Grzybobranie


Szukanie grzybów to nasz sport narodowy. Gdy tylko te niepozorne formy „wysypią” się lesie to natychmiast wysypują się również rodacy. Z samochodów rzecz jasna. Zaopatrzeni w koszyki i nożyki, odziani w stare szaro-bure kurtki przeciwdeszczowe i obowiązkowe kaloszki ruszają między sosny na wyścigi z innymi.

I w chwili, w której przekroczą próg lasu natychmiast zmieniają się w pierwotnych myśliwych. Co ja mówię! Zmieniają się w bezwzględne bestie napędzane prymitywnymi instynktami. Jaskiniowcy na polowaniu 😀

Jak świat światem, żeby łowy się udały, myśliwy musi spełnić szereg warunków, bez których polowanie zwyczajnie się nie liczy. Dlatego rzeczą niezmiernie istotną jest wstępne oznaczenie terenu, na którym dany osobnik zamierza żerować. Doskonale sprawdza się sikanie pod krzaki i zostawianie (muchom na uciechę) wielkich, zwieńczonych zużytymi chusteczkami kup, przez bywalców lasów nazywanych papierzakami.

Teren wstępnie oznakowany?

No to można ruszać dalej. Warto zabrać ze sobą wsparcie. Przydaje się na przykład żona Halinka, która będzie odpowiadała za prowiant, ale równie dobrze może to być czteropak piwa w promocji za dyszkę. Zużytymi puszkami można pomysłowo oznaczyć sobie drogę powrotną rzucając je w stosownych odstępach na ziemię. Nie to, żeby dzielny Janusz, tropiciel grzybów kiedykolwiek się zgubił, bo przecież jest najprawdziwszym samcem alfa, ale „strzeżonego Harnaś strzeże, co nie Halyna, he he he?”.

Halinka tylko wzdycha i wyciąga z kieszeni kanapkę z salcesonem. Janusz połyka ją w dwóch kęsach i dla pewności rzuca zwiniętą w kulkę folię na ziemię. Ostrożności nigdy za wiele.

– O słodki Jezu, wlazłam w pajęczynę – zawodzi Halinka.

– Co ja się mam z tom babom… – wzdycha Janusz alfa i nonszalancko podchodzi do najbliższej sosny. Łapie oburącz najbliższą gałązkę i zapierając się o pień nogą oddziera ją od drzewa wraz ze sporym płatem kory. – Masz! – sapie zadowolony wręczając zdobycz Halince – Będziesz przed sobą machała, to w pajęczynę więcej nie wleziesz.

Halinka urzeczona rycerskim zachowaniem Janusza wręcza mu kolejną kanapkę i już po chwili kolejna foliowa kulka, niczym okruszek z bajki, leży bezpiecznie na mchu. Pokrzepiony i nawodniony samiec alfa postanawia ponownie zaznaczyć, że teren należy do niego. Wybiera w tym celu piaszczystą ścieżkę i wysikuje na niej wielką literę J. Nie ma już cienia wątpliwości, że las należy do Janusza alfy 😀

– Janusz, aleś ty męski! – zachwyca się Halina z błyskiem w oku.

Jaskiniowcowi w lesie więcej nic mówić nie trzeba. Dopada do połowicy, ale ta się nie opiera, więc zwinnie pomija etap ciągnięcia jej do jaskini (zresztą, widział kto na nizinach jakieś jaskinie?) i młóci babę aż miło za paprociami. Potem ciskają w jagodziny zużytego gumiaka (i nie, nie chodzi tu o kalosz) a Janusz w przypływie romantyzmu wycina na pniu dwustuletniego dębu serduszko z uroczym H + J.

Czy istnieje coś co mogłoby popsuć tę miłą wyprawę do lasu? Jest parę takich rzeczy i zaraz do nich wrócimy, ale na razie skupmy się na tym co najważniejsze, co sprowadziło tych dwoje pierwotnych tropicieli na łono natury. Czyli oczywiście na grzybach 😀

– Janusz, zobacz, to chyba prawdziwek?

– Eee, Halyna, szatan jakiś to jest – odpowiada lekceważąco samiec alfa.

– No jak szatan, zobacz jaki ładny! – upiera się kobieta.

– To poliż, zobacz czy nie gorzki!

– No to ja zgłupiałam, żeby trujące grzyby lizać?

– No to trujący, czy nie? – rechocze Janusz.

– A już sama nie wiem. W głowie żeś mi namieszał!

Halinka kopie grzybka i obrażona idzie dalej. Z tego wszystkiego zapomniała o swojej gałązce do zmiatania z drzew pajęczyn, więc Janusz odrywa kolejną. Trochę naszej alfie entuzjazm opadł, bo piwko dawno się skończyło a na dokładkę coś tych grzybów jakoś znaleźć nie może. W końcu trafia i zadowolony z siebie kuca przy znalezisku z bojowo nastawionym na sztorc nożykiem.

– Nie tnij tylko wykręć. Tak pisali we „Fakcie”, że tak się grzybni nie psuje – poopowiada Halina.

– A co tam mi będziesz farmazony z gazet opowiadać. To nie wiesz, że tam kłamiom? Dziadek mówił, żeby uciąć, to ucinam i już!

Grzybek z połową trzonu trafia do koszyka a kucający Janusz znienacka zamiera w bezruchu.

– Cicho bądź Halyna, bo idzie ktoś! – szepcze.

– No to co, że idzie?

– Kurła, jak się dowie, że tu grzyby som, to nam wyzbiera. Robimy tak! Rozdzielamy się, to wtedy zbierzemy co nasze, a jak coś więcej trafisz to krzycz głośno, że tam nic nie ma, to ja będę wiedział, że coś znalazłaś a ten obcy co tu węszy się zniechęci i pójdzie se w cholerę z naszego lasku!

Chcąc nie chcąc, Halinka drepcze samotnie przez las, co jakiś czas nawołując Janusza.

– Hop hop! Janusz! Nic tu nie ma!

Gdy Janusz nie odpowiada, biedna kobieta zaczyna się martwić, że się zgubiła.

– Jaaaaanuuuusz! Jaaaaaanuuuuuusz! Tu nic nie ma! Znaczy to nie sygnał, tylko naprawdę nic tu nie ma! Jaaaaaaanuuuuuuusz!

Tymczasem Janusz nawołuje Halinkę i tak sobie pohukując oddalają się od siebie coraz bardziej. Oczywiście żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, żeby zadzwonić do drugiego. Podstawowe prawo lasu mówi bowiem, że telefon, którego w mieście nie należy nawet na chwilę wypuszczać z ręki, w lesie jest oznaką ciężkiego frajerstwa i nieznajomości rzeczy. Poza tym chyba jasne, że Janusz nie gubi drogi nigdy!

Trzy godziny później nasza para w końcu spotyka się szczęśliwym trafem przy własnym samochodzie.

– No widzisz, jak ładnie trafiliśmy? – rechocze zadowolony z siebie samiec alfa, kompletnie nieświadom faktu, że obydwoje oblecieli cztery razy las dookoła.

– Wracamy do domu Janusz! – rzuca stanowczo Halinka i wsiada do samochodu.

Dwa puste kosze lądują na tylnym siedzeniu.

– Trochę szkoda, że grzybów nie mamy… – mówi kobieta.

– Bo nie było! Byłaś i widziałaś, że nic tam nie było. Taki las do dupy. Śmieci same to i grzybów nie ma!

– Ludzie to są jednak świnie, wiesz Janusz?

– Wiem Halynko. No a grzybów przy szosie sobie kupimy, nic się nie martw.

Wkrótce zatrzymują się na poboczu a Janusz rozpoczyna twarde negocjacje z wiejską babinką. Niezadowolony wraca do samochodu.

– Ale Janusz – jęczy Halinka – A grzyby?

– Kurła! Na głowy upadli z takom cenom! Sobota dzisiaj to se kupisz pieczarek w Lydlu!




Kurki gęstowane w śmietanie


Co roku, z utęsknieniem, czekam na kurki. Te pyszne grzybki zimą potrafią śnić mi się po nocach, więc jak tylko rozpoczyna się sezon, to ja od razu biegusiem na stragan.

Nie ma się czego bać, bowiem mój przepis wbrew groźnej nazwie jest bardzo prosty, aczkolwiek, gdy natraficie na mokre, połamane i mocno zabrudzone kurki, lepiej sobie taki zakup odpuście. Zakładam, że nikt nie lubi smaku igliwia i piachu w zębach, ale gdy jednak ktoś się uprze, to takie grzyby niestety trzeba umyć. A nawet nie tyle umyć, co zrobić im porządną kąpiel, by wypłukać jak najwięcej zabrudzeń. I tak, do końca nigdy wszystkiego się nie wymyje, więc lepiej poszukać kurek suchych i czystych. Takie wykąpane grzybki przed dalszą obróbką, trzeba porządnie odsączyć, by później oddały jak najmniej płynu.

Receptura na 2 solidne porcje jako osobne danie, ewentualnie dla 4 osób jako dodatek do mięsa. Dla ułatwienia Wam życia, składniki oczywiście „na oko”. :)

produkty

Składniki:

– 65-70 dag kurek

–  300 – 400 g śmietany 18% (lub pół na pół z 12%)

– 1 spora cebula/ ewentualnie 1 garść gotowej cebuli smażonej

– ok. 1/5 kostki masła

– sól, pieprz, majeranek – do smaku (opcjonalnie nieduża gałązka rozmarynu)

A więc… wiem, wiem, że nie zaczyna się zdania od „a więc”, ale jakoś mi tu pasuje :) … do dzieła!

 

kolaz2

Najpierw obowiązkowo czyścimy kurki z piasku, igliwia. Dziś trafiły mi się wyjątkowo suchutkie i czyste, ale i tak znalazłam kilka upiaszczonych osobników.  Przy tak suchych grzybach z powodzeniem wystarczył mi zwykły pędzel, zatem opędzlowałam mój grzybny materiał kulinarny i następnie zabrałam się za siekanie. Odcięłam też końcówki ogonków. Kurki należy posiekać dość drobno, ale bez przesady. Z powodzeniem wystarczą kawałki wielkości ok. 1,5 cm.

Posiekaną cebulę zrumieniłam na 1/3 przygotowanego masła.

Na dużą patelnię przełożyłam kurki, resztę masła oraz zrumienioną cebulę. Przyprawy do smaku, jak komu pasuje, ale przed dodaniem śmietany byłoby dobrze, gdyby całość wydawała się odrobinę za słona i nieco zbyt pieprzna.

No dobra. Teraz największy palnik i duży ogień. No! Ogień! :) Mieszamy i czekamy chwilę aż kurki puszczą wodę i cały płyn odparuje. W zależności od jakości kurek czynność owa może się wydłużyć nawet do około 10 minut, ale nie bądźmy pesymistami, bo zazwyczaj trwa to krócej.  Gdy wszystko ładnie odparuje, skręcamy palnik o połowę i dodajemy śmietanę. Jeśli ktoś woli wersję jaśniejszą i bardziej śmietanową, może dodać więcej śmietany. Można też dodać trochę śmietany 30%, ale wg mnie to już istne kaloryczne szaleństwo, a ja aż taka szalona nie jestem. :)

A teraz jeszcze 1-2 minutki i tyle.

Czas przygotowania całości to maksymalnie pół godziny. Czas konsumpcji, niestety, sporo krótszy.

Niebo w gębie. Przysięgam!

final




Makaron z podgrzybkami


Uwielbiam grzyby. Zbierać i jeść, więc parę dni temu zelektryzowała mnie wiadomość, że w pobliskim lesie pokazały się podgrzybki. Osobiście jestem ich wielką fanką, co więcej, uważam że są smaczniejsze od wychwalanych pod niebiosa prawdziwków. I do tego świetnie się komponują z makaronem.

Pierwszy raz jadłam w ten sposób podany makaron w Trydencie, który w grzyby obfituje, więc i lokalna kuchnia ma sporo potraw z grzybami (pizzę z opieńkami i speckiem na przykład :) )

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lista zakupów:

– opakowanie śmietanki 12%

– żółtko

– pokrojone w plasterki podgrzybki

– makaron spaghetti

– kieliszek białego, wytrawnego wina

– ząbek czosnku

– starty, twardy ser dojrzewający

– sól, pieprz

– natka pietruszki do dekoracji

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynamy od przygotowania grzybów, które przebieramy, myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i podsmażamy na niewielkiej ilości masła klarowanego lub oleju. Dodajemy wino i dusimy w nim grzyby aż do odparowania płynu. Ostawiamy patelnię z grzybami na bok i gotujemy makaron.

Do głębokiego talerza wlewamy śmietankę. Nie daję kremówki, bo jest cholernie tłusta, tylko kupuję 12% śmietankę do kawy w kartoniku. Smak ten sam a znacznie mniej kalorii :)

Dodajemy żółtko, sól, pieprz, starty ząbek czosnku i prawie cały starty ser. Ja zazwyczaj używam owczego Pecorino, ale parmezan czy inny twardy ser dojrzewający też będzie świetnie pasował. Mieszamy wszystko na jednolitą masę.

Gdy ugotuje nam się makaron, to odcedzamy go i wrzucamy do patelni z grzybami. Teraz wlewamy śmietanę z dodatkami i stawiamy patelnię na niewielki ogień. I uważnie obserwujemy, ciągle mieszając. Gdy sos zacznie gęstnieć, to znak, że makaron trzeba niezwłocznie przełożyć na talerze. W innym wypadku zetnie się jak jajecznica i będzie nieapetycznie wyglądał.

Makaron dekorujemy siekaną natką pietruszki i odrobiną startego sera.

Smacznego :)

Ps. Podgrzybki można zastąpić dowolnymi grzybami. Od biedy można użyć nawet pieczarek, ale wtedy, żeby uzyskać wyczuwalny grzybowy posmak, to część usmażonych pieczarek wyciągnijcie z patelni i zblendujcie a potem połączcie z makaronem. Są zdecydowanie mniej aromatyczne, niż grzyby leśne, więc trzeba też dać więcej tartego sera i dwa ząbki czosnku do śmietany.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA