Browsed by
Tag: Iza Frączyk

image_pdfimage_print
Świat według Ciumka 4

Świat według Ciumka 4

Jak zapewne połowa naszego świata, nieustannie zadaję sobie pytanie, jak to jest? Jeden robi karierę, a inny, wcale nie gorszy, nieustannie tupta w miejscu. Już wiele misek mleka wypiłem, myśląc na ten temat i chyba już czaję, o co kaman.

Przede wszystkim należy dobrze wystartować.  Dobry start to podstawa.

Czyli najważniejsze jest imię.

I choć początkowo byłem troszkę zły, że dostałem takie głupie, teraz muszę odszczekać, a raczej odmiauczeć, bowiem moje imię niesie ze sobą spory medialny potencjał.

Jakbym tak zasilił liczne szeregi Mruczków i innych Burasków, to nic by z tego nie było, a tak przynajmniej już na wejściu pojawiła się jakaś szansa.

Kurczę, no! Dobrze trafiłem!

Mimo, że nie pochodzę z kociej arystokracji, nie mam stosownych genealogicznych korzeni, tudzież opieczętowanych na czerwono papierów, to imię mam mega, zasadniczo jestem grzeczny i od startu wszyscy mnie lubią! :)

Niedawno podsłuchałem rozmowę, jak moja pani mówiła, że imię dla zwierzaka jest bardzo ważne.

Jak dała jednemu kotu na imię Frykas, to był kotem niejadkiem i się nieraz wstydu najadła, że kotek taki zabiedzony, bo mu na żarcie żałują, a z tego co widziałem na fotach to koleś faktycznie był bardzo chudy. Tak z natury. Drugi to był Behemot. Ten wariat, jak przystało na potwora z głębin morskich, kochał wodę, natomiast Kapsel uwielbiał piwo i biegał po ścianach. O Szajbie nawet nie wspominam. Jej imię mówi samo za siebie i to co ona odwaliła, to się nadaje na kolejny cykl felietonów. No, ale to moja przyjaciółka i chwilowo obiecałem dyskrecję, ale za to Tornado, skubany, nauczył się latać.  Najlepiej przez okno, albo przez płot. Po dachu też zjeżdżał. W młodości, faktycznie był niezły w te klocki.

Ja, niestety, jak powszechnie wiadomo, jestem sierotą, bo ta wyliniała wywłoka jedna, co mnie urodziła, wcale mnie nie chciała, więc do dziś mi pozostał odruch memlania koca oraz wszystkiego, co włochate.

No i co? Nie pasuje tu imię Ciumek?

Już się niedawno pani na mnie zeźliła, jak jej omemlałem kamizelkę i kupiła mi w ciucholandzie specjalną futrzaną czapkę a’la pantera! Specjalnie dla mnie! Wiecie pewnie, że ja jestem z kociego bidula, gdzie mieszkała cała masa kotów, ale od żadnego nie słyszałem, żeby któryś miał osobiste memladło! A było nas tam, u cioci Marty w Bochni, strasznie dużo. Jeszcze wtedy nie umiałem liczyć, bo byłem w przedszkolu na piętrze, ale wypas mieliśmy nie lada. Był tam ze mną również mój braciszek Oskar i trochę się o niego bałem, ale z tego, co później ogarnąłem na fejsie, młody też trafił na fajną chatę, gdzie go kochają. Czasem podsyła ładne foty. Może jak mi kiedyś kupią wreszcie tego smartfona, to się z młodym sklikamy na feju, ale na razie to ja mam inne sprawy na głowie.

Otóż, od kilku dni, pomału wypuszczają mnie do ogrodu.

No i już za pierwszym razem była afera.

Ech! Ja to mam szczęście…

Wprawdzie tylko polazłem do sąsiadki, żeby osikać jej grządkę z czosnkiem, no ale nie umiałem wrócić…

Szajba poszła spać i chwilowo miała wywalone, czy wrócę, a ja, przy okazji, polazłem niuchać. Wiecie, maj, te sprawy… wiosna, ech!

Ptaszki, muszki i cała reszta rzeczy do upolowania, więc się zapomniałem i polazłem sobie w te grządki. No i skończyło się nieciekawie.

Jak mnie po godzinie namierzyli, to dostałem zrypkę i się nasłuchałem od durnych Ciumków, a potem, skoro nie umiałem sam wrócić, to mnie ręcznie przewlekli pod płotem, a potem pan zamontował tam deskę i Szajba mnie sklęła, że spaliłem taki fajny skrót do sąsiadów.

Już wcześniej wspominałem Wam o ryzyku.

Tu było wielkie.

Bo wiecie, jak kiedyś, w zimie, ciocia Kasia z kociego hotelu doniosła na mnie do mojej pani, że w czasie pobytu przeleciałem Heńka, to nawet się nie połapałem, jak w dzień później ciocia Martyna ciachnęła mi jajka.

Zatem tu na serio trzeba uważać, i na serio trzeba być grzecznym, bo na tym szemranym świecie nigdy nie wiadomo, co, kiedy i której cioci do głowy strzeli 😀

To pisałem ja!

Ciumek Memlok von Frontz V

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉