Browsed by
Tag: książki

image_pdfimage_print
Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Skąd bierze się debiut?

Skąd bierze się debiut?

Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż

Jak się rodzi powieść

Jak się rodzi powieść

13435612_1174372722593167_2015953157_n

 

Często pytacie mnie o genezę powstania moich książek, a ja równie często mam problem, żeby sensownie na takie pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj są to po prostu impulsy, ale w przypadku „Do trzech razy sztuka” było inaczej :)

A to było tak… Wymyśliłam kiedyś sobie, że napiszę głupkowatą komedię. No i napisałam. Zbankrutowani bracia. Makler i detektyw oraz dwie panie architektki rywalizujące ze sobą od zawsze. Jedna z cudnym życiem u boku wspaniałego faceta, plus udane dzieci. Do tego zarabiająca masę pieniędzy i wygrywająca w cuglach wszystkie branżowe konkursy. Druga nieszczęśliwa i zawsze w tyle o dwa kroki. No i porwanie dla okupu, by finansowo podratować i detektywa, i maklera. Intryga cud miód, tylko się maklerowi pomyliło i porwał tę drugą, biedną. No i zaczęły się hece. Syndrom sztokholmski na wesoło.  I wiecie, co się wtedy stało? Mój ulubiony redaktor prowadzący z wydawnictwa powiedział, że w życiu się nie spodziewał, że jestem w stanie napisać coś tak durnego i że czeka na coś, gdzie jest dużo więcej „Frączyk”.

Ech, nie ma to jak wkurzyć pisarza, zwłaszcza w wakacje, kiedy ma dużo czasu, bo dzieci na obozach, mąż w delegacjach, nie trzeba gotować, a zwierzaki mogą jechać na suchym. Tak się wkurzyłam, że IQ mi skoczyło o 200% i zaczęłam kombinować, o czym by tu napisać, by nie robić research’u i żeby było szybko. Mam! Bingo! Korporacja! Przecież znam to od podszewki.  Korporacyjne klimaty towarzyszyły mi przez wiele lat, a czego się nasłuchałam od znajomych to nawet nie wspomnę. Połączyłam w jedno klimaty z dwóch dobrze znanych mi firm i wyszło mi świetne tło dla przygód i perypetii mojej Anki.  A skąd imię? A to na cześć jednej takiej miłej Anny Piotrowskiej, która administruje moim fanklubem na Facebook’u i jest po prostu świetna :) Pozdro Ania!

Dość na tym, że z tej złości napisałam całą książkę w miesiąc, nawet nie wiedząc, że przekaz będzie aż tak czytelny. Zawód handlowca, jawiący się większości jako zwykły lans w służbowej furze, jest jednym z trudniejszych zawodów świata. Łączy w sobie wiele profesji. Od kierowcy począwszy, poprzez psychologa, niańkę, organizatora, dostawcę, magazyniera, mediatora, księgowego, a na kierowniku swojego rewiru skończywszy. Jeśli dodamy do tego taksówkarskie przebiegi w każdych, nawet i ekstremalnych warunkach, permanentny stres, presję planu sprzedaży, humorzastych klientów i bezlitosny rynek, wyjdzie nam z tego naprawdę ciężki kawałek chleba. Od tego właśnie zaczynałam. Dawno temu. Zatem czas wreszcie pokazać, jak to jest być w korpo :)

Zapraszam do lektury fragmentu powieści „Do trzech razy sztuka” 

Marta, jak się okazało szefowa przedstawicieli handlowych zwanych naprzemiennie pechowcami lub repami, była wulkanem energii. Sprawna, świetnie zorganizowana i bardzo rzeczowa. Przejęta Anka chłonęła wszystko jak gąbka, choć nie rozumiała nawet połowy z branżowego nazewnictwa. Chwilami czuła się jak na tureckim kazaniu i skrzętnie notowała, czego nie rozumie. W nadchodzących dniach miała pracować z Adrianem, który finalnie okazał się być świetnym fachowcem, a jego znajomość rynku przyprawiała o zawrót głowy. Z większością swoich klientów był po imieniu, miał niezłą renomę i na wieść o jego odejściu niejednej farmaceutce zakręciła się łezka. Do tego jak z karabinu strzelał cenami i cyfrowymi kodami całego dostępnego asortymentu. Anka była pod wrażeniem, a gdy na koniec dnia podyktował jej z pamięci dzienny raport wizyt, sypiąc jak z rękawa kilkunastoma adresami i nazwiskami, nie wytrzymała.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem ty to wszystko pamiętasz?

– Normalnie. Za kilka miesięcy też będziesz tak mieć. To przyjdzie samo, ale na początku musisz wszystko notować, bo później zapomnisz.

– Jasne – mruknęła bez przekonania. – A kto to jest rep?

– Pechowiec – Adrian uśmiechnął się świadom, że zapędza koleżankę w kozi róg.

– Nie rozumiem, skąd ta nazwa.

– To proste. PH to skrót od przedstawiciela handlowego, więc wychodzi „pechowiec”, to jest to samo co rep, żeby nie łamać sobie co chwila języka na angielskim „sales representative”.

– Aaaa – kiwnęła głową ze zrozumieniem, bo wcześniej nijak nie mogła pojąć, co praca ma wspólnego z pechem.

– Mam nadzieję, że już wiesz, kto jest twoim najważniejszym klientem?

– Nie wiem, przecież dopiero zaczynam i jeszcze nie znam wszystkich.

– Jego już znasz – Adrian tajemniczo ściszył głos. – To twój szef. To jemu codziennie sprzedajesz swoją pracę, postaraj się więc, żeby nic ci nie uciekło. Notuj, notuj i jeszcze raz notuj, a notes musi się stać twoim najlepszym przyjacielem. I najważniejsza rada.

– Jaka?

– Nigdy niczego klientowi nie obiecuj, jeśli nie masz stuprocentowej pewności i pięciu podpisów wszystkich członków zarządu, że możesz mu to dać.

– Matko, a ty masz tę pewność?

– A słyszałaś, żebym komuś coś obiecał?

– Nnno, nie. Mówiłeś, że zrobisz co w twojej mocy.

– No właśnie, a mocy sprawczej nie mam, ale za to mam dobrą pamięć i gruby notes. I jeśli tylko uda mi się spełnić prośbę klienta, ten będzie się czuł tak, jakbym spełnił obietnicę, której nigdy mu nie złożyłem. A jak nie dam rady, to trudno. Nikt nie zarzuci mi nieuczciwości, bo przecież niczego nie obiecałem. Tak to działa.

– I to działa? – Anka była pełna uznania. Skończyli kawę i chciała już wstać od stolika, ale Adrian powstrzymał ją gestem dłoni.

– A zauważyłaś może coś szczególnego? Jakaś refleksja z twojej strony?

– Tak. Zauważyłam, że traktujesz każdego klienta w taki sposób, jakby był jedynym klientem na świecie. I oni to lubią – uśmiechnęła się szeroko.

– Widzę, że będą z ciebie ludzie – Adrian przybrał protekcjonalny ton. – Pamiętaj jednak o firmie. To nasza matka i to ona nas karmi, i niech cię ręka boska broni w jakikolwiek sposób naruszyć jej dobre imię. Wszyscy mamy tu misję do wypełnienia i powinniśmy być tego świadomi.

– Dzięki Adrian – powiedziała posłusznie, ale uznała, że pod koniec kolega zdrowo przesadził. Niewątpliwie był doskonałym fachowcem, ale jego wypowiedzi na wskroś przesiąknięte korporacyjną indoktrynacją na temat misji, firmowej tożsamości i innych bzdur sprawiły, że Anka tylko przez grzeczność kiwała głową. Patrząc na to, z jakim namaszczeniem Adrian gładzi firmowe logo na okolicznościowym wiecznym piórze, nabrała pewności, że kolega przeszedł więcej niż skuteczne pranie mózgu. Całe szczęście jej to nie groziło, a przynajmniej miała taką nadzieję.

Szeptucha 8

Szeptucha 8

Bugmunde, 5 marca 1942 r. Świt

Olesia obudziła się nagle i szybko usiadła. Próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest, i jednocześnie uspokoić oszalałe ze strachu serce. Podjęła beznadziejną próbę przełknięcia śliny, ale jej gardło zaprotestowało tysiącem tnących je żyletek. Wstała chwiejnie i rozejrzała się wkoło. Na polanie panowała cisza. Dziewczyna jak przez mgłę pamiętała chłopaka, który czuwał nad jej snem. Spróbowała postawić krok, ale ziemia gwałtownie zafalowała. Olesia osunęła się bezradnie na ziemię i ze zdziwieniem wyczuła pod dłonią wojskowy materiał. Kurtka. Czyli nieznajomy nie był majakiem. Naprawdę tutaj był i pytanie, gdzie znajdował się obecnie. Po młodym ciele Olesi przebiegły dreszcze. Nie było sensu dłużej się oszukiwać. Miała wysoką gorączkę i brak jej było siły na dalszą ucieczkę. Drżącą ręką sięgnęła po kurtkę nieznajomego i z widocznym wysiłkiem narzuciła ją sobie na plecy. Zęby szczękały jej z zimna i walczyła z napływającymi do oczu łzami.

– Obudziłaś się? – usłyszała nagle głos zza pleców i apatycznie się odwróciła.

Nieznajomy blondyn uśmiechnął się ciepło i podszedł do dziewczyny. Jego ruchy były kocie i bezszelestne jak u leśnego partyzanta, nawykłego do skradania się po zdradliwym leśnym poszyciu.

– Chyba jestem chora – wyszeptała bezradnie Olesia, a chłopak obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Zjeść coś musisz, to cię pokrzepi – stwierdził i wyjął zza pazuchy ćwiartkę owiniętego w niemiecką gazetę chleba i pół pęta kartkowej kiełbasy.

Już sam aromat mięsa oszołomił dziewczynę do tego stopnia, że momentalnie wróciły jej siły witalne. Chłopak odłamał kawałek chleba, położył na nim pół kiełbasy i podał Olesi. Wpychała posiłek do ust i miała gdzieś, co sobie o jej manierach pomyśli nieznajomy.

– Lepiej? – zapytał chłopak, gdy już ostatnie okruszki zniknęły w ustach Olesi.

– Dziękuję – odparła i zorientowała się, że faktycznie czuje się zdecydowanie silniejsza.

– Posłuchaj. Byłem w chacie tego szmaciarza, co ci mówiłem, i on obiecał, że nas na swoim wózku przemyci na drugą stronę. Musimy przejść tą przecinką i zaraz będzie jego chata. Dasz radę iść?

– Dam – zapewniła dziewczyna i zaraz dodała. – Dlaczego mi pomagasz? Sam łatwiej byś się przekradł.

– Miła Olesiu – uśmiechnął się blondyn, a Olesia zesztywniała na dźwięk swojego imienia, którego z pewnością mu nie zdradzała. – Podobasz mi się, a poza tym jak nas złapią, to powiem im, że jesteśmy małżeństwem i dzięki temu może nie posądzą mnie, że jestem partyzantem. Gwarantujesz pewne bezpieczeństwo – objaśnił z rozbrajającą szczerością.

To przekonało dziewczynę i powstrzymało od zadawania pytań. Może w nocy mówiła przez sen i tak zdradziła swoje imię?

Spacer do chałupy szmaciarza wyczerpał dziewczynę bardziej, niż się spodziewała. Oblewał ją pot, za chwilę odczuwała dreszcze, a ścieżka falowała jej przed oczami. Zaciskała jednak zęby i starała się nadążyć za chłopakiem. Dziwne, ale nawet nie przyszło jej do głowy zapytać go o imię. Szedł przed nią pewnie, a jego barczyste plecy przesłaniały Olesi widok. Zresztą wkrótce wszystkie myśli i pytania odeszły w niepamięć. Stanęli przed drewnianą chatą szmaciarza. On sam wyszedł przed drzwi i obrzucił dziewczynę nieufnym spojrzeniem.

– Nie mówiłeś, że będzie ktoś jeszcze – warknął w stronę blondyna.

– Nie bój się. Dobrze zapłacę –uspokoił go chłopak, a Olesia zaczęła się gorączkowo zastanawiać, dlaczego obcy tak się nią opiekuje. Powody, które przedstawił, brzmiały sensownie, ale w otaczającej ich rzeczywistości egoizm był jedyną szansą na ocalenie skóry.

Szmaciarz wytoczył przed chatę wózek pełen zużytych onuc i brudnych, podartych ubrań. Dziewczyna wolała się nie zastanawiać, skąd pochodzą, i posłusznie wczołgała się pod stertę materiału. Tuż obok niej położył się blondyn. Smród zatkał Olesi płuca i dziewczyna walczyła o każdy oddech. Dopiero po kilku chwilach zorientowała się, że skrzypiący wózek ruszył. Po kilkunastu minutach usłyszała przytłumione głosy i zrozumiała, że właśnie dotarli do rogatek i pierwszego patrolu.

– Wszystko będzie dobrze – wyszeptał chłopak i uspokajająco uścisnął jej dłoń.

Olesię ponownie opadły dreszcze. Straciła przytomność.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Kwadrans przed powrotem Aurelki z rozpoczęcia roku szkolnego

– Jak się czujesz? – zapytała Szeptucha Rajata, który omiatał pokój błędnym spojrzeniem. – Herbatki chcesz? No wiesz, mam assam… – wycedziła złośliwe.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł słabym głosem chłopak.

– No? – babka zawiesiła pytanie w gęstniejącej z każdą chwilą atmosferze chałupy.

W czwartej kamerze widać było Bolka Stachańskiego, który w towarzystwie Błażeja, swojego bratanka, przemykał cichcem za szpalerem jałowców i przerzucał widłami słoniową gnojówkę na podwórko sąsiadki.

– Jakże się ten twój słoń wabi? – zagaiła łagodnie Szeptucha, odnotowując w pamięci, że Bolkowi kilka uroków się należy.

– Szlachetny pradziad mój, Jóźwa, nakazał, by wszystkie słonice z tej szlachetnej linii zwały się Lucyna.

– Lucyna? – zdumiała się babka.

– Nie wyjaśnił powodów, a my nigdy nie śmieliśmy pytać o wyjaśnienie. Wybaczcie mój wartki słowotok, pani, ale jeśli mogę objaśnić, to słonica, którą poznać raczyłaś, nazywa się Lucyna Czwarta i jest darem mojej rodziny dla szlachetnego siostrzanego rodu Wielkiego Jóźwy, mojego pradziada. Tak ojce przekazać nakazali.

– A ja myślałam, że najgorsze, co mnie dzisiaj spotka, to dąsy Aurelki po pierwszym dniu szkoły – westchnęła ciężko Szeptucha.

– Nie wiem, o czym mówicie, pani – zasępił się Hindus.

– Nieważne – ucięła stara. – Wyjaśnij mi, o co z tym listem chodzi. I nie ściemniaj. Obydwoje z kotem wiemy, że mój Józuś tego napisać nie mógł. Zdolności takich nie miał.

Rajat zbladł ponownie i wykonał ruch, jakby miał się ponownie rzucić na kolana i pozbawić łepetynę świadomości w prostym zabiegu tłuczenia nim o twardą posadzkę.

– Ani się waż! – krzyknęła Szeptucha.

– Dobrze. To ja wszystko opowiem. – poddał się Rajat i usiadł na podłodze po turecku. – List pisała moja szlachetna prababka, żona szlachetnego Jóźwy. On sam jej to nakazał, bo chciał, żeby list był napisany piękną polszczyzną, która była u nas w domu językiem salonów.

– To brzmi prawdopodobnie – zgodziła się babka.

– To jest szczera prawda, o pani! Zechciej zerknąć na drugą stronę dokumentu. Tam zobaczysz szlachetne zdanie skreślone ręką pradziada, który rodzinę naszą doprowadził do dobrobytu i ustanowił jedną z najważniejszych w stanie Assam!

– Dobra, już się tak nie podniecaj, dzieciaku – wymamrotała babka, jednocześnie wyciągając dłoń po pożółkły pergamin i kontrolując czas. Lela spóźniała się już dwie minuty.

Skreślone na odwrocie słowa były mocno wyblakłe i trudne do odcyfrowania. Jedynie bystre oczy Mruczka były w stanie odczytać cokolwiek.

– Olsiu! – rozpoczął kot.

– Chyba Olesiu? – zaniepokoiła się babka.

– Może i tak, ale niewyraźne jest! – wnerwił się zwierzak. – Mogę kontynuować?

– No czytaj, czytaj! – ponagliła Szeptucha.

– „Olisiu! Nie wiem, jak opowiedzieć to wszystko, co mi się przydażyło, odkąt twuj pociąg odjechał. Koham cie”. I tyle! – podsumował kot.

– No, w szkole nigdy za mocny nie był – usprawiedliwiła młodszego brata babka. –  Ale przynajmniej to jest autentyczny Józek.

– Znaczy, wierzycie mi, pani? – uradował się Rajat.

– Mów mi prababko, chłopcze! – odparła Szeptucha, otwierając szeroko ramiona.

A Rajat zrobił to, co zawsze mu najlepiej wychodziło, gdy na polecenie pradziadka wycinał w pień herbacianą konkurencję. Uniósł się dwadzieścia centymetrów ponad podłogę i pstryknął palcami. Burza z gradem rozpętała się wyłącznie nad polem Stachańskich.

– No, teraz to od razu widać, żeśmy rodzina! – zarechotała paskudnie Szeptucha i skontrolowała zza firanki stopień zniszczeń na polu odwiecznych wrogów. Po chwili odwróciła się i badawczo zlustrowała spojrzeniem Rajata. Na swój sposób młodzieniec był przystojny i dobrze mu z oczu patrzyło. No i te zdolności nadprzyrodzone… Widać Józek jakieś geny ze świętej pamięci matuli też wziął i sprawnie przekazał dalej. Zawsze myślała, że to tylko jej w udziale przypadło, a tu taka niespodzianka. Lelka pewnie go polubi.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Jestem, prababko! – zabrzmiał melodyjnie dziewczęcy głosik i do izby weszła najpiękniejsza dziewczyna, jaką Rajat kiedykolwiek widział. Stał jak wmurowany i gapił się na nią bez słowa.

– No co? – spłoszyła się Aurelia. – Na twarzy coś mam?

– Masz! – przytaknął drętwym głosem chłopak. – Masz na twarzy najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem!

Aurelka uśmiechnęła się, a babka zatarła ręce z radości. Ciekawe, czy szeptusza matka, a dla tych dzieciaków praprababcia Marysia, ucieszyłaby się, gdyby pierworodna córka tych dwojga odziedziczyła po niej imię? Wszystko było kwestią czasu. I pomysłowości Szeptuchy oczywiście.

 

Puszcza Biała, 5 marca1942 r. Późny wieczór

Olesia nie pamiętała, w jaki sposób wydostała się z wózka szmaciarza, a blondyn jej tego nie wyjaśnił. Ocknęła się, gdy promienie słońca ogrzały jej twarz. Usiadła i uśmiechnęła się z trudem do wybawiciela.

– Udało się? – zapytała.

– Witaj w Generalnej Guberni – zaśmiał się szelmowsko. – Jeśli już lepiej się czujesz, to nie traćmy czasu, przed nami jeszcze daleka droga!

Olesia wstała posłusznie i zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek mówiła blondynowi, dokąd zmierza. Uznała, że znów mówiła przez sen albo chłopak wiedzie ją w sobie tylko znanym kierunku, który jeszcze do niedawna pokrywał się z jej drogą do domu. Stwierdziła, że na razie nie ma sensu o nic pytać. Czas pewne rzeczy wyjaśni.

Przez dłuższy czas szli w milczeniu i robili naprawdę krótkie przerwy, tyle tylko, by dać stopom chwilę wytchnienia. Olesia maszerowała dzielnie. Nie poznawała okolicy, ale znajomy zapach lasu, tak inny od ponurych kniei pod Bydgoszczą, niósł otuchę. Serce dziewczyny napełniała powoli nadzieja, a w wycieńczone ciało jakby wstąpił nowy duch.

– Zaraz się ściemni – przerwał milczenie blondyn. – Musimy chyba zatrzymać się na noc.

– Nic podobnego! – zaprotestowała Olesia. – Czuję, że jesteśmy już niedaleko! Idźmy dalej, proszę!

– Jak chcesz – wzruszył ramionami chłopak.

Oczy powoli przyzwyczajały się do gęstniejącego z każdą chwilą mroku, a księżyc litościwie wskazywał im ścieżkę. Olesia dreptała z entuzjazmem, jej serce wypełniła radość zastępująca nieśmiałą nadzieję. Właśnie rozpoznała przecinki za tartakiem, do którego kiedyś przyjechała z tatulem. Jeśli się nie myliła, to do domu zostało nie więcej niż dwadzieścia kilometrów.

– Tu zostaniemy! – zadecydował chłopak i stanął.

– Tutaj? – zaśmiała się dziewczyna. – Zaraz będziemy w domu, to nie ma powodu na noc stawać!

– Ale ja nie powiedziałem, że na noc tu będziemy stawać – odparł spokojnie blondyn. – Ja powiedziałem, że tu zostaniemy. Przynajmniej niektórzy z nas.

Odwrócił się powoli i światło księżyca ukazało jego twarz, z której płatami odpadała skóra. Spod skóry wyzierały opalizujące łuski. Uśmiech spadł na mech wraz z posiniałymi wargami.

– Pożyczyłem sobie skórę od szeregowego Ulricha. Tego, który ci się tak przyglądał, pamiętasz? – wysyczał dusioł.

Olesia jak przez mgłę przypomniała sobie grupkę Niemców i trzask rozbitej na bruku butelki.

– Czytasz w myślach, prawda? – odpowiedziała pytaniem.

– No pewnie – przytaknął stwór, otrząsając się z resztek Ulricha i prezentując oślizgłe, pokryte łuskami cielsko.

– Czego chcesz ode mnie? – krzyknęła histerycznie Olesia, powoli się wycofując.

– Chcę cię zjeść.

Prostota tego stwierdzenia kompletnie kłóciła się z wszystkim, czego dziewczyna doświadczyła przez ostatnią dobę. Roześmiała się.

– To mogłeś mnie zeżreć w tamtym lesie! Po co byś mnie aż do domu miał prowadzić?

– A po co wy dusicie mięso na wolnym ogniu? Ja pieczonego nie znoszę. Mój obiad kruszeje pod wpływem okoliczności. Tu, na przykład, złamanej nadziei.

– Nie wierzę! – wrzasnęła Olesia.

– Czasem się ma chęć na szybki chleb ze smalcem, a czasem na bigos, który dochodzi na wolnym ogniu przez kilka dni. – wyjaśnił uprzejmie dusioł.

Uwierzyła.

A potem wydarzenia nabrały tempa.

Potwór podbiegł do Olesi z obnażonymi kłami, dziewczyna odskoczyła w bok i poczuła na ramieniu muśnięcie wiatru.

Nie bój się. To ja, Lucyna. Jestem z tobą.

Olesia uchyliła się i schowała za brzozę. Tam pieszczotliwie połaskotał ją po karku cień.

Olesia, nie daj się. No nie daj się, dziewczyno! Dokop mu, Szczurku!

Tak mówił do niej tylko Antek. Olesia odwróciła się w stronę jałowców i przerażona pobiegła przed siebie.

– Mamo! – krzyknęła spanikowana. – Mamo, ratuj!

Dusioł był tuż za nią. Dyszał z podniecenia i mlaskał ozorem.

Olesia wyhamowała i odwróciła się. Ścieżkę oświetlił migotliwy blask, a to pozwoliło jej zrozumieć, że nie jest sama.

– Nie boję się ciebie! – wykrzyczała potworowi w pysk i rozbłysła purpurowym światłem. Z jej dłoni popłynął dym i otumanił dusioła. – Będziesz mnie słuchać! – rozkazała. – Zostaniesz w głębi lasu i ludzi żreć nie będziesz!

– Jak chcesz – zgodziła się obojętnie zahipnotyzowana paskuda i umknęła w las.

Olesia odetchnęła głęboko i starła z twarzy zdradzieckie łzy.

Idź za światłem, Szczurku.

Nawet, jeśli Antek chciał powiedzieć coś więcej, to jego głos utonął w szumie brzóz. Właśnie zerwał się wiatr, a zza linii drzew wytoczyła się chmura, zakrywając promienie księżyca. Jedynym drogowskazem było teraz migotliwe lśnienie. Olesia pobiegła za nim, nie oglądając się za siebie.

Maria stała w oknie, osłaniając dłonią drżący płomień zaszeptanej świecy. Czekała cierpliwie. Wkrótce zza sąsiednich zabudowań wyszła, stąpając ciężko, jej jedyna córka.

– Olesia! – wrzasnęła Maria, wybiegając przed dom boso i w nocnej koszuli.

– Mamo! – załkała dziewczyna, a po chwili wpadła w ramiona matki i chciwie chłonęła ten najwspanialszy na świecie zapach. Poczucie bezpieczeństwa.

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Spotkanie autorskie w Radzionkowie 18 kwietnia 2016

Z jednej strony uwielbiam ludzi, z drugiej jestem urodzoną domatorką, która równie świetnie bawi się w swoim własnym towarzystwie. Jeśli chwilowo nie ma nikogo pod ręką, potrafię skutecznie samą siebie zabawić rozmową. Ach, jakież ja prowadzę ze sobą dysputy. Zwłaszcza w samochodzie, bo jeździć samochodem też uwielbiam. Właściwie to mogłabym pracować jako taksówkarz, tylko niestety mało czasu na pisanie.

Owszem, stojąc na postoju mogłabym gadać sama ze sobą, później gadać z pasażerami, a na końcu nagrać wszystko na dyktafon, ale z tym dyktafonem jakoś od zawsze nie było mi po drodze. Sześć lat temu mąż mi kupił takie srebrne wypasione cyfrowe cudo. Jako kompletna elektroniczna niemota musiałam użyć instrukcji obsługi. Nawet poszło. Nowe baterie, cyfrowe cudo do schowka i w drogę. Taksówkarzem wprawdzie nie jestem, za to spotkania z czytelnikami stanowią dla mnie okazje do wyjazdów i pompują we mnie nową energię. Zupełnie jakby mnie ktoś podłączył do kontaktu pod dwieście dwadzieścia.

Z rozkoszą wyrywam się z domowego zacisza, odpalam moje ukochane cztery koła, pakuje weń cztery litery i w drogę. Do świata, do ludzi, do moich cudownych czytelników. Lecę, dosłownie jak na skrzydłach, gadam do siebie jak najęta, okazyjnie sobie folguję i wyklinam na głos na innych kierowców, bo przecież jak ktoś jedzie wolniej ode mnie to melepeta, a jak nie daj Bóg ośmieli się jechać szybciej to wariat. Tak zatem za kółkiem nigdy się nie nudzę. Jadę, więc sobie jadę, no i myślę. I czasem coś mądrego wymyślę… I to by było na tyle, bowiem dość szybko wyleciało mi z głowy, że posiadam dyktafon. Zanim sobie przypomniałam, gdzie go mam, to zapomniałam, co chciałam nagrać, ale przynajmniej już zlokalizowałam urządzenie.

Następny wyjazd. Znowu jakaś myśl. Bingo! Przecież mam w schowku dyktafon. No mam, znalazłam przy pierwszym podejściu, tylko w międzyczasie przyszło ochłodzenie i szlag trafił baterie. Znowu nic nie nagrałam, ale z mocnym postanowieniem nagrania złotych myśli, mniej więcej po tygodniu mam już nowe baterie. Teraz już nic mnie nie zaskoczy. Znowu jadę, gadam, myślę i kombinuję. Tak! To jest to! Złota czcionka! Skończony geniusz gry słów godny co najmniej wieszcza. Trzeba to nagrać, bo pisanie na autostradzie może skończyć się źle. Szybko, zaraz myśl uleci! Schowek, dyktafon!

Hmm, ale jak się to włącza? Ostatni raz czytałam instrukcję rok temu i zapomniałam jak się obsługuje to skomplikowane cholerstwo.  Nic to, jadę dalej obiecując sobie, że w domu muszę znów odrobić zadanie domowe z obsługi dyktafonu. Zaparłam się i nie odpuszczę, zatem znowu rozkminiam instrukcję.  Sukces. Znów mam w schowku sprawne cyfrowe urządzenie i nawet wiem jak je włączyć. Ha! O, taka jestem, a co! W dodatku idzie lato, baterie szybko nie padną, więc nie daję za wygraną i zawieram sama za sobą układ, że będę nagrywać złote myśli z samotnych podróży, tylko tu pojawia się problem. W lecie nie ma spotkań autorskich, zwykle podróżuję wtedy z rodziną i nie myślę, a dwa miesiące to czas wystarczający, by zapomnieć, że się ma w schowku dyktafon.

Szczęście jednak mi sprzyja. W drodze na zakupy atakuje mnie zdanie stulecia. Mickiewicz by się nie powstydził. Mam! Mam! Przecież mam dyktafon! O dziwo działa, o dziwo pamiętam, jak go włączyć i nawet pamiętam jak się nagrywa. Jestem wielka! Nagrywam. Matko, nareszcie… Co za satysfakcja. Dwa lata na to czekałam, więc dumna i blada wyłączam ustrojstwo i… z powrotem do schowka. Niedawno zmieniłam samochód. Przy pakowaniu znalazłam w schowku rozładowany dyktafon, którego apiać nie potrafiłam włączyć, ale poszłam po instrukcję, zmieniłam baterie i odsłuchałam skromną zawartość. Nagrane było jedno zdanie do książki, którą wydałam trzy lata temu.

Nic się nie zmieniło. Dziś też przegadałam sama ze sobą całą drogę do Radzionkowa. Nawet trochę pośpiewałam z Alvaro Solerem, korzystając z tego, że na autostradzie nikt nie usłyszy, jak beczę niczym stado zarzynanych baranów. No i na koniec zagadałam na amen radzionkowskie czytelniczki.  Dzięki zaproszeniu i gościnności Pani Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radzionkowie, miałam okazję poznać bliżej moich fanów i spędzić cudowne dwie godziny w wyjątkowej atmosferze. Widok pełnej widowni zawsze dodaje mi skrzydeł, więc możecie być pewni, że jutro w drodze powrotnej, znów sama do siebie wygłoszę jakieś złote myśli.

A dyktafon leży sobie spokojnie w piwnicy. Szkoda kasy na baterie 😉

Zapraszam na krótką fotorelację autorstwa Eli Bączkowicz

13000160_1120400678023241_5533593640692454151_n

13043761_1120401201356522_8416848067057145934_n

13043786_1120400708023238_3079949614024666649_n

13043797_1120400521356590_6273029648293863065_n

13051483_1120401231356519_5530674213818341764_n

13051495_1120401024689873_1401123130324696567_n

13051770_1120400604689915_126528962175588377_n

13062269_1120400971356545_2702814720165614147_n

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Balkonada o gołębiach, czyli krótka instrukcja jak popaść w odmęty szaleństwa.

Dzień pierwszy

Ze wstydem muszę przyznać, że na początku zbagatelizowałam zagrożenie. Para gołębi, dość obrzydliwie gruchając, dreptała po moim balkonie. Odgoniłam raz. Po godzinie wróciły. Machnęłam ręką i wróciłam do swoich zajęć. Na balkon zerknęłam ponownie, gdy zaczęło zmierzchać. Gołębie pozbawiły mnie swojego (wątpliwej jakości) towarzystwa i odleciały w siną dal. Nocować nie planowały. Zazgrzytałam zębami na widok kilku fruwających piórek oraz pstrzących podłogę kup. Chwilę potem zapomniałam o sprawie.

Dzień drugi

Całkiem wyspana otworzyłam oczy, przeciągnęłam się leniwie i uśmiechnęłam się na myśl o nadchodzącym dniu. Wstałam niespiesznie i weszłam do dużego pokoju. Moich uszu dobiegło znajome gruchanie. Parka gołębi dreptała sobie radośnie po balkonie, co jakiś czas wskakując do skrzyń balkonowych. To mnie zelektryzowało. Wprawdzie jeszcze nie czas na wysiew czegokolwiek (zima w końcu), ale jak gołębie stworzą precedens skakania po donicach, to później połamią roślinki. Niestety nadal nie łączyłam wszystkich faktów, co nie pozwoliło na rzeczywiste oszacowanie zagrożenia. Resztę dnia poświęciłam na niezbyt skuteczne wypędzanie gołębi. Tuż przed zmierzchem ponownie się wyniosły a ja zauważyłam, że odruchowo wzrok leci mi w stronę balkonu.

Dzień trzeci

Otworzyłam oczy. Poderwałam się na równe nogi i pobiegłam do dużego pokoju, sprawdzić, czy gołębie znów naruszają moją przestrzeń balkonową. Oczywiście były tam. Konkretnie jeden siedział w skrzynce a drugi na balustradzie. W dziobie trzymał patyczek. Otworzyłam drzwi na pełną szerokość i niepomna faktu, że jestem w piżamie wyskoczyłam z wrzaskiem na balkon. Gołąb (ten z balustrady) przekrzywił ze zdziwieniem łebek, wypuścił patyczek i niespiesznie odfrunął. Drugi poszedł w jego ślady. Podeszłam do skrzynki. A tam dołek i stosik patyczków. I właśnie wtedy dotarła do mnie groza sytuacji. Te cholery chcą zakładać gniazdo. Przez resztę dnia co kilka minut wypędzałam ptaszyska z balkonu. Odetchnęłam z ulgą, gdy zaczęło się robić ciemno.

Dzień czwarty

Obudził mnie mąż przytulając się w celach jednoznacznych. Otworzyłam oczy i natychmiast pojawiła się nagła myśl. Gołębie! Wywinęłam się z uścisku i już sekundę później stałam w drzwiach balkonowych wsłuchując się w nienawistne gruchanie. Były tam. Znów w skrzynce, gdzie od rana zdążyły uwić kolejne gniazdo. Wyskoczyłam (bardzo niekompletnie ubrana) i przepędziłam hałastrę. Na balkonie obok sąsiad palił papierosa. Obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem, ale grzecznie powiedział dzień dobry. Wyjąkałam coś w odpowiedzi i spąsowiałam. Wybiegłam z balkonu. Reszta dnia upłynęła mi na nerwowym zerkaniu przez okno i wyszukiwaniu porad w internecie.

Dzień piąty

Spałam dzisiaj na kanapie w salonie, żeby mieć bliżej do balkonu. Poprzedniego dnia sprawdziłam o której wstaje słońce i nastawiłam budzik na 6:21. Pomyślałam sobie, że dzisiaj skurczybyki mnie nie zaskoczą. Otworzyłam oczy i usłyszałam gruchanie. O wy dziady! Wypędziłam. Zbierały się do odlotu niespiesznie okazując dalece idącą nonszalancję. Przed południem kurier przyniósł zamówionego w allegro sztucznego kota – straszaka na ptaki. Zamontowałam go, wielce zadowolona i poszłam przygotowywać obiad. Chwilę później gołąb przysiadł na balustradzie w odległości kilku centymetrów od straszaka i zdziwiony przypatrywał się nowemu lokatorowi balkonu.

kot

Dzień szósty

Dzień zaczęłam od kolejnego demontażu powstającego gniazdka. Gołębie poleciały w teren a ja zatarłam ręce z uciechy. Kurier przyniósł chwilę wcześniej sztucznego kruka, więc sobie wykombinowałam, że jak go zamontuję pod nieobecność gołębi, to się nie skapną, że to podstęp i pozbędę się ich raz na zawsze. Kruk prezentował się imponująco. Dziesięć minut później gołąb podjął próbę wylądowania na kruku. Spojrzał na mnie a w jego oczach wyczytałam rozbawienie. Skinął główką, jakby dziękował za nową huśtawkę dla przyszłego potomstwa.

kruk-w-locie-odstraszacz_4338

Dzień siódmy

Zorientowałam się, że zaczynam zdradzać oznaki obsesji. Nie wzbudziło moich podejrzeń to, że poprosiłam siostrę o zrobienie zakupów, nie chcąc schodzić z posterunku. I nawet nie to, że poświęciłam pół dnia na czytanie o zwyczajach lęgowych gołębi. Wreszcie, nie rozpoznałam zaburzenia, gdy z szatańskim chichotem, zza lekko uchylonych drzwi celowałam w gołębie wodą ze spryskiwacza, albo gdy chyłkiem smarowałam balustrady olejem (z czystej złośliwości, by się cholery poślizgnęły). Nie zaalarmowało mnie także, gdy siostra mi powiedziała, że mam tik nerwowy i nieświadomie co chwilę skanuję oczami balkon. Nie. Zorientowałam się, że jest źle, gdy przeczytałam komentarz, jaki wystawiłam na allegro biednemu sprzedawcy sztucznego kruka.

allegro1

Koniec tego do cholery! W przyszłym tygodniu montuję siatkę na balkonie!

Serdecznie pozdrawiam,

Jagna

Izabella Frączyk – Publikacje

Izabella Frączyk – Publikacje

glowa_izy

Izabella Frączyk 

Pisarka z Krakowa, autorka sześciu bestsellerowych powieści obyczajowych. Prywatnie posiadaczka męża, bliźniaczek, dwóch kotów i psa. Miłośniczka szybkich samochodów, quadów i sportów zimowych. Energicznie kroczy przez życie i z właściwym sobie optymizmem nie przejmuje się drobiazgami.

EL FIN DEL MUNDO

 

22384874_1612437635486207_1870608630_n

A veces vale la pena tentar al destino para encontrar la felicidad. Maryl, de casi 30 años de edad, atractiva e inteligente, abandonada hace unos años por su novio, se queda soltera, pero tiene una carrera prometedora en una agencia de publicidad. Un día, ella capta la atención del galán de la compañía, Marcel. Gracias al plan de unos de sus compañeros de trabajo, la pareja pasa noche inesperadamente romántica al lado del mar de Sopot. Una vez que regresan, Marcel se va sin aviso a un curso en Madrid, mientras Maryl, a regaña dientes, trata de afrontar el desafío de trabajar con uno de los clientes más exigentes (y uno de los más atractivos), Chris Gawlowicz. El dueño de una empresa internacional resulta ser un hombre encantador, y claramente le gusta la chica… Mientras tanto, el mundo se está preparando para el día del juicio profetizado por los mayas. ¿Será el fin del mundo una excusa para un nuevo comienzo en la vida de Maryl?

 

STAJNIA W PIEŃKACH TOM 2. SPALONE MOSTY

stajnia 2

Kiedy wszystko zaczyna się układać, to nieomylny znak, że los już coś dla nas szykuje. Życie na wsi dalekie jest od sielanki, a starych problemów nie da się zostawić za nowymi drzwiami. Czy Magda do końca wiedziała, na co się decyduje? Czy nie zabraknie jej siły?

Izabella Frączyk w kontynuacji niezwykłej historii o realizacji marzeń i osiąganiu celów, potrzebie zmian i spełnianiu oczekiwań innych ludzi.

 

 

STAJNIA W PIEŃKACH TOM 1. KONCERT CUDZYCH ŻYCZEŃ

stajnia 1

Czasem trzeba porzucić wszystko, żeby odnaleźć drogę do własnego świata.

Sprawdzone przyjaciółki, dobrze płatna praca i kochający facet – czy może być coś ważniejszego? Magda była zadowolona ze swego życia… do czasu gdy w drzwiach jej mieszkania stanęła teściowa z walizkami. A to dopiero początek nieoczekiwanych zmian w jej życiu. W spadku pobabci otrzymuje stadninę koni w Pieńkach, która okazuje się podupadającą i zadłużoną ruiną. Ale może to właśnie ten moment, gdy los daje szansę, by zacząć wszystko od nowa?

Izabella Frączyk w niezwykłej historii o uśmiechach losu, przyjaźni i zaufaniu do ludzi.

Od wydawcy

„Są sytuacje, które wydają się beznadziejne. A cały szkopuł tkwi w tym, żeby dostrzec to, co na pierwszy rzut oka niewidoczne. Magda – bohaterka powieści – właśnie to czyni. Zakochuje się w fatalnym pomyśle. I gwarantuję, że Wy zakochacie się razem z nią”.
Magdalena Kordel

„Czasami chciałabym się znaleźć w takich Pieńkach i w takiej stajni. Rzucić wszystko i zająć się czymś zupełnie innym, jak bohaterka tej książki. Świetnie i z ogromnym poczuciem humoru – jak to zwykle u Izy Frączyk – napisana powieść. Polecam gorąco”.
Lucyna Olejniczak

 

SZCZĘŚCIE W NIESZCZĘŚCIU

szczesciewnieszczesciu

Klara miała wszystko, a przynajmniej tak jej się wydawało do chwili, kiedy wraz z utratą stabilizacji, zdecydowała zbudować wszystko od nowa. Mimo niepowodzeń w uczuciach i finansach, przy wsparciu przyjaciół, postanowiła stanąć na własnych nogach i wziąć swoje życie we własne ręce.

Tylko co począć w sytuacji, kiedy niespodziewanie życie staje się czystą kartą do zapisania? Może by tak wyjechać na kilka dni z przyjaciółką i złapać oddech na łonie natury? Poszukać sobie nowego mieszkania? Czy może najpierw rozprawić się kłamliwym kochankiem? Czas złapać byka za rogi, tylko od czego by tu zacząć…

 

DO TRZECH RAZY SZTUKA

 

Anna na co dzień sprzedaje ubezpieczenia i z całego serca nienawidzi swojego zajęcia. Gdy pewnego dnia, za sporawą wiarołomnego narzeczonego jej życie wywraca się do góry nogami, układ zawodowy również staje pod znakiem zapytania. Kobieta stawia wszystko na jedną kartę i przypadkiem znajduje inne zajęcie. Bezduszna korporacja farmaceutyczna wysoko podnosi poprzeczkę i Anna musi dać z siebie wszystko, by jakoś odnaleźć się w nowych realiach. Skomplikowany system międzyludzkich relacji mocno daje jej się we znaki, a dołożywszy do tego wymagających klientów, wielokilometrowe codzienne przebiegi, dalekie wyjazdy, szkolenia oraz intrygi wewnątrz firmy, Magda musi dać z siebie wszystko. Czy przyzwyczajona do spokojnej pracy agentka od ubezpieczeń poradzi sobie w bezdusznym korporacyjnym tyglu, gdzie non stop coś się dzieje i gdzie w wyścigu szczurów do końca nie wiadomo kto przyjaciel, a kto wróg?

 

 

 

SIOSTRA MOJEJ SIOSTRY

 

front słaba jakość

Hanka – owoc romansu matki z żonatym mężczyzną – wiedzie bardzo skromne życie w bieszczadzkiej wiosce, dopóki na jej drodze nie staje przyrodnia siostra, o której istnieniu dziewczyna nie miała pojęcia. Spokojna dotąd egzystencja bohaterki w jednej chwili staje na głowie, a ona sama niespodziewanie ląduje w samym centrum światka stołecznych celebrytów. Czy wychowana na głębokiej prowincji dziewczyna podoła wyzwaniom, czy też położy uszy po sobie i bogatsza w niecodzienne doświadczenia powróci na stare śmieci?

 

 

JAK U SIEBIE

 

okładka

Eliza miała wszystko, czego chciała. Stabilny związek, mieszkanko na warszawskiej Starówce i wymarzoną pracę pielęgniarki w ekskluzywnym domu seniora na Marcowym Wzgórzu. Zadowolona z życia spokojnie żyła z dnia na dzień, dopóki jedna z jej podopiecznych nie obdarowała jej spadkiem. Przekonana, że to tylko trochę biżuterii, na skutek nieporozumienia stała się właścicielką zrujnowanego podmiejskiego hotelu, w dodatku o dość wątpliwej reputacji. Mimo fachowej pomocy przyjaciółki, poukładany świat Elizy w jednej chwili stanął na głowie, bo w sytuacji gdy wszystkim się wydawało, że odziedziczyć można wyłącznie złote góry, bohaterce przyszło stawić czoło wyzwaniom, o jakich jej się nawet nie śniło.

 

 

KONIEC ŚWIATA

 

okładka wysoka jakość

Prawie trzydziestoletnia Marylka, atrakcyjna i bystra, porzucona przed kilku laty przez narzeczonego, wciąż pozostaje singielką z widokami na obiecującą karierę w agencji reklamowej. Pewnego dnia wpada w oko firmowemu przystojniakowi Marcelowi. Wskutek intrygi kolegi z pracy para nieoczekiwanie spędza romantyczny weekend w Sopocie. Po powrocie Marcel bez słowa wyjeżdża na szkolenie do Madrytu, zaś Marylka z zaciśniętymi zębami stara się sprostać wyzwaniu, jakim jest współpraca z jednym z najbardziej upierdliwych, a zarazem najbardziej atrakcyjnych klientów – Krzysztofem Gawłowiczem. Właściciel międzynarodowej firmy okazuje się uroczym mężczyzną, któremu dziewczyna wyraźnie się podoba…

Tymczasem świat przygotowuje się na prorokowaną przez Majów zagładę. Czy jego koniec będzie pretekstem do nowego początku w życiu Marylki?

DZIŚ JAK KIEDYŚ

okladka

Aleksandra to świeża rozwódka. Widok twarzy byłego męża nie należy do najmilszych. By go więcej nie spotykać, rezygnuje z dotychczasowej pracy, w której mijali się codziennie. O nową nie jest tak łatwo, ale od czego ma się koleżanki i notesy pełne kontaktów. Z pomocą przychodzi najlepsza przyjaciółka i proponuje posadę w ulokowanej na prowincji starej wytwórni win. Wizja sielankowego spokoju, biurowej posady i rabatu na dobre trunki jest bardzo kusząca. Ola długo się nie zastanawia, bo ma nadzieję zebrać tam siły, aby wrócić do gry w wielkim mieście. Na miejscu okazuje się, że wytwórnia win to nic innego jak fabryka jednych z najtańszych jaboli, a miasteczko zatrzymało się w głębokim PRL-u i ukochane najdroższe buty muszą wylądować w szafie. Tylko kto powiedział, że życie za rogi łapie się tylko w wielkim mieście?

KOBIETY Z ODZYSKU

kobiety z odzysku okladka do druku

Czy zastanawiałeś się kiedyś jak często życiem rządzi przypadek?

Trzy kobiety: młoda wdowa, była żona bigamisty oraz doświadczona przez życie rozwódka nawet nie przypuszczają jak wiele w ich życie mogą wnieść wspólne egipskie wakacje. Leniwy urlop na leżaku? Nic bardziej błędnego. Niesamowite zbiegi okoliczności sprawią, że ich świat stanie na głowie i po powrocie do kraju już nic nie będzie takie jak przedtem?

POKRĘCONE LOSY KLARY

Pokrecone losy Klary do druku

Piękna, zgrabna, mądra, niezależna. Kobieta mająca same atuty, roztkliwia się nad swoim pokręconym losem i zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem takim negatywnym nastawieniem sama nie przyciąga do siebie pecha. Jej życie jest zakręcone jak „ruski termos”. Pracuje od świtu po zmrok z przerwą na gorącą pizzę. W weekendy ma czas tylko na seks z „narzeczonym” i odsypianie. Któregoś dnia jednak okazuje się, że to nie ta praca, nie ten facet i nie to mieszkanie…