Browsed by
Tag: fragmenty

image_pdfimage_print
Jak się rodzi powieść

Jak się rodzi powieść

13435612_1174372722593167_2015953157_n

 

Często pytacie mnie o genezę powstania moich książek, a ja równie często mam problem, żeby sensownie na takie pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj są to po prostu impulsy, ale w przypadku „Do trzech razy sztuka” było inaczej :)

A to było tak… Wymyśliłam kiedyś sobie, że napiszę głupkowatą komedię. No i napisałam. Zbankrutowani bracia. Makler i detektyw oraz dwie panie architektki rywalizujące ze sobą od zawsze. Jedna z cudnym życiem u boku wspaniałego faceta, plus udane dzieci. Do tego zarabiająca masę pieniędzy i wygrywająca w cuglach wszystkie branżowe konkursy. Druga nieszczęśliwa i zawsze w tyle o dwa kroki. No i porwanie dla okupu, by finansowo podratować i detektywa, i maklera. Intryga cud miód, tylko się maklerowi pomyliło i porwał tę drugą, biedną. No i zaczęły się hece. Syndrom sztokholmski na wesoło.  I wiecie, co się wtedy stało? Mój ulubiony redaktor prowadzący z wydawnictwa powiedział, że w życiu się nie spodziewał, że jestem w stanie napisać coś tak durnego i że czeka na coś, gdzie jest dużo więcej „Frączyk”.

Ech, nie ma to jak wkurzyć pisarza, zwłaszcza w wakacje, kiedy ma dużo czasu, bo dzieci na obozach, mąż w delegacjach, nie trzeba gotować, a zwierzaki mogą jechać na suchym. Tak się wkurzyłam, że IQ mi skoczyło o 200% i zaczęłam kombinować, o czym by tu napisać, by nie robić research’u i żeby było szybko. Mam! Bingo! Korporacja! Przecież znam to od podszewki.  Korporacyjne klimaty towarzyszyły mi przez wiele lat, a czego się nasłuchałam od znajomych to nawet nie wspomnę. Połączyłam w jedno klimaty z dwóch dobrze znanych mi firm i wyszło mi świetne tło dla przygód i perypetii mojej Anki.  A skąd imię? A to na cześć jednej takiej miłej Anny Piotrowskiej, która administruje moim fanklubem na Facebook’u i jest po prostu świetna :) Pozdro Ania!

Dość na tym, że z tej złości napisałam całą książkę w miesiąc, nawet nie wiedząc, że przekaz będzie aż tak czytelny. Zawód handlowca, jawiący się większości jako zwykły lans w służbowej furze, jest jednym z trudniejszych zawodów świata. Łączy w sobie wiele profesji. Od kierowcy począwszy, poprzez psychologa, niańkę, organizatora, dostawcę, magazyniera, mediatora, księgowego, a na kierowniku swojego rewiru skończywszy. Jeśli dodamy do tego taksówkarskie przebiegi w każdych, nawet i ekstremalnych warunkach, permanentny stres, presję planu sprzedaży, humorzastych klientów i bezlitosny rynek, wyjdzie nam z tego naprawdę ciężki kawałek chleba. Od tego właśnie zaczynałam. Dawno temu. Zatem czas wreszcie pokazać, jak to jest być w korpo :)

Zapraszam do lektury fragmentu powieści „Do trzech razy sztuka” 

Marta, jak się okazało szefowa przedstawicieli handlowych zwanych naprzemiennie pechowcami lub repami, była wulkanem energii. Sprawna, świetnie zorganizowana i bardzo rzeczowa. Przejęta Anka chłonęła wszystko jak gąbka, choć nie rozumiała nawet połowy z branżowego nazewnictwa. Chwilami czuła się jak na tureckim kazaniu i skrzętnie notowała, czego nie rozumie. W nadchodzących dniach miała pracować z Adrianem, który finalnie okazał się być świetnym fachowcem, a jego znajomość rynku przyprawiała o zawrót głowy. Z większością swoich klientów był po imieniu, miał niezłą renomę i na wieść o jego odejściu niejednej farmaceutce zakręciła się łezka. Do tego jak z karabinu strzelał cenami i cyfrowymi kodami całego dostępnego asortymentu. Anka była pod wrażeniem, a gdy na koniec dnia podyktował jej z pamięci dzienny raport wizyt, sypiąc jak z rękawa kilkunastoma adresami i nazwiskami, nie wytrzymała.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem ty to wszystko pamiętasz?

– Normalnie. Za kilka miesięcy też będziesz tak mieć. To przyjdzie samo, ale na początku musisz wszystko notować, bo później zapomnisz.

– Jasne – mruknęła bez przekonania. – A kto to jest rep?

– Pechowiec – Adrian uśmiechnął się świadom, że zapędza koleżankę w kozi róg.

– Nie rozumiem, skąd ta nazwa.

– To proste. PH to skrót od przedstawiciela handlowego, więc wychodzi „pechowiec”, to jest to samo co rep, żeby nie łamać sobie co chwila języka na angielskim „sales representative”.

– Aaaa – kiwnęła głową ze zrozumieniem, bo wcześniej nijak nie mogła pojąć, co praca ma wspólnego z pechem.

– Mam nadzieję, że już wiesz, kto jest twoim najważniejszym klientem?

– Nie wiem, przecież dopiero zaczynam i jeszcze nie znam wszystkich.

– Jego już znasz – Adrian tajemniczo ściszył głos. – To twój szef. To jemu codziennie sprzedajesz swoją pracę, postaraj się więc, żeby nic ci nie uciekło. Notuj, notuj i jeszcze raz notuj, a notes musi się stać twoim najlepszym przyjacielem. I najważniejsza rada.

– Jaka?

– Nigdy niczego klientowi nie obiecuj, jeśli nie masz stuprocentowej pewności i pięciu podpisów wszystkich członków zarządu, że możesz mu to dać.

– Matko, a ty masz tę pewność?

– A słyszałaś, żebym komuś coś obiecał?

– Nnno, nie. Mówiłeś, że zrobisz co w twojej mocy.

– No właśnie, a mocy sprawczej nie mam, ale za to mam dobrą pamięć i gruby notes. I jeśli tylko uda mi się spełnić prośbę klienta, ten będzie się czuł tak, jakbym spełnił obietnicę, której nigdy mu nie złożyłem. A jak nie dam rady, to trudno. Nikt nie zarzuci mi nieuczciwości, bo przecież niczego nie obiecałem. Tak to działa.

– I to działa? – Anka była pełna uznania. Skończyli kawę i chciała już wstać od stolika, ale Adrian powstrzymał ją gestem dłoni.

– A zauważyłaś może coś szczególnego? Jakaś refleksja z twojej strony?

– Tak. Zauważyłam, że traktujesz każdego klienta w taki sposób, jakby był jedynym klientem na świecie. I oni to lubią – uśmiechnęła się szeroko.

– Widzę, że będą z ciebie ludzie – Adrian przybrał protekcjonalny ton. – Pamiętaj jednak o firmie. To nasza matka i to ona nas karmi, i niech cię ręka boska broni w jakikolwiek sposób naruszyć jej dobre imię. Wszyscy mamy tu misję do wypełnienia i powinniśmy być tego świadomi.

– Dzięki Adrian – powiedziała posłusznie, ale uznała, że pod koniec kolega zdrowo przesadził. Niewątpliwie był doskonałym fachowcem, ale jego wypowiedzi na wskroś przesiąknięte korporacyjną indoktrynacją na temat misji, firmowej tożsamości i innych bzdur sprawiły, że Anka tylko przez grzeczność kiwała głową. Patrząc na to, z jakim namaszczeniem Adrian gładzi firmowe logo na okolicznościowym wiecznym piórze, nabrała pewności, że kolega przeszedł więcej niż skuteczne pranie mózgu. Całe szczęście jej to nie groziło, a przynajmniej miała taką nadzieję.

Syndrom magazyniera

Syndrom magazyniera

Jak to już w życiu bywa, większe zmiany zwykle skłaniają człowieka do refleksji i remanentów. Właśnie szykuję się do grubszej demolki. Nie, nie, spokojnie, nie w życiu. W domu, ale to prawie to samo.  Bo jak nie dostanę przy tym nerwicy, czy objawów maniakalno-depresyjnych to mi ręce od sprzątania odpadną. Tak czy siak, na bank remont odbije się niekorzystnie na moim zdrowiu i ja już to wiem, ale jako żem optymistka, niespecjalnie się tym przejmuję. Wcześniej celowo w liście schorzeń nie wymieniłam stanów lękowych, bo do tego mi wcale nie potrzeba remontu. Wystarczy mi sama perspektywa.

Otóż od jakiegoś czasu z przerażeniem wchodzę do piwnicy. Wszystko przez to, że w domu lubię mieć raczej pusto i schludnie, w związku z tym wszystko, co mi zaburza wewnętrzną harmonię w szybkich abcugach wylatuje do piwnicy. Weźmy na przykład taki słoik po ogórkach. Wpierw ląduje na półpiętrze, gdzie stoi już sporo innych rzeczy typu gaśnica bez przeglądu, śniegowce do wyboru do koloru, trzy miotły o różnym stopniu zużycia i krajalnica do wędlin, której używałam w Wielkanoc, i która czeka aż ktoś się ulituje i wyniesie ją na regał w dalszej części piwnicy.

Ale to nie takie proste, bo w międzyczasie na jej miejscu wylądowało pudło z ozdobami na choinkę, które już wcześniej swoje na półpiętrze odstało, bo na miejsce pudła wpakował się paradny serwis na dwanaście osób używany jeszcze bardziej od święta, bo stół to ja mam maksymalnie na osiem, a jak robię party stojące, albo grill to wtedy nie wyciągam serwisu. W sumie nawet nie wiem na co mi taki serwis, ale jest.

Ale wróćmy do naszego słoika. Otóż stoi sobie taki słoik i spokojnie czeka na zmiłowanie. O ile w międzyczasie nikt się o niego nie potknie i ów dotrwa w całości do dnia, w którym nie będzie się dało wziąć zakrętu na schodach, wtedy zostanie przeniesiony. I tu opcje są dwie, bowiem po drodze mam worki do segregacji śmieci. Rzecz jasna losy słoika zależą od mojego nastroju, bo jak jestem zła, to od razu fru go do worka, a jak mnie weźmie na litość, to wynoszę go dalej.

Zwykle wtedy ponosi mnie fantazja w postaci wyrazistej wizji przyszłych przetworów owocowo- warzywnych, choć ostatnie robiłam jakoś rok po ślubie. Wtedy nasz słoiczek będzie jak znalazł. Bo zawsze tak jest, że jak potrzeba coś wsadzić do słoika to słoika nie ma. I tak oto nasz bohater trafia za tak zwane „trzecie drzwi”, co w domowym grypsie oznacza przesuwaną, dzieloną na trzy części ściankę oddzielającą pomieszczenia, które nadają się do pokazania ludziom, od tych, które się do tego nie nadają i nawet przy rewizji z ABW sąd musiałby wydać osobny nakaz, bym wpuściła kogoś w te domowe kazamaty.

Poza mną, absolutnie nikt nie wie, co tam jest i jeszcze się nie zdarzyło, żeby poza mną, ktoś tam coś znalazł. Czasem mój mąż ma szczęście i na coś natrafi przypadkiem, ale on często tak ma, więc nie psuje całości statystyki. Jako że nie wiem czy posiadam już jakieś słoiki, szykuję nowe pudło na szkło. Umieszczam w nim dwie zakręcane butelki po occie i ze dwie z wina, do których ponownie dało się wetknąć korek.

Mąż niedawno coś wspominał o zakładaniu winnicy, więc kto to wie… Wychodzę z trudem, bo właściwie nie ma gdzie nogi postawić i margam pod nosem, że dziada i baby jeszcze brakuje. Oczywiście obiecuję sobie, że kiedyś zrobię totalną czystkę. Wiem, na bank wiem, że mam minimum trzy wtyczki do przedłużacza od kosiarki. Kupiłam rok temu jedną, ale potem znalazłam jeszcze dwie, ale gdzie? Przedłużacz właśnie wysiadł, pół trawnika nieskoszone.

– Kochanie nie widziałaś gdzieś wtyczki?- pada pytanie.

Chwilowo udaję, że mnie nie ma i nic o wtyczkach nie wiem.

–  Że co? Wtyczka? Jaka wtyczka? Zarobiona jestem.

Równo palę głupa ale mój mąż dobrze mnie zna :)

Jak to dobrze, że Castorama blisko i remont też. Dobrze, że skończyłam pisać książkę, bo przed remontem czeka mnie wyzwanie niczym sprzątanie stajni Augiasza. Niestety nie mam w pobliżu nawet rowu melioracyjnego, a co dopiero rzeki, więc nawet nie chce myśleć ile przy okazji znajdę wtyczek, pędzli i innego badziewia.

Ostatnia czystka w piwnicy miała miejsce jedenaście lat temu, więc sami rozumiecie moje stany lękowe, gdzie spisek przeciw mojej osobie węszę na każdym kroku. Wczoraj byłam u mamy i trochę ją zrugałam, że ma bałagan w kuchni na blacie. Jakieś puste butelki, słoiki, pojemniki. Poznaję znajome zakrętki od wielkanocnego chrzanu, śledzi i sałatki.

– Mamuś, po co to trzymasz?

– To przecież twoje. Trzymam dla ciebie wszystkie słoiki. Weź sobie, na pewno kiedyś się przydadzą :)

Dzień z życia konsultantki

Dzień z życia konsultantki

O tym, że kontakty z klientami mogą doprowadzić na skraj załamania nerwowego, wiedzą doskonale nieszczęśliwi, niespełnieni pisarze wykonujący okresowo niewdzięczną pracę konsultanta. Wasza niżej podpisana miała zaszczyt zażyć tej przyjemności, a jedynym plusem chwilowego uprawiania owej profesji, była możliwość zebrania obszernego materiału dowodowego, który właśnie teraz ujrzy światło dzienne.

Mawiają, że żadna praca nie hańbi. Nie dodają jednak, że pewne zajęcia zarobkowe mogą trwale (lub czasowo) odmóżdżyć biednego wyrobnika, powodować zaburzenia postrzegania rzeczywistości i permanentny (bądź okresowy), niekontrolowany wyciek śliny spomiędzy zaciskanych zbyt długo szczęk. I myli się ten, który sądzi, że owo zaciskanie to efekt ciągłego zdenerwowania.

Biedny konsultant od rana do wieczora zaciska zęby, żeby nie wybuchnąć kolejnemu rozmówcy śmiechem w słuchawkę, bądź nie zapluć służbowej klawiatury podczas czytania wiadomości od klientów. Obrazu zła niech dopełni rodzaj sprzedawanego produktu, wokół którego cała ta otoczka konsultacyjna się odbywa. Jeśli celem pracy jest sprzedaż kobietom butów to można powiedzieć, że biedny konsultant dostał się do wewnętrznego kręgu piekła.

Kobieta, czyli narzędzie szatana, jest istotą pogmatwaną wewnętrznie. Świat zna wiele rodzajów kobiet: są matki Polki, są erudytki, feministki, sportsmenki, kobiety młode, dojrzałe i całkiem malutkie kobietki. Różnią się miedzy sobą jak okazy tropikalnej fauny, ale łączy je jedno.

Niezależnie od miejsca zamieszkania, długości i szerokości geograficznej oraz stref klimatycznych baby dostają kompletnego fioła, gdy mowa o butach. Buty są w stanie zmienić najłagodniejszą białogłowę w węszącego psa myśliwskiego. Buty to przedmiot pożądania, w obliczu którego więdnie racjonalne myślenie, a mózg zamienia się w gigantyczną stopę. Za to reszta kobiety staje się pantofelkiem. I nie o zacny model obuwia chodzi. Baby w kontakcie z butami zwyczajnie głupieją.

Uczyniwszy ten dramatyczny wstęp muszę jeszcze dodać naprędce, że Wasza niżej podpisana na stanowisko konsultanta ds. obuwia trafiła przypadkowo, a jej fachowa wiedza ograniczała się jedynie do znajomości książki „Historia żółtej ciżemki”. Jak się szybko okazało – nie to jest jednak problemem, bowiem nawet studia tematyczne nie przygotują biednego adepta wiedzy okołoobuwniczej do spotkania z NIĄ.

Zwykle zaczyna się niewinnie:

– Dzień dobry! – w słuchawce rozlega się promienny głosik.

– Dzień dobry! – odwdzięcza się uprzejmie konsultantka.

– Ja chciałabym kupić takie szpilki czarne lakierowane w rozmiarze 39.

– Niestety, z tego modelu 39 już nie będzie, ale mamy inne szpilki, bardzo podobne…

– ALE JA CHCĘ TAMTE! – rozlega się ryk w słuchawce.

– Niestety, bardzo mi przykro, ale już nie posiadamy tych butów na stanie – powtarza cierpliwie konsultantka.

– To sprowadźcie! – żąda ONA tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości, to jest kolekcja z zeszłego roku.

– ALE JA POTRZEBUJĘ! NA WESELE/CHRZCINY/POGRZEB*

(*niepotrzebne skreślić)

W tym miejscu doświadczona konsultantka milknie. Na takie dictum nie sposób znaleźć odpowiedzi. Próba zgadywania, jaki stosunek osobisty ma klientka do informacji, że dany model butów nie jest już produkowany jest co najmniej ryzykowna i – jeśli chcecie znać moje zdanie – raczej skazana na niepowodzenie.

Odpada też uprzejme pytanie: „A kto się żeni/co się urodziło/kto umarł?*”

(*niepotrzebne skreślić)

Konsultantka milczy więc. Na łączach zapada zwodnicza cisza.

– Jest tam pani? – szepcze złowieszczo ONA.

– Tak, oczywiście – odpowiada konsultantka.

ONA doskonale wie, że konsultantowi nie wypada się rozłączyć pierwszemu i swoją wiedzę wykorzystuje, w zależności od stopnia pomysłowości. Czasem krzyczy, czasem powtarza w nieskończoność te same pytania albo rzuca złośliwie:

– Jak pani mi nie chce pomóc, to ja specjalnie się nie rozłączę i nie dam pani pracować! O!

Faktycznie, rozłączyć się nie wypada, ale któż powiedział, że słuchawkę należy mieć przy uchu cały czas? ONA słucha więc melodyjnego stukania w klawiaturę płacąc za każdą minutę kwotę zależną od taryfy swojego operatora. Rekordzistki poddają się maksymalnie po dwóch minutach.

– Halo? Słyszy mnie pani? – kapituluje ONA.

– Oczywiście – odpowiada konsultantka.

W tym miejscu, ponieważ temat właściwie został wyczerpany, ONA rzuca pożegnalną groźbę i się rozłącza.

Mój własny ranking na groźbę miesiąca opierał się na punktacji w skali 1-10, gdzie jeden punkt przyznaje się ONYM, które są prawniczkami i nam pokażą (każda ONA to prawniczka, gdy zachodzi potrzeba). Dwa punkty można zdobyć za posiadanie męża prawnika albo wuja sędziego, którzy nam pokażą. To przecież wymaga pewnej wyobraźni i trzeba to koniecznie docenić.

Pięć i więcej punktów przyznaję tylko tym ONYM, które precyzują, co nam pokażą. To już przecież wyższa szkoła jazdy. ONE „pokazują” różne rzeczy. Niektóre pewnie języki, ale tego przez telefon naturalnie stwierdzić się nie da. Pięć lub sześć punktów należy się więc za pokazywanie wyższości. Tu na szczególne oklaski zasługują ONE mianujące konsultantkę życiowym nieudacznikiem i wyjątkowo podłym człowiekiem.

Siedem i osiem punktów można zdobyć za jednoczesne spełnienie powyższych kryteriów: „Ja Panią tak załatwię, że nigdzie Pani pracy w zawodzie nie znajdzie, zresztą wielki mi zawód! Pani nie wie, kim ja jestem! Mój mąż jest prawnikiem!”

Na dziewiątkę zasługują te ONE,  które dodatkowo ślą maile podobnej treści.

Dziesięć punktów to już najwyższa szkoła jazdy. Zdobyć je może tylko ta ONA, która sprawi, że konsultantowi opadnie szczęka na klawiaturę. Spadnie na dodatek tak celnie, że wystuka napis „aleocochodzi?”.

W niezbyt długiej konsultanckiej karierze niżej podpisanej trafiła się tylko jedna dziesiątka. Działo się to w okresie wyprzedaży. Już samo słowo niesie w sobie niebezpieczny potencjał, a gdy dorzucimy magiczne minus 50%, to z ONYCH wychodzą diabły. Mój osobisty diabeł za żadne skarby nie chciał przyjąć do wiadomości, że jej upatrzone buty za pół ceny zostały wyprzedane. I w tym miejscu popełniłam brzemienny w skutkach błąd.

– Przykro mi niezmiernie, ale ostatnia para właśnie wczoraj została wysłana do Wrocławia – wyjaśniłam uprzejmie, chcąc zobrazować klientce sytuację.

Całe życie myślałam, że plastyczne szczegóły sprawiają, że tłumaczenie staje się jeszcze bardziej wiarygodne. Otóż w czasie wyprzedaży tak to nie działa.

– To proszę wysłać kuriera do Wrocławia!

Na takie rozwiązanie nie mogłam się rzecz jasna zgodzić a oczami wyobraźni ujrzałam klientkę z Wrocławia tulącą buty do piersi i kuriera, próbującego jej je wydrzeć z rąk.

– Nie? – zasyczała w słuchawkę ONA.

– Przykro mi, ale nie ma takiej możliwości – potwierdziłam.

– Pani chyba sobie nie zdaje sprawy z tego, co mi pani robi! – wrzasnęła. – Przez tydzień mnie będzie głowa bolała i mąż na tym ucierpi. I ja mu powiem, czyja to wina! Czy pani wie, co to oznacza?

 

Nie wiedziałam. Pierwszy raz w życiu nieprofesjonalnie rzuciłam słuchawką. A przez następny tydzień wracając z pracy do domu przyglądałam się bojaźliwie mijanym krzakom. Kto wie? Może mąż klientki będzie chciał dochodzić swoich praw?

Szeptucha 3

Szeptucha 3

SZEPTUCHA. NAJŁADNIEJSZA GMINA cz. 1

– Cichajta, ludzie! – Sołtys Alojzy Gąsior aż poczerwieniał z wysiłku, próbując przekrzyczeć zgromadzonych w szkolnej izbie mieszkańców wsi. Ci nie zwracali na niego uwagi, zajęci, jak na każdym zebraniu, wzajemnymi porachunkami i kłótniami.

– Ja ci nogi z dupy powyrywam, jak twój chłopak się za moją dziewuchą będzie włóczył! – wygrażał Pawłowi Stachańskiemu Bogdan, rosły ochroniarz i wnuk Szeptuchy w jednej osobie.

– A bo to twoja Lelka goni go od siebie niby? – roześmiał się szyderczo Paweł, ale przezornie schował się za plecami swojej rosłej małżonki Beaty.

– Chamie jeden – rozsierdził się na dobre Boguś. – Dla ciebie i twoich pomiotów to ona jest Aurelia, a nie Lelka!

– Zamknijta mordy! – Sołtys zaczął tłuc w biurko zdjętym ze stopy czarnym, lakierowanym pantoflem.

– Ja już kiedyś coś takiego widziałam w telewizji – wyszeptała do ucha swojej kumosze babka Łopianowa.

– No trza przyznać, że ón jak prezenter jakiś wygląda – odparła zachwyconym głosem powiernica Łopianowej i zapatrzyła się na sołtysa.

– Ano! – cmoknęła z aprobatą Łopianowa.

– A Boguś rację ma – szepnęła jej w ucho kumocha. – Stachańskie plemię niech się lepiej ze swoimi trzyma. A ciekawe, co na ten ambaras z Aurelką powie… no wiecie kto… jeśli się dowie.

– Już wi. – Machnęła ręką Łopianowa.

– Przyszła tu? – Jej kumocha zaczęła się nerwowo wiercić i wykręcać głowę w poszukiwaniu Szeptuchy.

– A gdzie tam! Okiem duszy nas obserwuje.

– O słodki Jezu! – Kobiecina przeżegnała się trwożliwie i wcisnęła plecy w oparcie krzesła.

– Jak twój chłopak jeszcze raz na moje obejście wlezie…! – wrzeszczał w tym czasie Boguś.

– To co? – W wymianę zdań wcięła się żona Pawła, ujmując się pod obfite boki.

– Dupę śrutem mu nakarmię, zobaczysz, babo! – pogroził Bogdan, i przewracając krzesło, szybkim krokiem wyszedł z sali.

– Cisza! Pieniądze są do wzięcia! – wycharczał sołtys w desperackiej próbie zwrócenia na siebie uwagi.

– No to trzeba od razu było tak gadać, a nie jęzorem mleć po próżnicy! – odparła pogodnie stara Łopianowa i umościła się wygodnie na krzesełku, zamieniając się w słuch. Za jej przykładem poszli wszyscy zgromadzeni i po chwili zapadła upragniona, przerywana jedynie uporczywym bzyczeniem much cisza.

– Słuchajta, ludzie – odchrząknął sołtys, rozpoczynając przemowę. – Pismo z powiatu przyszło, że Unia ma fundusze…

– Eeee … – Machnął ręką Zenek Kapeluszny, dyskretnie pociągając winko. – Już raz dotacje mieli dawać i lipa z tego była.

– Nie byłaby lipa, Kapeluszny, jakbyś pisma wypełnił i hektary po matuli obsiał, albo chociaż farmę strusi założył – zaprotestował Alojzy Gąsior.

– I jeszcze tatula rentę by mi zabrali, bo dochód by wzrósł w gospodarstwie! – Wzruszył ramionami Zenek. – Nic tu po tej Unii u nas!

– Prawda! – poparł Zenka jego kompan, ale można spokojnie założyć, że chodziło mu wyłącznie o to, by ten przekazał mu butelkę z winem.

– Aj tam! – Machnął ręką sołtys i podjął wątek. – Szykuje się konkurs na najładniejszą wieś w regionie. Napisali tutaj – popukał palcem w papiery – że jak wygramy, to dostaniemy sto tysięcy euro na inwestycje.

– Jakie inwestycje? – podejrzliwe zapytał Paweł Stachański.

– Oj, no to już chyba od nas będzie zależało! – wyjaśnił Alojzy Gąsior. – Szkołę może odnowimy… – Powiódł oczami po zagrzybionej ścianie nad tablicą.

– A co trza zrobić, żeby wygrać? – zainteresowała się Jadźka Cyranka.

– Za miesiąc przyjedzie do nas komisyja i będą sprawdzać, czy w obejściach porządek jest, nikt szamba do rowów melioracyjnych nie odprowadza, czy dzieci głodne nie latają, a i las mają obejrzeć, czy śmieci nie ma. A! No i pomysłowością trzeba się wykazać, jakieś kwiatki posadzić może…

– No to kaplica – wybełkotał Zenek, ocierając usta mankietem kraciastej koszuli. – Kwiatki może i zasiejemy, ale z lasu śmieci nie wyniesiem.

– Wyniesiem, wyniesiem – uspokoił go sołtys. – Kontener mamy, całkiem pusty i nieużywany, to się wszystko tam wrzuci.

– A kto niby? – obruszył się kompan Zenka.

– A wy! Za osiem zeta za godzinę. Unia sponsoruje!

– To się pomyśli – odparł z godnością Zenek, licząc z mozołem, ile win wyjdzie za przerzucenie słoików i starych gumiaków, co to mu jeszcze matula kazali do lasu zanieść. – Zużytych prezerwatyw zbierał nie będę! – rozpoczął negocjacje.

– A te to Bolko wyzbiera! – zachichotał scenicznie Pawło Stachański.

– Zabiję jak psa! – wydarł się wnuk Szeptuchy, wyskakując zza drzwi i dopadając do kundla Stachańskiego.

W sali poszły w ruch krzesełka, baby z piskiem pouciekały pod tablicę, a sołtys z westchnieniem zgarnął papiery i wymknął się chyłkiem. Oj, przydałaby się wygrana. Na remont sali lekcyjnej i zakup nowych krzeseł… ot, choćby.

Mruczek z wrzaskiem poderwał się z ciepłego kącika za głośnikiem.

– No nie wariujże, już wyciszam, wiem, drą się niemiłosiernie! – uspokoiła go Szeptucha i zredukowała głośność. Wizja też już właściwie nie była jej potrzebna. W największym monitorze królował totalny chaos, widoczny fragmentarycznie pomiędzy tumanami kurzu i kłębami zwartych w bójce ciał płci obojga. I, jak widać, głównym sprawcą zamieszania był jej rodzony wnuk Boguś.

Kot oddalił się na sztywnych nogach w stronę drzwi i zamiauczał.

– Masz rację – podsumowała babka, uchylając drzwi. – Ja też muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Polanka niosła pewne ukojenie. Niedawno nad lasem przetoczyła się orzeźwiająca burza. Przed domem grały świerszcze, dyskretnie pikał system monitoringu, a tresowane sowy czuwały na sosnowych gałęziach, wypatrując potencjalnych intruzów nadciągających od strony wioski.

– Pójdziesz jutro do Bogusia i Jasi – zadysponowała Szeptucha, zwracając się do kota.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

– Pójdziesz, mówię ci! – rozsierdziła się babka. – O moją prawnuczkę tu chodzi. Ja Bogusiowi jutro wiadomość na telefon poślę, że Lelkę na wychowanie biorę. Nie może tak być, że ona się ze Stachańskim pomiotem prowadza. A ty masz mi dziewuchę jutro przyprowadzić i więcej na ten temat dyskusji nie ma – ucięła Szeptucha i przysiadła na zydlu przed letnią kuchnią.

Na niebo wypełzał właśnie księżyc. Mruczek usiadł na progu i zaczął wylizywać zmierzwione futerko. Gości wołał.

Boguś szedł dopiero na drugą zmianę, ale sikanie go nad ranem obudziło, a jak już w wychodku usiadł, to mu się myślenie włączyło i krew go zalała na wspomnienie bezczelnej mordy Pawła Stachańskiego i na te insynuacje związane z Lelką. Położył się z powrotem koło Jaśki, ale nerwy mu spać nie dały. Kręcił się z boku na bok i wymyślał różne scenariusze zemsty. Tak mu się umyśliło, że skrada się za płotem Zofii Stachańskiej, bezszelestnie wkrada się na jej podwórko i namierza trzecie okno frontowe. Tam właśnie Pawło mieszka ze swoją grubą babą i synem Błażejem. W chwili, w której właśnie montował pod futryną pokaźny ładunek semtexu, Jasia szarpnęła go za ramię. Ochroniarz otworzył oko i – napotkawszy wzrokiem poważne oblicze małżonki – ziewnął przeciągle. Za wcześnie było i na harce, i na śniadanie.

– Kot przyszedł – oznajmiła żona, cedząc słowa.

– Jaki kot? – wymamrotał Boguś, owijając kołdrę wokół lewej nogi.

– Kot.

– Babci kot? – otrzeźwiał mężczyzna siadając w łóżku.

– Bab-ci kot. – Janina wystukała paznokciami sylaby. – Czeka na werandzie. Najwyraźniej ma do ciebie interes.

Boguś poczłapał na werandę, i trąc zaspane oczy, namierzył Mruczka.

– Czego? – zagaił uprzejmie.

– Zabieram Aurelię. Polecenie babki – wyjaśnił kot.

– A więc jednak gadasz? Od dziecka to podejrzewałem! – ucieszył się Boguś.

– Miau! – potwierdził zwierzak i wskazał łapką pokój dziewczyny.

– Babka wiedzą, co robią – poddał się ochroniarz. – Zabieraj Lelkę.

Lelka szła naburmuszona za kotem i ostentacyjnie ziewając, ze złością tupała nogami w leśną ścieżkę. Za nic w świecie nie miała chęci przeprowadzać się do swojej zwariowanej prababci. No przecież jak się w szkole o tym dowiedzą, to obciach murowany. Zresztą, po jasną cholerę ma się tam przenosić? Ojciec coś mętnie tłumaczył, że do szkoły będzie miała bliżej, bo przystanek autobusowy to od babcinego domu tylko kilka kilometrów prostej drogi przez las i brzozowy zagajnik. Aurelia głupia nie była i wiedziała, że dorośli kręcą. Sprawa była z gruntu śmierdząca.

– Miau! – zaanonsował swoje przybycie kot i przemknął przez polankę w stronę domu.

Aurelia przystanęła nieopodal maliniaka i powiodła spojrzeniem po prababcinym obejściu. Nie była tu od kilku lat, ale najwyraźniej niewiele się zmieniło. Unikała odwiedzin jak ognia. Prababcia ją przerażała. Była dokładnie tak dziwaczna, jak o niej we wsi po cichu gadali, a Aurelii zła sława protoplastki potrzebna była do życia jak festyniarska kiecka, którą tamta przysłała jej przez kota na szesnaste urodziny.

– Szlag by to wszystko trafił! – zaklęła półgłosem nastolatka i czubkiem buta kopnęła niewielki kamień. Ten odbił się od mchu i wylądował pod krzakiem malin.

Kolczaste zarośla zaszumiały gwałtownie i błyskawicznie otoczyły dziewczynę.

– Au! Cholera! Ratunku! – wrzeszczała Lelka, a krzaki podchodziły coraz bliżej. Ich gałęzie uplotły gęstą kratę więzienia.

– Cichaj i paniki nie siej! – od strony chałupy dobiegł Aurelię szeleszczący głos.

– Z nimi spokojnie i stanowczo trzeba.

– Że co? – nie zrozumiała Lelka.

– No normalnie – zniecierpliwiła się prababka. – Powiedz im „siad” albo „leżeć”.

– Sssiad – wyjąkała dziewczyna, nabierając pewności, że babka jej ojca jest w stu procentach stuknięta. Krzaki oczywiście nie zastosowały się do polecenia.

– Lelka, tu stanowczym trzeba być, a nie tak głosem baranim i z nogami jak galareta. Krzak musi wiedzieć, kto tu rządzi – poinstruowała ją Szeptucha. – No! Jeszcze raz!

– Siad! Leżeć! – zawyła histerycznie Aurelia, a krzaki, nic sobie z niej nie robiąc, zacieśniły krąg.

– Aj! – cmoknęła z dezaprobatą jej prababcia. – Jakbym nie wiedziała, żeś z mojej gliny ulepiona, to nawet może bym ci pomogła, ale pierdołą nie jesteś, to se sama radź. A jak już maliny wytresujesz, to nabierz wody ze studni i do doma chodź. Herbaty się napijemy i pogadamy.

Aurelka stała nieruchomo pomiędzy kolczastymi krzakami, a po jej policzkach ciekły łzy. Była wściekła, rozżalona na swój ciężki los, który zesłał jej taką porąbaną rodzinę, a ponadto docierał do niej absurd położenia. No i jeszcze siusiu jej się chciało, a kucnięcie w kolczastej ciasnocie było równie niewykonalne, co niebezpieczne. Krzaki szumiały groźnie, a łodygi z ohydnym mlaskaniem plotły kolejne zasieki. Jeszcze żeby Błażej tu był, ale skąd niby miał wiedzieć, że jego dziewczynę uwięziły jakieś cholerne rośliny na podwórzu kopniętej prababci? A jakby tego było mało, nad podwórkiem zagrzmiało i zza sosen wytoczyła się kolejna burzowa chmura. Błysnęło sążniście i na podwórze chlusnęły wodospady deszczówki. Krzaki niezrażone falowały wokół niej, raz po raz otrząsając się z wody jak przemoczone wsiowe kundle. Lela miała wszystkiego serdecznie dosyć.

– Leżeć! – zawołała z mocą, a krzaki zamarły. – Waruj! – Skoncentrowała spojrzenie na największym , który dotychczas skutecznie odgradzał jej drogę do chałupy prababci.

O dziwo, krzak skulił gałęzie i odsunął się na bok. Reszta roślin bez szemrania odstąpiła i przycupnęła bezgłośnie przy jałowcach. Z nieba lały się strumienie wody, ale Aurelia kompletnie nie zwracała na to uwagi.

– O ja pierdzielę! – wyraziła całokształt swoich przemyśleń. – Siad! – wrzasnęła z mocą, wskazując palcem samosiejkę.

Krzaczek posłusznie podszedł i zagnieździł się w puszystym mchu nieopodal przemoczonych balerinek nastolatki.

– Podaj łapę! – zażądała Aurelia, wyciągając dłoń w stronę malucha, a ten przydreptał posłusznie i wyciągnął w jej stronę gałązkę.

Grzmotnęło. Pomruk nieba potoczył się po sosnowym zagajniku i zagrał groźnie nad dachem chałupy. W świetle błyskawicy mignęła twarz Leli.

 

– W dwuszeregu zbiórka! – wrzasnęła, napawając się właśnie odkrytą mocą. Nie zważając na fatalne warunki pogodowe, dziewczyna musztrowała ociekające deszczówką krzaki.

– Ale ją wzięło! – zarechotała Szeptucha, przyciskając twarz do zalanej deszczem szyby. – Widziałeś? – Szturchnęła wylegującego się za monitorem kota.

– Miau! – odparł zwierzak zdawkowo i nakrył uszy łapkami.

– Oj, będą z niej ludzie! – ucieszyła się babka, i nie zważając na mruczkowe protesty, chwyciła zwierzaka pod pachę i poczłapała w stronę drzwi wyjściowych. – Leć i każ jej do chałupy iść. Dość już przemokła.

– Miau! –zaprotestował kot.

– A tobie nic nie będzie! A Lelka się przeziębić może i szlag trafi szkolenie – wyjaśniła uprzejmie babka i bez litości wywaliła kota na deszcz.

Mruczek stawiał ostrożnie łapy i próbował omijać ogromne kałuże, bez większego powodzenia jednakże. Krótka, ale bardzo gwałtowna burza zamieniła podwórko w bajoro. Kot wyhamował na ostatnim schodku ganku i zamiauczał donośnie, próbując zwrócić na siebie uwagę Aurelii. Dziewczyna, totalnie zaaferowana tresurą maliniaka, nie zwróciła na futrzaka najmniejszej uwagi.

– Miau! – poprosił błagalnie kot, wycofując się pod daszek i drapiąc pazurkami we framugę drzwi.

– Aleś ty wygodniś – parsknęła Szeptucha i wsunęła nogi w gumofilce. – Lelka! – zawołała, schodząc mozolnie po schodkach. – Aurelia! – ponowiła.

Bezskutecznie. Młoda nie reagowała, zajęta musztrą.

– Lela! – Szarpnęła ją za ramię babka.

Dziewczyna podskoczyła zaskoczona i nieprzytomnie spojrzała na protoplastkę.

– Co się stało?

– A nic, Leluś, ino mokra cała jesteś. Do chałupy nam trza, dziecko – odparła Szeptucha, i ciągnąc prawnuczkę za sobą, podreptała przez bagnisko podwórza do domu.

– A widziałaś? Widziałaś, jak je tresowałam? – podskakiwała z entuzjazmem dziewczyna. Jej oczy błyszczały z podniecenia jak u małego dziecka podczas rozpakowywania prezentów świątecznych.

– Widziałam. Toż mówiłam, że tu stanowczości trzeba – podsumowała neutralnym tonem babka. Na pochwały przyjdzie jeszcze czas, a teraz niech smarkata nie obrasta za mocno w piórka. Czary pychy nie lubią.

Ciepło izby uzmysłowiło Aurelii stopień wyziębienia organizmu. Zaszczękała zębami, a z oklapniętych włosów lały się na jej przemoczone ubranie strumienie wody.

– No i widzisz, zaziębisz się jak nic! – Załamała ręce babka i rzuciła w jej stronę ręcznik. – Idź, kąpiel weź, a ja herbaty zaparzę. Na szczęście woda naniesiona, to iść już do studni nie musisz.

Aurelia, idąc do łazienki, nie była pewna, czy wzmianka o noszeniu wody dotyczyła herbaty, czy też raczej propozycji kąpieli w tych prymitywnych warunkach.

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.

Sprzedawała baba auto…

Sprzedawała baba auto…

Moi mili, pewnie znacie to z autopsji i wiecie rzecz oczywistą, że od baby się nie kupuje. No bo przecież lepiej kupić po księdzu, lekarzu (ze szczególnym uwzględnieniem ginekologa), aptekarzu a najlepiej to kupić po dziadku z Wehrmachtu. No, ewentualnie od jakiegoś Holendra, choć tutaj może powstać problem spalania. Zupełnie nie wiem natomiast, dlaczego dyskryminuje się w tej kwestii naszych rodzimych dziadków, bo przecież oni tylko do kościoła i na działkę. No i nasi w ofercie mają do zaoferowania więcej modeli, niźli tylko przechodzone egzemplarze reprezentujące owiany legendą mit niemieckiej motoryzacji z dziewiątej dekady ubiegłego stulecia. Normalnie same pewniaki, ale i tak wszystko wymięka w zderzeniu z rzeczywistością, w sytuacji, w której sprzedaje kobieta. Biedaczka prawie od razu, przez sam fakt bycia reprezentantką płci pięknej, zostaje postawiona na straconej pozycji. Dlaczego? Bo biedna nie umie, bo niemota nie wie, bo na garach tylko się zna a na motoryzacji – za grosz, bo sierota jakaś, co to na bank sprzęgła do końca wcisnąć nie potrafi i owo na bank niedługo się spali, o ile już się nie spaliło i tak dalej…

Niedawno na forum motoryzacyjnym zapoznałam się z burzliwym wątkiem, w którym, w tejże materii, udzielali się sami fachowcy. Wzajemnie się zapewniali, że auto po babie zawsze ma zarysowania w okolicy klamki od strony kierowcy, bo to od tipsów (sic!) (ewentualnie od pierścionków). Hmm, ciekawa teoria.

Ja nie wiem co to za cymbały, jeden z drugim, że nie wiedzą jak drogie są tipsy i jak bardzo trzeba na nie uważać!? A jak boli taki tips, gdy się go nadłamie o klamkę!? To już kaplica i cymbał, jeden z drugim, pewnie od takiego bólu by zszedł z tego łez padołu. Być może Edward Nożycoręki mógłby coś na ten temat szepnąć oraz lakier obok klamki zarysować, ale dajmy spokój. Zatem, kupując auto po babie, żeby się upewnić czy aby na pewno nie kłamie, sugeruję sprawdzić multum rysek i otarć w okolicy bagażnika. W końcu przewieźć w ciągu kilku lat kilkadziesiąt ton zakupów, a do tego różne wózki, chodziki, nosidełka, kojce, hulajnogi, rowerki, rolki i resztę, to nie byle co. Ha!

Moje Drogie Panie Kierowniczki, jeśli planujecie wystawić wasze cudo na aukcji w internecie, poniżej, specjalnie dla Was, jest gotowa formułka do wklejenia do opisu aukcji. U mnie zadziałała, więc może zadziała i u Was :)

„ Szanowny Kliencie. Bardzo zachęcam do kupna i od razu uprzedzam, że sprzedaje kobieta, co wcale nie oznacza, że pójdzie łatwo. Co najważniejsze, cena nie podlega negocjacjom, więc proszę mi tu nie marudzić, że „coś tam” i głowy nie zawracać, bo jestem osobą zajętą i dla melepetów gawędziarzy, co to im się wydaje, że się znają na samochodach, nie mam czasu. Argumentu, że sprzedaje baba absolutnie nie biorę pod uwagę, bo dzieci zawsze obowiązywał zakaz wszelkiej konsumpcji na terenie pojazdu, a widziałam na własne oczy tyle upapranych aut po facetach, że nie zliczę. Szczególnie brudne miał ginekolog mojej szwagierki, a i proboszcz z parafii mojej teściowej również pedanterią nie grzeszył. Znam własne auto lepiej niż własne dziecko, więc jedyną sytuacją, w której dopuszczam możliwość negocjacji, to taka, kiedy kupujący znajdzie w aucie coś, co zataiłam w opisie. Niemniej uprzedzam lojalnie, że przy ostatnim samochodzie klient szukał dwa tygodnie i niczego nie znalazł. W rodzinie, samochodami od zawsze zajmuję się ja, nieco się na nich znam i jest to fyfnaste auto, jakie sprzedaję, więc uprzedzam, że nie łyknę żadnego kitu od pseudo fachowca z chińskim miernikiem grubości lakieru z sąsiedniej aukcji.

Nie mam nic do ukrycia i chętnie udostępnię samochód do oględzin w dowolnym warsztacie w mojej okolicy. U mechanika, blacharza, nawet u jasnowidza i różdżkarza. Oczywiście koszty oględzin ponosi klient. Na życzenie numer VIN.

Przepraszam, że na foto auto jest trochę brudne, ale obiecuję, że do sprzedaży będzie cacy.

Mycia silnika nie praktykuję, więc pod maską będzie normalnie i proszę liczyć się z tym, że przy sprzedaży mogę płakać.  Zapraszam.”

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 3

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 3

Wyjrzałem ostrożnie zza liści i badałem dno. Wyczuwałem jakąś nieuchwytną zmianę w otoczeniu i dopiero po chwili zorientowałem się, że w przedpokoju zapaliło się światło. Moja żona wróciła. Rzuciłem się w stronę mojej wypisanej czarnymi kamyczkami wiadomości. Zniknęła! Zostały po niej wyłącznie żałosne sterty żwiru. Za moimi plecami rozległ się szyderczy rechot, więc odwróciłem się gwałtownie i stanąłem oko w oko z tym porąbanym skorupiakiem. Nienawiść stłumiła racjonalne myślenie, nawet się nie zdziwiłem, że rak potrafi się śmiać i do tego złośliwie.

– Zabiję cię! – wrzasnąłem i, nie zważając na zdecydowanie większe gabaryty przeciwnika, ostro natarłem.

– Chciałbym to widzieć – odezwał się rak zblazowanym głosem.

Zdumienie osadziło mnie w miejscu. Przełknąłem siebie w roli gupika, zaakceptowałem hrabiego muchę, ale gadający rak? Mój rak? Ten sam, za którego zapłaciłem 150 złotych w sklepie akwarystycznym? Wtedy właśnie zrozumiałem, że to wszystko mi się śni i za Boga nie mogę się obudzić. Paradoksalnie, z punktu poprawił mi się nastrój. W końcu skoro to wszystko nie dzieje się naprawdę, to nic mi nie grozi.

– Od kiedy to skorupiaki potrafią gadać? A jeśli potrafią gadać, to może niech taki jeden idiota odpowie mi łaskawie, co mu przeszkadzał mój napis na piasku? – zapytałem wobec tego agresywnie i bez cienia strachu w głosie.

– Siedzę w tym tak samo jak ty, baranie – skomentował, niezupełnie odpowiadając na zadane pytania. – Tylko, że ty możesz się stąd wyrwać, a ja nie mam szans! To se razem posiedzimy – zarechotał.

Porażony absurdem sytuacji parsknąłem śmiechem a z moich rybich ust posypały się perliste bąbelki. Do boku łasiła się samica, naprzeciw mnie stał rak i właśnie ogłaszał, że także jest ofiarą inwersji bez szans na powrót do własnego ciała, a do tego rybia brać właśnie wzmogła kotłowaninę w okolicach uchylonej pokrywy. Do kuchni weszła moja żona i pochyliła się zaglądając do wnętrza akwarium. Przez chwilę patrzyła uważnie a potem sypnęła do środka szczyptę pokarmu. Gupiki zwariowały.

– Jesteś tu? – zapytała moja żona.

Zdębiałem i podpłynąłem do samej szyby a wraz ze mną cała banda ryb. Nie dało się ich odgonić. Niczym się od nich nie odróżniałem. Chciałem dać żonie jakiś znak, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.

– Chyba kompletnie zwariowałam – powiedziała, gasząc jednocześnie światło w moim więzieniu.

Po raz pierwszy od chwili gdy tu utknąłem wodę spowił mrok. Kompletnie zdezorientowany tłukłem się pomiędzy roślinkami, po omacku próbując trafić do swojej kryjówki.

– Nie chcesz wiedzieć kim jestem? – głos dobiegł z niebezpiecznie małej odległości.

Wzmogłem czujność i nie zaryzykowałem odpowiedzi. Po cichu wycofałem się pod pierwsze zarośla, o jakie otarł się mój ogon.

– Wiem gdzie jesteś, przede mną się nie ukryjesz – rak ewidentnie się nudził.

Kuźwa, czym ja sobie zasłużyłem na to wszystko? Jakby wszystkiego było mało, mój prześladowca widzi w ciemnościach, podczas gdy ja jestem ślepy jak kret?

– Otóż musisz wiedzieć, że jestem ważnym politykiem i swoją obecną postać zawdzięczam niefortunnemu spotkaniu podczas próby zjedzenia obiadu.

Nawet najlżejszym szmerem nie zdradzałem swojej lokalizacji. Wzmianka o polityku dodatkowo wzmogła moją czujność.

– To było w Tajlandii. Podszedł do stolika taki jeden kitajec, czy jak mu tam i zaciągnął mnie do akwarium. Przykucnąłem, zajrzałem i po chwili siedziałem już w środku. A moje ciało padło jak długie, zresztą dokładnie wiesz jak jest, więc co ci będę gadał. Co z nim dalej zrobili, to już nie wiem. Ja natomiast uratowałem się cudem. Pewnie skończyłbym na kupce ryżu, ale następnego dnia do knajpy przyszła grupa nawiedzonych akwarystów, takich łowców gatunków. Ich także kelner cholerny powiódł przed szybę i wtedy jeden z nich wskazał na mnie palcem i zaczął gorączkowo coś tam gadać. Chyba po angielsku gadał, bo nic nie rozumiałem, ale przeżegnałem się szczypcami, bo poczułem, że mój czas się kończy i zaraz wyląduję we wrzątku. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło. Zapakowali mnie w foliowy worek i wręczyli temu gościowi. Ten sprzedał mnie innemu kolesiowi i dalej już poszło. W końcu trafiłem do akwarystycznego w którym mnie kupiłeś.

Na swoje nieszczęście najwyraźniej, pomyślałem i bezszelestnie odpłynąłem głębiej, do samego systemu korzeniowego rośliny.

– Nie mam pojęcia, gdzie jest moje ciało. Pewnie zostało w Tajlandii – głos raka przeszył nocną ciszę akwarium.

Nie odpowiedziałem. Siedziałem przy korzeniu i nasłuchiwałem. Cisza, której tłem był kojący szmer brzęczyka podziałała usypiająco nie tylko na mojego prześladowcę. Odpłynąłem i śniłem.

Wstałem z fotela i przeciągnąłem się. Żona, zwinięta w kłębek na kanapie oglądała jakieś pierdoły w telewizji. Miałem na dzisiaj dość komputera. Poszedłem do kuchni po piwo.

– Nakarm ryby, dobrze? – zawołała żona z pokoju.

Otworzyłem butelkę i postawiłem ją na kuchennym blacie. Z szafki wyjąłem opakowanie wybitnie śmierdzącego żarcia dla ryb. Wsypałem odrobinę do akwarium i usiadłem na stołku. Lubiłem podglądać wodne życie zamknięte w szklanym więzieniu.

Pomiędzy gupiki wpadł rak, cholerny pasożyt i destruktor. Ryby rozpierzchły się na boki, ale jeden młody samiec nie zdążył. Niebieski skorupiak chwycił go szczypcami a ryba wiła się rozpaczliwie. Słuszny gniew we mnie zagrał i wsadziłem rękę do wody. Bacznie śledząc sytuację w akwarium manewrowałem dłonią, by uchwycić cholernika. Gdy w końcu go unieruchomiłem, ten wyciągnął w stronę szyby wijącą się rybę. W jej oczach widać było strach i cierpienie.

Koszmar ma to do siebie, że kończy się gwałtownym przebudzeniem. Wzdrygnąłem się i zassałem ogromną masę wody w próbie krzyku. Właściwie dobrze się stało, że z moich rybich ust nie wydarł się żaden dźwięk, bo dzięki temu uchwyciłem strzęp wielce interesującego dialogu.

– Wczoraj mu powiedziałem, chyba mocno nim wstrząsnęło – szeptał rak.

– Czyli wszystko przebiega według planu? – zabzyczał dyskretnie Bogdan.

– Zgadza się.

– Mam nadzieję. Ściągnięcie go do środka zajęło nam dwa tygodnie. Nie wiem jak ty, ale ja czuję, że mucha nie dożyje jesieni. Kończy mi się czas.

– Rak chyba też młody nie jest, a do tego żona gupika ma teraz inne sprawy na głowie i nie czyści filtrów.

– Nie narzekaj, dobrze? To jest element planu, jakoś to przeżyjesz. Chłoptaś jest już nasz. Dobrze, że ten napis mu zniszczyłeś.

– No a co miałem zrobić? Nie może uciec za wcześnie. Najpierw musimy mu pokazać, że bez nas nie da rady uciec.

– Trzymaj rękę na pulsie. Ja wrócę koło południa. – zabzyczał mucha i odleciał.

Moje myśli galopowały. W niepojęty dla mnie sposób te dwa sukinsyny obserwowały mnie przez ostatnie tygodnie i uknuły dziwaczny spisek. Mamy być ich sposobem na ratunek. Musiałem robić dobrą minę do złej gry. Jeśli będę spektakularnie naiwny, wówczas kochani koledzy uczynią wszystko żebym uciekł. Oczywiście w nadziei, że z wdzięczności odnajdę ich ciała. Gwoli ścisłości gazety czytam regularnie i wiem, że ciało polityka sprowadzono do kraju. To jednak był ten wycinek wiedzy, którym zdecydowanie nie zamierzałem się dzielić ani ze skorupiakiem, ani ze zdradzieckim muchą. Podejmując decyzję wypłynąłem spomiędzy liści. Rzut oka na lekko rozmyty z tej perspektywy ścienny kalendarz wskazywał, że właśnie w bólach szarego świtu rodziła się sobota. Żona z pewnością spała. Rozkosznie zaróżowiona, zakopana w satynę kołdry. To dawało mi czas na działanie.

– Ej! – krzyknąłem w stronę jaskini skorupiaka.

– Czego? – odpowiedział, nieudolnie symulując głos wyrwanego ze snu niewinnego raka.

– Słuchaj, może jakoś sobie pomożemy?

Rak wyszedł przed chałupę i rozpostarł imponujące cielsko na piasku. Jego wąsy, dłuższe niż cały odwłok nieprzerwanie skanowały dno.

– Co proponujesz? – zapytał.

– Znajdę twoje ciało, tylko pomóż mi stąd wyjść – wypaliłem.

Durny polityk najwyraźniej właśnie na to czekał.

– Wiesz kim jestem? – zapytał.

– No pewnie, w mediach podawali relacje z wyjazdu posła z ramienia …

– Dobra, dobra. Cicho – wrzasnął rak. – Sprawdzisz wszystko w googlach, tak?

– Wszystkiego się dowiem, nie przejmuj się. Jest tu jeszcze taka mucha … – zawiesiłem wyczekująco głos.

– Mucha? Jaka mucha? – zapytał niewinnie polityk w chitynowym pancerzyku.

– No hrabia Bogdan, też zamieniony, tyle że w muchę. Musiałeś słyszeć nasze rozmowy – wyjaśniłem chytrze.

– A coś tam bzyczało, ale nie mam w zwyczaju podsłuchiwania, więc wybacz …

Jasne, pomyślałem. Nie masz w zwyczaju tak jak ta cała twoja partia. A nie nagrywałeś tylko dlatego, że nie miałeś na czym.

– No tak – odparłem. – To może zreferuję w skrócie przebieg naszych rozmów. Hrabia Bogdan tkwi w ciele muchy już ponad miesiąc i niefortunnie nie ma pojęcia, gdzie zostało ulokowane jego własne ciało. Odkrył sposób jak odwrócić inwersję i …

– Inwersję? – wtrącił obłudnie rak.

– Inwersja to zamiana tożsamości – starałem się zachować neutralny ton.  – Dlatego tu jesteśmy, ale jeśli będziemy współpracować, to wydostaniemy się z tego wszyscy trzej.

– Skąd to przekonanie? – polityk podsunął sobie do otworu gębowego świeżutki liść mojego bezcennego anubiasa i zaczął go beznamiętnie przeżuwać.

– Ponieważ jako jedyny wiem, gdzie jest moje ciało, prawda? Wystarczy skomunikować się z moją żoną, ale jeśli będziesz psuł moje wiadomości, to raczej nic z tego nie wyjdzie! – odparłem z mocą.

– Bracie! – wrzasnął z entuzjazmem rak – Pomożemy!

Czując się jak na wiecu partii uśmiechnąłem się krzywo i wróciłem do konstruowania napisu. Po chwili na piasek wytoczył się fałszywy skorupiak i zaczął popychać na środek czarne kamyczki. Praca zajęła nam mniej więcej dwie godziny, ale efekt był imponujący. HELP było jeszcze wyraźniejsze, ułożone z podwójnego rzędu kamyków. Żona musiała to zauważyć.

Z rozgłośnym bzyczeniem nadciągnął hrabia i przysiadł na skraju pokrywy.

– Ach przyjacielu, cóż moje oczy widzą! – eksplodował egzaltacją.

– Witamy! – odparłem, uzbrajając się w czujność.

– Powinszować napisu.

– Nie tylko moja w tym zasługa. Proszę pozwolić, że przedstawię pana Stanisława..

– Uszanowanie! – wtrącił się rak.

– Pan Stanisław, poseł z … – z całych sił grałem głupka.

– Niezmiernie jestem rad z tej znajomości! – znów wciął się polityk.

– Ja również i pozwolę sobie wyrazić swoją radość widząc panów poczynania. – zabrzęczał Bogdan.

– Myślę, że to powinno zadziałać i wkrótce wszyscy trzej znajdziemy się w zupełnie innych okolicznościach – skorupiak akcentując słowo „zupełnie” najwyraźniej sugerował zgrabną akcję korupcyjną.

– Ja ze swojej strony z pewnością nie omieszkam panów ugościć w naszych rodzinnych stronach! – Bogdan oczami wyobraźni już dekorował sale pałacu kolorami partii.

– Myślę, że moja żona zrozumie napis, ale nie będzie wiedziała co z tym fantem zrobić. Potrzebne będą dalsze informacje. Czy macie panowie jakieś pomysły? – zapytałem.

– Drogi przyjacielu! Jeśli to nie pomoże, to wypiszemy instrukcje cukrem na kuchennym blacie, albo ponownie ułożymy informacje na piasku. Damy radę. – uspokajająco zaszemrał hrabia.

– Przyjaciele! – zaczął uroczyście rak i momentalnie umilkł.

Do kuchni weszła żona. Mucha pospiesznie umknął a rak wycofał się za kamienie. Gupiki, kompletnie nieświadome dramatyzmu sytuacji, chmarą wypłynęły spomiędzy krzaków w nadziei na sesję karmienia. Moja kobieta włączyła światło w akwarium i zamarła. Jej usta bezgłośnie się poruszały. Bez trudu wyczytałem swoje imię. Żona próbowała przeniknąć wzrokiem wnętrze i mnie namierzyć. Po chwili poddała się z westchnieniem zawodu i nasypała szczodrą porcję żarcia. Wyszła, gasząc uprzednio światło. Gdybym miał się zakładać, to powiedziałbym, że pojechała do szpitala. Miałem nadzieję, że po moje ciało.

– Więc może ktoś w końcu mi powie, jakie są rokowania? – wycedziła żona Krzysztofa z całych sił powstrzymując krzyk.

Lekarz, student właściwie, taki młody dupek, któremu już zdołano wszczepić rozbuchaną godność osobistą w miejsce wiedzy, wzruszył arogancko ramionami. Gwoli ścisłości, spędził cały dzień na kuciu łacińskich cytatów, bez których nie da się parzyć kawy docentom. W efekcie nie widział żadnego pacjenta, a już z pewnością faceta o którego pytała kobieta.

– Rokowania są pomyślne! – zełgał na poczekaniu.

– Czyli?

Ze skrzypieniem przedwojennych łożysk środkiem korytarza przetoczył się wózek kuchenny. Porcje parówek, oblepione nabytym w niedogrzanym korytarzu tłuszczem, łypały filuternie.

Kobieta, przełykając dzielnie kompletny absurd podawania zapakowanej w podłużne folijki siekanki ścięgien, oczu i mózgów osobom na ścisłej diecie, zmiażdżyła pogardliwym spojrzeniem gówniarza w szarawym kitlu. Gnój nadawał się do pożarcia i zjadliwej notki w Fakcie, ale paradoksalnie miał głos decyzyjny w sprawach życia i śmierci. Zwłaszcza tego drugiego. To sprawiło, że zmusiła twarz do przybrania wyrazu łagodnej zadumy i oczy do cielęcego spojrzenia, które miało zasygnalizować durniowi, że jest boski, mądry i wspaniały, a mała kobietka niczego nie rozumieć i kochać mądry pan doktor z młodzieńczym trądzikiem.

– Czy męża można teraz odwiedzić? – zapytała aksamitnym głosem.

– Nie widzę przeciwwskazań – zagulgotał, choć nie miał pojęcia o kim mowa. Jak mu starsi koledzy tłumaczyli, fakt opieki nad oddziałem to sprawa umowna, a pacjentów świetnie doglądają pielęgniarki.

Żona Krzysztofa bez słowa wyminęła młodego debila, który wkrótce będzie debilem w średnim wieku a jedyną różnicą między nimi będzie tytuł naukowy tego drugiego. Korytarz był obstawiony łóżkami z chorymi, którzy usiłowali skrywać dolegliwości pod przykrótkimi kołdrami – jedynym gwarantowanym przez szpital narzędziem dyskrecji. Pogodzeni z losem, co jest eleganckim określeniem umierających, pacjenci mimowolnie obserwowali kobietę. Ostatni dowód na istnienie prawdziwego życia poza murami umieralni.

Krzysztof leżał dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej widziała go poprzednio. Pogłaskała go po policzku. Mężczyzna zatrzepotał dłońmi i na chwilę otworzył niewidzące oczy.

Co chwilę zerkałem, w nadziei, że zauważę jakiś ruch w kuchni, ale nic się nie działo.

Rak wylazł i usadowił się na środku kamienia. Nie komentował, żarł liście anubiasa i od niechcenia popychał czarne kamyczki w literze H.

Milczeliśmy, choć każdy z innego powodu.

Ukraść wózek i dźwignąć Krzysztofa to była bułka z masłem. Przejście przez korytarz i próba przedostania się do windy też nie była tak wielkim problemem. Nawet dotarcie poza teren szpitala po wyszczerbionym podjeździe dla inwalidów było wykonalne. Zamówienie stosownej taksówki dla osób niepełnosprawnych już nie.

Po kilkunastu nieudanych próbach, żona Krzysztofa zdarła z siebie płaszcz i troskliwie owinęła nim ciało. Po czym z wysiłkiem pchnęła wózek w górę ulicy.

Zawsze ufałem w zdrowy rozsądek mojej żony i jej racjonalne spojrzenie na świat. Byłem pewien, że zrozumiała i próbuje mnie uratować.

– Panie Hrabio – zagaiłem, próbując zyskać na czasie. – Zechce mi Pan opowiedzieć co nieco o losach pańskiej szlachetnej rodziny?

Wiedziałem, że taki haczyk nadęty mucha z pewnością łyknie.

– Ach, doprawdy niezmiernie jestem zaszczycony, że Pan o moją szlachetną rodzinę się dopytuje. Otóż w XII wieku nasz protoplasta Sebastian, w swej umysłu przenikliwości żupnikiem będąc …

Bla bla bla, pomyślałem bez grama szacunku dla protoplasty Sebastiana i niecierpliwie zerknąłem do kuchni. Gdzieś tam, na granicy słyszalności rejestrowałem kolejne perypetie krewniaków Bogdana. Mucha wyraźnie się rozkręcił i właśnie dochodził do połowy XVIII wieku. Rak trwał nieporuszony na kamieniu.

Do kuchni zakradło się światło z przedpokoju.

Wtłoczenie wózka do mieszkania nie było skomplikowane. Problem tkwił w kuchennych futrynach, za wąskich, by swobodnie przetoczyć staromodny wózek przez próg. Krzysztof był zbyt ciężki, by wnieść go do kuchni, więc kobieta wyjęła ze schowka dłuto, dzięki któremu zawsze przycinali na odpowiednią grubość pień choinki. Z determinacją godną słusznej sprawy przerabiała na drzazgi oporne drewno przez dobrą godzinę.

Hałas odłupywanych futryn był ogłuszający. W wodzie głos roznosi się zupełnie inaczej, a gwałtowne dźwięki sprawiają ból. Siedzący na brzegu pokrywy Bogdan zupełnie tego nie dostrzegał i w swoich opowieściach właśnie docierał do połowy XIX wieku.

Czekałem.

Przepchnięcie wózka przez żałosne wspomnienie eleganckich futryn okazało się proste i po chwili wózek znalazł się przed akwarium. Ryby jak zwykle zleciały się w nadziei na żarcie. Kobieta podeszła i chwyciwszy ciało męża za włosy nakierowała jego zamknięte oczy na zbiornik.

Odgoniłem samice i podpłynąłem do szyby. Wraz ze mną kotłowało się kilku innych samców, ale tym razem miałem pewność, że uda mi się wyróżnić. Trzymałem w pysku odgryziony przez posła Stanisława liść anubiasa.

Musiała mnie poznać.

Jedna z ryb zaczęła wariować. Podpłynęła z liściem w pysku. Zataczała się pod jej ciężarem kręcąc w okolicach filtra dziwaczne młynki. Krzysztof.

Za szkłem żona strzeliła moje ciało z całej siły w pysk. Oczy ciała otworzyły się w nagłym szoku i wpiły się w szybę wyrażając bezmierne zdumienie. Schwyciłem spojrzenie i, z miażdżącym wolę życia przerażającym dźwiękiem, poszybowałem w chwilowy niebyt.

Powrót do ciała okazał się bolesnym doznaniem. Ciążenie sprawiło, że załkałem z tęsknoty za wodą, kończyny nie chciały mnie słuchać a do tego w całym ciele czułem ból odleżyn.  Niczego nie rozumiałem. Łacińskie źródła hrabiego nie kłamały. Dopadła mnie czasowa amnezja.

– Jak się czujesz? – zapytała troskliwie żona niecierpliwie odganiając muchę.

Skinąłem głową, starając się włożyć w gest maksimum entuzjazmu.

– To dobrze kochanie – powiedziała. – Jezu, jak mnie ta mucha wkurwia! – Moja ukochana chwyciła gazetę i pacnęła od serca owada.

Dopiero kilka tygodni później przypomniałem sobie, że ową muchą był Bogdan ale pewności nie miałem, podobnie, jak nigdy bym się nie przyznał, że byłem gupikiem. Wkrótce odzyskałem władzę w rękach i w nogach.

 

Akwarium z gupikami żona oddała sąsiadowi, ale ten całkiem głupi nie był i stanowczo odmówił przyjęcia raka. Kiedyś, dawno temu dostałem w prezencie na urodziny małe akwarium wyposażone w filtr i światło. Taki zestaw dla debila i policzek dla profesjonalnego akwarysty. Zapakowałem tam skorupiaka. Zbiorniczek ulokowałem naprzeciw telewizora, który z upodobaniem nastawiam na debaty wyborcze. Niech i poseł Stanisław ma coś od życia.

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Kobieta ostrożnie przeszła przez sionkę i zapukała do drzwi izby. Po chwili usłyszała suche kaszlnięcie i zinterpretowała je jako powściągliwe zaproszenie. Drzwi z jękiem ustąpiły. Staruszka siedziała zwrócona przygarbionymi plecami w stronę wejścia.

– Przepraszam za niespodziewane najście – odezwała się łagodnym głosem żona Krzysztofa i nieomal natychmiast umilkła zbita z tropu charczącym śmiechem starej.

– Niespodziewane najście? – zarechotała szeptucha. – No dajże spokój!

– Przepraszam, ale nie rozumiem. –  zaprotestowała kobieta.

– Ach wyczułam Cię dziecko z daleka i nawet się przyglądałam jak się przedzierasz przez ten zapuszczony maliniak.

– Okiem duszy? – wtrąciła uprzejmie przybyła.

– Okiem monitoringu, moje dziecko. – Stara odwróciła się do rzędu komputerów, prawą, sękatą dłonią przebiegła po klawiaturze jednego z nich wylogowując okno fejsbuka. – Moje kamery wychwyciły cię już przy trasie Białostockiej – dorzuciła życzliwie. – A co cię tu właściwie sprowadza?

Żona Krzysztofa przestąpiła z nogi na nogę i pocierając w zakłopotaniu grzywkę wzruszyła ramionami.

– No? – zachęcająco rzuciła stara, podnosząc się z trudem z fotela.

W chałupie zapadła cisza. Szeptucha wiedziała, że lepiej nic nie mówić, poczekać cierpliwie, bo zwierzenia nieuchronnie nadejdą. Każdy człowiek jest wypchanym emocjami workiem. W długo nie opróżnianym musi się popruć nici dyskrecji.

– Mój mąż – tyle zdołała wyartykułować kobieta, a reszta utonęła w żałosnym łkaniu.

Szeptucha uznała, że to zdecydowanie skomplikowany przypadek. Z westchnieniem wylogowała rocznik 1929 w Naszej Klasie, ustawiła monitoring w stan czuwania i poczłapała w stronę kuchni węglowej. Odgarnęła fajerki z największego paleniska i machając gazetą podsyciła ogień. Po chwili postawiła zielony czajnik na blasze i osiadła łagodnie na pięknym, tapicerowanym materiałem w kwiaty fotelu. Dopiero teraz żona Krzysztofa przyjrzała się starowince; spod chustki wymykały się kosmyki intensywnie rudych włosów. Farbowanych zapewne i dziwacznie kontrastujących z jadowicie różową podomką. Dłoń zwieńczona starannie pomalowanymi na kolor soczystej pomarańczy paznokciami wykonała gest zachęcający do zwierzeń.

– Cóż więc z twoim mężem, dziecko?

– Leży w szpitalu w śpiączce i lekarze twierdzą, że to wylew.

– A ty w to nie wierzysz? – zapytała, a właściwie stwierdziła stara.

– Skąd Pani wie?

– Inaczej nie szukałabyś pomocy u konsultantki medycyny ludowej.

– Tak to się nazywa? – w głosie przybyszki pojawiła się nutka zaciekawienia.

– Skarbówka, moja droga. Skarbówka to potęga i ma dalekie macki. Od znachorek haraczu nie mogą ściągać, więc kazali mi się zarejestrować jako firma w gminie i w zezwoleniu na prowadzenie działalności, w rubryce rodzaj wykonywanej działalności napisali „medycyna ludowa – konsultacje”. – westchnęła niezależna bizneswoman. – No ale o mężu miałaś mówić – dodała po chwili.

– No więc leży w śpiączce, ale ja nie wierzę, żeby to był udar, a lekarze coś kręcą i kombinują. Nikt niczego nie chce powiedzieć, zbywają mnie, a gdy zaczynam drążyć, to obrażają się i zaczynają na mnie wrzeszczeć. Myślę, że coś ukrywają.

– No pewnie, że ukrywają! – Konsultantka medycyny ludowej energicznie walnęła pięścią w podłokietnik fotela. – Swój kompletny debilizm i ignorancję ukrywają!

– To wiem, ale co ja mam zrobić z moim mężem?

– Skąd pomysł, że to nie wylew? Zauważyłaś coś nietypowego?

– To przeczucie bardziej. Patrzę na niego i sprawia wrażenie kompletnie obcego a do tego skoro miał udar, to nie powinien się chyba ruszać a on się tak czasem próbuje wyginać dziwnie, jak wąż. Może go coś boli?

– Z tym udarem to niezupełnie tak moje dziecko. No chyba, że powiedzieli, że to porażenie.

– A mówili! A raczej szeptali między sobą. To jakaś różnica?

– Duża. Jeśli doznał porażenia, jak twierdzą, to nie poruszałby się wcale, więc w tym momencie sprawa zaczyna być podejrzana. – Szeptucha podniosła się z fotela i podeszła do kaflowego pieca. – Chodź, zaparzymy sobie herbatki. Przyda nam się.

– Będzie Pani wróżyć z fusów?

– No cóż – westchnęła konsultantka napełniając kubki wrzątkiem. – pewnie by nie zaszkodziło, ale bardziej to nam się przyda napar na rozbudzenie. Musimy pogadać  z pewnym wróżbitą przez skypa, a robi się dość późno.

Stara wręczyła gościowi kubek a sama ruszyła w stronę komputerów. Zalogowała się i próbowała połączyć się z rozmówcą, ale bez rezultatu.

– Jakiś czas temu – powiedziała – byłam na wymianie w Ameryce Południowej i kilka interesujących prelekcji dotyczyło oddzielenia się duszy od ciała i coś mi się wydaje, że o takie coś tu może chodzić.

– O co? To jest możliwe? – szepnęła kobieta z wyraźnym niedowierzaniem.

Nie doczekała się odpowiedzi, więc przycupnęła na taborecie obok konsultantki i niecierpliwie obserwowała okno łączenia skypa.

– Nikogo tam nie ma? – zapytała. – To co teraz zrobimy?

– Spokojnie dziecko, dorwiemy go na fejsbuku, tu się najwyraźniej ukrywa. –  Szeptucha sprawnie zalogowała się na wzmiankowanym portalu. – O! Jest! Wiedziałam, że się ukrywa. Zaraz go dorwiemy, spokojnie.

Porażony prostotą rozwiązania w pierwszym momencie spojrzałem na hrabiego Bogdana z niedowierzaniem.

– Żartuje Pan? Czyżby ratunek był rzeczywiście tak dziecinnie prosty?

– Drogi przyjacielu, przecież dokładnie w taki sposób znaleźliśmy się w tym pożałowania godnym położeniu, więc tuszę, iż proces odwrotny musi przebiegać na podobnych zasadach. W studiowanych w największej dyskrecji księgach Biblioteki Narodowej znalazłem wiele poszlak, że powrót jest możliwy. Kilku wielkich lekarzy odnotowało znakomite sukcesy przywracania ludzi ze śpiączki, co zważywszy na opłakany poziom wiedzy medycznej może świadczyć o tym, że chodziło o inwersję. Pacjenci po wybudzeniu tego nie potwierdzali, ale rozmawiamy przecież o czasach, gdy za błahostki wysyłało się ludzi na stosy…

– Mogli też zapomnieć co im się przytrafiło – ponownie wszedłem mu w słowo, co jak już zauważyłem było jedyną metodą by włączyć się do dyskusji. Hrabia lubował się w perorach.

– To oczywiście także jest możliwe – zgodził się natychmiast.

– Czyli można powiedzieć, że jesteśmy uratowani. – skomentowałem sprawę z entuzjazmem.

– No tego bym nie powiedział. – ostrożnie stwierdził hrabia Bogdan. – Mimo prostoty rozwiązania znajduję, że tak powiem, pewne obiektywne trudności.

– Wystarczy przecież nawiązać kontakt wzrokowy …

– Pan raczy zapominać, że do nawiązania owego kontaktu potrzebne nam są nasze ciała. Pan do swojego nie może się dostać, ja natomiast nie wiem, gdzie spoczywa moje – westchnął i zabrzęczał skrzydełkami. – Uwaga! – krzyknął po chwili.

Odwróciłem się i natychmiast dałem nura w bok. Tuż za moim ogonem zatrzasnęły się niebieskie szczypce. Z żalem czmychałem ku dnu, nie mając pojęcia, czy hrabia Bogdan odfrunął, czy też czeka na pokrywie akwarium. Tak jak się spodziewałem, rak wkrótce zgubił mój trop . Nie odznaczał się specjalnie dobrym wzrokiem, czego o instynktach łowieckich nie dało się powiedzieć. Było kwestią czasu, by odkrył moją kryjówkę. Czego, jak czego, ale czasu nie miałem z pewnością. Nie wiedziałem gdzie jest moje ciało, nie miałem pomysłu jak się do niego dostać a poza tym zastanawiałem się, gdzie podziewa się moja żona. Durne gupiki nadal krążyły tuż pod  powierzchnią, ciągle nie rozumiejąc, że szpara w pokrywie nie oznacza pory żarcia. Poczułem ogromne znużenie, a nadciągający mrok sprawił, że poczułem się okropnie senny. Nie zamknąłem oczu z tej prostej przyczyny, że ryby nie mają powiek, ale zapadłem w coś w rodzaju letargu. Przez głowę przemykały mi różne scenariusze ratunku, z których skok do napełnionej wodą torebki, którą hrabia Bogdan unosi za pomocą przylg i z raźnym trzepotem skrzydełek transportuje do szpitala był tym zdecydowanie najprostszym w realizacji i najmniej ryzykownym.

Hrabia miał rację. Pomimo prostoty odwrócenia inwersji nasza sytuacja nadal była beznadziejna. Usnąłem.

Konsultantka medycyny ludowej wystukała kilka słów na klawiaturze i posłała je w cyberprzestrzeń. Po chwili maleńkie okienko dialogowe zapulsowało.

– No! Odezwał się wreszcie obibok jeden – wrzasnęła triumfalnie starucha. – Zaraz mu napiszę do słuchu!

– To może niech Pani najpierw spyta jak pomóc mojemu mężowi? Bo może jeszcze ten on się obrazi i wyłączy? – zatroskała się żona Krzysztofa.

– Spokojnie. Wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi.

– A kto to jest?

– A to właśnie szaman, który wykładał podczas tej wymiany w Ameryce Południowej.

– O Jezu! Toż przecież u nich pewnie jest czwarta nad ranem!

– No i co z tego? Szamani nie powinni zbyt długo spać, bo im to mózgi otumania, a poza tym skoro jest jasnowidzem, to mógł się nie kłaść spać, skoro przewidział, że będę do niego dzwonić, prawda?

Zawarta w słowach szeptuchy naciągana logika oszołomiła kobietę w stopniu większym niż wzmianka o szamanach, jasnowidzach i telepatycznych atrakcjach.

– On pyta, kiedy ostatni raz widziałaś męża przytomnego i gdzie to było.

– Ja byłam w pokoju, to był wieczór. Oglądałam Wojewódzkiego i …

– No już nie miałaś czego oglądać! – stara weszła jej w słowo – no dobra, mów dalej!

– Krzysztof był w kuchni, piwo poszedł sobie wziąć z lodówki i ryby przy okazji nakarmić. A potem to już usłyszałam hałas, pobiegłam tam, a on jak długi leżał na terakocie … Pisze mu to Pani?

– Nie muszę, odbiera cię telepatycznie.

– To po co wam ten skype? – zdumiała się kobieta.

– Trzeba przecież zachowywać pewne procedury, cicho bądź!

Okno dialogowe ponownie zapulsowało.

– Pyta się o te ryby. Chce wiedzieć, czy mieszkacie nad rzeką.

– Nad rzeką?

– No powiedziałaś, że w kuchni ryby karmił …

– Akwariowe!

Stara podrapała się po głowie i stukając paznokciami po blacie czekała na odpowiedź szamana.

– Masz prosto usiąść i odtworzyć w pamięci całą scenę. To jak siedziałaś w pokoju i to, co zobaczyłaś w kuchni. Nie kręć się, bo zakłócisz przekaz.

Kobieta zamknęła oczy i wyprostowała się. Po chwili poczuła, że ktoś grzebie jej w mózgu, ale dla dobra sprawy nawet się nie wzdrygnęła i cierpliwie czekała, aż cudzy umysł zduplikuje jej wspomnienia i odejdzie.

– Już po wszystkim, otwórz oczy – rozkazała starucha.

Po chwili zapulsowało okienko na monitorze.

– Inwersja … – przeczytała pojedyncze słowo żona Krzysztofa. – Co to znaczy?

– W konkretnym przypadku twojego męża oznacza tyle, ze jego dusza została zamknięta w akwarium. – odparła konsultantka.

Kobieta przez chwilę wpatrywała się w konsultantkę zdumionym wzrokiem, po czym zemdlała. Osunęła się wprost na zdobiony fikuśnymi wzorkami turecki dywan.

Musiałem porządnie przysnąć, bo gdy ponownie odzyskałem ostrość widzenia, za oknem rodził się słoneczny świt. Gupiki nadal kotłowały się przy karmniku, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się czwartą nieprzespaną dobą. Były jak psy Pawłowa. Paliło się światło, czyli ciągle trwał dzień. Pokrywa była otwarta, czyli zaraz posypie się żarcie. Zero wniosków. Ich pamięć krótkotrwała najwyraźniej resetowała się po kilku sekundach. Obrzuciłem wzrokiem piaszczyste dno i przypomniałem sobie, że pod spodem znajduje się czarny żwir, którego nie chciało mi się usunąć przy zmianie dekoracji w akwarium. W jednej chwili w mojej głowie narodził się plan i rzuciłem się w odległy kąt za kokosem, gdzie warstwa piasku była najcieńsza.

Pracowałem przez cały poranek, kalecząc co chwilę delikatny rybi otwór gębowy, przystosowany raczej do skubania pokarmu, niż orania pokładów żwiru. Byłem mniej więcej w połowie, gdy z góry doszło do mnie znajome bzyczenie. Hrabia Bogdan siedział na samym brzegu pokrywy i najwyraźniej był czymś niezmiernie podekscytowany. Wypuściłem z ust czarny kamyczek i popłynąłem w górę.

– Zgaduję, że ten nieokrzesany skorupiak nie zdołał wyrządzić Panu krzywdy. – zagaił kurtuazyjnie hrabia.

– Udało mi się umknąć, dzięki Bogu – odparłem.

– Pozwalam sobie niepokoić Pana tak wcześnie, ponieważ przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie.

– Mnie również drogi Panie, ale chętnie posłucham dobrych nowin.

– Ach przyjacielu! – westchnął z egzaltacją mój rozmówca. – Przez miesiąc mej niewoli niejeden karkołomny pomysł przychodził mi do głowy, a liczne próby odnalezienia ciała spełzły na niczym! Nie muszę oczywiście mówić, że niejednokrotnie opadała mnie rezygnacja a jednym pocieszeniem była wątła nadzieja na spotkanie kogoś, kto potwierdziłby moją teorię i pomógł przedostać się do ludzkiego świata.

Ad rem, drogi hrabio! – przerwałem słowotok stanowczym żądaniem.

– Oczywiście, drogi przyjacielu – hrabia odchrząknął uroczyście. – Wymyśliłem sposób na wydostanie nas obu z tego wyjątkowo niedogodnego położenia, które, jeśli mam być szczery z każdym dniem doskwiera mi coraz mocniej i…

– Cóż to za sposób? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Zaświtało mi w głowie, że wspólnymi siłami powinniśmy wymóc na pańskiej małżonce, by przywiozła pańskie ciało tutaj. Zostawimy jej różne znaki, notatki i wskazówki, i jeśli jest mądrą kobietą …

– Jest.

– … to skojarzy fakty i pomoże Panu wrócić do właściwej postaci a Pan …

– zlokalizuję Pańskie ciało, ponieważ moje palce ważą znacznie więcej niż mucha i z pewnością obsłużą Google.

– No właśnie! – ucieszył się hrabia Bogdan. – Teraz tylko musimy opracować system wiadomości i wcielić je w czyn.

– Pozwolę sobie zauważyć – bezwiednie przejąłem barokową stylistykę muszego arystokraty – że pierwsza informacja wkrótce będzie gotowa. – Pomachałem płetwą wskazując na jasne dno akwarium. Czarne żwirkowe litery były doskonale widoczne.

– H..E…I.. – przeliterował hrabia. – Cóż to na Boga znaczy?

– Gdy skończę, to będzie HELP – wyjaśniłem.

– Ach te zapożyczenia – cmoknął z dezaprobatą Lubomirski.

– Pan raczy wybaczyć – wycedziłem zimno – ale oszacowałem liczbę liter w polskim słowie „RATUNKU”, po czym porównałem je z angielskim „HELP” i okazało się, że usypanie tego drugiego zajmie mi o połowę mniej czasu, co dla nas obydwu oznacza szybsze wyzwolenie.

Hrabia przyssał się do pokrywy. Jego trąbka łapczywie zbierała gnijące szczątki akwariowej rzęsy. Jego musza natura momentami brała górę nad ludzkim intelektem, co było całkowicie zrozumiałe.

– Panie hrabio! – krzyknąłem. – Bogdan! – użyłem poufałej formy, ale to również nie wybiło muchy z transu żarcia.

Wzruszyłem płetwami i odpłynąłem w stronę dna, by dokończyć czarny napis. Z oddali doleciało do mnie niecierpliwe bzyczenie, które w swobodnym przekładzie oznaczało mniej więcej tyle, co „muszę natychmiast dostać się na trawnik. Pies Nowaków zrobił wielką kupę”.

Byłem już przy „P”, gdy zobaczyłem raka. Pospiesznie wyplułem resztę kamyczków i czmychnąłem do kryjówki. Przytuliłem się do szyby.

– No obudź się! – Starucha potrząsnęła zwiotczałym ciałem kobiety.

Żona Krzysztofa powoli wynurzała się z niebytu. Zamrugała powiekami i ustabilizowała obraz szeptuchy na wprost swojej twarzy. Z pełną mocą wróciła do niej chwila, w której siedziała na taborecie a zamorski szaman powiedział jej, że jaźń Krzysztofa pływa obecnie w kuchennym akwarium.

– To niemożliwe! Takie rzeczy się nie dzieją naprawdę! – rozpaczliwy w zamierzeniu krzyk w rzeczywistości okazał się ochrypłym szeptem.

Szeptucha uniosła ostrożnie głowę kobiety i podsunęła do jej wyschniętych ust szklankę z wodą.

– Możliwe, możliwe – zaszemrała łagodnie i uśmiechnęła się do świętych obrazków wiszących na ścianie. Lata pracy ezoterycznej wyrobiły w niej przekonanie, że nie należy dziwić się niczemu, a każdy, nawet najbardziej nieprawdopodobny scenariusz jest do zrealizowania. Wszystko zależy od nakładu sił. Miała takiego wnuczka w sąsiedniej wsi, który jak się porządnie skupił, to przenosił stóg siana na pole Stachańskiej. Oj miała z tego szeptucha przednią atrakcję, gdy te kundle pomieszane, znaczy wnuki Stachańskiej wybiegały i gorączkowo przekładały siano za miedzę.

– Co ja mam teraz zrobić? – załkała żałośnie żona Krzysztofa.

– A jak myślisz?

Kobieta usiadła na wersalce i odrzuciła koc. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po starusze i błyskających na niebiesko monitorach.

– Mam iść do domu i znaleźć męża w akwarium? – pytanie nosiło silne znamiona niedowierzania.

Konsultantka medycyny ludowej wzruszyła ramionami i pogłośniła telewizor. Szedł milion dwudziesty trzeci odcinek Mody na Sukces. Brooke właśnie udowadniała Ridge’owi, że cioteczna kuzynka pasierbicy matki niestety powiła bliźnięta i że tak się dziwnie złożyło, że owe dzieci są dziećmi Ridge’a. Co, jakby się zastanowić, pewnie oznaczało zdradę, ale nikt już na tym etapie nie był w stanie wyjaśnić kto i kogo zdradzał.

– Dziecko drogie, mąż siedzi w akwarium, załatw ciało, które leży bez sensu w szpitalu i wszystko się wyjaśni.

– Co się wyjaśni?

– Oj dałabyś spokój! – ofuknęła ją zapatrzona w ekran stara. – Rób co ci się mówi. Ciało do domu zawieź.

Kobieta namierzyła drzwi wyjściowe. Narzuciła na ramiona kurtkę i chwyciła klamkę.

– Poczekaj – całkiem przytomnym głosem odezwała się gospodyni. – Rachunek muszę wystawić!

Wyciszyła telewizor i usiadła do komputera. Przez chwilę stukała w klawiaturę.

– Proszę! – ogłosiła triumfalnie. – Rachunek! Nawet w kasę fiskalną mnie wrobiły te urzędasy …

Żona Krzysztofa spojrzała na świstek papieru i bez dyskusji podpisała.

– Sprowadź męża jak najszybciej do domu i posadź przed akwarium. Powinno pomóc, a jeśli nic się nie stanie, to zadzwoń do mnie. – Stara wręczyła jej wizytówkę i energicznie podreptała w stronę fotela.

 

Oszołomiona kobieta wyszła na zewnątrz i zanurzyła się w mroczny las. Oświetlała sobie drogę komórką i z duszą na ramieniu kierowała się w stronę szosy.

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Witajcie drodzy czytelnicy!

Dzisiaj prezentujemy drugi fragment nowej książki Izy, której akcja będzie się rozgrywać w stadninie koni. Łapcie, świeżutko napisany :)

***

W końcu w życiu nie może być tylko źle. To nudne, pomyślała i energicznie ruszyła do domu przypilnować, co tam Zofia wyprawia w temacie obiadu. Nadal była sobą, ale w jej przypadku człowiek nie znał dnia ani godziny.

– Boże jedyny… – Magda jeszcze dobrze nie weszła do kuchni jak szczęka opadła jej prawie do podłogi.

– Na wieki wieków, amen- odpowiedziała Zofia znad wielkiej góry obranych ziemniaków i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Zofio, na litość boską! Dość!

– Już kończę. Jaśnie pan ma dziś gości. A jak tylu chłopa z polowania wróci, to wszystko zjedzą.

– To skoro pan hrabia ma tylu gości, to wypadałoby wyszorować łazienkę i nazbierać kwiatów, prawda? – Magda z trudem się opanowała i sposobem pozbyła się Zofii. Bezwładnie opadła na krzesło. Wcześniej staruszka obrała ze trzydzieści kilogramów ziemniaków i ugotowała gulaszu dla kilkudziesięciu osób. Dobrze, że jeszcze nie zdążyła odkręcić weków z piklami i nie ugotowała zupy.

– Co na obiad?- zdyszana Alicja wpadła do kuchni jak po ogień po coś do picia. – O kurna… –  Alę zatkało na widok sterty obranych ziemniaków. – Urządzamy wesele, czy wzięłaś z Nestora podwykonawstwo jako podkuchenna?

– Weź mnie nie wkurzaj, dobrze?- syknęła Magda. – A odpowiadając na twoje pytanie, to mamy dziś gulasz z ziemniakami albo ziemniaki z gulaszem, albo zupę gulaszową z ziemniakami. I tak będzie przez tydzień. Gulasz na śniadanie, gulasz na obiad i gulasz na kolację. Pasuje?

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Dzień pierwszy

Ze wstydem muszę przyznać, że na początku zbagatelizowałam zagrożenie. Para gołębi, dość obrzydliwie gruchając, dreptała po moim balkonie. Odgoniłam raz. Po godzinie wróciły. Machnęłam ręką i wróciłam do swoich zajęć. Na balkon zerknęłam ponownie, gdy zaczęło zmierzchać. Gołębie pozbawiły mnie swojego (wątpliwej jakości) towarzystwa i odleciały w siną dal. Nocować nie planowały. Zazgrzytałam zębami na widok kilku fruwających piórek oraz pstrzących podłogę kup. Chwilę potem zapomniałam o sprawie.

Dzień drugi

Całkiem wyspana otworzyłam oczy, przeciągnęłam się leniwie i uśmiechnęłam się na myśl o nadchodzącym dniu. Wstałam niespiesznie i weszłam do dużego pokoju. Moich uszu dobiegło znajome gruchanie. Parka gołębi dreptała sobie radośnie po balkonie, co jakiś czas wskakując do skrzyń balkonowych. To mnie zelektryzowało. Wprawdzie jeszcze nie czas na wysiew czegokolwiek (zima w końcu), ale jak gołębie stworzą precedens skakania po donicach, to później połamią roślinki. Niestety nadal nie łączyłam wszystkich faktów, co nie pozwoliło na rzeczywiste oszacowanie zagrożenia. Resztę dnia poświęciłam na niezbyt skuteczne wypędzanie gołębi. Tuż przed zmierzchem ponownie się wyniosły a ja zauważyłam, że odruchowo wzrok leci mi w stronę balkonu.

Dzień trzeci

Otworzyłam oczy. Poderwałam się na równe nogi i pobiegłam do dużego pokoju, sprawdzić, czy gołębie znów naruszają moją przestrzeń balkonową. Oczywiście były tam. Konkretnie jeden siedział w skrzynce a drugi na balustradzie. W dziobie trzymał patyczek. Otworzyłam drzwi na pełną szerokość i niepomna faktu, że jestem w piżamie wyskoczyłam z wrzaskiem na balkon. Gołąb (ten z balustrady) przekrzywił ze zdziwieniem łebek, wypuścił patyczek i niespiesznie odfrunął. Drugi poszedł w jego ślady. Podeszłam do skrzynki. A tam dołek i stosik patyczków. I właśnie wtedy dotarła do mnie groza sytuacji. Te cholery chcą zakładać gniazdo. Przez resztę dnia co kilka minut wypędzałam ptaszyska z balkonu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zaczęło się robić ciemno.

Dzień czwarty

Obudził mnie mąż przytulając się w celach jednoznacznych. Otworzyłam oczy i natychmiast pojawiła się nagła myśl. Gołębie! Wywinęłam się z uścisku i już sekundę później stałam w drzwiach balkonowych wsłuchując się w nienawistne gruchanie. Były tam. Znów w skrzynce, gdzie od rana zdążyły uwić kolejne gniazdo. Wyskoczyłam (bardzo niekompletnie ubrana) i przepędziłam hałastrę. Na balkonie obok sąsiad palił papierosa. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, ale grzecznie powiedział dzień dobry. Wyjąkałam coś w odpowiedzi i spąsowiałam. Wybiegłam z balkonu. Reszta dnia upłynęła mi na nerwowym zerkaniu przez okno i wyszukiwaniu porad w internecie.

Dzień piąty

Spałam dzisiaj na kanapie w salonie, żeby mieć bliżej do balkonu. Poprzedniego dnia sprawdziłam o której wstaje słońce i nastawiłam budzik na 6:21. Pomyślałam sobie, że dzisiaj skurczybyki mnie nie zaskoczą. Otworzyłam oczy i usłyszałam gruchanie. O wy dziady! Wypędziłam. Zbierały się do odlotu niespiesznie okazując dalece idącą nonszalancję. Przed południem kurier przyniósł zamówionego w allegro sztucznego kota – straszaka na ptaki. Zamontowałam go, wielce zadowolona i poszłam przygotowywać obiad. Chwilę później gołąb przysiadł na balustradzie w odległości kilku centymetrów od straszaka i zdziwiony przypatrywał się nowemu lokatorowi balkonu.

kot

Dzień szósty

Dzień zaczęłam od kolejnego demontażu powstającego gniazdka. Gołębie poleciały w teren a ja zatarłam ręce z uciechy. Kurier przyniósł chwilę wcześniej sztucznego kruka, więc sobie wykombinowałam, że jak go zamontuję pod nieobecność gołębi, to się nie skapną, że to podstęp i pozbędę się ich raz na zawsze. Kruk prezentował się imponująco. Dziesięć minut później gołąb podjął próbę wylądowania na kruku. Spojrzał na mnie a w jego oczach wyczytałam rozbawienie. Skinął główką, jakby dziękował za nową huśtawkę dla przyszłego potomstwa.

kruk-w-locie-odstraszacz_4338

Dzień siódmy

Zorientowałam się, że zaczynam zdradzać oznaki obsesji. Nie wzbudziło moich podejrzeń to, że poprosiłam siostrę o zrobienie zakupów, nie chcąc schodzić z posterunku. I nawet nie to, że poświęciłam pół dnia na czytanie o zwyczajach lęgowych gołębi. Wreszcie, nie rozpoznałam zaburzenia, gdy z szatańskim chichotem, zza lekko uchylonych drzwi celowałam w gołębie wodą ze spryskiwacza, albo gdy chyłkiem smarowałam balustrady olejem (z czystej złośliwości, by się cholery poślizgnęły). Nie zaalarmowało mnie także, gdy siostra mi powiedziała, że mam tik nerwowy i nieświadomie co chwilę skanuję oczami balkon. Nie. Zorientowałam się, że jest źle, gdy przeczytałam komentarz, jaki wystawiłam na allegro biednemu sprzedawcy sztucznego kruka.

allegro1

Koniec tego do cholery! W przyszłym tygodniu montuję siatkę na balkonie!

Serdecznie pozdrawiam,

Jagna