Szeptucha 14

Szeptucha 14

image_pdfimage_print

Aurelia przysiadła na atłasowej narzucie łóżka i zdumiona powiodła wzrokiem po wnętrzu apartamentu. Sama sypialnia była chyba większa od całej chałupy prababki. Na stolikach stały zapalone świece, a podłogę wyściełał gruby, biały dywan. Z okna najwyżej położonego hotelowego apartamentu widać było całe ogromne miasto. Z mroku wyłaniały się miliony kolorowych światełek, które skojarzyły się dziewczynie z odkrytą kiedyś w lesie kolonią świetlików kręcących się w czarnym mchu. Lela zwiedziła cały apartament i postanowiła wejść do łazienki. Tam na wieszaku wisiała najpiękniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek widziała. Zwiewna, biała koronka spięta w fantazyjne marszczenia. Tuż obok stały białe pantofelki dokładnie w jej rozmiarze. Lela przykucnęła i pogłaskała ich miękką skórkę. Właśnie zmierzała pod prysznic, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Owinęła się pospiesznie hotelowym szlafrokiem i pobiegła do salonu.

– Proszę wejść! – zezwoliła łaskawie.

Do pokoju wszedł Hindus w turbanie, i gnąc się w ukłonach, wręczył jej niewielką kopertę, po czym zniknął bezszelestnie.

Śri Rajat Abhijay Jóźwa ma zaszczyt zaprosić pannę Aurelię na uroczystą kolację do hotelowej restauracji na godzinę 20.00 i będzie wdzięczny za przybycie.

Lelka podskoczyła i pisnęła z radości. Szybko się umyła i przebrała w prześliczną sukienkę. Założyła delikatne pantofelki i wybiegła z pokoju prosto do windy. Tu stanęła, nieco zdezorientowana, nie wiedząc, dokąd się udać, ale usłużny boy hotelowy (O kurczę! Tu jest nawet boy!) odprowadził ją do samych drzwi restauracji i otworzył je przed nią. W progu stał kelner, który ukłonił się dziewczynie z pełną powagą i gestem zaprosił w głąb sali. Lela oglądała się na wszystkie strony, ale jedynym, co była w stanie dojrzeć, były setki zapalonych świec porozstawianych na pustych stolikach. Jej nowe pantofelki stukały po marmurowej posadzce, gdy posłusznie podążała za kelnerem przez kolejne sale restauracyjne. I wreszcie na samym końcu wypatrzyła skąpany w blasku świec stolik z nakryciami dla dwóch osób. Przy krześle stał ubrany w smoking Rajat i uśmiechał się do Leli ciepło. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dygnęła jak pensjonarka.

Rajat podszedł do niej i skłonił się nisko.

– Zechcesz zjeść ze mną kolację? – zapytał.

– Z przyjemnością – odparła i pozwoliła się poprowadzić do stolika. Nieopodal grał kwartet smyczkowy.

– Rajat? – zapytała, gdy już zajęli miejsca przy stoliku.

– Słucham?

– Po co to wszystko? – uśmiechnęła się Lela.

– Dla mojej księżniczki wszystko co najlepsze! Poczekaj, aż spróbujesz niespodzianki.

– Nie mogę się doczekać wobec tego.

Dwóch kelnerów podeszło do stolika i równocześnie postawili przed nimi dania nakryte srebrnymi pokrywami. Podnieśli je w tej samej chwili i ukłonili się, po czym zniknęli jak dym.

– To jest … – powąchała Lela.

– Żurek, oczywiście – odparł pogodnie Rajat. – Żebyś mi więcej nie mówiła, że się prababce nie dokładam!

Lela spojrzała w twarz Hindusa i przez chwilę analizował jego uśmiech. Nie znalazła ani grama fałszu i złośliwości. Rajat był dokładnie taki, jaki był, a do Leli właśnie dotarło, że akceptuje jego wszystkie dziwactwa i nawet chyba je kocha.

– Wiesz co? – odparła krztusząc się śmiechu.

– No?

– To jest najlepszy żurek, jaki jadłam w życiu!

Rajat uśmiechnął się do niej promiennie i ochoczo chwycił za srebrną łyżkę. Już po chwili jego entuzjastyczne siorbanie zagłuszyło rzewną melodię kwartetu smyczkowego.

Jaśko uchylił drzwi do oddziału geriatrii i przytrzymał je szarmancko przed Szeptuchą. Przez chwilę szli ramię w ramię korytarzem, mijając kolejne sale. Przed drzwiami oznaczonymi numerem siedem lekarz zatrzymał się nagle i zapukał dwukrotnie.

– Wejść – rozległo się żołnierskie polecenie.

Jaśko otworzył drzwi i zachęcił babkę gestem do wejścia. Tam jej oczom ukazało się pojedyncze łóżko izolatki, a w nim podparty poduszkami siwiuteńki starzec z rurką w nosie.

– Waldek? – Przeżegnała się ze zgrozą babka.

– A ktoś ty?

– Olesia z Kierzbudów.

– A skąd…. – spanikowany Waldek poszukał odpowiedzi w oczach adoptowanego syna.

– Spokojnie, tato! Szeptucha przybyła tu w dobrych zamiarach – wyjaśnił łagodnie Jaśko.

– Szeptucha? Na ciebie po matuli dar przeszedł? – zainteresował się starzec.

– Tak wyszło – odparła krótko

– A jakżeś mnie tu znalazła? – zdziwił się Waldek.

– Nie ciebie, Waldek, szukałam, ino Jaśka.

– A po co?

– Andzi obiecałam – wyjaśniła spokojnie Szeptucha.

Waldek szarpnął się, jakby chciał dać susa w stronę drzwi, ale powtykane tu i ówdzie rurki z góry skazały tę próbę na niepowodzenie.

– Nie bój się – parsknęła złośliwe stara. – W tej materii nic się nie zmieniło. Andzia nadal jest martwa, jako i jej ojce, i brat twojej żony, Michał także.

– Skąd wiesz, że się z jego siostrą ożeniłem? – wyszeptał pobielałymi wargami Waldek.

– Wiem – ucięła babka. – Ale ja nie po to tu jestem, żeby o waszych rodzinnych rzeczach rozprawiać. Po Jaśka ino przyjechałam. Tam Andzia na wypełnienie przysięgi czeka. I nawet nie oponuj, Stachański! Bo to przez ciebie cały ten ambaras. Tyś se nogę ze wsi dał, a tam wnuki twojego brata do dziś piętno zdrajców noszą.

– Przepraszam – spróbował wciąć się w dialog starców niewiele od nich młodszy lekarz. – Czy ja tu nic nie mam do powiedzenia?

–Nie! – krzyknęli chórem babka i Waldek.

Jaśko przysiadł więc na zydlu, i masując skronie przez kolejne minuty, wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń, jakimi przerzucała się energicznie para staruszków. Co ciekawe, jego ciężko choremu ojcu spotkanie z Szeptuchą najwyraźniej zrobiło nieźle. Siedział zarumieniony, prawie nie kasłał i gorączkowo gestykulował. Po pewnym czasie zacietrzewiona dwójka dotarła do późnych lat osiemdziesiątych i najwyraźniej opadła z sił. I na taką sposobność czekał Jaśko.

– Pojadę! – oznajmił stanowczo.

– Tak! – uradowało się babka.

– Nie! – zaprotestował Waldek.

A Jaśko westchnął i słuchając, jak awantura rozkręca się na nowo, wstał po cichu i poszedł na obchód.

Biały autokar marki Mercedes stał sobie spokojnie na hotelowym parkingu. Kierowca, wiedząc, że do jutra nie będzie już potrzebny, udał się do swojego pokoju wynajętego dla niego w hotelu przez panicza Rajata, od którego otrzymał jednoznaczne wytyczne. Jutro po śniadaniu będą jeździć po okolicy i szukać zaginionej prababci. Kierowca nie wnikał, jak ta dziwna dwójka dzieciaków zamierza znaleźć igłę w stogu siana, i już zacierał ręce na kilometrówkę, jaką uda mu się wypracować dla firmy. Może premia jakaś będzie? Rozmarzył się, kładąc się z ulgą do łóżka. Właśnie odpływał w przepiękny sen o długiej i prostej jak w mordę strzelił autostradzie, gdy zza okna napłynął niepokojący dźwięk autoalarmu.

– Ki diabeł? – wrzasnął szofer i poderwał się na równe nogi.

Przelotne spojrzenie w okno upewniło go w podejrzeniu, że ktoś próbuje się dobrać do jego autobusu, i najwyraźniej ten ktoś był na tyle zdecydowany na obrobienie bryki, że nie przeszkadzał mu monitoring hotelowego parkingu. Kierowca zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach pobiegł do windy. Przez moment dźgał nerwowo przycisk przywołujący kabinę, by po chwili machnąć na nią ręką i pogalopować z rozwianymi połami szlafroka w stronę klatki schodowej. Wypadł na parking, wzbudzając niemałe zdziwienie odźwiernego w liberii, i pognał w stronę pojazdu.

A ten zachowywał się jak opętany. Migał wszystkimi światłami, darł się przeraźliwymi dźwiękami autoalarmu i do tego kołysał się na boki. Co jak co, ale takiej opcji płoszenia niechcianych gości to kierowca jeszcze w życiu nie widział. A już dzikich odgłosów, dochodzących z wnętrza, tym bardziej. Skradając się na palcach, okrążył autobus i odkrył źródło hałasu. Z wnętrza prawego przedniego luku bagażowego ktoś srodze złorzeczył, ale solidna blacha skutecznie tłumiła szczegóły. Kierowca podszedł bliżej i otworzył klapę, odskakując na bezpieczną odległość. Ku jego zdumieniu ze środka wyskoczyła starowinka otulona waciakiem i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

– Nie zamyka się na klucz pasażerów! – wrzasnęła.

– Ale ja nie wiedziałem – zająknął się z wrażenia kierowca. – Bo pani na gapę…

– Cóż z tego? Prawa godnego poszanowania się przynależą każdemu! – obwieściła baba i puściła się biegiem w stronę bramy wyjazdowej.

Kierowca podrapał się w głowę i wzruszył ramionami. Stwierdził, że incydent nie ma znaczenia, i naprędce umówił się sam ze sobą, że nie będzie go raportował. Zamknął starannie bagażnik i odwrócił się na pięcie z zamiarem udania się na zasłużony odpoczynek. Zdołał wykonać kilka kroków, gdy zza pleców dobiegł go najgorszy z możliwych dla kierowcy dźwięk jękliwego darcia delikatnej karoserii ostrym przedmiotem.

– Co jest, kurwa… – zdołał powiedzieć, i była to ostatnia filozoficzna sentencja, jaką dane mu było wygłosić w życiu doczesnym.

Blacha tylnego luku wypadła z łoskotem na asfalt, a z mrocznej czeluści śmignął w jego stronę zielony stwór podobny do jaszczura i przydusił kierowcę do ziemi. Wąchał zdobycz i nawet polizał ją po karku.

– Nie lubię szoferów – mruknął. – Benzyną jadą.

Po czym dość ostrożnie rozprawił się z zawartością, a potem wpełzł w skórę jasnowłosego kierowcy. Namacał w kieszeni szlafroka kluczyk z numerem pokoju i spokojnie udał się do wnętrza hotelu.

Aurelia przeciągnęła się jak kotka i z uśmiechem powitała nowy dzień. Baldachim błyskał do niej filuternie bielą zasłonek, a zza szyb mrugało zimowe słońce. Podeszła do okna i ujrzała ciężkie chmury śniegowe kłębiące się zaledwie kilka pięter niżej, ale chwilowo postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Wieczór był cudowny. Rajat odprowadził ją do drzwi apartamentu i ukłoniwszy się głęboko, życzył dobrych snów. Myślałby kto! U prababki spali obok siebie na polówkach i Hindus nigdy nie był tak szarmancki. No, ale tutaj widocznie inne prawa obowiązywały. Lela wbiegła lekko do łazienki i usiadła zamaszyście na sedesie. Każdy, kto nadużył żurku, wie w czym rzecz. Nie każdy jednak, oddając się porannej posiadówce na kibelku, napotyka wzrokiem orszak śniadych dziewcząt szykujących kąpiel w pianie w akwenie równym połowie basenu u babki w piwnicy, na pożytek hotelu zwanego wanną.

– Czego tu? – wrzasnęła niezbyt uprzejmie Lela, pospiesznie umykając z sedesu.

– Szlachetna Aurelio, zapraszamy twoje znużone członki do relaksującej kąpieli – wyjaśniła jedna z dziewcząt, kłaniając się nisko.

– Matko! – jęknęła Lela, marząc o chwili samotności.

– Prosimy! – zajęczał chór śniadych dziewcząt, a Aurelia poddała się z rezygnacją.

Po chwili odarto ją z ubrań i powleczono do kąpieli. Dwie dziewczyny zajęły się namydlaniem jej pleców, a reszta zbiła się w gromadkę i szeptała sobie coś do uszu. Między nimi widać było nieco starszą dziewczynę o linii bogini, która najwyraźniej kierowała całym babińcem.

– Przepraszam! – próbowała się wtrącić Lela, krztusząc się pianą, ale na żadnej z bab nie zrobiło to wrażenia.

Żadna z nich nawet nie odwróciła wzroku, za to kilka zaczęło bić ukłony przed tą najstarszą.

– Halo! – wrzasnęła Lelka. – Ktoś mnie to słucha?

Najstarsza z kobiet zwróciła oblicze ku dziewczynie, majestatycznie zadzierając podbródek.

– Słuchamy cię! – ogłosiła.

– No, to może w końcu faktycznie posłuchajcie! – rozsierdziła się Aurelia. – To jest moja łazienka, w której miałam zamiar zrobić kupę, ale nie! Wchodzę do prywatnej łazienki, a tu tłum kobiet czegoś ode mnie chce, i właśnie proszę o wyjaśnienie, o co chodzi?

– Bo narzeczona Śri… – zaczęła bąkać pod nosem jedna ze zgromadzonych.

– Milcz! – zmyła jej łeb najstarsza z dziewcząt.

– A dlaczego ma milczeć? – zapytała Lela.

– Jest poślednią córką, to i odzywać jej się nie wypada. A jak pytania masz, to do mnie je, synowo, kieruj.

– Pani jest mamą Rajata? – zdumiała się Lelka.

– Jam ci! – potwierdziła kobieta.

– A jak siostra pani wygląda!

– Dziękuję! – odparła z godnością Hinduska.

– Niech pani posłucha – podjęła stanowczo Aurelia. – Ja nie wiem, jakie tam u was zwyczaje panują, ale u nas, jeśli się nastolatek zakocha w dziewczynie, to nikt im nie organizuje kąpieli integracyjnych. Bo to nie jest nikomu potrzebne.

– Nie? – zdziwiła się teściowa in spe, która śmiało mogłaby konkurować urodą z większością dziewczyn z klasy Lelki.

– No właśnie nie – potwierdziła nastolatka. – I dlatego prosiłabym, żebyście sobie stąd poszły.

– Nie możemy! – pisnęła kolejna z poślednich córek.

– A to dlaczego?

– Tradycja! – wysyczała rodzicielka Rajata i gestem nakazała dziewczynom podjęcie dalszych zabiegów upiększających.

Aurelia miała tego serdecznie dość. Najpierw wywołała małe tsunami w wannie, potem pozwoliła rybikom, srebrnym robaczkom łazienkowym, na inwazję fryzur nieproszonych gości, na koniec skręciła niezwykłe tornado z poduszek w sypialni. Później usiadła na łóżku i przez dobre kilka minut klęła. A potem przyszedł Rajat z ogłupiałą miną. Nie nawiązywał do ponadnaturalnych zjawisk, które wygnały jego matkę i siostry z apartamentów dziewczyny.

– Autokar się zepsuł, ale kierowca wynajął samochód. Czas ruszać na poszukiwanie prababki – oznajmił i pogłaskał Lelkę po czerwonym ze złości policzku.

Zośka Stachańska otuliła się szczelnie waciakiem i przekradła się w stronę postoju taksówek, nie spuszczając z oczu z dwójki gówniarzy wsiadających do białego mercedesa. Kierowca ukłonił im się z szacunkiem i zatrzasnął drzwi samochodu.

– Tuś mi, bratku! – szepnęła do siebie stara sąsiadka. – Kierowcę żeś zeżarł i dzieciaków ci się tera zachciało. A Szeptuchy nie ma, jak potrzebna – nie odmówiła sobie drobnej złośliwości baba.

Mercedes właśnie toczył się wolno w stronę Alej Jerozolimskich. Stachańska dopadła do taksówki i szarpnęła tylne drzwi.

– Za tym mercedesem! – wrzasnęła z mocą, licząc na filmowy pisk opon.

Taryfiarza w środku nie było. Siedzenie kierowcy okazało się kompletnie puste, więc babka wyskoczyła ze środka jak oparzona i podbiegła do drugiego w rzędzie samochodu. Powtórzyła manewr z gwałtownym wsiadaniem.

– Za białym mercedesem! – zadysponowała ponownie.

– A to do kolegi z przodu musi się szanowna pani przesiąść – zauważył flegmatycznie taksiarz. – U nas tak po koleżeńsku solidarność zawodowa, i jak kto pierwszy w kolejce, to mu się reszta koleżeństwa do interesu nie miesza.

– Ale tam nie ma kierowcy, a mi spieszno! – wydarła się Stachańska.

– Kolega na chwilkę tylko poleciał na Centralny, zaraz pewnie będzie – wyjaśnił pogodnie taksiarz i wrócił do czytania gazety.

Stachańska zaklęła szpetnie i wysiadła. Stanęła przy pierwszej taksówce, potupując nerwowo, i obserwowała mercedesa. Ustawił się właśnie przy skrzyżowaniu i najwyraźniej zamierzał skręcić w lewo. Chwilowo powstrzymywało go czerwone światło. Okrążając maskę, do taksówki podszedł facet, trzymając w każdej z dłoni po dwa hot-dogi.

– Panie! – Nie wytrzymała nerwowo Stachańska. – Ile można czekać, do cholery?

– A co się szanowna pani tak nerwuje? Spieszy się gdzieś?

– Właśnie spieszy, żebyś pan wiedział! – warknęło babsko i wskazało sękatym paluchem na mercedesa. – Za tym autem jedziemy, bystro!

Kierowca przełknął kęs buły z parówą i popatrzył na Stachańską, jakby ufoludka zobaczył.

– Filmów amerykańskich się naoglądała? – Parsknął śmiechem. – I myśli, że ja tu paliwo nieekonomicznie będę palił i sprzęgło zarzynał szybką jazdą?

– Dobrze zapłacę – wycedziła stara, wyciągając zza pazuchy złotą pięciorublówkę.

– Pani wsiada! – wrzasnął taksiarz, wtykając babie w ręce pozostałe trzy hot-dogi. – I pasy niech dobrze zapnie!

Mercedes tymczasem doczekał się zielonego światła i skręcił w Chałubińskiego. Taryfiarz wcisnął gaz i z hollywoodzkim piskiem opon wpasował się w zatłoczoną arterię Jerozolimskich. Zanim dojechał do skrzyżowania, cholerne światło zmieniło się ponownie.

– Jedź pan, do cholery! – wymamrotała stara, przeżuwając bułkę z parówką.

– Czerwone jest! – zaprotestował kierowca.

– Mam więcej złotych świnek, jedź pan, do cholery!

Taksówkarz dodał gazu i przeskoczył wąskim przesmykiem pomiędzy dwoma jadącymi na niego czołowo tramwajami. Przyhamował, zredukował bieg i ciągnąc za sobą smugę dymu z palonych opon ruszył w pościg za białym mercedesem.

– Kochanek pani ucieka? – odważył się zażartować.

– Milcz pan i drogi pilnuj, to sprawa pozaziemska i przekracza pańskie rozumowanie!

Taksówkarz na wszelki wypadek nie podjął tematu i skupił się na śledzeniu białego samochodu.

Jaśko siedział w sali oczekującej na przeszczep Oleńki i bez słowa wpatrywał się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nagle o jego nogi otarł się kot Szeptuchy. Lekarz odruchowo pogłaskał wygięty grzbiet, a zwierzak natychmiast wskoczył mu na kolana i przycisnął łebek do klatki piersiowej.

– Żebyś umiał mówić… – westchnął ciężko lekarz.

– Umiem – odparł Mruczek.

Jaśko wzdrygnął się i wpił zdumione spojrzenie w bursztynowe oczyska.

– Zamknij oczy i połóż na mnie dłonie – polecił kot.

Mężczyzna bez zbędnych dyskusji wykonał polecenie. I zobaczył.

Oleńka biegła po łące i trącała rękoma mijane dmuchawce. Nie dyszała, nie spowijały jej żadne rurki. Po prostu biegła przed siebie. W stan euforii wprowadzał ją pęd powietrza i równy oddech.

– O tym śni? – wyszeptał lekarz.

– Tak, w tej chwili – odpowiedział poważnie kot.

– Dziękuję, kocie. Jak się nazywasz?

– Mruczek.

– Dzięki tobie zobaczyłem kawałek innego świata Oleńki. Innego niż to szpitalne łóżko, które jest właściwie jej jedynym znajomym miejscem.

– A jednak dokładnie wie, jak wygląda łąka.

– Tak, dużo czyta, myślę, że to dlatego – uśmiechnął się Jaśko.

Przez dłuższą chwilę mężczyzna i kot siedzieli bez ruchu, wpatrując się w śpiącą nastolatkę. Szpitalną salę spowijała nocna cisza. Wytłumione odgłosy miasta kompletnie nie pasowały do tego, co działo się wewnątrz szpitala. Tutaj koleje losu wyznaczały dźwięk respiratora, skrzypienie metalowych łóżek i salowa roznosząca posiłki tym, którzy posiedli luksus przyjmowania pokarmów.

– Nie powiedziałeś, że Oleńka to córa twoja rodzona! – wypaliła oskarżycielsko Szeptucha, stając w progu sali z upchniętym w wózku inwalidzkim Waldkiem.

– A to coś zmienia w twojej kuracji? – zapytał złośliwie Jaśko.

– Głupiś!– żachnęła się stara. – W mojej nic, ale są pewne siły, które tylko na krewniacze powiązania reagują, trzeba jednak wiedzieć, skąd człowiek pochodzi, zanim się pomocy prosi.

– Słuchaj jej, synu – odparł zmęczonym głosem Waldek. – Wie, co gada.

– I ciebie, tato, przekabaciła? – zezłościł się lekarz.

– Aj tam, przekabaciła. Wystarczyło, że przywiozła do wnuczki. Ty nie chciałeś, żeby nie martwić mnie jej stanem, a ją moim – zniecierpliwił się Waldek. – Teraz ja tu będę siedział i wnusi książki czytał. A tobie wara!

Kot wspiął się na ramiona profesora chirurgii i polizał go szorstkim językiem po nosie.

– Nie kłóć się! – szepnął. – Starzy są, ale wiedzą, co robią.

Jaśko pogłaskał Mruczka, postawił go na kołdrze Oleńki i bez słowa przejął wózek z ojcem od Szeptuchy. Ustawił go przy wezgłowiu dziewczynki i poklepał Waldka po ramieniu. A potem łypnął na starą wzrokiem, który zdecydowanie nie zapowiadał niczego dobrego.

– Chyba pogadać musimy – wycedził.

– Możemy – zgodziła się pogodnie babka. – Kawy bym się napiła.

– To zapraszam do dyżurki – odparł sztywno lekarz i wskazał babce drzwi na korytarz.

Szeptucha przedefilowała z godnością przez średniowieczne linoleum i weszła do zapuszczonej dyżurki pielęgniarek. Jaśko trzasnął drzwiami, i starając się nie okazywać irytacji, szarmancko wskazał babce krzesło.

– Co się, synuś, tak nerwujesz? – zapytała stara.

– Nie denerwuję się, tylko się zastanawiam, po coście Waldka, ojca mojego, znaczy się, z pokoju wywieźli?

– Bo rodzina, chłopcze, to podstawa – obwieściła Szeptucha.

W pokoju zapanowała niczym niezmącona cisza, w którą po chwili wbiła się upierdliwa melodyjka przedpotopowego telefonu komórkowego. Lekarz nie zareagował.

– Wpadasz tu, wywracasz wszystko do góry nogami… – wysyczał po chwili.

– Naprawiam! – zripostowała z godnością Szeptucha.

Telefon wciąż dzwonił uparcie.

– Odbierzesz w końcu? – nie wytrzymał Jaśko.

– Ale co? – zdziwiła się stara.

– Telefon. Dzwoni, wiesz?

– Ja mam telefon?

– Najwyraźniej – westchnął profesor chirurgii.

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i po chwili wydobyła na światło dzienne brzęczącą nokię.

– Zielony czy czerwony? – zapytała podenerwowanym głosem.

– Zielony!

– Halo? – Babka przycisnęła stosowny guzik i przytknęła słuchawkę do ucha.

Jaśko podniósł się w tym czasie z fotela i podjął nerwową wędrówkę po dyżurce.

– Halo? – wrzasnęła babka. – Rajat? A po co tu dzwonisz? Ja krzyczę? No krzyczę, żebyś mnie usłyszał wyraźnie. Ja? W szpitalu na Wołoskiej jestem, a co? Jedziesz tu? A trafisz? Lela tam jest? Dobra, to czekam. Ostrożnie jedźcie!

– O co chodzi? – zaszemrał łagodnie Jaśko.

– Moja wnuczka tu jedzie. Moc ma – przekazała szczątkowe wiadomości Szeptucha i gwałtownie poderwała się z krzesła, rzucając przedpotopowy telefon na biurko. – Muszę iść otumanić tę nieznośną smarkulę z recepcji, bo mi wnusi wpuścić nie będzie chciała.

– Mówicie o pani Jadwidze? – upewnił się Jaśko, otwierając oczy ze zdumienia. Jak świat światem nikt o sześćdziesięcioletniej pracownicy recepcji szpitalnej nie powiedział, że jest smarkulą. No ale pewnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pomyślał z rozbawieniem. – Poczekajcie, no przecież nikogo otumaniać nie musicie. Ja zadzwonię do recepcji i wszystko załatwię – wyjaśnił Szeptusze.

– A… no skoro tak, to ja wracam do Oleńki i zobaczę przy okazji, co u tego nieznośnego Waldka słychać – odparła babka i z godnością opuściła dyżurkę.

– Boże! – westchnął Jaśko masując skronie. – Co to za cyrk?

– Rajat! Jesteś genialny! – Lela nabożnie złożyła dłonie. – Skąd pomysł, że prababcia odbierze telefon? Nawet go nie nosi.

– Zaraz tam genialny. – Chłopak pokraśniał z radości. – Ot, zwyczajnie, jak się z nami żegnała przed wyjazdem, to jej po cichu wsunąłem komórkę do kieszeni spódnicy.

Mercedes mknął w stronę szpitala MSW, a kierowca zgrabnie wymijał inne pojazdy.

– Panie kierowco? – zagaiła uprzejmie Aurelia. – Kiedy dojedziemy na miejsce?

– Będziemy za kilka minut. Wreszcie! – wysyczał dusioł, ledwie panując nad podnieceniem.

Lelka spojrzała na Rajata i przewróciła oczami. Warszawscy kierowcy byli najwyraźniej mocno zestresowani w związku z trudnymi warunkami pracy.

– No to dobrze, dziękujemy szanowny panie – skłonił się z szacunkiem chłopak.

W aucie zapadła cisza przerywana okazjonalnymi syknięciami szofera. Za oknami mercedesa błyskał szary krajobraz stolicy. Para nastolatków, trzymając się tak na wszelki wypadek za ręce, nie próbowała więcej zagadywać nadpobudliwego kierowcę.

– Nie zgub ich pan! – pouczyła taksiarza Stachańska.

– Bez obaw! – wczuł się w pościg taryfiarz. – Znam Mokotów jak własną kawalerkie.

Biały mercedes wyhamował gwałtownie przed szpitalem klinicznym na Wołoskiej i zaparkował w niewielkiej zatoczce autobusowej.

– Co jest? – zdziwiła się Stachańska.

– A skąd ja mam wiedzieć? – wzruszył ramionami taksówkarz.

– Patrz pan! – emocjonowała się stara sąsiadka. – Poleźli do środka, a kierowca za nimi.

– Może kto im tam zachorował?

– Nie! – wrzasnęła z mocą Stachańska. – Szeptuchy nie chorują. Chodź pan, za świadka zbrodni będziesz, bo tu jakieś wielkie bezeceństwo się szykuje!

– Pani! – zaśmiał się taksiarz. – A bo to ja mam czas łazić? Za kursy, a nie za łażenie mi płacą.

– Zapłacę lepiej niż za kurs. Chodź pan! W złotych rublach zapłacę!

Stachańska wysunęła się z taryfy, i kryjąc się za jałowcami, pokłusowała rączo w stronę szpitala.

Comments are closed.