Szeptucha 7

Szeptucha 7

image_pdfimage_print

Uciec jak najdalej cz. 2

Bydgoszcz, 4 marca 1942 r. Stacja kolejowa

Budynek dworcowy szczelnie wypełniali podróżni, gorączkowo zmierzający w stronę peronu lub stojący w kolejce do kasy biletowej. Olesia rozglądała się dyskretnie w poszukiwaniu Staszka i Józka, ale – jak dotąd – nie zauważyła żadnego z nich. Pociągnęła za sobą Lusię w stronę kolejki.

– Ja gadać będę! – syknęła jej do ucha. – A ty cicho siedź.

Kolejka posuwała się powoli, a Olesia zaciskała nerwowo dłonie. W głowie odtwarzała sobie niemieckie słówka, które powinna powiedzieć możliwie swobodnie przy kasie. Właśnie nadeszła jej kolej, gdy Lusia pociągnęła ją za rękaw i gorączkowo wyszeptała:

– Zobacz, zobacz! Antek! – Wskazała drewniane ławki poczekalni.

– Milcz! – syknęła Olesia.

– Bitte? – odezwała się uprzejmie kasjerka.

– Ich… ich… – zająknęła się Olesia.

– Ja? – zastygła w oczekiwaniu pracownica niemieckiej kolei.

– Antek! – wrzasnęła na cały regulator Luśka i wybiegła z kolejki, machając entuzjastycznie ręką. – Tu jesteśmy!

– Poproszę dwa bilety do Cieszyna – wyszeptała po niemiecku Olesia, przerażonym wzrokiem obserwując swojego narzeczonego, który kompletnie ogłupiały wstał z ławki i przyjął ciężar rzucającej mu się w ramiona Lucyny wykrzykującej na cały głos entuzjastyczne i zdecydowanie polskie słowa powitania.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję Niemców. W ich stronę podbiegł patrol, a głowy wszystkich osób stojących w kolejce do kasy odwróciły się jak na komendę. Nawet bileterka uniosła się na łokciach ponad biurko i z zainteresowaniem śledziła przebieg zdarzeń. Żandarmi otoczyli durną Luśkę i bezradnego Antka, który potrząsnął przecząco głową, gdy patrol poprosił o dokumenty. Olesia rozglądała się w panice i namierzyła swojego brata Józka, stojącego kilka kroków od nich. Pokręcił głową, nakazując jej spokój, i bardzo powoli zaczął się wycofywać w stronę drzwi prowadzących na peron.

Luśka najwyraźniej załapała, że zrobiła coś bezdennie głupiego, i w panice przywarła do Antka. Ten odszukał spojrzenie Olesi stojącej na drugim końcu hali dworcowej i przez chwilę wpatrywał się w jej oczy. A potem żandarmi popchnęli jego i Lucynę w stronę drzwi wyjściowych. Luśka szlochała, a Antek obejmował ją mocno, próbując dodać jej odwagi. Podróżni zatracili zdolność generowania jakichkolwiek dźwięków. Cała hala zamarła w oczekiwaniu.

Budynek stacji przeszył terkot karabinów maszynowych. Ceglane ściany, kamienne posadzki i marmurowe lady omiótł zapach strachu i śmierci. Na stację wtoczyła się z gwizdem lokomotywa, ucinając napływające sprzed budynku dźwięki egzekucji.

– Słucham? – zwróciła się po niemiecku do Olesi kasjerka.

– Poproszę jeden bilet do Ciechanowa – odparła w tym samym języku dziewczyna.

– Jeden? – upewniła się Niemka.

– Tak, jeden. – Olesia nie odważyła się odwrócić w stronę poczekalni.

Kasjerka przyjęła pieniądze i wydała jej bilet, obojętnie się uśmiechając. W chwili, w której Olesia odchodziła od kasy, Niemka już jej nie pamiętała, profesjonalnie witając kolejnego podróżnego. Dziewczyna, próbując nie ściągać na siebie ciekawskich spojrzeń, przemknęła na peron. Gdy minęła drewniane wahadłowe drzwi, owiało ją lodowate powietrze. Wokół lokomotywy i wagonów krzątali się podróżni i pracownicy kolei. Olesia rozejrzała się po peronie w nadziei, że uda jej się znaleźć Józka, ale w kłębiącej się ciżbie było to kompletnie niemożliwe. Została wepchnięta do wagonu i po kolejnych szturchańcach udało się jej przykucnąć za ostatnią ławką przedziału. Obok niej usiadła na podłodze jakaś wieśniaczka z wiklinowym, gdaczącym koszem. Szok nie ustępował. Kiedy ma się niespełna dwadzieścia lat, życie jest czymś oczywistym. Śmierć jest sprawą abstrakcyjną, niemieszczącą się w strefie pojmowania świata, i nie jest istotne to, że chwilę wcześniej słyszałaś terkot karabinu.

Pociąg ruszył.

Ściśnięty w wagonach tłum zafalował i z rezygnacją poddał się kilkugodzinnej niewygodzie. Za brudnymi oknami śmigały obrazy opuszczonych wiosek, spalonych ostrzałem zagajników, i drutów kolczastych, na których osiadały zbłąkane płatki śniegu. Olesi było niewygodnie i zimno. Po kręgosłupie przebiegały jej dreszcze. Zamknęła oczy i zaczęła śnić.

– Olesia! – usłyszała głos mamy.

Jabłonka ugięła się ze skrzypieniem i spod korony liści wyskoczyły dwie niemiłosiernie brudne stopy. Ich właścicielka przez chwilę wierciła się na gałęzi, by po chwili zsunąć się na trawę.

– Idę, mamo! – odkrzyknęła.

Sad, skąpany w słońcu, pachniał owocami i mruczał złotymi pszczołami. Przy sztachetach wiły się krzaki malin obsypane owocami. Lato w tym roku było wyjątkowo łaskawe. Olesia pobiegła w stronę chałupy. Mama uśmiechnęła się do niej, a potem przybiegła stara Łopianowa i powiedziała absurdalne, niepasujące do tego ociężałego dnia słowa:

– Wojna się zaczęła!

Pszczoły nawet na chwilę nie przerwały swoich obowiązków. Ani myślały mieszać się w głupie ludzkie sprawy.

Pociąg mknął w stronę Generalnej Guberni. Olesia, skulona w kącie za ławką, próbowała nie dopuszczać do świadomości straty narzeczonego i najlepszej koleżanki z rodzinnej wioski. Miała tylko nadzieję, że Józek, jej brat, wyśliznął się jakoś ze stacji.

– Masz, jedz! – Trzepnęła ją w bok baba z wiklinowym koszem, podając suchara. – Jedz, dziecko.

Olesia spojrzała nieufnie na współpasażerkę, ale zapach jedzenia w końcu ją pokonał. Wzięła suchara i wymamrotała po niemiecku słowa podziękowania. Żuła go, nie czując kompletnie smaku, i wsłuchiwała się w stukot kół. Powtarzające się sekwencje dźwięków działały kojąco. Nie pozwalały dopuścić do otumanionego mózgu otaczającej rzeczywistości.

– Józek, gdzie jesteś? – wyszeptała bezradnie Olesia.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r.

– Jóźwa, powiedziałeś? – powtórzyła Szeptucha.

Rajat zamieszał łyżeczką herbatę, po czym natychmiast wstał i ukłonił się kilka razy, nieomal uderzając czołem w rant pieca.

– Dobra, dobra – osadziła go babka. – Siadaj i mów! Pradziadek? Józek?

Hindus zachłystnął się herbatką i natychmiast rzucił się na poplamioną wykładzinę.

– Józek! – Walnął energicznie czołem w linoleum. – Niech będzie błogosławione imię jego, i cześć rodu braminów, i boska warna moich szlachetnie urodzonych przodków!

– No, starczy już! Siadaj na zadku i gadaj wszystko jak na spowiedzi, calutką historię od samego początku.

Chłopak wstał z kolan i niepewnym krokiem podszedł do krzesła, rozcierając czerwone, najwyraźniej obolałe czoło.

– No nie mam, synuś, w kuchni dywanów, tak jak u was – cmoknęła z dezaprobatą babka. – I po co było tak łbem tłuc? Jeden masz tylko i do starości starczyć ci musi. A teraz opowiadaj mi, o co chodzi z moim Józkiem! Hindusem to on na pewno nie był – dodała Szeptucha odkrywczo.

– Nie? – zdziwił się Śri Rajat Abhijay Jóźwa.

– Nie! – odparła stanowczo.

– Szlachetna pani – ponownie napompował patosem swój głos Hindus. – Zechciejcie przyjąć z rąk mych ten dar bezcenny, który, wędrując przez obce krainy, najszybciej jak mogłem przywiodłem w twe domostwo. – Tu wsunął dłoń za połę koszuli, pogmerał chwilę, wyraźnie szamocząc się ze zwojami materiału, i mamrocząc po swojemu coś, co z pewnością nie mieściło się w kanonie konwersacji z damą z żadnej szerokości geograficznej.

Rajat wyciągnął wreszcie płócienne zawiniątko i – kłaniając się ostrożnie, by nie trzasnąć ponownie głową w stół – podał je Szeptusze. Ta z drżeniem rąk odwinęła materiał i na jej ręce wytoczyła się złota szkatułka. Jej wnętrza broniła maleńka zapadka zwieńczona rubinem wielkości paznokcia. Szeptucha pogmerała chwilę paluchem i wieczko odskoczyło. Wewnątrz szkatuły leżał pożółkły zwitek papieru. Babka wyjęła go ostrożnie i rozprostowała na stole.

Assam, 1945 r.

Najdroższa Olesiu,

tyle słów mi się pod pióro ciśnie…

Tak jak ty pewnie, ja również żałuję Lusi i Antka, i z każdym kolejnym rokiem zastanawiam się, czy udało ci się wrócić do domu, tak jak mi nie dane było. Tamte chwile na dworcu co noc mi się jawią niezależnie od szelestu herbacianych liści, westchnień mojej małżonki i stłumionych upałem pisków dzieci. Pierwszy raz w życiu zapłakałem, gdy twój pociąg odjechał w stronę Ciechanowa. Stałem na torach i płakałem. Jedyną rzeczą, która przyszła mi do głowy, był bieg w stronę morza. Potykając się o tory, biegłem na północ, i tak jak kiedyś przeklinałem las, który stał mi na drodze do Bydgoszczy, tak teraz cieszyło mnie każde smagnięcie sosnową gałęzią. Wydmy pokonałem w ciągu jednego dnia i kompletnie rozbity niepokojem o ciebie dotarłem do portu w Stettinie. Kręciłem się po redzie i w końcu wyczekałem moment. Statek nazywał się Kolberg. W swojej naiwności zakładałem, że ukryję się w maszynowni i za dzień lub dwa wyląduję w Kołobrzegu. Minął miesiąc i wymknąłem się na brzeg w Surat. Nawet nie wiesz, droga siostro, jak odmienny to był świat. Zapach powietrza, dźwięki i wszystko co mnie otaczało…

Udało mi się niepostrzeżenie ześlizgnąć po burcie do wody i dotarłem wpław na suchy brzeg. Nie rozumiałem nawet jednego słowa, a zapachy i odgłosy nie kojarzyły mi się z niczym znajomym. Miasto portowe wrzeszczało tysiącem śpiewnych rozmów. Gwar był porównywalny z kakofonią dźwięków, gdy Niemcy spędzali nas do wagonów na wywózkę. Bo przecież wtedy nawet niebo, choć podobno dzielimy wszyscy wspólny błękit, protestowało skłębionymi chmurami.

– Guzik prawda! – zaprotestowała babka. – Mój Józuś w życiu by się nie naumiał tak pisać. To nie jest list od mojego brata!

– Faaaake! – zamiauczał Mruczek, łypiąc na Hindusa spode łba.

Rajat zzieleniał na twarzy i natychmiast osunął się na linoleum. Trzepnął gorliwie łbem i zastygł w bezruchu.

– Patrz no, kocie! – zarechotała stara – Jakie to nieodporne te Hindusy! A nasza krew to niby, józkowa chyba.

Tranzystor stojący na lodówce wyśpiewał ostatni w tym sezonie sygnał „Lata z radiem”. Normalnie w latach osiemdziesiątych poleciałaby Urszula z dmuchawcami, ale to se ne vrati, więc ciszę nad nieruchomym ciałem Hindusa przeszyły jazgotliwe dźwięki jakiegoś paskudnego ugrupowania rodem z piekła, albo, co gorsza, z Niemiec. Skoczna melodyjka nie ocuciła Rajata, więc Szeptucha cmoknęła z dezaprobatą i nie bez wysiłku wciągnęła nieprzytomnego na okrytą narzutą wersalkę.

– Niech se odpocznie niebożę – zadysponowała babka, rzucając niedbale pergamin na stolik. – Chodź, Mruczek, na grzyby. Aurelka przyjdzie, to se duszonych zje.

Mruczek był ostatnim na tej planecie potencjalnym wielbicielem spacerów po lesie, ale mimo wszystko wolał towarzystwo wrednych jałowców i utyskującej babki niż tego dziwacznego przybysza śmierdzącego słoniowym łajnem. Parsknął szyderczo na widok słonia, który podjął beznadziejną próbę ukrycia się za obórką i – wyprężywszy ogon – skoczył pomiędzy kwitnące wrzosy. Słudzy Hindusa jakby się w powietrzu rozpłynęli.

 

Zichenau, 4 marca 1942 r. Zmierzch

Zziębnięta Olesia starała się bezszelestnie wymknąć się ze stacji kolejowej w Cieszynie. Przed budynkiem stało kilku Niemców, wyraźnie widocznych w świetle latarni gazowej. Jeden z żołnierzy właśnie rozgniótł niedopałek papierosa na bruku i spojrzał na dziewczynę. Ta zastygła jak schwytana w smugę światła sarna, ale po chwili zmusiła nogi do spokojnego spaceru w dół ulicy. Nie znała miasta, ale miała nadzieję, że zmierza w stronę ulic i budynków miejskich, które zdołają ukryć ją przed grupkami takimi jak ta.

Czuła na plecach wzrok młodego Niemca i wyobrażała sobie, że za chwilę usłyszy śmiercionośne „Halt!”. Tymczasem jedynym dźwiękiem był hałas stłuczonej butelki.

Ulrich zdjął badawcze spojrzenie z młodej kobiety i skupił się na swoich pijanych kolegach. Uskoczył przed strugą alkoholu cieknącego w stronę jego oficerek po nierównym bruku i kompletnie zapomniał o dziewczynie. Gustav, słaniając się na nogach, uwiesił się na nim.

– Heili, heilo… – zaintonował bełkotliwie.

– Ein Heller und ein Batzen, die waren beide mein… – zawtórował mu sierżant Schmidtke i była to ostania kwestia wokalna, jaką wygłosił w swym trzydziestoletnim życiu.

Stwór zwany dusiołem z pewnym utęsknieniem odnotował utratę tropu blondynki, ale burczenie w brzuchu zdecydowanie wykluczyło wybrzydzanie w kwestiach kulinarnych. Z umiarkowanym entuzjazmem zabrał się za pijanych niemieckich żołnierzy. Pierwszego rozdarł na pół bez zbytecznych ceregieli i pożarł w mgnieniu oka. Jak było do przewidzenia, reszta zaprotestowała jękliwie i chwyciła za karabiny. Wypluwane histerycznie naboje odbijały się rykoszetem od łusek potwora. Dusioł otrząsnął się z metalu i pobiegł za zataczającym się Ulrichem. Błoto kryjące się za brukowaną ulicą osunęło się, a Niemiec ugrzęznął w pułapce. Dusioł przełknął drugą nogę Ulricha, wypluwając z obrzydzeniem parę oficerek i jedną onucę. Druga zawieruszyła się bezpowrotnie. Jeszcze tylko drobny kęs i przeżucie kręgosłupa sierżanta Schmidtkego, i można ruszać w pościg za apetyczną Polką.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Podgrzybkowa górka

– Coś mi się, kocie, widzi, że nieogarnięty ten Rajat, ale jednak rodzina – westchnęła Szeptucha, siadając ciężko na pniaku.

– Miau! – uznał za stosowne skomentować Mruczek.

– Co ty taki podejrzliwy jesteś? – ofuknęła go babka.

– Miau!

– Wiem, list jest podrabiany, ale w dobrej wierze może?

– Faaaakeeee! – prychnął zwierzak.

– No wiem, ale coś w tym jest, musisz przyznać. Dzieciak może i beżowy z karnacji, ale do Jóźwy mojego jak dwie krople podobny.

– Miau! – spuentował Mruczek i wypuścił z zębów wiklinowy koszyczek. Osadził go łagodnie na mchu pomiędzy jagodzianami, i jak grzeczny kotek usiadł obok i zajął się toaletą ogona i okolic.

– No prawda, grzybki – zreflektowała się Szeptucha i umościła się wygodniej na sosnowym pniaku.

– Khe, khe – zakasłał Mruczek.

– No to raz i dwa! – klasnęła w dłonie babka. – Podgrzybki w dwuszeregu zbiórka! Robacze na powrót do lasu, a zdrowe do mojego podwórka! Prawdziwki do koszyka! Rydze odciąć nogi pełne łyka! Muchomory czerwone na stronę! A czerwieniejące, lasem pachnące, mają mi przynieść zające!

– Do letniej kuchni! – sprecyzował kot.

– No tak – zgodziła się Szeptucha i wstała. Puknęła kosturem w mech i nie oglądając się na koszyk ruszyła w stronę domu.

 

Bugmunde, 4 marca1942 r. Pięć minut przed północą

Olesia leżała nieruchomo za linią sosen i obserwowała oświetlony most łączący Rzeszę z Gubernią. Wokół panowała cisza. W budce strażników nie dało się odnotować najmniejszego ruchu. W mroźnym powietrzu widoczny był tylko oddech dziewczyny, która właśnie pojęła swoje beznadziejne położenie. Most był z obydwu stron opleciony zasiekami z drutu kolczastego. Patrole najwyraźniej stacjonowały po obydwu stronach rzeki w Nowym Dworze Mazowieckim. Motory zaopatrzone w karabiny maszynowe pilnowały wszystkich tras wylotowych. Nawet szczur by się nie przecisnął.

Dziewczyna zsunęła się po zmarzniętym parowie i wpadła wprost w ramiona chłopaka, który wyrósł przed nią kompletnie niespodziewanie. Wrzasnęła i odskoczyła jak oparzona. Blondyn wyglądał sympatycznie, ale dotychczasowe życie nauczyło Olesię, że obcym wierzyć zdecydowanie nie należy.

– Nie bój się! – powiedział łagodnie obcy. – Ja też chcę się tam przedostać.

– Naprawdę? – zapytała Olesia, właściwie głównie po to, by sprawdzić, czy ciągle potrafi mówić po polsku.

– Tak, znam szmaciarza, który jeździ codziennie przez most. Pomoże, ale musimy poczekać do rana. Może odpoczniesz? Ja będę czuwał – zapewnił blondyn i uśmiechnął się ciepło.

– Dziękuję – szepnęła Olesia i zwinęła się w kłębek na zmrożonym mchu.

Chłopak usiadł tuż obok i zdjął z siebie niemiecką, pozbawioną dystynkcji kurtkę wojskową. Otulił nią śpiącą dziewczynę i sam po chwili zachrapał.

Nowodworska noc rozkwitła bezchmurnym niebem i gwiazdami. Ziemię mogła toczyć agresją kolejna wojna, ale wszechświat miał to w nosie.

Wkrótce nad Nowym Dworem Mazowieckim narodził się kolejny dzień i nikt nie był w stanie temu przeszkodzić. A szkoda.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Tuż po grzybobraniu

Słoń najwyraźniej ponownie musiał iść na stronę. Nie zważając na człapiącą powolnie Szeptuchę w asyście cwanego kota przesadził ogrodzenie i wkradł się na pole Stachańskich

– Hłe, hłe! – skomentowała zdarzenie babka, strzelając Mruczka familiarnie w ucho.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

Szeptucha poszła do chałupy i włączyła komputery. Sprawdziła rozkład jazdy PKS i zsynchronizowała zegarek ze spodziewaną godziną powrotu Aurelki ze szkoły. Potem odpaliła Google. Była ciekawa, co tam w Indiach słychać. Po piętnastu minutach przedzierania się przez doniesienia z Bollywood natrafiła na całkiem interesujący artykuł o hinduskich warnach i kastach, który wyjaśnił jej nieco dziwaczne zachowanie Rajata. Jednak prawdziwą bombą okazał się okraszony czarno-białymi zdjęciami artykuł o uprawie herbaty w indyjskim stanie Assam. Jedno z nich po powiększeniu ukazało wąsatego mężczyznę trzymającego delikatnie w palcach młody, herbaciany pęd.

– Mruczek! – wrzasnęła babka. – Przynieś no mi okulary!

Samo w sobie było to niezwykłe. Szeptucha stanowczo twierdziła, że wzrok ma sokoli, a starość się jej nie ima.

Zwierzak wywrócił bursztynowymi oczami i leniwie wyprężył grzbiet.

– Rusz się, leniu! – Babka pstryknęła palcami i niewielkie wyładowanie elektryczne zdecydowanie spotęgowało motywację kota.

Zdjęcie było słabej jakości, ale rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości. Na zdjęciu był Józek. Cały, zdrowy i uśmiechnięty.

– Mój braciszek mały! – roztkliwiła się Szeptucha i ponownie pacnęła Mruczka w ucho.

– Co znów? – zaprotestował.

– Leć do kuchni, Rajata obudź, i go tu natychmiast przyprowadź. I ten list fałszywy przynieś! – zażądała stara i ponownie wpiła uzbrojone w okulary spojrzenie w zdjęcie Józka.

Comments are closed.