Browsed by
Tag: felieton

image_pdfimage_print
Dziesięć przykazań świątecznych

Dziesięć przykazań świątecznych

Właściwie odkąd pamiętam, to już na początku grudnia zawsze skakało mi ciśnienie, bo święta, łojezu, co to będzie, roboty tyle, ja pierdzielę, się nie wyrobię i w ogóle horror. Walkę ze stresem rozpoczynałam metodycznie. Karteczki, długopis i rozpisywanie Wielkiego Planu. Na jednej spis prezentów, na drugiej potraw, które koniecznie trzeba wyprodukować a na trzeciej lista wiktuałów, które w tym celu należy zakupić. Oczywiście plus choinka i sto tysięcy detergentów do pucowania chałupy (jakbym na bieżąco nie sprzątała). Szykowałam się jak na wojnę a po stoczonej batalii (czytaj: po pożegnaniu ostatnich gości wigilijnych) opadałam na kanapę, jak przeszyta strzałą i patrząc wzrokiem rannej sarny na choinkowe światełka cieszyłam się, jak dziecko, że następne święta Bożego Narodzenia dopiero za rok 😀

I wtedy do mnie dotarło, że przecież można się cieszyć świętami a nie tym, że właśnie się je zaliczyło. Wystarczy tylko lekko zmienić optykę. I przyswoić sobie dziesięć przykazań świątecznych.

Po pierwsze – okna.

Serio? Muszę je umyć właśnie na święta? Bo co? Sąsiedzki patrol mi mandat wlepi, jeśli będą brudne? Od tego człowiek ma rolety, żeby kurz na oknach przysłonić i jeszcze kłamać w żywe oczy, że to dla nastroju bo świeczki ładniej migoczą.

Po drugie – porządki tak ogólnie.

Przecież nikt nie wie, że w szufladzie jest bałagan a pod kanapą, wciśnięte w ostatniej chwili leżą (jak wyrzut sumienia) cztery elementy hantli. W sumie dobrze, że leżą. Łapią kurz 😀 Nikt nie zajrzy też do zamrażarki, w której się trochę rozlał sok z mrożonych wiśni a już na pewno nikt się nie dowie, że pod pralką kolonie kurzu proklamują właśnie konstytucję, bo osiągnęły już właściwy ku temu poziom ewolucji 😀

Po trzecie – choinka.

Krzywa? Mała? Stroik zamiast? Jak najbardziej! W tej kwestii też nie będzie kontroli a prezydent z pewnością z tego powodu nie odwoła świąt na mocy specjalnej uchwały 😀

Po czwarte – żarcie i prezenty.

Mit dwunastu potraw minął bezpowrotnie. To co sprawiało radochę za komuny, jak z wszystkim biednie było, niekoniecznie musi wprawiać w ekstazę w lepszych czasach. I nie, serio Jezus w żłóbku się nie pogniewa, jeśli nie wyprodukujecie trzystu pierogów z kapustą i grzybami 😉

Każdy kupuje prezent każdemu, koniecznie coś wypasionego i najlepiej spersonalizowanego. Naprawdę? Kiedyś tak rozumowałam i pomijając stosy pieniędzy, jakie wydawałam, to po nocach mi się śniło, że komuś mój prezent może się nie spodobać. A jakby tak spojrzeć na to bardziej po ludzku? Druga strona ucieszy się nawet z drobiazgu, bo o pamięć chodzi a nie o wypas na diabli wiedzą jakim levelu? A jak się nie ucieszy? No to o nim świadczy a nie o Tobie :)

Po piąte – zrób sobie wczasy.

Oczywiście, nie zawsze się da wyjechać, wynająć hotel i dać się rozpieszczać, ale przecież można sobie to wyobrazić, prawda? Można sobie zrobić urlop w głowie. Zapomnieć o pracy, zapomnieć o tej całej tej chorej bieganinie i świątecznych piosenkach do upojenia wygrywanych w oświetlonych jarzeniówkami wielkich akwariach zwanych marketami, w których zarówno ryba zwana karpiem, jak i ryba zwana złapanym na haczyk komercji klientem, czują się jednakowo podle. Przecież nic się nie stanie, jeśli nie będziesz mieć stu półmisków z rybką w galarecie i beczki z sałatką jarzynową. A jeśli skończy ci się żarcie w pierwszy dzień świąt, to gwarantuję, że stacja benzynowa po drugiej stronie ulicy ma pełen wybór towarów nawet w środku nocy 😀

Po szóste – żadnych migoczących lampek.

O ile ozdoby i światełka świąteczne są sympatycznymi (i niekłopotliwymi w realizacji) elementami bożonarodzeniowego szaleństwa, o tyle te migoczące doprowadzają do szału. W zależności od optyki albo miarowo odmierzają czas do świąt i po świętach, albo kojarzą się z nadjeżdżającą karetką 😀

Po siódme – dzieci nie są jedynymi beneficjentami świąt.

Oczywiście, niech znajdą pod choinką wymarzone prezenty, ale do jasnej cholery, korony im z głów nie spadną, jeśli podadzą pierogi podczas Wigilii albo załadują gary do zmywarki po przyjęciu. Myślę też, że jeśli wyniosą do śmietnika wór ze śmieciami, to żadne świąteczno-śmietnikowe zombie nie wciągnie ich pojemnika.

Po ósme – wino.

Nawet jeśli Twoja rodzina preferuje bezalkoholowe Wigilie, to warto mieć butelkę dobrego wina w domu. Pomoże na trawienie i elegancko spłucze wspomnienia wigilijnych przygotowań 😉

Po dziewiąte – fryzjer i inne bajery.

Zamiast inwestować w choinkę do sufitu, dwanaście potraw i wypasione prezenty, umów się do ulubionego fryzjera, albo na masaż, albo kup sobie coś fajnego :)

Po dziesiąte – po prostu ciesz się magią świąt.

Wszystko jedno jak. Zbuduj szopkę z klocków Lego, zasłoń roletami brudne szyby, ustaw świeczki, kup gotowego śledzia i wrzuć go do salaterki ściemniając, że to twoja własna produkcja. Albo wypij butelkę wina, napchaj się pierogami, połóż się spać pod choinką. Cokolwiek sprawia Ci przyjemność w święta, po prostu to rób. Bez wyrzutów sumienia. Bez oglądania się na rodzinę. Ona Cię kocha i na pewno nie znienawidzi za objaw „buntu” 😀 I przede wszystkim odpocznij.

Czego Ci wraz z Izą serdecznie życzę z okazji zbliżających się świąt :)

Jagna

Grzybobranie

Grzybobranie

Szukanie grzybów to nasz sport narodowy. Gdy tylko te niepozorne formy „wysypią” się lesie to natychmiast wysypują się również rodacy. Z samochodów rzecz jasna. Zaopatrzeni w koszyki i nożyki, odziani w stare szaro-bure kurtki przeciwdeszczowe i obowiązkowe kaloszki ruszają między sosny na wyścigi z innymi.

I w chwili, w której przekroczą próg lasu natychmiast zmieniają się w pierwotnych myśliwych. Co ja mówię! Zmieniają się w bezwzględne bestie napędzane prymitywnymi instynktami. Jaskiniowcy na polowaniu 😀

Jak świat światem, żeby łowy się udały, myśliwy musi spełnić szereg warunków, bez których polowanie zwyczajnie się nie liczy. Dlatego rzeczą niezmiernie istotną jest wstępne oznaczenie terenu, na którym dany osobnik zamierza żerować. Doskonale sprawdza się sikanie pod krzaki i zostawianie (muchom na uciechę) wielkich, zwieńczonych zużytymi chusteczkami kup, przez bywalców lasów nazywanych papierzakami.

Teren wstępnie oznakowany?

No to można ruszać dalej. Warto zabrać ze sobą wsparcie. Przydaje się na przykład żona Halinka, która będzie odpowiadała za prowiant, ale równie dobrze może to być czteropak piwa w promocji za dyszkę. Zużytymi puszkami można pomysłowo oznaczyć sobie drogę powrotną rzucając je w stosownych odstępach na ziemię. Nie to, żeby dzielny Janusz, tropiciel grzybów kiedykolwiek się zgubił, bo przecież jest najprawdziwszym samcem alfa, ale „strzeżonego Harnaś strzeże, co nie Halyna, he he he?”.

Halinka tylko wzdycha i wyciąga z kieszeni kanapkę z salcesonem. Janusz połyka ją w dwóch kęsach i dla pewności rzuca zwiniętą w kulkę folię na ziemię. Ostrożności nigdy za wiele.

– O słodki Jezu, wlazłam w pajęczynę – zawodzi Halinka.

– Co ja się mam z tom babom… – wzdycha Janusz alfa i nonszalancko podchodzi do najbliższej sosny. Łapie oburącz najbliższą gałązkę i zapierając się o pień nogą oddziera ją od drzewa wraz ze sporym płatem kory. – Masz! – sapie zadowolony wręczając zdobycz Halince – Będziesz przed sobą machała, to w pajęczynę więcej nie wleziesz.

Halinka urzeczona rycerskim zachowaniem Janusza wręcza mu kolejną kanapkę i już po chwili kolejna foliowa kulka, niczym okruszek z bajki, leży bezpiecznie na mchu. Pokrzepiony i nawodniony samiec alfa postanawia ponownie zaznaczyć, że teren należy do niego. Wybiera w tym celu piaszczystą ścieżkę i wysikuje na niej wielką literę J. Nie ma już cienia wątpliwości, że las należy do Janusza alfy 😀

– Janusz, aleś ty męski! – zachwyca się Halina z błyskiem w oku.

Jaskiniowcowi w lesie więcej nic mówić nie trzeba. Dopada do połowicy, ale ta się nie opiera, więc zwinnie pomija etap ciągnięcia jej do jaskini (zresztą, widział kto na nizinach jakieś jaskinie?) i młóci babę aż miło za paprociami. Potem ciskają w jagodziny zużytego gumiaka (i nie, nie chodzi tu o kalosz) a Janusz w przypływie romantyzmu wycina na pniu dwustuletniego dębu serduszko z uroczym H + J.

Czy istnieje coś co mogłoby popsuć tę miłą wyprawę do lasu? Jest parę takich rzeczy i zaraz do nich wrócimy, ale na razie skupmy się na tym co najważniejsze, co sprowadziło tych dwoje pierwotnych tropicieli na łono natury. Czyli oczywiście na grzybach 😀

– Janusz, zobacz, to chyba prawdziwek?

– Eee, Halyna, szatan jakiś to jest – odpowiada lekceważąco samiec alfa.

– No jak szatan, zobacz jaki ładny! – upiera się kobieta.

– To poliż, zobacz czy nie gorzki!

– No to ja zgłupiałam, żeby trujące grzyby lizać?

– No to trujący, czy nie? – rechocze Janusz.

– A już sama nie wiem. W głowie żeś mi namieszał!

Halinka kopie grzybka i obrażona idzie dalej. Z tego wszystkiego zapomniała o swojej gałązce do zmiatania z drzew pajęczyn, więc Janusz odrywa kolejną. Trochę naszej alfie entuzjazm opadł, bo piwko dawno się skończyło a na dokładkę coś tych grzybów jakoś znaleźć nie może. W końcu trafia i zadowolony z siebie kuca przy znalezisku z bojowo nastawionym na sztorc nożykiem.

– Nie tnij tylko wykręć. Tak pisali we „Fakcie”, że tak się grzybni nie psuje – poopowiada Halina.

– A co tam mi będziesz farmazony z gazet opowiadać. To nie wiesz, że tam kłamiom? Dziadek mówił, żeby uciąć, to ucinam i już!

Grzybek z połową trzonu trafia do koszyka a kucający Janusz znienacka zamiera w bezruchu.

– Cicho bądź Halyna, bo idzie ktoś! – szepcze.

– No to co, że idzie?

– Kurła, jak się dowie, że tu grzyby som, to nam wyzbiera. Robimy tak! Rozdzielamy się, to wtedy zbierzemy co nasze, a jak coś więcej trafisz to krzycz głośno, że tam nic nie ma, to ja będę wiedział, że coś znalazłaś a ten obcy co tu węszy się zniechęci i pójdzie se w cholerę z naszego lasku!

Chcąc nie chcąc, Halinka drepcze samotnie przez las, co jakiś czas nawołując Janusza.

– Hop hop! Janusz! Nic tu nie ma!

Gdy Janusz nie odpowiada, biedna kobieta zaczyna się martwić, że się zgubiła.

– Jaaaaanuuuusz! Jaaaaaanuuuuuusz! Tu nic nie ma! Znaczy to nie sygnał, tylko naprawdę nic tu nie ma! Jaaaaaaanuuuuuuusz!

Tymczasem Janusz nawołuje Halinkę i tak sobie pohukując oddalają się od siebie coraz bardziej. Oczywiście żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, żeby zadzwonić do drugiego. Podstawowe prawo lasu mówi bowiem, że telefon, którego w mieście nie należy nawet na chwilę wypuszczać z ręki, w lesie jest oznaką ciężkiego frajerstwa i nieznajomości rzeczy. Poza tym chyba jasne, że Janusz nie gubi drogi nigdy!

Trzy godziny później nasza para w końcu spotyka się szczęśliwym trafem przy własnym samochodzie.

– No widzisz, jak ładnie trafiliśmy? – rechocze zadowolony z siebie samiec alfa, kompletnie nieświadom faktu, że obydwoje oblecieli cztery razy las dookoła.

– Wracamy do domu Janusz! – rzuca stanowczo Halinka i wsiada do samochodu.

Dwa puste kosze lądują na tylnym siedzeniu.

– Trochę szkoda, że grzybów nie mamy… – mówi kobieta.

– Bo nie było! Byłaś i widziałaś, że nic tam nie było. Taki las do dupy. Śmieci same to i grzybów nie ma!

– Ludzie to są jednak świnie, wiesz Janusz?

– Wiem Halynko. No a grzybów przy szosie sobie kupimy, nic się nie martw.

Wkrótce zatrzymują się na poboczu a Janusz rozpoczyna twarde negocjacje z wiejską babinką. Niezadowolony wraca do samochodu.

– Ale Janusz – jęczy Halinka – A grzyby?

– Kurła! Na głowy upadli z takom cenom! Sobota dzisiaj to se kupisz pieczarek w Lydlu!

Ponglish jest ok

Ponglish jest ok

Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 

Skąd ja cię znam?

Skąd ja cię znam?

Ostatnio dowiedziałam się od jednej znajomej, że nasza inna znajoma jest na mnie obrażona. Zdziwiłam się, zwłaszcza że z tamtą się od dość dawna nie widziałam. Kluczowe tutaj jest słowo „widziałam”.

To znaczy, jak się okazało to ja jej nie widziałam a właściwie podobno udawałam, że jej nie widzę, gdy mijałyśmy się na ulicy. Według słów znajomej omiotłam ją z obojętnym spojrzeniem i nie przywitawszy się poszłam sobie dalej.

I wiecie co? Zapewne właśnie tak było 😀

Jak siebie znam to mój mózg, zajęty układaniem historii moich książkowych bohaterów, najwyraźniej nie przetworzył danych, które gwarantują sukces w sferze społecznej, czy też po prostu w świecie rzeczywistym. Nieraz zdarzyło mi się pójść z workiem śmieci w stronę osiedlowego sklepu, bo zapomniałam podejść do śmietnika zajęta obliczaniem nośności statku kosmicznego. Albo wyjść z owego sklepu z koszykiem, bo właśnie ułożył mi się w mózgownicy plan zbrodni doskonałej w którym nie było miejsca na takie pierdoły jak pakowanie, płacenie i inne zbędne w danym momencie czynności.

Napisałam to i pogratulowałam sobie w duchu sprytu w wytłumaczeniu się znajomym, że niby taka to ze mnie natchniona osoba, zajęta sprawami zgoła kosmicznymi, ale to tylko ułamek prawdy, którą zaraz Wam przedstawię 😀

Zanim do niej przejdę, muszę Wam powiedzieć, że opowieść znajomej o obrazie innej znajomej w gruncie rzeczy dogłębnie mnie poruszyła. Dotarło do mnie bowiem, że o mojej ułomności wiem tylko ja i może wśród osób czytających te wynurzenia są tacy, których minęłam na ulicy kompletnie ich nie rozpoznając. Tak więc, potencjalni olani znajomi, poniższa opowieść jest Wam dedykowana wraz z serdeczną prośbą o wybaczenie :)

Od dziecka mam problem z identyfikacją twarzy lub przypisaniem jej do konkretnego człowieka. Tak. Jest taka choroba, której nazwy nie zamierzam przywoływać, bo nikt mi nie płaci za autodiagnozę 😀 Jedno jest pewne. Przez dekady obcowania z przypadłością ustaliłam, że w moim przypadku jest to forma raczej łagodna.

No wiecie, nie jak w tym thrillerze, co babka mrugała oczami i za każdym razem mąż miał inną twarz. Ja najbliższych doskonale rozpoznaję. Z tym nie mam najmniejszego problemu. Zazwyczaj. Do rodziny jeszcze wrócimy. Obiecuję 😀

Moja przypadłość, mówiąc w dużym skrócie przybrała postać łagodną. Nie zawsze rozpoznaję ludzi, ale radzę sobie z tym w ten sposób, że zapamiętuję ich charakterystyczne cechy, głównie kolory. Ale nie tylko. Spotykając ludzi staram się zapamiętać otoczenie, w którym ich widuję. Bardzo pomocna technika, ale zawodzi, gdy ludzie zaczynają się przemieszczać :)

Wszystko fajnie, gdy widzę moją dentystkę pochyloną nad moją gębą, ale jak podchodzi do mnie w metrze z serdecznym uśmiechem prezentując garnitur białych zębów, to nie mam pojęcia z kim mam do czynienia. Nie zgadza się miejsce, więc umyka mi twarz.

Spotykam nad morzem pana ze straganu, na którym wiosną kupuję truskawki w Warszawie i kompletnie nie kumam kim jest ten gość.

Apogeum osiągnęłam, gdy bliskiego kuzyna nie rozpoznałam na koncercie, bowiem dotychczas widywałam go wyłącznie na imprezach rodzinnych 😀

Wierzcie lub nie, ale ta przypadłość mocno komplikuje życie. Nigdy nie wiesz, czy osobę, którą ci przedstawiają należy powitać jako znanego ziomka, czy uprzejmie się przedstawić na dobry początek znajomości. Kiedyś przedstawiłam się dziewczynie, z którą spędziłam wcześniej dwa tygodnie pod namiotami :)

Nigdy nie sądziłam jednak, że moja przypadłość nierozpoznawania twarzy zrobi ze mnie rasistę 😀
Ponad dekadę temu szukałam i z powodzeniem znalazłam nauczyciela angielskiego dla mojej córki. Miał skomplikowany życiorys, ale generalnie przyjechał z Nigerii, władał brytyjskim angielskim, był czarny jak listopadowa noc i bardzo sympatyczny.

Był jedynym czarnoskórym gościem w moim domu, więc bez stresu rozpoznawałam go za każdym razem, gdy przychodził :)

To było w drugim albo trzecim roku nauki mojej młodej, gdy ów Nigeryjczyk przerwał lekcję i wszedł do kuchni. Minę miał uroczystą.

– Co jest? – zapytałam.

– Dzisiaj wygrał Obama! – powiedział z entuzjazmem.

– No wiem – odparłam uprzejmie a w duchu się zastanawiałam, co chłopaka mieszkającego w Polsce może obchodzić prezydent zza oceanu.

– Jestem dumny z niego – dodał Nigeryjczyk

– A mi to prawdę mówiąc kompletnie obojętne kto wygrał – odparłam.

Chłopak uśmiechnął się i nie skomentował.

Zajęło mi kilkanaście dni by skumać, że Obama jest czarnoskóry bo najwyraźniej jestem ślepą rasistką nierozpoznającą twarzy 😀

Jubileusz

Jubileusz

iza głowa

 

Mamy mały jubileusz

50 000 wyświetleń bloga!

I, co ważne, licznik nadal się kręci <3

A to wszystko przez Was! To przez Was robimy przy gotowaniu cyrkowe wygibasy i wymyślamy coraz to nowe przepisy. A żeby te efekty naszej pracy jako tako wyglądały, w międzyczasie obie z Jagną zaczęłyśmy się uczyć robić zdjęcia ciut lepsze, niż te z telefonu. To właśnie przez Was, w naszych szafkach stopniowo pojawiają się coraz to bardziej wymyślne naczynia i gadżety.

Nie wiem, jak u Jagny, ale z tego co słyszałam od jej męża, to ona namiętnie skupuje pojedyncze talerze, a ja za to mam już tyle różniastych miseczek, salaterek i kokilek, że się szafka nie domyka, a mąż między wierszami grozi eksmisją.  Ostatnio mnie Jagna objechała, że zrobiłam zdjęcie na zielonym tle i jej się z naszym logo zlewa moja najlepsza serweta, więc muszę teraz na tekstylia zaiwaniać, żeby nabyć coś w innym kolorze. A taka byłam dumna z tych zdjęć, ech!

To przez Was, choć czasem, jak każda zarobiona kobieta, podpierając się nosem klecimy felieton albo nocą kwitniemy nad ofertą nowych przypraw. Oczywiście nie bez znaczenia są też liczne chwile stresu, kiedy to musimy się wykazywać precyzją sapera i refleksem żonglera, by ustrzelić dobre światło i żeby przypadkiem ktoś za wcześnie nie zjadł dekoracji albo, co gorsza, gotowego dania ustawionego do zdjęcia.

A tak na marginesie, czy wiecie, że najlepiej wychodzi na zdjęciach pieczony kurczak posmarowany wcześniej olejem napędowym? Albo sałata popsikana dla efektu lakierem do włosów z nabłyszczaczem? Nie, nie. Nie bójcie się. U nas jest 100% natural. Nawet na zdjęciach, choć kiedyś podpierałam klopsa wykałaczką, bo się skurczybyk nie chciał ułożyć, jak chciałam :)

Kochani, o kulisach prowadzenia bloga można by pisać w nieskończoność, ale w sumie to ja nie o tym chciałam.

Ja chciałam po prostu Wam wszystkim podziękować. A skoro, jak już wiecie, to wszystko przez Was, to niniejszym, wielkie podziękowania składam na ręce naszych cudownych czytelników oraz fanów gotowania.  Za to, że nas lubicie, że czytacie, że klikacie…

Przy tej okazji, szczególne słowa należą się też wszystkim naszym przyjaciołom, którzy regularnie, swoją obecnością, zaszczycają rubrykę Kuchnia Gości. Nie możemy też zapomnieć o Kaśce, Ewie i Piotrku, którzy na co dzień wspierają naszego bloga w temacie grafiki, redakcji tekstów oraz informatycznych zawiłości.

No i na koniec, muszę podziękować też Jagnie. Gdyby nie ona, nigdy nie chciałoby mi się prowadzić żadnego bloga :) :) :)

 

jagna głowa

 

Przyłączam się do entuzjastycznych podziękowań mojej przedmówczyni-wspólniczki – skończonej wariatki 😉 Bez niej na bank by mi się nie chciało prowadzić niczego, a bez Was, czyli czytelników zwyczajnie nie miałoby to najmniejszego sensu :)

A jak jesteśmy przy wynurzeniach, jakie wygibasy się robi przy zdjęciach to muszę się Wam przyznać, że co tam wykałaczka w pulpetach! Najważniejsza jest walka o światło. Prawdziwy fotograf to sobie rozstawi lampy, blendy i inne wielce pożyteczne ustrojstwa. A co ma zrobić biedna kura domowa?

Kura domowa poluje. I nie, nie na moment, w którym małżonek łańcuch poluzuje 😀 Kura obserwuje z niepokojem prognozę pogody oraz nieustanny ruch słońca na niebie. Teraz tylko wystarczy zsynchronizować gotowanie z odpowiednim kątem padania światła na balkon.

Tak, moi drodzy. Moi sąsiedzi już na bank myślą, że jestem psychicznie chora. Stoi sobie jeden z drugim na balkonach i papieroski sobie palą, a tu – jebut! – wyjeżdża na terakotę drewniana deska od Pawła Tomali, potem jakaś bajerancka ściereczka z promocji w Biedrze, a potem parę innych gadżetów i na koniec talerz z kopytkami. Potem długo nic aż wreszcie pojawia się statyw, aparat i ja w pochlapanym sosem dresiku 😀

Teraz, jesienią, to już pół biedy, ale latem oprócz mojego wypiętego zadu w stan osłupienia wprowadzają sąsiada moje miotane na głos przekleństwa: „Psiamać, jak wieje!”, „Cholera, znowu chmura!”, „Won mucho!” 😀

Może zimą sąsiedzi nie będą palić na balkonach?

Ps. Ps. A Izie za zielone ścierki opierdziel się po prostu należał 😉

Święta, święta…

Święta, święta…

 

Iza: Wiesz co? Właśnie włączył mi się przedświąteczny stres. Zawsze tak mam, że na kilka dni przed świętami zaczynam odczuwać niepokój.

Jagna: Z czym konkretnie?

Iza: Że nie zdążę, w sensie, że przy gotowaniu mi coś nie wyjdzie, że czegoś zapomnę, choć się to nigdy nie zdarzyło, że coś jeszcze w międzyczasie zawalę i że komuś prezent nie siądzie. Starczy?

Jagna: Wcześnie Cię z tym stresem naszło w tym roku :)

Iza: To wszystko przez faceta z warzywniaka, w którym zawsze robię zakupy. Sprezentował mi dziś susz na wigilijny kompot. Wiesz jak ja nie cierpię tego kompotu?! Taki mętny i ciepły…, i te sflaczałe owoce. A fuj!  Aż mnie potelepało na samą myśl.

Jagna: To po co go robisz?

Iza: Bo Zbysiu uwielbia :) A ja uwielbiam zapach tego suszu. To mój ulubiony świąteczny zapach. A ty masz jakiś ulubiony? Z czym najbardziej kojarzą Ci się święta?

Jagna: Z czym najbardziej kojarzą mi się święta? Ha! Trudne pytanie, ale podejrzewam, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że ze świątecznym jedzeniem. Od najmłodszych lat miałam tak, że gdy tylko napłynęły pierwsze zapachy bigosu, to pchałam się do kuchni i nie dawałam się mamie ścierą przepędzić. Kulminacyjnym punktem kuchennej okupacji było oczywiście wylizywanie łopatek od miksera z kremu, który mama szykowała do wigilijnego tortu makowego. Czasy były, jakie były, słodyczy jak na lekarstwo, więc trudno się specjalnie dziwić 😀

Jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze na świecie były wigilijne pierogi z kapustą. Kiedyś z kuzynem (a mieliśmy może po 10 lat) zrobiliśmy zawody, które z nas zje ich więcej. Gdzieś po piętnastym straciliśmy rachubę, po czym ja opadłam na krzesło i myślałam, że zaraz pęknę, a on spokojnie zaatakował śledzie. Konsumował dłuższy czas, po czym nagle zzieleniał i poleciał truchtem do łazienki. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrałam, bo kuzyna z konkursu wykluczył niedozwolony doping w postaci śledzi 😀

Iza: Nie no, takich jazd to u mnie nie było :) Ale generalnie pierwsze skojarzenie to karp po żydowsku. Mniej więcej w co drugiej mojej książce bohaterka przyrządza go na Wigilię. No i oczywiście barszcz z uszkami, choć barszcz sam w sobie na naszym stole gości dość często, ale komu by się chciało lepić uszka w lipcu? Choć jestem osobą zapobiegliwą i już w wakacje obmyślam, co komu kupić pod choinkę  :) A tak na marginesie, kiedy przestałaś wierzyć w Mikołaja?

Jagna: Ty wiesz? Dokładnie nie pamiętam, więc to musiało być wcześnie. Mam w głowie jedynie taką migawkę, że tuż przed Wigilią zadzwonił telefon. Pamiętam go. Taki żółciutki i oczywiście z tarczą :) Mama mnie zawołała mówiąc, że Mikołaj dzwoni. I w telefonie rozległ się tubalny głos, którego się tak przestraszyłam, że mało w gatki ze strachu nie narobiłam. W ten sposób sąsiad (o czym dowiedziałam się długi czas po tej rozmowie) zapisał mi się w głowie traumą telefoniczną 😀

A jak było u Ciebie? Ej, a tak mi się skojarzyło, w Krakowie to pod choinkę Aniołek prezenty przynosi?

Iza: Ja zawsze zaliczałam się do tych łatwowiernych i naiwnych, więc wierzyłam dość długo. Nie pomogły nawet sensacyjne doniesienia od koleżanek, przedwcześnie uświadomionych przez starsze rodzeństwo. Ja wiedziałam swoje i z wypiekami na twarzy co roku układałam na parapecie list i grzecznie czekałam na prezenty. Do myślenia dało mi dopiero pewne zdarzenie u mojego kolegi, którego pewnej nocy z piątego na szóstego grudnia obudziły przekleństwa i hałas. Jak się okazało, przed snem nie odstawił tornistra na miejsce, a jego ojciec idąc po omacku z prezentami, potknął się o tornister i jak długi runął na podłogę. Przy okazji facet złamał sobie rękę i zmiażdżył część prezentów. Tak więc następnego roku postanowiłam sprawdzić, co jest grane z tym Mikołajem i nic nikomu nie mówiąc napisałam list i jak zwykle położyłam go na parapecie. Zazwyczaj znikał po kilku godzinach, tym razem leżał kilka dni. Znikł dopiero wtedy, gdy mama wyraziła swoje „zaniepokojenie” i zapytała czy napisałam już list. Powiedziałam, że list leży i czeka od tygodnia. No i cała   sprawa się rypła, bo list wyparował w pół godziny :) Później wystarczyło już tylko sprawdzić szafki.

A w temacie Aniołka, to niby kto ma przynosić prezenty pod choinkę? Mikołaj przychodzi 6 grudnia, więc to nie może być w kółko jeden i ten sam gość.  Choć z dwojga złego zawsze to lepsze niż jakiś Gwiazdor :)

Skoro już jesteśmy przy świątecznych regionalizmach, to jaką w Warszawie jada się zupę w Wigilię? Dasz krótki przepis?

Jagna: W Warszawie trwa odwieczna walka czerwonego barszczu i grzybowej :) U nas w domu rozwiązało się sprawę tak, że w Wigilię podajemy jedno i drugie. Czerwony barszcz oczywiście z uszkami a grzybową z makaronem. Barszcz jak barszcz, ale grzybowa musi być esencjonalna i czarna jak smoła. Już od sezonu grzybowego zbieramy na nią tzw. „smak”. Oznacza to po prostu tyle, że po każdych gotowanych grzybach koncentruje się pozostały wywar i mrozi. W przeddzień Wigilii się te wszystkie zapasy wyciąga, wrzuca do gara, dolewa wody, dodaje przemysłowe ilości suszonych grzybów oraz cebulę i dość długo gotuje. I to właściwie, po pierogach, jest moją ulubioną potrawą. Co nie znaczy, że gardzę barszczem z uszkami 😀

Chociaż i tak najważniejsze są prezenty i w cywilizowanych miejscach przynosi je Mikołaj, a nie żaden Aniołek 😀

A pamiętasz swój prezent marzeń? Taki, że aż Cię zatkało wrażenia? U mnie to był chomik, konspiracyjnie przechowywany u sąsiadów. Myślałam, że się posikam z radości jak znalazłam go pod choinką. Autentycznie zatkało mnie z radości. Mojego kota też 😀

Iza: To były narty, ale przy tej okazji zatkało mnie na dłużej z innego powodu… Miałam wtedy może 3-4 lata, gdy przyszedł do mnie św. Mikołaj z obstawą w postaci diabła i anioła. Mikołaj był prawdziwy. Biskup jak trzeba, nie jakiś pajac z koncernu. Anioł był cudowny, miał prawdziwe skrzydła i blond włosy, ale najlepszy z tej trójki był diabeł.  Na rogach miał mrugające czerwone lampki. Cały czas chodził po przedpokoju. Jedną ręką kręcił młynki ogonem, drugą potrząsał brzęczącym łańcuchem.  Dałabym głowę, że miał nawet kopyta! Tak mnie zamurowało z wrażenia, że wypuściłam powietrze dopiero jak wyszli. Po latach dowiedziałam się, że byli to aktorzy z teatru Bagatela, zatem pełna profeska.  Dorosły by się nabrał :) Pamiętam tego diabła, wymarzone narty, które wtedy dostałam i konsternację Mikołaja, jak na jego standardowe pytanie, czy byłam grzeczna, uczciwie powiedziałam, że nie za bardzo, i że nadal obgryzam paznokcie :)

Drugim, niestety już nie tak miłym, wspomnieniem pozostaje w mej pamięci widok prezentów pod choinką w Wigilię, w stanie wojennym. Mama stanęła wtedy na głowie i skądś wytrzasnęła prezenty, ale nie miała ich w co zapakować, więc zapakowała wszystko w wymięty szary papier i w gazety.  Może właśnie dlatego teraz godzinami ślęczę przy pakowaniu prezentów, choć dziś najlepiej kupić ozdobne torby i załatwić sprawę w kilka minut.  Ciekawe, jak u Was? Papier czy ozdobna torebka? Łatwizna, czy męka dla bliżej nieokreślonej idei? 😀

P.S. Jakoś strawię tę aluzję, w tym słabo zawoalowaną dyskredytację Krakowa oraz Aniołka. W końcu idą Święta i należy być dobrym dla bliźnich. Na szczęście nie przychodzi do nas Dziadek Mróz i z tego należy się cieszyć 😀

Jagna: Tu się zgadzam. Dziadek Mróz niech w Rosji siedzi 😉 A z tym pakowaniem prezentów to różnie u mnie bywa.  Z natury jestem estetką i lubię rzeczy ładne, ale przed świętami jest tyle do roboty, że czasami ratuję się torbami. Gazet w każdym razie, jak żywo, nie pamiętam 😀

Poza tym wyznaję zasadę, że wstążeczka zawsze ratuje sytuację. W zeszłym roku się zawzięłam na piękne pakowanie. Spędziłam nad tym parę godzin, ale efekt był imponujący: ładny papier, piękne wstążki i nawet gałązki choinkowe. Normalnie żałuję, że zdjęć nie porobiłam :)

A jak już tak temat choinki wypłynął, to muszę Ci powiedzieć, że absolutnie nie uznaję sztucznej. I nawet nie o wygląd chodzi, tylko o ten zapach. Jeśli w domu nie pachnie choinką, to tak, jakby świąt nie było. I pewnie sobie naiwnie teraz pomyślałaś, że skoro jestem zamiłowaną estetką, to i moja choinka się elegancko prezentuje. Otóż nic bardziej błędnego. Moja choinka to totalny bazar obwieszony bagażem sentymentalnym 😀

Czego tu nie ma! Koślawe łańcuchy z kolorowego papieru produkowane przez kolejne pokolenia dzieci, zabawki choinkowe rodem z PRL-u i nawet papierowy paw, którego z pomocą mamy skleiłam, gdy miałam z pięć lat. Jest tak obleśny, że przez całe święta toczymy z mężem wojnę. Ja pawia montuję na samym froncie a Piotrek po cichu go wrzuca na tył choinki. No to ja go znów na widok wystawiam. I tak przez całe święta aż do dnia rozebrania choinki, gdy ów koszmarny paw ląduje na kolejny rok w kartonie z bombkami 😀

Niech zgadnę! U Ciebie jest elegancko i choinka posiada konkretny zestaw kolorystyczny, zgadłam? :)

Iza: Niezupełnie. Posiada kilka zestawów kolorystycznych :) Co roku kto inny decyduje w jakim kolorze lub zestawie kolorystycznym ubrana będzie choinka, więc co roku jest inaczej. Odnośnie samej choinki, to niestety ostatnimi laty mamy sztuczną. Po pierwsze, od wielu lat wyjeżdżamy na narty już w pierwszym dniu świąt, więc zawsze po powrocie do domu już w styczniu, zastawaliśmy zasuszonego drapaka. Swoje dołożyły również zwierzęta. Psu tak pachniało ogrodem i lasem, że nieraz potrafił się zapomnieć i centralnie choinkę obsikać, ale to jeszcze pół biedy. Najbardziej w kość dają koty. Szajbie kilka razy zdarzyło się choinkę przewrócić, bo się na nią wdrapała. Wprawdzie ostatnio na zimę tyje i przybiera formę kulistą, więc już nie za bardzo jej się chce latać po drzewach, ale kto ją tam wie. Natomiast Kapsel, na widok choinki i ozdób, dostaje kompletnego świra. Przy nim żadna choinka by nie przeżyła, gdyby moja córka nie doznała olśnienia, że koty nie lubią zapachu cytrusów. Ususzyłam zatem w piekarniku plastry pomarańczy i udekorowaliśmy nimi choinkę. Patent zadziałał, bo koty obraziły się na amen i nawet do niej nie podeszły, więc w tym roku znów będzie u nas cytrusowe drzewko :)

Pomału będę już kończyć, bo kuchnia mnie wzywa i trzeba ruszyć do garów, ale mam nadzieję, że nie każesz się prosić i wrzucisz fotkę tego pawia :) Ciekawość mnie zżera, o co z Piotrkiem tak zawzięcie walczycie, a korzystając z okazji chciałabym Wam oraz wszystkim naszym wspaniałym czytelnikom i sympatykom złożyć życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jagna: Wesołych Świąt Kochani :)

Ps. Skoro tak ładnie prosisz, to poniżej masz zdjęcie pawia. Tylko pamiętaj! Co się zobaczy tego się nie da odzobaczyć 😀

 

Sens życia

Sens życia

Odkąd pamiętam, uwielbiam dobre jedzenie. Gdy byłam pozbawionym wszelkich hamulców, wiecznie nienażartym dzieciakiem, rzucałam się na ulubione potrawy jakby mnie miesiącami głodzili. Teraz naturalnie się hamuję, bo zdradzieckie kalorie nie śpią, ale wtedy nawet nie słyszałam, że coś takiego, jak kaloria istnieje. A jak czegoś nie ma, to nam nie może zaszkodzić, prawda? Żarłam więc jak koń i dalej byłam chuda jak patyk.

Moja mama była załamana permanentnym spustoszeniem, jakie siałam w lodówce. W milczeniu produkowała kolejne dania i załamywała ręce, gdy wciągałam kolejny talerz zupy. Miała nadzieję, że wystarczy na dwa dni, ale nic z tego. Dobrze wychowany człowiek nie zostawia resztek, więc koniec następował dopiero po ujrzeniu dna garnka 😀

– Jakie życie byłoby piękne, gdyby ludzie nie musieli jeść i pić – mawiała moja mama, załamując ręce.

Powiem Wam szczerze, że poraziła mnie ta wizja. Wyobrażacie to sobie? Całe życie bez pysznego rosołku, gołąbków albo czekolady? Bez zielonej herbaty albo kieliszka dobrego wina? Dogłębnie przerażające!

A to przecież dopiero początek potencjalnych zmian na gorsze. Gdyby człowiek nie potrzebował jedzenia, to nie istniałyby lodówki, garnki i piekarniki oraz cała reszta sprzętów i przedmiotów związanych z kulinariami. Nie byłoby mojego ulubionego kubka do kawy ani najcudowniejszego na świecie noża z Biedronki. A ileż było radości, gdy go sobie kupiłam za całe 8,50!

Co ja mówię? Nie byłoby kuchni nawet. No w pewnym sensie doszłoby dodatkowe pomieszczenie w domu do wykorzystania, ale co to za dom bez serca, czyli kuchni?

Zmiany oczywiście nie dotyczyłyby tylko naszych mieszkań. Zniknęłaby większość sklepów, a do tych nielicznych, które by zostały, zaglądałoby się tylko czasami. Przecież o ile chlebek kupuje się codziennie, to buty raz na jakiś czas. Ok, zgadzam się, zaoszczędziłoby się na żarciu mnóstwo pieniędzy, to i na buty by więcej zostało, ale mimo wszystko to byłoby straszne życie (choć nie ukrywam, że więcej butów by mi osobiście pasowało 😀 ).

No a co z restauracjami? Gdzie na randkę, wesele, spotkanie rodzinne?

Już to widzę:

– Kochanie, co myślisz o tym, żeby po naszym ślubie zaprosić gości do parku? Posiedzielibyśmy sobie na trawie i pośpiewali piosenki? – zapytałaby narzeczona.

– Wiesz co? A może lepiej zabierzmy ich do lasu? Pooddychamy sobie zapachem igliwia?

Albo Wigilia:

– Co sądzisz o tym, żebyśmy zaprosili rodzinę na wspólne dekorowanie choinki?

– Świetnie! A potem usiądziemy i będziemy ją oglądać!

Oczywiście na kanapie, a nie przy stole, bo stołów by też nie było. Jedynie biurka do roboty i nauki.

Ilu ludzi straciłoby zatrudnienie, to już nawet policzyć się nie da. A w telewizji, zamiast „Masterchefa” i „Ugotowanych”, leciałby ckliwy program „Jak oni cerują” albo „Mistrz warcabów”.

Nie byłoby sadów, malowniczych pól uprawnych. Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłam, że nie byłoby nawet mojej ulubionej zabawki z dzieciństwa, czyli małego, czerwonego traktorka. No bo na co komu traktory w świecie bez upraw rolnych?

Straszna wizja, prawda? Dla mnie życie straciłoby swój podstawowy sens 😉

Niewykluczone, że i rodzina by mi się rozpadła. Czym bowiem zapełnilibyśmy pustkę powstałą po wielogodzinnych rozmowach na temat tego co byśmy zjedli, czasochłonnym szukaniu nowych przepisów i testowaniu kolejnych knajp? 😀

W mojej rodzinie kwestia jedzenia zajmuje szczególne miejsce. No tak już mamy. Najważniejsze pytanie, gdy ktoś wraca z jakiegoś hotelu brzmi oczywiście, czy śniadanie dali dobre. Podobnie z weselami. Nie jest ważne kto jaką kieckę założył albo kto się upił i zasnął pod stołem. O nie. Kluczową kwestią jest to, jakie było jedzenie.

Nie powinno więc Was dziwić, że wycieczki i urlopy często planujemy według kulinarnej mapy świata. Tak było i wtedy, gdy postanowiliśmy z mężem odwiedzić Kraków. Pieczołowicie wybraliśmy słynną restaurację w stylu „ęą”.

Podczas wycieczki po Krakowie holowaliśmy za sobą dwie dziewięciolatki. Naszą własną córkę Gabrysię i jej przyjaciółkę Julkę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że dla żywiołowych wielbicielek nugetsów sztywna knajpa w stylu „ęą” będzie średnio atrakcyjna, ale uparliśmy się, żeby iść. Przekupiłam smarkule obietnicą lodów, jeśli tylko dadzą z siebie wszystko w kwestii dobrego zachowania. Zwiedziona gorliwym zapewnieniem, że będą grzeczne, nie zaczną biegać wokół stołu i mlaskać nad talerzem, przystałam na wizytę w restauracji.

Poszliśmy więc. Miejsce piękne, z każdego kąta szepcze historia, ale kelnerzy, choć niezwykle mili, to usztywnieni jakby połknęli kije. No nic. Siadamy. Dziewczynki rozglądają się z zaciekawieniem.

– To jakieś muzeum? – pyta Julka. – Przecież mieliśmy coś zjeść!

– To restauracja, zaraz coś zjesz – odpowiadam. – Nie machaj nogami, co?

Już nawet nie chodziło mi o to, że zbyt eleganckie to nie było, ale żywiołowe dziewczę oplątane długim i niezwykle wytwornym obrusem momentalnie skojarzyło mi się z katastrofą. Oczami wyobraźni ujrzałam leżącą na podłodze kosztowną tkaninę i potłuczony w drobny mak wazonik z rżniętego kryształu. A przecież nawet nie zdążyliśmy zamówić nic do picia.

Z tym poszło nawet prosto. Zanim dzieci zdążyły się zabrać za studiowanie menu, zapytałam chytrze, czy chcą colę. Normalnie jej nie dostawały, więc zelektryzowało je to z miejsca. Cola jest wszędzie. No może z wyjątkiem Korei Północnej, ale tam się nie wybieramy. Założyłam – słusznie – że tutaj też ją mieli.

Cola przyniesiona. Wino dla nas także. Dzieci przystąpiły do studiowania karty dań. I się zaczęło 😀

– Mamo, tu jest napisane, że jest danie z królika – wykrzywiła się Gabryśka. – Ohyda! Nie będę jeść biednego króliczka.

– Nie musisz. Wybierz coś innego – odparłam.

– Jak można zjeść sarenkę? – zaprotestowała w tym czasie Julka.

– A może coś z drobiu wybierzesz? – zaproponowałam pospiesznie, widząc zaszklone łzami oczęta.

– Tato! Cola mi się skończyła – poinformowała tymczasem Gabrysia. – Mogę jeszcze?

Oczywiście nie chodziło o to, że chciało jej się nadzwyczajnie pić, ale jak się dorwała do zakazanego na co dzień napoju, to postanowiła kuć żelazo póki gorące. Julka w mig załapała strategię i duszkiem wypiła swój napój.

– Ja też już nie mam! – poinformowała pogodnie.

Smarkule dostały po kolejnej szklance coli, w cenie jak za skrzynkę każda, plus przestrogę, że jak wypiją duszkiem to dostaną wyłącznie wodę.

– Najlepiej z wazonu – mruknął pod nosem mąż, studiując absurdalnie wysokie ceny całkowicie pospolitych napojów gazowanych.

– Dobra ta cola – wyszeptała z zadowoleniem Gabrysia, najwyraźniej nie wyczuwając aluzji.

– No dobrze – ucięłam na wszelki wypadek drażliwy temat – Wybraliście już coś do jedzenia?

– Ja chyba wezmę ten chłodnik ogórkowy z szyjkami rakowymi i sarnę – powiedział w zadumie mąż, który głęboko skupiony nad menu zwyczajnie nie wyczuwał głębokiego dramatu dzieci 😀

– Julka, wybrałaś coś? – zapytałam.

– Mogę lody?

– Obiad najpierw. A z lodami to chyba mamy umowę, prawda? – wyszeptałam słodko.

– Tato a co to jest foie gras? – zainteresowała się w tym czasie Gabrysia.

– To jest pasztet z… A zresztą nieważne… Wybierz coś innego, dobrze? – w porę zreflektował się mąż.

– I nie machaj nogami! – dodałam szeptem, widząc niebezpiecznie napinający się obrus.

– Głodna jestem! – poskarżyła się Julka.

– No to wybierz coś szybko, to zamówimy i zaraz zjesz. Masz już coś? – zapytałam.

– Myślę.

Westchnęłam ciężko, co stojąca nieopodal kelnerka musiała najwyraźniej błędnie zinterpretować, jako wyraz zniecierpliwienia zbyt długim oczekiwaniem na obsługę. Podeszła więc do nas.

– Wybrali już państwo? – zapytała z grzecznym uśmiechem.

– My w zasadzie już tak – odparłam – ale dzieci…

– No dobrze, to może przyjmę od państwa zamówienie, a potem wspólnie pomyślimy nad czymś dla dzieci, dobrze?

– Tak. Bardzo dziękuję – odparłam z ulgą, której nie dało się zatuszować. – Ja wobec tego poproszę przepiórkę.

Mąż zamówił ten swój chłodnik i biedną, bezbronną sarenkę.

– A na co mają ochotę młode damy? – zapytała kurtuazyjnie kelnerka.

– Ja poproszę kurczaka – zdecydowała w końcu Gabrysia.

– W białym winie, tak?

– No nie! – zaprotestowała Gabrysia. – Kotlet z kurczaczka poproszę.

– Gabrysiu, ale tego nie ma w karcie… – próbowałam perswadować .

– Nie ma problemu – wcięła się kelnerka. – Szef kuchni z pewnością jakoś temu zaradzi.

– Dziękuję – uśmiechnęłam się z wdzięcznością.

– A co chcesz do kotlecika? Opiekane ziemniaki? – zapytała kelnerka.

– Frytki poproszę!

Uśmiechałam się do kelnerki a przed oczami wyświetlał mi się napis, taki jak na żółtym pasku informacyjnym TVN-u: „Trzeba było iść do KFC!”. Dobrze, że chociaż do tych frytek „poproszę” dodała.

– Juleńko – zapytałam słabym głosem – wybrałaś już coś w końcu?

– Nic tu nie ma! – poskarżyła się małolata. – Nie możemy iść do normalnej restauracji?

– A na co byś miała ochotę, kochanie? – zapytała zatroskana kelnerka, podczas gdy ja upewniałam się w przekonaniu, że co tam KFC! Nawet bar mleczny byłby lepszym pomysłem.

– Na pewno jest coś, co chciałabyś zjeść – dodałam.

Julka powiodła spojrzeniem po wazoniku z rżniętego kryształu, wiekowych obrazach wiszących na ścianie i zabytkowych meblach. Pociągnęła nosem i spojrzała ufnie na kelnerkę.

– Macie tu ruskie pierogi? – zapytała z nadzieją.

Kelnerka przez chwilę walczyła z wyraźnie nadciągającym atakiem śmiechu, ale zachowała kamienną twarz.

– Oczywiście – odparła w końcu.

– Ale jak… – zdziwiłam się.

– Mamy na dole sklep garmażeryjny. Zaraz ktoś przyniesie.

A potem nastąpiła niezapomniana scena, w której czworo kelnerów podeszło i postawiło przed nami cztery talerze nakryte srebrnymi pokrywami. Unieśli je jednocześnie ukazując światu pięknie podaną dziczyznę, oraz kotleta z frytami a także porcję ruskich pierogów 😀

Gabryśka zaatakowała paluchami frytki, a Julka natarła widelcem na pierogi. Przyglądałam im się znad przepiórki i zastanawiałam się, w którym momencie straciłam instynkt rodzicielski i jaki diabeł podpowiedział mi, że przyprowadzenie tych dwóch potworów do „ęą knajpy” będzie idealnym zwieńczeniem wycieczki.

– Nie dali ketchupu – poskarżyła się Gabryśka.

– To idź i poproś – odparłam zrezygnowanym tonem.

Zadowolone dziewczynki wmiotły swoje porcje do ostatniego okruszka. Mąż poprosił o rachunek. Lekko się zakrztusił winem, gdy zobaczył na ile wyceniono sześć pierogów z garmażerki, ale bez mrugnięcia okiem uiścił należność.

– Jula? A smakowały ci pierogi? – zapytał z nadzieją w głosie, gdy wyszliśmy z knajpy.

– Takie sobie. Mama i ciocia robią lepsze – odparła z rozbrajającą szczerością dziewczynka.

– Idziemy na te lody? – zapytała Gabrysia.

W kolejnym dniu zwiedzania poszliśmy na obiad do podrzędnego baru. Na schabowego z frytami z frytury 😀

Ps. Kelnerka dostała sowity napiwek :)

Horror blok

Horror blok

Kiedyś myślałam, że moje życie jest normalne, przebiega bez specjalnych zwrotów akcji i generalnie jest nudno, ale stabilnie. Otóż nie jest. Od czasu, gdy zamieszkałam w pewnym blokowisku.

Mawiają, że sąsiadów się nie wybiera i to jest rzecz jasna racja, ale nie przestrzegają, że czasami trafiają się bloki z horroru. Nie mówię o moim. Mojemu nic nie dolega (na szczęście), ale tuż po sąsiedzku stoi dziesięciopiętrowy potwór, relikt minionej epoki, dla niepoznaki ocieplony i pomalowany. Mruga do mnie figlarnie brzoskwiniową w kolorze fasadą i popołudniowymi refleksami słońca odbitego w szybach o zróżnicowanym stopniu domycia.

Na pozór sielanka. Zacne osiedle z japońskimi stawikami, rybami i innymi gustownymi pierdołami, ale teren zamkniętego osiedla się przecież zawsze gdzieś kończy, prawda? A jego zewnętrzne flanki wyznacza, między innymi, mój balkon. Oraz okno kuchenne. Choćby z tego powodu, sąsiedni wieżowiec ciężko zignorować.

Najpierw doprowadzał mnie do szału samym faktem istnienia. Był i przesłaniał widok (by nie wspomnieć o słońcu przydatnym balkonowym roślinom). Napierał, taki wielki i obleśny na moje okno kuchenne. Niech wam za dowód upierdliwości wystarczy to, że przy projektowaniu kuchni pogoniłam projektanta, który nie zrozumiał, że przy oknie nie będzie stał zlewozmywak. Chłopina chciał dobrze, ale nie zrozumiał, że widok z okna jest nieakceptowalny w takim stopniu, że nie planuję umyć choćby jednej marchewki, w nowej kuchni, z widokiem na horror blok.

Latka lecą, zlew jest po drugiej stronie kuchni, choć w sumie mogę przyznać, że znaczenia to większego nie miało, bo zmywarka załatwia temat niezależnie od moich doznań estetycznych, ale niech Wam uświadomi mój dylemat jedno: zaprojektowałam CAŁĄ kuchnię tak, by nie oglądać sąsiedniego bloku :)

I teraz zapytacie, o co chodzi z tym blokiem?

Tuż po tym, gdy się po sąsiedzku wprowadziłam, dorwała mnie na klatce sąsiadka.

– Pani wie, co tam zeszłej wiosny było w tym bloku obok? – zapytała scenicznym szeptem.

– Nie wiem, a co?

– A tam młoda matka wyskoczyła z balkonu!

– Dlaczego?

Aż mi się wstyd zrobiło, że zadałam takie durne pytanie, ale sąsiadka najwyraźniej nie miała tego typu dylematów.

– To przez klątwę! – odparła i ze stęknięciem dźwignęła siatki.

Po chwili zniknęła na wyższym piętrze, a ja zapomniałam o całej sprawie. Na jakiś czas 😀

Internetu nie było, czasu na zgłębianie historii z sąsiedztwa również. Blok po prostu trwał i za każdym razem, gdy na niego spojrzałam zwyczajnie wnerwiał. Nic nadprzyrodzonego.

Trochę się zdziwiłam, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę, która dopadła do mnie i odstawiła siaty na ziemię.

– Słyszała pani? – szepnęła scenicznie, a jej głos poniósł się po klatce.

– Ale co?

– Zarąbał żonę siekierą!

– Jezu, kto?

– Tam obok, w tamtym bloku… Podobno krew na klatce schodowej jest…

– Co pani mówi?

– No to niech pani wyjdzie na balkon i zobaczy!

Sąsiadka złapała siaty i zniknęła na wyższym podeście schodów.

Weszłam do mieszkania, rzuciłam siatki na kuchenny blat i wyszłam na balkon. Pod sąsiednim blokiem stała karetka i radiowóz. Następnego dnia polazłam tamtędy do warzywniaka i zapuściłam żurawia do klatki. Niczego podejrzanego tam nie znalazłam, ale i tak ciarki przebiegły mi po plecach.

Horror blok trwał tuż obok, zabierając słońce i generując kolejne przerażające zdarzenia. Szerokim echem odbiła się w sąsiedztwie sprawa piwnic. Podobno ich nie było. Tylko dlaczego podobno powiesił się w nich listonosz i pewien chłopak? I dlaczego spec od instalacji gazowych rzucił mimochodem, że w tamtym bloku coś blokuje wejście do piwnic (których rzekomo nie ma)? I że podobno są tam gigantyczne karaluchy, które do nas (na szczęście) nie przejdą, bo nie dzielimy żadnych rur.

Nie wiem. Starałam się ignorować opowieści sąsiadów.

Potem nadeszła zima, zamarzł przed blokiem jeden z mieszkańców, policja się zjechała…

W swej ogromnej naiwności myślałam, że to tylko takie zbiegi okoliczności.

Do czasu, gdy ponownie spotkałam sąsiadkę z siatami na schodach. Po raz pierwszy przyjrzałam się jej bardziej wnikliwie. Ubrana jak zwykle na zielono, dość wysoka, brunetka przed czterdziestką.

– Słyszała pani? – zapytała a ja od razu wiedziałam, że w horror bloku znów coś się wydarzyło.

– O czym miałam słyszeć?

– Teraz jakiś chłopak przez okno wyskoczył. Mówią – ściszyła głos – że ktoś mu pomógł.

– Czyli zamordował go ktoś?

– Niezupełnie. Podobno zobaczył ducha listonosza, tego co się powiesił i on mu kazał… Ale ja myślę – kontynuowała sąsiadka – że to raczej nawiedził go duch, tego co zamarzł…

Ta, jasne! I biedny chłopak pewnie o tym opowiedział sąsiadce. Spadał i przelatywał koło jej balkonu, jak wieszała pranie. I na chwilę zahamował. A potem tonem niezobowiązującej pogawędki wyjaśnił jej, że właśnie leci na dół, ponieważ wyskoczył z okna, bo nakazał mu to duch listonosza.

Nie zdradziłam sąsiadce swoich przemyśleń, ale za to odpaliłam w domu komputer, w końcu podłączony do internetu. Dosłownie po kilku minutach znalazłam artykuł i nawet reportaż o horror bloku. Podobno był nawiedzony przez ducha byłego właściciela działki, na której stoi. I to jest rodzaj zemsty na komunistach, którzy ziemię zabrali i blok postawili. W bloku, ciągle ktoś popełnia samobójstwo, ponoć część mieszkańców widywała duchy (temu to się nie dziwię, bo horror blok ma najwyższą w okolicy średnią zużycia alkoholu, w przeliczeniu na mieszkańca 😉 ) i zdarzają się w nim ponure historie, także morderstwa.

Blok podobno odwiedzali radiesteci i twierdzili, że jest tam zła energia i jakieś żyły wodne, które mogą ludziom z mózgów sieczkę robić. Coś tam owi specjaliści poczarowali i faktycznie długo nic się nie działo. I pewnie zapomniałabym o sprawie, gdyby nie pewna, wyjątkowo kochliwa, mieszkanka horror bloku.

Najwyraźniej ma sprawnego chłopa, bo jej miłosne jęki niosą się nocą po całym osiedlu. Raz aż wyszłam na balkon, bo myślałam, że kogoś znowu mordują :)

Na balkonie horror bloku stał jakiś dresiarz i palił papierosa. W pewnym momencie baba zawyła, jakby faktycznie ktoś ją siekierą ugodził.

– Namordnik jej kup! – wrzasnął dresiarz, pstrykając niedopałkiem i cofnął się do swojego mieszkania.

Następnego dnia spotkałam sąsiadkę. Nie brunetkę w zielonym. Inną. Oczy miała czerwone, wyraźnie niewyspana.

– Pani też nie spała, przez tę „śpiewaczkę” z sąsiedniego bloku? – zapytała zrezygnowanym głosem.

– Owszem – odparłam. – Ale lepsze to, niż kolejna wiadomość o kobiecie zatłuczonej siekierą…

– Jaką siekierą?

– No nie wie pani? Tam różne rzeczy się dzieją… – odparłam i poczułam się jak osiedlowa sensatka.

– Skąd pani to wie? – zapytała, wyraźnie zaciekawiona.

– A od naszej sąsiadki. Nie wiem pod którym numerem mieszka i prawdę mówiąc dawno jej nie widziałam. Być może już się wyprowadziła… Taka brunetka. Zawsze się na zielono ubierała.

– Wie pani co? – zamyśliła się sąsiadka. – Mieszkam tu od czasu, gdy wybudowano nasze osiedle i nie kojarzę, by mieszkała tu jakaś ubierająca się na zielono brunetka…

Tornado 9

Tornado 9

Naczelny balowicz RP

No tak… sama chciałam… to mam. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że u zwierzaków imię ma wpływ na charakter? Dziś, z perspektywy czasu dostrzegam, że rzeczywiście tak jest. Tornado przecież nauczył się latać, a Frykas był jedynym kocim niejadkiem, jakiego znam. A Wy znacie kota, za którym trzeba biegać z surową polędwicą wołową i prosić gada, żeby łaskawie coś zżarł? Ja nie. Kiedyś, po grubszym remoncie przyszedł do nas do domu gość od alarmów. Tu chałupa czyściutka, wypicowana, nowe meble i na to wchodzi nasz wynędzniały kot Frykas. Zimą to jeszcze pół biedy, bo miał większe futro i jako tako się prezentował, ale latem wyglądał jak morzony głodem, zabiedzony pokurcz.

– No, fajnie. Chałupa jak nowa, ale co ten kot taki chudy? Jeść mu nie dajecie, czy co?- zapytał facet od alarmów, a ja, jak jakaś głupia zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że to kot niejadek.

Ale wracając do pozostałych czworonogów to kot Behemot kochał wodę, jak na mitycznego potwora z głębin morskich przystało. Potrafił godzinami łazić po deszczu i taplać się w kałużach. Nie zliczę, ile razy wrócił do domu mokry jak chluszcz i trzeba go było wykręcać :)

Kapsel – to imię miało brzmieć niewinnie, ale też nam nie wyszło, bo przerośnięty, nieletni kocur tegoż imienia notorycznie zrzuca donice z parapetów, wywraca krzesła, biega po ścianach i przy okazji, kilka razy dziennie włącza światło w kuchni, bo klepie łapami w wyłącznik na wysokości półtora metra od podłogi. O Szajbie już nawet teraz nie wspominam, bo z nią jest urwania głowy na kolejne trzy felietony, ale sugerując się imieniem, możecie sobie wyobrazić, jaki ja z tą kicią mam krzyż pański. No i oczywiście latający Tornado do kompletu.

Niedawno przypomniał mi się jego pierwszy wakacyjny pobyt u moich rodziców. Normalni ludzie, jadąc na wakacje do ośrodka położonego w lesie, zazwyczaj zabierają psa ze sobą. U nas, niestety nie wchodziło to w rachubę, zatem zaangażowałam rodziców do pomocy. Lato na działce sprzyjało tymczasowej opiece nad psem, ale to też wymagało przemyślanych i daleko idących przygotowań. W końcu wykonać profesjonalne zasieki na kilkunastoarowej posesji rodziców wcale nie było rzeczą łatwą ani tanią, zatem wpadłam na pomysł stulecia. W przebłysku geniuszu kupiłam na allegro elektrycznego pastucha i całą sobotę spędziliśmy na rozstawianiu elektrycznego ustrojstwa.

W końcu zadziałało, ale tylko do czasu, kiedy po naszym odjeździe mój tata mi doniósł, że elektryczny pastuch nie działa, i że kupiłam jakieś badziewie.  A my właśnie w drodze na urlop…, a oni 100 kilometrów od nas. No to ja za telefon. Do dziś pamiętam, jak po całości zrugałam dostawcę pastucha, że sprzedaje jakieś wielkie gie i zażądałam nowego zasilacza. Musiałam brzmieć przekonywująco, bo sprzedawca niezwłocznie dosłał nowy i jeszcze przepraszał. Dopiero po latach przejrzałam podstęp mojego taty, który w obawie, żeby psa prąd nie połaskotał, rozłączył styki w tym pierwszym zasilaczu.  Ech, po powrocie sprzedałam pastucha właścicielowi hodowli danieli i pastuch działa do dziś, ale za to moja mama, na wyjazdach na działkę, całymi dniami towarzyszy psu i zapewnia mu warunki niczym w sanatorium. Razem chodzą na spacery, odwiedzają znajomych, czytają książki i oglądają seriale. Tornado jest przeszczęśliwy i jak tylko widzi moich rodziców, od razu jest gotowy do przeprowadzki na wieś. Choćby i w grudniu.

Heh, chyba nie daliście się zwieść tą wiejską, wakacyjną sielanką, prawda?  Tornado nawet pilnowany przez 24 godziny na dobę potrafi dać nogę i moich rodziców nie mogły ominąć żadne z tym związane atrakcje.  Proste. Jest Tornado, jest akcja :)

Pies, na okoliczność wyjazdów, oczywiście otrzymał tymczasowy identyfikator z wiejskim numerem telefonu oraz potrójną obrożę na kleszcze, bowiem mama jest osobą zapobiegliwą. W czasie pierwszego pobytu tylko raz zwiał i do dziś nie wiadomo którędy, więc pewnie wziął płot szturmem i po prostu przeskoczył, ale tydzień później centralnie dał czadu na odpuście…

Nie chcąc zostawić psa w domu, tata postanowił zabrać go na procesję z okazji Bożego Ciała. Zapakował kochanego Tornisia do samochodu i razem z mamą pojechali do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Mama weszła do środka, tata natomiast zaparkował tuż przed kościołem i uchyliwszy w aucie szybę, stanął po drugiej stronie samochodu i podczas mszy pilnował psa. A przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Nie wiedział jeszcze, że Tornado doskonale, w kilka sekund, uchyla samochodowe szyby…

Mniej więcej w okolicy końca kazania tata profilaktycznie zerknął do środka, czy psu aby nie za ciepło, mimo że auto w cieniu.

– Kurde! Gdzie jest pies?!

Trzy razy sprawdził. Nawet w bagażniku. Nie ma. No, ale jak nie ma, to pewnie ktoś go znajdzie i będzie dzwonił a telefon w domu, a w domu nikogo nie ma. Komórka z psiego identyfikatora też w domu, więc tata od razu wskoczył za kółko i pognał do domu po komórkę. W nerwach prawie drogę pogubił i zapomniał, gdzie ma klucze, ale w końcu udało mu się wrócić, mniej więcej na ogłoszenia parafialne.

Widok jego oczom ukazał się przedni. W miejscu, gdzie wcześniej stał samochód taty, teraz siedział Tornado i grzecznie czekał. Jak widać, oddalił się tylko na małe zakupy na odpustowym straganie. Według relacji rodziców bosko się prezentował z różową wstążką na szyi i trzema balonikami przyczepionymi do obroży.

– Wiesz, on wyglądał jakby z imprezy wrócił!- relacjonował później tata, a ja myślałam, że żartuje. Niestety mama potwierdziła.

Istotnie, Tornado z balonami wyglądał jak Naczelny Balowicz RP! :)