pisze_sie_kopia-crop
Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Martyna 9

Martyna 9

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Widelcem podpisane: Pyszne poranki

Beata Śniechowska „PYSZNE PORANKI”

Dziś po raz kolejny poproszono nas o ocenę książki kucharskiej. I po raz kolejny jest to książka zwyciężczyni MasterChefa!

Rzecz jasna, znów podeszłyśmy do tematu jak do jeża, w obawie, że w ślad za obecną modą na arcyskomplikowane slow food, również i tu będzie można się natknąć na aptekarskie receptury oraz składniki w stylu: ryba świeżo wyłowiona z arktycznej przerębli, wykopany o brzasku topinambur z Wysp Owczych, czy też powietrzne korzonki pnącza z dżungli amazońskiej albo jeszcze skądinąd. A jak do tego jeszcze dojdzie nam w roli autora kucharz-celebryta, to już na bank będzie kompletna kaplica :)

Byłyśmy pewne, że to kolejna pozycja o wycudowanych wariacjach połączeń, jeszcze bardzie wycudowanych składników, gdzie i po kilometrowych nazwach potraw nie idzie nawet domyślić się tego, co na koniec się zje. A żeby to zje. Dobrze jak człowiek dożyje, oczywiście po wcześniejszym polowaniu na produkty, które w naszej szerokości geograficznej występują przez jeden tydzień w roku albo i wcale.

O, na przykład takie sobie grzybki enoki, widział je ktoś?  Oczywiście świeże :) takie „prosto z krzaka”. Swego czasu widziałyśmy w telewizji masę programów o pichceniu, właśnie o tych grzybkach, a tu grzybków ni hu-hu, nawet suszonych. Bez sensu takie zawracanie głowy, więc jak zwykle nie spieszyłyśmy się z recenzją, zwłaszcza, że podobnie jak większość ludzkości, rano nie mamy czasu na gotowanie.

Ledwie się człowiek zmusi w tygodniu, żeby zwlec się z łóżka parę minut wcześniej, by przełknąć dwa łyki jogurtu i zdążyć na siłownię, a tu nam jakaś mądrala zaraz wyjedzie z przepisem na śniadanie, przy którym nie powinno w ogóle kłaść się spać. Rzecz jasna w imię idei, żeby rano rozpieścić domowników. Nieodczekanie!

I tu następuje tak zwane pełne zaskoczenie :)

Książka Beaty Śniechowskiej pt.: „Pyszne poranki” porywa od pierwszej strony.

Już wstępny rozdział skutecznie przyskrzynia czytelnika w fotelu.

Śniadania w 5 minut.

Wow! Choćby taki mus gryczany z owocami. Poezja…

Do tego wyraźnie i rozsądnie podzielone działy: na śniadania dla dzieci, dania z jajek, szybkie propozycje typu fit oraz nieco bardziej skomplikowana alternatywa na weekendowe, leniwe celebrowanie śniadań.

Nasi milusińscy z całą pewnością pokochają zdrowe lody oraz owocowe kanapki. Każdemu z nas przyda się powtórka z lekcji o klasycznych omletach, a bajecznie prosty patent na koszyczki chlebowe z mozzarellą i tapenadą, rzuci na kolana niejedną zaprawioną w bojach panią domu.  Oczywiście czasem autorka lubi sobie poszaleć używając do przepisów karobu, świeżych pokrzyw i krewetek, ale nadal nie będzie to nic, co mogłoby kogokolwiek przerazić. Duży plus za przemyślane i sprawdzone w praktyce – śniadania na wynos. Pożywna sałatka czy też wieloziarnista tortilla świetnie spełnią swoje zadanie w podróży, w szkole lub w biurze.

A to wszystko podane w nieskomplikowanych przepisach, przy wykorzystaniu normalnych składników i opisane najprościej jak się tylko da. Wdzięcznym akcentem jest kilka słów od Beaty, które poprzedzają każdy przepis. Czytając czujemy, że swoje słowa kieruje do nas spełniona kobieta, mama czy też po prostu gospodyni taka jak my. Taka bliska i normalna. Jak nasza sąsiadka, która tylko trochę lepiej zna się na gotowaniu :)

Jeżeli można powiedzieć o książce kucharskiej, że jest wciągająca i ma to coś, to właśnie ta to ma. Na serio, trudno się oderwać. Sprawdźcie sami.

No i co?

No i mamy to! :)

Niewydumane, proste, szybkie i smaczne. Często zaskakujące. Pyszne. Naprawdę warto ruszyć się z łóżka tych kilka minut wcześniej, bo pomysły warte grzechu. A w soboty, to już będzie istna śniadaniowa rozpusta!

Jedyne, co w tej książce nie do końca zachwyca, to matowe, dość ciemne zdjęcia, na których piękne i apetyczne dania oraz ich urodziwa autorka wiele tracą. Jak wiadomo ludzie jedzą oczami, dlatego też stawiamy mały minus za fotki.

Generalnie jednak „Pyszne poranki” Beaty Śniechowskiej to książka na miarę zwycięzcy i niezależnie od wszystkiego, tego, jako Świeżo Napisane, będziemy się trzymać!

Mniam!

Kończymy roczek

Kończymy roczek

Jagna: Patrz, już rok minął od dnia, kiedy założyłyśmy bloga. Z jednej strony zleciało nie wiadomo kiedy, a z drugiej zdziwienie bierze, że to tylko rok. Tak mi ten nasz blog w myśli wrósł, że aż trudno uwierzyć, że mamy go TYLKO rok :) Kurna, Iza, ja to już zapomniałam jak to było jak bloga nie było. Uwielbiam nasze gadki, zdjęcia garów i pisanie felietonów. A właściwie to jak to jest z Tobą? Za mało ci pisania książek? 😀

Iza: I ty się mnie pytasz, dlaczego ja piszę? A ty to co? Lepiej zeznaj tu wszystkim jak to się gapiłaś wieczorem na akwarium i co ci z tego wyszło. O, albo o dinozaurach w kosmosie. A Martyna to niby skąd się wzięła?

Jagna: Pytasz, jakbyś nie wiedziała 😀 Mój pokrętny mózg potrzebuje impulsu i historia gotowa. Jak wtedy, gdy obserwowałam gupiki w akwarium, czymś wkurzona na męża i sobie pomyślałam ze wściekłością, że bym go w tym akwarium chętnie utopiła 😀  Spojrzałam na wodę, podrapałam się po głowie, a potem mi się napisało opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” :)

Tak samo się dzieje z felietonami. Zresztą, komu ja to mówię. Wystarczy poczytać Twoje z serii „Polskie drogi” 😀

Iza: Bo wiesz, zawsze jak gdzieś jadę to mi się z początku wydaje, że to zwykły wyjazd. Ale dziwne przypadki mnie lubią, skojarzenia też często mam głupie. Wiesz co? Nasi znajomi, którzy był naocznymi świadkami wielu opisanych przeze mnie zdarzeń, kiedyś zapytali: „Jak o jest, że ty jakoś tak inaczej widzisz? Niby wszyscy widzieliśmy to samo, ale każdy z nas zapamiętał to w inny sposób?”.

Jagna: Kwestia specyficznego spojrzenia. Też tak mam :)

Iza: Cóż, kilka takich stwierdzeń zmusiło mnie, żeby uważniej przeanalizować moje postrzeganie świata. Co też, z niemałym trudem uczyniłam, bo mi się wydawało, że to właśnie u mnie jest wszystko normalnie. Otóż wcale nie. Olśniło mnie pewnego razu przy kasie w supermarkecie. Pewien facet postawił na taśmie wcześniej zapłacone na monopolowym zero siedem czystej i mu to zero siedem spadło na podłogę. Flaszka rozbiła się w drobny mak. Gość szpetnie zaklął pod nosem. Biedny chłopina, pomyślałam ze współczuciem, podobnie jak stojący przede mną inny facet, ale dokładnie w tym samym momencie usłyszałam głośną reprymendę od stojącej nieopodal kobiety, której nogawek dosięgły wódczane rozbryzgi. Na to wszystko kasjerka skrzywiła się z niesmakiem, westchnęła na zapach i tonem urażonej wezwała do kasy numer 5 równie urażoną panią z ekipy sprzątającej. Ta ostatnia, nie mogąc darować sobie komentarza pod adresem klienta ofermy, który to klient, sądząc po jego nieszczęśliwej minie najchętniej zlizałby rozlaną zawartość z podłogi. Na to doszedł mnie wycedzony syczącym głosem komentarz dwóch starszych pań w wiśniowych kosmatych beretach.

– Patrz no tylko, droga Lodziu. Tak właśnie wygląda alkoholik! Pewnie bije żonę i na dzieci nie płaci. A dobrze mu tak! Draniowi jednemu! Należało się!

– Racja, Władziu! Wstyd! Hańba! Popatrz tylko, jaki to pijak zatracony!

No i sama powiedz, czy to normalne postrzegać zwyczajne sytuacje w taki sposób? Chłop po prostu przyszedł do marketu kupić flaszkę, nie ukraść. Nie dość, że przypadkiem, bezpowrotnie stracił kilka dych, to jeszcze, co usłyszał pod własnym adresem to jego.  Pewnie na przyszłość zmieni sklep, a może nie? A może on po prostu też nie zauważył niczego poza rozbitą flaszką oraz przykrą koniecznością zakupu kolejnej?

No i widzisz jak ja mam przekichane? :)

Jagna: Cóż ja ci na to mogę powiedzieć? Tak działa wyobraźnia. A wyobraźnia to przekleństwo i zaraz ci to udowodnię! Jak już przy tym sklepie jesteśmy to zdarza mi się obserwować dyskretnie, co ludzie mają w koszykach i na tej podstawie wyobrażać sobie kim są. Zazwyczaj są to niewinne zgadywanki, ale raz namierzyłam Bogu ducha winnego gościa, który oprócz całkiem niewinnych owoców miał trójpak szarej taśmy i jakąś linkę z działu motoryzacyjnego chyba. No i natychmiast złapałam wkrętkę, że gość planuje porwanie 😀 Cały kryminał mi się w głowie napisał. A to jeszcze nic. Niedawno czytałam (niezłą) książkę, w której grupa dzieciaków ukrywa się przed zagładą świata w supermarkecie. I urządzają sobie tam całkiem wygodny dom.

Oczywiście teraz mam tak, że w każdym supermarkecie muszę sobie rozplanować, gdzie bym miała sypialnię, kuchnię i całą resztę potrzebnych pomieszczeń. A mąż się pyta co ja tak długo w tych sklepach robię? No jak to co robię? Obmyślam plan ratowania ludzkości 😀

Wiesz co? W sumie to dobrze, że my tego bloga piszemy. Zawsze to jakiś wentyl bezpieczeństwa dla nadmiaru pokręconych myśli 😀

Nie uważasz? 😉

Iza: No i w punkt 😀

Martyna 8

Martyna 8

Rozdział 8

W którym nadchodzi czas, by Martyna stanowczo uderzyła pięścią w stół

Powoli,  z  pozornym  ociąganiem,  lecz  wewnętrznie  drżąc  oczekiwaniem,  nasza  oprawczyni  płazów opuściła  leżak  i  otulając  się  ręcznikiem,  podążyła  w  stronę  drzwi  tarasu.  Z  ciężkim,  obłudnym westchnieniem  weszła  do  kuchni  i  od  niechcenia  muskając  wskazującym  palcem  blaty  kuchenne,  podeszła  do  lodówki,  bynajmniej  nie wpatrując  się w  jej  drzwi.  Przesunęła zdawkowo kilka magnesików i nie wgłębiając się w sens, przeczytała odruchowo zawartość przypiętych nimi karteczek, które głosiły: „Ziomuś! Wrzuciłem browce, więc pilnuj temperatury”, „ Dzwonił ojciec, chyba  lepiej  się  czuje,  więc  oddzwoń  do  niego,  jak  wstaniesz!”,  „Zapłacić  rachunek  za  prąd!”, „Kierunkowy na Jamajkę: 00 1876”, „Zmieniłam numer telefonu na: 00 123456789. Mama”, „Zadzwonić do A.E – praca na fizykę, ważne!!!!!”, „Synu zamykaj lodówkę, bo się za prąd nie wypłacę! Mama”.

Martyna przesunęła lekko ananasa wykonanego z modeliny i niby niechcący pociągnęła za klamkę lodówki.  Jak  skrzętna gospodyni, wyjęła z otwierającego  się  sezamu puszeczkę o najkrótszym  terminie przydatności  i  z  namaszczeniem  postawiła  ją  na  blacie. Oparła  się  łokciami  o  kuchenny  blat,  podparła brodę  dłońmi  i  zatopiła  się w  swych  fascynujących myślach,  nie  spuszczając  z  oczu  rychłego  upadku słońca. Jej  inteligentny monolog wewnętrzny zajął ją do  tego stopnia, że nie ruszyła się z miejsca przez dobre pięć minut po nadejściu mroku.

Inteligentny monolog wewnętrzny Martyny:

„Fajne te palmy. Kurde, ciekawe, kto je podlewa? A może ja powinnam? Eeee…Pewnie sztuczne są, jak wszystko  tutaj. Ale co z moimi  tujami na balkonie? Nawet gdybym zostawiła klucze Szalińskiemu,  to podlałby  je co najwyżej kwasem solnym. Nieważne, czytałam, że one mogą długo bez wody wytrzymać.  A  z  jaką  częstotliwością  podlewa  się  palmy? Kurde, może  lepiej  nie  będę  ich ruszać, bo  jeszcze zgniją. Szkoda, że nie zapytałam o  to Pana Żaba. A swoją drogą,  jaki  to płaz wredny był. Nigdy nie lubiłam żab, ale w sumie przydają się, bo zżerają komary.

Kurde! Nie widziałam  tu żadnego komara. Dziwne. Ale na wszelki wypadek  trzeba poszukać, czy w szafkach nie stoi jakiś komarozol. Ryby też zżerają komary, choć właściwie to chyba chodziło o ich jaja czy coś. Kurde! Glonojady mi zdechną! Muszę wracać. Koniecznie! Choć, jakby się zastanowić,  to  akwarium  dawno  niesprzątane, więc  kupa  glonów w  nim  jest,  a  skoro  ryba nazywa  się  glonojad,  to  pewnie  żre  glony,  więc  z  głodu  nie  zdechnie.  Ciekawe,  czy zakręciłam  kran  w  łazience…  Szlag!  Pranie  zostało  w  pralce.  No  i  cholera  weźmie  mój ulubiony  sweterek.  A  tyle wspomnień  się  z  nim wiąże. Matko!  Ten  sylwester  był  obłędny. Szkoda  tylko,  że  petardy  nie  chciały  się  odpalać,  ale  to wina  przeterminowanych  zapałek. Właściwie dlaczego ja nie lubię szampana? Aha, wiem! Chodzi o to, że bąble komponują się odpowiednio wyłącznie z chmielową goryczką, a nie z radziecką rozpuszczoną landryną. A właściwie to chyba słońce już zaszło”.

 

Widzicie? To  jest najlepszy dowód na  to,  że niezawodny mózg Martyny,  choć wiedzie  jej myśli wyboistymi ścieżkami i tak zawsze dociera do sedna. Nawet palma ma ścisły związek z puszeczką. Nasza bohaterka oderwała twarz od dłoni i łokcie od blatu, po czym wpiła wzrok w półlitrową dawkę szczęścia.

Uszczęśliwiona  chwyciła  puszkę  i  otwierając  ją  pospiesznie,  skierowała  się  w  stronę  ekskluzywnej kanapy, która okazała się wielce wygodnym meblem. Lewa ręka Martyny konsekwentnie podtrzymywała browarek, lecz prawa wyraźnie się nudziła i niezależnie od woli Martyny namierzyła pilota od ogromnego telewizora, pokrytego swojską warstwą kurzu i roztoczy. Nasza bohaterka utkwiła oczy w budzącym się ekranie i pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był widok z kamery przedstawiający zdradzieckie komputery w pełnej  krasie. Martyna  przez moment wpatrywała  się w  ekran  i  przechylając  potarganą  łepetynę  to w lewo,  to  w  prawo,  usiłowała  dociec,  czy  Środkowy  z  Lewym  śpią  i  czy  ich  diody  są  całkowicie wygaszone.  Nie  znajdując  jednoznacznej  odpowiedzi,  Martyna  przerzuciła  kanał  i  jednocześnie poderwała się energicznie z zamiarem zaciągnięcia na dobre jasnych, lecz nieprzejrzystych zasłon salonu, które zakłócały barwy ekranu. Z tyłu dobiegł ją odgłos profesjonalnego odkaszlnięcia.

– Minęła godzina dziewiętnasta i rozpoczynamy główne wydanie „Trąby Jerychońskiej” – potoczył się  w  eter  stereofoniczny  głos  spikerki.  –  W  dzisiejszym  programie  będzie  mowa  o  najnowszych doniesieniach  z Kliniki  imienia  Pawłowa w której przebywa Szef.  Później  przedstawimy  aktualny  stan  gospodarki  Układu,  ze szczegółową analizą przyczyn osłabienia się dinara w stosunku do walut peryferyjnych. W cyklu „Gorący temat  dnia”  opowiemy  o  spektakularnej  akcji  ujęcia  przez  Siły Międzygalaktyczne  szajki  spekulantów dziełami  sztuki.  I  na  koniec  nasza  pogodynka,  Magdalena,  opowie  o  zagrożeniach  związanych  z nadchodzącą  burzą meteorytów. Nerwowych widzów  uspokoję  od  razu,  że  głównym Układom  nic  nie grozi, a epicentrum przetoczy się przez odległe od cywilizacji peryferie Układu Statycznego… znaczy… ekhm…  –  chrząknęła  z  zakłopotaniem  spikerka  –  przepraszam  Państwa  bardzo  –  Słonecznego. Gdziekolwiek to jest! – dodała, chichocząc panienka z okienka.

Martyna  usiadła  na  kanapie  i  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  biuściastą  blondynę.  Dla pewności  podkręciła  program  głośniej  i  w  skupieniu  śledziła  żywiołową  gestykulację  spikerki,  która właśnie zapowiadała materiał filmowy z Kliniki imienia Pawłowa.

– Że,  kurwa,  jak?  –  zareagowała  z  opóźnieniem  i  jednoczesnym  oburzeniem Martyna.  –  Że  co niby? – Dyszała z wściekłością i maltretowała zębami paznokieć kciuka.

Nasza ziemska  patriotka  wypiła  jednym  haustem  resztę  piwa  i  pobiegła  kłusem  po  następne.  Taka  była wnerwiona, że nawet nie sprawdziła daty, tylko z głośnym pstryknięciem oderwała gwałtownie zawleczkę i energicznie zawróciła w stronę kanapy. Usiadła i ostentacyjnie położyła nogi na ławie, wymachując przy tym  zawzięcie  paluchem  lewej  stopy.  Na  ekranie  widać  było  marmurową  piramidę  porośniętą  bujną tropikalną  roślinnością.  W  centralnym  miejscu  kadru  stał  koleś  z  wodogłowiem,  wkomponowany  w sielankę łagodnie kołyszących się palm.

– Dobry wieczór państwu! – powiedział gość z wodogłowiem, przygładzając fioletowymi mackami klapy  białego  fartucha.  – Witam  państwa w  imieniu  personelu Kliniki   Pawłowa,  której  jestem ordynatorem.  Jest mi niezmiernie miło poinformować,  że  stan naszego pacjenta polepsza  się  z każdym dniem. Kuracja  farmakologiczna przyniosła oczekiwane  rezultaty  i możemy  się  spodziewać nawiązania kontaktu  lada  dzień.  Dodatkowo  muszę  się  z  państwem  podzielić  optymistyczną  informacją.  Otóż, obecnie  jesteśmy w  trakcie  realizowania  drugiej  fazy  alternatywnego  leczenia,  które,  choć może  nieco niekonwencjonalne, ale przynosi zdumiewające efekty i niesamowity progres.

– Czy mógłby nam pan, panie ordynatorze, przybliżyć, na czym polega  ta rewolucyjna metoda? – zagruchała słodko ze studia geograficzna ignorantka.

– No  cóż…  khy,  khy  –  odchrząknął  ordynator  z wodogłowiem.  – Niełatwo  to wytłumaczyć,  ale najprościej  można  powiedzieć,  że  pacjent  jest  poddawany  stałym  bodźcom,  które  nasz niestrudzony personel konfrontuje z konkretnymi czynnościami. No nie chciałbym się tutaj wykazać niedyskrecją, bo w końcu przysięga Hipokratesa zobowiązuje…

– Hektolitra chyba, no nie? – wykazała się wiedzą Martyna.

– …więc może  ograniczę  się  do  stwierdzenia,  że w  przypadku  naszego  pacjenta  pewne  bodźce kojarzą się z pewnymi czynnościami i jakby to powiedzieć… – zająknął się ordynator. – No powiedzmy, że jak klaśniemy, to pacjent bez protestu udaje się do łazienki.

– Zadzwońcie dzwonkiem, to może coś zje! – zarechotała grubiańsko Martyna.

– No  tak!  Dziękujemy  za  wyczerpujące  informację  i  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  życzyć dalszych sukcesów – zakończyła temat lekko blondyna.

– Sukcesów,  jasne!  –  rżała  radośnie  Martyna.  –  Masz  jeszcze  jakieś  optymistyczne  wieści,  ty pomiocie prowincjonalnej cywilizacji? – dodała słodziutkim tonem.

Niezrażona  niepochlebnymi  opiniami  na  swój  temat,  spikerka  uśmiechnęła  się  promiennie.  Po chwili jej radosne oblicze ustąpiło miejsca materiałowi filmowemu, w którym na plan pierwszy wysunął się  łopoczący  na wietrze  przyozdobiony wizerunkiem  ryby  sztandar. Tło  było  granatowe, w  centralnej części  znajdował  się  schematyczny  rysunek  rybki,  która  natrętnie  kojarzyła  się  Martynie  ze  snem  o historyczce  i  jej mętnym  bajdurzeniem  o  starożytnej  symbolice.  Z  dolnej  części  łatwo  było  odczytać wyhaftowane  na  żółto  hasło:  „Fenomenalnie  Integralny  Układ  Towarzystwa  Elit  Kosmosu”.  Nasza bohaterka  skończyła właśnie  sylabizować złożoną nazwę, gdy ekran zmętniał  i po chwili wyostrzył  się, ukazując zbliżenie pomarszczonych dłoni, ze  skupieniem naciskających prymitywną praskę,  spod której wyskakiwały błyszczące monety. Kamera oddaliła  się powoli  i  na ekranie pojawił  się koleś  z dredami, który  ostentacyjnie  otarł  z  czoła  nieistniejący  pot  i  z  grymasem morderczego  zmęczenia  po  raz  ostatni naparł  wątłymi  muskułami  na  narzędzie  pracy.  Najwyraźniej  nie  kwalifikował  się  do  inteligentnego komentarza,  gdyż  po  sekundzie  na wizji  zmaterializował  się  typek w  obsypanym  brokatem  błękitnym garniturze. Nerwowo  odciągnął  od  grdyki  upstrzony wizerunkiem  nieba  krawat  i  zaserwował widzom oszałamiający  międzygalaktyczny  przegląd  nieskazitelnie  białych  zębów.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zagdakała ze studia blondyna.

– Dobry wieczór – odparł sztywno jej rozmówca.

– Panie  profesorze,  dochodzą  do  nas  niepokojące wieści  o  postępującym  spadku wartości  naszej nadrzędnej  waluty.  Czy  mógłby  się  pan  ustosunkować  do  tych  niepokojących  doniesień?  –  zapytała sztucznie zafrasowanym głosem panienka.

– No  cóż…  ykhy…  borykamy  się  z  chwilowymi  trudnościami  rynku.  Nasza  technologia, zatwierdzona od  tysiącleci, nie wytrzymuje  tempa w konkurencji z w pełni zautomatyzowanymi  liniami produkcyjnymi… ekhm… no, tych… sąsiadów… – dokończył dyplomatycznie profesor.

– Jak  to możliwe,  że  układy  peryferyjne  biją  naszą  technologię  na  głowę?  –  zapytała  niewinnie spikerka.

– No cóż… Sprawa jest złożona i niewątpliwie jednym z czynników jest niereformowana od setek lat procedura produkcji, co wiąże się również z aktualnymi problemami zdrowotnymi Sze… – zawiesił głos międzygalaktyczny ekonomista.

– No  tak! – weszła mu w słowo prowadząca. – Rozumiem, że  linia produkcji złotych dinarów nie wytrzymuje  tempa  w  porównaniu  z  nowoczesnymi  technologiami.  Czy  nie  ma  to  czasem  związku  z doborem personelu w zakładach przynależących do Fenomenalnie Integralnego Układu Towarzystwa Elit Kosmosu?

– Moja pani! – zirytował się profesor. – Tu nie chodzi o nasz personel! Uważam, że barter naszych pracowników,  w  zamian  za  sadzonki  ananasów,  zaowocował  ogromnie  korzystnym  kontraktem handlowym!  Jeśli  koniecznie  musimy  szukać  przyczyny  kryzysu,  to  uważam,  że  absurdem  jest  bicie złotych  monet  w  czasach,  gdy  istnieją  inne,  tańsze  materiały,  a  nadmierne  przywiązanie  do  tradycji wyraźnie mści się na naszej gospodarce. Do tego za katastrofalne uważam skutki złagodzenia embargo na tanie  produkty  pochodzące  spoza Układu!  –  dokończył  z  oburzeniem  profesor  i  z  odrazą  odciągnął  na boki klapy importowanej marynarki.

– Aha!  Czyli  F.I.U.T.E.K.  jest  bezradny  wobec  dewaluacji  dinara  i  zalewu  naszych  rynków produktami z Dalekich Układów Peryferyjnych Antagonistów? – ucieszyła się profesjonalnie blondyna.

– D.U.P.A. niszczy F.I.U.T.E.K! – ryknął dramatycznie profesor. – Zapamiętajcie moje słowa!

Profesor,  wyraźnie  wzburzony,  coś  jeszcze  wrzeszczał,  ale  studio  przechwyciło  głos  i  ukazało lekko wzburzoną blondynę, która poprawiając słuchawkę w uchu, rozciągała silikonowe wargi w próbie profesjonalnego uśmiechu. Martyna obserwowała ją z niekłamaną satysfakcją. Pociągnęła sążnisty  łyk z puszeczki, umościła się wygodnie i suszyła zęby w stronę ekranu.

– Pogadaj o  tym ze Starowiczem – zarechotała, poderwała się  i pobiegła do  lodówki po dokładkę szczęścia  i  przy  okazji  jej  łapa  poleciała  do  szafki,  w  której  spoczywały  chipsy  o  smaku  cebulki.

Okoliczności  wyraźnie  uzasadniały  pochłonięcie  wzmiankowanej  bomby  kalorycznej,  zwłaszcza  że osamotniony  na  chwilę  odbiornik  nie  ustawał  w  generowaniu  kolejnych  rewelacji.  Gdy  Martyna ponownie  doskoczyła  do wieczornego  serwisu  „Trąby  Jerychońskiej”,  sytuacja  znacząco  się  zmieniła.

Amatorska  kamera  prezentowała  dramatyczną  i  brutalną  scenę  ujęcia  okutanego  w  połyskliwą  szatę osobnika,  który  obsesyjnie  zasłaniał  twarz  ramionami.  Na  dole  ekranu  pulsował  czerwonymi  literami napis: „Spektakularne rozbicie szajki złodziei na jednej z planet D.U.P.A.”. Po chwili trzęsąca się kamera wycofała  zbliżenie  szamoczącego  się  przestępcy  i  zrobiła  najazd  na  wnętrze  zakamuflowanego pomieszczenia,  w  którym  tłoczyły  się  przeróżne  przedmioty  sztuki  użytkowej.  Nic  one Martynie  nie mówiły,  do  czasu,  gdy  czujne  oko  kamery  uwięzło  w  legendarnym  na  Ziemi,  łagodnym  uśmiechu Mony Lisy.

– Spektakularna akcja  rozbicia  szajki złodziei zaowocowała przejęciem ponad  tysiąca unikalnych dzieł sztuki, w większości zrabowanych z planet D.U.P.A. Nie mamy  jeszcze komentarza co do tego, w jaki  sposób  arcydzieła  trafiły w  te  odległe  rejony  i w  jakich  okolicznościach  zostały  zagrabione  przez sprawców. Wciąż czekamy na komentarz policji międzygalaktycznej. Zgodnie z opinią ekspertów wartość rynkowa  zarekwirowanych  dzieł  sztuki  pokrywa  się  z  rocznym  obrotem  wyjątkowo  dochodowego Butelkowania  I  Eksportu  Dóbr  Alkoholowych,  co  przekłada  się  na  niebagatelną  kwotę  piętnastu miliardów dinarów.

Kamera ponownie skupiła się na przestępcy, który najwyraźniej sam  stanowił ową wieloosobową szajkę. Lekko otumaniony osobnik nie zdążył całkowicie zasłonić twarzy i przez mgnienie fragment jego rysów był doskonale widoczny w stucalowym powiększeniu.

– Lucek? – zapytała retorycznie Martyna. – Co tu się, kurna, dzieje? – dodała po chwili z wyraźną  pretensją w głosie.

Nikt nie raczył jej odpowiedzieć, co więcej, materiał właśnie się kończył i spikerka zapowiedziała blok  reklam,  jednocześnie  radząc,  by  nie  oddalać  się  od  odbiorników,  bo  za  chwilę  rozpoczną  się sensacyjne doniesienia pogodowe. Martyna, wytrenowana w ziemskich warunkach na rodzimej telewizji, poderwała  się  na  równe  nogi  i  nie  czekając  na  durną  melodyjkę  rozpoczynającą  blok  reklamowy, pokłusowała do łazienki. W końcu właśnie po to są reklamy.

Gdy nasza piwoszka wróciła przed telewizor, reklamy oczywiście jeszcze trwały, usiłując wmówić Martynie, że jedynie proszek „Galaktyka” dopierze plamy z ketchupu na jej podróżnym kombinezonie, że jej  dziecko  z  pewnością  będzie  szczęśliwe  dopiero  wtedy,  gdy  zrobi  kupę  do  niesamowicie miękkiej pieluchy  „Czerwony  Karzeł”,  a  mąż  Martyny  odzyska  siły  witalne  po  systematycznym  zażywaniu preparatu witaminowego  „Kosmiczny Wulkan”. Nasza  bohaterka  dowiedziała  się  również,  że  „Cosmo-catering” dostarczy dowolne potrawy  i płyny w najdalszy zakątek Układu, a  jeśli klient ma życzenie,  to nawet  jeszcze  dalej. Martyna  nie  uległa  sugestywnej wizji  idealnego  świata,  po  części  dlatego,  że  nie miała  ani męża,  ani dzieci,  a  na dodatek nie przepadała  za pomidorami w postaci półpłynnej  i do  tego mając  w  perspektywie  spłatę  zaległego  czynszu,  raczej  nie  będzie  się  wygłupiać  i  zamawiać  żarcia nie wiadomo skąd, zwłaszcza że na dole małymi literkami napisali: „Za dolot płaci klient”.

Sięgnęła  do  lodówki  po  trzecie  piwko  i  usiadła  przed  telewizorem  dokładnie w  chwili, w  której reklamy się skończyły. Przez chwilę rozmyślała, dlaczego spikerzy nigdy nie mówią „Do zobaczenia po reklamach”  tylko „Do zobaczenia po krótkiej przerwie”  i doszła do wniosku, że barany z  telewizji być może  mają  nadzieję,  że  w  ten  sposób  zmylą  przeciwnika,  który  na  pewno  nie  będzie  się  spodziewał reklam,  jeśli  się  powie  „przerwa”,  i  na  pewno  nie  ucieknie,  gdy  będzie  ona  „krótka”. W  końcu  umysł telewidza, podłączonego do mózgu centralnego, jakim jest Bóg Telewizor, nie domyśli się, że te kolorowe historyjki  to  reklamy.  Zdaniem  speców  od  marketingu  i  reklamy  śliniące  się  rośliny  przed  ekranami pomyślą, że  to  inny, nieco bardziej kolorowy  i wielce  radosny program. Ale  nie z Martyną  te numery!

Przejrzała na wylot  te knowania  i ostentacyjnie wychodziła  z pokoju podczas każdego bloku  reklam.  I trzeba oddać sprawiedliwość prawdzie, że dzięki temu spędzała znacznie mniej czasu przed telewizorem.

Martyna  wyprostowała  się  gwałtownie  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  te  reklamy  nie  są  przypadkiem podstępnym  i utajonym narzędziem manipulacji sponsorowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Nie dane jej  jednak  było  rozwikłanie  tej  palącej  kwestii,  bo  przed  jej  oczy wcisnęła  się  jakaś  ruda  z  kręconymi włosami i wyginając się wdzięcznie, wskazała smukłym paluszkiem mapę kompletnie nieznanej Martynie galaktyki. Panienka uśmiechnęła się wdzięcznie i spojrzała naszej bohaterce prosto w oczy.

– Witam  serdecznie!  Jest  mi  miło  poinformować  Państwa,  że  dzisiejszej  nocy  temperatura  na plantach  Układu  będzie  się  wahać  od  –  50  do  +  50  stopni  Celsjusza,  czyli  będzie  dokładnie  tak  jak zawsze, więc zupełnie nie wiem, po co mi to każą mówić co wieczór. Aha! Pewnie dlatego, że mi za to płacą! – roześmiała się ruda i po chwili nieco się zreflektowała. – To taki żarcik, proszę państwa.

Martyna,  nie  całkiem  rozbawiona,  wpatrywała  się  intensywnie  w  twarz  pogodynki,  a  jej  mózg przesiewał  terabajty  zarchiwizowanych myśli w  poszukiwaniu  tej  jednej,  ulotnej,  której istnienia  nasza myślicielka  nawet  się  nie  domyślała.  Ruda  w  tym  czasie  zawiesiła  głos  i zmieniła  wyraz  twarzy  na nieomal zatroskany.

– Zgodnie z tym, co już wcześniej państwo usłyszeli, możemy się spodziewać deszczu meteorytów o  nienotowanej  wcześniej  sile.  Muszę  jednak  uspokoić  naszych  miłych  widzów,  ponieważ  jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami tego fenomenu pogodowego będzie znaczne obniżenie ciśnienia, lekkie wstrząsy  i  co  za  tym  idzie,  gorsze  samopoczucie,  głównie  pośród  meteoropatów,  hipochondryków  i histeryków. Nasi eksperci wyliczyli, że meteoryty miną wszystkie planety Układu, a  ich niszczycielska siła skoncentruje się w odległym od nas systemie planetarnym o nazwie Układ Słoneczny, którego planety są  niezamieszkałe  bądź  prezentują  jedynie  prymitywne  formy  życia.  Jeśli  są  państwo  zainteresowani śledzeniem  serii  spektakularnych  eksplozji,  to  proszę  się  zalogować  na  naszej  stronie  internetowej,  na której,  po  wniesieniu  symbolicznej  opłaty,  będzie  można  obserwować  na  żywo  zagładę  Układu Słonecznego  –  powiedziała  ruda  i  uśmiechając  się  profesjonalnie,  dodała  rzeczowo:  –Oczywiście  dla pierwszych stu osób, które opłacą przekaz z zagłady, mamy wartościowe upominki rzeczowe. Dodatkowo już teraz uruchamiamy infolinię audiotele, w której mogą państwo wygrać sto tysięcy dinarów i komplet pamiątkowych  zdjęć.  Pytanie  na  dzisiaj  brzmi:  Proszę  powiedzieć,  jak  nazywa  się  gwiazda  Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga Mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

Na  państwa  zgłoszenia  czekamy  do  godziny  23.50,  czyli  mniej  więcej  dziesięć  minut  przed planowaną  eksplozją  Słoń…  to  znaczy…  –  zmieszała  się  sztucznie  pogodynka  –  to  znaczy przed planowaną eksplozją gwiazdy Układu Słonecznego wraz z towarzyszącymi jej planetami. Na dole ekranu widnieje numer, pod który należy dzwonić.

– Ha! – wygłosiła triumfalnie Martyna i pobiegła po telefon. Impuls radości spowodowany wiedzą opadł  równie  nagle  jak  powstał.  Nasza  ekspertka  od  astronomii  odkręciła  się  na  pięcie  i  dopadła  do ekranu. Przysunęła badawcze spojrzenie do  telewizora  i wiedza znacznie głębsza spłynęła na jej światły umysł.

– Magdusia? Magdusia z ósmej „a”? – zapytała ekran niepewnie.

Pogodynka wpiła w Martynę spojrzenie i przez chwilę zdumiona milczała.

– Znamy się? – opowiedziała w końcu z wyższością.

– Znamy! – wysyczała Martyna. – Odebrałaś mi Dariusza!

Ruda Magda potrząsnęła wdzięcznie burzą miedzianych loków i od niechcenia przesuwając dłońmi po  wyjątkowo  zgrabnych  i  modnie  odzianych  biodrach,  wyszczerzyła  równiusieńkie  białe  zęby  w złośliwym uśmiechu.

– Marta! Jak miło cię widzieć!

– Martyna, nie Marta! – wycedziła nasza urażona bohaterka.

– No tak! – lekceważąco machnęła dłonią Magda. – Skąd się tu, nieboraczko, wzięłaś? –rzuciła po chwili.

– A ty?

– No wiesz! – zamrugała rzęsami ruda. – Karierę robię. Od podstawówki było jasne, że będę kimś, no nie? W końcu byłam…

– …najbardziej popularną dziewczyną w szkole! – weszła jej w słowo Martyna.

– No  właśnie!  –  powiedziała  z  satysfakcją  najbardziej  popularna  dziewczyna  w  szkole  i pieczołowicie przygładziła brwi tipsami palców wskazujących. – I jak widać, nic się nie zmieniło, co?

W  lekko  zapuszczonym  ciele Martyny  rodziła  się myśl  o  kompleksowych  usługach  fryzjersko-kosmetycznych.  Przez  kilka  sekund  wyobrażała  sobie  swoje  jestestwo  upchnięte  w  nieskazitelny, wypracowany w pocie czoła kostium, którego najdrobniejsze zagięcia doprowadzają do palpitacji serca.

Przez  jej  potargany  łeb  przegalopowało wspomnienie  niewiernego Dariusza  i  triumfalne wejście  rudej Magdy na szkolną dyskotekę pod rękę z wyżej wymienionym. Nasza niedoszła psycholożka do dziś dnia nie umiała sobie wytłumaczyć fenomenu istnienia Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole.

Fenomen Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole

W czasach, gdy pochłania się miliardy cukierków, a w napchanej sianem głowie nie pojawia się  myśl  o  ich  zawartości  kalorycznej  i  –  co  zapewne  zszokuje  czytelników  –  nie  istnieje rytuał wklepywania  kremów  przeciwzmarszczkowych,  istnieje  za  to  centralna  postać myśli każdej  młodocianej.  Owa  postać  to  Najpopularniejsza  Dziewczyna  w  Szkole.  Podziwiana prawie  tak  mocno  jak  idol  z  plakatu,  ale  jednak  materialna  i  codziennie  widywana.  Jej kpiący uśmiech, którego serdeczność zarezerwowana jest wyłącznie dla nauczycieli i uczniów płci męskiej, wyznacza  rytm  szkolnego  dnia wszystkich  dziewczynek.  Jej  opinia wpływa na każdy aspekt  szkolnego  życia. Jeśli  jej  zdaniem modne  jest noszenie czerwonych  spodni,  to nosi je cała żeńska część szkolnej populacji. Jeśli modne jest wyrzucanie do kosza kanapek, to kosze puchną od pakowanego  troskliwymi rękoma mam chlebem. Najbardziej Popularna Dziewczyna w  Szkole  jest  pupilką wszystkich  i  rozdziela  łaski  niczym  królowa.  Jej  dwórki kochają ją i jednocześnie liczą na to, że się potknie i skręci kark.

A co dzieje się po latach?

No cóż. Najpopularniejsza Dziewczyna w Szkole odpływa w kompletnie inny wymiar, a cała żeńska połowa twojej szkoły z wypiekami na twarzy szuka jej w internecie. Może uda się znaleźć  jej  profil?  Może  okaże  się,  że  jest  gruba  i  ma  stado  dzieci?  Albo  chociaż  się rozwiodła?

Nic  z  tego kochani. Królowa, niezależnie od  tego,  jak potoczą  się koleje  jej  losu nigdy nie zniża się do rozrywek gawiedzi.

 

Jeśli chodzi o  ścisłość, Martyna nigdy nie namierzyła profilu  rudej. Wyparła z mózgu  jej istnienie,  by  odzyskać  odpowiedni  poziom  samooceny,  teraz  zjeżdżającej  windą  z podniebnych przestworzy aż na depresyjny poziom Żuław, które za cztery godzin miały przejść do historii.

Teraz  patrzyła  w  kpiące  oczy  Najbardziej  Popularnej  Dziewczyny  w  Szkole  i  w  ekspresowym tempie ogarniała ją furia. Odpychając od siebie mgliste widmo Darusia, skupiła się na bardziej palących problemach.

– Co to za ściema? Dlaczego gadasz do mnie z telewizora? Przecież to nie jest możliwe! – warknęła nasza mistrzyni kojarzenia  faktów, pamiętając,  że  jej kolega  z przedszkola nigdy nie pomachał do niej ręką ze scenerii Tik-Taka. Obrażonej Martynie mama wytłumaczyła wówczas, że nie zawsze ci, których widzimy, widzą  również  nas.  Podczas  traumatycznych  trzydziestu  lat  życia  nasza  bohaterka miała  się przekonać, że ta złota myśl ma zastosowanie w znacznie szerszym aspekcie niż przekaz telewizyjny.

– Martyna,  no  co  ty?  Tutaj  są  nieco  wyższe  standardy  przekazu!  –  roześmiała  się Magdusia, a Martyna przetłumaczyła to sobie na: „Marta, ty wsiuro w Koziej Wólce hodowana!”.

– I co? Chcesz powiedzieć, że nagle  ileś  tam milionów  ludzi  słucha  reklam, a  ty  sobie gadasz ze mną, jak na szkolnym korytarzu? – zapytała Martyna z ironicznym uśmieszkiem.

– No  niezupełnie,  choć  z  tymi  reklamami  masz  rację.  Czas  antenowy  się  liczy,  więc  kosztami rozmowy został obciążony właściciel IP odbiornika, z którego właśnie się łączysz – wyjaśniła mściwym tonem ruda.

– Ha! To akurat najmniej mnie teraz interesuje – zarechotała Martyna.

– No dobra, skoro uprzejmości mamy już za sobą, to bądź łaskawa się rozłączyć, bo po jedenastej znów  wchodzę  na  wizję.  No  wiesz,  audiotele  będzie  –  przeciągnęła  się  jak  kotka  nasza sprzedajna pogodynka.

– O co chodzi z tymi meteorytami? – zapytała Martyna.

– No  cóż,  obawiam  się,  że  twoja mała,  prowincjonalna  planetka  przestanie  istnieć  za  trzy  i  pół godziny – oparła niefrasobliwie Magdusia.

– Co to za pierdoły są? – zirytowała się nasza bohaterka.

– Żadne pierdoły, Martusiu,  tylko nieuchronny koniec Układu Słonecznego. Jeśli o mnie chodzi – dodała pogodynka, wpatrując się ze skupieniem w swoje długaśne tipsy – mam to w dupie.

– Jak to masz w dupie? – wycharczała, dysząc złością Martyna. – Nie obchodzi cię, że twój dom się rozpieprzy w drobiazgi? Co z ciebie za Ziemianka, co?

– Moja droga – owe słowa Magdusia wypluła z siebie z głęboką pogardą. – Jaki dom? Prowincja i tyle. Ja karierę robię! A ty się ciesz, że jakimś przedziwnym sposobem znajdujesz się w Raju 3.14, a nie na swojej byłej planetce.

– Skąd, do cholery, wiesz, gdzie jestem? – krzyknęła Martyna.

– Rozmowa  kontrolowana,  moja  droga.  Musimy  wiedzieć,  kogo  obarczyć  rachunkiem  za bezpośrednie połączenie  ze  studiem  –  odpowiedziała  pogodnie  Najbardziej  Popularna Dziewczyna  w Szkole.

– A w dupie mam wasze studio! – splunęła na podłogę Martyna.

– No to może rozłącz się w końcu? Czas antenowy ucieka! – zasugerowała łagodnie Magdusia.

– Ha!  Czyli  ty  nie  możesz  przerwać  połączenia?  –  wykrzyknęła  triumfalnie  nasza  przenikliwa znawczyni kosmicznych technologii.

– Istotnie,  nie  mogę,  chyba  że  za  specjalnym  zezwoleniem  Zarządu.  Nowa  polityka  firmy.  No wiesz,  klient  nasz  pan.  Ale  ostrzegam  cię,  koszt  tego  połączenia  sprawi,  że  zlicytują  twój  statek  – powiedziała zdradziecka ruda żmija.

– A w dupie  to mam! Siedź  tu  i płacz, bo  ja się nie  rozłączę na pewno! – zarechotała Martyna. – Idę, a ty tu siedź i już płacz po audiotele.

– Martyna!  No  co  ty?  Daj  spokój!  Przecież  to  nie  ma  sensu,  pieniędzy  szkoda!  –  wyjąkała Magdusia. – Dla mnie to audiotele jest ważne, bo to będzie szło na wszystkie planety F.I.U.T.E.K. No nie zgrywaj się!

– Powiedz  mi,  jak  cię  tu  przywiało,  to  się  zastanowię  –  zasugerowała  wspaniałomyślnie  nasza manipulantka.

– To  będzie  bardzo  krótka  historia.  Po  liceum  zwerbował  mnie  jakiś  koleś  w  złocistej  szacie. Pokazał mi, że poza Ziemią istnieje znacznie ciekawszy świat, w którym drzwi do kariery stoją otworem. I  to  właściwie  tyle  –  wzruszyła  ramionami  Magdusia.  –  Dostałam  stypendium  na  Akademii  Szefa, wyszkoliłam  się na pilota  i odbyłam kilka misji. Potem Szef… ekhm… no  ten… no… w każdym  razie postanowiłam się sprawdzić w szołbiznesie i jak widzisz świetnie mi idzie! – zakończyła opowieść nasza ruda karierowiczka.

– Lucek! – powiedziała do siebie Martyna.

– Że  kto? W  sumie  nieważne!  Rozłączysz  się  teraz?  –  zapytała  uprzejmie  podstępna złodziejka chłopięcych serc.

– Nikt, nieważne! Nie, nie rozłączę się! – odparła stanowczo Martyna.

– Jak to nie? – wyjąkała ruda. – Ależ kochanie! Za chwilę zaczniemy naliczać ekstra stawkę, więc nie rób głupstw! Zaraz pójdę do Dyrektora! – zagroziła, jak niegdyś w podstawówce.

– W  dupie  to mam!  –  eksplodowała Martyna.  – Gówno mnie  obchodzi  twoje  audiotele! Tu coś śmierdzi na kilometr  jak piard czerwonego karła! Najpierw widzę Lucka  i zrabowane z Ziemi  starocie, potem ciebie, w międzyczasie wciskam żabie  rurkę w  tyłek, a  teraz  się dowiaduję, że za niecałe cztery godziny nie będę miała dokąd wracać! W dupie to mam i chcę do domu! Czynsz płacę? No dobra, to nie był dobry argument… – spuściła z tonu nasza dłużniczka.

– Martyna!  Ja  cię  proszę!  Rozłącz  się,  później  pogadamy,  dobra?  –  prosiła  aksamitnym  głosem złodziejka Darusiowego serca.

Martyna  podparła  brodę  dłonią  i  zapatrzyła  się w  okruszki  chipsów  pokrywające  ławę.  Poblask rudych  włosów  zakłócał  monotonne  kolory  hartowanego  szkła.  Po  chwili  w  pole widzenia  naszej buntowniczki  nadciągnął  komar.  Z  irytującym  bzyczeniem  wykręcił  dwa  powietrzne  piruety  przy policzkach Martyny, po czym  zaczął zataczać kręgi nad zaświnioną  ławą. Nasza pogromczyni owadów zogniskowała mętne  spojrzenie  i z całej  siły uderzyła pięścią w  stół. Komar  trysnął podstępnie zdobytą krwią i padł bez życia pomiędzy okruszkami chipsów.

– Siedź  tu!  –  poleciła  byłej  koleżance.  –  Nie  będzie  audiotele!  –  po  czym  chwyciła  pilota  i wyciszyła jej protest.

Nasza  pozytywna  bohaterka  poderwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  do  lodówki. Wyjęła  z  niej piwko  i  ze wzruszeniem  ramion  odcinając  się  od Magdusi,  pobiegła w  stronę  schodów wiodących  do purpurowej sypialni. Nadciągała jak anioł zemsty.

Lament nad rozlanym mlekiem

Lament nad rozlanym mlekiem

Nie wiem kto wymyślił powiedzenie, żeby nie płakać nad rozlanym mlekiem, ale z całą pewnością nie był to ktoś, komu naprawdę rozlało się mleko.

No bo sami popatrzcie jak to jest…

Już nawet z czasów wczesnego dzieciństwa mleko jawi się nam jako substancja wyjątkowo podstępna, zwykle kojarząca się z niemiłym zapachem. Komu choć raz wykipiało mleko na palnik, ten wie, o czym mówię. Wietrzenie, namaczanie, skrobanie spalenizny. Taką przyjemność ma na koncie chyba każdy z nas, dlatego też gotowanie mleka stresuje. To cholerstwo nigdy nie wykipi jak się go pilnuje, ale wystarczy na kilka sekund spuścić je z oczu to od razu wyleci.

Tu przytoczę pewną ciekawostkę, choć pewnie wielu z Was nie uwierzy w niezwykłą wręcz umiejętność mojego taty. Facet niewątpliwie ma nerwy niczym japoński samuraj, bowiem codziennie wieczorem nalewa mleko do garnka, odpala palnik i idzie do łazienki się kąpać. Nie zliczę, ileż to razy stałam nad garnkiem z bąblującym już mlekiem pewna, że wyleci zanim tata zapnie piżamę, a ja wreszcie odniosę osobisty sukces domowego zbawcy, ale nigdy mi się ta sztuka nie udała. Otóż z chwilą, kiedy mleko zaczyna się pienić i podchodzić do góry, tata wolnym krokiem wchodzi do kuchni i spokojnie przekręca kurek zwykle pytając mnie, po co ja tak stoję przy kuchence (?).

Niezły hardcore, co? 😀

Znacie drugiego takiego magika? Ja nie. Tata jest niekwestionowanym specjalistą, ale za to jak jakiś sąsiad mleko przyfajczył to zawsze pół bloku komentowało w stylu: „Oj, chyba dziś u Sermakowej mleko wykipiało”, jednocześnie dziękując Bozi, że to nie nasza kuchnia i nie nasz garnek.

W sumie to zrozumiałe, że jak coś się przypali to później trzeba szorować, ale mleko jest na tyle wredne, że trzeba namaczać i szorować garnek nawet jak się nie przypali i nie wykipi.

Właściwie to tak po zastanowieniu doszłam do wniosku, że za bardzo nie ma się czemu dziwić, skoro mleko przeznaczone jest dla cieląt, a  natura łaskawie darowała ich matkom gotowanie jedzenia.  To mniej więcej tak, jakby matka karmiąca piersią przed zaserwowaniem posiłku, wpierw musiała podgotować sobie biust w mikrofali. Absurd :)

Ale wracając do szeroko pojętego aspektu konsumpcji mleka. Kto ze szczerego serca pokochał w dzieciństwie zupę mleczną? Łapka w górę!

Ja pokochałam, ale inaczej. Traumę z dzieciństwa pielęgnuję w sobie do dziś i nawet najbardziej zmasowane kampanie mleczarskiego lobby nie są w stanie jej złagodzić i przekonać mnie, że później będę zdrowa i wielka. A po chlebie to nie będę? Po bananach też nie? To może chociaż po kaszy jaglanej, skoro taka zdrowa? :)

Nawet wyłączając spożycie oraz dietę, mleko konkretnie potrafi uprzykrzyć człowiekowi życie również i na innych płaszczyznach życia.  Wylaliście kiedyś mleko na wykładzinę w samochodzie? Nie? To macie szczęście, a jeśli kiedykolwiek wylejecie, to jedynym sensownym rozwiązaniem jest wymiana samochodu na inny. I to jak najszybciej. Wiem, bo sąsiadka kiedyś wylała. Ja wprawdzie tej przyjemności na własnej skórze nie doświadczyłam, ale spotkała mnie kiedyś inna mleczna przygoda.

Parkując onegdaj na Ursynowie (wcale nie pod Jagny horror blokiem) podpadłam pewnej starszej pani, której nie spodobało się, że parkuję pod jej oknami. Nawrzeszczała na mnie z okna i zagroziła, że jak nie odjadę, to mi obleje auto mlekiem. Nieświadoma kalibru tej groźby uznałam, że parkuję prawidłowo, w dodatku na wyznaczonym miejscu, więc puściłam groźbę wściekłej staruszki mimo uszu i poszłam załatwić swoje.  Po powrocie zastałam pojazd w stanie nienaruszonym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. :) Ruszyłam w stronę Krakowa. Na trasie wyszło słońce. To brzmi nieprawdopodobnie, ale po drodze odwiedziłam chyba wszystkie myjnie samochodowe. Przez przednią szybę zaczęłam coś widzieć dopiero jakoś mniej więcej w okolicach Częstochowy. To niesamowite, co mleko potrafi zrobić z przednią szybą i jak ciężko się go pozbyć, szczególnie latem, zatem nie polecam. Chyba, że chcecie się zemścić 😀

No dobrze, kto chce niech sobie pije. Moja rodzina nie musi, jedyne odstępstwo to poranna kawa, a że okresami się z mężem odchudzamy, zatem czasem w lodówce ląduje karton krowiego 0,5%. Często zabieramy je ze sobą na wyjazdy przekonani, że na miejscu zaserwują nam przynajmniej dwuprocentowe kaloryczne szaleństwo. Jako że zawsze wyjeżdżamy dopakowani jak uchodźcy z Południowej Palestyny i w bagażniku nie ma gdzie szpilki wetknąć, zatem zwykle pod moimi nogami ląduje dyżurny plecaczek spożywczy. W drodze powrotnej jest już nieco luźniej, tak więc nikt specjalnie nie przykłada się do systemu pakowania. Szczególnie na ostatnim etapie dopychania. No i tu chciałam wspomnieć o zeszłorocznej, kolejnej, mlecznej wpadce, która o mało nie pociągnęła za sobą strat dużo bardziej pokaźnych finansowo niż znikomy koszt, opróżnionego do połowy, kartonu z niskoprocentowym łaciatym.

Można powiedzieć, że chytry dwa razy traci, ale co miałam zrobić? Miałam wylać? Bez sensu.  Karton był z tych na zakrętkę z gwintem, więc niewiele myśląc, upchnęłam go do torby z narciarskimi ciuchami. No i się po drodze wylało… Gwint był nieszczelny i poszło bokiem. Akurat mieliśmy 2 dni pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, tak więc wrzuciłam to wszystko do pralki i po problemie. Niestety, tylko tak mi się wydawało. Mogłam przewidzieć, że ta podstępna ciecz sprawi nowe kłopoty. Ale nie przewidziałam. Apiać spakowałam wyprane ciuchy do toreb i pojechaliśmy całą rodziną na Słowację. Już w pierwszym dniu, na stoku, mój mąż zapytał z mocno niepewną miną, czy ja coś czuję.

– Czujesz coś ode mnie?

– Nie. A co mam czuć?- zdziwiłam się.

– Nic nie czujesz? Serio? Bo wiesz, chyba coś mi capem śmierdzi ze spodni.

– What?!- zdębiałam, aż zaparowały mi gogle.

– No mówię. Coś tak jakby z wytwórni owczych serów. Aż boję się iść do toalety…

Myślałam, że żartuje, ale głupio było na stoku wąchać mu spodnie, więc puściłam tę wymianę zdań mimo uszu. Coś ściemnia. Przecież je wyprałam!

Wieczorem zmieniłam zdanie. Po zdjęciu spodni narciarskich mój mąż rzeczywiście woniał jak długo niemyty juhas z podhalańskiej bacówki. O spodniach już nawet nie wspomnę. Po kilku salwach śmiechu udało się ustalić winowajcę. To przeklęte mleko wlało się do środka mężowych spodni, a szczelne membrany skutecznie uniemożliwiły wypranie. Koniec końców uznaliśmy, że albo spodnie, albo my, zatem przez cały tydzień mąż trzymał swoje narciarskie spodnie na balkonie, a w dzień, gdy tylko temperatura wzrastała do zera (a w zeszłym roku było raczej na plusie), w barze, na stoku siadywał biedaczysko przy osobnym stoliku :)

Cóż, nie wspominał zeszłorocznych ferii zbyt mile, ale jakże mnie zaskoczył w tym roku, kiedy to po pierwszym dniu jazdy stwierdził, że znowu mu z gaci zalatuje zgliwiałym twarogiem. Jakoś tym razem od razu mu uwierzyłam 😀 Kurczę. Jakim cudem się wtedy nie doprało? Teraz znowu wyprałam na lewej stronie. Na wszelki wypadek trzy razy!

Sami zatem widzicie, że z rozlanym mlekiem wcale nie ma tak lekko. Dziś w narciarskich spodniach mężowi pachnie alpejskim wodospadem, a mleko na wszelki wypadek zostało w domu. Wypijemy sobie czarną 😀

Martyna 7

Martyna 7

 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.

Polskie drogi 3

Polskie drogi 3

 

Do rozwinięcia tego tematu zainspirował mnie pewien blog, na którym mój znajomy recenzuje hotele, w których bywa. Wnikliwie przeanalizował swoje spostrzeżenia i zrobił własny ranking plusów i minusów. Wprawdzie nie goszczę w hotelach aż tak często jak on, ale też niektóre przemyślenia mam całkiem podobne :)

Zacznę prozaicznie, od koszy na śmieci. Zupełnie nie rozumiem dlaczego one ZAWSZE są takie maleńkie i zwykle stoją gdzieś wciśnięte w najdalszy kąt łazienki(?) Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w hotelu, gdzie nie musiałabym rezygnować z kosza na rzecz foliowej siatki na zakupy. No bo na co komu taki tyci kubełek? Wrzuci człowiek do środka puszkę po piwie albo nie daj Boże dwie, a już się klapa nie domyka, i jeszcze człowiek wychodzi na menela, że wypił tyle, że aż cały kosz zapełnił 😀 Oczywiście jeśli w ogóle ta klapa działa, bo zwykle  pedał jest zepsuty albo kosz stoi w takim miejscu, że nie ma jak sięgnąć nogą, albo też jest tak mały, że zanim się klapa otworzy to się ten kubełek przewróci. Drodzy hotelarze, nie oszczędzajcie, proszę, na śmietniczkach! Postawcie normalnie, pod biurkiem choćby i plastikowy pojemnik na zwykły worek, rzecz jasna z workiem, bo również i worków nader często brakuje.

Drugą ważną dla mnie kwestią jest wi-fi. Łącze bezprzewodowe w dzisiejszych czasach jest już normą i właściwie jest dostępne już wszędzie, ale niestety w wielu hotelach, nawet i tych dobrych, jedynie z nazwy. Nie zliczę ileż to razy biegałam po korytarzu z laptopem i szukałam zasięgu. Raz go znalazłam na balkonie, niestety w styczniu. Drugim razem w ogródku restauracji, niestety bez możliwości skorzystania z elektrycznego gniazdka, ale się nie dałam. Skombinowałam kilka przedłużaczy i siedząc dwadzieścia metrów dalej podpięłam się do prądu w recepcji. Ha! Rzeczą nagminną jest, że w pokojach połączenie się zrywa, a w odpowiedzi na pytanie o jakąś inną sieć, recepcjonista ZAWSZE robi oczy wielkie ze zdziwienia i mówi, że u niego jest wszystko w porządku i nic nie zrywa. No tak, uwielbiam ten niewinny i pełen szczerego zdziwienia ton, że to chyba właśnie tylko tak teraz, bo przecież do tej pory wszystko działało normalnie :)

Oczywiście przy recepcji zawsze zasięg jest full, ale przecież gość płaci za pokój w hotelu, a nie za miejsce stojące przy recepcji.

Nie, nie :) Nie myślcie sobie, że ja jestem jakaś upierdliwa, ale powiedzcie czy jakąś wielką fanaberią jest oczekiwać, by w hotelowym pokoju znajdowała się wystarczająca ilość gniazdek?  Zwykle są dwa, zazwyczaj gdzieś wciśnięte głęboko za biurkiem, ewentualnie pod biurkiem. Nie dość, że aby się tam dostać, trzeba albo wyrżnąć głową w szufladę, albo też gruntownie przemeblować pokój, to żeby na przykład podładować telefon trzeba zrezygnować z telewizji lub z oświetlenia na biurku. A już jednocześnie podłączyć laptopa, ładować telefon i przy akompaniamencie muzy z MTV przy okazji jeszcze wieczorem widzieć klawiaturę, to już normalnie opcja, która w przyrodzie nie występuje prawie wcale. Ja z gatunku tych bardziej zapobiegliwych, więc od niedawna wożę w walizce złodziejkę. Przedłużaczy już wozić ze sobą nie będę, ale i telefon na wszelki wypadek staram się naładować w samochodzie :)

No i ostatni hotelowy „kwiatek” czyli prysznic. Tu mogłabym wyprodukować długaśną epistołę, ale że to tylko felieton, zatem będę się streszczać. Kran. Tylko kran i aż kran, przy którym prawie nigdy nie wiadomo, w którą stronę obrócić wajchę, by poleciała ciepła woda, a przy nieco starszym patencie z zakręcanymi kurkami prawie zawsze z tego czerwonego zimna woda poleci :) No i ciekawe jeszcze skąd ta woda poleci… Czy zaatakuje nas od sufitu intensywny opad z podstępnej deszczownicy, czy też słuchawka nagle wywinie się z uchwytu i tańcząc ruchem wężowym nie spuści nam lodowatego prysznica na łepetynę prosto od fryzjera? A jak do tego jeszcze dodamy zacinające się drzwi od kabiny, obowiązkowo – mniej lub bardziej – przytkany odpływ z brodzika oraz stary jak świat wynalazek w postaci ceratowej zasłonki, której nikt nigdy nie myje, wieczorna tudzież poranna toaleta w hotelowej łazience jawi się jako stresujące i wymagające saperskiego refleksu wyzwanie. Ja nie wiem jak to jest, ale choćbym nie wiem jak sprytnie umknęła przed opisaną wyżej serią wymyślnych zasadzek i choćbym nie wiem jak zwinnie wiła się w okolicy najdalszego kąta prysznica to i tak ta obrzydliwa zasłonka ZAWSZE, jakimś cudem, mi się do tyłka przyklei 😀

Bajkowe życie

Bajkowe życie

 

Pewnie nie raz każdy z Was zastanawiał się, jak by nam się żyło, gdybyśmy umieli czarować. Oczywiście łatwiej, co udowodnił nam na przykład Harry Potter i jego kumple czarodzieje. Zamiast walczyć z przepaloną żarówką by sobie człowiek powiedział Lumos! I wygenerował światło z różdżki. Albo jakby się do niego jakiś dresiarz na osiedlu rzucał, to wystarczyłoby wyczarować świetlistego Patronusa. Gary w zlewie? Żaden problem – szybkie zaklęcie i wszystko zmywa się samo. Do pewnego stopnia sprzęty typu zmywarka zastępują nam magię, ale tylko do pewnego. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten, kto nie toczył wojny domowej o to, kto powyciąga i poodkłada na miejsce czyste talerze. A jakby różdżka była, to – siup! – szybkie machnięcie i wszystko samo grzecznie szybuje do szafek.

Czyli ustalamy, że sprzęty domowe jak zmywarka czy pralka są czymś w rodzaju połowicznej magii. Co sprytniejsi wyczarowali sobie, w celu uzupełnienia owej magii, panie do pomocy, ale użyli zaklęcia EXTRAPIENIĄDZUS WYDANOS! Nie każdy je opanował, więc wracamy do punktu wyjścia.

Czyli do tego, jakby to było, gdyby była magia i za jej pomocą rozwiązywałoby się wszystkie problemy. I co najważniejsze – jakby się to sprawdziło w naszym pięknym kraju.

Bo w Anglii to wiemy. Banda młodocianych czarodziejów szła na dworzec kolejowy, rozpędzali się i szarżując słup przenosili się na peron 9 ¾. Potem wsiadali w pociąg, który odwoził ich do szkoły z internatem, gdzie mieli różne ciekawe przygody z przewagą niebezpiecznych, a ich rodzice zajmowali się swoimi sprawami i na prawie rok zapominali, że mają potomstwo. Wygodnie, elegancko i… w naszych realiach raczej nierealnie 😀

Czym więc zajmowaliby się czarodzieje nad Wisłą?

Ha! Na takie pytanie nikt chyba jeszcze nie odpowiedział, więc pozwólcie, że przedstawię Wam przykładowy dzień modelowej rodziny czarodziejów z naszych stron 😀

7.00

Mama czarodziejka otwiera jedno oko i nienawistnym spojrzeniem patrzy na zaklętego w budzik i wrednie gruchającego gołębia. Po omacku namierza różdżkę i celuje nią w paskudę.

– GRUCHANDO FINITO! – syczy i spala gołębia pojedynczą iskrą.

– Znów? – mamrocze jej mąż czarodziej podnosząc się niechętnie. – To już dziesiąty budzik w tym miesiącu, kochanie.

– Nie szkodzi! Na jego miejsce po dwadzieścia dziennie siedzi i paskudzi na balkonie – bagatelizuje małżonka i człapie do kuchni.

A w zlewie oczywiście stos nieumytych naczyń.

– VASA ABLUO! – mówi czarodziejka i naczynia grzecznie podrywają się do góry.

Kran się otwiera i roznosi się przeciągłe syknięcie. Znów awaria wody.

– Jasna cholera! – denerwuje się pani domu.

– Co tam? – krzyczy z kibelka jej mąż.

– Znowu wody nie ma!

– Cholera, nigdy nie byłem dobry z zaklęcia znikającego – szepcze czarodziej, nerwowo zerkając w czeluść muszli klozetowej.

7.30

– Szybciej dzieci! – pokrzykuje nerwowo do dwójki latorośli pani domu.

– Ale mamo! – protestuje syn. – Kanapka z serem? Nie lubię!

– To nie lub dalej! – fuka pan czarodziej. – Nic innego nie ma.

– Nie możesz czegoś wyczarować? – prosi córka. – Ja też nie lubię!

– Z lodówki tata nic nie wyczaruje, bo nic innego nie ma. Nie było kiedy pojechać do Tesco… – wtrąca się mama.

– No to z Tesco niech wyczaruje… – prosi syn.

– Zwariowałeś? – denerwuje się matka. – Chcesz, żeby ojca zamknęli?

– A poza tym nałożyli silne zaklęcia ochronne – mruczy ojciec popijając herbatę.

8.00

Po szczęśliwym wypchnięciu rodziny za drzwi, pani czarodziejka, siada z westchnieniem na kanapie. Uruchomiłaby pranie, ale wody oczywiście dalej nie ma. A może by tak rzucić zaklęcie odkurzające? Dywany niezbyt czyste. Tylko po co? Smog zaraz znów nasyfi w chałupie, a czego on nie załatwi to dzieci dobrudzą.

Czarodziejka idzie więc do kuchni i wyjmuje z lodówki garnek z resztą niedzielnego rosołu. Stawia go na kuchence i wsuwa różdżkę pod pokrywkę.

– TRANSFORMATUS POMIDOROWA! – wygłasza zaklęcie i zadowolona z siebie wraca na kanapę.

Kolejnym zaklęciem włącza telewizor i przez następne cztery godziny gapi się w program ”Czarowanie na śniadanie” zżymając się w duchu na zgrabne zdziry, które pląsają radośnie po studiu. Cwaniary! Ciekawe, czy byłyby takie urocze bez nielimitowanych zaklęć odmładzających fundowanych przez swoich bogatych czarodziejów.

12.00

Po wysłuchaniu ostatnich porad z programu, z których najbardziej jej się spodobało to zaklęcie natychmiastowo mrożące francuskiego szampana, czarodziejka podnosi się z kanapy i zaczyna szykować do wyjścia. Z braku kominka nie używa proszku fiuu, tylko teleportuje się z czwartego piętra na dół klatki schodowej, bo winda znów zepsuta.

Już na podwórku przeskakuje zgrabnie nad samoodśnieżającą szuflą czarodzieja dozorcy, którą ten puścił w ruch tydzień temu i zapomniał odwołać do piwnicy, mimo, że po śniegu chwilowo nie ma nawet śladu. Szufla gorliwie lata po podwórku z niemiłosiernym zgrzytem trąc o gołe chodniki.

Czarodziejka wzrusza ramionami i w ostatniej chwili uchyla się przed workiem ze śmieciami, który leniwa sąsiadka lewituje do śmietnika wprost z balkonu na trzecim piętrze.

– Niech pani trochę uważa, pani Nowakowa! – wrzeszczy ze złością czarodziejka i nie oglądając się na sąsiadkę, rusza szybkim marszem w stronę sklepu osiedlowego.

12.30

Kolejka do mięsa nie jest długa, ale wyjątkowo powoli idzie. Każda z kolejnych stojących w niej czarodziejek próbuje rzucać na wędliny zaklęcie TERMINUS OBJAWIS, a ekspedientka za każdym razem rzuca się z poświęceniem krzycząc – PROTEGO!

Szczególnie w poniedziałki ma mnóstwo roboty. Od czasu, gdy w gazecie „Czarodziejka Polska” napisali, że supermarkety zatrudniają na weekendy bezrobotnych animagów, którzy transmutują przeterminowane mięso w produkty pełnowartościowe.

– Pani nie bierze kurczaka – szepcze do naszej czarodziejki sąsiadka z kolejki. – Pani wie, co oni z tym robią?

– Co takiego?

– Szwagier jest…

– Animagiem? – wtrąca czarodziejka.

– A gdzie tam! Kierowcą w hurtowni jest. – macha ręką z lekceważeniem sąsiadka. – I mówił, że jak tym animagom nie udaje się zamienić starych udek w świeże, to transmutują to paskudztwo w żywe kurczaki, które potem na zapleczu… No wie pani..

Kobieta przeciąga znacząco palcem po szyi, a czarodziejka wzdraga się i wychodzi z kolejki. Kieruje się do działu z warzywami i bierze nieco przechodzone pieczarki. Dzisiaj na kolację będą zapiekanki.

– Pani nie bierze tych pieczarek! – krzyczy za nią szwagierka kierowcy z hurtowni. – To transmutowane domy Smerfów przeznaczone do rozbiórki!

Ale czarodziejka już jej nie słyszy. Podchodzi do kasy i przytyka różdżkę do sklepowego czytnika. Jej koniec rozżarza się na czerwono informując, że nastąpił debet. Oddycha z ulgą, gdy płatność jednak przechodzi i szybko zmierza w stronę apteki, żeby wykupić mężowi eliksir na reumatyzm.

– Pełnopłatnie czy z przepisu? – pyta magister czarodziejka.

– Z przepisu – mówi żona, lewitując w stronę okienka świstek od lekarza.

– ENEFZETIKS REFUNDO! – wygłasza farmaceutka stukając różdżką w receptę.

 

  1. 30

Z hałasem, niczym tabun dzikich koni, do domu wpadają dzieci. Czarodziejka sprawdza krany i z ulgą odnotowuje, że woda znów jest. Cichym pyknięciem podpala płomień pod pomidorówką i nastawia wodę w rondlu na makaron.

– Myć ręce, szybciutko! – zarządza.

– Oj mamo! – marudzi syn.

– Bez dyskusji!

– Mamo! – zaczyna skarżyć córka. – No on to koniecznie musi umyć!

– Zamknij się! – wrzeszczy synek.

– Mów!

– Bo jak wracaliśmy – referuje z przejęciem córka – to po drodze spotkaliśmy taki samochód pełen dresiarzy. I tam było tak głośno! I Stasiu wyjął różdżkę i…

– I co? – pyta złowieszczo matka.

– No i rzuciłem zaklęcie DISCOPOLUS FINITE – krzyczy z łazienki synek. – A oni wyleźli z samochodu, wyjęli różdżki i powiedzieli WBEJSBOLUS TRANSFORMAE!

– Matko Boska! – szepcze czarodziejka. – I co było dalej?

– No i im się te różdżki zamieniły w takie kije bejsbolowe… – wtrąca córka.

– To wiem – macha niecierpliwie ręką matka. – Co wyście zrobili, pytam?

– No Stasiu skierował różdżkę na trawnik i powiedział KUPA LEVIOSA! Bo myśmy chcieli ich psią kupą obrzucić, ale zaklęcie nie wyszło, więc…

– Więc co?

– No ręką rzucaliśmy a potem uciekliśmy… – wyjaśnia z łazienki Stasio.

– Czarodzieju w niebiosach, dzięki ci, że wodę włączyłeś – zwraca oczy do nieba czarodziejka.

17.30

– To się w głowie nie mieści – obwieszcza od drzwi czarodziej, stawiając teczkę na komodzie w przedpokoju. – Tłok dzisiaj był taki w ministerstwie, że kompletnie nie wyrabiałem się w pracy. To jest nienormalne!

– Biedaku! – użala się małżonka. – Co się stało właściwie?

– Trzy delegacje zagraniczne. – odpiera ponuro czarodziej. – I żeby wszystkie na raz! A skąd! Co zdążyłem zaczarować mopy, żeby wszystko wyczyściły, to następni szli. A trzeba ci wiedzieć, że sam minister na centrum miasta zaklęcie śniegu rzucił, więc błoto porobili w ministerstwie straszliwe.

– Umyj ręce i chodź zaraz na kolację!

18.30

– Mamo? – zapytał synek – Dlaczego te pieczarki na zapiekankach są takie niebieskie?

– Daj matce spokój – ofuknął go czarodziej.

Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Właśnie się zaczynały „Doniesienia z Ministerstwa”.

Czarodziejka w tym czasie zapędziła dzieci do wanny i wymuszając obietnicę, że dokładnie się wyszorują wyczarowała im w nagrodę niewielki wodotrysk lemoniady.

– To się we łbie nie mieści! – wrzasnął z pokoju czarodziej. – Im się powinno różdżki połamać!

– A którym? – zainteresowała się małżonka.

– Wszystkim! VUDOS! – wypowiedział zaklęcie.

Na stoliku pojawiła się butelka zmrożonej wódki. Rozsierdzony czarodziej polał sobie lufkę i dysząc nienawiścią spoglądał złowrogo w telewizor. Wypił zawartość i odszukał wzrokiem flaszkę.

– O nie! – zaprotestowała czarodziejka. – FINITO!

Butelka zniknęła, a czarodziej spojrzał na nią z wyrzutem. Kumple nauczyli go interesującego zaklęcia FEMINE EVANESCO, które w tych okolicach lepiej działało w wersji ŻONOWYPARUS, ale pozostawała kwestia dzieci. Kochał je bardzo, a im ta kanalia była potrzebna jak tlen.

– PANTOFLUS PETRIFICUS TOTALUS – wyszeptał pokornie i podreptał do sypialni.

– No! – skomentowała z satysfakcją małżonka i odpaliła internetowy kurs latania na miotle dla początkujących.

Po podwórzu niósł się odgłos skrobiącego o chodnik plastiku. Dozorca nadal nie odwołał szufli do piwnicy.

Czarodziejka położyła się do łóżka. Zza ściany nadbiegały dźwięki wyjątkowo skocznej piosenki z nurtu disco polo. Kobieta poprawiła lokówki i wpiła w ścianę nienawistne spojrzenie.

– DISCOPOLUS FINITE! – wyszeptała. – I jeszcze KUPA LEVIOSA! Ha ha! Za mojego Staszka to KUPA LEVIOSA Z CAŁEGO OSIEDLA!

Wrzaski dobiegające z sąsiedniego mieszkania dodały jej otuchy i energii. Przyda się do jutrzejszego wyłapywania Smerfów, które masowo zbiegły z piekarnika.

Polskie drogi 2

Polskie drogi 2

Jak to zwykle bywa w dłuższej podróży, dziś również, po paru godzinach jazdy naszły mnie podróżne przemyślenia. Wsiadając do Babowozu zwykle myślę, że w drodze nic sensownego nie wymyślę, a tu, nie wiadomo kiedy, rusza myślowy ciąg i nie można go zatrzymać.

Dzisiaj na ten przykład, naszło mnie przy hot-dogu. A konkretnie wtedy, jak przy jakiejś nierówności na asfalcie wpakowałam sobie do nosa keczup z musztardą 😀

Szybkie żarcie to zdecydowanie nie moje klimaty, ale w sumie to nie podróżuję znów aż tak często, żeby sobie odrobinkę nie pogrzeszyć. Poza tym, w trasie trzeba czasem skorzystać z toalety, a jednym z nielicznych miejsc, które trzymają przyzwoite standardy czystości jest McDonald’s. W sumie, przy okazji taki wrap lub bułka z mielonym, popita ohydną, niezdrową i tuczącą colą również w większości krajów trzymają mniej więcej taki sam standard. Wiadomo czego się spodziewać, więc ten właśnie bar szybkiej obsługi jeszcze do niedawna był moim pewniakiem. No właśnie, do niedawna, kiedy to przymuszona pilną potrzebą zajechałam do ich odwiecznej radomskiej placówki. Skoncentrowana na czymś zgoła innym, nie dostrzegłam zaparkowanych nieopodal dwóch autokarów. Kolejka do kasy co najmniej na pół godziny i taka sama długa do toalety. Zrezygnowałam. Nie miałam aż tyle czasu 😉 Drugi, niefortunny i na domiar złego już kolejny z rzędu raz, trafił mi się na trasie Wrocław-Kraków. Tam spryciarze dla niepoznaki wprowadzili system numerków. Otóż, uradowana, że jest jeszcze przed jedenastą i załapię się na przedpołudniowe menu z pysznym wrapem z pieczarkami i serem, w ciemno zajechałam na miejsce. Zero kolejki do kasy, więc złożyłam zamówienie, zapłaciłam i dopiero wtedy spojrzałam na numerek. 37 miejsce w kolejce oczekujących na realizację zamówienia! Myślałam, że mnie szlag trafi. I to ma być bar szybkiej obsługi? Jaja jakieś…

Obraziłam się zatem na Maca i przeniosłam me podróżne uczucia właśnie w stronę hot-dogów ze stacji benzynowych. Nieczęsto robię sobie przerwy w trasie, bo zawsze jest mi szkoda tych samochodów, które już wyprzedziłam, a że wyprzedzam praktycznie cały czas, to mam czego żałować, więc to rozwiązanie wydało mi się jeszcze lepsze niż poprzednie :)

Ale nic to. Wróćmy do rzeczonych hot-dogów. Nawet je lubię. Poza tym nie trzeba na nie długo czekać i dają się zjeść w czasie jazdy, więc i tych powtórnie wyprzedzonych jest zdecydowanie mniej, natomiast dziwi mnie zaobserwowana przy tym pewna prawidłowość. A raczej dwie. Po pierwsze zawsze, ale to ZAWSZE muszę upaprać się keczupem. Jak nie pociapię sobie musztardowo-keczupową breją na ubranie, to umażę sobie twarz i na serwetce zostaje mi połowa makijażu. Wiem, wiem, zaraz mi ktoś powie, żeby nie jeść w trakcie jazdy, ale wiecie, zawsze człowiekowi szkoda tych pierwej wyprzedzonych, no i na postoju też zawsze się brudzę :)

Drugą sprawą, która nie daje mi spokoju, jest fakt, że sprzedawcy również ZAWSZE, ale to absolutnie bez wyjątku, najpierw podają człowiekowi hot-doga, a dopiero później wydają resztę. A jak ja mam schować resztę do portfela jedną ręką? Mam sobie wetknąć tę bułę do gęby, czy jeszcze gdyś indziej, czy jak? Innego sposobu nie ma, by się przy okazji nie pobrudzić, ewentualnie nie upuścić wykeczupowanego hot-doga na podstawkę do wydawania reszty i pobrudzić także i ją, co raczej jest rzeczą pewną, więc nie rozumiem dlaczego sprzedawca nie może najpierw wydać reszty, a później wręczyć klientowi zamówienie.  Ktoś może powiedzieć, że on też chce mieć wolne ręce, by móc wydać resztę i właśnie dziś usłyszałam takie tłumaczenie, bo już nie wytrzymałam i zapytałam. Trochę to dziwne, że w ślad za sprzedawcami lodów, nikt nie wpadnie na to, żeby postawić na ladzie choćby zwykły kubek z logo stacji, żeby na czas płacenia i wydawania reszty wszyscy mieli wolne ręce :)

Jak widać, na pewne rzeczy wpływu człowiek nie ma, a przecież tak wiele drobiazgów nas wnerwia.

Ja nie wiem jak to jest, ale za każdym razem, jak wlewam płyn do spryskiwacza, to na dnie baniaka zostaje mi resztka płynu. Tak, jakby nie można było zrobić tych baniaków o pojemności 3,7 litra. W ten prosty sposób uszczęśliwionoby wielu kierowców, którzy od razu po nalaniu płynu, wywaliliby pusty pojemnik do kosza, a nie zastanawiali się co z nim zrobić. Odkąd sięgam pamięcią, jeszcze nie zdarzyło mi się jeździć autem – a było ich grubo powyżej dwudziestki – żeby nie została mi resztka tego płynu :)

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze jedną, absolutną samochodową prawidłowość. Nie znam na nią patentu, więc może ktoś z Was ma jakiś sposób bym poczuła się lepiej. Nie oczekuję nawet odpowiedzi, jak temu zaradzić, ale będzie mi miło i poczuję się raźniej, że nie tylko ja tak mam. Tu pomijam ostatnie zdarzenie, kiedy to na podziemnym parkingu w galerii handlowej pękła rura kanalizacyjna, oczywiście bezpośrednio nad moim samochodem, bo mnie takie sytuacje po prostu lubią, ale chciałam zapytać o owady. Czy u Was też zawsze największy owad roztrzaska się żółtym plackiem na szybie, centralnie na wysokości Waszych oczu? Czy podniszczona guma od wycieraczki pierwszą smugę zostawi również w tym samym miejscu (nawet bez żółtych zwłok owada), tak jakby pierwsza nie mogła się wystrzępić wycieraczka po stronie pasażera? Przecież one zużywają się tak samo. A może nie? Może to jakieś wyłącznie moje osobiste fatum? Pojutrze znowu trasa, ale tym razem już wiem, o czym znów dla Was napiszę, ale skoro zima już przyszła, to szerokości i przyczepności Wam życzę :)

Iza

 

Martyna 6

Martyna 6

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Chcecie wiedzieć skąd wzięła się saga „Stajnia w Pieńkach”?  W przeddzień premiery chętnie Wam to opowiem, rada, że w końcu ludzie przestali zadawać mi nieśmiertelne pytanie, jak to się stało, że ekonomistka zaczęła pisać książki :) Na powyższe pytanie odpowiedziałam niezliczoną ilość razy, a przecież piszę książki od 7 lat, więc to już żadna nowość.

Wiecie, że ja lubię się śmiać i lubię humor, więc odpowiadając na pytanie o inspirację do stajennej sagi, nieco Was zaskoczę.

Do napisania tej trylogii zainspirowała mnie śmierć…

Pewnego lata, goszcząc z rodziną na wakacjach w zaprzyjaźnionej stadninie w Borkowie, byliśmy świadkami śmierci źrebaka. Od samego początku był pechowy. Urodził się w piątek trzynastego, przyszedł na świat z trudnościami, kobyła ciężko przeszła poród. Mały nie chciał jeść. Same kłopoty, ale przez to stał się ulubieńcem wszystkich, aż po trzech miesiącach padł ofiarą skrętu jelit. Dziesięć godzin weterynarze walczyli o jego życie. Bez skutku, nie przeżył nocy. Płakaliśmy wszyscy. Następnego dnia popędziłam quadem odreagować na tamtejsze bezkresne bezdroża i tam mnie natchnęło, by jakoś ocalić tego biednego malucha od zapomnienia. Tak właśnie urodził się „Koncert…”, a później reszta.

Iza (10) Nie wiedziałam, że mi wyjdzie z tego trylogia, ale po pierwszych 400.000 znaków uznałam, że to jeszcze nie koniec. Tak polubiłam Magdę oraz pozostałych bohaterów, że towarzyszyli mi w sumie przez dwanaście miesięcy i chyba nie muszę pisać, jak smutno i łyso mi było, gdy zamiast CDN nareszcie napisałam KONIEC. Z jednej strony odetchnęłam i przysięgłam sobie, że już nigdy więcej pisania o gospodarskim inwentarzu, a z drugiej strony poczułam się jak jakaś bezdomna, której ktoś odebrał coś bardzo bliskiego.

Nie ukrywam, że to pierwsza powieść, przy której musiałam nauczyć się aż tak wiele. Zaczęło się od stadniny w Borkowie i KJ Amazonka. Później na drugi ogień poszła ferma strusi państwa Wojtanów w Lubniu, następnie Państwowa Inspekcja Weterynaryjna, Związek Hodowców Koni i gabinet weterynarii Pro Vivo Animali wraz ze świętej cierpliwości właścicielką Martyną Grzybowską- Krupa. Do tego mnóstwo konsultacji przez Internet i telefon.

W temacie przydomowej hodowli kur jestem już lokalną specjalistką, a tajniki sportowego ujeżdżania krów w niczym już mnie nie zaskoczą  :)

 

A wiecie skąd wzięły się Pieńki?

Bardzo długo kombinowałam nad tytułem. Stajnia pod Złotą Podkową, Pod Srebrnym Kopytem, Pod Zardzewiałym Hufnalem, Pod Krzepkim Kowalem, Pod Jurnym Drwalem… ech, zanotowałam sobie milion totalnych, beznadziejnych banałów, aż doszłam do sceny, w której stajenny Zdzichu, w sztok zalany padł przy bramie i w pijackiej malignie przytulił się do oblepionego żywicą pniaka. Tu mnie olśniło z tymi Pieńkami i tak zostało. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby to sprawdzać na mapie :)

 

Przy pisaniu bawiłam się świetnie, poznałam wspaniałych ludzi i wiele się nauczyłam, ale na sam koniec zostawiłam sobie dla Was pewną perełkę.  No właśnie! BOMBĘ MAM!

Dokładnie kilka dni temu, przez zupełny przypadek natrafiłam na prawdziwą stajnię w Pieńkach!  Aż nie mogę uwierzyć, że coś, co wymyśliłam, rzeczywiście istnieje! Prawdziwa Stajnia w Pieńkach leży w gminie Michałowo, a Agnieszka i Stanisław Jaworscy świata nie widzą poza swoją konną agroturystyką. Już nie mogę się doczekać, kiedy nareszcie ich odwiedzę i na własne oczy zobaczę te moje, jakże bliskie mi, kochane i autentyczne Pieńki!

I jak tu nie kochać tej roboty? :) No, powiedzcie sami…

Iza (47)

Unhappy New Year

Unhappy New Year

Z wieczorami sylwestrowymi różnie bywa. Jedni lubią dęte bale, inni domówki, jeszcze inni preferują wyjazdy albo plenerowe imprezy przy ognisku, kuligi. A jeszcze inni – nic.

Nie wiem jak Wy, ale ja zaliczyłam już w swym życiu wszystkie z powyższych i przyznam szczerze, że wszelkiego rodzaju imprezki i bale połączone z czyszczeniem restauracyjnych zamrażarek w kokilkach ze starym i pięć razy rozmrożonym strogonowem, kiedy to po północy już wszyscy wstawieni, zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Po kilku średnio udanych imprezach knajpianych, tudzież kilku imprezach masowych, zdecydowanie postawiliśmy na wieczory telewizyjne lub też imprezy wyjazdowe ze szczególnym akcentem położonym na szeroko pojęte narciarstwo oraz snowboardziarstwo :)

Ale wiecie jak to jest… Jeśli wszystko idzie gładko i przyjemnie, to się tego wcale nie pamięta. Co innego, jak się wszystko w iment posypie. Wtedy dopiero coś się dzieje. Są przygody = są wspomnienia.

W tym momencie należałoby z naciskiem zaznaczyć, że przy organizacji towarzyskich imprez wyjazdowych, istotne jest konkretne określenie miejsca wspólnego sylwestrowego balowania. Niby jest to sprawa aż nazbyt oczywista, ale jednak…

1/ W czasach gdy uczęszczałam jeszcze do klasy maturalnej, napatoczył mi się pewien o pięć (pięć! lat starszy!) amator, w sensie, że niby zadeklarowany narzeczony. Ów narzeczony pracował w dziale zaopatrzenia pewnej dużej państwowej firmy, a że obrotny to i wszystko załatwić potrafił, zatem gdy tylko pojawił się temat Sylwestra od razu przystąpił do działania. Jego firma, jak większość szanujących się w tamtych czasach przedsiębiorstw, dysponowała ośrodkiem wczasowym z góralskimi domkami. Konkretnie w Skomielnej.  Nie było na co czekać, więc skrzyknęliśmy z 10 znajomych. Bieda wtedy była, w domkach tylko pościel, więc na liście rzeczy niezbędnych do zabrania ze sobą znalazło się żarcie, picie, magnetofon, baterie, przepitka, alkohol… No i tyle. Bo cóż więcej było trzeba :)

Narzeczony dysponował małym fiatem, więc zabraliśmy się w czwórkę wraz z żarciem, bateriami i przepitką, a pozostali mieli dojechać pekaesem i dostarczyć resztę. Jechaliśmy całą paczką, ale na pewnym etapie coś poszło nie tak.  W efekcie, nasza czwórka wylądowała w domku w Skomielnej Czarnej z mnóstwem jedzenia, a pozostali, którzy jechali pekaesem zainstalowali się na przystanku autobusowym w Skomielnej Białej. My mieliśmy żarcie i popitkę, a oni mieli alkohol. My mieliśmy baterie R20, a oni mieli radio. My mieliśmy domek, a oni mieli przystanek autobusowy przy Zakopiance. Finalnie wszyscy wkurzeni. Nasi, bo nie mieli alkoholu. Mój „narzeczony” bo całą noc jeździł samochodem i szukał tych melepetów, co sobie wsie pomylili. Tamci też byli wkurzeni, bo mieli alkohol, ale bez naszej popitki. Prawie umarli z głodu i zamarzli na przystanku autobusowym. Na koniec obwinili nas o zły adres, a nasi towarzysze spokrewnieni z tamtymi z przystanku wściekli się na nas, że nie umiemy organizować imprez. Do domu wszyscy wrócili trzeźwi, zziębnięci, wkurzeni i pokłóceni na amen.

2/ Z tymi nazwami docelowych miejscowości na serio trzeba bardzo uważać. Pewnego razu, wraz z moim świeżo poślubionym mężem, postanowiliśmy powitać Nowy Rok narciarsko, na Słowacji. Jeszcze z czasów liceum zapamiętałam cudowną Tatrzańską Łomnicę i właśnie na tę miejscowość padł nasz wybór. Mąż pojechał do biura podróży, wykupił dziesięciodniowy pobyt w dwuosobowym pokoju z łazienką w Łomnicy i cały zadowolony pognał z nartami do serwisu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce…

Zamiast śniegu było błoto, a zamiast klimatycznego miasteczka w górach, trafiliśmy do okropnej mieściny położonej centralnie w rozległym stepie. Zamiast wymarzonego hoteliku trafiliśmy do jakiegoś domu, w którym mieszkało na biedę z dwadzieścia osób i wszyscy korzystali z jednej jedynej łazienki :)

Zamiast uroczych knajpeczek, w których mieliśmy zamiar się stołować, trafiliśmy na jedyną w miasteczku, odpychającą kuflotekę z ceratami zamiast obrusów. W dodatku po brzegi wypełnioną Cyganami, którzy to, jak się później okazało, stanowili 90% mieszkańców naszego miasteczka. Tatrzańska Łomnica i Wielka Łomnica to prawie to samo i, jak zwykle „prawie” czyni dużą różnicę. W tym przypadku rzekłabym, że kolosalną 😀

Ale nie daliśmy się tak łatwo! O nie! W oddali, gdzieś na końcu stepu majaczyły słowackie Tatry, zatem następnego dnia zarzuciliśmy narty na ramiona i ruszyliśmy na przystanek tamtejszej kolejki zwanej powszechnie elektrićką. Przynajmniej to jedno się zgadzało, ale do tego, żeby ujrzeć wyczekiwaną tabliczkę z napisem pozor vlak, trzeba było przejść w błocie jakieś dwa kilometry. Ale co tam. Człowiek młody, to się nie przejmował i żwawo drałował w butach narciarskich na peron. Później jeszcze, tylko jakaś godzinka jazdy pociągiem do tej właściwej Łomnicy, ale tym też nikt się nie przejmował. Perspektywa szusowania była ważniejsza, niż wszystkie trudy, więc następnego dnia raźno zameldowaliśmy się pod gondolową kolejką. Prawie jak VIP-y. Tanio nie było, przynajmniej jak dla studentów :) Wprawdzie kasjer trochę dziwnie nam się przyglądał, ale też bez mrugnięcia okiem sprzedał nam bilety na górę.

Mniej więcej w połowie jazdy, wjechaliśmy w chmurę. Widoczność na jakieś pięć metrów, ale przecież kto ma dać radę jak nie my? Nie w takiej mgle się śmigało, więc na górze przypięliśmy narty i zaczęliśmy się rozglądać za nartostradą. Jak się okazało, śniegu tam było tyle, co jakieś nędzne pięćdziesiąt metrów kwadratowych i na tym koniec, więc trzeba było odpiąć narty i zapłacić za zjazd kolejką w dół :)

Tym razem dotarła już do nas groza całej sytuacji. Nie było śniegu, nie było gdzie jeść, a nasza kwatera zasadniczo nie sprzyjała pomieszkiwaniu, więc zainstalowaliśmy się w restauracji na dworcu w Tatrzańskiej Łomnicy i finalnie właśnie tam spędziliśmy większość całego naszego pobytu. Ależ tam gotowali! Knedliki, bravcove rezenie, wyprażany syr, tatarska omaćka, hranolky i złoty bażant :)

Oj! pojedliśmy wtedy jak nigdy. I popiliśmy. Powroty na kwaterę nie były już takie straszne, a my, co prawda odrobinę niedomyci z braku możliwości częstego korzystania z łazienki, przynajmniej byliśmy najedzeni i nauczyliśmy się na pamięć jadłospisu po słowacku. Przez tydzień zostawiliśmy u kelnera chyba dwie jego wypłaty i wszystko szło świetnie, aż w końcu nastał sylwestrowy wieczór. W cygańskim miasteczku nikt nic o żadnej imprezie nie wspominał, a w górskich hotelach wszystko już było zajęte, więc jak w dym pojechaliśmy po południu do naszego dworcowego baru z nadzieją na imprezę. Od razu, na wejściu, nasz zaprzyjaźniony kelner szybko sprowadził nas na ziemię mówiąc, że o dwudziestej pierwszej zamykają, to więc my gazem do delikatesów.

Tuż przed zamknięciem sklepu chwyciłam z prawie pustej już półki dwa tanie wina o dźwięcznej nazwie novohradska dievica, a mój mąż ucapił flaszkę z cytrynową wódką.  Była strasznie żółta 😀

Zabezpieczeni na wieczór sylwestrowy, znów stawiliśmy się w naszej restauracji i tym razem zjedliśmy na koszt firmy, ale rzeczywiście o dziewiątej wieczorem nas wyprosili i sami pojechali do domu witać Nowy Rok. Niechętnie pozbieraliśmy nasze butelki i przeszliśmy do dworcowej kasy po bilety powrotne. Dosłownie kilka metrów dalej. A tu zonk! Ostatnia elektrićka już odjechała, a następna miała odjechać dopiero kilka minut po północy…

Właśnie zaczął padać śnieg, więc czmychnęliśmy do poczekalni, ale nasze szczęście trwało krótko, bo na dwie godziny przed północą wyrzucono nas na zewnątrz i zamknięto poczekalnię. Na szczęście, na peronie stała drewniana ławeczka, więc mieliśmy gdzie przycupnąć. Było magicznie. Upragniony śnieg sypał płatkami wielkości pięciozłotówek, a dworcowy termometr nareszcie zaczął wskazywać wyczekiwane minusy.  Rzeczywiście zrobiło się czarodziejsko, dopóki nam zadki nie zaczęły przymarzać do niczym niesłoniętej ławki. Nasze spojrzenia w jednej chwili spotkały się nad siatką z butelkami. W pierwszym podejściu sięgnęliśmy po cytrynówkę. Niestety zakrętki nie dało się odkręcić, więc odbezpieczyliśmy pierwszą dziewicę z Novohradu. Ych! W życiu nie piłam takiego świństwa i nigdy mnie tak nie otrząchało po wypiciu, ale co tam! Trzeba było się jakoś rozgrzać, prawda? Mój mąż również otrząchał się równo, a śnieg, w ciągu godziny, prawie nas zasypał.

Z każdego z okolicznych hoteli dobiegały nas radosne odgłosy sylwestrowej zabawy, a my co? Jak te ostatnie bidule, jak te przemarznięte sieroty usmarkane, jak te biedne dziewczynki z zapałkami i z flaszką taniego wina w dłoni, skuleni niczym obdarci bezdomni, czekający nocą na upragnioną elektrićkę do upragnionego pokoju u naszych romskich braci… odliczaliśmy minuty.

Na godzinę przed północą ujrzeliśmy dno pierwszej butelki, ale że ohydne wińsko jakoś słabo grzało to odbezpieczyliśmy drugą butelkę.  Tę udało nam się opróżnić prawie do dna, jak na łomnickim niebie rozbłysły noworoczne fajerwerki, a nasz pociąg nareszcie odtrąbił odjazd. Zmarznięci, ale szczęśliwi zaanektowaliśmy cały przedział, odstawiliśmy wino na składanym stoliczku i w kucki przylgnęliśmy do grzejnika. Nagle mój wzrok zatrzymał się w okolicy etykietki, na której drobnym maczkiem napisano, że to było… BEZALKOHOLOWE WINO :)

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Święta Szeptuchy

Święta Szeptuchy

 

Ogień wesoło trzaskał w kozie, a Szeptucha siedziała wygodnie w fotelu. Obok, na wersalce, leżał z łapami wyciągniętymi do góry Mruczek. Wyglądał groteskowo. Najpierw był łeb z nosem skierowanym w drewniany sufit, dalej łapki, potem gruby brzuch przypominający balonik, a jeszcze dalej… A jeszcze dalej to nie wiadomo, bo zza brzucha nic więcej nie było widać. Kot się przeciągnął i smacznie ziewnął pokazując komplet kłów.

– Odchudziłbyś się spaślaku – zarechotała stara. – Wyglądasz jakby cię nadmuchali.

Kot parsknął z oburzeniem i usiadł. Zaczął od niechcenia myć łapkę, potem przeszedł do wydętego brzucha by w końcu podjąć karkołomną próbę toalety okolic ogona.

– No wiesz – żachnęła się Szeptucha. – Czy ja przy tobie…

Kot przerwał wylizywanie futerka i zatopił w babce badawcze spojrzenie zielonych oczu. Wyglądał na urażonego, a z pewnością porażonego wizją Szeptuchy dokonującej publicznie mycia okolic ogona. Babka nie miała ogona, więc wizja była tyleż obsceniczna, co bezsensowna. Mruczek wstał i ostentacyjnie odwrócił się od babki. Wyprężył ogon pokazując starej, gdzie ją ma i spiął się do skoku.

Zamierzał majestatycznie zeskoczyć z wersalki, ale w chałupie nagle rozległ się huk. Wytrącony z równowagi kot stracił płynność skoku i rozpłaszczył się bezradnie na niewielkim dywaniku.

– Prawie jak antylopa! – zarechotała babka i ze stęknięciem wstała z fotela. – Coś mi się kocie widzi, że chyba znowu gościa mamy. Zbieraj się z podłogi i idziem.

Mruczek podniósł się niechętnie i podreptał za babką. Stan niechęci pogłębił się, gdy zobaczył aurę za drzwiami. Lało jak z cebra. Deszcz, kompletnie nieprzejęty faktem, że za tydzień zaczynały się święta, lał równo dzień i noc, z zapamiętaniem tworząc zwałowiska błota na podwórku. Dodatkowo zawodził wiatr. Pędził z zawrotną prędkością i ze złowieszczym świstem poganiał za sobą krople deszczu. Mruczek nigdy wcześniej nie widział deszczu, który pada poziomo.

– Miau! – zaprotestował gorąco, widząc, że babka dziarsko zakłada gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy.

– Chodź leniu!

Mruczek wystawił ostrożnie łapki za próg i z obrzydzeniem się wycofał. Stara zrobiła dwa kroki. Błoto zassało kalosze z głośnym cmoknięciem. Szeptucha przez chwilę bezskutecznie siłowała się z żywiołem.

– Diabli nadali! – mruknęła pod nosem i pstryknęła palcami.

W jednej chwili błoto stężało a wielkie krople deszczu opadały na nie ciężko i zamiast wsiąkać w kolejne bajora, tworzyły wielkie bańki jak na asfalcie, a potem spływały w stronę lasu.

– No! – sapnęła triumfalnie stara i żywo pomaszerowała w stronę stodoły.

Kierunek wybrała nieprzypadkowo. Nawet przy tak ograniczonej widoczności, łuna nad drewnianym budynkiem była doskonale widoczna.

– Pali się? – zapytała retorycznie, pamiętając doskonale czasy, gdy podczas każdej burzy parę chałup szło z dymem. – Niemożliwe – dodała po chwili. – Zima jest. Zimą piorunów nie ma. Musi być, łuna, z innego powodu nad stodołą się objawiła.

– Miau! – potwierdził Mruczek stąpając niepewnie po stężałym przez zaklęcie błocie.

– Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Idziemy Mruczek!

Drzwi stodoły były zamknięte. Nie dziwota. Babka osobiście zaryglowała wrota, żeby Lucynie było ciepło. Słoń dzielnie znosił polską niepogodę, ale minimum komfortu zdecydowanie mu się należało. Babka odryglowała drzwi tknięta nagłym impulsem troski o indyjską słonicę. Lelka z Rajatem wyjechali do Indii i opieka nad zwierzęciem spadła na Szeptuchę.

– Lucyna! – szepnęła babka. – Lucyna, wszystko w porządku?

Tajemnicza łuna najwyraźniej miała swoje źródło za belami siana pod przeciwległą ścianą stodoły. Nieźle oświetlała boks Lucyny, która widząc babkę zatrąbiła na powitanie.

– Ciszej, gadzino! – syknęła babka, nerwowo spoglądając w stronę czerwonej poświaty.

Mruczek oszacował sytuację i w kilku susach dopadł do Lucyny. Wdrapał się na słoniowy grzbiet i schował za ogromnym uchem.

– Dekownik! – parsknęła babka.

Szeptucha ostrożnie wspięła się na bele siana i powoli wychyliła głowę. Widok był zgoła tragiczny. W rogu stodoły leżała kupka potrzaskanego drewna a obok kilka szarych zwierzaków. Wyglądały jak łosie.

– Diabli nadali! Kłusownik jakiś magazyn sobie u mnie założył? – zapytała retorycznie i po cichu.

Odpowiedzi nie uzyskała i wcale się jej nie spodziewała. Tym większe było zdziwienie, gdy jedno ze zwierząt poruszyło się niemrawo, a czerwona łuna oświetliła Szeptuchę i na moment ją oślepiła.

– Co tu się do cholery wyprawia?

– Pomóż – odezwał się głos z czeluści siana.

– A ktoś ty?

– Joulupukki.

– Jo… co? – zacukała się Szeptucha.

– Mów mi po polsku, po prostu Mikołaj – dobiegł stłumiony głos. – Pomożesz mi w końcu? Utknąłem pod saniami. Trzeba renifery wyprzęgnąć najpierw.

Stara zamrugała oczami i dokładniej przyjrzała się pobojowisku. Szare renifery zlewały się w masę poprzetykaną gdzieniegdzie rogami i kopytami. W czerwonym świetle wyglądało to nieco upiornie. Idąc tropem czerwonej łuny, Szeptucha napotkała wielki i świecący nos jednego z reniferów.

– Rudolf – mruknęła do siebie i przykucnęła.

Wyglądało na to, że wszystkie zwierzaki przeżyły, ale niektóre kopyta zwisały pod dziwnym kątem. Połamane, w najlepszym przypadku zwichnięte.

– Poświeć no tym nosem tutaj, kochaneczku – poleciła stara. – Zobaczymy, jak was rozplątać.

Rudolf posłuchał i nie bez trudu, bo przecież był unieruchomiony, wykręcił łeb w stronę połamanego dyszla.

– Niedobrze – zacmokała Szeptucha. – Jakby tak zastosować…

– Co tam tak szepczesz? – odezwał się spod sań zniecierpliwiony Mikołaj.

– Szeptuchą jestem, to szepczę – odcięła się babka. – Jak chcesz spod tych zwierzaków wyleźć, to się zamknij i daj się skupić.

Mikołaj posłusznie umilkł, choć nie odmówił sobie niecierpliwego prychnięcia. Stara nic sobie z tego nie robiąc podjęła poprzednią myśl.

– Jakby tak dać zaklęcie na supły w sznurówkach. Tu kaliber trochę większy, ale w sumie co szkodzi spróbować? – zapytała retorycznie.  – Na polu ziemniaki, a w lesie borówki, przybądźcie myszy rozwiązać sznurówki! – wydeklamowała po chwili.

Nic się nie wydarzyło. No może z wyjątkiem tego, że spod sań rozległo się kolejne prychnięcie. Tym razem zdecydowanie lekceważące. Szeptucha zignorowała je z godnością.

– Znaczy się, trza kaliber zwiększyć – powiedziała pod nosem. – Te, Rudolf, weź no poświeć jeszcze raz. Muszę się lepiej tej plątaninie przyjrzeć. No dobra, to może tak: Na polu krowy, a obok pegieery, przybądźcie skrzaty uwolnić renifery!

Spod sań tym razem nie dobiegł żaden dźwięk. Za to w kilku miejscach stodoły zaczęło szeleścić siano. Spomiędzy bel powysuwały się ostrożnie szpiczaste uszy, a za nimi głowy z rozczochranymi włosami.

– No! – powiedziała z satysfakcją Szeptucha. – Weźcie no kochaniutkie rozplączcie te bydlęta.

Skrzaty, od zawsze dobrze traktowane w obejściu Szeptuchy, skwapliwie ruszyły na pomoc reniferom. Po paru chwilach wszystkie zwierzaki zostały wyprzężone. Wstały wszystkie, ale trzy wyraźnie utykały a jeden trzymał podkurczoną lewą, tylną nogę. Musiała być złamana. Skrzaty zaparły się w tym czasie z całej siły i podniosły sanie pod którymi leżał, nonszalancko wsparty na łokciu Mikołaj. Miał wyraźnie znudzoną minę.

– W końcu! – oznajmił i dość dziarsko podniósł się z ziemi.

Babka, w obliczu takiej bezczelności, po raz pierwszy w życiu zapomniała języka w gębie.

Mikołaj siedział na wersalce i z lubością pożerał drugi talerz żuru. Wcześniej ściągnął czerwoną kurtkę i przewiesił przez oparcie krzesła. Teraz lekko popuścił czarnego pasa i z zadowoleniem poklepał się po wydatnym brzuchu. Flanelowa koszula wyglądała, jakby miały jej zaraz trzasnąć wszystkie guziki.

– Doskonały żur – pochwalił.

– Wiesz co to żur? – zdziwiła się babka. – To by znaczyło, że wy tam w tej Laponii wcale tacy dzicy nie jesteście jakby się wydawało.

– Droga koleżanko! – zaczął Mikołaj protekcjonalnie – Zapomniałaś chyba, kim jestem. To przecież oczywiste, że wiem wszystko. Przecież od lat podróżuję po całym świecie!

– Taaa…. Przez jeden dzień w roku – mruknęła pod nosem stara.

Mikołaj wyraźnie się obraził, ale potem spojrzał tęsknym wzrokiem w pusty talerz i chytrze przekalkulował, że foch w jego położeniu zupełnie się nie opłaca.

– A nie miałabyś jeszcze trochę tych pyszności? – zagaił z nadzieją w głosie.

Szeptucha westchnęła i wstała.

– Na kuchni stoi, nalej sobie – odparła. – Ja idę zobaczyć, jak się mają renifery.

Zostawiła faceta w stanie kompletnego oszołomienia. Wyglądało na to, że nigdy wcześniej nie musiał sam sobie zupy serwować. Użaliła się pod nosem na biedną Mikołajową, która najwyraźniej nie miała łatwego życia z takim gwiazdorem i narcyzem, i podreptała do stodoły. Wcześniej nakarmione i opatrzone zwierzęta stały grzecznie, zbite w ciche stadko. Rudolfowi całkiem wysiadło światło. A może działało wyłącznie po podłączeniu do sań? Szeptucha odruchowo spojrzała na nie. Były częściowo połamane, ale nawet na laickie oko starej, z pewnością da się je naprawić. Potrzeba tylko wysłać kogoś po sprytnego stolarza. Kogoś dyskretnego, kto przy okazji nie rozpowie po całych Kierzbudach i Wieprzewie, że Mikołaj miał katastrofę lotniczą właśnie tutaj.

– Mruczek! – powiedziała półgłosem Szeptucha. – Wyłaź, zakało jedna! Wszystko na mojej głowie ma być?

Kot niechętnie wylazł zza ucha Lucyny i ziewnął przeciągle.

– Pójdziesz mi zaraz do sołtysa Alojzego i go tu przyprowadzisz. Sprawy się mają tak, że cudzoziemiec nam się rozbił, więc to sprawa naruszenia granic państwa i władza się tym zająć powinna.

Kot popatrzył ze zdumieniem na babkę, którą zawsze miał za anarchistkę i która władzę, zwłaszcza w osobie sołtysa Alojzego, miała głęboko w nosie.

– No dobra, żartowałam. Potrzebny jest, żeby po stolarza pojechać – zarechotała babka i wyszła ze stodoły.

Mruczek coś tam pomamrotał pod nosem, ale posłusznie wyszedł w nocny świat i skoczył pomiędzy jałowce. Szeptucha, nie zawracając nim sobie dłużej głowy, poszła do chałupy. Trzeba w końcu wypytać szanownego gwiazdora, skąd właściwie się tu wziął i co dalej zamierza robić.

Na tydzień przed świętami Kierzbudy były całkowicie pogrążone w ciemnościach i błocie. Latarnie, jak zwykle wysiadły, chociaż jakby tak przeanalizować godną podziwu cykliczność ich odłączania, to w logicznie myślącym stworzeniu mogła powstać myśl, że to gmina robi sobie oszczędności. Lampek ani innych ozdób, też rzecz jasna władza nie ufundowała, a mieszkańcy ubierali choinki i wieszali lampki dopiero przed Wigilią. I przy okazji sporadycznych wizyt w mieście pukali się w głowę na tę bizantyjską iluminację w supermarketach, która zohydzała miastowym atmosferę świąteczną już w pierwszej połowie listopada. Jeszcze ludzie zniczy do koszyków nie powkładali a już im nad głowami trąbią kolędy w wersji disco polo. Nie to, żeby mieszkańcy Kierzbudów gardzili disco polo, ale kolędy to się śpiewa w kościele na Pasterce, a nie w Biedrze przy chłodni z promocyjną karkówką na grilla, i do taktu kościelnych organów, a nie w rytmie pikania sklepowych kas.

Co nie zmienia faktu, że pogoda w tym roku świątecznie nie rozpieszczała. Główną drogą płynęły strumienie wody, a podsiąkająca błotem ścieżka prowadząca do sklepu gwarantowała prawdziwy survival. Sklepowa Jadźka położyła w bajorach parę cegieł, ale gimnastyka związana z ich pokonywaniem stanowiła prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza dla Zenka Kapelusznego, który umówił się na wieczorne piwko z Jackiem Wrębnym. Raz, że nie sposób bez zamoczenia butów przeskoczyć po cegłach, jak człowiek trochę zawiany, a dwa, ławka kompletnie mokra. Dramat.

Mruczek natomiast przeskoczył z gracją po cegłach, kompletnie nie zwracając uwagi na tragedię Zenka. Wszedł na schodki prowadzące do sklepu i nie bez wysiłku wskoczył na płot oddzielający królestwo sklepowej Jadźki od posesji sołtysa. To była jedyna sposobność, by ominąć psy, które z ogromnym zaangażowaniem patrolowały podwórko.

Mały spacer po płocie i już można było zeskoczyć po kratce, służącej latem za podporę dla ogórków. Wprost na werandę. Głupie psy ujadały tymczasem przy bramie. Widać Zenek narobił hałasu. Kot wygiął sfatygowany kręgosłup i zaczepił pazury na ramie okiennej. Drzwi tarasowe były zamknięte na głucho. W końcu zima, koks kosztuje, strach otwierać. Niemniej niewielkie okno tuż obok było lekko uchylone. I tam właśnie Mruczek rozpoczął włam. Szło mu dość mozolnie i przez myśl przemknęło mu nawet, że może faktycznie powinien się odchudzić, ale udało mu się podważyć łapką haczyk blokujący okno, więc szybko porzucił ową myśl jako niedorzeczną.

Zeskoczył z gracją do łazienki i momentalnie się zorientował, dlaczego pomimo sezonu grzewczego ktoś zadbał o wietrzenie pomieszczenia. Krzywiąc nos od fetoru podbiegł do drzwi i nie bez wysiłku skoczył na klamkę. Wybiegł ze środka jak oparzony.

– Alojzy, cholera jasna, ile razy można mówić, żebyś zamykał te drzwi? Czy koniecznie cały dom musi czuć, że byłeś w klopie? – wydarła się z kuchni sołtysowa.

– A co ty znowu chcesz ode mnie kobieto? – odkrzyknął z salonu jej mąż.

Kot, nawet ucieszony, że tak szybko udało mu się zlokalizować sołtysa, poszedł w stronę źródła głosu i po chwili wskoczył na stojący przed kanapą niski stolik. Na kanapie leżał odziany w pasiastą piżamę sołtys i oglądał telewizję. Mruczek, z właściwą kotom złośliwością, usiadł dokładnie tak, żeby zasłonić mu ekran.

– Spadaj sierściuchu!  Jolka! Zabieraj mi stąd to bydlę. Ile razy mówiłem, żeby do domu nie wpuszczać! Co to za kot?

– Dobry wieczór – odparł lodowatym tonem Mruczek. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

W sołtysa jakby piorun strzelił. Usiadł prosto na kanapie z wytrzeszczonymi oczami i energicznym ruchem dłoni odprawił małżonkę, która zwabiona krzykami stanęła w progu salonu.

– O pppan kot! Jakże mi miło! Co słychać u czcigodnej Szeptuchy?

– Sprawę ma. Niecierpiącą zwłoki. – odparł Mruczek i zamierzał odejść z godnością tą samą drogą, jaką przyszedł, ale przypomniały mu się ciężkie warunki atmosferyczne panujące w łazience. – Proszę mi drzwi otworzyć, tylko najpierw coś z tymi psami zrobić.

– Jolka! – krzyknął do małżonki sołtys – Leć uwiąż Burka i Azora. Tylko migiem!

A potem ojciec wsi założył na piżamę waciak, a na stopy wzuł gumofilce. Pospiesznie ruszył w deszczową noc.

Szeptucha nie wierzyła własnym oczom. Mikołaj najwyraźniej rozprawił się z całym garnkiem żuru, bo na dnie nie było nawet kropelki. Przy okazji buszowania w okolicach pieca, namierzył także flaszkę pigwówki i obecnie raczył się nią siedząc na ulubionym fotelu Szeptuchy i bawiąc się jej osobistym pilotem do telewizora.

Starej mało szlag na miejscu nie trafił, a gorące pragnienie, żeby jak najszybciej wykurować renifery i ściągnąć stolarza do sań nieomal wypaliło rumieńce gniewu na jej policzkach.

– Mam nadzieję, że ci smakowało – powiedziała z drwiną w głosie.

Mikołaj nie wyczuł ironii. Beknął donośnie i uśmiechnął się promiennie do Szeptuchy.

– Doskonały żur i jeszcze lepsza naleweczka. Poczęstujesz się? – zapytał uprzejmie, wyciągając w jej stronę potężną dłoń z flaszką.

– Dziękuję – babka odparła sztywno. – Słuchaj, jak to się właściwie stało, żeś się rozbił? I to na dokładkę w naszych Kierzbudach? – zapytała, uznając w duchu, że każdy okruch wiedzy pomoże jej ułożyć plan pozbycia się Mikołaja.

– Sam nie wiem. Leciałem sobie spokojnie, zniżałem się już do lądowania, a tu nagle huknęło coś znienacka. Renifery spanikowały, powpadały na siebie i kraksa gotowa.

– Niefortunnie – mruknęła stara. – A dlaczego żeś chciał tu lądować? Jaki interes ma, w tej naszej dziurze, światowego formatu celebryta?

Mikołaj pociągnął potężnie z flaszki, wyraźnie zadowolony z komplementu. Ponownie nie wyczuł drwiny w słowach babki.

– No to w sumie sprawa rodzinna, ale mam dług wobec ciebie kobieto, więc opowiem. Przyleciałem po starą. – wyznał.

– Jaką starą? Czyją starą? – nie zrozumiała Szeptucha. – Weź ty już może nie pij tej nalewki, co?

– No jaką starą i jaką starą! – zaczął ją przedrzeźniać Mikołaj, ale po chwili zmarkotniał. – Teściowa! Matka pani Mikołajowej! Na święta, do Laponii, przyjechałem ją zabrać, bo mi kobieta łeb suszyła.

Szeptucha wyglądała, jakby ją piorun strzelił. Nie dość wilkołaków, dusioła, zębnych, duchów, pijaków i innych lokalnych oryginałów w Kierzbudach? Jeszcze i Mikołaj się musiał ze wsią skoligacić? Czuła jednak, że prawda jest straszniejsza, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

– A która to ta twoja teściowa? – zapytała ostrożnie.

– Zofia Stachańska. Z jej córką Pelagią się ochajtałem.

– O słodki Jezu! – wyszeptała z trwogą w głosie Szeptucha.

Nagle stało się jasne, dlaczego Mikołaj niespecjalnie się martwił rozbitymi saniami i bez umiaru jadł i pił jak się z łańcucha zerwał. Stachańska i jej córki to były takie hetery, że chłop łatwego życia na pewno nie miał. Co gorsze, wychodził do pracy tylko raz w roku i na dodatek na nocną zmianę. To oznaczało, że przez 364 dni w roku, a jak się rok przestępny trafił to i przez 365, siedział ze zrzędzącą babą w domu. Szeptucha wstała z wersalki i ze współczuciem spojrzała na Mikołaja.

– Zjesz no kochaniutki kiełbasy? Dobra, swojska. Jacek Wrębny mi przynosi…

Sołtys gnał przez noc swoim czerwonym Punto. Błoto bryzgało na przednie reflektory, ale Alojzy nie zaryzykował nawet chwilowego przystanku. Bał się, że jak się zatrzyma to mu się wóz w błocie zakopie a w środku lasu raczej pomoc drogowa go nie znajdzie. A tak naprawdę to bał się gniewu Szeptuchy, która kazała mu niezwłocznie jechać po dobrego stolarza. Wyglądała przy tym na dość zdesperowaną. Alojzy nie wykluczał, że mogło mieć to związek z grubym, w sztok pijanym facetem, który plądrował jej lodówkę.

Najlepszym fachurą od drewna był Józek z Zamiedzewa i tam właśnie pędził, co mechaniczny koń wyskoczy, nasz dzielny sołtys Alojzy.

Wkrótce wracał z triumfalnym uśmiechem na twarzy i trofeum w postaci zaspanego stolarza Józka. Ten, po obejrzeniu sań fachowym okiem, powiedział, że naprawa potrwa co najmniej kilka dni.

Szeptucha spojrzała na niego z trwogą w oczach.

Zenek grzał dłonie przy palenisku, niespiesznie popijając piwko. Pełni rozkoszy dopełniał fakt, że portki już mu wyschły, a przed nim, na wyszczerbionym talerzu z napisem Społem, leżały pęta wyśmienitej kiełbasy z dzika. I była jeszcze wisienka na torcie, czyli wspaniali kumple. Naprzeciwko niego siedział jego druh, kłusownik Jacek Wrębny, a z lewej strony kiwał się nad stołem poznany pod sklepem kompan.

– Mikuś! – zabełkotał Jacek trącając sympatycznego grubasa ubranego we flanelową koszulę. – Mikuś, nie śpij! Piwko by się przydało!

– No to list napisz! – wymamrotał Mikołaj. – I dla kolegów też poproś.

Jacek ochoczo przysunął do siebie kartkę papieru, na której parę godzin wcześniej zaczął pisać:

Kochany Mikołaju!

Bardzo Cię proszę, przynieś mi, Zenkowi i sobie: piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo…

Jacek dopisał koślawo, choć z zachowaniem interpunkcji, bo po przecinku, kolejne trzy piwa, które zmaterializowały się na stole z cichym pyknięciem. Każde z osobna zapakowane w świąteczny papier i przewiązane ozdobną wstążeczką.

– Królu złoty! – powiedział z podziwem Zenek i nabożnie złożył dłonie.

Z takim kompanem wizja świąt przedstawiała się więcej niż zachęcająco.

Mikołaj przepadł pięć dni temu i Szeptucha zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Ostatni raz widziała go, gdy poszedł na spacer po wsi, oczywiście starannie i szerokim łukiem omijając chałupę Stachańskiej. Skoro z planu zawiezienia teściowej do Laponii, póki co były nici, to nie było sensu nawiązywać z nią, z pewnością gwałtownego w skutkach, kontaktu.

Stolarz Józek dostarczył sanie dzisiaj rano, a tego gamonia Mikołaja dalej nie było. Kładąc się spać Szeptucha pomyślała, że jutro musi koniecznie ruszyć na poszukiwania. Obleciała wszystkie kamery w Kierzbudach i co chwilę sprawdzała ruch na swojej ścianie pełnej monitorów, ale absolutnie nigdzie nie było nawet śladu Mikołaja. Prawie usypiając, stara zorientowała się, że umknęło jej coś istotnego. Zenek! Jego od kilku dni też nigdzie nie było. Nawet pod sklepem, a przecież niezależnie od pogody bywał pod nim zawsze. W domu też się nie pokazał. Oba zniknięcia miały ze sobą związek.

– No to już wiem, gdzie jesteście i co robicie! – mruknęła babka.

Jedynym miejscem, gdzie nie miała ukrytych kamer była leśna chata kłusownika Jacka Wrębnego.

Mikołaj siedział na wersalce w domu Szeptuchy i pojękiwał cicho. Nos miał tak czerwony, że wyglądał nieomal jak Rudolf.

– I na co ci to było, durniu jeden? Żonie ze smyczy się urwałeś i małpiego rozumu dostajesz? – szydziła babka.

– Cicho! Nie krzycz tak. – odparł z błaganiem w głosie skacowany jak siedem nieszczęść Mikołaj.

– Wiesz, że jutro Wigilia? Sanie naprawione. Uważasz, że prezenty same się rozwiozą? A Mikołajowa? Zapomniałeś?

– Chcę umrzeć! – jęknął Mikołaj i położył się na wersalce.

Babka wzruszyła ramionami. Nie miała serca mu mówić, że to nie koniec problemów. Większość reniferów jeszcze nie doszła do siebie i z pewnością nie będą mogły jutro nigdzie polecieć.

W Wigilię, koło południa, Mikołaj wstał rześki. Założył swoją czerwoną kurtkę, zapiął czarny pas ze złota klamrą i wyszedł przed chałupę. Lało jak z cebra i nie zamierzało przestać. Zupełnie, jakby trwał biblijny potop. Poszedł do stodoły i z uznaniem obejrzał sanie. Stolarz wykonał pierwszorzędną robotę. Znacznie gorzej rzecz się miała z reniferami. Zatroskany Mikołaj podszedł do nich a one zaczęły się do niego łasić, ale szybko odskoczyły porażone alkoholowym wyziewem z jego paszczy.

– Oj biedaki wy moje! Jak my teraz polecimy?

– Coś wymyśliłam – rzekła na to Szeptucha stając w drzwiach stodoły. – A teraz chodź, żuru ugotowałam, to se na kaca zjesz.

Szeptucha dopięła korale i przygładziła fałdy staromodnej garsonki. Po odprawieniu Mikołaja w świat wybierała się na uroczystą kolację do swojego wnuka Bogusia i jego żony Jaśki.

– No, komu w drogę, temu czas! – oświadczył Mikołaj, mocując na głowie czapkę z pomponem.

Ramię w ramię wyszli na podwórze, gdzie ociekając deszczem stały sanie. Do nich zaprzęgnięta była Lucyna. Nie wyglądała na zachwyconą.

– Tak, jak się umawialiśmy! Za tydzień oddajesz słonia i zabierasz renifery – przypomniała babka.

– I tak będę przylatywał po teściową. Pelagia kazała przywieźć matkę na Sylwestra. – odparł ponuro Mikołaj.

Szeptucha zaśmiała się złośliwie.

Wkrótce sanie wystartowały, a nad Kierzbudami rozległo się donośne trąbienie.

Korzystając z tego, że deszcz chwilowo osłabł, dwaj kompani, Zenek i Jacek rozściełali siatki z Biedronki i przysiedli na ławeczce pod sklepem. Otworzyli po piwku i zapatrzyli się w niebo. Nad ich głowami poszybowały majestatycznie sanie zaprzężone w słonia.

– Patrz Zenuś! Ja te sanie niedawno nad lasem widziałem. – ucieszył się Jacek.

W tej samej chwili pod ich stopami zmaterializowały się dwa kartony piwa przewiązane tasiemkami z ozdobnymi kokardami.

– Patrz, kompan nie zapomniał o nas – powiedział z zadumą kłusownik Jacek. – A ja mu cholera ostatnio te sanie zestrzeliłem – dodał ze wstydem.

– Jak to, Jacuś? A po coś to zrobił? – zdziwił się Zenek.

– Nie w sanie, a w renifery celowałem.

– A po co?

– A jakoś tak z przyzwyczajenia, Zenuś. Mięso jest mięso…

Z ganku domu wnuka, Szeptucha obserwowała lot sań nad lasem. Ledwo je było widać w gęstniejącej z każdą chwilą ulewie. Nagle pod jej stopami pojawił się wielki gar przewiązany czerwoną wstążką. Żur.

Babka ryknęła homeryckim śmiechem i pokiwała głową.

– Aleś wymyślił! – parsknęła. – A mogłeś, bubku jeden, wspólny prezent dla całych Kierzbudów wymyślić. Ale to na chłopski rozum za dużo, co? – zarechotała.

A potem pomamrotała coś pod nosem, pstryknęła palcami i całe błoto zmieniło się w śnieg. Zamiast ciężkich kropel, na ziemię zaczęły miękko opadać duże płatki śniegu.

– Wesołych Świąt, ludziska! – obwieściła stara bielusieńkiej wsi i weszła do domu wnuka.

O jej nogi ocierał się Mruczek.

:)

Święta, święta…

Święta, święta…

 

Iza: Wiesz co? Właśnie włączył mi się przedświąteczny stres. Zawsze tak mam, że na kilka dni przed świętami zaczynam odczuwać niepokój.

Jagna: Z czym konkretnie?

Iza: Że nie zdążę, w sensie, że przy gotowaniu mi coś nie wyjdzie, że czegoś zapomnę, choć się to nigdy nie zdarzyło, że coś jeszcze w międzyczasie zawalę i że komuś prezent nie siądzie. Starczy?

Jagna: Wcześnie Cię z tym stresem naszło w tym roku :)

Iza: To wszystko przez faceta z warzywniaka, w którym zawsze robię zakupy. Sprezentował mi dziś susz na wigilijny kompot. Wiesz jak ja nie cierpię tego kompotu?! Taki mętny i ciepły…, i te sflaczałe owoce. A fuj!  Aż mnie potelepało na samą myśl.

Jagna: To po co go robisz?

Iza: Bo Zbysiu uwielbia :) A ja uwielbiam zapach tego suszu. To mój ulubiony świąteczny zapach. A ty masz jakiś ulubiony? Z czym najbardziej kojarzą Ci się święta?

Jagna: Z czym najbardziej kojarzą mi się święta? Ha! Trudne pytanie, ale podejrzewam, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że ze świątecznym jedzeniem. Od najmłodszych lat miałam tak, że gdy tylko napłynęły pierwsze zapachy bigosu, to pchałam się do kuchni i nie dawałam się mamie ścierą przepędzić. Kulminacyjnym punktem kuchennej okupacji było oczywiście wylizywanie łopatek od miksera z kremu, który mama szykowała do wigilijnego tortu makowego. Czasy były, jakie były, słodyczy jak na lekarstwo, więc trudno się specjalnie dziwić 😀

Jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze na świecie były wigilijne pierogi z kapustą. Kiedyś z kuzynem (a mieliśmy może po 10 lat) zrobiliśmy zawody, które z nas zje ich więcej. Gdzieś po piętnastym straciliśmy rachubę, po czym ja opadłam na krzesło i myślałam, że zaraz pęknę, a on spokojnie zaatakował śledzie. Konsumował dłuższy czas, po czym nagle zzieleniał i poleciał truchtem do łazienki. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrałam, bo kuzyna z konkursu wykluczył niedozwolony doping w postaci śledzi 😀

Iza: Nie no, takich jazd to u mnie nie było :) Ale generalnie pierwsze skojarzenie to karp po żydowsku. Mniej więcej w co drugiej mojej książce bohaterka przyrządza go na Wigilię. No i oczywiście barszcz z uszkami, choć barszcz sam w sobie na naszym stole gości dość często, ale komu by się chciało lepić uszka w lipcu? Choć jestem osobą zapobiegliwą i już w wakacje obmyślam, co komu kupić pod choinkę  :) A tak na marginesie, kiedy przestałaś wierzyć w Mikołaja?

Jagna: Ty wiesz? Dokładnie nie pamiętam, więc to musiało być wcześnie. Mam w głowie jedynie taką migawkę, że tuż przed Wigilią zadzwonił telefon. Pamiętam go. Taki żółciutki i oczywiście z tarczą :) Mama mnie zawołała mówiąc, że Mikołaj dzwoni. I w telefonie rozległ się tubalny głos, którego się tak przestraszyłam, że mało w gatki ze strachu nie narobiłam. W ten sposób sąsiad (o czym dowiedziałam się długi czas po tej rozmowie) zapisał mi się w głowie traumą telefoniczną 😀

A jak było u Ciebie? Ej, a tak mi się skojarzyło, w Krakowie to pod choinkę Aniołek prezenty przynosi?

Iza: Ja zawsze zaliczałam się do tych łatwowiernych i naiwnych, więc wierzyłam dość długo. Nie pomogły nawet sensacyjne doniesienia od koleżanek, przedwcześnie uświadomionych przez starsze rodzeństwo. Ja wiedziałam swoje i z wypiekami na twarzy co roku układałam na parapecie list i grzecznie czekałam na prezenty. Do myślenia dało mi dopiero pewne zdarzenie u mojego kolegi, którego pewnej nocy z piątego na szóstego grudnia obudziły przekleństwa i hałas. Jak się okazało, przed snem nie odstawił tornistra na miejsce, a jego ojciec idąc po omacku z prezentami, potknął się o tornister i jak długi runął na podłogę. Przy okazji facet złamał sobie rękę i zmiażdżył część prezentów. Tak więc następnego roku postanowiłam sprawdzić, co jest grane z tym Mikołajem i nic nikomu nie mówiąc napisałam list i jak zwykle położyłam go na parapecie. Zazwyczaj znikał po kilku godzinach, tym razem leżał kilka dni. Znikł dopiero wtedy, gdy mama wyraziła swoje „zaniepokojenie” i zapytała czy napisałam już list. Powiedziałam, że list leży i czeka od tygodnia. No i cała   sprawa się rypła, bo list wyparował w pół godziny :) Później wystarczyło już tylko sprawdzić szafki.

A w temacie Aniołka, to niby kto ma przynosić prezenty pod choinkę? Mikołaj przychodzi 6 grudnia, więc to nie może być w kółko jeden i ten sam gość.  Choć z dwojga złego zawsze to lepsze niż jakiś Gwiazdor :)

Skoro już jesteśmy przy świątecznych regionalizmach, to jaką w Warszawie jada się zupę w Wigilię? Dasz krótki przepis?

Jagna: W Warszawie trwa odwieczna walka czerwonego barszczu i grzybowej :) U nas w domu rozwiązało się sprawę tak, że w Wigilię podajemy jedno i drugie. Czerwony barszcz oczywiście z uszkami a grzybową z makaronem. Barszcz jak barszcz, ale grzybowa musi być esencjonalna i czarna jak smoła. Już od sezonu grzybowego zbieramy na nią tzw. „smak”. Oznacza to po prostu tyle, że po każdych gotowanych grzybach koncentruje się pozostały wywar i mrozi. W przeddzień Wigilii się te wszystkie zapasy wyciąga, wrzuca do gara, dolewa wody, dodaje przemysłowe ilości suszonych grzybów oraz cebulę i dość długo gotuje. I to właściwie, po pierogach, jest moją ulubioną potrawą. Co nie znaczy, że gardzę barszczem z uszkami 😀

Chociaż i tak najważniejsze są prezenty i w cywilizowanych miejscach przynosi je Mikołaj, a nie żaden Aniołek 😀

A pamiętasz swój prezent marzeń? Taki, że aż Cię zatkało wrażenia? U mnie to był chomik, konspiracyjnie przechowywany u sąsiadów. Myślałam, że się posikam z radości jak znalazłam go pod choinką. Autentycznie zatkało mnie z radości. Mojego kota też 😀

Iza: To były narty, ale przy tej okazji zatkało mnie na dłużej z innego powodu… Miałam wtedy może 3-4 lata, gdy przyszedł do mnie św. Mikołaj z obstawą w postaci diabła i anioła. Mikołaj był prawdziwy. Biskup jak trzeba, nie jakiś pajac z koncernu. Anioł był cudowny, miał prawdziwe skrzydła i blond włosy, ale najlepszy z tej trójki był diabeł.  Na rogach miał mrugające czerwone lampki. Cały czas chodził po przedpokoju. Jedną ręką kręcił młynki ogonem, drugą potrząsał brzęczącym łańcuchem.  Dałabym głowę, że miał nawet kopyta! Tak mnie zamurowało z wrażenia, że wypuściłam powietrze dopiero jak wyszli. Po latach dowiedziałam się, że byli to aktorzy z teatru Bagatela, zatem pełna profeska.  Dorosły by się nabrał :) Pamiętam tego diabła, wymarzone narty, które wtedy dostałam i konsternację Mikołaja, jak na jego standardowe pytanie, czy byłam grzeczna, uczciwie powiedziałam, że nie za bardzo, i że nadal obgryzam paznokcie :)

Drugim, niestety już nie tak miłym, wspomnieniem pozostaje w mej pamięci widok prezentów pod choinką w Wigilię, w stanie wojennym. Mama stanęła wtedy na głowie i skądś wytrzasnęła prezenty, ale nie miała ich w co zapakować, więc zapakowała wszystko w wymięty szary papier i w gazety.  Może właśnie dlatego teraz godzinami ślęczę przy pakowaniu prezentów, choć dziś najlepiej kupić ozdobne torby i załatwić sprawę w kilka minut.  Ciekawe, jak u Was? Papier czy ozdobna torebka? Łatwizna, czy męka dla bliżej nieokreślonej idei? 😀

P.S. Jakoś strawię tę aluzję, w tym słabo zawoalowaną dyskredytację Krakowa oraz Aniołka. W końcu idą Święta i należy być dobrym dla bliźnich. Na szczęście nie przychodzi do nas Dziadek Mróz i z tego należy się cieszyć 😀

Jagna: Tu się zgadzam. Dziadek Mróz niech w Rosji siedzi 😉 A z tym pakowaniem prezentów to różnie u mnie bywa.  Z natury jestem estetką i lubię rzeczy ładne, ale przed świętami jest tyle do roboty, że czasami ratuję się torbami. Gazet w każdym razie, jak żywo, nie pamiętam 😀

Poza tym wyznaję zasadę, że wstążeczka zawsze ratuje sytuację. W zeszłym roku się zawzięłam na piękne pakowanie. Spędziłam nad tym parę godzin, ale efekt był imponujący: ładny papier, piękne wstążki i nawet gałązki choinkowe. Normalnie żałuję, że zdjęć nie porobiłam :)

A jak już tak temat choinki wypłynął, to muszę Ci powiedzieć, że absolutnie nie uznaję sztucznej. I nawet nie o wygląd chodzi, tylko o ten zapach. Jeśli w domu nie pachnie choinką, to tak, jakby świąt nie było. I pewnie sobie naiwnie teraz pomyślałaś, że skoro jestem zamiłowaną estetką, to i moja choinka się elegancko prezentuje. Otóż nic bardziej błędnego. Moja choinka to totalny bazar obwieszony bagażem sentymentalnym 😀

Czego tu nie ma! Koślawe łańcuchy z kolorowego papieru produkowane przez kolejne pokolenia dzieci, zabawki choinkowe rodem z PRL-u i nawet papierowy paw, którego z pomocą mamy skleiłam, gdy miałam z pięć lat. Jest tak obleśny, że przez całe święta toczymy z mężem wojnę. Ja pawia montuję na samym froncie a Piotrek po cichu go wrzuca na tył choinki. No to ja go znów na widok wystawiam. I tak przez całe święta aż do dnia rozebrania choinki, gdy ów koszmarny paw ląduje na kolejny rok w kartonie z bombkami 😀

Niech zgadnę! U Ciebie jest elegancko i choinka posiada konkretny zestaw kolorystyczny, zgadłam? :)

Iza: Niezupełnie. Posiada kilka zestawów kolorystycznych :) Co roku kto inny decyduje w jakim kolorze lub zestawie kolorystycznym ubrana będzie choinka, więc co roku jest inaczej. Odnośnie samej choinki, to niestety ostatnimi laty mamy sztuczną. Po pierwsze, od wielu lat wyjeżdżamy na narty już w pierwszym dniu świąt, więc zawsze po powrocie do domu już w styczniu, zastawaliśmy zasuszonego drapaka. Swoje dołożyły również zwierzęta. Psu tak pachniało ogrodem i lasem, że nieraz potrafił się zapomnieć i centralnie choinkę obsikać, ale to jeszcze pół biedy. Najbardziej w kość dają koty. Szajbie kilka razy zdarzyło się choinkę przewrócić, bo się na nią wdrapała. Wprawdzie ostatnio na zimę tyje i przybiera formę kulistą, więc już nie za bardzo jej się chce latać po drzewach, ale kto ją tam wie. Natomiast Kapsel, na widok choinki i ozdób, dostaje kompletnego świra. Przy nim żadna choinka by nie przeżyła, gdyby moja córka nie doznała olśnienia, że koty nie lubią zapachu cytrusów. Ususzyłam zatem w piekarniku plastry pomarańczy i udekorowaliśmy nimi choinkę. Patent zadziałał, bo koty obraziły się na amen i nawet do niej nie podeszły, więc w tym roku znów będzie u nas cytrusowe drzewko :)

Pomału będę już kończyć, bo kuchnia mnie wzywa i trzeba ruszyć do garów, ale mam nadzieję, że nie każesz się prosić i wrzucisz fotkę tego pawia :) Ciekawość mnie zżera, o co z Piotrkiem tak zawzięcie walczycie, a korzystając z okazji chciałabym Wam oraz wszystkim naszym wspaniałym czytelnikom i sympatykom złożyć życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jagna: Wesołych Świąt Kochani :)

Ps. Skoro tak ładnie prosisz, to poniżej masz zdjęcie pawia. Tylko pamiętaj! Co się zobaczy tego się nie da odzobaczyć 😀

 

Widelcem podpisane: Z miłości do gotowania

Widelcem podpisane: Z miłości do gotowania

15577867_1349068291790275_1455077283_n

Program MasterChef oglądamy często i z dużym zainteresowaniem, więc propozycję zrecenzowania najnowszej książki zwyciężczyni piątej edycji programu przyjęłyśmy z przyjemnością. I przy okazji taka refleksja nas naszła: skąd ostatnimi czasy taka oszałamiająca kariera programów i książek kulinarnych? Blogi o gotowaniu już od lat mnożą się jak grzyby po deszczu a tuż obok nich rosną opiniotwórcze strony poświęcone ocenom gastronomicznej mapy Polski. Odpowiedź jest prosta: rośnie świadomość kulinarna naszych rodaków.

Właściwie każdy chce zjeść dobrze i możliwie zdrowo a przede wszystkim smacznie :)

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że widowiska telewizyjne typu MasterChef są w całości reżyserowane i montowane tak, by z kilometrów taśmy wycisnąć kilkadziesiąt najbardziej atrakcyjnych minut. Przez to jedność akcji z czasem nieco się rozmija, bo heloł? Ugotować w 90 minut trzydaniowe menu degustacyjne, z czego na każde z dań składa się dziesięć mniejszych danek? Nierealne 😉

Wszystko fajnie, można sobie takie kuchenne SF pooglądać dla przyjemności w niedzielę wieczorem, ale w domowej praktyce kuchennej raczej nie na wiele się to zda. Dlatego naszą główną obawą, gdy zaczęłyśmy czytać Z miłości do gotowania Magdaleny Nowaczewskiej było właśnie to, czy lektura nie będzie oderwana od rzeczywistości.

Po przewertowaniu grubo ponad stu przepisów spieszymy poinformować, że nie jest. Większość proponowanych receptur to całkiem proste patenty na codzienne i niecodzienne gotowanie. Całość podzielona jest na siedem działów tematycznych a w nich kryją się przepisy na najróżniejsze okazje. Począwszy od zwyczajnych, szybkich śniadań, które można przygotować przed biegiem do pracy aż po wykwintne (choć nadal dość proste w wykonaniu) torty, homary i pomysłowe dania z soczystą jagnięciną w roli głównej.

Tym co wyjątkowo cieszy w propozycjach kulinarnych Magdy jest taki dobór składników, który nie nastręcza większej trudności w ich zdobywaniu. Serdecznie nie cierpimy przepisów, w których autor dania sili się na kłaczki z uszu królika z Wysp Wielkanocnych zbieranych podczas pełni księżyca, które to koniecznie muszą występować w „towarzystwie” mchu szczypanego spod zadków renifera za pomocą inkrustowanych szczypczyków wykonanych ze srebra wydobywanego przez walijskie gnomy.

Nie i jeszcze raz nie! Przepisy mają być pomysłowe, ale możliwe do zrealizowania w naszej szerokości geograficznej przy pomocy tego, co oferują nasze rodzime sklepy. W innym przypadku książka kucharska wkurza i frustruje zamiast pomóc domowym kucharkom w misji uszczęśliwiania domowników i gości.

Z pełną odpowiedzialnością za własne słowa polecamy książkę Magdy, właśnie dlatego, że każdy jest w stanie odwzorować każde z proponowanych dań. Proszę bardzo: ktoś ma ochotę na smaczne śniadanie inaczej, niż nieśmiertelne jajko na miękko? No to Magda ma dla Was omlecik z bundzem :)

A może teściowa wpada na obiad i chcecie błysnąć czymś ekstra? Nie ma sprawy. Co powiecie na banalne w produkcji, ale niezwykle efektowne risotto z kurkami udekorowane rukwią wodną? To jest zresztą kolejna rzecz, za którą chcemy pochwalić Z miłości do gotowania. Zioła. Mnóstwo aromatycznych i świeżych ziół, które sprawią, że nawet najbardziej banalna potrawa staje się wyjątkowa.

Z wielką przyjemnością podpisujemy tę książkę naszym zielonym widelcem i podpowiadamy, że jeśli nie wiecie co dać w prezencie lubiącej gotować matce/siostrze/żonie/kochance, to ze spokojnym sumieniem możecie zakupić Z miłości do gotowania Magdaleny Nowaczewskiej. A autorce życzymy wielu sukcesów kulinarnych. I nie tylko :)

Tornado 10

Tornado 10

Ciągle ktoś mnie pyta dlaczego robię to, co robię, a ja nie za bardzo wiem jak mam odpowiedzieć, żeby przy okazji nie wyjść na wariatkę. Tornado wprawdzie ostatnio wyraźnie zmniejszył częstotliwość dostarczania nam ekstremalnych doznań, ale nadal jesteśmy czujni jak ważka. Rzecz jasna, nikt nie wie, ile on ma lat, ale wyraźnie się postarzał. Posiwiał, gubi zęby i regularnie łyka lekarstwo na artretyzm. Ale nic sobie z tego nie robi. Właśnie leży na plecach w nowym kojcu i chrapie jak stary marynarz, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Przecież na emeryturze też się coś stworzeniu od życia należy, więc czasem jeszcze jakiś numer się wytnie :)

A było to tak…

Wichura wyrwała nam z płotu sztachetę, a w ślad za tym Tornado wylazł przez dziurę w ogrodzeniu i oddalił się w niewiadomym kierunku. Trudno. Raz w jego karierze pewnie już jakoś tak ze 105, więc jak widzicie jestem zaprawiona w bojach. Jak go tylko auto nie trzepnie, to gdzieś się przybłąka, ktoś się znowu nabierze na to jego poczciwe ryło i do mnie zadzwoni, że znalazł pieska. Zatem luzik. Czekamy.

Minęła godzina.
Telefon:
– Dzień dobry, czy nie zginął pani piesek?
– Zginął.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30 (gigantyczne osiedle wokół, milion adresów).
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Miła pani przechowała psa do mojego przyjazdu. Zastałam gnojka na kocyku, z pełną michą, w dodatku mizianego przez dwójkę dzieciaków, co to w domu pieska nie mają. Nie wiem, kto był bardziej rozanielony tym mizianiem. Dzieci czy pies. Przejęłam zbiega i chciałam jakoś się zrewanżować, ale pani odmówiła stanowczo.


Trzy tygodnie później…

8.00 rano. Właśnie, połamana na maksa po wcześniejszym pilatesie, startuję ja sobie na jakiś normalny trening, żeby rozruszać bolące zwłoki…
Telefon:
– Dzień dobry, czy przypadkiem nie zginął pani kotek? Czarna kicia z obrożą.
– Nie zginął, po okolicy łazi, więc proszę ją wypuścić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Trafi do domu- strzeliłam standardową formułkę.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30. Właśnie do mnie przyszła i nie chce wyjść.
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Tutaj wypadałoby napisać „kurtyna”, ale to jeszcze nie koniec historii :)
W przeciwieństwie do mnie, pani z salonu była w ciężkim szoku, jak mnie znowu zobaczyła. Zafasowała książkę z dedykacją i się trochę wzruszyła jak jej powiedziałam, że przecież warto być dobrym człowiekiem, a skoro moje zwierzęta tak chętnie ją odwiedzają, to na pewno coś w tym jest :)

Całkiem niedawno znów do mnie zadzwoniła, ale już na wstępie powiedziała:

– Dzień dobry, to ja. Gabriela z salonu przy Kieleckiej. Tornado znowu jest u mnie.

Kurczę, dobrze, że mam jeszcze trochę tych książek 😀
No i sami powiedzcie, jak tu normalnie żyć? Pomijam już fakt, że w międzyczasie Tornado jeszcze raz się oddalił z ogrodu, mimo zasieków godnych zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, ale odnalazł się niedaleko w spożywczaku, Behemot nam przepadł bez wieści, a Szajba złamała sobie ogon. I jeszcze otrzymałam z pięćdziesiąt telefonów, że ktoś ją „znalazł” oraz przenocowała raz u pewnej miłej pani, która zgarnęła ją do domu, bo się pętała po ulicy (tzn. kicia się pętała, a nie ta pani). Pani rozwiesiła także ogłoszenia, że szuka właściciela kici z obrożą i co chwila ktoś znajomy mi mówi, że chyba Szajbę znaleźli, bo ogłoszenia wiszą na osiedlu. Ech!, no mówię Wam…, ja czasami zwyczajnie nie wyrabiam.

Rano normalnie wołam sobie kota. Naprawdę normalnie, po ludzku, wyszłam przed dom i się normalnie wydzieram: „Szajbaaaaa!!! Kici kiciiiii!!!”, a tu podchodzi do mnie jakiś facet z psem i pyta:

– Przepraszam, a czy przypadkiem nie zginął pani kotek?
– A wie pan co, jeszcze nie wiem. Tak sobie wołam…
– Bo wie pani, widziałem właśnie ogłoszenie na słupie, że ktoś znalazł czarną kicię z obrożą i szuka właściciela.
– Aaa, no tak. Zgadza się, to mój kot, ale wie pan, to już nieaktualne. To jest ogłoszenie z zeszłego tygodnia.

Kurtyna…

Martyna 4

Martyna 4

W którym Martyna musi wykazać, że jej mózg ogarnia nieco więcej niż horoskopy

Spokojna, lecz krótka noc przeminęła bezpowrotnie w chwili, w której Martyna przegrała  z  kretesem w  starciu  z  ograniczeniami  pojemności  własnego  pęcherza. Wstała ze skotłowanej pościeli i stanęła na środku pokoju, próbując sobie przypomnieć drogę do  łazienki. Kiwała się z na wpół przymkniętymi oczami i po chwili namierzyła szczyt kręconych schodów znajdujący się po  prawej  stronie  pokoju.  Ruszyła  w  dół,  ostrożnie pokonując dwa zakręty, i wreszcie stanęła na wprost łazienki. Tknęła ją myśl, że projektant statku, znając upodobania rezydentów do browaru, powinien stworzyć drugi kibel na górze, ewentualnie rurę strażacką w miejsce eleganckich schodów. Niosąc pod powiekami widok syna Szefa zjeżdżającego w pośpiechu na pierwszy  poziom,  zachichotała  bluźnierczo  i  z  westchnieniem  ulgi  wpadła  do  błękitnego  przybytku.

Zostawmy  ją  na  kwadrans,  po którym wyłoni się odświeżona z łazienki,  i  zajmijmy  się  analizą  dotychczasowych  zdarzeń  z perspektywy trzeźwego umysłu.

Analiza zdarzeń z perspektywy trzeźwego umysłu

Niestety,  ten  program  jest  niedostępny  do  końca  opowieści.  Po  usłyszeniu  rżenia  autora

zostaw wiadomość. Dziękujemy.

Skoro tak, to poczekajmy chwilę cierpliwie pod drzwiami łazienki i skupmy uwagę na malowidłach pstrzących  ścianę wokół włazu wejściowego. Nie  da  się  ukryć,  że  syn  Szefa miał wyrafinowany  gust, ścianę  zdobiły  bowiem  przeróżne Kossaki  i Berezowskie,  dało  się  również  namierzyć  szkice  Picasso  i Norwida. To, co wprawiłoby w zachwyt każdego wielbiciela sztuki, okazało się jedynie plamą kolorów na ścianie  dla  wyłaniającej  się  z  łazienki Martyny. Może  to  i  dobrze,  niewiedza  powstrzymała  bowiem zapłon  chciwości  w  jej  podpuchniętych  oczach.  Nasza  nieco  zdezorientowana  bohaterka  stanęła naprzeciwko kręconych schodów, nie spuszczając jednak z oczu otwartych zachęcająco drzwi do salonu.

Po dłuższej chwili wahania  zrezygnowała z potrzeby natychmiastowego sprawdzenia daty ważności zapasów piwa  i  poszła w kokpitu.

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami  podstępne  komputery  jedynie udawały  stan  błogiej  hibernacji.  W odpowiedzi na  odgłos  kroków Martyny  Środkowy  błysnął  lampką, która zdradziła  intensywność przemyśleń  twardego dysku. Ten po  lewej właśnie udawał, że  się budzi  i Martyna mogłaby przysiąc, że coś mu chrupało w obwodach, gdy powoli odpalał zaspany monitor.

– Dzień  dobry  –  powiedziała  uprzejmie  nasza  bohaterka  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła w fotelu.

Monitory,  całkiem  już  ożywione,  generowały  świetliste  ciągi  liczb  i  postękiwały  z wysiłkiem.

Jabłko, całkiem zdechłe,  rdzewiało  sobie cichutko. Środkowy komputer wyświetlił po chwili powitalne hasło: „Witamy w Raju 3.14” i zaszumiał figlarnie wiatraczkiem.

– Dzień  dobry  –  odpowiedział  równie  uprzejmie.  –  Mam  nadzieję,  że  się  wyspałaś  i  teraz

wysłuchasz w końcu wszystkiego, co wysłuchać i zrozumieć musisz.

– To wszystko zależy od tego, czy mi powiesz, co ja tu właściwie robię – odpaliła słodko Martyna i z obojętną miną zajęła się zeskrobywaniem lakieru z paznokci.

– Nie  rozluźniaj mnie, babo!  –  parsknął metalicznym  śmiechem Środkowy,  gubiąc  bezpowrotnie przesłodzoną  uprzejmość.  –  A  jak  myślisz?  Wycieczka  krajoznawcza?  Sekretna  misja  konsultantki Avalonu?

– Avonu, jeśli już – poprawiła z godnością Martyna.

– A co mnie  to, kuźwa, obchodzi? Jak dla mnie może być nawet Panteonu albo  freonu!  – odparł rozsierdzony  komputer.  –  Przysłał  cię  syn  Szefa,  tak?  Znaczy wiedział,  co  robi,  tak?  I  ty mnie  teraz pytasz,  co  ty  tu  robisz? Martyna,  do  nędzy,  powinnaś  mi  wydawać  komendy,  a  nie  zadawać  durne pytania.

– Komendy,  powiadasz?  –  wyszczerzyła  się  radośnie  nasza  leniwa  konsultantka  do  spraw kosmetyków. – No to dawaj mi tu kawę, natychmiast!

Komputer  zaiskrzył  złością,  ale  po  chwili  skapitulował  i  wyświetlił  komunikat:  „Zamówienie przyjęte. Nasza dyżurna winda realizuje zamówienie z kuchni”.

– No!  –  sapnęła  z  satysfakcją Martyna.  –  I właśnie o  to mi  chodziło! A  teraz  gadaj mi,  co  ja  tu robię? Tylko grzecznie! – dodała moszcząc się wygodnie. – Bo jak nie, to zrobię tu takie sztuczki, jakich nawet Ewa nie pokazała.

– Baby… – jęknął żałośnie Środkowy i po chwili zawtórował mu kumpel z lewej strony. – Po jasną cholerę nam tu nierozumne baby? Gdyby nie alzheimer Szefa…

– No, no, no! – uniosła się na fotelu Martyna. – Tylko nie baby! Po kolei gadaj! Jaki alzheimer?

– No,  Szef  się  zestarzał  i  zaczął  podejmować  decyzje,  które…  –  Środkowy  zawiesił  się  z premedytacją i zaczął błyskać obwodami.

– …które  były  do  dupy?  –  dokończyła  usłużnie Martyna  i  rzuciła  po  namyśle:  –  Kiedy  to  się zaczęło?

– Jakieś trzy tysiące lat temu – pisnął przestraszony Lewy.

– Nie było tak źle… na początku… – sprostował Środkowy.

– No  nie  było  –  przytaknął  skwapliwie  Lewy  i  po  chwili  wahania  dodał  –  Ale  syn  Szefa  się wnerwiał, bo Szef ciągle się czepiał i w ogóle.

– No  czepiał  się,  czepiał!  Jak  się  miał  nie  czepiać,  kiedy  syn  sprowadzał  tu  różne  dziwactwa? Pamiętasz tych z Marsa?

– Teraz macie gościa z blokowiska – powiedziała stanowczo Martyna  i walnęła pięścią w  stół. –  I koniec z niesubordynacją! Proszę mi natychmiast wyświetlić przeznaczoną dla mnie prezentację!

– Służę uprzejmie – wymamrotał Środkowy i rozbłysnął feerią barw.

Martyna wlepiła  oczy w monitor  i  skupiła  się  na  tajemniczym  spektaklu. W  jej  uszy  sączył  się łagodny głos Środkowego.

Opowieść Środkowego

– Strategicznie  rozmieszczone  statki  od  tysiącleci  patrolowały  przestrzeń  kosmiczną. Dowódcami byli przeważnie gruntownie przygotowani absolwenci Akademii Szefa. Wszystko toczyło  się  sprawnie  do  czasu,  gdy  syn  Szefa  postanowił wzorem  swoich  sióstr wstąpić  na uczelnię  i  szkolić  się  na  pilota  statku. Gdy  chłopak  z  trudem  osiągnął absolutorium  i  było jasne, że raczej nie obroni dyplomu, Szef się nad nim zlitował i powierzył mu warunkowo Raj 3.14. Piękne  to  były  czasy!  Syn  rozkręcał  się,  podróżował  bez wytchnienia  i  zapraszał  na pokład  kolejnych  gości.  Zdawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze  i  że  w  kampanii wrześniowej  syn  Szefa w  końcu  się  obroni.  Szef  pociągnął  za  sznurki  i młody  dostał  jako pracę  dyplomową  maleńką  planetkę  na  końcu  świata.  Młody  kilkakrotnie  ją  odwiedził  i wracał  na  statek  wielce  zadowolony.  W  czasach,  gdy  Szef  już  naprawdę  musiał  iść  na terapię, Młody  znalazł  paru  kumpli  na  planetce,  konkretnie w miejscu,  które  nazywało  się Jamajka, i co wieczór wracał na czworakach do purpurowej sypialni.

– To  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  syn  Szefa  zapuścił  długie  włosy  –  podpowiedział usłużnie Lewy.

Środkowy odchrząknął metalicznie i powrócił do brutalnie przerwanego wątku:

– Gdyby Szef wiedział, co tu się dzieje, z pewnością wkroczyłby do akcji, ale klinika, w której się  leczył  z  chronicznego  zapominania wszelkich  faktów,  nie udzielała przepustek. Zresztą, nic by  to nie dało, bo zanim Szef dotarłby do Raju 3.14, zapomniałby o celu swojej wizyty. Trudno  się  dziwić,  że  Młody  czuł  się  bezkarny  i  skakał  jak  konik  w  ziemskiej czasoprzestrzeni,  ustalając  swój  porządek  rzeczy.  W  twórczym  natchnieniu  nabruździł okrutnie,  co  do  dziś  dnia  kładzie  się  cieniem  na  życiu  planety.  Szczęśliwie  dla wszystkich, Szef  po  intensywnej  terapii  zaczął  lepiej  kojarzyć  fakty  i  słuchając  szeptów  za  plecami, wysnuł wniosek, że jego syn robi se jajca. Wkurzył się strasznie, w końcu nikt nie lubi świecić oczami  przed  rektorem  uczelni, więc nakazał  pewnej doświadczonej  pilotce,  by przywlekła młodego przed jego wnerwione oblicze.

– Pamiętam  ją! Taka  ruda  i wściekła  jak  diabli!  –  pisnął Lewy.– Wpadła  tu  jak  burza,  latała  po pokojach  i  trzaskała drzwiami, a kiedy odkryła, że  syna Szefa znowu na Ziemię wymiotło,  to ze złości polazła  do  lodówki  i wyciągnęła  z  niej  browara.  Potem  przyszła  tu  do  nas  i  nakazała  dżipiesowi,  by zlokalizował Młodego.

– Nasze polskie piwo wyjęła? – wtrąciła zaintrygowana Martyna.

– Gdzie  tam!  –  parsknął  Lewy  –  Dwa  tysiące  lat  temu Młody  szmuglował  samoróbę  z Palestyny.

Chrząknięcie Środkowego było wielce wymowne, więc Lewy w obronnym geście wygasił monitor, a Martyna zamknęła gębę i umościła się wygodnie w fotelu.

– Mogę kontynuować? –  zapytał  sztywno  i  retorycznie Środkowy. – No  to może wróćmy do głównego wątku, w którym ruda pilotka namierzyła syna Szefa i teleportowała się na Ziemię. Zadanie wydawało  się  banalnie  proste,  ale  zaszły  niespodziewane  komplikacje.  Zgodnie  z naszą  skąpą  cyfrową  wiedzą  pilotka  dorwała  Młodego,  który  był  właśnie  w  trakcie montowania  jakiejś  dziwnej  grupy  miłośników  wina.  Młody  stał  się  powszechnie  znaną postacią  i  ciężko  było  tak  po  prostu  go  zwinąć. Nie wiemy,  jakiego  podstępu  użyła  ruda,  grunt  że  chyba  skutecznego, bo  za  kilka dni odstawiła  syna Szefa na Raj 3.14  i  z  tego,  co wiemy, po rozmowie z Szefem dostał areszt domowy. Ruda wepchnęła go bezceremonialnie do środka  i  zmieniła  kod  w  drzwiach  wejściowych. Młody  miotał  się  kilka  dni  bezsilnie, próbując znaleźć  drogę  ucieczki,  ale  później  się  podłamał.  Jedyną  osobą,  która mogła  go odwiedzać, był  taki  jeden Lucek w złotej szacie. Przywoził browary  i dobre słowo. Podczas pierwszej wizyty skonfiskował Młodemu klucze i od tej pory nosił je zawsze przy sobie. I tak sobie  leniwie płynął czas. Syn Szefa  siadywał w kokpicie  i kazał pokazywać  sobie aktualne raporty  o  życiu  na  Ziemi.  Strasznie  go  cieszyło,  że  tam  ciągle  o  nim  pamiętali. Wertując kolejne  raporty,  rechotał radośnie,  zwłaszcza  przy  doniesieniach  z  wczesnego  ziemskiego średniowiecza.

– I pewnie spokój by trwał do dzisiejszego dnia, gdyby nie dwa wydarzenia – wtrącił się Lewy.

– Dokładnie! – podchwycił Środkowy, tak zaaferowany opowieścią, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że Lewy mu się w wątek wcina. – Najpierw otrzymaliśmy raport o tym, że z Szefem jest beznadziejnie i  że  pamięć  mu  całkiem  sfiksowała.  W  związku  z  tym  jego  trzy  córki,  które  przejęły  dowodzenie, stanowczo  zażądały  wypuszczenia  brata  z  domowego  aresztu.  Potem  dowiedzieliśmy  się,  że  Lucek przekazał klucze komuś na Ziemi.

– I to był ostatni raz, kiedy ich widzieliśmy – szepnął Lewy. – Potem zjawiłaś się ty.

Martyna poczuła się nieco  skrępowana wymowną ciszą, która wspomagana  jedynie jednostajnym szumem procesorów opadła ciężką kurtyną na kokpit i na jej skołatane myśli.

– Dlaczego ja? – zapytała w końcu Martyna.

– Myśleliśmy, że ty nas oświecisz – odparł sztywno Środkowy.

– Nic z tego – pokręciła głową nasza bohaterka. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, po jasną cholerę tu jestem.

– No jak to? – odezwał się zdziwiony Lewy. – Musisz naprawić ten bajzel.

– Zbawić świat? – parsknęła Martyna.

– No  bez  przesady  –  sprostował  śmiertelnie  poważnie  Środkowy.  –  Chodzi  wyłącznie  o posprzątanie na jednej małej planetce.

– A dajcie mi święty spokój! Ja chcę do domu i mam to dupie!

– Podać  piwo?  –  zapytał  usłużnie  Lewy,  głosem  zdradzającym  wieloletnią  wprawę  w  radzeniu sobie w podobnych sytuacjach.

– No daj – poddała się zupełnie już przekonana do pomysłu Martyna. – Ale nadal nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.

Automatyczna  taca  odmeldowała  się  subtelnym  piśnięciem  na  poziomie  ściany  kokpitu, prezentując dwie błyszczące puszki. Martyna podniosła  się ciężko  i  sięgnęła po ostatnią deskę  ratunku, która  przylgnęła  znajomo  do  jej  dłoni  i  za  pomocą  przeciągłego  syknięcia  wlała  nieco  otuchy  w  jej skołatany  mózg.  Po  kilku  łykach  była  w  stanie  sprostać  psychicznie  niesprecyzowanym  dotychczas żądaniom  obłąkanych  komputerów.  Usiadła  ponownie  na  fotelu  i  wyszczerzyła  zęby  w  uprzejmym uśmiechu.

– Jakbym panicza widział! – zarżał z radości Lewy.

– No dobra! – zignorowała go Martyna i wzdychając, dodała: – Wal!

Środkowy  mielił  przez  chwilę  dane,  podczas  gdy  nasza  wyżęta  psychicznie  bohaterka  spijała ambrozję zielonej puszeczki.

– Jak? – rzuciła kluczowe pytanie Martyna.

– System Raju 3.14 posiada wszelkie niezbędne dane i narzędzia do przeprowadzenia takiej misji – odparł  Środkowy.  –  Ja  stanowię  centrum  informacji,  a  Lewy  ma  odpowiednie  kompetencje, by teleportować żywy obiekt w dowolne miejsce ziemskiej czasoprzestrzeni.

– Te, Środkowy, to ty jesteś pikuś! Lewy umie więcej! – zarechotała Martyna.

– Interpretacja  dostępnych  danych  jest  podstawą  powodzenia  misji  –  wyrecytował  z  godnością Środkowy.

– Dokąd chcesz lecieć? – zapytał w tym samym momencie Lewy.

Martyna rozparła się wygodnie, wysuszyła puszkę do końca i powiedziała:

– Nie tak prędko! Najpierw gadajcie od czego był Jabłko?

– To  jest obszar wiedzy obecnie zastrzeżony – powiedział Środkowy  i obrażony wylogował  się z dyskusji.

– I dobrze – odetchnął z ulgą Lewy. – No więc dokąd chcesz lecieć?

Martyna myślała dłuższą chwilę i analizowała swoją skąpą wiedzę historyczną.

– Do  jakiego miejsca  i  czasu  na  Ziemi  po  raz  pierwszy  udał  się  syn  Szefa? Możesz mnie  tam wysłać? – zapytała po chwili.

– Żaden problem – kwiknął ucieszony nie wiadomo czym Lewy. – Przygotuj się, bo będzie trochę rwało w pośladkach. I weź ze sobą to drugie piwko – dodał niewinnym głosem.

Tego akurat Martynie nie trzeba było powtarzać.

Szczęki

Szczęki

Mąż mojej chrzestnej matki, odkąd sięgałam pamięcią, praktykował od zawsze. Jako dentysta, rzecz jasna, a że w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie było podziału na dentystę od próchnicy, dentystę od licówek i dentystę od ortodoncji czy też protetyki, zatem wujek Franek robił wszystko sam. Zdolniacha, co nie? Do tego zdarzyło mu się być również ordynatorem chirurgii szczękowej oraz prowadzić w domu prywatny gabinet, więc w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nieraz trafiło mu się leczyć najwyżej postawionych partyjnych dygnitarzy z najwyższych struktur PZPR. Tu miała miejsce pewna interesująca historia, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie na pewną dłuższą dygresję w temacie uzębienia, tudzież samego wujka Franka.

Jak zapewne wiecie, a młodsi ode mnie pewnie się domyślają, w tamtych czasach o pomoce naukowe było raczej trudno. Mimo, że wujek Franek do biednych raczej się nie zaliczał, to pewnych rzeczy i tak przeskoczyć nie mógł, a przez długie lata marzyła mu się czaszka. Wiecie, normalna ludzka czacha z pełnym uzębieniem.  Wtedy sztucznych nie było, więc skądś trzeba było wytrzasnąć prawdziwą, a to wcale nie było takie proste.  Pewnego razu, na swoich imieninach, już tak bliżej północy, wujek zwierzył się mojemu tacie. Nomen omen, mój rodziciel pracował wtedy w państwowej firmie zajmującej się instalacjami i budownictwem, i jak na zamówienie, dosłownie w ciągu paru tygodni, przy remoncie pewnego ciepłociągu, jego firma natrafiła na stare cmentarzysko. Szkieletów i czaszek od metra. Roboty wstrzymano, wezwano archeologów, ale zanim przyjechali, udało mi się namówić tatę, żeby mi pokazał, co odkopali. Miałam wtedy może 7-8 lat, ale do dziś pamiętam tamten widok. Normalnie czad! Byłam tak zachwycona, że postanowiłam zostać archeologiem. Niestety mi nie wyszło, bo byłam zbyt ciemna z chemii, ale jako że tata na budowie pewną władzę posiadał, zlecił panu Mieciowi skołować na cito dentystyczną pomoc naukową, zanim na miejsce wparuje archeologiczna ekipa. Pan Miecio się spisał, czachę skołował i ułożył oblepione ziemią znalezisko na gazecie przy naszym samochodzie. Skasował zwyczajowe pół litra i pojechał do domu je spożyć. Niestety. Zanim tata zdążył schować cenny łup, napatoczył się jakiś pies i porwał dolną żuchwę. I uciekł. W sumie ciekawe, czy ktoś później tę żuchwę znalazł i co sobie pomyślał, ale (nic na to nie poradzę) do dziś, na samą myśl o tym, chce mi się śmiać 😀

Trudno, się mówi. Czacha z górnymi zębami też była mile widziana, zatem zapakowaliśmy eksponat w gazetę, a ja- dumna i blada-  na kolanach dowiozłam do domu to straszne COŚ.  Na miejscu, w obawie przed mamą, skitraliśmy czachę bez żuchwy w garażu, a tata zadzwonił do wujka Franka i grypsem zdał mu relację z szabrowania wykopalisk.  Następnego dnia, wujek miał coś majstrować przy moim zębie, tak więc szczęśliwa jak nigdy, wręczyłam mu czachę zapakowaną w rozkładówkę z Dziennika Polskiego i z zapartym tchem czekałam na jego reakcję.

Uff, rozpakował. Zawartość chyba się spodobała, ale zanim nam podziękował, u drzwi rozległ się dzwonek i do środka wparowało dwóch, czerwonych na twarzach mężczyzn pod krawatem. Wujek Franek w pośpiechu wysłał nas do łazienki i nakazał potraktować prezent proszkiem do prania, a najlepiej odmoczyć go w wannie. Razem z tatą nalaliśmy wody do plastikowego wiaderka i postąpiliśmy wedle instrukcji. Nie żałowaliśmy IXI (proszek do prania).

Chwilę trwało zanim pacjenci wyszli, zaczęłam się niecierpliwić, ale jak już wreszcie sobie poszli, wujek nie nadawał się do użytku. Ze śmiechu, zgięty w pół, ronił łzy niczym krokodyl i zanim opowiedział, co się w międzyczasie zdarzyło, minął dobry kwadrans.

A było to tak…

Obaj mężczyźni, jak się okazało wysoko postawieni partyjni działacze, odwiedzili wujka Franka już jakiś czas temu. Zamówili sobie sztuczne szczęki, wujek wykonał i po temacie. Panowie zameldowali się po odbiór kilka dni wcześniej i zadowoleni uregulowali rachunek. Jakież było zdziwienie wujka, kiedyż to ci sami pacjenci, po trzech dniach pojawili się ponownie, i znów z tym samym zamówieniem. Tym razem na ekspres. Za drugim razem poszło szybciej i po dwóch dniach szczęki były gotowe, więc panowie z PZPR ponownie o wyznaczonym czasie zameldowali się po odbiór. Wujek Franek wiele już widział, ale tym razem nie wytrzymał i zapytał, co się stało, że tu taki urodzaj.

– Paaaanie doktorze…- zaczął jeden z nich. – Pojechaliśmy właśnie na wspólne wakacje na Węgry. Władziu wyjechał z rodziną dzień wcześniej, a mnie przytrzymali na kielichu w Komitecie Centralnym, to i musiałem zostać. Solidnie wódeczki chlapnąłem, więc prowadzić nie mogłem, ale moja żoneczka tak się napaliła na ten Balaton, że sama przypięła do auta przyczepę kempingową i ruszyła w drogę. Zgarnęła mnie prosto z imprezy, przebrała moje zwłoki w piżamę, zapakowała do przyczepy i dała w długą. Panie kochany, padłem jak nieżywy, ale po czasie sikanie mnie obudziło. Otrzeźwiałem odrobinę i zauważyłem, że przyczepa się nie rusza, czyli dojechaliśmy, więc wysiadłem się odlać.  Cholera! Wcale nie dojechaliśmy, tylko się moja baba na skrzyżowaniu zatrzymała i pojechała, a ja zostałem…! Panie! Jak kretyn! W nocy, w piżamie, nietrzeźwy i na dokładkę u Madziarów! Po godzinie dopiero dopadłem autostopa i załatwiłem transport! Wie pan, doktorze kochany… Z nimi to tylko po pijaku się można dogadać, więc mi się jakoś udało, ale jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce, jak zobaczyłem, że z naprzeciwka minęła nas moja żona z przyczepą. Połapała się, że mnie nie ma i pojechała mnie szukać. Nad ranem, szczęśliwie, po tej ciężkiej nocy, w końcu udało nam się spotkać i dojechać na ten przeklęty kemping! Coś się tam zdrzemnąłem, ale rano, skacowany na amen, wyszedłem na pomost i dla ochłody skoczyłem sobie na główkę. A w cholernym Balatonie woda po kolana, więc po całości zaryłem gębą w muł.  Nowa szczęka poszła w diabły, no to zwołałem resztę ekipy.  Wszyscy padli w wodzie na kolana w poszukiwaniu moich zębów i może, i by je znaleźli, ale na to przylazł Władek i powiedział, że znalazł. Łajza, podał mi swoje zęby, a ja przymierzyłem, stwierdziłem, że to nie moje i z całej siły cisnąłem je wpizdu w Balaton. No i jesteśmy…

Na koniec wujkowej relacji ciotka wróciła do domu i poszła do łazienki. Zaintrygowana zawartością wiaderka sięgnęła ręką do środka.  Zanim wujek Franek zdążył zareagować doszedł nas dziki wrzask.

No i oberwało się wszystkim …

Martyna 3

Martyna 3

Rozdział 3 

W którym raz na zawsze ustalimy, że kobiety są przyczyną wszelkich awarii

Martyna  intuicyjnie  wyczuła,  że  nie  ma  sensu  wołać  „Hop,  hop,  jest  tu  kto?”.  To  była  inna  bajka  i zupełnie  inny  scenariusz. Po krótkim namyśle zdecydowała, że w pierwszej kolejności zbada zawartość drzwi z prawej strony  i  z  promiennym uśmiechem  powitała  widok  wypasionej  łazienki.  Całość,  rozplanowana  w  trójkątnym  wnętrzu, emanowała odcieniami błękitu. Pod lewą ścianą, pomiędzy wijącą się roślinnością, znajdował się szereg marmurowych umywalek, a tuż za obłożonym kafelkami występem krył się elegancki kibelek. Na wprost, w miejscu, w  którym  ściany  zbiegały  się w  ostry  szpic, widniała  ogromna  kabina  prysznicowa. Prawa ściana  była  ozdobiona  kilkoma  obrazami,  które  choć  znane  Martynie,  chwilowo  nie  wiązały  się  z konkretnymi  nazwiskami,  lecz  dopełniały  wrażenia  luksusu.  Dokładnie  na środku  wyrastała  trójkątna marmurowa  wanna.  Martyna  uśmiechnęła  się  na  jej  widok,  lecz  po  chwili  skupiła  myśl  na  swoim własnym  wnętrzu  i  gwałtownie  przemieściła  się  w  stronę  sedesu.  „Wannę  przetestuje  się  potem”, pomyślała.  Podźwignęła się  po  chwili  z  kibelka  z  zamiarem  dalszej  penetracji  pomieszczeń.  Umyła szybko  ręce w marmurowej umywalce  i od niechcenia wsunęła do kieszeni  trójkątne błękitne mydełko, które mrugało do niej maleńkimi srebrnymi gwiazdkami.

Po opuszczeniu  szacownego  przybytku  podążyła  wzdłuż  dyskretnie  podświetlonych  szaf  do zachęcająco  otwartych  drzwi  i  po  chwili  wetknęła  ciekawie  głowę  do  eleganckiego,  jasnego  salonu połączonego z dużą kuchnią. Ostrożnie przestąpiła próg  (licho nie  śpi!)  i pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, były znajdujące się pośrodku przeciwległej ściany  jasne,  lecz nieprzejrzyste kotary. Odrywając od nich  badawcze  spojrzenie, Martyna  ledwie  omiotła  prawą  część  pomieszczenia,  gustownie  urządzoną wszelakimi  sprzętami  audiofila  i  telemaniaka. Właściciel  obiektu  nie  zapomniał  również  o  rozłożystej kanapie,  która  z  daleka  szeptała  kusząco:  „Jestem miękką,  elegancką  i  wyjątkowo  wygodną  kanapą”.

Mimo wszystko nasza  bohaterka  nie  uległa  kusicielce,  a  jej  nieomylny  instynkt  skierował  ją  do  części kuchennej,  symbolicznie  oddzielonej  od  salonu  prostokątnym  stołem  otoczonym  czterema  krzesłami.

Wszystkie  szafki  kuchenne  błyszczały  i  tak  też  było  z  naczyniami w  nich  pochowanymi. Jej  nos  skierował  ją  w  stronę ogromnej  lodówki  i gdy uchyliła  jej podwoje niecierpliwym  ruchem, z  jej ust wyrwało się mimowolnie westchnienie: „Ziomuś!”. Możemy  tylko  interpretować, że owo westchnienie było peanem pod adresem właściciela  lodówki,  a  teorię  tę  możemy  oprzeć  na  widoku  rzędów  oszronionych  puszek  piwa, pedantycznie ułożonych na półkach.

Martyna, wzruszona  troską  i gościnnością, wyjęła  jedną puszeczkę  i  ruszyła w  lewą stronę, gdzie zabłąkały się nierzucające się w oczy drzwi. Powstrzymując chwilowo procedurę otwierania puszki, podeszła do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Doświadczenie kinomana podpowiadało jej, że właśnie za  takimi  niepozornymi  drzwiami  krył  się  zawsze  amerykański  zboczeniec  z  nożem wielkości  kosy  z okolic Sierpuchowa. Szczęśliwie na ścianie znalazła włącznik światła  i  już po chwili  jej oczom ukazały się  półki wypchane wszelkimi  dobrami  jadalnymi. Na  końcu wąskiego  korytarzyka widniały metalowe drzwi,  zapewne  prowadzące  do  chłodni,  ale Martyna  głupia  nie  była  i  zignorowała  ten motyw,  nazbyt często wykorzystywany w  superprodukcjach  jako pułapka. Wycofała  się  i  stanęła przed kotarami, które przykuły jej uwagę, zanim jeszcze weszła do salonu. Jednym zdecydowanym ruchem odgarnęła je na boki i wpatrując  się w widok  za  szybami, bezwiednie otworzyła browar. Pociągnęła  sążnisty  łyk.

– Jestem w raju – szepnęła nabożnie.

I faktycznie była. Po uchyleniu drzwi na taras Martyna zeszła po trzech stopniach i znalazła się na piasku,  który  przesypując  się pomiędzy  palcami  stóp,  ogrzewał  serce wspomnieniem  przeglądanych  na kibelku  folderów  biur  podróży.  Plaża  kończyła  się  jakieś  sześć  metrów  dalej,  znikając  łagodnie  pod lazurem wody. Woda  zaś,  lekko  zmarszczona,  rozpościerała  się  na  przestrzeni  zbliżonej  rozmiarem  do basenu  olimpijskiego  i  z  dwóch  stron  ograniczona  była  formacjami  skalnymi,  z  których  w  rześkich kaskadach  spływały  strumyczki.

Pomimo  gęstniejącego  mroku  odległy  koniec  basenu  był  doskonale widoczny  dzięki  punktowemu  oświetleniu  i  pochodniom  powtykanym  gdzieniegdzie  w  piach  nad brzegiem. Trzecia ściana przedstawiała gaj palmowy, delikatnie szemrzący pomimo kompletnego braku wiatru. Martyna  przyjrzała  się  ścianie  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że  to  rodzaj  ożywionej  fototapety. To zrodziło w  niej  słuszne  podejrzenie,  że  całość  rajskiego widoku  jest  sztuczną  aranżacją  i nawet  przez moment  odczuła  delikatny  element  niepokoju. Ten  zaś  został  po  kilku  sekundach  rozwiany  z  pomocą piwa. Martyna, niewiele myśląc, opadła na pobliski  leżak  i nie dowierzając własnemu szczęściu, wpatrywała  się w  rosnące w  doniczkach  palmy.  Porównywała  rajskie widoki  z  samochodem Boratyńskiego, który stanowił zasadniczy element jej balkonowej panoramy. Nie da się ukryć, że obecne położenie, pomimo niedociągnięć sztucznej panoramy, zdecydowanie bardziej jej odpowiadało.

Po kilku minutach błogostanu skoncentrowała spojrzenie na tarasie, który ją tu przywiódł, i  dostrzegła  w  półmroku  jasne  marmurowe  schody,  które  przyklejone  do  fasady, wyznaczały kierunek od tarasu w stronę pierwszego piętra, a nawet jeszcze wyżej. Niechętnie zwlókłszy się z leżaka, nasza sybarytka postanowiła spenetrować dalsze rejony tajemniczego obiektu, więc z żalem zgniatając osuszoną puszkę, porzuciła ją na piasku i podjęła żmudną wędrówkę w górę schodów.

Gdy doszła do pierwszego piętra  i ujrzała kolejne drzwi, postanowiła  je  zignorować  i  sumiennie podreptać  dalej.  Wychodziła  ze  słusznego  założenia,  że  gdy  wejdzie  na  poziom  drugi,  z  pewnością zabraknie  jej  energii  na  poziom  trzeci.  Ten  ostatni,  trzeba  to  przyznać,  rozczarował  ją. Na  całej  jego trójkątnej  powierzchni  rozciągała  się  olbrzymia  szklarnia  i według  skąpej wiedzy  botanicznej Martyny najwyraźniej  mieściła  wszelkie  znane  jej  gatunki  roślinności.  Nad  jej  głową  widniało  gasnące  niebo odseparowane od grządek  taflą  szkła. Martyna wzruszyła  ramionami  i nie znajdując dalszych powodów przebywania wśród krzaków, zeszła ostrożnie po  schodkach  i uchyliła drzwi poziomu drugiego. Widok rozczulił ją dogłębnie i w jej duszy rozbłysły ponownie ciepłe nuty myśli zwróconych w stronę nieznajomego Ziomusia.

Przed  jej  oczami  rozpościerała  się  utkana  ze  złota  i  purpury  sypialnia.  Jej  zacisze  natychmiast  zaczęło oddziaływać  na  strudzoną  dziewczynę.  Ogromne  łoże  przykryte  purpurową  narzutą  przyciągało  ją  jak magnes  i pewnie oddałaby się regeneracyjnej drzemce, gdyby nie widok ukrytych dyskretnie za złocistą kotarą  drzwi,  które  niewątpliwie  prowadziły  do  sedna  zagadki.  Tego  nie  dało  się  zignorować,  więc Martyna,  pokonując  senność,  zdecydowanie  przeszła  kilka  kroków  i  energicznie  ujęła rzeźbioną  klamkę. Widok  przerósł  jej  najśmielsze  oczekiwania.

Zamrugała z niedowierzaniem oczami i przez długą chwilę tkwiąc w bezruchu, wpatrywała się w krajobraz widniejący za zbiegającymi się w szpic taflami szkła.  Próbowała wytłumaczyć sobie, że granat oblepiający  z  każdej  strony  panoramiczne  tafle  jest  kolejnym  hologramem.  Podeszła  ostrożnie  bliżej  i głębia obrazu przyprawiła ją o zawroty głowy. Nie było wątpliwości: nieskończone barwy nieba napierały na  Martynę,  wzbudzając  jej  atawistyczną  potrzebę  trzymania  się  powierzchni  globu.  Tkwiła  gdzieś wysoko  ponad  samochodem Boratyńskiego  i w  krótkiej,  ulotnej  chwili  zatęskniła  za Szalińskim  i  jego bliźniakami.  Jej  skołowane  spojrzenie  uciekło  od  niebieskich  przestrzeni.  Martyna  wycofała się  z niechęcią na próg pomieszczenia.

– Szlag by to trafił! W niebie jestem! – powiedziała na głos z pewną odrazą.

Starając się znaleźć nagrodę pocieszenia, powiodła spojrzeniem po pomieszczeniu  i nie znajdując niczego ekscytującego, niechętnie skupiła się na tajemniczej wygaszonej konsoli rozpościerającej się tuż pod  panoramą  nieba.  Konsola,  usłana  tysiącem  dziwacznych  przycisków,  zwieńczona  była  trzema wygaszonymi monitorami. Martyna  parsknęła  z  lekceważeniem  i  pomyślała  sobie,  że mimo wszystko sytuacja idealnie pokrywa się z ze scenariuszem przyznania nagrody pocieszenia.

Przyznanie nagrody pocieszenia

Nagroda pocieszenia dołuje najbardziej w dzieciństwie. Martyna przeżyła to wiele razy, gdy urodziny  świętowała  jej  siostra.  Do  dziś  dnia  pielęgnuje  traumy,  w  których  zamglona szwankującą pamięcią dłoń podaje jej maleńką czekoladkę, zaraz po tym, gdy wręczy komuś innemu ogromne pudło przewiązane czerwoną wstążką. Nagroda pocieszenia widnieje też we wspomnieniach  z  zawodów  sportowych  na  koloniach nad morzem,  gdy wszyscy  dawno  już dobiegli,  a  ty,  dysząc,  pełzniesz  do  mety  i  litościwa  dłoń  wręcza  batonik,  wcześniej wydzielając medale zwycięzcom. 

Niestety, nie mamy czasu na dogłębną analizę kalecznego dzieciństwa Martyny  i musimy  skupić się  na  zagadkowej  elektronice,  na  którą nasza bohaterka  spoglądała  nieufnie.  Jej spojrzenie  przykuły  monitory,  więc  przycupnęła  na  jednym  z  dwóch  obrotowych  foteli  i  z  zadumą analizowała ich martwe ekrany. Pod każdym z nich widniał niewielki wąski otwór, nasuwający natrętne skojarzenia  z  dziurką  od  klucza.  Martyna  uniosła  się  nieco  i  wygmerała  z  kieszeni  bojówek  pęk srebrzystych  pęk. W  swej  nieskończonej  inteligencji  odpięła  łączący  je  brelok  i  dopasowała  cyfry rzymskie  widniejące  na  kluczach  do  cyfr  arabskich,  które  spostrzegła  na  monitorach.  Powtykała odpowiednio klucze, przekręciła  je w  lewo  i po  chwili usłyszała kojący  szmer  komputerów.

Monitor  z lewej  strony  momentalnie  rozbłysnął  jasnym  światłem,  a  po  chwili  podążył  za  nim  drugi.  Trzeci natomiast wciąż milczał i prezentował czerń ekranu. Martyna nie dała się zwieść i walnęła mało subtelnie pięścią w obudowę. Wypróbowany  sposób naprawienia  sprzętu elektronicznego nie zadziałał dokładnie tak,  jak  spodziewała  się  nasza  bohaterka,  lecz mimo  wszystko  posunął  sprawy  do  przodu.

– Nie wal tak. Jemu już nic nie pomoże. – zamrugał środkowy monitor a z jego czeluści wydobył się zgrzytliwy głos.

Martyna  zamarła  i bezwiednie drapiąc  się pod  lewym  cyckiem pazurami prawej dłoni, cmoknęła zaskoczona.

– Ty gadasz? – wyszeptała w końcu.

– No  gadam.  A  co?  Mam  czekać,  aż  łaskawie  zaczniesz  stukać  w  klawiaturę?  Ja  czekam  już stanowczo zbyt długo, moja droga.

– A na co tak czekasz? – zapytała Martyna.

– Weź mnie, kuźwa, nie rozluźniaj! – żachnął się monitor. – Świat trzeba ratować, zapomniałaś?

– Dobra – przerwała mu Martyna – ty weź mi najpierw powiedz, gdzie ja jestem?

Powierzchnia  monitora  zafalowała  przestarzałym  wygaszaczem  ekranu,  na  którym  rozbłysło tandetne niebo upstrzone gwiazdami o  żenującej  rozdzielczości. Twardy dysk mielił głośno dane przez kilka minut, by ogłosić triumfalnie głosem bladego rezydenta z tropikalnej wyspy:

– Serdecznie witamy na pokładzie Raju 3.14.

Martyna westchnęła  i  chwilowo  starała  się  nie  koncentrować  na  traumie  z  dzieciństwa, w  której obłąkana siostra Bogusława roztaczała przed dziećmi wizję niezbyt przytulnego raju. Siostrze raj również nie bardzo się podobał, choć z  innych powodów niż Martynie. O ile Martyna była głęboko przywiązana do drobnych  radości życia, w  tym do swobodnego wcinania  jabłek, o  tyle siostrę Bogusławę niepokoiła myśl o jakichkolwiek przyjemnościach. W jej rutynie dnia nie mieścił się śmiech i uśmiech, a wizja raju pozbawionego rozsypanego w kącie pokoju grochu i stanowczych dłoni naddzierających młodociane uszy zadawała  kłam  jej  pojmowaniu  życia  wiecznego.  Martyna  zapewne  zaczepiłaby  myśli  dłużej  na nieboszczce  Bogusławie,  gdyby  nie  lista  pytań  żywotnie  dźgających  jej  pracujący  na  najwyższych obrotach rozum.

Zebrała się w sobie, omiotła spojrzeniem szwankujący komputer, na którego obudowie pysznił się znajomy wizerunek apple’a.

– Słuchaj, dlaczego ten Mac nie działa? Co się stało? – zapytała uprzejmie.

Z  elektronicznych  trzewi  trzasnął  z  pogłosem  niehamowany  śmiech,  zdublowany  po  chwili rechotem lewego peceta. Obydwa komputery błyskały obwodami, a po chwili środkowy powiedział:

– Kiedyś syn Szefa przyprowadził tu dwoje idiotów. Facet przez całe dni chlał browary i szczał do basenu.  Jego  plusem  było  to,  że  nieszkodliwy  był. Baba  była  gorsza.  Przylazła  tu  kiedyś  do  kokpitu  i chciała  koniecznie  przeczytać  horoskop.  Siadła  do Maca  i  zażądała  danych. Mac  się wnerwił  i  olał  ją kompletnie. Baba waliła w  klawiaturę,  a  jej  długie  jasne włosy  przyduszały  system,  gdy w  końcu  się przychyliła i mściwie wyrwała kabel zasilający.

– Wyrwała Maca? – bardziej stwierdziła niż zapytała Martyna.

– Wyrwała jabłko – potwierdził ze smutkiem środkowy pecet. – I wiesz, co było najgorsze? – dodał po  chwili. –  Jak  się  syn Szefa wściekł  i kazał Luckowi  zwalić  faceta  z  leżaka, a  jego babę wywlec  za włosy z kokpitu  i w  swym niezmiernym miłosierdziu wykopał  ich na Ziemię,  to po całej Ziemi poszła fama, że zostali wywaleni z Raju 3.14. Chodzili po wsiach i psioczyli, że zamiast obiecanego dostępu do systemu zostali wygnani z Raju za to, że durna baba wyrwała jabłko.

– Chyba „zerwała” – odruchowo sprostowała Martyna.

– A pies  ją ganiał! – parsknął środkowy pecet. – Nie umiała nawet zapamiętać seryjnego numeru statku.

Martyna milczała przez chwilę  i analizowała zaktualizowaną historię wypędzenia z  raju. Łechtało ją nieco wspomnienie piwa wyciąganego  z  tej  samej  lodówki,  z której  czerpał garściami Adam. Nasza niedoszła filozofka zatopiła się w swoich myślach i po chwili wysnuła karkołomny wniosek:

Polskie piwo leży w tej lodówce od zarania czasów, a to znaczy, że nasi tu byli!

Martyna bezwiednie wyszczerzyła się w stronę monitorów i poczuła, że wraca do życia.

– Ty, słuchaj, a gdzie teraz jest Ziomuś, to znaczy syn Szefa?

Konsola  zafalowała, monitory  rozbłysły  i  obsypały Martynę  iskrami  elektronicznego  oburzenia.

Środkowy pecet, wyraźnie obrażony, wygasił ekran i szepnął na pożegnanie:

– Nie wzywaj imienia Szefa nadaremno.

– Zwłaszcza teraz! – pisnął pecet z lewej.

Martynie nie pozostało nic innego niż pozostawienie w spokoju zirytowanych komputerów i udanie się do sąsiedniego pokoju. Opadła na purpurowe łoże i z westchnieniem ulgi poszybowała w inny wymiar snu.  Jej myśli  zaprzątała  przez moment  konieczność  sprawdzenia  daty ważności  browarów  z  lodówki, lecz niebyt po chwili odgonił wszelkie troski.

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Konkurs z Ko-Moda

Konkurs z Ko-Moda

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj wraz z firmą Ko-Moda.com mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać parę pięknych sztybletów damskich w dowolnym kolorze

Co trzeba zrobić, żeby wygrać?
1. Polubić fanpage Ko-Moda.com na FB. Tu jest LINK

2. Polubić fanpage Świeżo Napisane na FB. Tu jest LINK

3. Udostępnić na swoim profilu na FB post konkursowy – z fanpage Swieżo Napisane. Tu jest LINK

4. NA BLOGU swiezonapisane.pl POD POSTEM KONKURSOWYM odpowiedzieć na pytanie: Który kolor sztybletów wybierasz i dlaczego?

Odpowiedzi zamieszczamy pod tą notką konkursową na blogu swiezonapisane.pl.

Wyniki konkursu ogłosimy w środę 9 listopada 2016.

Nagroda zostanie wysłana kurierem pod wskazany przez laureata adres na terenie Polski
Dostępne rozmiary i kolory sztybletów damskich według oferty sklepu internetowego Ko-Moda.com:
http://www.ko-moda.com/53,sztyblety

Martyna 2

Martyna 2

Rozdział 2

W którym okaże się, że ciekawość to pierwszy stopień w górę, a nie w dół, wbrew temu, co się ogólnie sądzi.

Dzienne światło brutalnie wdarło się w szczeliny niechlujnie zaciągniętych zasłon i drażniąc spokojny sen Martyny, uwypukliło jednocześnie taniec drobinek kurzu. Nasza bohaterka, zawinięta w kołdrę i rozczochrana, powoli wynurzała się z sennego niebytu, a wraz z nią na powierzchnię życia wynurzał się gigantyczny kac, zwiastowany irytującą suchością niewyparzonej gęby.  Martyna usiadła ostrożnie i wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą gwałtowne otwarcie oczu, namacała stopami kapcie, które poniosły ją w stronę pobliskiej kuchni. Ręka precyzyjnie pacnęła włącznik elektrycznego czajnika, by po chwili wymacać kubek i słoik z kawą, pieczołowicie skrywany w szafce na takie chwile.

Znalezienie po omacku zesztywniałego z zimna kartonu mleka w lodówce było ponad siły Martyny, która wsłuchując się w kojący szmer czajnika, podjęła ostrożną próbę uchylenia powiek. Mleko nadawało się do spożycia, co stwierdziła nasza bohaterka po ostrożnym obwąchaniu czeluści opakowania.  Gdy mieszała ingrediencje, przypomniała sobie dziwacznego obcego, który nawiedził jej dotychczas uporządkowane sny. Zassała pierwszy łyk kawy i postanowiła, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim pasożytniczym życiem człowieka, który nic nie musi i ewentualnie może mu się chcieć.  Ćwiczenie rozbrykanego charakteru postanowiła rozpocząć łagodnie i bez wstrząsów, więc na pierwsze poprawne politycznie zadanie nowej ery wyznaczyła sobie opróżnienie popielniczek i doniczek balkonowych z niedopałków papierochów.  Jak zwykle zadziałał jej wrodzony spryt, który o milę wyprzedzał szczere chęci poprawy.  Człapiąc na porannego fajka, rozgrzeszała się więc z niego, bo przecież i tak zmierzała na balkon w celu posprzątania, więc balkonowi zapewne nie zrobi różnicy sprzątanie w oparach dymu.

Spoza bloków uśmiechało się letnie słońce, które wyraźnie wskazywało na zaawansowaną porę dnia. Martyna zgarnęła do worka na śmieci zawartość popielniczek stojących na parapecie i podeszła do zielonego stołu.  Pomiędzy puszkami leżał pęk kluczy i połyskiwał łobuzerskimi refleksami w promieniach wczesnego popołudnia. Jego trzy srebrzyste klucze rozkładały się wachlarzem na stoliku, a ich schludny pęk zwieńczony był trójkątnym złotym breloczkiem. Martyna podeszła powoli do stołu i w skupieniu obserwowała znalezisko. Na breloczku widniał jeden wypukły guziczek. Zignorowała znalezisko i z godnością wycofała się z balkonu. To, czego było jej trzeba obecnie, to długa kąpiel regenerująca. Klucze mogą poczekać.

Martyna pokładała niezachwianą wiarę w to, że kąpiel, oprócz zbawiennych efektów regeneracji ciała, wpływa również na intensywność i jakość przemyśleń. Na przekonanie to miało wpływ przeświadczenie, że Archimedes sformułował teorię wyporności cieczy przy okazji długiej, relaksującej nasiadówki w balii. Nie żeby Martyna miała smykałkę do ścisłych dziedzin nauk, ale lubiła sobie czasem myśleć, że ma w sobie coś z filozofa. Bywało, że rozkoszując się ciepłem wody i zapachem piany, była bliska sformułowania przełomowych myśli.  Przeważnie spłoszone uciekały, ale zdarzało się, że nasza bohaterka siadała nagle wyprostowana jak struna, wiodła triumfalnym wzrokiem po kafelkach łazienkowych i koncentrując spojrzenie w swoim zamazanym odbiciu na kranie, wykrzykiwała z satysfakcją: „Aha!”.

Tak było wtedy, gdy rozpracowała mechanizm oszustw fiskalnych pani Ali z warzywniaka.

Świetlanych odkryć było więcej, ale gdy Martyna docierała do rytuału golenia nóg, błyskotliwe myśli pierzchały bezpowrotnie podczas ceremonii nabożnego skupienia. Owego poranka, czy raczej wczesnego popołudnia, gdy Martyna rozkoszowała się kąpielą, w jej umyśle narodziła się myśl głęboka, powalająca prostotą i wielce radosną konkluzją. Martyna wyprostowała się więc jak struna i szczerząc zęby do armatury łazienkowej, powiedziała z satysfakcją:

– Aha! Czyli to nie były zwidy. On tu był. A to znaczy, że wszystko jest w porządku i mogę kupić se browar.

I było to przełomowe odkrycie w trzydziestoletnim życiu Martyny.

Po wypiciu kolejnej kawy i odbębnieniu szybkiego rajdu po zaprzyjaźnionych forach internetowych Martyna nie znajdowała więcej wymówek, więc wtykając fajka w usta, poczłapała na balkon.

Potwierdziła swoją łazienkową teorię, upewniając się, że pęk kluczy nadal leżał tam, gdzie rzucił je świetlisty obcy. Martyna po raz pierwszy w życiu postanowiła pomyśleć przed faktem i nie dotykając kluczy, nachyliła się nad nimi, podejmując głęboką analizę. Breloczek niewątpliwie był piękny i nawet nie mając zaktualizowanych w głowie cen złomu złota, Martyna i tak bezwiednie oszacowała go na dwa, a może nawet trzy czynsze do przodu. Klucze natomiast pobłyskiwały srebrzyście, lecz z pewnością nie były zrobione ze srebra. Właściwie to ciężko było określić rodzaj materiału, z jakiego zostały zrobione.

Martyna postanowiła przemyśleć sprawę gruntownie, lecz okoliczności kompletnie temu nie sprzyjały. Nie było piwa, nie było ciszy i możliwości skupienia, a na dodatek w paczce zostały tylko dwa papierosy. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu mieszkania wyłaniającego się zza drzwi balkonowych i z westchnieniem przyznała, że czas by coś może posprzątać. A potem się pójdzie do sklepu, kupi się piwo, siądzie się na balkonie i rozwiązanie przyjdzie samo.

Jakieś dwie pralki prania i trzy kursy do śmietnika później Martyna z zadowoleniem spojrzała na dzieło dnia.  Uginając się pod kolejnym workiem śmieci, poczłapała w dół z zamiarem odwiedzenia osiedlowego spożywczaka. Stąpała na palcach, mając nadzieję, że nie spotka żadnego z sąsiadów, ale od akcji z dzieciakami, Szaliński spod czternastki miał chyba wmontowany w mózg system wczesnego ostrzegania, który bezbłędnie informował go o krokach skradającej się Martyny. Tym razem znów wychylił głowę przez drzwi i zlustrował swoją sąsiadkę nienawistnym spojrzeniem. Pogardliwie prychając, zatrzasnął z całej siły drzwi.  Martyna, jak zwykle zmieszała się wewnętrznie, ale dumnie wyprostowana przedefilowała przed drzwiami sąsiada.  Głupia sprawa z tym Szalińskim. Właśnie po akcji z jego dzieciakami Martyna obiecała sobie, że już nigdy nie przyjmie postawy obywatelskiej i nie wsadzi nosa w cudze sprawy.

Akcja z dzieciakami Szalińskiego

Mieszkanie Szalińskiego znajdowało się dokładnie pod podłogą Martyny. On i jego żona byli cichymi i spokojnymi sąsiadami. Do czasu. Kiedyś urodziły im się bliźniaki, ale nawet wtedy panował względny spokój. Dopiero po jakichś dwóch miesiącach od sąsiadów zaczęły dochodzić niepokojące popiskiwania, a później regularny ryk niemowląt.  Martyna, wyedukowana na spotach o przemocy domowej, zadzwoniła pod sugerowany numer telefonu i zgłosiła, że u Szalińskich dzieje się coś dziwnego. Oczywiście, zgodnie z wyćwiczonym w szkole odruchem na hasło: „Nazwisko!”,  podała pełne dane osobowe.  I to był błąd.

A w ogóle skąd Martyna miała wiedzieć, że niemowlęta płci męskiej są wybitnie narażone na pojawianie się regularnych kolek jelitowych?

No i wychodząc owego dnia do sklepu, Martyna umknęła przez tajoną za drzwiami mieszkania złością Szalińskiego i nerwowo wybiegła z klatki schodowej na zalane słońcem podwórko przed blokiem.

Wywaliła z ulgą ostatni wór ze śmieciami i obserwując błogosławiony rejs słońca w kierunku dziesięciopiętrowca stojącego naprzeciwko, po raz kolejny uznała, że jej złota zasada znacznie lepiej sprawdza się w okresie jesienno-zimowym.

Złota zasada Martyny

Piwa nie należy otwierać przed zmrokiem.

Powtarzając owe słowa jak mantrę, nasza bohaterka udała się do sklepu w celu zakupienia paczki fajek i zgrabnego czteropaku piwa.

Słońce poddawało się powoli, gdy Martyna, nabożnie wpatrzona w jego ostatnie podrygi, przyczaiła się na balkonowym krzesełku z puszką w dłoni i czekała na pierwsze symptomy mroku.

Szczęśliwie ta chwila nadeszła wkrótce i Martyna z triumfalnym „pssst” mogła w końcu oddać się rozmyślaniom na temat kluczy. Pomiędzy odkurzaniem a wywalaniem śmieci ukuła kilka teorii na temat zdarzeń minionej nocy. Obecny stan chmielowej radości pomógł jedynie w uporządkowaniu hipotez.

Hipotezy:

  1. Pomimo materialnych dowodów, całokształt zdarzeń miał bezpośredni związek z piwem.

Teoria o tyle mało wiarygodna, że klucze nie chciały zniknąć, i choć Martyna nawet ich nie dotknęła, to niewątpliwie istniały.

  1. Martyna padła ofiarą spisku uknutego przez Szalińskiego, który zamontował dyskretnie zielone choinkowe światła pod samochodem Boratyńskiego, osadził na parkingu trójkątny model zdalnie sterowany i bezszelestnie wdrapał się po gzymsie na jej balkon, przebrany w świetlistą szatę zasilaną bateriami AA. Teoria o tyle ryzykowna, że bliźniakom Szalińskiego właśnie szły zęby, a Martyna wspomagana wiedzą z forum internetowego wiedziała, że jest to taki okres w życiu dorosłego człowieka, gdy nie ma on siły na otwarcie kefiru, o wspinaczce na balkon sąsiadki nie wspominając.
  2. Z nieznanych Martynie przyczyn padła ofiarą programu „Ukryta kamera”, albo, co gorsza, od dziecka, niczym świnka morska, była poddawana eksperymentowi, jak bohater filmu „Truman show”. Teoria o tyle chybiona, że sprzątając sprawdziła dyskretnie lustra w całym domu i nie znalazła żadnych kamer.
  3. Choroba psychiczna. Ten punkt dogłębnie martwił Martynę, bo nie chciała stracić gibkości umysłu, tak błyskotliwego w czasie łazienkowych przemyśleń. Siłą rzeczy ten punkt odpadał.  Mózg naszej bohaterki, choć pokrętnymi ścieżkami, zawsze przecież docierał do głównego szlaku względnie racjonalnego myślenia.
  4. Najgorszy punkt. Zakładał, że zdarzenia minionej nocy naprawdę miały miejsce, co, po pierwsze, burzyło ugruntowany pogląd Martyny na kwestię istnienia pozaziemskiego życia i bóstw wszelakich, a po drugie, stawiał pod znakiem zapytania dalsze losy Układu Słonecznego.

Nie pozostawało nic innego niż organoleptyczne sprawdzenie wiarygodności materiału dowodowego spoczywającego tuż pod nosem Martyny. Nasza bohaterka dopiła resztkę piwa z puszki i ciężko wzdychając, wzięła do ręki pęk kluczy. Mając świadomość, że z niejasnych przyczyn jej uporządkowane życie właśnie się zmienia, skupiła spojrzenie na złotym breloczku i ponownie wzdychając, ostrożnie nacisnęła znajdujący się na nim guzik.  Delikatny dreszcz popełzł wzdłuż kręgosłupa Martyny i kumulując się po chwili mrowieniem w pośladkach naszej bohaterki, poderwał ją do góry i uniósł ku zagadkowemu przeznaczeniu. Dryfując nad samochodem Boratyńskiego zdołała pochwycić myśl, że Szaliński nie był w stanie zamontować pod nim lampek choinkowych, bo dozorca z pewnością zauważyłby przedłużacz wywieszony z okien piątego piętra. Martyna płynęła w górę i miała nieomal sto procent pewności, że jedna puszka browaru nie ma z tym nic wspólnego.

Gdy nasza niedoszła filozofka wylądowała twardo na marmurowej posadzce i rozejrzała się wokół siebie, nabrała pewności, że punkt piąty – mimo wszystko – był jedynym logicznym wyjaśnieniem rozgrywających się właśnie zdarzeń. Na wprost ujrzała ciąg swojskich drewnianych szaf z przesuwnymi drzwiami. Wędrując wzrokiem w prawo, wzdłuż zbliżającej się do niej linii ściany, zobaczyła drzwi.

Pobiegła wzrokiem w drugą stronę i na końcu oddalającej się perspektywy szeregu szaf zobaczyła inne drzwi, zachęcająco uchylone. Odchyliła głowę mocno w lewo i zobaczyła kręcone schody znikające w suficie.

Na złodzieju czapka gore

Na złodzieju czapka gore

Generalny remont w domu już za mną, już prawie posprzątane, już niebawem znów będę poukładanym człowiekiem, który znów ma poukładane na półkach. Właśnie kończę remanent w piwnicznych czeluściach i nie zgadniecie, co mi wpadło w ręce. Stara, rozbita umywalka. Jakim cudem nie wyrzuciłam jej kilka lat temu (?), kiedy to mój mąż pewnej nocy wszedł po omacku do łazienki. Rozbił sobie wtedy głowę o szafkę, a szafka spadła i rozbiła umywalkę. Szafce nic się nie stało, ale wiecie, ta stara umywalka… Wynosząc ją do śmieci przypomniało mi się pewne traumatyczne zdarzenie przy okazji zakupu owej.

Otóż kilkanaście lat temu, podczas remontu łazienki udałam się na grubsze zakupy do marketu budowlanego. Listę miałam długaśną, więc i zakupy trwały długo. Dział elektryczny, sanitarny, budowlany, armatura… Na liście ze 20 pozycji, więc żeby nie latać po sklepie w tę i nazad postanowiłam rozplanować sobie logistykę. No bo co najpierw? Żarówki, czy fajans? No jasne, najpierw fajans, a później żarówki do fajansu, ale tak się złożyło, że elektryczny był tuż przy wejściu, zatem poszłam najpierw po żarówki. Takie energooszczędne w podłużnych pudełkach. I drogie jak czort. Niestety, te których potrzebowałam, stały dość wysoko, a tu klasycznie, zero obsługi, więc niczym małpa wspięłam się na półkę. Nie dość, że wysoko, to na domiar złego stały głęboko, więc walcząc o życie wsadziłam rękę w wąską przestrzeń i ucapiłam żarówkę. Ale cóż, wyciągając rękę, zahaczyłam rękawem o stojące obok dość spore kartonowe pudełko. Mając na myśli zasadę, że jak coś może się rozbić to z pewnością się rozbije, spróbowałam złapać lecący towar. Pudełko zgrabnie odbiło się od półki, później od mojego wózka, a następnie w podskokach bezpiecznie pokonało na podłodze jeszcze metr i przy lądowaniu wypuściło na zewnątrz wielką żarówkę w kształcie koła. Zacisnęłam oczy, że może się uda, ale mych uszu doszedł jednoznacznie przykry brzdęk. Rzuciłam okiem na cenę. Kurczę, niemała.

Ale co tam! Przecież te moje żarówki powinny stać bliżej brzegu, a nie tak, żeby człowiek musiał sięgać ręką po pachę.

Niewzruszona, ruszyłam dalej przed siebie i jak gdyby nigdy nic, zapytałam pierwszego z brzegu sprzedawcę, którędy po fajans.

– Alejka 54- odparł usłużnie młodzieniec.

Podziękowałam i poszłam dalej. Uszłam może ze dwa metry, jak dopadł mnie inny sprzedawca.

– Proszę pani! Proszę pani!

– Rany boskie, to za tę żarówkę mnie gonią- pomyślałam w panice.

– Proszę pani, zgubiła pani szalik.

– Uff- odetchnęłam w duchu i poszłam dalej.

Nie uszłam nawet pięciu metrów, jak znów ktoś zaczął do mnie wołać. Serce mi stanęło, ale na wszelki wypadek udałam głuchą.

– Proszę pani! Ja przepraszam panią, ale ja źle pani powiedziałam, bo muszle i umywalki są w alejce numer 50.

Znowu podziękowałam i ruszyłam po coś na metalowy.

– Proszę pani!, niech się pani zatrzyma!- znów usłyszałam głos za plecami.

– Nie, no teraz to już na bank mnie mają- pomyślałam – pewna, że to już koniec, zwłaszcza że w głośnikach właśnie rozległ się miły głos zapraszający ekipę sprzątającą na dział elektryczny. – Rany boskie…- z tego wszystkiego oblał mnie zimny pot.

– Proszę Pani. Zgubiła pani rękawiczkę.

– Och, dziękuję uprzejmie- odparłam klnąc w duchu przewrotność chwili.

W końcu dokończyłam te nieszczęsne zakupy i mozolnie dotoczyłam ciężki wózek do kasy, marząc by opuścić to miejsce piekielne. Brodzik, krany, umywalka i wucecik, plus cała masa drobiazgów.  Kolejka jak stąd do Warszawy. Jak na złość. A ja na szarym końcu.

– Przepraszam panią- niespodziewanie ktoś poklepał mnie po ramieniu, a ja prawie poszłam w sufit.- Zapraszam panią, do kasy budowlanej, tam nie ma takiej kolejki. Pomogę zapchać ten wózek.- W osłupieniu patrzyłam jak chłopak w granatowych ogrodniczkach odprowadził mój wózek do budowlanej. Rzeczywiście, pusto. Niestety moja radość trwała krótko. Już chciałam z ulgą wypuścić zgromadzone w płucach powietrze, jak moim oczom ukazał się stojący za kasą rosły ochroniarz. Nadął się, dumnie prezentując mikrofon a’la Bittney Spears i wbił we mnie zimny wzrok.

– Teraz to już na serio jest kaplica- pomyślałam i oczami wyobraźni ujrzałam siebie w kajdankach. Teraz dla odmiany oblały mnie poty gorące, ale nadal starałam się udawać, że mnie nie ma i nic nie wiem o żarówce. Zapłaciłam. Uff.

Ale nic to, wyszłam na parking z poczuciem, że tam już mnie nie złapią. Już, już wyciągnęłam kluczyki, jak za moimi plecami rozległo się wołanie.

– Niech pani zaczeka! – podbiegł do mnie facet z obsługi parkingu, a ja prawie dostałam zawału.

– Ja pani pomogę to zapakować do bagażnika, przecież to wszystko jest strasznie ciężkie.

Ja nie wiem, normalnie tam nigdy nikogo nie ma, a jak już ktoś jest, to zawsze nie z tego działu, co potrzeba :)

Cóż było robić. Pewna, że moralny kac mnie nie opuści i ta przeklęta żarówka będzie mi się śniła po nocach, zamknęłam auto i grzecznie poszłam do biura obsługi klienta. W końcu siedem dych za głupią świetlówkę to konkretna kwota i głupio by było, gdyby ją komuś potrącono z wypłaty. Odstałam swoje w kolejce.

– Dzień dobry. Ja rozbiłam żarówkę- wyznałam jak na świętej spowiedzi.- Przypadkowo, ale rozbiłam.

– I?- Dziewczyna popatrzyła na mnie, jakbym upadła na głowę.- Jaką żarówkę?

– No taką okrągłą. Na elektrycznym.

– I?

– No i chciałam za nią zapłacić.

– Ale po co, przecież my takie rzeczy wliczamy w straty i tyle.

Ech, nie macie pojęcia, jakim horrorem były dla mnie te zakupy i z jak lekkim sercem wróciłam do samochodu. Zdecydowanie, na złodzieja to ja się nie nadaję :)

Martyna 1

Martyna 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału powieści, którą będziemy publikować w odcinkach. Poznajcie Martynę, zupełnie zwyczajne dziecię blokowiska, które ma całkowicie nadzwyczajne przygody. Można by powiedzieć – pozaziemskie i zdecydowanie nadnaturalne 😉

Rozdział 1

W którym okaże się, że ciężko jest nie wierzyć w życie pozaziemskie

Martyna zgasiła kulturalnie fajka w popielniczce i przekrzywiając głowę, zapisała w pamięci, że już czas wywalić do kosza ziemskie resztki w owej spoczywające. Przez chwilę wpatrywała się w górkę wysypujących się kiepów, ale nie znajdując w niej nic interesującego, dała sobie święty spokój i namacała odruchowo puszkę z resztką browaru.

Bałagan, bałaganem, ale jak by na to nie spojrzeć, życie piękne było. Martyna z westchnieniem wyprostowała nogi i ulokowała je na zielonym krześle balkonowym. Nic nie musiała. Mogła jedynie chcieć.

Pytanie, czy chciała chcieć?

To jest pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak na to, gdzie się trzyma cukier. Zdecydowana większość ludzi słusznie powiedziałaby, że cukier trzyma się w cukiernicy. Martyna, nasza domorosła filozofka, zapewne prychnęłaby w tym momencie lekceważąco i stwierdziłaby autorytatywnie:

Cukier trzyma się w torebce z napisem „cukier”.

I też miałaby rację.

A wracając do tematu. Tego wieczoru Martyna zorientowała się, że skończył się browar, co pogrążyło ją w leniwym i bolesnym dociekaniu, czy powinna założyć jakieś spodnie i poczłapać do sklepu, czy też raczej dno w puszce oznacza, że najwyższy czas walnąć się w łóżko.  Problem przez dłuższy czas pozostawał nierozwiązany, więc nasza bohaterka z pewną ulgą skoncentrowała się na wyłaniającej się z mroku linii pobliskich bloków. Stukając niecierpliwie paznokciami po powierzchni wysuszonej puszki, Martyna oddała się rozmyślaniom, co może oznaczać pulsująca zieloność, która łagodnie odbijała się w oknach ósmego piętra i w chromowanych felgach stojącego pod blokiem samochodu Boratyńskiego spod piątki.

Zasadniczo miała to gdzieś, bo po akcji z dzieciakiem Szalińskiego spod czternastki nie interesowała się życiem sąsiadów, lecz w refleksach okien na ósmym piętrze było coś niesamowitego. Coś, co nie pozwalało tak po prostu odwrócić spojrzenia i iść spać. Martyna usilnie starała się zachować pion, gdy od niechcenia wstała z krzesła z zamiarem ostrożnego podejścia do balustrady. Zielone światło natarczywie mrugało i nasza bohaterka, chcąc nie chcąc, skoncentrowała się na felgach samochodu Boratyńskiego.  Przesuwając niedogolone nóżki po balkonowych kafelkach, zakradła się w strzęp nocnego kamuflażu znajdującego się dokładnie pomiędzy dwoma rachitycznymi tujami uwięzionymi w glinianych donicach.

Światło łagodnie pulsowało w nocnej ciszy i Martyna miotała się pomiędzy ciekawością a chciwą potrzebą skoczenia do kuchni po telefon.  Przed jej oczami rozgrywał się fascynujący kadr filmu. Wraz z pulsującym – z każdą minutą silniej – zielonym światłem na parking osiedlowy spływał bezszelestnie trójkątny obiekt. Po chwili zgrabnie zaparkował obok samochodu Boratyńskiego, nawet nie muskając nawoskowanej maski.

„Ciekawe, ile by mi za to w tefałenie zapłacili?” – pomyślała i prawie zachłysnęła się z wrażenia na myśl, ile wejść miałby taki filmik na you tube.

Stała nadal niezdecydowana, jak ma się ustosunkować do zjawiska, i nerwowo drapała się po głowie, gorączkowo przywołując z czeluści zamulonego mózgu wiadomości na temat złudzeń optycznych. Niechętnie rodziła się w niej myśl natrętna i nieznośna, że widowisko może mieć pewien związek z regularnymi dostawami piwa do organizmu. W chwili, gdy zaczynała formułować gorące zapewnienie, że już nie pije więcej, coś stanowczo i energicznie postukało ją w ramię.  Martyna podskoczyła do góry i gwałtownie się odwróciła, stając oko w oko ze świetlistą postacią ludzkich rozmiarów.

Nasza bohaterka nigdy nie potrafiła powściągnąć jęzora i wyhamować na czas jego mielenia w niewyparzonej gębie, co nie raz bywało źródłem jej kłopotów.  Kiedyś, gdy poszła do spowiedzi i pasjonujący się cudzym życiem ksiądz zadał jej pytanie: „A miałaś kiedyś stosunek z jakimś chłopakiem, dziecko?”, Martyna niewiele myśląc, odparła: „A ksiądz?”. Spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia na żenującą scenę, w której rozsierdzony Dobrodziej wyskoczył z konfesjonału i wyprowadził niedoszłą spowiedniczkę za ucho przed dostojny Dom Boży.  Niech nam wystarczy stwierdzenie, że w fascynującym organizmie Martyny najbliżej połączonymi naczyniami był kosmaty mózg i wzmiankowany wyżej język.  Nie powinno więc dziwić, że teraz, na widok świetlistego intruza zachowała się równie spontanicznie.

– A ty, kuźwa, co? – krzyknęła.

– Jajco – błysnął celną ripostą obcy, czym z punktu zaimponował dziewczynie.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem i Martyna pewnie wygrałaby w pojedynku pomiędzy swoimi brązowymi oczami a piwnym spojrzeniem złocistego, gdyby nie to, że opóźniony efekt równie złocistego piwa wpłynął znienacka na koordynację pracy jej gałek ocznych. Odwróciła wzrok, co jednak nie miało wpływu na jej zdolności oratorskie.

– Czego tu? – zapytała.

Obcy uśmiechnął się pojednawczo i gestem dłoni wskazał uprzejmie dziewczynie krzesło. Odczekał kulturalnie, aż gospodyni balkonu umości się wygodnie, i podgarniając z obu stron świetliste szaty, usiadł na drugim krzesełku. Uśmiechał się przy tym i wpatrywał w nieco kpiące, brązowe oczy. Martyna nie wytrzymała ciężaru zagadkowej ciszy.

– Browar się skończył. Chcesz fajka? – zagaiła prawie uprzejmie.

Obcy wyszczerzył rząd idealnie prostych i o dziwo białych zębów i potakująco skinął głową, więc

Martyna zapaliła fajka i pchnęła po stoliku w stronę nieproszonego gościa paczkę i zapalniczkę. Obcy rozejrzał się nieco nerwowo, ale sięgnął po papierosa i z lubością zaciągnął się dymem, gdy tylko go podpalił. Kopcili chwilę w milczeniu, lecz jęzor Martyny, szybszy niźli strzała Robin Hooda, wymlaskał całkiem logicznie, zważywszy na okoliczności.

– Wiem, że potrafisz gadać, bo powiedziałeś „jajco”. A teraz chcę wiedzieć, co, do cholery, robi na parkingu ten trójkątny gadżecik i co, do cholery, ty robisz na moim balkonie.

Obcy poprawił sprzączkę złocistego sandała po czym postanowił przerwać tajemnicze milczenie.

– No więc przywiozłem kluczyki. – powiedział.

– Jakie, kuźwa, kluczyki?

– No… kluczyki!  Od centrum dowodzenia.  Od dzisiaj obejmujesz tę planetę, o której Szef zapomniał i, prawdę mówiąc, bardzo dobrze, że tak zrobił.

– Ty, weź daj se siana, dobra? – powiedziała urażona Martyna. – Tylko nie zapomniana!

– Słuchaj, ja nie wiem, co dowództwo wcześniej tobie powiedziało, ale z alzheimera Szefa się nie żartuje – żachnął się obcy.

– Coś ty ćpał, chłopie? – wyszeptała nabożnie i dodała – Ja też chcę!

– Martyna, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?  – ryknął świetlisty. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co się w Centrali dzieje? Były Dyrektor Departamentu Spraw Ziemskich poleciał ze stołka i nieoficjalnie kazał mi przylecieć na to porąbane osiedle i dać klucze swojej duchowej siostrze, Martynie.  No to jestem.  Nie wiem, jakie masz układy z Szefem.  Ja tylko wypełniam ostatnie polecenie służbowe.

– O Jezu! – powiedziała Martyna, mając już tysiąc procent pewności, że najwyższy czas odstawić browar.

– Czyli jednak znasz Dyrektora! – Świetlisty strzelił entuzjastycznie pięścią w stolik.

Martyna miała dość jak na jedną noc, więc zgasiła nerwowym ruchem fajka w doniczce z tują i powiedziała:

– To ty z UFO jesteś czy z kurii? A weź zgiń, maro nieczysta!

– To jest cios poniżej pasa – powiedział urażonym głosem obcy i ciskając pękiem kluczy na stół, dodał – Odchodzę, ale ty przejmujesz od dzisiaj ten resort. Ja mam to w dupie. Trójkątne badziewie też ty przejmujesz – dodał mściwie.

– Znaczy, to coś, co stoi obok samochodu Boratyńskiego? – parsknęła śmiechem Martyna.

– Nie! To tylko statek zwiadowczy. Ty bierzesz dużą kupę złomu – powiedział złowieszczo obcy, po czym wstał i zniknął.  Po chwili z parkingu osiedlowego bezszelestnie wzbił się w stronę nieba trójkątny pojazd.

A Martyna poszła w stronę łóżka, solennie obiecując sobie wstrzemięźliwość alkoholową.

Sens życia

Sens życia

Odkąd pamiętam, uwielbiam dobre jedzenie. Gdy byłam pozbawionym wszelkich hamulców, wiecznie nienażartym dzieciakiem, rzucałam się na ulubione potrawy jakby mnie miesiącami głodzili. Teraz naturalnie się hamuję, bo zdradzieckie kalorie nie śpią, ale wtedy nawet nie słyszałam, że coś takiego, jak kaloria istnieje. A jak czegoś nie ma, to nam nie może zaszkodzić, prawda? Żarłam więc jak koń i dalej byłam chuda jak patyk.

Moja mama była załamana permanentnym spustoszeniem, jakie siałam w lodówce. W milczeniu produkowała kolejne dania i załamywała ręce, gdy wciągałam kolejny talerz zupy. Miała nadzieję, że wystarczy na dwa dni, ale nic z tego. Dobrze wychowany człowiek nie zostawia resztek, więc koniec następował dopiero po ujrzeniu dna garnka 😀

– Jakie życie byłoby piękne, gdyby ludzie nie musieli jeść i pić – mawiała moja mama, załamując ręce.

Powiem Wam szczerze, że poraziła mnie ta wizja. Wyobrażacie to sobie? Całe życie bez pysznego rosołku, gołąbków albo czekolady? Bez zielonej herbaty albo kieliszka dobrego wina? Dogłębnie przerażające!

A to przecież dopiero początek potencjalnych zmian na gorsze. Gdyby człowiek nie potrzebował jedzenia, to nie istniałyby lodówki, garnki i piekarniki oraz cała reszta sprzętów i przedmiotów związanych z kulinariami. Nie byłoby mojego ulubionego kubka do kawy ani najcudowniejszego na świecie noża z Biedronki. A ileż było radości, gdy go sobie kupiłam za całe 8,50!

Co ja mówię? Nie byłoby kuchni nawet. No w pewnym sensie doszłoby dodatkowe pomieszczenie w domu do wykorzystania, ale co to za dom bez serca, czyli kuchni?

Zmiany oczywiście nie dotyczyłyby tylko naszych mieszkań. Zniknęłaby większość sklepów, a do tych nielicznych, które by zostały, zaglądałoby się tylko czasami. Przecież o ile chlebek kupuje się codziennie, to buty raz na jakiś czas. Ok, zgadzam się, zaoszczędziłoby się na żarciu mnóstwo pieniędzy, to i na buty by więcej zostało, ale mimo wszystko to byłoby straszne życie (choć nie ukrywam, że więcej butów by mi osobiście pasowało 😀 ).

No a co z restauracjami? Gdzie na randkę, wesele, spotkanie rodzinne?

Już to widzę:

– Kochanie, co myślisz o tym, żeby po naszym ślubie zaprosić gości do parku? Posiedzielibyśmy sobie na trawie i pośpiewali piosenki? – zapytałaby narzeczona.

– Wiesz co? A może lepiej zabierzmy ich do lasu? Pooddychamy sobie zapachem igliwia?

Albo Wigilia:

– Co sądzisz o tym, żebyśmy zaprosili rodzinę na wspólne dekorowanie choinki?

– Świetnie! A potem usiądziemy i będziemy ją oglądać!

Oczywiście na kanapie, a nie przy stole, bo stołów by też nie było. Jedynie biurka do roboty i nauki.

Ilu ludzi straciłoby zatrudnienie, to już nawet policzyć się nie da. A w telewizji, zamiast „Masterchefa” i „Ugotowanych”, leciałby ckliwy program „Jak oni cerują” albo „Mistrz warcabów”.

Nie byłoby sadów, malowniczych pól uprawnych. Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłam, że nie byłoby nawet mojej ulubionej zabawki z dzieciństwa, czyli małego, czerwonego traktorka. No bo na co komu traktory w świecie bez upraw rolnych?

Straszna wizja, prawda? Dla mnie życie straciłoby swój podstawowy sens 😉

Niewykluczone, że i rodzina by mi się rozpadła. Czym bowiem zapełnilibyśmy pustkę powstałą po wielogodzinnych rozmowach na temat tego co byśmy zjedli, czasochłonnym szukaniu nowych przepisów i testowaniu kolejnych knajp? 😀

W mojej rodzinie kwestia jedzenia zajmuje szczególne miejsce. No tak już mamy. Najważniejsze pytanie, gdy ktoś wraca z jakiegoś hotelu brzmi oczywiście, czy śniadanie dali dobre. Podobnie z weselami. Nie jest ważne kto jaką kieckę założył albo kto się upił i zasnął pod stołem. O nie. Kluczową kwestią jest to, jakie było jedzenie.

Nie powinno więc Was dziwić, że wycieczki i urlopy często planujemy według kulinarnej mapy świata. Tak było i wtedy, gdy postanowiliśmy z mężem odwiedzić Kraków. Pieczołowicie wybraliśmy słynną restaurację w stylu „ęą”.

Podczas wycieczki po Krakowie holowaliśmy za sobą dwie dziewięciolatki. Naszą własną córkę Gabrysię i jej przyjaciółkę Julkę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że dla żywiołowych wielbicielek nugetsów sztywna knajpa w stylu „ęą” będzie średnio atrakcyjna, ale uparliśmy się, żeby iść. Przekupiłam smarkule obietnicą lodów, jeśli tylko dadzą z siebie wszystko w kwestii dobrego zachowania. Zwiedziona gorliwym zapewnieniem, że będą grzeczne, nie zaczną biegać wokół stołu i mlaskać nad talerzem, przystałam na wizytę w restauracji.

Poszliśmy więc. Miejsce piękne, z każdego kąta szepcze historia, ale kelnerzy, choć niezwykle mili, to usztywnieni jakby połknęli kije. No nic. Siadamy. Dziewczynki rozglądają się z zaciekawieniem.

– To jakieś muzeum? – pyta Julka. – Przecież mieliśmy coś zjeść!

– To restauracja, zaraz coś zjesz – odpowiadam. – Nie machaj nogami, co?

Już nawet nie chodziło mi o to, że zbyt eleganckie to nie było, ale żywiołowe dziewczę oplątane długim i niezwykle wytwornym obrusem momentalnie skojarzyło mi się z katastrofą. Oczami wyobraźni ujrzałam leżącą na podłodze kosztowną tkaninę i potłuczony w drobny mak wazonik z rżniętego kryształu. A przecież nawet nie zdążyliśmy zamówić nic do picia.

Z tym poszło nawet prosto. Zanim dzieci zdążyły się zabrać za studiowanie menu, zapytałam chytrze, czy chcą colę. Normalnie jej nie dostawały, więc zelektryzowało je to z miejsca. Cola jest wszędzie. No może z wyjątkiem Korei Północnej, ale tam się nie wybieramy. Założyłam – słusznie – że tutaj też ją mieli.

Cola przyniesiona. Wino dla nas także. Dzieci przystąpiły do studiowania karty dań. I się zaczęło 😀

– Mamo, tu jest napisane, że jest danie z królika – wykrzywiła się Gabryśka. – Ohyda! Nie będę jeść biednego króliczka.

– Nie musisz. Wybierz coś innego – odparłam.

– Jak można zjeść sarenkę? – zaprotestowała w tym czasie Julka.

– A może coś z drobiu wybierzesz? – zaproponowałam pospiesznie, widząc zaszklone łzami oczęta.

– Tato! Cola mi się skończyła – poinformowała tymczasem Gabrysia. – Mogę jeszcze?

Oczywiście nie chodziło o to, że chciało jej się nadzwyczajnie pić, ale jak się dorwała do zakazanego na co dzień napoju, to postanowiła kuć żelazo póki gorące. Julka w mig załapała strategię i duszkiem wypiła swój napój.

– Ja też już nie mam! – poinformowała pogodnie.

Smarkule dostały po kolejnej szklance coli, w cenie jak za skrzynkę każda, plus przestrogę, że jak wypiją duszkiem to dostaną wyłącznie wodę.

– Najlepiej z wazonu – mruknął pod nosem mąż, studiując absurdalnie wysokie ceny całkowicie pospolitych napojów gazowanych.

– Dobra ta cola – wyszeptała z zadowoleniem Gabrysia, najwyraźniej nie wyczuwając aluzji.

– No dobrze – ucięłam na wszelki wypadek drażliwy temat – Wybraliście już coś do jedzenia?

– Ja chyba wezmę ten chłodnik ogórkowy z szyjkami rakowymi i sarnę – powiedział w zadumie mąż, który głęboko skupiony nad menu zwyczajnie nie wyczuwał głębokiego dramatu dzieci 😀

– Julka, wybrałaś coś? – zapytałam.

– Mogę lody?

– Obiad najpierw. A z lodami to chyba mamy umowę, prawda? – wyszeptałam słodko.

– Tato a co to jest foie gras? – zainteresowała się w tym czasie Gabrysia.

– To jest pasztet z… A zresztą nieważne… Wybierz coś innego, dobrze? – w porę zreflektował się mąż.

– I nie machaj nogami! – dodałam szeptem, widząc niebezpiecznie napinający się obrus.

– Głodna jestem! – poskarżyła się Julka.

– No to wybierz coś szybko, to zamówimy i zaraz zjesz. Masz już coś? – zapytałam.

– Myślę.

Westchnęłam ciężko, co stojąca nieopodal kelnerka musiała najwyraźniej błędnie zinterpretować, jako wyraz zniecierpliwienia zbyt długim oczekiwaniem na obsługę. Podeszła więc do nas.

– Wybrali już państwo? – zapytała z grzecznym uśmiechem.

– My w zasadzie już tak – odparłam – ale dzieci…

– No dobrze, to może przyjmę od państwa zamówienie, a potem wspólnie pomyślimy nad czymś dla dzieci, dobrze?

– Tak. Bardzo dziękuję – odparłam z ulgą, której nie dało się zatuszować. – Ja wobec tego poproszę przepiórkę.

Mąż zamówił ten swój chłodnik i biedną, bezbronną sarenkę.

– A na co mają ochotę młode damy? – zapytała kurtuazyjnie kelnerka.

– Ja poproszę kurczaka – zdecydowała w końcu Gabrysia.

– W białym winie, tak?

– No nie! – zaprotestowała Gabrysia. – Kotlet z kurczaczka poproszę.

– Gabrysiu, ale tego nie ma w karcie… – próbowałam perswadować .

– Nie ma problemu – wcięła się kelnerka. – Szef kuchni z pewnością jakoś temu zaradzi.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się z wdzięcznością.

– A co chcesz do kotlecika? Opiekane ziemniaki? – zapytała kelnerka.

– Frytki poproszę!

Uśmiechałam się do kelnerki a przed oczami wyświetlał mi się napis, taki jak na żółtym pasku informacyjnym TVN-u: „Trzeba było iść do KFC!”. Dobrze, że chociaż do tych frytek „poproszę” dodała.

– Juleńko – zapytałam słabym głosem – wybrałaś już coś w końcu?

– Nic tu nie ma! – poskarżyła się małolata. – Nie możemy iść do normalnej restauracji?

– A na co byś miała ochotę, kochanie? – zapytała zatroskana kelnerka, podczas gdy ja upewniałam się w przekonaniu, że co tam KFC! Nawet bar mleczny byłby lepszym pomysłem.

– Na pewno jest coś, co chciałabyś zjeść – dodałam.

Julka powiodła spojrzeniem po wazoniku z rżniętego kryształu, wiekowych obrazach wiszących na ścianie i zabytkowych meblach. Pociągnęła nosem i spojrzała ufnie na kelnerkę.

– Macie tu ruskie pierogi? – zapytała z nadzieją.

Kelnerka przez chwilę walczyła z wyraźnie nadciągającym atakiem śmiechu, ale zachowała kamienną twarz.

– Oczywiście – odparła w końcu.

– Ale jak… – zdziwiłam się.

– Mamy na dole sklep garmażeryjny. Zaraz ktoś przyniesie.

A potem nastąpiła niezapomniana scena, w której czworo kelnerów podeszło i postawiło przed nami cztery talerze nakryte srebrnymi pokrywami. Unieśli je jednocześnie ukazując światu pięknie podaną dziczyznę, oraz kotleta z frytami a także porcję ruskich pierogów 😀

Gabryśka zaatakowała paluchami frytki, a Julka natarła widelcem na pierogi. Przyglądałam im się znad przepiórki i zastanawiałam się, w którym momencie straciłam instynkt rodzicielski i jaki diabeł podpowiedział mi, że przyprowadzenie tych dwóch potworów do „ęą knajpy” będzie idealnym zwieńczeniem wycieczki.

– Nie dali ketchupu – poskarżyła się Gabryśka.

– To idź i poproś – odparłam zrezygnowanym tonem.

Zadowolone dziewczynki wmiotły swoje porcje do ostatniego okruszka. Mąż poprosił o rachunek. Lekko się zakrztusił winem, gdy zobaczył na ile wyceniono sześć pierogów z garmażerki, ale bez mrugnięcia okiem uiścił należność.

– Jula? A smakowały ci pierogi? – zapytał z nadzieją w głosie, gdy wyszliśmy z knajpy.

– Takie sobie. Mama i ciocia robią lepsze – odparła z rozbrajającą szczerością dziewczynka.

– Idziemy na te lody? – zapytała Gabrysia.

W kolejnym dniu zwiedzania poszliśmy na obiad do podrzędnego baru. Na schabowego z frytami z frytury 😀

Ps. Kelnerka dostała sowity napiwek :)

Szeptucha 15

Szeptucha 15

Świat przedsionka szpitalnego, czyli recepcji, nie uległ żadnej zmianie po klątwie Szeptuchy. Po hallu nadal snuły się rzesze przyszłych pacjentów, a bezduszna recepcjonistka Jadwiga, tkwiąc w szponach zawodowej znieczulicy, nie reagowała nawet rozszerzeniem źrenicy na wycieki krwi tętniczej, żeby o patologicznych akcjach porodowych nawet nie wspomnieć. Rajat wybałuszył migdałowe oczęta, ale wziął się w garść, i ciągnąc za sobą Lelkę i kierowcę, przedarł się do kontuaru.

– Umówieni jesteśmy – wyjaśnił władczo.

Jadwiga parsknęła złośliwym śmiechem i gestem polakierowanych paznokci odegnała intruza na koniec kolejki.

– Daj spokój, nie znasz realiów – warknęła ostrzegawczo Lelka.

Kierowca pokiwał gorliwie głową, zgadzając się z opinią dziewczyny.

Próby ponownego dodzwonienia się do Szeptuchy spełzły na niczym. Telefon milczał jak zaklęty.

– Przepraszam – zagaiła grzecznie Aurelia, gdy nadeszła jej kolej. – Szukam kogoś.

– A kogo?

– Mojej krewnej. – Lela zacukała się w jednej chwili, bo nagle sobie uświadomiła, że w sercu stolicy, w ogromnym szpitalu, pytanie o Szeptuchę nie ma najmniejszego sensu. – … Olesi.

– Oleńki? – W recepcjonistkę jakby piorun strzelił.

– Oleńki, Olesi, bez różnicy – potwierdził zmęczonym głosem Rajat.

A dusioł w skórze kierowcy obślinił się na wspomnienie kruchego dziewczęcia, które mu zwiało przy pomocy sił nieczystych podczas okupacji. Może teraz żylasta jest, może stara, ale nadal odpowiada za upokorzenie prastarego stworzenia.

– Profesor wydał dyspozycję, by gości Oleńki niezwłocznie skierować na oddział – wyjaśniła sztywno recepcjonistka. – Bardzo proszę, sala numer 7, drugie piętro.

Nie tracąc czasu na dalsze dyskusje, Aurelia, gnana niepokojem o prababkę, popędziła w stronę schodów. Rajat pobiegł za nią. W kompletnym zamieszaniu nie zauważyli sadzącego za nimi kierowcy i starej Stachańskiej, ciągnącej za sobą opierającego się faceta w kaszkiecie.

– Rajat – rozbeczała się w windzie Lelka. – Prababcia chyba chora poważnie, bo ta recepcjonistka taka poważna i opryskliwa była.

– Niech panienka się nie przejmuje tak bardzo! Recepcjonistki takie niesympatyczne z urodzenia chyba… – wciął się taryfiarz.

– Pan to kto? – wyszlochała Aurelia.

– Ja tutaj z klientką przyjechałem za wami.

Aurelia powiodła nieco bardziej przytomnym spojrzeniem po reszcie zgromadzonych w windzie osób.

– A co szanowna pani Stachańska tu w tej windzie robi? – oburzył się Rajat.

– Ty mnie tu, chłopcze, nie szykanuj! – parsknęła stara sąsiadka. – Ja tu świadków mam! – Szturchnęła taksiarza kościstym paluchem. – I on poświadczy, że tu się jakieś zbrodnie odbywają.

– Ale my nic złego nie robimy – zaprotestowała Lela.

– Wy nie, ale on! – wrzasnęła Stachańska, celując żółtym szponem w przebranego za kierowcę dusioła.

W tej samej chwili zgasło światło, a winda z niemiłosiernym zgrzytem stanęła między piętrami.

– Co się dzieje? – wrzasnął Rajat.

– Zbrodniarz nas uwięził i właśnie umknął, by wprowadzić swój zabójczy plan w czyn! – nakreśliła ponuro sytuację sąsiadka.

– Kurde, ja tu tylko po złote świnki… – jęknął taksiarz.

– Zapracować trzeba! Po pomoc dzwoń, baranie!

– Pani Zofio – Lelka starała się zachować rozsądek – o czym pani właściwie mówi? Prababci coś grozi?

– A wszystkim grozi – sapnęła sąsiadka. – Ten wasz kierowca zjadł waszego prawdziwego kierowcę i się w niego zamienił, i teraz coś kombinuje.

– Dusioł! – wrzasnęli chórem Rajat i Lela, i w panice naparli na drzwi windy.

– Chwilunia! – powstrzymał ich taksiarz. – Mam śrubokręcik, który zaraz rozwiąże nasze problemy.

– A w dupie mam pana śrubokręcik! – wrzasnęła arogancko Aurelia i wygenerowała z siebie błękitne światło.

Rajat natychmiast podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach. Winda jęknęła i ruszyła w stronę drugiego piętra. Po chwili drzwi wypuściły z siebie pasażerów.

– Do sali numer siedem! Biegiem! – wrzasnął Rajat i puścił się sprintem po archaicznym linoleum.

Lelka nie zważała na Stachańską i jej taryfiarza. Gnała za Hindusem, modląc się w duchu, by babce nic się nie stało.

Szeptucha pogłaskała Oleńkę po buzi i odwróciła się w stronę Waldka.

– Dość masz na dzisiaj – orzekła.

– Daj, Oleśka, spokój – burknął stary. – Na co mi siły oszczędzać?

– Ot, choćby na to! – wrzasnęła prababka, odsuwając gwałtownie wózek inwalidzki pod okno i rzucając się całym ciałem na łóżko Oleńki.

Waldek kątem oka zauważył blondyna, który wtargnął do sali i bez ostrzeżenia skoczył na łóżko dziecka.

– Na pomoc! – wrzasnął Waldek, wciskając przycisk alarmowy.

– Waldek! Po Jaśka leć, niech moją wnuczkę znajdzie! – wrzasnęła Szeptucha. – To nie żarty!

Waldek wykrzesał z siebie wszelkie siły i w olimpijskim tempie wytoczył wózek na korytarz. W połowie nieomal zderzył się z grupą zziajanych ludzi.

– Oleńka! Jaśko! – zdołał wyksztusić i wskazał ręką kierunek, a potem zemdlał z wysiłku.

Lelka przebiegła sprintem obok inwalidy i z hukiem otworzyła drzwi pokoju numer siedem.

– Rajat! – wrzasnęła z mocą.

Chłopak podbiegł do niej i w ciągu kilku sekund ocenił sytuację. Istniały zaledwie dwie istoty zdolne ochronić babkę i tę dziewczynę leżącą na łóżku.

– Prababko?

– Róbcie, co trza! – sapnęła stara, próbując utrzymać rozwścieczonego dusioła w zaklęciu ochronnym.

Lelka chwyciła Rajata za rękę, posypały się iskry i młodzi zniknęli w mroku dziejów.

– Rusz się, do cholery! – wrzasnęła Stachańska do taksiarza. – Pomóc trzeba!

Biedny taksiarz w stanie kompletnego szoku stał jak kukła.

– Daj mu, Zośka, spokój! – wydyszała Szeptucha.– Pomóc chcesz, to leć do dyżurki po Jaśka, wnuka swojego przyszywanego. Waldka, swojego szwagra, do pokoju każ odwieźć. A tu się nie mieszaj. Na razie trzymam kurwiego syna w szachu, ale nie wiem, czy sił mi stanie na długo.

– Jezu, rodzina mi się znalazła – przeżegnała się sąsiadka i wybiegła na korytarz. Taksiarz ocknął się nagle i pobiegł za nią.

Jaśka ukołysała właśnie bliźniaki i poszła do kuchni szykować wigilijne pierogi. Dzieciaki dawały jej mnóstwo szczęścia i jeszcze więcej zajęć, a święta miały to do siebie, że nadchodziły rotacyjnie bez pytania, czy są mile widziane. A robota, jak zwykle, sama się zrobić nie chciała.

– Mamo! – wrzasnął upiorny głos za plecami gniotącej ciasto Janiny.

Kobieta odwróciła się błyskawicznie od stolnicy i stanęła naprzeciwko swojej najstarszej córki Aurelii.

– Jezusie, aleś mnie, córuś, przestraszyła!

– Mamo! – Lela była bardzo poważna. Trzymała kurczowo za rękę Rajata i z napięciem wpatrywała się w Jasię. – Prababcia ma kłopoty. Dusioł…

– Dawno trzeba było pozwolić, żeby bliźniaki skończyły z ta gadziną – syknęła mściwie matka Aurelii, bezwiednie obnażając ostre siekacze.

– Teraz muszą z nim skończyć! – wtrącił nerwowym głosem Rajat.

– Mamo – dodała Lela. – Musisz nam pożyczyć bliźniaki! Bez tego prababcia i inni…

– A w życiu nie dam dzieciątek! – żachnęła się Jasia.

– Mamo! – jęknęła Aurelka. – A prababcia?

– Dobra, idę z wami. Pierogi poczekają. Ale jeśli myślicie, że narażę maleństwa na jakiekolwiek niebezpieczeństwo…

– Dobra, mamuś, to one narażą cały szpital na niebezpieczeństwo, więc im samym raczej zbyt wiele nie grozi. Przygotuj się, bo skoczymy wprost do szpitala i wylądujemy przy łóżku bardzo chorej dziewczyny. A na niej będą siedzieć prababcia i dusioł.

Jaśka o nic więcej nie pytała. Pobiegła do sąsiedniego pokoju, chwyciła bliźniaki na ręce i skinęła głową. Para nastolatków podeszła do niej i położyła jej dłonie na ramionach. Niemowlęta spały jak susły. Skoczyli z głośnym syknięciem.

Jaśko stał kompletnie zdezorientowany w progu sali, a wszystko to, co rozgrywało się przed jego oczami, kompletnie nie poddawało się racjonalnym opisom. Oleńka, bledziutka jak nigdy dotąd, leżała nieruchomo z otwartymi szeroko oczami. Tuż nad nią lewitowała Szeptucha, najwyraźniej generując jakieś połyskliwe pole ochronne, i starając się odepchnąć potężnego blondyna atakującego łóżko. Mężczyzna szamotał się chaotycznie, a spod jego skóry przebijały refleksy zielonych łusek. Całość była kompletnie surrealistyczna, ale niewątpliwe groźna. Profesor próbował podejść bliżej, ale jakaś bariera osadzała go ponownie w progu.

– Nic nie rób! – miauknął Mruczek, bohatersko skacząc na pomoc Szeptusze.

Powietrze zgęstniało. Z niespodziewanym hukiem przy łóżku Olesi zmaterializowali się Lela z Rajatem i Jaśka z bliźniętami.

– Dzieci! – wrzasnęła Jasia. – Bierzcie dusioła!

Nie sprecyzowała, które konkretnie dzieci z przywiedzionej czwórki mają się brać za prehistorycznego gada, więc atak, nieco chaotyczny, nosił znamiona pospolitego ruszenia. W jednej chwili pościel Oleńki zakotłowała się, tracąc szpitalną biel.

– Połóżcie go na podłodze! – zadysponowała prababka, podnosząc się ciężko z łóżka.

Dusioł rozkrzyżowany na linoleum łypał złowrogo i co chwilę zmieniał wygląd.

– Czas na was, dzieciątka – wyszeptała Jasia w stronę śmiercionośnych bliźniąt.

Krwiożercze niemowlaki tylko na to czekały. Posadzone na podłodze, poraczkowały w stronę potwora, i radośnie gaworząc, zaczęły mu metodycznie zrywać zielone łuski.

– Jezu – mruknął Rajat. – Jakby się klockami Lego bawiły.

– No dalej, dzieci! – zachęciła maluchy Jasia. – Nie ma czasu.

Prababka odetchnęła z ulgą i spojrzała na tkwiącego w stuporze lekarza.

– Jaśko – powiedziała łagodnie. – Idź no do Oleńki.

To podziałało. Chirurg ocknął się gwałtownie i przypadł do łóżka córki, mierząc jej puls i sprawdzając źrenice. Wyglądało na to, że nic jej się nie stało.

W tym czasie dusioł wrzasnął przeraźliwie i znieruchomiał. Gadzi kształt zaczął powoli znikać i po chwili na podłodze leżał przeraźliwie blady i zdecydowanie martwy chłopak odziany w skórzaną przepaskę. W pokoju zapadła kompletna cisza, przerywana pojedynczymi i raczej upiornymi, zważywszy na okoliczności, perlistymi wybuchami śmiechu niemowląt.

– Jaśko – cmoknęła z zadowoleniem Szeptucha. – Coś mi się zdaje, żeś serce dla Oleńki właśnie dostał.

– Żartujecie chyba? To jakiś potwór z dna piekła albo inne zło wcielone!

– To i lepiej, Jaśko. To i lepiej! – zachichotała upiornie stara.

– A dlaczego niby?

– Boć on tego serca nie używał nigdy, więc trafił ci się zamiennik w doskonałym stanie.

Śnieg sypał bezgłośnie, ale wyjątkowo obficie. Las wyglądał zjawiskowo. Mruczek z furią w oczach przedzierał się przez sosnowy zagajnik, zżymając się na białe paskudztwo. Przez chwilę pomyślał nawet bluźnierczo, że hordy krwiożerczych komarów byłyby bardziej znośne. Tuż za nim szła dziarsko Szeptucha, a obok niej Jaśko, ten lekarz z warszawskiego szpitala.

– Jak Oleńka? – zapytała babka z troską.

– Stan stabilny, przeszczep powinien się przyjąć. Trzymamy ją w śpiączce farmakologicznej.

– Jaśko, jak ojca, a nie jak lekarza cię wypytuję!

– Bledziutka, aż przezroczysta, ale widać w niej wolę walki. Jest z nią teraz mój ojciec i całe plemię Stachańskich, razem z tym taksówkarzem, co się do Zofii, no wiecie, wdowy po moim wuju, przymieszkał, więc dlatego wyrwałem się na kilka godzin, ale zaraz muszę wracać.

– Wiem, wiem. To już niedaleko – uspokoiła go.

– Ona taka młodziutka jeszcze…

– No właśnie, aż nie pasuje do takiego starego konia jak ty.

– Późno się dochowałem. Pięćdziesiątkę przeszło miałem, a żona  ponad czterdzieści. To pewnie przez to mała jest taka słaba. Byliśmy już za starzy na rodziców, zresztą natura zatriumfowała nad nauką. Żona przy porodzie zmarła i to moja wina.

– Nie pleć, synek, głupstw! – ofuknęła go Szeptucha. – Co komu los pisał, tego uniknąć się nie da, a ty za cienki w uszach jesteś, żeby o tym decydować.

Choiny rozstąpiły się nagle i prababka poczłapała w stronę brzozowego młodniaka. Ruin leśniczówki nie było widać spod śniegu, ale zjeżona kocia sierść była najlepszym dowodem, że trafili dobrze.

– Andzia! Wyłaź! – krzyknęła Szeptucha. – Gościa ci przyprowadziłam.

Młodniak zaszumiał tajemniczo i pierzchnął na boki. Na polanie została tylko niewielka choineczka, na której nagle wyrosły świeczki. Jaśko przetarł ze zdumienia oczy i stanął jak wryty.

– No idź, z matulą się przywitaj. Zawsze miała teatralne wejścia… Auć!

Na głowę Szeptuchy spadła okazała pecyna śniegu. Stara otrząsnęła się jak kot i potulnie zamilkła. Stała i obserwowała, jak Jaśko powoli podchodzi do drzewka, nagle lśniącego setką mrugających światełek. Mruczek otarł się o jaśkowe kolana i wskoczył mężczyźnie prosto w ramiona.

– Jesteś! Tyle lat minęło – zaszumiała Andzia.

– Mamo – szepnął Jaśko. – Pamiętam. Teraz pamiętam. Choinkę ubierałem. Jakaś kobieta dała mi malowane orzechy.

– To była twoja babka.

– I ciebie pamiętam. Śmiałaś się do mnie. Taka młoda…

– Szczęśliwy jesteś, synku, w tym życiu?

– Bardzo. Mam rodzinę, córkę… Waldek Stachański mnie adoptował.

Choinka nagle rozżarzyła się czerwonym światłem, ale Andzia najwyraźniej miała już dość tej zemsty, bo po chwili wszystko przygasło.

– To dobrze, synu. Widzę, że Waldek winy swoje odkupił. Jakiś ty przystojny! Jak twój ojciec całkiem.­

– Opowiesz mi o nim? – poprosił Jaśko i przysiadł na pniu.

– Dawno temu, jeszcze przed wojną to było…

– Kocie! – szepnęła prababka. – Ostań tu z nimi. Ja do doma idę. Nic tu po mnie.

Tymczasem Andzia jeszcze długo snuła wspomnienia jakby opowiadała bajkę swojemu dwuletniemu synkowi. A Jaśko siedział jak zaczarowany. Po policzkach ciekły mu łzy.

Przed chałupą czekała na Szeptuchę Lelka.

– I co? I co? – podskoczyła niecierpliwie.

– Wszystko się dobrze ułożyło. Andzia zachwycona, i coś mi się zdaje, że jej dusza w końcu spokoju nieco zazna – odparła prababka, gładząc dziewczynę po włosach.

– Prababciu, ja się boję trochę.

– Czegóż znów się boisz?

– Bo matka Rajata ma tu przyjechać na Wigilię… i ona jest taka…

– Jaka?

– No, inna niż my.

– Musi być inna, skoro w Indiach dalekich wychowana.

– Ale oni są tacy nadziani…

– Czym nadziani? – nie zrozumiała prababka.

– Oj prababciu, no! Bogaci są.

– A my to nie?

– No, oni pałace mają…

– A my ten dom po ojcach, i las, który się nas słucha.

– Złoto, samoloty, hotele najdroższe wynajmują…

– A my rodzinę mamy, emeryturę niczego sobie, a ty całkiem fajne kiecki.

– Z lumpeksu – wtrąciła z goryczą Lela.

– Dziecko! Nie w kosztownościach tkwi bogactwo, toż ci już mówiłam.

– Oj, prababciu… – przewróciła oczami Aurelia. – Życia nie znasz.

Szeptucha zachichotała z głębi prawie dziewięćdziesięcioletnich płuc i cmoknęła szesnastolatkę w czoło.

– Tak jak mówiłam – powiedziała z powagą w głosie, choć w jej oczach tańczyły diabelskie ogniki – nie w kosztownościach tkwi bogactwo, a w totalizatorze sportowym. Tak jakoś po tych dożynkach trafiłam niechcący do kolektury i sprawdziłam numery, a potem, jak się cofnęliśmy w czasie i pojechałaś do sklepu po psią karmę dla słonia, to…

– Prababciu! Jesteś genialna! – wrzasnęła Lelka i puściła się pędem do chałupy na poszukiwanie zwycięskiego kuponu.

– Ha! – mruknęła pod nosem Szeptucha. – Ale się zdziwisz, jak zobaczysz kumulację.

A potem podreptała jak gdyby nigdy nic do domu, barszcz z uszkami szykować. Jaśka miała przynieść pierogi, Lelka upiekła makowce, a Boguś, szeptuchowy wnuk, szykował swoje popisowe śledzie. Zapowiadały się bardzo ciekawe święta. A jak się rajatowej matuli w Kierzbudach nie spodoba, to droga wolna! Rajat i tak nie wyjedzie. Indie, choć piękne, to cierpią na deficyt dwóch dóbr podstawowych: Aurelii i żurku. O!

Salon wyglądał zjawiskowo. Ściana z monitorami, szczelnie otulona kotarą, ginęła za dorodną choinką ustrojoną zabawkami wyprodukowanymi przez kolejne pokolenia dzieci. Mruczek, powsinoga jeden, wrócił w końcu z lasu, zaraportował, że odprowadził Jaśka na PKS, a teraz leżał na piecu i przeciągał się leniwie. Długi stół nakryty białym obrusem dźwigał półmiski z niezliczonymi potrawami.

– Lela! – krzyknęła Szeptucha.

– Co?

– No wychodźże z tej łazienki, zaraz goście się zjadą!

– No już! Kiecki dopiąć nie mogę!

– No to chodź tu, to ci pomogę.

Aurelia wynurzyła się z łazienki i podtrzymując nad biustem sukienkę, podeszła do prababci. Wyglądała zjawiskowo. Sukienka może i z lumpeksu, ale wyśmienicie uwypuklała jej smukłą figurę.

– Mam coś dla ciebie! – mruknęła prababka. – Wprawdzie młodość zdobi cię najlepiej, ale jak już o tych kamieniach tak żeśmy gadały…

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła małe pudełeczko, a z niego łańcuszek z medalionem.

– Co to?

– Medalion mojej matki. Posrebrzany ledwie, ale cenniejszy niż wszystkie skarby.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Aurelia.

– Szeptucha, jak znajdzie godną następczynię, to jej ten medalion przekazuje.

– Och! Prababciu! Dziękuję! – westchnęła Lela i rzuciła się starej na szyję. – Masz rację, to cenniejsze niż te głupie kamienie!

– No ja myślę! Kazałam w środek wprawić trzy dwukaratowe brylanty! – zarżała jak koń Szeptucha i wskazała prawnuczce drzwi. – Goście idą, otwórz. Dzisiaj ty jesteś panią domu.

A potem chałupa rozbrzmiała głosami, śmiechem i pieśniami intonowanymi przez upojonego czerwonym winem Bogusia, który nieco złym okiem łypał na córkę tulącą się do Rajata. Klan Hindusów nad wyraz gładko odnajdywał się w tej świątecznej polskiej tradycji. Starsze siostry Rajata umiały nawet odśpiewać kilka kolęd całkiem znośną polszczyzną.

– Dobrze ich tam nasz Józuś przećwiczył – szepnęła prababka do Jaśki, kołyszącej na kolanach bliźnięta.

– Ano, prawie jak nasi – zgodziła się zębna, która sama z Niemiec do wioski przyszła.

– Ech, żal, że mój Józek tego nie doczekał – westchnęła Szeptucha.

– Bo śnieg taki, to dlatego! – wciął się w rozmowę wypchany pierogami Rajat.

– Co tam, synek, prawisz?

– Nie zdążył, bo korki przez ten śnieg…

– Józek żyje? – wrzasnęła prababcia. – Czemuś nic nie gadał?

– A… bo nikt nie pytał – odparł rozbrajająco Rajat.

I naraz rozległo się łomotanie w drzwi. Szeptucha poderwała się na równe nogi i pobiegła do przedsionka. A tam stał Józek, otupując ze śniegu buty, i uśmiechał się od ucha do ucha.

KONIEC

Spox

Spox

Wiecie co? Ta nasza Jagna to naprawdę ma talent. O elektryczność mi chodzi i o psucie. Ja nic nie mówię, kiedy ta ofiara losu sama psuje sobie komórki i blendery, ale żeby u mnie też?! Nie dość, że w ostatni weekend, na odległość, spaliła mojemu mężowi kosiarkę, stopiła nam kabel pod trawnikiem, to na dokładkę wywaliła mi korki w połowie chałupy i jeszcze wysadziła bezpiecznik w bramie od garażu.  Zdolna sztuka, prawda? Tak, wysadzić w Krakowie siedząc sobie w Warszawie, to trzeba być mega wybitnym psujem  :)

Na szczęście mam remont i wyjątkowo zdolną ekipę pod ręką, więc kabel pod trawnikiem już mam nowy, garaż udało się naprawić za złoty pięćdziesiąt za bezpiecznik, plus czarodziejski czteropak Harnasia, a kosiarka i tak nie jest nam na razie potrzebna, bo po akcji ekipy remontowej, trawnika już właściwie nie mamy i może nowy będziemy mieć jakoś we wrześniu, jak już sobie wszyscy pójdą, więc na razie nie zawracamy sobie głowy kosiarką, bo aktualnie mamy tylko klepisko i nie ma co kosić.

Ale do rzeczy. Jak tak już Jagna wysadziła ten bezpiecznik od garażu, choć wcale nie był podpięty pod to samo, co kosiarka, to poleciałam w popłochu sprawdzać, co jeszcze zepsuła. Telewizji prawie wcale nie oglądam, więc na ostatni rzut sprawdziłam, czy telewizor jeszcze działa. Uff, działa.  Jakoś mi się włączyło w chwili, gdy na wizji pojawił się pewien facet, a mnie naszła myśl, że skądś gościa znam.

„… Wiadomości sportowe. Dziękuję za uwagę. Janusz…”

Ech, i wtedy mi się przypomniała największa gafa mojego życia. Oczywiście z udziałem tegoż właśnie pana z telewizji…

Początki mojej burzliwej korporacyjnej kariery przypadły mniej więcej na połowę lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zatrudniono mnie w Browarze Żywiec – w charakterze przedstawiciela handlowego. Jako że mój ówczesny, niesłychanie zakręcony szef, nieprawdopodobnie bał się jakichkolwiek publicznych wystąpień, zawsze, na wszelkiego rodzaju okazje i konferencje prasowe wysyłał mnie. Przy tym tłumaczył się, że jako jedyna kobieta w zespole powinnam takie rzeczy robić i już. Tak było i tym razem. Właśnie czyniąc handlową wizytę w jakiejś wiejskiej kuflotece, wisząc na drabinie i ryzykując życie, bohatersko kleiłam tak zwane „firmowe wyklejki okienne”, gdy mój pager zapiszczał złowrogo z wiadomością – Pilny kontakt PKR! PKR równało się, że to szef właśnie siedzi przy telefonie i czeka z jakimś shitem, więc porzuciwszy drabinę i moje wyklejki z tańczącą parą krakowską, pognałam do najbliższej budki telefonicznej. Mniej więcej po kwadransie dowiedziałam się, że za godzinę mam się zameldować w krakowskim klubie prasowym Pod Gruszką i wziąć udział w konferencji prasowej dotyczącej Wyścigu Pokoju, którego to moja firma była głównym sponsorem.

– Ale Paweł, ja się kompletnie nie znam na kolarstwie!- naprawdę byłam bliska rozpaczy.

– No, to co? Przecież sobie poradzisz.

– Może niech tam pójdzie któryś z chłopaków, przecież jest ich dziesięciu. W końcu oni coś tam kminią z tych rowerów. Ja nie!

– Nie! Ty masz iść!

– Ale Paweł, ja nie mam pojęcia, o czym gadać do tych dziennikarzy od kolarstwa!

– Nieważne. Właśnie dzwonił do mnie redaktor K. z Gazety Krakowskiej i powiedział, że ty masz być i będzie gadał tylko z tobą!

Zdziwiona tak zdecydowaną postawą nieznanego mi redaktora K. z GK, posłusznie zwinęłam mój sprzęt do okiennych wyklejek i popędziłam w stronę domu, żeby ze służbowego dresu przeskoczyć w elegancki kostiumik, wyszorować paznokcie i godnie zaprezentować naszą firmę na konferencji prasowej. Trochę zaintrygował mnie fakt, że nasza ekipa od imprez plenerowych nie dograła tak istotnych szczegółów związanych z wyścigiem, więc zadzwoniłam do ich szefa i równo ochrzaniłam gościa, że mi wżenił swoją robotę.

– Wyścig Pokoju to wasza bajka!- huknęłam koledze w telefon.

– Ale o co ci chodzi? Przecież Wyścig Pokoju jest w trakcie i kończy się za dwa dni. Ja ogarniam temat, a wszystkie konferencje prasowe już były.

Zaskoczona, nieco spuściłam z tonu i coraz bardziej przestraszona skierowałam się w stronę klubu prasowego Pod Gruszką.

Redaktor K. już na mnie czekał i od razu przy prezentacji powołał się na dyrektor wydawniczą z jego gazety. Kurczę, powołał się na koleżankę mojej mamy…, która przypadkiem napuściła go na mnie. Tu przynajmniej wyjaśniło się, kto gościa na mnie nasłał.

Boże…, za co…

Przecież o kolarstwie to ja wiem tyle, że był kiedyś taki Szurkowski, i że jest peleton, i jeszcze jest jakaś premia lotna. Niestety redaktor sportowy K. nie dał mi czasu na myślenie, tylko na wejściu zaproponował banieczkę dla kurażu. Na szczęście mogłam wykpić się samochodem, ale i tak, niezrażony ucapił mnie za nadgarstek i pociągnął do stolika, gdzie z namaszczeniem przedstawił mi dwóch zaaferowanych facetów.

– Proszę, oto pan X z BBC. Nasz główny sponsor- oznajmił z powagą.

Pode mną z wrażenia ugięły się nogi.

– A to pan Y. Komandor wyścigu, czy możemy przejść do rzeczy….

Myślałam, że padnę z przejęcia, ale tylko do chwili, kiedy się okazało, że pan X i jego BBC to stacja benzynowa gdzieś pod Dębicą, pan Y- komandor wyścigu, to dentysta z Dębicy, a wyścig kolarski nie jest Wyścigiem Pokoju, tylko Wyścigiem Szlakiem Podkarpacia i chcą tylko kilka parasoli, paru banerów oraz dwa roll-bary na start i na metę.

Cóż, to cały mój szef :)

Już wyluzowana i ubawiona do granic stanęłam u boku redaktora K., by powitać tłumnie nadciągających dziennikarzy. Redaktor K. przedstawiał mnie wszystkim, gdy naraz weszło z sześciu dziennikarzy sportowych z różnych mediów i jeszcze jacyś ludzie. Zapanował lekki rozgardiasz.  Niespecjalnie starałam się zapamiętać, kogo witam, ale nagle do moich korporacyjnie wyczulonych uszu dotarło zakazane słowo: TYCHY!

Do tego redaktor K. dorzucił swoje.

– Nooo…, Tyskie, pani Izo. Konkurencja, co nie?

No tak… Tylko tego jeszcze brakowało. Mój zdolny do wszystkiego szef właśnie zgodził się sponsorować imprezę, gdzie sponsorem była również konkurencja. Tylko on mógł w tym swoim zamotaniu złamać niepisaną umowę między browarami, że nawzajem w drogę sobie nie wchodzimy. Ale cóż, stało się, trudno.  Jakoś przeżyjemy to Tyskie. A oni nas.

Wściekła na szefa, że tak bez sensu mnie wrobił, przystanęłam w kąciku i popijając soczek pomarańczowy przyglądałam się rosnącemu tłumkowi dziennikarzy sportowych. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

No tak, to ten pajac z konkurencji.

– No… , wy to bogata firma, nie ma co. W kółko sponsorujecie tylu sportowców. Reprezentację piłki ręcznej- Anna Walkiewicz- Esjmont, no tak… Kolarzy też, i tak dalej. My to jesteśmy biedni. My tylko lokalnie, siatkówkę.

Zagotowałam. Przesadził, kłamczuch jeden! Akurat dwa tygodnie wcześniej byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i Tyskie sponsorowało mistrzynie świata federacji jakiejś tam. Sama widziałam.

– A co pan taki skromny, przecież wy też dajecie radę, ten kick boxing i w ogóle…

– Nieee, skądże. My tylko siatkówkę, lokalnie – powiedział ten koleś z konkurencji, a mnie szlag trafił.

– Nieprawda! Tak się składa, że niedawno byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i na własne oczy widziałam, że sponsorujecie najwyżej lokowane zawodniczki federacji MMA! Marek Piotrowski wtedy walczył o utrzymanie pasa. Nie wie pan?!

– Nie sponsorujemy, my tylko siatkówkę, lokalnie.

– Panie. Niech pan nie ściemnia! Ja byłam i na własne oczy widziałam, że zwyciężczyni walk MMA miała na dresie wasze logo.

– Ale, jakie logo?- gość nie dał za wygraną.

– No wasze!- fuknęłam wściekle, bliska pobicia bufoniastego kłamczucha z konkurencji.

– Ale co ona tam miała napisane?

– No, jak to co?! No, TYSKIE!- wyplułam gotując wściekle, a facet tylko wywrócił oczami.

– Pani pozwoli, że ja jeszcze raz się przedstawię. Janusz Tychy. Telewizja Wisła…

P.s. Panie Januszu, jeśli pan to czyta-  to ja pozdrawiam serdecznie :)

Horror blok

Horror blok

Kiedyś myślałam, że moje życie jest normalne, przebiega bez specjalnych zwrotów akcji i generalnie jest nudno, ale stabilnie. Otóż nie jest. Od czasu, gdy zamieszkałam w pewnym blokowisku.

Mawiają, że sąsiadów się nie wybiera i to jest rzecz jasna racja, ale nie przestrzegają, że czasami trafiają się bloki z horroru. Nie mówię o moim. Mojemu nic nie dolega (na szczęście), ale tuż po sąsiedzku stoi dziesięciopiętrowy potwór, relikt minionej epoki, dla niepoznaki ocieplony i pomalowany. Mruga do mnie figlarnie brzoskwiniową w kolorze fasadą i popołudniowymi refleksami słońca odbitego w szybach o zróżnicowanym stopniu domycia.

Na pozór sielanka. Zacne osiedle z japońskimi stawikami, rybami i innymi gustownymi pierdołami, ale teren zamkniętego osiedla się przecież zawsze gdzieś kończy, prawda? A jego zewnętrzne flanki wyznacza, między innymi, mój balkon. Oraz okno kuchenne. Choćby z tego powodu, sąsiedni wieżowiec ciężko zignorować.

Najpierw doprowadzał mnie do szału samym faktem istnienia. Był i przesłaniał widok (by nie wspomnieć o słońcu przydatnym balkonowym roślinom). Napierał, taki wielki i obleśny na moje okno kuchenne. Niech wam za dowód upierdliwości wystarczy to, że przy projektowaniu kuchni pogoniłam projektanta, który nie zrozumiał, że przy oknie nie będzie stał zlewozmywak. Chłopina chciał dobrze, ale nie zrozumiał, że widok z okna jest nieakceptowalny w takim stopniu, że nie planuję umyć choćby jednej marchewki, w nowej kuchni, z widokiem na horror blok.

Latka lecą, zlew jest po drugiej stronie kuchni, choć w sumie mogę przyznać, że znaczenia to większego nie miało, bo zmywarka załatwia temat niezależnie od moich doznań estetycznych, ale niech Wam uświadomi mój dylemat jedno: zaprojektowałam CAŁĄ kuchnię tak, by nie oglądać sąsiedniego bloku :)

I teraz zapytacie, o co chodzi z tym blokiem?

Tuż po tym, gdy się po sąsiedzku wprowadziłam, dorwała mnie na klatce sąsiadka.

– Pani wie, co tam zeszłej wiosny było w tym bloku obok? – zapytała scenicznym szeptem.

– Nie wiem, a co?

– A tam młoda matka wyskoczyła z balkonu!

– Dlaczego?

Aż mi się wstyd zrobiło, że zadałam takie durne pytanie, ale sąsiadka najwyraźniej nie miała tego typu dylematów.

– To przez klątwę! – odparła i ze stęknięciem dźwignęła siatki.

Po chwili zniknęła na wyższym piętrze, a ja zapomniałam o całej sprawie. Na jakiś czas 😀

Internetu nie było, czasu na zgłębianie historii z sąsiedztwa również. Blok po prostu trwał i za każdym razem, gdy na niego spojrzałam zwyczajnie wnerwiał. Nic nadprzyrodzonego.

Trochę się zdziwiłam, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę, która dopadła do mnie i odstawiła siaty na ziemię.

– Słyszała pani? – szepnęła scenicznie, a jej głos poniósł się po klatce.

– Ale co?

– Zarąbał żonę siekierą!

– Jezu, kto?

– Tam obok, w tamtym bloku… Podobno krew na klatce schodowej jest…

– Co pani mówi?

– No to niech pani wyjdzie na balkon i zobaczy!

Sąsiadka złapała siaty i zniknęła na wyższym podeście schodów.

Weszłam do mieszkania, rzuciłam siatki na kuchenny blat i wyszłam na balkon. Pod sąsiednim blokiem stała karetka i radiowóz. Następnego dnia polazłam tamtędy do warzywniaka i zapuściłam żurawia do klatki. Niczego podejrzanego tam nie znalazłam, ale i tak ciarki przebiegły mi po plecach.

Horror blok trwał tuż obok, zabierając słońce i generując kolejne przerażające zdarzenia. Szerokim echem odbiła się w sąsiedztwie sprawa piwnic. Podobno ich nie było. Tylko dlaczego podobno powiesił się w nich listonosz i pewien chłopak? I dlaczego spec od instalacji gazowych rzucił mimochodem, że w tamtym bloku coś blokuje wejście do piwnic (których rzekomo nie ma)? I że podobno są tam gigantyczne karaluchy, które do nas (na szczęście) nie przejdą, bo nie dzielimy żadnych rur.

Nie wiem. Starałam się ignorować opowieści sąsiadów.

Potem nadeszła zima, zamarzł przed blokiem jeden z mieszkańców, policja się zjechała…

W swej ogromnej naiwności myślałam, że to tylko takie zbiegi okoliczności.

Do czasu, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę z siatami na schodach. Po raz pierwszy przyjrzałam się jej bardziej wnikliwie. Ubrana jak zwykle na zielono, dość wysoka, brunetka przed czterdziestką.

– Słyszała pani? – zapytała a ja od razu wiedziałam, że w horror bloku znów coś się wydarzyło.

– O czym miałam słyszeć?

– Teraz jakiś chłopak przez okno wyskoczył. Mówią – ściszyła głos – że ktoś mu pomógł.

– Czyli zamordował go ktoś?

– Niezupełnie. Podobno zobaczył ducha listonosza, tego co się powiesił i on mu kazał… Ale ja myślę – kontynuowała sąsiadka – że to raczej nawiedził go duch, tego co zamarzł…

Ta, jasne! I biedny chłopak pewnie o tym opowiedział sąsiadce. Spadał i przelatywał koło jej balkonu, jak wieszała pranie. I na chwilę zahamował. A potem tonem niezobowiązującej pogawędki wyjaśnił jej, że właśnie leci na dół, ponieważ wyskoczył z okna, bo nakazał mu to duch listonosza.

Nie zdradziłam sąsiadce swoich przemyśleń, ale za to odpaliłam w domu komputer, w końcu podłączony do internetu. Dosłownie po kilku minutach znalazłam artykuł i nawet reportaż o horror bloku. Podobno był nawiedzony przez ducha byłego właściciela działki, na której stoi. I to jest rodzaj zemsty na komunistach, którzy ziemię zabrali i blok postawili. W bloku, ciągle ktoś popełnia samobójstwo, ponoć część mieszkańców widywała duchy (temu to się nie dziwię, bo horror blok ma najwyższą w okolicy średnią zużycia alkoholu, w przeliczeniu na mieszkańca 😉 ) i zdarzają się w nim ponure historie, także morderstwa.

Blok podobno odwiedzali radiesteci i twierdzili, że jest tam zła energia i jakieś żyły wodne, które mogą ludziom z mózgów sieczkę robić. Coś tam owi specjaliści poczarowali i faktycznie długo nic się nie działo. I pewnie zapomniałabym o sprawie, gdyby nie pewna, wyjątkowo kochliwa, mieszkanka horror bloku.

Najwyraźniej ma sprawnego chłopa, bo jej miłosne jęki niosą się nocą po całym osiedlu. Raz aż wyszłam na balkon, bo myślałam, że kogoś znowu mordują :)

Na balkonie horror bloku stał jakiś dresiarz i palił papierosa. W pewnym momencie baba zawyła, jakby faktycznie ktoś ją siekierą ugodził.

– Namordnik jej kup! – wrzasnął dresiarz, pstrykając niedopałkiem i cofnął się do swojego mieszkania.

Następnego dnia spotkałam sąsiadkę. Nie brunetkę w zielonym. Inną. Oczy miała czerwone, wyraźnie niewyspana.

– Pani też nie spała, przez tę „śpiewaczkę” z sąsiedniego bloku? – zapytała zrezygnowanym głosem.

– Owszem – odparłam. – Ale lepsze to, niż kolejna wiadomość o kobiecie zatłuczonej siekierą…

– Jaką siekierą?

– No nie wie pani? Tam różne rzeczy się dzieją… – odparłam i poczułam się jak osiedlowa sensatka.

– Skąd pani to wie? – zapytała, wyraźnie zaciekawiona.

– A od naszej sąsiadki. Nie wiem pod którym numerem mieszka i prawdę mówiąc dawno jej nie widziałam. Być może już się wyprowadziła… Taka brunetka. Zawsze się na zielono ubierała.

– Wie pani co? – zamyśliła się sąsiadka. – Mieszkam tu od czasu, gdy wybudowano nasze osiedle i nie kojarzę, by mieszkała tu jakaś ubierająca się na zielono brunetka…

Na ulicy Szemranej

Na ulicy Szemranej

Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę, na chodniku po drugiej stronie ulicy.

Wcześniej, przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki regularnie wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?
Ale do rzeczy…
szemranaMoja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata, pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną na wysokość drugiego piętra.

 

Drodzy. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem niniejszy felieton miałby długość kilometra, zatem skupię się jedynie na niektórych wydarzeniach…
Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tutaj rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stajemy sobie w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to ostatniej wiosny napatoczył się jakiś napalony ford focus, który tak efektownie przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu.
Była też i kobieta, której „maluch” uciekł z górki. Po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam mój samochód do garażu, bo byłoby po nim.
U sąsiadów też była niezła akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu, postanowił przeparkować samochód mojej sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował na amen dwa pozostałe auta sąsiada. Trzeba mieć talent, co nie?
Długo nie popracował, oj nie…
Ale najlepszy to był prawdziwy karambol.
W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą.
No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu, z uchylonego okna doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki:
– O, k…! O, k…!
Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem, z lekkim trzaskiem, który towarzyszył uderzeniu, zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji nigdy wcześniej nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol na własnym podjeździe nie zdarza się codziennie.
Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, z obłędem w oczach, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza na to wpadła w prawdziwą histerię (bez żartów), a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej.
Cóż było robić… W piżamie, adidasach i szlafroku poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie nieszczęśnicy posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę zaraz jechać z dziećmi do szkoły, a oni blokują mi wyjazd…
W końcu udało mi się ich przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.
Spóźniona nareszcie dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mąż ów uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… Na szczęście, na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1.
Relację z mojego karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.
Tu, nasz dobry kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.
– Misiek!!! Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!!!
– No, widzę… Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?
No fakt. Misiek też już co nieco u nas widział… Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu wymknął się władzy, a władza, obstawą w trzy auta pojechała za nim :)
Pewnego razu był też świadkiem (Misiek, nie dzik), jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia. Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy wtedy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Misiek widział też jak w ciężarówce marki Volvo pękła miska olejowa.
A gdzie? No, jak to gdzie?
Oczywiście przy naszym podjeździe. Przyjechał wtedy wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować tajemniczym sorbentem wielką kałużę oleju, choć i tak, w międzyczasie, w tę ciemną kałużę wlazł mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej silnikowy z kota.
Innego dnia, kiedy to właśnie Misiek od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego, na ulicy, w hondzie accord urwało się koło. Tu muszę wspomnieć też o tym, iż pewnego razu jeden z mieszkańców mojej szemranej ulicy przytarł kiedyś Miśkowi auto, bowiem ów mieszkaniec źle się złożył na zakręcie. Tak więc chyba sami przyznacie, iż trudno się dziwić, że Miśka wcale nie zdumiał fakt, że u nas mamy też i karambol :)
No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, ale sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?! Litości….
Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej.
Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :( ale resztę na szczęście mam :)

kolaz1

Szeptucha 14

Szeptucha 14

Aurelia przysiadła na atłasowej narzucie łóżka i zdumiona powiodła wzrokiem po wnętrzu apartamentu. Sama sypialnia była chyba większa od całej chałupy prababki. Na stolikach stały zapalone świece, a podłogę wyściełał gruby, biały dywan. Z okna najwyżej położonego hotelowego apartamentu widać było całe ogromne miasto. Z mroku wyłaniały się miliony kolorowych światełek, które skojarzyły się dziewczynie z odkrytą kiedyś w lesie kolonią świetlików kręcących się w czarnym mchu. Lela zwiedziła cały apartament i postanowiła wejść do łazienki. Tam na wieszaku wisiała najpiękniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek widziała. Zwiewna, biała koronka spięta w fantazyjne marszczenia. Tuż obok stały białe pantofelki dokładnie w jej rozmiarze. Lela przykucnęła i pogłaskała ich miękką skórkę. Właśnie zmierzała pod prysznic, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Owinęła się pospiesznie hotelowym szlafrokiem i pobiegła do salonu.

– Proszę wejść! – zezwoliła łaskawie.

Do pokoju wszedł Hindus w turbanie, i gnąc się w ukłonach, wręczył jej niewielką kopertę, po czym zniknął bezszelestnie.

Śri Rajat Abhijay Jóźwa ma zaszczyt zaprosić pannę Aurelię na uroczystą kolację do hotelowej restauracji na godzinę 20.00 i będzie wdzięczny za przybycie.

Lelka podskoczyła i pisnęła z radości. Szybko się umyła i przebrała w prześliczną sukienkę. Założyła delikatne pantofelki i wybiegła z pokoju prosto do windy. Tu stanęła, nieco zdezorientowana, nie wiedząc, dokąd się udać, ale usłużny boy hotelowy (O kurczę! Tu jest nawet boy!) odprowadził ją do samych drzwi restauracji i otworzył je przed nią. W progu stał kelner, który ukłonił się dziewczynie z pełną powagą i gestem zaprosił w głąb sali. Lela oglądała się na wszystkie strony, ale jedynym, co była w stanie dojrzeć, były setki zapalonych świec porozstawianych na pustych stolikach. Jej nowe pantofelki stukały po marmurowej posadzce, gdy posłusznie podążała za kelnerem przez kolejne sale restauracyjne. I wreszcie na samym końcu wypatrzyła skąpany w blasku świec stolik z nakryciami dla dwóch osób. Przy krześle stał ubrany w smoking Rajat i uśmiechał się do Leli ciepło. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dygnęła jak pensjonarka.

Rajat podszedł do niej i skłonił się nisko.

– Zechcesz zjeść ze mną kolację? – zapytał.

– Z przyjemnością – odparła i pozwoliła się poprowadzić do stolika. Nieopodal grał kwartet smyczkowy.

– Rajat? – zapytała, gdy już zajęli miejsca przy stoliku.

– Słucham?

– Po co to wszystko? – uśmiechnęła się Lela.

– Dla mojej księżniczki wszystko co najlepsze! Poczekaj, aż spróbujesz niespodzianki.

– Nie mogę się doczekać wobec tego.

Dwóch kelnerów podeszło do stolika i równocześnie postawili przed nimi dania nakryte srebrnymi pokrywami. Podnieśli je w tej samej chwili i ukłonili się, po czym zniknęli jak dym.

– To jest … – powąchała Lela.

– Żurek, oczywiście – odparł pogodnie Rajat. – Żebyś mi więcej nie mówiła, że się prababce nie dokładam!

Lela spojrzała w twarz Hindusa i przez chwilę analizował jego uśmiech. Nie znalazła ani grama fałszu i złośliwości. Rajat był dokładnie taki, jaki był, a do Leli właśnie dotarło, że akceptuje jego wszystkie dziwactwa i nawet chyba je kocha.

– Wiesz co? – odparła krztusząc się śmiechu.

– No?

– To jest najlepszy żurek, jaki jadłam w życiu!

Rajat uśmiechnął się do niej promiennie i ochoczo chwycił za srebrną łyżkę. Już po chwili jego entuzjastyczne siorbanie zagłuszyło rzewną melodię kwartetu smyczkowego.

Jaśko uchylił drzwi do oddziału geriatrii i przytrzymał je szarmancko przed Szeptuchą. Przez chwilę szli ramię w ramię korytarzem, mijając kolejne sale. Przed drzwiami oznaczonymi numerem siedem lekarz zatrzymał się nagle i zapukał dwukrotnie.

– Wejść – rozległo się żołnierskie polecenie.

Jaśko otworzył drzwi i zachęcił babkę gestem do wejścia. Tam jej oczom ukazało się pojedyncze łóżko izolatki, a w nim podparty poduszkami siwiuteńki starzec z rurką w nosie.

– Waldek? – Przeżegnała się ze zgrozą babka.

– A ktoś ty?

– Olesia z Kierzbudów.

– A skąd…. – spanikowany Waldek poszukał odpowiedzi w oczach adoptowanego syna.

– Spokojnie, tato! Szeptucha przybyła tu w dobrych zamiarach – wyjaśnił łagodnie Jaśko.

– Szeptucha? Na ciebie po matuli dar przeszedł? – zainteresował się starzec.

– Tak wyszło – odparła krótko

– A jakżeś mnie tu znalazła? – zdziwił się Waldek.

– Nie ciebie, Waldek, szukałam, ino Jaśka.

– A po co?

– Andzi obiecałam – wyjaśniła spokojnie Szeptucha.

Waldek szarpnął się, jakby chciał dać susa w stronę drzwi, ale powtykane tu i ówdzie rurki z góry skazały tę próbę na niepowodzenie.

– Nie bój się – parsknęła złośliwe stara. – W tej materii nic się nie zmieniło. Andzia nadal jest martwa, jako i jej ojce, i brat twojej żony, Michał także.

– Skąd wiesz, że się z jego siostrą ożeniłem? – wyszeptał pobielałymi wargami Waldek.

– Wiem – ucięła babka. – Ale ja nie po to tu jestem, żeby o waszych rodzinnych rzeczach rozprawiać. Po Jaśka ino przyjechałam. Tam Andzia na wypełnienie przysięgi czeka. I nawet nie oponuj, Stachański! Bo to przez ciebie cały ten ambaras. Tyś se nogę ze wsi dał, a tam wnuki twojego brata do dziś piętno zdrajców noszą.

– Przepraszam – spróbował wciąć się w dialog starców niewiele od nich młodszy lekarz. – Czy ja tu nic nie mam do powiedzenia?

–Nie! – krzyknęli chórem babka i Waldek.

Jaśko przysiadł więc na zydlu, i masując skronie przez kolejne minuty, wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń, jakimi przerzucała się energicznie para staruszków. Co ciekawe, jego ciężko choremu ojcu spotkanie z Szeptuchą najwyraźniej zrobiło nieźle. Siedział zarumieniony, prawie nie kasłał i gorączkowo gestykulował. Po pewnym czasie zacietrzewiona dwójka dotarła do późnych lat osiemdziesiątych i najwyraźniej opadła z sił. I na taką sposobność czekał Jaśko.

– Pojadę! – oznajmił stanowczo.

– Tak! – uradowało się babka.

– Nie! – zaprotestował Waldek.

A Jaśko westchnął i słuchając, jak awantura rozkręca się na nowo, wstał po cichu i poszedł na obchód.

Biały autokar marki Mercedes stał sobie spokojnie na hotelowym parkingu. Kierowca, wiedząc, że do jutra nie będzie już potrzebny, udał się do swojego pokoju wynajętego dla niego w hotelu przez panicza Rajata, od którego otrzymał jednoznaczne wytyczne. Jutro po śniadaniu będą jeździć po okolicy i szukać zaginionej prababci. Kierowca nie wnikał, jak ta dziwna dwójka dzieciaków zamierza znaleźć igłę w stogu siana, i już zacierał ręce na kilometrówkę, jaką uda mu się wypracować dla firmy. Może premia jakaś będzie? Rozmarzył się, kładąc się z ulgą do łóżka. Właśnie odpływał w przepiękny sen o długiej i prostej jak w mordę strzelił autostradzie, gdy zza okna napłynął niepokojący dźwięk autoalarmu.

– Ki diabeł? – wrzasnął szofer i poderwał się na równe nogi.

Przelotne spojrzenie w okno upewniło go w podejrzeniu, że ktoś próbuje się dobrać do jego autobusu, i najwyraźniej ten ktoś był na tyle zdecydowany na obrobienie bryki, że nie przeszkadzał mu monitoring hotelowego parkingu. Kierowca zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach pobiegł do windy. Przez moment dźgał nerwowo przycisk przywołujący kabinę, by po chwili machnąć na nią ręką i pogalopować z rozwianymi połami szlafroka w stronę klatki schodowej. Wypadł na parking, wzbudzając niemałe zdziwienie odźwiernego w liberii, i pognał w stronę pojazdu.

A ten zachowywał się jak opętany. Migał wszystkimi światłami, darł się przeraźliwymi dźwiękami autoalarmu i do tego kołysał się na boki. Co jak co, ale takiej opcji płoszenia niechcianych gości to kierowca jeszcze w życiu nie widział. A już dzikich odgłosów, dochodzących z wnętrza, tym bardziej. Skradając się na palcach, okrążył autobus i odkrył źródło hałasu. Z wnętrza prawego przedniego luku bagażowego ktoś srodze złorzeczył, ale solidna blacha skutecznie tłumiła szczegóły. Kierowca podszedł bliżej i otworzył klapę, odskakując na bezpieczną odległość. Ku jego zdumieniu ze środka wyskoczyła starowinka otulona waciakiem i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

– Nie zamyka się na klucz pasażerów! – wrzasnęła.

– Ale ja nie wiedziałem – zająknął się z wrażenia kierowca. – Bo pani na gapę…

– Cóż z tego? Prawa godnego poszanowania się przynależą każdemu! – obwieściła baba i puściła się biegiem w stronę bramy wyjazdowej.

Kierowca podrapał się w głowę i wzruszył ramionami. Stwierdził, że incydent nie ma znaczenia, i naprędce umówił się sam ze sobą, że nie będzie go raportował. Zamknął starannie bagażnik i odwrócił się na pięcie z zamiarem udania się na zasłużony odpoczynek. Zdołał wykonać kilka kroków, gdy zza pleców dobiegł go najgorszy z możliwych dla kierowcy dźwięk jękliwego darcia delikatnej karoserii ostrym przedmiotem.

– Co jest, kurwa… – zdołał powiedzieć, i była to ostatnia filozoficzna sentencja, jaką dane mu było wygłosić w życiu doczesnym.

Blacha tylnego luku wypadła z łoskotem na asfalt, a z mrocznej czeluści śmignął w jego stronę zielony stwór podobny do jaszczura i przydusił kierowcę do ziemi. Wąchał zdobycz i nawet polizał ją po karku.

– Nie lubię szoferów – mruknął. – Benzyną jadą.

Po czym dość ostrożnie rozprawił się z zawartością, a potem wpełzł w skórę jasnowłosego kierowcy. Namacał w kieszeni szlafroka kluczyk z numerem pokoju i spokojnie udał się do wnętrza hotelu.

Aurelia przeciągnęła się jak kotka i z uśmiechem powitała nowy dzień. Baldachim błyskał do niej filuternie bielą zasłonek, a zza szyb mrugało zimowe słońce. Podeszła do okna i ujrzała ciężkie chmury śniegowe kłębiące się zaledwie kilka pięter niżej, ale chwilowo postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Wieczór był cudowny. Rajat odprowadził ją do drzwi apartamentu i ukłoniwszy się głęboko, życzył dobrych snów. Myślałby kto! U prababki spali obok siebie na polówkach i Hindus nigdy nie był tak szarmancki. No, ale tutaj widocznie inne prawa obowiązywały. Lela wbiegła lekko do łazienki i usiadła zamaszyście na sedesie. Każdy, kto nadużył żurku, wie w czym rzecz. Nie każdy jednak, oddając się porannej posiadówce na kibelku, napotyka wzrokiem orszak śniadych dziewcząt szykujących kąpiel w pianie w akwenie równym połowie basenu u babki w piwnicy, na pożytek hotelu zwanego wanną.

– Czego tu? – wrzasnęła niezbyt uprzejmie Lela, pospiesznie umykając z sedesu.

– Szlachetna Aurelio, zapraszamy twoje znużone członki do relaksującej kąpieli – wyjaśniła jedna z dziewcząt, kłaniając się nisko.

– Matko! – jęknęła Lela, marząc o chwili samotności.

– Prosimy! – zajęczał chór śniadych dziewcząt, a Aurelia poddała się z rezygnacją.

Po chwili odarto ją z ubrań i powleczono do kąpieli. Dwie dziewczyny zajęły się namydlaniem jej pleców, a reszta zbiła się w gromadkę i szeptała sobie coś do uszu. Między nimi widać było nieco starszą dziewczynę o linii bogini, która najwyraźniej kierowała całym babińcem.

– Przepraszam! – próbowała się wtrącić Lela, krztusząc się pianą, ale na żadnej z bab nie zrobiło to wrażenia.

Żadna z nich nawet nie odwróciła wzroku, za to kilka zaczęło bić ukłony przed tą najstarszą.

– Halo! – wrzasnęła Lelka. – Ktoś mnie to słucha?

Najstarsza z kobiet zwróciła oblicze ku dziewczynie, majestatycznie zadzierając podbródek.

– Słuchamy cię! – ogłosiła.

– No, to może w końcu faktycznie posłuchajcie! – rozsierdziła się Aurelia. – To jest moja łazienka, w której miałam zamiar zrobić kupę, ale nie! Wchodzę do prywatnej łazienki, a tu tłum kobiet czegoś ode mnie chce, i właśnie proszę o wyjaśnienie, o co chodzi?

– Bo narzeczona Śri… – zaczęła bąkać pod nosem jedna ze zgromadzonych.

– Milcz! – zmyła jej łeb najstarsza z dziewcząt.

– A dlaczego ma milczeć? – zapytała Lela.

– Jest poślednią córką, to i odzywać jej się nie wypada. A jak pytania masz, to do mnie je, synowo, kieruj.

– Pani jest mamą Rajata? – zdumiała się Lelka.

– Jam ci! – potwierdziła kobieta.

– A jak siostra pani wygląda!

– Dziękuję! – odparła z godnością Hinduska.

– Niech pani posłucha – podjęła stanowczo Aurelia. – Ja nie wiem, jakie tam u was zwyczaje panują, ale u nas, jeśli się nastolatek zakocha w dziewczynie, to nikt im nie organizuje kąpieli integracyjnych. Bo to nie jest nikomu potrzebne.

– Nie? – zdziwiła się teściowa in spe, która śmiało mogłaby konkurować urodą z większością dziewczyn z klasy Lelki.

– No właśnie nie – potwierdziła nastolatka. – I dlatego prosiłabym, żebyście sobie stąd poszły.

– Nie możemy! – pisnęła kolejna z poślednich córek.

– A to dlaczego?

– Tradycja! – wysyczała rodzicielka Rajata i gestem nakazała dziewczynom podjęcie dalszych zabiegów upiększających.

Aurelia miała tego serdecznie dość. Najpierw wywołała małe tsunami w wannie, potem pozwoliła rybikom, srebrnym robaczkom łazienkowym, na inwazję fryzur nieproszonych gości, na koniec skręciła niezwykłe tornado z poduszek w sypialni. Później usiadła na łóżku i przez dobre kilka minut klęła. A potem przyszedł Rajat z ogłupiałą miną. Nie nawiązywał do ponadnaturalnych zjawisk, które wygnały jego matkę i siostry z apartamentów dziewczyny.

– Autokar się zepsuł, ale kierowca wynajął samochód. Czas ruszać na poszukiwanie prababki – oznajmił i pogłaskał Lelkę po czerwonym ze złości policzku.

Zośka Stachańska otuliła się szczelnie waciakiem i przekradła się w stronę postoju taksówek, nie spuszczając z oczu z dwójki gówniarzy wsiadających do białego mercedesa. Kierowca ukłonił im się z szacunkiem i zatrzasnął drzwi samochodu.

– Tuś mi, bratku! – szepnęła do siebie stara sąsiadka. – Kierowcę żeś zeżarł i dzieciaków ci się tera zachciało. A Szeptuchy nie ma, jak potrzebna – nie odmówiła sobie drobnej złośliwości baba.

Mercedes właśnie toczył się wolno w stronę Alej Jerozolimskich. Stachańska dopadła do taksówki i szarpnęła tylne drzwi.

– Za tym mercedesem! – wrzasnęła z mocą, licząc na filmowy pisk opon.

Taryfiarza w środku nie było. Siedzenie kierowcy okazało się kompletnie puste, więc babka wyskoczyła ze środka jak oparzona i podbiegła do drugiego w rzędzie samochodu. Powtórzyła manewr z gwałtownym wsiadaniem.

– Za białym mercedesem! – zadysponowała ponownie.

– A to do kolegi z przodu musi się szanowna pani przesiąść – zauważył flegmatycznie taksiarz. – U nas tak po koleżeńsku solidarność zawodowa, i jak kto pierwszy w kolejce, to mu się reszta koleżeństwa do interesu nie miesza.

– Ale tam nie ma kierowcy, a mi spieszno! – wydarła się Stachańska.

– Kolega na chwilkę tylko poleciał na Centralny, zaraz pewnie będzie – wyjaśnił pogodnie taksiarz i wrócił do czytania gazety.

Stachańska zaklęła szpetnie i wysiadła. Stanęła przy pierwszej taksówce, potupując nerwowo, i obserwowała mercedesa. Ustawił się właśnie przy skrzyżowaniu i najwyraźniej zamierzał skręcić w lewo. Chwilowo powstrzymywało go czerwone światło. Okrążając maskę, do taksówki podszedł facet, trzymając w każdej z dłoni po dwa hot-dogi.

– Panie! – Nie wytrzymała nerwowo Stachańska. – Ile można czekać, do cholery?

– A co się szanowna pani tak nerwuje? Spieszy się gdzieś?

– Właśnie spieszy, żebyś pan wiedział! – warknęło babsko i wskazało sękatym paluchem na mercedesa. – Za tym autem jedziemy, bystro!

Kierowca przełknął kęs buły z parówą i popatrzył na Stachańską, jakby ufoludka zobaczył.

– Filmów amerykańskich się naoglądała? – Parsknął śmiechem. – I myśli, że ja tu paliwo nieekonomicznie będę palił i sprzęgło zarzynał szybką jazdą?

– Dobrze zapłacę – wycedziła stara, wyciągając zza pazuchy złotą pięciorublówkę.

– Pani wsiada! – wrzasnął taksiarz, wtykając babie w ręce pozostałe trzy hot-dogi. – I pasy niech dobrze zapnie!

Mercedes tymczasem doczekał się zielonego światła i skręcił w Chałubińskiego. Taryfiarz wcisnął gaz i z hollywoodzkim piskiem opon wpasował się w zatłoczoną arterię Jerozolimskich. Zanim dojechał do skrzyżowania, cholerne światło zmieniło się ponownie.

– Jedź pan, do cholery! – wymamrotała stara, przeżuwając bułkę z parówką.

– Czerwone jest! – zaprotestował kierowca.

– Mam więcej złotych świnek, jedź pan, do cholery!

Taksówkarz dodał gazu i przeskoczył wąskim przesmykiem pomiędzy dwoma jadącymi na niego czołowo tramwajami. Przyhamował, zredukował bieg i ciągnąc za sobą smugę dymu z palonych opon ruszył w pościg za białym mercedesem.

– Kochanek pani ucieka? – odważył się zażartować.

– Milcz pan i drogi pilnuj, to sprawa pozaziemska i przekracza pańskie rozumowanie!

Taksówkarz na wszelki wypadek nie podjął tematu i skupił się na śledzeniu białego samochodu.

Jaśko siedział w sali oczekującej na przeszczep Oleńki i bez słowa wpatrywał się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nagle o jego nogi otarł się kot Szeptuchy. Lekarz odruchowo pogłaskał wygięty grzbiet, a zwierzak natychmiast wskoczył mu na kolana i przycisnął łebek do klatki piersiowej.

– Żebyś umiał mówić… – westchnął ciężko lekarz.

– Umiem – odparł Mruczek.

Jaśko wzdrygnął się i wpił zdumione spojrzenie w bursztynowe oczyska.

– Zamknij oczy i połóż na mnie dłonie – polecił kot.

Mężczyzna bez zbędnych dyskusji wykonał polecenie. I zobaczył.

Oleńka biegła po łące i trącała rękoma mijane dmuchawce. Nie dyszała, nie spowijały jej żadne rurki. Po prostu biegła przed siebie. W stan euforii wprowadzał ją pęd powietrza i równy oddech.

– O tym śni? – wyszeptał lekarz.

– Tak, w tej chwili – odpowiedział poważnie kot.

– Dziękuję, kocie. Jak się nazywasz?

– Mruczek.

– Dzięki tobie zobaczyłem kawałek innego świata Oleńki. Innego niż to szpitalne łóżko, które jest właściwie jej jedynym znajomym miejscem.

– A jednak dokładnie wie, jak wygląda łąka.

– Tak, dużo czyta, myślę, że to dlatego – uśmiechnął się Jaśko.

Przez dłuższą chwilę mężczyzna i kot siedzieli bez ruchu, wpatrując się w śpiącą nastolatkę. Szpitalną salę spowijała nocna cisza. Wytłumione odgłosy miasta kompletnie nie pasowały do tego, co działo się wewnątrz szpitala. Tutaj koleje losu wyznaczały dźwięk respiratora, skrzypienie metalowych łóżek i salowa roznosząca posiłki tym, którzy posiedli luksus przyjmowania pokarmów.

– Nie powiedziałeś, że Oleńka to córa twoja rodzona! – wypaliła oskarżycielsko Szeptucha, stając w progu sali z upchniętym w wózku inwalidzkim Waldkiem.

– A to coś zmienia w twojej kuracji? – zapytał złośliwie Jaśko.

– Głupiś!– żachnęła się stara. – W mojej nic, ale są pewne siły, które tylko na krewniacze powiązania reagują, trzeba jednak wiedzieć, skąd człowiek pochodzi, zanim się pomocy prosi.

– Słuchaj jej, synu – odparł zmęczonym głosem Waldek. – Wie, co gada.

– I ciebie, tato, przekabaciła? – zezłościł się lekarz.

– Aj tam, przekabaciła. Wystarczyło, że przywiozła do wnuczki. Ty nie chciałeś, żeby nie martwić mnie jej stanem, a ją moim – zniecierpliwił się Waldek. – Teraz ja tu będę siedział i wnusi książki czytał. A tobie wara!

Kot wspiął się na ramiona profesora chirurgii i polizał go szorstkim językiem po nosie.

– Nie kłóć się! – szepnął. – Starzy są, ale wiedzą, co robią.

Jaśko pogłaskał Mruczka, postawił go na kołdrze Oleńki i bez słowa przejął wózek z ojcem od Szeptuchy. Ustawił go przy wezgłowiu dziewczynki i poklepał Waldka po ramieniu. A potem łypnął na starą wzrokiem, który zdecydowanie nie zapowiadał niczego dobrego.

– Chyba pogadać musimy – wycedził.

– Możemy – zgodziła się pogodnie babka. – Kawy bym się napiła.

– To zapraszam do dyżurki – odparł sztywno lekarz i wskazał babce drzwi na korytarz.

Szeptucha przedefilowała z godnością przez średniowieczne linoleum i weszła do zapuszczonej dyżurki pielęgniarek. Jaśko trzasnął drzwiami, i starając się nie okazywać irytacji, szarmancko wskazał babce krzesło.

– Co się, synuś, tak nerwujesz? – zapytała stara.

– Nie denerwuję się, tylko się zastanawiam, po coście Waldka, ojca mojego, znaczy się, z pokoju wywieźli?

– Bo rodzina, chłopcze, to podstawa – obwieściła Szeptucha.

W pokoju zapanowała niczym niezmącona cisza, w którą po chwili wbiła się upierdliwa melodyjka przedpotopowego telefonu komórkowego. Lekarz nie zareagował.

– Wpadasz tu, wywracasz wszystko do góry nogami… – wysyczał po chwili.

– Naprawiam! – zripostowała z godnością Szeptucha.

Telefon wciąż dzwonił uparcie.

– Odbierzesz w końcu? – nie wytrzymał Jaśko.

– Ale co? – zdziwiła się stara.

– Telefon. Dzwoni, wiesz?

– Ja mam telefon?

– Najwyraźniej – westchnął profesor chirurgii.

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i po chwili wydobyła na światło dzienne brzęczącą nokię.

– Zielony czy czerwony? – zapytała podenerwowanym głosem.

– Zielony!

– Halo? – Babka przycisnęła stosowny guzik i przytknęła słuchawkę do ucha.

Jaśko podniósł się w tym czasie z fotela i podjął nerwową wędrówkę po dyżurce.

– Halo? – wrzasnęła babka. – Rajat? A po co tu dzwonisz? Ja krzyczę? No krzyczę, żebyś mnie usłyszał wyraźnie. Ja? W szpitalu na Wołoskiej jestem, a co? Jedziesz tu? A trafisz? Lela tam jest? Dobra, to czekam. Ostrożnie jedźcie!

– O co chodzi? – zaszemrał łagodnie Jaśko.

– Moja wnuczka tu jedzie. Moc ma – przekazała szczątkowe wiadomości Szeptucha i gwałtownie poderwała się z krzesła, rzucając przedpotopowy telefon na biurko. – Muszę iść otumanić tę nieznośną smarkulę z recepcji, bo mi wnusi wpuścić nie będzie chciała.

– Mówicie o pani Jadwidze? – upewnił się Jaśko, otwierając oczy ze zdumienia. Jak świat światem nikt o sześćdziesięcioletniej pracownicy recepcji szpitalnej nie powiedział, że jest smarkulą. No ale pewnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pomyślał z rozbawieniem. – Poczekajcie, no przecież nikogo otumaniać nie musicie. Ja zadzwonię do recepcji i wszystko załatwię – wyjaśnił Szeptusze.

– A… no skoro tak, to ja wracam do Oleńki i zobaczę przy okazji, co u tego nieznośnego Waldka słychać – odparła babka i z godnością opuściła dyżurkę.

– Boże! – westchnął Jaśko masując skronie. – Co to za cyrk?

– Rajat! Jesteś genialny! – Lela nabożnie złożyła dłonie. – Skąd pomysł, że prababcia odbierze telefon? Nawet go nie nosi.

– Zaraz tam genialny. – Chłopak pokraśniał z radości. – Ot, zwyczajnie, jak się z nami żegnała przed wyjazdem, to jej po cichu wsunąłem komórkę do kieszeni spódnicy.

Mercedes mknął w stronę szpitala MSW, a kierowca zgrabnie wymijał inne pojazdy.

– Panie kierowco? – zagaiła uprzejmie Aurelia. – Kiedy dojedziemy na miejsce?

– Będziemy za kilka minut. Wreszcie! – wysyczał dusioł, ledwie panując nad podnieceniem.

Lelka spojrzała na Rajata i przewróciła oczami. Warszawscy kierowcy byli najwyraźniej mocno zestresowani w związku z trudnymi warunkami pracy.

– No to dobrze, dziękujemy szanowny panie – skłonił się z szacunkiem chłopak.

W aucie zapadła cisza przerywana okazjonalnymi syknięciami szofera. Za oknami mercedesa błyskał szary krajobraz stolicy. Para nastolatków, trzymając się tak na wszelki wypadek za ręce, nie próbowała więcej zagadywać nadpobudliwego kierowcę.

– Nie zgub ich pan! – pouczyła taksiarza Stachańska.

– Bez obaw! – wczuł się w pościg taryfiarz. – Znam Mokotów jak własną kawalerkie.

Biały mercedes wyhamował gwałtownie przed szpitalem klinicznym na Wołoskiej i zaparkował w niewielkiej zatoczce autobusowej.

– Co jest? – zdziwiła się Stachańska.

– A skąd ja mam wiedzieć? – wzruszył ramionami taksówkarz.

– Patrz pan! – emocjonowała się stara sąsiadka. – Poleźli do środka, a kierowca za nimi.

– Może kto im tam zachorował?

– Nie! – wrzasnęła z mocą Stachańska. – Szeptuchy nie chorują. Chodź pan, za świadka zbrodni będziesz, bo tu jakieś wielkie bezeceństwo się szykuje!

– Pani! – zaśmiał się taksiarz. – A bo to ja mam czas łazić? Za kursy, a nie za łażenie mi płacą.

– Zapłacę lepiej niż za kurs. Chodź pan! W złotych rublach zapłacę!

Stachańska wysunęła się z taryfy, i kryjąc się za jałowcami, pokłusowała rączo w stronę szpitala.

Samotność bez sieci

Samotność bez sieci

To niesamowite, jak bardzo człowiekowi skacze wydajność, gdy mu Internet odetną. Oczywiście ciśnienie też skacze, bo nagle się okazuje, że ktoś odciął nam tlen.

Awaria. W panice wlepiłam wzrok w żółty trójkącik z wykrzyknikiem i klnąc na czym świat stoi, intensywnie przegrzebałam pamięć, gdzież to ja mam ten długaśny klucz zabezpieczeń do liveboxa, bo okienko w kompie poinformowało, że jak nie pomoże reset modemu, to trzeba wpisać klucz albo dzwonić.

W pierwszej kolejności wbiłam wzrok bazyliszka – licząc, że to pomoże – w rządek kolorowych światełek mrugających na modemie. Nic.

– A wsadź ty sobie tę dyskotekę między chipy i sensory! Ty podły modemie! Tyyy…

Nie pomogło. Nie ma wyjścia. Zrobiłam reset i mam klucz. Oczywiście pięć razy się pomyliłam, zanim udało mi się go wpisać poprawnie. Mam. Niebieskie kółeczko zakręciło się obiecująco, a mnie żołądek podjechał do gardła. Bach! Kicha. Znowu zwiastujący kłopoty żółty trójkącik usadził się złowrogo na dole ekranu. Na domiar złego, jeszcze pojawił się komunikat, że jednak trzeba zgłosić awarię. No dobra, ale jak? Niby jak ja mam znaleźć numer na infolinię konieczny do zgłoszenia awarii Internetu, skoro nie mam Internetu, a telefon kontaktowy jest w Internecie? Przecież nikt nie trzyma takich numerów przyczepionych na lodówce, bo po co, skoro jest Internet, a w Internecie jest wszystko? Myślę gorączkowo, co tu zrobić, na szczęście spływa na mnie olśnienie. Jestem uratowana. Dane komórkowe w telefonie pozwalają mi ustalić numer na infolinię. No tak, połączenia tylko ze stacjonarnych. Na te zaczynające się na 8 mam w komórce ustawioną blokadę, ale na szczęście, dzięki uczynnym ludziom, którzy w przeciwieństwie do mnie, mają Internet, udało się ustalić numer dla komórek.

W międzyczasie pojawił się mały problem. Kilka dni temu kupiłam rodzicom fotel na allegro. Wszystko cacy, kurier fotel im przywiózł, ale produkt nie do końca zgadzał się opisem. Mama zadzwoniła do mnie na komórkę, zameldować że fotel nie taki, jak trzeba.

– Dlaczego ty nie odbierasz normalnego telefonu?! Nie ma cię w domu? Mówiłaś, że piszesz książkę.

– Bo jestem w domu i piszę książkę- odparłam nie do końca zgodnie z prawdą, bo przecież zamiast pisać, walczyłam o odzyskanie Internetu.

– To dlaczego nie odbierasz?

– Bo nie mam Internetu- tłumaczę.

– Ale ja do ciebie DZWONIĘ! Co ma do tego Internet?

– No dużo, bo mam internetowy telefon.

– No dobrze- mama w końcu dała się udobruchać.- To w takim razie koniecznie zadzwoń do producenta, że pomylili kolory.

– Ale ja nie mogę?

– Dlaczego? Co znowu?

– Bo nie wiem, do kogo mam zadzwonić.

– To ty nie wiesz u kogo kupiłaś?! A ja myślałam, że ty jesteś rozsądna…

– No wiem, ale nie sprawdzę, bo przecież nie mam Internetu…

Bingo! Tym razem miałam szczęście. Telefon był na fakturze. Dzwonię i tłumaczę, że przedmiot niezgodny z opisem. To chyba nie pierwsza wpadka, bo sprzedawca bez problemu zgodził się na wymianę.  Poprosił tylko, żeby napisać mu maila w tej sprawie i przesłać zdjęcie. No nie mogę… dzwonię do taty z prośbą o zdjęcie, żeby przesłał mms-em, ale tu pojawia się kolejny problem, bo taty smartfon się zepsuł i nie da się z niego zadzwonić, a drugi telefon nie robi zdjęć. Tata proponuje rozwiązanie za pomocą facebooka, ale ja z kolei nie korzystam z messengera i żadnej wiadomości na telefonie nie odczytam, a Internetu nie mam, więc fejsbunia też nie mam. Sprawa fotela musi zaczekać, a ja wyszłam na taką, co pomóc nie chce. Ech.

Nie wiem, kiedy znów odzyskam kontakt ze światem zewnętrznym, bowiem automatyczna konsultantka powiedziała, że o awarii wiedzą, ogarniają i każą cierpliwie czekać. Enigmatyczne określenie „usunięcia awarii może potrwać do kilku godzin” sprawiło, że poczułam panikę. Ignorując żółty trójkącik, udając że go nie widzę, z nadzieją, kilkakrotnie kliknęłam na globus. Nic. Koniec. Moje ciekawe plany na obiad poszły się paść, bo przepis jest w… Internecie. Moje pogaduszki na czacie poszły się paść, bo przecież to też jest w Internecie. Pomyślałam, że skoro nie mam z kim gadać, to na otarcie łez kupię sobie kieckę, ale kiecka też poszła się paść, bo allegro bez netu nie działa. To samo z butami. W przypływie dojmującego poczucia odosobnienia i samotności uznałam, że może telewizor włączę. Niestety, TV mam też przez Internet, bo z telewizją było taniej niż bez, ale ja i tak nie używam, więc dotychczas nad ewentualnym brakiem telewizji się nie zastanawiałam.

W międzyczasie, ze zdziwieniem zauważyłam, że przez tę awarię dopadły mnie stres i nerwowość. Coś, jakby poczucie, że w czasie, gdy mnie „tam” nie ma, coś istotnego przejdzie mi koło nosa. Ech, paskudne poczucie. Jedyne, co mi pozostało to wreszcie odpalić Worda i dla zabicia czasu wziąć się do pracy. I tu zdarzył się cud. Nie niepokojona telefonami, czatowaniem i lajkowaniem, postawiwszy jednocześnie na prosty przepis własnego pomysłu, koniec końców wybrnęłam z sytuacji z pysznym jedzonkiem i nowym dłuuugim rozdziałem do kolejnej powieści z cyklu „Stajnia w Pieńkach”  :)

Po kilku godzinach, z twórczego transu, wyrwał mnie telefon z informacją, że usterka została usunięta, a ja na widok kręcącego się błękitnego kółeczka poczułam, że krew w moich żyłach ruszyła ponownie, a ja znów wróciłam do świata żywych.

Szybkich megabajtów, Kochani!

Pozdrowienia z Matrixa :)

Iza

Tornado 9

Tornado 9

Naczelny balowicz RP

No tak… sama chciałam… to mam. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że u zwierzaków imię ma wpływ na charakter? Dziś, z perspektywy czasu dostrzegam, że rzeczywiście tak jest. Tornado przecież nauczył się latać, a Frykas był jedynym kocim niejadkiem, jakiego znam. A Wy znacie kota, za którym trzeba biegać z surową polędwicą wołową i prosić gada, żeby łaskawie coś zżarł? Ja nie. Kiedyś, po grubszym remoncie przyszedł do nas do domu gość od alarmów. Tu chałupa czyściutka, wypicowana, nowe meble i na to wchodzi nasz wynędzniały kot Frykas. Zimą to jeszcze pół biedy, bo miał większe futro i jako tako się prezentował, ale latem wyglądał jak morzony głodem, zabiedzony pokurcz.

– No, fajnie. Chałupa jak nowa, ale co ten kot taki chudy? Jeść mu nie dajecie, czy co?- zapytał facet od alarmów, a ja, jak jakaś głupia zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że to kot niejadek.

Ale wracając do pozostałych czworonogów to kot Behemot kochał wodę, jak na mitycznego potwora z głębin morskich przystało. Potrafił godzinami łazić po deszczu i taplać się w kałużach. Nie zliczę, ile razy wrócił do domu mokry jak chluszcz i trzeba go było wykręcać :)

Kapsel – to imię miało brzmieć niewinnie, ale też nam nie wyszło, bo przerośnięty, nieletni kocur tegoż imienia notorycznie zrzuca donice z parapetów, wywraca krzesła, biega po ścianach i przy okazji, kilka razy dziennie włącza światło w kuchni, bo klepie łapami w wyłącznik na wysokości półtora metra od podłogi. O Szajbie już nawet teraz nie wspominam, bo z nią jest urwania głowy na kolejne trzy felietony, ale sugerując się imieniem, możecie sobie wyobrazić, jaki ja z tą kicią mam krzyż pański. No i oczywiście latający Tornado do kompletu.

Niedawno przypomniał mi się jego pierwszy wakacyjny pobyt u moich rodziców. Normalni ludzie, jadąc na wakacje do ośrodka położonego w lesie, zazwyczaj zabierają psa ze sobą. U nas, niestety nie wchodziło to w rachubę, zatem zaangażowałam rodziców do pomocy. Lato na działce sprzyjało tymczasowej opiece nad psem, ale to też wymagało przemyślanych i daleko idących przygotowań. W końcu wykonać profesjonalne zasieki na kilkunastoarowej posesji rodziców wcale nie było rzeczą łatwą ani tanią, zatem wpadłam na pomysł stulecia. W przebłysku geniuszu kupiłam na allegro elektrycznego pastucha i całą sobotę spędziliśmy na rozstawianiu elektrycznego ustrojstwa.

W końcu zadziałało, ale tylko do czasu, kiedy po naszym odjeździe mój tata mi doniósł, że elektryczny pastuch nie działa, i że kupiłam jakieś badziewie.  A my właśnie w drodze na urlop…, a oni 100 kilometrów od nas. No to ja za telefon. Do dziś pamiętam, jak po całości zrugałam dostawcę pastucha, że sprzedaje jakieś wielkie gie i zażądałam nowego zasilacza. Musiałam brzmieć przekonywująco, bo sprzedawca niezwłocznie dosłał nowy i jeszcze przepraszał. Dopiero po latach przejrzałam podstęp mojego taty, który w obawie, żeby psa prąd nie połaskotał, rozłączył styki w tym pierwszym zasilaczu.  Ech, po powrocie sprzedałam pastucha właścicielowi hodowli danieli i pastuch działa do dziś, ale za to moja mama, na wyjazdach na działkę, całymi dniami towarzyszy psu i zapewnia mu warunki niczym w sanatorium. Razem chodzą na spacery, odwiedzają znajomych, czytają książki i oglądają seriale. Tornado jest przeszczęśliwy i jak tylko widzi moich rodziców, od razu jest gotowy do przeprowadzki na wieś. Choćby i w grudniu.

Heh, chyba nie daliście się zwieść tą wiejską, wakacyjną sielanką, prawda?  Tornado nawet pilnowany przez 24 godziny na dobę potrafi dać nogę i moich rodziców nie mogły ominąć żadne z tym związane atrakcje.  Proste. Jest Tornado, jest akcja :)

Pies, na okoliczność wyjazdów, oczywiście otrzymał tymczasowy identyfikator z wiejskim numerem telefonu oraz potrójną obrożę na kleszcze, bowiem mama jest osobą zapobiegliwą. W czasie pierwszego pobytu tylko raz zwiał i do dziś nie wiadomo którędy, więc pewnie wziął płot szturmem i po prostu przeskoczył, ale tydzień później centralnie dał czadu na odpuście…

Nie chcąc zostawić psa w domu, tata postanowił zabrać go na procesję z okazji Bożego Ciała. Zapakował kochanego Tornisia do samochodu i razem z mamą pojechali do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Mama weszła do środka, tata natomiast zaparkował tuż przed kościołem i uchyliwszy w aucie szybę, stanął po drugiej stronie samochodu i podczas mszy pilnował psa. A przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Nie wiedział jeszcze, że Tornado doskonale, w kilka sekund, uchyla samochodowe szyby…

Mniej więcej w okolicy końca kazania tata profilaktycznie zerknął do środka, czy psu aby nie za ciepło, mimo że auto w cieniu.

– Kurde! Gdzie jest pies?!

Trzy razy sprawdził. Nawet w bagażniku. Nie ma. No, ale jak nie ma, to pewnie ktoś go znajdzie i będzie dzwonił a telefon w domu, a w domu nikogo nie ma. Komórka z psiego identyfikatora też w domu, więc tata od razu wskoczył za kółko i pognał do domu po komórkę. W nerwach prawie drogę pogubił i zapomniał, gdzie ma klucze, ale w końcu udało mu się wrócić, mniej więcej na ogłoszenia parafialne.

Widok jego oczom ukazał się przedni. W miejscu, gdzie wcześniej stał samochód taty, teraz siedział Tornado i grzecznie czekał. Jak widać, oddalił się tylko na małe zakupy na odpustowym straganie. Według relacji rodziców bosko się prezentował z różową wstążką na szyi i trzema balonikami przyczepionymi do obroży.

– Wiesz, on wyglądał jakby z imprezy wrócił!- relacjonował później tata, a ja myślałam, że żartuje. Niestety mama potwierdziła.

Istotnie, Tornado z balonami wyglądał jak Naczelny Balowicz RP! :)

Wiwat szkoła!

Wiwat szkoła!

Wakacje nieubłaganie zbliżają się do końca. Czas, jak wiadomo, jest względny a ja na swój użytek stworzyłam sobie takie twierdzenie matematyczne:

1L = 7W

Gdzie L to dzień listopadowej pluchy a W dzień słonecznych wakacji. Otóż w wakacje czas pędzi siedem razy szybciej, niż w szare, paskudne dni.

Zapytacie, co mnie tak na matematykę nagrało?

Szkoła, kochani! Szkoła już za pasem. Płaczą dzieci, płaczą nauczyciele i cieszą się rodzice 😀

Należę do tej ostatniej kategorii, więc w sumie początek szkoły powinien być dla mnie dniem radosnym (i po części jest), ale na tym dobrym nastroju kładą się cieniem wspomnienia moich własnych szkolnych dni. Czasy to były zamierzchłe i dzikie. Kto chodził do szkoły za PRL-u, ten doskonale o tym wie :)

Pamiętam, jak dziś, swój pierwszy dzień w szkole. Tornister sraczkowaty w kolorze i z naszytymi odblaskami. Ja, taka nieduża pod tym tornistrem idę koło mamy wielkim, szkolnym korytarzem z gigantycznymi drzwiami i jeszcze większymi oknami na końcu tego przerażającego tunelu. Mama wpycha mnie do sali i zostaje brutalnie wyproszona. A z nią pozostali rodzice, zdaniem nauczycielki, najwyraźniej niepotrzebnie zaaferowani pierwszym dniem w szkole ich dzieci.

Ubrana w zieloną garsonkę kobieta wpija spojrzenie w gromadkę maluchów a potem ustawia je karnie w dwuszeregu pod tylną ścianą i zaczyna PRZEMOWĘ, z której siedmiolatki kompletnie nic nie pojmują. Czas mija ale kobieta dalej coś gada. Oj, jak mi się chce pić! Marzę o tym, żeby wyjąć bidon z herbatą z tornistra, ale nic z tego nie będzie. Moje rzeczy stoją przy szkolnej ławce a ja stoję wraz z innymi dziećmi pod szafą i nerwowo łykam ślinę.

I nagle mdleje jeden z chłopców. Wpada w kosz na śmieci. Wszyscy odsuwają się z odrazą. Ja też. Patrzę nerwowo.

– Jakiś słaby ten kawaler! Albo się wygłupia! – komentuje nauczycielka.

Spoko. Już do końca podstawówki, czyli przez następne osiem lat chłopak nie będzie miał życia, ale wychowawczyni to kompletnie nie interesuje. Machnięciem ręki w końcu zezwala na zajęcie miejsc w ławkach.

Dopadam do drugiej w szeregu i z spode łba obserwuję nowe koleżanki. Jakoś tak się udało, że dzieci zajęły miejsca obok znanych sobie osób. Wszyscy mieszkamy w kwadracie tych samych ulic. Znamy się. Mamy swoje sympatie i antypatie. Ogólnie jest nieźle, choć rodziców brak. Dobieramy się w małe grupki i z wiarą w miłe życie w szkole spoglądamy nauczycielce ufnie w oczy. A ten smok wawelski nadyma nozdrza i przez kilka chwil wpatruje się w nas.

– W każdej ławce ma siedzieć jedna dziewczynka i jeden chłopiec! Proszę się natychmiast przesiąść!

Wszyscy się podnoszą a ja w panice zerkam na potencjalną parę. Potykam się o kolegę, który wcześniej zemdlał w koszu na śmieci i czuję, że przebywanie obok niego jest słabym pomysłem. Nauczycielka najwyraźniej jest innego zdania.

– Wy dwoje! Zapraszam do pierwszej ławki!

Tak zaczęła się moja walka o istnienie w szkole 😀

W tamtych zamierzchłych czasach dzieci były dla szkoły a nie szkoła dla dzieci. Powiem więcej, dla niektórych nauczycieli byliśmy kłopotliwym dodatkiem do ich pracy. I oczywiście nie raz dawali nam to odczuć.

Jedną z najbarwniejszych postaci mojej podstawówki była pani od polskiego. Niewielka, korpulentna z ogromnym pierścieniem na palcu prawej dłoni. Gdy po latach czytałam Harry’ego Pottera, to wypisz, wymaluj profesor Umbridge. W pierścieniu był duży kamień, ale raczej niezbyt szlachetny. Bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że nauczycielka nosi ów pierścień zwrócony oczkiem do wnętrza dłoni. Zastanawiałam się, po co nosić pierścionek, którego nie widać. Sprawa wyjaśniła się już na pierwszej lekcji. Gdy w klasie podniósł się delikatny szmer, polonistka zaczęła walić upierścienioną łapą w biurko z taką mocą, że szyby drżały.

– Kto mi tam partyzantkę sieje? – krzyczała z czerwoną ze złości twarzą.

Miewała też lepsze dni. Czasy były, jakie były, nikogo los nie rozpieszczał a oczkiem w głowie polonistki była córka. Roztaczała nam wizję dorosłej już panny, która była mądra, świetna i generalnie żadne z nas nie miało szans jej nawet do pięt dorosnąć.

– Jesteście bandą matołów! – mówiła z dobrodusznym uśmiechem. – O! A Nowacki to pewnie będzie jak jego ojciec ziemniaki na bazarze sprzedawał – dodawała wskazując upierścienioną dłonią na chłopaczka z odstającymi uszami. – A moja córka, nie chwaląc się, pracuje w Anglii… w pralni…

Autentyczna duma zawarta w jej głosie na jakiś czas wyrobiła we mnie przekonanie, że praca w pralni w Anglii jest największym z możliwych awansów w życiu człowieka i po cichu myślałam, że nauczycielka musi być prawdziwą szczęściarą :)

Barwnych postaci w szkole podstawowej było więcej. Ot choćby lubiana przez wszystkich pani od plastyki, która została panią od plastyki po tym, jak okazało się, że z różnych przyczyn alkoholowych nie ma siły być dłużej panią od WF-u. Pobieżnie i pospiesznie przygotowana do wskrzeszania w dzieciach talentów w dziedzinie sztuk pięknych, zapisała się w mojej pamięci wspaniałym powiedzonkiem, które po cichutku sobie powtarzałam smakując zakazane słowa na języku.

Pani łatwo się irytowała i często strofowała dzieciaki za co tylko się dało. Zawsze i tym samym tekstem.

Jak cię kopnę w dupę, to ci gówno oczy zachlapie!

Dzieciaki autentycznie ją uwielbiały 😀

Była też pani od ZPT, czyli zajęć technicznych. Światowa mistrzyni w motywowaniu dzieci, niepewnych swoich talentów w dziedzinie szycia poduszeczek na igły i dziergania siatek na zakupy z włóczki. Brała w dwa palce dzieło i patrzyła na nie z wyraźną odrazą.

– Jak tak patrzę Lewandowska, to mi się wydaje, że twoja matka to pewnie lata po jaskini z maczugą ubrana w skórę tygrysa! – mówiła.

Oj wesoło było w tej mojej szkole, bez dwóch zdań. Była na przykład chemiczka, która wyrzucała dzieciom zeszyty przez okno, jeśli uznała, że owe nie są prowadzone wystarczająco schludnie. Linijką po łapie też potrafiła przywalić. Znalazł się na nią jednak sposób, który moja klasa odkryła i uratowała zapewne kolejne roczniki dzieciaków przed jawną przemocą.

Chemiczkę można było wprowadzić w dobry nastrój nazywając ją „panią magister”. Magistrów w tamtych podstawówkach było jak na lekarstwo, większość kadry rekrutowała się z SN-ek, czyli studium nauczycielskich. Dzieci, jak świat światem, zawsze do wszystkich nauczycieli w podstawówce zwracają się zwykłym „proszę pani”, co najwyraźniej naszej magister chemii nie satysfakcjonowało. Kilka razy podkreślała, że jest magistrem, co sprytni chłopcy z naszej klasy bezlitośnie wykorzystali. Stawali przed wejściem do klasy i grzecznie czekali na nauczycielkę.

– Dzień dobry pani magister! – witali ją chóralnie i z teatralnym ukłonem.

– Dzień dobry – odpowiadała nauczycielka i rozpromieniała się w uśmiechu.

Po takim przedstawieniu mieliśmy pewność, że nie będzie linijki, wrzasków i być może latających zeszytów. Pewnego dnia, przy kolejnym rytuale powitania chemiczki, przeżyliśmy chwilę grozy.

– A co wy mnie tak tytułujecie? – zapytała nauczycielka, najwyraźniej węsząc podstęp.

Patrzyła, świdrując nas czujnym spojrzeniem zza opuszczonych do połowy nosa okularów.

– Bo my… – odważył się odezwać jeden z chłopców, ale po chwili umilkł.

– No słucham!

– Bo my tak panią bardzo lubimy! – dokończyła ociekającym obłudą głosem jedna z dziewczynek.

Byłam pewna, że chemiczka zwęszy ten grubymi nićmi szyty podstęp, ale nie. Oczy jej się zaszkliły i łamiącym się ze wzruszenia głosem zaprosiła nas do klasy. Do końca szkoły mieliśmy z nią święty spokój 😀

W galerii szkolnych indywiduów zaszczytne miejsce miała pani od rosyjskiego. Język bratniego narodu był wówczas jednym z najważniejszych i obowiązkowych, rzecz jasna, przedmiotów. W dobrym tonie było nieokazywanie nadmiernego entuzjazmu do jego nauki a słabe oceny przynoszone do domu były kwitowane wzruszeniem ramion przez większość rodziców 😀

Pani od rosyjskiego chyba sobie z tego zdawała sprawę i tym pilniej przykładała się do wałkowania czytanek z rosyjskiego elementarza, który sam w sobie był fenomenem. Wszystkie książki szkolne w tych czasach były czarno-białe i pozbawione obrazków a książki od rosyjskiego – czysta sztuka! Nie dość, że w twardych okładkach, to nafaszerowane kolorowymi obrazkami, które przyciągały spojrzenia łaknącej jakichkolwiek kolorów szkolnej dziatwy :)

Pani do rosyjskiego wymagała, by dzieci stały na baczność, gdy wchodziła do klasy. Dyżurny musiał obowiązkowo wyskandować formułkę:

Klasa 5B gotowa do lekcji języka rosyjskiego!

Oczywiście po rosyjsku. Stalin byłby z nas dumny. Putin pewnie też, gdyby mu teraz pokazali efekty pionierskiej pracy u podstaw naszej pani od rosyjskiego 😀

Absolutną wisienką na torcie był jednak pan od muzyki. Okrąglutki facet z rzadkim wąsikiem a do tego łagodny jak baranek. Wchodziliśmy mu na głowę i rozrabialiśmy jak pijane trolle a on znosił to ze stoickim spokojem i na kolejnych lekcjach usiłował nam wyjaśnić czym się różni fagot od fletu. Bezskutecznie.

Oczkiem w głowie pana od muzyki był chór szkolny. Z uporem godnym lepszej sprawy przesłuchiwał nas kolejno i łowił rzekome talenty wokalne. Pech chciał, że złowił mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. W sumie było całkiem śmiesznie, bo pan od muzyki, średnio zaangażowany w zalecany z Kremla repertuar, kazał nam śpiewać piosenki z Powstania Warszawskiego oraz przyśpiewki góralskie. Między innymi dlatego nasz chór nigdy nie wygrał żadnej znaczącej nagrody na konkursach międzyszkolnych. Tam zawsze wygrywała Międzynarodówka na dwa głosy a nasz pan od muzyki konsekwentnie „zapominał” nas jej nauczyć 😀

Większość dzieci była w chórze z łapanki i nie przejawiała nadmiernego entuzjazmu do szlifowania własnych możliwości wokalnych. Najbardziej znienawidzonym zajęciem było rozśpiewywanie się przed próbą właściwego repertuaru. Przy akompaniamencie pianina mieliśmy śpiewać aaaaaaa.

Nudy! Chłopcy ryczeli, jak lwy, dziewczynki złośliwie beczały jak owce a pan od muzyki pewnie rwałby włosy z głowy, gdyby tylko je miał. Nie raz się zdarzało, że z sąsiedniej sali lekcyjnej przychodziła jakaś udręczona nauczycielka prosić o ciszę.

Pan od muzyki pewnego dnia zapytał, o co nam chodzi. Już samo to było zdumiewające, bo w tamtych czasach opinia dziecka nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Jedna z dziewczynek odważyła się i wyszła przed inne dzieci.

– Bo to jest nudne – powiedziała.

– No to co powinniśmy śpiewać? – zapytał nauczyciel.

– Nie wiem, ale pan jest niedobry, że każe nam się tak ciągle rozśpiewywać!

Pan od muzyki błysnął okiem i powiódł palcami po klawiaturze pianina.

– Pan Brylicki jest niedobry, każe nam się rozśpiewywać! – zaintonował.

Chór z łapanki ochoczo podchwycił i od tej pory, przez kilka lat po szkolnych korytarzach niosły się entuzjastycznie skandowane obelżywe słowa pod adresem pana od muzyki wyśpiewywane przez dwudziestkę młodocianych płuc 😀

Ech, łezka wzruszenia się w oku kręci, choć mam świadomość, że w dzisiejszych czasach większość z tych, pożal się Boże, pedagogów wyleciałaby ze szkoły z wielkim hukiem. Oprócz pana Brylickiego, rzecz jasna :)

Jakoś po latach wzięło mnie na wspomnienia i przy okazji, w rodzinnym gronie, rzuciłam temat szkolnych czasów. Absolutnie wszystkich przebił mój ojciec przywołując obraz ze swoich studiów. Mówimy o końcu lat 60’, gdy na uczelniach zdarzali się jeszcze prawdziwi przedwojenni profesorowie. Jeden z nich, zgarbiony botanik mijał pewnego dnia trawnik przed uczelnią, na którym racząc się piwkiem siedzieli studenci, zdecydowanie nie mając zamiaru udać się na wykład. Profesor botaniki przystanął, popatrzył na młodzież w dzwonach i ciężko westchnął.

– Ej wy studenty! – powiedział, machając z rezygnacją ręką. – Wam to tylko dupy na zielono pomalować i ASYMILOWAĆ!

Szczęśliwego nowego roku szkolnego 😀

Szeptucha 13

Szeptucha 13

– Jeszcze tylko kilka schodków – wysapała babka.

– Miau!

– Łatwo ci, kocie, powiedzieć! Nie ty mnie po schodach dźwigasz!

– Miau!

– Toć mówiłam, że jak czas stoi, to i elektronika wszelka zamiera. Gadaj se zdrów, a winda i tak nie pojedzie – zirytowała się Szeptucha. – Z kosza, leniu, wyłaź, i po schodach na łapach idź!

Kot prychnął ze złością, ale usłuchał. Zaczął wbiegać z gracją po kolejnych stopniach. Szeptucha spoglądała zazdrośnie na zwierzaka i sapiąc parła w górę.

Korytarz drugiego piętra sprawiał wrażenie przytuliska dla trędowatych w prowincjonalnej kambodżańskiej wiosce z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Na odrapanych, przedpotopowych łóżkach zastygli odarci z prywatności pacjenci. Środkiem migały filuternie przybrudzone płytki PCV, pamiętające zapewne pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II. Szeptucha sentymentalna nie była, a omijanie kolejnych łóżek wprowadziło ją wyłącznie w stan irytacji.

– Kocie! – zadysponowała. – Szukaj Jaśka.

Mruczek przystanął i spojrzał z wyrzutem na babkę. Jaśka nie znał i wywąchać zguby nie miał jak.

– Mruczek, to ten sam, co z wizji na Zrębinach. Andzię wspomnij.

Kot wzdrygnął się na wspomnienie lasu i zrębinowych duchów. Powęszył chwilę i z nagromadzenia złych zapachów wyłowił trop chłopca, który uniknął rzezi w leśniczówce. Po chwili ruszył w stronę białych drzwi. Zatrzymał się pod nimi i usiadł, zamiatając ogonem linoleum. Babka chwyciła za klamkę i weszła do środka. W sali szpitalnej stały trzy łóżka. Pewnie byłoby ich więcej, ale pomieszczenie, niewiele większe od schowka na miotły, mogłoby nie pomieścić kolejnych. W ustawionym pod oknem leżała dziewczyna, a obok niej na metalowym, szpitalnym taborecie siedział siwy i bardzo szczupły mężczyzna w kitlu lekarskim.

– To on! – zatarła z radości ręce babka. – No patrz, kocie, jakżeśmy to wszystko zgrabnie połączyli!

– Miau! – ostrzegł kocur, wskakując ponownie do kosza.

– Tak, wiem, zaklęcie się zaraz wyczerpie.

I rzeczywiście, przebywające w pokoju osoby jakby zaczęły się wybudzać z głębokiego snu. Atmosfera, wcześniej gęsta niczym smoła, rozrzedzała się z każdą chwilą. Siedzący na taborecie lekarz powiódł po intruzach obojętnym, niewidzącym spojrzeniem, by zaraz cofnąć wzrok i odnotować niespodziewaną materializację jakiejś staruszki z kotem wyglądającym z wiklinowego kosza.

– Kim pani jest? – zapytał zdumiony. – To nie jest pora odwiedzin, a na teren szpitala nie można wprowadzać żadnych zwierząt!

– Jaśko? – bardziej stwierdziła niż zapytała Szeptucha.

– Kim pani jest? – ponowił lekarz, podnosząc się gwałtownie ze stołka.

– Cichaj, synuś – cmoknęła stara z dezaprobatą. – Prawie rodzina jestem, boć twój tatulo za mną bardziej w szkole niż za twoją matką ganiał, no ale wyszło, jak wyszło.

– Szanowna pani, ja jednak nalegam, żeby pani opuściła salę i nie zakłócała spokoju pacjentek – odparł stanowczym głosem lekarz.

– Jaśko, ja tu niczyjego spokoju zakłócać nie zamierzam. A co temu dziewczątku dolega?

– Tajemnica lekarska!

– Oj tam, zaraz tajemnica – zirytowała się Szeptucha. – Jak co komu za skórę wlezie, to krygować się nie ma czasu.

Lekarz westchnął ze zrezygnowaniem, i ponieważ miał głęboką świadomość faktu, że nie znajduje się w amerykańskim serialu, tylko w polskim szpitalu, a ochrona obiektu w tym drugim przypadku składała się wyłącznie z pana Miecia, więc na wszelki wypadek postanowił nie stawiać sprawy na ostrzu noża i współpracować z wariatką.

– Oleńka czeka na przeszczep serca – wyjaśnił. – Hospitalizowana przez większość swojego szesnastoletniego życia.

– Prawnuczkę w tym wieku mam. Aurelka się zowie – zafrasowała się babka, nie zdradzając bliższych związków z imieniem tej małej.

– Dziecko jeszcze, a wycierpiała tyle, że niejeden stary by nie podołał. – Lekarz wbrew sobie poczuł sympatię do starej wariatki.

– Jaśko – powiedziała miękko Szeptucha. – Ja podług twojej matuli do ciebie przyjechałam. Bom jej obiecała, że cię znajdę, ale to poczekać może. Obaczę pierwej, czy Oleńce pomóc mogę.

– Jak to matuli? O czym pani mówi? – zdenerwował się lekarz. – Moja matka od lat na Powązkach…

– Nie adopcyjna, chłopcze, ino prawdziwa.

– Skąd pani wie?

– Wiem Jaśko, po prostu wiem. Posuń się i chorą daj obejrzeć.

Działając pod wpływem szoku i delikatnego zaklęcia oszołamiającego, siwy profesor odszedł kilka kroków od łóżka, ustępując miejsca dziwacznej staruszce. Ta podeszła do obojętnej na wydarzenia i bledziutkiej Oleńki, i zaczęła wodzić dłońmi nad jej klatką piersiową.

– Słabiutko bije – stwierdziła babka.

– I z dnia na dzień gorzej – westchnął lekarz.

– Wzmocnić ją można trochę. Zaszeptam chorobę, ale bez przeszczepu się nie obejdzie – potwierdziła lekarską diagnozę stara.

– Szeptucha? – zdziwił się profesor.

– No przecie.

– W Warszawie?

– Toż przecie mówię, żem do ciebie z daleka przyjechała.

– Powiedzcie, możecie jej pomóc?

– Oleńce? A mogę wzmocnić, jak mówiłam.

– To odprawiajcie swoje modły, jej każda pomoc wskazana. Ja idę do dyżurki. Muszę się napić kawy. – Tu profesor skinął głową i wyszedł z sali, po drodze przykładając dłoń do czoła uśpionej pacjentki z łóżka pod drugą ścianą.

– Kocie! – mruknęła półgębkiem babka. – Idź za nim. Ja tutaj chwilę z tym dzieckiem posiedzę.

Lelka wyglądała świeżo i uroczo w czerwonym swetrze i błękitnych dżinsach. Mokre pasma włosów skręcały się w kędziory. Rajat usiadł na wersalce i westchnął z zachwytem.

– Musimy pogadać! – ogłosiła uroczyście Aurelia.

– A o czym?

– O wszystkim – wyjaśniła rzeczowo dziewczyna.

Rajat, złapany w pułapkę lelczynych oczu, nie śmiał się odezwać. Zegar z kukułką wybił beznamiętnie piątą po południu. Jak okiem sięgnąć, za oknem rozciągała się rozproszona bielą śniegu zimowa noc.

– Jak to jest…? – Aurelia westchnęła głęboko i zamilkła.

– No? – zachęcił ją chłopak.

– No więc, jak to jest, że mi mówisz o podróżach, hotelach i wielkim świecie, a tu przyjeżdżasz z prababką biedę klepać?

– Biedę? – podrapał się po brodzie chłopak.

– Sam widzisz, ile prababcia Olesia ma emerytury!

– Czego? – zdumiał się Rajat.

– No, pieniędzy na żarcie, matołku!

– A to na żarcie w domu pieniądze są potrzebne? – zdębiał chłopak. – Bo w restauracji to rozumiem.

– U ciebie w domu się jedzenia nie kupowało? – prychnęła Lela.

– A nie, nie przypominam sobie, prawdę mówiąc.

– To skąd się, do cholery, brało?

– No… służba przynosiła.

Kukułka schowała odrapany dziób do postkomunistycznej budki zegara. Fajerka osunęła się z niemiłym zgrzytem z kuchni, a Aurelia wpiła szeroko otwarte ze zdumienia oczy w Hindusa. Najwyraźniej jego polonizacja była powierzchowna i przeprowadzona po łebkach.

– Rajat? – zapytała ostrożnie.

– No?

– A ty masz jakieś pieniądze?

– Mam! – odparł radośnie chłopak.

– A czemuś babce na żur nie dołożył?

– Nic nie mówiła!

– A na bilety do Warszawy masz? – zaszemrała łagodnie Lela, co najwyraźniej miało zakamuflować jej gigantyczne wkurzenie.

– Lotnicze?

– Nie, na PKS! – wycedziła dziewczyna.

– Mam, Leluś!

– No to postanowione. Za prababką jedziemy, a ty za bilety płacisz!

– No dobrze, dobrze – położył po sobie uszy Rajat i niepewnie się uśmiechnął. – Już dzwonię i załatwiam.

Mruczek utrzymywał dystans, ale nie spuszczał z lekarza bursztynowych oczu i skradał się bezszelestnie szpitalnym korytarzem. Profesor, zwany przez babkę Jaśkiem, poczłapał w stronę maleńkiego pokoiku tuż za schodami i zamknął za sobą drzwi. Kotu cudem udało się prześliznąć do wnętrza i przycupnąć w cieniu nieco pożółkłej paprotki.

Lekarz podszedł do stojącego na stoliku ekspresu i podstawił pod dyszę kubek, łapiąc do niego gęstą jak smoła kawę. Od jej zapachu Mruczkowi aż się zakręciło w nosie. Szybko wtulił pyszczek pod lewą pachę, co nieznacznie wytłumiło kichnięcie.

– Kto tu jest? – Lekarz odwrócił się gwałtownie.

Kot zamarł w bezruchu. W pokoju było słychać tylko oddech mężczyzny.

– Zdawało mi się pewnie – mruknął Jaśko. – Starzeje się człowiek i już zaświaty słyszy. O! A teraz jeszcze sam do siebie gadam! Starość nie radość.

Mężczyzna usiadł za biurkiem pielęgniarki i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu filiżanki. Trochę trudu to Mruczka kosztowało, ale w końcu dostroił się do fal mózgowych lekarza, i przebierając ostrożnie łapkami, nastawił uszy i zamknął bursztynowe oczyska. Odbierał przekaz.

Żółte liście bezgłośnie opływały spoczywającą na ramionach sześciu mężczyzn trumnę. Kondukt szeleścił z szacunkiem setką zanurzonych w listowiu stóp. Ledwie osiemnastoletni Jaśko starał się być dzielny, ale raz za razem wstrząsał nim tłumiony szloch. Obok niego szedł ojciec i teraz, gdy mężczyźni w końcu się zatrzymali przed grobem, położył wielką i ciepłą dłoń na ramieniu syna. Ten potężny mężczyzna miał oczy zaczerwienione, ale nie pozwalał sobie na płacz. Chłopców z jego pokolenia uczono, że łzy to wyłącznie kobieca rzecz. Obaj, ojciec i syn, stali z opuszczonymi ramionami, jeden wcale niepodobny do drugiego, ale tak dziwnie sobie bliscy po tej największej z możliwych stracie. Ksiądz podjął modły, ale do Jaśka nie docierało ani jedno słowo. Stał, czując ciepło ojcowskiej dłoni, ze wzrokiem wbitym w białą tabliczkę z czarnym napisem.

Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich

Urodzona 16 lipca 1919 roku, zmarła 14 października 1959 roku

Kot podskoczył w miejscu jak podpięty do prądu i pokłusował w stronę drzwi. Skakał jak szalony na klamkę, kompletnie się nie przejmując zdumionym lekarzem, który poderwał się z krzesła i runął w jego kierunku. Zanim dobiegł, Mruczkowi udało się zawisnąć na klamce. Drzwi odskoczyły ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, a kot wyprysnął na korytarz i zniknął w mroku klatki schodowej. Tam wyhamował z impetem i przez chwilę nasłuchiwał. Jaśko najwyraźniej nie zamierzał go gonić. Zwierzak bezszelestnie zakradł się do sali szpitalnej, w której przy Oleńce siedziała babka, i wiedząc, że nie zostało wiele czasu do przybycia lekarza, otarł się Szeptusze o kolana i wskoczył na nie. Oparł się łapkami o jej ramię i zaczął szeptać odkryte rewelacje do ucha.

– Co ty, Mruczek, opowiadasz? – zaniepokoiła się babka. – Pewnyś? Przekaz był bez zakłóceń?

– Czysty jak łza! Waldek Stachański najwyraźniej dzieciaka do sąsiedniej wsi nie oddał, a razem z nim do Warszawy zbiegł.

– W czasie okupacji? Co ty gadasz, kocie? Kto by się wtedy do miasta bez dokumentów na siebie i dzieciaka pchał?

– Może wspólnika miał co dokumenty załatwił?

– Waldek? – prychnęła babka – ten zdrajca?

– Na trumnie matki było napisane „Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich” – cmoknął zniecierpliwiony kot.

– O słodki Jezu! Waldek zbałamucił młodszą siostrę partyzanta Michała, co u leśnych poległ? No, Mruczek, to mocno zmienia nasza misję – warknęła babka.

– Zaraz zbałamucił! – prychnął kot. – Jak za niego poszła, to chyba go chciała?

– Tego to my, Mruczek, nie wiemy – wycedziła Szeptucha. – Ale na pewno się dowiemy – dodała złowieszczo po chwili zastanowienia.

Oleńka jęknęła cichutko przez sen, co babkę natychmiast przywróciło do rzeczywistości.

– Kocie, znajdź gdzieś komputer i spróbuj to wszystko sprawdzić, ja teraz ważniejsze mam sprawy na głowie.

– Rajat! – roześmiała się tysiącem srebrnych dzwoneczków Aurelia. – Zwariowałeś chyba?

Przed wejściową furtką zaparkował właśnie ogromny, dwupiętrowy autokar, a ze środka wysiadł jasnowłosy kierowca i zachęcająco otworzył luki bagażowe. Lelka złapała uszy torby, i łapiąc w locie kurtkę, wybiegła ze śmiechem z chałupy. Rajat pamiętał o kluczu leżącym nad górną futryną i zanim pospieszył za dziewczyną, starannie zaryglował drzwi wejściowe. Po chwili brnął w śniegu w stronę autokaru.

– Ależ nie! – usłyszał Lelę, która z uśmiechem tłumaczyła kierowcy, że bagażu prawie nie ma i nic do luków wkładać nie będzie. – Może inni pasażerowie zechcą…

– Nie będzie innych pasażerów, Leluś – wyjaśnił uprzejmie Rajat. – A po co nam towarzystwo?

Lelka zmarszczyła ze zdumieniem brwi, ale nie skomentowała, i posłusznie wsiadła do autobusu. Rajat ruszył za nią, a kierowca otrzepał nogi ze śniegu i poszedł zamknąć luki bagażowe. Najpierw te z lewej strony. Pewnie by zaprotestował, widząc staruszkę wskakującą ze zwinnością gazeli do przedniego prawego luku, a już na pewno podniósłby alarm, gdyby zobaczył prehistorycznego, zielonego potwora moszczącego się w prawym luku tylnym, ale szczęśliwie dla pasażerów na gapę prawą stronę drogi spowijały ciemności. We wsi znów padły latarnie.

Autokar potoczył się po wąskiej drodze, by po kilku minutach skręcić pod lasem w prawo i leniwie wytoczyć się na szosę białostocką. Lela zapadła w ogromny fotel i położyła torbę na stoliku przed sobą.

– Rajat – zapytała. – A po co tak? Na autobus z Małkinii mogliśmy przecież pójść!

– Kazałaś jechać autobusem, to zamówiłem – uśmiechnął się niepewnie chłopak, siadając naprzeciwko. – Źle coś znów zrobiłem? – spłoszył się, widząc nieodgadniony wzrok Leli.

– Nie, wszystko w porządku – odparła Aurelia i zapatrzyła się w okno autobusu. Za szybą migał ośnieżony las, a ona dumała o różnicach, które dzielą ją i chłopaka nawet w najprostszych kwestiach. Pomyślcie tylko! Lela kupiłaby dwa ulgowe bilety na autokar, a Rajat zamówił luksusowy pojazd na wyłączność.

Mowę jej odjęło, gdy z tylnej części autokaru wyłoniła się uprzejma kelnerka i zapaliła świece na stoliku. A potem wręczyła osłupiałej dziewczynie kartę dań i bezszelestnie się oddaliła. Rajat zdecydowanie nie wyglądał na zaskoczonego i z zainteresowaniem studiował menu.

– Jejku! – wyrwało się Leli po przeczytaniu kilku pierwszych pozycji.

– Co się stało? – natychmiast zainteresował się chłopak.

– Niby w wielkim świecie nie bywałam, ale te dania jakieś dziwne są!

– Poprosiłem o tradycyjne potrawy z mojej rodzinnej posiadłości w Assam. Sam podawałem przepisy, a moja czcigodna matka podpowiadała – wyjaśnił Rajat.

– Kim jest twoja matka? – zainteresowała się Lela.

– Matka pochodzi z równej nam, Józka potomkom, kasty, i posiadła wykształcenie godne księżniczek – nadął się Rajat, a Lela odnotowała podświadomie, że z przyszłą teściową łatwo nie będzie.

Przez chwilę wertowała kartę dań w milczeniu.

– Rajat? – zapytała niewinnie. – A co to jest BB? Mnie zawsze uczyli, że to pokój ze śniadaniem, ale jakoś mi to do okoliczności nie pasuje.

– BB to przywieziona przez czcigodnego pradziadka Józka potrawa z waszych stron przecież!

– Tak? – zainteresowała się Lela. – Jakoś nie kojarzę!

– Bombay Bigos! – wyjaśnił uprzejmie Rajat.

– Aha! A CR?

– Curry Rosół.

– No, ale żuru nie macie.

– No, nie mamy – potwierdził ze smutkiem Rajat. – Wychowałem się na opowieściach pradziadka o niebywałym smaku żuru, i muszę przyznać, że mój czcigodny przodek nie przesadzał.

– Żałuję, że go nie poznałam, ale mamy prababkę.

– Robi najlepszy żur na świecie!

Lela parsknęła z oburzeniem.

– A twój jest tak samo dobry! – natychmiast zareagował chłopak.

Coś tam w nim z szarmanckiego Polaka było, bo gdy po dwugodzinnej romantycznej kolacji autokar zaparkował z piskiem pod hotelem Mariott, Rajat zerwał się na równe nogi i podał Aurelii dłoń, pomagając jej wysiąść.

– Witaj w Warszawie, księżniczko! – wyszeptał zmysłowo i ukłonił się głęboko.

Lela wysiadła, potykając się o dolny stopień, i powiodła spojrzeniem po okolicznych wieżowcach. Wokół nie było nawet grama roślinności, wszędzie szary beton ciągnący się kilometrami w stronę ołowianego nieba.

– Jakoś obco tu – wyszeptała Aurelia.

W Rajata jakby piorun strzelił. Coś tam powiedział w kompletnie nieznanym Leli języku. Dziewczyna w oszołomieniu obserwowała, jak otaczają ją mężczyźni w białych turbanach, i kłaniając się nisko, prowadzą do wnętrza budynku. Wykręciła głowę i zdążyła zobaczyć, że Rajat stoi w grupie odzianych na czarno rodaków i gorączkowo gestykuluje, a otaczający go ludzie nagle padają na kolana, i tłukąc łbami o warszawski asfalt, najwyraźniej oddają mu cześć.

– Zwariowałam! – sapnęła Lelka. – Zwariowałam i mi się to śni. Po prostu.

Znaleźć komputer w państwowym szpitalu prosto nie było. Dyżurka pielęgniarek była spalona, zresztą kot nie miał pewności, czy stojący tam stary pecet miał łącze internetowe. Do recepcji nijak wrócić nie mógł. Dopomogło mu szczęście, i co tu dużo gadać, wrodzony spryt. Mijając maleńki oddział dziecięcy wsadził ciekawski nos do sali dziewczynek. Były cztery i wszystkie głęboko uśpione. A na białej szafeczce stał otwarty laptop. Mruczek bezszelestnie wśliznął się do pokoju i po chwili zmagań odpalił komputer. Z ulgą ujrzał znajome okno Google i zaczął stukać w klawiaturę. Dziwna sprawa, nie znalazł ani Waldka, ani jego rzekomej małżonki Eleonory. Nie znalazł też interesujących wyników dla Jana Stachańskiego ani dla Jana Krzesimirskiego. Zgodnie z wcześniejszą dedukcją, Szeptuchę przywiodło tutaj żmudne śledztwo zakończone zgoła banalnym wynikiem. Babka wpisała w domowym komputerze hasło Jan Zrębina i wyskoczyła strona warszawskiego szpitala MSW. Jak to się miało do wizji Jaśka? Dlaczego Waldek Stachański nie dał chłopakowi swojego nazwiska albo szlacheckiego miana małżonki? Jak udało mu się ukryć dzieciaka, nie zmieniając mu personaliów? Pytań było więcej niż odpowiedzi, i kot się w tym kompletnie zagubił. Jedno było pewne. Internet nie przyniósł żadnych informacji potwierdzających autentyczność wizji. Jednak Mruczek, jako istota obdarzona siedmioma życiami i tyloma mniej więcej zmysłami, był całkowicie przekonany o tym, że Jaśka wychowali Waldek Stachański i młodsza siostra partyzanta Michała Krzesimirskiego. Babka kiedyś gadała, że wieś przed wojną należała do hrabiostwa Krzesimirskich. Mieszkali we dworze nad Bugiem. I zdaje się, że właśnie tam należało szukać odpowiedzi. Kot szybko odnalazł linię genealogiczną Krzesimirskich. Gałąź nadbużańska kończyła się bezdzietnie. Zarówno Michał, jak i jego siostra Eleonora byli ślepymi zaułkami rodu. Reszcie familii z terenów Podlasia też się specjalnie nie poszczęściło i linia bezpowrotnie wygasła przed 1950 rokiem. Ki diabeł?

Mruczek zeskoczył bezszelestnie z szafki i pobiegł zdać babce raport. Już w progu sali Oleńki wyhamował gwałtownie. Jaśko właśnie podchodził do chorej i patrzył pytająco w oczy Szeptuchy.

– Śpi niebożę – wyjaśniła stara. – Com mogła, tom jej dała, ale tu szybki przeszczep być musi.

– Wiem, mała czeka w kolejce – lekarz pogłaskał uśpioną Oleńkę po czole.

Starej nie umknął ten czuły gest. Jaśko wyrósł na porządnego człowieka. Siwe skronie odbijały światło neonów z przeciwnej strony ulicy.

– Jaśko – powiedziała cicho babka. – A jak to z nami będzie? Matuli twojej obiecałam na grób, że cię znajdę.

– Nie pamiętam prawie nic. A ojciec nigdy nie chciał o tym opowiadać.

– Ojciec? – podsunęła chytrze Szeptucha.

– Waldemar, mój adopcyjny ojciec. Od matki wiem tyle, że mnie z rzezi hitlerowskiej wyrwał i do Warszawy przywiózł. Matka więcej mówić nie chciała, a ojciec, jak się tylko o wojnie wspomniało, to dostawał szału. Co wiecie o moich prawdziwych rodzicach? – Lekarz wpił stare, zmęczone oczy w babkę.

– Twoją matką była Andzia, córa leśniczego Wojciecha Zrębiny.

– Znaliście ją?

– Do szkoły razem chodziłyśmy. A ojciec twój to najpierw za mną latał, wiesz? – uśmiechnęła się do wspomnień Szeptucha.

– Jak się nazywał?

– Staszek Wesołowski.

– To czemu ojciec, Waldemar znaczy się, po nim mi nazwiska nie dał, tylko po matce?

– Wiesz, Jaśko, to delikatna sprawa trochę, i ja nie wiem, czy powinnam…

– Mówcie! – zirytował się lekarz.

– Waldek Stachański dziadów twoich i ojców Niemcom na zatracenie wydał – wyjawiła babka po chwili milczenia. – Ja myślę, że Andzię chciał tak uczcić i jej pamięć zachować, dając ci nazwisko Zrębinów…

– Jak wydał? – Poderwał się na równe nogi Jaśko. – Mój ojciec miałby być zdrajcą? Walczył w Powstaniu Warszawskim, na Pawiaku był! Jakby miał swoich wrogowi wydawać?

– Dawne dzieje, Jaśko. Niemce mu brata porwali i tak go zmusili. Nie frasuj się, synuś. O zmarłych mówi się przecie dobrze albo wcale. Niech Waldkowi ziemia lekką będzie. Nawet Andzia, twoja świętej pamięci matka, mu wybaczyła. I ucieszy się, jak jej powiem, że cię Stachański na ludzi wychował.

– Masz kontakt z duchami? – wyszeptał zbielałymi wargami lekarz.

– Toć nie dziwota.

– On żyje.

– Co żeś rzekł, chłopcze?

– Mój ojciec żyje.

Skąd bierze się debiut?

Skąd bierze się debiut?

Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż

Punkt widzenia

Punkt widzenia

Pamiętam, jak dzisiaj, siebie z siódmej klasy podstawówki. Takie chude coś łażące po drzewach albo żrące na potęgę wszystko co pod łapy podleciało. I nie raz, pogryzając piątą, kryzysową parówkę – całkowicie bezrefleksyjnie i bez lęku o licznik kalorii – tak sobie filozoficznie myślałam, co to będzie w przyszłości. Jakoś z grubsza umiałam sobie wyobrazić, że po wakacjach pójdę do ósmej klasy i będę o trzy miesiące starsza. Z pewną dumą myślałam o tym, że będę w najstarszej klasie. Prestiż i te klimaty 😀

Z pewną obawą, ale jednak wybiegałam też myślami do czasu zmiany szkoły podstawowej na średnią i nawet udawało mi się jakoś to sobie wyobrazić. Co więcej, myśl o rychłej dorosłości, czyli osiągnięciu poważnych lat piętnastu wywoływała pewien dreszczyk emocji przebiegający po chuderlawych plecach.

Czasami myślałam sobie o mitycznym roku 2000, który we wszystkich pochłanianych przeze mnie książkach Lema, Bułyczowa, czy innych pisarzy SF i futurologów, jawił mi się jako świat szklanych domów, latających samochodów, wczasów na Marsie i robotów sprzątających w każdym domu. Wizja była tak odległa i nierealna, że liczyłam na niedomytych paluchach i wychodziło mi, że gdy dostanę w tym 2000 roku latający samochód i bilet na Marsa to będę tak koszmarnie stara, że właściwie to pewnie nawet nie będę się umiała cieszyć tymi wszystkimi dobrodziejstwami. Dwadzieścia cztery lata! Czy ludzie poważnie tak długo żyją? A jeśli tak, to czy są w stanie w ogóle załapać, że wchodzimy w nowe Milenium? Co to właściwie miało oznaczać? Czy będę się wówczas chylić nad grobem jak moi trzydziestoletni rodzice? Ile to oni będą mieli wtedy lat, jak będzie ten Sylwester 2000? Prawie pięćdziesiąt?

Miałam nadzieję, że do tego czasu wymyślą latające wózki inwalidzkie.

Podstępna przyszłość nastała znienacka, gdy tylko zajęłam się na chwilę nauką w liceum i kolejnymi arcyważnymi księciuniami, niekoniecznie z bajki. Potem zaczęły się studia i nagle się zorientowałam, że rok 2000 jest już tuż tuż a ja cholera jasna nadal nie dostałam przydziału na autolot i wbrew poprzednim niepokojom jestem ciągle dzieckiem. Dużym, ale zawsze 😀

A potem przyszła piękna, ale jednak proza życia. W 2000 roku jedyne co latało w moim domu, to mój ukochany mąż po pieluchy do sklepu osiedlowego. Nawet jeśli w oczach nastolatków byliśmy zgrzybiałymi staruchami, to zdecydowanie tego nie rejestrowaliśmy, bo zwyczajnie nie było na to czasu :)

Pierwszy raz mną potrząsnęło, gdy przed trzydziestką przestali się mnie pytać o dowodzik, gdy wchodziłam do monopolowego a drugi raz całkiem niedawno w osiedlowym spożywczaku. Niewinnie się zaczęło. Kupowałam bilet na metro.

– Ulgowy? – zapytała osiemnastoletnia (tak na oko) panienka – ekspedientka.

– Już nie – zaryzykowałam dowcip.

– Proszę się nie martwić, od pewnego wieku potem znów obowiązuje zniżka – odparła tryskająca młodzieńczym entuzjazmem dziewczynka.

Nie umiałam się zdecydować, czy to złowieszcza obietnica, czy zwykła informacja, co też wkrótce zdaniem panienki będzie mi przysługiwało.

No tak, moi mili, są pewne kamienie milowe i cezury czasowe, które na chwile wytrącają nas z transu codziennego życia i każą nam się zatrzymać i zadziwić się oszałamiającym tempem galopującego życia. Jednym z pierwszych jest, gdy niewiele młodszy od nas gnojek powie: „Proszę pani/pana!” a potem pojawiają się kolejne zadziwiające zdarzenia.

Na przykład przymierzasz nową kieckę i okręcasz się przed lustrem, myśląc, że w sumie to całkiem jeszcze niezła dupa z ciebie, gdy nagle wchodzi latorośl i mości się na łóżku przyglądając się twoim poczynaniom z przekrzywioną krytycznie głową. A potem nagrywa ją na pytania.

– Mamo, a jak to było, gdy byłaś młoda?

A w twojej głowie rozbrzmiewa (zamiast powyższego) „Poważnie? To jak byłaś mała to była już elektryczność?” 😀

Nie zamierzam się złościć. Zawsze w takich sytuacjach przywołuję wizję mojej zgrzybiałej dwudziestoczteroletniej osoby w latającym samochodzie w roku 2000.

Choć przyznać muszę, że raz mało nie popadłam w rozpacz 😀

Rzecz działa się mnóstwo lat temu. Byłam młodą matką, lat nie więcej niż dwadzieścia sześć, i jakoś tak się wydarzyło, że w towarzystwie swojej niewiele młodszej siostry spędzałam miły, letni wieczór na tarasie pod gwiazdami. Zebrało nam się na opowieści ze szkolnych czasów. Przysłuchiwały nam się trzy siedemnastoletnie dziewczyny i zaśmiewały się w głos. Po jakiejś godzinie wstały i zaczęły się grzecznie i dość wylewnie żegnać.

Jedna z nich rzuciła się mojej dwudziestoczteroletniej siostrze na szyję i oznajmiła nabrzmiałym od wzruszenia głosem.

– Dziękujemy Wam dziewczyny! Super życie MIAŁYŚCIE!

No jak tu nie kochać nastolatków? 😀

I teraz kochani moi dochodzimy do sedna. Dzisiaj mija mi 40 lat. Kiedyś pewnie bym pomyślała, że ludzie tyle nie żyją ale dzisiaj prężna, młoda i tylko nieco przytłoczona, podnoszę kielich wina w Waszą stronę i pocieszam się, że gdy mój sześćdziesięcioparoletni ojciec onegdaj stęknął, że jest stary, to prawie dziewięćdziesięcioletnia ciocia spojrzała na niego z politowaniem.

– Dał byś spokój, dzieciaku! – powiedziała lekceważąco i upiła herbaty z filiżanki.

A moja mama zdradziła mi pewną życiową prawdę, której zamierzam kurczowo trzymać się aż do setki. My się przecież nie starzejemy. To tylko kostium się trochę marszczy.

Szampan dla wszystkich a zwłaszcza dla mnie!

Jutro będzie po prostu kolejny dzień, prawda? :)

Szeptucha 12

Szeptucha 12

Zemsta cz. 1

Szeptucha umościła się wygodnie, oczywiście na tyle wygodnie, na ile pozwalał jej na to mocno dyskusyjny komfort siedzenia w przedziale klasy drugiej pociągu PKP. Nie narzekała. W przeciwieństwie do współpasażera świetnie pamiętała przedwojenne drewniane ławki w pociągach. Siedziała tuż przy oknie, tyłem do kierunku jazdy. W jej skromnym odczuciu właśnie ten sposób chronił przed ewentualnymi nudnościami. I poniekąd miało to głębokie uzasadnienie logiczne. Z zajmowanej przez nią pozycji rejestrowany kątem oka świat nie migotał jak wściekły, a odsuwał się łagodnie, ciągle pozostając w zasięgu wzroku. A co, gdy się siedzi przodem do kierunku jazdy? Szkoda gadać. Jak kto wrażliwy, to paw murowany. Siedzący naprzeciw babki facet był tego najlepszym przykładem. Zielony na pysku, próbował odizolować się od migającego i zaśnieżonego krajobrazu płachtami gazety. Na próżno. Wyglądał, jakby za chwilę miał się porzygać.

– Kawy wam trza – zagadała do niego przyjaźnie babka. – Od jej zapachu zaraz zemdlenie odejdzie.

Facet łypnął zza gazety podejrzliwym wzrokiem i coś burknął niezrozumiale.

– Miastowy? – odgadła Szeptucha.

Facet wzruszył tylko ramionami.

– No, zaraz zgadłam! – ucieszyła się babka. – Jak się w miejskiej dżungli mieszka, to i małpiego obycia się nabiera.
– Wypraszam sobie! Niech pani się zajmie łaskawie swoimi sprawami, a nie obcych ludzi tu obraża! – fuknął zielony pasażer. – Wsiura! – szepnął pod nosem i wrócił do studiowania gazety.

Na jego nieszczęście stara miała słuch doskonały i wyłapała obelgę co do literki. Coś też sobie zaraz pod nosem pomamrotała, zakręciła kilka kółek małym palcem lewej ręki i gbur poderwał się na równe nogi. W panice przycisnął dłoń do ust i wybiegł z przedziału.

– Ciesz się, żem większym palcem nie zakręciła, bo byś do kibla nie doleciał! – zarechotała szpetnie stara i z westchnieniem ulgi ułożyła stopy na jeszcze ciepłym fotelu naprzeciw niej.

W tym komfortowym położeniu dojechała do samej Warszawy, i gdy pociąg zahamował ze zgrzytem na Dworcu Centralnym, niespiesznie wstała, sięgnęła po swój wiklinowy kosz i udała się do wyjścia. Miała do pokonania spory dystans. Przystanęła na moment przy ruchomych schodach i pociągnęła nosem z odrazą. Nawet za Niemca na Dworcu Głównym przy Alejach Jerozolimskich w okupacyjnej Warszawie aż tak nie śmierdziało. Stara cmoknęła z dezaprobatą i pozwoliła się powieźć schodom w stronę przystanku tramwajowego. W ręku dzierżyła mapkę wydrukowaną z Google Maps. Słusznie podejrzewała, że od 1942 roku miasto mogło się nieco zmienić, zresztą była tu wówczas jedynie przejazdem. Czy z Niemcami, czy bez nich miasto nie mogło być przyjaznym miejscem do życia. Wystarczy popatrzeć na tych miastowych, jak im to szkodzi. Toteż i teraz Szeptucha nie zamierzała spędzić tu więcej czasu, niż było to konieczne.
Dość sprawnie odnalazła odśnieżony przystanek tramwajowy i grzecznie poczekała na dziesiątkę. Pojazd nadjechał po kilku minutach i ze skrzypieniem powiózł ją w stronę Mokotowa.

– Miau! – rozległa się przytłumiona skarga z wiklinowego kosza, który babka ustawiła na sąsiednim siedzeniu.
– Cicho bądź, kocie! – ofuknęła koszyk. – Biletu za ciebie nie kasowałam.
– Miau!
– No wiem, za siebie też nie kasowałam, ale ja mam legitymację emeryta, a ty nie.
– Miau!
– Nie ma gdzie! Jak wysiądziemy, to się wysikasz, obiecuję!

Za oknem przesuwał się zaśnieżony krajobraz Alei Niepodległości. Mapka pokazywała, że za około dwadzieścia minut tramwaj powinien dotrzeć do celu.

Lela siedziała na brzegu basenu znajdującego się pod domem prababki i leniwie rysowała stopą kółka na wodzie.

– Rajat?
– No? – odparł chłopak, kołysząc się na wodzie.
– A jak nas matka nakryje?
– A niby jak?
– No, prababcia pewnie jej powiedziała, że jedzie do Warszawy, więc jak tu przyjdą z ojcem, żeby sprawdzić, co i jak, i nas tu razem znajdą…
– Na basenie? – parsknął Hindus. – A jak niby? Kto by się miał domyślić, że za piecem jest zejście do sekretnego spa?
– No nie wiem – szepnęła Aurelia. – Jakieś złe przeczucia mam i martwię się o prababcię. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego nam zabroniła ze sobą jechać.
– Sama może chciała być.
– Sama, sama! – fuknęła dziewczyna. – I to jest właśnie podejrzane! Dotąd nie miała przed nami tajemnic, prawda?
– No prawda – stropił się Rajat.
– Uważam, że powinniśmy za nią pojechać.
– Ale dokąd? Nie powiedziała dokładnie, gdzie się wybiera.
– No… do Warszawy.
– A byłaś ty kiedyś w Warszawie? – parsknął Hindus. – Oczywiście to nie Bombaj, ale i tak łatwo się tam zgubić.
– A ty niby skąd o tym wiesz? – obraziła się Lela.
– Przypłynąłem do Polski statkiem. No wiesz, Lucyna raczej do samolotu by się nie zmieściła.

Fakt, słonica być może zmieściła by w sobie samolot, ale raczej nie odwrotnie.
– Pierwsze słyszę, żeby statki zawijały do Warszawy – podsumowała ironicznie dziewczyna.

– Oj, Lela, statek przybił do portu w Gdyni, ale zanim Lucyna przeszła kwarantannę, zwiedziłem to i owo. Poleciałem do Warszawy na kilka dni, więc ci mówię, jak tam jest. Z okien najwyższego hotelu nie widać końca miasta.
– Hotelu, hotelu! – nadęła się do reszty Aurelia. – Na hotel masz, a babce do żuru nawet się nie dołożysz!
– A co to ma niby znaczyć? – zdenerwował się Rajat i energicznie wyskoczył na brzeg basenu.
– A nic! – Dziewczyna poderwała się na równe nogi i obrażona pobiegła w stronę schodów.

Rajat odprowadził ją wzrokiem i podrapał się po głowie w międzynarodowym geście wyrażającym kompletny brak zrozumienia sytuacji.

Tramwaj wyhamował łagodnie na ulicy Wołoskiej i Szeptucha wygramoliła się ostrożnie na nieodśnieżony chodnik, ściskając na podołku wiklinowy kosz. Podreptała na drugi brzeg ulicy. Szczęśliwie z boku parkingu rosły uginające się pod śniegiem krzaki.

– Wyłaź! – szepnęła do kota.

Z koszyka wysunął się spasiony kocur, i ostrożnie stawiając łapy na szarawym śniegu, oddalił się z godnością za strzeliste jałowce. Zaraz też wystawił zza krzaków wąsaty pysk.

– Nie mogę! – zamiauczał żałośnie. – Spalinami tu cuchnie!
– Delikatesik się znalazł! – zarechotała babka. – Nie chcesz, to nie. Do kosza właź, bo sprawę mamy do załatwienia.

Za chodnikiem rozpościerał się wydeptany tysiącem stóp szlak wiodący do świątyni cierpienia. Tam właśnie podreptała Szeptucha. Kot rozdął nozdrza i wzdrygnął się z odrazą, ale posłusznie pokłusował za swoją panią. Tuż przed schodami wskoczył sprawnym susem do koszyka.
Szpital MSW na Wołoskiej napierał szarą fasadą wąskiego frontu na ruchliwą arterię ulicy. Wystarczyło jednak wejść za stalową bramę i zewnętrzny świat znikał, stłumiony szmerem stóp odwiedzających. Lizol atakował zmysły już w holu. Babka poczłapała do rejestracji i stanęła grzecznie na końcu kolejki. Bardzo długiej kolejki.

– Lela! – błagał Rajat, pukając natarczywie w drzwi łazienki. – Lela, no wyjdź! Co ja ci takiego zrobiłem? Coś złego powiedziałem?

Zza drzwi słychać było przytłumiony szloch nastolatki i jękliwe próby wydmuchania nosa.

– Leluś! Otwórz! – prosił chłopak. – Mam nie jeść żuru? O to chodzi? Mogę nie jeść, tylko wyjdź już!

Subtelne parsknięcie mogło być zarówno objawem rozbawienia, ale równie dobrze wyrazem głębokiej pogardy. Nastolatki płci żeńskiej to bardzo skomplikowane emocjonalnie stworzenia. O tym pradziad Józek również kiedyś mu mówił, ale dopiero teraz Rajat zaczynał rozumieć, o co nestorowi chodziło.

– No to mam jeść? – szepnął cichutko do dziurki od klucza.

Parskanie za drzwiami tym razem z pewnością nie było łkaniem ani nawet wyrazem dezaprobaty. Lelka rżała jak koń, ale dla porządku rzeczy próbowała wytłumić kolejne spazmy śmiechu, przyciskając twarz do ręcznika.

– To ja pójdę i wypuszczę Lucynę na pole szlachetnej pani Stachańskiej – powiedział Rajat, wycofując się bezszelestnie spod drzwi łazienki. – Słyszysz? Zaraz wracam, a ty może wyjdź już. Dobrze?

Jak okiem sięgnąć, podwórze spowijała gruba warstwa śniegu, która na okolicznych polach uformowała gigantyczne zaspy. Rajat westchnął głęboko i chwycił łopatę. Jeśli znów nie zacznie sypać, to najdalej za godzinę przebije się do stodoły i wypuści słonicę na wieczorny spacer. Lucyna była nieco apatyczna po wyjeździe Mruczka do stolicy, ale w dalszym ciągu miała pewne potrzeby fizjologiczne. Gigantyczne z ludzkiego punktu widzenia.
Cichy i spokojny zimowy wieczór był tak kompletnie egzotyczny dla mieszkańca zatłoczonych Indii, że ów oparł się o łopatę i zapatrzył w rozgwieżdżone niebo.

– No, tera to widać, że polskie korzenie masz! – rozległ się chropowaty głos zza płotu.
– Kto tu jest? – spłoszył się Rajat.
– A kto ma być? – zarechotał starczo głos. – Sąsiadka, ta sama, której pole paskudzicie pospołu z tym słoniem.
– Ja tam niczego nie paskudzę! – zaoponował gorąco chłopak.
– Ha! Więc się właśnie przyznałeś, że słoń fajda!
– Przyznałem się? – zapytał ostrożnie Hindus, po raz kolejny tego dnia dziwiąc się meandrom, którymi krążyły kobiece myśli.
– No tak. Powiedziałeś, że to nie ty, ale nic o słoniu nie prawiłeś.

Wątpliwa logika nie do końca przekonała Rajata, więc bez słowa powrócił do odśnieżania podwórka. Głos jednak najwyraźniej nie skończył złowieszczej konwersacji.

– A gdzie to Oleśkę wywiało? – zapytała starucha nieomal niewinnie.
– Ja tam nie znam żadnej Oleśki – wydyszał lojalnie Rajat znad łopaty.
– Nie dworuj se ze starej sąsiadki, chłopcze! Wiesz dobrze, że mi się o Szeptuchę rozchodzi.
– Było się jej samej przed wyjazdem zapytać – oburknął chłopak.
– Czyli pojechała tam?
– Nie pani rzecz!
– Pociągiem?

Rajat zaczął mocniej wywijać łopatą, próbując ignorować wścibską Stachańską. Nie dało się. Właśnie wparowała na podwórze ze skrzypnięciem furtki i z podziwu godną zwinnością brnęła w stronę chłopaka przez śnieg.

– Pociągiem, pytam? Na Dworzec Centralny? – wysyczała baba.
– A niby skąd mam wiedzieć, na jaką stację? – próbował się bronić chłopak.
– Ha! Znaczy i pociągiem, i do Warszawy – zarechotała sąsiadka. – A ty się, chłopcze, pilnuj. Po coś z tą familią zatraconą w konszachty wchodził, to ja nie wiem.
– Ja jestem z rodziny! – dał się podejść Rajat.
– Nie jesteś! – podpuszczała dalej Stachańska.
– Jestem prawnukiem Józka!

Sąsiadka popatrzyła wnikliwie na chłopaka i uśmiechnęła się złośliwie. Bez słowa obróciła się na pięcie i niezwykle dziarsko wymaszerowała z podwórza. Cień pobliskich jałowców dosłownie wessał ją w mrok. W sumie miała sporo szczęścia. O pół metra zaledwie minęła dusioła, którego z lasu wygnał w obejście Szeptuchy głód. Miał nadzieję ukraść jakąś kurę, ale w obliczu najnowszych wydarzeń głód gwałtownie go opuścił.

– Szeptucha to Olesia? Możliwe to? – Oblizał się niepewnie, a jego zielone nozdrza rozdęły się na wspomnienie dziewuchy, która nie dość, że nie dała się zjeść, to i osłabiła go z części mocy na długie dziesięciolecia. Od 1942 roku dusioł czekał cierpliwie. Może to być, że zemsta właśnie teraz się dokona?

– Dziecko, ja nie o pozwoleństwo pytam, ino informuję, po co przybyłam! – wyjaśniła z godnością Szeptucha recepcjonistce.

Recepcjonistka, przy tuszy i dobrze po pięćdziesiątce, stuknęła z irytacją pazurami w kontuar.

– Próbuję pani właśnie wyjaśnić, że do pana profesora to się trzeba zapisać na wizytę. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu mieć. A potem wyznaczymy termin wizyty.
– A na kiedy?
– A ma pani skierowanie?
– Nie mam jeszcze, ale jakbym miała, to na kiedy się można zapisać? – droczyła się stara.
– Bez skierowania nie powiem! – nadęła się recepcjonistka.
– Powiesz! – pstryknęła paluchami Szeptucha i wpiła w kobietę natarczywe spojrzenie.
– No dobrze. Powiem – skapitulowała natychmiast nieuprzejma baba. – Na szóstego czerwca bym mogła zapisać.
– Szaleju się chyba, dziecko, najadłaś! Dzisiaj mamy dwudziesty dzień grudnia, a ty chcesz mnie pół roku w poczekalni przetrzymać?
– No, nie w poczekalni. Do domu pani pójdzie, i w wyznaczonym dniu przyjdzie na wizytę…
– Ja dzisiaj do doktora mam sprawę! – rozsierdziła się babka. – Jakbym z nim w czerwcu do pogadania miała, to bym się dzisiaj do tego miasta zatraconego nie pchała. Zaraz mi go tu wołaj!
– Niech się pani łaskawie uspokoi, bo ochronę zawołam! – wrzasnęła recepcjonistka.
– A se wołaj, smarkulo, wołaj. Samam ciekawa, jak szybko przylecą! – zarechotała złośliwe Szeptucha i uchyliła wieko wiklinowego koszyka.

Kot wystawił ostrożnie łebek ze środka i niespiesznie lustrował okolice recepcji.

– Mruczek, w oczy jej patrz! – rozkazała Szeptucha. – A ja tu trochę uładzę okolicę.

Recepcjonistka, schwytana w bursztynowy potrzask kocich oczu, uśmiechnęła się głupawo i zaczęła się bezmyślnie kołysać z boku na bok. Babka w tym czasie wyciągnęła zza pazuchy mały drewniany krzyżyk, i mamrocząc pod nosem, celowała nim w stłoczonych w sali ludzi. Zdumienie szybko zgęstniało na ich twarzach, a po chwili zastygli całkowicie w pozach, w których zaskoczyło ich zaklęcie.

– Mruczek, do mnie! – zakomenderowała Szeptucha.

Kot wycofał się do koszyka. Babka zgarnęła go pod pachę i niespiesznie podreptała w stronę schodów, omijając po drodze nieruchome ludzkie figury.

– Miau! – skomentował Mruczek.
– Dlaczego akurat krzyżyk, pytasz? – zarechotała babka. – Moja matula mówiła, żeby karmić ludzi tym, co znają, bo obce wyplują. A poza tym ten krzyżyk fikuśny taki i poręczny. No! Idziemy na drugie piętro.
– Miau!
– Nie można windą. Stanęła razem z czasem. Nie działa, jak amen w pacierzu. Na piechotę nam trza.

Rajat dotarł do stodoły i z niemałym trudem otworzył skrzydło drzwi. Lucyna zatrąbiła na jego widok entuzjastycznie i wybiegła truchtem na pole Stachańskiej. Chłopak miał mętlik w głowie. Czuł, że niepotrzebnie dał się tej starej wiedźmie pociągnąć za język, i że baba mózg mu skołowała. Miał tylko nadzieję, że nie wynikną z tego jakieś kolejne kłopoty. Podobało mu się życie w Kierzbudach, choć aktualna aura stanowiła dla niego nie lada wyzwanie. Dobrze mu tu było na tej prowincji egzotycznej z cioteczną prababką i z Aurelią. Takich przygód jak tutaj to nie przeżył nigdzie. A widział sporo. Chłopcy wywodzący się z zacnych warn przed osiągnięciem pełnoletniości byli wysyłani do zagranicznych szkół. Tak Rajat poznał Wyspy Brytyjskie, większość krajów europejskich i kilka miast Ameryki Północnej. A jednak w tej nadbużańskiej wsi żyło mu się najlepiej. I nie chciał, żeby coś się zmieniło. Poczłapał przez śnieg do domu, i otupawszy starannie buty, wszedł do sieni. Miał nadzieję, że Lelka już wyszła z łazienki i przestała się dąsać. Bo Rajat kompletnie nie rozumiał, o co jej chodziło.

– Lela? – zapytał cichutko, wchodząc ostrożnie do salonu, będącego jednocześnie centrum zarządzania babki. Monitory błyskały tajemniczo, emitując sceny z chałup wszystkich mieszkańców wioski. Rajat podszedł do pierwszego z lewej strony komputera i pospiesznie sprawdził, czy nie ma nowych wiadomości na poczcie. Oprócz kilku niezwykle fascynujących propozycji powiększenia biustu znalazła się krótka wiadomość od matki.

Ufam, żeś zdrów. Nie mamy od Ciebie wieści, synu.

Rajat obiecał sobie, że wkrótce nadrobi to zaniedbanie, i szybciutko wylogował się ze skrzynki. Ze skrzypnięciem drzwi z łazienki wyłoniła się w obłokach pary Aurelia.

– Musimy porozmawiać – ogłosiła, zaciskając mocniej pasek szlafroka. Oddaliła się w stronę sąsiedniej izby i musztardowej szafy, w której prababka jej półkę na ciuchy przeznaczyła.

Polskie drogi

Polskie drogi

W ostatnich tygodniach nieustannie nawijam. Nawijam, nawijam i nawijam. Albo nawijam pisząc, albo nawijam gadając na niezliczonych spotkaniach na powietrzu i w eterze, no i oczywiście nawijam mknąc czerwonym babowozem w siną dal.  Jeżdżąc, nieustannie nawijam na licznik kolejne tysiące kilometrów i obserwuję, co się da.

Nigdy nie wiadomo, co może stać się inspiracją do czegoś, zatem to moje nawijanie takie do końca bez sensu chyba nie jest. Właśnie wróciłam do domu po kolejnym, szeroko pojętym nawijaniu i od razu zasiadłam do spisania moich refleksji i spostrzeżeń. Wszystko w życiu ma jakieś uzasadnienie, ale nie na wszystko wiem jakie, zatem w paru kwestiach pytania pozostawię bez odpowiedzi, licząc na Was, że mi w tym pomożecie. :)

Podróżując ostatnio po różnych regionach Polski natknęłam się na pewne kwestie niewyjaśnione. Na przykład wytłumaczcie mi, proszę, dlaczego w Kotlinie Kłodzkiej 100% pracowników branży gastronomicznej i hotelarskiej pochodzi z Ukrainy, a na Podkarpaciu praktycznie sami Polacy, za to też na ścianie wschodniej w ciągu 3 dni natknęłam się na rekordową ilość samochodów marki fiat Seicento?  Dlaczego, na przykład, w Ząbkowicach Śląskich wszystkie samochody zatrzymują się, zanim jeszcze pieszy pomyśli, że chciałby przejść przez jezdnię, a w Warszawie, co sił w nogach pieszy musi uciekać z pasów, by ujść cało z życiem?

O, albo korek. Nigdy nie wiedziałam dlaczego powstają korki na autostradzie, gdy nic szczególnego się nie dzieje, ale dziś już to wiem. Wczoraj, tuż przed moim nosem, z niewyjaśnionych przyczyn, jedna ciężarówka nagle postanowiła wyprzedzić drugą ciężarówkę, bowiem ta druga, ślamazara jedna, miała ustawione tacho na prędkość o 0,5km/h niższą, niż  pierwsza. I co? No i korek po całości. 7 minut, bo tyle dokładnie trwał manewr wyprzedzania, to czas wystarczający, by przytkać kilkanaście kilometrów autostrady, ale nie zmienia to faktu, że nasz kierowca kaskader poczuł się lepiej i chyba o to chodziło. Widocznie w sznurze dużych mobilków od czasu do czasu trzeba sobie zmienić krajobraz, bo w końcu ileż można się gapić na żółtą naczepę z napisem Gniotpol (pisownia autentyczna), skoro przez kolejny odcinek trasy można wpatrywać się w zieloną plandekę z napisem Tymbark. Podobno zielony uspokaja. Niestety nie wszystkich w korku. A zwłaszcza jadącego za mną kierowcę srebrnej skody, który chyba stwierdził, że ten korek to moja wina, bo nie dość, że na mnie natrąbił to jeszcze mrugał z częstotliwością 10 razy na minutę.

Ja nie wiem dokładnie, o co w tym chodzi, ale z tym srebrnymi skodami to też coś jest na rzeczy. Pomijam już fakt, że mniej więcej co trzecie auto na trasie to srebrna skoda z nowej kolekcji zima 2016, a za kółkiem obowiązkowo, znerwicowany krawaciarz w białej koszuli. Siada taki człowiekowi na ogon i mruga, jakby nie widział zbitego sznura ciężarówek na prawym pasie. Przecież, żeby ustąpić takiemu drogi trzeba zwolnić o połowę, by się wcisnąć między tiry (wiem, wiem… to ciągniki siodłowe z naczepą i nie każdy jest tirem :)), a tu taki siedzi człowiekowi na zderzaku i „myszkuje” jakby chciał wyprzedzić pasem zieleni albo rowem. Pół biedy jeszcze wyhamować i wkleić się w ciężarowy konwój, ale jak się później stamtąd wydostać, skoro na lewym wszyscy lecą szybko, a co trzecie auto to srebrna skoda z permanentnie włączonym kierunkowskazem?

A tu taki mruga… Aż się prosi, żeby chwycić za gruszkę i puścić w eter: „No i czego mrugasz, kretynie?”, no i zwolnić do setki. Niech sobie dostaje piany i mruga. Ech, czasem to dobrze, jak się CB radio zepsuje, bo by sobie człowiek pofolgował.

 

Kolejną nurtującą mnie kwestią jest zachowanie kierowców na czerwonym świetle albo w korku. Chyba większości się wydaje, bo innego wytłumaczenie raczej nie ma, że wraz z zatrzaśnięciem drzwi pojazdu i przekręceniem kluczyka, stajemy się niewidzialni i przenosimy się do jakiejś innej czasoprzestrzeni, w której nas nie widać. No bo jak inaczej wytłumaczyć dłubanie w nosie, grzebanie w zębach i oglądanie sobie migdałków w lusterku wstecznym? Hmm, i ten wzrok wbity sztywno przed siebie, by przypadkiem nie zauważyć kogoś, kto chciałby zmienić pas ruchu.  A może za łapówkę ktoś wydaje prawo jazdy niewidomym, bo przecież co za różnica, czy w dużym natężeniu ruchu jedziemy za hondą czy przed hondą? Owszem, jak się nam na krętej drożynie wpakuje przed nos siewnik z roztrząsarką do gnojówki, a wszędzie serpentyny i podwójna ciągła, a jak nawet nie ma podwójnej ciągłej i zakrętów, to na bank coś musi jechać z naprzeciwka, to tu – rzecz jasna – kolejność ma znaczenie, ale w mieście???

Wrócę jeszcze na moment do tych świateł, bo nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy. Zwykle rozglądam się dookoła i normalnie patrzę, kto siedzi w stojącym obok samochodzie. Czasem udaje mi się nawiązać kontakt wzrokowy z sąsiadem, ale taka sytuacja kończy się zazwyczaj w dwójnasób. W większości przypadków zostaje to odebrane jako zaproszenie do wyścigów i palenia gum na starcie i tu chętnie korzystam, natomiast w drugim przypadku, to już rzadziej, jako zaproszenie do nawiązania bliższej znajomości i to najlepiej przy kolejnych światłach. Tu już taka chętna nie jestem :)

 

Kochani, właśnie zakończyłam pierwszą turę promocyjnych wojaży i podsumowując powyższe, nie pozostaje mi nic innego, jak podpisać się pod starym porzekadłem, że ten kto jedzie wolniej od nas to melepeta, a kto jedzie szybciej ten świr!

Szerokości :)

 

Izabella Frączyk

Wszystkiego najlepszego Iza :)

Wszystkiego najlepszego Iza :)

Na wstępie muszę się Wam przyznać, że poniższy tekst powstał w pełnej konspiracji. A właściwie to po prostu w tajemnicy przed Izą. Mam nadzieję, że się nie wkurzy za blogową samowolkę, bo zgodnie z umówionym grafikiem miałyśmy dzisiaj opublikować przepis na arcysmacznego kurczaka. No trudno, kurczak poleci innym razem. Dzisiaj są ważniejsze sprawy :)

Jak wiecie, dzisiaj są Izy urodziny i właśnie to sprowokowało mnie do pewnych przemyśleń na temat naszej dzisiejszej bohaterki i, co tu dużo gadać, naszej wieloletniej znajomości. Nie popełnię dużej niedyskrecji pisząc, że poznałyśmy się na forum portalu allegro ponad dziesięć lat temu i właściwie od wtedy utrzymujemy kontakt cały czas. W skrócie mówiąc jesteśmy najlepszym przykładem przyjaźni, która nie miałaby możliwości powstać, gdyby nie internet.

Bez szans!

Mieszkamy trzysta kilometrów od siebie, choć bywało, że nawet ponad trzy tysiące, nie mamy żadnych udokumentowanych wspólnych znajomych w realu i nawet nie spędzamy wakacji w tych samych miejscach :)

Gdyby nie internet nie byłoby nocnych pogaduszek, bloga a nasi mężowie i córki nigdy by się nie poznali. To byłoby coś, czego by mi było chyba najbardziej żal, gdyby mi przyszło żyć w alternatywnej rzeczywistości w której nie wynaleziono internetu :)

Na szczęście wpadłyśmy na siebie te dziesięć lat temu i od tego czasu wyrobiłyśmy w sobie przekonanie, że jesteśmy jakimiś zagubionymi bliźniakami. Wprawdzie Iza upiera się, że to mnie ukradli z Krakowa jej mamie a ja stanowczo utrzymuję, że rąbnęli biedaczkę z kołyski w Warszawie, ale ustalmy, że ta kwestia nigdy nie zostanie rozstrzygnięta 😀

Dość powiedzieć, że w naszych rozmowach najczęściej padającym stwierdzeniem jest: „No co Ty? Ja też!”. Mamy tak w sprawach ważnych i w błahych. To w sumie jest śmieszne, ale nawet niektóre przepisy, które zamieszczamy na blogu robimy w taki sam sposób. Jest tego więcej rzecz jasna, ale tym, co sprowokowało mnie do napisania tego tekstu było pewne kalendarzowe podobieństwo, które również wyszło na jaw całkiem przypadkiem. Użaliłam się ostatnio, że nadciągają moje bardzo okrągłe urodziny i że niezwykle mi z tego powodu smutno. Dostałam należny opierdziel a potem padło pytanie: No to kiedy masz te urodziny? Ja na to: no w lipcu. A Iza na to nasze nieśmiertelne: No co Ty? Ja też! :)

Iza, mój krakowski bliźniaku lipcowy, życzę Ci milionowych nakładów książkowych, tłumaczeń na wszystkie nowożytne języki świata, szczęścia dla całej rodziny, zdrowia dla czarnych kotów i niezawodnego ogrodzenia dla Tornado :)

Bądź sobą, zarażaj wszystkich swoim życiowym optymizmem i nie ustawaj w energicznym podboju świata.

Wszystkiego najlepszego :)

Jagna

Zapraszamy do reklamy

Zapraszamy do reklamy

13550975_1188017944561978_1525944872_n

 

Ostatnio wpadłam na trop tajnej agencji. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Przecież tajne agencje są tajne, więc zwykli śmiertelnicy nie mogą o nich wiedzieć. Pewnie, że prawda, ale ja tę tajną agencję odkryłam metodą dedukcji i wieloletniej obserwacji tego co się wokół nas dzieje. A dzieje się, tu musicie się ze mną zgodzić, całkiem sporo.

Agencję, o której będzie dzisiaj mowa, nazwałam na użytek własny Zespół Sukcesywnego Rujnowania Reklamy. W skrócie ZSRR. No i co? Robi się poważnie, co? :)

Teraz, gdy pochwaliłam się Wam moim sukcesem szpiegowskim, to już zwyczajnie nie wypada mi inaczej i muszę Wam przedstawić genezę tego przełomowego odkrycia. Jak to z wielkimi szwindlami bywa, dochodzenie do prawdy zaczyna się od niewielkich okruchów wiedzy, które umysły potężne potrafią złożyć w większy obraz. Ha, ale sobie posłodziłam, ale w sumie kto mi zabroni? Ja to piszę, nie? :)

Ale do rzeczy. Po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak, gdy w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych poszłam na ciuchowe zakupy do pasiaków pod Pałacem Kultury. Pamiętacie je jeszcze? Takie blaszane potworki pomalowane w biało niebieskie pasy. W środku były wąskie alejki a wzdłuż nich kolejne boksy w których rodacy handlowali czym się dało. Uroku miejscu dodawały ogłoszenia puszczane przez rozmieszczone wzdłuż hali głośniki. Oglądam sobie właśnie jakąś kieckę, gdy z głośników rozległ się komunikat.

Woda święcona prosto z Jordanii na stoisku ósmym!

Rozejrzałam się bojaźliwie na boki, czując się jak kompletna grzesznica, którą jedynie tak wyrafinowana odtrutka może uratować. Fala mojego zdumienia nie opadła nawet odrobinę gdy głośnik huknął mi nad uchem ponownie.

Zioła prowansalskie prosto z PROWANSALII do kupienia na stoisku czterdziestym!

Po drugim komunikacie zrozumiałam, że coś jest na rzeczy. Obrazu dopełniła telewizja, ale do tego też dochodziłam latami.

Jak każdy pamięta, epokę reklam telewizyjnych zainaugurowała wątpliwej jakości próba zachwalenia produktu o wiele mówiącej nazwie „Prusakolep”. Poniżej link dla odświeżenia pamięci.

Urocze, prawda? Choćbym rok myślała to w życiu bym nie wpadła na to, żeby romans telewizji z płatną reklamą zaczynać od czegoś takiego. Przekaz od początku był jasny: nie oglądać!

Podejrzane, co?

Potem jeszcze była historia z umorusanym górnikiem, który wchodzi do sklepu trzymając w dłoniach tajemnicze coś zawinięte w gazetę. Sklepowa w lament, że gdzie on się z tym węglem pcha a górnik stawia na ladzie pakunek, odwija go i uspokaja kobietę.

To nie wungiel gołąbecko ino elktroniczno kaso sklepowo!

No po prostu mistrzostwo świata :)

Obrazu dopełniła sławetna reklama sosów ponętnie reklamowanych chwytliwym hasełkiem.

Sosy Billy w każdej chwilly

Dla mnie przekaz jest jasny. Agencja czuwa. Za każdym razem, gdy jakaś firma chce wypuścić reklamę zachwalającą ich produkty, to agenci natychmiast montują jakiś pastisz, który do produktu zniechęca. Potem się takie coś szybko wpuszcza do radia albo do telewizji i walka z przedsiębiorcą wygrana a agencja ZSRR robi kolejny krok na najeżonej cierniami drodze do zgładzenia imperialistycznego kapitalizmu.

Bo przecież jaka matka na przykład kupi syrop na kaszel, gdy zobaczy na reklamie, że specyfik należy wlewać bezpośrednio do płuc niewinnego dziecięcia? No nie ma mowy :)

Albo te reklamy irygatorów do pochwy, tamponów, podpasek i kleju do sztucznych szczęk, które obowiązkowo emituje się w niedziele, w porze o której przeciętny obywatel zasiada do rosołu?

To jeszcze nic. Są jeszcze braverany i inne piguły na potencję puszczane po serwisie informacyjnym, gdy cała rodzina siedzi na kanapie i czeka na „talent show” albo loki Gesslerowej w kolejnej odwiedzanej kuchni.

Wyobraźnia podsuwa pewien obraz :)

Siedzi ojciec, obok dzieci a matka krząta się po kuchni. W połowie reklamy środków na potencję w której pewien koleś próbuje rozpalić symboliczne ognisko, pan domu, rechocząc pod nosem, drze się na cały regulator.

– Lucyna, a jak myślisz? Może mi stanie po braveranie?

– Czego się drzesz idioto? Sąsiedzi słyszą! – odkrzykuje małżonka mieszając pomidorówkę..

– Tata – dopytuje tymczasem nieletnia latorośl – A co to jest ten braveran? Jakaś podpałka do ogniska?

To tylko wierzchołek góry lodowej zbrodniczej działalności tajnej agencji. Są przecież filmiki, które zachęcają do mycia stosów talerzy przy pomocy małej kropelki płynu do naczyń.

Jasne, pędzę lecę i już się nie mogę doczekać tej atrakcyjnej roboty przy usuwaniu tłuszczu bez porządnej porcji detergentu. O! Albo te sponsorowane przez proszki do prania poradniki edukacyjne, które uczą dzieci tarzania się po trawie i wsmarowywania w śnieżnobiałe koszulki własnej krwi. Matki z pewnością są zachwycone :)

Jest też krótki film instruktażowy, jak stosować klej do szczęk i bez trudu jeść makowiec. A że zaparcia potem? Spoko, przecież za chwilę poleci reklama środków na przeczyszczenie i maści na hemoroidy 😀
Jednym słowem, cholernie żal mi tych wszystkich producentów, których agencja tak elegancko załatwia. Tak to się właśnie odbywa. Każdy produkt jest bojkotowany oszczerczą kampanią telewizyjną i radiową. Innego wytłumaczenia nie ma.

Bo przecież nie jest możliwe, żeby te firmy same takie pastisze produkowały i jeszcze myślały, że w ten sposób zachęcają innych do zakupu ich produktów?

Nie, sorry, ale w takie coś to ja zwyczajnie nie uwierzę :)

Ps. Ostatnio odkryłam, że agencja ZSRR ma oddziały także w innych krajach. Niezwykle prężnie rozwijają się w Japonii na przykład :(

 

Ogrodnicze call center

Ogrodnicze call center

Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 

Szeptucha 11

Szeptucha 11

Dożynki cz. 3

Jasia dała się zaprowadzić do zrujnowanej kuchni i posadzić na fotelu. Ten Hindus, podobno krewny wujka Józka, tego, co w czasie wojny bez wieści przepadł, nadskakiwał jej i z troską poprawiał poduszki, donosił talerzyki z delicjami i wafelkami, a przed chwilą postawił na stoliku parujący kubek herbaty.

– Prawdziwy assam! – zachwalił i błysnął bielą zębów.

Jasi nie umknęło zachwycone spojrzenie, jakim wodziła za chłopakiem jej córka. Tu cię babko, mam! Pod bokiem córkę mi swatasz. Tylko dlaczego? Co w nim takiego jest? I co tu jest w ogóle grane? Co babka chcą z tym dzieciakiem zrobić? Niepotrzebnie się z tymi zębami wyrwała. Poznał swój swojego, a starej to z pewnością nie umknęło…

– Poczęstuj się! – zachęciła niewinnym głosem Szeptucha, podsuwając żonie wnuczka talerzyk z ciasteczkami. – To wszystko … – machnęła ręką – może wygląda trochę nietypowo, ale zapewniam cię, że Aurelii krzywda się tu nie dzieje, a i oceny ze szkoły dobre przynosi.

– Wiem – przerwała jej drętwym głosem Jaśka. – Na wywiadówce byłam.

– No widzisz! – ucieszyła się babka.

– Oceny to jedno, ale jak, babko, wyjaśnicie tego słonia, kota, Hindusa, a teraz to niemowlę Kapelusznego?

– Zaprosiłam cię tutaj, żeby o pomoc poprosić. – Szeptucha zignorowała pytania Jasi, podając niemowlę Rajatowi.

– W jakiej sprawie?

– Próbowałam pewne zawiłości twojemu mężowi, a mojemu wnukowi, wyjaśnić, ale on twardo po ziemi stąpa i…

– …jakby mu nawet ufoludki na podwórku zaparkowały, to by ich legitymować chciał. – weszła jej w słowo Jaśka.

– No właśnie! – ucieszyła się, nie wiedzieć czemu, stara. – Więc, no jakby to powiedzieć, dzisiaj zrobiłam z dzieciakami taki niewielki pokaz pewnych, hm… nietypowych umiejętności dla Bogusia, no i on najwyraźniej nie poznał się na kunszcie dzieci i…

– Jakich umiejętności? – zmroziła atmosferę Jasia.

– Spokojnie. Nie zauważyłam u Leli twoich… skłonności…

– Wiecie?

– Od zawsze, jakżeś tylko do wsi przyszła.

– I nie przeszkadzało wam, jak się z Bogusiem zaręczyłam?

– A czemuż by? – zachichotała demonicznie starucha. – Krew rodową wzmocniłaś, i jak się okazuje, bardzo szczęśliwie dla całej gminy! Ale o tym potem.

– Co to za sprawa? – postanowiła zmienić temat matka Lelki.

– A widzisz, chodzi o to, że spotkałam przed chwilą Zenka z dzieciakiem w lesie i pomyślałam sobie, że zaproszę cię na herbatkę i zapytam, czy nie zechciałabyś maleństwu matkę zastąpić?

– I zaprosiliście mnie w południe, wiedząc, że po południu dzieciaka znajdziecie? Co tu się dzieje? – rozsierdziła się od nowa Jasia. – Jak mamy współpracować, to ja proszę o wyjaśnienia!

– No dobrze – westchnęła stara. – Ćwiczymy z dzieciakami skoki w czasoprzestrzeni, i prawdę mówiąc, trochę nam się to wszystko poplątało. Nie rozpracowaliśmy techniki lądowania, i jak na razie siada precyzja określenia czasu docelowego.

– Jezu… – Jaśka zbladła i z troską spojrzała na jedyną córkę.

– Jasia, ja bym zaprzestała tych prób, ale raz żeśmy się przenieśli dni ledwie kilka wprzód i się okazało, że jakaś masowa zagłada wybiła całą naszą gminę. I tak skakaliśmy dalej, nawet Bogusia próbowaliśmy zainteresować sprawą, ale ciągle nic nam nie wychodziło. Coś zmienialiśmy, a i tak na końcu same trupy były…

– Jezu… – powtórzyła Jasia.

– No wiem! – przytaknęła babka. – I kiedy dzisiaj złapaliśmy zenkowego dzieciaka, jak w lesie dusioła mordował…

– Co? – wrzasnęła Jaśka i poderwała się na równe nogi.

– Cichaj! – zaszemrała łagodnie Szeptucha. – Dzieciak nikomu krzywdy nie uczyni. Co innego mi się umyśliło, jak żem Kapelusznego zobaczyła. On w tym lesie jest zawsze o tej samej porze. Czasem stoi sam, czasem ma dzieciaka przy sobie, grzyby zbiera albo wino w krzakach pije, rozumiesz? Wszystko się zmienia w zależności od naszych decyzji, ale Zenek zawsze jest lesie i najwyraźniej nie poddaje się aberracji czasowej. I tak mi się umyśliło, że to on ma ścisły związek z zagładą gminy.

– Można go usunąć – zaangażowała się Jaśka, nieznacznie wysuwając siekacze.

– No widzisz, i o tym pomyśleliśmy, ale po pierwsze, człowieka żal, a po drugie, umyka nam w kolejnych wersjach czasoprzestrzeni. Nigdzie nie możemy go upolować. Tylko w tym lesie. A tam nie ma jak go dorwać. A to dusioł, a to dzieciak…

– Pod sklepem szukaliście?

– Jasia, toć my nie są amatorami! – żachnęła się babka.

– No dobrze, ale co to ma ze mną wspólnego?

– Pomyślałam se, że dołączysz do nas i pomożesz odnaleźć Zenka. Twoje zdolności niuchania krwi…

– Wiecie o nich? – zdziwiła się Jasia.

– Niejednego zębnego w życiu widziałam przecie!

Jaśka na wszelki wypadek nie kontynuowała wątku.

– Wstawaj, Zenek! – Trącana lakierkiem zapita twarz Kapelusznego nieznacznie tylko zmieniła położenie względem przedsklepowej ławeczki. – Wstawaj! – Głos stał się bardziej natarczywy, a but wcisnął głowę nieprzytomnego amatora tanich win głębiej w piach.

Nad wsią z ociąganiem rodził się wieczór. Sołtys cmoknął ze zniecierpliwieniem i przysiadł na ławce. Przez chwilę rozmyślał nad ciężką dolą przywódcy i nawet cichutko pozłorzeczył losowi, który obarczył go takimi podopiecznymi.

– Pani Jadziu! – Wykręcił głowę w stronę sklepu. – Pani pozwoli tu z wiaderkiem wody i ocuci tego gamonia.

Sklepowa, spragniona jakiejkolwiek rozrywki, wyjątkowo ochoczo wypełniła dyspozycję sołtysa. Zenuś, mokry od stóp do głów, usiadł gwałtownie i zamrugał.

– No co? – wybełkotał płaczliwie.

– Zenek, weź ty się w garść, chłopie! – huknął na niego Alojzy Gąsior. – Chlejesz mi tu pod sklepem, a czas ucieka. Babom wiktuały załatwiłeś?

– Sołtysie, ja tu taki problem mam. Dzieciak mi się urodził i…

– Nie pierwszy i nie ostatni, Kapeluszny, a dożynki rzecz święta! – przerwał mu sołtys.

– No wiem – chlipnął Zenuś. – Ja właśnie względem tego chciałem powiedzieć…

– Gadaj, coś załatwić zdążył, zanim znowu do Słodziutkiego się dorwałeś!

– No więc tu mam kosz grzybów…

– Każdy głupi by załatwił – zgromił go zwierzchnik.

– I jeszcze dziczyzna, sołtysie…

– Dziczyzna!

– No! Ja tu na ławeczce Jacka Wrębnego na dwie sarny i dzika ugadałem. Sołtys nawet na flaszkę dawać nie musi dla niego.

– No, to już coś – pochwalił go niechętnie Gąsior. – A dowiedziałeś się, co tam konkurencja z Wieprzewa szykuje?

Zenuś przecząco pokiwał głową, a potem ostrożnie zaczął się gramolić z ziemi.

– Polecę już, sołtysie. Na przeszpiegi się zakradnę.

– No. Nie taka całkiem niemota z ciebie. Koszyk weź i Łopianowej zanieś, zanim grzyby zrobaczywieją na amen! Sprawdzone? Babka Łopianowa niedowidzi trochę.

– Tak jest – wyprężył się służbiście Kapeluszny i pokłusował w stronę drogi.

Alojzy Gąsior westchnął głęboko i spojrzał na sklepową Jadźkę. Babie mózg pracował jak szalony i przetwarzał zasłyszane informacje, aż jej para z uszu szła.

– Daj, Jadzia, małe piwko – poprosił. – Pić się chce.

Zenek zanurzył się w las z wyraźną niechęcią. Cóż jednak było robić? Jedyna droga do Wieprzewa prowadziła wyłącznie pomiędzy ciasno rosnącymi choinami. Kiedyś kierzbudziańskie dzieciaki maszerowały tędy codziennie do szkoły, ale odkąd w Kierzbudach powstała szkoła podstawowa, to ścieżka praktycznie zarosła. Przerażające, jak szybko las pożera ślady człowieka. Po kwadransie zza rzędu świerków błysnęły Kapelusznemu pokryte mchem dachy zabudowań starej szkoły. Ostrożnie zakradł się przez polanę wybujałych pokrzyw i przycupnął za niewielkim, trawiastym wzniesieniem. We wrogiej wsi panował pozorny bezruch, ale oko Zenka już po chwili wypatrzyło w połowie ukrytą za starą lipą chałupę. Wyglądała na opuszczoną. Okiennice prawie się rozpadły, drewno konstrukcyjne poczerniało, a płot leżał smętnie. Tylko ciekawe, dlaczego komin był świeży, murowany z pustaków, i wysyłał nad polanę kłęby siwego dymu? Zenek podczołgał się bezszelestnie i kucnął za domem. Po chwili jego oko już obserwowało wnętrze domostwa przez brudną szybę, a działy się tam rzeczy zaiste dziwne. Na środku stała kuchnia, na niej cztery ogromne gary. Wokół skakały wieprzańskie baby. Nieopodal stał fotel, na którym siedziała stara Zośka Stachańska.

– Ożeż ty! – szepnął Zenek i podciągnął się wyżej pod drewniany parapet.

Stachańska trzymała w ręku jakąś witkę i machała nią energicznie, aż jej rękawy białej bluzki furkotały. Coś też najwyraźniej gadała, ale tego Zenuś nie słyszał. A inne baby krzątały się nad kuchnią i coś tam w garach mieszały.

– Ożeż ty! – powtórzył Zenek, i to właściwie były ostatnie słowa, jakie zdołał wypowiedzieć. Coś go potężnie strzeliło w łeb, a potem nastała ciemność.

Jaśka przez chwilę spoglądała bez słowa na Szeptuchę i analizowała sytuację.

– Jasia – powiedziała łagodnie stara. – Lela cię potrzebuje. Ja też. I, prawdę mówiąc, cała gmina.

– Nie mogę się zdemaskować. Wiecie, co by się wtedy ze mną stało? A z Lelą? A z Mateuszem? Z Bogusiem nawet… – wyszeptała bogusiowa żona.

– Boguś radę sobie da, bo feralnego dnia będzie na patrolu w sąsiedniej gminie. – uspokoiła ją babka. – Na dzieciakach się skup i na reszcie mieszkańców.

– Mówicie, że cała gmina…

– Prawie cała. Parę dzieci znajdą i siostrę Żelisławę z kościoła w Zrębie. Ledwie będzie dychać, ale żywa do szpitala pojedzie. Reszta pokotem na placu za kościołem ducha wyzionie.

– Jezu Chryste! – przeżegnała się Jaśka.

– Daj spokój, dziecko, będzie dobrze – uspokajająco zaszemrała Szeptucha. – Lela, Rajat, chodźta tu!

– Tak, prababko? – Dzieci natychmiast przypadły do starej, a Jasia mimowolnie pokiwała z aprobatą głową, widząc pełen posłuch.

– Gdzie dzieciak?

– Usnął.

– Nażarł się, to pośpi – ucieszyła się stara.

Jasia nawet wolała nie pytać, czym się niemowlak tak najadł.

– Mnie się kochani widzi, że musimy jeszcze raz skoczyć do przodu. Jasia pójdzie z nami. Pomoże Kapelusznego znaleźć – zadysponowała babka.

Tego widowiska bogusiowa żona miała nie zapomnieć przez długie lata życia. Jej rodzona córka podeszła do Hindusa, i stając za nim, położyła mu dłonie na ramionach. W jednej chwili powietrze zapachniało ozonem, a nad głową chłopaka zaczęły pełgać niewielkie niebieskie wyładowania elektryczne.

– Mruczek! – wrzasnęła babka i kot posłusznie wskoczył Aurelii na ramię. – No, nie dziw się tak – zwróciła się do synowej. – Kot zadziała jak katalizator.

Jaśka z niedowierzaniem patrzyła, jak babka montuje się na krześle za Lelką i łapie prawnuczkę w pasie.

– Słabam w nogach – wyjaśniła stara. – A tam trochę trzęsie po drodze. – Chodź no tu, dziewczyno, i za ramiona mnie schwyć. I miej baczenie, coby nie puścić, bo się nam gdzieś w czasie jeszcze zagubisz.

Gdy już cała kompania stanęła w dziwnym łańcuchu, w jednej chwili błysnęło, huknęło, i nogi Jaśki oderwały się gwałtownie od podłogi. Dobrze, że tornado kuchnię dachu pozbawiło, to jest którędy polecieć! W uszach zaświstał jej wiatr, a zza hałaśliwych podmuchów dało się słyszeć harmider i przytłumione brzęczenie wielu ludzkich głosów.

Wylądowali za plebanią. Dzwony właśnie ogłaszały koniec dożynkowego nabożeństwa i przed kościół we Wrębie wytoczyła się masa mieszkańców gminy. Opodal stała drewniana scena, a za nią rozciągało się marzenie żarłoka. Jak okiem sięgnąć wypłowiałą łąkę oplatały drewniane, ustrojone płodami rolnymi zadaszone stoiska z wypisanymi na białych tablicach nazwami wiosek. Parafianie z godnością zajmowali strategiczne miejsca wokół głównej sceny, ale często spoglądali nerwowo w stronę powiewających tajemniczo zasłon.

– Musimy trzymać się jak najdalej od ludzi – zadysponowała stara, wstając z kuchennego krzesła.

– A o to dlaczego? – zdumiała się Jaśka.

– Bo my przecie wszyscy tam jesteśmy, i jak nas podwójnie zobaczą, to będzie podejrzane, a i jakąś nową katastrofę wywołać to może!

Rajat przesłonił oczy dłonią i pilnie wpatrywał się w stoiska z żarciem.

– Czcigodna prababko!

– Co tam synek?

– Tym razem trochę wcześniej chyba wylądowali.

– Mówi się wylądowaliśmy – poprawiła go stara. – Widzę, jeszcze się żarcie nie zaczęło. Przyjdzie nam posłuchać przemówienia wójta i proboszcza – westchnęła.

– To co robimy? – gorączkowała się Aurelia.

– Obserwujemy – ucięła stanowczo Jasia.

– Mamo, ale to nudne!

– Cichaj, Lela – zgasiła ją prababka. – Matka ma rację. Tu się nie ma co gorączkować, ino zastanowić się nad strategią działania.

W zamuloną jaźń Zenka wciął się mdlący zapach gotowanej kapuchy. Łojezu, moja głowa! Ale się zadźgałem… Zaraz, przecież nic prawie nie piłem. Sołtys do lasu wygnał… Ale smród, cholera jasna. Zaraz pawia rzucę. Gdzie ja jestem?

Na ostatnie pytanie w swoim czterdziestoletnim życiu Zenek już nie raz nie potrafił udzielić odpowiedzi, ale tym razem nie zgadzały się okoliczności natury. Czy raczej ich brak. Kapuściana duchota poważnie zakłócała rytuał budzenia się na piachu przed sklepem. Coś było zdecydowanie nie tak.

– Budzi się – zasyczał jakiś głos. – Dajta tu wody. Docucim szpiega.

To był dokładnie ten moment, w którym należało gwałtownie otworzyć oczy. Obraz był nieco zamglony, ale zwalista kobieta w kwiecistej spódnicy z pewnością nie była fikcją.

– Gdzie ja… – wychrypiał Kapeluszny.

– Cicho bądź, szpiegu! – ofuknęła go kobieta.

Zenek usiadł z trudem i powiódł wzrokiem po izbie. Niewiele widział. Wokół niego stały półkolem baby z Wieprzewa. I nagle spłynęło na niego wspomnienie chałupy, dymu z komina i starej Stachańskiej, kolaborującej z obcą wsią, i to przed samymi dożynkami.

– Czego chceta? – krzyknął, i sam się zdziwił, jak piskliwie zabrzmiał jego głos.

– My? – roześmiała się jedna z bab. – A to my szpiegujemy? Nas jakoś nie interesuje, co w Kierzbudach warzą!

– Cichaj, Antośka! – rozszedł się pod powałą władczy głos. Kiecki się rozstąpiły i przed Zenkiem stanęła stara Stachańska.

– Czego tu chcesz, Zenek? – zaszeleściła starym głosem. – Alojzy cię przysłał?

– A co wam do tego? To ja was mogę zapytać, co wy tu robicie! – wrzasnął buńczucznie Kapeluszny. – Nie tu chyba czas warzyć?

Stachańska sapnęła ze złością i odwróciła się na pięcie. W prześwicie między babskimi spódnicami Zenek zdołał dojrzeć piec, na którym podskakiwały ogromne garnki. Znaczy się, zdrada. Kapeluszny poderwał się na równe nogi.

– Bigos czuję! – rzucił triumfalnie.

W tej samej chwili baby rzuciły się na Zenka z łoskotem spódnic. Najgrubsza wyciągnęła zza pleców drewniany wałek i wzięła solidny zamach.

– Zamknąć w komórce i pilnować do końca dożynek! – rozkazała Stachańska.

– Lelka, zakradnij się jakoś do naszego stoiska – rozkazała Szeptucha.

– Się robi, prababciu!

– Za krzakami się przyczaj i słuchaj wszystkiego, co tam gadają.

Nad dożynkową łąką niósł się głos proboszcza. Najwyraźniej exposé w kościele nie zaspokoiło jego instynktów krasomówczych. Większość parafian całkiem otwarcie zerkało w stronę stoisk z potrawami regionalnymi i chyba tylko Zośka Pirynowa z wypiekami na twarzy spijała słowa z ust dobrodzieja.

Aurelia zniknęła za szpalerem krzaków.

– Jasia, wyczuwasz Kapelusznego? – szepnęła stara.

– Nie – odparła jej synowa. – Ale od dobrodzieja tak chucią ciągnie…

– Wiem, dziecko, wiem. Skup się.

Rajat najwyraźniej się nudził i postanowił przekraść się do stoiska kumoch z Wieprzewa. Miał szczęście. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, więc zanurkował pod zasłonę oddzielającą żarcie od gawiedzi, i z zachwytem spostrzegł, że na stole stały patery z kromkami chleba ze smalcem, miski z ogórkami i grzybami, a na turystycznej kuchni bulgotały aromatycznie żur z grzybami i bigos. Chłopak skubnął od niechcenia posmarowaną skibkę i bezszelestnie przekradł się do kolejnego straganu.

– Wyczuwam jakiś ślad… – szepnęła Jaśka.

– Zenek?

– Raczej jego wspomnienie, zapach.

– Gdzie? – niecierpliwiła się Szeptucha.

– Stoisko.

– Które?

– Chyba nasze, babko.

– Idziemy!

Szeptucha z Jasią zakradły się na tyły stoiska i przycupnęły za krzakiem. Po chwili podpełzła do nich Lelka.

– Nic się nie dzieje – szepnęła bezgłośnie.

– Zenka widziałaś? – zapytała prababka.

– Nie, ani śladu.

– Czuję go, ale jakoś tak bardzo niewyraźnie – odezwała się Jasia.

Baby właśnie otwierały stoisko. Przed wejściem kłębił się tłum spragniony kanapek ze smalcem, lokalnych pulpecików, ryb w occie i pieczeni z sarny. Kierzbudziańskie stoisko najwyraźniej robiło furorę. Łopianowa z córkami zaczęła rozdawać bigos sporządzony według sekretnej receptury swojej ciotki.

– W bigosie go czuję – szepnęła Jaśka do babki. – Ślad krwi, ale nie wiem, skąd.

– To bigos!

– Grzyby! Pamiętacie koszyk, który Zenek miał w lesie przy sobie?

Jaśka chciała się poderwać na równe nogi, ale babka ją powstrzymała.

– Leż, dzieciaku! Nic teraz nie pomożesz.

– Mamo? – zapytała płaczliwie Lela. – Taty tu chyba nie ma?

– Nie ma.

– Mamy patrzeć jak, umierają? – zapytała Jaśka.

– Nie dziecko, widziałam to już kilka razy – stęknęła Szeptucha, podnosząc się z klęczek. – Wracamy. Trza nam koszyk Zenkowi odebrać i dusioła poniechać.

– A po co? – zdziwił się Rajat.

– Zenkowi stresu oszczędzić i sprawę załagodzić musimy. On się na grzybach zna jak nikt. Tylko we wzburzeniu mógł trujących nazbierać!

Po chwili kompania zebrała się za plebanią i z trzaskiem powróciła na polanę przed chałupą.

– Rajat! – zadysponowała babka. – Leć po Zenkowe niemowlę. Ruszamy dalej.

– Nie możemy go tam wziąć! – wrzasnęła Jasia.

– A to dlaczego? – zdumiała się Szeptucha.

– Paradoks będzie, babko! Zabierzemy nasze niemowlę, a tam to samo niemowlę będzie z Zenkiem.

– A to ambaras! – zasępiła się stara. – To zostawiamy go. Ruszcie się!

– Prababko, pomysł mam – skłonił się nisko Rajat.

– No co tam, dziecko, żeś wykombinował?

– Może weźmy ze sobą parę butelek wódki?

– Matko Boska i wszyscy święci w niebiosach! Ledwie drugi miesiąc w Kierzbudach, a on chce na wycieczkę gorzałę zabierać! Nie pij, synuś, zobacz na Zenka…

– Nie dla mnie przecież! – roześmiał się Hindus. – Dla Zenka właśnie. Jak go otumanimy, to może pomyśli, że dusioł to alkoholowy omam?

– Tak zrobimy! – wcięła się Jaśka.

– Ale ta gorzała to ma być na… – Szeptucha zatkała dłonią usta i przeklęła w myślach własne gadulstwo.

– Na? – zawiesiła znacząco głos Jaśka.

– Na zaręczyny – przyznała cichutko Aurelka. – Ale niech mama tacie nie mówi! – poprosiła.

– Ech! – westchnęła Jasia. – Jak wam ratowanie świata wychodzi tak, jak urządzanie zaręczyn, to mamy jeszcze parę lat spokoju.

– No dobra! – klasnęła w dłonie babka. – Rajat, leć do kuchni po gorzałkę i startujemy.

Ekipa ratująca świat wylądowała za jałowcem.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się akurat histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha! – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Teraz! – krzyknęła Szeptucha i wraz z kompanami wyskoczyła na polankę. – Rajat, ściągnij dzieciaka z dusioła!

Hindus podbiegł do potwora i zaczął ciągnąć dzieciaka w swoją stronę. Co ciekawe, bardziej zapierało się niemowlę, niż dusioł.

– Lelka! – wrzasnęła babka. – Walnij Zenka czymś w łeb na ogłuszenie!

Aurelia rozejrzała się gorączkowo wokół i namierzyła całkiem solidną gałąź. Nie zastanawiając się zbyt długo, podbiegła do Kapelusznego i strzeliła chłopinę na odlew. Zenuś osunął się łagodnie na mech.

– Czcigodna prababko! – wrzasnął Rajat. – Nie mogę dziecka odciągnąć!

Szeptucha chwyciła niemowlaka za nogi i zaczęła ciągnąć do siebie. Wspólnymi siłami oderwali go od dusioła i z impetem potoczyli się po ziemi. Rajat bohatersko zasłonił babkę i niemowlę przez stworem. Wkrótce okazało się to zbędnym heroizmem. Przed nimi wyrosła znienacka Jasia. Obnażyła imponujące siekacze, i sycząc obchodziła dusioła kołem.

– Odejdź ssstąd! – wysyczała.

Dusioł oblizał się nerwowo, zakręcił w miejscu i umknął w głąb lasu.

– Mmmamo? – odezwała się niepewnym głosem Lela.

– Cichaj, dziecko, potem o tym pogadamy. Dawajcie tu Zenka! – zadysponowała stara.

Zenek coś tam pod nosem mamrotał, ale najwyraźniej popadł w stupor. Gorzała i ostatnie przeżycia załamałyby nawet największego wioskowego pijaka.

– Zenuś! – poklepała go po nieogolonym policzku Szeptucha. – Słyszysz mnie?

– Mmmm…

– Zenuś, co się stało na dożynkach? – ponowiła babka.

– Babko, skąd on ma to wiedzieć? – zapytała Jaśka, która najwyraźniej odzyskała równowagę i normalną postać. – Tego jeszcze nie było.

– Cholerne podróże w czasie! To nie na mój rozum – pożaliła się stara.

– Będzie dobrze, zobaczycie – uspokoiła ją bogusiowa żona, wskazując na koszyk z grzybami. – Tak mi się widzi, że teraz wszystko wróciło do równowagi.

– Rajat! – zadysponowała Szpetucha. – Weź no tu Zenkowi ze trzy flaszki zostaw. Na zapomnienie się nada. Koniecznie koszyk z grzybami weź.

– A co z dzieciakiem? – zapytała Jasia.

– A co ma być? Weźmiesz.

– Ale to już dwójka będzie!

– Cholerne podróże w czasie – pożaliła się babka raz jeszcze. – Weźmiesz, Jasia, niemowlaki, i jak swoje wychowasz. Zębne są. Lepszej matki nie znajdą.

– A co ja Bogusiowi powiem?

– Zahipnotyzujesz i wmówisz, że jego. Wiesz przecież, jak to zrobić.

– To też wiecie? – jęknęła Jasia.

Szeptucha zarżała szatańsko i wetknęła niemowlaka w ręce zębnej. Jaśka podeszła do Zenka i nachyliła się do jego ucha.

– Temu damy Mieszko. Tamten będzie Ziemowit, dobra?

Kapeluszny wymamrotał coś niezrozumiale, ale ustalono przez aklamację, że to musiało oznaczać zgodę.

– No to wracamy do domu! – zadysponowała babka.

Nad polaną pojawiło się słońce i rozświetliło młodziutką twarz Aurelii.

– Lela?

– Tak, prababciu?

– Masz ten kupon totka?

– Mam, no pewnie!

– Jaki kupon? – wcięła się Jasia.

– A… nieważne – zaszemrała łagodnie stara. – Dzieciaka pilnuj.

W milczeniu doszli do maliniaka. Za nim rozpościerała się skąpana w słońcu wieś.

Nie ma mocnych

Nie ma mocnych

Niektórzy ludzie to mają niucha. Nie takiego normalnego, ale takiego naprawdę fest. Na przykład mój mąż. Ja nie wiem skąd mu się taki dar przyplątał, ale czego by przed nim nie schować to zawsze znajdzie. Czasem nasuwa mi się skojarzenie z psami szkolonymi do wykrywania narkotyków i innych zakazanych rzeczy, żeby na granicy czy lotnisku uziemić kontrabandę. Mój mąż zastąpiłby ich wszystkich.

Weźmy na przykład taką pastę jajową. Tu chętnych jest więcej, bo dochodzą jeszcze dzieci, ale choćbym nie wiem jak głęboko zakopała ją w lodówce, to rano zawsze jej nie ma. I co ciekawe, nikt jej nie zjadł, a dzieci w nocy śpią. To akurat normalka i z wyżywieniem tak bywa, ale co począć w sytuacji, kiedy na serio trzeba coś schować tak, żeby nikt nie znalazł?

Nie ma mocnych… Kiedyś po moim powrocie z delegacji, mój ślubny zapytał czy przywiozłam mu prezent z podróży. Hmm, gdybym była w Buenos Aires to pewnie coś bym przywiozła, ale z Nowego Sącza? Że niby co miałam przywieźć? Ciupagę? Bursztynowe szachy? Czy ruskie baby w babie? No sorry. Może innym razem. Focha wprawdzie z tego powodu nie było, ale wzięłam sobie do serca sprawę stosownego souveniru dla męża i tydzień później goszcząc w malowniczym Tarnobrzegu postanowiłam się poprawić. Wypadło mi jedno zaplanowane spotkanie, więc ruszyłam w tarnobrzeski rynek celem zdobycia odpowiedniej pamiątki.  Poszło całkiem łatwo, bowiem od razu trafiłam na sklep z różnymi różnościami. Nie miałam pojęcia, co należy przywieźć ze stolicy wydobycia polskiej siarki, ale trafiłam na fajne figurki, świetnie nadające się na podpórki do książek. No i super. Tylko że za nic nie mogłam się zdecydować, czy wziąć słonia czy bawoła. W końcu wzięłam oba i uznałam rozsądnie, że jedną dam, a drugą schowam i będzie na zaś. W sam raz na kolejną delegację.

W domu słoń zrobił furorę, więc rada z pomysłu poszukałam miejsca dla bawoła. Na moją prośbę sprzedawca zawinął go w najbrzydszy szary papier świata. W obawie przed mężowskim niuchem wybrałam miejsce, w które nigdy nie zagląda. Przepastna szuflada w kuchni, gdzie trzymam rzeczy używane jeden raz do roku albo i rzadziej, wydała mi się idealna do tego celu, więc zakopałam zapakowanego w szary worek bawoła na samym dnie i zadowolona czekałam kolejnej delegacji, by znów uszczęśliwić małżonka i uzupełnić zwierzęcą kolekcję książkowych podpórek.

Minął tydzień, jak to niczego nieświadoma wparowałam do domu. A tu foch. Co ja mówię. Foch stulecia. Obraza majestatu po całości. Ech, żebym to ja jeszcze znała powód, ale to nie takie proste. W końcu pod wieczór usłyszałam pytanie pełne pretensji:

– A dla kogo ten bawół, coś go tak skitrała na dnie szuflady?!

Padłam, odpuściłam i uznałam, że stwierdzenie, iż najciemniej jest pod latarnią w tym przypadku nie działa, więc postanowiłam przechytrzyć cholerę. Prezent na urodziny ukryłam pod schodami do piwnicy, gdzie trzymamy nasze opony na zmianę. Uff, urodziny w lutym, to do opon się nie dobierze, bo wymieniamy jakoś na koniec marca, a poza tym to ja w domu jestem od wymiany opon, więc tym razem będzie pewniak. Nie ma szans, żeby kogokolwiek tam zagnało. Tym razem poszedł w ruch czarny worek na śmieci, bo tam ciemno. Nie ma siły. Nie znajdzie.

Ech, no jest. Szlag by trafił tego kolegę, co go nagle zainteresował rozmiar moich letnich opon. Co kogo obchodzi rozmiar moich opon? Tego jednego obchodzi, więc mój mąż przerwał korespondencję na czacie i rączo pognał grzebać przy oponach, a że przy okazji kot strzelił tam klocka a mój mąż zapałał chęcią posprzątania… No to sami wiecie, że oczywiście trafił na prezent i zapytał czy to dla niego….

Cholera by to wzięła. No…

No, nie ma mocnych. A tu imieniny wkrótce. Co ja poradzę, że lubię mieć kupione wcześniej? Tym razem obrałam najlepszą możliwą strategię i postanowiłam wciągnąć do konspiracji sąsiadów. Zrozumieli moje tragiczne położenie i zgodzili się przetrzymać u siebie wielką pakę kształtem zdradzającą obecność deski snowboardowej w środku. Sąsiad deskę wstawił na zaplecze w sklepie, a ja dumna z planu doskonałego, nareszcie odetchnęłam spokojnie.

Dwa dni. Dosłownie dwa dni trwał mój spokój.

Mąż zajechał na podjazd i chwycił za łopatę do odśnieżania. Syn sąsiadów również zauważył intensywny biały opad i też wybiegł szuflować swoje.

– Sąsiaaad?!!!- zakrzyknął na widok mego męża i szurnął szuflą.

– Co tam?!- odkrzyknął ochoczo małżonek.

– Jak skończysz, to podejdź do sklepu, bo jakaś deska snowboardowa stoi na zapleczu i na paczce napisane, że wasza!

Konkurs!

Konkurs!

Witajcie kochani czytelnicy!

 

Dzisiaj wraz z Pawłem Tomalą mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać piękną deskę do serwowania potraw. Do rozdania mamy 2 duże deski i jedną średnią.

Co należy zrobić, by wygrać?

Udostępnić post konkursowy na FB. Post jest TU

Odpowiedzieć na pytanie:

Jaką potrawę chcielibyście zaserwować swoim gościom na desce Pawła?

Mile widziany przepis :)

Odpowiedzi zamieszczamy pod tym postem (Nie na FB, tylko na blogu – komentarze pod postem. Nie zapomnijcie się podpisać – jakoś trzeba będzie tego zwycięzcę zidentyfikować :)

 

Autorów najciekawszych odpowiedzi wybierze trzyosobowe jury w następującym składzie: Paweł Tomala, Izabella Frączyk i Jagna Rolska

 

Wyniki konkursu ogłosimy w piątek.

Deski autorstwa Pawła można obejrzeć i kupić TUTAJ

Nagrody zostaną wysłana pocztą pod wskazane przez laureatów adres na terenie Polski

Nie kłam!

Nie kłam!

13459538_1178351365528636_1319551196_n

 

Nie kłam dziecko! Trzeba zawsze mówić prawdę!

Kto z nas nie słyszał tego w dzieciństwie? W przedszkolu, w domu a potem w podstawówce wszyscy kolektywnie piorą dzieciakom mózgi a one biedne w to wierzą. No bo jak nie wierzyć dorosłym? W końcu skutecznie wyrobili w nas przekonanie, że wszystko wiedzą najlepiej na całym świecie.

Ta święta wiara zaczyna się chwiać – w zależności od dzieciaka – gdzieś po roku podstawówki. Co bystrzejszym coś zaczyna nie grać nieco wcześniej, gdy przekonują się boleśnie, że za nadmierną szczerość można nieźle oberwać od kolegi z podwórka. Co więcej, ci sami rodzice, którzy jak mantrę powtarzają „nie kłam” wydają się o tej prawdzie objawionej czasami zapominać. Bo o ile „nie kłam” jest świetne w sytuacjach, gdy chce się wydobyć przyznanie się do winy z nieletniego winowajcy, gdy zwędził tabliczkę czekolady z kuchni, to już szczera odpowiedź na pytanie: A powiedz Ignasiu jak bardzo kochasz ciocię? – niekoniecznie musi się spodobać dorosłym. W szczególności cioci.

Co więcej, dzieci szybko łapią, że mówienia prawdy wymaga się wyłącznie od dzieci. Kłamią przecież wszyscy dorośli.

– Nie bój się Antosiu, zastrzyk nic a nic nie boli! – mówi mama z obłudnym uśmiechem ciągnąc nieświadome zagrożenia dziecię do gabinetu pielęgniarki.

To tylko sekundka – obiecuje lukrowanym głosem pielęgniarka po czym niespiesznie doi czwartą fiolkę krwi nieszczęsnego, wijącego się w histerii dziecięcia.

Dość powiedzieć, że w miarę rozgarnięty dzieciak szybko się orientuje, że mówienie prawdy się nie opłaca a właściwie to jest niebezpieczne a ślepa wiara w słowa dorosłych jest całkowicie pozbawiona sensu.

Fakt nabycia tej wiedzy wcale nie sprawia, że nagle dostaje od dorosłych pozwolenie na mijanie się z prawdą. Wręcz przeciwnie! Kłamiący jak najęci dorośli nagle nabierają poczucia misji i za wszelką cenę chcą wpłynąć wychowawczo na dzieci.

– Nie wolno kłamać! Mamusia zawsze mówi prawdę – stwierdza rodzicielka kłamiąc ile wlezie. – Zobacz, Pinokio kłamał i jaki mu długi nos urósł.

Taaa… Gdyby tak było, to każdy z nas dorosłych nosiłby na twarzy dorodną tyczkę do skoku wzwyż.  Taką samą, jaką Kozakiewicz wykorzystał na olimpiadzie w Moskwie a potem uczynił swój słynny gest.

Taki sam gest powinny pokazać biedne dzieci wszystkim dorosłym. Tym wszystkim obłudnikom, którzy powinni młodym uczciwie wyjaśnić jak się rzecz ma i chociaż raz przestać kłamać :)

Powinien jeden z drugim kłamczuch usiąść z niewinnym dziecięciem i wyklarować mu, że mówienie prawdy w większości przypadków kompletnie mija się z celem albo jest wręcz niebezpieczne. Że kłamstwo, a już na pewno mijanie się z prawdą to podstawowe narzędzie cywilizacji człowieka i że bez kłamstw zwyczajnie żyć się nie da. Pewnie, powinien powiedzieć odpowiedzialny rodzic, że lepiej milczeć, niż kłamać, ale najczęściej tak się nie da i kropka.

A jeśli jakiś dorosły upiera się, że można przejść przez życie bez kłamstwa i z uporem sprzedaje tę dewizę niewinnym latoroślom to za karę powinno się go wrzucić na choćby jeden dzień do piekła prawdomówności.

Piekło prawdomówności:

Wstajesz po beznadziejnej nocy, podczas której przewróciłeś się z boku na bok coś ze sto razy i człapiesz do kuchni. Mózg wysyła jeden komunikat: kawy! Otwierasz lodówkę. Fuck. Nie ma mleka. Nic do żarcia też nie ma. W łazience okazuje się, że nie ma ciepłej wody a koszulka, którą miałeś założyć do roboty ma na środku niespraną plamę. Skarpetkę do pary wchłonął smok z szuflady, gdzieś zapodziały się klucze a w chwili w której wyszedłeś z domu na głowę chlusnęła ulewa mocząc i tak nie najlepiej ułożoną fryzurę (suszarka wysiadła). Po chwili deszcz zaciął podstępnie i oblał dokumentnie spodnie. Oczywiście parasolka połamała się w zeszłym tygodniu a nowej zapomniałeś kupić. Otrząsając się jak pies po deszczu wchodzisz do sklepu kupić bilet na autobus.

Witaj w piekle. Przed Tobą pierwsza interakcja międzyludzka. Pamiętaj! Nie możesz kłamać! Możesz próbować przemilczeć pewne rzeczy, ale na zadane pytania musisz mówić wyłącznie prawdę. Do dzieła :)

Dzień dobry – wesołym głosikiem wita cię ekspedientka.

Niezbyt – odpowiadasz.

Co niezbyt? – pyta zdumiona dziewczyna.

Niezbyt dobry dzień.

Aha – odpowiada zaskoczona i na twoje nieszczęście dodaje – Kiepska noc?

Kiepska.

A to wszystko przez tę pogodę – próbuje jakoś wybrnąć z Twojego grubiaństwa dziewczę.

Nie przez pogodę (pamiętaj! Wymijające odpowiedzi to też próba kłamstwa!). Nażarłem się czegoś na kolację i całą noc gazy męczyły.

Aha – odpowiada ekspedientka spoglądając na ciebie z lekkim wytrzeszczem oczu. – To miłego dnia!

Się jeszcze okaże – odburkujesz w odpowiedzi i wychodzisz na zalaną deszczem ulicę.

Pod wiatą przystanku tłoczą się zziębnięci ludzie. Próbujesz się do nich przysunąć, żeby chociaż częściowo schronić się przed deszczem. Jakaś kobieta niechcący dźga cię parasolką w kark. Boli.

Najmocniej przepraszam – mówi grzecznie kobieta. – Nic się nie stało?

Podrapała mnie pani a do tego deszczówka wlała mi się za kołnierz, więc się stało – odpowiadasz zgodnie z prawdą.

Bardzo mi przykro – odpowiada kobieta, choć dokładnie widać, że wcale jej przykro nie jest, co natychmiast na głos zauważasz.

Kobieta prycha, tłumek faluje w oburzeniu i odsuwa się od ciebie jak od trędowatego. Już w autobusie, uciekasz w najdalszy kąt, siadasz i masz cichą nadzieję, że do końca podróży żadna istota ludzka nie zainteresuje się Twoją skromną osobą.

Płonne nadzieje :)

Już po trzecim przystanku autobus się zagęszcza. Nad twoim siedzeniem materializuje się matrona. Jęczy, stęka, nic wprost nie powie ale znacząco zerka na zajęte przez ciebie miejsce.

Proszę! Niech Pani usiądzie – mówisz uprzejmie podrywając się energicznie.

Pfff – mówi baba, ale wyraźnie szykuje się do zawłaszczenia miejsca. – Taka jestem zmęczona. Starość nie radość! – dodaje moszcząc się na fotelu.

Moim zdaniem to raczej tusza. Za dużo pani waży – zauważasz. – Niech pani zobaczy. Ma pani tak tłusty tyłek, że zwisa prawie do ziemi po obydwu stronach siedzenia.

A potem rozpętuje się piekło. Baba wrzeszczy coś o „tej dzisiejszej młodzieży”, choć ty już młodzieżą od pewnego czasu nie jesteś, a reszta pasażerów ochoczo dogaduje. Jest nawet chłopak, który nagrywa wszystko telefonem.

Czując się jak niedoszła gwiazda you tube’a wysiadasz na najbliższym przystanku i w strugach deszczu maszerujesz kolejne osiem przystanków do macierzystego biurowca z każdym krokiem czując coraz mocniej, że mokry but załatwił ci bolesny pęcherz na pięcie. W końcu stajesz przed schodami wiodącymi do biurowca i oddychasz z ulgą. Chęć schronienia się w suchym i ciepłym wnętrzu usypia czujność, więc zamiast przemknąć cichutko koło ochroniarza, pana Staśka, to witasz się z nim serdecznym uśmiechem i uprzejmym pytaniem o to, jak się ma.

A jakoś leci – odpowiada ochroniarz. – A co u pana?

Pewnie nie mam takiej beznadziei finansowej jak pan, ale za to rano powiedziałem młodziutkiej dziewczynie w sklepie, że cierpię na bezsenność przez gazy. I starej babie w autobusie, że jej tłuszcz z tyłka zwisa do samej ziemi…

Nie masz pan beznadziei finansowej? – podłapuje pan Stasiek, ignorując resztę przekazu. – To ile wam tam płacą?

Choć dusza łka, zdajesz panu Staśkowi sprawozdanie z zarobków, premii, wysokości rachunków, czynszu i kredytu na niewielki lokal, który kupiłeś w ramach inwestycji. Potem opowiadasz o tym ile zapłaciłeś za ostatnie wakacje i ile cię kosztuje szkoła syna.

Patrz pan a mnie nie chcą za nadgodziny zapłacić – podsumowuje pan Stasiek i na twoje nieszczęście dodaje – Ciekawe dlaczego?

Bo pan jesteś niewykwalifikowana siła robocza. Można pana zastąpić kimkolwiek – odpowiadasz z rozbrajającą szczerością i w tej samej chwili masz chęć strzelić się własną pięścią w łeb.

Pan Stasiek obrusza się i obraża. A ty wchodzisz po schodach, mając nadzieję, że nie spotkasz tam nikogo znajomego. Większość personelu jeździ windami. Człapiesz powoli, bo pęcherz na pięcie coraz bardziej boli. Na pierwszym piętrze zderzasz się z Iwonką z trzeciego działu. Znacie się z widzenia i kilku zdawkowych wymian zdań w stołówce pracowniczej.

Witaj nieznajomy – mruczy Iwonka owijając się wokół balustrady.

Znamy się ze stołówki – wyjaśniasz na wstępie uczciwie.

No wiem – sapie niezadowolona kobieta. – Co słychać?

Nie mogę kłamać, więc idę po schodach, żeby nikogo nie spotkać. Dodatkowo męczy mnie pęcherz na stopie. A co u ciebie?

Jakiś dziwny jesteś, wiesz? Ale w sumie nawet mi się to podoba – zagaja filuternie Iwonka.

Dziękuję. A co ty tu robisz na tych schodach?

A trochę ruchu nie zawadzi.

Faktycznie. Trochę schudłaś, ale chyba jeszcze ze trzydzieści kilogramów przed tobą, co? – odpowiadasz uprzejmie.

Cham! – parska Iwonka i odchodzi.

Wspinasz się na swoje piętro i docierasz do swojego biurka. Siadasz i ciężko wzdychasz. Zza przepierzenia wynurza się głowa kierowniczki.

Spóźnienie! Masz coś do powiedzenia? – syczy.

Mam – szczerze odpowiadasz.

Co takiego?

Jesteś podłą zdzirą i nienawidzę cię prawie najbardziej na świecie.

Kierowniczka materializuje się w twoim boksie i nerwowo gładzi garsonkę. Siada na biurku i wzdychając ciężko patrzy ci w oczy.

Chyba coś ćpałeś przez weekend? – pyta uprzejmie.

W tym miejscu puszczasz jej wiązankę o tym, co sądzisz o niej, firmie, szefach, współpracownikach, sytuacji politycznej, jakości żarcia w stołówce i beznadziejnej pogodzie. Kierowniczka bez słowa wychodzi a ty próbujesz skupić się na pracy, ale pęcherz na pięcie tak cię napierdziela, że wzdychasz ciężko i postanawiasz iść do pomieszczenia socjalnego i ukoić zmysły kawą. I w tej chwili przychodzi mail. Od szefa wszystkich szefów. Już wiesz, że twoja nadmierna szczerość uplotła ci powróz na korporacyjną szubienicę, ale mimo wszystko nic, absolutnie nic, nie jest w stanie przygotować cię na spotkanie z NIM.

Dotarły do mnie niepokojące informacje, że nie jest pan zadowolony z warunków pracy – zagaja szef tuż po tym, gdy stawiasz się na dywaniku.

Nie jestem! – odpowiadasz dziarsko.

Nawet nie pytam jaka konkurencja pana przekabaciła, ale coś sobie musimy wyjaśnić.

Co?

Co pan o mnie myśli?

Skręcasz się w konwulsjach. W myślach przemyka ci rata kredytu, ale słowa wzbierają i już wiesz, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Oddychasz ciężko, ale się poddajesz.

Jesteś pan kawał kutasa – odpowiadasz tak głośno, że z sąsiednich boksów wychylają się zaciekawione głowy.

No to co? Nadal mówimy dzieciom, że nie wolno kłamać? :)

Tornado 8

Tornado 8

Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.

Szeptucha 10

Szeptucha 10

Szeptucha. Dożynki cz. 2

Pokrzepiony wiśniówką Zenek kroczył energicznie środkiem drogi, ściskając kartkę, na której baby wypisały mu listę wiktuałów kluczowych dla przyszłego dożynkowego zwycięstwa. Część nie nastręczała problemu. Grzyby do bigosu, jagody do drożdżowych jagodzianek i ryby do marynowania w occie to kwestia wyprawy do lasu i nad Bug. Przy odrobinie szczęścia nałapie szczupaków i okoni. A jak się nie uda, to nieopodal znajdują się stawy hodowlane, do których od południowej strony łatwo się podkraść nocą. Zające złapie się we wnyki albo w ostateczności podkradnie króliki starej Stachańskiej. Ma ich tam chyba ze trzydzieści białych i czarnych. Jak się je sprawi, to się baby od gotowania nie połapią. Z dziczyzną gorzej. Tu szykowały się niezbędne wydatki, ale to już niech się sołtys Alojzy martwi. Jak flaszkę da, to się Jacka Wrębnego na kłusowniczą wyprawę wyśle. Chłop jeszcze w życiu nie kupił w sklepie niczego innego niż wino, więc wiadomo, gdzie się żywi.

Zenkowa przyszłość w każdym razie rysowała się niezmiernie interesująco. Z poczuciem misji podreptał do własnej chałupy. Spodziewał się, że część jego kłopotów aprowizacyjnych znajdzie szczęśliwe rozwiązanie właśnie tutaj.

Podwórze przywitało go grzebiącymi w błocie kurami i drącym się wniebogłosy kogutem. Jego ślubna jako jedyna chyba w okolicy z uporem trzymała ptactwo, czego Zenuś kompletnie nie rozumiał. Jajka w sklepie były po sześćdziesiąt groszy, to po cholerę to dziadostwo trzymać?

– Matka! – wrzasnął donośnie od furtki, ale zamiast małżonki na podwórze wyległo stadko zenusiowych pociech płci obojga i obsiadło ojca jak muchy.

– Tato! – wrzasnął zasmarkany malec. – Tato, głodny jestem!

– Tato! – dodała jasnowłosa Madzia. – Mama chyba niezdrowa…

– Tato! Jeść! – zapłakał najmłodszy, Antek.

W ogólny rejwach wciął się znienacka głos zenkowej żony.

– Przylazłeś wreszcie, obiboku? – zaskrzeczała Leosia Kapeluszna z wnętrza chałupy.

Zenuś strząsnął ze spodni zasmarkany drobiazg i pospiesznie ruszył do środka. Leokadia leżała na wersalce, podparta poduszkami, i niańczyła na podołku niemowlę. Patrzyła na Zenka wzrokiem bazyliszka i zgrzytała zębami.

– Leosia! – zaszemrał aksamitnym barytonem Zenek. – Widzę, że znowu dzidziusia mamy! – cmoknął z udawanym entuzjazmem i pogłaskał kędzierzawą główkę noworodka.

– Zęby ma – odezwała się głucho Leokadia i wetknęła dzieciaka w ręce skacowanego tatusia. – Ja go nie chcę. Rób z nim, co chcesz! – zaszlochała głęboko i odwróciła się w stronę naderwanej tapety za wersalką.

– Leosia! – zacukał się Kapeluszny. – Ale co ja tam o niemowlakach wiem? Co ja mam z nim robić?

– Uduś najlepiej, zanim kogoś zeżre! – wrzasnęła Kapeluszna.

Dzieciak spał słodko w zagłębieniu zenkowego ramienia. Jego regularne rysy tak bardzo odróżniały go od stadka dotychczasowych dzieciaków, że Kapeluszny zamarł na chwilę i kontemplował twarzyczkę dziecka. Chłopczyk był tak piękny, że aż serce rwało. Zenek zawinął niemowlę w zabłocony sweter i pospiesznie wyniósł z chałupy. Niemożliwe, żeby tak piękne dziecko mogło zagrozić komukolwiek. Stara histeryzuje i tyle. Się znajdzie kobietę, która da chłopaczkowi serce, a Zenuś w tym czasie wypełni zlecenie sołtysa. Kapeluszny ruszył dziarsko drogą, a nogi zawiodły go bezwiednie do obejścia starej babki. Stanął przed krzakami i nieporadnie wsunął tobołek z synkiem pod prawe ramię. Lewym, wolnym ramieniem przeżegnał się i odgarnął dorodne jałowce. Przez chwilę głaskał z zakłopotaniem gałązki, lecz po głębszym namyśle się wycofał. Do babki bez prezentów nie godzi się iść. Zenek odwinął się na pięcie, i tuląc śpiące niemowlę, ruszył do lasu. Koszyk grzybów się uzbiera w prezencie, a i przy okazji intendenckie obowiązki się odbębni. Zrobi się w jagodzinach wizytację. Trza wiedzieć, gdzie dzieciaki z kubkami na zbiory przysłać.

Janka odetchnęła głęboko, i czekając, aż jej tętno się nieco uspokoi, lustrowała podwórze starej. Niewiele się tu zmieniło od czasu panieńskich nocy z Bogusiem, gdy zakradali się na podwórze babki dla żartu, pili w pobliskich krzakach piwo i – co tu dużo gadać – poczęli Aurelkę. Ślub, choć pospieszny, stał się zarzewiem plotek wyłącznie dla sklepowej Jadźki, która swoje domysły i domniemania próbowała zaszczepić zupełnie niezainteresowanym tematem i przeważnie nietrzeźwym sklepowym bywalcom. Wszyscy we wsi wiedzieli, że Janka jest dla Bogusia stworzona, i ich romans nie gorszył nikogo. Najbardziej, co pomimo antagonizmów musiała przyznać Janka, sprzyjała im babka Olesia. Inna sprawa, że starowina nie miała kompletnie pojęcia o przeszłości Janiny. Widziała w niej, jak wszyscy, dorodną blondynkę w typie germańskim. i nie stawiała pytań. Dziwne, ale nie zadawał ich nikt w Kierzbudach. To sprawiło, że Janka postanowiła osiedlić się właśnie tutaj. Uciekła z pogromu w małej westfalskiej wiosce i z jakiejś przyczyny ruszyła na wschód. W tej nadbużańskiej wsi znalazła święty spokój i przystojnego męża, który nie zadawał żadnych pytań. Wystarczyło mu mgliste wyjaśnienie, że rodzina Janki tragicznie zakończyła żywot w pożarze. Osinowe kołki, które dopełniły ognistego dzieła, dziewczyna profilaktycznie w opowieściach pominęła, zresztą długo by opowiadać.

Podwórze zdawało się być opuszczone. Kot gdzieś pewnie łaził, słoń najwyraźniej zaszył się w stodole. Babki nigdzie nie było widać, podobnie Aurelii. Jasia po chwili zauważyła ze zdumieniem, że kuchnia letnia została przez żywioł jakiś pozbawiona dachu, leżącego obecnie w strzępach na polu tej starej cholery Stachańskiej.

– Halo! Jest tu kto? – krzyknęła.

Nikt się nie odezwał. Na polanie panowała niczym niezmącona cisza. Jasia podeszła ostrożnie do drzwi letniej kuchni i włączyła tłumione na co dzień ponadnaturalne zmysły. Węszyła ostrożnie, ale nie wyczuła zapachu krwi. Żadnego rodzaju krwi. Ciepłej ani zakrzepłej. Dosłownie żadnej. Na polanie nie wyczuwało się zapachu żywego stworzenia. A węch wampirzycy był w stanie wykryć wonie nawet sprzed kilkunastu lat.

– Niemożliwe – szepnęła do siebie Jaśka. – Lela! – wrzasnęła spanikowana. – Dziecko! Gdzie jesteś? Aurelka!? Gdzie się wszyscy podziali?

– Cosik mi się wydaje… – Szeptucha zawiesiła głos i spojrzała badawczo w oczy Lucyny. Słonica odwróciła wzrok i udawała niezmiernie zajętą skubaniem słomy z powały.

Stara coś tam sobie pomamrotała pod nosem, a po chwili podstępnie pstryknęła palcami. Spod ucha słonicy wyturlał się na ściółkę Mruczek.

– No i dobrze mi się wydawało! – zarechotała babka. – Wyłaź, niecnoto.

– No co! – bąknął kot i zjeżył sierść na grzbiecie.

– Dobrze wiesz, co! – odcięła się Szeptucha. – Idziemy! – zakomenderowała i otworzyła wrota stodoły.

Mruczek zwiesił głowę i podreptał za babką. Słonica pożegnała go krótkim, ale wielce boleściwym buczeniem.

– No i popatrz, synek! – triumfował Kapeluszny. – Koszyk grzybów mamy uzbierany, to i do starej babki możemy w odwiedziny iść. Ona będzie wiedziała, co z tobą robić.

Noworodek najwyraźniej nie znalazł zrozumienia dla tatowego optymizmu życiowego i rozdarł się całą mocą swoich ponoć niedojrzałych płuc.

– Cichaj, chłopie, no cichaj! – zadysponował Zenuś, ale dzieciak najwyraźniej miał ojcowskie dyspozycje głęboko w zafajdanej pieluszce. Nienawykły do obcowania z własnym potomstwem Kapeluszny potrząsnął zniecierpliwiony kilka razy tobołkiem, co zupełnie nie wpłynęło na natężenie wrzasku noworodka. – Cichaj, cholero, bo dusioł przylezie i cię zeżre! – odwołał się do lokalnych bajań Zenuś. Dzieciak darł się dalej w niebogłosy.

Zrezygnowany Kapleuszny przysiadł na pniaku i potarł nerwowo skronie. Koszyk stał przy jego podrygującej ze zniecierpliwieniem, obutej w gumofilca stopie. Nawet las był najwyraźniej przeciwko niemu, bo spod mchów wypełzła znienacka mleczna mgła i oplotła Zenusia lodowatymi rozmazami kropelek wody.

– Diabli nadali! – użalił się wioskowy pijak, i tak do końca nie wiedział sam, czy chodzi mu o nieposłuszną żonę, wrzeszczącego dzieciaka czy zmienną aurę. Ta ostatnia najwyraźniej szalała. Mgła z sykiem skręcała się wokół pniaka, mrożąc leśne powietrze. Zenek poderwał się na równe nogi i wtulił tobołek z dzieciakiem pod połę waciaka. Z pobliskich gałęzi zaczęły się sypać zmrożone na kość ptaszki. Z jękliwym dźwiękiem, podobnym do roztrzaskiwanych na marmurze kryształowych żyrandoli, na ściółce rozpadały się sójki. Gdzieniegdzie z głuchym łoskotem spadały kruki, sztywnymi skrzydłami strącając świerkowe szyszki.

– Szatan jakiś… – szepnął Kapeluszny i obronnym gestem dzieciaka przytulił, nie zważając już nawet na jego wrzaski.

– Aj tam, szatan! – rozszedł się po wyziębionym lesie złowieszczy rechot.

– Kto tu jest? – wrzasnął histerycznie Zenek, wpychając głębiej pod pachę drącego się wniebogłosy synka.

Mgła zasnuwała jałowce. Ziąb strącał z gałęzi fioletowe owoce, które ze szklanym brzękiem toczyły się po zaszronionym mchu.

– Witaj! – Przed Zenusiem zmaterializował się z głuchym pyknięciem opancerzony, zielony stwór. – Wzywałeś dusioła, więc dusioł przybył, i jest gotów zeżreć przyobiecane niemowlę.

– Niedoczekanie! – wrzasnął bohatersko Kapeluszny i odskoczył za pobliskie jałowce. – Zgiń i przepadnij, maro nieczysta!

– Ha, ha – skwitował dusioł. – Jakby to takie proste było…

Kapeluszny złożył palce w znak krzyża i zaczął deklamować „Ojcze nasz”.

– To też nie działa – wyjaśnił pogodnie opancerzony stwór.

Zenek odwrócił się na pięcie i podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Po kilku krokach jego stopy utknęły w głębokim mchu.

– Nie uciekniesz – łagodnie skomentował dusioł. – Wzywałeś dusioła i dusioł przyszedł. Daj niemowlę i możesz sobie iść. Ciebie żreć nie mam zamiaru.

– Nigdy! – wrzasnął bohatersko Zenuś, w jednej chwili dokumentnie trzeźwiejąc.

– To się jeszcze zobaczy! – zarechotał pradawny jaszczur i leniwie podszedł do unieruchomionego Kapelusznego. Niemowlak darł się pełnią młodocianych płuc.

Dusioł otworzył paszczę, świdrując Zenka czerwienią oczu. Kalepuszny wyszarpnął zza pazuchy zawiniątko z synkiem i ucałował zaczerwienioną od wrzasku twarzyczkę. Owinął pospiesznie w waciak i odrzucił jak najdalej od siebie. Sam nie mógł się ruszyć, ale miał nadzieję, że dusioł nażre się jego przepitymi gnatami i dzieciakowi da spokój. A jak Bóg da, to się tu Lelka albo stara napatoczą i płacz małego usłyszą.

– Aleś ty głupi! – zarżał dusioł i powoli podszedł do ciśniętego w mech zawiniątka.

– Zostaw go, hieno zasrana! – wrzasnął Zenek.

Dusioł stanął nad dzieciakiem, i przekrzywiwszy jaszczurzy pysk, analizował przekąskę.

– Zostaw, zasrańcu! – darł się unieruchomiony Kapeluszny.

Stwór delikatnie odwinął pyskiem waciak spowijający rozwrzeszczanego dzieciaka i polizał nadęty brzuszek malucha.

– Zarżnę cię jak świnię! – darł się Zenek.

– Nic mi nie zrobisz – zbagatelizował sprawę dusioł i przytknął nozdrza do różowej klatki piersiowej noworodka. Polizał zapłakaną twarzyczkę i wyszczerzył sine zębiska.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Nie!!!! – załkał Zenek, i uwolniony nagle z więzienia mchu, opadł na kolana. Nakrył rękoma głowę i oddał się totalnej rozpaczy. Po chwili na jego poszarzałe z brudu dłonie zaczęły spadać jakieś małe, zimne kamyczki. Poniósł głowę i z niedowierzaniem nią potrząsnął. Jego dzieciak siedział w paszczy dusioła, i radośnie gaworząc, wyrywał mu kolejne zęby. Dusioł darł tylnymi łapami darń i najwyraźniej nie mógł się poruszyć.

– Synu! – wrzasnął Zenuś i podbiegł do rozwartej paszczy.

– Ostaw! Niech dzieła dokończy – rozległ się na polanie władczy głos Szeptuchy. Ona sama pojawiła się niespodziewanie na polance w towarzystwie Lelki, Hindusa i kota.

– Ale…

– Ostaw, mówię! – rozeźliła się stara.

Kapeluszny stał bezradnie kilka kroków od prawiekowego stwora, któremu jego ledwie narodzony syn rwał metodycznie kły i beztrosko rzucał za siebie.

– Babko… – zaskowyczał Zenek.

– Nic to, Zenuś – uspokoiła go stara. – Nic dziecku nie będzie.

Dla Kapelusznego sensacji jak na jeden dzień było stanowczo zbyt wiele. Usiadł na mchu i wodził obłąkanym spojrzeniem od starej do maleńkiego synka, który właśnie zakończył rwanie zębów potwora, i wpił się w jego szyję, najwyraźniej chłepcząc posokę z lubością.

– Wracaj do zadań przez sołtysa naznaczonych! – zadysponowała stara, zgarniając niemowlaka ze zwłok potwora. My się tu wszystkim zajmiemy i nawet twoje przyszłe ludobójstwo naprawimy, Zenuś. Idź już!

– Miau! – potwierdził bury kocur Szeptuchy.

Po chwili cała kompania, wraz z niemowlęciem i pokrytym łuskami trupem dusioła, zdematerializowała się z cichym pyknięciem.

Zenek zachybotał się w mchu i otarł zapłakaną twarz rękawem kraciastej koszuli.

– Nic to – szepnął. – Na łowy mi trza. A najpierw do sklepu, zszargane nerwy ukoić. – Zenek chwycił kosz i skaleczył palec o nadłamaną gałązkę wikliny. Krew kapnęła do środka. – Co jeszcze, psiamać? – poskarżył się płaczliwie, kierując wzrok w stronę nieba. A potem poczłapał ciężko w stronę wsi, co jakiś czas machinalnie schylając się po kolejne grzyby.

Z dyskretnym cmoknięciem wesoła kompania Szeptuchy zmaterializowała się przed drzwiami letniej kuchni.

Jasia, która w tym czasie zdążyła obejść ostrożnie zabudowania w poszukiwaniu pierworodnej córki, nieomal zderzyła się z Rajatem, a potem malowniczo zasłabła, osuwając się na murawę.

– Mamo! – przypadła do niej Aurelka.

– Skocz, Rajat, do kuchni, i główkę czosnku przynieś! – zadysponowała stara, podtrzymując na podołku śpiące niemowlę. Na uśmiechniętej błogo maleńkiej twarzyczce znać jeszcze było drobinki zielonych łusek, a bródkę miał dzieciak poplamioną jaszczurzą posoką.

– Prababciu, ale mama nie znosi czosnku – zaoponowała Lela.

– Toć wiem. Woń niemiła łacniej ją docuci.

I rzeczywiście. Ledwie Rajat z kuchni wyskoczył, to Jaśka nos gwałtownie zmarszczyła i poderwała się na równe nogi, choć jej twarz nabrała butelkowej zieleni.

– Zabierz to cholerstwo! – syknęła wściekle do Hindusa.

– Już dobrze, dobrze. – Stara odprawiła chłopaka gestem dłoni. – Zemdlałaś, Jasia. Docucić chcieliśmy.

– Co tu się do cholery dzieje? – wrzasnęła Jaśka.

– A co się ma dziać? – Wzruszyła ramionami babka.

– Przychodzę, a tu nikogo nie ma i… – zacukała się matka Aurelii, o włos unikając dekonspiracji. Jak niby miała wytłumaczyć, że jej węch wyłapuje zapach krwi z dokładnością do dwudziestu lat?

– No, sprawy załatwialiśmy, ale przecież już jesteśmy prawda? – łagodnie tłumaczyła Szeptucha. – Chodź do kuchni, herbaty się napijemy.

Jasia obrzuciła badawczym spojrzeniem ziejącą pustkę po dachu.

– A to? – Kiwnęła głową w kierunku zdewastowanego budynku.

– A taki tam drobny wypadek przy pracy. – Babka machnęła ręką.

– Jaki znowu wypadek? Ja wam dziecko swoje na wychowanie dałam, a wy o jej bezpieczeństwo tak dbacie? – ryknęła Jasia.

– Cicho bądź, bo dzieciaka obudzisz!

– Jakiego dzieciaka? Lelkę? – Zdezorientowana kobieta zerknęła na stającą opodal Lelę i ponownie na starą. Dopiero teraz zauważyła niemowlę.

– Czyje to?

Jasia odruchowo podeszła bliżej, by natychmiast odskoczyć z grymasem odrazy wymalowanym na twarzy.

– Zęby ma! – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– A jakie ostre! – zacmokała z zadowoleniem stara.

– Czyje to? – ponowiła pytanie Jaśka.

– A Zenka. To już rozumiesz, dlaczego musiałam do siebie przygarnąć?

– Kapelusznego Zenka? – zdziwiła się matka Aurelki. – A skąd u niego…

– A ty widziałaś, co on pije? – Wzruszyła ramionami Szeptucha. – Od tego różne mutacje się robić mogą!

Za plecami Jasi kot wyczyniał niezłą gimnastykę, by upchnąć za skalnikiem zwłoki dusioła.

Zenuś otarł usta i z westchnieniem opadł na ławeczkę. Na wpół opróżnioną butelkę wkręcił starannie w piach obok koszyka z grzybami, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi trunku.

– A coś ty, Zenuś, taki osowiały? – zagaił Jacek Wrębny, przysiadając na ławeczce. – Stało się co?

– Aj, stało się, stało – westchnął ciężko Kapeluszny. – Stara mi dzieciaka znowu powiła.

– O cholera. – Podrapał się w beret Jacek. – Masz tam co jeszcze we flaszeczce?

– Tyle, co nic. – Wzruszył ramionami Zenuś. – Ale pij, kamrat, na zdrowie.

– A nie, nie! Postawić chciałem, żeby zgryzoty odegnać.

– A… nie odmówię. Pomóc może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

Dalsze minuty upływały mężczyznom w ciszy, przerywanej jedynie dość częstymi seansami gulgotania. Nad szosą schylało się czerwone słońce i barwiło plandeki przejeżdżających TIR-ów. Od strony lasu nadciągał wczesny wrześniowy wieczór. Zenek mimowolnie się wzdrygnął.

– Jacek?

– No?

– Ty las dobrze znasz…

– A znam, a co?

– A dusioła kiedyś widziałeś?

– Nie widziałem, ale nie raz mi jakieś cholerstwo wyżerało sarny z wnyków – odparł poważnie Wrębny.

– Dusioł?

– Tak mi się widzi.

– A jakbym ci, druhu, powiedział, że dusioła już nie ma? – zapytał ostrożnie Zenuś.

– Nie może to być. – zaśmiał się Jacek. – Dusioł od dawna te lasy zamieszkuje i nikt go stąd nie wygoni.

– A wiadomo, od kiedy on tu grasuje? – zaciekawił się Zenek.

– Ponoć od wojny go widują. Stare babki gadają, że za esesmańcami przylazł, bo mu bardzo smakowali, ale kto to wie, jak było? Ludzi tu u nas nie atakował. Kury czasem za Gomułki żarł po kurnikach, ale też pewności nie ma. Może to miastowe kradli? Wiesz, jaka u nich bryndza wtedy była. Kartki…

– No, mogło tak być – zgodził się Zenuś. – A ludzi nic nie żarło?

– No wiesz, Zenuś, komuna komuną, miastowe dziwne stworzenia, ale żeby ludzi…

– Nie o miastowych prawię! O dusiole!

– Aaaa… Nic mi nie wiadomo, żeby ludzi atakował. Coś go widać po ucieczce Szkopów w ryzach trzymało. A co ty się tak o tego dusioła dopytujesz, Zenuś?

– A jakbym ci, Jacek, powiedział, żem truchło dusioła na własne oczy widział?

– Nie cyganisz? – zapytał poważnie Wrębny.

– Jak Boga kocham! – Kapeluszny uderzył się w pierś.

– To ja bym ci, kamrat, powiedział, że dożywotnio ci mięso będę przynosić za takie nowiny.

– A to się dobrze składa – przytomnie wykorzystał sytuację Zenek. – Na dożynki babom trzeba ze dwie sarny i dzika.

– Załatwione! – Klasnął dłońmi w uda Jacek. – No to jeszcze po jednym?

– Nie odmówię!

W końcu przyszłość zaczynała się rysować w bardziej kolorowych barwach.

 

Wyniki konkursu

Wyniki konkursu

Witajcie kochani czytelnicy :)

Pierwszy konkurs na naszej stronie właśnie dobiegł końca. Dziękujemy firmie M4Deco za ufundowanie nagrody a Wam, drodzy czytelnicy, za wspólną zabawę.

Korzystając z okazji zdradzimy Wam, że następny konkurs już za niespełna dwa tygodnie, więc bądźcie czujni.

Ale do rzeczy.

Laureatką konkursu, w którym do wygrania był koszyczek w wybranym przez siebie kolorze i  w którym zapytaliśmy o Wasze ulubione letnie potrawy, jest autorka następującej wypowiedzi:

Ziemniaki ze skwarkami i zsiadłym mlekiem. Oczywiście mleko od krowy, a nie z supermarketu (-: A na deser bułeczki drożdżowe z jagodami, albo biszkopt z jagodami, dużą ilością galaretek i bitą śmietaną (-:

Pasjonatko książek, hej, hej! O Tobie mowa :)

Gratulujemy wygranej i prosimy o kontakt przez formularz kontaktowy w zakładce „Kontakt” na naszej stronie.

Dziękujemy wszystkim :)

Marzena, Iza i Jagna

 

Jak się rodzi powieść

Jak się rodzi powieść

13435612_1174372722593167_2015953157_n

 

Często pytacie mnie o genezę powstania moich książek, a ja równie często mam problem, żeby sensownie na takie pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj są to po prostu impulsy, ale w przypadku „Do trzech razy sztuka” było inaczej :)

A to było tak… Wymyśliłam kiedyś sobie, że napiszę głupkowatą komedię. No i napisałam. Zbankrutowani bracia. Makler i detektyw oraz dwie panie architektki rywalizujące ze sobą od zawsze. Jedna z cudnym życiem u boku wspaniałego faceta, plus udane dzieci. Do tego zarabiająca masę pieniędzy i wygrywająca w cuglach wszystkie branżowe konkursy. Druga nieszczęśliwa i zawsze w tyle o dwa kroki. No i porwanie dla okupu, by finansowo podratować i detektywa, i maklera. Intryga cud miód, tylko się maklerowi pomyliło i porwał tę drugą, biedną. No i zaczęły się hece. Syndrom sztokholmski na wesoło.  I wiecie, co się wtedy stało? Mój ulubiony redaktor prowadzący z wydawnictwa powiedział, że w życiu się nie spodziewał, że jestem w stanie napisać coś tak durnego i że czeka na coś, gdzie jest dużo więcej „Frączyk”.

Ech, nie ma to jak wkurzyć pisarza, zwłaszcza w wakacje, kiedy ma dużo czasu, bo dzieci na obozach, mąż w delegacjach, nie trzeba gotować, a zwierzaki mogą jechać na suchym. Tak się wkurzyłam, że IQ mi skoczyło o 200% i zaczęłam kombinować, o czym by tu napisać, by nie robić research’u i żeby było szybko. Mam! Bingo! Korporacja! Przecież znam to od podszewki.  Korporacyjne klimaty towarzyszyły mi przez wiele lat, a czego się nasłuchałam od znajomych to nawet nie wspomnę. Połączyłam w jedno klimaty z dwóch dobrze znanych mi firm i wyszło mi świetne tło dla przygód i perypetii mojej Anki.  A skąd imię? A to na cześć jednej takiej miłej Anny Piotrowskiej, która administruje moim fanklubem na Facebook’u i jest po prostu świetna :) Pozdro Ania!

Dość na tym, że z tej złości napisałam całą książkę w miesiąc, nawet nie wiedząc, że przekaz będzie aż tak czytelny. Zawód handlowca, jawiący się większości jako zwykły lans w służbowej furze, jest jednym z trudniejszych zawodów świata. Łączy w sobie wiele profesji. Od kierowcy począwszy, poprzez psychologa, niańkę, organizatora, dostawcę, magazyniera, mediatora, księgowego, a na kierowniku swojego rewiru skończywszy. Jeśli dodamy do tego taksówkarskie przebiegi w każdych, nawet i ekstremalnych warunkach, permanentny stres, presję planu sprzedaży, humorzastych klientów i bezlitosny rynek, wyjdzie nam z tego naprawdę ciężki kawałek chleba. Od tego właśnie zaczynałam. Dawno temu. Zatem czas wreszcie pokazać, jak to jest być w korpo :)

Zapraszam do lektury fragmentu powieści „Do trzech razy sztuka” 

Marta, jak się okazało szefowa przedstawicieli handlowych zwanych naprzemiennie pechowcami lub repami, była wulkanem energii. Sprawna, świetnie zorganizowana i bardzo rzeczowa. Przejęta Anka chłonęła wszystko jak gąbka, choć nie rozumiała nawet połowy z branżowego nazewnictwa. Chwilami czuła się jak na tureckim kazaniu i skrzętnie notowała, czego nie rozumie. W nadchodzących dniach miała pracować z Adrianem, który finalnie okazał się być świetnym fachowcem, a jego znajomość rynku przyprawiała o zawrót głowy. Z większością swoich klientów był po imieniu, miał niezłą renomę i na wieść o jego odejściu niejednej farmaceutce zakręciła się łezka. Do tego jak z karabinu strzelał cenami i cyfrowymi kodami całego dostępnego asortymentu. Anka była pod wrażeniem, a gdy na koniec dnia podyktował jej z pamięci dzienny raport wizyt, sypiąc jak z rękawa kilkunastoma adresami i nazwiskami, nie wytrzymała.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem ty to wszystko pamiętasz?

– Normalnie. Za kilka miesięcy też będziesz tak mieć. To przyjdzie samo, ale na początku musisz wszystko notować, bo później zapomnisz.

– Jasne – mruknęła bez przekonania. – A kto to jest rep?

– Pechowiec – Adrian uśmiechnął się świadom, że zapędza koleżankę w kozi róg.

– Nie rozumiem, skąd ta nazwa.

– To proste. PH to skrót od przedstawiciela handlowego, więc wychodzi „pechowiec”, to jest to samo co rep, żeby nie łamać sobie co chwila języka na angielskim „sales representative”.

– Aaaa – kiwnęła głową ze zrozumieniem, bo wcześniej nijak nie mogła pojąć, co praca ma wspólnego z pechem.

– Mam nadzieję, że już wiesz, kto jest twoim najważniejszym klientem?

– Nie wiem, przecież dopiero zaczynam i jeszcze nie znam wszystkich.

– Jego już znasz – Adrian tajemniczo ściszył głos. – To twój szef. To jemu codziennie sprzedajesz swoją pracę, postaraj się więc, żeby nic ci nie uciekło. Notuj, notuj i jeszcze raz notuj, a notes musi się stać twoim najlepszym przyjacielem. I najważniejsza rada.

– Jaka?

– Nigdy niczego klientowi nie obiecuj, jeśli nie masz stuprocentowej pewności i pięciu podpisów wszystkich członków zarządu, że możesz mu to dać.

– Matko, a ty masz tę pewność?

– A słyszałaś, żebym komuś coś obiecał?

– Nnno, nie. Mówiłeś, że zrobisz co w twojej mocy.

– No właśnie, a mocy sprawczej nie mam, ale za to mam dobrą pamięć i gruby notes. I jeśli tylko uda mi się spełnić prośbę klienta, ten będzie się czuł tak, jakbym spełnił obietnicę, której nigdy mu nie złożyłem. A jak nie dam rady, to trudno. Nikt nie zarzuci mi nieuczciwości, bo przecież niczego nie obiecałem. Tak to działa.

– I to działa? – Anka była pełna uznania. Skończyli kawę i chciała już wstać od stolika, ale Adrian powstrzymał ją gestem dłoni.

– A zauważyłaś może coś szczególnego? Jakaś refleksja z twojej strony?

– Tak. Zauważyłam, że traktujesz każdego klienta w taki sposób, jakby był jedynym klientem na świecie. I oni to lubią – uśmiechnęła się szeroko.

– Widzę, że będą z ciebie ludzie – Adrian przybrał protekcjonalny ton. – Pamiętaj jednak o firmie. To nasza matka i to ona nas karmi, i niech cię ręka boska broni w jakikolwiek sposób naruszyć jej dobre imię. Wszyscy mamy tu misję do wypełnienia i powinniśmy być tego świadomi.

– Dzięki Adrian – powiedziała posłusznie, ale uznała, że pod koniec kolega zdrowo przesadził. Niewątpliwie był doskonałym fachowcem, ale jego wypowiedzi na wskroś przesiąknięte korporacyjną indoktrynacją na temat misji, firmowej tożsamości i innych bzdur sprawiły, że Anka tylko przez grzeczność kiwała głową. Patrząc na to, z jakim namaszczeniem Adrian gładzi firmowe logo na okolicznościowym wiecznym piórze, nabrała pewności, że kolega przeszedł więcej niż skuteczne pranie mózgu. Całe szczęście jej to nie groziło, a przynajmniej miała taką nadzieję.

Konkurs

Konkurs

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj wraz z firmą M4Deco mamy dla Was konkurs, w którym możecie wygrać piękny koszyczek w dowolnie wybranym kolorze i fasonie :)

Co trzeba zrobić, żeby wygrać?

  1. Udostępnić post konkursowy na FB. Post jest TU
  2. Odpowiedzieć na pytanie: Jaką potrawę najbardziej lubicie podczas lata i dlaczego?

Odpowiedzi zamieszczamy pod tym postem (Nie na FB, tylko na blogu – komentarze pod postem. Nie zapomnijcie się podpisać – jakoś trzeba będzie tego zwycięzcę zidentyfikować :)

Autora najciekawszej odpowiedzi wybierze trzyosobowe jury w następującym składzie: Marzena Zdeb, Izabella Frączyk i Jagna Rolska

Wyniki konkursu ogłosimy w piątek.

Nagroda zostanie wysłana pocztą pod wskazany przez laureata adres na terenie Polski

Szeptucha 9

Szeptucha 9

Dożynki część 1

Zenek Kapeluszny ocknął się nagle i nie było to przyjemne przebudzenie. Jego dolna połowa ciała spoczywała na drewnianej ławce, a górna znajdowała się w zgoła opłakanym stanie. Dłonie oplatały miłośnie pęki pokrzyw, tors oddychał niespokojnie, a półotwarte usta wypełnione były obślinioną ziemią. Wysuszony jęzor podjął próbę udrożnienia jamy ustnej, ale zadanie okazało się ponad siły. Z niemiłosiernym skrzypieniem do sklepu zbliżał się rower. Aurelka wyhamowała przed wejściem i oparła pojazd o płot. Chwyciła siatkę, dotychczas wiszącą na rączce kierownicy, i pomaszerowała do środka.

– Dzień dobry! – zaświergotała radośnie. – Dwadzieścia bułek poproszę!

– Dzień dobry! – odparła zażywna sklepowa. – Oj, to widzę, że u was cały czas ten indyjczyk mieszka, i apetycik na polskie jedzenie mu dopisuje?

Aurelka zignorowała wścibstwo ekspedientki i uśmiechnęła się uprzejmie. Przez chwilę wodziła wzrokiem po półkach, układając sobie w myślach resztę zakupów.

– Jeszcze pięć kilko karmy Pedigree poproszę, mleko i kupon totolotka. Tu ma pani numery.

– Proszszsz… – wycedziła urażonym tonem sklepowa i rzuciła na ladę torbę psiej karmy, karton Łaciatego i wydruk z maszyny totalizatora.

Lela kompletnie nie przejęła się fochami sklepowej Jadźki i ze stęknięciem zebrała wiktuały. Z pewnym wysiłkiem zaczepiła siatki na rączkach roweru i z niemiłosiernym zgrzytem nieoliwionego łańcucha odjechała w stronę domu prababci, kompletnie nie zwracając uwagi na cierpiącego kacowe katusze Zenka. A Kapeluszny cierpiał bardzo. Jego mózg bombardowany kakofonią dźwięków dnia codziennego zawiesił się na jednym, jedynym pragnieniu.

– Pić! – wycharczał Zenuś i na czworakach ruszył w stronę rowu melioracyjnego. Zarośniętego pokrzywami, jak się wkrótce okazało. Po wizycie urzędników unijnych został tylko smród bobków zdziczałych kóz, a skoszone przed wizytacją zielsko odrosło w pełnej krasie. Zenek zwinął się w trawie jak dziecko i zaszlochał bezradnie. Opodal przechadzała się koza.

– Dzień dobry, Lucyno! Dzień dobry, Mruczku! – roześmiana Lelka wjechała na prababciną polankę i przywitała się ze słoniem i z kotem. Zwierzaki nie pozostały obojętne i podbiegły do roweru. Znaczy, podbiegła słonica Lucyna, a w rytm drgań gleby przyturlał się kot Mruczek. Na podwórzu stała gigantyczna gliniana donica, do której Aurelia z niemałym wysiłkiem wsypała zawartość pięciokilogramowej torby karmy dla psów.

– Smacznego! – powiedziała, i odczepiwszy z rączki roweru siatkę z kajzerkami, pobiegła do letniej kuchni.

Lucyna rzuciła się łapczywie na swe polskie kulinarne odkrycie. Mruczek wskoczył na brzeg donicy i cierpliwie czekał na swoją kolej. On też preferował psie żarcie. Wychodził z założenia, że ludzie wolą te azorowate podlizuchy, i do karmy sypią im więcej mikroelementów, niż do żarcia dla nielubianych powszechnie kotów. Lucyna ideologii nie dorabiała. Jej wystarczyło, że żarcie nie śmierdziało bananami, którymi żywiła się przez wszystkie lata spędzone w Indiach. Z donośnym trąbieniem słonica powitała kolejny dzień w nowej ojczyźnie i ustąpiła grzecznie Mruczkowi miejsca przy donicy. Chwilę pokręciła się w miejscu i wkrótce pobiegła oddać zwyczajowy poranny stolec na polu Stachańskich.

– Już jestem, prababciu! – zaświergotała radośnie Aurelka, rozglądając się za Rajatem, swoim dalekim kuzynem z jeszcze dalszych Indii.

– No! W porę przychodzisz – powitała ją Szeptucha, odwracając się od kuchni. – Dopiero co Boguś przyszedł się z tobą obaczyć.

– Tata? – zdziwiła się Lelka. – A co chciał?

– Nie „co chciał”, a „co chce”, bo siedzi w paradnej izbie i nigdzie się nie wybiera – sprecyzowała prababka. – Z Rajatem usiadł i coś tam mu prawi.

– Zamorduję! – wrzasnęła Aurelia. – Znowu mi obciachu narobi!

– Cicho bądź! – ofuknęła ją Szeptucha. – A co ma niby narobić? Ojciec nie wie, że Rajat to twój narzeczony, racja?

– No racja – skapitulowała nastolatka. – No, ale co ojciec, prababko, od niego może chcieć? To podejrzane jest!

– A ile już Rajat tu u nas siedzi?

– No… tygodni parę. Krótko.

– I codziennie dziesięć kajzerek żre i miskę żuru z kartoflami.

– Oj, wie prababcia! – żachnęła się Lelka. – Tak gościom jedzenie wypominać!

– Ja nikomu nie wypominam, ale emerytura częściej niż każdego dziesiątego przychodzić nie chce, a żarcie, z pewnymi wyjątkami, w lesie nie rośnie. O! – podsumowała prababka. – A Boguś, tatuś twój znaczy się, Rajata chce u siebie w tej ochroniarskiej firmie zatrudnić. Nada się chłopak jak nic. Ma wyjątkowe zdolności do zdalnej prewencji.

– A ja to nie? – obruszyła się Lela.

– Ty też, dziecko.

– No to jak się Rajat do tatusia firmy zapisze, to ja też chcę. Razem będziemy na patrole chodzić! – ogłosiła stanowczo Aurelia.

– A może i to niegłupie? – zarechotała stara. – Pogadam z twoimi ojcami. Matka pewnie okoniem stanie, ale i na nią się sposób wynajdzie.

– Dzięki, prababciu! – rozpromieniła się Lelka i jej młodocianą jaźnią zawładnęła wizja nocnych patroli, przedzieranie się w mrocznej gęstwinie zarośli i wspólne czołganie się po pachnącej dzikim rumiankiem łące.

Co ciekawe, dokładnie to samo miała na myśli jej prababka.

– No, Leluś! – cmoknęła Szeptucha ponaglająco. – Chłopy gadają, ale jak to one, zaraz zgłodnieją. Łap smalec i kanapki rób, a ja pójdę wypuścić Lucynę na pole Zośki Stachańskiej.

– Sama polazła – osadziła babkę Lela, nie odwracając się od kuchennego blatu.

– Wot, zmyślna bestia! – cmoknęła z aprobatą Szeptucha i szurając kapciami poszła w stronę domu. Pokojowe czy nie, ale męskie rozmowy trzeba dozorować.

Janka, żona Bogusia i matka Aurelii, zazgrzytała ze złości zębami. Z całego serca nie znosiła babki męża i szarpały nią straszliwe zgryzoty, odkąd ta podła baba ukradła jej córkę. Niby Lela do domu przychodziła, ale pachniała tak obco, inaczej wyglądała, i opowiadała dziwactwa, którymi najwyraźniej podła Szeptucha jej myśli nabijała. Dobrze, że babsko przynajmniej na razie nie interesowało się Mateuszem. Oczko w głowie Janki skończyło podstawówkę z pierwszą lokatą i od września tego roku rozpoczęło naukę w gminnym gimnazjum. Największym marzeniem Janki było wykształcenie dzieci i wysłanie ich do Warszawy. Liczyła na to, że w zgiełku ogromnego miasta w jej potomstwie nie obudzi się genetyczna spuścizna niewygodnych krewnych. Krewnych, co należy wyjaśnić, pośród których Szeptucha była zaledwie nieszkodliwą, sfiksowaną staruchą. Zdecydowanie gorsze obciążenia genetyczne zafundowała dzieciom gałąź po kądzieli. Zaniepokojona matka miała nadzieję, że akurat to dziedzictwo nigdy się w jej dzieciach nie odezwie.

– Pst… – coś szurnęło w krzakach i syknęło porozumiewawczo.

– Kto tam? – zapytała ze zniecierpliwieniem w głosie Janina.

– To ja – wyjaśnił Mruczek.

– Wydawało mi się, że kot mówi „miau” – zadrwiła kobieta.

– Zależy, kto pyta! – odgryzł się kot.

– No, może i tak – zgodziła się dla świętego spokoju bogusiowa żona i zapatrzyła się w niebo.

– Nie będzie pełni dzisiaj – usłużnie podsunął zwierzak.

– Południe ledwie, a ty o nocy rozprawiasz – mruknęła Janka.

– Chmury będą, to i księżyc zasłonią.

– A guzik tam wiesz – żachnęła się matka Leli. – Pilnuj się lepiej dzisiaj, i tego słonia do stodoły na noc spędź, bo do rana tylko kości z niego zostaną.

Kot wygiął grzbiet, zeskoczył na trawę i na wszelki wypadek nie podjął dalszej dyskusji. Nie godzi się spoufalać z obcym obozem.

– Stara proszą, żebyś do niej na herbatkę zaszła po południu. Sprawę ma – wypalił na odchodne i uznawszy, że misja została wypełniona, czmychnął w pobliskie krzaki.

Janina wzruszyła ramionami i weszła do domu. Jeszcze czego! Na audiencję do jaśnie prababki chodzić nie zamierza! Na oparciu fotela zauważyła lelczyne gatki. A może jednak pójdzie? Może to pora najwyższa o swoją córkę pierworodną się upomnieć?

– Wstawaj, Zenek! – W jaźń skacowanego Kapelusznego wbił się ostry głos sołtysa Alojzego Gąsiora.

– Czego chcecie? – wymamrotał pod nosem pijak.

– Robota jest!

– W niedzielę nie robię!

– Wot, durny ty, wtorek przecie dzisiaj – zarechotał sołtys.

– Nie może to być! – przeraził się Zenek i usiał gwałtownie. W głowie mu się zakołysał świat, ale nie to było najgorsze. – Psiamać! Rentę po tatulu podpisać w poniedziałek miałem!

– No to widzisz, z renty nici. Znaczy się, robota jak nic ci się przyda. Wstawaj!

– Sił nie mam! –poskarżył się Kapeluszny.

– No to masz – ulitował się sołtys i podał cierpiącemu butelkę zimnego piwa.

– Dzięki, sołtysie! – Zenek chwycił flaszkę, zębami kapsel zerwał i łapczywym haustem wypił aż do dna. Beknął donośnie i westchnął z nieskrywaną ulgą. – Z pana to jednak porządny chłop jest.

– No! Sprawisz się dobrze, to potem i winko dostaniesz. Idziemy!

Zenek poderwał się dziarsko, i nikt by się nawet nie domyślił, że jeszcze kilka chwil wcześniej czołgał się z trudem po łące. Teraz podążał za swoim zbawcą, dziarsko przesadzając kępy pokrzyw i rozgarniając wysokie zielsko.

– Co to za robota, szefie? Znowu jakaś komisja do nas jedzie?

– Gorzej, Kapeluszny. Dożynki idą – westchnął sołtys. – Baby jak co roku pocipiały i Bóg wi, co chcą na poczęstunek szykować.

– Wyżerka znowu będzie! – ucieszył się Zenuś.

– Aj, Kapeluszny, do wyżerki to jeszcze daleka droga! Każda wieś dostała na przygotowania po pięćset złotych.

– Jezusie, toż to majątek!

– Głupiś, Kapeluszny, jak but! Na wina przeliczasz, a ja tu kombinuję, jak całą gminę na naszym stoisku dożynkowym ugościć za te nędzne grosze., – parsknął ze złością Alojzy Gąsior. – I, co więcej – dodał po chwili – jak tu rywali pokonać i na dożynkach wygrać.

– No… a wianek? – podsunął nieśmiało Zenuś.

– Wianek! Wianek! A co ma wianek do tego? Wyplatają baby jakiś ołtarzyk ze świętym Janem Pawłem II i na konkursie wianków mamy całkiem spore szanse. No ale, Kapeluszny, sam powiedz, damy radę na stoisku słomą ludzkie kichy zapchać?

– No fakt, ma sołtys rację. Nie damy rady. Ludzie nie kozy, słomy żreć nie chcą – podsumował Zenek filozoficznie.

– Jak ja ci dam kozy, do jasnej cholery…! – wrzasnął sołtys na wspomnienie chińskich kóz, które sprowadził do wsi przed przyjazdem komisji unijnej w celu założenia pokazowej farmy ekologicznej.

– Dobra, nic nie mówię – wycofał się pospiesznie Kapeluszny. Grunt był śliski. W końcu to on stawiał zagrodę, z której kozy pouciekały tuż przed przyjazdem członków delegacji.

– No i słusznie! Nie gadaj, tylko słuchaj – odparł sołtys, wychodząc na drogę i energicznie otupując buty. – Zależy nam na zajęciu pierwszego miejsca w konkursie stoisk z żarciem regionalnym, ale żeby tego dokonać, to potrzebujemy trzech rzeczy.

– Żarcia?

– Żarcie to właśnie efekt trzech składowych, o których mówiłem, zanim mi się wciąłeś między wódkę a zakąskę! – prychnął wściekle szef wioski.

– Aha! – skomentował inteligentnie Kapeluszny, który tak, prawdę mówiąc, z wypowiedzi sołtysa wysyntezował wyłącznie „wódkę”, i na wszelki wypadek postanowił się zgodzić. A nuż Alojzy Gąsior będzie polewać?

– Nam jest, Kapeluszny, potrzebna po pierwsze, wiedza, co sąsiedzi gotują, po drugie, stosowne wiktuały zdobyte tanim kosztem, i po trzecie, dobra nalewka, która z nóg nie zetnie, ale pijących rozweseli.

– Pędzić mam, znaczy się? – ucieszył się Zenek.

– A idź ty mi z tymi swoimi samogonami, Kapeluszny, bo nie wytrzymam zaraz! Nikt nie uwierzy, że twoje trunki fioletu od śliwek nabrały. Ty masz, Zenek, inne zadanie. Szpiegiem będziesz i tym, no… inspicjentem..

– Pan sołtys się za reżyserkę bierze?

– Co ty, Zenek, pier…?

W środek plugawych słów, które zamierzał wygłosić ojciec wsi, wciął się zenkowy kaszel.

– Znaczy się, intendentem mam być? – domyślił się Kapeluszny.

– I to nie byle jakim! – Sołtys najwyraźniej odzyskał rezon. – Masz zdobyć składniki za darmo. No! A teraz leć po chałupach, z babami gadaj, i zamówienia zbieraj. Tam już cię czekają z wiśnióweczką.

Ostatni argument sprawił, że Zenon Kapeluszny podskoczył w miejscu i pognał w stronę zabudowań, jakby go sam wampir gonił.

– Osobiście uważam, mój drogi wnuku, że dalsze ustalenia można przy drugim śniadaniu poczynić – Szeptucha stanowczo wkroczyła w środek męskich rozmów.

Rajat siedział cokolwiek otumaniony i wodził czarnymi oczami o migdałowym wykroju od ciotecznej prababki do ojca Lelki, groźnego i postawnego faceta w czarnym uniformie. Na wszelki wypadek zaniechał podczas rozmowy zwrotu „kochany wuju” i czujnie wsłuchiwał się w słowiański głos ojca swojej ukochanej. Dziękował opatrzności, że pradziadek Józek wtłoczył mu do łba podstawy socjologii słowiańskiej. Aurelia była oczywiście inna i rozumiała wszystko, ale jej rodzina stanowiła wyzwanie. Do cholery, tu nawet bananów nie było! Znaczy były. W sklepie i nawet na paterze w kuchni letniej, ale nikt ich nie używał do gotowania. Nienormalne kompletnie. Lucynie się podobało, ale Rajat tęsknił do domowego jedzenia swej matki. U niego w domu przynajmniej się żarcia z lasu nie przynosiło w wiklinowych koszykach. Chociaż z drugiej strony żurek z grzybami…

– A co tam gotujecie, babko? – zaciekawił się w tymczasem Boguś, ojciec Aurelii i wnuk Szeptuchy.

– Oj, wnusiu, nie ja warzę, ino córka twoja. Chodźcie do kuchni, bo tam żur stygnie, a i kanapki ze smalcem się znajdą. – To mówiąc, babka łypnęła nie na swojego wnuka, ale na Rajata, który obślinił się na wzmiankę o żurku.

Atmosfera w kuchni była gęsta, że nożem by ją można kroić. Lelka nalała zupę do talerzy i teraz nerwowo siorbała, spoglądając raz na ojca, raz na prababkę. Wzroku Rajata na wszelki wypadek unikała.

– No to co tam, Boguś, z Rajatem ustaliliście? – od niechcenia rzuciła Szeptucha.

– A… chłopak zmyślny, to mi się w firmie przyda. Jutro go szefowi przedstawię. Nada się jak nic. Krewnych trzeba przecież wspierać, no nie? – Boguś uśmiechnął się od ucha do ucha, a Lela zakrztusiła się kartofelkiem.

– Co tam, córuś? – zatroszczył się Boguś.

– Nic jej nie będzie! – zbagatelizowała sprawę Szeptucha i walnęła prawnuczkę w plecy. – Powiedz lepiej, Boguś, czy Rajat ci się pochwalił swoimi niezwykłymi zdolnościami?

– Nie, a powinien? – zapytał ojciec Aurelii, pospiesznie przełykając zawartość łyżki.

– Rajat! – zadysponowała stara.

Chłopak z żalem porzucił talerz, wstał i złożył przed Bogusiem głęboki ukłon. Zaplótł nogi na wysokości stołu i zawisł w powietrzu. Dotknął kciukami śniadego czoła, i dryfując ponad linoleum, skłonił się ponownie.

– No ładnie, ale jak to się ma nam niby w firmie przydać? Będziesz biurka lewitował, żeby sprzątaczce było łatwiej? – parsknął histerycznym śmiechem Boguś. Tak się zazwyczaj dzieje, gdy zwykły zjadacz chleba stanie się mimowolnym świadkiem zjawiska, które wykracza poza jego zdolność percepcji. Gdy wyprzeć się nie da, to trzeba zjawisko zbagatelizować.

– Tatusiu! – Aurelia poderwała się na równe nogi i stanęła obok dryfującego nad podłogą Rajata. – Jesteś okrutny i nieczuły! – Napięte do granic ostateczności nastoletnie nerwy nie wytrzymały, i z sarnich oczu nastolatki potoczyły się wielkie jak groch łzy.

– A co ja znowu nie tak powiedziałem? – zdumiał się ojciec ochroniarz.

– Cicho, Boguś, siedź – zadysponowała Szeptucha i cmoknęła z dezaprobatą. – Lela, pokaż, co potrafisz!

Aurelia spojrzała na prababkę i potrząsnęła przecząco głową.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się – uspokoiła ją stara. – Zniszczenia pokryje PZU, a ta kuchnia letnia już dawno się o remont prosi.

Lela stanęła za dryfującym prawnukiem Józka i głęboko westchnęła. Przytuliła się do pleców Hindusa i pstryknęła palcami. W jednej chwili dach chałupy nabrał niespotykanej elastyczności i zassał eternit do środka. Gdy Lela wypuściła powietrze z płuc i kaszlnęła, poszycie wróciło na swoje miejsce, a papa wystrzeliła płatami na pole Stachańskiej. Warkoczami energii na parę młodych spływały zjawiska atmosferyczne. Nad podwórkiem rozpętała się burza z piorunami. Słonica Lucyna z donośnym rykiem umknęła do stodoły. Aurelia wtuliła dłonie we włosy Rajata. Wyładowania elektryczne nakładały na letnią kuchnię kolejne czasoprzestrzenie. Boguś, kompletnie oszołomiony, chłonął epoki, dziwne miejsca i nieznane stwory wirujące wokół pary dzieciaków. Na kuchennej ścianie wyświetlały się kolejne kadry wydarzeń historycznych, a chałupa drżała w posadach.

Po kilku chwilach świat wrócił do normy.

– No i po awarii – ogłosił radośnie Boguś, podrywając się na równe nogi. – Pójdę już, babko. Do pracy muszę wracać – posłał starej wymuszony uśmiech i chwiejnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– No masz, i gadaj tu z takim! – zwiesiła głowę Lelka.

– Boguś! – osadziła go Szeptucha.

– No?

– Co no? – żachnęła się baba. – Nadadzą się czy nie?

Boguś powiódł nieprzytomnym spojrzeniem od babki do Aurelii.

– Tak, tak. Niech przyjdą jutro do biura – wyszeptał i uniósł głowę. – Coś z tym dachem by trzeba … – Wykonał nieokreślony ruch ręką i pospiesznie czmychnął z letniej kuchni.

– No, to załatwione! – zarechotała babka. Klasnęła z radości w dłonie i puściła do Leli oko.

Dzień dziecka

Dzień dziecka

Witajcie drodzy czytelnicy!

Wszystkim małym i dużym dzieciom życzymy szerokiego uśmiechu i samych radości w życiu. Dzień dziecka jakoś nas sprowokował do wspomnień, czego efektem są poniższe felietony :)

glowa_izy

W sumie to byłam grzecznym dzieckiem. A przynajmniej w świadomości rodziców. Moich i cudzych. Nawet niektórzy stawiali mnie za przykład, a mój kolega tak się kiedyś wkurzył, że kazał swoim rodzicom mnie adoptować, a jego oddać do domu dziecka. Był nawet skłonny to przeżyć, byle tylko go oddali z wieżą hi-fi :)

Uczyłam się dobrze, ale to właśnie ja nauczyłam całą klasę z podstawówki pluć na odległość i gwizdać na palcach. Ech, ależ ja się wtedy oplułam, żeby posiąść tę przydatną umiejętność. Ja nie wiem dlaczego, ale zawsze jak w szkole ktoś coś zmalował, to wszyscy w pierwszej kolejności patrzyli na mnie. Ale to nic.  Przy naszej podstawówce był spory most, a przy moście szła rura ciepłownicza. Oczywiście biegła na zewnętrz, już poza barierkami i wiadomo, że co większy kozak musiał po niej przejść. Hm, przyznałam się mamie jak już miałam po trzydziestce. Nie chcecie wiedzieć jak się zdenerwowała.

Później, w liceum, na amen unieruchomiłam sprzęt audio w pracowni języka angielskiego. Jako że chodziłam do klasy językowej, to nasz nauczyciel nękał nas tym angielskim przez dziesięć godzin tygodniowo, a w poniedziałki robił nam klasówki ze słuchu.  Sprzęt trzeszczał, chrzęścił, nikt niczego nie kumał i nie słyszał, więc w poniedziałki wszyscy równo chwytali pały.

Nasz nauczyciel trzymał taśmy do tego cholerstwa w metalowej szafce zamykanej na klucz, więc pewnego razu wetknęłam w zamek kawałek zapałki i tym oto sposobem załatwiłam gościa na kilka tygodni, a rzesza uczniów po dziś dzień nie wie, komu zawdzięcza wyższą średnią z Anglika. Cóż, niestety nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie, bo w końcu przyszedł pan Zbyszek, czyli nasz woźny i jakoś dobrał się do tej szafki i z powrotem uruchomił w niej zamek. Koszmar powrócił. Poniedziałkowy horror powrócił do klas. Na szczęście, niedługo po tym tragicznym w skutkach zdarzeniu przyjechali do nas Duńczycy na wymianę i szkoła zorganizowała dyskotekę. Zgłosiłam się na ochotnika do pilnowania szatni i jeszcze namówiłam kolegę. Heh, wcale nie dlatego, że nie chciało mi się tańczyć z Wikingami, ale dlatego, że szatnia miała się mieścić w naszej angielskiej pracowni. A tam był ten przeklęty audio sprzęt, a od czasu ponownego otwarcia metalowej szafki, znów w poniedziałki hurtowo posypały się pały.

No tak, do mojego planu był potrzebny ktoś silny, więc skołowaliśmy jeszcze szkolnego osiłka, co rozumem nie grzeszył i przystąpiliśmy do dzieła. Zdjęliśmy tablicę ze ściany, bo tam biegł kabel do głośnika. Przecięliśmy kabel i od razu połatałam go zwędzoną tacie taśmą izolacyjną tak, żeby nic nie stykało. Z wierzchu owinęliśmy go ładnie i koledzy z powrotem powiesili tablicę na swoim miejscu.

Ech! Iluż fachowców nie wzywano na odsiecz. Nawet niektórzy zdejmowali tę tablicę, ale widząc profesjonalnie połatany i zaizolowany kabel, wieszali ją z powrotem. Sprzęt działał, a nie działał. I na tym właśnie polegał geniusz naszego podstępu, bo o ile mi po wielu latach doniesiono, ten głośnik nie działa do dziś. :)

Mam tylko nadzieję, że dyrekcja szkoły nie skojarzy mnie jutro po panieńskim nazwisku. A może jednak, na wszelki wypadek, usunę moje liceum z Facebooka. (?) :)

kolaż 1

 

glowka_Jagny_new

Z dniem dziecka najbardziej kojarzy mi się wyprawa do Zielonej Budki z dziadkiem. Miałam pewnie nie więcej, niż sześć lat, był piękny słoneczny dzień. Taki w sam raz na spacer zalaną słońcem ulicę Rakowiecką prosto do Puławskiej. Dziadek palił „radomskiego”, ja podskakiwałam podniecona wizją lodów w więcej niż dwóch smakach. A tak! W Zielonej Budce były aż cztery smaki, czyli śmietankowe, truskawkowe, pistacjowe i kakaowe, co w tamtych czasach było poczytywane jako rozrzutność granicząca z szaleństwem.

Nas, dzieci PRL-u życie specjalnie nie rozpieszczało, jeśli chodzi o sferę doznań kulinarnych. Czekoladę widywało się głównie na święta i to też nie zawsze a teoretycznie powszechnie dostępne „wyroby czekoladopodobne” były tak pyszne że aż gębę wykręcało. Był głód wszystkiego. W mojej podstawówce hitem były oranżadki w proszku sprzedawane w trójkątnych, papierowych rożkach z wizerunkiem D’Artagnana z popularnej w latach 80’ bajki z pieskami w roli głównej.

Się na taką oranżadkę zrzucało solidarnie z koleżanką i kupowało w pobliskim warzywniaku. A potem szło chodnikiem, ciągnąc worki z kapciami po ziemi i na zmianę maczało brudne, obślinione paluchy w owej oranżadce. Oranżadki zresztą nie zawsze w warzywniaku były, ale i na to kreatywne dzieciaki PRL-u miały rozwiązanie. Chodziło się do apteki po „Visolvit”, który był (podobno) zestawem witamin dla dzieci. W torebce, w proszku, musujące i słodkawe – to wystarczało :)

Raz na jakiś czas szkołą wstrząsała wiadomość: w warzywniaku pojawiły się żelkowe misie! Biegło się z wypiekami na twarzy i nerwowo szukało pieniędzy po kieszeniach. Tak! Stać mnie na trzy! A rumiany Pan Wiesio z namaszczeniem kładł szczypcami na kawałek gazety rzeczone trzy misie, zawijał fachowo i podawał nieletnim klientom, którzy między sobą szeptali z przejęciem, że miśki przyjechały aż z RFN :)

Z tym warzywniakiem wiąże się jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Otóż miałam może ze cztery lata i szłam z mamą po zakupy. Uparłam się, żeby zabrać jakiegoś pluszaka w wiklinowym koszyku. I pech chciał, że stojąc z mamą w kolejce przejechałam tym koszykiem jakiejś starszej pani po pończochach, oczywiście drąc je niemiłosiernie. Kobieta zaczęła się awanturować w sposób niewspółmierny do okoliczności i wyzywać mnie od tumanów. Moja matka, grzecznie przepraszając wyjęła z portfela kwotę znacznie przekraczającą wartość pocerowanych pończoch i równie grzecznie poprosiła, żeby kobieta łaskawie przestała się drzeć na dziecko, czyli na mnie :)

Nie powiem, byłam przerażona, zwłaszcza, że kobieta wyrwała mojej mamie pieniądze z ręki i wyzywając ją od chamek dostojnie opuściła warzywniak. A niezastąpiony pan Wiesio wyskoczył zza lady, złapał mnie pod pachy i posadził na świętej ladzie na której stał słoik z żelowymi miśkami. Chwilę pomajstrował szczypcami w środku i położył mi kilka upragnionych żelków na dłoni. Tego dnia czułam się jak królowa warzywniaka :)

A jak już przy pierwszych wspomnieniach jesteśmy, to dziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie parę dni temu rozmawiałam o tym z moją matką chrzestną. Ona moje wczesne dzieciństwo pamięta nieco inaczej.

Tu muszę wyjaśnić, że jako niespełna dwuletnie dziecko przejawiałam niezdrową fascynację guzikami. Moja mama twierdzi, że „gui” czyli guzik było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. Mogłam się bez końca nimi bawić i jakoś nikt się wtedy nie zastanawiał, czy ich nie zeżrę i się nie zadławię.

Feralnego dnia podróżowałam z moją matką chrzestną dość zatłoczonym autobusem. Siedziałam u niej na kolanach. Koło nas stał facet. Trzeba Wam wiedzieć, że wtedy rozporki były z guzików. Namierzyłam gościa i krzycząc radośnie „guzik” chwyciłam go za przyrodzenie :)

kolaż2

Tornado 7

Tornado 7

 

 

Wielki dzień

Po pierwszych tygodniach udręki uznaliśmy wreszcie, że to już chyba kres wystawiania naszych nerwów na szwank, ale Tornado najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie.  Pomimo maksymalnego zabezpieczenia ogrodu, kilka razy zdołał niepostrzeżenie oddalić się w niewiadomym kierunku. Na szczęście, po dziś dzień, każdy od razu nabiera się na to jego poczciwe ryło oraz spojrzenie cielaka, zatem z tych wycieczek dość szybko wracał do domu. Za każdym razem cieszył się jak głupi, a później strzelał popisową minę niewiniątka. Pomału zaczęliśmy bilansować wydatki. Już kilkukrotnie wypłaciliśmy nagrody znalazcom, w markecie budowlanym też już zostawiliśmy swoje, o weterynarzu nawet nie wspominam.

Nie ma siły. Jak widać nie można zostawić go samego w ogrodzie, więc doszło mi jeszcze więcej spacerów lub towarzyszenie gadowi przy domu. Po konsultacji z weterynarzem stało się jasne, że jak tylko Tornado zaliczy rekonwalescencję po antybiotykach, to od razu ciachniemy mu jajka.  Termin nie był odległy, zatem zacisnęłam zęby i znów przez 24 godziny na dobę pilnowałam psa, żeby nie nawiał.  Przed pierwszym terminem, Tornado, chwycił nawrót anginy, przed drugim zwiał na godzinę przed. W jaki sposób? Nawet nie pytajcie, bo nie wiem. Dziś z perspektywy oceniam, że po prostu przeskoczył przez ogrodzenie, choć nie wiem, jakim cudem może to uczynić pieseczek sięgający mi do kolan, gdy nie założę szpilek. Ale cóż, co ja tam wiem. :)

Przez kilka kolejnych tygodni uczciwie pilnowałam psa, żeby nie poleciał na dziewczyny oraz pilnowałam siebie, żeby od tego pilnowania nie zwariować. Wierzcie, łatwo nie było, a ja, niczym poborowy odcinałam dni na centymetrze, aż wreszcie nadeszła upragniona data obcięcia rodzinnych klejnotów.

Uff. To już nazajutrz. Tyle jeszcze wytrzymam.  W klinice chyba nie da nogi. Przecież jak go uśpią to im ze stołu nie ucieknie. Uff! Co za ulga…

W przeddzień wielkiego dnia nastał wieczór i nadeszła chwila, w której na ulubionym forum zaczynał się ruch, więc korzystając z tego, że dzieci oglądają dobranockę zainstalowałam się na tarasie. Cudowny zachód słońca, pies pode mną, a laptop przede mną. Właśnie rozgrzewałam łapki do klikania, jak dziatki me odmeldowały koniec seansu i czas wieczornych ablucji, więc ruszyłam do łazienki pomóc w suszeniu włosów. Nie było mnie może kwadrans. Na forum rozgorzała już burzliwa dyskusja na jakiś zajmujący temat, zatem uwinęłam się najszybciej jak mogłam. Zadowolona zasiadłam do laptopa. Nagle coś mnie tknęło i spojrzałam w dół, pod ławkę.

GDZIE jest PIES?!

To niemożliwe… Przecież spał jak suseł, kiedy wychodziłam. Barierki dość gęste i wysokie na półtora metra, dodatkowo taras na wysokości pierwszego piętra… Na serio, niemożliwe…

Zwątpiłam we własne zmysły. Dla pewności szczypiąc się w udo, by się utwierdzić, że na serio nie śnię, z pięć razy zajrzałam pod ławkę. Pusto, i nie chce być inaczej. Tornado właśnie wyparował do atmosfery. Jasny gwint! Żołądek podjechał mi do gardła. Cóż było robić. Sprawdziłam baterię w komórce i zasiadłam w oczekiwaniu na telefon od kogoś z moim ukochanym ostatnimi czasy tekstem: „Dzień dobry! Czy przypadkiem nie zginął pani piesek?!”.

Dwie godziny w nerwach. Jest!

– Dobry wieczór, bo wie pani, ja właśnie jadę pekaesem do Limanowej i pani pies też jedzie – zaszczebiotał dziewczęcy głosik.

– Że co?- zbaraniałam.

– No, piesek jedzie ze mną, ale wie pani, ja za kilka przystanków wysiadam i nie wiem, co dalej.

– Który przystanek?!!!

Jakby mnie tak wtedy policja zdybała to już chyba na trzecim skrzyżowaniu pozbawiłaby mnie uprawnień do kierowania pojazdem. Dobrze, że pekaes zatrzymuje się na przystankach, bo nieco zyskałam na czasie.  Tornado ucieszył się, jakby mnie rok nie widział. Wrr… Capnęłam go za wszarz i z odpowiednim komentarzem wpakowałam do auta. Lżejsza o kolejne pięć dych znaleźnego, zgodnie z przepisami ruchu drogowego, wróciłam do domu. Wybiła dwudziesta trzecia i na forum już wszyscy poszli spać, więc nie pozostało mi nic innego jak przeczytać, co tam napisali, gdy mnie nie było i też iść spać. W końcu nazajutrz wielki dzień. :)

Rankiem, na wszelki wypadek, zapakowałam psa w szelki dla tygrysa, żeby mi nie czmychnął gdzieś po drodze i jako że weterynarz urzęduje kilka domów dalej, piechotką ruszyliśmy na zabieg.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby iść wtedy piechotą. Przecież zawsze jeżdżę autem, ale tego dnia akurat musiałam iść (!). Że też diabli nadali… ech! Dziesięć metrów przed kliniką mój pies przystanął za potrzebą.

– O! Witam pani Izabelo! – zagrzmiał chwilę później weterynarz. – Ciachamy?

– Ciachamy, a przy biegunce można? – zapytałam z nadzieją, że jednak można.

– Mowy nie ma! Najwcześniej dwa tygodnie po ustaniu objawów.

– Błagam…, wczoraj wszystko było w porządku…

– Absolutnie!

– Ale wie pan, że ja tego już dłużej nie wytrzymam? On wczoraj przeskoczył przez barierki na tarasie, zjechał na dół po dachu, potem zeskoczył z garażu, wsiadł do autobusu i pojechał do Limanowej! Błagam…

– Ależ proszę pani! – oburzył się weterynarz. – Przecież on nie może tak sobie zeskakiwać z tarasu i zjeżdżać po dachu, bo jeszcze sobie łapy połamie! No, co też pani?! – doktor od psów ochrzanił mnie centralnie.

– No to może pan mu to skutecznie wytłumaczy, bo ja nie umiem. W końcu to pan, jest fachowcem od zwierząt.

– Dwa tygodnie.

Zabrzmiało niczym dożywocie, a ja, bliska łez, wróciłam do domu niczym zbity pies, pewna że w najbliższym czasie nasz domowy budżet skurczy się jeszcze o alimenty.

Długi weekend

Długi weekend

Długi weekend to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Oddalamy się więc na dni kilka. Jednej z nas się poszczęściło, bo jedzie zażyć luksusu niegotowania i leżenia pępkiem do góry, drugiej nieco gorzej się trafiło, bo będzie ogarniać remont 😉

A Wam, drodzy czytelnicy, niezależnie od tego jakie macie plany, życzymy żebyście miło spędzili te kilka dni i wrócili do nas w doskonałych humorach.

No i pamiętajcie, że jutro dzień matki. Wszystkim mamom życzymy spełnienia marzeń, uśmiechu na twarzy i grzecznych dzieci. Oczywiście nie przesadnie grzecznych, bo to by było podejrzane 😉

Do zobaczenia w poniedziałek!

bez

Nawigacja

Nawigacja

13293187_1163657236998049_1495012031_n

 

Zauważyłam, iż za sprawą postępu dzieje się tak, że człowiek głupieje na starość i co gorsza nic nie może na to poradzić. Choćby w samochodzie.  Jakieś 70 % mojego dotychczasowego żywota spędziłam za kierownicą i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można korzystać z wynalazku o nazwie „czujniki parkowania”. Jakoś zawsze człowiek bezpiecznie celował, równo parkował, nikogo nie przytarł, aż tu nagle pojawiły się w zderzaku te małe, upierdliwie piszczące kółeczka. Na początku starałam się udawać, że ich tam nie ma, ale jak udawać, skoro toto nie odróżnia wiechcia trawy od betonowej donicy?  W końcu przywykłam, ale lekko nie ma, bo w kolejnym samochodzie wstawili te przeklęte piszczące kółka również i z przodu. Też wyją, tylko innym tonem, niż te z tyłu i też nie widzą różnicy między trawą a betonem. Idzie zgłupieć.  W końcu przywykłam, do tego błogosławiąc w duchu fakt, że mój babowóz na szczęście jeszcze nie parkuje sam i jeszcze mam co robić, i do czegoś jeszcze jestem potrzebna.

To wcale nie koniec uprzykrzających życie atrakcji, bowiem od niedawna życiem ludzi zmotoryzowanych zawładnęła szeroko pojęta NAWIGACJA.  Jako osoba z dobrze rozwiniętym poczuciem podróżnego azymutu, obśmiałam niegdyś u znajomego elektroniczny kompas wbudowany w lusterku wstecznym i przez kilka lat konsekwentnie ignorowałam inne satelitarne wynalazki, z nawigacją na czele.

Aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przyszło mi gościć na Śląsku w dodatku z harmonogramem spotkań dopiętym co do minuty. Od zawsze wiadomo, że w tamtych stronach nie ma żartów, bo wszędzie albo jednokierunkowe, albo remont, albo pod prąd, więc uznałam, że w sumie to się przeproszę z tą nawigacją. W sumie, co mi szkodzi?

Na pierwszy ogień poszedł adres hotelu w Gliwicach. Wpisanie adresu do nawigacji w moim pojeździe graniczy z cudem i wymaga anielskiej cierpliwości oraz sporej koncentracji tudzież refleksu, bo urządzenie złośliwe. Nie daj Bóg ręka człowiekowi drgnie i wszystko na marne.  Na wszelki wypadek, skoro nareszcie wymyśliłam jak to zrobić, zawczasu wpisałam sobie również adresy bibliotek w Czerwionce-Leszczynach i Knurowie. Zawsze to potem łatwiej wybrać adres z listy. Na autostradzie nawigacja powinna być cicho, zatem w drogę.

– Jedź tą drogą- mniej więcej w połowie drogi na prostym płatnym odcinku A4, napomniał mnie damski głos godzien seks telefonu.

– He, mądrala! Ciekawe jak jej pójdzie w Gliwicach- powiedziała Ewa, moja towarzyszka.

– Pewnie lepiej niż nam, bo ja w temacie dróg na Śląsku wolę być pokorna.

Droga upłynęła bez przeszkód, ale gdy minęłyśmy dwa zjazdy w stronę Gliwic, Ewa wyraziła zaniepokojenie:

– Słuchaj, a czemu ona nic nie gada?

– Nie wiem, może się obraziła o ten seks telefon.

Nawigacja rzeczywiście zamilkła i przerzuciła się na system obrazkowy. Naraz jednak odzyskała głos i kazała mi skręcić w lewo na autostradzie.  Ech, żeby chociaż jakiś ślimak tam był, ale nie.

– A może ona nie zna tej drogi? W końcu to wszystko tutaj nowe.

– Możliwe. Pewnie trzeba zaktualizować cholerę.

Ciekawa, czy da się ustawić milszą dla ucha opcję męskiego głosu, trzykrotnie objechałam mój cel w kółko, żeby przy cmentarzu usłyszeć szept nawigacji, że właśnie osiągnęłyśmy cel podróży.

– Zwariowała chyba, to miał być hotel, nie park sztywnych.

Przez przejście dla pieszych przepuściłyśmy kondukt żałobny. I całe szczęście, bo w międzyczasie zauważyłyśmy nasz hotel, skryty w krzakach po drugiej stronie ulicy.

– Jest! Kurczę. Pod hotelem jakoś pogłośnię tę babę. Wprawdzie jeszcze nie wiem jak, ale pogłośnię. W sumie to nawet zegarek mam nadal ustawiony na czas zimowy, bo nie umiem go przestawić. Ale spróbuję.

Istotnie nie było to łatwe. Z zapartym tchem i w pełnym skupieniu zagłębiłam się w coraz to bardziej, i co tu dużo gadać, szczegółowe i coraz bardziej skomplikowane menu. W końcu ustawiłam. Nawet nie wiedziałam, że nie oddycham, w takim skupieniu kręciłam multi-funkcyjnym pokrętłem, ale nareszcie szczęśliwie podciągnęłam głośność na maksa, bo w systemie obrazkowym to jak widać, ja jeździć nie umiem.

Hmm, chyba jednak nie zatwierdziłam zmian, bo do Czerwionki- Leszczyn znów dojechałyśmy za pomocą obrazków, ale na szczęście wcześniej sprawdziłam sobie w googlach, jak wygląda biblioteka i znalazłam ją „na oko” :)

Udało się dojechać na styk, by po fantastycznym, półtoragodzinnym spotkaniu przemieścić się na następne. W Knurowie.  W międzyczasie całkowicie zachrypłam i gotowa pożyczyć ten seksowny głos od nawigacji w panice rozglądałam się za apteką. Vocaler poszedł w ruch. Jedziemy! Knurów, już, już! Czas nagli. Dobrze, że już kiedyś tam byłam, bo ta pinda z komputera znowu ogłosiła strajk i przestała wyświetlać nawet obrazki. Jesteśmy. Dosłownie co do minuty. Jeszcze mi się tabletka nie zdążyła rozpuścić, jak znów przyszło mi gadać. Widownia liczna. Wymagająca. Inteligenta. Mega wyzwanie, a tu z głosem kruchutko. Gdy cudowne spotkanie dobiegło końca, postanowiłam na dobre rozprawić się z wredną kobietą od nawigacji, boleśnie świadoma, że bez pomocy tej elektrycznej baby, za Chiny nie trafię do hotelu. Uf, chyba włączyłam. Powinno być dobrze. Policzyła sobie trasę, więc chyba działa. Wracamy. Wprawdzie znów nie gada, ale przynajmniej pokazuje obrazki, więc ujdzie. Jak coś, to będziemy szukać cmentarza…

Zgodnie z wyświetlanymi parametrami, jakiś kilometr od celu Ewa powiedziała, że poznaje okolicę. Odetchnęłam i sięgnęłam po kolejny vocaler. Za kilka metrów również i ja rozpoznałam otoczenie , w końcu wyluzowałam. Z ulgą pacnęłam dłonią w pokrętło i wyłączyłam przeklętą babę od nawigacji, która pewnie tak jak i ja, na amen straciła głos.

Odprężona wzięłam ostatni zakręt, gdy wtem – z rykiem o natężeniu miliarda decybeli odezwało się ta krowa z satelity:

– Twój cel znajduje się po lewej stronie!!! Brak sygnału z satelity!!!- huknęła franca na cały regulator.

Dobrze, że byłyśmy przypięte pasami, bo inaczej wybiłybyśmy głowami dziury w dachu i również wylądowały na cmentarzu.  Jak coś, na wszelki wypadek miałyśmy w bagażniku kilka bukietów. :)

Poniżej fotorelacja z dwóch cudownych spotkań autorskich. Niniejszym dziękuję za zaproszenie, liczny udział oraz cudowną atmosferę. Po prostu Was kocham <3 i zdzierżę nawet nawigację :)

13 maja 2016 – Biblioteka w Czerwionce- Leszczynach

kolaż1

kolaż2

13 maja 2016- Biblioteka w Knurowie

kolaż1

kolaz2

Elektryka prąd nie tyka

Elektryka prąd nie tyka

13279432_1161938593836580_1582512296_n

Tak przynajmniej mówią a ja nie mam podstaw, żeby nie wierzyć. Pan Darek, który przy okazji każdego remontu grzebie w moich domowych instalacjach ma się świetnie.

Czyli muszą istnieć ludzie, których prąd lubi a ponieważ świat nie znosi pustki, muszą być też tacy, których prąd ma w głębokiej pogardzie. I ja Wam zaraz udowodnię, że należę do tej drugiej kategorii i jestem jaskrawym przykładem prądowej nietolerancji, by nie powiedzieć dyskryminacji.

Jeśli komukolwiek walnie żarówka przy włączeniu światła to zawsze jestem to ja. Strzelają sobie te żarówki radośnie w kuchni, sypialni, w łazience, na klatce schodowej a nawet w akwarium. Regularnie wysadzam też korki a zapewniam Was, że nie robię niczego podejrzanego. Co więcej, niezrozumiała nienawiść prądu do mojej skromnej osoby rozciąga się na wszystkie urządzenia, które ten piekielnik ma w swojej władzy. I oczywiście zawsze wszystko się sypie w najmniej oczekiwanym momencie.

Kiedyś nowy piekarnik nawalił, to znaczy tuż po zamontowaniu zwyczajnie nie ożył . Dzwonię na infolinię, mówię co i jak.

– Ale to nie ma prawa się zepsuć proszę pani – odpowiada pan technik.

Zęby zaciskam, podążam za wskazówkami technika i oczywiście nic z tego nie wychodzi. Po kilku dniach przychodzi serwisant. Drapie się po głowie, myśli, kombinuje.

– Programator by nawalił? Ale w nowym? Niemożliwe.

No jak niemożliwe, jak możliwe? Nie takie rzeczy są dla mnie możliwe. Panie kochany ja nawet umiem tak kanał w telewizorze przełączyć, że jest czarny ekran a dźwięk słychać, albo tak, że jest obraz jednego kanału i dźwięk z poprzedniego! A czasem pilot kompletnie nie reaguje na moje polecenia. Rzucam się wymieniać baterie a w tym czasie mąż przechwytuje owo szatańskie urządzenie i spokojnie zaczyna zmieniać kanały. A ja stoję w progu pokoju z bateriami w garści i przekleństwem na ustach.

A wracając do piekarnika. Pan serwisant wymienił niesprawną część, zademonstrował, że wszystko działa i sobie poszedł. Cała zadowolona postanowiłam go włączyć. I co? Korki huknęły aż miło. Doprowadzona do furii dzwonię po pomoc do pana Darka.

– Oj pani nic nie rusza, bo to jak nic jakieś zwarcie.

No więc nie ruszam. Po godzinie zjawia się elektryk. Włącza jednym palcem piekarnik a korki w milczeniu współpracują. Pan Darek zagląda w ich czeluść i chwilę coś tam sprawdza.

– Ale tu wszystko w porządku jest – mówi, a ja wiem, że uważa mnie chyba za wariatkę, tylko przez grzeczność nic nie mówi.

Czasami psuję coś tak, że pada na amen, tak jak mój stary laptop. Ot zgasł sobie i po nim. No to ja w lament, bo jak pisać bez komputera? Mąż, jak zwykle przy okazji moich awarii elektryczno-elektronicznych jest gdzieś tam w świecie w delegacji. Dzwonię, jęczę, pytam retorycznie – jak żyć?

– Stary był, miał prawo się zepsuć – kwituje mąż, chyba głównie po to, żeby babskich lamentów nie słuchać.

Sprzęt faktycznie nie młody, naprawiać pewnie się nie opłaca. Zapada decyzja. Kupujemy nowy. Stary walnęłam do jakiejś szafki i więcej do niego nie wracałam, choć w środku zostało parę rzeczy, które wolałabym odzyskać. I tak z rok zleciał. Pewnego dnia mój mąż szukał czegoś w rzeczonej szafie i przy okazji odnalazł stary komputer.

– O! Zupełnie o nim zapomniałam – ćwierkam radośnie. – Może by go tak dać do jakiegoś magika od odzyskiwania danych?

Mąż bez słowa wyciągnął zakurzony sprzęt i ustawił na stole. Nacisnął jeden przycisk a komputer bez protestu ożył. Mąż popatrzył na mnie dziwnie i chyba nawet trochę poczerwieniał na twarzy. A komputer odziedziczyła moja mama. Służy jej bez najmniejszego problemu :)

Psuję aparaty fotograficzne, suszarki, blendery, wszystko co ma związek z prądem. Gdy jedziemy gdzieś samochodem, to mąż patrzy z obawą za każdym razem, gdy mój palec zbliża się do radia. Ale to wszystko to pikuś w porównaniu z tym co mam z telefonami. Ciągle się psują, zawieszają, coś im się kasuje, same dzwonią albo nie dzwonią wcale. Budzik dzwoni kiedy chce, albo nie dzwoni w ogóle. Czasem dostaję sms-y po roku od wysłania go przez nadawcę a bywa, że moje nigdy nie docierają do adresata.

Kojarzycie taki sen, że się biegnie i stoi w miejscu, albo porusza się bardzo wolno? I oczywiście prawie zawsze ktoś groźny nadbiega z tyłu. No to ja regularnie śnię taki koszmar, że muszę gdzieś zadzwonić i to jest sprawa życia i śmierci. I oczywiście stukam palcem w telefon, otwiera się milion rzeczy, ja się przez nie przedzieram, czas ucieka i nie mogę zadzwonić. Koszmar, mówię Wam 😀

Nietrudno więc zgadnąć, że swój elektroniczny numer stulecia wywinęłam właśnie przy pomocy telefonu. Tego zdradzieckiego, cholernego telefonu.

A było to tak. Jakiś czas wcześniej, przed właściwą akcją, poznałam przemiłą dziewczynę, mieszkającą w Polsce Irlandkę. Poznałyśmy się przez naszych mężów, którzy to z kolei poznali się w sferach zawodowych. Dziewczyna nie miała wówczas zbyt wielu znajomych, więc przylgnęła do mnie od razu. Co tu dużo gadać, polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Dwa razy umówiłyśmy się na mieście aż przyszedł czas na „udomowienie” nowej koleżanki. Umówiłyśmy się, że przyjedzie do mnie (wraz z małym synkiem w wózku) metrem i przechwycę ją na stacji metra. Przed wejściem na swoją stację miała mi puścić sms-a, że już jedzie.

No i super. Chałupa wysprzątana, lasagne w piekarniku czeka na podgrzanie. Przychodzi sms, więc powoli się ubieram, jednocześnie pisząc wiadomość, że zaraz wychodzę. W połowie pisania telefon zaczyna wariować. Ale jak malowniczo! Wyłącza się i włącza raz za razem. W kółko i bez końca.

Zadowolona z własnego pomysłu wyjęłam dziadowi baterię. Poczekałam chwilkę, zamontowałam ponownie. Telefon ożył… i po chwili powrócił do niekończącego się resetowania. Czas mijał, więc wrzuciłam wyśpiewujący bez końca melodyjkę startową telefon do torebki i pobiegłam do metra. Czekam. Wjeżdża jeden pociąg, potem drugi, trzeci. Jak okiem sięgnąć żadnej dziewczyny z wózkiem. Wyszłam na schody, przy których miała na mnie czekać. Chwilę postałam, oczywiście cały czas mocując się z telefonem. Potem uznałam, że muszę natychmiast wracać do domu i odzyskać utraconą łączność z koleżanką przy pomocy telefonu stacjonarnego. Wbiegłam z rozwianym włosem do domu, łapię za słuchawkę i w tej samej chwili spływa na mnie bolesna świadomość. Przecież jedynym miejscem, gdzie jest zapisany numer Irlandki jest szalejący bez chwili przerwy telefon. Opadły mi ręce, ale umysł gorączkowo zaczął szukać rozwiązania. Mam! Zadzwonię do męża, który w tymże czasie przebywał na arcyważnym szkoleniu gdzieś w Anglii. On pewnie ma w swoim telefonie numer do niej! Przytykam paluch do klawiatury.

Eeeee… więc właściwie to jaki numer jest do niego?

Rzuciłam się do teczki z dokumentami, wytrząsam papier za papierem na podłogę. Jest! Umowa abonencka, niżej numer. Wklepuję. Dzwonię. Poczta się włącza. Dzwonię ponownie. Nie odbiera. Kolejna świetlana myśl – sms-a mu wyślę, że bardzo ważną sprawę mam. Oh wait… sms-a stacjonarnym? Może jeszcze selfika sobie strzelę? Zaśmiałam się ponuro i właściwie nie bardzo wiedząc co dalej ze sobą robić, zaczęłam raz za razem bezmyślnie wstukiwać mężowski numer. A nuż się uda?

Co w tym czasie działo się u koleżanki? Otóż puściła mi sms-a, że jest, że po drugiej stronie stacji widzi windę, wjedzie na górę, i tam się spotkamy. Zaniepokojona moją nieobecnością i milczeniem postanowiła zadzwonić do mojego męża, ale potem sobie przypomniała, że nie ma do niego numeru. Zadzwoniła więc do swojego męża, który był na arcyważnej konferencji w Stanach. Mąż też się zmartwił co się ze mną stało i zadzwonił do mojego męża do Anglii. Ten, jak się domyślacie zaczął wydzwaniać na moją komórkę, która dalej skręcała się w konwulsjach na kuchennym blacie. Na stacjonarny nie miał prawa się dodzwonić, bo przecież ja, jak nienormalna dzwoniłam do niego. Co więcej, coś kiedyś w nim popsułam i jak ktoś dzwonił a było zajęte, to od razu włączała się poczta głosowa.

Zdenerwowany mąż postanowił więc zadzwonić do mojej matki, która oczywiście natychmiast zaczęła dzwonić do mnie na komórkę i na stacjonarny i podobnie jak mężowi – nic jej z tego nie wyszło. Postanowiła więc zadzwonić do mojej siostry. Siostra niewiele myśląc założyła buty i przybiegła do mnie, cały czas próbując rzecz jasna dodzwonić się na moją komórkę i stacjonarny.

Siostra zastała mnie nad setną próbą dodzwonienia się do męża. Wpadła z obłędem w oczach i od progu wysapała.

– Żyjesz?

Żyłam, a jakże, właściwie to wewnętrzna furia tak mną targała, że żyłam bardziej niż zwykle :)

Namierzyłam jej telefon i rzuciłam się jak harpia. W połowie lotu zorientowałam się, że przecież siostra nie może mieć numeru do mojej koleżanki, której nawet nie zna. Zadzwoniłyśmy więc do mojego męża do Anglii, który zadzwonił do męża koleżanki do USA a tamten podał numer, który potem przyszedł do mojej siostry sms-em z Anglii :)

Po przeszło godzinie międzykontynentalnych poszukiwań zlokalizowałam dziewczynę po drugiej stronie stacji metra. Pobiegłam jakby mnie diabeł gonił, osierocając restartujący się telefon tam, gdzie go poprzednio rzuciłam. Siostra popukała się wymownie w czoło i poszła do domu. A ja gnając chodnikiem myślałam, że w sumie to szczęście, że mój telefon daje tak wyraźne dowody swojego szaleństwa, to pokażę go koleżance, żeby nie myślała, że jakaś psychiczna jestem. Ujrzałam ją koło windy, już dobiegając do niej zaczęłam się kajać i opowiadać co cholerny telefon mi wyciął. I jeszcze rzuciłam coś w stylu, że pokażę jej ten fenomen, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Wchodzimy do mieszkania. Odruchowo spojrzałam na zdradziecki telefon. Leżał sobie cichutko na kuchennym blacie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Usadziłam koleżankę nad kubkiem herbaty z mlekiem i drżącą ręką sięgnęłam po telefon. Spróbowałam włączyć i uwierzcie mi, że nieomal odetchnęłam z ulgą, gdy nic się nie stało.

– Baterię wyjmij – poradziła znajoma.

Tak też zrobiłam, jednocześnie opowiadając jej, ileż razy czyniłam to wcześniej. Po chwili telefon mrugnął do mnie filuternie i pisnął informacyjnie, że jest w stanie pełnej gotowości do działania. Zamarłam a on w tym czasie zaczął raz za razem generować dziwne dźwięki.

– Aha! – powiedziałam triumfująco a po chwili się zamknęłam, gdy tylko dotarło do mnie, że to hurtowo spływają powiadomienia o setce nieodebranych połączeń :)

Aby przerwać tę ze wszech miar krępującą scenę zaczęłam wyciągać talerze.

– Upiekłam dla ciebie pyszną lasagne – powiedziałam chcąc zamazać w pamięci trudne początki tego spotkania.

Koleżanka się nie skarżyła, ale po godzinnym czekaniu przy stacji metra po prostu musiała być głodna. Rzuciłam się do piekarnika i włączyłam go.

A potem rozległ się huk wysadzonych korków 😀

Dobre maniery

Dobre maniery

 

Ktoś mądry kiedyś doszedł do wniosku, że to, co jest w życiu najlepsze, jest niezdrowe, niemoralne albo tuczące. Do tego dodawszy sobie to, co człowiek sam wymyślił, żeby w ramach jakiejś bliżej nieokreślonej idei uprzykrzyć i utrudnić sobie życie, to mamy przedsmak niezrozumiałej dla mnie pokuty. Od tysiącleci wiadomo, że od czasu do czasu post jest zdrowy i z tym polemizować nie zamierzam, ale niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy- dlaczego mlaskanie przy stole jest niestosowne? Przecież jak komuś smakuje to usta mlaszczą same. Owszem, przy konsumpcji przydrożnych trocin o smaku kurczaka zmielonego wraz z kurnikiem za bardzo ze smakiem mlaskać się nie da, ale dlaczegoż by tak, z braku serwetki, elegancko nie wytrzeć sobie ust rękawem.

Rękaw rzecz ważna, bo jak sama nazwa wskazuje jest zawsze pod ręką, a jak się pobrudzi keczupem to zawsze go można podwinąć. Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, bo na tym mam zamiar się skupić, to niby dlaczego przy stole nie wolno się podpierać na łokciu, skoro podparcie głowy na ręce jest ze wszech miar cudownym odciążeniem kręgosłupa szyjnego, który przez pół doby non stop dźwiga naszą głowę. O, proszę, mam następny nonsens. Jedz widelcem i nożem, i trzymaj łokcie przy sobie. Łokcie obowiązkowo poza stołem! Ja nie wiem skąd się to wzięło, bo przecież najwygodniej jest z łokciami na blacie, czyż nie?

Podejrzewam, że genezy należałoby upatrywać w jakimś pradawnym wymiarze szczególnie dotkliwej kary, bo przecież nie ma na świecie bardziej niewygodnego sposobu jedzenia niż jedzenie widelcem i nożem z opcją trzymania łokci wąsko, przy żebrach. Kto zafundował współczesnej ludzkości takie okropne tortury? Spójrzmy choćby na Onufrego Zagłobę. W końcu szlachcic pełną gębą, a kto jak nie szlachcic miał się znać na dobrych manierach?

Zamykam oczy i widzę jak zatapia zęby w rumianej cielęcej giczy… tłuszcz spływa mu spomiędzy palców, ślina kapie z wąsów. Pamiętacie? A jak już wspomnianą giczołę  imć ogołocił do kości, to na oślep ciskał tą kością gdzie popadło i nawet się niespecjalnie przejmował czy przypadkiem kogoś przy okazji nie zabił. Następnie ocierał usta rękawem kontusza czy innej ówczesnej garderoby i siorbiąc na całą karczmę zapijał jakimś trunkiem, który obowiązkowo wlewał mu się za dekolt! Już widzę jak dziś, w każdej jadłodajni, na takie zachowanie wszystkie smartfony idą w ruch, a za kwadrans robi się korek w dodawaniu tego samego sensacyjnego filmiku na YouTube. Może z knajpy od razu by nie wyrzucili, ale na przyszłość czarny bilet prawie murowany. Mądrale. Kilka dekad już mam nastukanych na licznik, ale niech się znajdzie ktoś mądry i mi wreszcie pokaże, jak widelcem i nożem elegancko, w skuteczny sposób zjeść ćwiartkę kurczaka(?). O! Albo mule?

Tu pomijam aspekt szkodliwej dla organizmu chemicznej reakcji będącej wynikiem zetknięcia potrawy z metalem oraz wrodzone wyluzowanie ludów nawykłych do ciepła. Nieraz widziałam, w tak zwanym eleganckim lokalu, jak sztywny konsument gonił widelcem muszlę po talerzu, co zwykle kończyło się plamą na spodniach lub ewentualnie niekontrolowanym odpryskiem w stronę równie sztywnych współbiesiadników.

No właśnie! Zapomniałam jeszcze o tym, żeby przy stole nie garbić się i siedzieć prosto. No, ale jak siedzieć prosto skoro najwygodniej jest na lekko zgarbionym luzaczku?

Kolejny kwiatek mam. Ostatnio czytałam o tym, że zakładanie nogi na nogę jest szkodliwe, bo od tego robią się żylaki. Ale jak? Tak normalnie rozpłaszczyć uda na siedzeniu i siedzieć tym rozpłaszczonym plackiem jak uczennica?! Plecy prosto. Pełny pion, serwetka i łokcie. Pamiętamy, żeby nie ciamkać ani nie siorbać. To już znamy.

Uff, ależ się rozpisałam, ale pod koniec chciałam jeszcze przytoczyć kolejne kuriozum, czyli zakaz czytania przy jedzeniu. Ja rozumiem, że w towarzystwie nie wypada, ale samemu? Po co tracić osobno czas na dwie miłe czynności, skoro można je wykonać równocześnie. :)

Kto czyta przy jedzeniu? W szeregu zbiórka i do raportu!

P.s. Na potrzeby tego felietonu spróbowałam przed chwilą wyprostować plecy, podeprzeć brodę i jednocześnie czytając, co napisałam, z łokciami w okolicy żeber zjeść widelcem i nożem nóżkę z kurczaka… Polecam. :)

Szeptucha 8

Szeptucha 8

Bugmunde, 5 marca 1942 r. Świt

Olesia obudziła się nagle i szybko usiadła. Próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest, i jednocześnie uspokoić oszalałe ze strachu serce. Podjęła beznadziejną próbę przełknięcia śliny, ale jej gardło zaprotestowało tysiącem tnących je żyletek. Wstała chwiejnie i rozejrzała się wkoło. Na polanie panowała cisza. Dziewczyna jak przez mgłę pamiętała chłopaka, który czuwał nad jej snem. Spróbowała postawić krok, ale ziemia gwałtownie zafalowała. Olesia osunęła się bezradnie na ziemię i ze zdziwieniem wyczuła pod dłonią wojskowy materiał. Kurtka. Czyli nieznajomy nie był majakiem. Naprawdę tutaj był i pytanie, gdzie znajdował się obecnie. Po młodym ciele Olesi przebiegły dreszcze. Nie było sensu dłużej się oszukiwać. Miała wysoką gorączkę i brak jej było siły na dalszą ucieczkę. Drżącą ręką sięgnęła po kurtkę nieznajomego i z widocznym wysiłkiem narzuciła ją sobie na plecy. Zęby szczękały jej z zimna i walczyła z napływającymi do oczu łzami.

– Obudziłaś się? – usłyszała nagle głos zza pleców i apatycznie się odwróciła.

Nieznajomy blondyn uśmiechnął się ciepło i podszedł do dziewczyny. Jego ruchy były kocie i bezszelestne jak u leśnego partyzanta, nawykłego do skradania się po zdradliwym leśnym poszyciu.

– Chyba jestem chora – wyszeptała bezradnie Olesia, a chłopak obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Zjeść coś musisz, to cię pokrzepi – stwierdził i wyjął zza pazuchy ćwiartkę owiniętego w niemiecką gazetę chleba i pół pęta kartkowej kiełbasy.

Już sam aromat mięsa oszołomił dziewczynę do tego stopnia, że momentalnie wróciły jej siły witalne. Chłopak odłamał kawałek chleba, położył na nim pół kiełbasy i podał Olesi. Wpychała posiłek do ust i miała gdzieś, co sobie o jej manierach pomyśli nieznajomy.

– Lepiej? – zapytał chłopak, gdy już ostatnie okruszki zniknęły w ustach Olesi.

– Dziękuję – odparła i zorientowała się, że faktycznie czuje się zdecydowanie silniejsza.

– Posłuchaj. Byłem w chacie tego szmaciarza, co ci mówiłem, i on obiecał, że nas na swoim wózku przemyci na drugą stronę. Musimy przejść tą przecinką i zaraz będzie jego chata. Dasz radę iść?

– Dam – zapewniła dziewczyna i zaraz dodała. – Dlaczego mi pomagasz? Sam łatwiej byś się przekradł.

– Miła Olesiu – uśmiechnął się blondyn, a Olesia zesztywniała na dźwięk swojego imienia, którego z pewnością mu nie zdradzała. – Podobasz mi się, a poza tym jak nas złapią, to powiem im, że jesteśmy małżeństwem i dzięki temu może nie posądzą mnie, że jestem partyzantem. Gwarantujesz pewne bezpieczeństwo – objaśnił z rozbrajającą szczerością.

To przekonało dziewczynę i powstrzymało od zadawania pytań. Może w nocy mówiła przez sen i tak zdradziła swoje imię?

Spacer do chałupy szmaciarza wyczerpał dziewczynę bardziej, niż się spodziewała. Oblewał ją pot, za chwilę odczuwała dreszcze, a ścieżka falowała jej przed oczami. Zaciskała jednak zęby i starała się nadążyć za chłopakiem. Dziwne, ale nawet nie przyszło jej do głowy zapytać go o imię. Szedł przed nią pewnie, a jego barczyste plecy przesłaniały Olesi widok. Zresztą wkrótce wszystkie myśli i pytania odeszły w niepamięć. Stanęli przed drewnianą chatą szmaciarza. On sam wyszedł przed drzwi i obrzucił dziewczynę nieufnym spojrzeniem.

– Nie mówiłeś, że będzie ktoś jeszcze – warknął w stronę blondyna.

– Nie bój się. Dobrze zapłacę –uspokoił go chłopak, a Olesia zaczęła się gorączkowo zastanawiać, dlaczego obcy tak się nią opiekuje. Powody, które przedstawił, brzmiały sensownie, ale w otaczającej ich rzeczywistości egoizm był jedyną szansą na ocalenie skóry.

Szmaciarz wytoczył przed chatę wózek pełen zużytych onuc i brudnych, podartych ubrań. Dziewczyna wolała się nie zastanawiać, skąd pochodzą, i posłusznie wczołgała się pod stertę materiału. Tuż obok niej położył się blondyn. Smród zatkał Olesi płuca i dziewczyna walczyła o każdy oddech. Dopiero po kilku chwilach zorientowała się, że skrzypiący wózek ruszył. Po kilkunastu minutach usłyszała przytłumione głosy i zrozumiała, że właśnie dotarli do rogatek i pierwszego patrolu.

– Wszystko będzie dobrze – wyszeptał chłopak i uspokajająco uścisnął jej dłoń.

Olesię ponownie opadły dreszcze. Straciła przytomność.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Kwadrans przed powrotem Aurelki z rozpoczęcia roku szkolnego

– Jak się czujesz? – zapytała Szeptucha Rajata, który omiatał pokój błędnym spojrzeniem. – Herbatki chcesz? No wiesz, mam assam… – wycedziła złośliwe.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł słabym głosem chłopak.

– No? – babka zawiesiła pytanie w gęstniejącej z każdą chwilą atmosferze chałupy.

W czwartej kamerze widać było Bolka Stachańskiego, który w towarzystwie Błażeja, swojego bratanka, przemykał cichcem za szpalerem jałowców i przerzucał widłami słoniową gnojówkę na podwórko sąsiadki.

– Jakże się ten twój słoń wabi? – zagaiła łagodnie Szeptucha, odnotowując w pamięci, że Bolkowi kilka uroków się należy.

– Szlachetny pradziad mój, Jóźwa, nakazał, by wszystkie słonice z tej szlachetnej linii zwały się Lucyna.

– Lucyna? – zdumiała się babka.

– Nie wyjaśnił powodów, a my nigdy nie śmieliśmy pytać o wyjaśnienie. Wybaczcie mój wartki słowotok, pani, ale jeśli mogę objaśnić, to słonica, którą poznać raczyłaś, nazywa się Lucyna Czwarta i jest darem mojej rodziny dla szlachetnego siostrzanego rodu Wielkiego Jóźwy, mojego pradziada. Tak ojce przekazać nakazali.

– A ja myślałam, że najgorsze, co mnie dzisiaj spotka, to dąsy Aurelki po pierwszym dniu szkoły – westchnęła ciężko Szeptucha.

– Nie wiem, o czym mówicie, pani – zasępił się Hindus.

– Nieważne – ucięła stara. – Wyjaśnij mi, o co z tym listem chodzi. I nie ściemniaj. Obydwoje z kotem wiemy, że mój Józuś tego napisać nie mógł. Zdolności takich nie miał.

Rajat zbladł ponownie i wykonał ruch, jakby miał się ponownie rzucić na kolana i pozbawić łepetynę świadomości w prostym zabiegu tłuczenia nim o twardą posadzkę.

– Ani się waż! – krzyknęła Szeptucha.

– Dobrze. To ja wszystko opowiem. – poddał się Rajat i usiadł na podłodze po turecku. – List pisała moja szlachetna prababka, żona szlachetnego Jóźwy. On sam jej to nakazał, bo chciał, żeby list był napisany piękną polszczyzną, która była u nas w domu językiem salonów.

– To brzmi prawdopodobnie – zgodziła się babka.

– To jest szczera prawda, o pani! Zechciej zerknąć na drugą stronę dokumentu. Tam zobaczysz szlachetne zdanie skreślone ręką pradziada, który rodzinę naszą doprowadził do dobrobytu i ustanowił jedną z najważniejszych w stanie Assam!

– Dobra, już się tak nie podniecaj, dzieciaku – wymamrotała babka, jednocześnie wyciągając dłoń po pożółkły pergamin i kontrolując czas. Lela spóźniała się już dwie minuty.

Skreślone na odwrocie słowa były mocno wyblakłe i trudne do odcyfrowania. Jedynie bystre oczy Mruczka były w stanie odczytać cokolwiek.

– Olsiu! – rozpoczął kot.

– Chyba Olesiu? – zaniepokoiła się babka.

– Może i tak, ale niewyraźne jest! – wnerwił się zwierzak. – Mogę kontynuować?

– No czytaj, czytaj! – ponagliła Szeptucha.

– „Olisiu! Nie wiem, jak opowiedzieć to wszystko, co mi się przydażyło, odkąt twuj pociąg odjechał. Koham cie”. I tyle! – podsumował kot.

– No, w szkole nigdy za mocny nie był – usprawiedliwiła młodszego brata babka. –  Ale przynajmniej to jest autentyczny Józek.

– Znaczy, wierzycie mi, pani? – uradował się Rajat.

– Mów mi prababko, chłopcze! – odparła Szeptucha, otwierając szeroko ramiona.

A Rajat zrobił to, co zawsze mu najlepiej wychodziło, gdy na polecenie pradziadka wycinał w pień herbacianą konkurencję. Uniósł się dwadzieścia centymetrów ponad podłogę i pstryknął palcami. Burza z gradem rozpętała się wyłącznie nad polem Stachańskich.

– No, teraz to od razu widać, żeśmy rodzina! – zarechotała paskudnie Szeptucha i skontrolowała zza firanki stopień zniszczeń na polu odwiecznych wrogów. Po chwili odwróciła się i badawczo zlustrowała spojrzeniem Rajata. Na swój sposób młodzieniec był przystojny i dobrze mu z oczu patrzyło. No i te zdolności nadprzyrodzone… Widać Józek jakieś geny ze świętej pamięci matuli też wziął i sprawnie przekazał dalej. Zawsze myślała, że to tylko jej w udziale przypadło, a tu taka niespodzianka. Lelka pewnie go polubi.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Jestem, prababko! – zabrzmiał melodyjnie dziewczęcy głosik i do izby weszła najpiękniejsza dziewczyna, jaką Rajat kiedykolwiek widział. Stał jak wmurowany i gapił się na nią bez słowa.

– No co? – spłoszyła się Aurelia. – Na twarzy coś mam?

– Masz! – przytaknął drętwym głosem chłopak. – Masz na twarzy najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem!

Aurelka uśmiechnęła się, a babka zatarła ręce z radości. Ciekawe, czy szeptusza matka, a dla tych dzieciaków praprababcia Marysia, ucieszyłaby się, gdyby pierworodna córka tych dwojga odziedziczyła po niej imię? Wszystko było kwestią czasu. I pomysłowości Szeptuchy oczywiście.

 

Puszcza Biała, 5 marca1942 r. Późny wieczór

Olesia nie pamiętała, w jaki sposób wydostała się z wózka szmaciarza, a blondyn jej tego nie wyjaśnił. Ocknęła się, gdy promienie słońca ogrzały jej twarz. Usiadła i uśmiechnęła się z trudem do wybawiciela.

– Udało się? – zapytała.

– Witaj w Generalnej Guberni – zaśmiał się szelmowsko. – Jeśli już lepiej się czujesz, to nie traćmy czasu, przed nami jeszcze daleka droga!

Olesia wstała posłusznie i zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek mówiła blondynowi, dokąd zmierza. Uznała, że znów mówiła przez sen albo chłopak wiedzie ją w sobie tylko znanym kierunku, który jeszcze do niedawna pokrywał się z jej drogą do domu. Stwierdziła, że na razie nie ma sensu o nic pytać. Czas pewne rzeczy wyjaśni.

Przez dłuższy czas szli w milczeniu i robili naprawdę krótkie przerwy, tyle tylko, by dać stopom chwilę wytchnienia. Olesia maszerowała dzielnie. Nie poznawała okolicy, ale znajomy zapach lasu, tak inny od ponurych kniei pod Bydgoszczą, niósł otuchę. Serce dziewczyny napełniała powoli nadzieja, a w wycieńczone ciało jakby wstąpił nowy duch.

– Zaraz się ściemni – przerwał milczenie blondyn. – Musimy chyba zatrzymać się na noc.

– Nic podobnego! – zaprotestowała Olesia. – Czuję, że jesteśmy już niedaleko! Idźmy dalej, proszę!

– Jak chcesz – wzruszył ramionami chłopak.

Oczy powoli przyzwyczajały się do gęstniejącego z każdą chwilą mroku, a księżyc litościwie wskazywał im ścieżkę. Olesia dreptała z entuzjazmem, jej serce wypełniła radość zastępująca nieśmiałą nadzieję. Właśnie rozpoznała przecinki za tartakiem, do którego kiedyś przyjechała z tatulem. Jeśli się nie myliła, to do domu zostało nie więcej niż dwadzieścia kilometrów.

– Tu zostaniemy! – zadecydował chłopak i stanął.

– Tutaj? – zaśmiała się dziewczyna. – Zaraz będziemy w domu, to nie ma powodu na noc stawać!

– Ale ja nie powiedziałem, że na noc tu będziemy stawać – odparł spokojnie blondyn. – Ja powiedziałem, że tu zostaniemy. Przynajmniej niektórzy z nas.

Odwrócił się powoli i światło księżyca ukazało jego twarz, z której płatami odpadała skóra. Spod skóry wyzierały opalizujące łuski. Uśmiech spadł na mech wraz z posiniałymi wargami.

– Pożyczyłem sobie skórę od szeregowego Ulricha. Tego, który ci się tak przyglądał, pamiętasz? – wysyczał dusioł.

Olesia jak przez mgłę przypomniała sobie grupkę Niemców i trzask rozbitej na bruku butelki.

– Czytasz w myślach, prawda? – odpowiedziała pytaniem.

– No pewnie – przytaknął stwór, otrząsając się z resztek Ulricha i prezentując oślizgłe, pokryte łuskami cielsko.

– Czego chcesz ode mnie? – krzyknęła histerycznie Olesia, powoli się wycofując.

– Chcę cię zjeść.

Prostota tego stwierdzenia kompletnie kłóciła się z wszystkim, czego dziewczyna doświadczyła przez ostatnią dobę. Roześmiała się.

– To mogłeś mnie zeżreć w tamtym lesie! Po co byś mnie aż do domu miał prowadzić?

– A po co wy dusicie mięso na wolnym ogniu? Ja pieczonego nie znoszę. Mój obiad kruszeje pod wpływem okoliczności. Tu, na przykład, złamanej nadziei.

– Nie wierzę! – wrzasnęła Olesia.

– Czasem się ma chęć na szybki chleb ze smalcem, a czasem na bigos, który dochodzi na wolnym ogniu przez kilka dni. – wyjaśnił uprzejmie dusioł.

Uwierzyła.

A potem wydarzenia nabrały tempa.

Potwór podbiegł do Olesi z obnażonymi kłami, dziewczyna odskoczyła w bok i poczuła na ramieniu muśnięcie wiatru.

Nie bój się. To ja, Lucyna. Jestem z tobą.

Olesia uchyliła się i schowała za brzozę. Tam pieszczotliwie połaskotał ją po karku cień.

Olesia, nie daj się. No nie daj się, dziewczyno! Dokop mu, Szczurku!

Tak mówił do niej tylko Antek. Olesia odwróciła się w stronę jałowców i przerażona pobiegła przed siebie.

– Mamo! – krzyknęła spanikowana. – Mamo, ratuj!

Dusioł był tuż za nią. Dyszał z podniecenia i mlaskał ozorem.

Olesia wyhamowała i odwróciła się. Ścieżkę oświetlił migotliwy blask, a to pozwoliło jej zrozumieć, że nie jest sama.

– Nie boję się ciebie! – wykrzyczała potworowi w pysk i rozbłysła purpurowym światłem. Z jej dłoni popłynął dym i otumanił dusioła. – Będziesz mnie słuchać! – rozkazała. – Zostaniesz w głębi lasu i ludzi żreć nie będziesz!

– Jak chcesz – zgodziła się obojętnie zahipnotyzowana paskuda i umknęła w las.

Olesia odetchnęła głęboko i starła z twarzy zdradzieckie łzy.

Idź za światłem, Szczurku.

Nawet, jeśli Antek chciał powiedzieć coś więcej, to jego głos utonął w szumie brzóz. Właśnie zerwał się wiatr, a zza linii drzew wytoczyła się chmura, zakrywając promienie księżyca. Jedynym drogowskazem było teraz migotliwe lśnienie. Olesia pobiegła za nim, nie oglądając się za siebie.

Maria stała w oknie, osłaniając dłonią drżący płomień zaszeptanej świecy. Czekała cierpliwie. Wkrótce zza sąsiednich zabudowań wyszła, stąpając ciężko, jej jedyna córka.

– Olesia! – wrzasnęła Maria, wybiegając przed dom boso i w nocnej koszuli.

– Mamo! – załkała dziewczyna, a po chwili wpadła w ramiona matki i chciwie chłonęła ten najwspanialszy na świecie zapach. Poczucie bezpieczeństwa.

Tornado 6

Tornado 6

Cóż, muszę przyznać, że skończyły mi się pomysły i na koniec dnia pies pokonał mnie swoją żelazną konsekwencją i sprytem. Definitywnie zrezygnowaliśmy z umieszczenia go przy budzie, a zresztą i tak pewnie po jednym dniu bym zmiękła, zatem jakoś przełknęłam tę sromotną porażkę.

Skoro plany z budą okazały się fikcją, trzeba było wdrożyć plan B. Czyli regularne spacery oraz docelowo, pobyty psa w ogrodzie. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam szczelność ogrodzenia, mąż przymocował obluzowaną sztachetę i nasze życie pomału zaczęło wracać do normy. Dzieci zaaklimatyzowały się w szkole i dumnie puszyły się przed całą klasą, że ze szkoły odbiera je mama z psem. Tornado swoim cielęcym spojrzeniem i poczciwym pyszczyskiem na wejściu obłaskawił srogą panią woźną, i jako jedyny czworonóg w historii owej szkolnej placówki mógł swobodnie wchodzić nawet do szatni, a pani dyrektor powitała nas słowami „Ojej, jaki śliczny piesek!” Obskoczony przez rzeszę dzieciaków, szczęśliwy wdzięczył się jak gwiazdor na scenie i z dnia na dzień zyskał sobie rzeszę popleczników, którzy za nic w świecie nie chcieli mi uwierzyć jaki z niego cwany numer.

Jako że, w końcu otrzymał identyfikator z numerem mojego telefonu, choć właściwie to nie wiem po co, bo większość mieszkańców dzielnicy, po ostatniej akcji zna mój numer na pamięć, poza spacerami, mógł wreszcie zaznać nieco swobody w ogrodzie. Ja również, ponieważ Tornado upatrzył sobie we mnie swoją opokę i zaczął chodzić ze mną nawet do toalety. Nie odstępował mnie na krok, a mnie pomału zaczęły dopadać pierwsze oznaki manii prześladowczej. Po kilku dniach moja psychika siadła. Poczułam się śledzona, osaczona i inwigilowana przez psa, który skutecznie wtargnął w moją życiową przestrzeń ograniczając mi tlen i swobodę funkcjonowania. Na szczęście wyzdrowiał, zaliczył już większość szczepień i można było pomyśleć o kastracji, ale cóż, musiało jeszcze minąć kilka tygodni kwarantanny.

Pewna, że Tornado już się do nas przyzwyczaił, wypuściłam psa do ogrodu a sama zasiadłam z komputerem na tarasie, żeby w końcu trochę popracować. Minęło może pięć minut, jak doszło mnie szczekanie psa. Tylko niech mi kto powie, jakim cudem ten gad znalazł się w ogrodzie sąsiada? No jasne. Kompostownik. Pies sobie wskoczył, później przez siatkę i sruu… do sąsiadów. No pięknie. I co dalej? No jak to, co? Zagnałam psa z powrotem do domu i przystąpiłam do akcji przeniesienia kompostownika w jakieś miejsce bardziej oddalone od ogrodzenia. Ale to nie takie proste, bo do tego potrzeba było przynajmniej Goliata, by ruszył toto z miejsca, więc zmobilizowałam męża do pomocy. Kompostownik ani drgnął, więc nie było innego wyjścia jak podwyższyć w tamtym miejscu ogrodzenie. Klasyka. Castorama i do dzieła. Do wieczora parkan został skutecznie podwyższony. Nie ma siły, żeby go przeskoczyć choćby i o tyczce, więc pies, po raz kolejny tego dnia, wylądował na próbę w ogrodzie. Tę próbę zaliczył pozytywnie.

W międzyczasie przyszli do nas znajomi, Tornado zaprezentował się jak urodzony showman, a oni na wieść o jego wyczynach spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Że co? Niemożliwe, taki słodziutki, malutki piesio? Przesadzasz, kobieto, przesadzasz…

No tak. Nie sądziłam, że kiedyś dojdzie do tego, że ludzie przestaną wierzyć nam, tylko psu, ale Tornado właśnie wyraził chęć wyjścia na zewnątrz po raz kolejny. Oczywiście cały czas czujnie nadstawialiśmy ucha, czy aby nie szturmuje świeżo zamontowanych paneli przy kompoście, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

Tak, do chwili, gdy kolega nie wyszedł do ogrodu na papierosa.

– Słuchajcie? A dlaczego wasz pies biega u sąsiadów?

No tak, śmietnik. Tu na szczęście nie trzeba było już żadnych akcji specjalnych i dodatkowych wydatków. Wystarczyło tylko odsunąć kubeł na śmieci od płotu. Najpierw odsunęliśmy o metr. Po chwili namysłu, o dwa. Po czym spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i na wszelki wypadek schowaliśmy trampolinę do garażu.

Znajomi chyba w końcu uwierzyli :)

Szeptucha 7

Szeptucha 7

Uciec jak najdalej cz. 2

Bydgoszcz, 4 marca 1942 r. Stacja kolejowa

Budynek dworcowy szczelnie wypełniali podróżni, gorączkowo zmierzający w stronę peronu lub stojący w kolejce do kasy biletowej. Olesia rozglądała się dyskretnie w poszukiwaniu Staszka i Józka, ale – jak dotąd – nie zauważyła żadnego z nich. Pociągnęła za sobą Lusię w stronę kolejki.

– Ja gadać będę! – syknęła jej do ucha. – A ty cicho siedź.

Kolejka posuwała się powoli, a Olesia zaciskała nerwowo dłonie. W głowie odtwarzała sobie niemieckie słówka, które powinna powiedzieć możliwie swobodnie przy kasie. Właśnie nadeszła jej kolej, gdy Lusia pociągnęła ją za rękaw i gorączkowo wyszeptała:

– Zobacz, zobacz! Antek! – Wskazała drewniane ławki poczekalni.

– Milcz! – syknęła Olesia.

– Bitte? – odezwała się uprzejmie kasjerka.

– Ich… ich… – zająknęła się Olesia.

– Ja? – zastygła w oczekiwaniu pracownica niemieckiej kolei.

– Antek! – wrzasnęła na cały regulator Luśka i wybiegła z kolejki, machając entuzjastycznie ręką. – Tu jesteśmy!

– Poproszę dwa bilety do Cieszyna – wyszeptała po niemiecku Olesia, przerażonym wzrokiem obserwując swojego narzeczonego, który kompletnie ogłupiały wstał z ławki i przyjął ciężar rzucającej mu się w ramiona Lucyny wykrzykującej na cały głos entuzjastyczne i zdecydowanie polskie słowa powitania.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję Niemców. W ich stronę podbiegł patrol, a głowy wszystkich osób stojących w kolejce do kasy odwróciły się jak na komendę. Nawet bileterka uniosła się na łokciach ponad biurko i z zainteresowaniem śledziła przebieg zdarzeń. Żandarmi otoczyli durną Luśkę i bezradnego Antka, który potrząsnął przecząco głową, gdy patrol poprosił o dokumenty. Olesia rozglądała się w panice i namierzyła swojego brata Józka, stojącego kilka kroków od nich. Pokręcił głową, nakazując jej spokój, i bardzo powoli zaczął się wycofywać w stronę drzwi prowadzących na peron.

Luśka najwyraźniej załapała, że zrobiła coś bezdennie głupiego, i w panice przywarła do Antka. Ten odszukał spojrzenie Olesi stojącej na drugim końcu hali dworcowej i przez chwilę wpatrywał się w jej oczy. A potem żandarmi popchnęli jego i Lucynę w stronę drzwi wyjściowych. Luśka szlochała, a Antek obejmował ją mocno, próbując dodać jej odwagi. Podróżni zatracili zdolność generowania jakichkolwiek dźwięków. Cała hala zamarła w oczekiwaniu.

Budynek stacji przeszył terkot karabinów maszynowych. Ceglane ściany, kamienne posadzki i marmurowe lady omiótł zapach strachu i śmierci. Na stację wtoczyła się z gwizdem lokomotywa, ucinając napływające sprzed budynku dźwięki egzekucji.

– Słucham? – zwróciła się po niemiecku do Olesi kasjerka.

– Poproszę jeden bilet do Ciechanowa – odparła w tym samym języku dziewczyna.

– Jeden? – upewniła się Niemka.

– Tak, jeden. – Olesia nie odważyła się odwrócić w stronę poczekalni.

Kasjerka przyjęła pieniądze i wydała jej bilet, obojętnie się uśmiechając. W chwili, w której Olesia odchodziła od kasy, Niemka już jej nie pamiętała, profesjonalnie witając kolejnego podróżnego. Dziewczyna, próbując nie ściągać na siebie ciekawskich spojrzeń, przemknęła na peron. Gdy minęła drewniane wahadłowe drzwi, owiało ją lodowate powietrze. Wokół lokomotywy i wagonów krzątali się podróżni i pracownicy kolei. Olesia rozejrzała się po peronie w nadziei, że uda jej się znaleźć Józka, ale w kłębiącej się ciżbie było to kompletnie niemożliwe. Została wepchnięta do wagonu i po kolejnych szturchańcach udało się jej przykucnąć za ostatnią ławką przedziału. Obok niej usiadła na podłodze jakaś wieśniaczka z wiklinowym, gdaczącym koszem. Szok nie ustępował. Kiedy ma się niespełna dwadzieścia lat, życie jest czymś oczywistym. Śmierć jest sprawą abstrakcyjną, niemieszczącą się w strefie pojmowania świata, i nie jest istotne to, że chwilę wcześniej słyszałaś terkot karabinu.

Pociąg ruszył.

Ściśnięty w wagonach tłum zafalował i z rezygnacją poddał się kilkugodzinnej niewygodzie. Za brudnymi oknami śmigały obrazy opuszczonych wiosek, spalonych ostrzałem zagajników, i drutów kolczastych, na których osiadały zbłąkane płatki śniegu. Olesi było niewygodnie i zimno. Po kręgosłupie przebiegały jej dreszcze. Zamknęła oczy i zaczęła śnić.

– Olesia! – usłyszała głos mamy.

Jabłonka ugięła się ze skrzypieniem i spod korony liści wyskoczyły dwie niemiłosiernie brudne stopy. Ich właścicielka przez chwilę wierciła się na gałęzi, by po chwili zsunąć się na trawę.

– Idę, mamo! – odkrzyknęła.

Sad, skąpany w słońcu, pachniał owocami i mruczał złotymi pszczołami. Przy sztachetach wiły się krzaki malin obsypane owocami. Lato w tym roku było wyjątkowo łaskawe. Olesia pobiegła w stronę chałupy. Mama uśmiechnęła się do niej, a potem przybiegła stara Łopianowa i powiedziała absurdalne, niepasujące do tego ociężałego dnia słowa:

– Wojna się zaczęła!

Pszczoły nawet na chwilę nie przerwały swoich obowiązków. Ani myślały mieszać się w głupie ludzkie sprawy.

Pociąg mknął w stronę Generalnej Guberni. Olesia, skulona w kącie za ławką, próbowała nie dopuszczać do świadomości straty narzeczonego i najlepszej koleżanki z rodzinnej wioski. Miała tylko nadzieję, że Józek, jej brat, wyśliznął się jakoś ze stacji.

– Masz, jedz! – Trzepnęła ją w bok baba z wiklinowym koszem, podając suchara. – Jedz, dziecko.

Olesia spojrzała nieufnie na współpasażerkę, ale zapach jedzenia w końcu ją pokonał. Wzięła suchara i wymamrotała po niemiecku słowa podziękowania. Żuła go, nie czując kompletnie smaku, i wsłuchiwała się w stukot kół. Powtarzające się sekwencje dźwięków działały kojąco. Nie pozwalały dopuścić do otumanionego mózgu otaczającej rzeczywistości.

– Józek, gdzie jesteś? – wyszeptała bezradnie Olesia.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r.

– Jóźwa, powiedziałeś? – powtórzyła Szeptucha.

Rajat zamieszał łyżeczką herbatę, po czym natychmiast wstał i ukłonił się kilka razy, nieomal uderzając czołem w rant pieca.

– Dobra, dobra – osadziła go babka. – Siadaj i mów! Pradziadek? Józek?

Hindus zachłystnął się herbatką i natychmiast rzucił się na poplamioną wykładzinę.

– Józek! – Walnął energicznie czołem w linoleum. – Niech będzie błogosławione imię jego, i cześć rodu braminów, i boska warna moich szlachetnie urodzonych przodków!

– No, starczy już! Siadaj na zadku i gadaj wszystko jak na spowiedzi, calutką historię od samego początku.

Chłopak wstał z kolan i niepewnym krokiem podszedł do krzesła, rozcierając czerwone, najwyraźniej obolałe czoło.

– No nie mam, synuś, w kuchni dywanów, tak jak u was – cmoknęła z dezaprobatą babka. – I po co było tak łbem tłuc? Jeden masz tylko i do starości starczyć ci musi. A teraz opowiadaj mi, o co chodzi z moim Józkiem! Hindusem to on na pewno nie był – dodała Szeptucha odkrywczo.

– Nie? – zdziwił się Śri Rajat Abhijay Jóźwa.

– Nie! – odparła stanowczo.

– Szlachetna pani – ponownie napompował patosem swój głos Hindus. – Zechciejcie przyjąć z rąk mych ten dar bezcenny, który, wędrując przez obce krainy, najszybciej jak mogłem przywiodłem w twe domostwo. – Tu wsunął dłoń za połę koszuli, pogmerał chwilę, wyraźnie szamocząc się ze zwojami materiału, i mamrocząc po swojemu coś, co z pewnością nie mieściło się w kanonie konwersacji z damą z żadnej szerokości geograficznej.

Rajat wyciągnął wreszcie płócienne zawiniątko i – kłaniając się ostrożnie, by nie trzasnąć ponownie głową w stół – podał je Szeptusze. Ta z drżeniem rąk odwinęła materiał i na jej ręce wytoczyła się złota szkatułka. Jej wnętrza broniła maleńka zapadka zwieńczona rubinem wielkości paznokcia. Szeptucha pogmerała chwilę paluchem i wieczko odskoczyło. Wewnątrz szkatuły leżał pożółkły zwitek papieru. Babka wyjęła go ostrożnie i rozprostowała na stole.

Assam, 1945 r.

Najdroższa Olesiu,

tyle słów mi się pod pióro ciśnie…

Tak jak ty pewnie, ja również żałuję Lusi i Antka, i z każdym kolejnym rokiem zastanawiam się, czy udało ci się wrócić do domu, tak jak mi nie dane było. Tamte chwile na dworcu co noc mi się jawią niezależnie od szelestu herbacianych liści, westchnień mojej małżonki i stłumionych upałem pisków dzieci. Pierwszy raz w życiu zapłakałem, gdy twój pociąg odjechał w stronę Ciechanowa. Stałem na torach i płakałem. Jedyną rzeczą, która przyszła mi do głowy, był bieg w stronę morza. Potykając się o tory, biegłem na północ, i tak jak kiedyś przeklinałem las, który stał mi na drodze do Bydgoszczy, tak teraz cieszyło mnie każde smagnięcie sosnową gałęzią. Wydmy pokonałem w ciągu jednego dnia i kompletnie rozbity niepokojem o ciebie dotarłem do portu w Stettinie. Kręciłem się po redzie i w końcu wyczekałem moment. Statek nazywał się Kolberg. W swojej naiwności zakładałem, że ukryję się w maszynowni i za dzień lub dwa wyląduję w Kołobrzegu. Minął miesiąc i wymknąłem się na brzeg w Surat. Nawet nie wiesz, droga siostro, jak odmienny to był świat. Zapach powietrza, dźwięki i wszystko co mnie otaczało…

Udało mi się niepostrzeżenie ześlizgnąć po burcie do wody i dotarłem wpław na suchy brzeg. Nie rozumiałem nawet jednego słowa, a zapachy i odgłosy nie kojarzyły mi się z niczym znajomym. Miasto portowe wrzeszczało tysiącem śpiewnych rozmów. Gwar był porównywalny z kakofonią dźwięków, gdy Niemcy spędzali nas do wagonów na wywózkę. Bo przecież wtedy nawet niebo, choć podobno dzielimy wszyscy wspólny błękit, protestowało skłębionymi chmurami.

– Guzik prawda! – zaprotestowała babka. – Mój Józuś w życiu by się nie naumiał tak pisać. To nie jest list od mojego brata!

– Faaaake! – zamiauczał Mruczek, łypiąc na Hindusa spode łba.

Rajat zzieleniał na twarzy i natychmiast osunął się na linoleum. Trzepnął gorliwie łbem i zastygł w bezruchu.

– Patrz no, kocie! – zarechotała stara – Jakie to nieodporne te Hindusy! A nasza krew to niby, józkowa chyba.

Tranzystor stojący na lodówce wyśpiewał ostatni w tym sezonie sygnał „Lata z radiem”. Normalnie w latach osiemdziesiątych poleciałaby Urszula z dmuchawcami, ale to se ne vrati, więc ciszę nad nieruchomym ciałem Hindusa przeszyły jazgotliwe dźwięki jakiegoś paskudnego ugrupowania rodem z piekła, albo, co gorsza, z Niemiec. Skoczna melodyjka nie ocuciła Rajata, więc Szeptucha cmoknęła z dezaprobatą i nie bez wysiłku wciągnęła nieprzytomnego na okrytą narzutą wersalkę.

– Niech se odpocznie niebożę – zadysponowała babka, rzucając niedbale pergamin na stolik. – Chodź, Mruczek, na grzyby. Aurelka przyjdzie, to se duszonych zje.

Mruczek był ostatnim na tej planecie potencjalnym wielbicielem spacerów po lesie, ale mimo wszystko wolał towarzystwo wrednych jałowców i utyskującej babki niż tego dziwacznego przybysza śmierdzącego słoniowym łajnem. Parsknął szyderczo na widok słonia, który podjął beznadziejną próbę ukrycia się za obórką i – wyprężywszy ogon – skoczył pomiędzy kwitnące wrzosy. Słudzy Hindusa jakby się w powietrzu rozpłynęli.

 

Zichenau, 4 marca 1942 r. Zmierzch

Zziębnięta Olesia starała się bezszelestnie wymknąć się ze stacji kolejowej w Cieszynie. Przed budynkiem stało kilku Niemców, wyraźnie widocznych w świetle latarni gazowej. Jeden z żołnierzy właśnie rozgniótł niedopałek papierosa na bruku i spojrzał na dziewczynę. Ta zastygła jak schwytana w smugę światła sarna, ale po chwili zmusiła nogi do spokojnego spaceru w dół ulicy. Nie znała miasta, ale miała nadzieję, że zmierza w stronę ulic i budynków miejskich, które zdołają ukryć ją przed grupkami takimi jak ta.

Czuła na plecach wzrok młodego Niemca i wyobrażała sobie, że za chwilę usłyszy śmiercionośne „Halt!”. Tymczasem jedynym dźwiękiem był hałas stłuczonej butelki.

Ulrich zdjął badawcze spojrzenie z młodej kobiety i skupił się na swoich pijanych kolegach. Uskoczył przed strugą alkoholu cieknącego w stronę jego oficerek po nierównym bruku i kompletnie zapomniał o dziewczynie. Gustav, słaniając się na nogach, uwiesił się na nim.

– Heili, heilo… – zaintonował bełkotliwie.

– Ein Heller und ein Batzen, die waren beide mein… – zawtórował mu sierżant Schmidtke i była to ostania kwestia wokalna, jaką wygłosił w swym trzydziestoletnim życiu.

Stwór zwany dusiołem z pewnym utęsknieniem odnotował utratę tropu blondynki, ale burczenie w brzuchu zdecydowanie wykluczyło wybrzydzanie w kwestiach kulinarnych. Z umiarkowanym entuzjazmem zabrał się za pijanych niemieckich żołnierzy. Pierwszego rozdarł na pół bez zbytecznych ceregieli i pożarł w mgnieniu oka. Jak było do przewidzenia, reszta zaprotestowała jękliwie i chwyciła za karabiny. Wypluwane histerycznie naboje odbijały się rykoszetem od łusek potwora. Dusioł otrząsnął się z metalu i pobiegł za zataczającym się Ulrichem. Błoto kryjące się za brukowaną ulicą osunęło się, a Niemiec ugrzęznął w pułapce. Dusioł przełknął drugą nogę Ulricha, wypluwając z obrzydzeniem parę oficerek i jedną onucę. Druga zawieruszyła się bezpowrotnie. Jeszcze tylko drobny kęs i przeżucie kręgosłupa sierżanta Schmidtkego, i można ruszać w pościg za apetyczną Polką.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Podgrzybkowa górka

– Coś mi się, kocie, widzi, że nieogarnięty ten Rajat, ale jednak rodzina – westchnęła Szeptucha, siadając ciężko na pniaku.

– Miau! – uznał za stosowne skomentować Mruczek.

– Co ty taki podejrzliwy jesteś? – ofuknęła go babka.

– Miau!

– Wiem, list jest podrabiany, ale w dobrej wierze może?

– Faaaakeeee! – prychnął zwierzak.

– No wiem, ale coś w tym jest, musisz przyznać. Dzieciak może i beżowy z karnacji, ale do Jóźwy mojego jak dwie krople podobny.

– Miau! – spuentował Mruczek i wypuścił z zębów wiklinowy koszyczek. Osadził go łagodnie na mchu pomiędzy jagodzianami, i jak grzeczny kotek usiadł obok i zajął się toaletą ogona i okolic.

– No prawda, grzybki – zreflektowała się Szeptucha i umościła się wygodniej na sosnowym pniaku.

– Khe, khe – zakasłał Mruczek.

– No to raz i dwa! – klasnęła w dłonie babka. – Podgrzybki w dwuszeregu zbiórka! Robacze na powrót do lasu, a zdrowe do mojego podwórka! Prawdziwki do koszyka! Rydze odciąć nogi pełne łyka! Muchomory czerwone na stronę! A czerwieniejące, lasem pachnące, mają mi przynieść zające!

– Do letniej kuchni! – sprecyzował kot.

– No tak – zgodziła się Szeptucha i wstała. Puknęła kosturem w mech i nie oglądając się na koszyk ruszyła w stronę domu.

 

Bugmunde, 4 marca1942 r. Pięć minut przed północą

Olesia leżała nieruchomo za linią sosen i obserwowała oświetlony most łączący Rzeszę z Gubernią. Wokół panowała cisza. W budce strażników nie dało się odnotować najmniejszego ruchu. W mroźnym powietrzu widoczny był tylko oddech dziewczyny, która właśnie pojęła swoje beznadziejne położenie. Most był z obydwu stron opleciony zasiekami z drutu kolczastego. Patrole najwyraźniej stacjonowały po obydwu stronach rzeki w Nowym Dworze Mazowieckim. Motory zaopatrzone w karabiny maszynowe pilnowały wszystkich tras wylotowych. Nawet szczur by się nie przecisnął.

Dziewczyna zsunęła się po zmarzniętym parowie i wpadła wprost w ramiona chłopaka, który wyrósł przed nią kompletnie niespodziewanie. Wrzasnęła i odskoczyła jak oparzona. Blondyn wyglądał sympatycznie, ale dotychczasowe życie nauczyło Olesię, że obcym wierzyć zdecydowanie nie należy.

– Nie bój się! – powiedział łagodnie obcy. – Ja też chcę się tam przedostać.

– Naprawdę? – zapytała Olesia, właściwie głównie po to, by sprawdzić, czy ciągle potrafi mówić po polsku.

– Tak, znam szmaciarza, który jeździ codziennie przez most. Pomoże, ale musimy poczekać do rana. Może odpoczniesz? Ja będę czuwał – zapewnił blondyn i uśmiechnął się ciepło.

– Dziękuję – szepnęła Olesia i zwinęła się w kłębek na zmrożonym mchu.

Chłopak usiadł tuż obok i zdjął z siebie niemiecką, pozbawioną dystynkcji kurtkę wojskową. Otulił nią śpiącą dziewczynę i sam po chwili zachrapał.

Nowodworska noc rozkwitła bezchmurnym niebem i gwiazdami. Ziemię mogła toczyć agresją kolejna wojna, ale wszechświat miał to w nosie.

Wkrótce nad Nowym Dworem Mazowieckim narodził się kolejny dzień i nikt nie był w stanie temu przeszkodzić. A szkoda.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Tuż po grzybobraniu

Słoń najwyraźniej ponownie musiał iść na stronę. Nie zważając na człapiącą powolnie Szeptuchę w asyście cwanego kota przesadził ogrodzenie i wkradł się na pole Stachańskich

– Hłe, hłe! – skomentowała zdarzenie babka, strzelając Mruczka familiarnie w ucho.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

Szeptucha poszła do chałupy i włączyła komputery. Sprawdziła rozkład jazdy PKS i zsynchronizowała zegarek ze spodziewaną godziną powrotu Aurelki ze szkoły. Potem odpaliła Google. Była ciekawa, co tam w Indiach słychać. Po piętnastu minutach przedzierania się przez doniesienia z Bollywood natrafiła na całkiem interesujący artykuł o hinduskich warnach i kastach, który wyjaśnił jej nieco dziwaczne zachowanie Rajata. Jednak prawdziwą bombą okazał się okraszony czarno-białymi zdjęciami artykuł o uprawie herbaty w indyjskim stanie Assam. Jedno z nich po powiększeniu ukazało wąsatego mężczyznę trzymającego delikatnie w palcach młody, herbaciany pęd.

– Mruczek! – wrzasnęła babka. – Przynieś no mi okulary!

Samo w sobie było to niezwykłe. Szeptucha stanowczo twierdziła, że wzrok ma sokoli, a starość się jej nie ima.

Zwierzak wywrócił bursztynowymi oczami i leniwie wyprężył grzbiet.

– Rusz się, leniu! – Babka pstryknęła palcami i niewielkie wyładowanie elektryczne zdecydowanie spotęgowało motywację kota.

Zdjęcie było słabej jakości, ale rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości. Na zdjęciu był Józek. Cały, zdrowy i uśmiechnięty.

– Mój braciszek mały! – roztkliwiła się Szeptucha i ponownie pacnęła Mruczka w ucho.

– Co znów? – zaprotestował.

– Leć do kuchni, Rajata obudź, i go tu natychmiast przyprowadź. I ten list fałszywy przynieś! – zażądała stara i ponownie wpiła uzbrojone w okulary spojrzenie w zdjęcie Józka.

Witajcie na nowej stronie :)

Witajcie na nowej stronie :)

glowa_izy

Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale się dzieje i następuje. Nasz blog „Świeżo Napisane” zrodzony dla hecy, jak większość rzeczy w moim i Jagny życiu, podobnie jak owa reszta porządnie nas zaskoczył. Żadna z nas nawet nie przypuszczała, że w tak krótkim czasie zyskamy tylu sympatyków, oddźwięk naszych wpisów będzie tak duży, odnotujemy setki wyświetleń i tyle osób będzie chciało z nami współpracować. Nie minął nawet kwartał, a mamy już niezłą markę oraz sporą rzeszę chętnych na nasze przepisy i felietony.  Od dziś startujemy z blogiem na naszej „dorosłej” domenie i zrobimy, co w naszej mocy, by umilić Wam czas. W związku z tym, że na dniach uruchomiona zostanie też zakładka KUCHNIA GOŚCI, z przyjemnością zaprosimy do nas mniej lub bardziej popularnych przedstawicieli różnych zawodów. Już teraz mogę zapewnić, że parę gorących nazwisk od kilku dni stoi w kuchni i miesza dla Was w garnkach, tak więc zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na swiezonapisane.pl :)

 

glowka_Jagny_new

Specjalnie sprawdziłam. Wczoraj minęły równe dwa miesiące od chwili, gdy z głupstwa na uciechę postanowiłyśmy z Izą założyć bloga. Motywacja była jedna: większość swoich rozmów kończyłyśmy refleksją, że aż żal, że to wszystko co piszemy ginie bezpowrotnie w oknach dialogowych. Nie to, żebyśmy uważały, że to co myślimy i piszemy było tak genialne, że powinno się zapisać na wirtualnych wołowych skórach. Po prostu wydawało nam się, że skoro nas to wszystko bawi tak, że tarzamy się ze śmiechu po klawiaturach komputerów, to może i innym sprawi nieco radości. Naszym pomysłom szybko przestał wystarczać szablon gotowych blogów internetowych, więc zaczęłyśmy szukać alternatywy. I tu na odsiecz przybył Mariusz. Nie dysponował wprawdzie białym koniem, ale całkiem niezłą wiedzą, jak zbudować prawdziwą stronę internetową. Ta rodziła się jak feniks z popiołów przez długie tygodnie. Dla mnie i Izy było to mega wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja.

Nowa strona ma kilka innowacji, a będzie ich więcej, bowiem w Izy głowie zrodziła się idea zapraszania na łamy naszej strony różnych ciekawych ludzi, którzy przedstawią swojej przepisy i pewnie przy okazji co nieco o sobie powiedzą. Spodziewajcie się więc wizyt naszych krewniaków, przyjaciół, znajomych ale także różnorakich celebrytów, którzy najwyraźniej też zarazili się od nas śmiechem i entuzjazmem.

No i co by tu jeszcze napisać? No kochani! Po prostu witajcie! :)

Zapraszamy do zwiedzania nowego przybytku. Wszelkie uwagi mile widziane. Mamy do tego nową, wypasioną zakładkę z formularzem kontaktowym :)

Listopadówka :)

Listopadówka :)

 

Różne majówki człowiek przeżył. Były te beznadziejne, bo na przykład wypadające od piątku do niedzieli. Były też takie na wypasie, gdzie niewielkim ubytkiem urlopu można było sobie uskładać przyzwoitej długości wczasy. W tym roku też całkiem nieźle się to układa. Teoretycznie mamy (prawie) pięć dni wolnego. A jak ktoś sprytnie dobrał trzy dni urlopu, to o Panie! Dziewięć dni!

Co z tego? Jak wcześniej wspomniano, były różne majówki. Upalne, deszczowe, albo takie, że po niebie pędziła burza za burzą. Nic z tego nie może się równać z nadchodzącą Listopadówką.

Tym, którzy ruszyli głowami i wykupili wycieczki w ciepłe miejsca albo tym, którzy postawili na śnieg i białe szaleństwo na lodowcach wypada pozazdrościć i życzyć udanego urlopu. Co jednak z nieszczęśnikami, którzy patriotycznie wykupili wczasy nad Bałtykiem albo w swej ufności zabukowali letniskowe domki na Mazurach?

Tu już sprawa prosta nie jest. Niby wolne, to wolne, ale szlag by to trafił! Kajaki śliskie, bo podlane deszczówką, nad grillem trzeba stać z parasolem a patyk z kiełbaską przy ognisku nerwowo przerzucać z jednej zziębniętej dłoni do drugiej. I to na stojąco, bo od naciągniętej wilgocią ławeczki można wilka dostać.

Nie ma jednak rady. Tradycja, to tradycja. Jechać trzeba. Wasze ulubione, niżej podpisanie też niniejszym to czynią i informują uprzejmie, że wracają wraz z nowym wpisem w środę wieczorem. I z mega wielką niespodzianką :)

A tymczasem – jako się rzekło – tradycja rzecz święta, więc do grilla w deszczu biegiem marsz! Choć właściwie słowo „marsz” uświadamia nam, że zasadniczo w majówki takie jak ta, to chyba lepiej by było odbębnić ten cholerny marsz pierwszomajowy z naręczem goździków na podołku oraz flagą bratniego narodu w łapie i kłusem wrócić do domu na gorącą herbatę zamiast zażywać rozkoszy obcowania z naturą.

Wiecie co? A może to duch Lenina się mści za zmianę świeckiej tradycji i zsyła gradobicia nad wypełnione skwierczącymi kiełbaskami grille? 😀

Syndrom magazyniera

Syndrom magazyniera

Jak to już w życiu bywa, większe zmiany zwykle skłaniają człowieka do refleksji i remanentów. Właśnie szykuję się do grubszej demolki. Nie, nie, spokojnie, nie w życiu. W domu, ale to prawie to samo.  Bo jak nie dostanę przy tym nerwicy, czy objawów maniakalno-depresyjnych to mi ręce od sprzątania odpadną. Tak czy siak, na bank remont odbije się niekorzystnie na moim zdrowiu i ja już to wiem, ale jako żem optymistka, niespecjalnie się tym przejmuję. Wcześniej celowo w liście schorzeń nie wymieniłam stanów lękowych, bo do tego mi wcale nie potrzeba remontu. Wystarczy mi sama perspektywa.

Otóż od jakiegoś czasu z przerażeniem wchodzę do piwnicy. Wszystko przez to, że w domu lubię mieć raczej pusto i schludnie, w związku z tym wszystko, co mi zaburza wewnętrzną harmonię w szybkich abcugach wylatuje do piwnicy. Weźmy na przykład taki słoik po ogórkach. Wpierw ląduje na półpiętrze, gdzie stoi już sporo innych rzeczy typu gaśnica bez przeglądu, śniegowce do wyboru do koloru, trzy miotły o różnym stopniu zużycia i krajalnica do wędlin, której używałam w Wielkanoc, i która czeka aż ktoś się ulituje i wyniesie ją na regał w dalszej części piwnicy.

Ale to nie takie proste, bo w międzyczasie na jej miejscu wylądowało pudło z ozdobami na choinkę, które już wcześniej swoje na półpiętrze odstało, bo na miejsce pudła wpakował się paradny serwis na dwanaście osób używany jeszcze bardziej od święta, bo stół to ja mam maksymalnie na osiem, a jak robię party stojące, albo grill to wtedy nie wyciągam serwisu. W sumie nawet nie wiem na co mi taki serwis, ale jest.

Ale wróćmy do naszego słoika. Otóż stoi sobie taki słoik i spokojnie czeka na zmiłowanie. O ile w międzyczasie nikt się o niego nie potknie i ów dotrwa w całości do dnia, w którym nie będzie się dało wziąć zakrętu na schodach, wtedy zostanie przeniesiony. I tu opcje są dwie, bowiem po drodze mam worki do segregacji śmieci. Rzecz jasna losy słoika zależą od mojego nastroju, bo jak jestem zła, to od razu fru go do worka, a jak mnie weźmie na litość, to wynoszę go dalej.

Zwykle wtedy ponosi mnie fantazja w postaci wyrazistej wizji przyszłych przetworów owocowo- warzywnych, choć ostatnie robiłam jakoś rok po ślubie. Wtedy nasz słoiczek będzie jak znalazł. Bo zawsze tak jest, że jak potrzeba coś wsadzić do słoika to słoika nie ma. I tak oto nasz bohater trafia za tak zwane „trzecie drzwi”, co w domowym grypsie oznacza przesuwaną, dzieloną na trzy części ściankę oddzielającą pomieszczenia, które nadają się do pokazania ludziom, od tych, które się do tego nie nadają i nawet przy rewizji z ABW sąd musiałby wydać osobny nakaz, bym wpuściła kogoś w te domowe kazamaty.

Poza mną, absolutnie nikt nie wie, co tam jest i jeszcze się nie zdarzyło, żeby poza mną, ktoś tam coś znalazł. Czasem mój mąż ma szczęście i na coś natrafi przypadkiem, ale on często tak ma, więc nie psuje całości statystyki. Jako że nie wiem czy posiadam już jakieś słoiki, szykuję nowe pudło na szkło. Umieszczam w nim dwie zakręcane butelki po occie i ze dwie z wina, do których ponownie dało się wetknąć korek.

Mąż niedawno coś wspominał o zakładaniu winnicy, więc kto to wie… Wychodzę z trudem, bo właściwie nie ma gdzie nogi postawić i margam pod nosem, że dziada i baby jeszcze brakuje. Oczywiście obiecuję sobie, że kiedyś zrobię totalną czystkę. Wiem, na bank wiem, że mam minimum trzy wtyczki do przedłużacza od kosiarki. Kupiłam rok temu jedną, ale potem znalazłam jeszcze dwie, ale gdzie? Przedłużacz właśnie wysiadł, pół trawnika nieskoszone.

– Kochanie nie widziałaś gdzieś wtyczki?- pada pytanie.

Chwilowo udaję, że mnie nie ma i nic o wtyczkach nie wiem.

–  Że co? Wtyczka? Jaka wtyczka? Zarobiona jestem.

Równo palę głupa ale mój mąż dobrze mnie zna :)

Jak to dobrze, że Castorama blisko i remont też. Dobrze, że skończyłam pisać książkę, bo przed remontem czeka mnie wyzwanie niczym sprzątanie stajni Augiasza. Niestety nie mam w pobliżu nawet rowu melioracyjnego, a co dopiero rzeki, więc nawet nie chce myśleć ile przy okazji znajdę wtyczek, pędzli i innego badziewia.

Ostatnia czystka w piwnicy miała miejsce jedenaście lat temu, więc sami rozumiecie moje stany lękowe, gdzie spisek przeciw mojej osobie węszę na każdym kroku. Wczoraj byłam u mamy i trochę ją zrugałam, że ma bałagan w kuchni na blacie. Jakieś puste butelki, słoiki, pojemniki. Poznaję znajome zakrętki od wielkanocnego chrzanu, śledzi i sałatki.

– Mamuś, po co to trzymasz?

– To przecież twoje. Trzymam dla ciebie wszystkie słoiki. Weź sobie, na pewno kiedyś się przydadzą :)

Szeptucha 6

Szeptucha 6

Uciec jak najdalej cz. 1

Bory Tucholskie, 3 marca 1942 r. Zmierzch

Znały las od zawsze, ale ten był inny, obcy i zdecydowanie przerażający. Chodaki zapadały się w marznącym z każdą chwilą błocie, a z ponurych, rzadko rosnących świerków bezszelestnie ześlizgiwały się płatki śniegu. Dziewczyny nie jadły nic od kilkunastu godzin, od chwili, gdy wycofały się do ostatniego szeregu robotników wychodzących z obory. Bauer ich nie zauważył, co zawdzięczały Józkowi. Zagadał zmyślnie przełożonego i odwrócił jego uwagę od dwóch młodych robotnic. Wraz z wolnością podszytą strachem nadszedł głód. Pierwsza załamała się Lusia Cyrankówna.

– Idź, Olesia, sama, ja tu ostanę – wyłkała, siadając ciężko na lodowej bruździe. – Prześpię się trochę, to potem dojdę.

– Lusia, podnoś zadek, bo na amen tu uświerkniesz! – zaprotestowała Olesia, przestępując z nogi na nogę. Wieczorne powietrze dźgało ją lodem po odkrytych stopach, otrzeźwiając umysł.

– Podnieś się, głupia, i w karby się weź! Za parę godzin Józek z Antonim nas dojdą. Obiecali tak.

– A gówno tam dojdą! – rozszlochała się Lucyna. – Jak się bauer połapał, żeśmy umknęły, to na pewno straże zwiększył.

– Nie gadaj głupot, idziemy! – tupnęła chodakiem Oleśka i odwróciła się w stronę zapuszczonej ścieżki.

– Siły już nie mam – pożaliła się Luśka i położyła się na zziębniętej ziemi w pozycji płodowej.

– Do Bydgoszczy nam trza, Luśka. Tam na chłopców poczekamy – łagodnie perswadowała Ola. – No rusz się, dziewczyno. Dasz radę.

Lusia nie zareagowała. Zwinęła się ciaśniej i zastygła w bezruchu. Jej towarzyszka wzruszyła ramionami i rozejrzała się dookoła. Między rzadko rosnącymi świerkami płowiał mech, ledwie już widoczny w mroku bezksiężycowej nocy. Olesia podeszła do choin, i zapierając się o twardniejące od mrozu błoto, zaczęła drzeć gałęzie. Otuliła nimi koleżankę, wymościła sobie posłanie i przywarła do boku Lusi. Chwilę później chojnicki las pogrążył się w mroku.

W gęstych ciemnościach kostniejąca z każdą chwilą Oleśka przypominała sobie wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Wcześniej myślała, że ucieczka Niemcom spod nosa to najbardziej przerażająca rzecz, jakiej będą musiały dokonać. Teraz zmieniła zdanie. Zdecydowanie bardziej okropna była ta ciemność.

Poruszyła się, czując, jak podrętwiałe z mrozu igliwie kruszy się pod jej ciałem.

Myliła się.

Dużo gorszy od spowijającej ją ciemności był paraliżujący chłód.

Kierzbudy, 1 września 2015 r. Południe

Mruczek przeciągnął się z lubością, aż mu stare kości zatrzeszczały, i zeskoczył z drewnianej ławy. Przed wejściem do chałupy panowało miłe słoneczne ciepełko, w którym kocur od rana się wygrzewał. Teraz nadeszła pora na południową przekąskę. Z letniej kuchni dochodziło interesujące brzękanie, a jej drzwi były gościnnie uchylone. Nawet biała firanka zawieszona w progu machała zachęcająco.

– No, wyspałeś się wreszcie, obiboku jeden! – Szeptucha rzuciła kotu spojrzenie przez ramię.

– Miau! Grrr! – zaszemrał wdzięcznie zwierzak i zaczął ocierać się kobiecie o nogi.

– No dobra, dobra. Masz! – Babka postawiła na ziemi spodek z mlekiem i pogłaskała wygrzany kark Mruczka. – No ciekawe, jak tam Lelka nasza w szkole. Oj, minę miała dzisiaj! – zarechotała stara.

– Miau! – odparł kot pomiędzy jednym a drugim chlipnięciem.

– No wiem, wiem! Mnie też do szkoły nie ciągnęło, ale to inne czasy były. Sianokosy były ważniejsze i cała dzieciarnia pomagać musiała. To komu tam lekcje w głowie były? Teraz to oni, mówię ci, mają jak w uchu. Patrzaj na Lelkę. A bo to ona się przejmować oprócz szkoły czymś musi? Jeść dostanie, na komputerze pogra, do koleżanek poleci…

– Miau? – wyraził dezaprobatę Mruczek.

– No dobrze, zgoda. Ma jeszcze trochę pracy z ziołami, ale przecież musi się nauczyć, które są pożyteczne i na jaką okoliczność. Wielkie rzeczy.

– Miau… – indagował zwierzak.

– No tak, tak, poszukać i posuszyć musi, paru pacjentów ze mną obejrzeć i tyle! Potem ma wolne!

– Miau! – parsknął śmiechem kot.

– Oj tam, parę lekcji programowania w Javie, kilka opowieści historycznych i obróbka materiałów dowodowych z kamer to przyjemność czysta jest!

– Miau!

– Tresurą stworzeń leśnych to ona sama z własnej woli się zajmuje – odparła z godnością babka.

– Miau! – prychnął z naganą Mruczek.

– Wiem, wiem. Teraz naukę będzie miała, to i czasu jej trzeba więcej dać. Rok jakoś zleci i znowu jej zrobię intensywne szkolenie. W niej jedyna nadzieja, Mruczek. Toć to moja prawnuczka i jedyna żeńska krewna. Drugiej okazji nie będzie. Co ja poradzę, że nam się same chłopy rodziły?

Kot otarł się o nogi babki, ale zaraz odskoczył. Z podwórza napłynęły dźwięki, które wydawać mogła jedynie eskadra gigantycznych zmutowanych komarów.

– Ki diabeł? – zdziwiła się Szeptucha i podreptała w stronę firanki.

Na podwórzu stała grupa ludzi.

– Jak oni tu wleźli? – zdumiała się stara. – Aurelka przecie postawiła za sobą wszystkie zaklęcia ochronne i nawet krzakom stróżowanie nakazała…

Mruczek ostrożnie wyjrzał zza nóg swojej pani. Irytujące komarze dźwięki emitowały dziwaczne gliniane flety, w które zajadle tłoczyło dwutlenek węgla kilku przybyszów. Wszyscy jak jeden mąż spowici byli w białe prześcieradła, a na głowach mieli bogato zdobione turbany. Ich ciemne twarze odcinały się od zwojów materiału. Wyginali się w rytm brzmiącej obco muzyki, ale stali w zwartej grupie.

– No dobra, Mruczek, raz kozie śmierć – powiedziała Szeptucha i stanowczo odgarnęła firankę.

– Cośta za jedni? – zapytała donośnie, kładąc ręce pod boki.

Faceci nie zareagowali. Dalej trąbili w te swoje komarze flety z uduchowionymi najwyraźniej minami. Ich gra była tak sugestywna, że podwórze zagęściło się od polskich skrzydlatych pobratymców. Niewielkich może, ale tak zajadłych tego lata, że napoczęci goście pogubili rytm, a paru nawet zaczęło się okładać piszczałkami po kąsanych goleniach. Chmura komarów, nic sobie z tego nie robiąc, zatoczyła krąg nad polaną i eskadrami opadała na przybyszy.

– Poszły! – ulitowała się w końcu babka i klasnęła w dłonie. Niedobitki insektów umknęły w gęstwinę lasu, reszta opadła pod nogi gości.

Owinięci w białe kiecki śniadoskórzy odzyskali uprzednią godność i wrócili do brutalnie przerwanego koncertu.

– Skaranie boskie! – zirytowała się babka. – Zaraz przywołam komary normalnie.

Nie wcieliła zamiaru w czyn, ponieważ zastępy grajków rozstąpiły się na boki. Faceci opadli w dwuszeregu na kolana, zostawiając pomiędzy sobą spory odstęp, i wtulili w mech śniade twarze. Zza maliniaka wyszedł majestatycznie słoń i podszedł do letniej kuchni. A na słoniu siedział czarnowłosy chłopak. Miał ciemną karnację, ale i zdecydowanie znajome rysy twarzy.

Bory Tucholskie, 4 marca 1942 r. Poranek

Olesia skostniała z zimna. Wiele już w życiu przeszła, ale nigdy nie przypuszczała, że skóra może tak strasznie boleć. Poderwała się na równe nogi i zaczęła nieporadnie podskakiwać, pocierać dłońmi o uda, ramiona, i wreszcie o klatkę piersiową. Właśnie zaczynała się cieszyć odzyskanym czuciem w kilkunastoletnim ciele, gdy jej wzrok padł na Lusię. Dziewczyna leżała dokładnie w tej samej pozycji, w której wczoraj zrezygnowana usnęła.

– Luśka! – szarpnęła nią koleżanka. – Luśka! Nie wygłupiaj się, wstawaj!

Dziewczyna nawet nie drgnęła. Jej sina twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Olesia niewiele myśląc przytuliła się do niej i zaczęła ogrzewać lodowate ciało własnym nikłym zapasem sił witalnych. Od dziecka to umiała. Nawet jak z dzieciakami kiedyś w Broku nad Bug poszła w maju przed wojną, i do wody wlazła, to jakoś tak umiała własnemu ciału przetłumaczyć, że nie ma się co trząchać, i że jest ciepło, aż sama w to uwierzyła. A teraz leżała przy Luśce i sobie wyobrażała tatową pierzynę, co to jej i chłopcom matula na łóżko rzucała, jak mróz chałupę ścisnął. I tak jak kiedyś w rzece, to teraz sobie umyśliła, że pierzyna grzeje ją i Luśkę, i niespodziewane gorąco popłynęło przez ciała uciekinierek. Lucyna otworzyła oczy i spojrzała na koleżankę.

– Wstawaj, niemoto! – ofuknęła ją Olesia, zapinając koszulę. – W drogę nam czas.

Lusia podniosła się oszołomiona, i dopinając garderobę, bez dyskusji podreptała na wpół zarośniętą ścieżką.

Normalnemu człowiekowi wydaje się, że bez trzech posiłków dziennie i nieustannego dostępu do napojów niechybnie umrze. Tymczasem zabija dopiero siódma doba bez picia i trzydziesta bez pożywienia, jeśli tylko mamy dostęp do wody. Marcowe zlodowaciałe bruzdy gubiły wodę i obnażały brunatne grzbiety. Lód w nieśmiałych promieniach słońca topił się bezpowrotnie. Olesia przykucnęła i wydarła kępę mchu.

– Pij, Lusia – poleciła koleżance i ścisnęła roślinę z całej siły. Z mchu wytoczyła się cienka strużka wody. O jedzeniu jeszcze na długo mogły zapomnieć.

Skąpany w porannych promieniach słońca las stał się mniej posępny, a temperatura otaczającego uciekinierki powietrza znacząco się podniosła. Olesia energicznie ruszyła przecinką w stronę Bydgoszczy. Po godzinnym marszu dotarły do torów kolejowych.

– O słodki Jezu! – przeżegnała się Lucyna i przykucnęła za zaroślami.

– Co znowu? – zirytowała się Oleśka.

– No nie widzisz? Tory!

– No widzę, przecież ich właśnie szukałam.

– Nie wolno! Niemce za łażenie po torach strzelają!

– Toć wiem – odparła z godnością Olesia i wyszła na tory. – Chodź, łamago, musimy się spieszyć. Musimy jakieś trzydzieści kilometrów leźć. Ruszże się, Lusia!

Kierzbudy, 1 września 2015. Kilka chwil po naruszeniu barier ochrony przez słonia.

– Ta twarz… – mruknęła pod nosem Szeptucha, nie spuszczając oczu z młodzieńca na słoniu. – Dam sobie emeryturę obciąć, że skądś go znam.

– Miau! – parsknął śmiechem Mruczek.

– Może nieduża emerytura, ale listonosz Walenciak co miesiąc jak w zegarku przynosi, więc mi tu nie parskaj, kocie! Lepszy wróbel w garści! A typek znajomo wygląda.

Wzmiankowany typek poklepał słonia po głowie i z wdziękiem wyhamował przed pergolą. Chwilę rozglądał się po okolicy, a potem dźgnął zwierzaka patykiem w bok. Słoń posłusznie przyklęknął i chłopak zwinnie zsunął się na polankę. Przyłożył dłoń do czoła w geście pozdrowienia i opadł na kolana, wtulając czoło w ściółkę.

– U nich to sucho musi być, tak mi się widzi, bo czołganie się po glebie w naszym klimacie to, Mruczek, wyzwanie niezgorsze – podsumowała babka.

– Miau! – ponaglil kot.

– Mówisz, witać się trza? – zasępiła się kobieta. – A bo to ja wiem, po jakiemu on gada?

Mruczek wygiął sugestywnie grzbiet w całkiem udanej pręgowanej wersji polskiego zminiaturyzowanego wielbłąda.

– Aaa! – odgadła bez pudła Szeptucha. – Myślisz? Jasny pieron, nie pamiętam, jak to było.

Kot wzniósł bursztynowe oczy ku niebu.

– Salam alejkum! – powiedział.

– Ano właśnie! Tak to szło – ucieszyła się jego pani.

Ciemnoskóry chłopak podniósł głowę, ale z kolan nie wstał. Spojrzał na Mruczka.

– Rad jestem z powitania, czcigodny kocie, ale racz zauważyć, że nie z krajów osmańskich przybywam, a z mojego macierzystego Bharat, czyli po polsku Indii – wygłosił czystą polszczyzną młodzieniec. – Do nóg twych i twej szlachetnej pani uniżonym sługą się kładę.

– O! – wygłosiła powitanie Szeptucha i podrapała się w zadumie po głowie. – To teraz, kocie, runęła twoja teoria, a ja przyznam, że własnej jeszcze nie obmyśliłam – dodała scenicznym szeptem.

Kot wzruszył ramionami, polizał od niechcenia łapkę i wycofał się na skąpany w słońcu fotel.

– Dezerter – syknęła Szeptucha.

– Witajcie, szlachetna pani! Rad jestem niezmiernie, widząc cię w zdrowiu i szczęśliwości – wciął się młodzieniec.

– Cześć, młody. Jakie wiatry cię tu przywiały? – zagaiła babka, nabierając głębokiego przeświadczenia, że obecność słonia, chłopaka i jego świty to Aurelki odwet za wykopanie jej do szkoły. Całkiem udatny dowcip, a i prawnuczki pomysłowość w sprowadzeniu słonia warta odnotowania.

– Meri samadźh men nahin aja!* – odparł na to chłopak i skłonił się głęboko.

*Nie rozumiem!

– Nie rozumiem – poskarżyła się babka.

– O! Rozmawia pani w hindi? – ucieszył się przybysz już po polsku. – Wybaczcie, pani, ale wasza mowa, choć brzmi w uszach jak niebiańska muzyka, to chwilami staje się niezrozumiałą.

– A skąd ty się tu, synku, wziąłeś, i czego tu u nas szukasz? – zadziwiła się na to Szeptucha, mając już milion procent pewności, że obecność chłopaka nie została zaaranżowana przez Lelkę. Bo słoń jak słoń, ale tak kwiecistej mowy nie posiadł żaden młodzieniec z okolicznych powiatów.

Bory Tucholskie, 4 marca 1942 r. Wczesne popołudnie

Przedmieścia Bydgoszczy wyglądały na kompletnie wymarłe. Rzadko rozrzucone chałupy miały okna zasłonięte kawałkami dykty, a przy obejściach nie pałętał się nawet kulawy pies. Żwirowa droga, na którą wyszły od strony lasu, w połowie ginęła pod czarnym błotem.

– Dokąd teraz? – zapytała Lucyna, stając przed kolejną kałużą.

– W stronę dworca idziemy, ale zamknij się, na miłość boską, tu po polsku gadać niebezpiecznie – odparła Olesia i zgrabnie przeskoczyła kałużę. – Chodź, już niedaleko!

W drewnianej chałupie po prawej stronie drogi jakieś oko przywarło do szpary w odrapanych, niebieskich okiennicach. Ruchliwa, wąska źrenica omiatała gorączkowo drogę i po chwili zatrzymała się na dwóch szczupłych, młodych blondynkach. Jęzor zamlaskał w paszczy, a na zbutwiałe deski skapnęła kropla śliny.

– Zobaczysz, jak tylko dotrzemy do stacji, to tam się napijem herbaty, zjemy coś i poczekamy na chłopców – dodawała otuchy koleżance Olesia. – A mój brat to już na pewno ze skóry wyskakuje, żeby się z tobą znowu obaczyć – zachichotała.

– Józek? – z powątpiewaniem zapytała Lusia. – A bo on ma co do mnie?

– A ma, ma! Tak jak Antek do mnie!

– Oj, Olesia, ty to z Antonim po słowie, a do mnie twój brat to nawet nigdy nie zagadał.

– Boć on nieśmiały do dziewcząt, Lusia, ale ja swoje oczy mam! – eksplodowała perlistym śmiechem Olesia i podskoczyła w miejscu. – No idźmy już, Luśka, jakoś tu strasznie, ducha żywego nie ma, a tam chłopaki pewno czekają.

Poszły, omijając kałuże, zaśmiewając się i przekomarzając. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuły wolność i beztroską radość życia. I nie miało znaczenia, że ich puste żołądki grały marsza, liczył się tylko cel podróży. Dla istoty, która nurzając swoje oślizgłe ciało w przydrożnym, wypełnionym błotem rowie podążała za nimi, to właśnie pusty żołądek miał pierwszorzędne znaczenie.

Centrum miasta przywitało je wzmożonymi patrolami Niemców, przechadzających się od niechcenia, ale rzucających baczne spojrzenia na przechodniów. Dziewczęta czuły się nieswojo, ale konsekwentnie, choć z przygarbionymi plecami przemierzały brukowane ulice. Bały się zapytać kogokolwiek o drogę na stację kolejową, by nie zdradzić się słowiańskim akcentem. Wolały nawet zmylić trasę, choć w tak niewielkim miasteczku było to nieomal niewykonalne. Wkrótce stanęły przed czerwonym budynkiem z rzędem ogromnych okien i wieżą zegarową. Z lewej strony był plac, na którym stał czarny mercedes i dwa wojskowe gaziki, a po prawicy, tuż za niedawno zasadzonym żywopłotem, wiła się brukowana ścieżka wiodąca do budynku stacji. W bocznych alejkach ustawiono ławki, na których przy lepszej aurze zapewne wypoczywali spacerowicze. Przed wejściem, z lewej strony, witał przybysza szpaler przyciętych schludnie klonów. Teraz pozbawionych liści i nie dających schronienia tym, którzy chcieliby się skryć przed wzrokiem ciekawskich.

Olesia i Lusia omiotły bezlistne klony obojętnymi spojrzeniami, ale stwór, wykorzystując każdy, choćby nawet niewielki załomek cienia, wślizgnął się zgrabnie za pokryte mchem pnie. Słońce zniknęło za ołowianymi chmurami i temperatura z każdą chwilą spadała. Na elegancko przystrzyżone trawniki przydworcowe opadał mokrymi płatami śnieg.

– Nic tu po nas, Lusia! – szepnęła Olesia i podreptała dzielnie w stronę budynku stacji. – I pamiętaj, ani słowa po polsku!

Kierzbudy, 1 września 2015. Tuż po niespodziewanej i niesamowitej defekacji słonia.

– Jezu słodki! Żadne grabie tego nie uniosą! – załamała ręce Szeptucha porażona możliwościami wydalniczymi jednego z największych znanych planecie ssaków.

Śniady przybysz poderwał się wreszcie z klęczek i zerknął przez ramię na ważącego setki kilogramów słonia. Wyprowadzał go na łąkę przed triumfalnym przybyciem, ale najwyraźniej zwierzakowi puściły nerwy. W sumie, dobrze że tylko jemu! – pomyślał Hindus i bohatersko odwrócił się, wystawiając wątłe, ascetyczne ciało na świdrujące spojrzenie babki.

– Wybaczcie, pani, zabrudzenie trawnika – odezwał się ugodowo. – Moi słudzy wnet uczynią z tym porządek.

– Mam nadzieję! – odparła oschle babka.

– Niewykluczone, że bezrozumnemu zwierzęciu udzielają się ludzkie emocje – wyjaśnił Hindus. – Ja, spadkobierca pokoleń, znam swoją misję, ale zwierzak najwyraźniej…

– Daj spokój! – przerwała wywód Szeptucha. – Chodź, właśnie herbatka się zaparzyła.

Młodzieniec przekroczył próg leniej kuchni z szelestem firanki, ale i z pewnym ociąganiem.

– Siadaj pod oknem. Z cukrem pijesz? Prawdziwy assam! – pochwaliła się babka, stawiając przed gościem kubek. – Ktoś mi na święta przysłał w zeszłym roku.

– Ja… – przyznał się cichusieńkim głosem chłopak.

– Ty? – zdziwiła się stara. – Ale dlaczego?

Zapadła chwila kłopotliwego milczenia, którą młody wykorzystał na opuszczenie głowy i wbicie wzroku w podłogę, a Szeptucha na odszukanie okularów i badawcze spojrzenie na twarz młodzieńca.

– Jak masz na imię? – zapytała na pozór niewinnie.

– Śri Rajat Abhijay Jóźwa. Dla przyjaciół Rajat.

– Jakżeś chłopcze powiedział? Jóźwa? – upewniła się Szeptucha.

– Po pradziadku – wyjaśnił przybysz i gwałtownie wstał, kłaniając się nerwowo.

– O słodki Jezu! – wyszeptała babka i złożyła nabożnie dłonie.

W kuchni zapadła cisza przerywana metalicznym odgłosem grabi wygarniających guano słonia z trawnika.

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Kucharki rządzą światem

Iza: Jesteś?

15 minut później…

Iza: No jesteś durna babo?

10 minut później…

Jagna: Jestem, ale tykhiuehoaiu

Iza: Co kurde?

5 minut później…

Jagna: Już jestem, sorry, sos mi kapnął z łyżki jak ci odpisywałam i musiałam wytrzeć. Widocznie coś tam powciskałam na klawiaturze.

Iza: Co ty tam wyprawiasz? W kuchni działasz?

Jagna: No działam, robię ramen na bloga. Sto miseczek rozstawionych po blatach, pierdolnik totalny, kuchnia wygląda jak nieboskie stworzenie.

Iza: O za japońszczyznę się wzięłaś? 😀 I co na to rodzina?

Jagna: Oczywiście stoją i przebierają nogami.

Iza: Moi mi ostatnio powiedzieli, że są bardzo zadowoleni z tego, że prowadzę bloga. Twierdzą, że zdecydowanie im odpowiada aktualna częstotliwość i jakość żywienia 😀

Jagna: No ja myślę, kopertki z jabłuszkami na przykład były mega 😀

Iza: Wchłonęli w pięć minut 😀

Jagna: Poczekaj chwilę!

Dziesięć minut później…

Jagna: Sorry, znów zniknęłam. Ale musiałam ramen ratować. Rzucili się, do gara, jak dzikusy a ja z tobą gadałam i nie zdążyłam zdjęć zrobić. Odpędziłam towarzystwo i zabrałam się za pstrykanie fotek.

Iza: Moi już wyszkoleni. Mąż wpłynął do kuchni na fali zapachów ogórkowej. Talerz z parującą zupką stał na stole i sobie pachniał rozkosznie…

Jagna: Weź, bo się ślinię 😀

Iza: Dobra, skup się na akcji a nie na zapachu 😀 Mąż podszedł powoli do talerza i tak od niechcenia musnął palcami jego brzeg. I tak nieśmiało stanął obok z cielęcym uśmiechem. To się uprzejmie zapytałam, czego chce. A on tak jakby berecik mnąc w rąsiach spojrzał na talerzyk i siada grzecznie przy stole wbijając spojrzenie w ogórkową. To uśmiechnęłam się uprzejmie. A on tak mlasnął wymownie i zapytał: Zrobiłaś już zdjęcia? Wyszły? Można jeść?

Jagna: HA HA HA 😀 Biedni są ci nasi ukochani 😀

Iza: Ważne, że szkoleni.

Jagna: Dokładnie! Właśnie podsłuchałam moich. Szepczą do siebie siedząc w salonie. „Poczekaj, zaraz matka zdjęcia zrobi, to będzie kolacja!”, „Ale tato, głodna jestem!”. „Cicho bądź! Już kończy!”

 

Iza: Ręka, która rządzi michą rządzi całym światem 😀

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Spotkanie autorskie w Radzionkowie 18 kwietnia 2016

Z jednej strony uwielbiam ludzi, z drugiej jestem urodzoną domatorką, która równie świetnie bawi się w swoim własnym towarzystwie. Jeśli chwilowo nie ma nikogo pod ręką, potrafię skutecznie samą siebie zabawić rozmową. Ach, jakież ja prowadzę ze sobą dysputy. Zwłaszcza w samochodzie, bo jeździć samochodem też uwielbiam. Właściwie to mogłabym pracować jako taksówkarz, tylko niestety mało czasu na pisanie.

Owszem, stojąc na postoju mogłabym gadać sama ze sobą, później gadać z pasażerami, a na końcu nagrać wszystko na dyktafon, ale z tym dyktafonem jakoś od zawsze nie było mi po drodze. Sześć lat temu mąż mi kupił takie srebrne wypasione cyfrowe cudo. Jako kompletna elektroniczna niemota musiałam użyć instrukcji obsługi. Nawet poszło. Nowe baterie, cyfrowe cudo do schowka i w drogę. Taksówkarzem wprawdzie nie jestem, za to spotkania z czytelnikami stanowią dla mnie okazje do wyjazdów i pompują we mnie nową energię. Zupełnie jakby mnie ktoś podłączył do kontaktu pod dwieście dwadzieścia.

Z rozkoszą wyrywam się z domowego zacisza, odpalam moje ukochane cztery koła, pakuje weń cztery litery i w drogę. Do świata, do ludzi, do moich cudownych czytelników. Lecę, dosłownie jak na skrzydłach, gadam do siebie jak najęta, okazyjnie sobie folguję i wyklinam na głos na innych kierowców, bo przecież jak ktoś jedzie wolniej ode mnie to melepeta, a jak nie daj Bóg ośmieli się jechać szybciej to wariat. Tak zatem za kółkiem nigdy się nie nudzę. Jadę, więc sobie jadę, no i myślę. I czasem coś mądrego wymyślę… I to by było na tyle, bowiem dość szybko wyleciało mi z głowy, że posiadam dyktafon. Zanim sobie przypomniałam, gdzie go mam, to zapomniałam, co chciałam nagrać, ale przynajmniej już zlokalizowałam urządzenie.

Następny wyjazd. Znowu jakaś myśl. Bingo! Przecież mam w schowku dyktafon. No mam, znalazłam przy pierwszym podejściu, tylko w międzyczasie przyszło ochłodzenie i szlag trafił baterie. Znowu nic nie nagrałam, ale z mocnym postanowieniem nagrania złotych myśli, mniej więcej po tygodniu mam już nowe baterie. Teraz już nic mnie nie zaskoczy. Znowu jadę, gadam, myślę i kombinuję. Tak! To jest to! Złota czcionka! Skończony geniusz gry słów godny co najmniej wieszcza. Trzeba to nagrać, bo pisanie na autostradzie może skończyć się źle. Szybko, zaraz myśl uleci! Schowek, dyktafon!

Hmm, ale jak się to włącza? Ostatni raz czytałam instrukcję rok temu i zapomniałam jak się obsługuje to skomplikowane cholerstwo.  Nic to, jadę dalej obiecując sobie, że w domu muszę znów odrobić zadanie domowe z obsługi dyktafonu. Zaparłam się i nie odpuszczę, zatem znowu rozkminiam instrukcję.  Sukces. Znów mam w schowku sprawne cyfrowe urządzenie i nawet wiem jak je włączyć. Ha! O, taka jestem, a co! W dodatku idzie lato, baterie szybko nie padną, więc nie daję za wygraną i zawieram sama za sobą układ, że będę nagrywać złote myśli z samotnych podróży, tylko tu pojawia się problem. W lecie nie ma spotkań autorskich, zwykle podróżuję wtedy z rodziną i nie myślę, a dwa miesiące to czas wystarczający, by zapomnieć, że się ma w schowku dyktafon.

Szczęście jednak mi sprzyja. W drodze na zakupy atakuje mnie zdanie stulecia. Mickiewicz by się nie powstydził. Mam! Mam! Przecież mam dyktafon! O dziwo działa, o dziwo pamiętam, jak go włączyć i nawet pamiętam jak się nagrywa. Jestem wielka! Nagrywam. Matko, nareszcie… Co za satysfakcja. Dwa lata na to czekałam, więc dumna i blada wyłączam ustrojstwo i… z powrotem do schowka. Niedawno zmieniłam samochód. Przy pakowaniu znalazłam w schowku rozładowany dyktafon, którego apiać nie potrafiłam włączyć, ale poszłam po instrukcję, zmieniłam baterie i odsłuchałam skromną zawartość. Nagrane było jedno zdanie do książki, którą wydałam trzy lata temu.

Nic się nie zmieniło. Dziś też przegadałam sama ze sobą całą drogę do Radzionkowa. Nawet trochę pośpiewałam z Alvaro Solerem, korzystając z tego, że na autostradzie nikt nie usłyszy, jak beczę niczym stado zarzynanych baranów. No i na koniec zagadałam na amen radzionkowskie czytelniczki.  Dzięki zaproszeniu i gościnności Pani Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radzionkowie, miałam okazję poznać bliżej moich fanów i spędzić cudowne dwie godziny w wyjątkowej atmosferze. Widok pełnej widowni zawsze dodaje mi skrzydeł, więc możecie być pewni, że jutro w drodze powrotnej, znów sama do siebie wygłoszę jakieś złote myśli.

A dyktafon leży sobie spokojnie w piwnicy. Szkoda kasy na baterie 😉

Zapraszam na krótką fotorelację autorstwa Eli Bączkowicz

13000160_1120400678023241_5533593640692454151_n

13043761_1120401201356522_8416848067057145934_n

13043786_1120400708023238_3079949614024666649_n

13043797_1120400521356590_6273029648293863065_n

13051483_1120401231356519_5530674213818341764_n

13051495_1120401024689873_1401123130324696567_n

13051770_1120400604689915_126528962175588377_n

13062269_1120400971356545_2702814720165614147_n

Tornado 5

Tornado 5

Nowa buda.

Ten kto naprawdę szuka, ten znajdzie nawet mrówkę na pustyni Gobi. Tym razem alarm już nie był fałszywy. Po tygodniu karkołomnych i pełnych zapału poszukiwań, pieseczek już w domu. W całej rodzinie i wśród znajomych, wzruszeniom pomieszanym z ekscytacją oraz niedowierzaniem, nie ma końca. Nikt nie wierzy, że udało się nam znaleźć psa. Nawet jasnowidz się zdziwił.

Mąż na fali szczęśliwego odnalezienia, od nowa zapchlonego zbiega, niczym dziki, dostał szwungu do malowania, więc chwycił za pędzel i machnął psu tę nową budę na mahoń, żeby pasowała do ogrodzenia.

Cudownie. Pełnia szczęścia. Tylko, że pies, tuż przed wielką ucieczką został zaszczepiony przeciwko nosówce i z obniżoną odpornością przywlókł do domu anginę stulecia. Widzieliście kiedyś psa z chrypką? Ja widziałam. Tornado o mało nie przypłacił tej przygody życiem, więc zaraz po wizycie u weterynarza i końskiej dawce antybiotyku, dla pewności wpakowałam wariata do samochodu i pojechałam na komendę straży miejskiej, żeby zdjąć ogłoszenie i odwołać czerwony alarm na dzielni.

Fruwając ze szczęścia na wysokości lamperii starannie zamknęłam ówczesny pojazd i pobiegłam zdjąć ogłoszenie na komendzie. Podziękowałam funkcjonariuszom i przy okazji zdjęłam jeszcze kilka z kilkuset wiszących w okolicy ogłoszeń i z wielkim zdziwieniem zareagowałam na pętające się u mych nóg moje własne (zamknięte w samochodzie) psisko.

Kurczę, jak wylazł? Całkiem prosto. Nadepnął łapą na guzik od otwierania szyby, otworzył sobie okno i radośnie wyskoczył na ulicę. To nic, że przy okazji zjazdu na jezdnię, na całej wysokości przerysował drzwi pazurami. To nic. Naprawdę. Przecież to wielkie szczęście, że kochany piesek się znalazł, więc wybaczam i w ramach chwilowego rozpasania, w drodze wyjątku pozwalam mu się bezczelnie rozwalić na półce nad bagażnikiem.

Później przez pięć lat nie dałam rady usunąć z niej kłaków pseudo holenderskiego wolfhund’a, ale na tamten szczęśliwy i pełen uniesienia czas, Tornado mógł nam powbijać swoje wilcze kłaki nawet pomiędzy zęby, w zupę i w nową pościel.

No ale nic, zagoniłam bydlę z powrotem do samochodu i obiecałam sobie, że przy następnym przystanku na wszelki wypadek zamknę go w bagażniku. Niech sobie wyje. W ostatnim ludzkim odruchu szczęśliwego człowieka jednak darowałam mu ten bagażnik, ale tym razem już zamknęłam drzwi pilotem. Ech, to nie takie proste. Jeszcze nie zdążyłam kupić pomidorów na straganie, jak wyje.  Właśnie się dowiedziałam, że mam w aucie alarm, bo wszystko wyje. Samochód wyje, pies w samochodzie wyje, a wokół samochodu gromadzą się zbulwersowani gapie i komentują, co to za bezduszny sukinsyn tak się znęca nad niewinnym zwierzątkiem. Zostawiłam w diabły te zakichane pomidory, chrzanić pomidory, bo za chwilę dobrzy ludzie naślą na mnie kuratora albo jakiś inny inspektorat lub aktywistów z Greenpeace lub TOZ, opublikują mój numer rejestracyjny na facebook’ u  i jeszcze wpakują mnie za kratki.

A pieseczek co? Na mój widok zawył z radości i łaskawie zwolnił miejsce kierowcy.

Jako że wobec powyższego Tornado zupełnie nie nadawał się na zakupy, postanowiłam wdrożyć pozostałe pomysły zrodzone w amoku wcześniejszych poszukiwań. Buda. Postanowiłam spełnić złowrogą obietnicę związaną z przymocowaniem psa do budy. Uszczęśliwiona, odpuściłam mu przyobiecany w nerwach krowi łańcuch. Uznałam, że dźwięk wleczonego po bruku łańcucha może zaburzyć sąsiadom spokojny sen, ale za to sięgnęłam do piwnicy po długaśną parcianą taśmę, na której niegdyś asekurowałam na nartach moje dziecko.

Na szczęście mahoń już wysechł, więc przytwierdziłam psa na kilkumetrowej taśmie do ogrodzenia w bliskiej okolicy budy i poszłam do domu. Zabrałam się za sprzątanie, bo przez tydzień poszukiwań nikt z domowników nie miał czasu zajmować się czymś tak mało istotnym jak choćby podłoga w kuchni. Po tygodniu, z powodzeniem można było zostawić na niej buty, więc wreszcie, pełna dobrej energii i optymizmu, postanowiłam rozprawić się z klejącą powłoką. Jeszcze nie zdążyłam nawet sięgnąć po wiaderko, jak pies, w niewiadomy sposób odłączył się od swojej nowej budy i zameldował się w domu.

– Nie, nie, stary. Tak nie robimy- zawołałam łajdaka i po raz drugi przypięłam go do taśmy. Chyba rzeczywiście źle zapięłam zaczep.

Idę. Zatankowałam pół wiadra, a ten gad znowu w domu. Tym razem wylazł z obroży. Chyba za luźna, więc nieco dociągnęłam na regulacji. Dolałam więcej wody do wiaderka. Cap za wiaderko, zlew, akcja, szybkie ruchy, nalewam! Go! Go! Go!  Znowu chwilka. Znowu wyszedł.  Stoi  w kuchni i bezczelnie młóci tym swoim szalonym ogonem. Czyżby obroża nadal za luźna? Dociągam. Sprawdzam. Nie, no. Więcej się nie da. Jedno z dwojga. Albo Tornado się udusi, albo pękną mu oczy. Odpuszczam.

Nauczona złym doświadczeniem i pomna traumy z poszukiwań, profilaktycznie zamykam psa w toalecie przy okazji mając nadzieję, że podstępnie nie czmychnie kanalizacją, i jak głupia pędzę do pobliskiego sklepu zoologicznego.

– Panie! Szelki! Na dziesięć kilo psa! Czerwone, żeby było widać  z drugiego końca Kurdwanowa!

– Aaaa, to pani?!- Sprzedawca najwyraźniej mnie rozpoznał. – I jak? Znalazł się piesek?

– Tak. Szelki potrzebuję, na tego psa, wie pan… Gazem!

– Jasne. Proszę.

Zapłaciłam trzy dychy. Jak diabeł dobrą duszę capnęłam te szelki i pognałam do domu.  W międzyczasie Tornado chyba odkrył, że toaleta służy do sikania, tak więc obficie obsiurał fajans z dwóch stron i na powitanie radośnie wytarł mokre łapy w moją sukienkę. Niczym niezrażona zdjęłam mu obrożę i założyłam mu nowe, czerwone i bajeranckie szelki. Przypięłam drania do taśmy po raz enty i pewna sukcesu zrobiłam kolejne podejście do mycia podłogi.

Jeszcze nawet nie sięgnęłam po mopa, jak za plecami usłyszałam radosne szczeknięcie psa, który właśnie przyszedł mi oznajmić, że szelki ładne, ale też do luftu i że sprzedawca zrobił mnie w konia. Wrrr… dociągnęłam troki do momentu kiedy psu oczy o mało nie wyskoczyły z orbit, ale upewniwszy się, że da radę oddychać ponowiłam próbę przytwierdzenia go do budy na stałe i umycia tej nieszczęsnej podłogi. Tym razem stopień trudności nieco skomplikował mu sprawę, bo pies odmeldował się, jak już kończyłam myć w przedpokoju, a jego zadowolona mina wyraźnie świadczyła o tym, że jest z siebie bardzo zadowolony i oczekuje nagrody, za to, że tak pięknie uwalnia się z nowych, czaderskich, czerwonych szelek.

Nie, nie. Ja tak łatwo się nie poddam! To niemożliwe, żeby pokonał mnie pies! Nawet bardzo cwany. Zdjęłam zatem te czerwone szelki i znów pojechałam do zoologicznego.

– Do bani te szelki!- powiedziałam. – Zwracam!

Sprzedawca tylko na mnie spojrzał. Najwyraźniej świadom mojej determinacji powstrzymał się od komentarza i poszedł na zaplecze. Nie było go dość długo.  W tym czasie oczami wyobraźni ujrzałam ponownie osikany wucet, ale sprzedawca niebawem wychynął z czeluści zaplecza i z miną magika zaprezentował mi to mega zarąbiste COŚ (!).

– Proszę. Z tego już nie wyjdzie- konspiracyjnie zniżył głos. – Na szelkach tego typu prowadza się w cyrkach tygrysy. Przysięgam, żaden, nawet najsprytniejszy kotowaty się z tego nie wywinie. Tym bardziej pies, bo widzi pani…itd.

Taaa. Terefere. Za pierwszym razem zdążyłam umyć jedynie umywalkę w łazience. W drugim podejściu, nie zdążyłam nawet dojść do łazienki.

Moi Drodzy. Uwierzcie, że ostatnie lata z życiorysu Tornado nie zaliczały się do nudnych, a nowiutkie szelki dla tygrysa, po dziś dzień wiszą sobie spokojnie w garażu. No i cóż…, spokojnie sobie czekają aż kiedyś adoptuję jakiegoś tygrysa pierdołę :)

 

CDN

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Jagna: Jutro pozbywam się męża na całe dziesięć dni!

Iza: O! To walniesz ze cztery rozdziały. Jak kiedyś mi rodzinka się rozjechała po świecie, to napisałam całą książkę w miesiąc 😀

Jagna: To jest niesamowite, jak bardzo oni nie kumają, że do pisania trzeba się wyciszyć i egzystować w harmonijnym i pozbawionym bajzlu wnętrzu.

Iza: No! A mąż niby nie przeszkadza, niby nic nie mówi, umowę sobie jakąś cichuteńko na komputerze klepie. Ale JEST. Więc nie wytrzymuję i idę pisać do garażu z notesem w ręku. Siadam na skrzynce z narzędziami, w zimie zakładam buty snowboardowe i ze wzrokiem na wysokości przedniej prawej felgi, przenoszę się w głąb stajennej sagi. Potem wracam i wywalam biedaka na piętro, a on by chciał ze mną posiedzieć. To jest niesprawiedliwe! Każdy ma miejsce w domu a ja mam stół w kuchni, gdzie non stop ktoś przyłazi. Bo skoro siedzę to znaczy, że nie mam nic do roboty. Jak to dobrze, że mam jeszcze ten garaż…

Jagna: Ja piszę przy wyspie kuchennej. A oni kręcą się wokół jak muchy utrapione. Próbuję się izolować za pomocą słuchawek i muzy, ale myślisz, że im to przeszkadza? Ja sobie właśnie smakowite zdanie zapisuję a tu mi któreś wyrywa słuchawki z uszu i ryczy: „gdzie są jajka?”. No Iza, ja nie mogę – gdzie są jajka? „W dupie są jajka! W kurzej dupie!”  – warczę na nich.  Ale myślisz, że ich to rusza?

Iza: Załóżmy sobie dom pracy twórczej :(

Jagna: Zamieszkajmy razem!

Iza: Nawet to jednocześnie napisałyśmy! Kurde, wyjdziesz za mnie?

Jagna: Z rozkoszą. Zabieraj Tornado, ja biorę spaślaka Mruczka Szeptuchy.

Iza: Nie, ja Kapsla i Szajby nie zostawię!

Jagna: To koty też bierzemy :)

Iza: A Twoi niech sobie szukają tych jajek, może w końcu znajdą.

Jagna: W kurzej dupie na przykład.

Tornado 4

Tornado 4

Wielki odlot cz 2

W końcu trafiłam na konkretny ślad. Udało mi się dotrzeć do młodzieńca, który w pierwszą noc przenocował u siebie naszego zbiega. Zaraz zaangażował w akcję okoliczne dzieci. Dzieciaki od razu wynegocjowały u mnie wycieczkę do zoo w zamian za znalezienie psa i w sekundzie rozpierzchły się między blokami.
Poniedziałek. Początek roku szkolnego. Kurier właśnie przywiózł budę. Szlag by go trafił z tą budą!
Już absolutnie wszyscy na osiedlu mówią mi „dzień dobry” albo na mój widok szepczą między sobą: „To jest ta pani, co szuka psa”. Większość dzieci zna na wyrywki numer mojego telefonu. Moje dzieci przejęte po całości pójściem do szkoły chętnie by uczciły ten dzień czymś ekstra, ale ja znów do papierniczego po entą ryzę papieru i pinezki. W poniedziałek wieczorem zdjęcie Tornado znajduje się już w kabinie każdej śmieciarki i ma je przy sobie każdy listonosz. Kończy mi się koncepcja. Coraz częściej dostajemy sygnały, że ktoś widział psa, ale zanim udaje się nam dojechać na miejsce, psa oczywiście już nie ma. Coraz bardziej nabieramy przekonania, że to beznadziejne, a ludziom po prostu się myli. Ileż można szukać? Co jeszcze można zrobić? Właściwie wypadałoby odpuścić, ale im więcej się zrobiło, tym trudniej zrezygnować. A co, jeśli on rzeczywiście tam jest i ci ludzie nie kłamią? W nocy uzupełniamy zerwane ogłoszenia. W całej dzielnicy praktycznie nie ma już drzewa bez przypiętego wizerunku Tornado. Zostały jeszcze latarnie i słupy od świateł na skrzyżowaniach. Zakaz naklejania pod karą grzywny, ale co tam. Jedziemy z koksem! Do południa wytapetowane wszystkie okoliczne skrzyżowania. No i w końcu stało się coś, co musiało się stać. Dosłownie wzięli się znikąd. Patrol straży miejskiej przydybał mnie przy ostatniej latarni.
– To pani? Matko, wreszcie! Przecież my panią szukamy już od trzech dni! Co pani najlepszego wyprawia? Przecież za to jest mandat!
– Trzy dni szukacie? Przecież na ogłoszeniu jest telefon. Wystarczyło zadzwonić.
Strażnicy trochę zbici z tropu, ale za wypisywanie mandatu się biorą.
Kurczę, tylko nie to. Co tu robić?, pomyślałam gorączkowo. Najlepiej byłoby ich wziąć jakoś na litość. No nie ma lekko. Najlepiej byłoby się rozbeczeć, ale jakoś nie idzie. Za to siorbnęłam teatralnie nosem i powiedziałam, że psa szukam, że po szczepieniu, że chory, że dzieci płaczą, że ja płaczę…
– A co to za pies!- nieoczekiwanie zainteresował się jeden.
– A taki? Nie ma pan jeszcze zdjęcia w radiowozie?- podsunęłam mu pod nos ogłoszenie ze zdjęciem.
– Taki zwykły kundel?- funkcjonariusz pewnie myślał, że szukam yorka z diamentową obrożą.
– A co się panu nie podoba?- postawiłam się ostro.
– Nie może pani wziąć jakiegoś innego?
– Nie mogę- chlipnęłam twardo.
– I jeszcze nagroda? Za takiego kundla? I pani tak płacze?
– Proszę pana, pan nie rozumie! Ja znajdę tego psa!- powiedziałam, no i w końcu na serio się poryczałam. Nerwy mi puściły i już nie musiałam udawać. Jak się pewnie domyślacie nie dostałam mandatu, a przed końcem dnia zdjęcie psa znalazło się na tablicy w komendzie i w każdym radiowozie straży miejskiej w naszej dzielnicy. Wtedy naprawdę poczułam, że zrobiłam już wszystko i miałam odpuścić, ale przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł…
Nigdy nie byłam na tyle kreatywna, by aż tak pojechać po bandzie, ale całe te szalone poszukiwania i nasza determinacja doprowadziły mnie na skraj niedorzeczności. Po konfrontacji ze strażą miejską odeszły mi tak zwane wody i poczułam, że para uchodzi ze mnie jak powietrze z dziurawego materaca.
– Jeśli jakimś cudem ten cholerny pies się znajdzie, to przysięgam, że pojadę do castoramy, kupię najgrubszy metalowy łańcuch i przypnę tego gnoja do budy! – powiedziałam przez telefon do mojego taty.
Naprawdę byłam skłonna to zrobić, ale na razie nie miałam czego uwiązać do tej nieszczęsnej budy, więc przystąpiłam do finałowej akcji.
Pozostała mi jeszcze jedna opcja do wykorzystania. Niedorzeczna i szalona, czyli jasnowidz. Wierzę, nie wierzę, może coś w tym jest. Co mi szkodzi? Najwyżej zrobię z siebie wariatkę. A co mi tam! I tak już od paru dni wszyscy znajomi pukają się w czoło. Nikomu się nie przyznałam, po co mi plan satelitarny tego gigant osiedla. Nie miałam zamiaru bawić się w poszukiwania palcem po mapie Europy. Konkret. Tu jest mapa. I gdzie jest pies? Mniej więcej tak to sobie wymyśliłam i tak to mniej więcej się odbyło. Atrybuty typu szklana kula, czarny kot i tarot poszły w bok. Był tylko pewien rodzaj transu i na koniec sękaty palec wycelowany w budynek starej hydroforni niedaleko miejsca, gdzie młody chłopak udzielił schronienia mojemu psu. Wybiegłam stamtąd jak na skrzydłach, ale zanim przejechałam pół miasta i dotarłam na miejsce pies już skutecznie zdążył się oddalić. Wtedy na serio już odpuściłam. Zrezygnowana powiesiłam jeszcze pięć ostatnich ogłoszeń. Na przystanku autobusowym i na ostatnich czterech wolnych drzewach w tamtej okolicy, i wróciłam do domu. O szóstej rano zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, chyba znalazłam pani pieska. Właśnie śpi na przystanku i wygląda zupełnie jak ten z ogłoszenia…
CDN

Szeptucha 4

Szeptucha 4

Najładniejsza gmina 2

Sołtys Alojzy Gąsior siedział przy biurku i masował skronie. Zza koronkowej firanki napływało jednostajne ujadanie psa sąsiadów, a zza drzwi wrzask pierworodnego sołtysowego wnuka. W takich okolicznościach skupienie się nad wytycznymi z Unii graniczyło z cudem.

– Psia mać – szepnął stłamszony przedstawiciel władz samorządowych – o co im chodzi z tą … pomysłową inicjatywą obywatelską? – odcyfrował z pewnym trudem fragment pisma. – Ki diabeł? Znaczy się, żeby wygrać te pieniądze od Unii, to oprócz porządku jakieś niespodzianki dla komisji mają być?

Sołtysa przerosły obowiązki służbowe, więc postanowił się uciec do podstępu. Wstał energicznie i wydobył flaszeczkę zakamuflowaną dotychczas za stertą papierów. Nalał sobie kielicha i wrócił do biurka. Przebiegł palcami po blacie i od niechcenia uchylił klapkę laptopa. Pobawił się nią chwilkę, dziwiąc się w duchu, jak to możliwe, że zawiasy w komputerze nigdy nie skrzypią. Bo na przykład drzwi od wychodka, żeby nie wiadomo czym smarować, to i tak po kliku dniach jęczą złowieszczo. A może to jakaś reakcja chemiczna? Specyficzny skład atmosfery w wychodku źle działa na metale? Jak by się tak zastanowić, to pewnie nie tylko na metale, pomyślał sołtys, ale tematu na wszelki wypadek postanowił nie zgłębiać. Zamiast tego otworzył komputer, i wciągając ze świstem powietrze, aktywował diabelską maszynę. Ta po chwili wahania ożyła niebieskim światłem, które nadało sołtysowej twarzy upiornie blady wygląd. Zgodnie z instrukcjami Szeptuchy teraz należało cierpliwie poczekać na kontakt. Czas oczekiwania sołtys wypełnił drobnymi łyczkami alkoholu i nerwowym potupywaniem. Wreszcie, po około dziesięciu minutach, małe okienko w rogu ekranu zapulsowało pomarańczowym światłem. Powiększył je nerwowo.

– Czego? – przeczytał Alojzy Gąsior.

– Sprawę mam – wystukał nie bez wysiłku, ale po chwili wahania wykasował napis i zaczął raz jeszcze. – Witajcie, babko, jak wasze zdrowie?

– Widziałam, jak coś kasujesz! – Odpowiedź nadeszła już po sekundzie.

Biedny sołtys rozejrzał się bojaźliwe po ścianach pokoju, ale niczego podejrzanego nie zauważył.

– Dobra, nieważne, czego chcesz? – Napłynęła kolejna wiadomość. – Tylko się streszczaj, Aluś. Gościa mam – zapulsowało okienko.

– Babko, problem mam z konkursem, co to z Unii przysłali.

– Ze sprzątaniem se dasz radę, czyli o pomysł, jak komisję zaskoczyć, musi tu chodzić.

– A skąd babka wie? – napisał i natychmiast skasował tekst.

– Znowu to robisz! – Obok liter objawił się malutki, ruchomy obrazek wygrażającego palca.

– Bo błędy musiałem kasować. Już się dawno do szkoły nie chodziło.

– A nawet jak się chodziło, to się gówno tam robiło! Ty, Aluś, zawsze leniwy byłeś.

– Oj, co też babka!

– Cichaj mi tam! O tej Unii lepiej pomyślmy – odpowiedź nadeszła błyskawicznie.

– Myślałem, ale nic mi do głowy nie przychodzi.

– Bo i też myślenie nigdy nie było twoją mocną stroną, Aluś. Innym to zostaw. Słuchaj no. Oni w tej Unii to strasznie wszystkie akcje ekologiczne lubią. Tu coś trzeba pokombinować.

– Może elektrownię? Na wiatr taką.

– Głupiś jak but! Skąd środki na to brać?

– No to rowy melioracyjne udrożnim.

– A to i tak musicie, bo się za łby w tej komisji złapią, jak te pokrzywy zobaczą.

– No to co robić?

– Zrobim, Aluś, kozią farmę. Ekologiczną, ma się rozumieć.

– A na co to? A to w Unii kóz nie widzieli?

– Kozy pewno widzieli, ale farmy z produkcją serów i ze zwiedzaniem dla miastowych to już na pewno nie!

– Babko! Genialna jesteście!

– Ech, bo wy, młodzi, to ikry za grosz nie macie, i wszystko za was trza robić. No! Czas na mnie. Bywaj, Aluś.

Sołtys potarł w zadumie siwe skronie i wstał od biurka. Jeszcze tylko wnuka ucałuje i leci do gminy. Podanie o środki trzeba napisać i zamówienie na kozy złożyć.

Szeptucha zamaskowała ścianę komputerów purpurową kotarą. Czas najwyższy był. W drzwiach łazienki szczęknął zamek – Lelka już się widać oporządziła. I rzeczywiście, do izby napłynął aromat truskawkowego płynu do kąpieli, niesiony na obłoku gęstej pary. Aurelia, owinięta miękkim szlafrokiem, zaróżowiona na policzkach, wyglądała niezwykle świeżo i dziewczęco.

– Prababciu, ale ty masz łazienkę wypasioną!

– A co ty, dziecko, myślisz? – zarechotała babka. – Na starość człowiekowi bardziej wygody potrzebne niż wam, młodym.

– No ale drewniana wanna? Jacuzzi? Sauna? – zapytała zdumiona prawnuczka.

– I jeszcze basen mam pod podłogą. Tam za piecem się klapkę podnosi i schodami do piwnicy schodzi. – Szeptucha niedbałym ruchem dłoni wskazała kierunek.

– Ale wypas… – szepnęła Lela. – A skąd to wszystko?

– Cha, cha – roześmiała się babka. – Kiedyś przyjechał do mnie taki facet z Warszawy, rozumiesz. Dziewuszkę, taką małą chudzinę, na rękach wniósł i z koca odwinął. I gada tak: „Niech ją Pani ratuje! Już mi dzieciaka chcą wykończyć w tych szpitalach! Żaden antybiotyk nie pomaga, a dzieciak mi w oczach marnieje.” I widzisz, Lelka, ja tak na malutką popatrzyłam, zbadałam, a to chuchro obustronne zapalenie płuc miało i praktycznie żadnej odporności. I tak cmoknęłam nad dzieciuchem, a ten facet do mnie na to: „Niech się pani zmiłuje nad moją córką jedyną! Ozłocę panią!” Czasu nie traciłam na gadanie z nim, tylko pod kuchnią podpaliłam, ziół naparzyłam na odporność, a dzieciaka raz, dwa nasmarowałam sadłem borsuczym, i w skóry niedźwiedzie pozawijałam, i zamawiać chorobę zaczęłam. A potem żeśmy bez słowa całą noc przesiedzieli z tym ojcem, a nad ranem dzieciakowi gorączka spadła. On jakimś właścicielem fabryki wanien był, czy coś takiego, dość, że za tydzień przyjechali robotnicy i te cuda wszystkie pomontowali. I latem wrócili jeszcze potem ten basen w piwnicy wykopać.

– No to prababcia wannę zamiast złota dostała! – zażartowała Aurelia.

– A tyś, dziecko, obejrzała aby klamki w łazience i w wychodku? – odparła na to Szeptucha.

Sołtys Alojzy Gąsior opuszczał gmach urzędu gminy lżejszy o unijne zmartwienie i cięższy o pozyskane od władz lokalnych fundusze. Jak na razie wszystko szło gładko, jeszcze tylko te kozy zdobyć. Zenek Kapeluszny za dwa wina obiecał prowizoryczną zagrodę przygotować. Suszyło go po wczorajszym na potęgę, więc można spokojnie założyć, że zadanie wykonał i na powrót pryncypała czeka z dużą niecierpliwością. Sołtys wsiadł w pozyskany za środki własne samochód marki fiat punto i wyjechał na szosę. Miał nadzieję, że na skupie żywca podadzą mu adresy lokalnych hodowców kóz. I, jak się dwadzieścia kilometrów później okazało, to właśnie ten element planu okazał się najbardziej kłopotliwy.

– Panie! Co pan? Kozy? – zamamrotał i podrapał się po berecie pracownik punktu skupu. – A kto by tu kozy hodował? Nie opłaca się!

– No jak się nie opłaca? – obruszył się sołtys. – Bydlę łagodne, żre wszystko, nawet sztachety, i dużo mleka daje. A mięso jakie koźlęce udatne. Soczyste takie, a najlepiej jak sosem piwnym podlane. Moja babcia tak robiła– rozmarzył się Alojzy.

– A ja tam nie wiem, ale weź sam pan popatrz. – Facet stuknął w wiszącą na drzwiach kartkę paluchem. – Świnia trzy pięćdziesiąt za kilo żywca, cztery pięćdziesiąt za jałówkę, i sześć z groszami za byka. O kozach nic tu nie ma. No to jak skupy nie przyjmują, to po cholerę to w zagrodzie trzymać?

– No to skąd takie kozy wziąć?

– A ja wiem? – Facet podrapał się w beret. – Ja to bym na allegro popatrzył, a jak tam nie będzie, to może z Chin?

W chałupie Szeptuchy panowało przyjemne ciepło. Spod kuchni, na której szumiał czajnik, dobiegały kojące dźwięki trzaskającego ognia.

– Herbatki się, Lelka, napijem, i kolację jakąś ci uszykuję.

Lelka siedziała na wersalce i rozglądała się po świętych obrazkach porozwieszanych w różnych punktach ścian. Na niskiej ławie stał szklany wazon ze sztucznymi kwiatami, a z żyrandola zwisał kaskadami lep na muchy. Wystrój izby ewidentnie nie współgrał z wypasioną łazienką. Dziewczyna łypała dyskretnie na klapę, pod którą rzekomo znajdowało się zejście do podziemnego basenu.

– Co tak zezujesz?

– A no bo… – bąknęła Aurelia i urwała.

– Nie pasuje ci wystrój, dziecko?

Lelka poczerwieniała i zaczęła przecząco głową kręcić.

– A dajże spokój – parsknęła Szeptucha. – Toż to kamuflaż jest. Te obrazki zwłaszcza. – Wskazała brodą w stronę ogromnego portretu brodatego świętego z obfitą brodą. – Zamawiam choroby pięćdziesiąt lat z okładem, a żaden z tych nadętych kawalerów jeszcze mi nigdy w niczym nie pomógł.

– To po co to?

– A widzisz, Leluś, kwestia podejścia do klienta. Lubią myśleć, że te czary wszystkie to z bożym błogosławieństwem się odbywają.

– No a jakby się innej wiary chory trafił? – zapytała dociekliwie Aurelia.

– A różne akcesoria mam. Szafę otwórz.

Rzeźbiona szafa, pociągnięta mało urodziwą farbą olejną w kolorze musztardy, kryła w swoim wnętrzu zadziwiające przedmioty.

– Budda z hebanu, siedmioramienny świecznik, kadzidełka i olejki przeróżne – wyjaśniła babka.

– A to co? – Lelka przychyliła się i wyjęła ze środkowej półki księgę obitą czerwonym atłasem.

– A to nasz album rodzinny. Daj go, Lela, popatrzym na fotografie.

Prawnuczka posłusznie podała album i przysiadła obok prababci. Na pierwszej stronie przyklejona była tylko jedna fotografia. W karnym rzędzie stały nastoletnie dziewczęta, a nad nimi, w drugim szeregu, kilku chłopców ubranych w krótkie spodnie z szelkami.

– To ja. – Szeptucha wskazała szczupłą dziewczynkę ubraną w szarą sukienkę. To znaczy szara była na czarno-białej fotografii. Natomiast kokardy zdobiące warkocze musiały być białe.

– No tak nas w szaro-bure kiecki ubierali wtedy. Wy to macie lepiej. U nas w szkole, jak kto w butach przyszedł, to się za nim zazdrośnie patrzyli.

Lela zerknęła na stopy uwiecznionych na fotografii postaci. Wszystkie były bose. I w jednej chwili zrozumiała, ile dałyby tamte dziewczyny za kieckę, którą Aurelia dostała od prababki w prezencie i z pogardliwym prychnięciem rzuciła na dno wypchanej szmatkami szafy.

– A kim są ci inni? – zapytała, pospiesznie tłumiąc wyrzuty sumienia.

– A no… tu masz Zdzisię, siostrę Lucynki, matulę Kryśki Łopianowej.

– Prababcia małej Agatki? – Lela z niedowierzaniem patrzyła na młodą dziewczynę.

– Ano. A tu jest Waldek Stachański – wycedziła Szpetucha, wskazując palcem pryszczatego młodzieńca z zaczesanymi na bok czarnymi włosami. – Cioteczny dziadek Błażeja, z którym do szkoły chodzisz.

Aurelia spłoniła się dziewczęcym rumieńcem, co nie umknęło bacznemu spojrzeniu babki.

– Trza ci wiedzieć, że Waldek na zatracenie wydał Niemcom partyzantów w czasie wojny. Uważać na nich trzeba, bo to ich zakłamane plemię to tylko kłopoty oznacza. – Szeptucha przewróciła kartkę w albumie i oczom dziewczyny ukazała się pożółkła fotografia dwóch prawie dorosłych panien.

– To chyba ty, prababciu, a kim jest ta druga?

– Zośka z Bylinów. Za Mariana, brata Waldka Stachańskiego, się wydała. Przyjaciółka z młodzieńczych lat, psiamać! – zaklęła babka.

– A za co ty ich tak nienawidzisz, tych Stachańskich? – odważyła się zapytać Aurelia.

– Za co? Za co? Ty się dziecko pytasz jeszcze? To są wrogowie nasi od zawsze. Sprzedawczyki cholerne i tchórze! – rozsierdziła się nie na żarty Szeptucha. – Zośka, jak nas na wywózkę na roboty do Niemców wzięli, to mnie za kromkę chleba sprzedać chciała, gdy uciekłam i do wsi wróciłam. Doniosła na mnie i o mały włos, a na drugą wywózkę by mnie wzięli, ale do leśnych uciekłam na czas. Koleżanka, tfu, psia jej mać.

– Błażej jest inny! – Poderwała się na równe nogi Aurelia, a jej usta niebezpiecznie wygięły się w podkówkę. – Nienawidzę cię! – krzyknęła prababce w twarz, i wyciągając z kieszeni komórkę, wybiegła przed chałupę.

Szeptucha podeszła pod uchylone okno i usłyszała, jak wnuczka szlocha komuś w słuchawkę.

– Jak mi tu? Źle! Ojciec mnie wygnał i za tobą tęsknię.

Przez chwilę panowała cisza.

– Nie interesuje mnie to! – wrzasnęła znienacka Lelka. – Błażej, masz tu do mnie przyjść, rozumiesz? Po cichu się zakradnij. A jak nie przyjdziesz, to ja sobie coś zrobię, zobaczysz!

– Oj, niedobrze – zasępiła się Szeptucha. – Chyba przesadziłam z tą lekcją historii.

– Miau! – potwierdził Mruczek i wyciągnął się wygodniej na fotelu.

– A niech się dzisiaj z nim spotka – mruknęła babka. – A jutro się zastosuje inne środki prewencyjne.…

Sołtys Alojzy Gąsior zaparkował pod sklepem spożywczym, gdzie spodziewał się zastać Zenka Kapelusznego. Nie pomylił się. Zenek siedział na ławeczce i na widok sołtysa poderwał się na równe nogi. W dłoniach gniótł pustą puszkę po piwie.

– Zenek, zagrodę postawiłeś?

– A zgodnie z rozkazem, sołtysie! – zameldował Kapeluszny. – Wszystko gotowe, tak jak sołtys kazał. Podwójne żerdzie dałem nawet!

– No! To chodź Zenuś po wypłatę.

W sklepie duchota panowała, dzieciska sklepowej pałętały się pod nogami, a ona sama bacznie spojrzała na wchodzących. Rozpoznała Alojzego i rozpromieniła się w służbowym uśmiechu.

– A powitać naszego sołtysa kochanego! Dawno sołtys do mnie nie zachodził!

– A bo to, pani Jadziu, lepiej mi do Tesco w Szykowie pojechać. Ceny tu u pani zbójeckie.

– No co też sołtys opowiada! – obruszyła się sklepowa. – Toć wino najtańsze w całym powiecie.

– Pani Jadziu, co mi tam po tym mózgotrzepie? Na mleku złotówka narzutu, na chlebie też.

– A co ja mam na to poradzić? Jak wino poniżej kosztów, sprzedaję, to na nabiale muszę dorobić.

– No niby tak – zgodził się niechętnie sołtys. – No! Da pani dwa słodziutkie dla Zenka. Zapracował, zuch.

– Na miejscu? – zapytała uprzejmie Jadzia, patrząc na Kapelusznego.

– Może być, pani Jadziu, może być.

Alojzy opuścił sklep, odprowadzany ukłonami Zenka oraz profesjonalnym uśmiechem sklepowej, i udał się na oględziny zagrody. Zmyślnie Zenkowi wyszła. Ino kozy się w niej nie pasły. I to był problem.

Parę godzin trwało, zanim Lelka raczyła wrócić do chałupy. Szeptucha siedziała na fotelu, na jej kolanach walał się Mruczek, a telewizor szumiał miarowo, wypluwając kolejną porcję nieszczęść z całego świata w ramach serwisu wiadomości o dziewiętnastej. Monitoring pokazał wcześniej, jak młody kundel Stachańskich zakradł się w pobliże podwórka, a na spotkanie wybiegła mu Lelka, i rzuciła się w ramiona, co gorsze. Teoretycznie babka mogła rzucić zaklęcie bagna i zakończyć żywot Błażeja raz na zawsze, ale już się zdążyła przekonać, że jej prawnuczka jest bardzo wrażliwa, by nie powiedzieć histeryczna. Widoku tonącego Stachańskiego należało jej oszczędzić. Inaczej sprawę trzeba załatwić.

– Dobry wieczór! – burknęła od drzwi Aurelia i pomaszerowała w stronę wersalki.

– Kolację masz na kuchni. Żur i ziemniaki ze słoniną – poinformowała ją prababka.

– Nie jestem głodna – odpysknęła Lela i położyła się w butach na łóżku.

– No to dobranoc! He, he – zarechotała pod nosem Szeptucha i przeniosła się na łóżko.

Właśnie spływał na nią kojący sen, niosący genialne rozwiązania problemów, gdy w wieczorną ciszę wdarł się odgłos subtelnego siorbania zupy.

Sołtys Alojzy Gąsior kręcił się w łóżku i nie mógł usnąć. Sen z powiek spędzała mu nierozwiązana w dalszym ciągu kwestia zakupu kóz do gospodarstwa ekologicznego. Spędził kilka godzin, próbując rozgryźć tajemnicze allegro, ale najwyraźniej nie wiedział, gdzie ma klikać, a wpisywanie słowa „koza” w wyszukiwarkę Google zaowocowało definicją i opisem zwierzęcia wraz ze zdjęciami oraz propozycjami alternatywnych rozwiązań grzewczych. Nawet ze dwie agencje towarzyskie się trafiły, zanim sołtys, zniechęcony brakiem konkretnych informacji, wyłączył komputer.

Poranek wstał słoneczny i rześki. Szeptucha podniosła się dziarsko z posłania i wyszła na podwórze. Zza sosen wyłaniało się słońce, a wyżej zawisło bezchmurne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. Doskonały na pogodzenie się z prawnuczką i zmanipulowanie jej młodzieńczego, nieodpornego na pomysłową indoktrynację umysłu.

Coś nagle zaszeleściło za linią jałowców. Nie był to zając. Te doskonale wiedziały, czym grozi próba nieautoryzowanego naruszenia strefy ochronnej. Zza krzaków nadciągało coś większego i najwyraźniej nieświadomego istniejących zabezpieczeń.

– Halo! Halo! Jest tu kto? – wydarł się głos zza zarośli.

– Kto pyta?

– To ja, sołtys, Gąsior Alojzy!

– Aluś, to ty nie wiesz, że trzeba się zaanonsować, zanim się komuś z buciorami na posesję wlezie? – zbeształa go Szeptucha.

– Przepraszam, babko, ale sprawę mam zwłoki niecierpiącą! Mogę z krzaków wyleźć?

– No wyjdź – zgodziła się łaskawie.

Sołtys przedarł się przez jałowce i stanął nieopodal. Jego ramiona pstrzyły strzępki pajęczyn.

– O co chodzi, Aluś?

– Ach, babko! Ja wedle tych kóz do gospodarstwa! Nijak znaleźć ich nie mogę. W skupie powiedzieli, że tu w okolicy nikt nie ma.

– Na allegro szukałeś? – zapytała Szeptucha.

– Chyba tak, ale nic nie znalazłem.

– Chodź, chłopcze, do środka. Razem poszukamy – skapitulowała babka i weszła do domu, nie oglądając się na sołtysa.

Jak się kwadrans później okazało, na allegro sprzedawali kozy, ale z odbiorem własnym, i to gdzieś spod Rzeszowa. Wysyłki kurierskiej hodowca nie oferował.

– I co teraz? – zasępił się sołtys.

– A nic! – od drzwi odezwała się zaspanym głosem Lelka. – Trzeba znaleźć chiński sklep internetowy.

Jak się okazało, to, co było nie do przeskoczenia dla starszego pokolenia, najmłodsze rozwiązało w dwie minuty.

– Zamówiłam panu stadko dwudziestu sztuk – poinformowała sołtysa Aurelia. – W regulaminie napisali, że zamówienie realizują w dziesięć dni.

– I już? – z niedowierzaniem dopytał Alojzy.

– No, a co więcej ma być? – zdziwiła się nastolatka. – Kupione i tyle.

Szeptucha tylko wzruszyła ramionami i skinęła na sołtysa.

– Pora już na ciebie, Aluś. Akcję sprzątania zacznij lepiej, bo się na czas nie wyrobisz.

Alojzy poderwał się na równe nogi, i skinąwszy głową gospodyni, pospiesznie wyszedł z izby.

– I tak się do ciebie nie odzywam! – obwieściła prababce Lela i przepadła na godzinę w łazience.

Następne dziesięć dni upłynęło mieszkańcom na gorączkowym sprzątaniu wsi. Łatwo nie było, szczególnie w lesie, ale w końcu nawet przecinki zaświeciły czystością. A wkrótce nadszedł oczekiwany z niecierpliwością dzień. Do wioski wjechał TIR na białoruskich blachach, ze środka wyskoczył gadający po rusku skośnooki żółtek z plikiem papierów w ręku.

– Padpis nada! – Podetknął sołtysowi papier i usłużnie wetknął w rękę długopis.

A po chwili z rampy samochodu zeskoczyło stadko dwudziestu kóz, które Zenek zapędził do zagrody. Teraz to już tylko wystarczyło poczekać na unijną komisję. Nawet kwiaty były zamówione, a babka Łopianowa studiowała przepisy na wyrób sera z koziego mleka. Jedyną niedogodnością było to, że cholerne kozy chciały żreć wyłącznie ryż.

– Tak dłużej być nie może! – obwieściła Szeptucha Mruczkowi. – Już drugi tydzień Lelka się na mnie boczy. Szlag trafił szkolenie, a ten kundel Stachańskich pałęta się po moim podwórku.

Kot profilaktycznie nie zabrał głosu.

– Jak rozsądkiem nie wychodzi, to podstępem trza! – zawyrokowała stara głosem, który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego.

Do chałupy weszła właśnie naburmuszona Lela i bez słowa poszła za piec. Ostatnio na zmianę znikała w lesie i pływała w basenie.

Szeptucha odsłoniła kotarę, zza której wyłonił się szereg monitorów. Sękate palce przebiegły sprawnie po klawiaturze. Monitory rozbłysnęły przekazem kamer z wszystkich newralgicznych punktów wsi. Babka zostawiła sprzęt, ubrała się po cichu i podreptała w stronę sklepu. Niedługo miała się rozpocząć ceremonia powitania unijnej komisji.

– Panie sołtysie! Panie Alojzy! – Wrzask doszedł do namydlonych uszu sołtysa, gdy ten brał kąpiel.

– Co jest? – odkrzyknął, siadając prosto w wannie.

– Ryż się skończył! Kóz nie ma czym nakarmić! – darł się spod okna Zenek.

– No to im żreć nie dawaj!

– Ale panie sołtysie! One sztachety żreć zaczęły! Jeszcze z godzina i wyżrą całe ogrodzenie.

– Jasna cholera! Jesteś tam Zenek jeszcze?

– Jestem, panie sołtysie!

– To migiem wsiadaj w Punto i jedź po ryż do Wieprzewa. Piłeś coś?

– Tyle co nic – zaszemrał uspokajająco Zenek. – To ja polecę, co?

– Leć!

Lelka wróciła z basenu zmęczona, ale i zadowolona. Uzgodnili z Błażejem, że jutro uciekną i pojadą do Irlandii, a tam nikt nie będzie im już przeszkadzał. Dziewczyna owinęła włosy ręcznikiem i weszła do izby. I tu się mocno zdziwiła. Całą ścianę prymitywnej chałupy, dotychczas zasłoniętą szczelnie kotarą, pokrywał nowoczesny sprzęt komputerowy. Widziała wcześniej babcinego laptopa, nawet chińskich hurtowni kóz na nim szukała, ale tamten sprzęt był niepozorny i dotychczas na niskiej ławie stał. A tutaj? Centrum dowodzenia jakieś?

– O żesz w mordę.

Na monitorach przewijały się znajome twarze z wioski. Najwyraźniej babka miała kamery poukrywane absolutnie we wszystkich chałupach i wokół nich.

– Ha, ha, ha! – roześmiała się Lela na widok Zośki Pirynowej, która ukradkiem wspinała się po dzikim winie w stronę okna plebanii.

– Ale jazda! – krzyknęła na widok swojego młodocianego brata, który czołgał się z procą w stronę krów babci Błażeja.

– Ożesz kurwa! – krzyknęła wreszcie, widząc w doskonałej rozdzielczości, jak Błażej migdali się w stogu siana z jakąś blondyną.

Po chałupie poszły iskry. Aurelia przestała kontrolować moc i wypłynęła z chałupy. Zagwizdała na maliniak. Krzaki ustawiły się karnie w dwuszeregu.

– Rację prababka miała! – wysyczała młoda Szeptucha. – Stachańskie plemię to zdrajcy! No to uważaj teraz, bo idę do ciebie, Błażejku.

Jakaś duchota taka stała w powietrzu, a sołtys pocił się okrutnie pod białą koszulą. Krawat dusił, a czarne lakierowane pantofle stanowiły istną torturę dla stóp. Zza węgła wytoczyła się czarna limuzyna i osiadła w piachu przed sklepem spożywczym. Ze środka wygramolił się otyły facet w garniturze i dwie wąsate baby w garsonkach. Całe towarzystwo rozejrzało się podejrzliwie po zabudowaniach, ale najwyraźniej nie mieli się do czego przyczepić, bo wkrótce szanowna komisja podeszła do delegacji w osobie sołtysa Alojzego Gąsiora i jego małżonki Eleonory. Po sztywnych powitaniach, ocieplonych familiarnym poklepywaniem się po plecach, szacowne gremium miało przejść do pierwszego punktu imprezy, czyli zwiedzania ekologicznej farmy kóz, ale nagłe zdarzenia zrujnowały plan wizyty.

Najpierw nad polem rozniósł się donośny głos Zenka Kapelusznego.

– Panie Sołtysie! Te cholery zeżarły ogrodzenie i zwiały do lasu!

Alojzy Gąsior nie zdążył się nawet oswoić z nabytą wiedzą, gdy przez wieś przetoczył się potężny grzmot.

A dalej to było tylko gorzej. Na drogę wypadła bogusiowa Aurelka, a jej stojące dęba włosy emitowały dziwne wyładowania elektryczne. Tuż za nią ze złowieszczym szelestem pędziły jakieś krzaki.

– Zamorduję! – darła się Lela. – Gdzie on jest?!

Krzaki rozpierzchły się po chałupach i zaczęły gałęziami tłuc szyby w oknach.

Sołtys osunął się zemdlony w ramiona wąsatej członkini delegacji unijnej.

– No proszę! – zacmokała z zadowoleniem Szeptucha, obserwując poczynania nieodrodnej, jak się jednak okazało, prawnuczki. – Demolka na całego – zarechotała.

Upajała się przez chwilę chaosem, ale sytuacja zaczynała być groźna i zdecydowanie należało podjąć działania wyciszające. Skrzyżowała palce za plecami i zaszeptała tłum. Na mieszkańców wioski spłynęła chwilowa amnezja, objawiająca się maślanym wzrokiem, chorobą sierocą i nieznacznym wyciekiem śliny z ust. Aurelka niezrażona szalała dalej. Krzaki pod jej przywództwem opanowały właśnie okoliczne dachy i przymierzały się do zrywania dachówek.

– Dość! – powiedziała stanowczo babka i pstryknęła palcami.

Lela otrząsnęła się i zsunęła się z komina. Podeszła do prababki.

– Do domu, ale już! – zadysponowała stara.

– Jak chcecie, prababko – wymamrotała ogłupiała Lelka i machnęła na krzaki.

– Krzaki zostają tutaj – zaoponowała Szeptucha.

– Jak chcecie, prababko – powtórzyła jak robot Aurelia i posłusznie podreptała w stronę chałupy.

Jeszcze tylko parę zabiegów kosmetycznych i można ruszać dalej.

– A tu widzicie państwo – Szeptucha, stając obok Alusia, powiodła ręką po okolicznych dachach – eksperymentalną uprawę malin. Jak się okazuje, południowe stoki dachów gwarantują roślinom nasłonecznienie zdecydowanie lepsze niż pola. W efekcie otrzymujemy ekologiczne owoce. Z tych z kolei pozyskujemy naturalne soki owocowe i lokalne wina.

– Brawo! – zaklaskała w dłonie wąsata blondyna.

– Brawo! – podchwycił sołtys, a po chwili klaskała cała oszołomiona gawiedź.

Szeptucha cmoknęła cicho na Mruczka i wycofała się z tłumu po angielsku. Miała dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a najważniejszą z nich był przelew na kwotę trzech tysięcy euro do Luksemburga. Tam właśnie mieszkał młodociany Jayden, mistrz animacji komputerowej i autor zgrabnej scenki na sianie z Błażejem w roli głównej.

– Miau! – wyraził dezaprobatę kot.

W odwecie usłyszał diaboliczny śmiech babki niosący się po lesie.

Tornado 3

Tornado 3

Pierwszy odlot cz 1

Jako, że imię Wiatrak kompletnie nie siadło, trzeba było wykombinować nowe. Warunkiem było coś z ruchem powietrza, bo psi ogon latał bezustannie i bez przerwy wzniecał mi z podłogi zamiatane śmieci. W drugim podejściu ogólnosąsiedzka komisja wzięła pod uwagę imiona: Tajfun, Huragan i Zefir. Padło na Tajfuna, ale po dwóch dniach wydało mi się jakieś takie niewyraźne i mało wdzięczne. Mam! W końcu wymyśliłam! Będzie Tornado.  No, w końcu jakiś konkret.

Mąż oblatany w stołecznych kręgach biznesowych, uznał w żartach, że tak głupio w towarzystwie wyskoczyć z informacją, że ma psa rasy nieznanej i postanowił na tę okoliczność poszukać psu jakichś sensownych przodków. Śmiechu było co niemiara. Nie powiem. Długo szukał. Mniej więcej o piątej nad ranem znalazł psu rasowych protoplastów i rankiem obudził mnie podtykając pod mój zaspany nos zdjęcie jakiegoś mega rasowego wilczaka rodem z Niderlandów.  Pomijając fakt, że w Europie występują może trzy egzemplarze i nikt ich za bardzo na własne oczy nie widział, to podobieństwo do Tornado można dostrzec jedynie o piątej nad ranem. Nie, nie. Saarlaas wolfhund, to zdecydowanie nie to, ale i tak w późniejszym czasie, niejeden znawca na tę informację kiwnął głową z uznaniem i zapewnił, że zna, że piękny, że to mądre psy :)

No, skoro imię już jest, to wypadałoby zamówić psu identyfikator, tak więc korzystając z ładnej pogody zostawiłam w ogrodzie ten pseudo pomiot holenderskich wolfhund’ów. Szczelnie zamknęłam bramę, a sama udałam się do sklepu zoologicznego, by zamówić medalik z namiarami. Nie było mnie może kwadrans. Wracam i czekam, aż coś przyleci się cieszyć, a tu cisza. Wołam, gwiżdżę, cmokam… Nic, zero. Pewnie pies w domu. Ale w domu też zero. Nie wierząc własnym oczom dokładnie sprawdziłam ogrodzenie, ale nie znalazłam obluzowanych desek ani podkopów. Pies po prostu wyparował. No, kaplica.  W okolicy zero psa.

W pierwszym odruchu było lecieć w osiedle i wołać. Ale jak go wołać? Pies był u nas raptem kilka dni i codziennie miał inne imię. Człowiek by zgłupiał, a co dopiero pies.

No, to papierniczy. Ryza papieru, toner do drukarki, pinezki i taśma klejąca. Tylko jak tu opisać psa, jakich milion i w dodatku takiego, który nie reaguje na imię(?) Uff, jakoś poszło. Dobrze, że miał chociaż czarną obrożę, biały koniec ogona i różową bliznę na nosie. W takiej sytuacji ważny każdy znak szczególny. W stresie nauczyłam się nawet wklejać zdjęcia do Word’a.  Na pierwszy rzut poszło pięćdziesiąt ogłoszeń. I co dalej? Szukać? No dobrze, tylko gdzie? Wokół ruchliwe ulice i ogromne blokowiska.  Potencjalnych kierunków wiele. Na pierwszy ślad czekaliśmy dobę, gdy w końcu ktoś zadzwonił i powiedział, że widział psa.

Ziścił się najgorszy możliwy scenariusz. Pies wylądował na Kurdwanowie, czyli na okolicznym osiedlu „sypialni” liczącym na biedę jakieś trzydzieści parę tysięcy mieszkańców. W tej sytuacji szukanie igły w stogu siana mogło napawać większym optymizmem, ale mniej więcej wiedząc, gdzie jest pies trzeba było rozkleić jeszcze więcej ogłoszeń. Znów drukarka poszła w ruch, wśród znajomych zapanowała pełna mobilizacja. Zupełnie jak przed wyborami do sejmu, podzieliliśmy się plakatami, pinezkami, lepcami. Wyznaczyliśmy rewiry. Minął następny dzień. Akcja! Jest! Znowu ktoś go widział.  Poszukiwania nabierają tempa. W okolicy każdy sklepikarz już wie, że zginął pies. Większość dzieciaków na placach zabaw przekazuje sobie tajne info o nagrodzie za znalezienie psa, a wszyscy psiarze ze zrozumieniem współczują i między sobą wymieniają informacje.

Kolejny dzień. Sobota. Psa nadal nie ma, a patrząc na to jak szybko biega, to może być już w Bratysławie albo nawet i na Lazurowym Wybrzeżu, jak się do tira załapał. Ogłoszenia wiszą już prawie na każdym drzewie jakie rośnie na osiedlu, a ja dostałam w papierniczym kartę stałego klienta. Znowu znajomi pod parą, bo przecież zostało jeszcze trochę drzew i całe mnóstwo latarni w okolicy. W marketach też już byłam. Już wszyscy wiedzą, że zginął pies, a mnie na Kurdwanowie coraz więcej osób mówi „dzień dobry”.

Samochodem jeździć bez sensu, bo mało mobilny na osiedlowych uliczkach, no to quad poszedł w ruch. Tu już kolejna rzesza mieszkańców wyraziła zainteresowanie akcją. W szczególności zainteresowały się matki i babcie z niemowlakami w wózkach, bo pyrcząc w tej betonowej dżungli, ku ich wkurzeniu pobudziłam wszystkie dzieciaki. Już, już, jeszcze tylko dwie rundki i odpuszczam. Przecież sama mam małe dzieci. Za trzy dni pierwsze w ich życiu rozpoczęcie roku szkolnego, a matka nie ma czasu nawet pomyśleć o grantowych spódniczkach, bo szuka psa a pies pewnie już na przedmieściach Wiednia…

Jest! Nagle telefon. Ktoś kilka godzin wcześniej widział psa na osiedlu. Za kwadrans drugi telefon. Jedziemy! Niestety, pierwsza osoba ponownie nie odebrała telefonu, a autor drugiego zgłoszenia zaproponował nam białego głuchego pudla. Ależ ja nie mam nic przeciwko pudlom, tylko że ja, do cholery, nie szukam pudla!

 

CDN…

Dzień z życia konsultantki

Dzień z życia konsultantki

O tym, że kontakty z klientami mogą doprowadzić na skraj załamania nerwowego, wiedzą doskonale nieszczęśliwi, niespełnieni pisarze wykonujący okresowo niewdzięczną pracę konsultanta. Wasza niżej podpisana miała zaszczyt zażyć tej przyjemności, a jedynym plusem chwilowego uprawiania owej profesji, była możliwość zebrania obszernego materiału dowodowego, który właśnie teraz ujrzy światło dzienne.

Mawiają, że żadna praca nie hańbi. Nie dodają jednak, że pewne zajęcia zarobkowe mogą trwale (lub czasowo) odmóżdżyć biednego wyrobnika, powodować zaburzenia postrzegania rzeczywistości i permanentny (bądź okresowy), niekontrolowany wyciek śliny spomiędzy zaciskanych zbyt długo szczęk. I myli się ten, który sądzi, że owo zaciskanie to efekt ciągłego zdenerwowania.

Biedny konsultant od rana do wieczora zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć kolejnemu rozmówcy śmiechem w słuchawkę, bądź nie zapluć służbowej klawiatury podczas czytania wiadomości od klientów. Obrazu zła niech dopełni rodzaj sprzedawanego produktu, wokół którego cała ta otoczka konsultacyjna się odbywa. Jeśli celem pracy jest sprzedaż kobietom butów to można powiedzieć, że biedny konsultant dostał się do wewnętrznego kręgu piekła.

Kobieta, czyli narzędzie szatana, jest istotą pogmatwaną wewnętrznie. Świat zna wiele rodzajów kobiet: są matki Polki, są erudytki, feministki, sportsmenki, kobiety młode, dojrzałe i całkiem malutkie kobietki. Różnią się miedzy sobą jak okazy tropikalnej fauny, ale łączy je jedno.

Niezależnie od miejsca zamieszkania, długości i szerokości geograficznej oraz stref klimatycznych baby dostają kompletnego fioła, gdy mowa o butach. Buty są w stanie zmienić najłagodniejszą białogłowę w węszącego psa myśliwskiego. Buty to przedmiot pożądania, w obliczu którego więdnie racjonalne myślenie, a mózg zamienia się w gigantyczną stopę. Za to reszta kobiety staje się pantofelkiem. I nie o zacny model obuwia chodzi. Baby w kontakcie z butami zwyczajnie głupieją.

Uczyniwszy ten dramatyczny wstęp muszę jeszcze dodać naprędce, że Wasza niżej podpisana na stanowisko konsultanta ds. obuwia trafiła przypadkowo, a jej fachowa wiedza ograniczała się jedynie do znajomości książki „Historia żółtej ciżemki”. Jak się szybko okazało – nie to jest jednak problemem, bowiem nawet studia tematyczne nie przygotują biednego adepta wiedzy okołoobuwniczej do spotkania z NIĄ.

Zwykle zaczyna się niewinnie:

– Dzień dobry! – w słuchawce rozlega się promienny głosik.

– Dzień dobry! – odwdzięcza się uprzejmie konsultantka.

– Ja chciałabym kupić takie szpilki czarne lakierowane w rozmiarze 39.

– Niestety, z tego modelu 39 już nie będzie, ale mamy inne szpilki, bardzo podobne…

– ALE JA CHCĘ TAMTE! – rozlega się ryk w słuchawce.

– Niestety, bardzo mi przykro, ale już nie posiadamy tych butów na stanie – powtarza cierpliwie konsultantka.

– To sprowadźcie! – żąda ONA tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości, to jest kolekcja z zeszłego roku.

– ALE JA POTRZEBUJĘ! NA WESELE/CHRZCINY/POGRZEB*

(*niepotrzebne skreślić)

W tym miejscu doświadczona konsultantka milknie. Na takie dictum nie sposób znaleźć odpowiedzi. Próba zgadywania, jaki stosunek osobisty ma klientka do informacji, że dany model butów nie jest już produkowany jest co najmniej ryzykowna i – jeśli chcecie znać moje zdanie – raczej skazana na niepowodzenie.

Odpada też uprzejme pytanie: „A kto się żeni/co się urodziło/kto umarł?*”

(*niepotrzebne skreślić)

Konsultantka milczy więc. Na łączach zapada zwodnicza cisza.

– Jest tam pani? – szepcze złowieszczo ONA.

– Tak, oczywiście – odpowiada konsultantka.

ONA doskonale wie, że konsultantowi nie wypada się rozłączyć pierwszemu i swoją wiedzę wykorzystuje, w zależności od stopnia pomysłowości. Czasem krzyczy, czasem powtarza w nieskończoność te same pytania albo rzuca złośliwie:

– Jak pani mi nie chce pomóc, to ja specjalnie się nie rozłączę i nie dam pani pracować! O!

Faktycznie, rozłączyć się nie wypada, ale któż powiedział, że słuchawkę należy mieć przy uchu cały czas? ONA słucha więc melodyjnego stukania w klawiaturę płacąc za każdą minutę kwotę zależną od taryfy swojego operatora. Rekordzistki poddają się maksymalnie po dwóch minutach.

– Halo? Słyszy mnie pani? – kapituluje ONA.

– Oczywiście – odpowiada konsultantka.

W tym miejscu, ponieważ temat właściwie został wyczerpany, ONA rzuca pożegnalną groźbę i się rozłącza.

Mój własny ranking na groźbę miesiąca opierał się na punktacji w skali 1-10, gdzie jeden punkt przyznaje się ONYM, które są prawniczkami i nam pokażą (każda ONA to prawniczka, gdy zachodzi potrzeba). Dwa punkty można zdobyć za posiadanie męża prawnika albo wuja sędziego, którzy nam pokażą. To przecież wymaga pewnej wyobraźni i trzeba to koniecznie docenić.

Pięć i więcej punktów przyznaję tylko tym ONYM, które precyzują, co nam pokażą. To już przecież wyższa szkoła jazdy. ONE „pokazują” różne rzeczy. Niektóre pewnie języki, ale tego przez telefon naturalnie stwierdzić się nie da. Pięć lub sześć punktów należy się więc za pokazywanie wyższości. Tu na szczególne oklaski zasługują ONE mianujące konsultantkę życiowym nieudacznikiem i wyjątkowo podłym człowiekiem.

Siedem i osiem punktów można zdobyć za jednoczesne spełnienie powyższych kryteriów: „Ja Panią tak załatwię, że nigdzie Pani pracy w zawodzie nie znajdzie, zresztą wielki mi zawód! Pani nie wie, kim ja jestem! Mój mąż jest prawnikiem!”

Na dziewiątkę zasługują te ONE,  które dodatkowo ślą maile podobnej treści.

Dziesięć punktów to już najwyższa szkoła jazdy. Zdobyć je może tylko ta ONA, która sprawi, że konsultantowi opadnie szczęka na klawiaturę. Spadnie na dodatek tak celnie, że wystuka napis „aleocochodzi?”.

W niezbyt długiej konsultanckiej karierze niżej podpisanej trafiła się tylko jedna dziesiątka. Działo się to w okresie wyprzedaży. Już samo słowo niesie w sobie niebezpieczny potencjał, a gdy dorzucimy magiczne minus 50%, to z ONYCH wychodzą diabły. Mój osobisty diabeł za żadne skarby nie chciał przyjąć do wiadomości, że jej upatrzone buty za pół ceny zostały wyprzedane. I w tym miejscu popełniłam brzemienny w skutkach błąd.

– Przykro mi niezmiernie, ale ostatnia para właśnie wczoraj została wysłana do Wrocławia – wyjaśniłam uprzejmie, chcąc zobrazować klientce sytuację.

Całe życie myślałam, że plastyczne szczegóły sprawiają, że tłumaczenie staje się jeszcze bardziej wiarygodne. Otóż w czasie wyprzedaży tak to nie działa.

– To proszę wysłać kuriera do Wrocławia!

Na takie rozwiązanie nie mogłam się rzecz jasna zgodzić a oczami wyobraźni ujrzałam klientkę z Wrocławia tulącą buty do piersi i kuriera, próbującego jej je wydrzeć z rąk.

– Nie? – zasyczała w słuchawkę ONA.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości – potwierdziłam.

– Pani chyba sobie nie zdaje sprawy z tego, co mi pani robi! – wrzasnęła. – Przez tydzień mnie będzie głowa bolała i mąż na tym ucierpi. I ja mu powiem, czyja to wina! Czy pani wie, co to oznacza?

 

Nie wiedziałam. Pierwszy raz w życiu nieprofesjonalnie rzuciłam słuchawką. A przez następny tydzień wracając z pracy do domu przyglądałam się bojaźliwie mijanym krzakom. Kto wie? Może mąż klientki będzie chciał dochodzić swoich praw?

Szeptucha 3

Szeptucha 3

SZEPTUCHA. NAJŁADNIEJSZA GMINA cz. 1

– Cichajta, ludzie! – Sołtys Alojzy Gąsior aż poczerwieniał z wysiłku, próbując przekrzyczeć zgromadzonych w szkolnej izbie mieszkańców wsi. Ci nie zwracali na niego uwagi, zajęci, jak na każdym zebraniu, wzajemnymi porachunkami i kłótniami.

– Ja ci nogi z dupy powyrywam, jak twój chłopak się za moją dziewuchą będzie włóczył! – wygrażał Pawłowi Stachańskiemu Bogdan, rosły ochroniarz i wnuk Szeptuchy w jednej osobie.

– A bo to twoja Lelka goni go od siebie niby? – roześmiał się szyderczo Paweł, ale przezornie schował się za plecami swojej rosłej małżonki Beaty.

– Chamie jeden – rozsierdził się na dobre Boguś. – Dla ciebie i twoich pomiotów to ona jest Aurelia, a nie Lelka!

– Zamknijta mordy! – Sołtys zaczął tłuc w biurko zdjętym ze stopy czarnym, lakierowanym pantoflem.

– Ja już kiedyś coś takiego widziałam w telewizji – wyszeptała do ucha swojej kumosze babka Łopianowa.

– No trza przyznać, że ón jak prezenter jakiś wygląda – odparła zachwyconym głosem powiernica Łopianowej i zapatrzyła się na sołtysa.

– Ano! – cmoknęła z aprobatą Łopianowa.

– A Boguś rację ma – szepnęła jej w ucho kumocha. – Stachańskie plemię niech się lepiej ze swoimi trzyma. A ciekawe, co na ten ambaras z Aurelką powie… no wiecie kto… jeśli się dowie.

– Już wi. – Machnęła ręką Łopianowa.

– Przyszła tu? – Jej kumocha zaczęła się nerwowo wiercić i wykręcać głowę w poszukiwaniu Szeptuchy.

– A gdzie tam! Okiem duszy nas obserwuje.

– O słodki Jezu! – Kobiecina przeżegnała się trwożliwie i wcisnęła plecy w oparcie krzesła.

– Jak twój chłopak jeszcze raz na moje obejście wlezie…! – wrzeszczał w tym czasie Boguś.

– To co? – W wymianę zdań wcięła się żona Pawła, ujmując się pod obfite boki.

– Dupę śrutem mu nakarmię, zobaczysz, babo! – pogroził Bogdan, i przewracając krzesło, szybkim krokiem wyszedł z sali.

– Cisza! Pieniądze są do wzięcia! – wycharczał sołtys w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi.

– No to trzeba od razu było tak gadać, a nie jęzorem mleć po próżnicy! – odparła pogodnie stara Łopianowa i umościła się wygodnie na krzesełku, zamieniając się w słuch. Za jej przykładem poszli wszyscy zgromadzeni i po chwili zapadła upragniona, przerywana jedynie uporczywym bzyczeniem much cisza.

– Słuchajta, ludzie – odchrząknął sołtys, rozpoczynając przemowę. – Pismo z powiatu przyszło, że Unia ma fundusze…

– Eeee … – Machnął ręką Zenek Kapeluszny, dyskretnie pociągając winko. – Już raz dotacje mieli dawać i lipa z tego była.

– Nie byłaby lipa, Kapeluszny, jakbyś pisma wypełnił i hektary po matuli obsiał, albo chociaż farmę strusi założył – zaprotestował Alojzy Gąsior.

– I jeszcze tatula rentę by mi zabrali, bo dochód by wzrósł w gospodarstwie! – Wzruszył ramionami Zenek. – Nic tu po tej Unii u nas!

– Prawda! – poparł Zenka jego kompan, ale można spokojnie założyć, że chodziło mu wyłącznie o to, by ten przekazał mu butelkę z winem.

– Aj tam! – Machnął ręką sołtys i podjął wątek. – Szykuje się konkurs na najładniejszą wieś w regionie. Napisali tutaj – popukał palcem w papiery – że jak wygramy, to dostaniemy sto tysięcy euro na inwestycje.

– Jakie inwestycje? – podejrzliwe zapytał Paweł Stachański.

– Oj, no to już chyba od nas będzie zależało! – wyjaśnił Alojzy Gąsior. – Szkołę może odnowimy… – Powiódł oczami po zagrzybionej ścianie nad tablicą.

– A co trza zrobić, żeby wygrać? – zainteresowała się Jadźka Cyranka.

– Za miesiąc przyjedzie do nas komisyja i będą sprawdzać, czy w obejściach porządek jest, nikt szamba do rowów melioracyjnych nie odprowadza, czy dzieci głodne nie latają, a i las mają obejrzeć, czy śmieci nie ma. A! No i pomysłowością trzeba się wykazać, jakieś kwiatki posadzić może…

– No to kaplica – wybełkotał Zenek, ocierając usta mankietem kraciastej koszuli. – Kwiatki może i zasiejemy, ale z lasu śmieci nie wyniesiem.

– Wyniesiem, wyniesiem – uspokoił go sołtys. – Kontener mamy, całkiem pusty i nieużywany, to się wszystko tam wrzuci.

– A kto niby? – obruszył się kompan Zenka.

– A wy! Za osiem zeta za godzinę. Unia sponsoruje!

– To się pomyśli – odparł z godnością Zenek, licząc z mozołem, ile win wyjdzie za przerzucenie słoików i starych gumiaków, co to mu jeszcze matula kazali do lasu zanieść. – Zużytych prezerwatyw zbierał nie będę! – rozpoczął negocjacje.

– A te to Bolko wyzbiera! – zachichotał scenicznie Pawło Stachański.

– Zabiję jak psa! – wydarł się wnuk Szeptuchy, wyskakując zza drzwi i dopadając do kundla Stachańskiego.

W sali poszły w ruch krzesełka, baby z piskiem pouciekały pod tablicę, a sołtys z westchnieniem zgarnął papiery i wymknął się chyłkiem. Oj, przydałaby się wygrana. Na remont sali lekcyjnej i zakup nowych krzeseł… ot, choćby.

Mruczek z wrzaskiem poderwał się z ciepłego kącika za głośnikiem.

– No nie wariujże, już wyciszam, wiem, drą się niemiłosiernie! – uspokoiła go Szeptucha i zredukowała głośność. Wizja też już właściwie nie była jej potrzebna. W największym monitorze królował totalny chaos, widoczny fragmentarycznie pomiędzy tumanami kurzu i kłębami zwartych w bójce ciał płci obojga. I, jak widać, głównym sprawcą zamieszania był jej rodzony wnuk Boguś.

Kot oddalił się na sztywnych nogach w stronę drzwi i zamiauczał.

– Masz rację – podsumowała babka, uchylając drzwi. – Ja też muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Polanka niosła pewne ukojenie. Niedawno nad lasem przetoczyła się orzeźwiająca burza. Przed domem grały świerszcze, dyskretnie pikał system monitoringu, a tresowane sowy czuwały na sosnowych gałęziach, wypatrując potencjalnych intruzów nadciągających od strony wioski.

– Pójdziesz jutro do Bogusia i Jasi – zadysponowała Szeptucha, zwracając się do kota.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

– Pójdziesz, mówię ci! – rozsierdziła się babka. – O moją prawnuczkę tu chodzi. Ja Bogusiowi jutro wiadomość na telefon poślę, że Lelkę na wychowanie biorę. Nie może tak być, że ona się ze Stachańskim pomiotem prowadza. A ty masz mi dziewuchę jutro przyprowadzić i więcej na ten temat dyskusji nie ma – ucięła Szeptucha i przysiadła na zydlu przed letnią kuchnią.

Na niebo wypełzał właśnie księżyc. Mruczek usiadł na progu i zaczął wylizywać zmierzwione futerko. Gości wołał.

Boguś szedł dopiero na drugą zmianę, ale sikanie go nad ranem obudziło, a jak już w wychodku usiadł, to mu się myślenie włączyło i krew go zalała na wspomnienie bezczelnej mordy Pawła Stachańskiego i na te insynuacje związane z Lelką. Położył się z powrotem koło Jaśki, ale nerwy mu spać nie dały. Kręcił się z boku na bok i wymyślał różne scenariusze zemsty. Tak mu się umyśliło, że skrada się za płotem Zofii Stachańskiej, bezszelestnie wkrada się na jej podwórko i namierza trzecie okno frontowe. Tam właśnie Pawło mieszka ze swoją grubą babą i synem Błażejem. W chwili, w której właśnie montował pod futryną pokaźny ładunek semtexu, Jasia szarpnęła go za ramię. Ochroniarz otworzył oko i – napotkawszy wzrokiem poważne oblicze małżonki – ziewnął przeciągle. Za wcześnie było i na harce, i na śniadanie.

– Kot przyszedł – oznajmiła żona, cedząc słowa.

– Jaki kot? – wymamrotał Boguś, owijając kołdrę wokół lewej nogi.

– Kot.

– Babci kot? – otrzeźwiał mężczyzna siadając w łóżku.

– Bab-ci kot. – Janina wystukała paznokciami sylaby. – Czeka na werandzie. Najwyraźniej ma do ciebie interes.

Boguś poczłapał na werandę, i trąc zaspane oczy, namierzył Mruczka.

– Czego? – zagaił uprzejmie.

– Zabieram Aurelię. Polecenie babki – wyjaśnił kot.

– A więc jednak gadasz? Od dziecka to podejrzewałem! – ucieszył się Boguś.

– Miau! – potwierdził zwierzak i wskazał łapką pokój dziewczyny.

– Babka wiedzą, co robią – poddał się ochroniarz. – Zabieraj Lelkę.

Lelka szła naburmuszona za kotem i ostentacyjnie ziewając, ze złością tupała nogami w leśną ścieżkę. Za nic w świecie nie miała chęci przeprowadzać się do swojej zwariowanej prababci. No przecież jak się w szkole o tym dowiedzą, to obciach murowany. Zresztą, po jasną cholerę ma się tam przenosić? Ojciec coś mętnie tłumaczył, że do szkoły będzie miała bliżej, bo przystanek autobusowy to od babcinego domu tylko kilka kilometrów prostej drogi przez las i brzozowy zagajnik. Aurelia głupia nie była i wiedziała, że dorośli kręcą. Sprawa była z gruntu śmierdząca.

– Miau! – zaanonsował swoje przybycie kot i przemknął przez polankę w stronę domu.

Aurelia przystanęła nieopodal maliniaka i powiodła spojrzeniem po prababcinym obejściu. Nie była tu od kilku lat, ale najwyraźniej niewiele się zmieniło. Unikała odwiedzin jak ognia. Prababcia ją przerażała. Była dokładnie tak dziwaczna, jak o niej we wsi po cichu gadali, a Aurelii zła sława protoplastki potrzebna była do życia jak festyniarska kiecka, którą tamta przysłała jej przez kota na szesnaste urodziny.

– Szlag by to wszystko trafił! – zaklęła półgłosem nastolatka i czubkiem buta kopnęła niewielki kamień. Ten odbił się od mchu i wylądował pod krzakiem malin.

Kolczaste zarośla zaszumiały gwałtownie i błyskawicznie otoczyły dziewczynę.

– Au! Cholera! Ratunku! – wrzeszczała Lelka, a krzaki podchodziły coraz bliżej. Ich gałęzie uplotły gęstą kratę więzienia.

– Cichaj i paniki nie siej! – od strony chałupy dobiegł Aurelię szeleszczący głos.

– Z nimi spokojnie i stanowczo trzeba.

– Że co? – nie zrozumiała Lelka.

– No normalnie – zniecierpliwiła się prababka. – Powiedz im „siad” albo „leżeć”.

– Sssiad – wyjąkała dziewczyna, nabierając pewności, że babka jej ojca jest w stu procentach stuknięta. Krzaki oczywiście nie zastosowały się do polecenia.

– Lelka, tu stanowczym trzeba być, a nie tak głosem baranim i z nogami jak galareta. Krzak musi wiedzieć, kto tu rządzi – poinstruowała ją Szeptucha. – No! Jeszcze raz!

– Siad! Leżeć! – zawyła histerycznie Aurelia, a krzaki, nic sobie z niej nie robiąc, zacieśniły krąg.

– Aj! – cmoknęła z dezaprobatą jej prababcia. – Jakbym nie wiedziała, żeś z mojej gliny ulepiona, to nawet może bym ci pomogła, ale pierdołą nie jesteś, to se sama radź. A jak już maliny wytresujesz, to nabierz wody ze studni i do doma chodź. Herbaty się napijemy i pogadamy.

Aurelka stała nieruchomo pomiędzy kolczastymi krzakami, a po jej policzkach ciekły łzy. Była wściekła, rozżalona na swój ciężki los, który zesłał jej taką porąbaną rodzinę, a ponadto docierał do niej absurd położenia. No i jeszcze siusiu jej się chciało, a kucnięcie w kolczastej ciasnocie było równie niewykonalne, co niebezpieczne. Krzaki szumiały groźnie, a łodygi z ohydnym mlaskaniem plotły kolejne zasieki. Jeszcze żeby Błażej tu był, ale skąd niby miał wiedzieć, że jego dziewczynę uwięziły jakieś cholerne rośliny na podwórzu kopniętej prababci? A jakby tego było mało, nad podwórkiem zagrzmiało i zza sosen wytoczyła się kolejna burzowa chmura. Błysnęło sążniście i na podwórze chlusnęły wodospady deszczówki. Krzaki niezrażone falowały wokół niej, raz po raz otrząsając się z wody jak przemoczone wsiowe kundle. Lela miała wszystkiego serdecznie dosyć.

– Leżeć! – zawołała z mocą, a krzaki zamarły. – Waruj! – Skoncentrowała spojrzenie na największym , który dotychczas skutecznie odgradzał jej drogę do chałupy prababci.

O dziwo, krzak skulił gałęzie i odsunął się na bok. Reszta roślin bez szemrania odstąpiła i przycupnęła bezgłośnie przy jałowcach. Z nieba lały się strumienie wody, ale Aurelia kompletnie nie zwracała na to uwagi.

– O ja pierdzielę! – wyraziła całokształt swoich przemyśleń. – Siad! – wrzasnęła z mocą, wskazując palcem samosiejkę.

Krzaczek posłusznie podszedł i zagnieździł się w puszystym mchu nieopodal przemoczonych balerinek nastolatki.

– Podaj łapę! – zażądała Aurelia, wyciągając dłoń w stronę malucha, a ten przydreptał posłusznie i wyciągnął w jej stronę gałązkę.

Grzmotnęło. Pomruk nieba potoczył się po sosnowym zagajniku i zagrał groźnie nad dachem chałupy. W świetle błyskawicy mignęła twarz Leli.

 

– W dwuszeregu zbiórka! – wrzasnęła, napawając się właśnie odkrytą mocą. Nie zważając na fatalne warunki pogodowe, dziewczyna musztrowała ociekające deszczówką krzaki.

– Ale ją wzięło! – zarechotała Szeptucha, przyciskając twarz do zalanej deszczem szyby. – Widziałeś? – Szturchnęła wylegującego się za monitorem kota.

– Miau! – odparł zwierzak zdawkowo i nakrył uszy łapkami.

– Oj, będą z niej ludzie! – ucieszyła się babka, i nie zważając na mruczkowe protesty, chwyciła zwierzaka pod pachę i poczłapała w stronę drzwi wyjściowych. – Leć i każ jej do chałupy iść. Dość już przemokła.

– Miau! –zaprotestował kot.

– A tobie nic nie będzie! A Lelka się przeziębić może i szlag trafi szkolenie – wyjaśniła uprzejmie babka i bez litości wywaliła kota na deszcz.

Mruczek stawiał ostrożnie łapy i próbował omijać ogromne kałuże, bez większego powodzenia jednakże. Krótka, ale bardzo gwałtowna burza zamieniła podwórko w bajoro. Kot wyhamował na ostatnim schodku ganku i zamiauczał donośnie, próbując zwrócić na siebie uwagę Aurelii. Dziewczyna, totalnie zaaferowana tresurą maliniaka, nie zwróciła na futrzaka najmniejszej uwagi.

– Miau! – poprosił błagalnie kot, wycofując się pod daszek i drapiąc pazurkami we framugę drzwi.

– Aleś ty wygodniś – parsknęła Szeptucha i wsunęła nogi w gumofilce. – Lelka! – zawołała, schodząc mozolnie po schodkach. – Aurelia! – ponowiła.

Bezskutecznie. Młoda nie reagowała, zajęta musztrą.

– Lela! – Szarpnęła ją za ramię babka.

Dziewczyna podskoczyła zaskoczona i nieprzytomnie spojrzała na protoplastkę.

– Co się stało?

– A nic, Leluś, ino mokra cała jesteś. Do chałupy nam trza, dziecko – odparła Szeptucha, i ciągnąc prawnuczkę za sobą, podreptała przez bagnisko podwórza do domu.

– A widziałaś? Widziałaś, jak je tresowałam? – podskakiwała z entuzjazmem dziewczyna. Jej oczy błyszczały z podniecenia jak u małego dziecka podczas rozpakowywania prezentów świątecznych.

– Widziałam. Toż mówiłam, że tu stanowczości trzeba – podsumowała neutralnym tonem babka. Na pochwały przyjdzie jeszcze czas, a teraz niech smarkata nie obrasta za mocno w piórka. Czary pychy nie lubią.

Ciepło izby uzmysłowiło Aurelii stopień wyziębienia organizmu. Zaszczękała zębami, a z oklapniętych włosów lały się na jej przemoczone ubranie strumienie wody.

– No i widzisz, zaziębisz się jak nic! – Załamała ręce babka i rzuciła w jej stronę ręcznik. – Idź, kąpiel weź, a ja herbaty zaparzę. Na szczęście woda naniesiona, to iść już do studni nie musisz.

Aurelia, idąc do łazienki, nie była pewna, czy wzmianka o noszeniu wody dotyczyła herbaty, czy też raczej propozycji kąpieli w tych prymitywnych warunkach.

Centrum kontroli lotów

Centrum kontroli lotów

Uwaga! Uwaga! Tu centrum kontroli lotów! Kuchenka, pralka, lodówka, zmywarka, laptop. Wszystko to lata nisko i szybko, więc muszę być czujna jak ważka, żeby pomiędzy westchnieniem bohaterki i jej niekontrolowanym szlochem odpowiednio zmniejszyć moc palnika pod zupą, żeby nie wykipiała i w czasie gdy ona (bohaterka, nie zupa) jedzie po zakupy, zdążyć sprawnie opanierować kotlety, zanim kot się rozwali czarnym tyłkiem na klawiaturze i przypadkiem uruchomi tę dziwną funkcję, która robi ekran w poprzek.

Tak, tak … właśnie.  Tak wygląda moja praca. To nic innego, jak ekstremalna praca w ciężkich warunkach i w dodatku szkodliwych dla zdrowia.  A to się krzywo przycupnie, kiedy dzieci zakuwają geografię, ale nie, nie na długo, bo murowane , że za pięć minut przyjdą zapytać co to są gołoborza albo jakiś inny gnomon. Albo ile razy X musi być podniesione do potęgi N, żeby wyszło 3/4Y minus 5.  W międzyczasie odbieram dwa telefony, bo oczywiście komórka i domowy zawsze muszą dzwonić jednocześnie.

A kręgosłup chwilowo przycupnięty skręca się w skoliozie i w tej mikrej chwili spokoju rzucam spłakaną białogłowę w rozpostarte ramiona jurnego kochanka.  Akcja!  Akcja! Ale nieee!

Miauuu! Kot właśnie narobił do kuwety i chce mu się drugi raz ale drugi raz do tej samej zasr…, ekhm, tego kuwety nie narobi, bo nie lubi, więc się drze, jakby go ktoś ze skóry obdzierał. Posprzątać trzeba. Ech, cholera, esteta się znalazł. Jakoś nie przeszkadzają mu obgryzione skrzydłokwiaty i ziemia wygarnięta łapą z doniczek, że o głębokim podkopie pod fikusem nie wspomnę. A i wody rozchlapanej wokół miski to też posprzątać nie ma komu. Siedzi taki czarny sierściuch i z nudów rozchlapuje wodę.

A po co? Jak to po co? Żeby sobie zrobić w kuchni odpowiedni poślizg. Najpierw szkodnik sprawdza, czy odpowiednio dużo tej wody naciapał, potem się w tej kałuży rozpędza w miejscu, by na koniec na mokrych łapach wziąć wiraż na zakręcie do salonu i efektownie z impetem wycedzić w ściankę działową pomiędzy klatką schodową a wucetem. Dobrze że jeszcze żyje i nie ma wstrząsu mózgu. A koty to miewają wstrząs mózgu? Nie mam czasu sprawdzić, bo właśnie przyszedł kurier i pies przy furtce szczeka jak wściekły. Gaszę zupę. W biegu łapię dzwoniącą komórkę i lecę po paczkę. Po drodze tłumaczę, że nie chcę kolejnego kredytu tudzież konta w banku i w międzyczasie wpadam w piwnicy w kałużę psich sików. W ostatniej chwili łapię się ściany. Uf, dobrze, że jeszcze mam wszystkie zęby, a ten kurier się mnie pyta, co tak długo nie otwieram i czy mnie przypadkiem nie obudził (sic!). Nie komentuję, tylko wracam i po drodze sprzątam piwnicę. W końcu na paluszkach podchodzę do kompa. A tu czajnik jak nie zacznie gwizdać, bo w czasie mojej nieobecności me dziatki zapragnęły pogadać ze mną przy herbatce.

 

A oni tam dalej w tym łóżku, a ja już zapomniałam, co robili, więc znowu przysiadam krańcem prawego półdupka i czytam, czy ona już przypadkiem nie w ciąży, ale nie.  Uff… Szczęśliwie do nich też przyszedł kurier i zapytał, „co tak długo?” :)

Prima aprilis!

Prima aprilis!

Kochani czytelnicy!

Jesteśmy pewne, że nikt nie uwierzył w nasze literackie, tudzież towarzyskie rozstanie ale dla porządku dementujemy nasz poprzedni prima aprilis’ owy wpis.

Otóż zgodnie oświadczamy, że współpraca pisarki z Krakowa z recenzentką z Warszawy ma się doskonale.

Mamy również nadzieję, iż ucieszy Was wiadomość, że pomysły na dalsze posty wręcz wysypują się nam z głów a nasza wieloletnia przyjaźń również ma się świetnie.

Jak wiecie w soboty odpoczywamy, ale za to już w najbliższą niedzielę czekamy na Was na blogu z przepisem na kolejne smakowitości autorstwa Jagny.  Korzystając z okazji chcemy też powiedzieć, że wszystkie przejawy Waszej sympatii dla naszego bloga są dla nas niesamowicie cenne i to właśnie Wy motywujecie nas do dalszej pracy.

Życzymy Wam pięknej wiosny, gorącego lata i złotej polskiej jesieni…

A potem się zobaczy co dalej :)

Iza i Jagna

Tornado 2

Tornado 2

Chrzciny

Niedziela.  Koniec sierpnia. Za kilka dni rozpoczęcie pierwszego dla moich dzieci roku szkolnego. Dojeżdżamy do domu. Z psem. Tylko jak tu wziąć do domu psa, który jest brudny jak święta ziemia, ma na sobie rekordową ilość pcheł i cały czas się czochra?

No to ja gazem do weterynarza, po coś na pchły. Na miejscu jedynie lekarz dyżurny i sklepik zamknięty na głucho a na dokładkę dyżurująca pani weterynarz prezentująca postawę nieugiętą. Nie mając wyjścia nastraszyłam dyżurującą niewiastę wizją dzieci z tasiemcem, glistami oraz inną dżumą i powiedziałam, że to będzie jej wina (sic!). W końcu uległa i sprzedała mi poza kasą psikadło na pchły i pastylkę na robaki.

No i zaczęły się jaja. Zanim trafił do wanny, pies po pierwszej aplikacji psikadła zaczął skakać na wysokość półtora metra. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby taki mały pies (na oko, jakieś dziesięć kilo psa) skakał tak wysoko. Pchły dostały bzika.   Pies też. W końcu te małe cholery poległy w konfrontacji z frontline’m i można było wpuścić psa do domu. Tutaj nieoczekiwanie nastąpił zgrzyt, bowiem kot Frykas zareagował pełną obrazą majestatu i oddalił się w niewiadomym kierunku a pies (na szczęście już po kąpieli) bez pytania rozgościł się na kanapie przed telewizorem. O nie! Niedoczekanie! Sio pod stół!  Do budy!

Mąż właśnie wrócił ze sklepu z miskami i karmą dla psa, a ja biegiem na allegro kupować budę do ogrodu. W końcu pies usnął, to ja po aparat, żeby mu jakąś fotkę strzelić. Ale nie, bez szans. Psi ogon żył chyba własnym życiem, bo nawet we śnie tak szybko latał, że wszystkie zdjęcia wyszły mi zamazane. I tym oto sposobem nasz pies zyskał swoje pierwsze imię, czyli Wiatrak i nareszcie można go było przedstawić sąsiadom. Wiatrak spisał się na medal i pokazał się z jak najlepszej strony. Oczywiście gad jeden w pięć minut zyskał sobie sympatię, a sąsiedzi zaproponowali, że tego psa trzeba jakoś oblać- w sensie uczcić- i tak w dzień przyjazdu zmontowała się radosna sąsiedzka imprezka z okazji przybycia czworonoga oraz jego chrzcin.

Było miło, Wiatrak wykazał się talentem showmana i wdzięczył się jak w cyrku ale niestety nie wszystko poszło gładko, bo około północy sąsiad poddał w wątpliwość, czy to imię aby odpowiednie. No i kaplica. Mąż po przemyśleniu tematu stwierdził, że nie będzie chodził wokół domu i jak kretyn wołał: „Wiatrak! Wiatrak! Do nogi! Frykas! Do domu! Kici kici! Wiatrak!”

cdn :)

Szeptucha 2

Szeptucha 2

Spokoju obejścia nikt nie odważył się naruszyć, co Szeptucha stwierdziła z satysfakcją podczas zdejmowania uroków ochronnych. W jednej chwili zniknęło bagnisko, krzaki odmaszerowały na skraj polanki, tylko żaluzje antywłamaniowe tkwiły nieporuszone na oknach, pomimo skomplikowanych zaklęć mamrotanych pod nosem.

– Aha! – zreflektowała się w końcu babka i wymacała guzik na ukrytym w biustonoszu pilocie. – Co magiczne, zaklęciami załatwiamy, a technika to całkiem osobna sprawa i czarom się nie poddaje – podsumowała sentencjonalnie, obserwując podnoszące się żaluzje.

W chałupie panował znajomy zaduch, ale wylegującemu się na klawiaturze Mruczkowi najwyraźniej to nie przeszkadzało.

– Słuchaj no, kocie – rzekła Szeptucha – wiem, że nie śpisz.

Kot łypnął lewym okiem, ale nawet nie drgnął.

– Robota jest – kontynuowała niezrażona kobieta. – Rusz się.

Pręgowane, bure kocisko przeciągnęło się, ziewnęło ostentacyjnie i zaczęło poranną toaletę.

– Dobra, dobra. Myślałby kto, żeś taki porządny. Idziemy!

Szeptucha odwróciła się i ruszyła w stronę lasu. Kot niechętnie człapał za nią, szerokim łukiem omijając krzaki malin. Z definicji nie ufał roślinom, które potrafią szybko biegać. W jego subiektywnym kocim odczuciu nie było to całkiem normalne. Cały ten cholerny las napawał Mruczka pewną odrazą i podejrzliwie łypiąc stąpał ostrożnie po wyścielonej igliwiem ścieżce. Z jagodzin ruszyła, brzęcząc złowieszczo, eskadra komarów. Wyjątkowo żarłoczne były w tym roku, więc kot po chwili prychania zapatrzył się w szeptusze plecy z niemą prośbą o interwencję wymalowaną w bursztynowych oczach.

– Chodzi o to mój drogi – Szeptucha zupełnie nie zwracała uwagi na atakujące insekty – że ja osobiście jestem przekonana, że do tych niemcowych trupów to żaden człowiek ręki nie przyłożył. Siła nieczysta paluchy w tym maczała.

– Miau! – pożalił się kot i zaczął się wściekle drapać.

– No właśnie! – błędnie zinterpretowała miauknięcie babka i podjęła wywód. – A kto tu może mieć uprzedzenia do Niemców? Ha?

– Miau! – powtórzył żałośnie Mruczek.

– No wiem, wiem, nikt ich tu nie lubi. Ale żeby tak zaraz zabijać? Tak sobie o tym myślałam, no i mi się partyzantka przypomniała. I Zrębinowa Leśniczówka.

– Miau!

– O co znowu „miau”? – Szeptucha odwróciła się zniecierpliwiona i ledwie dojrzała kota przez gęstą, bzyczącą chmurę. Klasnęła w dłonie i w jednej chwili w promieniu kilkudziesięciu kroków na leśne runo posypały się miliony komarzych trupów. Babka miała skuteczność trzystu baygonów. – Krwiopijce zatracone! Ale się ich w tym roku wylęgło! To zapowiada długą zimę jak nic. – westchnęła. – Idziemy do Zrębin, kocie.

Ścieżka wiła się najpierw pośród wysokiego sosnowego lasu, którego monotonię zakłócały sporadycznie napotykane jałowce. Mruczek jałowców nie znosił. Ich zapach kojarzył mu się z mysimi siuśkami. Co wcale nie znaczy, że brzozowy młodnik powitał z ulgą.

– Już blisko – ogłosiła lekko zasapanym głosem babka i zboczyła ze ścieżki pomiędzy młode drzewka.

Z trzaskiem suchych gałązek przedzierali się przez nie dobry kwadrans, nim wyszli na niewielką polanę. Spod mchu miejscami wystawały resztki kamiennych fundamentów.

– No to jesteśmy – ogłosiła Szeptucha i przysiadła na pieńku. – Zrębinowa Leśniczówka – westchnęła i poklepała się zachęcająco dłonią po kolanie. – Chodź, Mruczek. Przydasz się.

Kot ze zjeżoną sierścią podszedł posłusznie. Wyczuwał aurę tego miejsca. Ta wyjątkowo mu się nie podobała. Powietrze było przesycone ulotnym zapachem duchów. Mruczek wskoczył na kolana swojej pani i znieruchomiał.

– Dobry kot – pochwaliła babka i położyła dłonie na jego bokach.

Nie musiała długo czekać. Poprzez oczy zwierzaka ujrzała tę samą polanę, ale w zupełnie innym czasie.

Śnieg otulał cały las szczelnym kożuchem. W stronę leśniczówki przeprawiał się przez zaspy, ciężko sapiąc, leśniczy Wojciech Zrębina. Ciągnął za sobą świerczek, który po chwili przerzucił na skraj polanki przez szpaler ośnieżonych zarośli. Przeskoczył zgrabnie przez zaspę i zapatrzył się w niewyraźny kontur drewnianego domu niknący w nadchodzącym zmierzchu. Mężczyzna podniósł głowę i szukał na niebie pierwszej gwiazdki. Niebo szczelnie przesłaniały chmury, więc o wypatrzeniu na nim czegokolwiek nie było mowy. Nawet gdyby zabłąkał się tutaj messerschmitt, to jego obecność mogło namierzyć wyłącznie ucho Józefa. Nie było zresztą takiego niebezpieczeństwa. Zaraz zaczynała się Wigilia. Szkopy siedzą pochowani w ciepłych kwaterach i sącząc bimber podśpiewują „Stille Nacht”.

– Psie syny! – syknął pogardliwie leśniczy i splunął na śnieg.

W oddali zamajaczyło pełgające światełko. Najwyraźniej podekscytowani domownicy nie zasunęli szczelnie zasłon i nie domknęli okiennic przed zapaleniem lamp.

– Rozumu ta Jadźka nie ma! – Zdenerwował się Wojciech Zrębina i szybko poszedł w stronę leśniczówki.

Na podwórzu przed domem kręcił się mały Jaśko, pilnowany przez matkę. Chłopiec z wypiekami na twarzy toczył śniegowe kule, z piskiem wskakiwał w zaspy i robił wszystko to, co zwykły robić dzieci, niezależnie od czasów i okoliczności. Na widok wynurzającego się z mroku dziadka malec podskoczył i pisnął radośnie. Oblicze leśniczego rozjaśniło się.

– Andzia! – rzekł do córki – leć i pozasłaniaj okna dokładnie. Już ze skraju polany widać światło. Ja Jaśka popilnuję.

– Dobrze ojcze – uśmiechnęła się Andzia i z furkotem spódnic pospieszyła do chałupy.

Stary Zrębina odprowadził ją wzrokiem i przykucnął przy dwuletnim wnuku.

– Patrzaj, Jaśko! Choinkę ci przyniosłem. Weźmiem ją do środka i przed wieczerzą ustroim w orzechy i inne frykasy, co tam je babka przyszykowali. Chcesz?

Jaśko niewiele z tego rozumiał, ale niecodzienna atmosfera ukradkowych przygotowań wprawiła go w stan ekscytacji. Teraz zarzucił ramionka na dziadkową szyję i chichotał rozkosznie. Józef podniósł dziecko i nie wypuszczając z dłoni choinki poszedł za córką do domu.

W środku było cudownie ciepło. Leśniczyna hojnie napaliła w piecu. To i gotująca się właśnie na kuchni kapusta z grzybami było jej prezentem świątecznym dla reszty domowników. Wojciech zapatrzył się na krzątającą się przy kuchni żonę.

– Niech będzie pochwalony! – przywitał się z wszystkimi, ale nie mógł oderwać oczu od Jadźki. W jej oczach zobaczył radość, jaka nie gościła w nich od wybuchu wojny.

– Na wieki wieków! – Uśmiechnęła się do niego zarumieniona z ciepła Jadźka. – Cóżeś przyniósł? – zapytała z teatralnym zachwytem i zerknęła z ukosa na Jaśka. Ten podskakiwał i klaskał w dłonie. – Prawdziwa choinka! Musi być tu jakieś smakołyki mam, i nimi drzewko ustroimy, co, Jaśko?

To rzekłszy leśniczyna z posiastnej kieszeni fartucha wydobyła garść orzechów zawieszonych na czerwonych wstążeczkach. Jasiek porwał skarby i zapiszczał z radości. Józef obstalował drzewko opodal kozy i oddał dziecko pod opiekę Andzi. Zatrzymał wzrok na czterech partyzantach, którzy, grzejąc rozzute stopy w cieple pieca, rozmawiali półgłosem.

– Co jest? – zapytał Wojciech, przysiadając obok nich na zydlu.

– A nic, teściu – uśmiechnął się do niego Staszek i powiódł spojrzeniem po Andzi i małym Jaśku, który nieporadnymi rączkami próbował wieszać orzechy na gałązkach świerka.

– Jak nic? – obruszył się pucułowaty blondyn, Waldek Stachański. – Może lepiej powiedz panu leśniczemu, co to się wczoraj za wsią stało?

– Nasi mówią, że pogrom był – wciął się Józek Birski. – Dwudziestu chłopa z chałup powyciągali i za stodołą Ryśkowiaka rozstrzelali.

– A wiadomo za co? – zapytał szeptem Wojciech.

– Ktoś na nich doniósł, że leśnym pomagają. – wyjaśnił Michał Krzesimirski.

– A bzdura to! – żachnął się blondynek. – Sami z siebie przyszli, Wigilię świętować.

– Ty, Stachański, głupot nie gadaj, jak nie wiesz, co było – zdenerwował się Staszek, odrywając wreszcie wzrok od żony i syna.

– A skąd ty niby wiesz lepiej, co? – Poderwał się na równe nogi Waldek Stachański.

– Siadaj na dupę! – syknął Wojciech. – Rodzinę mi przerazisz, ośle. Michał – zwrócił się do młodego Krzesimirskiego – tyś uczony, z hrabiowskich rodów, powiedz, co myślisz.

– Ja, panie Wojciechu, uważam, że mamy zdrajcę wśród nas – odparł szeptem Michał i zapalił papierosa.

– I ja tak myślę – powiedział Józek.

– A ty? – Tu Wojciech Zrębina spojrzał na Staszka Wesołowskiego, swojego zięcia.

– Kurwa! – Ponownie zerwał się zza stołu Waldek Stachański, i nie dopuszczając do głosu męża Andzi, wyszedł z chałupy, trzaskając drzwiami.

– Widzi ojciec – odezwał się w końcu Staszek – coś tu nie pasuje. Waldek się denerwuje i ma rację. Bo my tu po próżnicy gadamy a tam, za stodołą, to jego brata ubili.

– Mariana? – ze zgrozą dopytał Wojciech. – Toć jemu ledwie czternaście wiosen przeleciało!

– No to widzi pan leśniczy, dlaczego Waldek taki wzburzony – próbował załagodzić Michał. – Stachańscy niewesołą Wigilię mają.

– A ja tam tym kurwim synom nie ufam – wygarnęła spod serca Andzia, siadając koło ojca.

– Andzia, dziecko, bój się Boga! Jak ty mówisz? – jęknął leśniczy.

– Oj, tatuś! Do zabijania Szkopów to się nadaję, to mówić jak chłopy też chyba mogę! – Andzia wyrwała z rąk męża szklankę z bimbrem i zamaszystym ruchem wlała jej zawartość do gardła. Poczerwieniała na twarzy i zaniosła się kaszlem. Mężczyźni ryknęli śmiechem, aż zdziwiony Jaśko oderwał się od strojenia choinki.

– A co to wam tak wesoło? – Do stołu podeszła leśniczyna i postawiła na nim delikatny, porcelanowy talerzyk pełen pokrojonego w kostkę czarnego chleba. – Gdzie Waldka wyniosło? Zaraz będziem się chlebem dzielić.

– Zaraz pewnie wróci, pani Jadwigo. Jak nic za potrzebą poleciał – wyjaśnił Michał Krzesimirski.

– Andzia – szeptem zapytał pan Wojciech – a czemu to Waldkowi nie ufasz?

– Tatuś, ja tam nic pewnego nie widziałam, ale mi baby ze wsi gadały, że jego matka, no wiecie, Zenobia, to podobno w magistracie niemiecką listę podpisała.

Partyzanci, ponagleni surowym spojrzeniem leśniczyny, pospiesznie zakładali buty i przygładzali nerwowo włosy.

– Andzia! – pospieszyła córkę gospodyni – Sadzaj Jaśka przy stole, ja tylko garnek z ognia przestawię, fartuch zdejmę i możemy się dzielić. – Staszek! – zwróciła się do zięcia. – Weź no obacz, co ten Waldek tak marudzi.

Przed chałupą rozległ się głuchy warkot, momentalnie spotęgowany, gdy Staszek uchylił drzwi izby w poszukiwaniu Waldka. Zaraz też je zamknął i odwrócił wykrzywioną w demonicznym grymasie strachu twarz w stronę teścia.

– Jezus, Maria, Niemcy nas podeszli! – wrzasnął i rozpaczliwie popatrzył na żonę. – Andzia, bierz małego i uciekaj! – wykrztusił chrapliwym głosem, choć dobrze wiedział, że nie ma dokąd uciekać.

Pan Wojciech poderwał się zza stołu i ruszył w stronę szafy, by wydobyć z niej karabin. Za nim runęli Józek i Michał. Pani leśniczyna stała nieporuszona i przeżegnała się. Andzia rzuciła się do Jaśka i porwała go na ręce. Pobiegła do izby sypialnej, z której po chwili wyskoczyła, tuląc do siebie dziecko.

– Staszek! Otoczyli nas! W oknie widziałam! – krzyknęła histerycznie.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Wysoki Niemiec strzelił do stojącego mu na drodze Staszka i wszedł do środka. Za nim do izby wdarło się kilku innych i wygarnęło z automatów, kładąc na miejscu leśniczynę, pana Wojciecha i pozostałych dwóch partyzantów. Skulona w kącie Andzia osłaniała własnym ciałem Jaśka. Czuła, jak jego maleńkie serduszko tłucze się jak u schwytanego ptaka. Ciałkiem malucha wstrząsał płacz.

– Halt! – krzyknął któryś z Niemców, nie wiedzieć dlaczego, bo Andzia się nie ruszała.

Po chwili dziewczyna poczuła, że ktoś szarpie ją za włosy i odrywa od synka. Brutalne ręce wyciągnęły ją z chałupy na śnieg.

– Mamaaaaa – krzyczał Jaśko, a serce Andzi, choć nie wiedziała, że to możliwe, ścisnęło się od jeszcze większego strachu.

Uniosła głowę i zobaczyła trzymanego pod lufą Waldka Stachańskiego. Był blady jak ściana i kręcił z niedowierzaniem głową. Ręce trzymał założone na karku.

– Ja nie chciałem… to nie tak wszystko… aresztować mieli… brata zaniechali, jak im powiedziałem, że pokażę gdzie leśni… obiecali, że mordować nie będą… Andzia… Andzia – szeptał bezładnie Waldek w stronę sponiewieranej dziewczyny.

– Maul halten! – wrzasnął Niemiec i trącił Waldka lufą karabinu.

Potężny Niemiec wyszedł z chałupy, niosąc pod pachą wierzgającego Jaśka, którego bezceremonialnie cisnął w zaspę i odbezpieczył pistolet, celując w jego stronę.

– Nie!!!! – zaskowyczała Andzia i szarpała się pod przyduszającym ją do ziemi butem innego Szkopa.

– Bitte! Nein! – krzyknął Waldek.

Andzia napięła wszystkie mięśnie i z ogromnym wysiłkiem zerwała się z ziemi. W trzech skokach dopadła do Waldka.

– Zabiję cię, szmato! – wrzasnęła i opadła u jego stóp skoszona serią z karabinu. W oddali płakał Jaśko. Jeszcze go nie zabili.

– Andzia… – zaszlochał Waldek.

– Przeklinam ciebie i wszystkie kundle, które kiedykolwiek na świat powołasz! – wycharczała ustami pełnymi krwi Andzia i znieruchomiała.

– Andzia! – wdarł się w wizję głos Szeptuchy. – Pokaż no się i daj spokój! Już w szkole miałaś zdolności teatralne, ale teraz dość. Bo to ja nie znam tej historii?

Mruczek wygiął grzbiet i umknął z kolan babki. Letnią, duszną polanę owiał nagle zimny wiatr.

– Andzia, no wyłaź, no!

Młoda brzózka rosnąca tuż obok pniaka zaszumiała nagle i zaczęła gubić listki, aż zostały tylko nagie gałązki. Z tych po chwili jęły wyrastać czerwone falbanki.

– No tak, jakby kiecka tu była najważniejsza! – Przewróciła oczami babka.

– Może dla mnie najważniejsza? – zaszeleściła Andzia. – Stara jesteś! – ucieszyła się nagle.

– Ale żywa przynajmniej! – odcięła się Szeptucha.

– To było nie fair!

– A kiedykolwiek było? – zachichotała stara. – Toć jeszcze w szkole się za łby darłyśmy.

– Ale Staszka to ci odbiłam!

– Sama go puściłam. Znudził mi się! – Babka wyprostowała się, ugodzona w czuły punkt, i wpiła uważne spojrzenie w ustrojoną czerwonymi falbankami brzózkę. – Daj już Andzia pokój, powiedz, dlaczego żeś się tak na bolkowych gości uwzięła?

– A bo to Niemce, a ich trza ubijać – odparła pogodnie duszyca.

– Wcześniej w gminie byli, u sołtysa jacyś bywali, i jakoś bez szkody na ciele do siebie wrócili.

– Bo to nie byli stachańskie szkopy!

– A tu cię boli! – Pstryknęła sękatymi paluchami Szeptucha. – Ja ich kundli też nie lubię, ale Bolko przecież to prawnuk tej folksdojczki Zenobii, to co on winien, chociaż głupszy od Krasuli?

– Krasuli? Pamiętasz Krasulę, jak ją Zenobia palikowała, a my po cichu…

– …podkradłyśmy się na pole i wyciągnęłyśmy łańcuch…

– … a Staszek jej w tyłek z procy…

– …i potem Zenobia latała za krową…

– …aż chustka jej z furkotem z włosów zleciała!

– Ha, ha, ha! – uśmiała się serdecznie Szeptucha, a jej śmiech obiegł echem wszystkie sosny wokół polanki.

– Nie o Zenobię mi chodzi, a o Waldka – zaszumiała brzózką Andzia. – Przez niego ojce, Staszek i Jasiek poginęli.

W lesie zapadła cisza, której podniosłości nie odważył się zakłócić nawet jeden komar.

– Andzia – powiedziała cicho babka. – To nie tak do końca. On, Waldek znaczy się, podłym zdrajcą był, ale na koniec Jaśka twojego wyratował.

– Jaśko przeżył? – zafalowała gwałtownie brzózka.

– Ponoć.

– I tak Waldek jest zdrajcą i nic tego nie zmieni.

– Andzia, weźże daj na razie spokój temu Waldkowi, niech mu tam ziemia lekką będzie, i skup się na trupach w gminie, które tak beztrosko za sobą rozsiewasz.

– Waldek nie żyje? – Andzia usłyszała, co chciała.

– No, pewnie nie żyje. Po akcji w leśniczówce dzieciaka twojego do sąsiadów podrzucił, a sam przepadł. No, ale stary był, to nie żyje.

– Nie starszy niż ty – wtrąciła złośliwie duszyca.

– Też mi coś! – strzeliła focha babka i zaraz zapytała: – Dasz ty w końcu im spokój?

– Zastanowię się.

Nad polanką zapadła pełna zadumy cisza.

– Słuchaj… – odezwała się w końcu niepewnie Andzia.

– No?

– A ty byś na tych swoich pudełkach Jaśka mojego nie znalazła?

– Do chałupy mi właziłaś i w Internecie szpiclowałaś! – Poderwała się na równe nogi babka i oskarżycielsko wysunęła palec w stronę brzózki.

– Oj, daj spokój, i tak się na tym nie znam – zbyła ją szumem gałązek Andzia. – No, to jak będzie? Znajdziesz mi Jaśka?

– A zostawisz wnuka Zośki Stachańskiej w spokoju?

– To Zośka Bylinowa za Stachańskiego poszła? O Chryste Panie!

– Za Mariana, co z go Waldek z rozstrzelania ocalił. Całkiem ją tam na Zenobii modłę przerobili.

– Koszmar – powiedziała z przerażeniem duszyca, której cała rodzina straciła życie w zbiorowej rzezi.

– No koszmar, więc nie ma co się tam na wnuku odgrywać. Co on winien, że ułomny po rodzinie?

– No fakt niby, ale problem jest – zasępiła się Andzia. – Ja na Stachańskich klątwę przecież rzuciłam.

– Żaden problem – machnęła lekceważąco dłonią Szeptucha – się raz, dwa zdejmie i tyle. W Internecie się znajdzie stosowne zaklęcia. Nie ma o czym gadać.

– Zostawię ich w spokoju, jak mi Jaśka znajdziesz.

– Znajdę, obiecuję. Nie od razu, ale przyprowadzę go tutaj pewnego dnia. To masz u mnie załatwione.

– No to ja Szkopów już więcej mordować nie będę, i będę czekać tutaj na wypełnienie obietnicy!

– Oj, dobra, Andzia, nie dramatyzuj tak. A jak na Internet przyłazisz, to ciszej klikaj, bo mnie byle szelest w nocy budzi.

– Starość nie radość – zaszumiała złośliwie czerwona brzózka i w mig pogubiła koronki. Duch odszedł na jakiś czas.

– Kocie! – zadysponowała Szeptucha. – Wracamy do domu.

Teren gospodarstwa agroturystycznego Kurex koił oczy zadbanymi budynkami i wypielęgnowaną trawą. Pomiędzy fontannami przechadzały się pawie, zgodnie z bajkami serwowanymi turystom rdzenni mieszkańcy otuliny Puszczy Białej. Szeptucha minęła obojętnie śmiercionośne sławojki i udała się prosto do bolkowego biura. Wieczór był sielski, zza głównego budynku nadlatywał śpiew niemieckich gości i zapach pieczonych nad ogniskiem kiełbasek.

Bolko siedział w fotelu za biurkiem. Na skrzypnięcie drzwi zareagował nerwowym wzdrygnięciem.

– Nie bój się, swój idzie – zaanonsowała się złowieszczo babka.

– Wwwwwitajcie …. – zaszczękał zębami młody Stachański.

– Siadaj, Bolko.

Wnuk Stachańskiej ciężko opadł na fotel.

– Nie tu, baranie – wyjaśniła uprzejmie Szeptucha.

Bolko Stachański, największy biznesmen w gminie, posłusznie podreptał w stronę stołka i usiadł grzecznie.

Szeptucha zajęła miejsce za biurkiem i postukała paznokciami po fornirowanej płycie biurka.

– Znalazłam ducha, co tu gości morduje – ogłosiła.

– I co? I co? – zaangażował się Bolko.

– I jajco. Twój dziadek, Waldek Stachański, nadepnął kiedyś na odcisk leśniczemu Zrębinie.

– Nie znam! – pospieszył z gorliwym zaprzeczeniem wnuk Zośki Stachańskiej, Bylinowej de domo.

– No to wiedz, że się duch córki leśniczego zawziął na twoje plemię.

– A czemu to, babko?

– Walduś, dziad twój cioteczny, do piachu całą jej rodzinę posłał, jak na nich wszystkich do Niemców doniósł. A swoją drogą, to ty, Bolko, wiedział, że prababka Zenobia listę podpisała i do Niemców dołączyła?

– Niech babka nie mówi! – Wzdrygnął się patriota Bolko. – Nie może to być!

– A może, może! – odparła Szpetucha. – I o to właśnie cały ambaras. I teraz duchy Zrębinów ofiary żądają.

– Ja wszystko zrobię! – zapewnił gorliwie.

– No to słuchaj. Duchy powiedziały, że zdejmą klątwę, jak oddasz siostrom zakonnym wszystkie zabudowania na dom starców, Niemców pogonisz i majątek cały na sieroty dasz. Możesz chałupę zachować, a wtedy babce Zosi klątwę z krów zdejmą. Wierzgać więcej nie będą.

– To przez klątwę wierzgają? – ucieszył się nie wiedzieć czemu Bolko.

– Ano – potaknęła z zadumą babka. – No! Pora na mnie. A ty, Bolko, czyń swoją powinność.

Piaszczysta droga, która nie widziała deszczu od kilku tygodni, pyliła, ale wiernie wiodła Szeptuchę w stronę domu. Z pobliskich zarośli wyskoczył łajdus Mruczek i zaczął ocierać się o nogi swojej pani.

– Mruczek! – ucieszyła się kobieta. – No, w końcu przylazłeś! A wiesz, żem sprawę Niemców do końca dociągnęła?

– Miau! – sprecyzował szyderczo kot.

– No, dobra, może trochę przesadziłam.

– Miau! – uśmiał się Mruczek.

– Likwidacja Kurexu to moje profity uboczne! Mam swoje porachunki ze stachańskim plemieniem – odparła obronnym tonem babka.

– Miau! – parsknął zwierzak.

 

– Oj tam, oj tam! – podsumowała Szeptucha i poczłapała w stronę chałupy.

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt

Kochani czytelnicy!

Przyjmijcie serdeczne życzenia z okazji zbliżających się świąt. Niech Wam się wszystko układa po myśli, niech Wasze portfele spuchną od grubych plików forsy a Wasze dzieci niech będą najgrzeczniejszymi na świecie. Niech dopisuje Wam dobry humor, jeszcze lepsze zdrowie a przemiana materii niech sprawi, że po świętach nie wpadną Wam dodatkowe kilogramy. Niech szef w pracy stanie się aniołem a wredną koleżankę z biura przeniosą do innego działu. Życzymy Wam podwyżki, wspaniałej formy, białych zębów i hollywódzkich uśmiechów.

A czego my sobie życzymy? Oczywiście tego, żebyście do nas zaglądali i czytali nasze wpisy :)

Wesołych Świąt i widzimy się we wtorek :)

20160325_132544

Tornado 1

Tornado 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Przedstawiamy Wam nową serię opisującą losy pewnego psa o wdzięcznym imieniu Tornado. Iza opowie Wam całą historię tego, zdecydowanie niezwykłego, domownika 😉

Na wakacjach przyplątał się piesek. Z oczu patrzyło mu dobrze, więc od razu się załapał na kawałek kiełbasy. Chlebem wzgardził. Plątało się to miłe stworzenie przez kilka dni, aż wakacje dobiegły końca.

W międzyczasie zauważyłam, że dzieci z okolicznej kolonii były uprzejme kilka razy podnieść go do góry za ogon, i ich nie zjadł. Znaczy poczciwy.  A że mu dobrze z oczu patrzyło to w końcu, w zieloną noc zapadła decyzja, że bierzemy psa, bo ktoś musi. Nadleśnictwo po każdym sezonie organizuje odstrzał bezpańskich zwierząt, zatem nie mogliśmy pozwolić, by ktoś zastrzelił nam zwierzaka.

Mój mąż, który nigdy nie miał psa, od razu poczuł się panem i gestem właściciela usadził sobie swojego nowego czworonoga na kolanach. To nic, że pies składał się głównie z koszmarnie brudnych kłaków przypominających szczecinę na dzikiej świni oraz pcheł.  Mąż długo głaskał go i przemawiał doń czule. Obiecał mu nawet, że nauczy go jeździć na snowboardzie. W końcu ścierpł i rozczarowane psisko wylądowało na ziemi. Hmm… A jak zwieje? Przecież już jest nasz… Ale dla chcącego nie ma nic trudnego. Nawet o północy.  Załatwiłam u dyżurnego stajennego starą lonżę do nauki jazdy konnej, z kolei mąż udał się do baru i wrócił z pustą skrzynką po tyskim, do której uwiązał psa. Niezapomniany widok.  Oczami wyobraźni zobaczyłam gnającego psa i podskakującą za nim skrzynkę po piwie uwiązaną na lonży :)

Cóż, w końcu trzeba było położyć się spać. Niestety wszystkie drzwi w naszym domku miały niesprawne klamki, a pies ani myślał spać w przedpokoju.  Przed świtem obudził mnie rozpaczliwy krzyk dziecka:

„ Mamusiu! Dlaczego wpuściłaś nam do łóżka dzikie zwierzę!!!”

„ Śpij! To nasz pies!” – powiedziałam i zapanował spokój, dopóki o ósmej nie wywiązała się awantura, kto ma wyjść z psem na spacer.

Już wtedy rozdzwonił się w mojej głowie dzwonek alarmowy.

Pomijając fakt, że często wyjeżdżamy i nie będzie w tym czasie co zrobić z psem, to chyba nie był najlepszy pomysł. No ale nic. Mamy psa, który za pół roku będzie zapylał na snowboardzie i wracamy do domu z wakacji…

10330483_1095653127164663_8410403524795837261_n

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą…

Jagna: Piszesz?

Iza: Nie, dzisiaj nie bardzo mogę.

Jagna: A co się stało? Wena ci siadła?

Iza: E tam, wena to mi nigdy nie siada :)

Jagna: No to niechciej Cię złapał.

Iza: Skąd! Full odpał i energia.

Jagna: No to już nie wiem. Gadaj w czym problem?

Iza: A żeby jeden był… sześć konkretnie.

Jagna: ???

Iza: Mąż, dzieci, koty i pies 😀 Non stop coś chcą. Głównie do żarcia oczywiście. Mam wrażenie, że żarcie z ich talerzy i misek jest zasysane centralnie do dziury kosmicznej. A Ty piszesz?

Jagna: Ha ha ha…  Ja też nie. Też mam problem. Mąż chory. Czujesz?

Iza: No a jak, przecież faceci nie chorują, oni walczą o życie.

Jagna: Coś w tym jest… Poszłam dzisiaj do apteki i mówię do zaprzyjaźnionej farmaceutki: „Poproszę coś na przeziębienie”. I chyba niepotrzebnie dodałam: „Dla męża”. A ona pyta, co mężowi jest. To ja na to, że ma katar. Ona patrzy na mnie: „I co jeszcze mu dolega?”. To mówię: „No tylko katar”. Farmaceutka spojrzała na mnie z takim wieloznacznym uśmiechem i podaje jakiś tam gripex czy inny fervex. I takim głosem – wiesz teoretycznie grobowym a w praktyce pełnym od tłumionego śmiechu – mówi do mnie: „To powinno pomóc”. Wzięłam, zapłaciłam, pośmiałam się pod nosem i idę w stronę domu. Przystanęłam na chwilę koło straganu z tulipanami. I tak stoję chwilę, z kwiaciarką gadam a tu nagle ktoś koło mnie staje i uśmiecha się od ucha do ucha. Patrzę a to znajoma farmaceutka. Widać zaraz po moim wyjściu skończyła zmianę. I tak patrzy na mnie, na te tulipany nieszczęsne i powiada tak: „A co pani tu jeszcze robi? Przecież w domu chłop umiera.” Po czym rechocząc na cały głos idzie dalej.

Iza:  😀

Jagna: I w końcu z tego wszystkiego tulipanów nie kupiłam. Jakoś tak niezręcznie było. A jakby mąż pomyślał, że się szykuję do pogrzebu? 😀

Szeptucha 1

Szeptucha 1

Witajcie kochani!

Serdecznie zapraszamy na pierwszy odcinek powieści Jagny pt „Szeptucha”. Kolejne odcinki będziemy cyklicznie publikować na łamach naszego bloga. Życzymy udanej lektury :)

Szeptucha. Zrębinowy las cz. 1.

Dzień wstawał parny i z każdą chwilą robiło się coraz goręcej. Tam, gdzie do mchu docierało słońce, unosił się biały opar. Miało się wrażenie, że polana się tli i za chwilę spomiędzy jagodzin wystrzelą języki ognia.

– Osiemdziesiąt lipców z okładem człowiek jakoś przezipał, a teraz to już z pewnością szlag mnie z gorąca trafi! – poskarżyła się sosnom Szeptucha i zaraz wycofała się do chałupy, zawstydzona spontaniczną dekonspiracją przeprowadzoną na własne życzenie.

Może się plotka nie rozniesie. Sosny, w przeciwieństwie do brzóz, nie były specjalnie gadatliwe, a wścibskich zajęcy bystre, łypiące zza koronkowej firanki oko kobiety nie wypatrzyło. Obawy były całkowicie uzasadnione. Szacowny wiek to podstawa prestiżu każdej Szeptuchy. Niechby się tylko rozniosło po wsi, że babka jest takim siksą, to pewnie interes by szlag trafił, a jej konkurentka zza Czarnego Błota ręce by z uciechy zatarła i sączyła w uszy kumoch zapewnienia o rzekomo większym doświadczeniu w wykonywanym fachu.

W chałupie panowała duchota, ale otwieranie okien kompletnie mijało się z celem. Las oferował wyłącznie rozparzone powietrze, z którego można było wyciskać wiadra wody. Szeptucha westchnęła ciężko i poczłapała w stronę monitorów zajmujących całą dłuższą ścianę izby. Aż się wzdrygała na myśl o włączeniu systemu i podniesieniu temperatury o kilka kolejnych stopni, ale – jak mawiają – służba nie drużba. Procesory zaszumiały przy akompaniamencie histerycznego rzężenia wiatraczków, a monitory mrugnęły na powitanie.

Kobiecie mocno doskwierało pragnienie, jednak myśl o paleniu pod kuchnią i parzeniu herbaty wydała jej się odpychającą. Z pewnym ociąganiem wyszła na polankę przed domem i powędrowała w stronę studni. Spuściła wiadro za cembrowinę, naparła na żurawia i naczerpała zimnej, krystalicznej wody. Przelała ją pospiesznie do cebrzyka i zaniosła do chałupy. System szumiał miarowo, monitory ustabilizowały obraz, a skórzany fotel wyglądał całkiem zachęcająco. Stawiając kubek zimnej wody na blacie, Szeptucha usiadła ciężko i rozpoczęła kolejny dzień pracy. System kamer działał bez zarzutu, a obraz odświeżał się kilkadziesiąt razy na sekundę. Ot – dobrodziejstwo potężnych światłowodów, biegnących pod mchem aż do zabudowań agencji ochrony mienia Łom, w której pracował jeden z wnuków Szeptuchy, Boguś.

Pociągając niespiesznie z kubeczka, babka wzrokiem jastrzębia obserwowała swoich podopiecznych. Na dwóch największych, sąsiadujących ze sobą monitorach widać było front i wnętrze sklepu spożywczego. Nic, co działo w tym centrum spotkań towarzyskich, nie miało prawa umknąć Szeptusze. Na razie panował tam względny spokój. Kilku niewymiecionych jeszcze spod schodów pijaczków gramoliło się nieporadnie i potrząsając głowami próbowało odnaleźć wczorajszy zerwany znienacka film. Po schodkach, podskakując wesoło, wbiegała mała Agatka, wnuczka Łopianowej. Dziecko jakby zupełnie nie odczuwało lejącego się z nieba żaru. Ot, przywilej młodości. Zawsze i wszędzie dobrze i wygodnie.

Szeptucha jęknęła głucho, próbując oderwać od skórzanego fotela zapocony zadek. Akceptując niewykonalność zadania, oderwała jedynie oczy od Łopianowej pociechy i skoncentrowała się na drugiej kamerze, pokazującej ladę i zażywną właścicielkę interesu. Ta zaczynała właśnie dzień pracy od przeliczenia zawartości kasy. Palce przebiegały z wprawą po banknotach i przesypując monety zliczały je z melodyjnym brzękiem. Po chwili w kadrze ukazała się Agatka. W sklepie panował spokój i ten stan powinien się utrzymać do późnego popołudnia, gdy ladę obsiądzie stado niewypłacalnych chłopów z dużą chęcią do picia. Nie ma sobie czym zawracać głowy. Po kilkunastu minutach żmudnej inwigilacji okazało się, że również w szkole, zamkniętej na głucho do września, w chałupie sołtysa i we wszystkich domostwach panuje względny ład. Z niejaką rutyną Szeptucha obejrzała, jak przez okno plebanii umyka bezszelestnie Zośka Pirynowa. Ksiądz chyba szlafrok zmienił albo jakieś to światło było do niczego, bo zawsze stał w oknie, machając na pożegnanie otulony szkarłatem, a dzisiaj członki dostojnika oblekał wyburzały brąz.

– Musi być stary się poprzecierał – wyjaśniła sobie zmianę babka i więcej nie zajmowała się księżym gospodarstwem.

Co innego przykuło jej uwagę. Pomimo wczesnej godziny w obejściu gospodarstwa agroturystycznego Kurex kłębił się rozgorączkowany tłumek pensjonariuszy. Opodal stał radiowóz, a przed ciągiem stylizowanych na sławojki sanitariatów błyskała złowieszczo karetka.

– Znowu? – zdziwiła się Szeptucha i potarła skronie w zamyśleniu. Już od dawna wiedziała, że ta akurat sprawa nie skończy się szczęśliwie bez jej ingerencji.

Problem w tym, że właścicielem pensjonatu był Bolko, wnuczek tej idiotki Stachańskiej, co to jej pole sąsiadowało z ojcowizną Szeptuchy. I nijak nie szło się z nią dogadać, a on, jeszcze większy zakuty łeb, z pewnością po pomoc nie przyjdzie. A szkoda, bo kiedy w końcu przewodniki turystyczne podchwycą temat, to region nawet złotówki więcej na przyjezdnych nie zarobi. Jednym okiem obserwując, jak sanitariusze w towarzystwie aspiranta Krokwi otwierają wychodek, babka skanowała drugim zawartość kufra. W chwili, w której funkcjonariusz cofnął się gwałtownie, a obraz zdominował posiniały trup turysty siedzącego na tronie z płachtami „Der Spiegel” na kolanach, Szeptucha pospiesznie wyciągnęła kwiecistą spódnicę. Po chwili wyszła z chałupy, energicznie trzaskając drzwiami. Idąc przez podwórko pstryknęła palcami prawej dłoni i skobel natychmiast zablokował drzwi wejściowe. Jeszcze tylko dwa klaśnięcia w dłonie i krzaki jeżyn przykucały posłusznie, ustawiając się w kolczasty, gęsty szpaler zdolny odstraszyć każdego intruza. Na koniec splunięcie przez lewe ramię. Patrząc z zadowoleniem na bagnisko, które zabulgotało z werwą w obejściu, babka namacała w biustonoszu maleńkie ustrojstwo. Niewielki guziczek aktywował zjeżdżające z łoskotem żaluzje antywłamaniowe. Kilka wyszeptanych pospiesznie formułek postawiło w stan gotowości zwodniki. Biada temu, kto zechce naruszyć strefę chronioną podczas nieobecności gospodyni. Szeptucha zachichotała złośliwie i ruszyła dziarsko w stronę wsi. Najwyższy był już czas, by przemówić wnukowi Stachańskiej do rozumu.

Tymczasem w gospodarstwie agroturystycznym Kurex trwał całkowicie uzasadniony chaos, wzbogacony zupełnie zrozumiałą histerią.

– Proszę podać nazwisko! – po raz kolejny prosił małżonkę denata aspirant.

– Was? – łkając, odpowiadała do znudzenia zalana łzami kobieta.

– Diabli nadali – westchnął pełen niemocy lingwistycznej policjant i z nadzieją zerknął na lekarza.

– U nas na studiach był angielski! – odparł doktor Zielski obronnym tonem. – Może sanitariusz Byczek przetłumaczy. Dwa lata u sąsiadów pracował.

– Co ja? – zakwilił mezzosopranem mikry sanitariusz Byczek.

– No w świecie bywałeś, to niemiecki znasz chyba? – aspirant Krokiew tracił cierpliwość. Pot ciekł mu strumieniami spod służbowej czapki i kapał obficie na kaburę z pistoletem.

– A gdzie tam! – parsknął cienkim śmiechem sanitariusz. – Po turecku się tylko nauczyłem.

– Może być i po turecku, pytaj! – zgodził się policjant.

– Isim? – zaćwierkał Byczek.

Kobieta najwyraźniej nie znała również tureckiego, bo kręciła głową i nieustannie zalewała się kolejnymi fontannami łez.

– Diabli nadali – apatycznie podsumował doktor Zielski, co podsunęło aspirantowi nowy pomysł.

– Kajakiewicz! – przywołał zastępcę. – Polecisz po księdza. On uczony jest. Rosyjski zna, jak nikt inny we wsi, to się może z babą dogada.

Kajakiewicz zasalutował karnie i oddalił się kłusem w stronę plebanii. Jego sylwetka drgała jak fatamorgana ponad gorejącym piachem drogi lokalnej, gdy tymczasem zza węgła wynurzył się zaspany Bolko Stachański.

– Co jest? – zapytał, rozciągając paszczę w ziewnięciu. – Zamordowali kogoś? – zarechotał, ubawiony własnym dowcipem.

– Właśnie tak! – zamroził go spojrzeniem aspirant Krokiew i wskazał niedbałym gestem wnętrze wychodka. Jak dotąd nikt nie odważył się ściągnąć denata z miejsca dotychczasowego spoczynku. Siedział z wybałuszonymi, utkwionymi ponad serduszkiem wychodka oczami. „Der Spiegel” litościwie zasłaniał dolne rejony bladego ciała.

– Ppppan Muller? – wyjąkał Bolko.

– Ja, ja! Muller! – wyszlochała małżonka denata.

– No, to chociaż tyle się wyjaśniło. – Aspirant Krokiew gorliwie zanotował nazwisko w notesie.

Bolko postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaprezentować zgromadzonym nieodparty pijar człowieka sukcesu. Przygładził rzedniejące, jasne włosy i wygenerował uśmiech, ostatnio widziany na jego ustach podczas rozpakowywania prezentów po ceremonii przyjęcia pierwszej komunii świętej.

– Szanowni państwo, drodzy goście, przyjaciele, najmilsi przedstawiciele władz! – Tu Bolko odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych. – Pozwólcie, że zaproszę was na skromne śniadanie, podczas którego, miejmy nadzieję, poprawią się humory nas wszystkich.

Cwany Bolko skłonił się w pas przed rozszlochaną, zalaną łzami Niemką i zaoferował jej ramię. Ta, kompletnie ogłupiała, uchwyciła młodego człowieka, który w jej mniemaniu otwierał kondukt żałobników.

Właśnie wtedy Szeptucha wpadła w obejście i rozejrzała się badawczo po budynkach.

– Bolko! – krzyknęła władczo.

– Czego chcecie? – Właściciel gospodarstwa agroturystycznego przystanął i odwrócił się z niechęcią.

– Do pogadania mamy.

– Macie babko coś do powiedzenia w tej sprawie, to aspirant Krokwia chętnie posłucha! – odszczeknął arogancko pomiot Stachańskiej.

– Aspirant Krokiew, do cholery! – wciął się w wymianę zdań aspirant Krokiew, po raz kolejny w życiu przeklinając nazwisko rodowe.

– Milcz, Jędruś, i denatem się lepiej zajmij, a w moje sprawy się nie mieszaj! – zgasiła aspiranta na wstępie Szeptucha. – A ty, Bolko, zostaw wdowę pod opieką – tu powiodła wzrokiem po zebranych i namierzyła księdza dobrodzieja we własnej osobie, nadciągającego pospiesznie od strony plebanii – osoby duchownej i prowadź do swojego gabinetu! – zażądała władczo.

Aspirant Krokiew skulił się lekko i posłusznie zamilkł, Bolko natomiast, cały poczerwieniały ze złości, najwyraźniej toczył walkę z własnymi nogami. Rzecz jasna wkrótce przegrał. Było nie było, żaden z niego przeciwnik, i Szeptucha narzuciła mu bez trudu własną wolę. W całym zamieszaniu jakoś wszyscy zapomnieli o wdowie, która stała na linii wymiany zdań i wodziła niczego nierozumiejącym spojrzeniem po twarzach zgromadzonych ludzi.

– Tędy proszę – Bolko ukłonił się sztywno Szeptusze i jak zdalnie sterowany robot, którym przecież właśnie w tej chwili był, poprowadził ją w stronę zabudowań. Nikt nawet nie próbował się wtrącić.

Gabinet Bolka wyglądał całkiem przyjemnie, a co najważniejsze, panowała w nim znośna temperatura. Kobieta uwolniła z zaklęcia wnuka Stachańskiej, który natychmiast rzucił się w stronę drzwi z zamiarem ucieczki.

– Siadaj na dupie! – ofuknęła go babka i pstryknęła palcami lewej ręki. Drzwi zamknęły się z potwornym hukiem. – Siadaj, mówię ci, baranie!

Sama rozsiadła się w wielkim fotelu za biurkiem i gestem wskazała roztrzęsionemu mężczyźnie twarde, wąskie krzesełko, przeznaczone zapewne dla pokornych petentów. Bolko przysiadł posłusznie i wpił wybałuszone strachem oczyska w swoją prześladowczynię.

– Słuchaj no mnie, i nie waż się przerywać! – zadysponowała Szeptucha. – Zastanawia mnie, jak długo jeszcze zamierzasz udawać, że nic się nie dzieje? Czegoś nie przyszedł do mnie? Niby jesteś stachańskie plemię, ale w ostateczności też człowiek, to chyba widzisz, że tu jakaś siła nieczysta ręce macza? Który to już niemiecki trup w tym sezonie? Trzeci?

– Czczczwarty … – odważył się wyjąkać Bolko.

– A widzisz! – nie wiedzieć dlaczego Szeptucha się uradowała, ale po chwili spoważniała. – Ty Bolko nie pojmujesz, że niedługo Niemce się pokapują, co i jak, i przestaną przyjeżdżać, waluty nie przywiozą, i bida znowu zapiszczy. I ty też stratny będziesz.

– Oj tam… zaraz się pokapują – zaprotestował bez przekonania właściciel gospodarstwa agroturystycznego. – Toż po polsku nie kumają, to im się zawsze wmówi, że to nieszczęśliwy wypadek.

– Głupiś, Bolko, jak but rabina! Polak jakiś zginął? Nie? Angol albo inny? Nie? Same Niemce tylko! Jeden nad rzeką znaleziony, pamiętasz? Musisz pamiętać, bo przy twoim kąpielisku to było. A pamiętasz, gdzie mu wędkę morderca wetknął?

Bolko przełknął ciężko ślinę i bezwiednie przeniósł ciężar ciała z jednego pośladka na drugi.

– A potem kolejno dwóch sztywnych w łóżkach w twoim pensjonacie i dzisiaj ten w wychodku – kontynuowała beznamiętnie Szeptucha. – I patrz, Bolko, zawsze to u ciebie te Niemce muszą wyzionąć ducha. W końcu ci się policja polska, a może i niemiecka, do dupy dobierze.

– Ale to nie moja wina! – jęknął zrozpaczony Bolko.

– Ja to wiem, ale ten dureń Krokiew siły nieczystej nie uznaje, a na kozła ofiarnego to każdy mu się nada. Statystyka skazanych i zamordowanych musi mu się zgadzać… to jak, Bolko, myślisz, na kogo wina spadnie?

– To co ja mam robić? – Bolko osunął się na kolana przed biurkiem i złożył dłonie w błagalnym geście.

– Musisz mnie wynająć, to sprawę załatwię – odparła pogodnie Szeptucha i podała mu kartkę z zawczasu wypisaną kwotą.

Durny wnuk Stachańskiej zamrugał z niedowierzaniem i westchnął ciężko.

– Dobrze! – wychrypiał. – Będzie jak chcecie, babko.

– No! Rachunek prześlę po robocie, a zaliczkę masz mi dzisiaj przelać na konto. – uściśliła zasady zatrudnienia Szeptucha i niespiesznie opuściła biuro. Tym razem drzwi dało się otworzyć bez trudu.

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.

Sprzedawała baba auto…

Sprzedawała baba auto…

Moi mili, pewnie znacie to z autopsji i wiecie rzecz oczywistą, że od baby się nie kupuje. No bo przecież lepiej kupić po księdzu, lekarzu (ze szczególnym uwzględnieniem ginekologa), aptekarzu a najlepiej to kupić po dziadku z Wehrmachtu. No, ewentualnie od jakiegoś Holendra, choć tutaj może powstać problem spalania. Zupełnie nie wiem natomiast, dlaczego dyskryminuje się w tej kwestii naszych rodzimych dziadków, bo przecież oni tylko do kościoła i na działkę. No i nasi w ofercie mają do zaoferowania więcej modeli, niźli tylko przechodzone egzemplarze reprezentujące owiany legendą mit niemieckiej motoryzacji z dziewiątej dekady ubiegłego stulecia. Normalnie same pewniaki, ale i tak wszystko wymięka w zderzeniu z rzeczywistością, w sytuacji, w której sprzedaje kobieta. Biedaczka prawie od razu, przez sam fakt bycia reprezentantką płci pięknej, zostaje postawiona na straconej pozycji. Dlaczego? Bo biedna nie umie, bo niemota nie wie, bo na garach tylko się zna a na motoryzacji – za grosz, bo sierota jakaś, co to na bank sprzęgła do końca wcisnąć nie potrafi i owo na bank niedługo się spali, o ile już się nie spaliło i tak dalej…

Niedawno na forum motoryzacyjnym zapoznałam się z burzliwym wątkiem, w którym, w tejże materii, udzielali się sami fachowcy. Wzajemnie się zapewniali, że auto po babie zawsze ma zarysowania w okolicy klamki od strony kierowcy, bo to od tipsów (sic!) (ewentualnie od pierścionków). Hmm, ciekawa teoria.

Ja nie wiem co to za cymbały, jeden z drugim, że nie wiedzą jak drogie są tipsy i jak bardzo trzeba na nie uważać!? A jak boli taki tips, gdy się go nadłamie o klamkę!? To już kaplica i cymbał, jeden z drugim, pewnie od takiego bólu by zszedł z tego łez padołu. Być może Edward Nożycoręki mógłby coś na ten temat szepnąć oraz lakier obok klamki zarysować, ale dajmy spokój. Zatem, kupując auto po babie, żeby się upewnić czy aby na pewno nie kłamie, sugeruję sprawdzić multum rysek i otarć w okolicy bagażnika. W końcu przewieźć w ciągu kilku lat kilkadziesiąt ton zakupów, a do tego różne wózki, chodziki, nosidełka, kojce, hulajnogi, rowerki, rolki i resztę, to nie byle co. Ha!

Moje Drogie Panie Kierowniczki, jeśli planujecie wystawić wasze cudo na aukcji w internecie, poniżej, specjalnie dla Was, jest gotowa formułka do wklejenia do opisu aukcji. U mnie zadziałała, więc może zadziała i u Was :)

„ Szanowny Kliencie. Bardzo zachęcam do kupna i od razu uprzedzam, że sprzedaje kobieta, co wcale nie oznacza, że pójdzie łatwo. Co najważniejsze, cena nie podlega negocjacjom, więc proszę mi tu nie marudzić, że „coś tam” i głowy nie zawracać, bo jestem osobą zajętą i dla melepetów gawędziarzy, co to im się wydaje, że się znają na samochodach, nie mam czasu. Argumentu, że sprzedaje baba absolutnie nie biorę pod uwagę, bo dzieci zawsze obowiązywał zakaz wszelkiej konsumpcji na terenie pojazdu, a widziałam na własne oczy tyle upapranych aut po facetach, że nie zliczę. Szczególnie brudne miał ginekolog mojej szwagierki, a i proboszcz z parafii mojej teściowej również pedanterią nie grzeszył. Znam własne auto lepiej niż własne dziecko, więc jedyną sytuacją, w której dopuszczam możliwość negocjacji, to taka, kiedy kupujący znajdzie w aucie coś, co zataiłam w opisie. Niemniej uprzedzam lojalnie, że przy ostatnim samochodzie klient szukał dwa tygodnie i niczego nie znalazł. W rodzinie, samochodami od zawsze zajmuję się ja, nieco się na nich znam i jest to fyfnaste auto, jakie sprzedaję, więc uprzedzam, że nie łyknę żadnego kitu od pseudo fachowca z chińskim miernikiem grubości lakieru z sąsiedniej aukcji.

Nie mam nic do ukrycia i chętnie udostępnię samochód do oględzin w dowolnym warsztacie w mojej okolicy. U mechanika, blacharza, nawet u jasnowidza i różdżkarza. Oczywiście koszty oględzin ponosi klient. Na życzenie numer VIN.

Przepraszam, że na foto auto jest trochę brudne, ale obiecuję, że do sprzedaży będzie cacy.

Mycia silnika nie praktykuję, więc pod maską będzie normalnie i proszę liczyć się z tym, że przy sprzedaży mogę płakać.  Zapraszam.”

Zrozum rozum ;)

Zrozum rozum ;)

Mózg to przedziwny organ. Każdy z Was, zapytany o jego definicję, z pewnością powie, że mózg jest niezbędny a jego użyteczności nie da się przecenić. No i jeszcze, że jest czynny całą dobę jak Tesco oraz bez chwili przerwy SŁUŻY organizmowi człowieka. Totalny błąd! To my służymy naszym mózgom, co zaraz Wam udowodnię.

Jest, na przykład, człowiek na diecie i bohatersko walczy z kilogramami. A co na to mózg?

Weź ciasteczko. No weź. Są w dolnej szufladzie. No nikt przecież nie zauważy!

Wybiera młoda dziewczyna chłopaka, a mózg co?

Co z tego, że ten miły i taki ułożony? Tamten łobuz wprawdzie, ale jaki czarujący!

Podchodzi konsument do półki sklepowej i bierze z niej małą torebeczkę. A mózg:

Co z tego, że tam jest napisane „Cukier wanilinowy”. Pozwól, że do końca życia będę ci wyświetlał napis „Cukier waniliowy”.

Namiętny palacz wsiada do samolotu.

Wiem, że zwykle wytrzymujesz pół dnia bez fajka, ale dzisiaj tak zmanipuluję twoje neurony, że za dziesięć minut oszalejesz z głodu nikotynowego.

Zrobił człowiek siusiu i na luzie wychodzi z domu.

Ojej, nigdzie w promieniu kilometra nie ma toalety? Pozwól, że wyślę do twojego pęcherza nowe koordynaty.

Masz dzisiaj ważne wystąpienie i musisz wypaść perfekcyjnie?

Powodzenia! Wysyłam mojego tajnego agenta. Agent Stres zawiaduje drżeniem rąk i głosu. Pomoże ci.

I tak dalej, i tak dalej.

Skoro zostało udowodnione, że mózg jest naszym wrogiem, to należy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można z nim walczyć? Oczywiście, że nie można, bo ten drań rządzi nami niepodzielnie. Cóż więc robić?

Na szczęście jest rozwiązanie.

Skoro wygrać się nie da, to należy przejść do jego obozu. W końcu opłaca się trzymać ze zwycięzcą, prawda? 😉

A wtedy dialogi będą wyglądały zupełnie inaczej.

Mózg mówi: Chyba ciało tłuszczu nabrało?

A Ty: Tak! Dowalmy mu mózgu! 1000 kalorii i siłownia! Niech ma skurczybyk za swoje!

Mózg na to: Ale ono by chciało teraz pospać trochę dłużej.

A Ty: O nie! Mowy nie ma! My mózgu musimy pracować, więc niech i ten obibok wstaje!

 

Przećwiczcie jutro rano. W końcu nieubłagalnie nadciąga poniedziałek 😀