Szeptucha 9

Szeptucha 9

image_pdfimage_print

Dożynki część 1

Zenek Kapeluszny ocknął się nagle i nie było to przyjemne przebudzenie. Jego dolna połowa ciała spoczywała na drewnianej ławce, a górna znajdowała się w zgoła opłakanym stanie. Dłonie oplatały miłośnie pęki pokrzyw, tors oddychał niespokojnie, a półotwarte usta wypełnione były obślinioną ziemią. Wysuszony jęzor podjął próbę udrożnienia jamy ustnej, ale zadanie okazało się ponad siły. Z niemiłosiernym skrzypieniem do sklepu zbliżał się rower. Aurelka wyhamowała przed wejściem i oparła pojazd o płot. Chwyciła siatkę, dotychczas wiszącą na rączce kierownicy, i pomaszerowała do środka.

– Dzień dobry! – zaświergotała radośnie. – Dwadzieścia bułek poproszę!

– Dzień dobry! – odparła zażywna sklepowa. – Oj, to widzę, że u was cały czas ten indyjczyk mieszka, i apetycik na polskie jedzenie mu dopisuje?

Aurelka zignorowała wścibstwo ekspedientki i uśmiechnęła się uprzejmie. Przez chwilę wodziła wzrokiem po półkach, układając sobie w myślach resztę zakupów.

– Jeszcze pięć kilko karmy Pedigree poproszę, mleko i kupon totolotka. Tu ma pani numery.

– Proszszsz… – wycedziła urażonym tonem sklepowa i rzuciła na ladę torbę psiej karmy, karton Łaciatego i wydruk z maszyny totalizatora.

Lela kompletnie nie przejęła się fochami sklepowej Jadźki i ze stęknięciem zebrała wiktuały. Z pewnym wysiłkiem zaczepiła siatki na rączkach roweru i z niemiłosiernym zgrzytem nieoliwionego łańcucha odjechała w stronę domu prababci, kompletnie nie zwracając uwagi na cierpiącego kacowe katusze Zenka. A Kapeluszny cierpiał bardzo. Jego mózg bombardowany kakofonią dźwięków dnia codziennego zawiesił się na jednym, jedynym pragnieniu.

– Pić! – wycharczał Zenuś i na czworakach ruszył w stronę rowu melioracyjnego. Zarośniętego pokrzywami, jak się wkrótce okazało. Po wizycie urzędników unijnych został tylko smród bobków zdziczałych kóz, a skoszone przed wizytacją zielsko odrosło w pełnej krasie. Zenek zwinął się w trawie jak dziecko i zaszlochał bezradnie. Opodal przechadzała się koza.

– Dzień dobry, Lucyno! Dzień dobry, Mruczku! – roześmiana Lelka wjechała na prababciną polankę i przywitała się ze słoniem i z kotem. Zwierzaki nie pozostały obojętne i podbiegły do roweru. Znaczy, podbiegła słonica Lucyna, a w rytm drgań gleby przyturlał się kot Mruczek. Na podwórzu stała gigantyczna gliniana donica, do której Aurelia z niemałym wysiłkiem wsypała zawartość pięciokilogramowej torby karmy dla psów.

– Smacznego! – powiedziała, i odczepiwszy z rączki roweru siatkę z kajzerkami, pobiegła do letniej kuchni.

Lucyna rzuciła się łapczywie na swe polskie kulinarne odkrycie. Mruczek wskoczył na brzeg donicy i cierpliwie czekał na swoją kolej. On też preferował psie żarcie. Wychodził z założenia, że ludzie wolą te azorowate podlizuchy, i do karmy sypią im więcej mikroelementów, niż do żarcia dla nielubianych powszechnie kotów. Lucyna ideologii nie dorabiała. Jej wystarczyło, że żarcie nie śmierdziało bananami, którymi żywiła się przez wszystkie lata spędzone w Indiach. Z donośnym trąbieniem słonica powitała kolejny dzień w nowej ojczyźnie i ustąpiła grzecznie Mruczkowi miejsca przy donicy. Chwilę pokręciła się w miejscu i wkrótce pobiegła oddać zwyczajowy poranny stolec na polu Stachańskich.

– Już jestem, prababciu! – zaświergotała radośnie Aurelka, rozglądając się za Rajatem, swoim dalekim kuzynem z jeszcze dalszych Indii.

– No! W porę przychodzisz – powitała ją Szeptucha, odwracając się od kuchni. – Dopiero co Boguś przyszedł się z tobą obaczyć.

– Tata? – zdziwiła się Lelka. – A co chciał?

– Nie „co chciał”, a „co chce”, bo siedzi w paradnej izbie i nigdzie się nie wybiera – sprecyzowała prababka. – Z Rajatem usiadł i coś tam mu prawi.

– Zamorduję! – wrzasnęła Aurelia. – Znowu mi obciachu narobi!

– Cicho bądź! – ofuknęła ją Szeptucha. – A co ma niby narobić? Ojciec nie wie, że Rajat to twój narzeczony, racja?

– No racja – skapitulowała nastolatka. – No, ale co ojciec, prababko, od niego może chcieć? To podejrzane jest!

– A ile już Rajat tu u nas siedzi?

– No… tygodni parę. Krótko.

– I codziennie dziesięć kajzerek żre i miskę żuru z kartoflami.

– Oj, wie prababcia! – żachnęła się Lelka. – Tak gościom jedzenie wypominać!

– Ja nikomu nie wypominam, ale emerytura częściej niż każdego dziesiątego przychodzić nie chce, a żarcie, z pewnymi wyjątkami, w lesie nie rośnie. O! – podsumowała prababka. – A Boguś, tatuś twój znaczy się, Rajata chce u siebie w tej ochroniarskiej firmie zatrudnić. Nada się chłopak jak nic. Ma wyjątkowe zdolności do zdalnej prewencji.

– A ja to nie? – obruszyła się Lela.

– Ty też, dziecko.

– No to jak się Rajat do tatusia firmy zapisze, to ja też chcę. Razem będziemy na patrole chodzić! – ogłosiła stanowczo Aurelia.

– A może i to niegłupie? – zarechotała stara. – Pogadam z twoimi ojcami. Matka pewnie okoniem stanie, ale i na nią się sposób wynajdzie.

– Dzięki, prababciu! – rozpromieniła się Lelka i jej młodocianą jaźnią zawładnęła wizja nocnych patroli, przedzieranie się w mrocznej gęstwinie zarośli i wspólne czołganie się po pachnącej dzikim rumiankiem łące.

Co ciekawe, dokładnie to samo miała na myśli jej prababka.

– No, Leluś! – cmoknęła Szeptucha ponaglająco. – Chłopy gadają, ale jak to one, zaraz zgłodnieją. Łap smalec i kanapki rób, a ja pójdę wypuścić Lucynę na pole Zośki Stachańskiej.

– Sama polazła – osadziła babkę Lela, nie odwracając się od kuchennego blatu.

– Wot, zmyślna bestia! – cmoknęła z aprobatą Szeptucha i szurając kapciami poszła w stronę domu. Pokojowe czy nie, ale męskie rozmowy trzeba dozorować.

Janka, żona Bogusia i matka Aurelii, zazgrzytała ze złości zębami. Z całego serca nie znosiła babki męża i szarpały nią straszliwe zgryzoty, odkąd ta podła baba ukradła jej córkę. Niby Lela do domu przychodziła, ale pachniała tak obco, inaczej wyglądała, i opowiadała dziwactwa, którymi najwyraźniej podła Szeptucha jej myśli nabijała. Dobrze, że babsko przynajmniej na razie nie interesowało się Mateuszem. Oczko w głowie Janki skończyło podstawówkę z pierwszą lokatą i od września tego roku rozpoczęło naukę w gminnym gimnazjum. Największym marzeniem Janki było wykształcenie dzieci i wysłanie ich do Warszawy. Liczyła na to, że w zgiełku ogromnego miasta w jej potomstwie nie obudzi się genetyczna spuścizna niewygodnych krewnych. Krewnych, co należy wyjaśnić, pośród których Szeptucha była zaledwie nieszkodliwą, sfiksowaną staruchą. Zdecydowanie gorsze obciążenia genetyczne zafundowała dzieciom gałąź po kądzieli. Zaniepokojona matka miała nadzieję, że akurat to dziedzictwo nigdy się w jej dzieciach nie odezwie.

– Pst… – coś szurnęło w krzakach i syknęło porozumiewawczo.

– Kto tam? – zapytała ze zniecierpliwieniem w głosie Janina.

– To ja – wyjaśnił Mruczek.

– Wydawało mi się, że kot mówi „miau” – zadrwiła kobieta.

– Zależy, kto pyta! – odgryzł się kot.

– No, może i tak – zgodziła się dla świętego spokoju bogusiowa żona i zapatrzyła się w niebo.

– Nie będzie pełni dzisiaj – usłużnie podsunął zwierzak.

– Południe ledwie, a ty o nocy rozprawiasz – mruknęła Janka.

– Chmury będą, to i księżyc zasłonią.

– A guzik tam wiesz – żachnęła się matka Leli. – Pilnuj się lepiej dzisiaj, i tego słonia do stodoły na noc spędź, bo do rana tylko kości z niego zostaną.

Kot wygiął grzbiet, zeskoczył na trawę i na wszelki wypadek nie podjął dalszej dyskusji. Nie godzi się spoufalać z obcym obozem.

– Stara proszą, żebyś do niej na herbatkę zaszła po południu. Sprawę ma – wypalił na odchodne i uznawszy, że misja została wypełniona, czmychnął w pobliskie krzaki.

Janina wzruszyła ramionami i weszła do domu. Jeszcze czego! Na audiencję do jaśnie prababki chodzić nie zamierza! Na oparciu fotela zauważyła lelczyne gatki. A może jednak pójdzie? Może to pora najwyższa o swoją córkę pierworodną się upomnieć?

– Wstawaj, Zenek! – W jaźń skacowanego Kapelusznego wbił się ostry głos sołtysa Alojzego Gąsiora.

– Czego chcecie? – wymamrotał pod nosem pijak.

– Robota jest!

– W niedzielę nie robię!

– Wot, durny ty, wtorek przecie dzisiaj – zarechotał sołtys.

– Nie może to być! – przeraził się Zenek i usiał gwałtownie. W głowie mu się zakołysał świat, ale nie to było najgorsze. – Psiamać! Rentę po tatulu podpisać w poniedziałek miałem!

– No to widzisz, z renty nici. Znaczy się, robota jak nic ci się przyda. Wstawaj!

– Sił nie mam! –poskarżył się Kapeluszny.

– No to masz – ulitował się sołtys i podał cierpiącemu butelkę zimnego piwa.

– Dzięki, sołtysie! – Zenek chwycił flaszkę, zębami kapsel zerwał i łapczywym haustem wypił aż do dna. Beknął donośnie i westchnął z nieskrywaną ulgą. – Z pana to jednak porządny chłop jest.

– No! Sprawisz się dobrze, to potem i winko dostaniesz. Idziemy!

Zenek poderwał się dziarsko, i nikt by się nawet nie domyślił, że jeszcze kilka chwil wcześniej czołgał się z trudem po łące. Teraz podążał za swoim zbawcą, dziarsko przesadzając kępy pokrzyw i rozgarniając wysokie zielsko.

– Co to za robota, szefie? Znowu jakaś komisja do nas jedzie?

– Gorzej, Kapeluszny. Dożynki idą – westchnął sołtys. – Baby jak co roku pocipiały i Bóg wi, co chcą na poczęstunek szykować.

– Wyżerka znowu będzie! – ucieszył się Zenuś.

– Aj, Kapeluszny, do wyżerki to jeszcze daleka droga! Każda wieś dostała na przygotowania po pięćset złotych.

– Jezusie, toż to majątek!

– Głupiś, Kapeluszny, jak but! Na wina przeliczasz, a ja tu kombinuję, jak całą gminę na naszym stoisku dożynkowym ugościć za te nędzne grosze., – parsknął ze złością Alojzy Gąsior. – I, co więcej – dodał po chwili – jak tu rywali pokonać i na dożynkach wygrać.

– No… a wianek? – podsunął nieśmiało Zenuś.

– Wianek! Wianek! A co ma wianek do tego? Wyplatają baby jakiś ołtarzyk ze świętym Janem Pawłem II i na konkursie wianków mamy całkiem spore szanse. No ale, Kapeluszny, sam powiedz, damy radę na stoisku słomą ludzkie kichy zapchać?

– No fakt, ma sołtys rację. Nie damy rady. Ludzie nie kozy, słomy żreć nie chcą – podsumował Zenek filozoficznie.

– Jak ja ci dam kozy, do jasnej cholery…! – wrzasnął sołtys na wspomnienie chińskich kóz, które sprowadził do wsi przed przyjazdem komisji unijnej w celu założenia pokazowej farmy ekologicznej.

– Dobra, nic nie mówię – wycofał się pospiesznie Kapeluszny. Grunt był śliski. W końcu to on stawiał zagrodę, z której kozy pouciekały tuż przed przyjazdem członków delegacji.

– No i słusznie! Nie gadaj, tylko słuchaj – odparł sołtys, wychodząc na drogę i energicznie otupując buty. – Zależy nam na zajęciu pierwszego miejsca w konkursie stoisk z żarciem regionalnym, ale żeby tego dokonać, to potrzebujemy trzech rzeczy.

– Żarcia?

– Żarcie to właśnie efekt trzech składowych, o których mówiłem, zanim mi się wciąłeś między wódkę a zakąskę! – prychnął wściekle szef wioski.

– Aha! – skomentował inteligentnie Kapeluszny, który tak, prawdę mówiąc, z wypowiedzi sołtysa wysyntezował wyłącznie „wódkę”, i na wszelki wypadek postanowił się zgodzić. A nuż Alojzy Gąsior będzie polewać?

– Nam jest, Kapeluszny, potrzebna po pierwsze, wiedza, co sąsiedzi gotują, po drugie, stosowne wiktuały zdobyte tanim kosztem, i po trzecie, dobra nalewka, która z nóg nie zetnie, ale pijących rozweseli.

– Pędzić mam, znaczy się? – ucieszył się Zenek.

– A idź ty mi z tymi swoimi samogonami, Kapeluszny, bo nie wytrzymam zaraz! Nikt nie uwierzy, że twoje trunki fioletu od śliwek nabrały. Ty masz, Zenek, inne zadanie. Szpiegiem będziesz i tym, no… inspicjentem..

– Pan sołtys się za reżyserkę bierze?

– Co ty, Zenek, pier…?

W środek plugawych słów, które zamierzał wygłosić ojciec wsi, wciął się zenkowy kaszel.

– Znaczy się, intendentem mam być? – domyślił się Kapeluszny.

– I to nie byle jakim! – Sołtys najwyraźniej odzyskał rezon. – Masz zdobyć składniki za darmo. No! A teraz leć po chałupach, z babami gadaj, i zamówienia zbieraj. Tam już cię czekają z wiśnióweczką.

Ostatni argument sprawił, że Zenon Kapeluszny podskoczył w miejscu i pognał w stronę zabudowań, jakby go sam wampir gonił.

– Osobiście uważam, mój drogi wnuku, że dalsze ustalenia można przy drugim śniadaniu poczynić – Szeptucha stanowczo wkroczyła w środek męskich rozmów.

Rajat siedział cokolwiek otumaniony i wodził czarnymi oczami o migdałowym wykroju od ciotecznej prababki do ojca Lelki, groźnego i postawnego faceta w czarnym uniformie. Na wszelki wypadek zaniechał podczas rozmowy zwrotu „kochany wuju” i czujnie wsłuchiwał się w słowiański głos ojca swojej ukochanej. Dziękował opatrzności, że pradziadek Józek wtłoczył mu do łba podstawy socjologii słowiańskiej. Aurelia była oczywiście inna i rozumiała wszystko, ale jej rodzina stanowiła wyzwanie. Do cholery, tu nawet bananów nie było! Znaczy były. W sklepie i nawet na paterze w kuchni letniej, ale nikt ich nie używał do gotowania. Nienormalne kompletnie. Lucynie się podobało, ale Rajat tęsknił do domowego jedzenia swej matki. U niego w domu przynajmniej się żarcia z lasu nie przynosiło w wiklinowych koszykach. Chociaż z drugiej strony żurek z grzybami…

– A co tam gotujecie, babko? – zaciekawił się w tymczasem Boguś, ojciec Aurelii i wnuk Szeptuchy.

– Oj, wnusiu, nie ja warzę, ino córka twoja. Chodźcie do kuchni, bo tam żur stygnie, a i kanapki ze smalcem się znajdą. – To mówiąc, babka łypnęła nie na swojego wnuka, ale na Rajata, który obślinił się na wzmiankę o żurku.

Atmosfera w kuchni była gęsta, że nożem by ją można kroić. Lelka nalała zupę do talerzy i teraz nerwowo siorbała, spoglądając raz na ojca, raz na prababkę. Wzroku Rajata na wszelki wypadek unikała.

– No to co tam, Boguś, z Rajatem ustaliliście? – od niechcenia rzuciła Szeptucha.

– A… chłopak zmyślny, to mi się w firmie przyda. Jutro go szefowi przedstawię. Nada się jak nic. Krewnych trzeba przecież wspierać, no nie? – Boguś uśmiechnął się od ucha do ucha, a Lela zakrztusiła się kartofelkiem.

– Co tam, córuś? – zatroszczył się Boguś.

– Nic jej nie będzie! – zbagatelizowała sprawę Szeptucha i walnęła prawnuczkę w plecy. – Powiedz lepiej, Boguś, czy Rajat ci się pochwalił swoimi niezwykłymi zdolnościami?

– Nie, a powinien? – zapytał ojciec Aurelii, pospiesznie przełykając zawartość łyżki.

– Rajat! – zadysponowała stara.

Chłopak z żalem porzucił talerz, wstał i złożył przed Bogusiem głęboki ukłon. Zaplótł nogi na wysokości stołu i zawisł w powietrzu. Dotknął kciukami śniadego czoła, i dryfując ponad linoleum, skłonił się ponownie.

– No ładnie, ale jak to się ma nam niby w firmie przydać? Będziesz biurka lewitował, żeby sprzątaczce było łatwiej? – parsknął histerycznym śmiechem Boguś. Tak się zazwyczaj dzieje, gdy zwykły zjadacz chleba stanie się mimowolnym świadkiem zjawiska, które wykracza poza jego zdolność percepcji. Gdy wyprzeć się nie da, to trzeba zjawisko zbagatelizować.

– Tatusiu! – Aurelia poderwała się na równe nogi i stanęła obok dryfującego nad podłogą Rajata. – Jesteś okrutny i nieczuły! – Napięte do granic ostateczności nastoletnie nerwy nie wytrzymały, i z sarnich oczu nastolatki potoczyły się wielkie jak groch łzy.

– A co ja znowu nie tak powiedziałem? – zdumiał się ojciec ochroniarz.

– Cicho, Boguś, siedź – zadysponowała Szeptucha i cmoknęła z dezaprobatą. – Lela, pokaż, co potrafisz!

Aurelia spojrzała na prababkę i potrząsnęła przecząco głową.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się – uspokoiła ją stara. – Zniszczenia pokryje PZU, a ta kuchnia letnia już dawno się o remont prosi.

Lela stanęła za dryfującym prawnukiem Józka i głęboko westchnęła. Przytuliła się do pleców Hindusa i pstryknęła palcami. W jednej chwili dach chałupy nabrał niespotykanej elastyczności i zassał eternit do środka. Gdy Lela wypuściła powietrze z płuc i kaszlnęła, poszycie wróciło na swoje miejsce, a papa wystrzeliła płatami na pole Stachańskiej. Warkoczami energii na parę młodych spływały zjawiska atmosferyczne. Nad podwórkiem rozpętała się burza z piorunami. Słonica Lucyna z donośnym rykiem umknęła do stodoły. Aurelia wtuliła dłonie we włosy Rajata. Wyładowania elektryczne nakładały na letnią kuchnię kolejne czasoprzestrzenie. Boguś, kompletnie oszołomiony, chłonął epoki, dziwne miejsca i nieznane stwory wirujące wokół pary dzieciaków. Na kuchennej ścianie wyświetlały się kolejne kadry wydarzeń historycznych, a chałupa drżała w posadach.

Po kilku chwilach świat wrócił do normy.

– No i po awarii – ogłosił radośnie Boguś, podrywając się na równe nogi. – Pójdę już, babko. Do pracy muszę wracać – posłał starej wymuszony uśmiech i chwiejnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– No masz, i gadaj tu z takim! – zwiesiła głowę Lelka.

– Boguś! – osadziła go Szeptucha.

– No?

– Co no? – żachnęła się baba. – Nadadzą się czy nie?

Boguś powiódł nieprzytomnym spojrzeniem od babki do Aurelii.

– Tak, tak. Niech przyjdą jutro do biura – wyszeptał i uniósł głowę. – Coś z tym dachem by trzeba … – Wykonał nieokreślony ruch ręką i pospiesznie czmychnął z letniej kuchni.

– No, to załatwione! – zarechotała babka. Klasnęła z radości w dłonie i puściła do Leli oko.

Comments are closed.