Browsed by
Tag: gotowanie

image_pdfimage_print
Domowe jagodzianki

Domowe jagodzianki

Drożdżowe, domowe bułeczki to ulubiony smak dzieciństwa chyba większości z nas. A przynajmniej tych, którzy mieli luksus spędzania wakacji u rodziny na wsi. Każda z babć i ciotek miała swój własny przepis na jagodzianki, którym niechętnie dzieliła się z innymi gospodyniami 😉

Przypadkiem weszłam w posiadanie takiego starego, rodzinnego przepisu, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go jednak lekko nie zmodyfikowała 😉

Jagodzianki robi się dość prosto, jedyne co nam potrzebne, to nieco cierpliwości podczas wyrastania drożdżowego ciasta. Zapach w domu oraz radość domowników z pewnością tę niedogodność zrekompensują.

produkty

Lista produktów:

– 500 g mąki pszennej

– 250 ml mleka

– 1 opakowanie suszonych drożdży

– 1 jajko

– 80 g masła

– 50 g cukru pudru

– 2 szklanki jagód (mniej więcej)

kolaz1

Do miseczki wlewamy lekko ciepłe mleko, wsypujemy drożdże, dodajemy łyżkę cukru i trzy czubate łyżki mąki. Mieszamy na jednolitą masę i odstawiamy na kilka minut. Drożdże muszą zacząć pracować.

W tym czasie wsypujemy resztę mąki do sporej miski, dodajemy jajko i miękkie masło, cukier puder. Wlewamy zaczyn i wyrabiamy ze wszystkich składników ciasto.

Ciasto zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięta. Powinno podwoić objętość, co z reguły zajmuje mu około 30 minut.

Po tym czasie ponownie zagniatamy ciasto i dzielimy na porcje. Jeśli chcemy mieć mniejsze bułeczki, to na 16, jeśli większe to na 12.

Włączamy piekarnik i czekamy aż nagrzeje się do 180 stopni. Jagody mieszamy z łyżką cukru pudru.

Z kawałków ciasta robimy placuszki na które nakładamy łyżkę jagód, po czym formujemy bułeczki. Trzeba dość porządnie zamykać jagody w środku by jagodzianki nie pootwierały się w piekarniku pod wpływem wysokiej temperatury.

Układamy bułeczki na blasze i zostawiamy pod przykryciem na 20 minut do wyrośnięcia. Potem smarujemy je z wierzchu mlekiem i pieczemy około 20 minut (jeśli podzieliliśmy ciasto na 12 porcji, to czas pieczenia wydłuży się o 5 minut).

Dekorujemy lukrem albo cukrem pudrem.

Smacznego :)

final

Miodowe skrzydełka

Miodowe skrzydełka

Skrzydełka kurczacze to rzecz powszechna i tania, ale jakoś do tej pory nigdy nie wzbudzały mojego kulinarnego entuzjazmu i nie kupowałam ich wcale. Ale w końcu przyszła kryska na Matyska i w dzień powrotu z wakacji, tuż przed odjazdem, obdarowano mnie 10 kilogramami skrzydełek, więc po przyjeździe do domu, w panice zaczęłam szukać wolnego miejsca w zamrażarce i pewna, że wszystkiego nie pomieszczę, rzuciłam się do gotowania. Jak zwykle postawiłam na pełną improwizację i przypadkiem wyszło mi coś tak kapitalnie pysznego, że postanowiłam się z Wami podzielić patentem na moje skrzydełka. Ameryki pewnie nie odkryłam, ale to właśnie stamtąd pochodzi patent na pomieszanie miodu z keczupem :)

kolaz-produkty

Składniki:

1 kg skrzydełek

1 łyżeczka pieprzu

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka ostrej papryki (może być wędzona)

1/2 łyżeczki sproszkowanego czosnku

1 kopiata łyżka rozgniecionej na drobniutko prażonej cebulki (opcjonalnie)

½ szklanki miodu

½ szklanki gęstego keczupu

1 łyżeczka sosu sojowego (opcjonalnie)

Do dzieła!

kolaz-1

Piekarnik odpalić na 200 stopni. Surowe skrzydełka podzielić na kawałki. Końcówki odłożyć do garnuszka, zalać niewielką ilością wody, dodać trochę suszonej włoszczyzny i ustawić na wolny ogień, żeby sobie pyrkało. Tymczasem podzielone skrzydełka obtoczyć w mieszance wszystkich suchych przypraw i odczekać aż piekarnik się nagrzeje. Rzecz jasna tę czynność można wykonać wcześniej, by mięso dłużej poleżało w przyprawach, ale jako że zaliczam tę potrawę do gatunku szybkich, tym razem nie zamierzam się jakoś specjalnie roztkliwiać nad piątą nutą smaku, bo i tak wyjdą świetnie :)

Następnie nasze skrzydełka układamy bezpośrednio w brytfannie i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 25 minut. Mniej więcej po 20 minutach należy je obrócić na drugą stronę. W tym czasie szykujemy naszą efekciarską glazurę, czyli w sporej misce mieszamy keczup z miodem i ewentualnie z sosem sojowym. Prościzna.

Przekładamy podpieczone skrzydełka do glazury i dokładnie mieszamy, by równomiernie je pokryła.   Ponownie umieszczamy skrzydełka w piekarniku, ale tym razem już układamy je na folii aluminiowej, ewentualnie na papierze do pieczenia. Teraz wystarczy już tylko poczekać około kwadransa, a później cieszyć się czymś, czego będą mogły nam pozazdrościć wszystkie amerykańskie fast food’y :)

Na części kawałków zrobiłam mały eksperyment i kilka sztuk na koniec potraktowałam górnym grillem. No i prawie je spaliłam, zatem grilla odradzam, chyba że pod specjalnym nadzorem :)

Przyrządzone w ten sposób skrzydełka można podawać na półmisku, jako przekąskę z sosami i dipami, ale też równie dobrze sprawdzą się jako normalne, tradycyjne danie z ziemniaczkami i surówką. Panuje pełna dowolność, bo to pycha w każdej postaci. Świetnie smakują też na zimno, więc jak coś zostanie, to też dobrze.

Ale zaraz, zaraz! Chwilunia! Przecież to jeszcze nie koniec! W międzyczasie z końcówek naszych skrzydełek i suchej warzywnej mieszanki odparował nam się ekstra wywar na zupę! Taka domowa gratisowa bulionetka.

Nie lubię jak coś się marnuje, więc przełożyłam mój bonus do szczelnego pojemniczka i wsadziłam do lodówki. Schłodzony zamienił się w galaretkę i spokojnie wytrzyma kilka dni, do czasu gotowania następnej zupy. Smacznego!

final

Kurczak Santa Fe

Kurczak Santa Fe

To danie ma same plusy. Łatwo się robi, super smakuje i na dodatek nie jest bombą kaloryczną. Udaje się zawsze i każdemu, pod warunkiem, że się je dobrze przyprawi.

Bo to właśnie przyprawy sprawiają, że przenosimy się kulinarnie do Nowego Meksyku. Tamtejsza kuchnia (podobnie jest w sąsiednim Teksasie) podlega silnym wpływom kuchni meksykańskiej i dlatego powszechnie nazywa się ją Tex-Mex.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista zakupów:

– 2 piersi kurczaka

– kartonik przecieru pomidorowego

– papryka

– puszka kukurydzy

– puszka czarnej lub czerwonej fasoli

– kilka papryczek jalapeño

– ser typu red cheddar

– ząbek czosnku

– garść kolendry

– kilka gałązek oregano

 

Mieszanka przypraw:

– 3 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego

– 1 łyżeczka soli wędzonej (zwykła spokojnie da radę)

– 1 łyżeczka pieprzu cayenne

– 2 łyżeczki papryki wędzonej (zwykła trochę zmieni smak, więc warto zainwestować w wędzoną)

– 1 łyżeczka granulowanej cebuli

– 2 łyżeczki niesłodzonego kakao

– 1 łyżeczka suszonej kolendry

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Mamy już naszą mieszankę przypraw, więc bierzemy się do gotowania :)

Do miski wlać przecier pomidorowy. Ja tym razem dodałam do niego obrane ze skóry i posiekane pomidory. W końcu pełnia sezonu pomidorowego, więc żal nie skorzystać, ale spokojnie możecie ten etap pominąć.

Paprykę obieramy ze skóry zwykłą skrobaczką i kroimy w kostkę. Papryczki jalapeño drobno siekamy. Mają niepowtarzalny smak, więc nie warto ich zastępować innymi. Są też dość ostre, więc należy to wziąć pod uwagę. Ilość na zdjęciach pozwala otrzymać danie średnio pikantne.

Siekamy czosnek, oregano i kolendrę.

A teraz wszystko, z wyjątkiem kurczaka, mieszamy i wlewamy do brytfanki. Piersi kurczaka, uprzednio umyte i podzielone na połówki, układamy na wierzchu i oprószamy solą. Brytfankę szczelnie nakrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika, wcześniej nagrzanego do 180 stopni.

Pieczemy pod przykryciem 30 minut. Wyjmujemy brytfankę, ściągamy folię i posypujemy kurczaka startym cheddarem. Dlaczego akurat cheddarem? To jeden z najbardziej popularnych serów w kuchni meksykańskiej i doskonale pasuje do tego dania.

Ser nasypany? No to brytfanka z powrotem do piekarnika. Tym razem bez folii. Jakieś 10 minut, w 200 stopniach, powinno wystarczyć. Trzeba obserwować, czy ser się już ładnie zapiekł.

Można serwować z nachosami albo z ryżem. Jak kto woli :)

Smacznego :)

Kurki gęstowane w śmietanie

Kurki gęstowane w śmietanie

Co roku, z utęsknieniem, czekam na kurki. Te pyszne grzybki zimą potrafią śnić mi się po nocach, więc jak tylko rozpoczyna się sezon, to ja od razu biegusiem na stragan.

Nie ma się czego bać, bowiem mój przepis wbrew groźnej nazwie jest bardzo prosty, aczkolwiek, gdy natraficie na mokre, połamane i mocno zabrudzone kurki, lepiej sobie taki zakup odpuście. Zakładam, że nikt nie lubi smaku igliwia i piachu w zębach, ale gdy jednak ktoś się uprze, to takie grzyby niestety trzeba umyć. A nawet nie tyle umyć, co zrobić im porządną kąpiel, by wypłukać jak najwięcej zabrudzeń. I tak, do końca nigdy wszystkiego się nie wymyje, więc lepiej poszukać kurek suchych i czystych. Takie wykąpane grzybki przed dalszą obróbką, trzeba porządnie odsączyć, by później oddały jak najmniej płynu.

Receptura na 2 solidne porcje jako osobne danie, ewentualnie dla 4 osób jako dodatek do mięsa. Dla ułatwienia Wam życia, składniki oczywiście „na oko”. :)

produkty

Składniki:

– 65-70 dag kurek

–  300 – 400 g śmietany 18% (lub pół na pół z 12%)

– 1 spora cebula/ ewentualnie 1 garść gotowej cebuli smażonej

– ok. 1/5 kostki masła

– sól, pieprz, majeranek – do smaku (opcjonalnie nieduża gałązka rozmarynu)

A więc… wiem, wiem, że nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale jakoś mi tu pasuje :) … do dzieła!

 

kolaz2

Najpierw obowiązkowo czyścimy kurki z piasku, igliwia. Dziś trafiły mi się wyjątkowo suchutkie i czyste, ale i tak znalazłam kilka upiaszczonych osobników.  Przy tak suchych grzybach z powodzeniem wystarczył mi zwykły pędzel, zatem opędzlowałam mój grzybny materiał kulinarny i następnie zabrałam się za siekanie. Odcięłam też końcówki ogonków. Kurki należy posiekać dość drobno, ale bez przesady. Z powodzeniem wystarczą kawałki wielkości ok. 1,5 cm.

Posiekaną cebulę zrumieniłam na 1/3 przygotowanego masła.

Na dużą patelnię przełożyłam kurki, resztę masła oraz zrumienioną cebulę. Przyprawy do smaku, jak komu pasuje, ale przed dodaniem śmietany byłoby dobrze, gdyby całość wydawała się odrobinę za słona i nieco zbyt pieprzna.

No dobra. Teraz największy palnik i duży ogień. No! Ogień! :) Mieszamy i czekamy chwilę aż kurki puszczą wodę i cały płyn odparuje. W zależności od jakości kurek czynność owa może się wydłużyć nawet do około 10 minut, ale nie bądźmy pesymistami, bo zazwyczaj trwa to krócej.  Gdy wszystko ładnie odparuje, skręcamy palnik o połowę i dodajemy śmietanę. Jeśli ktoś woli wersję jaśniejszą i bardziej śmietanową, może dodać więcej śmietany. Można też dodać trochę śmietany 30%, ale wg mnie to już istne kaloryczne szaleństwo, a ja aż taka szalona nie jestem. :)

A teraz jeszcze 1-2 minutki i tyle.

Czas przygotowania całości to maksymalnie pół godziny. Czas konsumpcji, niestety, sporo krótszy.

Niebo w gębie. Przysięgam!

final

Fish and chips

Fish and chips

Ryba z frytkami i sosem tatarskim to jedno z najpopularniejszych dań w Wielkiej Brytanii. Żaden tubylec nie potrafi sobie wyobrazić nadmorskich miejscowości bez barów fish & chips. Po letnich kurortach ciągnie się więc swojski zapach smażeniny a turyści zajadają się rybą siedząc przy stolikach, lub po prostu na piasku tuż przy brzegu morza. W tym ostatnim wariancie je się z papierowej torebki plastikowym widelczykiem.

Widok tych torebek działa elektryzująco na mewy, które obsiadają człowieka z każdej strony i żebrzą o frytki. Potrafią być bardzo bezczelne :)

Dobra ryba przede wszystkim musi być świeża. Brytyjczycy tradycyjnie używają dorsza lub łupacza. Osobiście najbardziej lubię wersję z polędwicą z dorsza. Drugim gwarantem sukcesu jest ciasto piwne o odpowiedniej, gęstej konsystencji.

No to bierzemy się do gotowania.

Składniki

Na rybę:

– dorsz

– szklanka mąki pszennej

– szklanka piwa

– 2 szklanki oleju rzepakowego

– sól i pieprz

 

Na sos tatarski:

– 4 łyżki majonezu

– 6 łyżek jogurtu bałkańskiego

– 2 ogórki kiszone albo małosolne

– sól i pieprz

 

Zaczynamy od ryby. Myjemy, osuszamy i kroimy w średniej wielkości kawałki, dzięki czemu łatwiej nam będzie je obracać na patelni i równomiernie się usmażą. Rybę solimy, oprószamy pieprzem i odstawiamy na bok.

W głębokim talerzu wyrabiamy gęste ciasto z mąki, piwa, płaskiej łyżeczki soli i pieprzu (w ilości według uznania).

W miseczce mieszamy na gładką masę jogurt z majonezem, dodajemy posiekane w kostkę ogórki, szczyptę pieprzu i soli. Wstawiamy do lodówki.

Oryginalnie robi się sos wyłącznie z majonezu, ale zastąpienie jego części jogurtem nie sprawi, że coś mu na smaku ubędzie, za to zmniejszy to nieco jego kaloryczność :)

Teraz wlewamy na patelnię olej i czekamy aż się dobrze podgrzeje. W tym czasie oprószamy rybę mąką i po kawałku zanurzamy w cieście. Im dokładniej ciasto oblepi rybę, tym bardziej soczysta będzie po usmażeniu.

Smażymy kilka minut, aż panierka nabierze ciemnozłotego koloru. Podawać z frytkami. Najlepiej grubymi. Brytyjczycy kropią je octem, ale my, rzecz jasna, nie musimy 😉

Smacznego :)

Kaszanka z grilla

Kaszanka z grilla

Kuchnia w lesie. Nie ma lekko. Nikt nie obiecywał, że w wakacje się leży, a już tym bardziej pości. W lesie warunki do blogowania są raczej średnie, więc nie będę się tutaj wygłupiać z jakimś super skomplikowanym daniem i udawać, że zrobiłam je w pięć minut, w  kocherze, pod namiotem i na jednej nodze, tylko podzielę się  z Wami  świetnym i sprawdzonym patentem na kaszankę.

To można zrobić nawet i w powietrzu, i nawet nie potrzeba nam naczyń. Jedyne co wg mnie jest w tym przepisie niezbędne, to zrumieniona wcześniej posiekana cebulka. Jeśli dodamy surową, po prostu się zaparzy i smaku nie doda, a kto by chciał jeść gorącą, surową cebulę?

Do rzeczy.

produkty

Składniki:

– dowolna ilość kaszanki (ja mam 6 kawałków)

– mniej więcej ¼ cebuli na każdy kawałek kaszanki.

– 1-2 jabłka

– szczypta vegety do cebulki

– folia aluminiowa

 

Kaszankę obrać z jelita. Ułożyć na podwójnie złożonej folii aluminiowej. Do kaszanki dodać podsmażoną na złoto cebulę i drobno pokrojone plasterki  jabłek. Jabłek nie żałować.

Całość szczelnie zawinąć i wrzucić na grilla na mniej więcej pół godziny. Ja lubię solidnie przypieczoną, więc na koniec na minutkę przesuwam na pełny ogień.

kolaż1

Pychotka. Polecam. Jak zostanie, to nic nie szkodzi. Tak przyrządzona kaszanka świetnie znosi mrożenie i odgrzewanie. Ostatnio odgrzewałam w folii, bezpośrednio na maszynce elektrycznej i też wyszło świetnie. Cóż, urlop rządzi się swoimi prawami i w tym czasie na sucho uchodzą wszystkie kulinarne herezje :)

final

Dziś znów pozdrawiam z lasu i życzę wszystkim smacznego :)

kolaż2

Wegański sernik Kasi Hordyniec

Wegański sernik Kasi Hordyniec

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj odwiedziła nas Kasia Hordyniec, autorka książki „Poza czasem szukaj”. Ma dla Was przepis na sernik jaglany napisany tak, że można boki zrywać 😀
Okazuje się, że w dzisiejszym wydaniu „Kuchni gości” przepis schodzi na dalszy plan. Najpierw się Wam jednak Kasia ładnie przedstawi.  Oddajemy jej głos :)

Jestem autorką powieści “Poza czasem szukaj” wydanej w tym roku przez Prószyńskiego i Ska. Od czternastu lat mieszkam w Donegalu, na północy republiki Irlandii. Pochodzę z Koszalina, ale mieszkałam też kilka lat w Warszawie, kolejne kilka w Siedlcach, gdzie zaczynałam w “Tygodniku Siedleckim” jako felietonistka. Potem kontynuowałam pisanie felietonów za granicą dla prasy polonijnej, głównie Tygodnika Polska Gazeta.

W Irlandii mieszkam w najmniej ucywilizowanym regionie, wokoło mam bezludne plaże, bezkresne przestrzenie i wąskie, ale za to prawie puste drogi. I surowy klimat. Wprawdzie są tu tylko dwie pory roku, a właściwie ostatnio jedna w dwóch odmianach – ciepła jesień i deszczowa jesień, więc nie brnę w zaspach i nie topię się w upałach, ale to tylko dobrze brzmi, tak naprawdę to klimat dla twardzieli.

Mam wieczny dylemat, co bardziej kocham – to moje pustkowie, czy twórczą i głośną Warszawę, czy moje rodzinne miasto Koszalin, a może Siedlce, gdzie też zostawiłam serce? Rzecz w tym, że gdziekolwiek nie zakotwiczę, nieważne, czy planuję tam być tylko na kilka lat, czy na całe życie, znajduję swoje ścieżki, ukochane miejsca, a wraz z tym wspaniałych ludzi, którzy po jakimś czasie stają mi się bliscy. I tak to już będzie – wieczna tęsknota, wieczne rozdarcie.

Powieść “Poza czasem szukaj” po części powstała z powodu takiej właśnie tęsknoty nie do opanowania. Opisywana w niej Warszawa, zdarzenia w tle, uliczki, knajpki, targi książki – wszędzie tam byłam, doświadczyłam, dokładnie w tym czasie, łatwo się zorientować kiedy, gdyż rozdziały stanowią kolejne dni maja 2014 roku.

Mam nadzieję, że zainteresuje Was historia Leny i Jula. Zapraszam do lektury i na moją stronę autorską.

kolaż2

A teraz obiecany przepis:

Wegański sernik jaglany

Po powrocie z Polski, gdzie promowałam swoją powieść, postanowiłam oczyścić organizm dietą wegańską do tego bezglutenową. Dostałam książkę żony słynnego kucharza, która promuje taką dietę po czterdziestce, a że ja już zaglądam w oczy pięćdziesiątce, pomyślałam, że to po prostu już ostatni moment, potem to już tytuł będzie nieaktualny. I ja nieaktualnie do oczyszczenia, czytaj odchudzenia, bo o to mi głownie chodziło.
Tylko jest jeden problem z takimi dietami, gdyż jestem strasznie słodko zębiasta i lubię ciasta (wychodzi na to, że na dodatek jestem poetką, wielbicielką rymów częstochowskich).
Najpierw próbowałam tę potrzebę ignorować, ale jak dostałam na łeb z rozpaczy, że nic tylko szczaw i szczaw przeplatany szpinakiem, ani chleba (uwielbiam), ani makaronu (od biedy taki z truskawkami załatwiłby sprawę), ani kurde w ogóle nic. Za to kaszy i ziemniaków aż nadto (zresztą pewnie i z tego powodu nie schudłam, taka przestroga na rzucających się na diety wegańskie z przyczyn nie etycznych, a dietetycznych właśnie).
Życzliwe dusze na FB podrzuciły mi w tym kryzysie pomysł na wegański sernik jaglany. Sernik bez sera, nadużycie, nie uważacie? Jestem wielbicielką serników wszelkich, stąd moje oburzenie.
No, ale ten jaglany też dobry i faktycznie taki udaje, jeśli ktoś jest beznabiałowy, nadaje się na ciasto na każdą okazję. Przepis jest zaczerpnięty z z fantastycznego bloga wegańskiego Ervegan.

Składniki na formę 15 cm
spód:
1 szklanka migdałów
ok. 5–7 sztuk suszonych daktyli
2 łyżki tahini (lub masła orzechowego)
1 łyżka wody
1 łyżka kakao (opcjonalnie)
1 łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie)
masa:
½ szklanki suchej kaszy jaglanej (100 g)
50 ml syropu z agawy (a nawet mniej, gdyż „karmel” jest już wystarczająco słodki)
¾ soku z 1 cytryny
½ szklanki orzechów nerkowca namoczonych przez noc lub kilka godzin
góra:
szklanka suszonych daktyli (około 25 sztuk)
2 łyżki masła orzechowego
dodatki:
orzeszki, wiórki czekoladowe

1. Spód
Daktyle namocz we wrzątku przez 5 minut, a migdały zmiel na grube wióry (malakser, młynek). Namoczone daktyle zmiksuj na gładką pastę i połącz z migdałami, dodaj tahini i ewentualnie wody, aby masa się skleiła. Na wyłożoną folią spożywczą blachę wysyp migdałowy spód i ugnieć palcami. Odłóż do lodówki do schłodzenia.
2. Masa
Kaszę jaglaną przepłucz, następnie zalej około 2 szklankami wody (objętość kaszy do wody około 1 : 3,5–4) i gotuj na wolnym ogniu przez około 20 minut, aż kasza wchłonie całą wodę i mocno się rozklei, będzie bulgotać i pryskać (pod koniec można przykryć pokrywką).
2 łyżki kaszy jaglanej dodaj do namoczonych nerkowców i mocno je zblenduj na gładką masę, następnie dodaj do pozostałej kaszy i zblenduj wszystko na gładką masę, wlewając syrop z agawy (stopniowo) oraz sok z cytryny.
UWAGA: masa nie może być zbyt słodka, gdyż spód i polewa ciasta już są wystarczająco słodkie. Poprawne ugotowanie kaszy jest kluczowe, jeśli chodzi o zastygnięcie kaszy jako masy „serowej”; podczas miksowania będzie zasychać już na krawędziach garnka. Masę wylej na schłodzony wcześniej spód, przykryj folią aluminiową, by nie wyschła, i odstaw do ostygnięcia na noc.
3. Góra
Daktyle zalej wrzątkiem i mocz przez około 15 minut, następnie przełóż do naczynia blendera bądź malaksera i zmiksuj na gładką masę razem z masłem orzechowym. Możesz ewentualnie dodać wody pozostałej po moczeniu daktyli – aż do uzyskania pożądanej konsystencji (ja lubię, gdy się lekko klei).
Masę karmelową rozsmaruj na masie „serowej”, posyp solonymi orzeszkami i wiórkami czekoladowymi. Gotowe! Zajadaj, popijając dobrą kawą.

 

produkty
Nie będę udawać, że mój rodzinny, bo w mojej rodzinie to jaja na kopy, masło na kilogramy oraz cukier na tony. Takie pokolenie. Wszystkiego uczę się od zera na starość. Na co mi przyszło?
Opiszę tutaj tylko moje wrażenia z przygotowywania tego cuda techniki kulinarnej, czyli coś bez czegoś, co się nazywa jak to coś, czego nie ma, ale i tak smaczne, chociaż z czegoś, co zupełnie nie wygląda, że tam jest.
Nie wiem, czy to fakt, że przygotowanie dotyczyło zupełnie czegoś mi nieznanego wcześniej, czy po prostu stres debiutanta, ale burdel zrobiłam w kuchni taki, jakbym walczyła ze złodziejami dzieł sztuki, którzy pomylili domy i mają nadzieję na oryginał Młodzieńca Rafaela Santi. Byłam wymazana różnymi maziami również też. Poza tym miałam nadzieję na wtranżolenie połowy tego, co przygotowałam, przypominam, że byłam w histerii kulinarnej spowodowanej odstawieniem wszystkiego oprócz liści, korzeni i kasz, czyli mam usprawiedliwienie.  Okazało się, że najpierw muszę namoczyć orzechy nerkowca przez noc, można zalać wrzątkiem i wtedy zajmuje to godzinę góra dwie, ale kto to wiedział wtedy? W każdym razie nie ja. Potem – porzuć wszelkie nadzieje dzieweczko – nawet, jeśli we wrzątku te orzechy, to i tak „sernik” musi stać przez noc w lodówce, żeby się ściął. Nie wiem, skąd wzięłam siły na to, żeby nie wyjeść miękkiego gluta, tyle, że słodkiego.

kolaż1
W każdym razie doczekałam „jutra”. Brzmi trochę katastroficznie, co najmniej jakbym z Keanu Reevsem latała po Matrixie przez noc, i powiem Wam, że to warte każdego zachodu z mieleniem, ucieraniem, moczeniem, czekaniem – to coś niby z polewą „całkiem jak karmel”, jest rewelacyjne i zdrowie. Tylko jednego mu brakuje, można powiedzieć, że przy odchudzaniu kluczowa sprawa – nie jest niskokaloryczny. Nie jest nawet średnio kaloryczny. Jest słodki i ma kalorii milion, ale czasem można. A jak nie można, proszę mi tego absolutnie nie mówić.

20160627_201053

Na koniec mamy dla Was niespodziankę, czyli fragment powieści Kasi, osobiście przez nią i dla Was wybrany. Życzymy Wam miłej lektury :)

„Poza czasem szukaj”

– Juliusz, ten drugi mężczyzna, też jest ekonomistą. – Ledwie to powiedziała, wszystko do niej wróciło, znowu poczuła łzy napływające do oczu.

Kobieta od razu to zauważyła. Podreptała do kuchni, a za chwilę wróciła z dwoma talerzykami, na których pyszniły się ukrojone hojną ręką kawałki sernika.

– Czekałam, aż ci się pierogi uleżą, ale widzę, że potrzebny na już. Też przepis mojej babki, i też dobry na frasunek.

– Pani Michalino, u pani nawet nie można się przyzwoicie rozkleić. Widzę, że muszę przestać przejawiać przy pani oznaki słabości, bo mnie pani utuczy na amen.

– Jesteś, dziecko, akurat taka, jak trzeba. Nie grozi ci to, a już na pewno nie po jednym serniku. Jak znam życie, jutro pognasz do siłowni to wszystko spalić.

– Zaskoczę panią, nie chodzę do siłowni, nie biegam, nie ćwiczę, dlatego jestem taka niedoskonała.

– Co też ty mówisz, dziewczyno, jesteś taka apetyczna. Zresztą, co ja cię będę przekonywać, mnie i tak nie uwierzysz. Ale, ale, ja chyba widziałam tego twojego Juliusza. Czy nie on czekał na ciebie dzisiaj rano? Taki postawny mężczyzna, szpakowaty. Wybacz, kochaneczko, tę uwagę, ale za młody to on nie był. Wracałam akurat z kościoła i zwrócił moją uwagę, bo ja tu pięćdziesiąt lat mieszkam i znam wszystkich, a jego jeszcze nie widziałam.

– Pani Michalino, w tym rzecz, że on taki inny, dojrzały, dlatego nie spodziewałam się od niego takiego obrotu spraw. Zaskoczyło mnie, że najpierw jeden komunikat, a potem zupełnie inny, radykalna zmiana.

– Wybacz, że to mówię, ale jesteś pewna, że dobrze go zrozumiałaś? Bo trzeba ci wiedzieć, że większość nieporozumień bierze się z braku komunikacji. Nieważne bowiem jest, co powiedziała osoba A do osoby B, ale co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. Intencje mogą być inne, a odbiór inny. Stąd moje pytanie.

– Jestem pewna, ale żeby to wytłumaczyć, musiałabym się do czegoś przyznać, a trochę mi wstyd.

– Jeśli boisz się, że mnie czymś zgorszysz, to przypominam ci, że mam ponad osiemdziesiąt lat i będzie ci trudno. Jeśli to ci rozjaśni sprawę i pomoże, to wal śmiało.

Lena roześmiała się głośno, język starszej pani był nader młodzieżowy jak na jej wiek. Powiedziała jej o tym.

– A bo widzisz, kochaneczko, przez wiele lat udzielałam się w takiej piwnicy, którą prowadzili młodzi psycholodzy dla trudnej młodzieży. Uczyłam dziewczyny szycia, a właściwie przerabiania ciuchów na takie, żeby były po ich myśli. Jestem krawcową na emeryturze, kiedyś to był zawód, nie to, co teraz. Przychodziły do mnie żony generałów, partyjnych działaczy, szyłam na bale, na rauty. Warszawskie elegantki nie mogły niczego kupić w sklepach, brało się z „Burdy” wykroje i wyczarowywałam im kreacje.

– I to te dziewczyny nauczyły panią tak się wyrażać?

– Jak się siedzi przy stole i dłubie igłą w materiale, patrzy się na ręce, a nie w oczy rozmówcy, to się dużo rozmawia o życiu, o tym, co kogoś boli, bo wtedy łatwiej. One mi się zwierzały, czasem coś poradziłam, czasem tylko chodziło o to, żeby ktoś wysłuchał. A ja słuchać umiem, przecież klientki latami przyjmowałam, przesiadywały u mnie, opowiadały o swoich problemach, między sobą dyskutowały, weszło mi w krew.

– Dobrze, więc wytłumaczę, o co chodzi. Otóż od początku było między nami bardzo mocne przyciąganie, jakby to powiedzieć… – Lena zagryzła wargę.

– Fascynacja seksualna, czy tak? – Pani Michalina pomogła jej wybrnąć.

Lena spojrzała na nią z wdzięcznością.

No dobra, miał być koniec, ale nie możemy sobie darować, by nie przemycić recenzji powieści, która ukazała się na łamach portalu literackiego Fahrenheit :)

 

Zupa z chwastów

Zupa z chwastów

Wakacyjna zupa z lebiody i pokrzyw.

Jakby tak rok temu ktoś mi powiedział, że będę gotować zupę z chwastów, to bym się wtedy popukała po głowie, i to mocno.

Ale to nic…, bo dziś spieszę z wieścią, że zupa z lebiody i pokrzyw to najlepsza zupa świata! Pyszna, zdrowa i za darmo.

Polecam ją każdemu, kto przebywa poza miastem i ma dostęp do składników rosnących na świeżym powietrzu, czyli do pokrzywy i lebiody. Nie ma się czego bać. Moja rodzina żyje, choć wczoraj wszyscy profilaktycznie odczekali godzinę, aż ja zjadłam, a skoro zjadłam ze smakiem i przeżyłam to znaczy, że bezpiecznie można jeść :)

Przy okazji tego wpisu zdradzę Wam odrobinkę, jak wygląda blogowe gotowanie. Wbrew pozorom to nigdy nie wygląda cacy. Cóż, taka prawda. Danie, normalnie robione w jednym garnku, na okoliczność bloga kończy się całą zmywarką brudnych patelni, garnuszków, miseczek i łyżek do mieszania. Do tego totalny sajgon w kuchni i obawa, czy zdjęcia dobrze wyszły. Często też trzeba się mocno spinać i streszczać, bo nie ma czasu na dziesiątki fotograficznych dubli. Nie ma, bo w międzyczasie coś zwiędnie, coś oklapnie, coś się przypali albo ktoś coś zje zanim chwycę za aparat… Sami przyznajcie, że nie mamy lekko. Ale to wszystko dla Was :)

Aktualnie jestem w lesie. Tu, z zasady rośnie skala trudności. Warunki spartańskie. Nie mam paradnej zastawy, super desek, miliona talerzyków i rondelków.  Tylko brzydka deska, kozik i wyszabrowane z restauracji talerze.  No i ta niepewność. Już sobie upatrzyłam ładne lebiodki, a tu mi chłop z ciągnikiem wparował i skosił wszystko do zera. Ech, dobrze, że o moje składniki nietrudno…

miejsce

Ale co tam! Takie dobre żarełko smakuje nawet z patyka, zatem zapraszam na mój nowy odkrywczy przepis. Zupa jest tak pyszna, że śmiało można ją siorbać prosto z garnka :)

produkty

Składniki na oko:

– 1-2 garści świeżych listków z młodych pędów lebiody

– 3-4 garści świeżych listków z młodych pędów pokrzywy

– 1 cebula

– 1 duża łyżka masła

– 1-2 kostki rosołowe

– 1 jajko na twardo na porcję

– szczypiorek/koperek/natka pietruszki do dekoracji

– sól/pieprz

– 2-3 łyżki śmietany 18%

 

Oskubać listki z pokrzywy i lebiody.  Posiekać drobniutko. Wcześniej na maśle zrumienić drobno posiekaną cebulę.  Dodałam do smaku trochę przyprawy typu vegeta. Cebulkę przełożyć do garnka. Na tej samej patelni przesmażyć naszą posiekaną zieleninkę. Do garnka wrzucić wszystkie składniki z wyjątkiem śmietany, jajek i zielonej posypki.

Dolać ok. 1,5 litra wody. Zagotować. Śmietanę rozbełtać z kilkoma łyżkami ciepłej zupy i dodać do garnka. Tyle. Gotowe. Podawać z młodymi ziemniakami, jajkiem, grzankami, kulkami ptysiowymi i czym kto chce. Na wierzch przyda się coś zielonego :)

kolaż1

Niezależnie od dodatków, jest to przepyszna, zdrowa i tania zupa, którą polecam każdemu. Do przepisu wybieramy pokrzywę i lebiodę przed przejściem w stadium badyla, ale jak takich nie znajdziemy to nic się nie stanie, bo badyla zawsze można oskubać z młodych pędów, a żeby pokrzywa nie parzyła, wystarczy ją po prostu zamoczyć.

Super zupka, a jaka kształcąca … Kochani…, od czasu tego przepisu, wszędzie, dosłownie w każdym przydrożnym rowie widzę pożywną lebiodę. Zawsze dobrze wiedzieć, gdzie rośnie coś, co można zjeść :)

final

Serdeczne pozdrowienia z wakacji :)

kolaż2

Francuskie rogaliki z niczego

Francuskie rogaliki z niczego

Minęła pora obiadu, a tu dziecię me wyrośnięte znów zaczęło węszyć w lodówce za czymś, co u nas w domu zwane jest „pypciem”, czyli czymś na ząb, ale takim innym niż to, co normalnie można znaleźć w lodówce.

Takie coś w stylu: zjadłabym coś, ale sama nie wiem co :)

Tu z pomocą, jak zwykle przyszedł mi najlepszy wynalazek naszych czasów, czyli gotowe ciasto francuskie, w dodatku już z założenia okrągłe w kształcie, czyli ewidentnie z przeznaczeniem na rogaliki.

Zatem do dzieła!

produkty

Składniki na 6-8 sztuk:

– ciasto francuskie na croissanty

– 20 dkg twarogu

– 2 żółtka (białek nie wylewamy- przydadzą się do posmarowania rogalików)

– 2 łyżki cukru do smaku

– 2 szczypty cukru waniliowego lub trochę ziarenek wydłubanych z laski wanilii

kolaż1

Schłodzone ciasto delikatnie rozwałkować i podzielić na 6-8 trójkątów. Twarożek utrzeć z żółtkami, cukrem i cukrem waniliowym. Masę rozłożyć na ciasto i zrolować trójkąty. Uformować kształt rogala :)

Ułożyć na papierze do pieczenia. Wierzch posmarować białkiem i posypać odrobiną brązowego cukru. No i do piekarnika. 180 stopni. Nigdy nie liczyłam czasu pieczenia, bo zwykle czekam, aż całość ładnie się zrumieni.  Tyle. Ekspresowa i efektowna pycha! Smacznego!

final

Domowa szarlotka Anny Piotrowskiej

Domowa szarlotka Anny Piotrowskiej

Witajcie kochani czytelnicy!

Ponieważ każdy moment jest odpowiedni na porcyjkę domowego ciasta, więc z pewnością z dużym zadowoleniem przeczytacie przepis naszego dzisiejszego gościa. Anna Piotrowska, bo o niej dzisiaj mowa, ma dla Was dzisiaj pachnącą i pyszną szarlotkę.

O sobie nasza dzisiejsza bohaterka mówi tak:

Nazywam się Ania Piotrowska i jestem w miarę młodą, bo trzydziestosiedmioletnią miłośniczką literatury, głównie polskiej, bo „cudze chwalicie a swojego nie znacie” 😉

Pracuję w odnowie biologicznej, odchudzając innych. Sama jednak lubię zjeść coś pysznego, niekoniecznie niskokalorycznego :)

A poniżej obiecany przepis:

DOMOWA SZARLOTKA

Dzień dobry bardzo :)

Autorki bloga zaprosiły mnie na kawkę. Zaszczyt to dla mnie wielki więc zaproszenie chętnie przyjęłam. Ale przecież z pustą ręką w gości się nie chodzi. Nie wypada  😉

Przynoszę więc do kawusi pyyyyyszną szarlotkę ze świeżymi jabłkami. Jest lekka i rozpływa się w ustach.  Jedyny mankament jest taki, że jak postawisz na stole, to momentalnie znika :)

Podczas pieczenia obłędnie pachnie domu jabłkami,  cynamonem i.. wanilią  (ponieważ do ciasta dodaje się cukier waniliowy).

Ale może od początku.

produkty

To są wszystkie składniki potrzebne do zrobienia tego cuda.

5 jajek

3 szklanki mąki

9 dużych jabłek

5 łyżek cukru

1 cukier waniliowy

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Cynamon

Kostka margaryny

Śmietana (najlepiej zwykła 18%)

 

Obrane jabłka ścieram na tarce o grubych oczkach.

Oddzielam żółtka jajek od białek.

Z pozostałych produktów zagniatam ciasto. Dzielę je na dwie części i wykładam jedną część  rozwałkowaną na blaszkę  (wysmarowaną uprzednio tłuszczem i obsypaną mąką)

Białka ubijam na sztywną pianę z 5 łyżkami cukru. :)

Na ciasto w blaszce wykładam jabłka, posypuję cukrem i cynamonem (wg uznania)

Na to wszystko daję ubitą pianę z białek i przykrywam 2 częścią rozwałkowanego ciasta.  Jeżeli piana ładnie się ubije to ciasto strzępię tak, żeby wyglądało na wierzchu jakby było z kruszonką.

szarlotka2

Całość piekę ok. 1, 15 h w temperaturze 180°C.

Podaję głównie na ciepło z lodami i bitą śmietaną, ale bez tych dodatków smakuje równie wyśmienicie.

Zachęcam do wypróbowania.  Takiej szarlotki jeszcze nie jedliście.

Miłego kucharzenia i smacznego :)

final