Szeptucha 4

Szeptucha 4

image_pdfimage_print

Najładniejsza gmina 2

Sołtys Alojzy Gąsior siedział przy biurku i masował skronie. Zza koronkowej firanki napływało jednostajne ujadanie psa sąsiadów, a zza drzwi wrzask pierworodnego sołtysowego wnuka. W takich okolicznościach skupienie się nad wytycznymi z Unii graniczyło z cudem.

– Psia mać – szepnął stłamszony przedstawiciel władz samorządowych – o co im chodzi z tą … pomysłową inicjatywą obywatelską? – odcyfrował z pewnym trudem fragment pisma. – Ki diabeł? Znaczy się, żeby wygrać te pieniądze od Unii, to oprócz porządku jakieś niespodzianki dla komisji mają być?

Sołtysa przerosły obowiązki służbowe, więc postanowił się uciec do podstępu. Wstał energicznie i wydobył flaszeczkę zakamuflowaną dotychczas za stertą papierów. Nalał sobie kielicha i wrócił do biurka. Przebiegł palcami po blacie i od niechcenia uchylił klapkę laptopa. Pobawił się nią chwilkę, dziwiąc się w duchu, jak to możliwe, że zawiasy w komputerze nigdy nie skrzypią. Bo na przykład drzwi od wychodka, żeby nie wiadomo czym smarować, to i tak po kliku dniach jęczą złowieszczo. A może to jakaś reakcja chemiczna? Specyficzny skład atmosfery w wychodku źle działa na metale? Jak by się tak zastanowić, to pewnie nie tylko na metale, pomyślał sołtys, ale tematu na wszelki wypadek postanowił nie zgłębiać. Zamiast tego otworzył komputer, i wciągając ze świstem powietrze, aktywował diabelską maszynę. Ta po chwili wahania ożyła niebieskim światłem, które nadało sołtysowej twarzy upiornie blady wygląd. Zgodnie z instrukcjami Szeptuchy teraz należało cierpliwie poczekać na kontakt. Czas oczekiwania sołtys wypełnił drobnymi łyczkami alkoholu i nerwowym potupywaniem. Wreszcie, po około dziesięciu minutach, małe okienko w rogu ekranu zapulsowało pomarańczowym światłem. Powiększył je nerwowo.

– Czego? – przeczytał Alojzy Gąsior.

– Sprawę mam – wystukał nie bez wysiłku, ale po chwili wahania wykasował napis i zaczął raz jeszcze. – Witajcie, babko, jak wasze zdrowie?

– Widziałam, jak coś kasujesz! – Odpowiedź nadeszła już po sekundzie.

Biedny sołtys rozejrzał się bojaźliwe po ścianach pokoju, ale niczego podejrzanego nie zauważył.

– Dobra, nieważne, czego chcesz? – Napłynęła kolejna wiadomość. – Tylko się streszczaj, Aluś. Gościa mam – zapulsowało okienko.

– Babko, problem mam z konkursem, co to z Unii przysłali.

– Ze sprzątaniem se dasz radę, czyli o pomysł, jak komisję zaskoczyć, musi tu chodzić.

– A skąd babka wie? – napisał i natychmiast skasował tekst.

– Znowu to robisz! – Obok liter objawił się malutki, ruchomy obrazek wygrażającego palca.

– Bo błędy musiałem kasować. Już się dawno do szkoły nie chodziło.

– A nawet jak się chodziło, to się gówno tam robiło! Ty, Aluś, zawsze leniwy byłeś.

– Oj, co też babka!

– Cichaj mi tam! O tej Unii lepiej pomyślmy – odpowiedź nadeszła błyskawicznie.

– Myślałem, ale nic mi do głowy nie przychodzi.

– Bo i też myślenie nigdy nie było twoją mocną stroną, Aluś. Innym to zostaw. Słuchaj no. Oni w tej Unii to strasznie wszystkie akcje ekologiczne lubią. Tu coś trzeba pokombinować.

– Może elektrownię? Na wiatr taką.

– Głupiś jak but! Skąd środki na to brać?

– No to rowy melioracyjne udrożnim.

– A to i tak musicie, bo się za łby w tej komisji złapią, jak te pokrzywy zobaczą.

– No to co robić?

– Zrobim, Aluś, kozią farmę. Ekologiczną, ma się rozumieć.

– A na co to? A to w Unii kóz nie widzieli?

– Kozy pewno widzieli, ale farmy z produkcją serów i ze zwiedzaniem dla miastowych to już na pewno nie!

– Babko! Genialna jesteście!

– Ech, bo wy, młodzi, to ikry za grosz nie macie, i wszystko za was trza robić. No! Czas na mnie. Bywaj, Aluś.

Sołtys potarł w zadumie siwe skronie i wstał od biurka. Jeszcze tylko wnuka ucałuje i leci do gminy. Podanie o środki trzeba napisać i zamówienie na kozy złożyć.

Szeptucha zamaskowała ścianę komputerów purpurową kotarą. Czas najwyższy był. W drzwiach łazienki szczęknął zamek – Lelka już się widać oporządziła. I rzeczywiście, do izby napłynął aromat truskawkowego płynu do kąpieli, niesiony na obłoku gęstej pary. Aurelia, owinięta miękkim szlafrokiem, zaróżowiona na policzkach, wyglądała niezwykle świeżo i dziewczęco.

– Prababciu, ale ty masz łazienkę wypasioną!

– A co ty, dziecko, myślisz? – zarechotała babka. – Na starość człowiekowi bardziej wygody potrzebne niż wam, młodym.

– No ale drewniana wanna? Jacuzzi? Sauna? – zapytała zdumiona prawnuczka.

– I jeszcze basen mam pod podłogą. Tam za piecem się klapkę podnosi i schodami do piwnicy schodzi. – Szeptucha niedbałym ruchem dłoni wskazała kierunek.

– Ale wypas… – szepnęła Lela. – A skąd to wszystko?

– Cha, cha – roześmiała się babka. – Kiedyś przyjechał do mnie taki facet z Warszawy, rozumiesz. Dziewuszkę, taką małą chudzinę, na rękach wniósł i z koca odwinął. I gada tak: „Niech ją Pani ratuje! Już mi dzieciaka chcą wykończyć w tych szpitalach! Żaden antybiotyk nie pomaga, a dzieciak mi w oczach marnieje.” I widzisz, Lelka, ja tak na malutką popatrzyłam, zbadałam, a to chuchro obustronne zapalenie płuc miało i praktycznie żadnej odporności. I tak cmoknęłam nad dzieciuchem, a ten facet do mnie na to: „Niech się pani zmiłuje nad moją córką jedyną! Ozłocę panią!” Czasu nie traciłam na gadanie z nim, tylko pod kuchnią podpaliłam, ziół naparzyłam na odporność, a dzieciaka raz, dwa nasmarowałam sadłem borsuczym, i w skóry niedźwiedzie pozawijałam, i zamawiać chorobę zaczęłam. A potem żeśmy bez słowa całą noc przesiedzieli z tym ojcem, a nad ranem dzieciakowi gorączka spadła. On jakimś właścicielem fabryki wanien był, czy coś takiego, dość, że za tydzień przyjechali robotnicy i te cuda wszystkie pomontowali. I latem wrócili jeszcze potem ten basen w piwnicy wykopać.

– No to prababcia wannę zamiast złota dostała! – zażartowała Aurelia.

– A tyś, dziecko, obejrzała aby klamki w łazience i w wychodku? – odparła na to Szeptucha.

Sołtys Alojzy Gąsior opuszczał gmach urzędu gminy lżejszy o unijne zmartwienie i cięższy o pozyskane od władz lokalnych fundusze. Jak na razie wszystko szło gładko, jeszcze tylko te kozy zdobyć. Zenek Kapeluszny za dwa wina obiecał prowizoryczną zagrodę przygotować. Suszyło go po wczorajszym na potęgę, więc można spokojnie założyć, że zadanie wykonał i na powrót pryncypała czeka z dużą niecierpliwością. Sołtys wsiadł w pozyskany za środki własne samochód marki fiat punto i wyjechał na szosę. Miał nadzieję, że na skupie żywca podadzą mu adresy lokalnych hodowców kóz. I, jak się dwadzieścia kilometrów później okazało, to właśnie ten element planu okazał się najbardziej kłopotliwy.

– Panie! Co pan? Kozy? – zamamrotał i podrapał się po berecie pracownik punktu skupu. – A kto by tu kozy hodował? Nie opłaca się!

– No jak się nie opłaca? – obruszył się sołtys. – Bydlę łagodne, żre wszystko, nawet sztachety, i dużo mleka daje. A mięso jakie koźlęce udatne. Soczyste takie, a najlepiej jak sosem piwnym podlane. Moja babcia tak robiła– rozmarzył się Alojzy.

– A ja tam nie wiem, ale weź sam pan popatrz. – Facet stuknął w wiszącą na drzwiach kartkę paluchem. – Świnia trzy pięćdziesiąt za kilo żywca, cztery pięćdziesiąt za jałówkę, i sześć z groszami za byka. O kozach nic tu nie ma. No to jak skupy nie przyjmują, to po cholerę to w zagrodzie trzymać?

– No to skąd takie kozy wziąć?

– A ja wiem? – Facet podrapał się w beret. – Ja to bym na allegro popatrzył, a jak tam nie będzie, to może z Chin?

W chałupie Szeptuchy panowało przyjemne ciepło. Spod kuchni, na której szumiał czajnik, dobiegały kojące dźwięki trzaskającego ognia.

– Herbatki się, Lelka, napijem, i kolację jakąś ci uszykuję.

Lelka siedziała na wersalce i rozglądała się po świętych obrazkach porozwieszanych w różnych punktach ścian. Na niskiej ławie stał szklany wazon ze sztucznymi kwiatami, a z żyrandola zwisał kaskadami lep na muchy. Wystrój izby ewidentnie nie współgrał z wypasioną łazienką. Dziewczyna łypała dyskretnie na klapę, pod którą rzekomo znajdowało się zejście do podziemnego basenu.

– Co tak zezujesz?

– A no bo… – bąknęła Aurelia i urwała.

– Nie pasuje ci wystrój, dziecko?

Lelka poczerwieniała i zaczęła przecząco głową kręcić.

– A dajże spokój – parsknęła Szeptucha. – Toż to kamuflaż jest. Te obrazki zwłaszcza. – Wskazała brodą w stronę ogromnego portretu brodatego świętego z obfitą brodą. – Zamawiam choroby pięćdziesiąt lat z okładem, a żaden z tych nadętych kawalerów jeszcze mi nigdy w niczym nie pomógł.

– To po co to?

– A widzisz, Leluś, kwestia podejścia do klienta. Lubią myśleć, że te czary wszystkie to z bożym błogosławieństwem się odbywają.

– No a jakby się innej wiary chory trafił? – zapytała dociekliwie Aurelia.

– A różne akcesoria mam. Szafę otwórz.

Rzeźbiona szafa, pociągnięta mało urodziwą farbą olejną w kolorze musztardy, kryła w swoim wnętrzu zadziwiające przedmioty.

– Budda z hebanu, siedmioramienny świecznik, kadzidełka i olejki przeróżne – wyjaśniła babka.

– A to co? – Lelka przychyliła się i wyjęła ze środkowej półki księgę obitą czerwonym atłasem.

– A to nasz album rodzinny. Daj go, Lela, popatrzym na fotografie.

Prawnuczka posłusznie podała album i przysiadła obok prababci. Na pierwszej stronie przyklejona była tylko jedna fotografia. W karnym rzędzie stały nastoletnie dziewczęta, a nad nimi, w drugim szeregu, kilku chłopców ubranych w krótkie spodnie z szelkami.

– To ja. – Szeptucha wskazała szczupłą dziewczynkę ubraną w szarą sukienkę. To znaczy szara była na czarno-białej fotografii. Natomiast kokardy zdobiące warkocze musiały być białe.

– No tak nas w szaro-bure kiecki ubierali wtedy. Wy to macie lepiej. U nas w szkole, jak kto w butach przyszedł, to się za nim zazdrośnie patrzyli.

Lela zerknęła na stopy uwiecznionych na fotografii postaci. Wszystkie były bose. I w jednej chwili zrozumiała, ile dałyby tamte dziewczyny za kieckę, którą Aurelia dostała od prababki w prezencie i z pogardliwym prychnięciem rzuciła na dno wypchanej szmatkami szafy.

– A kim są ci inni? – zapytała, pospiesznie tłumiąc wyrzuty sumienia.

– A no… tu masz Zdzisię, siostrę Lucynki, matulę Kryśki Łopianowej.

– Prababcia małej Agatki? – Lela z niedowierzaniem patrzyła na młodą dziewczynę.

– Ano. A tu jest Waldek Stachański – wycedziła Szpetucha, wskazując palcem pryszczatego młodzieńca z zaczesanymi na bok czarnymi włosami. – Cioteczny dziadek Błażeja, z którym do szkoły chodzisz.

Aurelia spłoniła się dziewczęcym rumieńcem, co nie umknęło bacznemu spojrzeniu babki.

– Trza ci wiedzieć, że Waldek na zatracenie wydał Niemcom partyzantów w czasie wojny. Uważać na nich trzeba, bo to ich zakłamane plemię to tylko kłopoty oznacza. – Szeptucha przewróciła kartkę w albumie i oczom dziewczyny ukazała się pożółkła fotografia dwóch prawie dorosłych panien.

– To chyba ty, prababciu, a kim jest ta druga?

– Zośka z Bylinów. Za Mariana, brata Waldka Stachańskiego, się wydała. Przyjaciółka z młodzieńczych lat, psiamać! – zaklęła babka.

– A za co ty ich tak nienawidzisz, tych Stachańskich? – odważyła się zapytać Aurelia.

– Za co? Za co? Ty się dziecko pytasz jeszcze? To są wrogowie nasi od zawsze. Sprzedawczyki cholerne i tchórze! – rozsierdziła się nie na żarty Szeptucha. – Zośka, jak nas na wywózkę na roboty do Niemców wzięli, to mnie za kromkę chleba sprzedać chciała, gdy uciekłam i do wsi wróciłam. Doniosła na mnie i o mały włos, a na drugą wywózkę by mnie wzięli, ale do leśnych uciekłam na czas. Koleżanka, tfu, psia jej mać.

– Błażej jest inny! – Poderwała się na równe nogi Aurelia, a jej usta niebezpiecznie wygięły się w podkówkę. – Nienawidzę cię! – krzyknęła prababce w twarz, i wyciągając z kieszeni komórkę, wybiegła przed chałupę.

Szeptucha podeszła pod uchylone okno i usłyszała, jak wnuczka szlocha komuś w słuchawkę.

– Jak mi tu? Źle! Ojciec mnie wygnał i za tobą tęsknię.

Przez chwilę panowała cisza.

– Nie interesuje mnie to! – wrzasnęła znienacka Lelka. – Błażej, masz tu do mnie przyjść, rozumiesz? Po cichu się zakradnij. A jak nie przyjdziesz, to ja sobie coś zrobię, zobaczysz!

– Oj, niedobrze – zasępiła się Szeptucha. – Chyba przesadziłam z tą lekcją historii.

– Miau! – potwierdził Mruczek i wyciągnął się wygodniej na fotelu.

– A niech się dzisiaj z nim spotka – mruknęła babka. – A jutro się zastosuje inne środki prewencyjne.…

Sołtys Alojzy Gąsior zaparkował pod sklepem spożywczym, gdzie spodziewał się zastać Zenka Kapelusznego. Nie pomylił się. Zenek siedział na ławeczce i na widok sołtysa poderwał się na równe nogi. W dłoniach gniótł pustą puszkę po piwie.

– Zenek, zagrodę postawiłeś?

– A zgodnie z rozkazem, sołtysie! – zameldował Kapeluszny. – Wszystko gotowe, tak jak sołtys kazał. Podwójne żerdzie dałem nawet!

– No! To chodź Zenuś po wypłatę.

W sklepie duchota panowała, dzieciska sklepowej pałętały się pod nogami, a ona sama bacznie spojrzała na wchodzących. Rozpoznała Alojzego i rozpromieniła się w służbowym uśmiechu.

– A powitać naszego sołtysa kochanego! Dawno sołtys do mnie nie zachodził!

– A bo to, pani Jadziu, lepiej mi do Tesco w Szykowie pojechać. Ceny tu u pani zbójeckie.

– No co też sołtys opowiada! – obruszyła się sklepowa. – Toć wino najtańsze w całym powiecie.

– Pani Jadziu, co mi tam po tym mózgotrzepie? Na mleku złotówka narzutu, na chlebie też.

– A co ja mam na to poradzić? Jak wino poniżej kosztów, sprzedaję, to na nabiale muszę dorobić.

– No niby tak – zgodził się niechętnie sołtys. – No! Da pani dwa słodziutkie dla Zenka. Zapracował, zuch.

– Na miejscu? – zapytała uprzejmie Jadzia, patrząc na Kapelusznego.

– Może być, pani Jadziu, może być.

Alojzy opuścił sklep, odprowadzany ukłonami Zenka oraz profesjonalnym uśmiechem sklepowej, i udał się na oględziny zagrody. Zmyślnie Zenkowi wyszła. Ino kozy się w niej nie pasły. I to był problem.

Parę godzin trwało, zanim Lelka raczyła wrócić do chałupy. Szeptucha siedziała na fotelu, na jej kolanach walał się Mruczek, a telewizor szumiał miarowo, wypluwając kolejną porcję nieszczęść z całego świata w ramach serwisu wiadomości o dziewiętnastej. Monitoring pokazał wcześniej, jak młody kundel Stachańskich zakradł się w pobliże podwórka, a na spotkanie wybiegła mu Lelka, i rzuciła się w ramiona, co gorsze. Teoretycznie babka mogła rzucić zaklęcie bagna i zakończyć żywot Błażeja raz na zawsze, ale już się zdążyła przekonać, że jej prawnuczka jest bardzo wrażliwa, by nie powiedzieć histeryczna. Widoku tonącego Stachańskiego należało jej oszczędzić. Inaczej sprawę trzeba załatwić.

– Dobry wieczór! – burknęła od drzwi Aurelia i pomaszerowała w stronę wersalki.

– Kolację masz na kuchni. Żur i ziemniaki ze słoniną – poinformowała ją prababka.

– Nie jestem głodna – odpysknęła Lela i położyła się w butach na łóżku.

– No to dobranoc! He, he – zarechotała pod nosem Szeptucha i przeniosła się na łóżko.

Właśnie spływał na nią kojący sen, niosący genialne rozwiązania problemów, gdy w wieczorną ciszę wdarł się odgłos subtelnego siorbania zupy.

Sołtys Alojzy Gąsior kręcił się w łóżku i nie mógł usnąć. Sen z powiek spędzała mu nierozwiązana w dalszym ciągu kwestia zakupu kóz do gospodarstwa ekologicznego. Spędził kilka godzin, próbując rozgryźć tajemnicze allegro, ale najwyraźniej nie wiedział, gdzie ma klikać, a wpisywanie słowa „koza” w wyszukiwarkę Google zaowocowało definicją i opisem zwierzęcia wraz ze zdjęciami oraz propozycjami alternatywnych rozwiązań grzewczych. Nawet ze dwie agencje towarzyskie się trafiły, zanim sołtys, zniechęcony brakiem konkretnych informacji, wyłączył komputer.

Poranek wstał słoneczny i rześki. Szeptucha podniosła się dziarsko z posłania i wyszła na podwórze. Zza sosen wyłaniało się słońce, a wyżej zawisło bezchmurne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. Doskonały na pogodzenie się z prawnuczką i zmanipulowanie jej młodzieńczego, nieodpornego na pomysłową indoktrynację umysłu.

Coś nagle zaszeleściło za linią jałowców. Nie był to zając. Te doskonale wiedziały, czym grozi próba nieautoryzowanego naruszenia strefy ochronnej. Zza krzaków nadciągało coś większego i najwyraźniej nieświadomego istniejących zabezpieczeń.

– Halo! Halo! Jest tu kto? – wydarł się głos zza zarośli.

– Kto pyta?

– To ja, sołtys, Gąsior Alojzy!

– Aluś, to ty nie wiesz, że trzeba się zaanonsować, zanim się komuś z buciorami na posesję wlezie? – zbeształa go Szeptucha.

– Przepraszam, babko, ale sprawę mam zwłoki niecierpiącą! Mogę z krzaków wyleźć?

– No wyjdź – zgodziła się łaskawie.

Sołtys przedarł się przez jałowce i stanął nieopodal. Jego ramiona pstrzyły strzępki pajęczyn.

– O co chodzi, Aluś?

– Ach, babko! Ja wedle tych kóz do gospodarstwa! Nijak znaleźć ich nie mogę. W skupie powiedzieli, że tu w okolicy nikt nie ma.

– Na allegro szukałeś? – zapytała Szeptucha.

– Chyba tak, ale nic nie znalazłem.

– Chodź, chłopcze, do środka. Razem poszukamy – skapitulowała babka i weszła do domu, nie oglądając się na sołtysa.

Jak się kwadrans później okazało, na allegro sprzedawali kozy, ale z odbiorem własnym, i to gdzieś spod Rzeszowa. Wysyłki kurierskiej hodowca nie oferował.

– I co teraz? – zasępił się sołtys.

– A nic! – od drzwi odezwała się zaspanym głosem Lelka. – Trzeba znaleźć chiński sklep internetowy.

Jak się okazało, to, co było nie do przeskoczenia dla starszego pokolenia, najmłodsze rozwiązało w dwie minuty.

– Zamówiłam panu stadko dwudziestu sztuk – poinformowała sołtysa Aurelia. – W regulaminie napisali, że zamówienie realizują w dziesięć dni.

– I już? – z niedowierzaniem dopytał Alojzy.

– No, a co więcej ma być? – zdziwiła się nastolatka. – Kupione i tyle.

Szeptucha tylko wzruszyła ramionami i skinęła na sołtysa.

– Pora już na ciebie, Aluś. Akcję sprzątania zacznij lepiej, bo się na czas nie wyrobisz.

Alojzy poderwał się na równe nogi, i skinąwszy głową gospodyni, pospiesznie wyszedł z izby.

– I tak się do ciebie nie odzywam! – obwieściła prababce Lela i przepadła na godzinę w łazience.

Następne dziesięć dni upłynęło mieszkańcom na gorączkowym sprzątaniu wsi. Łatwo nie było, szczególnie w lesie, ale w końcu nawet przecinki zaświeciły czystością. A wkrótce nadszedł oczekiwany z niecierpliwością dzień. Do wioski wjechał TIR na białoruskich blachach, ze środka wyskoczył gadający po rusku skośnooki żółtek z plikiem papierów w ręku.

– Padpis nada! – Podetknął sołtysowi papier i usłużnie wetknął w rękę długopis.

A po chwili z rampy samochodu zeskoczyło stadko dwudziestu kóz, które Zenek zapędził do zagrody. Teraz to już tylko wystarczyło poczekać na unijną komisję. Nawet kwiaty były zamówione, a babka Łopianowa studiowała przepisy na wyrób sera z koziego mleka. Jedyną niedogodnością było to, że cholerne kozy chciały żreć wyłącznie ryż.

– Tak dłużej być nie może! – obwieściła Szeptucha Mruczkowi. – Już drugi tydzień Lelka się na mnie boczy. Szlag trafił szkolenie, a ten kundel Stachańskich pałęta się po moim podwórku.

Kot profilaktycznie nie zabrał głosu.

– Jak rozsądkiem nie wychodzi, to podstępem trza! – zawyrokowała stara głosem, który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego.

Do chałupy weszła właśnie naburmuszona Lela i bez słowa poszła za piec. Ostatnio na zmianę znikała w lesie i pływała w basenie.

Szeptucha odsłoniła kotarę, zza której wyłonił się szereg monitorów. Sękate palce przebiegły sprawnie po klawiaturze. Monitory rozbłysnęły przekazem kamer z wszystkich newralgicznych punktów wsi. Babka zostawiła sprzęt, ubrała się po cichu i podreptała w stronę sklepu. Niedługo miała się rozpocząć ceremonia powitania unijnej komisji.

– Panie sołtysie! Panie Alojzy! – Wrzask doszedł do namydlonych uszu sołtysa, gdy ten brał kąpiel.

– Co jest? – odkrzyknął, siadając prosto w wannie.

– Ryż się skończył! Kóz nie ma czym nakarmić! – darł się spod okna Zenek.

– No to im żreć nie dawaj!

– Ale panie sołtysie! One sztachety żreć zaczęły! Jeszcze z godzina i wyżrą całe ogrodzenie.

– Jasna cholera! Jesteś tam Zenek jeszcze?

– Jestem, panie sołtysie!

– To migiem wsiadaj w Punto i jedź po ryż do Wieprzewa. Piłeś coś?

– Tyle co nic – zaszemrał uspokajająco Zenek. – To ja polecę, co?

– Leć!

Lelka wróciła z basenu zmęczona, ale i zadowolona. Uzgodnili z Błażejem, że jutro uciekną i pojadą do Irlandii, a tam nikt nie będzie im już przeszkadzał. Dziewczyna owinęła włosy ręcznikiem i weszła do izby. I tu się mocno zdziwiła. Całą ścianę prymitywnej chałupy, dotychczas zasłoniętą szczelnie kotarą, pokrywał nowoczesny sprzęt komputerowy. Widziała wcześniej babcinego laptopa, nawet chińskich hurtowni kóz na nim szukała, ale tamten sprzęt był niepozorny i dotychczas na niskiej ławie stał. A tutaj? Centrum dowodzenia jakieś?

– O żesz w mordę.

Na monitorach przewijały się znajome twarze z wioski. Najwyraźniej babka miała kamery poukrywane absolutnie we wszystkich chałupach i wokół nich.

– Ha, ha, ha! – roześmiała się Lela na widok Zośki Pirynowej, która ukradkiem wspinała się po dzikim winie w stronę okna plebanii.

– Ale jazda! – krzyknęła na widok swojego młodocianego brata, który czołgał się z procą w stronę krów babci Błażeja.

– Ożesz kurwa! – krzyknęła wreszcie, widząc w doskonałej rozdzielczości, jak Błażej migdali się w stogu siana z jakąś blondyną.

Po chałupie poszły iskry. Aurelia przestała kontrolować moc i wypłynęła z chałupy. Zagwizdała na maliniak. Krzaki ustawiły się karnie w dwuszeregu.

– Rację prababka miała! – wysyczała młoda Szeptucha. – Stachańskie plemię to zdrajcy! No to uważaj teraz, bo idę do ciebie, Błażejku.

Jakaś duchota taka stała w powietrzu, a sołtys pocił się okrutnie pod białą koszulą. Krawat dusił, a czarne lakierowane pantofle stanowiły istną torturę dla stóp. Zza węgła wytoczyła się czarna limuzyna i osiadła w piachu przed sklepem spożywczym. Ze środka wygramolił się otyły facet w garniturze i dwie wąsate baby w garsonkach. Całe towarzystwo rozejrzało się podejrzliwie po zabudowaniach, ale najwyraźniej nie mieli się do czego przyczepić, bo wkrótce szanowna komisja podeszła do delegacji w osobie sołtysa Alojzego Gąsiora i jego małżonki Eleonory. Po sztywnych powitaniach, ocieplonych familiarnym poklepywaniem się po plecach, szacowne gremium miało przejść do pierwszego punktu imprezy, czyli zwiedzania ekologicznej farmy kóz, ale nagłe zdarzenia zrujnowały plan wizyty.

Najpierw nad polem rozniósł się donośny głos Zenka Kapelusznego.

– Panie Sołtysie! Te cholery zeżarły ogrodzenie i zwiały do lasu!

Alojzy Gąsior nie zdążył się nawet oswoić z nabytą wiedzą, gdy przez wieś przetoczył się potężny grzmot.

A dalej to było tylko gorzej. Na drogę wypadła bogusiowa Aurelka, a jej stojące dęba włosy emitowały dziwne wyładowania elektryczne. Tuż za nią ze złowieszczym szelestem pędziły jakieś krzaki.

– Zamorduję! – darła się Lela. – Gdzie on jest?!

Krzaki rozpierzchły się po chałupach i zaczęły gałęziami tłuc szyby w oknach.

Sołtys osunął się zemdlony w ramiona wąsatej członkini delegacji unijnej.

– No proszę! – zacmokała z zadowoleniem Szeptucha, obserwując poczynania nieodrodnej, jak się jednak okazało, prawnuczki. – Demolka na całego – zarechotała.

Upajała się przez chwilę chaosem, ale sytuacja zaczynała być groźna i zdecydowanie należało podjąć działania wyciszające. Skrzyżowała palce za plecami i zaszeptała tłum. Na mieszkańców wioski spłynęła chwilowa amnezja, objawiająca się maślanym wzrokiem, chorobą sierocą i nieznacznym wyciekiem śliny z ust. Aurelka niezrażona szalała dalej. Krzaki pod jej przywództwem opanowały właśnie okoliczne dachy i przymierzały się do zrywania dachówek.

– Dość! – powiedziała stanowczo babka i pstryknęła palcami.

Lela otrząsnęła się i zsunęła się z komina. Podeszła do prababki.

– Do domu, ale już! – zadysponowała stara.

– Jak chcecie, prababko – wymamrotała ogłupiała Lelka i machnęła na krzaki.

– Krzaki zostają tutaj – zaoponowała Szeptucha.

– Jak chcecie, prababko – powtórzyła jak robot Aurelia i posłusznie podreptała w stronę chałupy.

Jeszcze tylko parę zabiegów kosmetycznych i można ruszać dalej.

– A tu widzicie państwo – Szeptucha, stając obok Alusia, powiodła ręką po okolicznych dachach – eksperymentalną uprawę malin. Jak się okazuje, południowe stoki dachów gwarantują roślinom nasłonecznienie zdecydowanie lepsze niż pola. W efekcie otrzymujemy ekologiczne owoce. Z tych z kolei pozyskujemy naturalne soki owocowe i lokalne wina.

– Brawo! – zaklaskała w dłonie wąsata blondyna.

– Brawo! – podchwycił sołtys, a po chwili klaskała cała oszołomiona gawiedź.

Szeptucha cmoknęła cicho na Mruczka i wycofała się z tłumu po angielsku. Miała dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a najważniejszą z nich był przelew na kwotę trzech tysięcy euro do Luksemburga. Tam właśnie mieszkał młodociany Jayden, mistrz animacji komputerowej i autor zgrabnej scenki na sianie z Błażejem w roli głównej.

– Miau! – wyraził dezaprobatę kot.

W odwecie usłyszał diaboliczny śmiech babki niosący się po lesie.

Comments are closed.