina! Czy pani wie, co to oznacza?

 

Nie wiedziałam. Pierwszy raz w życiu nieprofesjonalnie rzuciłam słuchawką. A przez następny tydzień wracając z pracy do domu przyglądałam się bojaźliwie mijanym krzakom. Kto wie? Może mąż klientki będzie chciał dochodzić swoich praw?

Centrum kontroli lotów

Centrum kontroli lotów

Uwaga! Uwaga! Tu centrum kontroli lotów! Kuchenka, pralka, lodówka, zmywarka, laptop. Wszystko to lata nisko i szybko, więc muszę być czujna jak ważka, żeby pomiędzy westchnieniem bohaterki i jej niekontrolowanym szlochem odpowiednio zmniejszyć moc palnika pod zupą, żeby nie wykipiała i w czasie gdy ona (bohaterka, nie zupa) jedzie po zakupy, zdążyć sprawnie opanierować kotlety, zanim kot się rozwali czarnym tyłkiem na klawiaturze i przypadkiem uruchomi tę dziwną funkcję, która robi ekran w poprzek.

Tak, tak … właśnie.  Tak wygląda moja praca. To nic innego, jak ekstremalna praca w ciężkich warunkach i w dodatku szkodliwych dla zdrowia.  A to się krzywo przycupnie, kiedy dzieci zakuwają geografię, ale nie, nie na długo, bo murowane , że za pięć minut przyjdą zapytać co to są gołoborza albo jakiś inny gnomon. Albo ile razy X musi być podniesione do potęgi N, żeby wyszło 3/4Y minus 5.  W międzyczasie odbieram dwa telefony, bo oczywiście komórka i domowy zawsze muszą dzwonić jednocześnie.

A kręgosłup chwilowo przycupnięty skręca się w skoliozie i w tej mikrej chwili spokoju rzucam spłakaną białogłowę w rozpostarte ramiona jurnego kochanka.  Akcja!  Akcja! Ale nieee!

Miauuu! Kot właśnie narobił do kuwety i chce mu się drugi raz ale drugi raz do tej samej zasr…, ekhm, tego kuwety nie narobi, bo nie lubi, więc się drze, jakby go ktoś ze skóry obdzierał. Posprzątać trzeba. Ech, cholera, esteta się znalazł. Jakoś nie przeszkadzają mu obgryzione skrzydłokwiaty i ziemia wygarnięta łapą z doniczek, że o głębokim podkopie pod fikusem nie wspomnę. A i wody rozchlapanej wokół miski to też posprzątać nie ma komu. Siedzi taki czarny sierściuch i z nudów rozchlapuje wodę.

A po co? Jak to po co? Żeby sobie zrobić w kuchni odpowiedni poślizg. Najpierw szkodnik sprawdza, czy odpowiednio dużo tej wody naciapał, potem się w tej kałuży rozpędza w miejscu, by na koniec na mokrych łapach wziąć wiraż na zakręcie do salonu i efektownie z impetem wycedzić w ściankę działową pomiędzy klatką schodową a wucetem. Dobrze że jeszcze żyje i nie ma wstrząsu mózgu. A koty to miewają wstrząs mózgu? Nie mam czasu sprawdzić, bo właśnie przyszedł kurier i pies przy furtce szczeka jak wściekły. Gaszę zupę. W biegu łapię dzwoniącą komórkę i lecę po paczkę. Po drodze tłumaczę, że nie chcę kolejnego kredytu tudzież konta w banku i w międzyczasie wpadam w piwnicy w kałużę psich sików. W ostatniej chwili łapię się ściany. Uf, dobrze, że jeszcze mam wszystkie zęby, a ten kurier się mnie pyta, co tak długo nie otwieram i czy mnie przypadkiem nie obudził (sic!). Nie komentuję, tylko wracam i po drodze sprzątam piwnicę. W końcu na paluszkach podchodzę do kompa. A tu czajnik jak nie zacznie gwizdać, bo w czasie mojej nieobecności me dziatki zapragnęły pogadać ze mną przy herbatce.

 

A oni tam dalej w tym łóżku, a ja już zapomniałam, co robili, więc znowu przysiadam krańcem prawego półdupka i czytam, czy ona już przypadkiem nie w ciąży, ale nie.  Uff… Szczęśliwie do nich też przyszedł kurier i zapytał, „co tak długo?” :)

Prima aprilis!

Prima aprilis!

Kochani czytelnicy!

Jesteśmy pewne, że nikt nie uwierzył w nasze literackie, tudzież towarzyskie rozstanie ale dla porządku dementujemy nasz poprzedni prima aprilis’ owy wpis.

Otóż zgodnie oświadczamy, że współpraca pisarki z Krakowa z recenzentką z Warszawy ma się doskonale.

Mamy również nadzieję, iż ucieszy Was wiadomość, że pomysły na dalsze posty wręcz wysypują się nam z głów a nasza wieloletnia przyjaźń również ma się świetnie.

Jak wiecie w soboty odpoczywamy, ale za to już w najbliższą niedzielę czekamy na Was na blogu z przepisem na kolejne smakowitości autorstwa Jagny.  Korzystając z okazji chcemy też powiedzieć, że wszystkie przejawy Waszej sympatii dla naszego bloga są dla nas niesamowicie cenne i to właśnie Wy motywujecie nas do dalszej pracy.

Życzymy Wam pięknej wiosny, gorącego lata i złotej polskiej jesieni…

A potem się zobaczy co dalej :)

Iza i Jagna

Tornado 2

Tornado 2

Chrzciny

Niedziela.  Koniec sierpnia. Za kilka dni rozpoczęcie pierwszego dla moich dzieci roku szkolnego. Dojeżdżamy do domu. Z psem. Tylko jak tu wziąć do domu psa, który jest brudny jak święta ziemia, ma na sobie rekordową ilość pcheł i cały czas się czochra?

No to ja gazem do weterynarza, po coś na pchły. Na miejscu jedynie lekarz dyżurny i sklepik zamknięty na głucho a na dokładkę dyżurująca pani weterynarz prezentująca postawę nieugiętą. Nie mając wyjścia nastraszyłam dyżurującą niewiastę wizją dzieci z tasiemcem, glistami oraz inną dżumą i powiedziałam, że to będzie jej wina (sic!). W końcu uległa i sprzedała mi poza kasą psikadło na pchły i pastylkę na robaki.

No i zaczęły się jaja. Zanim trafił do wanny, pies po pierwszej aplikacji psikadła zaczął skakać na wysokość półtora metra. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby taki mały pies (na oko, jakieś dziesięć kilo psa) skakał tak wysoko. Pchły dostały bzika.   Pies też. W końcu te małe cholery poległy w konfrontacji z frontline’m i można było wpuścić psa do domu. Tutaj nieoczekiwanie nastąpił zgrzyt, bowiem kot Frykas zareagował pełną obrazą majestatu i oddalił się w niewiadomym kierunku a pies (na szczęście już po kąpieli) bez pytania rozgościł się na kanapie przed telewizorem. O nie! Niedoczekanie! Sio pod stół!  Do budy!

Mąż właśnie wrócił ze sklepu z miskami i karmą dla psa, a ja biegiem na allegro kupować budę do ogrodu. W końcu pies usnął, to ja po aparat, żeby mu jakąś fotkę strzelić. Ale nie, bez szans. Psi ogon żył chyba własnym życiem, bo nawet we śnie tak szybko latał, że wszystkie zdjęcia wyszły mi zamazane. I tym oto sposobem nasz pies zyskał swoje pierwsze imię, czyli Wiatrak i nareszcie można go było przedstawić sąsiadom. Wiatrak spisał się na medal i pokazał się z jak najlepszej strony. Oczywiście gad jeden w pięć minut zyskał sobie sympatię, a sąsiedzi zaproponowali, że tego psa trzeba jakoś oblać- w sensie uczcić- i tak w dzień przyjazdu zmontowała się radosna sąsiedzka imprezka z okazji przybycia czworonoga oraz jego chrzcin.

Było miło, Wiatrak wykazał się talentem showmana i wdzięczył się jak w cyrku ale niestety nie wszystko poszło gładko, bo około północy sąsiad poddał w wątpliwość, czy to imię aby odpowiednie. No i kaplica. Mąż po przemyśleniu tematu stwierdził, że nie będzie chodził wokół domu i jak kretyn wołał: „Wiatrak! Wiatrak! Do nogi! Frykas! Do domu! Kici kici! Wiatrak!”

cdn :)

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt

Kochani czytelnicy!

Przyjmijcie serdeczne życzenia z okazji zbliżających się świąt. Niech Wam się wszystko układa po myśli, niech Wasze portfele spuchną od grubych plików forsy a Wasze dzieci niech będą najgrzeczniejszymi na świecie. Niech dopisuje Wam dobry humor, jeszcze lepsze zdrowie a przemiana materii niech sprawi, że po świętach nie wpadną Wam dodatkowe kilogramy. Niech szef w pracy stanie się aniołem a wredną koleżankę z biura przeniosą do innego działu. Życzymy Wam podwyżki, wspaniałej formy, białych zębów i hollywódzkich uśmiechów.

A czego my sobie życzymy? Oczywiście tego, żebyście do nas zaglądali i czytali nasze wpisy :)

Wesołych Świąt i widzimy się we wtorek :)

20160325_132544

Tornado 1

Tornado 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Przedstawiamy Wam nową serię opisującą losy pewnego psa o wdzięcznym imieniu Tornado. Iza opowie Wam całą historię tego, zdecydowanie niezwykłego, domownika 😉

Na wakacjach przyplątał się piesek. Z oczu patrzyło mu dobrze, więc od razu się załapał na kawałek kiełbasy. Chlebem wzgardził. Plątało się to miłe stworzenie przez kilka dni, aż wakacje dobiegły końca.

W międzyczasie zauważyłam, że dzieci z okolicznej kolonii były uprzejme kilka razy podnieść go do góry za ogon, i ich nie zjadł. Znaczy poczciwy.  A że mu dobrze z oczu patrzyło to w końcu, w zieloną noc zapadła decyzja, że bierzemy psa, bo ktoś musi. Nadleśnictwo po każdym sezonie organizuje odstrzał bezpańskich zwierząt, zatem nie mogliśmy pozwolić, by ktoś zastrzelił nam zwierzaka.

Mój mąż, który nigdy nie miał psa, od razu poczuł się panem i gestem właściciela usadził sobie swojego nowego czworonoga na kolanach. To nic, że pies składał się głównie z koszmarnie brudnych kłaków przypominających szczecinę na dzikiej świni oraz pcheł.  Mąż długo głaskał go i przemawiał doń czule. Obiecał mu nawet, że nauczy go jeździć na snowboardzie. W końcu ścierpł i rozczarowane psisko wylądowało na ziemi. Hmm… A jak zwieje? Przecież już jest nasz… Ale dla chcącego nie ma nic trudnego. Nawet o północy.  Załatwiłam u dyżurnego stajennego starą lonżę do nauki jazdy konnej, z kolei mąż udał się do baru i wrócił z pustą skrzynką po tyskim, do której uwiązał psa. Niezapomniany widok.  Oczami wyobraźni zobaczyłam gnającego psa i podskakującą za nim skrzynkę po piwie uwiązaną na lonży :)

Cóż, w końcu trzeba było położyć się spać. Niestety wszystkie drzwi w naszym domku miały niesprawne klamki, a pies ani myślał spać w przedpokoju.  Przed świtem obudził mnie rozpaczliwy krzyk dziecka:

„ Mamusiu! Dlaczego wpuściłaś nam do łóżka dzikie zwierzę!!!”

„ Śpij! To nasz pies!” – powiedziałam i zapanował spokój, dopóki o ósmej nie wywiązała się awantura, kto ma wyjść z psem na spacer.

Już wtedy rozdzwonił się w mojej głowie dzwonek alarmowy.

Pomijając fakt, że często wyjeżdżamy i nie będzie w tym czasie co zrobić z psem, to chyba nie był najlepszy pomysł. No ale nic. Mamy psa, który za pół roku będzie zapylał na snowboardzie i wracamy do domu z wakacji…

10330483_1095653127164663_8410403524795837261_n

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą…

Jagna: Piszesz?

Iza: Nie, dzisiaj nie bardzo mogę.

Jagna: A co się stało? Wena ci siadła?

Iza: E tam, wena to mi nigdy nie siada :)

Jagna: No to niechciej Cię złapał.

Iza: Skąd! Full odpał i energia.

Jagna: No to już nie wiem. Gadaj w czym problem?

Iza: A żeby jeden był… sześć konkretnie.

Jagna: ???

Iza: Mąż, dzieci, koty i pies 😀 Non stop coś chcą. Głównie do żarcia oczywiście. Mam wrażenie, że żarcie z ich talerzy i misek jest zasysane centralnie do dziury kosmicznej. A Ty piszesz?

Jagna: Ha ha ha…  Ja też nie. Też mam problem. Mąż chory. Czujesz?

Iza: No a jak, przecież faceci nie chorują, oni walczą o życie.

Jagna: Coś w tym jest… Poszłam dzisiaj do apteki i mówię do zaprzyjaźnionej farmaceutki: „Poproszę coś na przeziębienie”. I chyba niepotrzebnie dodałam: „Dla męża”. A ona pyta, co mężowi jest. To ja na to, że ma katar. Ona patrzy na mnie: „I co jeszcze mu dolega?”. To mówię: „No tylko katar”. Farmaceutka spojrzała na mnie z takim wieloznacznym uśmiechem i podaje jakiś tam gripex czy inny fervex. I takim głosem – wiesz teoretycznie grobowym a w praktyce pełnym od tłumionego śmiechu – mówi do mnie: „To powinno pomóc”. Wzięłam, zapłaciłam, pośmiałam się pod nosem i idę w stronę domu. Przystanęłam na chwilę koło straganu z tulipanami. I tak stoję chwilę, z kwiaciarką gadam a tu nagle ktoś koło mnie staje i uśmiecha się od ucha do ucha. Patrzę a to znajoma farmaceutka. Widać zaraz po moim wyjściu skończyła zmianę. I tak patrzy na mnie, na te tulipany nieszczęsne i powiada tak: „A co pani tu jeszcze robi? Przecież w domu chłop umiera.” Po czym rechocząc na cały głos idzie dalej.

Iza:  😀

Jagna: I w końcu z tego wszystkiego tulipanów nie kupiłam. Jakoś tak niezręcznie było. A jakby mąż pomyślał, że się szykuję do pogrzebu? 😀

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.

Sprzedawała baba auto…

Sprzedawała baba auto…

Moi mili, pewnie znacie to z autopsji i wiecie rzecz oczywistą, że od baby się nie kupuje. No bo przecież lepiej kupić po księdzu, lekarzu (ze szczególnym uwzględnieniem ginekologa), aptekarzu a najlepiej to kupić po dziadku z Wehrmachtu. No, ewentualnie od jakiegoś Holendra, choć tutaj może powstać problem spalania. Zupełnie nie wiem natomiast, dlaczego dyskryminuje się w tej kwestii naszych rodzimych dziadków, bo przecież oni tylko do kościoła i na działkę. No i nasi w ofercie mają do zaoferowania więcej modeli, niźli tylko przechodzone egzemplarze reprezentujące owiany legendą mit niemieckiej motoryzacji z dziewiątej dekady ubiegłego stulecia. Normalnie same pewniaki, ale i tak wszystko wymięka w zderzeniu z rzeczywistością, w sytuacji, w której sprzedaje kobieta. Biedaczka prawie od razu, przez sam fakt bycia reprezentantką płci pięknej, zostaje postawiona na straconej pozycji. Dlaczego? Bo biedna nie umie, bo niemota nie wie, bo na garach tylko się zna a na motoryzacji – za grosz, bo sierota jakaś, co to na bank sprzęgła do końca wcisnąć nie potrafi i owo na bank niedługo się spali, o ile już się nie spaliło i tak dalej…

Niedawno na forum motoryzacyjnym zapoznałam się z burzliwym wątkiem, w którym, w tejże materii, udzielali się sami fachowcy. Wzajemnie się zapewniali, że auto po babie zawsze ma zarysowania w okolicy klamki od strony kierowcy, bo to od tipsów (sic!) (ewentualnie od pierścionków). Hmm, ciekawa teoria.

Ja nie wiem co to za cymbały, jeden z drugim, że nie wiedzą jak drogie są tipsy i jak bardzo trzeba na nie uważać!? A jak boli taki tips, gdy się go nadłamie o klamkę!? To już kaplica i cymbał, jeden z drugim, pewnie od takiego bólu by zszedł z tego łez padołu. Być może Edward Nożycoręki mógłby coś na ten temat szepnąć oraz lakier obok klamki zarysować, ale dajmy spokój. Zatem, kupując auto po babie, żeby się upewnić czy aby na pewno nie kłamie, sugeruję sprawdzić multum rysek i otarć w okolicy bagażnika. W końcu przewieźć w ciągu kilku lat kilkadziesiąt ton zakupów, a do tego różne wózki, chodziki, nosidełka, kojce, hulajnogi, rowerki, rolki i resztę, to nie byle co. Ha!

Moje Drogie Panie Kierowniczki, jeśli planujecie wystawić wasze cudo na aukcji w internecie, poniżej, specjalnie dla Was, jest gotowa formułka do wklejenia do opisu aukcji. U mnie zadziałała, więc może zadziała i u Was :)

„ Szanowny Kliencie. Bardzo zachęcam do kupna i od razu uprzedzam, że sprzedaje kobieta, co wcale nie oznacza, że pójdzie łatwo. Co najważniejsze, cena nie podlega negocjacjom, więc proszę mi tu nie marudzić, że „coś tam” i głowy nie zawracać, bo jestem osobą zajętą i dla melepetów gawędziarzy, co to im się wydaje, że się znają na samochodach, nie mam czasu. Argumentu, że sprzedaje baba absolutnie nie biorę pod uwagę, bo dzieci zawsze obowiązywał zakaz wszelkiej konsumpcji na terenie pojazdu, a widziałam na własne oczy tyle upapranych aut po facetach, że nie zliczę. Szczególnie brudne miał ginekolog mojej szwagierki, a i proboszcz z parafii mojej teściowej również pedanterią nie grzeszył. Znam własne auto lepiej niż własne dziecko, więc jedyną sytuacją, w której dopuszczam możliwość negocjacji, to taka, kiedy kupujący znajdzie w aucie coś, co zataiłam w opisie. Niemniej uprzedzam lojalnie, że przy ostatnim samochodzie klient szukał dwa tygodnie i niczego nie znalazł. W rodzinie, samochodami od zawsze zajmuję się ja, nieco się na nich znam i jest to fyfnaste auto, jakie sprzedaję, więc uprzedzam, że nie łyknę żadnego kitu od pseudo fachowca z chińskim miernikiem grubości lakieru z sąsiedniej aukcji.

Nie mam nic do ukrycia i chętnie udostępnię samochód do oględzin w dowolnym warsztacie w mojej okolicy. U mechanika, blacharza, nawet u jasnowidza i różdżkarza. Oczywiście koszty oględzin ponosi klient. Na życzenie numer VIN.

Przepraszam, że na foto auto jest trochę brudne, ale obiecuję, że do sprzedaży będzie cacy.

Mycia silnika nie praktykuję, więc pod maską będzie normalnie i proszę liczyć się z tym, że przy sprzedaży mogę płakać.  Zapraszam.”

Zrozum rozum ;)

Zrozum rozum ;)

Mózg to przedziwny organ. Każdy z Was, zapytany o jego definicję, z pewnością powie, że mózg jest niezbędny a jego użyteczności nie da się przecenić. No i jeszcze, że jest czynny całą dobę jak Tesco oraz bez chwili przerwy SŁUŻY organizmowi człowieka. Totalny błąd! To my służymy naszym mózgom, co zaraz Wam udowodnię.

Jest, na przykład, człowiek na diecie i bohatersko walczy z kilogramami. A co na to mózg?

Weź ciasteczko. No weź. Są w dolnej szufladzie. No nikt przecież nie zauważy!

Wybiera młoda dziewczyna chłopaka, a mózg co?

Co z tego, że ten miły i taki ułożony? Tamten łobuz wprawdzie, ale jaki czarujący!

Podchodzi konsument do półki sklepowej i bierze z niej małą torebeczkę. A mózg:

Co z tego, że tam jest napisane „Cukier wanilinowy”. Pozwól, że do końca życia będę ci wyświetlał napis „Cukier waniliowy”.

Namiętny palacz wsiada do samolotu.

Wiem, że zwykle wytrzymujesz pół dnia bez fajka, ale dzisiaj tak zmanipuluję twoje neurony, że za dziesięć minut oszalejesz z głodu nikotynowego.

Zrobił człowiek siusiu i na luzie wychodzi z domu.

Ojej, nigdzie w promieniu kilometra nie ma toalety? Pozwól, że wyślę do twojego pęcherza nowe koordynaty.

Masz dzisiaj ważne wystąpienie i musisz wypaść perfekcyjnie?

Powodzenia! Wysyłam mojego tajnego agenta. Agent Stres zawiaduje drżeniem rąk i głosu. Pomoże ci.

I tak dalej, i tak dalej.

Skoro zostało udowodnione, że mózg jest naszym wrogiem, to należy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można z nim walczyć? Oczywiście, że nie można, bo ten drań rządzi nami niepodzielnie. Cóż więc robić?

Na szczęście jest rozwiązanie.

Skoro wygrać się nie da, to należy przejść do jego obozu. W końcu opłaca się trzymać ze zwycięzcą, prawda? 😉

A wtedy dialogi będą wyglądały zupełnie inaczej.

Mózg mówi: Chyba ciało tłuszczu nabrało?

A Ty: Tak! Dowalmy mu mózgu! 1000 kalorii i siłownia! Niech ma skurczybyk za swoje!

Mózg na to: Ale ono by chciało teraz pospać trochę dłużej.

A Ty: O nie! Mowy nie ma! My mózgu musimy pracować, więc niech i ten obibok wstaje!

 

Przećwiczcie jutro rano. W końcu nieubłagalnie nadciąga poniedziałek 😀

Spotkanie z czytelnikami w Miedzianej Górze

Spotkanie z czytelnikami w Miedzianej Górze

Praca pisarza to nie tylko klepanie w klawisze, co samo w sobie oczywiście jest świetne, ale to tylko początek drogi, nierzadko wyboistej i pełnej przygód. Moja praca to także szeroko pojęte działania promocyjne. Audycje, artykuły prasowe, spotkania w księgarniach, bibliotekach. To standard. Ale wiecie co? Jeszcze nigdy nie byłam na spotkaniu w remizie OSP. Dlaczego w remizie? A dlatego, że powitała mnie blisko setka wspaniałych gości i niewielka gminna biblioteka w Miedzianej Górze za nic nie pomieściłaby tylu osób. Nie wierzyłam własnym oczom, dyrekcja biblioteki również. Był tort z okazji Dnia Kobiet, kawunia i ciacha różniaste. Nawet miejscowi włodarze przyszli z wizytą w liczbie trzech z wójtem na czele i postawili wszystkim wino. Nie ma żartów. Miedziana Góra rządzi :)

iza_sppotkanie

kolaz_3

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Kobieta ostrożnie przeszła przez sionkę i zapukała do drzwi izby. Po chwili usłyszała suche kaszlnięcie i zinterpretowała je jako powściągliwe zaproszenie. Drzwi z jękiem ustąpiły. Staruszka siedziała zwrócona przygarbionymi plecami w stronę wejścia.

– Przepraszam za niespodziewane najście – odezwała się łagodnym głosem żona Krzysztofa i nieomal natychmiast umilkła zbita z tropu charczącym śmiechem starej.

– Niespodziewane najście? – zarechotała szeptucha. – No dajże spokój!

– Przepraszam, ale nie rozumiem. –  zaprotestowała kobieta.

– Ach wyczułam Cię dziecko z daleka i nawet się przyglądałam jak się przedzierasz przez ten zapuszczony maliniak.

– Okiem duszy? – wtrąciła uprzejmie przybyła.

– Okiem monitoringu, moje dziecko. – Stara odwróciła się do rzędu komputerów, prawą, sękatą dłonią przebiegła po klawiaturze jednego z nich wylogowując okno fejsbuka. – Moje kamery wychwyciły cię już przy trasie Białostockiej – dorzuciła życzliwie. – A co cię tu właściwie sprowadza?

Żona Krzysztofa przestąpiła z nogi na nogę i pocierając w zakłopotaniu grzywkę wzruszyła ramionami.

– No? – zachęcająco rzuciła stara, podnosząc się z trudem z fotela.

W chałupie zapadła cisza. Szeptucha wiedziała, że lepiej nic nie mówić, poczekać cierpliwie, bo zwierzenia nieuchronnie nadejdą. Każdy człowiek jest wypchanym emocjami workiem. W długo nie opróżnianym musi się popruć nici dyskrecji.

– Mój mąż – tyle zdołała wyartykułować kobieta, a reszta utonęła w żałosnym łkaniu.

Szeptucha uznała, że to zdecydowanie skomplikowany przypadek. Z westchnieniem wylogowała rocznik 1929 w Naszej Klasie, ustawiła monitoring w stan czuwania i poczłapała w stronę kuchni węglowej. Odgarnęła fajerki z największego paleniska i machając gazetą podsyciła ogień. Po chwili postawiła zielony czajnik na blasze i osiadła łagodnie na pięknym, tapicerowanym materiałem w kwiaty fotelu. Dopiero teraz żona Krzysztofa przyjrzała się starowince; spod chustki wymykały się kosmyki intensywnie rudych włosów. Farbowanych zapewne i dziwacznie kontrastujących z jadowicie różową podomką. Dłoń zwieńczona starannie pomalowanymi na kolor soczystej pomarańczy paznokciami wykonała gest zachęcający do zwierzeń.

– Cóż więc z twoim mężem, dziecko?

– Leży w szpitalu w śpiączce i lekarze twierdzą, że to wylew.

– A ty w to nie wierzysz? – zapytała, a właściwie stwierdziła stara.

– Skąd Pani wie?

– Inaczej nie szukałabyś pomocy u konsultantki medycyny ludowej.

– Tak to się nazywa? – w głosie przybyszki pojawiła się nutka zaciekawienia.

– Skarbówka, moja droga. Skarbówka to potęga i ma dalekie macki. Od znachorek haraczu nie mogą ściągać, więc kazali mi się zarejestrować jako firma w gminie i w zezwoleniu na prowadzenie działalności, w rubryce rodzaj wykonywanej działalności napisali „medycyna ludowa – konsultacje”. – westchnęła niezależna bizneswoman. – No ale o mężu miałaś mówić – dodała po chwili.

– No więc leży w śpiączce, ale ja nie wierzę, żeby to był udar, a lekarze coś kręcą i kombinują. Nikt niczego nie chce powiedzieć, zbywają mnie, a gdy zaczynam drążyć, to obrażają się i zaczynają na mnie wrzeszczeć. Myślę, że coś ukrywają.

– No pewnie, że ukrywają! – Konsultantka medycyny ludowej energicznie walnęła pięścią w podłokietnik fotela. – Swój kompletny debilizm i ignorancję ukrywają!

– To wiem, ale co ja mam zrobić z moim mężem?

– Skąd pomysł, że to nie wylew? Zauważyłaś coś nietypowego?

– To przeczucie bardziej. Patrzę na niego i sprawia wrażenie kompletnie obcego a do tego skoro miał udar, to nie powinien się chyba ruszać a on się tak czasem próbuje wyginać dziwnie, jak wąż. Może go coś boli?

– Z tym udarem to niezupełnie tak moje dziecko. No chyba, że powiedzieli, że to porażenie.

– A mówili! A raczej szeptali między sobą. To jakaś różnica?

– Duża. Jeśli doznał porażenia, jak twierdzą, to nie poruszałby się wcale, więc w tym momencie sprawa zaczyna być podejrzana. – Szeptucha podniosła się z fotela i podeszła do kaflowego pieca. – Chodź, zaparzymy sobie herbatki. Przyda nam się.

– Będzie Pani wróżyć z fusów?

– No cóż – westchnęła konsultantka napełniając kubki wrzątkiem. – pewnie by nie zaszkodziło, ale bardziej to nam się przyda napar na rozbudzenie. Musimy pogadać  z pewnym wróżbitą przez skypa, a robi się dość późno.

Stara wręczyła gościowi kubek a sama ruszyła w stronę komputerów. Zalogowała się i próbowała połączyć się z rozmówcą, ale bez rezultatu.

– Jakiś czas temu – powiedziała – byłam na wymianie w Ameryce Południowej i kilka interesujących prelekcji dotyczyło oddzielenia się duszy od ciała i coś mi się wydaje, że o takie coś tu może chodzić.

– O co? To jest możliwe? – szepnęła kobieta z wyraźnym niedowierzaniem.

Nie doczekała się odpowiedzi, więc przycupnęła na taborecie obok konsultantki i niecierpliwie obserwowała okno łączenia skypa.

– Nikogo tam nie ma? – zapytała. – To co teraz zrobimy?

– Spokojnie dziecko, dorwiemy go na fejsbuku, tu się najwyraźniej ukrywa. –  Szeptucha sprawnie zalogowała się na wzmiankowanym portalu. – O! Jest! Wiedziałam, że się ukrywa. Zaraz go dorwiemy, spokojnie.

Porażony prostotą rozwiązania w pierwszym momencie spojrzałem na hrabiego Bogdana z niedowierzaniem.

– Żartuje Pan? Czyżby ratunek był rzeczywiście tak dziecinnie prosty?

– Drogi przyjacielu, przecież dokładnie w taki sposób znaleźliśmy się w tym pożałowania godnym położeniu, więc tuszę, iż proces odwrotny musi przebiegać na podobnych zasadach. W studiowanych w największej dyskrecji księgach Biblioteki Narodowej znalazłem wiele poszlak, że powrót jest możliwy. Kilku wielkich lekarzy odnotowało znakomite sukcesy przywracania ludzi ze śpiączki, co zważywszy na opłakany poziom wiedzy medycznej może świadczyć o tym, że chodziło o inwersję. Pacjenci po wybudzeniu tego nie potwierdzali, ale rozmawiamy przecież o czasach, gdy za błahostki wysyłało się ludzi na stosy…

– Mogli też zapomnieć co im się przytrafiło – ponownie wszedłem mu w słowo, co jak już zauważyłem było jedyną metodą by włączyć się do dyskusji. Hrabia lubował się w perorach.

– To oczywiście także jest możliwe – zgodził się natychmiast.

– Czyli można powiedzieć, że jesteśmy uratowani. – skomentowałem sprawę z entuzjazmem.

– No tego bym nie powiedział. – ostrożnie stwierdził hrabia Bogdan. – Mimo prostoty rozwiązania znajduję, że tak powiem, pewne obiektywne trudności.

– Wystarczy przecież nawiązać kontakt wzrokowy …

– Pan raczy zapominać, że do nawiązania owego kontaktu potrzebne nam są nasze ciała. Pan do swojego nie może się dostać, ja natomiast nie wiem, gdzie spoczywa moje – westchnął i zabrzęczał skrzydełkami. – Uwaga! – krzyknął po chwili.

Odwróciłem się i natychmiast dałem nura w bok. Tuż za moim ogonem zatrzasnęły się niebieskie szczypce. Z żalem czmychałem ku dnu, nie mając pojęcia, czy hrabia Bogdan odfrunął, czy też czeka na pokrywie akwarium. Tak jak się spodziewałem, rak wkrótce zgubił mój trop . Nie odznaczał się specjalnie dobrym wzrokiem, czego o instynktach łowieckich nie dało się powiedzieć. Było kwestią czasu, by odkrył moją kryjówkę. Czego, jak czego, ale czasu nie miałem z pewnością. Nie wiedziałem gdzie jest moje ciało, nie miałem pomysłu jak się do niego dostać a poza tym zastanawiałem się, gdzie podziewa się moja żona. Durne gupiki nadal krążyły tuż pod  powierzchnią, ciągle nie rozumiejąc, że szpara w pokrywie nie oznacza pory żarcia. Poczułem ogromne znużenie, a nadciągający mrok sprawił, że poczułem się okropnie senny. Nie zamknąłem oczu z tej prostej przyczyny, że ryby nie mają powiek, ale zapadłem w coś w rodzaju letargu. Przez głowę przemykały mi różne scenariusze ratunku, z których skok do napełnionej wodą torebki, którą hrabia Bogdan unosi za pomocą przylg i z raźnym trzepotem skrzydełek transportuje do szpitala był tym zdecydowanie najprostszym w realizacji i najmniej ryzykownym.

Hrabia miał rację. Pomimo prostoty odwrócenia inwersji nasza sytuacja nadal była beznadziejna. Usnąłem.

Konsultantka medycyny ludowej wystukała kilka słów na klawiaturze i posłała je w cyberprzestrzeń. Po chwili maleńkie okienko dialogowe zapulsowało.

– No! Odezwał się wreszcie obibok jeden – wrzasnęła triumfalnie starucha. – Zaraz mu napiszę do słuchu!

– To może niech Pani najpierw spyta jak pomóc mojemu mężowi? Bo może jeszcze ten on się obrazi i wyłączy? – zatroskała się żona Krzysztofa.

– Spokojnie. Wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi.

– A kto to jest?

– A to właśnie szaman, który wykładał podczas tej wymiany w Ameryce Południowej.

– O Jezu! Toż przecież u nich pewnie jest czwarta nad ranem!

– No i co z tego? Szamani nie powinni zbyt długo spać, bo im to mózgi otumania, a poza tym skoro jest jasnowidzem, to mógł się nie kłaść spać, skoro przewidział, że będę do niego dzwonić, prawda?

Zawarta w słowach szeptuchy naciągana logika oszołomiła kobietę w stopniu większym niż wzmianka o szamanach, jasnowidzach i telepatycznych atrakcjach.

– On pyta, kiedy ostatni raz widziałaś męża przytomnego i gdzie to było.

– Ja byłam w pokoju, to był wieczór. Oglądałam Wojewódzkiego i …

– No już nie miałaś czego oglądać! – stara weszła jej w słowo – no dobra, mów dalej!

– Krzysztof był w kuchni, piwo poszedł sobie wziąć z lodówki i ryby przy okazji nakarmić. A potem to już usłyszałam hałas, pobiegłam tam, a on jak długi leżał na terakocie … Pisze mu to Pani?

– Nie muszę, odbiera cię telepatycznie.

– To po co wam ten skype? – zdumiała się kobieta.

– Trzeba przecież zachowywać pewne procedury, cicho bądź!

Okno dialogowe ponownie zapulsowało.

– Pyta się o te ryby. Chce wiedzieć, czy mieszkacie nad rzeką.

– Nad rzeką?

– No powiedziałaś, że w kuchni ryby karmił …

– Akwariowe!

Stara podrapała się po głowie i stukając paznokciami po blacie czekała na odpowiedź szamana.

– Masz prosto usiąść i odtworzyć w pamięci całą scenę. To jak siedziałaś w pokoju i to, co zobaczyłaś w kuchni. Nie kręć się, bo zakłócisz przekaz.

Kobieta zamknęła oczy i wyprostowała się. Po chwili poczuła, że ktoś grzebie jej w mózgu, ale dla dobra sprawy nawet się nie wzdrygnęła i cierpliwie czekała, aż cudzy umysł zduplikuje jej wspomnienia i odejdzie.

– Już po wszystkim, otwórz oczy – rozkazała starucha.

Po chwili zapulsowało okienko na monitorze.

– Inwersja … – przeczytała pojedyncze słowo żona Krzysztofa. – Co to znaczy?

– W konkretnym przypadku twojego męża oznacza tyle, ze jego dusza została zamknięta w akwarium. – odparła konsultantka.

Kobieta przez chwilę wpatrywała się w konsultantkę zdumionym wzrokiem, po czym zemdlała. Osunęła się wprost na zdobiony fikuśnymi wzorkami turecki dywan.

Musiałem porządnie przysnąć, bo gdy ponownie odzyskałem ostrość widzenia, za oknem rodził się słoneczny świt. Gupiki nadal kotłowały się przy karmniku, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się czwartą nieprzespaną dobą. Były jak psy Pawłowa. Paliło się światło, czyli ciągle trwał dzień. Pokrywa była otwarta, czyli zaraz posypie się żarcie. Zero wniosków. Ich pamięć krótkotrwała najwyraźniej resetowała się po kilku sekundach. Obrzuciłem wzrokiem piaszczyste dno i przypomniałem sobie, że pod spodem znajduje się czarny żwir, którego nie chciało mi się usunąć przy zmianie dekoracji w akwarium. W jednej chwili w mojej głowie narodził się plan i rzuciłem się w odległy kąt za kokosem, gdzie warstwa piasku była najcieńsza.

Pracowałem przez cały poranek, kalecząc co chwilę delikatny rybi otwór gębowy, przystosowany raczej do skubania pokarmu, niż orania pokładów żwiru. Byłem mniej więcej w połowie, gdy z góry doszło do mnie znajome bzyczenie. Hrabia Bogdan siedział na samym brzegu pokrywy i najwyraźniej był czymś niezmiernie podekscytowany. Wypuściłem z ust czarny kamyczek i popłynąłem w górę.

– Zgaduję, że ten nieokrzesany skorupiak nie zdołał wyrządzić Panu krzywdy. – zagaił kurtuazyjnie hrabia.

– Udało mi się umknąć, dzięki Bogu – odparłem.

– Pozwalam sobie niepokoić Pana tak wcześnie, ponieważ przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie.

– Mnie również drogi Panie, ale chętnie posłucham dobrych nowin.

– Ach przyjacielu! – westchnął z egzaltacją mój rozmówca. – Przez miesiąc mej niewoli niejeden karkołomny pomysł przychodził mi do głowy, a liczne próby odnalezienia ciała spełzły na niczym! Nie muszę oczywiście mówić, że niejednokrotnie opadała mnie rezygnacja a jednym pocieszeniem była wątła nadzieja na spotkanie kogoś, kto potwierdziłby moją teorię i pomógł przedostać się do ludzkiego świata.

Ad rem, drogi hrabio! – przerwałem słowotok stanowczym żądaniem.

– Oczywiście, drogi przyjacielu – hrabia odchrząknął uroczyście. – Wymyśliłem sposób na wydostanie nas obu z tego wyjątkowo niedogodnego położenia, które, jeśli mam być szczery z każdym dniem doskwiera mi coraz mocniej i…

– Cóż to za sposób? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Zaświtało mi w głowie, że wspólnymi siłami powinniśmy wymóc na pańskiej małżonce, by przywiozła pańskie ciało tutaj. Zostawimy jej różne znaki, notatki i wskazówki, i jeśli jest mądrą kobietą …

– Jest.

– … to skojarzy fakty i pomoże Panu wrócić do właściwej postaci a Pan …

– zlokalizuję Pańskie ciało, ponieważ moje palce ważą znacznie więcej niż mucha i z pewnością obsłużą Google.

– No właśnie! – ucieszył się hrabia Bogdan. – Teraz tylko musimy opracować system wiadomości i wcielić je w czyn.

– Pozwolę sobie zauważyć – bezwiednie przejąłem barokową stylistykę muszego arystokraty – że pierwsza informacja wkrótce będzie gotowa. – Pomachałem płetwą wskazując na jasne dno akwarium. Czarne żwirkowe litery były doskonale widoczne.

– H..E…I.. – przeliterował hrabia. – Cóż to na Boga znaczy?

– Gdy skończę, to będzie HELP – wyjaśniłem.

– Ach te zapożyczenia – cmoknął z dezaprobatą Lubomirski.

– Pan raczy wybaczyć – wycedziłem zimno – ale oszacowałem liczbę liter w polskim słowie „RATUNKU”, po czym porównałem je z angielskim „HELP” i okazało się, że usypanie tego drugiego zajmie mi o połowę mniej czasu, co dla nas obydwu oznacza szybsze wyzwolenie.

Hrabia przyssał się do pokrywy. Jego trąbka łapczywie zbierała gnijące szczątki akwariowej rzęsy. Jego musza natura momentami brała górę nad ludzkim intelektem, co było całkowicie zrozumiałe.

– Panie hrabio! – krzyknąłem. – Bogdan! – użyłem poufałej formy, ale to również nie wybiło muchy z transu żarcia.

Wzruszyłem płetwami i odpłynąłem w stronę dna, by dokończyć czarny napis. Z oddali doleciało do mnie niecierpliwe bzyczenie, które w swobodnym przekładzie oznaczało mniej więcej tyle, co „muszę natychmiast dostać się na trawnik. Pies Nowaków zrobił wielką kupę”.

Byłem już przy „P”, gdy zobaczyłem raka. Pospiesznie wyplułem resztę kamyczków i czmychnąłem do kryjówki. Przytuliłem się do szyby.

– No obudź się! – Starucha potrząsnęła zwiotczałym ciałem kobiety.

Żona Krzysztofa powoli wynurzała się z niebytu. Zamrugała powiekami i ustabilizowała obraz szeptuchy na wprost swojej twarzy. Z pełną mocą wróciła do niej chwila, w której siedziała na taborecie a zamorski szaman powiedział jej, że jaźń Krzysztofa pływa obecnie w kuchennym akwarium.

– To niemożliwe! Takie rzeczy się nie dzieją naprawdę! – rozpaczliwy w zamierzeniu krzyk w rzeczywistości okazał się ochrypłym szeptem.

Szeptucha uniosła ostrożnie głowę kobiety i podsunęła do jej wyschniętych ust szklankę z wodą.

– Możliwe, możliwe – zaszemrała łagodnie i uśmiechnęła się do świętych obrazków wiszących na ścianie. Lata pracy ezoterycznej wyrobiły w niej przekonanie, że nie należy dziwić się niczemu, a każdy, nawet najbardziej nieprawdopodobny scenariusz jest do zrealizowania. Wszystko zależy od nakładu sił. Miała takiego wnuczka w sąsiedniej wsi, który jak się porządnie skupił, to przenosił stóg siana na pole Stachańskiej. Oj miała z tego szeptucha przednią atrakcję, gdy te kundle pomieszane, znaczy wnuki Stachańskiej wybiegały i gorączkowo przekładały siano za miedzę.

– Co ja mam teraz zrobić? – załkała żałośnie żona Krzysztofa.

– A jak myślisz?

Kobieta usiadła na wersalce i odrzuciła koc. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po starusze i błyskających na niebiesko monitorach.

– Mam iść do domu i znaleźć męża w akwarium? – pytanie nosiło silne znamiona niedowierzania.

Konsultantka medycyny ludowej wzruszyła ramionami i pogłośniła telewizor. Szedł milion dwudziesty trzeci odcinek Mody na Sukces. Brooke właśnie udowadniała Ridge’owi, że cioteczna kuzynka pasierbicy matki niestety powiła bliźnięta i że tak się dziwnie złożyło, że owe dzieci są dziećmi Ridge’a. Co, jakby się zastanowić, pewnie oznaczało zdradę, ale nikt już na tym etapie nie był w stanie wyjaśnić kto i kogo zdradzał.

– Dziecko drogie, mąż siedzi w akwarium, załatw ciało, które leży bez sensu w szpitalu i wszystko się wyjaśni.

– Co się wyjaśni?

– Oj dałabyś spokój! – ofuknęła ją zapatrzona w ekran stara. – Rób co ci się mówi. Ciało do domu zawieź.

Kobieta namierzyła drzwi wyjściowe. Narzuciła na ramiona kurtkę i chwyciła klamkę.

– Poczekaj – całkiem przytomnym głosem odezwała się gospodyni. – Rachunek muszę wystawić!

Wyciszyła telewizor i usiadła do komputera. Przez chwilę stukała w klawiaturę.

– Proszę! – ogłosiła triumfalnie. – Rachunek! Nawet w kasę fiskalną mnie wrobiły te urzędasy …

Żona Krzysztofa spojrzała na świstek papieru i bez dyskusji podpisała.

– Sprowadź męża jak najszybciej do domu i posadź przed akwarium. Powinno pomóc, a jeśli nic się nie stanie, to zadzwoń do mnie. – Stara wręczyła jej wizytówkę i energicznie podreptała w stronę fotela.

 

Oszołomiona kobieta wyszła na zewnątrz i zanurzyła się w mroczny las. Oświetlała sobie drogę komórką i z duszą na ramieniu kierowała się w stronę szosy.

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Inspirowana niedawną  fejsbookową konwersacją krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Historia wzajemnej niechęci mieszkańców Krakowa i Warszawy podobno rozpoczęła się od tego, że król Zygmunt III Waza bezczelnie odebrał Krakusom status pępka Polski. To musi boleć, przyznacie 😉

Z drugiej strony Warszawa z pewnością nie może przeboleć, że symbolem konkurenta jest piękny Wawel a w „stolycy” straszy stalinowski podrzutek zwany Pałacem Kultury.

I jeszcze odwieczna wojna o wychodzenie „na pole” i „na dwór”!

O wzajemnej miłości kibiców z naszych pięknych miast nawet nie ma sensu wspominać :)

W Warszawie mówi się o Krakusach, że są centusiami a w Krakowie o Warszawiakach, że to buce. Zadziwiające bywają reakcje. Warszawiak się tłumaczy, że stolicy oborę robi element napływowy, czyli słoiki, a mieszkańcy Krakowa twierdzą, że są Poznaniakami wygnanymi z Poznania za rozrzutność.

 

My nie będziemy dociekać, jak jest naprawdę. Nas temat bawi, i jak każdy inny, stymuluje nasze mózgownice. Hłe hłe.

zrzut

A! I zapamiętajcie dwie złote myśli:

Największą atrakcją Krakowa jest pociąg jadący do Warszawy

Kraków w Wiśle dupska myje a Warszawa wodę pije

diabeu_kopia

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Witajcie drodzy czytelnicy!

Dzisiaj prezentujemy drugi fragment nowej książki Izy, której akcja będzie się rozgrywać w stadninie koni. Łapcie, świeżutko napisany :)

***

W końcu w życiu nie może być tylko źle. To nudne, pomyślała i energicznie ruszyła do domu przypilnować, co tam Zofia wyprawia w temacie obiadu. Nadal była sobą, ale w jej przypadku człowiek nie znał dnia ani godziny.

– Boże jedyny… – Magda jeszcze dobrze nie weszła do kuchni jak szczęka opadła jej prawie do podłogi.

– Na wieki wieków, amen- odpowiedziała Zofia znad wielkiej góry obranych ziemniaków i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Zofio, na litość boską! Dość!

– Już kończę. Jaśnie pan ma dziś gości. A jak tylu chłopa z polowania wróci, to wszystko zjedzą.

– To skoro pan hrabia ma tylu gości, to wypadałoby wyszorować łazienkę i nazbierać kwiatów, prawda? – Magda z trudem się opanowała i sposobem pozbyła się Zofii. Bezwładnie opadła na krzesło. Wcześniej staruszka obrała ze trzydzieści kilogramów ziemniaków i ugotowała gulaszu dla kilkudziesięciu osób. Dobrze, że jeszcze nie zdążyła odkręcić weków z piklami i nie ugotowała zupy.

– Co na obiad?- zdyszana Alicja wpadła do kuchni jak po ogień po coś do picia. – O kurna… –  Alę zatkało na widok sterty obranych ziemniaków. – Urządzamy wesele, czy wzięłaś z Nestora podwykonawstwo jako podkuchenna?

– Weź mnie nie wkurzaj, dobrze?- syknęła Magda. – A odpowiadając na twoje pytanie, to mamy dziś gulasz z ziemniakami albo ziemniaki z gulaszem, albo zupę gulaszową z ziemniakami. I tak będzie przez tydzień. Gulasz na śniadanie, gulasz na obiad i gulasz na kolację. Pasuje?

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Witajcie,

poniżej prezentujemy pierwszą część opowiadania Jagny, Po drugiej stronie szyby, które ukazało się drukiem w 71 numerze miesięcznika SFFH (wrzesień 2011).

Tekst zajął pierwsze miejsce w ankiecie czytelników na tekst numeru i otrzymał nominację do literackiej nagrody Sfinks 2012. Życzymy udanej lektury 😉

Po drugiej stronie szyby cz 1

Gdyby chodziło o koty albo psy, to może ktoś by się zorientował o co w tym szambie chodzi, ale jakbym za mało miał w życiu pecha, to inwersja dotyczy wyłącznie ryb, owadów i skorupiaków. Pada nagle człowiek na ziemię i nikt nie wie co się dzieje. Przyjeżdża karetka, wpadają sanitariusze z noszami i młody lekarz.

Mój, najwyraźniej na niekończącym się dyżurze, ma solidnie podkrążone oczy.

– Wylew – ogłasza autorytatywnie i macha na chłopaków, by pakowali bezwładne ciało na nosze. Ignoruje przyspieszone bicie serca i delikatny trzepot palców dłoni. Tak macha skrzydełkami opadający z sił motyl, który zaplątał się w pajęczą sieć. Tak rzuca się śnięty już prawie karp wyjęty z siatki. I wreszcie tak reaguje debilny układ nerwowy ryby, gdy jej jaźń przeniesie się do ciała człowieka. Gupik jest tak głupi, że nie jest w stanie podjąć najprostszych funkcji życiowych z wyjątkiem oddychania. Już sam fakt zamiany skrzeli na płuca i konieczność oddychania powietrzem atmosferycznym pochłania wszystkie możliwości rybiego instynktu. Siłą rzeczy, reszta funkcji ciała człowieka przechodzi na tryb awaryjny. Teraz już to wiem. Wtedy nie rozumiałem niczego, a jedynym co pamiętam jest ogłuszający gwizd w uszach.

Obraz z drugiej strony był nieco rozmazany, ale może to moje oczy nie nawykły jeszcze do zmienionej perspektywy. Widziałem wszystko zbyt ostro, a wpadające przez kuchenne okno światło uderzało w szybę z taką mocą, że mimowolnie odwróciłem się tracąc z widoku ciało wynoszone z pomieszczenia. W lewym rogu akwarium stała jaskinia zrobiona ze skorupy kokosa. Wiem, bo sam kiedyś rozłupałem orzech i wydrążyłem w jego połówce niewielkie wejście. Jakiś czas temu, gdy hodowaliśmy z żoną brzanki zdarzało się, że podczas tarła samice składały tam ikrę. Brzanki zdechły i akwarium zarybiliśmy neonami i durnymi gupikami. Jaskinia jednak została i właśnie do niej, w rozpaczliwych ruchach dziwacznego ciała zmierzałem. Na miejscu zastanowię się nad popieprzonym losem, jaki przypadł mi w udziale. Błyskawicznie skoordynowałem ruchy płetw i omijając kilka przeszkód w postaci napalonych samic dałem nura pod liście Anubiasa. Rozrósł się, skubany, pomimo mało sprzyjającego PH wody i dzięki temu dotarłem szczęśliwie do kokosa. Zza kamieni wylazł bowiem rak, zakała akwarium. Miałem go w zeszłą sobotę przenieść do mniejszego zbiornika, bo mi strasznie rośliny wyżerał, ale jakoś się nie złożyło. A teraz stał na piasku, sukinsyn, i skanował długimi wąsami okoliczne zielsko. Niby mięsożerny nie był, przynajmniej tak w sklepie zapewniali, ale ostatnio podejrzanie dużo rybek zniknęło. Nie wydaje mi się, żeby to był zbieg okoliczności. O milimetry unikając otarcia się o wąsy pomknąłem pod kłączem wprost do skorupy. W środku było ciemno, a nad głową siedział przyklejony do sufitu ospały glonojad. Spróbowałem dojrzeć, co dzieje się w kuchni, ale nie dałem rady. Szyba była zbyt daleko a obraz kompletnie zamazany. Na pewno paliła się lampa nad stołem. Żona pewnie pojechała z ciałem do szpitala, więc światło nie zgaśnie tak prędko. Oświetlenie akwarium pewnie też. Żarcia raczej dzisiaj nie będzie, ale tego durne gupiki nie mogły wiedzieć, więc krążyły niespokojnie pod lustrem wody. Nie miałem pojęcia co dalej, więc wcisnąłem się najgłębiej jak się dało do wnętrza kokosa i zapadłem w letarg.

– Co z nim? – zapytała kobieta.

Lekarz wzruszył bezwiednie ramionami, choć było widać, że bardzo się stara powstrzymać. Rutynowa znieczulica była jednak zbyt głęboko zakorzeniona, by ostatnia pogadanka ordynatora na temat ludzkiego podejścia do rodzin coś zmieniła. Poza tym po 16 godzinach dyżuru nie zwraca się uwagi na pierdoły. Człowiek koncentruje się na potrzebie zrobienia kupy, umycia zębów i zwalenia się na łóżko. Uczucia pacjentów, a tym bardziej ich rodzin schodzą siłą rzeczy na dalszy plan.

– Wylew – odparł lakonicznie, zastanawiając się, czy w klopie na pierwszym piętrze jest papier.

– Ale jakie są rokowania? – drążyła żona pacjenta.

– A tego to nie wiemy. Najpierw trzeba zrobić badania, zwołać konsylium… – powiedział lekarz, wiedząc, że nic takiego nie nastąpi. Największym luksusem, jakiego zazna w najbliższych dniach pacjent będzie niecierpliwe cewnikowanie w wykonaniu siostry Honoraty. A reszta to bajka, bzdura i sloganik obliczony na uspokojenie rozszalałych emocji krewnych pacjenta.

Kobieta przygarbiła się i postarzała o sto lat. Wprawdzie miała trzydziestkę, ale z dodatkową setką zamieniła się w staruszkę, która ślamazarnie pełznie do windy. Spojrzy jeszcze na męża, jeśli pielęgniarki z nocnej zmiany nie opieprzą jej za to, że budzi personel, a potem wróci do domu i usiądzie na łóżku. Może tam dotrze do niej absurdalność zdarzeń minionego dnia.

Zgodnie z moimi przypuszczeniami lampa nie zgasła przez całą noc. Ryby tłukły się po akwarium kompletnie zdezorientowane. Dla nich światło oznacza dzień i aktywność, więc prędzej zdechną z wycieńczenia, niż porzucą swoje zajęcia, których nie mają znów tak wiele. Żarcie, bzykanko i wydalanie. Ewentualnie okazjonalny kanibalizm, gdy któraś z samic gupika urodzi młode. Powoli docierała do mnie beznadziejność położenia. Jak mam przekazać żonie, że tkwię uwięziony w ciele płomiennie czerwonego gupika w naszym akwarium? No dobra, chwilowo miałem inne zmartwienia. Do jaskini podpełzł rak i właśnie zapuszczał wąsy do środka. Spanikowany glonojad czmychnął pod warstwę piasku i najwyraźniej próbował zrobić podkop, a ja zamarłem pod powałą i gorączkowo myślałem nad sposobem wydostania się z pułapki.

Jedyną rzeczą, jaka przyszła mi do głowy była próba wprowadzenia przeciwnika w błąd. Chwyciłem w usta kilka ziarenek piasku i nadymając skrzela wyplułem je w stronę ciekawskich wąsów. Rak na chwilę stracił orientację, więc omijając go z lewej wystrzeliłem ze skorupy orzecha w stronę filtra. Miałem nadzieję, że tam uda mi się choć na chwilę schronić przed tym cholernym żarłokiem. Jak cudu wyczekiwałem chwili, gdy moja żona pojawi się w końcu w kuchni. Tymczasem dryfowałem skulony w centymetrowej szczelinie pomiędzy szybą a tylną ścianą filtra.

Najgorsze są chwile, gdy się budzisz i na otumaniony, spowolniony mózg zwala się niepojęty ciężar zdarzeń minionego dnia. Żona otworzyła oczy. Błękitna zasłona wydymała się delikatnie w porannym, wiosennym powietrzu. Chwilę później kobietę dopadło wspomnienie męża leżącego nieruchomo na białej terakocie. Wstała i apatycznie poczłapała do łazienki. Lustro pokazało tę samą trzydziestoletnią staruszkę, która wczoraj snuła się po szpitalnych korytarzach. Kobieta narzuciła na plecy szlafrok i powlokła się do kuchni. Widok białych płytek podłogowych osadził ją w progu. Stała niezdecydowana czy ma wejść i jak gdyby nigdy nic zaparzyć sobie kawę, czy raczej wycofać się do przedpokoju i tkwić tam, aż nadejdzie koniec świata. To dziwne, ale rzut oka na rozświetlone akwarium pomógł jej podjąć decyzję. Przekroczyła próg i zgasiła jarzeniówkę. Po chwili namysłu włączyła ją ponownie i uniosła klapkę. Nasypała szczyptę pokarmu i skierowała się w stronę czajnika.

Gdy moja żona wsypała pokarm, gupiki zwariowały, a woda się zakotłowała. Powyższym emocjom towarzyszyło kolektywne oddawanie stolca, który serpentynami odrywał się od rybich dupek i łagodnie osiadał na piasku. Nic mnie tak nie wkurwiało jak czyszczenie dna z rybich odchodów i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego człowiek kontroluje, kiedy się wypróżnia, tak samo koty, psy i większość stworzeń, a ryba wali pod siebie i nawet o tym nie wie. A może wie, tylko ma to gdzieś. Przywarłem do przedniej ściany akwarium i patrzyłem na żonę. Plecy otulone białym szlafrokiem nachyliły się nad kuchenką i po chwili wyprostowały. W czajniku grzała się woda, a ogromna postać mojej małżonki zbliżyła się ponownie do akwarium.

– Jedzcie – powiedziała głaszcząc szybę. – Ja nie mogę.

Przypadłem do zarysu jej dłoni, ale taką sztuczkę zna większość regularnie karmionych rybek, więc nie wzbudziłem w żonie nawet cienia zainteresowania. Wyszła z kuchni i podejrzewam, że wybierała się do szpitala by odwiedzić moje ciało.

Niedługo minie doba od momentu mojego uwięzienia, a ja nadal nie mam pojęcia jak się stąd wydostać. Co więcej, zagrożenia znam wyłącznie z teorii, bo jestem zbyt tchórzliwy, by zbadać całe środowisko. Opieram się tylko na obserwacji z zewnątrz, ale jak się okazuje to zdecydowanie zbyt mało.

Skorupa kokosa najwyraźniej nie była bezpiecznym schronieniem, a siedzenie za filtrem nie popychało akcji ratunkowej do przodu. I jeszcze ten rak, skurwysyn. Żona się uparła, żeby go kupić. Ładny taki, mówiła, niebieski i taki samotny w tym sklepie! Kupiłem, co miałem zrobić? Przełknąłem nawet to, że chamidło ze sklepu bez mrugnięcia okiem wcisnęło mi polskiego raka, który rzekomo przyleciał specjalnie dla mnie z Tajlandii i zainkasowało 150 złotych polskich.

Wylazł właśnie ze swojego kąta i niespiesznie usiadł koło mojej ulubionej roślinki. Z godnością zignorował tabletki specjalnie dla niego kupionego pokarmu (50 złotych!) leżącego w zasięgu otworu gębowego. Niespiesznie uchwycił młody listek Anubiasa i odciął. Myślicie, że zjadł? A skąd! Poszatkował i wypuścił. Schowałem się za stertą fantazyjnie ułożonych czerwonych kamieni. Można powiedzieć,  że miałem tam względny spokój. Stanowczo odganiałem napalone samice, które co jakiś czas naruszały spokój mojej samotni. Byłem przekonany, że jako wyższy gatunek nie mam prawa ulec pierwotnym, prymitywnym instynktom. Poza tym – zdradzić żonę z samicą gupika? Niedorzeczne i nienormalne.

Nie ukrywam, że z każdą chwilą moja osobowość podlegała degeneracji. Nie czarujmy się – tkwiłem w akwarium. Na miłość boską, czy taki wariant życia komukolwiek się choćby przyśnił? Śmiem twierdzić, że nawet Hitchcock nie wymyślił czegoś tak idiotycznego. Ogarnęła mnie rezygnacja. Pewnie poddałbym się i wskoczył do filtra, by ten przemielił mnie na łuski, gdyby nie Bogdan.

– Funkcje życiowe są bez zarzutu – powiedział lekarz, ten sam, który kiedyś uporczywie myślał o tym, czy w toalecie na pierwszym piętrze jest papier toaletowy.

Gwoli ścisłości – nie było, ale przezorny lekarz zawsze nosi przy sobie gaziki.

– Co więc mu dolega? – zapytała kobieta.

– No więc konsylium orzekło, że pacjenta trzeba skierować na kolejne badania i …

– Jakie konsylium? W jakim składzie? Kto orzekł? Poproszę o nazwiska!

– Ale proszę się uspokoić! – wrzasnął, zdecydowanie niespokojny lekarz.

– Zadałam panu pytanie i czekam na odpowiedź!

– Ja nie muszę z ogóle z Panią rozmawiać, więc żegnam! – Uczeń Hipokratesa nadął się i odszedł.

Żona patrzyła przez chwilę w głąb korytarza, za którego rogiem właśnie znikał łopoczący, fartuch jej rozmówcy.

– A pies cię srał – wyszeptała i obróciła się na pięcie.

Z pewnymi wyrzutami sumienia opuszczała szpital i zostawiała w nim męża, ale po rozmowie z debilem, którego z nieznanych jej powodów ktoś mianował doktorem, nabrała pewności, że jedynie medycyna niekonwencjonalna coś tu pomoże.

Pod Wyszkowem, w otulinie puszczy Białej mieszkała pewna babka. Pekaes odchodził z Dworca Wileńskiego o 16.45. Żona podała kierowcy dychę i bohatersko wkroczyła w świat spoconych pracowników sezonowych. Droga, zakorkowana i pełna kolein doprowadziła autobus do skrętu z białostockiej na Długosiodło. Po obydwu stronach szosy rozpościerał się las. Kobieta wyskoczyła na pobocze i rozejrzała się. Zrobiło się dość późno i właśnie zapadał zmierzch. Droga znikająca w lesie za przydrożnym zajazdem sprawiała całkiem niezłe wrażenie. Gdzieś tam, za kolejnym zakrętem znajdowała się miejscowość, której próżno było szukać na mapie. Ba! Nawet Google Maps głupiały, gdy wpisywano nazwę owej wioski. Jedyną historyczną wzmianką o osadzie było rzekome uzbrojenie dachów w blachę na okoliczność przejazdu Towarzysza Gierka trasą białostocką. Plotki z połowicznym pokryciem w rzeczywistości.

No fakt, pojawiło się w wiosce kilku miastowych, coś tam pomierzyli, pomamrotali i za kilka tygodni do wsi wjechały cztery fury pełne zrolowanej blachy. Fachowcy wyskoczyli z szoferek i szybko poprzycinali surowiec. Ten z kolei został sprawnie zamocowany na północnej stronie dachów, skutecznie przesłaniając strzechę. Można uznać, że towarzysz Gierek, jeśli rzeczywiście przejechał trasą białostocką tuż za ruskimi czołgami, spuchł z dumy na widok kwitnących nowoczesnym budownictwem komunistycznych włości.

Jednak kobieta, przedzierając się z trudem pomiędzy krzakami dzikich malin, zupełnie o tym nie myślała. Miała świadomość, że zboczyła z głównej drogi, ale coś ciągnęło ją w zarośla, a instynkt podpowiadał, że zmierza wprost do chałupy babki. Spod nóg wyprysnął jej z przeciągłym miauknięciem spasiony, czarny kocur. Na wprost, nieznacznie zamaskowana gałęziami sosen majaczyła drewniana chałupa. W dwóch, niewielkich oknach widać było poblask płonącego w środku ognia. Kobieta skradała się bezszelestnie po wilgotnym mchu. Gdy drzwi otworzyły się przed nią z przeciągłym skrzypieniem, zamarła, ale po chwili ruszyła brawurowo do środka.

Bogdan sprawił, że w moje rybie ciało ponownie wstąpił duch człowieka, którym przecież ciągle byłem, ale coraz częściej o tym zapominałem. Z dużym trudem odpierałem awanse samic i zaczepki głodnych samców. Od trzech dni mojej żony nie było w mieszkaniu. W tym czasie wykorzystywałem liście, by schodzić z oczu rakowi. W kuchni nic się nie działo. Gupiki nadal kłębiły się pod otworem pokrywy. Żarcia nie było, ale po ostatnim karmieniu, tuż przed tym, zanim moja żona przepadła, pokrywka została krzywo położona. Dla ryb, owa szczelina oznaczała, że zaraz sypną jedzenie, więc trwały na posterunku od kilkunastu godzin. Ja wiedziałem, że nic z tego. Żona wyszła i najwyraźniej nie miała zamiaru prędko wrócić.

Kuląc płetwy przytuliłem się do kamienia i kalkulowałem siłę skoku. Gdybym się dobrze postarał, to może uda mi się wyskoczyć na pokrywę. To powinno wystarczyć. Zdechnę z braku wody i skończę tę bezsensowną szamotaninę.

Wystartowałem z samego dna i machałem ogonem jak oszalały. Zbliżając się do powierzchni zmobilizowałem wszystkie siły. Niepotrzebnie.

W chwili, gdy wyskoczyłem, coś pacnęło mnie w głowę.

Mucha. Mały śmierdziel i gównozjad wpadł w moją trajektorię lotu i unicestwił próbę samobójczą. Opadłem ze stęknięciem pod lustro wody. Mucha nic sobie z tego nie robiąc usiadła na wewnętrznej stronie pokrywy, zaledwie kilka milimetrów ponad zwierciadłem wody.

– Pan pozwoli, że się przedstawię, Bogdan hrabia Lubomirski – zabzyczała mucha.

– Bardzo mi miło, Krzysztof, obecnie gupik – odparłem, ledwie opanowując wściekłość.

– Wiem, wiem i współczuję koledze – odparł.

– Dziękuję.

Tylko to przyszło mi do głowy. Coraz mocniej odczuwałem w niewielkim i filigranowym układzie kostnym napór ludzkiego mózgu. Rybia fizjologia zwyczajnie tego nie wytrzymywała. Z każdym dniem coraz trudniej było zebrać myśli i dręczyły mnie koszmarne migreny. Mucha podająca się za hrabiego była elementem, który zdecydowanie wymykał się poza ramy.

– Długo tu Pan siedzi? – zagaił hrabia.

– Cztery doby, co daje…

– Dziewięćdziesiąt godzin piekła. Współczuję, ale muszę po namyśle przyznać, że do rekordzistów Panu daleko.

– A Pan? – zapytałem nerwowo trzepocząc płetwą ogonową.

– Ach! Przyjacielu! – zabzykał Hrabia z egzaltacją. – już ponad miesiąc tułam się po Warszawie w tej pożałowania godnej postaci.

– Ale jak to się stało? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Normalnie, drogi przyjacielu. Miałem nieszczęście nawiązać niepożądany kontakt wzrokowy z muchą, która nieszczęśliwie wylądowała na moich blinach. Chcąc służbie oszczędzić fatygi osobiście pstryknąłem to nieszczęsne stworzenie w skrzydełka. I to był błąd. Zaplątała się nieboga w ziarnach kawioru i spojrzała z wyrzutem, ociężale machając skrzydełkami. A po chwili …

– Zassało Pana? Takie dziwne uczucie kurczenia się pod skórą…

– I ten niewyobrażalny pisk, chce się aż rękoma uszy zatkać …

– Ale nie można, bo te są już płetwami …

– Skrzydełkami gwoli ścisłości. – doprecyzował hrabia Bogdan i fachowo zabzyczał . – Ale o czym to ja mówiłem?

– O kawiorze.

– No tak, tak. Więc spanikowany oderwałem skrzydła od kawioru i w swej przytomności umysłu podfrunąłem na pobliski żyrandol. A moje ciało, dobrze z tej perspektywy widoczne zaczęło zachowywać się w sposób całkowicie kompromitujący członka rodziny, która męstwem wsławiła się w czasie bitwy …

– Ciało upadło? Pogrążyło się w śpiączce? Zamknięte oczy i delikatne, prawie niezauważalne trzepotanie dłoni? – przerwałem niecierpliwie.

– Niezauważalne? Drogi przyjacielu – zabrzęczał hrabia – moje biedne, opanowane przez owadzi móżdżek ciało zaczęło gwałtownie machać rękoma, najwyraźniej w nadziei na wydostanie się z restauracji drogą powietrzną. Muszysko, nie rozumiejąc, że coś się zmieniło, zaczęło w panice miotać się po restauracji i tłuc wszystko, co stanęło jej na drodze. Potem obezwładnili ją kelnerzy, ktoś wezwał pogotowie. Wpadli, w kaftan owinęli, nawet się jakiś paparazzi trafił i zdjęcie zrobił.

– Poleciał pan za ciałem?

– Próbowałem, ale zgubiłem karetkę tuż za Puławską. Jakiś wróbel mnie wypatrzył i musiałem się salwować ucieczką do pobliskiego sklepu mięsnego, gdzie w obecnej postaci nie byłem zbyt mile widziany. – Hrabia Bogdan umilkł zatapiając się w dramatycznych wspomnieniach.

– Rozumiem – wypełniłem po chwili ciszę, przerywaną wyłącznie pluskiem wody lejącej się z filtrów. – U mnie było zwyczajnie. Padłem w kuchni na terakotę, żona zawołała pogotowie, przyjechali, zabrali i tyle.

– A wie Pan, dokąd Pana zawieźli? – zapytał hrabia.

– Pewności nie mam, ale myślę, że do szpitala rejonowego – odparłem. – Zresztą, cóż to ma za znaczenie?

– Wbrew pozorom jest to szalenie istotna informacja, drogi Panie. Zapewne Pan wie, że nasze godne pożałowania położenie nie jest przypadkiem beznadziejnym i …

– Chce Pan przez to powiedzieć, że zamianę można odwrócić? – przerwałem mu niezbyt grzecznie.

– Otóż podobno można, co w sumie byłoby logiczne, aczkolwiek w dostępnej literaturze medycznej nie znajdzie Pan opisu jakiegokolwiek przypadku inwersji wtórnej, choć z pewnością wiele przypadków rzekomych udarów, czy też nagłego obłąkania doskonale pasuje do objawów towarzyszącym inwersji pierwotnej.

– Inwersji?

– Od łacińskiego inversio, czyli zamiana – wyjaśnił hrabia uprzejmie. – To niezmiernie ciekawe, bowiem pierwsze zapiski, jeszcze z czasów Imperium Rzymskiego w których owo sformułowanie się pojawia w niewyjaśnionym dla czytelnika kontekście, mogą oznaczać, że zjawisko nie jest czymś nowym i powiedzmy związanym z jakimiś mutacjami, zatruciem, czy nadmiarem telewizji …

– … lecz jakimś starym procesem, któremu nie my pierwsi ulegliśmy. – dokończyłem.

-W istocie, do podobnych wniosków doszedłem pomieszkując w Bibliotece Narodowej. Tam też studiując wszelką dostępną literaturę próbowałem ustalić dokąd trafiło moje ciało.

– No a nie mógł pan wpisać w Google? – zapytałem.

– Drogi panie Krzysztofie! Mucha waży setne części grama. Gdybym się nawet spod sufitu rozpędził w celu natarcia na konkretne klawisze, jedyne co bym tym sposobem zyskał, to trwałe uszkodzenie skrzydeł, przylg i wyjątkowo delikatnego szkieletu.

– Czy jest dla nas jakikolwiek ratunek?

– Otóż niewykluczone, że jest. Jeśli moje badania mają pokrycie w rzeczywistości i, jeśli rozumiem grekę oraz łacinę w dostatecznym stopniu, to ponowne nawiązanie kontaktu wzrokowego powinno odwrócić proces.

Dawno temu, ciemną nocą…

Dawno temu, ciemną nocą…

Fragment rozmowy na gg:

Jagna: Przedwczoraj mi przysłali z Prószyńskiego Twoją powieść :) Skończyłam czytać już.

Iza: Już?! (wielkie oczy) Czytałaś po łebkach

Jagna: Nie :)

Iza: I co teraz? Powiedzże coś, bo mi ze stresu kanapka w gardle stanęła

Jagna: Spoko jest :)

Iza: Aż się boję. Co tam nawymyślasz. Zlituj się, bo się udławię z tych nerw

Jagna: Tremę mam. Bo pierwszy raz recenzuję bliską mi osobę

Iza: Ty masz tremę? To co ja mam, kurczę, powiedzieć?

Jagna: Napisałaś bardzo dobrą książkę :) A teraz spadam spać, bo u mnie już świta 😉 Link do recki niebawem

Iza: O wielki ty krytyku literacki 😉

Jagna: Spadaj odjechana pisarko :)

Iza: Bujaj się Małpo w objęciach Morfeusza :)

***

okladka

Izabella Frączyk
Dziś jak kiedyś
Prószyński i S-ka
Cena: 34 zł
Stron: 430

Współczesny nurt babskich powieści  zaczyna się od niejakiej Bridget Jones. Literatura tego typu narodziła się oczywiście znacznie wcześniej, ale to właśnie Bridget zdobyła serca czytelników. Dlaczego? Może to kwestia uduchowionych dialogów? Może niezwykle skomplikowanej akcji? Albo pełnej cnót głównej bohaterki? O nie. Kobiety od ładnych paru lat mają serdecznie dość żeńskich postaci pierwszoplanowych, które są nieskazitelnie piękne, szczupłe i doskonale mądre. Na froncie, gdzie kule świszczą nad głowami, zachowują perfekcyjny makijaż, a gdy jakaś góra lodowa zmusza je do ewakuacji z okrętu, to kładą się z godnością na dryfujących drzwiach – pełniących zaszczytną funkcję tratwy – i  leniwym gestem poprawiają przemoczone futerko z norek. W świecie usztywnionych książek kobiecych nie istnieją pomieszczenia typu toaleta, jedzenie jest wymysłem podstarzałych dziwaków, a w szpilkach można się dostojnie przemieszczać po żwirowej alejce.

W pop kulturze, do późnych lat dziewięćdziesiątych brakowało niedoskonałej kobiety, która miewała gorsze dni, fałdki tłuszczu na brzuchu i beznadziejną pracę. I tak narodziła się Bridget. Umówmy się – z perspektywy dzisiejszych dni – żadna rewelacja. Prościutka historyjka, prowadzona jednowątkowo i posiadająca na składzie beznadziejne dialogi. Nie zmienia to faktu, że wyznaczyła kurs dla wielu autorek literatury kobiecej. W Polsce z podobnym powieścidłem zadebiutowała onegdaj Grochola, za nią poszły wierne naśladowczynie. Ukazały się bestsellery, seriale oraz chwilowa sława. I nic więcej.

To wszystko było tak doskonale nudne, tak przaśne i całkowicie oparte na przewidywalnym, hollywódzkim  schemacie, że odechciewało się czytać. Od książki, niezależnie od jej gatunku, wymagam logiki zdarzeń, barwnych bohaterów, którzy nie będą mi się mylić na dwusetnej stronie, oraz akcji. Jakiejkolwiek. Dobrze, jeśli do tego dane mi się będzie pośmiać. Większość rodzimych książek z nurtu literatury kobiecej nie spełnia nawet tych podstawowych kryteriów. Olałam więc ów dział literatury na długie lata.

Ostatnio wpadła mi jednak w ręce najnowsza powieść Izabelli Frączyk. Autorka ma niezły warsztat i fajne poczucie humoru, a do tego umie formułować ciekawe wnioski. Jest sejsmografem na ludzkie interakcje i najwyraźniej wie, że umieszczenie głównej bohaterki powieści, niejakiej Aleksandry, na głębokiej prowincji jest doskonałym pretekstem do rozpoczęcia dyskusji na temat: gdzie się lepiej żyje? W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, czy raczej w maleńkiej miejscowości na końcu kraju? Jak odnaleźć się w sytuacji, w której życie osobiste wali się w gruzy, a rodzina okazuje się gniazdem żmij? A do tego przyjaciółka, która znajduje bohaterce etat Bóg wie gdzie i zasadniczo nie ma pewności, czy kieruje się czystymi intencjami. Jak zamienić chore, warszawskie tempo życia na prowincjonalne układy i układziki? Odpowiedź z pewnością niejednego czytelnika zaskoczy.

Zabrałam książkę „Dziś jak kiedyś” na romantyczny wypad z ukochanym. On spał, a ja czytałam, podsuwając kolejne kartki pod maleńką nocną lampkę. Trzeba lepszej rekomendacji?

Powyższa recenzja została napisana na zamówienie portalu literackiego Fahrenheit i została opublikowana 17.10.2013 pod tym linkiem

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Dzień pierwszy

Ze wstydem muszę przyznać, że na początku zbagatelizowałam zagrożenie. Para gołębi, dość obrzydliwie gruchając, dreptała po moim balkonie. Odgoniłam raz. Po godzinie wróciły. Machnęłam ręką i wróciłam do swoich zajęć. Na balkon zerknęłam ponownie, gdy zaczęło zmierzchać. Gołębie pozbawiły mnie swojego (wątpliwej jakości) towarzystwa i odleciały w siną dal. Nocować nie planowały. Zazgrzytałam zębami na widok kilku fruwających piórek oraz pstrzących podłogę kup. Chwilę potem zapomniałam o sprawie.

Dzień drugi

Całkiem wyspana otworzyłam oczy, przeciągnęłam się leniwie i uśmiechnęłam się na myśl o nadchodzącym dniu. Wstałam niespiesznie i weszłam do dużego pokoju. Moich uszu dobiegło znajome gruchanie. Parka gołębi dreptała sobie radośnie po balkonie, co jakiś czas wskakując do skrzyń balkonowych. To mnie zelektryzowało. Wprawdzie jeszcze nie czas na wysiew czegokolwiek (zima w końcu), ale jak gołębie stworzą precedens skakania po donicach, to później połamią roślinki. Niestety nadal nie łączyłam wszystkich faktów, co nie pozwoliło na rzeczywiste oszacowanie zagrożenia. Resztę dnia poświęciłam na niezbyt skuteczne wypędzanie gołębi. Tuż przed zmierzchem ponownie się wyniosły a ja zauważyłam, że odruchowo wzrok leci mi w stronę balkonu.

Dzień trzeci

Otworzyłam oczy. Poderwałam się na równe nogi i pobiegłam do dużego pokoju, sprawdzić, czy gołębie znów naruszają moją przestrzeń balkonową. Oczywiście były tam. Konkretnie jeden siedział w skrzynce a drugi na balustradzie. W dziobie trzymał patyczek. Otworzyłam drzwi na pełną szerokość i niepomna faktu, że jestem w piżamie wyskoczyłam z wrzaskiem na balkon. Gołąb (ten z balustrady) przekrzywił ze zdziwieniem łebek, wypuścił patyczek i niespiesznie odfrunął. Drugi poszedł w jego ślady. Podeszłam do skrzynki. A tam dołek i stosik patyczków. I właśnie wtedy dotarła do mnie groza sytuacji. Te cholery chcą zakładać gniazdo. Przez resztę dnia co kilka minut wypędzałam ptaszyska z balkonu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zaczęło się robić ciemno.

Dzień czwarty

Obudził mnie mąż przytulając się w celach jednoznacznych. Otworzyłam oczy i natychmiast pojawiła się nagła myśl. Gołębie! Wywinęłam się z uścisku i już sekundę później stałam w drzwiach balkonowych wsłuchując się w nienawistne gruchanie. Były tam. Znów w skrzynce, gdzie od rana zdążyły uwić kolejne gniazdo. Wyskoczyłam (bardzo niekompletnie ubrana) i przepędziłam hałastrę. Na balkonie obok sąsiad palił papierosa. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, ale grzecznie powiedział dzień dobry. Wyjąkałam coś w odpowiedzi i spąsowiałam. Wybiegłam z balkonu. Reszta dnia upłynęła mi na nerwowym zerkaniu przez okno i wyszukiwaniu porad w internecie.

Dzień piąty

Spałam dzisiaj na kanapie w salonie, żeby mieć bliżej do balkonu. Poprzedniego dnia sprawdziłam o której wstaje słońce i nastawiłam budzik na 6:21. Pomyślałam sobie, że dzisiaj skurczybyki mnie nie zaskoczą. Otworzyłam oczy i usłyszałam gruchanie. O wy dziady! Wypędziłam. Zbierały się do odlotu niespiesznie okazując dalece idącą nonszalancję. Przed południem kurier przyniósł zamówionego w allegro sztucznego kota – straszaka na ptaki. Zamontowałam go, wielce zadowolona i poszłam przygotowywać obiad. Chwilę później gołąb przysiadł na balustradzie w odległości kilku centymetrów od straszaka i zdziwiony przypatrywał się nowemu lokatorowi balkonu.

kot

Dzień szósty

Dzień zaczęłam od kolejnego demontażu powstającego gniazdka. Gołębie poleciały w teren a ja zatarłam ręce z uciechy. Kurier przyniósł chwilę wcześniej sztucznego kruka, więc sobie wykombinowałam, że jak go zamontuję pod nieobecność gołębi, to się nie skapną, że to podstęp i pozbędę się ich raz na zawsze. Kruk prezentował się imponująco. Dziesięć minut później gołąb podjął próbę wylądowania na kruku. Spojrzał na mnie a w jego oczach wyczytałam rozbawienie. Skinął główką, jakby dziękował za nową huśtawkę dla przyszłego potomstwa.

kruk-w-locie-odstraszacz_4338

Dzień siódmy

Zorientowałam się, że zaczynam zdradzać oznaki obsesji. Nie wzbudziło moich podejrzeń to, że poprosiłam siostrę o zrobienie zakupów, nie chcąc schodzić z posterunku. I nawet nie to, że poświęciłam pół dnia na czytanie o zwyczajach lęgowych gołębi. Wreszcie, nie rozpoznałam zaburzenia, gdy z szatańskim chichotem, zza lekko uchylonych drzwi celowałam w gołębie wodą ze spryskiwacza, albo gdy chyłkiem smarowałam balustrady olejem (z czystej złośliwości, by się cholery poślizgnęły). Nie zaalarmowało mnie także, gdy siostra mi powiedziała, że mam tik nerwowy i nieświadomie co chwilę skanuję oczami balkon. Nie. Zorientowałam się, że jest źle, gdy przeczytałam komentarz, jaki wystawiłam na allegro biednemu sprzedawcy sztucznego kruka.

allegro1

Koniec tego do cholery! W przyszłym tygodniu montuję siatkę na balkonie!

Serdecznie pozdrawiam,

Jagna

Saga stajenna. Fragment.

Saga stajenna. Fragment.

Drodzy czytelnicy!

Nazwa bloga zobowiązuje, więc dzisiaj prezentujemy świeżo napisany fragment powieści Izy. Tak świeży, że powieść właściwie nie posiada jeszcze tytułu.
Życzymy udanej lektury :)

***

– Do stępa!… Kłus!… Wolta w lewo! Łydka! Plecy prosto!  Równo! Łydka, mówię!

Na padoku Alicja ostro musztrowała kursanta. Tym razem trafił się pewien znany aktor, który na potrzeby nowej roli musiał nauczyć się jeździć konno. Najpierw do stadniny zadzwonił reżyser i incognito umówił aktora na lekcje. Nic dziwnego, że obaj chcieli załatwić zajęcia w kompletnej głuszy. Marek Zajder, popularny aktor grający w od lat ciągnącym się serialu był osobą tak popularną, że nawet Magda, która rzadko kiedy oglądała telewizję rozpoznała go od razu. W pierwszej chwili zaniemówiła na jego widok, ale szybko doszli do porozumienia i przekazała go pod fachową opiekę Alicji. Ta nie mając pojęcia z kim ma do czynienia, potraktowała telewizyjnego gwiazdora tak samo jak innych uczniów i nie przebierając w słowach na wstępie poinstruowała go jak należy siodłać i czyścić konia. Rozpieszczony celebryta nie krył oburzenia i od razu po pierwszej lekcji poskarżył się reżyserowi, że zagnano go do brudnej roboty. Tymczasem wszystkim zależało na dyskrecji i nikt nie chciał, żeby na następną lekcję Zajdera zbiegła się cała wioska. Aktor z bólem przystał na warunki. Wybór należał do niego. Albo traktowanie na specjalnych zasadach, co wymagało ujawnienia się, albo normalna procedura stosowana przy wszystkich kursantach. Wybrano to drugie.

– O biedny- mruknęła do siebie Magda.

Zobowiązała się do dyskrecji, więc Alicji nie pisnęła nawet słówka w temacie tego, z kim będzie miała do czynienia.  Ponadto obawiała się, że instruktorka wiedząc kogo trenuje, speszona mogłaby jakoś zmienić zasady, żeby nagiąć się do kaprysów gwiazdy, a tu wszystkim zależało na czasie i za to płacono.  Miało być szybko i skutecznie.  Nawykły do nieprzerwanej atencji i błysku fleszy zniewieściały bawidamek musiał zatem zacisnąć zęby i jak najszybciej pochwalić się efektami, bo terminy zdjęć zbliżały się nieubłaganie. A z tym było słabo. Marek Zajder z całego serca nienawidził koni i bał się ich. W tym układzie ciężko było o spektakularne sukcesy.  Niestety zwierzęta instynktownie wyczuwały jego niechęć i nawet najbardziej potulne kobyły robiły wszystko by utrudnić mu naukę. W końcu Alicja nie wytrzymała i przydzieliła mu Grocha. Najbardziej posłusznego konia w całej stajni. Wielki kary wałach lubił wszystko i wszystkich. Podobnie jak poczciwego Biesa, często przydzielano go tym mniej utalentowanym jeźdźcom, żeby mogli w siebie uwierzyć i odnotować jakiś motywujący postęp.

Magda podeszła pod padok i wsparła się o sękatą brzozową żerdź. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Pierwszy raz widziała, żeby żwawy i przyjaźnie nastawiony do świata Groch, zasnął w trakcie lekcji. Za nic miał komendy i nieudolne kopniaki wściekłego aktora. Ten prał go szpicrutą po zadzie a Groch spokojnie ignorując te śmieszne razy, robił swoje. Po prostu postawił na swoim. Opuścił ścieżkę, wyszedł na środek padoku, zwiesił łeb i zasnął. Zajder siedział na jego grzbiecie i gotował z wściekłości. A koń nic. Magda o mało nie pękła od tłumionego śmiechu.

– Co to za cholerna chabeta?!- krzyknął w stronę Magdy. – Nie macie tu jakichś lepszych koni?!

– Mamy, ale one jeszcze gorzej mogłyby znieść pańskie humory- Magda nie wytrzymała i wzrokiem usadziwszy zaskoczoną Alicję w miejscu, podeszła do śpiącego Grocha. Koń spał jak zabity.

– Niech pan zsiądzie.

– Dlaczego on mnie nie lubi?

– Bo pan nie lubi jego. Koń to nie samochód. Dobrze wyczuwa pańskie intencje i jak pana nie lubi, to w najgorszym razie pana zrzuci i zabije.

– Co pani wygaduje?- Zajder wyglądał, jakby miał ochotę udusić i konia i Magdę.

– Dobrze mówi. Koń czuje, że nie umie pan jeździć i w dodatku go pan nie lubi. Obraził się za bezsensowne pranie batem. Siłą i agresją nic pan nie załatwi, bo on jest silniejszy od pana i obaj to wiecie. Z takim podejściem może pan zapomnieć, że kiedykolwiek będzie umiał jeździć- powiedziała Alicja i szybkim ruchem wskoczyła na Grocha. Nawet przy za długich strzemionach zagalopowała z miejsca.

– No i widzi pan? On wcale nie śpi. On po prostu pana nie lubi.

I my też, pomyślała Magda i w duchu pożałowała jego współpracowników z planu filmowego. Marek Zajder był bufonem wszechczasów, a talentu do jazdy nie miał za grosz.

– To jakiś nonsens- prychnął Zajder i z wyzywającą miną oparł się o drewniany parkan odgradzający wybieg dla strusi od padoku.- Będę żądał zwrotu pieniędzy za tę amatorkę, którą się tutaj uprawia! Nie umiecie uczyć. To jakieś oszustwo.

– Chyba reżyser może żądać, bo to on płacił, choć ja za brak pańskiego talentu nie odpowiadam- powiedziała Magda i kątem oka dostrzegła skradającą się za jego plecami strusicę.

– Pani jest bezczelna!- Zajder poczerwieniał na twarzy.

– Nie, nie jestem, ale bez dublera się raczej nie obejdzie. Taka prawda.

– Ty bezczelna k… Aaaaa, cholera!- Wrzasnął, gdy strusica podstępnie dziabnęła go w ucho.- Aaaa! Aaaa!

Magda i Alicja tylko spojrzały po sobie i jednocześnie obie ryknęły śmiechem. Magda już wiedziała, że upierdliwego aktora w stadninie już więcej nie zobaczy, za to była pewna, że widok przerażonego Zajdera, trzymającego się za krwawiące ucho, na długo zapadnie jej w pamięć. Oburzony do granic, poczerwieniał jak burak i biegiem rzucił się do swojego czarnego porsche. Odpalił silnik i ruszył z piskiem opon.

– Cholera, żeby tylko nie pobrudził sobie tapicerki- bąknęła pod nosem Alicja i wróciła do stajni.

Powitanie

Powitanie

Witajcie kochani czytelnicy :)

Mówią, że szewc bez butów chodzi. Nie do końca możemy się z tym zgodzić, bo jedyny znany nam szewc ma czarne, nieco zdarte półbuty i nawet je nosi. Nasz szewc za to klnie. Jak to szewc.

Ale my nie o tym. Analogicznie do owego powiedzenia, my dwie, od dawna zajmujące się słowem pisanym gościłyśmy na łamach wielu cudzych blogów a własnego jakoś właściwie dotąd nie posiadałyśmy. Zwyczajnie nie przyszło nam to do głowy przez ponad dziesięć lat naszej znajomości. Zamiast tego spędziłyśmy kosmiczną ilość godzin na oknach dialogowych. W zamierzchłych czasach było to gadu gadu, później skype a teraz oczywiście fejsbunio. W tych chatach, prowadzonych często do późnych godzin wieczornych rodziły się niesamowite pomysły, dowcipy i wreszcie gierki słowne, które sprawiały, że obydwie rżałyśmy ze śmiechu do monitorów, wzbudzając u członków naszych rodzin (całkiem uzasadnione) obawy o stan naszego zdrowia psychicznego.

Trudno powiedzieć, w którym momencie narodziła się idea założenia bloga. Wydaje się, że był to proces powolny i rozłożony w czasie. Dość powiedzieć, że gdy w końcu został zwerbalizowany (choć raczej wypadałoby napisać WYLITERKOWANY) to momentalnie został przyjęty z entuzjazmem i przez aklamację. Od tego momentu poszło szybko. Zaczęłyśmy się przerzucać pomysłami na kształt owego bloga i okazało się, że jesteśmy w większości spraw jednomyślne. Traktując to jako dobrą wróżbę na przyszłość oddajemy w Wasze ręce niniejszą stronę i mamy nadzieję, że będziecie z nami miło spędzać czas.

Iza & Jagna