Szeptucha 10

Szeptucha 10

image_pdfimage_print

Szeptucha. Dożynki cz. 2

Pokrzepiony wiśniówką Zenek kroczył energicznie środkiem drogi, ściskając kartkę, na której baby wypisały mu listę wiktuałów kluczowych dla przyszłego dożynkowego zwycięstwa. Część nie nastręczała problemu. Grzyby do bigosu, jagody do drożdżowych jagodzianek i ryby do marynowania w occie to kwestia wyprawy do lasu i nad Bug. Przy odrobinie szczęścia nałapie szczupaków i okoni. A jak się nie uda, to nieopodal znajdują się stawy hodowlane, do których od południowej strony łatwo się podkraść nocą. Zające złapie się we wnyki albo w ostateczności podkradnie króliki starej Stachańskiej. Ma ich tam chyba ze trzydzieści białych i czarnych. Jak się je sprawi, to się baby od gotowania nie połapią. Z dziczyzną gorzej. Tu szykowały się niezbędne wydatki, ale to już niech się sołtys Alojzy martwi. Jak flaszkę da, to się Jacka Wrębnego na kłusowniczą wyprawę wyśle. Chłop jeszcze w życiu nie kupił w sklepie niczego innego niż wino, więc wiadomo, gdzie się żywi.

Zenkowa przyszłość w każdym razie rysowała się niezmiernie interesująco. Z poczuciem misji podreptał do własnej chałupy. Spodziewał się, że część jego kłopotów aprowizacyjnych znajdzie szczęśliwe rozwiązanie właśnie tutaj.

Podwórze przywitało go grzebiącymi w błocie kurami i drącym się wniebogłosy kogutem. Jego ślubna jako jedyna chyba w okolicy z uporem trzymała ptactwo, czego Zenuś kompletnie nie rozumiał. Jajka w sklepie były po sześćdziesiąt groszy, to po cholerę to dziadostwo trzymać?

– Matka! – wrzasnął donośnie od furtki, ale zamiast małżonki na podwórze wyległo stadko zenusiowych pociech płci obojga i obsiadło ojca jak muchy.

– Tato! – wrzasnął zasmarkany malec. – Tato, głodny jestem!

– Tato! – dodała jasnowłosa Madzia. – Mama chyba niezdrowa…

– Tato! Jeść! – zapłakał najmłodszy, Antek.

W ogólny rejwach wciął się znienacka głos zenkowej żony.

– Przylazłeś wreszcie, obiboku? – zaskrzeczała Leosia Kapeluszna z wnętrza chałupy.

Zenuś strząsnął ze spodni zasmarkany drobiazg i pospiesznie ruszył do środka. Leokadia leżała na wersalce, podparta poduszkami, i niańczyła na podołku niemowlę. Patrzyła na Zenka wzrokiem bazyliszka i zgrzytała zębami.

– Leosia! – zaszemrał aksamitnym barytonem Zenek. – Widzę, że znowu dzidziusia mamy! – cmoknął z udawanym entuzjazmem i pogłaskał kędzierzawą główkę noworodka.

– Zęby ma – odezwała się głucho Leokadia i wetknęła dzieciaka w ręce skacowanego tatusia. – Ja go nie chcę. Rób z nim, co chcesz! – zaszlochała głęboko i odwróciła się w stronę naderwanej tapety za wersalką.

– Leosia! – zacukał się Kapeluszny. – Ale co ja tam o niemowlakach wiem? Co ja mam z nim robić?

– Uduś najlepiej, zanim kogoś zeżre! – wrzasnęła Kapeluszna.

Dzieciak spał słodko w zagłębieniu zenkowego ramienia. Jego regularne rysy tak bardzo odróżniały go od stadka dotychczasowych dzieciaków, że Kapeluszny zamarł na chwilę i kontemplował twarzyczkę dziecka. Chłopczyk był tak piękny, że aż serce rwało. Zenek zawinął niemowlę w zabłocony sweter i pospiesznie wyniósł z chałupy. Niemożliwe, żeby tak piękne dziecko mogło zagrozić komukolwiek. Stara histeryzuje i tyle. Się znajdzie kobietę, która da chłopaczkowi serce, a Zenuś w tym czasie wypełni zlecenie sołtysa. Kapeluszny ruszył dziarsko drogą, a nogi zawiodły go bezwiednie do obejścia starej babki. Stanął przed krzakami i nieporadnie wsunął tobołek z synkiem pod prawe ramię. Lewym, wolnym ramieniem przeżegnał się i odgarnął dorodne jałowce. Przez chwilę głaskał z zakłopotaniem gałązki, lecz po głębszym namyśle się wycofał. Do babki bez prezentów nie godzi się iść. Zenek odwinął się na pięcie, i tuląc śpiące niemowlę, ruszył do lasu. Koszyk grzybów się uzbiera w prezencie, a i przy okazji intendenckie obowiązki się odbębni. Zrobi się w jagodzinach wizytację. Trza wiedzieć, gdzie dzieciaki z kubkami na zbiory przysłać.

Janka odetchnęła głęboko, i czekając, aż jej tętno się nieco uspokoi, lustrowała podwórze starej. Niewiele się tu zmieniło od czasu panieńskich nocy z Bogusiem, gdy zakradali się na podwórze babki dla żartu, pili w pobliskich krzakach piwo i – co tu dużo gadać – poczęli Aurelkę. Ślub, choć pospieszny, stał się zarzewiem plotek wyłącznie dla sklepowej Jadźki, która swoje domysły i domniemania próbowała zaszczepić zupełnie niezainteresowanym tematem i przeważnie nietrzeźwym sklepowym bywalcom. Wszyscy we wsi wiedzieli, że Janka jest dla Bogusia stworzona, i ich romans nie gorszył nikogo. Najbardziej, co pomimo antagonizmów musiała przyznać Janka, sprzyjała im babka Olesia. Inna sprawa, że starowina nie miała kompletnie pojęcia o przeszłości Janiny. Widziała w niej, jak wszyscy, dorodną blondynkę w typie germańskim. i nie stawiała pytań. Dziwne, ale nie zadawał ich nikt w Kierzbudach. To sprawiło, że Janka postanowiła osiedlić się właśnie tutaj. Uciekła z pogromu w małej westfalskiej wiosce i z jakiejś przyczyny ruszyła na wschód. W tej nadbużańskiej wsi znalazła święty spokój i przystojnego męża, który nie zadawał żadnych pytań. Wystarczyło mu mgliste wyjaśnienie, że rodzina Janki tragicznie zakończyła żywot w pożarze. Osinowe kołki, które dopełniły ognistego dzieła, dziewczyna profilaktycznie w opowieściach pominęła, zresztą długo by opowiadać.

Podwórze zdawało się być opuszczone. Kot gdzieś pewnie łaził, słoń najwyraźniej zaszył się w stodole. Babki nigdzie nie było widać, podobnie Aurelii. Jasia po chwili zauważyła ze zdumieniem, że kuchnia letnia została przez żywioł jakiś pozbawiona dachu, leżącego obecnie w strzępach na polu tej starej cholery Stachańskiej.

– Halo! Jest tu kto? – krzyknęła.

Nikt się nie odezwał. Na polanie panowała niczym niezmącona cisza. Jasia podeszła ostrożnie do drzwi letniej kuchni i włączyła tłumione na co dzień ponadnaturalne zmysły. Węszyła ostrożnie, ale nie wyczuła zapachu krwi. Żadnego rodzaju krwi. Ciepłej ani zakrzepłej. Dosłownie żadnej. Na polanie nie wyczuwało się zapachu żywego stworzenia. A węch wampirzycy był w stanie wykryć wonie nawet sprzed kilkunastu lat.

– Niemożliwe – szepnęła do siebie Jaśka. – Lela! – wrzasnęła spanikowana. – Dziecko! Gdzie jesteś? Aurelka!? Gdzie się wszyscy podziali?

– Cosik mi się wydaje… – Szeptucha zawiesiła głos i spojrzała badawczo w oczy Lucyny. Słonica odwróciła wzrok i udawała niezmiernie zajętą skubaniem słomy z powały.

Stara coś tam sobie pomamrotała pod nosem, a po chwili podstępnie pstryknęła palcami. Spod ucha słonicy wyturlał się na ściółkę Mruczek.

– No i dobrze mi się wydawało! – zarechotała babka. – Wyłaź, niecnoto.

– No co! – bąknął kot i zjeżył sierść na grzbiecie.

– Dobrze wiesz, co! – odcięła się Szeptucha. – Idziemy! – zakomenderowała i otworzyła wrota stodoły.

Mruczek zwiesił głowę i podreptał za babką. Słonica pożegnała go krótkim, ale wielce boleściwym buczeniem.

– No i popatrz, synek! – triumfował Kapeluszny. – Koszyk grzybów mamy uzbierany, to i do starej babki możemy w odwiedziny iść. Ona będzie wiedziała, co z tobą robić.

Noworodek najwyraźniej nie znalazł zrozumienia dla tatowego optymizmu życiowego i rozdarł się całą mocą swoich ponoć niedojrzałych płuc.

– Cichaj, chłopie, no cichaj! – zadysponował Zenuś, ale dzieciak najwyraźniej miał ojcowskie dyspozycje głęboko w zafajdanej pieluszce. Nienawykły do obcowania z własnym potomstwem Kapeluszny potrząsnął zniecierpliwiony kilka razy tobołkiem, co zupełnie nie wpłynęło na natężenie wrzasku noworodka. – Cichaj, cholero, bo dusioł przylezie i cię zeżre! – odwołał się do lokalnych bajań Zenuś. Dzieciak darł się dalej w niebogłosy.

Zrezygnowany Kapleuszny przysiadł na pniaku i potarł nerwowo skronie. Koszyk stał przy jego podrygującej ze zniecierpliwieniem, obutej w gumofilca stopie. Nawet las był najwyraźniej przeciwko niemu, bo spod mchów wypełzła znienacka mleczna mgła i oplotła Zenusia lodowatymi rozmazami kropelek wody.

– Diabli nadali! – użalił się wioskowy pijak, i tak do końca nie wiedział sam, czy chodzi mu o nieposłuszną żonę, wrzeszczącego dzieciaka czy zmienną aurę. Ta ostatnia najwyraźniej szalała. Mgła z sykiem skręcała się wokół pniaka, mrożąc leśne powietrze. Zenek poderwał się na równe nogi i wtulił tobołek z dzieciakiem pod połę waciaka. Z pobliskich gałęzi zaczęły się sypać zmrożone na kość ptaszki. Z jękliwym dźwiękiem, podobnym do roztrzaskiwanych na marmurze kryształowych żyrandoli, na ściółce rozpadały się sójki. Gdzieniegdzie z głuchym łoskotem spadały kruki, sztywnymi skrzydłami strącając świerkowe szyszki.

– Szatan jakiś… – szepnął Kapeluszny i obronnym gestem dzieciaka przytulił, nie zważając już nawet na jego wrzaski.

– Aj tam, szatan! – rozszedł się po wyziębionym lesie złowieszczy rechot.

– Kto tu jest? – wrzasnął histerycznie Zenek, wpychając głębiej pod pachę drącego się wniebogłosy synka.

Mgła zasnuwała jałowce. Ziąb strącał z gałęzi fioletowe owoce, które ze szklanym brzękiem toczyły się po zaszronionym mchu.

– Witaj! – Przed Zenusiem zmaterializował się z głuchym pyknięciem opancerzony, zielony stwór. – Wzywałeś dusioła, więc dusioł przybył, i jest gotów zeżreć przyobiecane niemowlę.

– Niedoczekanie! – wrzasnął bohatersko Kapeluszny i odskoczył za pobliskie jałowce. – Zgiń i przepadnij, maro nieczysta!

– Ha, ha – skwitował dusioł. – Jakby to takie proste było…

Kapeluszny złożył palce w znak krzyża i zaczął deklamować „Ojcze nasz”.

– To też nie działa – wyjaśnił pogodnie opancerzony stwór.

Zenek odwrócił się na pięcie i podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Po kilku krokach jego stopy utknęły w głębokim mchu.

– Nie uciekniesz – łagodnie skomentował dusioł. – Wzywałeś dusioła i dusioł przyszedł. Daj niemowlę i możesz sobie iść. Ciebie żreć nie mam zamiaru.

– Nigdy! – wrzasnął bohatersko Zenuś, w jednej chwili dokumentnie trzeźwiejąc.

– To się jeszcze zobaczy! – zarechotał pradawny jaszczur i leniwie podszedł do unieruchomionego Kapelusznego. Niemowlak darł się pełnią młodocianych płuc.

Dusioł otworzył paszczę, świdrując Zenka czerwienią oczu. Kalepuszny wyszarpnął zza pazuchy zawiniątko z synkiem i ucałował zaczerwienioną od wrzasku twarzyczkę. Owinął pospiesznie w waciak i odrzucił jak najdalej od siebie. Sam nie mógł się ruszyć, ale miał nadzieję, że dusioł nażre się jego przepitymi gnatami i dzieciakowi da spokój. A jak Bóg da, to się tu Lelka albo stara napatoczą i płacz małego usłyszą.

– Aleś ty głupi! – zarżał dusioł i powoli podszedł do ciśniętego w mech zawiniątka.

– Zostaw go, hieno zasrana! – wrzasnął Zenek.

Dusioł stanął nad dzieciakiem, i przekrzywiwszy jaszczurzy pysk, analizował przekąskę.

– Zostaw, zasrańcu! – darł się unieruchomiony Kapeluszny.

Stwór delikatnie odwinął pyskiem waciak spowijający rozwrzeszczanego dzieciaka i polizał nadęty brzuszek malucha.

– Zarżnę cię jak świnię! – darł się Zenek.

– Nic mi nie zrobisz – zbagatelizował sprawę dusioł i przytknął nozdrza do różowej klatki piersiowej noworodka. Polizał zapłakaną twarzyczkę i wyszczerzył sine zębiska.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Nie!!!! – załkał Zenek, i uwolniony nagle z więzienia mchu, opadł na kolana. Nakrył rękoma głowę i oddał się totalnej rozpaczy. Po chwili na jego poszarzałe z brudu dłonie zaczęły spadać jakieś małe, zimne kamyczki. Poniósł głowę i z niedowierzaniem nią potrząsnął. Jego dzieciak siedział w paszczy dusioła, i radośnie gaworząc, wyrywał mu kolejne zęby. Dusioł darł tylnymi łapami darń i najwyraźniej nie mógł się poruszyć.

– Synu! – wrzasnął Zenuś i podbiegł do rozwartej paszczy.

– Ostaw! Niech dzieła dokończy – rozległ się na polanie władczy głos Szeptuchy. Ona sama pojawiła się niespodziewanie na polance w towarzystwie Lelki, Hindusa i kota.

– Ale…

– Ostaw, mówię! – rozeźliła się stara.

Kapeluszny stał bezradnie kilka kroków od prawiekowego stwora, któremu jego ledwie narodzony syn rwał metodycznie kły i beztrosko rzucał za siebie.

– Babko… – zaskowyczał Zenek.

– Nic to, Zenuś – uspokoiła go stara. – Nic dziecku nie będzie.

Dla Kapelusznego sensacji jak na jeden dzień było stanowczo zbyt wiele. Usiadł na mchu i wodził obłąkanym spojrzeniem od starej do maleńkiego synka, który właśnie zakończył rwanie zębów potwora, i wpił się w jego szyję, najwyraźniej chłepcząc posokę z lubością.

– Wracaj do zadań przez sołtysa naznaczonych! – zadysponowała stara, zgarniając niemowlaka ze zwłok potwora. My się tu wszystkim zajmiemy i nawet twoje przyszłe ludobójstwo naprawimy, Zenuś. Idź już!

– Miau! – potwierdził bury kocur Szeptuchy.

Po chwili cała kompania, wraz z niemowlęciem i pokrytym łuskami trupem dusioła, zdematerializowała się z cichym pyknięciem.

Zenek zachybotał się w mchu i otarł zapłakaną twarz rękawem kraciastej koszuli.

– Nic to – szepnął. – Na łowy mi trza. A najpierw do sklepu, zszargane nerwy ukoić. – Zenek chwycił kosz i skaleczył palec o nadłamaną gałązkę wikliny. Krew kapnęła do środka. – Co jeszcze, psiamać? – poskarżył się płaczliwie, kierując wzrok w stronę nieba. A potem poczłapał ciężko w stronę wsi, co jakiś czas machinalnie schylając się po kolejne grzyby.

Z dyskretnym cmoknięciem wesoła kompania Szeptuchy zmaterializowała się przed drzwiami letniej kuchni.

Jasia, która w tym czasie zdążyła obejść ostrożnie zabudowania w poszukiwaniu pierworodnej córki, nieomal zderzyła się z Rajatem, a potem malowniczo zasłabła, osuwając się na murawę.

– Mamo! – przypadła do niej Aurelka.

– Skocz, Rajat, do kuchni, i główkę czosnku przynieś! – zadysponowała stara, podtrzymując na podołku śpiące niemowlę. Na uśmiechniętej błogo maleńkiej twarzyczce znać jeszcze było drobinki zielonych łusek, a bródkę miał dzieciak poplamioną jaszczurzą posoką.

– Prababciu, ale mama nie znosi czosnku – zaoponowała Lela.

– Toć wiem. Woń niemiła łacniej ją docuci.

I rzeczywiście. Ledwie Rajat z kuchni wyskoczył, to Jaśka nos gwałtownie zmarszczyła i poderwała się na równe nogi, choć jej twarz nabrała butelkowej zieleni.

– Zabierz to cholerstwo! – syknęła wściekle do Hindusa.

– Już dobrze, dobrze. – Stara odprawiła chłopaka gestem dłoni. – Zemdlałaś, Jasia. Docucić chcieliśmy.

– Co tu się do cholery dzieje? – wrzasnęła Jaśka.

– A co się ma dziać? – Wzruszyła ramionami babka.

– Przychodzę, a tu nikogo nie ma i… – zacukała się matka Aurelii, o włos unikając dekonspiracji. Jak niby miała wytłumaczyć, że jej węch wyłapuje zapach krwi z dokładnością do dwudziestu lat?

– No, sprawy załatwialiśmy, ale przecież już jesteśmy prawda? – łagodnie tłumaczyła Szeptucha. – Chodź do kuchni, herbaty się napijemy.

Jasia obrzuciła badawczym spojrzeniem ziejącą pustkę po dachu.

– A to? – Kiwnęła głową w kierunku zdewastowanego budynku.

– A taki tam drobny wypadek przy pracy. – Babka machnęła ręką.

– Jaki znowu wypadek? Ja wam dziecko swoje na wychowanie dałam, a wy o jej bezpieczeństwo tak dbacie? – ryknęła Jasia.

– Cicho bądź, bo dzieciaka obudzisz!

– Jakiego dzieciaka? Lelkę? – Zdezorientowana kobieta zerknęła na stającą opodal Lelę i ponownie na starą. Dopiero teraz zauważyła niemowlę.

– Czyje to?

Jasia odruchowo podeszła bliżej, by natychmiast odskoczyć z grymasem odrazy wymalowanym na twarzy.

– Zęby ma! – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– A jakie ostre! – zacmokała z zadowoleniem stara.

– Czyje to? – ponowiła pytanie Jaśka.

– A Zenka. To już rozumiesz, dlaczego musiałam do siebie przygarnąć?

– Kapelusznego Zenka? – zdziwiła się matka Aurelki. – A skąd u niego…

– A ty widziałaś, co on pije? – Wzruszyła ramionami Szeptucha. – Od tego różne mutacje się robić mogą!

Za plecami Jasi kot wyczyniał niezłą gimnastykę, by upchnąć za skalnikiem zwłoki dusioła.

Zenuś otarł usta i z westchnieniem opadł na ławeczkę. Na wpół opróżnioną butelkę wkręcił starannie w piach obok koszyka z grzybami, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi trunku.

– A coś ty, Zenuś, taki osowiały? – zagaił Jacek Wrębny, przysiadając na ławeczce. – Stało się co?

– Aj, stało się, stało – westchnął ciężko Kapeluszny. – Stara mi dzieciaka znowu powiła.

– O cholera. – Podrapał się w beret Jacek. – Masz tam co jeszcze we flaszeczce?

– Tyle, co nic. – Wzruszył ramionami Zenuś. – Ale pij, kamrat, na zdrowie.

– A nie, nie! Postawić chciałem, żeby zgryzoty odegnać.

– A… nie odmówię. Pomóc może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

Dalsze minuty upływały mężczyznom w ciszy, przerywanej jedynie dość częstymi seansami gulgotania. Nad szosą schylało się czerwone słońce i barwiło plandeki przejeżdżających TIR-ów. Od strony lasu nadciągał wczesny wrześniowy wieczór. Zenek mimowolnie się wzdrygnął.

– Jacek?

– No?

– Ty las dobrze znasz…

– A znam, a co?

– A dusioła kiedyś widziałeś?

– Nie widziałem, ale nie raz mi jakieś cholerstwo wyżerało sarny z wnyków – odparł poważnie Wrębny.

– Dusioł?

– Tak mi się widzi.

– A jakbym ci, druhu, powiedział, że dusioła już nie ma? – zapytał ostrożnie Zenuś.

– Nie może to być. – zaśmiał się Jacek. – Dusioł od dawna te lasy zamieszkuje i nikt go stąd nie wygoni.

– A wiadomo, od kiedy on tu grasuje? – zaciekawił się Zenek.

– Ponoć od wojny go widują. Stare babki gadają, że za esesmańcami przylazł, bo mu bardzo smakowali, ale kto to wie, jak było? Ludzi tu u nas nie atakował. Kury czasem za Gomułki żarł po kurnikach, ale też pewności nie ma. Może to miastowe kradli? Wiesz, jaka u nich bryndza wtedy była. Kartki…

– No, mogło tak być – zgodził się Zenuś. – A ludzi nic nie żarło?

– No wiesz, Zenuś, komuna komuną, miastowe dziwne stworzenia, ale żeby ludzi…

– Nie o miastowych prawię! O dusiole!

– Aaaa… Nic mi nie wiadomo, żeby ludzi atakował. Coś go widać po ucieczce Szkopów w ryzach trzymało. A co ty się tak o tego dusioła dopytujesz, Zenuś?

– A jakbym ci, Jacek, powiedział, żem truchło dusioła na własne oczy widział?

– Nie cyganisz? – zapytał poważnie Wrębny.

– Jak Boga kocham! – Kapeluszny uderzył się w pierś.

– To ja bym ci, kamrat, powiedział, że dożywotnio ci mięso będę przynosić za takie nowiny.

– A to się dobrze składa – przytomnie wykorzystał sytuację Zenek. – Na dożynki babom trzeba ze dwie sarny i dzika.

– Załatwione! – Klasnął dłońmi w uda Jacek. – No to jeszcze po jednym?

– Nie odmówię!

W końcu przyszłość zaczynała się rysować w bardziej kolorowych barwach.

 

  • Kat

    czekam na ciąg dalszy!

Comments are closed.