Browsed by
Tag: felieton

image_pdfimage_print
Polskie drogi 3

Polskie drogi 3

 

Do rozwinięcia tego tematu zainspirował mnie pewien blog, na którym mój znajomy recenzuje hotele, w których bywa. Wnikliwie przeanalizował swoje spostrzeżenia i zrobił własny ranking plusów i minusów. Wprawdzie nie goszczę w hotelach aż tak często jak on, ale też niektóre przemyślenia mam całkiem podobne :)

Zacznę prozaicznie, od koszy na śmieci. Zupełnie nie rozumiem dlaczego one ZAWSZE są takie maleńkie i zwykle stoją gdzieś wciśnięte w najdalszy kąt łazienki(?) Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w hotelu, gdzie nie musiałabym rezygnować z kosza na rzecz foliowej siatki na zakupy. No bo na co komu taki tyci kubełek? Wrzuci człowiek do środka puszkę po piwie albo nie daj Boże dwie, a już się klapa nie domyka, i jeszcze człowiek wychodzi na menela, że wypił tyle, że aż cały kosz zapełnił 😀 Oczywiście jeśli w ogóle ta klapa działa, bo zwykle  pedał jest zepsuty albo kosz stoi w takim miejscu, że nie ma jak sięgnąć nogą, albo też jest tak mały, że zanim się klapa otworzy to się ten kubełek przewróci. Drodzy hotelarze, nie oszczędzajcie, proszę, na śmietniczkach! Postawcie normalnie, pod biurkiem choćby i plastikowy pojemnik na zwykły worek, rzecz jasna z workiem, bo również i worków nader często brakuje.

Drugą ważną dla mnie kwestią jest wi-fi. Łącze bezprzewodowe w dzisiejszych czasach jest już normą i właściwie jest dostępne już wszędzie, ale niestety w wielu hotelach, nawet i tych dobrych, jedynie z nazwy. Nie zliczę ileż to razy biegałam po korytarzu z laptopem i szukałam zasięgu. Raz go znalazłam na balkonie, niestety w styczniu. Drugim razem w ogródku restauracji, niestety bez możliwości skorzystania z elektrycznego gniazdka, ale się nie dałam. Skombinowałam kilka przedłużaczy i siedząc dwadzieścia metrów dalej podpięłam się do prądu w recepcji. Ha! Rzeczą nagminną jest, że w pokojach połączenie się zrywa, a w odpowiedzi na pytanie o jakąś inną sieć, recepcjonista ZAWSZE robi oczy wielkie ze zdziwienia i mówi, że u niego jest wszystko w porządku i nic nie zrywa. No tak, uwielbiam ten niewinny i pełen szczerego zdziwienia ton, że to chyba właśnie tylko tak teraz, bo przecież do tej pory wszystko działało normalnie :)

Oczywiście przy recepcji zawsze zasięg jest full, ale przecież gość płaci za pokój w hotelu, a nie za miejsce stojące przy recepcji.

Nie, nie :) Nie myślcie sobie, że ja jestem jakaś upierdliwa, ale powiedzcie czy jakąś wielką fanaberią jest oczekiwać, by w hotelowym pokoju znajdowała się wystarczająca ilość gniazdek?  Zwykle są dwa, zazwyczaj gdzieś wciśnięte głęboko za biurkiem, ewentualnie pod biurkiem. Nie dość, że aby się tam dostać, trzeba albo wyrżnąć głową w szufladę, albo też gruntownie przemeblować pokój, to żeby na przykład podładować telefon trzeba zrezygnować z telewizji lub z oświetlenia na biurku. A już jednocześnie podłączyć laptopa, ładować telefon i przy akompaniamencie muzy z MTV przy okazji jeszcze wieczorem widzieć klawiaturę, to już normalnie opcja, która w przyrodzie nie występuje prawie wcale. Ja z gatunku tych bardziej zapobiegliwych, więc od niedawna wożę w walizce złodziejkę. Przedłużaczy już wozić ze sobą nie będę, ale i telefon na wszelki wypadek staram się naładować w samochodzie :)

No i ostatni hotelowy „kwiatek” czyli prysznic. Tu mogłabym wyprodukować długaśną epistołę, ale że to tylko felieton, zatem będę się streszczać. Kran. Tylko kran i aż kran, przy którym prawie nigdy nie wiadomo, w którą stronę obrócić wajchę, by poleciała ciepła woda, a przy nieco starszym patencie z zakręcanymi kurkami prawie zawsze z tego czerwonego zimna woda poleci :) No i ciekawe jeszcze skąd ta woda poleci… Czy zaatakuje nas od sufitu intensywny opad z podstępnej deszczownicy, czy też słuchawka nagle wywinie się z uchwytu i tańcząc ruchem wężowym nie spuści nam lodowatego prysznica na łepetynę prosto od fryzjera? A jak do tego jeszcze dodamy zacinające się drzwi od kabiny, obowiązkowo – mniej lub bardziej – przytkany odpływ z brodzika oraz stary jak świat wynalazek w postaci ceratowej zasłonki, której nikt nigdy nie myje, wieczorna tudzież poranna toaleta w hotelowej łazience jawi się jako stresujące i wymagające saperskiego refleksu wyzwanie. Ja nie wiem jak to jest, ale choćbym nie wiem jak sprytnie umknęła przed opisaną wyżej serią wymyślnych zasadzek i choćbym nie wiem jak zwinnie wiła się w okolicy najdalszego kąta prysznica to i tak ta obrzydliwa zasłonka ZAWSZE, jakimś cudem, mi się do tyłka przyklei 😀

Bajkowe życie

Bajkowe życie

 

Pewnie nie raz każdy z Was zastanawiał się, jak by nam się żyło, gdybyśmy umieli czarować. Oczywiście łatwiej, co udowodnił nam na przykład Harry Potter i jego kumple czarodzieje. Zamiast walczyć z przepaloną żarówką by sobie człowiek powiedział Lumos! I wygenerował światło z różdżki. Albo jakby się do niego jakiś dresiarz na osiedlu rzucał, to wystarczyłoby wyczarować świetlistego Patronusa. Gary w zlewie? Żaden problem – szybkie zaklęcie i wszystko zmywa się samo. Do pewnego stopnia sprzęty typu zmywarka zastępują nam magię, ale tylko do pewnego. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten, kto nie toczył wojny domowej o to, kto powyciąga i poodkłada na miejsce czyste talerze. A jakby różdżka była, to – siup! – szybkie machnięcie i wszystko samo grzecznie szybuje do szafek.

Czyli ustalamy, że sprzęty domowe jak zmywarka czy pralka są czymś w rodzaju połowicznej magii. Co sprytniejsi wyczarowali sobie, w celu uzupełnienia owej magii, panie do pomocy, ale użyli zaklęcia EXTRAPIENIĄDZUS WYDANOS! Nie każdy je opanował, więc wracamy do punktu wyjścia.

Czyli do tego, jakby to było, gdyby była magia i za jej pomocą rozwiązywałoby się wszystkie problemy. I co najważniejsze – jakby się to sprawdziło w naszym pięknym kraju.

Bo w Anglii to wiemy. Banda młodocianych czarodziejów szła na dworzec kolejowy, rozpędzali się i szarżując słup przenosili się na peron 9 ¾. Potem wsiadali w pociąg, który odwoził ich do szkoły z internatem, gdzie mieli różne ciekawe przygody z przewagą niebezpiecznych, a ich rodzice zajmowali się swoimi sprawami i na prawie rok zapominali, że mają potomstwo. Wygodnie, elegancko i… w naszych realiach raczej nierealnie 😀

Czym więc zajmowaliby się czarodzieje nad Wisłą?

Ha! Na takie pytanie nikt chyba jeszcze nie odpowiedział, więc pozwólcie, że przedstawię Wam przykładowy dzień modelowej rodziny czarodziejów z naszych stron 😀

7.00

Mama czarodziejka otwiera jedno oko i nienawistnym spojrzeniem patrzy na zaklętego w budzik i wrednie gruchającego gołębia. Po omacku namierza różdżkę i celuje nią w paskudę.

– GRUCHANDO FINITO! – syczy i spala gołębia pojedynczą iskrą.

– Znów? – mamrocze jej mąż czarodziej podnosząc się niechętnie. – To już dziesiąty budzik w tym miesiącu, kochanie.

– Nie szkodzi! Na jego miejsce po dwadzieścia dziennie siedzi i paskudzi na balkonie – bagatelizuje małżonka i człapie do kuchni.

A w zlewie oczywiście stos nieumytych naczyń.

– VASA ABLUO! – mówi czarodziejka i naczynia grzecznie podrywają się do góry.

Kran się otwiera i roznosi się przeciągłe syknięcie. Znów awaria wody.

– Jasna cholera! – denerwuje się pani domu.

– Co tam? – krzyczy z kibelka jej mąż.

– Znowu wody nie ma!

– Cholera, nigdy nie byłem dobry z zaklęcia znikającego – szepcze czarodziej, nerwowo zerkając w czeluść muszli klozetowej.

7.30

– Szybciej dzieci! – pokrzykuje nerwowo do dwójki latorośli pani domu.

– Ale mamo! – protestuje syn. – Kanapka z serem? Nie lubię!

– To nie lub dalej! – fuka pan czarodziej. – Nic innego nie ma.

– Nie możesz czegoś wyczarować? – prosi córka. – Ja też nie lubię!

– Z lodówki tata nic nie wyczaruje, bo nic innego nie ma. Nie było kiedy pojechać do Tesco… – wtrąca się mama.

– No to z Tesco niech wyczaruje… – prosi syn.

– Zwariowałeś? – denerwuje się matka. – Chcesz, żeby ojca zamknęli?

– A poza tym nałożyli silne zaklęcia ochronne – mruczy ojciec popijając herbatę.

8.00

Po szczęśliwym wypchnięciu rodziny za drzwi, pani czarodziejka, siada z westchnieniem na kanapie. Uruchomiłaby pranie, ale wody oczywiście dalej nie ma. A może by tak rzucić zaklęcie odkurzające? Dywany niezbyt czyste. Tylko po co? Smog zaraz znów nasyfi w chałupie, a czego on nie załatwi to dzieci dobrudzą.

Czarodziejka idzie więc do kuchni i wyjmuje z lodówki garnek z resztą niedzielnego rosołu. Stawia go na kuchence i wsuwa różdżkę pod pokrywkę.

– TRANSFORMATUS POMIDOROWA! – wygłasza zaklęcie i zadowolona z siebie wraca na kanapę.

Kolejnym zaklęciem włącza telewizor i przez następne cztery godziny gapi się w program ”Czarowanie na śniadanie” zżymając się w duchu na zgrabne zdziry, które pląsają radośnie po studiu. Cwaniary! Ciekawe, czy byłyby takie urocze bez nielimitowanych zaklęć odmładzających fundowanych przez swoich bogatych czarodziejów.

12.00

Po wysłuchaniu ostatnich porad z programu, z których najbardziej jej się spodobało to zaklęcie natychmiastowo mrożące francuskiego szampana, czarodziejka podnosi się z kanapy i zaczyna szykować do wyjścia. Z braku kominka nie używa proszku fiuu, tylko teleportuje się z czwartego piętra na dół klatki schodowej, bo winda znów zepsuta.

Już na podwórku przeskakuje zgrabnie nad samoodśnieżającą szuflą czarodzieja dozorcy, którą ten puścił w ruch tydzień temu i zapomniał odwołać do piwnicy, mimo, że po śniegu chwilowo nie ma nawet śladu. Szufla gorliwie lata po podwórku z niemiłosiernym zgrzytem trąc o gołe chodniki.

Czarodziejka wzrusza ramionami i w ostatniej chwili uchyla się przed workiem ze śmieciami, który leniwa sąsiadka lewituje do śmietnika wprost z balkonu na trzecim piętrze.

– Niech pani trochę uważa, pani Nowakowa! – wrzeszczy ze złością czarodziejka i nie oglądając się na sąsiadkę, rusza szybkim marszem w stronę sklepu osiedlowego.

12.30

Kolejka do mięsa nie jest długa, ale wyjątkowo powoli idzie. Każda z kolejnych stojących w niej czarodziejek próbuje rzucać na wędliny zaklęcie TERMINUS OBJAWIS, a ekspedientka za każdym razem rzuca się z poświęceniem krzycząc – PROTEGO!

Szczególnie w poniedziałki ma mnóstwo roboty. Od czasu, gdy w gazecie „Czarodziejka Polska” napisali, że supermarkety zatrudniają na weekendy bezrobotnych animagów, którzy transmutują przeterminowane mięso w produkty pełnowartościowe.

– Pani nie bierze kurczaka – szepcze do naszej czarodziejki sąsiadka z kolejki. – Pani wie, co oni z tym robią?

– Co takiego?

– Szwagier jest…

– Animagiem? – wtrąca czarodziejka.

– A gdzie tam! Kierowcą w hurtowni jest. – macha ręką z lekceważeniem sąsiadka. – I mówił, że jak tym animagom nie udaje się zamienić starych udek w świeże, to transmutują to paskudztwo w żywe kurczaki, które potem na zapleczu… No wie pani..

Kobieta przeciąga znacząco palcem po szyi, a czarodziejka wzdraga się i wychodzi z kolejki. Kieruje się do działu z warzywami i bierze nieco przechodzone pieczarki. Dzisiaj na kolację będą zapiekanki.

– Pani nie bierze tych pieczarek! – krzyczy za nią szwagierka kierowcy z hurtowni. – To transmutowane domy Smerfów przeznaczone do rozbiórki!

Ale czarodziejka już jej nie słyszy. Podchodzi do kasy i przytyka różdżkę do sklepowego czytnika. Jej koniec rozżarza się na czerwono informując, że nastąpił debet. Oddycha z ulgą, gdy płatność jednak przechodzi i szybko zmierza w stronę apteki, żeby wykupić mężowi eliksir na reumatyzm.

– Pełnopłatnie czy z przepisu? – pyta magister czarodziejka.

– Z przepisu – mówi żona, lewitując w stronę okienka świstek od lekarza.

– ENEFZETIKS REFUNDO! – wygłasza farmaceutka stukając różdżką w receptę.

 

  1. 30

Z hałasem, niczym tabun dzikich koni, do domu wpadają dzieci. Czarodziejka sprawdza krany i z ulgą odnotowuje, że woda znów jest. Cichym pyknięciem podpala płomień pod pomidorówką i nastawia wodę w rondlu na makaron.

– Myć ręce, szybciutko! – zarządza.

– Oj mamo! – marudzi syn.

– Bez dyskusji!

– Mamo! – zaczyna skarżyć córka. – No on to koniecznie musi umyć!

– Zamknij się! – wrzeszczy synek.

– Mów!

– Bo jak wracaliśmy – referuje z przejęciem córka – to po drodze spotkaliśmy taki samochód pełen dresiarzy. I tam było tak głośno! I Stasiu wyjął różdżkę i…

– I co? – pyta złowieszczo matka.

– No i rzuciłem zaklęcie DISCOPOLUS FINITE – krzyczy z łazienki synek. – A oni wyleźli z samochodu, wyjęli różdżki i powiedzieli WBEJSBOLUS TRANSFORMAE!

– Matko Boska! – szepcze czarodziejka. – I co było dalej?

– No i im się te różdżki zamieniły w takie kije bejsbolowe… – wtrąca córka.

– To wiem – macha niecierpliwie ręką matka. – Co wyście zrobili, pytam?

– No Stasiu skierował różdżkę na trawnik i powiedział KUPA LEVIOSA! Bo myśmy chcieli ich psią kupą obrzucić, ale zaklęcie nie wyszło, więc…

– Więc co?

– No ręką rzucaliśmy a potem uciekliśmy… – wyjaśnia z łazienki Stasio.

– Czarodzieju w niebiosach, dzięki ci, że wodę włączyłeś – zwraca oczy do nieba czarodziejka.

17.30

– To się w głowie nie mieści – obwieszcza od drzwi czarodziej, stawiając teczkę na komodzie w przedpokoju. – Tłok dzisiaj był taki w ministerstwie, że kompletnie nie wyrabiałem się w pracy. To jest nienormalne!

– Biedaku! – użala się małżonka. – Co się stało właściwie?

– Trzy delegacje zagraniczne. – odpiera ponuro czarodziej. – I żeby wszystkie na raz! A skąd! Co zdążyłem zaczarować mopy, żeby wszystko wyczyściły, to następni szli. A trzeba ci wiedzieć, że sam minister na centrum miasta zaklęcie śniegu rzucił, więc błoto porobili w ministerstwie straszliwe.

– Umyj ręce i chodź zaraz na kolację!

18.30

– Mamo? – zapytał synek – Dlaczego te pieczarki na zapiekankach są takie niebieskie?

– Daj matce spokój – ofuknął go czarodziej.

Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Właśnie się zaczynały „Doniesienia z Ministerstwa”.

Czarodziejka w tym czasie zapędziła dzieci do wanny i wymuszając obietnicę, że dokładnie się wyszorują wyczarowała im w nagrodę niewielki wodotrysk lemoniady.

– To się we łbie nie mieści! – wrzasnął z pokoju czarodziej. – Im się powinno różdżki połamać!

– A którym? – zainteresowała się małżonka.

– Wszystkim! VUDOS! – wypowiedział zaklęcie.

Na stoliku pojawiła się butelka zmrożonej wódki. Rozsierdzony czarodziej polał sobie lufkę i dysząc nienawiścią spoglądał złowrogo w telewizor. Wypił zawartość i odszukał wzrokiem flaszkę.

– O nie! – zaprotestowała czarodziejka. – FINITO!

Butelka zniknęła, a czarodziej spojrzał na nią z wyrzutem. Kumple nauczyli go interesującego zaklęcia FEMINE EVANESCO, które w tych okolicach lepiej działało w wersji ŻONOWYPARUS, ale pozostawała kwestia dzieci. Kochał je bardzo, a im ta kanalia była potrzebna jak tlen.

– PANTOFLUS PETRIFICUS TOTALUS – wyszeptał pokornie i podreptał do sypialni.

– No! – skomentowała z satysfakcją małżonka i odpaliła internetowy kurs latania na miotle dla początkujących.

Po podwórzu niósł się odgłos skrobiącego o chodnik plastiku. Dozorca nadal nie odwołał szufli do piwnicy.

Czarodziejka położyła się do łóżka. Zza ściany nadbiegały dźwięki wyjątkowo skocznej piosenki z nurtu disco polo. Kobieta poprawiła lokówki i wpiła w ścianę nienawistne spojrzenie.

– DISCOPOLUS FINITE! – wyszeptała. – I jeszcze KUPA LEVIOSA! Ha ha! Za mojego Staszka to KUPA LEVIOSA Z CAŁEGO OSIEDLA!

Wrzaski dobiegające z sąsiedniego mieszkania dodały jej otuchy i energii. Przyda się do jutrzejszego wyłapywania Smerfów, które masowo zbiegły z piekarnika.

Polskie drogi 2

Polskie drogi 2

Jak to zwykle bywa w dłuższej podróży, dziś również, po paru godzinach jazdy naszły mnie podróżne przemyślenia. Wsiadając do Babowozu zwykle myślę, że w drodze nic sensownego nie wymyślę, a tu, nie wiadomo kiedy, rusza myślowy ciąg i nie można go zatrzymać.

Dzisiaj na ten przykład, naszło mnie przy hot-dogu. A konkretnie wtedy, jak przy jakiejś nierówności na asfalcie wpakowałam sobie do nosa keczup z musztardą 😀

Szybkie żarcie to zdecydowanie nie moje klimaty, ale w sumie to nie podróżuję znów aż tak często, żeby sobie odrobinkę nie pogrzeszyć. Poza tym, w trasie trzeba czasem skorzystać z toalety, a jednym z nielicznych miejsc, które trzymają przyzwoite standardy czystości jest McDonald’s. W sumie, przy okazji taki wrap lub bułka z mielonym, popita ohydną, niezdrową i tuczącą colą również w większości krajów trzymają mniej więcej taki sam standard. Wiadomo czego się spodziewać, więc ten właśnie bar szybkiej obsługi jeszcze do niedawna był moim pewniakiem. No właśnie, do niedawna, kiedy to przymuszona pilną potrzebą zajechałam do ich odwiecznej radomskiej placówki. Skoncentrowana na czymś zgoła innym, nie dostrzegłam zaparkowanych nieopodal dwóch autokarów. Kolejka do kasy co najmniej na pół godziny i taka sama długa do toalety. Zrezygnowałam. Nie miałam aż tyle czasu 😉 Drugi, niefortunny i na domiar złego już kolejny z rzędu raz, trafił mi się na trasie Wrocław-Kraków. Tam spryciarze dla niepoznaki wprowadzili system numerków. Otóż, uradowana, że jest jeszcze przed jedenastą i załapię się na przedpołudniowe menu z pysznym wrapem z pieczarkami i serem, w ciemno zajechałam na miejsce. Zero kolejki do kasy, więc złożyłam zamówienie, zapłaciłam i dopiero wtedy spojrzałam na numerek. 37 miejsce w kolejce oczekujących na realizację zamówienia! Myślałam, że mnie szlag trafi. I to ma być bar szybkiej obsługi? Jaja jakieś…

Obraziłam się zatem na Maca i przeniosłam me podróżne uczucia właśnie w stronę hot-dogów ze stacji benzynowych. Nieczęsto robię sobie przerwy w trasie, bo zawsze jest mi szkoda tych samochodów, które już wyprzedziłam, a że wyprzedzam praktycznie cały czas, to mam czego żałować, więc to rozwiązanie wydało mi się jeszcze lepsze niż poprzednie :)

Ale nic to. Wróćmy do rzeczonych hot-dogów. Nawet je lubię. Poza tym nie trzeba na nie długo czekać i dają się zjeść w czasie jazdy, więc i tych powtórnie wyprzedzonych jest zdecydowanie mniej, natomiast dziwi mnie zaobserwowana przy tym pewna prawidłowość. A raczej dwie. Po pierwsze zawsze, ale to ZAWSZE muszę upaprać się keczupem. Jak nie pociapię sobie musztardowo-keczupową breją na ubranie, to umażę sobie twarz i na serwetce zostaje mi połowa makijażu. Wiem, wiem, zaraz mi ktoś powie, żeby nie jeść w trakcie jazdy, ale wiecie, zawsze człowiekowi szkoda tych pierwej wyprzedzonych, no i na postoju też zawsze się brudzę :)

Drugą sprawą, która nie daje mi spokoju, jest fakt, że sprzedawcy również ZAWSZE, ale to absolutnie bez wyjątku, najpierw podają człowiekowi hot-doga, a dopiero później wydają resztę. A jak ja mam schować resztę do portfela jedną ręką? Mam sobie wetknąć tę bułę do gęby, czy jeszcze gdyś indziej, czy jak? Innego sposobu nie ma, by się przy okazji nie pobrudzić, ewentualnie nie upuścić wykeczupowanego hot-doga na podstawkę do wydawania reszty i pobrudzić także i ją, co raczej jest rzeczą pewną, więc nie rozumiem dlaczego sprzedawca nie może najpierw wydać reszty, a później wręczyć klientowi zamówienie.  Ktoś może powiedzieć, że on też chce mieć wolne ręce, by móc wydać resztę i właśnie dziś usłyszałam takie tłumaczenie, bo już nie wytrzymałam i zapytałam. Trochę to dziwne, że w ślad za sprzedawcami lodów, nikt nie wpadnie na to, żeby postawić na ladzie choćby zwykły kubek z logo stacji, żeby na czas płacenia i wydawania reszty wszyscy mieli wolne ręce :)

Jak widać, na pewne rzeczy wpływu człowiek nie ma, a przecież tak wiele drobiazgów nas wnerwia.

Ja nie wiem jak to jest, ale za każdym razem, jak wlewam płyn do spryskiwacza, to na dnie baniaka zostaje mi resztka płynu. Tak, jakby nie można było zrobić tych baniaków o pojemności 3,7 litra. W ten prosty sposób uszczęśliwionoby wielu kierowców, którzy od razu po nalaniu płynu, wywaliliby pusty pojemnik do kosza, a nie zastanawiali się co z nim zrobić. Odkąd sięgam pamięcią, jeszcze nie zdarzyło mi się jeździć autem – a było ich grubo powyżej dwudziestki – żeby nie została mi resztka tego płynu :)

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze jedną, absolutną samochodową prawidłowość. Nie znam na nią patentu, więc może ktoś z Was ma jakiś sposób bym poczuła się lepiej. Nie oczekuję nawet odpowiedzi, jak temu zaradzić, ale będzie mi miło i poczuję się raźniej, że nie tylko ja tak mam. Tu pomijam ostatnie zdarzenie, kiedy to na podziemnym parkingu w galerii handlowej pękła rura kanalizacyjna, oczywiście bezpośrednio nad moim samochodem, bo mnie takie sytuacje po prostu lubią, ale chciałam zapytać o owady. Czy u Was też zawsze największy owad roztrzaska się żółtym plackiem na szybie, centralnie na wysokości Waszych oczu? Czy podniszczona guma od wycieraczki pierwszą smugę zostawi również w tym samym miejscu (nawet bez żółtych zwłok owada), tak jakby pierwsza nie mogła się wystrzępić wycieraczka po stronie pasażera? Przecież one zużywają się tak samo. A może nie? Może to jakieś wyłącznie moje osobiste fatum? Pojutrze znowu trasa, ale tym razem już wiem, o czym znów dla Was napiszę, ale skoro zima już przyszła, to szerokości i przyczepności Wam życzę :)

Iza

 

Unhappy New Year

Unhappy New Year

Z wieczorami sylwestrowymi różnie bywa. Jedni lubią dęte bale, inni domówki, jeszcze inni preferują wyjazdy albo plenerowe imprezy przy ognisku, kuligi. A jeszcze inni – nic.

Nie wiem jak Wy, ale ja zaliczyłam już w swym życiu wszystkie z powyższych i przyznam szczerze, że wszelkiego rodzaju imprezki i bale połączone z czyszczeniem restauracyjnych zamrażarek w kokilkach ze starym i pięć razy rozmrożonym strogonowem, kiedy to po północy już wszyscy wstawieni, zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Po kilku średnio udanych imprezach knajpianych, tudzież kilku imprezach masowych, zdecydowanie postawiliśmy na wieczory telewizyjne lub też imprezy wyjazdowe ze szczególnym akcentem położonym na szeroko pojęte narciarstwo oraz snowboardziarstwo :)

Ale wiecie jak to jest… Jeśli wszystko idzie gładko i przyjemnie, to się tego wcale nie pamięta. Co innego, jak się wszystko w iment posypie. Wtedy dopiero coś się dzieje. Są przygody = są wspomnienia.

W tym momencie należałoby z naciskiem zaznaczyć, że przy organizacji towarzyskich imprez wyjazdowych, istotne jest konkretne określenie miejsca wspólnego sylwestrowego balowania. Niby jest to sprawa aż nazbyt oczywista, ale jednak…

1/ W czasach gdy uczęszczałam jeszcze do klasy maturalnej, napatoczył mi się pewien o pięć (pięć! lat starszy!) amator, w sensie, że niby zadeklarowany narzeczony. Ów narzeczony pracował w dziale zaopatrzenia pewnej dużej państwowej firmy, a że obrotny to i wszystko załatwić potrafił, zatem gdy tylko pojawił się temat Sylwestra od razu przystąpił do działania. Jego firma, jak większość szanujących się w tamtych czasach przedsiębiorstw, dysponowała ośrodkiem wczasowym z góralskimi domkami. Konkretnie w Skomielnej.  Nie było na co czekać, więc skrzyknęliśmy z 10 znajomych. Bieda wtedy była, w domkach tylko pościel, więc na liście rzeczy niezbędnych do zabrania ze sobą znalazło się żarcie, picie, magnetofon, baterie, przepitka, alkohol… No i tyle. Bo cóż więcej było trzeba :)

Narzeczony dysponował małym fiatem, więc zabraliśmy się w czwórkę wraz z żarciem, bateriami i przepitką, a pozostali mieli dojechać pekaesem i dostarczyć resztę. Jechaliśmy całą paczką, ale na pewnym etapie coś poszło nie tak.  W efekcie, nasza czwórka wylądowała w domku w Skomielnej Czarnej z mnóstwem jedzenia, a pozostali, którzy jechali pekaesem zainstalowali się na przystanku autobusowym w Skomielnej Białej. My mieliśmy żarcie i popitkę, a oni mieli alkohol. My mieliśmy baterie R20, a oni mieli radio. My mieliśmy domek, a oni mieli przystanek autobusowy przy Zakopiance. Finalnie wszyscy wkurzeni. Nasi, bo nie mieli alkoholu. Mój „narzeczony” bo całą noc jeździł samochodem i szukał tych melepetów, co sobie wsie pomylili. Tamci też byli wkurzeni, bo mieli alkohol, ale bez naszej popitki. Prawie umarli z głodu i zamarzli na przystanku autobusowym. Na koniec obwinili nas o zły adres, a nasi towarzysze spokrewnieni z tamtymi z przystanku wściekli się na nas, że nie umiemy organizować imprez. Do domu wszyscy wrócili trzeźwi, zziębnięci, wkurzeni i pokłóceni na amen.

2/ Z tymi nazwami docelowych miejscowości na serio trzeba bardzo uważać. Pewnego razu, wraz z moim świeżo poślubionym mężem, postanowiliśmy powitać Nowy Rok narciarsko, na Słowacji. Jeszcze z czasów liceum zapamiętałam cudowną Tatrzańską Łomnicę i właśnie na tę miejscowość padł nasz wybór. Mąż pojechał do biura podróży, wykupił dziesięciodniowy pobyt w dwuosobowym pokoju z łazienką w Łomnicy i cały zadowolony pognał z nartami do serwisu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce…

Zamiast śniegu było błoto, a zamiast klimatycznego miasteczka w górach, trafiliśmy do okropnej mieściny położonej centralnie w rozległym stepie. Zamiast wymarzonego hoteliku trafiliśmy do jakiegoś domu, w którym mieszkało na biedę z dwadzieścia osób i wszyscy korzystali z jednej jedynej łazienki :)

Zamiast uroczych knajpeczek, w których mieliśmy zamiar się stołować, trafiliśmy na jedyną w miasteczku, odpychającą kuflotekę z ceratami zamiast obrusów. W dodatku po brzegi wypełnioną Cyganami, którzy to, jak się później okazało, stanowili 90% mieszkańców naszego miasteczka. Tatrzańska Łomnica i Wielka Łomnica to prawie to samo i, jak zwykle „prawie” czyni dużą różnicę. W tym przypadku rzekłabym, że kolosalną 😀

Ale nie daliśmy się tak łatwo! O nie! W oddali, gdzieś na końcu stepu majaczyły słowackie Tatry, zatem następnego dnia zarzuciliśmy narty na ramiona i ruszyliśmy na przystanek tamtejszej kolejki zwanej powszechnie elektrićką. Przynajmniej to jedno się zgadzało, ale do tego, żeby ujrzeć wyczekiwaną tabliczkę z napisem pozor vlak, trzeba było przejść w błocie jakieś dwa kilometry. Ale co tam. Człowiek młody, to się nie przejmował i żwawo drałował w butach narciarskich na peron. Później jeszcze, tylko jakaś godzinka jazdy pociągiem do tej właściwej Łomnicy, ale tym też nikt się nie przejmował. Perspektywa szusowania była ważniejsza, niż wszystkie trudy, więc następnego dnia raźno zameldowaliśmy się pod gondolową kolejką. Prawie jak VIP-y. Tanio nie było, przynajmniej jak dla studentów :) Wprawdzie kasjer trochę dziwnie nam się przyglądał, ale też bez mrugnięcia okiem sprzedał nam bilety na górę.

Mniej więcej w połowie jazdy, wjechaliśmy w chmurę. Widoczność na jakieś pięć metrów, ale przecież kto ma dać radę jak nie my? Nie w takiej mgle się śmigało, więc na górze przypięliśmy narty i zaczęliśmy się rozglądać za nartostradą. Jak się okazało, śniegu tam było tyle, co jakieś nędzne pięćdziesiąt metrów kwadratowych i na tym koniec, więc trzeba było odpiąć narty i zapłacić za zjazd kolejką w dół :)

Tym razem dotarła już do nas groza całej sytuacji. Nie było śniegu, nie było gdzie jeść, a nasza kwatera zasadniczo nie sprzyjała pomieszkiwaniu, więc zainstalowaliśmy się w restauracji na dworcu w Tatrzańskiej Łomnicy i finalnie właśnie tam spędziliśmy większość całego naszego pobytu. Ależ tam gotowali! Knedliki, bravcove rezenie, wyprażany syr, tatarska omaćka, hranolky i złoty bażant :)

Oj! pojedliśmy wtedy jak nigdy. I popiliśmy. Powroty na kwaterę nie były już takie straszne, a my, co prawda odrobinę niedomyci z braku możliwości częstego korzystania z łazienki, przynajmniej byliśmy najedzeni i nauczyliśmy się na pamięć jadłospisu po słowacku. Przez tydzień zostawiliśmy u kelnera chyba dwie jego wypłaty i wszystko szło świetnie, aż w końcu nastał sylwestrowy wieczór. W cygańskim miasteczku nikt nic o żadnej imprezie nie wspominał, a w górskich hotelach wszystko już było zajęte, więc jak w dym pojechaliśmy po południu do naszego dworcowego baru z nadzieją na imprezę. Od razu, na wejściu, nasz zaprzyjaźniony kelner szybko sprowadził nas na ziemię mówiąc, że o dwudziestej pierwszej zamykają, to więc my gazem do delikatesów.

Tuż przed zamknięciem sklepu chwyciłam z prawie pustej już półki dwa tanie wina o dźwięcznej nazwie novohradska dievica, a mój mąż ucapił flaszkę z cytrynową wódką.  Była strasznie żółta 😀

Zabezpieczeni na wieczór sylwestrowy, znów stawiliśmy się w naszej restauracji i tym razem zjedliśmy na koszt firmy, ale rzeczywiście o dziewiątej wieczorem nas wyprosili i sami pojechali do domu witać Nowy Rok. Niechętnie pozbieraliśmy nasze butelki i przeszliśmy do dworcowej kasy po bilety powrotne. Dosłownie kilka metrów dalej. A tu zonk! Ostatnia elektrićka już odjechała, a następna miała odjechać dopiero kilka minut po północy…

Właśnie zaczął padać śnieg, więc czmychnęliśmy do poczekalni, ale nasze szczęście trwało krótko, bo na dwie godziny przed północą wyrzucono nas na zewnątrz i zamknięto poczekalnię. Na szczęście, na peronie stała drewniana ławeczka, więc mieliśmy gdzie przycupnąć. Było magicznie. Upragniony śnieg sypał płatkami wielkości pięciozłotówek, a dworcowy termometr nareszcie zaczął wskazywać wyczekiwane minusy.  Rzeczywiście zrobiło się czarodziejsko, dopóki nam zadki nie zaczęły przymarzać do niczym niesłoniętej ławki. Nasze spojrzenia w jednej chwili spotkały się nad siatką z butelkami. W pierwszym podejściu sięgnęliśmy po cytrynówkę. Niestety zakrętki nie dało się odkręcić, więc odbezpieczyliśmy pierwszą dziewicę z Novohradu. Ych! W życiu nie piłam takiego świństwa i nigdy mnie tak nie otrząchało po wypiciu, ale co tam! Trzeba było się jakoś rozgrzać, prawda? Mój mąż również otrząchał się równo, a śnieg, w ciągu godziny, prawie nas zasypał.

Z każdego z okolicznych hoteli dobiegały nas radosne odgłosy sylwestrowej zabawy, a my co? Jak te ostatnie bidule, jak te przemarznięte sieroty usmarkane, jak te biedne dziewczynki z zapałkami i z flaszką taniego wina w dłoni, skuleni niczym obdarci bezdomni, czekający nocą na upragnioną elektrićkę do upragnionego pokoju u naszych romskich braci… odliczaliśmy minuty.

Na godzinę przed północą ujrzeliśmy dno pierwszej butelki, ale że ohydne wińsko jakoś słabo grzało to odbezpieczyliśmy drugą butelkę.  Tę udało nam się opróżnić prawie do dna, jak na łomnickim niebie rozbłysły noworoczne fajerwerki, a nasz pociąg nareszcie odtrąbił odjazd. Zmarznięci, ale szczęśliwi zaanektowaliśmy cały przedział, odstawiliśmy wino na składanym stoliczku i w kucki przylgnęliśmy do grzejnika. Nagle mój wzrok zatrzymał się w okolicy etykietki, na której drobnym maczkiem napisano, że to było… BEZALKOHOLOWE WINO :)

Święta, święta…

Święta, święta…

 

Iza: Wiesz co? Właśnie włączył mi się przedświąteczny stres. Zawsze tak mam, że na kilka dni przed świętami zaczynam odczuwać niepokój.

Jagna: Z czym konkretnie?

Iza: Że nie zdążę, w sensie, że przy gotowaniu mi coś nie wyjdzie, że czegoś zapomnę, choć się to nigdy nie zdarzyło, że coś jeszcze w międzyczasie zawalę i że komuś prezent nie siądzie. Starczy?

Jagna: Wcześnie Cię z tym stresem naszło w tym roku :)

Iza: To wszystko przez faceta z warzywniaka, w którym zawsze robię zakupy. Sprezentował mi dziś susz na wigilijny kompot. Wiesz jak ja nie cierpię tego kompotu?! Taki mętny i ciepły…, i te sflaczałe owoce. A fuj!  Aż mnie potelepało na samą myśl.

Jagna: To po co go robisz?

Iza: Bo Zbysiu uwielbia :) A ja uwielbiam zapach tego suszu. To mój ulubiony świąteczny zapach. A ty masz jakiś ulubiony? Z czym najbardziej kojarzą Ci się święta?

Jagna: Z czym najbardziej kojarzą mi się święta? Ha! Trudne pytanie, ale podejrzewam, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że ze świątecznym jedzeniem. Od najmłodszych lat miałam tak, że gdy tylko napłynęły pierwsze zapachy bigosu, to pchałam się do kuchni i nie dawałam się mamie ścierą przepędzić. Kulminacyjnym punktem kuchennej okupacji było oczywiście wylizywanie łopatek od miksera z kremu, który mama szykowała do wigilijnego tortu makowego. Czasy były, jakie były, słodyczy jak na lekarstwo, więc trudno się specjalnie dziwić 😀

Jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze na świecie były wigilijne pierogi z kapustą. Kiedyś z kuzynem (a mieliśmy może po 10 lat) zrobiliśmy zawody, które z nas zje ich więcej. Gdzieś po piętnastym straciliśmy rachubę, po czym ja opadłam na krzesło i myślałam, że zaraz pęknę, a on spokojnie zaatakował śledzie. Konsumował dłuższy czas, po czym nagle zzieleniał i poleciał truchtem do łazienki. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrałam, bo kuzyna z konkursu wykluczył niedozwolony doping w postaci śledzi 😀

Iza: Nie no, takich jazd to u mnie nie było :) Ale generalnie pierwsze skojarzenie to karp po żydowsku. Mniej więcej w co drugiej mojej książce bohaterka przyrządza go na Wigilię. No i oczywiście barszcz z uszkami, choć barszcz sam w sobie na naszym stole gości dość często, ale komu by się chciało lepić uszka w lipcu? Choć jestem osobą zapobiegliwą i już w wakacje obmyślam, co komu kupić pod choinkę  :) A tak na marginesie, kiedy przestałaś wierzyć w Mikołaja?

Jagna: Ty wiesz? Dokładnie nie pamiętam, więc to musiało być wcześnie. Mam w głowie jedynie taką migawkę, że tuż przed Wigilią zadzwonił telefon. Pamiętam go. Taki żółciutki i oczywiście z tarczą :) Mama mnie zawołała mówiąc, że Mikołaj dzwoni. I w telefonie rozległ się tubalny głos, którego się tak przestraszyłam, że mało w gatki ze strachu nie narobiłam. W ten sposób sąsiad (o czym dowiedziałam się długi czas po tej rozmowie) zapisał mi się w głowie traumą telefoniczną 😀

A jak było u Ciebie? Ej, a tak mi się skojarzyło, w Krakowie to pod choinkę Aniołek prezenty przynosi?

Iza: Ja zawsze zaliczałam się do tych łatwowiernych i naiwnych, więc wierzyłam dość długo. Nie pomogły nawet sensacyjne doniesienia od koleżanek, przedwcześnie uświadomionych przez starsze rodzeństwo. Ja wiedziałam swoje i z wypiekami na twarzy co roku układałam na parapecie list i grzecznie czekałam na prezenty. Do myślenia dało mi dopiero pewne zdarzenie u mojego kolegi, którego pewnej nocy z piątego na szóstego grudnia obudziły przekleństwa i hałas. Jak się okazało, przed snem nie odstawił tornistra na miejsce, a jego ojciec idąc po omacku z prezentami, potknął się o tornister i jak długi runął na podłogę. Przy okazji facet złamał sobie rękę i zmiażdżył część prezentów. Tak więc następnego roku postanowiłam sprawdzić, co jest grane z tym Mikołajem i nic nikomu nie mówiąc napisałam list i jak zwykle położyłam go na parapecie. Zazwyczaj znikał po kilku godzinach, tym razem leżał kilka dni. Znikł dopiero wtedy, gdy mama wyraziła swoje „zaniepokojenie” i zapytała czy napisałam już list. Powiedziałam, że list leży i czeka od tygodnia. No i cała   sprawa się rypła, bo list wyparował w pół godziny :) Później wystarczyło już tylko sprawdzić szafki.

A w temacie Aniołka, to niby kto ma przynosić prezenty pod choinkę? Mikołaj przychodzi 6 grudnia, więc to nie może być w kółko jeden i ten sam gość.  Choć z dwojga złego zawsze to lepsze niż jakiś Gwiazdor :)

Skoro już jesteśmy przy świątecznych regionalizmach, to jaką w Warszawie jada się zupę w Wigilię? Dasz krótki przepis?

Jagna: W Warszawie trwa odwieczna walka czerwonego barszczu i grzybowej :) U nas w domu rozwiązało się sprawę tak, że w Wigilię podajemy jedno i drugie. Czerwony barszcz oczywiście z uszkami a grzybową z makaronem. Barszcz jak barszcz, ale grzybowa musi być esencjonalna i czarna jak smoła. Już od sezonu grzybowego zbieramy na nią tzw. „smak”. Oznacza to po prostu tyle, że po każdych gotowanych grzybach koncentruje się pozostały wywar i mrozi. W przeddzień Wigilii się te wszystkie zapasy wyciąga, wrzuca do gara, dolewa wody, dodaje przemysłowe ilości suszonych grzybów oraz cebulę i dość długo gotuje. I to właściwie, po pierogach, jest moją ulubioną potrawą. Co nie znaczy, że gardzę barszczem z uszkami 😀

Chociaż i tak najważniejsze są prezenty i w cywilizowanych miejscach przynosi je Mikołaj, a nie żaden Aniołek 😀

A pamiętasz swój prezent marzeń? Taki, że aż Cię zatkało wrażenia? U mnie to był chomik, konspiracyjnie przechowywany u sąsiadów. Myślałam, że się posikam z radości jak znalazłam go pod choinką. Autentycznie zatkało mnie z radości. Mojego kota też 😀

Iza: To były narty, ale przy tej okazji zatkało mnie na dłużej z innego powodu… Miałam wtedy może 3-4 lata, gdy przyszedł do mnie św. Mikołaj z obstawą w postaci diabła i anioła. Mikołaj był prawdziwy. Biskup jak trzeba, nie jakiś pajac z koncernu. Anioł był cudowny, miał prawdziwe skrzydła i blond włosy, ale najlepszy z tej trójki był diabeł.  Na rogach miał mrugające czerwone lampki. Cały czas chodził po przedpokoju. Jedną ręką kręcił młynki ogonem, drugą potrząsał brzęczącym łańcuchem.  Dałabym głowę, że miał nawet kopyta! Tak mnie zamurowało z wrażenia, że wypuściłam powietrze dopiero jak wyszli. Po latach dowiedziałam się, że byli to aktorzy z teatru Bagatela, zatem pełna profeska.  Dorosły by się nabrał :) Pamiętam tego diabła, wymarzone narty, które wtedy dostałam i konsternację Mikołaja, jak na jego standardowe pytanie, czy byłam grzeczna, uczciwie powiedziałam, że nie za bardzo, i że nadal obgryzam paznokcie :)

Drugim, niestety już nie tak miłym, wspomnieniem pozostaje w mej pamięci widok prezentów pod choinką w Wigilię, w stanie wojennym. Mama stanęła wtedy na głowie i skądś wytrzasnęła prezenty, ale nie miała ich w co zapakować, więc zapakowała wszystko w wymięty szary papier i w gazety.  Może właśnie dlatego teraz godzinami ślęczę przy pakowaniu prezentów, choć dziś najlepiej kupić ozdobne torby i załatwić sprawę w kilka minut.  Ciekawe, jak u Was? Papier czy ozdobna torebka? Łatwizna, czy męka dla bliżej nieokreślonej idei? 😀

P.S. Jakoś strawię tę aluzję, w tym słabo zawoalowaną dyskredytację Krakowa oraz Aniołka. W końcu idą Święta i należy być dobrym dla bliźnich. Na szczęście nie przychodzi do nas Dziadek Mróz i z tego należy się cieszyć 😀

Jagna: Tu się zgadzam. Dziadek Mróz niech w Rosji siedzi 😉 A z tym pakowaniem prezentów to różnie u mnie bywa.  Z natury jestem estetką i lubię rzeczy ładne, ale przed świętami jest tyle do roboty, że czasami ratuję się torbami. Gazet w każdym razie, jak żywo, nie pamiętam 😀

Poza tym wyznaję zasadę, że wstążeczka zawsze ratuje sytuację. W zeszłym roku się zawzięłam na piękne pakowanie. Spędziłam nad tym parę godzin, ale efekt był imponujący: ładny papier, piękne wstążki i nawet gałązki choinkowe. Normalnie żałuję, że zdjęć nie porobiłam :)

A jak już tak temat choinki wypłynął, to muszę Ci powiedzieć, że absolutnie nie uznaję sztucznej. I nawet nie o wygląd chodzi, tylko o ten zapach. Jeśli w domu nie pachnie choinką, to tak, jakby świąt nie było. I pewnie sobie naiwnie teraz pomyślałaś, że skoro jestem zamiłowaną estetką, to i moja choinka się elegancko prezentuje. Otóż nic bardziej błędnego. Moja choinka to totalny bazar obwieszony bagażem sentymentalnym 😀

Czego tu nie ma! Koślawe łańcuchy z kolorowego papieru produkowane przez kolejne pokolenia dzieci, zabawki choinkowe rodem z PRL-u i nawet papierowy paw, którego z pomocą mamy skleiłam, gdy miałam z pięć lat. Jest tak obleśny, że przez całe święta toczymy z mężem wojnę. Ja pawia montuję na samym froncie a Piotrek po cichu go wrzuca na tył choinki. No to ja go znów na widok wystawiam. I tak przez całe święta aż do dnia rozebrania choinki, gdy ów koszmarny paw ląduje na kolejny rok w kartonie z bombkami 😀

Niech zgadnę! U Ciebie jest elegancko i choinka posiada konkretny zestaw kolorystyczny, zgadłam? :)

Iza: Niezupełnie. Posiada kilka zestawów kolorystycznych :) Co roku kto inny decyduje w jakim kolorze lub zestawie kolorystycznym ubrana będzie choinka, więc co roku jest inaczej. Odnośnie samej choinki, to niestety ostatnimi laty mamy sztuczną. Po pierwsze, od wielu lat wyjeżdżamy na narty już w pierwszym dniu świąt, więc zawsze po powrocie do domu już w styczniu, zastawaliśmy zasuszonego drapaka. Swoje dołożyły również zwierzęta. Psu tak pachniało ogrodem i lasem, że nieraz potrafił się zapomnieć i centralnie choinkę obsikać, ale to jeszcze pół biedy. Najbardziej w kość dają koty. Szajbie kilka razy zdarzyło się choinkę przewrócić, bo się na nią wdrapała. Wprawdzie ostatnio na zimę tyje i przybiera formę kulistą, więc już nie za bardzo jej się chce latać po drzewach, ale kto ją tam wie. Natomiast Kapsel, na widok choinki i ozdób, dostaje kompletnego świra. Przy nim żadna choinka by nie przeżyła, gdyby moja córka nie doznała olśnienia, że koty nie lubią zapachu cytrusów. Ususzyłam zatem w piekarniku plastry pomarańczy i udekorowaliśmy nimi choinkę. Patent zadziałał, bo koty obraziły się na amen i nawet do niej nie podeszły, więc w tym roku znów będzie u nas cytrusowe drzewko :)

Pomału będę już kończyć, bo kuchnia mnie wzywa i trzeba ruszyć do garów, ale mam nadzieję, że nie każesz się prosić i wrzucisz fotkę tego pawia :) Ciekawość mnie zżera, o co z Piotrkiem tak zawzięcie walczycie, a korzystając z okazji chciałabym Wam oraz wszystkim naszym wspaniałym czytelnikom i sympatykom złożyć życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jagna: Wesołych Świąt Kochani :)

Ps. Skoro tak ładnie prosisz, to poniżej masz zdjęcie pawia. Tylko pamiętaj! Co się zobaczy tego się nie da odzobaczyć 😀

 

Tornado 10

Tornado 10

Ciągle ktoś mnie pyta dlaczego robię to, co robię, a ja nie za bardzo wiem jak mam odpowiedzieć, żeby przy okazji nie wyjść na wariatkę. Tornado wprawdzie ostatnio wyraźnie zmniejszył częstotliwość dostarczania nam ekstremalnych doznań, ale nadal jesteśmy czujni jak ważka. Rzecz jasna, nikt nie wie, ile on ma lat, ale wyraźnie się postarzał. Posiwiał, gubi zęby i regularnie łyka lekarstwo na artretyzm. Ale nic sobie z tego nie robi. Właśnie leży na plecach w nowym kojcu i chrapie jak stary marynarz, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Przecież na emeryturze też się coś stworzeniu od życia należy, więc czasem jeszcze jakiś numer się wytnie :)

A było to tak…

Wichura wyrwała nam z płotu sztachetę, a w ślad za tym Tornado wylazł przez dziurę w ogrodzeniu i oddalił się w niewiadomym kierunku. Trudno. Raz w jego karierze pewnie już jakoś tak ze 105, więc jak widzicie jestem zaprawiona w bojach. Jak go tylko auto nie trzepnie, to gdzieś się przybłąka, ktoś się znowu nabierze na to jego poczciwe ryło i do mnie zadzwoni, że znalazł pieska. Zatem luzik. Czekamy.

Minęła godzina.
Telefon:
– Dzień dobry, czy nie zginął pani piesek?
– Zginął.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30 (gigantyczne osiedle wokół, milion adresów).
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Miła pani przechowała psa do mojego przyjazdu. Zastałam gnojka na kocyku, z pełną michą, w dodatku mizianego przez dwójkę dzieciaków, co to w domu pieska nie mają. Nie wiem, kto był bardziej rozanielony tym mizianiem. Dzieci czy pies. Przejęłam zbiega i chciałam jakoś się zrewanżować, ale pani odmówiła stanowczo.


Trzy tygodnie później…

8.00 rano. Właśnie, połamana na maksa po wcześniejszym pilatesie, startuję ja sobie na jakiś normalny trening, żeby rozruszać bolące zwłoki…
Telefon:
– Dzień dobry, czy przypadkiem nie zginął pani kotek? Czarna kicia z obrożą.
– Nie zginął, po okolicy łazi, więc proszę ją wypuścić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Trafi do domu- strzeliłam standardową formułkę.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30. Właśnie do mnie przyszła i nie chce wyjść.
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Tutaj wypadałoby napisać „kurtyna”, ale to jeszcze nie koniec historii :)
W przeciwieństwie do mnie, pani z salonu była w ciężkim szoku, jak mnie znowu zobaczyła. Zafasowała książkę z dedykacją i się trochę wzruszyła jak jej powiedziałam, że przecież warto być dobrym człowiekiem, a skoro moje zwierzęta tak chętnie ją odwiedzają, to na pewno coś w tym jest :)

Całkiem niedawno znów do mnie zadzwoniła, ale już na wstępie powiedziała:

– Dzień dobry, to ja. Gabriela z salonu przy Kieleckiej. Tornado znowu jest u mnie.

Kurczę, dobrze, że mam jeszcze trochę tych książek 😀
No i sami powiedzcie, jak tu normalnie żyć? Pomijam już fakt, że w międzyczasie Tornado jeszcze raz się oddalił z ogrodu, mimo zasieków godnych zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, ale odnalazł się niedaleko w spożywczaku, Behemot nam przepadł bez wieści, a Szajba złamała sobie ogon. I jeszcze otrzymałam z pięćdziesiąt telefonów, że ktoś ją „znalazł” oraz przenocowała raz u pewnej miłej pani, która zgarnęła ją do domu, bo się pętała po ulicy (tzn. kicia się pętała, a nie ta pani). Pani rozwiesiła także ogłoszenia, że szuka właściciela kici z obrożą i co chwila ktoś znajomy mi mówi, że chyba Szajbę znaleźli, bo ogłoszenia wiszą na osiedlu. Ech!, no mówię Wam…, ja czasami zwyczajnie nie wyrabiam.

Rano normalnie wołam sobie kota. Naprawdę normalnie, po ludzku, wyszłam przed dom i się normalnie wydzieram: „Szajbaaaaa!!! Kici kiciiiii!!!”, a tu podchodzi do mnie jakiś facet z psem i pyta:

– Przepraszam, a czy przypadkiem nie zginął pani kotek?
– A wie pan co, jeszcze nie wiem. Tak sobie wołam…
– Bo wie pani, widziałem właśnie ogłoszenie na słupie, że ktoś znalazł czarną kicię z obrożą i szuka właściciela.
– Aaa, no tak. Zgadza się, to mój kot, ale wie pan, to już nieaktualne. To jest ogłoszenie z zeszłego tygodnia.

Kurtyna…

Szczęki

Szczęki

Mąż mojej chrzestnej matki, odkąd sięgałam pamięcią, praktykował od zawsze. Jako dentysta, rzecz jasna, a że w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie było podziału na dentystę od próchnicy, dentystę od licówek i dentystę od ortodoncji czy też protetyki, zatem wujek Franek robił wszystko sam. Zdolniacha, co nie? Do tego zdarzyło mu się być również ordynatorem chirurgii szczękowej oraz prowadzić w domu prywatny gabinet, więc w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nieraz trafiło mu się leczyć najwyżej postawionych partyjnych dygnitarzy z najwyższych struktur PZPR. Tu miała miejsce pewna interesująca historia, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie na pewną dłuższą dygresję w temacie uzębienia, tudzież samego wujka Franka.

Jak zapewne wiecie, a młodsi ode mnie pewnie się domyślają, w tamtych czasach o pomoce naukowe było raczej trudno. Mimo, że wujek Franek do biednych raczej się nie zaliczał, to pewnych rzeczy i tak przeskoczyć nie mógł, a przez długie lata marzyła mu się czaszka. Wiecie, normalna ludzka czacha z pełnym uzębieniem.  Wtedy sztucznych nie było, więc skądś trzeba było wytrzasnąć prawdziwą, a to wcale nie było takie proste.  Pewnego razu, na swoich imieninach, już tak bliżej północy, wujek zwierzył się mojemu tacie. Nomen omen, mój rodziciel pracował wtedy w państwowej firmie zajmującej się instalacjami i budownictwem, i jak na zamówienie, dosłownie w ciągu paru tygodni, przy remoncie pewnego ciepłociągu, jego firma natrafiła na stare cmentarzysko. Szkieletów i czaszek od metra. Roboty wstrzymano, wezwano archeologów, ale zanim przyjechali, udało mi się namówić tatę, żeby mi pokazał, co odkopali. Miałam wtedy może 7-8 lat, ale do dziś pamiętam tamten widok. Normalnie czad! Byłam tak zachwycona, że postanowiłam zostać archeologiem. Niestety mi nie wyszło, bo byłam zbyt ciemna z chemii, ale jako że tata na budowie pewną władzę posiadał, zlecił panu Mieciowi skołować na cito dentystyczną pomoc naukową, zanim na miejsce wparuje archeologiczna ekipa. Pan Miecio się spisał, czachę skołował i ułożył oblepione ziemią znalezisko na gazecie przy naszym samochodzie. Skasował zwyczajowe pół litra i pojechał do domu je spożyć. Niestety. Zanim tata zdążył schować cenny łup, napatoczył się jakiś pies i porwał dolną żuchwę. I uciekł. W sumie ciekawe, czy ktoś później tę żuchwę znalazł i co sobie pomyślał, ale (nic na to nie poradzę) do dziś, na samą myśl o tym, chce mi się śmiać 😀

Trudno, się mówi. Czacha z górnymi zębami też była mile widziana, zatem zapakowaliśmy eksponat w gazetę, a ja- dumna i blada-  na kolanach dowiozłam do domu to straszne COŚ.  Na miejscu, w obawie przed mamą, skitraliśmy czachę bez żuchwy w garażu, a tata zadzwonił do wujka Franka i grypsem zdał mu relację z szabrowania wykopalisk.  Następnego dnia, wujek miał coś majstrować przy moim zębie, tak więc szczęśliwa jak nigdy, wręczyłam mu czachę zapakowaną w rozkładówkę z Dziennika Polskiego i z zapartym tchem czekałam na jego reakcję.

Uff, rozpakował. Zawartość chyba się spodobała, ale zanim nam podziękował, u drzwi rozległ się dzwonek i do środka wparowało dwóch, czerwonych na twarzach mężczyzn pod krawatem. Wujek Franek w pośpiechu wysłał nas do łazienki i nakazał potraktować prezent proszkiem do prania, a najlepiej odmoczyć go w wannie. Razem z tatą nalaliśmy wody do plastikowego wiaderka i postąpiliśmy wedle instrukcji. Nie żałowaliśmy IXI (proszek do prania).

Chwilę trwało zanim pacjenci wyszli, zaczęłam się niecierpliwić, ale jak już wreszcie sobie poszli, wujek nie nadawał się do użytku. Ze śmiechu, zgięty w pół, ronił łzy niczym krokodyl i zanim opowiedział, co się w międzyczasie zdarzyło, minął dobry kwadrans.

A było to tak…

Obaj mężczyźni, jak się okazało wysoko postawieni partyjni działacze, odwiedzili wujka Franka już jakiś czas temu. Zamówili sobie sztuczne szczęki, wujek wykonał i po temacie. Panowie zameldowali się po odbiór kilka dni wcześniej i zadowoleni uregulowali rachunek. Jakież było zdziwienie wujka, kiedyż to ci sami pacjenci, po trzech dniach pojawili się ponownie, i znów z tym samym zamówieniem. Tym razem na ekspres. Za drugim razem poszło szybciej i po dwóch dniach szczęki były gotowe, więc panowie z PZPR ponownie o wyznaczonym czasie zameldowali się po odbiór. Wujek Franek wiele już widział, ale tym razem nie wytrzymał i zapytał, co się stało, że tu taki urodzaj.

– Paaaanie doktorze…- zaczął jeden z nich. – Pojechaliśmy właśnie na wspólne wakacje na Węgry. Władziu wyjechał z rodziną dzień wcześniej, a mnie przytrzymali na kielichu w Komitecie Centralnym, to i musiałem zostać. Solidnie wódeczki chlapnąłem, więc prowadzić nie mogłem, ale moja żoneczka tak się napaliła na ten Balaton, że sama przypięła do auta przyczepę kempingową i ruszyła w drogę. Zgarnęła mnie prosto z imprezy, przebrała moje zwłoki w piżamę, zapakowała do przyczepy i dała w długą. Panie kochany, padłem jak nieżywy, ale po czasie sikanie mnie obudziło. Otrzeźwiałem odrobinę i zauważyłem, że przyczepa się nie rusza, czyli dojechaliśmy, więc wysiadłem się odlać.  Cholera! Wcale nie dojechaliśmy, tylko się moja baba na skrzyżowaniu zatrzymała i pojechała, a ja zostałem…! Panie! Jak kretyn! W nocy, w piżamie, nietrzeźwy i na dokładkę u Madziarów! Po godzinie dopiero dopadłem autostopa i załatwiłem transport! Wie pan, doktorze kochany… Z nimi to tylko po pijaku się można dogadać, więc mi się jakoś udało, ale jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce, jak zobaczyłem, że z naprzeciwka minęła nas moja żona z przyczepą. Połapała się, że mnie nie ma i pojechała mnie szukać. Nad ranem, szczęśliwie, po tej ciężkiej nocy, w końcu udało nam się spotkać i dojechać na ten przeklęty kemping! Coś się tam zdrzemnąłem, ale rano, skacowany na amen, wyszedłem na pomost i dla ochłody skoczyłem sobie na główkę. A w cholernym Balatonie woda po kolana, więc po całości zaryłem gębą w muł.  Nowa szczęka poszła w diabły, no to zwołałem resztę ekipy.  Wszyscy padli w wodzie na kolana w poszukiwaniu moich zębów i może, i by je znaleźli, ale na to przylazł Władek i powiedział, że znalazł. Łajza, podał mi swoje zęby, a ja przymierzyłem, stwierdziłem, że to nie moje i z całej siły cisnąłem je wpizdu w Balaton. No i jesteśmy…

Na koniec wujkowej relacji ciotka wróciła do domu i poszła do łazienki. Zaintrygowana zawartością wiaderka sięgnęła ręką do środka.  Zanim wujek Franek zdążył zareagować doszedł nas dziki wrzask.

No i oberwało się wszystkim …

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Na złodzieju czapka gore

Na złodzieju czapka gore

Generalny remont w domu już za mną, już prawie posprzątane, już niebawem znów będę poukładanym człowiekiem, który znów ma poukładane na półkach. Właśnie kończę remanent w piwnicznych czeluściach i nie zgadniecie, co mi wpadło w ręce. Stara, rozbita umywalka. Jakim cudem nie wyrzuciłam jej kilka lat temu (?), kiedy to mój mąż pewnej nocy wszedł po omacku do łazienki. Rozbił sobie wtedy głowę o szafkę, a szafka spadła i rozbiła umywalkę. Szafce nic się nie stało, ale wiecie, ta stara umywalka… Wynosząc ją do śmieci przypomniało mi się pewne traumatyczne zdarzenie przy okazji zakupu owej.

Otóż kilkanaście lat temu, podczas remontu łazienki udałam się na grubsze zakupy do marketu budowlanego. Listę miałam długaśną, więc i zakupy trwały długo. Dział elektryczny, sanitarny, budowlany, armatura… Na liście ze 20 pozycji, więc żeby nie latać po sklepie w tę i nazad postanowiłam rozplanować sobie logistykę. No bo co najpierw? Żarówki, czy fajans? No jasne, najpierw fajans, a później żarówki do fajansu, ale tak się złożyło, że elektryczny był tuż przy wejściu, zatem poszłam najpierw po żarówki. Takie energooszczędne w podłużnych pudełkach. I drogie jak czort. Niestety, te których potrzebowałam, stały dość wysoko, a tu klasycznie, zero obsługi, więc niczym małpa wspięłam się na półkę. Nie dość, że wysoko, to na domiar złego stały głęboko, więc walcząc o życie wsadziłam rękę w wąską przestrzeń i ucapiłam żarówkę. Ale cóż, wyciągając rękę, zahaczyłam rękawem o stojące obok dość spore kartonowe pudełko. Mając na myśli zasadę, że jak coś może się rozbić to z pewnością się rozbije, spróbowałam złapać lecący towar. Pudełko zgrabnie odbiło się od półki, później od mojego wózka, a następnie w podskokach bezpiecznie pokonało na podłodze jeszcze metr i przy lądowaniu wypuściło na zewnątrz wielką żarówkę w kształcie koła. Zacisnęłam oczy, że może się uda, ale mych uszu doszedł jednoznacznie przykry brzdęk. Rzuciłam okiem na cenę. Kurczę, niemała.

Ale co tam! Przecież te moje żarówki powinny stać bliżej brzegu, a nie tak, żeby człowiek musiał sięgać ręką po pachę.

Niewzruszona, ruszyłam dalej przed siebie i jak gdyby nigdy nic, zapytałam pierwszego z brzegu sprzedawcę, którędy po fajans.

– Alejka 54- odparł usłużnie młodzieniec.

Podziękowałam i poszłam dalej. Uszłam może ze dwa metry, jak dopadł mnie inny sprzedawca.

– Proszę pani! Proszę pani!

– Rany boskie, to za tę żarówkę mnie gonią- pomyślałam w panice.

– Proszę pani, zgubiła pani szalik.

– Uff- odetchnęłam w duchu i poszłam dalej.

Nie uszłam nawet pięciu metrów, jak znów ktoś zaczął do mnie wołać. Serce mi stanęło, ale na wszelki wypadek udałam głuchą.

– Proszę pani! Ja przepraszam panią, ale ja źle pani powiedziałam, bo muszle i umywalki są w alejce numer 50.

Znowu podziękowałam i ruszyłam po coś na metalowy.

– Proszę pani!, niech się pani zatrzyma!- znów usłyszałam głos za plecami.

– Nie, no teraz to już na bank mnie mają- pomyślałam – pewna, że to już koniec, zwłaszcza że w głośnikach właśnie rozległ się miły głos zapraszający ekipę sprzątającą na dział elektryczny. – Rany boskie…- z tego wszystkiego oblał mnie zimny pot.

– Proszę Pani. Zgubiła pani rękawiczkę.

– Och, dziękuję uprzejmie- odparłam klnąc w duchu przewrotność chwili.

W końcu dokończyłam te nieszczęsne zakupy i mozolnie dotoczyłam ciężki wózek do kasy, marząc by opuścić to miejsce piekielne. Brodzik, krany, umywalka i wucecik, plus cała masa drobiazgów.  Kolejka jak stąd do Warszawy. Jak na złość. A ja na szarym końcu.

– Przepraszam panią- niespodziewanie ktoś poklepał mnie po ramieniu, a ja prawie poszłam w sufit.- Zapraszam panią, do kasy budowlanej, tam nie ma takiej kolejki. Pomogę zapchać ten wózek.- W osłupieniu patrzyłam jak chłopak w granatowych ogrodniczkach odprowadził mój wózek do budowlanej. Rzeczywiście, pusto. Niestety moja radość trwała krótko. Już chciałam z ulgą wypuścić zgromadzone w płucach powietrze, jak moim oczom ukazał się stojący za kasą rosły ochroniarz. Nadął się, dumnie prezentując mikrofon a’la Bittney Spears i wbił we mnie zimny wzrok.

– Teraz to już na serio jest kaplica- pomyślałam i oczami wyobraźni ujrzałam siebie w kajdankach. Teraz dla odmiany oblały mnie poty gorące, ale nadal starałam się udawać, że mnie nie ma i nic nie wiem o żarówce. Zapłaciłam. Uff.

Ale nic to, wyszłam na parking z poczuciem, że tam już mnie nie złapią. Już, już wyciągnęłam kluczyki, jak za moimi plecami rozległo się wołanie.

– Niech pani zaczeka! – podbiegł do mnie facet z obsługi parkingu, a ja prawie dostałam zawału.

– Ja pani pomogę to zapakować do bagażnika, przecież to wszystko jest strasznie ciężkie.

Ja nie wiem, normalnie tam nigdy nikogo nie ma, a jak już ktoś jest, to zawsze nie z tego działu, co potrzeba :)

Cóż było robić. Pewna, że moralny kac mnie nie opuści i ta przeklęta żarówka będzie mi się śniła po nocach, zamknęłam auto i grzecznie poszłam do biura obsługi klienta. W końcu siedem dych za głupią świetlówkę to konkretna kwota i głupio by było, gdyby ją komuś potrącono z wypłaty. Odstałam swoje w kolejce.

– Dzień dobry. Ja rozbiłam żarówkę- wyznałam jak na świętej spowiedzi.- Przypadkowo, ale rozbiłam.

– I?- Dziewczyna popatrzyła na mnie, jakbym upadła na głowę.- Jaką żarówkę?

– No taką okrągłą. Na elektrycznym.

– I?

– No i chciałam za nią zapłacić.

– Ale po co, przecież my takie rzeczy wliczamy w straty i tyle.

Ech, nie macie pojęcia, jakim horrorem były dla mnie te zakupy i z jak lekkim sercem wróciłam do samochodu. Zdecydowanie, na złodzieja to ja się nie nadaję :)

Sens życia

Sens życia

Odkąd pamiętam, uwielbiam dobre jedzenie. Gdy byłam pozbawionym wszelkich hamulców, wiecznie nienażartym dzieciakiem, rzucałam się na ulubione potrawy jakby mnie miesiącami głodzili. Teraz naturalnie się hamuję, bo zdradzieckie kalorie nie śpią, ale wtedy nawet nie słyszałam, że coś takiego, jak kaloria istnieje. A jak czegoś nie ma, to nam nie może zaszkodzić, prawda? Żarłam więc jak koń i dalej byłam chuda jak patyk.

Moja mama była załamana permanentnym spustoszeniem, jakie siałam w lodówce. W milczeniu produkowała kolejne dania i załamywała ręce, gdy wciągałam kolejny talerz zupy. Miała nadzieję, że wystarczy na dwa dni, ale nic z tego. Dobrze wychowany człowiek nie zostawia resztek, więc koniec następował dopiero po ujrzeniu dna garnka 😀

– Jakie życie byłoby piękne, gdyby ludzie nie musieli jeść i pić – mawiała moja mama, załamując ręce.

Powiem Wam szczerze, że poraziła mnie ta wizja. Wyobrażacie to sobie? Całe życie bez pysznego rosołku, gołąbków albo czekolady? Bez zielonej herbaty albo kieliszka dobrego wina? Dogłębnie przerażające!

A to przecież dopiero początek potencjalnych zmian na gorsze. Gdyby człowiek nie potrzebował jedzenia, to nie istniałyby lodówki, garnki i piekarniki oraz cała reszta sprzętów i przedmiotów związanych z kulinariami. Nie byłoby mojego ulubionego kubka do kawy ani najcudowniejszego na świecie noża z Biedronki. A ileż było radości, gdy go sobie kupiłam za całe 8,50!

Co ja mówię? Nie byłoby kuchni nawet. No w pewnym sensie doszłoby dodatkowe pomieszczenie w domu do wykorzystania, ale co to za dom bez serca, czyli kuchni?

Zmiany oczywiście nie dotyczyłyby tylko naszych mieszkań. Zniknęłaby większość sklepów, a do tych nielicznych, które by zostały, zaglądałoby się tylko czasami. Przecież o ile chlebek kupuje się codziennie, to buty raz na jakiś czas. Ok, zgadzam się, zaoszczędziłoby się na żarciu mnóstwo pieniędzy, to i na buty by więcej zostało, ale mimo wszystko to byłoby straszne życie (choć nie ukrywam, że więcej butów by mi osobiście pasowało 😀 ).

No a co z restauracjami? Gdzie na randkę, wesele, spotkanie rodzinne?

Już to widzę:

– Kochanie, co myślisz o tym, żeby po naszym ślubie zaprosić gości do parku? Posiedzielibyśmy sobie na trawie i pośpiewali piosenki? – zapytałaby narzeczona.

– Wiesz co? A może lepiej zabierzmy ich do lasu? Pooddychamy sobie zapachem igliwia?

Albo Wigilia:

– Co sądzisz o tym, żebyśmy zaprosili rodzinę na wspólne dekorowanie choinki?

– Świetnie! A potem usiądziemy i będziemy ją oglądać!

Oczywiście na kanapie, a nie przy stole, bo stołów by też nie było. Jedynie biurka do roboty i nauki.

Ilu ludzi straciłoby zatrudnienie, to już nawet policzyć się nie da. A w telewizji, zamiast „Masterchefa” i „Ugotowanych”, leciałby ckliwy program „Jak oni cerują” albo „Mistrz warcabów”.

Nie byłoby sadów, malowniczych pól uprawnych. Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłam, że nie byłoby nawet mojej ulubionej zabawki z dzieciństwa, czyli małego, czerwonego traktorka. No bo na co komu traktory w świecie bez upraw rolnych?

Straszna wizja, prawda? Dla mnie życie straciłoby swój podstawowy sens 😉

Niewykluczone, że i rodzina by mi się rozpadła. Czym bowiem zapełnilibyśmy pustkę powstałą po wielogodzinnych rozmowach na temat tego co byśmy zjedli, czasochłonnym szukaniu nowych przepisów i testowaniu kolejnych knajp? 😀

W mojej rodzinie kwestia jedzenia zajmuje szczególne miejsce. No tak już mamy. Najważniejsze pytanie, gdy ktoś wraca z jakiegoś hotelu brzmi oczywiście, czy śniadanie dali dobre. Podobnie z weselami. Nie jest ważne kto jaką kieckę założył albo kto się upił i zasnął pod stołem. O nie. Kluczową kwestią jest to, jakie było jedzenie.

Nie powinno więc Was dziwić, że wycieczki i urlopy często planujemy według kulinarnej mapy świata. Tak było i wtedy, gdy postanowiliśmy z mężem odwiedzić Kraków. Pieczołowicie wybraliśmy słynną restaurację w stylu „ęą”.

Podczas wycieczki po Krakowie holowaliśmy za sobą dwie dziewięciolatki. Naszą własną córkę Gabrysię i jej przyjaciółkę Julkę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że dla żywiołowych wielbicielek nugetsów sztywna knajpa w stylu „ęą” będzie średnio atrakcyjna, ale uparliśmy się, żeby iść. Przekupiłam smarkule obietnicą lodów, jeśli tylko dadzą z siebie wszystko w kwestii dobrego zachowania. Zwiedziona gorliwym zapewnieniem, że będą grzeczne, nie zaczną biegać wokół stołu i mlaskać nad talerzem, przystałam na wizytę w restauracji.

Poszliśmy więc. Miejsce piękne, z każdego kąta szepcze historia, ale kelnerzy, choć niezwykle mili, to usztywnieni jakby połknęli kije. No nic. Siadamy. Dziewczynki rozglądają się z zaciekawieniem.

– To jakieś muzeum? – pyta Julka. – Przecież mieliśmy coś zjeść!

– To restauracja, zaraz coś zjesz – odpowiadam. – Nie machaj nogami, co?

Już nawet nie chodziło mi o to, że zbyt eleganckie to nie było, ale żywiołowe dziewczę oplątane długim i niezwykle wytwornym obrusem momentalnie skojarzyło mi się z katastrofą. Oczami wyobraźni ujrzałam leżącą na podłodze kosztowną tkaninę i potłuczony w drobny mak wazonik z rżniętego kryształu. A przecież nawet nie zdążyliśmy zamówić nic do picia.

Z tym poszło nawet prosto. Zanim dzieci zdążyły się zabrać za studiowanie menu, zapytałam chytrze, czy chcą colę. Normalnie jej nie dostawały, więc zelektryzowało je to z miejsca. Cola jest wszędzie. No może z wyjątkiem Korei Północnej, ale tam się nie wybieramy. Założyłam – słusznie – że tutaj też ją mieli.

Cola przyniesiona. Wino dla nas także. Dzieci przystąpiły do studiowania karty dań. I się zaczęło 😀

– Mamo, tu jest napisane, że jest danie z królika – wykrzywiła się Gabryśka. – Ohyda! Nie będę jeść biednego króliczka.

– Nie musisz. Wybierz coś innego – odparłam.

– Jak można zjeść sarenkę? – zaprotestowała w tym czasie Julka.

– A może coś z drobiu wybierzesz? – zaproponowałam pospiesznie, widząc zaszklone łzami oczęta.

– Tato! Cola mi się skończyła – poinformowała tymczasem Gabrysia. – Mogę jeszcze?

Oczywiście nie chodziło o to, że chciało jej się nadzwyczajnie pić, ale jak się dorwała do zakazanego na co dzień napoju, to postanowiła kuć żelazo póki gorące. Julka w mig załapała strategię i duszkiem wypiła swój napój.

– Ja też już nie mam! – poinformowała pogodnie.

Smarkule dostały po kolejnej szklance coli, w cenie jak za skrzynkę każda, plus przestrogę, że jak wypiją duszkiem to dostaną wyłącznie wodę.

– Najlepiej z wazonu – mruknął pod nosem mąż, studiując absurdalnie wysokie ceny całkowicie pospolitych napojów gazowanych.

– Dobra ta cola – wyszeptała z zadowoleniem Gabrysia, najwyraźniej nie wyczuwając aluzji.

– No dobrze – ucięłam na wszelki wypadek drażliwy temat – Wybraliście już coś do jedzenia?

– Ja chyba wezmę ten chłodnik ogórkowy z szyjkami rakowymi i sarnę – powiedział w zadumie mąż, który głęboko skupiony nad menu zwyczajnie nie wyczuwał głębokiego dramatu dzieci 😀

– Julka, wybrałaś coś? – zapytałam.

– Mogę lody?

– Obiad najpierw. A z lodami to chyba mamy umowę, prawda? – wyszeptałam słodko.

– Tato a co to jest foie gras? – zainteresowała się w tym czasie Gabrysia.

– To jest pasztet z… A zresztą nieważne… Wybierz coś innego, dobrze? – w porę zreflektował się mąż.

– I nie machaj nogami! – dodałam szeptem, widząc niebezpiecznie napinający się obrus.

– Głodna jestem! – poskarżyła się Julka.

– No to wybierz coś szybko, to zamówimy i zaraz zjesz. Masz już coś? – zapytałam.

– Myślę.

Westchnęłam ciężko, co stojąca nieopodal kelnerka musiała najwyraźniej błędnie zinterpretować, jako wyraz zniecierpliwienia zbyt długim oczekiwaniem na obsługę. Podeszła więc do nas.

– Wybrali już państwo? – zapytała z grzecznym uśmiechem.

– My w zasadzie już tak – odparłam – ale dzieci…

– No dobrze, to może przyjmę od państwa zamówienie, a potem wspólnie pomyślimy nad czymś dla dzieci, dobrze?

– Tak. Bardzo dziękuję – odparłam z ulgą, której nie dało się zatuszować. – Ja wobec tego poproszę przepiórkę.

Mąż zamówił ten swój chłodnik i biedną, bezbronną sarenkę.

– A na co mają ochotę młode damy? – zapytała kurtuazyjnie kelnerka.

– Ja poproszę kurczaka – zdecydowała w końcu Gabrysia.

– W białym winie, tak?

– No nie! – zaprotestowała Gabrysia. – Kotlet z kurczaczka poproszę.

– Gabrysiu, ale tego nie ma w karcie… – próbowałam perswadować .

– Nie ma problemu – wcięła się kelnerka. – Szef kuchni z pewnością jakoś temu zaradzi.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się z wdzięcznością.

– A co chcesz do kotlecika? Opiekane ziemniaki? – zapytała kelnerka.

– Frytki poproszę!

Uśmiechałam się do kelnerki a przed oczami wyświetlał mi się napis, taki jak na żółtym pasku informacyjnym TVN-u: „Trzeba było iść do KFC!”. Dobrze, że chociaż do tych frytek „poproszę” dodała.

– Juleńko – zapytałam słabym głosem – wybrałaś już coś w końcu?

– Nic tu nie ma! – poskarżyła się małolata. – Nie możemy iść do normalnej restauracji?

– A na co byś miała ochotę, kochanie? – zapytała zatroskana kelnerka, podczas gdy ja upewniałam się w przekonaniu, że co tam KFC! Nawet bar mleczny byłby lepszym pomysłem.

– Na pewno jest coś, co chciałabyś zjeść – dodałam.

Julka powiodła spojrzeniem po wazoniku z rżniętego kryształu, wiekowych obrazach wiszących na ścianie i zabytkowych meblach. Pociągnęła nosem i spojrzała ufnie na kelnerkę.

– Macie tu ruskie pierogi? – zapytała z nadzieją.

Kelnerka przez chwilę walczyła z wyraźnie nadciągającym atakiem śmiechu, ale zachowała kamienną twarz.

– Oczywiście – odparła w końcu.

– Ale jak… – zdziwiłam się.

– Mamy na dole sklep garmażeryjny. Zaraz ktoś przyniesie.

A potem nastąpiła niezapomniana scena, w której czworo kelnerów podeszło i postawiło przed nami cztery talerze nakryte srebrnymi pokrywami. Unieśli je jednocześnie ukazując światu pięknie podaną dziczyznę, oraz kotleta z frytami a także porcję ruskich pierogów 😀

Gabryśka zaatakowała paluchami frytki, a Julka natarła widelcem na pierogi. Przyglądałam im się znad przepiórki i zastanawiałam się, w którym momencie straciłam instynkt rodzicielski i jaki diabeł podpowiedział mi, że przyprowadzenie tych dwóch potworów do „ęą knajpy” będzie idealnym zwieńczeniem wycieczki.

– Nie dali ketchupu – poskarżyła się Gabryśka.

– To idź i poproś – odparłam zrezygnowanym tonem.

Zadowolone dziewczynki wmiotły swoje porcje do ostatniego okruszka. Mąż poprosił o rachunek. Lekko się zakrztusił winem, gdy zobaczył na ile wyceniono sześć pierogów z garmażerki, ale bez mrugnięcia okiem uiścił należność.

– Jula? A smakowały ci pierogi? – zapytał z nadzieją w głosie, gdy wyszliśmy z knajpy.

– Takie sobie. Mama i ciocia robią lepsze – odparła z rozbrajającą szczerością dziewczynka.

– Idziemy na te lody? – zapytała Gabrysia.

W kolejnym dniu zwiedzania poszliśmy na obiad do podrzędnego baru. Na schabowego z frytami z frytury 😀

Ps. Kelnerka dostała sowity napiwek :)