Szeptucha 13

Szeptucha 13

image_pdfimage_print

– Jeszcze tylko kilka schodków – wysapała babka.

– Miau!

– Łatwo ci, kocie, powiedzieć! Nie ty mnie po schodach dźwigasz!

– Miau!

– Toć mówiłam, że jak czas stoi, to i elektronika wszelka zamiera. Gadaj se zdrów, a winda i tak nie pojedzie – zirytowała się Szeptucha. – Z kosza, leniu, wyłaź, i po schodach na łapach idź!

Kot prychnął ze złością, ale usłuchał. Zaczął wbiegać z gracją po kolejnych stopniach. Szeptucha spoglądała zazdrośnie na zwierzaka i sapiąc parła w górę.

Korytarz drugiego piętra sprawiał wrażenie przytuliska dla trędowatych w prowincjonalnej kambodżańskiej wiosce z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Na odrapanych, przedpotopowych łóżkach zastygli odarci z prywatności pacjenci. Środkiem migały filuternie przybrudzone płytki PCV, pamiętające zapewne pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II. Szeptucha sentymentalna nie była, a omijanie kolejnych łóżek wprowadziło ją wyłącznie w stan irytacji.

– Kocie! – zadysponowała. – Szukaj Jaśka.

Mruczek przystanął i spojrzał z wyrzutem na babkę. Jaśka nie znał i wywąchać zguby nie miał jak.

– Mruczek, to ten sam, co z wizji na Zrębinach. Andzię wspomnij.

Kot wzdrygnął się na wspomnienie lasu i zrębinowych duchów. Powęszył chwilę i z nagromadzenia złych zapachów wyłowił trop chłopca, który uniknął rzezi w leśniczówce. Po chwili ruszył w stronę białych drzwi. Zatrzymał się pod nimi i usiadł, zamiatając ogonem linoleum. Babka chwyciła za klamkę i weszła do środka. W sali szpitalnej stały trzy łóżka. Pewnie byłoby ich więcej, ale pomieszczenie, niewiele większe od schowka na miotły, mogłoby nie pomieścić kolejnych. W ustawionym pod oknem leżała dziewczyna, a obok niej na metalowym, szpitalnym taborecie siedział siwy i bardzo szczupły mężczyzna w kitlu lekarskim.

– To on! – zatarła z radości ręce babka. – No patrz, kocie, jakżeśmy to wszystko zgrabnie połączyli!

– Miau! – ostrzegł kocur, wskakując ponownie do kosza.

– Tak, wiem, zaklęcie się zaraz wyczerpie.

I rzeczywiście, przebywające w pokoju osoby jakby zaczęły się wybudzać z głębokiego snu. Atmosfera, wcześniej gęsta niczym smoła, rozrzedzała się z każdą chwilą. Siedzący na taborecie lekarz powiódł po intruzach obojętnym, niewidzącym spojrzeniem, by zaraz cofnąć wzrok i odnotować niespodziewaną materializację jakiejś staruszki z kotem wyglądającym z wiklinowego kosza.

– Kim pani jest? – zapytał zdumiony. – To nie jest pora odwiedzin, a na teren szpitala nie można wprowadzać żadnych zwierząt!

– Jaśko? – bardziej stwierdziła niż zapytała Szeptucha.

– Kim pani jest? – ponowił lekarz, podnosząc się gwałtownie ze stołka.

– Cichaj, synuś – cmoknęła stara z dezaprobatą. – Prawie rodzina jestem, boć twój tatulo za mną bardziej w szkole niż za twoją matką ganiał, no ale wyszło, jak wyszło.

– Szanowna pani, ja jednak nalegam, żeby pani opuściła salę i nie zakłócała spokoju pacjentek – odparł stanowczym głosem lekarz.

– Jaśko, ja tu niczyjego spokoju zakłócać nie zamierzam. A co temu dziewczątku dolega?

– Tajemnica lekarska!

– Oj tam, zaraz tajemnica – zirytowała się Szeptucha. – Jak co komu za skórę wlezie, to krygować się nie ma czasu.

Lekarz westchnął ze zrezygnowaniem, i ponieważ miał głęboką świadomość faktu, że nie znajduje się w amerykańskim serialu, tylko w polskim szpitalu, a ochrona obiektu w tym drugim przypadku składała się wyłącznie z pana Miecia, więc na wszelki wypadek postanowił nie stawiać sprawy na ostrzu noża i współpracować z wariatką.

– Oleńka czeka na przeszczep serca – wyjaśnił. – Hospitalizowana przez większość swojego szesnastoletniego życia.

– Prawnuczkę w tym wieku mam. Aurelka się zowie – zafrasowała się babka, nie zdradzając bliższych związków z imieniem tej małej.

– Dziecko jeszcze, a wycierpiała tyle, że niejeden stary by nie podołał. – Lekarz wbrew sobie poczuł sympatię do starej wariatki.

– Jaśko – powiedziała miękko Szeptucha. – Ja podług twojej matuli do ciebie przyjechałam. Bom jej obiecała, że cię znajdę, ale to poczekać może. Obaczę pierwej, czy Oleńce pomóc mogę.

– Jak to matuli? O czym pani mówi? – zdenerwował się lekarz. – Moja matka od lat na Powązkach…

– Nie adopcyjna, chłopcze, ino prawdziwa.

– Skąd pani wie?

– Wiem Jaśko, po prostu wiem. Posuń się i chorą daj obejrzeć.

Działając pod wpływem szoku i delikatnego zaklęcia oszołamiającego, siwy profesor odszedł kilka kroków od łóżka, ustępując miejsca dziwacznej staruszce. Ta podeszła do obojętnej na wydarzenia i bledziutkiej Oleńki, i zaczęła wodzić dłońmi nad jej klatką piersiową.

– Słabiutko bije – stwierdziła babka.

– I z dnia na dzień gorzej – westchnął lekarz.

– Wzmocnić ją można trochę. Zaszeptam chorobę, ale bez przeszczepu się nie obejdzie – potwierdziła lekarską diagnozę stara.

– Szeptucha? – zdziwił się profesor.

– No przecie.

– W Warszawie?

– Toż przecie mówię, żem do ciebie z daleka przyjechała.

– Powiedzcie, możecie jej pomóc?

– Oleńce? A mogę wzmocnić, jak mówiłam.

– To odprawiajcie swoje modły, jej każda pomoc wskazana. Ja idę do dyżurki. Muszę się napić kawy. – Tu profesor skinął głową i wyszedł z sali, po drodze przykładając dłoń do czoła uśpionej pacjentki z łóżka pod drugą ścianą.

– Kocie! – mruknęła półgębkiem babka. – Idź za nim. Ja tutaj chwilę z tym dzieckiem posiedzę.

Lelka wyglądała świeżo i uroczo w czerwonym swetrze i błękitnych dżinsach. Mokre pasma włosów skręcały się w kędziory. Rajat usiadł na wersalce i westchnął z zachwytem.

– Musimy pogadać! – ogłosiła uroczyście Aurelia.

– A o czym?

– O wszystkim – wyjaśniła rzeczowo dziewczyna.

Rajat, złapany w pułapkę lelczynych oczu, nie śmiał się odezwać. Zegar z kukułką wybił beznamiętnie piątą po południu. Jak okiem sięgnąć, za oknem rozciągała się rozproszona bielą śniegu zimowa noc.

– Jak to jest…? – Aurelia westchnęła głęboko i zamilkła.

– No? – zachęcił ją chłopak.

– No więc, jak to jest, że mi mówisz o podróżach, hotelach i wielkim świecie, a tu przyjeżdżasz z prababką biedę klepać?

– Biedę? – podrapał się po brodzie chłopak.

– Sam widzisz, ile prababcia Olesia ma emerytury!

– Czego? – zdumiał się Rajat.

– No, pieniędzy na żarcie, matołku!

– A to na żarcie w domu pieniądze są potrzebne? – zdębiał chłopak. – Bo w restauracji to rozumiem.

– U ciebie w domu się jedzenia nie kupowało? – prychnęła Lela.

– A nie, nie przypominam sobie, prawdę mówiąc.

– To skąd się, do cholery, brało?

– No… służba przynosiła.

Kukułka schowała odrapany dziób do postkomunistycznej budki zegara. Fajerka osunęła się z niemiłym zgrzytem z kuchni, a Aurelia wpiła szeroko otwarte ze zdumienia oczy w Hindusa. Najwyraźniej jego polonizacja była powierzchowna i przeprowadzona po łebkach.

– Rajat? – zapytała ostrożnie.

– No?

– A ty masz jakieś pieniądze?

– Mam! – odparł radośnie chłopak.

– A czemuś babce na żur nie dołożył?

– Nic nie mówiła!

– A na bilety do Warszawy masz? – zaszemrała łagodnie Lela, co najwyraźniej miało zakamuflować jej gigantyczne wkurzenie.

– Lotnicze?

– Nie, na PKS! – wycedziła dziewczyna.

– Mam, Leluś!

– No to postanowione. Za prababką jedziemy, a ty za bilety płacisz!

– No dobrze, dobrze – położył po sobie uszy Rajat i niepewnie się uśmiechnął. – Już dzwonię i załatwiam.

Mruczek utrzymywał dystans, ale nie spuszczał z lekarza bursztynowych oczu i skradał się bezszelestnie szpitalnym korytarzem. Profesor, zwany przez babkę Jaśkiem, poczłapał w stronę maleńkiego pokoiku tuż za schodami i zamknął za sobą drzwi. Kotu cudem udało się prześliznąć do wnętrza i przycupnąć w cieniu nieco pożółkłej paprotki.

Lekarz podszedł do stojącego na stoliku ekspresu i podstawił pod dyszę kubek, łapiąc do niego gęstą jak smoła kawę. Od jej zapachu Mruczkowi aż się zakręciło w nosie. Szybko wtulił pyszczek pod lewą pachę, co nieznacznie wytłumiło kichnięcie.

– Kto tu jest? – Lekarz odwrócił się gwałtownie.

Kot zamarł w bezruchu. W pokoju było słychać tylko oddech mężczyzny.

– Zdawało mi się pewnie – mruknął Jaśko. – Starzeje się człowiek i już zaświaty słyszy. O! A teraz jeszcze sam do siebie gadam! Starość nie radość.

Mężczyzna usiadł za biurkiem pielęgniarki i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu filiżanki. Trochę trudu to Mruczka kosztowało, ale w końcu dostroił się do fal mózgowych lekarza, i przebierając ostrożnie łapkami, nastawił uszy i zamknął bursztynowe oczyska. Odbierał przekaz.

Żółte liście bezgłośnie opływały spoczywającą na ramionach sześciu mężczyzn trumnę. Kondukt szeleścił z szacunkiem setką zanurzonych w listowiu stóp. Ledwie osiemnastoletni Jaśko starał się być dzielny, ale raz za razem wstrząsał nim tłumiony szloch. Obok niego szedł ojciec i teraz, gdy mężczyźni w końcu się zatrzymali przed grobem, położył wielką i ciepłą dłoń na ramieniu syna. Ten potężny mężczyzna miał oczy zaczerwienione, ale nie pozwalał sobie na płacz. Chłopców z jego pokolenia uczono, że łzy to wyłącznie kobieca rzecz. Obaj, ojciec i syn, stali z opuszczonymi ramionami, jeden wcale niepodobny do drugiego, ale tak dziwnie sobie bliscy po tej największej z możliwych stracie. Ksiądz podjął modły, ale do Jaśka nie docierało ani jedno słowo. Stał, czując ciepło ojcowskiej dłoni, ze wzrokiem wbitym w białą tabliczkę z czarnym napisem.

Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich

Urodzona 16 lipca 1919 roku, zmarła 14 października 1959 roku

Kot podskoczył w miejscu jak podpięty do prądu i pokłusował w stronę drzwi. Skakał jak szalony na klamkę, kompletnie się nie przejmując zdumionym lekarzem, który poderwał się z krzesła i runął w jego kierunku. Zanim dobiegł, Mruczkowi udało się zawisnąć na klamce. Drzwi odskoczyły ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, a kot wyprysnął na korytarz i zniknął w mroku klatki schodowej. Tam wyhamował z impetem i przez chwilę nasłuchiwał. Jaśko najwyraźniej nie zamierzał go gonić. Zwierzak bezszelestnie zakradł się do sali szpitalnej, w której przy Oleńce siedziała babka, i wiedząc, że nie zostało wiele czasu do przybycia lekarza, otarł się Szeptusze o kolana i wskoczył na nie. Oparł się łapkami o jej ramię i zaczął szeptać odkryte rewelacje do ucha.

– Co ty, Mruczek, opowiadasz? – zaniepokoiła się babka. – Pewnyś? Przekaz był bez zakłóceń?

– Czysty jak łza! Waldek Stachański najwyraźniej dzieciaka do sąsiedniej wsi nie oddał, a razem z nim do Warszawy zbiegł.

– W czasie okupacji? Co ty gadasz, kocie? Kto by się wtedy do miasta bez dokumentów na siebie i dzieciaka pchał?

– Może wspólnika miał co dokumenty załatwił?

– Waldek? – prychnęła babka – ten zdrajca?

– Na trumnie matki było napisane „Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich” – cmoknął zniecierpliwiony kot.

– O słodki Jezu! Waldek zbałamucił młodszą siostrę partyzanta Michała, co u leśnych poległ? No, Mruczek, to mocno zmienia nasza misję – warknęła babka.

– Zaraz zbałamucił! – prychnął kot. – Jak za niego poszła, to chyba go chciała?

– Tego to my, Mruczek, nie wiemy – wycedziła Szeptucha. – Ale na pewno się dowiemy – dodała złowieszczo po chwili zastanowienia.

Oleńka jęknęła cichutko przez sen, co babkę natychmiast przywróciło do rzeczywistości.

– Kocie, znajdź gdzieś komputer i spróbuj to wszystko sprawdzić, ja teraz ważniejsze mam sprawy na głowie.

– Rajat! – roześmiała się tysiącem srebrnych dzwoneczków Aurelia. – Zwariowałeś chyba?

Przed wejściową furtką zaparkował właśnie ogromny, dwupiętrowy autokar, a ze środka wysiadł jasnowłosy kierowca i zachęcająco otworzył luki bagażowe. Lelka złapała uszy torby, i łapiąc w locie kurtkę, wybiegła ze śmiechem z chałupy. Rajat pamiętał o kluczu leżącym nad górną futryną i zanim pospieszył za dziewczyną, starannie zaryglował drzwi wejściowe. Po chwili brnął w śniegu w stronę autokaru.

– Ależ nie! – usłyszał Lelę, która z uśmiechem tłumaczyła kierowcy, że bagażu prawie nie ma i nic do luków wkładać nie będzie. – Może inni pasażerowie zechcą…

– Nie będzie innych pasażerów, Leluś – wyjaśnił uprzejmie Rajat. – A po co nam towarzystwo?

Lelka zmarszczyła ze zdumieniem brwi, ale nie skomentowała, i posłusznie wsiadła do autobusu. Rajat ruszył za nią, a kierowca otrzepał nogi ze śniegu i poszedł zamknąć luki bagażowe. Najpierw te z lewej strony. Pewnie by zaprotestował, widząc staruszkę wskakującą ze zwinnością gazeli do przedniego prawego luku, a już na pewno podniósłby alarm, gdyby zobaczył prehistorycznego, zielonego potwora moszczącego się w prawym luku tylnym, ale szczęśliwie dla pasażerów na gapę prawą stronę drogi spowijały ciemności. We wsi znów padły latarnie.

Autokar potoczył się po wąskiej drodze, by po kilku minutach skręcić pod lasem w prawo i leniwie wytoczyć się na szosę białostocką. Lela zapadła w ogromny fotel i położyła torbę na stoliku przed sobą.

– Rajat – zapytała. – A po co tak? Na autobus z Małkinii mogliśmy przecież pójść!

– Kazałaś jechać autobusem, to zamówiłem – uśmiechnął się niepewnie chłopak, siadając naprzeciwko. – Źle coś znów zrobiłem? – spłoszył się, widząc nieodgadniony wzrok Leli.

– Nie, wszystko w porządku – odparła Aurelia i zapatrzyła się w okno autobusu. Za szybą migał ośnieżony las, a ona dumała o różnicach, które dzielą ją i chłopaka nawet w najprostszych kwestiach. Pomyślcie tylko! Lela kupiłaby dwa ulgowe bilety na autokar, a Rajat zamówił luksusowy pojazd na wyłączność.

Mowę jej odjęło, gdy z tylnej części autokaru wyłoniła się uprzejma kelnerka i zapaliła świece na stoliku. A potem wręczyła osłupiałej dziewczynie kartę dań i bezszelestnie się oddaliła. Rajat zdecydowanie nie wyglądał na zaskoczonego i z zainteresowaniem studiował menu.

– Jejku! – wyrwało się Leli po przeczytaniu kilku pierwszych pozycji.

– Co się stało? – natychmiast zainteresował się chłopak.

– Niby w wielkim świecie nie bywałam, ale te dania jakieś dziwne są!

– Poprosiłem o tradycyjne potrawy z mojej rodzinnej posiadłości w Assam. Sam podawałem przepisy, a moja czcigodna matka podpowiadała – wyjaśnił Rajat.

– Kim jest twoja matka? – zainteresowała się Lela.

– Matka pochodzi z równej nam, Józka potomkom, kasty, i posiadła wykształcenie godne księżniczek – nadął się Rajat, a Lela odnotowała podświadomie, że z przyszłą teściową łatwo nie będzie.

Przez chwilę wertowała kartę dań w milczeniu.

– Rajat? – zapytała niewinnie. – A co to jest BB? Mnie zawsze uczyli, że to pokój ze śniadaniem, ale jakoś mi to do okoliczności nie pasuje.

– BB to przywieziona przez czcigodnego pradziadka Józka potrawa z waszych stron przecież!

– Tak? – zainteresowała się Lela. – Jakoś nie kojarzę!

– Bombay Bigos! – wyjaśnił uprzejmie Rajat.

– Aha! A CR?

– Curry Rosół.

– No, ale żuru nie macie.

– No, nie mamy – potwierdził ze smutkiem Rajat. – Wychowałem się na opowieściach pradziadka o niebywałym smaku żuru, i muszę przyznać, że mój czcigodny przodek nie przesadzał.

– Żałuję, że go nie poznałam, ale mamy prababkę.

– Robi najlepszy żur na świecie!

Lela parsknęła z oburzeniem.

– A twój jest tak samo dobry! – natychmiast zareagował chłopak.

Coś tam w nim z szarmanckiego Polaka było, bo gdy po dwugodzinnej romantycznej kolacji autokar zaparkował z piskiem pod hotelem Mariott, Rajat zerwał się na równe nogi i podał Aurelii dłoń, pomagając jej wysiąść.

– Witaj w Warszawie, księżniczko! – wyszeptał zmysłowo i ukłonił się głęboko.

Lela wysiadła, potykając się o dolny stopień, i powiodła spojrzeniem po okolicznych wieżowcach. Wokół nie było nawet grama roślinności, wszędzie szary beton ciągnący się kilometrami w stronę ołowianego nieba.

– Jakoś obco tu – wyszeptała Aurelia.

W Rajata jakby piorun strzelił. Coś tam powiedział w kompletnie nieznanym Leli języku. Dziewczyna w oszołomieniu obserwowała, jak otaczają ją mężczyźni w białych turbanach, i kłaniając się nisko, prowadzą do wnętrza budynku. Wykręciła głowę i zdążyła zobaczyć, że Rajat stoi w grupie odzianych na czarno rodaków i gorączkowo gestykuluje, a otaczający go ludzie nagle padają na kolana, i tłukąc łbami o warszawski asfalt, najwyraźniej oddają mu cześć.

– Zwariowałam! – sapnęła Lelka. – Zwariowałam i mi się to śni. Po prostu.

Znaleźć komputer w państwowym szpitalu prosto nie było. Dyżurka pielęgniarek była spalona, zresztą kot nie miał pewności, czy stojący tam stary pecet miał łącze internetowe. Do recepcji nijak wrócić nie mógł. Dopomogło mu szczęście, i co tu dużo gadać, wrodzony spryt. Mijając maleńki oddział dziecięcy wsadził ciekawski nos do sali dziewczynek. Były cztery i wszystkie głęboko uśpione. A na białej szafeczce stał otwarty laptop. Mruczek bezszelestnie wśliznął się do pokoju i po chwili zmagań odpalił komputer. Z ulgą ujrzał znajome okno Google i zaczął stukać w klawiaturę. Dziwna sprawa, nie znalazł ani Waldka, ani jego rzekomej małżonki Eleonory. Nie znalazł też interesujących wyników dla Jana Stachańskiego ani dla Jana Krzesimirskiego. Zgodnie z wcześniejszą dedukcją, Szeptuchę przywiodło tutaj żmudne śledztwo zakończone zgoła banalnym wynikiem. Babka wpisała w domowym komputerze hasło Jan Zrębina i wyskoczyła strona warszawskiego szpitala MSW. Jak to się miało do wizji Jaśka? Dlaczego Waldek Stachański nie dał chłopakowi swojego nazwiska albo szlacheckiego miana małżonki? Jak udało mu się ukryć dzieciaka, nie zmieniając mu personaliów? Pytań było więcej niż odpowiedzi, i kot się w tym kompletnie zagubił. Jedno było pewne. Internet nie przyniósł żadnych informacji potwierdzających autentyczność wizji. Jednak Mruczek, jako istota obdarzona siedmioma życiami i tyloma mniej więcej zmysłami, był całkowicie przekonany o tym, że Jaśka wychowali Waldek Stachański i młodsza siostra partyzanta Michała Krzesimirskiego. Babka kiedyś gadała, że wieś przed wojną należała do hrabiostwa Krzesimirskich. Mieszkali we dworze nad Bugiem. I zdaje się, że właśnie tam należało szukać odpowiedzi. Kot szybko odnalazł linię genealogiczną Krzesimirskich. Gałąź nadbużańska kończyła się bezdzietnie. Zarówno Michał, jak i jego siostra Eleonora byli ślepymi zaułkami rodu. Reszcie familii z terenów Podlasia też się specjalnie nie poszczęściło i linia bezpowrotnie wygasła przed 1950 rokiem. Ki diabeł?

Mruczek zeskoczył bezszelestnie z szafki i pobiegł zdać babce raport. Już w progu sali Oleńki wyhamował gwałtownie. Jaśko właśnie podchodził do chorej i patrzył pytająco w oczy Szeptuchy.

– Śpi niebożę – wyjaśniła stara. – Com mogła, tom jej dała, ale tu szybki przeszczep być musi.

– Wiem, mała czeka w kolejce – lekarz pogłaskał uśpioną Oleńkę po czole.

Starej nie umknął ten czuły gest. Jaśko wyrósł na porządnego człowieka. Siwe skronie odbijały światło neonów z przeciwnej strony ulicy.

– Jaśko – powiedziała cicho babka. – A jak to z nami będzie? Matuli twojej obiecałam na grób, że cię znajdę.

– Nie pamiętam prawie nic. A ojciec nigdy nie chciał o tym opowiadać.

– Ojciec? – podsunęła chytrze Szeptucha.

– Waldemar, mój adopcyjny ojciec. Od matki wiem tyle, że mnie z rzezi hitlerowskiej wyrwał i do Warszawy przywiózł. Matka więcej mówić nie chciała, a ojciec, jak się tylko o wojnie wspomniało, to dostawał szału. Co wiecie o moich prawdziwych rodzicach? – Lekarz wpił stare, zmęczone oczy w babkę.

– Twoją matką była Andzia, córa leśniczego Wojciecha Zrębiny.

– Znaliście ją?

– Do szkoły razem chodziłyśmy. A ojciec twój to najpierw za mną latał, wiesz? – uśmiechnęła się do wspomnień Szeptucha.

– Jak się nazywał?

– Staszek Wesołowski.

– To czemu ojciec, Waldemar znaczy się, po nim mi nazwiska nie dał, tylko po matce?

– Wiesz, Jaśko, to delikatna sprawa trochę, i ja nie wiem, czy powinnam…

– Mówcie! – zirytował się lekarz.

– Waldek Stachański dziadów twoich i ojców Niemcom na zatracenie wydał – wyjawiła babka po chwili milczenia. – Ja myślę, że Andzię chciał tak uczcić i jej pamięć zachować, dając ci nazwisko Zrębinów…

– Jak wydał? – Poderwał się na równe nogi Jaśko. – Mój ojciec miałby być zdrajcą? Walczył w Powstaniu Warszawskim, na Pawiaku był! Jakby miał swoich wrogowi wydawać?

– Dawne dzieje, Jaśko. Niemce mu brata porwali i tak go zmusili. Nie frasuj się, synuś. O zmarłych mówi się przecie dobrze albo wcale. Niech Waldkowi ziemia lekką będzie. Nawet Andzia, twoja świętej pamięci matka, mu wybaczyła. I ucieszy się, jak jej powiem, że cię Stachański na ludzi wychował.

– Masz kontakt z duchami? – wyszeptał zbielałymi wargami lekarz.

– Toć nie dziwota.

– On żyje.

– Co żeś rzekł, chłopcze?

– Mój ojciec żyje.

Comments are closed.