Browsed by
Tag: Martyna

image_pdfimage_print
Martyna 11

Martyna 11

Rozdział 11

W którym nasza bohaterka musi wtopić się w egzotyczne tło, a do tego nie tracić głowy

Gdy  opadł  już  pustynny  kurz,  nasza  dzielna  bojowniczka  o  prawa  Ziemi  odkaszlnęła  gwałtownie,  po czym rozglądając się czujnie wokół siebie, namierzyła drewnianą sławojkę, która tkwiła w nieznajomym otoczeniu  jak  oaza  oferująca  cień  normalności. Martyna  zakradła  się  chyłkiem  za  jej  naruszoną  zębem czasu  ścianę  i  nie  ściągając  kaptura,  nastawiła  uszy  i  oczy  na  odbiór. Nieufna  tym  razem,  zaczęła  się zastanawiać, czy w owych czasach  istniały  sławojki  i czy komputer znów nie zrobił  jej w wała, ale po namyśle doszła do wniosku, że co jak co, ale takie przybytki musiały istnieć od zawsze, nawet jeśli źródła historyczne dyskretnie milczą na ich temat. Inna sprawa, że nie była do końca pewna, w którym właściwie roku się znajduje. Jak już wcześniej wspomniano dawne dzieje kojarzyły się Martynie wyłącznie z zieloną tablicą i kłapiącym sztuczną szczęką „barankiem”. Starając się skoncentrować na bieżącej, choć nieznanej rzeczywistości, nasza bohaterka wychyliła się ostrożnie zza kibelka i chłonęła rozgrywające się przed jej oczami wydarzenia. A było na co popatrzeć.

Wnikliwa obserwacja zza sławojki

Zmierzch  kładł  się  zdradziecką  kurzą  ślepotą  po  pustynię.  Dokładnie  naprzeciw  sławojki Martyna  ujrzała  kamienne  domostwo  imponujących  rozmiarów,  od  którego  oddzielały  ją znajomo wyglądające aromatyczne krzaki i ogromny piaszczysty plac przed wejściem. Gdzieś nad  uszami  ćwierkały  cykady,  które  po  chwili  stopiły  się  w  jedną melodię  z  dziwacznymi piszczałkami. Z kurzu pustyni wyłonił się orszak  liczący sobie więcej niż sto osób. Na czele pochodu  szła  omotana  błękitną  szatą  kobieta.  Towarzyszył  jej  szczupły  koleś.  Za  nimi podążała cała grupa  ludzi omotanych w prześcieradła czy  też szaty  łopoczące w  łagodnym, wieczornym wietrzyku.  Zapóźnione  ptaszyska  poderwały  się  na  takie  dictum  i  z  podobnym łopotem skrzydeł pospiesznie opuściły okolicę. Jeden nie omieszkał nasrać Marynie na ramię przed finalnym odlotem. Martyna, zgrzytając zębami, ścierała liściem paskudztwo z chałata, nawet  na  chwilę  nie  spuszczając wzroku  z  kotłujących  się  na  dziedzińcu  ludzi. Próbowała odnaleźć choć jeden rudy kłak wysuwający się spod cnotliwego welonu, lecz w gęstniejącym mroku  było  to  kompletnie  zdane  na  niepowodzenie. Ludzie  zaczynali  znikać w  oświetlonej pochodniami  kamiennej  bramie,  drepcząc  dostojnie  za  pierwszą  parą.  Martyna,  nagle podniesiona  na  duchu,  cofnęła  się  za  sławojkę  i  opierając  się  plecami  o  jej  tylną  ścianę, rozciągnęła  usta  w  złośliwym  uśmiechu.  Najwyraźniej  w  kamiennym  domostwie  właśnie rozpoczynało  się  wesele,  a  nasza  etatowa  bywalczyni  podobnych  zgromadzeń  wiedziała jedno: za pół godziny z budynku zaczną się wylewać przygodne parki szukające  intymności pobliskich zarośli oraz stada korpulentnych wujków, którzy również będą poszukiwać zarośli, choć  zgoła  z  innego  powodu. Niezależnie  od  tego,  ile  lat  człowiek  cofnie  się w  czasie,  to pewne  mechanizmy  ludzkich  zachowań  pozostają  bez  zmian.  Wystarczy  tylko  chwilkę poczekać.

Martyna  zapatrzyła  się  w  nieznajomą  konstelację  gwiazd  widniejącą  na  bezchmurnym  niebie i zadała sobie w myślach pytanie:  jak daleko  jest stąd do statku Raj 3.14  i do F.I.U.T.E.K. Nie znajdując sensownej  odpowiedzi,  przymknęła  oczy,  ulegając  zawirowaniom  trzeciej  strefy czasowej  w  ciągu ostatnich  dwóch  godzin  i  odpłynęła  w  rozkosz  sennego  niebytu.  Śnił  się  jej  lepszy  świat  i  lepsze perspektywy.

Sen o lepszym świecie i lepszych perspektywach

Martyna pędziła boso po głaskanej wiatrem  łące w  stronę czystego błękitu nieba. Spod  jej stóp unosiły się bielutkie  i puszyste nasiona dmuchawców  i pędziły dalej, niż myśl  sięga. Z kaczeńców  spływała  przezroczystymi  kroplami  poranna  rosa  i  staczała  się  bezgłośnie pomiędzy  karłowaty  wdzięk  wyblakłych  na  słońcu  niezapominajek.  Świat  zredukował zawrotne  tempo  wydzielania  spalin  oraz  innych  świństw  i  dyszał  rytmem  planety  w oczekiwaniu  na  kolejny  krok  naszej  orędowniczki  piękna,  która  zatrzymała  się  i  rozłożyła ramiona,  zwracając  dłonie  w  stronę  słońca.  Jastrząb,  poprzysięgając  przejście  na wegetarianizm, delikatnie złożył nienaruszone kociątko u stóp Martyny  i chwytając w dziób wiecheć koniczyny, uniósł się majestatycznie ponad śnieżnobiałe i nad wyraz proporcjonalne chmury  rozpięte  nad  linią  nieskazitelnie  ekologicznego  sosnowego  lasu.  Nasza  uśpiona ekolożka uniosła delikatnie kociątko i potrząsając włosami jak w zwolnionym filmie, wlepiła spojrzenie w pobliską norkę, przed którą  skruszony  kot wypuścił właśnie  zdrową  i w pełni władz  umysłowych  nornicę. Martyna  uśmiechnęła  się  radośnie  i  pieszczotliwie  pogłaskała trzymanego w rękach kociaka. Nornica stanęła słupka i poruszając wąsikami wpatrywała się zagadkowo w Martynę. Kociak nie wytrzymał napięcia i wyrwawszy się stanowczo z ramion swojej wybawczyni, doskoczył do gryzonia. Nasza pacyfistka postąpiła krok do przodu i swą szlachetną wegetariańską  stopą natrafiła na całkiem świeży krowi placek. Zmełła w ustach życzenia  pod  adresem  krowy,  które  jaroszce  raczej  nie  przystoją,  i  zapatrzyła  się w  dal w nadziei  na  odnalezienie  krystalicznie  i  ekologicznie  czystego  jeziorka,  w  którym  mogłaby zmyć  gówno  ze  stopy.  Sen  zmierzał  w  złym  kierunku,  więc Martyna  wyobraziła  sobie,  że siedzi na kanapie a z fotela zerka na nią badawczo świnia ukrytym za okularami wzrokiem i miarowo  kołysze  przed  jej  twarzą  trzymaną  w  prawej  raciczce  marchewką.  Oczy  naszej bohaterki kołysały się wraz ze skołataną głową, a jej dłonie zacisnęły się w oczekiwaniu na rychły deszcz.

Deszcz  nie  nadszedł,  ale  naszą  bohaterkę  ze  snu  o  lepszym  świecie  wybudził  odgłos upojnego sikania, który echo niosło po zmurszałych ścianach starożytnej sławojki. Martyna poderwała się na równe nogi  i  starając  się  zachowywać możliwie  cicho,  podkradła  się  do  pobliskich  krzaków,  gdzie  kucnęła  i zamarła w oczekiwaniu. Jej wewnętrzny zegar obwieścił, że na statku zdecydowanie minęła już godzina jedenasta  w  nocy  i  za  niespełna  pięćdziesiąt  minut  Ziemia  będzie  jedynie  nazwą  przylepianą  od niechcenia do obrazów zgromadzonych w galeriach Układu. Na dziedzińcu stali zbici w niewielkie grupki weselnicy  i  co  chwila wybuchali  śmiechem. Martyna  uznała,  że  nie ma  już więcej  czasu  i wężowym ruchem  wysunęła  się  zza  krzaków.  Starając  się  wtopić  w  tło,  podeszła  do  drzwi  wejściowych  i odpowiadając  uśmiechem  na  radosne  skinięcia  biesiadników,  ostrożnie  weszła  do  wnętrza  domostwa, gdzie jej oczom ukazały się ustawione w tradycyjną podkowę weselne stoły. Nasza podróżniczka omiotła sytuację  względnie  trzeźwym  spojrzeniem  i  namierzyła  Ziomusia,  który  gestykulując,  coś  opowiadał swojej  rozmówczyni.  Tuż  obok  siedziała  zasłuchana  w  jego  słowa  kobieta,  a  nieco  dalej  stał facet intensywnie w nich wpatrzony. Kobieta sięgnęła po flaszkę i rozlała zawartość do kielichów. Nad stołem rozniósł się niepohamowany śmiech, który przywabił kolejnego biesiadnika. Kobieta uniosła flaszkę jego kielichem, lecz po chwili okazało się, że flaszka bezpowrotnie wyschła. Martyna obserwowała akcję, skubiąc  od  niechcenia winogrona  spoczywające  na pobliskiej  tacy. Typ,  który  jako  ostatni  dołączył  do towarzystwa, pstryknął palcami  i odszedł, by po  chwili wrócić  z kolejną  flaszką. Ziomuś podskoczył  z radości i napełnił kielichy.

– Jak cię zwą? – wybełkotał, czyniąc dyshonor kuzynowi.

– No jak to? – odparł pan młody. – Janek jestem, nic się nie zmieniło!

– Aha – odpowiedział syn Szefa i polał po następnej kolejce.

Pan  młody,  najwyraźniej  jeszcze  nie  całkiem  pijany,  postanowił  dogłębnie  objaśnić  kuzynowi sytuację.

– No więc, twoja matka to krewniaczka mojej, a z racji tego, że jest wielce poważaną osobą, więc ty też pełnisz dziś rolę honorowego gościa, kuzynie!

Młody walnął szklanę i zogniskował wzrok w szczerych oczach Janka.

– Jak to matka jest poważana? A ja? – zapytał płaczliwie.

– A  ja  tam nic nie wiem. – odparł dyplomatycznie  Janek. – Pani Marysia  to  jest gościówa,  i  tyle wiem. A ty, kuzynie, ciesz się, że jesteś synem takiej przedsiębiorczej matki!

– Przedsiębiorczej? – zapytał Ziomuś. – Przedsiębiorczej? A co to do cholery znaczy?

– No cóż! – powiedziała rozchichotana szatynka, pojawiając się nagle za plecami mężczyzny, który do tej pory nie wyrzekł nawet słowa. – Pani Marysia zaopatruje nas dzisiaj w wino, więc nie dziwi, że jest honorowym gościem, no nie?

– Ta! Zaopatruje! – powiedział koleś, dotychczas opierający się o wezgłowie krzesła Ziomusia. – To dlaczego już go nie ma? Kobieta  siedząca  naprzeciwko  Ziomusia  wyprostowała  się  służbiście,  po  czym  lekceważąco machnęła  ręką.  Rozchichotana  szatyna  już  się  ulotniła  i  nad  stołem  zapanował  względny spokój naznaczony  jedynie  natarczywym  pytaniem  zawoalowanej  kobiety.  Martyna  wciągnęła  kolejną  garść winogron i badawczo wpatrywała się w towarzystwo.

– Mam to w dupie! – powiedział syn Szefa. – Idę po wino!

– A ja mam w dupie ciebie – powiedział spokojnie wiszący na oparciu krzesła typ. – I nie idziesz

po żadne wino.

– Wino? – powiedziała słodko kobieta. – Napiłabym się jeszcze!

Ziomuś uniósł się ciężko i wymijając współbiesiadników, podreptał na dwór. Facet  kołyszący  się  dotąd  na  krześle  zerknął  nienawistnym  wzrokiem  na  kobietę  i  kręcąc  z ubolewaniem  głową  oddalił  się,  wyładowując  uprzednio  emocje  na  krześle,  które  zakołysało  się niepewnie, po czym padło bez czucia na kamienną posadzkę.

Martyna porzuciła z żalem tacę z winogronami i wybiegła chyłkiem w ciemną noc, nieomal dysząc w  plecy  syna  Szefa.  Skryła  się  za  krzakiem  i  kucnęła,  spinając  się  do  skoku.  Jej  wewnętrzny  zegar podpowiadał, że czas się kończy nieuchronnie i że pora coś wykombinować.

Młody  zatoczył  się  i  puścił  pawia  pod  własne  sandały.  Świerszcze  cykały,  noc  obiecywała spełnienie tajemnic, a jakiś wujek nieustająco stękał w sławojce. Nasza bohaterka przywarła za krzakami w oczekiwaniu na przełom, który uzasadni jej absurdalny czasowy impas. Syn Szefa otarł usta rękawem weselnej  szaty  i  chybotliwie  podszedł  do  drzwi  sławojki.  Przez  chwilę wpatrywał  się w  jej  zmurszałe drzwi, by wreszcie unieść do ust nadgarstek  lewej dłoni  i coś do niego wybełkotać. Martyna wychyliła ciekawie  łeb  zza  krzaków  i  podążając  za wzrokiem Ziomusia,  utkwiła  spojrzenie w  czeluści  kosmosu. Razem  trwali  w  niecierpliwym  oczekiwaniu,  choć  każde  z  nich  z  innego  powodu.  Po  chwili  na dziedziniec wytoczyli się znajomi Ziomusia i kłócąc się między sobą zawzięcie, podeszli do syna Szefa, idąc  tropem  barwnego  pawia. Kobieta  dopadła  do młodego  i  agresywnie  szarpnęła  go  za  ramię.  Facet odciągnął  ją  na  bok  stanowczym  gestem,  po  czym  podszedł  łagodnie  do  Ziomusia  i  zaczął  mu  coś tłumaczyć. Młody zarzucił energicznie włosami i odepchnął faceta, który wycofał się, unosząc dłonie do góry.  Babeczka  zarzuciła włosami  i  stanęła  obok  chwiejącego  się  na  nogach  syna  Szefa, wraz  z nim wpatrując się w niebo.

Po chwili niebo rozbłysło i za sławojką wylądował z ciężkim jękiem przestarzały prom z barwnym napisem  łuszczącym  się  z  lewego  boku  pojazdu. Martyna  przechyliła  głowę  i  przeczytała  z  trudem: „Cosmo-catering”.  Tylny  właz  pojazdu  otworzył  się  gwałtownie  i  ze  środka  zaczęły  się  wytaczać drewniane  beczki  przyozdobione  nachalnym  napisem  „Dobre  wino.  Rocznik  02”.  Ziomuś  zaczął  rżeć radośnie, zawtórowała mu kobieta. Stojący z tyłu facet złapał się za głowę i zszokowany gapił się w rząd schludnie ustawionych beczek. Syn Szefa obrzucił beczki jeszcze jednym pełnym zachwytu spojrzeniem, po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  pobiegł  do  wnętrza  budynku,  by  zanieść  pobratymcom  szczęśliwą nowinę.  Kobieta  pobiegła  za  nim,  gubiąc  po  drodze  sandały  i  rozrzucając  po  plecach  rdzawe  długie włosy.

Martyna,  niepomna  obecności  obcego  faceta  bezwiednie  wstała  i  czując  przez  skórę,  że  beczki stanowią poważny problem, podeszła do nich jak ćma frunąca bezmyślnie w stronę świeczki. Stanęła nad nimi i ujęła się pod boki przekrzywiając głowę. Beczki sprawiały wrażenie ciężkich, więc upłynnienie ich w pobliskich krzakach za sławojką graniczyło z cudem. Godząc się z porażką, Martyna nabrała powietrza w  płuca,  by  zażądać  natychmiastowej  teleportacji  na  łono  przyjaznego  statku  pełnego  zdradzieckich komputerów. Po chwili zmieniła zdanie, gdy poczuła ciepłą dłoń, która uścisnęła jej łokieć uspokajająco.

Odwróciła głowę  i ujrzała znajome ciepłe oczy. Nie miała pojęcia, gdzie wcześniej widziała  ich kojące błyski, ale instynktownie zaufała ich właścicielowi, który wskazał na beczki i uśmiechnął się złośliwie.

Martyna,  pozbywając  się  znamion  paniki,  zapatrzyła  się  w  nierówny  horyzont  rysujący  się za sławojką  i  w  mig  załapała  plan  wspólnika.  Zerknęła  na  niego  i  uciekając  od  magnetycznych  źrenic, kiwnęła potakująco głową. Facet  wystawił  obutą  w  prymitywny  prototyp  Sholla  stopę  i  z  całej  siły  kopnął  beczkę,  która potoczyła  się z  łoskotem po wzgórzu  i zniknęła za  sławojką. Martyna,  idą za  jego przykładem, zaczęła gorączkowo  strącać  beczki,  z  każdą  chwilą  umacniając  się  w  przekonaniu,  że  jeszcze  nie  wszystko stracone.  Jej  znajomy właśnie  kopnął  ostatnią  beczkę,  która  nieco  zboczyła  z  kursu  i  rozbiła  się  przed drzwiami  sławojki,  obryzgując  zawartością  wyłaniającego  się  z  przybytku  wujka  panny  młodej.  Typ parsknął z oburzeniem, po czym wtoczył się pomiędzy nogi pasącego się opodal osiołka i tuląc w ramionach pokaźny snopek siana zasnął, błogo pochrapując.

Martyna zerknęła triumfalnie na ogołocony plac i pytająco zerknęła na mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niej ciepło i wskazał zwałowisko beczek, chaotycznie ustawionych za plecami chrapiącego wuja i żującego spokojnie osiołka. Ramię w ramię ruszyli po beczki, które przetoczyli w kilka minut na środek dziedzińca. Słysząc harmider  i  łoskot stóp za plecami, wskoczyli za niosącą aromat galaktycznego wina sławojkę i przycupnęli bezszelestnie. Ziomuś właśnie dopadał do opłaconych uprzednio kartą kredytową ojca  beczek  i  radośnie  gestykulując  namawiał weselników,  by  podeszli  i  spróbowali  trunku. Kilkoro  z nich podeszło i fachowo podważając wieczko beczki, zaczerpnęło kubkiem z jej czeluści.

– Deszczówka! – powiedział ktoś z pretensją w głosie.

Jeden po drugim spluwali z obrzydzeniem na piasek i pukając się w głowę odchodzili do wnętrza budynku. Martyna  z  satysfakcją  zerknęła  na  Ziomusia,  który  niczego  nie  rozumiejąc,  stał  na  środku dziedzińca i pochmurnie wpatrywał się w beczki. Ruda Magdusia, przyczajona obłudnie przy jego boku, stała  równie  oniemiała  i  gadając  do  nadgarstka  lewej  dłoni,  ewidentnie  próbowała  nawiązać  kontakt  z bazą.

Nasza  bohaterka  spojrzała  na  nowego  znajomego  i  uśmiechnęła  się  do  jego  piwnych  oczu.

Wyławiając  z  lawiny  wydarzeń  nieuchronny  upływ  czasu  i  niepokój  związany  z  kolejnym  zwrotem historii, stanęła i pomachała na pożegnanie ręką do faceta.

– Zabierzcie mnie stąd! – nakazała komputerom.

W  chwili, w  której  jej  pośladki  pognały  ją w  kosmiczne  przestworza,  usłyszała  jeszcze  łagodny głos mężczyzny.

– Martyna! Ja… Dziękuję…

– Nie ma za co! – odparła nasza bohaterka, niosąc w pamięci badawcze spojrzenie piwnych oczu, które spoglądały nieco znajomo, choć był to zapewne zbieg okoliczności.

– Co nie ma za co? – skrzeknął Lewy.

– Gówno  cię  to  interesuje  –  warknęła  Martyna  i  z  niepokojem  spojrzała  jednocześnie  na wskazujący dwudziestą trzecią dziesięć zegar i na kompletnie wygaszone bebechy Środkowego. Coś  było  nie  tak  i  nie  chodziło  tylko  o  planowany  na  godzinę  zero  zero  wybuch  Ziemi.  Coś wybitnie  śmierdziało.  Martyna,  rozdarta  między  koniecznością  obejrzenia  audiotele, pragnieniem ratowania  świata  i  palącą  potrzebą  wpieprzenia  Środkowemu,  na  wszelki  wypadek  opadła  na  fotel  i zapatrzyła się w czarny i wrogi wszechświat ścielący się za szybami kokpitu. Wszystko było do dupy.

– Ty, Lewy!  – warknęła.  – Weź  no mi wyjaśnij,  dlaczego  na Ziemi  chce mi  się  jarać,  a  tu  nie?

Rozrzedzone  powietrze  czy  jak?  –  drążyła  nasza  zrezygnowana  bohaterka,  nie  znajdując  powodu,  by pytać zakłamaną kupę złomu o coś bardziej sensownego.

– To  nie  jest  kwestia  rozrzedzonego  powietrza,  tylko  raczej  problem  jego  zatrucia  –  powiedział cicho spokojny głos za jej plecami. – Młody kazał zainstalować na statku filtry, które nieustannie tłoczą nikotynę do atmosfery.

Martyna odwróciła się gwałtownie  i napotkała ciepłe spojrzenie brązowych oczu, które badawczo wpatrywały się na zmianę w nią i w komputery.

– Pppan Lucjan? – zająknął  się z niedowierzaniem Lewy. –  Jak miło znów pana gościć na  statku Raj 3.14! – dodał komputer entuzjastycznie.

– Zamknij się! – warknął Lucjan i skupił spojrzenie na naszej kompletnie zagubionej podróżniczce w czasie.

Nasza bohaterka podjęła daremną próbę przygładzenia skołtunionych włosów  i arystokratycznego zmarszczenia spalonego na Jamajce noska. Jedno jej wyszło:

Wstała  powoli  z  fotela  i  odnotowując  z  ulgą,  że  nie  zaplątała  się w  troczki  ściągające  nogawki bojówek,  podparła  się  niedbale  o  oparcie  siedziska,  wypinając  wystudiowanym  przed  lustrem  gestem całkiem zgrabną pierś.

Lucjan najwyraźniej podzielał jej wewnętrzne zachwyty  i  jego oczy prześlizgnęły się po sylwetce naszej  bohaterki.  Martyna  upajała  się  sekundą  romantycznej  pantomimy,  której  kryształowe piękno zburzył nieoczekiwany komentarz.

– Z  twoim  kręgosłupem  wszystko  w  porządku?  –  zapytał  troskliwie  przybysz.  –  No  wiesz, nadźwigaliśmy się trochę te dwa tysiące lat temu.

– Tak! – parsknęła Martyna. – A co?

– A no nic – wycofał się Lucjan.

– Ekhm! –  rozległo  się za plecami Martyny. – Państwo pozwolą, że wtrącę  się na  sekundkę. Nie chciałbym  przeszkadzać,  ale  za  mniej  więcej  pół  godziny  meteoryty  dosięgną  Ziemi,  więc w tej sytuacji…

– Zamknij się, matole! – powiedział Lucjan, a Martyna zerknęła z podziwem na intruza, który tak zgrabnie podsumował to, co jej w duszy grało.

– One od początku coś kręciły – powiedziała z przekonaniem nasza niedoszła psycholożka.

– One tylko realizują program – powiedział Pan Brązowe Oczy, machając z lekceważeniem ręką. Martyna zapatrzyła się jak cielę w profil jego twarzy, gdy pochylił się nad Środkowym i próbując przywołać go klawiaturą, podpierał  lewą ręką niedogolony podbródek. Jej romantyzm uleciał po chwili, jak zwijające się przed burzą motyle.

– No i co teraz? – zadała wyjątkowo ciężkie pytanie.

– No teraz to musimy sobie porozmawiać. – odparł Lucjan poważnie.

– Nie mamy czasu! – zaprotestowała Martyna.

– Znajdzie się – rzucił spokojnie jej rozmówca.

Martyna 10

Martyna 10

Rozdział 10

W którym dzięki stosownym bodźcom nasza bohaterka zaczyna kojarzyć, kto i dlaczego robi ją w wała

Martyna nie do końca wiedziała, co jej bardziej dokucza: przepełniony pęcherz czy przepełniona głowa. Drugi z wymienionych organów przeszedł już dłuższy czas temu na tryb awaryjny, więc doprawdy ciężko było  się  spodziewać  po  naszej  bohaterce  tak  wnikliwych  ekspertyz,  jakie  niewątpliwie  miały  później miejsce.  Prawdopodobnie  zapłon  szarych  komórek  miał  związek  z  oczyszczeniem  umysłu  z niedogodności  związanych  z pęcherzem, grunt  że Martyna wzięła  się w garść  i przysiadając na brzegu wanny,  zapatrzyła  się  we  własne  odbicie  w  lustrze,  bezwiednie  podejmując  rozgrywkę  szachową  z własnymi  ograniczeniami  i  programem  eksterminacji  planety  zapisanym  w  pamięci  złośliwych komputerów. Najwięcej bólu sprawiło naszej bohaterce sięgnięcie do zmagazynowanych zasobów wiedzy historycznej. Martyna przeżyła  to  jednak  i wysnuła wielce obiecującą teorię oraz wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecująca teoria Martyny

„Najważniejsze, to dorwać Ziomusia, zanim dorwał go Lucek i Magdusia! A tak! Możecie se myśleć, że ja tylko browary otwieram, ale ja głupia nie jestem i wiem, że rudą pilotką, która coś namieszała w kółku winiarzy była Najbardziej Popularna Dziewczyny w Szkole. Tylko jak to  jest  możliwe,  że  wyciągnęła  Ziomusia  z  opresji  w  pierwszym  wieku  naszej  ery,  skoro urodziła się w 1976 roku? Skąd pewność? No więc byłam kiedyś na jej urodzinach, taki fajny tort  miała  i  pamiętam,  że  co  chwilę  zerkałam  na  jej  stopy,  bo  miała  zajebiste  czeszki przywiezione  z  Węgier.  No  dobra,  nieważne!  Magdusia  nie  mogła  wpaść  na  wieczorek degustacji win, ponieważ jej dziadka nawet nie było wtedy w planach. Chyba że…

Martyna pstryknęła palcami  i chwytając zębami  strzępek ulotnej myśli, bezwiednie wyszczerzyła zęby do lustra. Przez chwilę starała się odświeżyć zmurszałe wspomnienia, by po chwil załapać, że nikt i nigdy nie widział Magdusi z żadnym z rodziców. Na zebrania ponoć też nie przychodzili. Widywano ją wyłącznie w towarzystwie Darusia i to też dopiero po piątej klasie, gdy odbiła go brutalnie nieutulonej w żalu  Martynie.  Właściwie  kompletnie  nie  wiadomo,  dlaczego  to  zrobiła,  bo  największy  przyjaciel Martyny  był  cichym  i  nieśmiałym  chłopcem,  kompletnie wyzutym  z  tego,  co  zwykło  się  określać  siłą przebicia.  Jakby  tak  pomyśleć,  to  Daruś  poszedł  za  nią,  bo  chyba  się  jej  bał.  Bywało,  że  podczas dyskoteki  ósmoklasistów  spoglądał  dyskretnie  na Martynę  i  omiatał  ją  smutnym  wzrokiem. Martyna przeważnie  podpierała  wtedy  ściany  stołówki  pełniącej  funkcję  sali  balowej.  Magdusia  natomiast brylowała  na  parkiecie  z  osiłkami  z  ósmej  „c”  i  tylko  co  jakiś  czas w  połowie  piruetu  jej  obrośnięta mrowiem  rudych  włosów  głowa  namierzała  skulonego  w  kąciku  Darusia  i  przyszpilała  go  zielonymi oczami do  krzesła. Martyna, pozornie  zajęta  studiowaniem  zagadkowych wzorów wyłaniających  się  ze złuszczonej farby na stołówkowych ścianach, łypała na byłego przyjaciela spode łba, lecz nie podchodziła do niego. „Białego misia” grali już wcześniej i akurat wtedy nasza romantyczna bohaterka zatrzasnęła się w  szkolnym  kibelku.  Dobra!  Nie  będziemy  się  tu  teraz  rozczulać  nad  rozdartą  o  zwieńczenie  kabiny kieckę.  Czas  sobie  odpowiedzieć  na  najważniejsze  pytanie:  kim,  do  cholery  jest, Magdusia? Martyna podrapała się po łepetynie i ponownie pstryknęła paluchami.

– Aha! – powiedziała triumfalnie, mimochodem odnotowując, że choć nie kąpie się obecnie, to jej tyłek spoczywa na brzegu wanny i zapewne stąd ten triumfalny odgłos.

Skoro  Magdusia  to  lafirynda,  która  dorwała  Ziomusia,  to  znaczy  że  ktoś  ją  podstępnie przysłał do naszej podstawówki na przeszpiegi  i wcale nie miała wtedy dwunastu  lat,  tylko coś ze dwa tysiące, albo więcej nawet! Tylko po cholerę przyleciała do mojej szkoły? No nikt mi nie wmówi,  że  szkoliła się przez dwa  tysiące  lat w Akademii Szefa,  tylko po  to,  żeby mi Darusia odbić!

Martyna  poderwała  się  na  równe  nogi  i  zadrżała  z  emocji,  jak wyżeł  na  inauguracji  sezonu myśliwskiego. Wybiegła  pędem  z  łazienki,  nie  zawracając  sobie  głowy  gaszeniem  światła  (Niech  se matka  Ziomusia  płaci!)  i  pogalopowała  kręconymi  schodami w  stronę kokpitu. W miarę  pokonywania stopni kiełkowała w niej głęboka myśl i formował się wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecujący plan działania

Najwyższy czas przyszpilić Magdusię i potrząsnąć ją za rude kudełki. Nie ma sensu lecieć do szkoły, bo  jeszcze moje młodsze  „ja” zawału dostanie na widok naszych zmarszczek, ale wydaje mi się, że nadszedł czas na degustację cudownych win!

 

Lekko  i  z  wdziękiem  nasza  ursynowska  żmija  zakradła  się  do  kokpitu,  mając  nadzieję  na przyłapanie  komputerów  na  jakiejś  nielegalnej  działalności,  lecz  te,  najwyraźniej  w  pośpiechu mieląc dane,  próbowały  jedynie  odnaleźć  algorytm  nieobliczalnej  jak  dotąd  natury  Martyny.  Spłoszone skrzypnięciem  drzwi,  natychmiast  powróciły  do  stanu  gotowości  i  błyskając  w podnieceniu  diodami, czekały na dyspozycje.

– No  i  co?  –  zapytał  niecierpliwie  Środkowy.  –  Lecisz  gdzieś?  Bo  jeśli mógłbym  zasugerować jakieś rozsądne rozwiązanie…

– Morda w kubeł! – wydarła się Martyna, siadając z przytupem na fotelu.

– No wiesz! – żachnął się Lewy.

– Wiem! I proszę wprowadzić odpowiednie współrzędne – powiedziała oschle Martyna.

– Chciałem powiedzieć,  że koordynaty  lotu  już  zostały wprowadzone do pamięci!  – odmeldował służbiście Lewy.

– Phi! – parsknął lekceważąco Środkowy.

– Co phi? – eksplodował Lewy. – Nie umiesz, to się obrażasz?

– O! Wypraszam sobie! – warknął metalicznie Środkowy. – Kto przeprowadził analizy? Ha! A  ty musisz tylko wysłać Ziemiankę na… – zacukał się komputer i natychmiast wygasił ekran.

Martyna stukała paznokciami w blat i eksploatowała do granic swój własny program analitycznego myślenia. W jej łepetynie rodziło się głębokie podejrzenie, że ponownie pada ofiarą spisku.

– A dokąd chcesz mnie wysłać,  słodziutki?  – zapytała uprzejmie, na wszelki wypadek polewając struny głosowe wiadrem lukru.

– No…  wiadomo!  Chciałaś  lecieć  chyba  na  wieczór  degustacji  win?  –  delikatnie  i  uprzejmie zaszemrał Lewy.

– A  skąd  wiesz?  Ja  nic  takiego  nie  mówiłam!  –  ryknęła  Martyna.  –  Proszę  natychmiast przygotować lot na Jamajkę. Czas przylotu to… – tu nasza historyczka lekko się zawahała.

– Może być drugi rok przed naszą erą? – podrzucił szybciutko Lewy.

– Może być! – powiedziała Martyna, której i tak nic to nie mówiło.

Komputer  zaczął  rzęzić  i  zgrzytać  z  wysiłkiem  i  po  kilku  sekundach  nasza  bohaterka  poczuła znajome rwanie w okolicach tyłka. Ugięła na wszelki wypadek nogi, lecz tym razem było to kompletnie niepotrzebne.  Podświadomie  nabierając  spory  haust  powietrza,  z  pluskiem  wpadła  w  odmęty  jakiejś wody.

Trzepocząc  się  i waląc  odnóżami  na  oślep, Martyna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  płynie  z uporem  na powierzchnię,  czy wręcz  przeciwnie,  skok  jej  tak  łeb  zamulił,  że  z  uporem wiosłuje  do  dna. Ściągając cugle  nieuchronnej  paniki,  postanowiła  poczekać  chwilkę,  ponieważ  pamiętała  z  lekcji  fizyki,  że zasadniczo większość ciał w sposób naturalny porusza się w stronę powierzchni. Jej optymistyczną teorią zachwiało  wspomnienie  zdjęć  z  programu  „997”,  ale  ostatecznie  uznała,  że  dopóki  ma  w  płucach gwarantujące  pewną wyporność  powietrze,  to wszystko  powinno  pójść  dobrze. Prąd  szarpnął  nią  kilka razy,  lecz  po  chwili  czwórka  z  fizyki  zaczęła  ją  wieść  w  stronę  powierzchni.  Martyna  wychwyciła kierunek  i gwałtownie waląc  ramionami, w kilku  ruchach dopłynęła do powietrza. Strząsnęła  z  twarzy mokre  włosy  i  parskając  jak  wieloryb,  postanowiła  przeprowadzić  ostrożną  analizę  głębokości.

Wytrenowana na pełnych pułapek basenach stolicy, posłużyła się taktyką żółwia. Maksymalnie wysunęła do góry brodę i utrzymując pion przy pomocy zrównoważonych ruchów rąk, ostrożnie zapuściła na zwiad palce  lewej  stopy. Ku  jej zażenowaniu noga nie zdążyła  się  rozwinąć do pełnej,  imponującej  jakby nie było długości.

Martyna  stanęła pewnie na piaszczystym dnie  i wynurzyła z wody górną połowę ciała.  Jej  lekko tylko napoczętym morską solą oczom ukazała się złocista plaża zwieńczona kołysanymi ciepłym wiatrem palmami. Jedynym dźwiękiem dochodzącym do  jej uszu był delikatny plusk  fal głaszczących  rozgrzany brzeg.  Nasza  niespełniona  podróżniczka  westchnęła  i  przypomniała  sobie  kurzące  się  w  domowym kibelku katalogi. Wyszła powoli na brzeg  i moszcząc się na suchym piachu zwróciła swą mokrą  i bladą twarz  ku  słońcu.  Zachwianie  stref  czasowych  sprawiło,  że  momentalnie  usnęła.  Jej  skwiercząca  w tropikalnym słońcu skóra była doprawdy błahostką w porównaniu z niewyobrażalnie ciężką wiedzą, jaka miała za chwilę spaść na naszą lekko tylko poparzoną Martynę.

– Mawning! /Dzień dobry!/ – wydarł się nad skwierczącą twarzą naszej poparzonej podróżniczki jakiś zagadkowy głos.

Martyna  z  trudem otworzyła oczy  i pierwszą myślą, która  ją obezwładniła, była niepohamowana żądza natychmiastowego zapalenia fajka. Przez chwilę dziwiła się, że na statku nawet przez moment nie pomyślała  o  papierosach,  ale  uznała,  że  to  pewnie  wina  rozrzedzonego  powietrza,  które  obecnie, wróciwszy do normalnej konsystencji, w naturalny sposób przypomniało naszej palaczce o jej życiowych powinnościach.  Odczuwając  nieznośną  lekkość  płuc, Martyna  usiadła  gwałtownie  i mrugając  oczami, ustabilizowała obraz ciemnej jak bezgwiezdna noc uśmiechniętej przyjaźnie gęby. Jej właściciel kucał na piasku tuż obok i wyraźnie zatroskany coś sobie cmokał pod nosem. Po chwili sięgnął ręką pod skleconą z  liści  palmy  spódniczkę  i wyraźnie  czegoś  tam  szukał. Uśmiechnął  się  zadowolony  i wyszczerzył  do Martyny zęby.

– Nie dziękuję! To znaczy ja mężatką jestem! – zełgała nasza spanikowana obecnie bohaterka.

– Tek! /Weź!/  –  powiedział  łagodnym  głosem  facet  i  zademonstrował  na  dłoni  maleńkie  niebieskie pudełeczko.

Martyna  zerknęła  nieufnie  na  pudełko,  czerwieniąc  się  jednocześnie  pod  czerwoną  opalenizną. Przez jej serce przemknął irracjonalny, lecz typowo babski cień zawodu odrzucenia.

– A co to takiego? – powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaznego tubylca.

Mężczyzna otworzył przesadnie wolnym gestem pudełko i myśląc zapewne, że ma do czynienia z przypadkiem wybitnie ograniczonej obcej inteligencji, umoczył palec w zawartości pudełka i wsmarował sobie w  nos  i  policzki. Martyna  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i wyciągnęła  rękę,  na  której  obcy  umieścił ostrożnie pudełko. Nasza podróżniczka przez chwilę wpatrywała się w jego niedbale zasunięte wieczko i z roztargnieniem przeczytała na głos:

– Nivea. Krem natłuszczający.

Zęby  faceta  kontrastując  ze  śniadą  skórą  błysnęły  w  promiennym  uśmiechu.  Potakująco  skinął głową, po czym przekrzywił ją na bok i zawijając na palce dorodnego dreda, czekał na reakcję Martyny.

Nasza  podróżniczka  w  czasie  zanurzyła  palec  w  kremie,  po  czym  nasmarowała  nos  i  policzki.

Westchnęła z ulgą i skoncentrowała się na podstawowej potrzebie zapalenia fajka. Spojrzała uważnie na tubylca i przyłożyła dwa palce do ust.

– Masz fajka? – zapytała z nadzieją, niepomna faktu, że jej rozmówca zapewne nie kuma ani słowa po polsku.

Jej rozmówca faktycznie nie znał polskiego, ale sugestywny gest nałogowego palacza dał mu wiele do myślenia. Ponownie sięgnął pod palmową spódniczkę i chwilę pod nią grzebał, po czym wydobył mały woreczek i zwitek suchych liści. Oczy naszej palaczki rozbłysnęły nietłumionym pożądaniem, a jej jęzor  zagarniał do wnętrza paszczy nadmiar wydzielanej śliny. Tubylec zerknął z troską w rozszerzone źrenice naszej bladej Europejki, po czym wskazał na łagodnie szumiące palmy. Martyna, dogłębnie skupiona na liściach i woreczku, nie zareagowała na zachętę, więc facet westchnął głęboko, sprawnie zwinął skręta, po czym podpalił go i umieścił na wysokości jej oczu. Nasza podróżniczka wpiła w fajka otępiałe spojrzenie i wyciągnęła drapieżnie łapska w jego stronę.

– Cum /Chodź/ – powiedział łagodnie obcy.

Martyna  uniosła  się  powoli  i  podążając  za  dymem,  dotarła  do  oferowanego  przez  palmy  cienia. Tubylec uśmiechnął się  łagodnie  i usiadł na piasku. Nasza zahipnotyzowana palaczka uczyniła  to samo, nawet na moment nie odrywając oczu od tlącego się skręta, który właśnie pojawił się w jej drżącej dłoni. Zaciągnęła się łapczywie, po czym nie chcąc wyjść na pazerną Europejkę, oddała fajka. Koleś zaciągnął się  głęboko  z wyraźną wprawą  i  umościł  się wygodnie  na  piasku,  podkładając  lewe  ramię  pod  głowę. Martyna  poszła  za  jego  przykładem.  Po  chwili w  palcach  je  prawej  dłoni wylądował,  delikatnie  tylko ośliniony  skręt,  którym  natychmiast  się  zaciągnęła.  Fajek  krążył  przez  kilka  minut  między  nimi,  by wreszcie  bezpowrotnie  się wypalić. Martyna westchnęła  z  żalem  i  zapatrzyła  się w  nieskażone  nawet najmniejszą chmurką niebo.

Jej nowy znajomy wiercił się przez chwilę niespokojnie, by po chwili usiąść i zanurzyć ponownie rękę  pod  palmową  spódniczkę.  Nasza  lekko  poparzona  Europejka  miała  nadzieję,  że  sięga  on  po woreczek i liście, ale tym razem z czeluści sekretnych schowków wyłoniła się buteleczka. Typek wyrwał z niej korek zębami i z zachęcającym uśmiechem podał ją Martynie, która nieufnie zaczęła gestykulować, starając  się  ustalić  zawartość  flaszki.  Tubylec  wskazał  palcem  na  zielone  korony  palm,  więc  nasza spragniona  podróżniczka,  uznając  że ma  do  czynienia  z  niewinnym  soczkiem,  pociągnęła  łapczywie  z flaszki, po czym zakrztusiła się  i sczerwieniała, podczas gdy koleś zaczął  rżeć  i klepać się z  radości po kolanach. Nasza  bohaterka  zacisnęła  zęby  i  starała  się  przejść  do  porządku  dziennego  nad  doznanym upokorzeniem,  lecz  pewne  instynkty  wygrały,  więc  poderwała  się  na  równe nogi  i  uniosła  do  góry flaszkę.

– Chcesz zobaczyć, jak piją dziewczyny z Ursynowa? – zapytała retorycznie. – No to patrz!

Martyna  niefrasobliwym  ruchem  uniosła  do  ust  flaszkę  i  na  jednym  wdechu  wypiła  całą  jej zawartość, po czym beknęła od niechcenia i ocierając usta dłonią, usiadła dostojnie na piasku, czekając na oklaski.

Nie  doczekała  się.  Zamiast  tego  w  jej  dłoń  zaplątał  się  podpalony  zapobiegliwie  skręt  uznania. Nasza Martyna dossała się do niego w sposób, którego przy najszczerszych nawet chęciach nie dało się nazwać powściągliwym. Piasek był ciepły i miękki, śmiech tubylca serdeczny, a słońce właśnie chowało się za odległe wzgórza.

Chwila, w której Martyna zorientowała się, że  jej dłoń zaplata kołtuny na grzywce, stanowiła dla niej sygnał alarmowy.

– Nawaliłam się! –powiedziała szczerze i otwarcie.

Znajomy leżał spokojnie i coś sobie nucił pod nosem. Martyna uniosła się na łokciu i węszyła sens słów, lecz nie znajdując go, położyła się z powrotem na piasku.

– Mówiłeś coś? – zapytała od niechcenia.

– Nuttin /Nic/.

– Aha! – odpowiedziała Martyna, po czym dodała. – Co o mnie myślisz?

– Putto-putto ooman /Mięciutka kobieta/ – odparł uprzejmie facet.

– Bujaj się! – odparła Martyna i zamknęła oczy.

Morze niosło przyjemny  szmer gasnącego dnia. Palmy ucichły w wieczornym mroku, a na naszą dziwną  parę  opadł  mglisty  parawan  poprzedniego  dnia.  Nasza  lekko  niedysponowana  bohaterka westchnęła  i przeciągnęła się  leniwie. Właśnie uznała, że znalazła swoje miejsce na ziemi  i postanowiła całkowicie wykorzystać czas darmowych wakacji.

– Wiesz?  –  zapytała  retorycznie  ziomala.  –  Fajnie  tu,  ale  właściwie  to  ja  nie  znalazłam  się  tu przypadkiem.

– Tak?  –  odparł  facet  w  pełni  zrozumiałym  dla  pozostających  w  innym  wymiarze wyrzutków języku. – A co cię tu sprowadza?

– Misję mam! – odparła Martyna, nawet się nie dziwiąc, że jej rozmówca gada po ludzku.

– Jaką misję masz, ooman? – zapytał leniwie Jamajczyk.

– No… muszę  uratować  Ziemię,  zbawić  ją,  a  do  tego  jeszcze  uchronić  Układ  Słoneczny  przed zagładą – wygłosiła melodramatycznie Martyna.

– No to przesrane masz, sista! – odrzekł spokojnie typek, po czym odwrócił się na bok i zachrapał donośnie.

– No faktycznie! Mam przesrane! – powiedziała sama do siebie nasza podróżniczka. – I moszcząc się  wygodnie  na  rycerskim  ramieniu  kumpla,  odcięła  się  od  wszystkich  zewnętrznych bodźców,  co zaowocowało niespotykaną eksplozją kosmicznego intelektu.

Niespotykana eksplozja kosmicznego intelektu

Co ja tu, kurwa robię? Krem Nivea? I niby ziomki Światowida ucierały składniki, pakowały w niebieskie aluminiowe pudełeczka  i  słały  żubrem na Jamajkę? Kuźwa, niech  ja dorwę  te zakłamane  komputery.  Leżę  bez  ruchu  i  tracę  czas. Audiotele  już  pewnie  się  zaczęło,  a  ja zmarnowałam jedną z trzech ostatnich godzin istnienia Ziemi. Miałam lecieć na degustację win, ale  te męty cyfrowe namieszały mi we  łbie… Kurde,  jakby  tak pomyśleć,  to była normalnie prowokacja! Pozbyli się mnie, żebym padła tu na tej cudownej plaży i przespała eksplozję. A w dupie z nimi! Ostatni raz się dałam zrobić w wała!

 

Martyna poderwała się na równe nogi i zerknęła z czułością na kumpla od fajki. Westchnęła ciężko i  walcząc  z  własnymi  wyrzutami  sumienia,  wyłuskała  z  jego  rozwartej  ufnie  dłoni  mały  woreczek. Wciskając  poczucie  winy  za  wyświechtany  frazes  o  wyższej  konieczności,  upchnęła  łup  w  kieszeni bojówek i ryknęła władczo:

– Zabierzcie mnie stąd!

Tym razem olała ugięcie nóg, co nie zmieniło faktu, że minione doświadczenia i tak zmiękczyły jej ciało  i  mózg.  Wylądowała  bez  większego  szwanku  w  kokpicie  i  omiotła  siarczystym  spojrzeniem znienawidzone maszyny, które błyskając niewinnie diodami, wyraźnie udawały niezgłębioną radość z okazji  jej  przybycia. Martyna  zerknęła  nerwowo  na  ścienny  zegar,  który  dobijał  właśnie  do  godziny 22.15, po czym ryknęła:

– Chamy,  wy!  Co  wy  se  myślicie,  że  ja  głupia  jestem?  Takie  prowokacje  to  se  możecie  w przedszkolu urządzać, a nie tu!

– Ale o co chodzi? – zapytał uprzejmie Lewy.

– O co chodzi?! Już pomijam, że chciałam  lecieć gdzie  indziej, a wy mi  tu we  łbie mieszacie, ale wysłałeś  mnie  złośliwie  w  lata  osiemdziesiąte  poprzedniego  wieku,  ściemniaczu  jeden!  –  warknęła Martyna.

– Nnnno co ty? – zająknął się Lewy.

– Weź ty już lepiej nic nie mów, debilu – parsknęła nienawistnie nasza bohaterka. – Krem Nivea! Mówi to coś twojej zakutej aluminiowej łepetynie?

Komputer zamilkł  i nawet wyciszył z zakłopotania wiatraczek. Martyna wpatrywała się z zadumą w komputery, by po chwili uśmiechnąć się triumfalnie.

– Mam  jeszcze prawie dwie godziny, prawda? – zapytała  słodziutko. –  I  tego  się właśnie boicie! Ha! Nie ze mną te numery! Ustawiaj koordynaty lotu na wieczorek degustacji win Ziomusia, i  lepiej nic nie kombinuj! – dodała groźnie.– A ja zaraz tu wrócę!

Martyna wybiegła z kokpitu i dopadła do wybebeszonych uprzednio szaf na pierwszym poziomie.

Przez  chwilę wpatrywała  się w  ich  zawartość,  coś  tam  sobie mamrocząc  ze  złością  pod  nosem,  by  po chwili szarpnąć energicznie nieco przybrudzony kremowy chałat i odwróciwszy się gwałtownie ponownie pobiec do kokpitu. Zanim  otworzyła drzwi,  jej gibkie  ciało opasywał  zwój  sfatygowanego materiału, a twarz ginęła w mroku niekształtnego kaptura.

– No to do dzieła! – zadysponowała z wyższością.

Komputer westchnął z rezygnacją, po czym niechętnie wypełnił polecenie. Martyna zdołała jeszcze pochwycić myśl,  że Środkowy milczy  co  najmniej  od  początku  rozdziału,  a  to  z  pewnością  nie wróży niczego dobrego, po czym jej przemyślenia ucięło znajome rwanie w okolicach pośladków.

Martyna 9

Martyna 9

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Martyna 8

Martyna 8

Rozdział 8

W którym nadchodzi czas, by Martyna stanowczo uderzyła pięścią w stół

Powoli,  z  pozornym  ociąganiem,  lecz  wewnętrznie  drżąc  oczekiwaniem,  nasza  oprawczyni  płazów opuściła  leżak  i  otulając  się  ręcznikiem,  podążyła  w  stronę  drzwi  tarasu.  Z  ciężkim,  obłudnym westchnieniem  weszła  do  kuchni  i  od  niechcenia  muskając  wskazującym  palcem  blaty  kuchenne,  podeszła  do  lodówki,  bynajmniej  nie wpatrując  się w  jej  drzwi.  Przesunęła zdawkowo kilka magnesików i nie wgłębiając się w sens, przeczytała odruchowo zawartość przypiętych nimi karteczek, które głosiły: „Ziomuś! Wrzuciłem browce, więc pilnuj temperatury”, „ Dzwonił ojciec, chyba  lepiej  się  czuje,  więc  oddzwoń  do  niego,  jak  wstaniesz!”,  „Zapłacić  rachunek  za  prąd!”, „Kierunkowy na Jamajkę: 00 1876”, „Zmieniłam numer telefonu na: 00 123456789. Mama”, „Zadzwonić do A.E – praca na fizykę, ważne!!!!!”, „Synu zamykaj lodówkę, bo się za prąd nie wypłacę! Mama”.

Martyna przesunęła lekko ananasa wykonanego z modeliny i niby niechcący pociągnęła za klamkę lodówki.  Jak  skrzętna gospodyni, wyjęła z otwierającego  się  sezamu puszeczkę o najkrótszym  terminie przydatności  i  z  namaszczeniem  postawiła  ją  na  blacie. Oparła  się  łokciami  o  kuchenny  blat,  podparła brodę  dłońmi  i  zatopiła  się w  swych  fascynujących myślach,  nie  spuszczając  z  oczu  rychłego  upadku słońca. Jej  inteligentny monolog wewnętrzny zajął ją do  tego stopnia, że nie ruszyła się z miejsca przez dobre pięć minut po nadejściu mroku.

Inteligentny monolog wewnętrzny Martyny:

„Fajne te palmy. Kurde, ciekawe, kto je podlewa? A może ja powinnam? Eeee…Pewnie sztuczne są, jak wszystko  tutaj. Ale co z moimi  tujami na balkonie? Nawet gdybym zostawiła klucze Szalińskiemu,  to podlałby  je co najwyżej kwasem solnym. Nieważne, czytałam, że one mogą długo bez wody wytrzymać.  A  z  jaką  częstotliwością  podlewa  się  palmy? Kurde, może  lepiej  nie  będę  ich ruszać, bo  jeszcze zgniją. Szkoda, że nie zapytałam o  to Pana Żaba. A swoją drogą,  jaki  to płaz wredny był. Nigdy nie lubiłam żab, ale w sumie przydają się, bo zżerają komary.

Kurde! Nie widziałam  tu żadnego komara. Dziwne. Ale na wszelki wypadek  trzeba poszukać, czy w szafkach nie stoi jakiś komarozol. Ryby też zżerają komary, choć właściwie to chyba chodziło o ich jaja czy coś. Kurde! Glonojady mi zdechną! Muszę wracać. Koniecznie! Choć, jakby się zastanowić,  to  akwarium  dawno  niesprzątane, więc  kupa  glonów w  nim  jest,  a  skoro  ryba nazywa  się  glonojad,  to  pewnie  żre  glony,  więc  z  głodu  nie  zdechnie.  Ciekawe,  czy zakręciłam  kran  w  łazience…  Szlag!  Pranie  zostało  w  pralce.  No  i  cholera  weźmie  mój ulubiony  sweterek.  A  tyle wspomnień  się  z  nim wiąże. Matko!  Ten  sylwester  był  obłędny. Szkoda  tylko,  że  petardy  nie  chciały  się  odpalać,  ale  to wina  przeterminowanych  zapałek. Właściwie dlaczego ja nie lubię szampana? Aha, wiem! Chodzi o to, że bąble komponują się odpowiednio wyłącznie z chmielową goryczką, a nie z radziecką rozpuszczoną landryną. A właściwie to chyba słońce już zaszło”.

 

Widzicie? To  jest najlepszy dowód na  to,  że niezawodny mózg Martyny,  choć wiedzie  jej myśli wyboistymi ścieżkami i tak zawsze dociera do sedna. Nawet palma ma ścisły związek z puszeczką. Nasza bohaterka oderwała twarz od dłoni i łokcie od blatu, po czym wpiła wzrok w półlitrową dawkę szczęścia.

Uszczęśliwiona  chwyciła  puszkę  i  otwierając  ją  pospiesznie,  skierowała  się  w  stronę  ekskluzywnej kanapy, która okazała się wielce wygodnym meblem. Lewa ręka Martyny konsekwentnie podtrzymywała browarek, lecz prawa wyraźnie się nudziła i niezależnie od woli Martyny namierzyła pilota od ogromnego telewizora, pokrytego swojską warstwą kurzu i roztoczy. Nasza bohaterka utkwiła oczy w budzącym się ekranie i pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był widok z kamery przedstawiający zdradzieckie komputery w pełnej  krasie. Martyna  przez moment wpatrywała  się w  ekran  i  przechylając  potarganą  łepetynę  to w lewo,  to  w  prawo,  usiłowała  dociec,  czy  Środkowy  z  Lewym  śpią  i  czy  ich  diody  są  całkowicie wygaszone.  Nie  znajdując  jednoznacznej  odpowiedzi,  Martyna  przerzuciła  kanał  i  jednocześnie poderwała się energicznie z zamiarem zaciągnięcia na dobre jasnych, lecz nieprzejrzystych zasłon salonu, które zakłócały barwy ekranu. Z tyłu dobiegł ją odgłos profesjonalnego odkaszlnięcia.

– Minęła godzina dziewiętnasta i rozpoczynamy główne wydanie „Trąby Jerychońskiej” – potoczył się  w  eter  stereofoniczny  głos  spikerki.  –  W  dzisiejszym  programie  będzie  mowa  o  najnowszych doniesieniach  z Kliniki  imienia  Pawłowa w której przebywa Szef.  Później  przedstawimy  aktualny  stan  gospodarki  Układu,  ze szczegółową analizą przyczyn osłabienia się dinara w stosunku do walut peryferyjnych. W cyklu „Gorący temat  dnia”  opowiemy  o  spektakularnej  akcji  ujęcia  przez  Siły Międzygalaktyczne  szajki  spekulantów dziełami  sztuki.  I  na  koniec  nasza  pogodynka,  Magdalena,  opowie  o  zagrożeniach  związanych  z nadchodzącą  burzą meteorytów. Nerwowych widzów  uspokoję  od  razu,  że  głównym Układom  nic  nie grozi, a epicentrum przetoczy się przez odległe od cywilizacji peryferie Układu Statycznego… znaczy… ekhm…  –  chrząknęła  z  zakłopotaniem  spikerka  –  przepraszam  Państwa  bardzo  –  Słonecznego. Gdziekolwiek to jest! – dodała, chichocząc panienka z okienka.

Martyna  usiadła  na  kanapie  i  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  biuściastą  blondynę.  Dla pewności  podkręciła  program  głośniej  i  w  skupieniu  śledziła  żywiołową  gestykulację  spikerki,  która właśnie zapowiadała materiał filmowy z Kliniki imienia Pawłowa.

– Że,  kurwa,  jak?  –  zareagowała  z  opóźnieniem  i  jednoczesnym  oburzeniem Martyna.  –  Że  co niby? – Dyszała z wściekłością i maltretowała zębami paznokieć kciuka.

Nasza ziemska  patriotka  wypiła  jednym  haustem  resztę  piwa  i  pobiegła  kłusem  po  następne.  Taka  była wnerwiona, że nawet nie sprawdziła daty, tylko z głośnym pstryknięciem oderwała gwałtownie zawleczkę i energicznie zawróciła w stronę kanapy. Usiadła i ostentacyjnie położyła nogi na ławie, wymachując przy tym  zawzięcie  paluchem  lewej  stopy.  Na  ekranie  widać  było  marmurową  piramidę  porośniętą  bujną tropikalną  roślinnością.  W  centralnym  miejscu  kadru  stał  koleś  z  wodogłowiem,  wkomponowany  w sielankę łagodnie kołyszących się palm.

– Dobry wieczór państwu! – powiedział gość z wodogłowiem, przygładzając fioletowymi mackami klapy  białego  fartucha.  – Witam  państwa w  imieniu  personelu Kliniki   Pawłowa,  której  jestem ordynatorem.  Jest mi niezmiernie miło poinformować,  że  stan naszego pacjenta polepsza  się  z każdym dniem. Kuracja  farmakologiczna przyniosła oczekiwane  rezultaty  i możemy  się  spodziewać nawiązania kontaktu  lada  dzień.  Dodatkowo  muszę  się  z  państwem  podzielić  optymistyczną  informacją.  Otóż, obecnie  jesteśmy w  trakcie  realizowania  drugiej  fazy  alternatywnego  leczenia,  które,  choć może  nieco niekonwencjonalne, ale przynosi zdumiewające efekty i niesamowity progres.

– Czy mógłby nam pan, panie ordynatorze, przybliżyć, na czym polega  ta rewolucyjna metoda? – zagruchała słodko ze studia geograficzna ignorantka.

– No  cóż…  khy,  khy  –  odchrząknął  ordynator  z wodogłowiem.  – Niełatwo  to wytłumaczyć,  ale najprościej  można  powiedzieć,  że  pacjent  jest  poddawany  stałym  bodźcom,  które  nasz niestrudzony personel konfrontuje z konkretnymi czynnościami. No nie chciałbym się tutaj wykazać niedyskrecją, bo w końcu przysięga Hipokratesa zobowiązuje…

– Hektolitra chyba, no nie? – wykazała się wiedzą Martyna.

– …więc może  ograniczę  się  do  stwierdzenia,  że w  przypadku  naszego  pacjenta  pewne  bodźce kojarzą się z pewnymi czynnościami i jakby to powiedzieć… – zająknął się ordynator. – No powiedzmy, że jak klaśniemy, to pacjent bez protestu udaje się do łazienki.

– Zadzwońcie dzwonkiem, to może coś zje! – zarechotała grubiańsko Martyna.

– No  tak!  Dziękujemy  za  wyczerpujące  informację  i  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  życzyć dalszych sukcesów – zakończyła temat lekko blondyna.

– Sukcesów,  jasne!  –  rżała  radośnie  Martyna.  –  Masz  jeszcze  jakieś  optymistyczne  wieści,  ty pomiocie prowincjonalnej cywilizacji? – dodała słodziutkim tonem.

Niezrażona  niepochlebnymi  opiniami  na  swój  temat,  spikerka  uśmiechnęła  się  promiennie.  Po chwili jej radosne oblicze ustąpiło miejsca materiałowi filmowemu, w którym na plan pierwszy wysunął się  łopoczący  na wietrze  przyozdobiony wizerunkiem  ryby  sztandar. Tło  było  granatowe, w  centralnej części  znajdował  się  schematyczny  rysunek  rybki,  która  natrętnie  kojarzyła  się  Martynie  ze  snem  o historyczce  i  jej mętnym  bajdurzeniem  o  starożytnej  symbolice.  Z  dolnej  części  łatwo  było  odczytać wyhaftowane  na  żółto  hasło:  „Fenomenalnie  Integralny  Układ  Towarzystwa  Elit  Kosmosu”.  Nasza bohaterka  skończyła właśnie  sylabizować złożoną nazwę, gdy ekran zmętniał  i po chwili wyostrzył  się, ukazując zbliżenie pomarszczonych dłoni, ze  skupieniem naciskających prymitywną praskę,  spod której wyskakiwały błyszczące monety. Kamera oddaliła  się powoli  i  na ekranie pojawił  się koleś  z dredami, który  ostentacyjnie  otarł  z  czoła  nieistniejący  pot  i  z  grymasem morderczego  zmęczenia  po  raz  ostatni naparł  wątłymi  muskułami  na  narzędzie  pracy.  Najwyraźniej  nie  kwalifikował  się  do  inteligentnego komentarza,  gdyż  po  sekundzie  na wizji  zmaterializował  się  typek w  obsypanym  brokatem  błękitnym garniturze. Nerwowo  odciągnął  od  grdyki  upstrzony wizerunkiem  nieba  krawat  i  zaserwował widzom oszałamiający  międzygalaktyczny  przegląd  nieskazitelnie  białych  zębów.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zagdakała ze studia blondyna.

– Dobry wieczór – odparł sztywno jej rozmówca.

– Panie  profesorze,  dochodzą  do  nas  niepokojące wieści  o  postępującym  spadku wartości  naszej nadrzędnej  waluty.  Czy  mógłby  się  pan  ustosunkować  do  tych  niepokojących  doniesień?  –  zapytała sztucznie zafrasowanym głosem panienka.

– No  cóż…  ykhy…  borykamy  się  z  chwilowymi  trudnościami  rynku.  Nasza  technologia, zatwierdzona od  tysiącleci, nie wytrzymuje  tempa w konkurencji z w pełni zautomatyzowanymi  liniami produkcyjnymi… ekhm… no, tych… sąsiadów… – dokończył dyplomatycznie profesor.

– Jak  to możliwe,  że  układy  peryferyjne  biją  naszą  technologię  na  głowę?  –  zapytała  niewinnie spikerka.

– No cóż… Sprawa jest złożona i niewątpliwie jednym z czynników jest niereformowana od setek lat procedura produkcji, co wiąże się również z aktualnymi problemami zdrowotnymi Sze… – zawiesił głos międzygalaktyczny ekonomista.

– No  tak! – weszła mu w słowo prowadząca. – Rozumiem, że  linia produkcji złotych dinarów nie wytrzymuje  tempa  w  porównaniu  z  nowoczesnymi  technologiami.  Czy  nie  ma  to  czasem  związku  z doborem personelu w zakładach przynależących do Fenomenalnie Integralnego Układu Towarzystwa Elit Kosmosu?

– Moja pani! – zirytował się profesor. – Tu nie chodzi o nasz personel! Uważam, że barter naszych pracowników,  w  zamian  za  sadzonki  ananasów,  zaowocował  ogromnie  korzystnym  kontraktem handlowym!  Jeśli  koniecznie  musimy  szukać  przyczyny  kryzysu,  to  uważam,  że  absurdem  jest  bicie złotych  monet  w  czasach,  gdy  istnieją  inne,  tańsze  materiały,  a  nadmierne  przywiązanie  do  tradycji wyraźnie mści się na naszej gospodarce. Do tego za katastrofalne uważam skutki złagodzenia embargo na tanie  produkty  pochodzące  spoza Układu!  –  dokończył  z  oburzeniem  profesor  i  z  odrazą  odciągnął  na boki klapy importowanej marynarki.

– Aha!  Czyli  F.I.U.T.E.K.  jest  bezradny  wobec  dewaluacji  dinara  i  zalewu  naszych  rynków produktami z Dalekich Układów Peryferyjnych Antagonistów? – ucieszyła się profesjonalnie blondyna.

– D.U.P.A. niszczy F.I.U.T.E.K! – ryknął dramatycznie profesor. – Zapamiętajcie moje słowa!

Profesor,  wyraźnie  wzburzony,  coś  jeszcze  wrzeszczał,  ale  studio  przechwyciło  głos  i  ukazało lekko wzburzoną blondynę, która poprawiając słuchawkę w uchu, rozciągała silikonowe wargi w próbie profesjonalnego uśmiechu. Martyna obserwowała ją z niekłamaną satysfakcją. Pociągnęła sążnisty  łyk z puszeczki, umościła się wygodnie i suszyła zęby w stronę ekranu.

– Pogadaj o  tym ze Starowiczem – zarechotała, poderwała się  i pobiegła do  lodówki po dokładkę szczęścia  i  przy  okazji  jej  łapa  poleciała  do  szafki,  w  której  spoczywały  chipsy  o  smaku  cebulki.

Okoliczności  wyraźnie  uzasadniały  pochłonięcie  wzmiankowanej  bomby  kalorycznej,  zwłaszcza  że osamotniony  na  chwilę  odbiornik  nie  ustawał  w  generowaniu  kolejnych  rewelacji.  Gdy  Martyna ponownie  doskoczyła  do wieczornego  serwisu  „Trąby  Jerychońskiej”,  sytuacja  znacząco  się  zmieniła.

Amatorska  kamera  prezentowała  dramatyczną  i  brutalną  scenę  ujęcia  okutanego  w  połyskliwą  szatę osobnika,  który  obsesyjnie  zasłaniał  twarz  ramionami.  Na  dole  ekranu  pulsował  czerwonymi  literami napis: „Spektakularne rozbicie szajki złodziei na jednej z planet D.U.P.A.”. Po chwili trzęsąca się kamera wycofała  zbliżenie  szamoczącego  się  przestępcy  i  zrobiła  najazd  na  wnętrze  zakamuflowanego pomieszczenia,  w  którym  tłoczyły  się  przeróżne  przedmioty  sztuki  użytkowej.  Nic  one Martynie  nie mówiły,  do  czasu,  gdy  czujne  oko  kamery  uwięzło  w  legendarnym  na  Ziemi,  łagodnym  uśmiechu Mony Lisy.

– Spektakularna akcja  rozbicia  szajki złodziei zaowocowała przejęciem ponad  tysiąca unikalnych dzieł sztuki, w większości zrabowanych z planet D.U.P.A. Nie mamy  jeszcze komentarza co do tego, w jaki  sposób  arcydzieła  trafiły w  te  odległe  rejony  i w  jakich  okolicznościach  zostały  zagrabione  przez sprawców. Wciąż czekamy na komentarz policji międzygalaktycznej. Zgodnie z opinią ekspertów wartość rynkowa  zarekwirowanych  dzieł  sztuki  pokrywa  się  z  rocznym  obrotem  wyjątkowo  dochodowego Butelkowania  I  Eksportu  Dóbr  Alkoholowych,  co  przekłada  się  na  niebagatelną  kwotę  piętnastu miliardów dinarów.

Kamera ponownie skupiła się na przestępcy, który najwyraźniej sam  stanowił ową wieloosobową szajkę. Lekko otumaniony osobnik nie zdążył całkowicie zasłonić twarzy i przez mgnienie fragment jego rysów był doskonale widoczny w stucalowym powiększeniu.

– Lucek? – zapytała retorycznie Martyna. – Co tu się, kurna, dzieje? – dodała po chwili z wyraźną  pretensją w głosie.

Nikt nie raczył jej odpowiedzieć, co więcej, materiał właśnie się kończył i spikerka zapowiedziała blok  reklam,  jednocześnie  radząc,  by  nie  oddalać  się  od  odbiorników,  bo  za  chwilę  rozpoczną  się sensacyjne doniesienia pogodowe. Martyna, wytrenowana w ziemskich warunkach na rodzimej telewizji, poderwała  się  na  równe  nogi  i  nie  czekając  na  durną  melodyjkę  rozpoczynającą  blok  reklamowy, pokłusowała do łazienki. W końcu właśnie po to są reklamy.

Gdy nasza piwoszka wróciła przed telewizor, reklamy oczywiście jeszcze trwały, usiłując wmówić Martynie, że jedynie proszek „Galaktyka” dopierze plamy z ketchupu na jej podróżnym kombinezonie, że jej  dziecko  z  pewnością  będzie  szczęśliwe  dopiero  wtedy,  gdy  zrobi  kupę  do  niesamowicie miękkiej pieluchy  „Czerwony  Karzeł”,  a  mąż  Martyny  odzyska  siły  witalne  po  systematycznym  zażywaniu preparatu witaminowego  „Kosmiczny Wulkan”. Nasza  bohaterka  dowiedziała  się  również,  że  „Cosmo-catering” dostarczy dowolne potrawy  i płyny w najdalszy zakątek Układu, a  jeśli klient ma życzenie,  to nawet  jeszcze  dalej. Martyna  nie  uległa  sugestywnej wizji  idealnego  świata,  po  części  dlatego,  że  nie miała  ani męża,  ani dzieci,  a  na dodatek nie przepadała  za pomidorami w postaci półpłynnej  i do  tego mając  w  perspektywie  spłatę  zaległego  czynszu,  raczej  nie  będzie  się  wygłupiać  i  zamawiać  żarcia nie wiadomo skąd, zwłaszcza że na dole małymi literkami napisali: „Za dolot płaci klient”.

Sięgnęła  do  lodówki  po  trzecie  piwko  i  usiadła  przed  telewizorem  dokładnie w  chwili, w  której reklamy się skończyły. Przez chwilę rozmyślała, dlaczego spikerzy nigdy nie mówią „Do zobaczenia po reklamach”  tylko „Do zobaczenia po krótkiej przerwie”  i doszła do wniosku, że barany z  telewizji być może  mają  nadzieję,  że  w  ten  sposób  zmylą  przeciwnika,  który  na  pewno  nie  będzie  się  spodziewał reklam,  jeśli  się  powie  „przerwa”,  i  na  pewno  nie  ucieknie,  gdy  będzie  ona  „krótka”. W  końcu  umysł telewidza, podłączonego do mózgu centralnego, jakim jest Bóg Telewizor, nie domyśli się, że te kolorowe historyjki  to  reklamy.  Zdaniem  speców  od  marketingu  i  reklamy  śliniące  się  rośliny  przed  ekranami pomyślą, że  to  inny, nieco bardziej kolorowy  i wielce  radosny program. Ale  nie z Martyną  te numery!

Przejrzała na wylot  te knowania  i ostentacyjnie wychodziła  z pokoju podczas każdego bloku  reklam.  I trzeba oddać sprawiedliwość prawdzie, że dzięki temu spędzała znacznie mniej czasu przed telewizorem.

Martyna  wyprostowała  się  gwałtownie  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  te  reklamy  nie  są  przypadkiem podstępnym  i utajonym narzędziem manipulacji sponsorowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Nie dane jej  jednak  było  rozwikłanie  tej  palącej  kwestii,  bo  przed  jej  oczy wcisnęła  się  jakaś  ruda  z  kręconymi włosami i wyginając się wdzięcznie, wskazała smukłym paluszkiem mapę kompletnie nieznanej Martynie galaktyki. Panienka uśmiechnęła się wdzięcznie i spojrzała naszej bohaterce prosto w oczy.

– Witam  serdecznie!  Jest  mi  miło  poinformować  Państwa,  że  dzisiejszej  nocy  temperatura  na plantach  Układu  będzie  się  wahać  od  –  50  do  +  50  stopni  Celsjusza,  czyli  będzie  dokładnie  tak  jak zawsze, więc zupełnie nie wiem, po co mi to każą mówić co wieczór. Aha! Pewnie dlatego, że mi za to płacą! – roześmiała się ruda i po chwili nieco się zreflektowała. – To taki żarcik, proszę państwa.

Martyna,  nie  całkiem  rozbawiona,  wpatrywała  się  intensywnie  w  twarz  pogodynki,  a  jej  mózg przesiewał  terabajty  zarchiwizowanych myśli w  poszukiwaniu  tej  jednej,  ulotnej,  której istnienia  nasza myślicielka  nawet  się  nie  domyślała.  Ruda  w  tym  czasie  zawiesiła  głos  i zmieniła  wyraz  twarzy  na nieomal zatroskany.

– Zgodnie z tym, co już wcześniej państwo usłyszeli, możemy się spodziewać deszczu meteorytów o  nienotowanej  wcześniej  sile.  Muszę  jednak  uspokoić  naszych  miłych  widzów,  ponieważ  jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami tego fenomenu pogodowego będzie znaczne obniżenie ciśnienia, lekkie wstrząsy  i  co  za  tym  idzie,  gorsze  samopoczucie,  głównie  pośród  meteoropatów,  hipochondryków  i histeryków. Nasi eksperci wyliczyli, że meteoryty miną wszystkie planety Układu, a  ich niszczycielska siła skoncentruje się w odległym od nas systemie planetarnym o nazwie Układ Słoneczny, którego planety są  niezamieszkałe  bądź  prezentują  jedynie  prymitywne  formy  życia.  Jeśli  są  państwo  zainteresowani śledzeniem  serii  spektakularnych  eksplozji,  to  proszę  się  zalogować  na  naszej  stronie  internetowej,  na której,  po  wniesieniu  symbolicznej  opłaty,  będzie  można  obserwować  na  żywo  zagładę  Układu Słonecznego  –  powiedziała  ruda  i  uśmiechając  się  profesjonalnie,  dodała  rzeczowo:  –Oczywiście  dla pierwszych stu osób, które opłacą przekaz z zagłady, mamy wartościowe upominki rzeczowe. Dodatkowo już teraz uruchamiamy infolinię audiotele, w której mogą państwo wygrać sto tysięcy dinarów i komplet pamiątkowych  zdjęć.  Pytanie  na  dzisiaj  brzmi:  Proszę  powiedzieć,  jak  nazywa  się  gwiazda  Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga Mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

Na  państwa  zgłoszenia  czekamy  do  godziny  23.50,  czyli  mniej  więcej  dziesięć  minut  przed planowaną  eksplozją  Słoń…  to  znaczy…  –  zmieszała  się  sztucznie  pogodynka  –  to  znaczy przed planowaną eksplozją gwiazdy Układu Słonecznego wraz z towarzyszącymi jej planetami. Na dole ekranu widnieje numer, pod który należy dzwonić.

– Ha! – wygłosiła triumfalnie Martyna i pobiegła po telefon. Impuls radości spowodowany wiedzą opadł  równie  nagle  jak  powstał.  Nasza  ekspertka  od  astronomii  odkręciła  się  na  pięcie  i  dopadła  do ekranu. Przysunęła badawcze spojrzenie do  telewizora  i wiedza znacznie głębsza spłynęła na jej światły umysł.

– Magdusia? Magdusia z ósmej „a”? – zapytała ekran niepewnie.

Pogodynka wpiła w Martynę spojrzenie i przez chwilę zdumiona milczała.

– Znamy się? – opowiedziała w końcu z wyższością.

– Znamy! – wysyczała Martyna. – Odebrałaś mi Dariusza!

Ruda Magda potrząsnęła wdzięcznie burzą miedzianych loków i od niechcenia przesuwając dłońmi po  wyjątkowo  zgrabnych  i  modnie  odzianych  biodrach,  wyszczerzyła  równiusieńkie  białe  zęby  w złośliwym uśmiechu.

– Marta! Jak miło cię widzieć!

– Martyna, nie Marta! – wycedziła nasza urażona bohaterka.

– No tak! – lekceważąco machnęła dłonią Magda. – Skąd się tu, nieboraczko, wzięłaś? –rzuciła po chwili.

– A ty?

– No wiesz! – zamrugała rzęsami ruda. – Karierę robię. Od podstawówki było jasne, że będę kimś, no nie? W końcu byłam…

– …najbardziej popularną dziewczyną w szkole! – weszła jej w słowo Martyna.

– No  właśnie!  –  powiedziała  z  satysfakcją  najbardziej  popularna  dziewczyna  w  szkole  i pieczołowicie przygładziła brwi tipsami palców wskazujących. – I jak widać, nic się nie zmieniło, co?

W  lekko  zapuszczonym  ciele Martyny  rodziła  się myśl  o  kompleksowych  usługach  fryzjersko-kosmetycznych.  Przez  kilka  sekund  wyobrażała  sobie  swoje  jestestwo  upchnięte  w  nieskazitelny, wypracowany w pocie czoła kostium, którego najdrobniejsze zagięcia doprowadzają do palpitacji serca.

Przez  jej  potargany  łeb  przegalopowało wspomnienie  niewiernego Dariusza  i  triumfalne wejście  rudej Magdy na szkolną dyskotekę pod rękę z wyżej wymienionym. Nasza niedoszła psycholożka do dziś dnia nie umiała sobie wytłumaczyć fenomenu istnienia Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole.

Fenomen Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole

W czasach, gdy pochłania się miliardy cukierków, a w napchanej sianem głowie nie pojawia się  myśl  o  ich  zawartości  kalorycznej  i  –  co  zapewne  zszokuje  czytelników  –  nie  istnieje rytuał wklepywania  kremów  przeciwzmarszczkowych,  istnieje  za  to  centralna  postać myśli każdej  młodocianej.  Owa  postać  to  Najpopularniejsza  Dziewczyna  w  Szkole.  Podziwiana prawie  tak  mocno  jak  idol  z  plakatu,  ale  jednak  materialna  i  codziennie  widywana.  Jej kpiący uśmiech, którego serdeczność zarezerwowana jest wyłącznie dla nauczycieli i uczniów płci męskiej, wyznacza  rytm  szkolnego  dnia wszystkich  dziewczynek.  Jej  opinia wpływa na każdy aspekt  szkolnego  życia. Jeśli  jej  zdaniem modne  jest noszenie czerwonych  spodni,  to nosi je cała żeńska część szkolnej populacji. Jeśli modne jest wyrzucanie do kosza kanapek, to kosze puchną od pakowanego  troskliwymi rękoma mam chlebem. Najbardziej Popularna Dziewczyna w  Szkole  jest  pupilką wszystkich  i  rozdziela  łaski  niczym  królowa.  Jej  dwórki kochają ją i jednocześnie liczą na to, że się potknie i skręci kark.

A co dzieje się po latach?

No cóż. Najpopularniejsza Dziewczyna w Szkole odpływa w kompletnie inny wymiar, a cała żeńska połowa twojej szkoły z wypiekami na twarzy szuka jej w internecie. Może uda się znaleźć  jej  profil?  Może  okaże  się,  że  jest  gruba  i  ma  stado  dzieci?  Albo  chociaż  się rozwiodła?

Nic  z  tego kochani. Królowa, niezależnie od  tego,  jak potoczą  się koleje  jej  losu nigdy nie zniża się do rozrywek gawiedzi.

 

Jeśli chodzi o  ścisłość, Martyna nigdy nie namierzyła profilu  rudej. Wyparła z mózgu  jej istnienie,  by  odzyskać  odpowiedni  poziom  samooceny,  teraz  zjeżdżającej  windą  z podniebnych przestworzy aż na depresyjny poziom Żuław, które za cztery godzin miały przejść do historii.

Teraz  patrzyła  w  kpiące  oczy  Najbardziej  Popularnej  Dziewczyny  w  Szkole  i  w  ekspresowym tempie ogarniała ją furia. Odpychając od siebie mgliste widmo Darusia, skupiła się na bardziej palących problemach.

– Co to za ściema? Dlaczego gadasz do mnie z telewizora? Przecież to nie jest możliwe! – warknęła nasza mistrzyni kojarzenia  faktów, pamiętając,  że  jej kolega  z przedszkola nigdy nie pomachał do niej ręką ze scenerii Tik-Taka. Obrażonej Martynie mama wytłumaczyła wówczas, że nie zawsze ci, których widzimy, widzą  również  nas.  Podczas  traumatycznych  trzydziestu  lat  życia  nasza  bohaterka miała  się przekonać, że ta złota myśl ma zastosowanie w znacznie szerszym aspekcie niż przekaz telewizyjny.

– Martyna,  no  co  ty?  Tutaj  są  nieco  wyższe  standardy  przekazu!  –  roześmiała  się Magdusia, a Martyna przetłumaczyła to sobie na: „Marta, ty wsiuro w Koziej Wólce hodowana!”.

– I co? Chcesz powiedzieć, że nagle  ileś  tam milionów  ludzi  słucha  reklam, a  ty  sobie gadasz ze mną, jak na szkolnym korytarzu? – zapytała Martyna z ironicznym uśmieszkiem.

– No  niezupełnie,  choć  z  tymi  reklamami  masz  rację.  Czas  antenowy  się  liczy,  więc  kosztami rozmowy został obciążony właściciel IP odbiornika, z którego właśnie się łączysz – wyjaśniła mściwym tonem ruda.

– Ha! To akurat najmniej mnie teraz interesuje – zarechotała Martyna.

– No dobra, skoro uprzejmości mamy już za sobą, to bądź łaskawa się rozłączyć, bo po jedenastej znów  wchodzę  na  wizję.  No  wiesz,  audiotele  będzie  –  przeciągnęła  się  jak  kotka  nasza sprzedajna pogodynka.

– O co chodzi z tymi meteorytami? – zapytała Martyna.

– No  cóż,  obawiam  się,  że  twoja mała,  prowincjonalna  planetka  przestanie  istnieć  za  trzy  i  pół godziny – oparła niefrasobliwie Magdusia.

– Co to za pierdoły są? – zirytowała się nasza bohaterka.

– Żadne pierdoły, Martusiu,  tylko nieuchronny koniec Układu Słonecznego. Jeśli o mnie chodzi – dodała pogodynka, wpatrując się ze skupieniem w swoje długaśne tipsy – mam to w dupie.

– Jak to masz w dupie? – wycharczała, dysząc złością Martyna. – Nie obchodzi cię, że twój dom się rozpieprzy w drobiazgi? Co z ciebie za Ziemianka, co?

– Moja droga – owe słowa Magdusia wypluła z siebie z głęboką pogardą. – Jaki dom? Prowincja i tyle. Ja karierę robię! A ty się ciesz, że jakimś przedziwnym sposobem znajdujesz się w Raju 3.14, a nie na swojej byłej planetce.

– Skąd, do cholery, wiesz, gdzie jestem? – krzyknęła Martyna.

– Rozmowa  kontrolowana,  moja  droga.  Musimy  wiedzieć,  kogo  obarczyć  rachunkiem  za bezpośrednie połączenie  ze  studiem  –  odpowiedziała  pogodnie  Najbardziej  Popularna Dziewczyna  w Szkole.

– A w dupie mam wasze studio! – splunęła na podłogę Martyna.

– No to może rozłącz się w końcu? Czas antenowy ucieka! – zasugerowała łagodnie Magdusia.

– Ha!  Czyli  ty  nie  możesz  przerwać  połączenia?  –  wykrzyknęła  triumfalnie  nasza  przenikliwa znawczyni kosmicznych technologii.

– Istotnie,  nie  mogę,  chyba  że  za  specjalnym  zezwoleniem  Zarządu.  Nowa  polityka  firmy.  No wiesz,  klient  nasz  pan.  Ale  ostrzegam  cię,  koszt  tego  połączenia  sprawi,  że  zlicytują  twój  statek  – powiedziała zdradziecka ruda żmija.

– A w dupie  to mam! Siedź  tu  i płacz, bo  ja się nie  rozłączę na pewno! – zarechotała Martyna. – Idę, a ty tu siedź i już płacz po audiotele.

– Martyna!  No  co  ty?  Daj  spokój!  Przecież  to  nie  ma  sensu,  pieniędzy  szkoda!  –  wyjąkała Magdusia. – Dla mnie to audiotele jest ważne, bo to będzie szło na wszystkie planety F.I.U.T.E.K. No nie zgrywaj się!

– Powiedz  mi,  jak  cię  tu  przywiało,  to  się  zastanowię  –  zasugerowała  wspaniałomyślnie  nasza manipulantka.

– To  będzie  bardzo  krótka  historia.  Po  liceum  zwerbował  mnie  jakiś  koleś  w  złocistej  szacie. Pokazał mi, że poza Ziemią istnieje znacznie ciekawszy świat, w którym drzwi do kariery stoją otworem. I  to  właściwie  tyle  –  wzruszyła  ramionami  Magdusia.  –  Dostałam  stypendium  na  Akademii  Szefa, wyszkoliłam  się na pilota  i odbyłam kilka misji. Potem Szef… ekhm… no  ten… no… w każdym  razie postanowiłam się sprawdzić w szołbiznesie i jak widzisz świetnie mi idzie! – zakończyła opowieść nasza ruda karierowiczka.

– Lucek! – powiedziała do siebie Martyna.

– Że  kto? W  sumie  nieważne!  Rozłączysz  się  teraz?  –  zapytała  uprzejmie  podstępna złodziejka chłopięcych serc.

– Nikt, nieważne! Nie, nie rozłączę się! – odparła stanowczo Martyna.

– Jak to nie? – wyjąkała ruda. – Ależ kochanie! Za chwilę zaczniemy naliczać ekstra stawkę, więc nie rób głupstw! Zaraz pójdę do Dyrektora! – zagroziła, jak niegdyś w podstawówce.

– W  dupie  to mam!  –  eksplodowała Martyna.  – Gówno mnie  obchodzi  twoje  audiotele! Tu coś śmierdzi na kilometr  jak piard czerwonego karła! Najpierw widzę Lucka  i zrabowane z Ziemi  starocie, potem ciebie, w międzyczasie wciskam żabie  rurkę w  tyłek, a  teraz  się dowiaduję, że za niecałe cztery godziny nie będę miała dokąd wracać! W dupie to mam i chcę do domu! Czynsz płacę? No dobra, to nie był dobry argument… – spuściła z tonu nasza dłużniczka.

– Martyna!  Ja  cię  proszę!  Rozłącz  się,  później  pogadamy,  dobra?  –  prosiła  aksamitnym  głosem złodziejka Darusiowego serca.

Martyna  podparła  brodę  dłonią  i  zapatrzyła  się w  okruszki  chipsów  pokrywające  ławę.  Poblask rudych  włosów  zakłócał  monotonne  kolory  hartowanego  szkła.  Po  chwili  w  pole widzenia  naszej buntowniczki  nadciągnął  komar.  Z  irytującym  bzyczeniem  wykręcił  dwa  powietrzne  piruety  przy policzkach Martyny, po czym  zaczął zataczać kręgi nad zaświnioną  ławą. Nasza pogromczyni owadów zogniskowała mętne  spojrzenie  i z całej  siły uderzyła pięścią w  stół. Komar  trysnął podstępnie zdobytą krwią i padł bez życia pomiędzy okruszkami chipsów.

– Siedź  tu!  –  poleciła  byłej  koleżance.  –  Nie  będzie  audiotele!  –  po  czym  chwyciła  pilota  i wyciszyła jej protest.

Nasza  pozytywna  bohaterka  poderwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  do  lodówki. Wyjęła  z  niej piwko  i  ze wzruszeniem  ramion  odcinając  się  od Magdusi,  pobiegła w  stronę  schodów wiodących  do purpurowej sypialni. Nadciągała jak anioł zemsty.

Martyna 7

Martyna 7

 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.

Martyna 6

Martyna 6

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Martyna 4

Martyna 4

W którym Martyna musi wykazać, że jej mózg ogarnia nieco więcej niż horoskopy

Spokojna, lecz krótka noc przeminęła bezpowrotnie w chwili, w której Martyna przegrała  z  kretesem w  starciu  z  ograniczeniami  pojemności  własnego  pęcherza. Wstała ze skotłowanej pościeli i stanęła na środku pokoju, próbując sobie przypomnieć drogę do  łazienki. Kiwała się z na wpół przymkniętymi oczami i po chwili namierzyła szczyt kręconych schodów znajdujący się po  prawej  stronie  pokoju.  Ruszyła  w  dół,  ostrożnie pokonując dwa zakręty, i wreszcie stanęła na wprost łazienki. Tknęła ją myśl, że projektant statku, znając upodobania rezydentów do browaru, powinien stworzyć drugi kibel na górze, ewentualnie rurę strażacką w miejsce eleganckich schodów. Niosąc pod powiekami widok syna Szefa zjeżdżającego w pośpiechu na pierwszy  poziom,  zachichotała  bluźnierczo  i  z  westchnieniem  ulgi  wpadła  do  błękitnego  przybytku.

Zostawmy  ją  na  kwadrans,  po którym wyłoni się odświeżona z łazienki,  i  zajmijmy  się  analizą  dotychczasowych  zdarzeń  z perspektywy trzeźwego umysłu.

Analiza zdarzeń z perspektywy trzeźwego umysłu

Niestety,  ten  program  jest  niedostępny  do  końca  opowieści.  Po  usłyszeniu  rżenia  autora

zostaw wiadomość. Dziękujemy.

Skoro tak, to poczekajmy chwilę cierpliwie pod drzwiami łazienki i skupmy uwagę na malowidłach pstrzących  ścianę wokół włazu wejściowego. Nie  da  się  ukryć,  że  syn  Szefa miał wyrafinowany  gust, ścianę  zdobiły  bowiem  przeróżne Kossaki  i Berezowskie,  dało  się  również  namierzyć  szkice  Picasso  i Norwida. To, co wprawiłoby w zachwyt każdego wielbiciela sztuki, okazało się jedynie plamą kolorów na ścianie  dla  wyłaniającej  się  z  łazienki Martyny. Może  to  i  dobrze,  niewiedza  powstrzymała  bowiem zapłon  chciwości  w  jej  podpuchniętych  oczach.  Nasza  nieco  zdezorientowana  bohaterka  stanęła naprzeciwko kręconych schodów, nie spuszczając jednak z oczu otwartych zachęcająco drzwi do salonu.

Po dłuższej chwili wahania  zrezygnowała z potrzeby natychmiastowego sprawdzenia daty ważności zapasów piwa  i  poszła w kokpitu.

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami  podstępne  komputery  jedynie udawały  stan  błogiej  hibernacji.  W odpowiedzi na  odgłos  kroków Martyny  Środkowy  błysnął  lampką, która zdradziła  intensywność przemyśleń  twardego dysku. Ten po  lewej właśnie udawał, że  się budzi  i Martyna mogłaby przysiąc, że coś mu chrupało w obwodach, gdy powoli odpalał zaspany monitor.

– Dzień  dobry  –  powiedziała  uprzejmie  nasza  bohaterka  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła w fotelu.

Monitory,  całkiem  już  ożywione,  generowały  świetliste  ciągi  liczb  i  postękiwały  z wysiłkiem.

Jabłko, całkiem zdechłe,  rdzewiało  sobie cichutko. Środkowy komputer wyświetlił po chwili powitalne hasło: „Witamy w Raju 3.14” i zaszumiał figlarnie wiatraczkiem.

– Dzień  dobry  –  odpowiedział  równie  uprzejmie.  –  Mam  nadzieję,  że  się  wyspałaś  i  teraz

wysłuchasz w końcu wszystkiego, co wysłuchać i zrozumieć musisz.

– To wszystko zależy od tego, czy mi powiesz, co ja tu właściwie robię – odpaliła słodko Martyna i z obojętną miną zajęła się zeskrobywaniem lakieru z paznokci.

– Nie  rozluźniaj mnie, babo!  –  parsknął metalicznym  śmiechem Środkowy,  gubiąc  bezpowrotnie przesłodzoną  uprzejmość.  –  A  jak  myślisz?  Wycieczka  krajoznawcza?  Sekretna  misja  konsultantki Avalonu?

– Avonu, jeśli już – poprawiła z godnością Martyna.

– A co mnie  to, kuźwa, obchodzi? Jak dla mnie może być nawet Panteonu albo  freonu!  – odparł rozsierdzony  komputer.  –  Przysłał  cię  syn  Szefa,  tak?  Znaczy wiedział,  co  robi,  tak?  I  ty mnie  teraz pytasz,  co  ty  tu  robisz? Martyna,  do  nędzy,  powinnaś  mi  wydawać  komendy,  a  nie  zadawać  durne pytania.

– Komendy,  powiadasz?  –  wyszczerzyła  się  radośnie  nasza  leniwa  konsultantka  do  spraw kosmetyków. – No to dawaj mi tu kawę, natychmiast!

Komputer  zaiskrzył  złością,  ale  po  chwili  skapitulował  i  wyświetlił  komunikat:  „Zamówienie przyjęte. Nasza dyżurna winda realizuje zamówienie z kuchni”.

– No!  –  sapnęła  z  satysfakcją Martyna.  –  I właśnie o  to mi  chodziło! A  teraz  gadaj mi,  co  ja  tu robię? Tylko grzecznie! – dodała moszcząc się wygodnie. – Bo jak nie, to zrobię tu takie sztuczki, jakich nawet Ewa nie pokazała.

– Baby… – jęknął żałośnie Środkowy i po chwili zawtórował mu kumpel z lewej strony. – Po jasną cholerę nam tu nierozumne baby? Gdyby nie alzheimer Szefa…

– No, no, no! – uniosła się na fotelu Martyna. – Tylko nie baby! Po kolei gadaj! Jaki alzheimer?

– No,  Szef  się  zestarzał  i  zaczął  podejmować  decyzje,  które…  –  Środkowy  zawiesił  się  z premedytacją i zaczął błyskać obwodami.

– …które  były  do  dupy?  –  dokończyła  usłużnie Martyna  i  rzuciła  po  namyśle:  –  Kiedy  to  się zaczęło?

– Jakieś trzy tysiące lat temu – pisnął przestraszony Lewy.

– Nie było tak źle… na początku… – sprostował Środkowy.

– No  nie  było  –  przytaknął  skwapliwie  Lewy  i  po  chwili  wahania  dodał  –  Ale  syn  Szefa  się wnerwiał, bo Szef ciągle się czepiał i w ogóle.

– No  czepiał  się,  czepiał!  Jak  się  miał  nie  czepiać,  kiedy  syn  sprowadzał  tu  różne  dziwactwa? Pamiętasz tych z Marsa?

– Teraz macie gościa z blokowiska – powiedziała stanowczo Martyna  i walnęła pięścią w  stół. –  I koniec z niesubordynacją! Proszę mi natychmiast wyświetlić przeznaczoną dla mnie prezentację!

– Służę uprzejmie – wymamrotał Środkowy i rozbłysnął feerią barw.

Martyna wlepiła  oczy w monitor  i  skupiła  się  na  tajemniczym  spektaklu. W  jej  uszy  sączył  się łagodny głos Środkowego.

Opowieść Środkowego

– Strategicznie  rozmieszczone  statki  od  tysiącleci  patrolowały  przestrzeń  kosmiczną. Dowódcami byli przeważnie gruntownie przygotowani absolwenci Akademii Szefa. Wszystko toczyło  się  sprawnie  do  czasu,  gdy  syn  Szefa  postanowił wzorem  swoich  sióstr wstąpić  na uczelnię  i  szkolić  się  na  pilota  statku. Gdy  chłopak  z  trudem  osiągnął absolutorium  i  było jasne, że raczej nie obroni dyplomu, Szef się nad nim zlitował i powierzył mu warunkowo Raj 3.14. Piękne  to  były  czasy!  Syn  rozkręcał  się,  podróżował  bez wytchnienia  i  zapraszał  na pokład  kolejnych  gości.  Zdawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze  i  że  w  kampanii wrześniowej  syn  Szefa w  końcu  się  obroni.  Szef  pociągnął  za  sznurki  i młody  dostał  jako pracę  dyplomową  maleńką  planetkę  na  końcu  świata.  Młody  kilkakrotnie  ją  odwiedził  i wracał  na  statek  wielce  zadowolony.  W  czasach,  gdy  Szef  już  naprawdę  musiał  iść  na terapię, Młody  znalazł  paru  kumpli  na  planetce,  konkretnie w miejscu,  które  nazywało  się Jamajka, i co wieczór wracał na czworakach do purpurowej sypialni.

– To  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  syn  Szefa  zapuścił  długie  włosy  –  podpowiedział usłużnie Lewy.

Środkowy odchrząknął metalicznie i powrócił do brutalnie przerwanego wątku:

– Gdyby Szef wiedział, co tu się dzieje, z pewnością wkroczyłby do akcji, ale klinika, w której się  leczył  z  chronicznego  zapominania wszelkich  faktów,  nie udzielała przepustek. Zresztą, nic by  to nie dało, bo zanim Szef dotarłby do Raju 3.14, zapomniałby o celu swojej wizyty. Trudno  się  dziwić,  że  Młody  czuł  się  bezkarny  i  skakał  jak  konik  w  ziemskiej czasoprzestrzeni,  ustalając  swój  porządek  rzeczy.  W  twórczym  natchnieniu  nabruździł okrutnie,  co  do  dziś  dnia  kładzie  się  cieniem  na  życiu  planety.  Szczęśliwie  dla wszystkich, Szef  po  intensywnej  terapii  zaczął  lepiej  kojarzyć  fakty  i  słuchając  szeptów  za  plecami, wysnuł wniosek, że jego syn robi se jajca. Wkurzył się strasznie, w końcu nikt nie lubi świecić oczami  przed  rektorem  uczelni, więc nakazał  pewnej doświadczonej  pilotce,  by przywlekła młodego przed jego wnerwione oblicze.

– Pamiętam  ją! Taka  ruda  i wściekła  jak  diabli!  –  pisnął Lewy.– Wpadła  tu  jak  burza,  latała  po pokojach  i  trzaskała drzwiami, a kiedy odkryła, że  syna Szefa znowu na Ziemię wymiotło,  to ze złości polazła  do  lodówki  i wyciągnęła  z  niej  browara.  Potem  przyszła  tu  do  nas  i  nakazała  dżipiesowi,  by zlokalizował Młodego.

– Nasze polskie piwo wyjęła? – wtrąciła zaintrygowana Martyna.

– Gdzie  tam!  –  parsknął  Lewy  –  Dwa  tysiące  lat  temu Młody  szmuglował  samoróbę  z Palestyny.

Chrząknięcie Środkowego było wielce wymowne, więc Lewy w obronnym geście wygasił monitor, a Martyna zamknęła gębę i umościła się wygodnie w fotelu.

– Mogę kontynuować? –  zapytał  sztywno  i  retorycznie Środkowy. – No  to może wróćmy do głównego wątku, w którym ruda pilotka namierzyła syna Szefa i teleportowała się na Ziemię. Zadanie wydawało  się  banalnie  proste,  ale  zaszły  niespodziewane  komplikacje.  Zgodnie  z naszą  skąpą  cyfrową  wiedzą  pilotka  dorwała  Młodego,  który  był  właśnie  w  trakcie montowania  jakiejś  dziwnej  grupy  miłośników  wina.  Młody  stał  się  powszechnie  znaną postacią  i  ciężko  było  tak  po  prostu  go  zwinąć. Nie wiemy,  jakiego  podstępu  użyła  ruda,  grunt  że  chyba  skutecznego, bo  za  kilka dni odstawiła  syna Szefa na Raj 3.14  i  z  tego,  co wiemy, po rozmowie z Szefem dostał areszt domowy. Ruda wepchnęła go bezceremonialnie do środka  i  zmieniła  kod  w  drzwiach  wejściowych. Młody  miotał  się  kilka  dni  bezsilnie, próbując znaleźć  drogę  ucieczki,  ale  później  się  podłamał.  Jedyną  osobą,  która mogła  go odwiedzać, był  taki  jeden Lucek w złotej szacie. Przywoził browary  i dobre słowo. Podczas pierwszej wizyty skonfiskował Młodemu klucze i od tej pory nosił je zawsze przy sobie. I tak sobie  leniwie płynął czas. Syn Szefa  siadywał w kokpicie  i kazał pokazywać  sobie aktualne raporty  o  życiu  na  Ziemi.  Strasznie  go  cieszyło,  że  tam  ciągle  o  nim  pamiętali. Wertując kolejne  raporty,  rechotał radośnie,  zwłaszcza  przy  doniesieniach  z  wczesnego  ziemskiego średniowiecza.

– I pewnie spokój by trwał do dzisiejszego dnia, gdyby nie dwa wydarzenia – wtrącił się Lewy.

– Dokładnie! – podchwycił Środkowy, tak zaaferowany opowieścią, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że Lewy mu się w wątek wcina. – Najpierw otrzymaliśmy raport o tym, że z Szefem jest beznadziejnie i  że  pamięć  mu  całkiem  sfiksowała.  W  związku  z  tym  jego  trzy  córki,  które  przejęły  dowodzenie, stanowczo  zażądały  wypuszczenia  brata  z  domowego  aresztu.  Potem  dowiedzieliśmy  się,  że  Lucek przekazał klucze komuś na Ziemi.

– I to był ostatni raz, kiedy ich widzieliśmy – szepnął Lewy. – Potem zjawiłaś się ty.

Martyna poczuła się nieco  skrępowana wymowną ciszą, która wspomagana  jedynie jednostajnym szumem procesorów opadła ciężką kurtyną na kokpit i na jej skołatane myśli.

– Dlaczego ja? – zapytała w końcu Martyna.

– Myśleliśmy, że ty nas oświecisz – odparł sztywno Środkowy.

– Nic z tego – pokręciła głową nasza bohaterka. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, po jasną cholerę tu jestem.

– No jak to? – odezwał się zdziwiony Lewy. – Musisz naprawić ten bajzel.

– Zbawić świat? – parsknęła Martyna.

– No  bez  przesady  –  sprostował  śmiertelnie  poważnie  Środkowy.  –  Chodzi  wyłącznie  o posprzątanie na jednej małej planetce.

– A dajcie mi święty spokój! Ja chcę do domu i mam to dupie!

– Podać  piwo?  –  zapytał  usłużnie  Lewy,  głosem  zdradzającym  wieloletnią  wprawę  w  radzeniu sobie w podobnych sytuacjach.

– No daj – poddała się zupełnie już przekonana do pomysłu Martyna. – Ale nadal nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.

Automatyczna  taca  odmeldowała  się  subtelnym  piśnięciem  na  poziomie  ściany  kokpitu, prezentując dwie błyszczące puszki. Martyna podniosła  się ciężko  i  sięgnęła po ostatnią deskę  ratunku, która  przylgnęła  znajomo  do  jej  dłoni  i  za  pomocą  przeciągłego  syknięcia  wlała  nieco  otuchy  w  jej skołatany  mózg.  Po  kilku  łykach  była  w  stanie  sprostać  psychicznie  niesprecyzowanym  dotychczas żądaniom  obłąkanych  komputerów.  Usiadła  ponownie  na  fotelu  i  wyszczerzyła  zęby  w  uprzejmym uśmiechu.

– Jakbym panicza widział! – zarżał z radości Lewy.

– No dobra! – zignorowała go Martyna i wzdychając, dodała: – Wal!

Środkowy  mielił  przez  chwilę  dane,  podczas  gdy  nasza  wyżęta  psychicznie  bohaterka  spijała ambrozję zielonej puszeczki.

– Jak? – rzuciła kluczowe pytanie Martyna.

– System Raju 3.14 posiada wszelkie niezbędne dane i narzędzia do przeprowadzenia takiej misji – odparł  Środkowy.  –  Ja  stanowię  centrum  informacji,  a  Lewy  ma  odpowiednie  kompetencje, by teleportować żywy obiekt w dowolne miejsce ziemskiej czasoprzestrzeni.

– Te, Środkowy, to ty jesteś pikuś! Lewy umie więcej! – zarechotała Martyna.

– Interpretacja  dostępnych  danych  jest  podstawą  powodzenia  misji  –  wyrecytował  z  godnością Środkowy.

– Dokąd chcesz lecieć? – zapytał w tym samym momencie Lewy.

Martyna rozparła się wygodnie, wysuszyła puszkę do końca i powiedziała:

– Nie tak prędko! Najpierw gadajcie od czego był Jabłko?

– To  jest obszar wiedzy obecnie zastrzeżony – powiedział Środkowy  i obrażony wylogował  się z dyskusji.

– I dobrze – odetchnął z ulgą Lewy. – No więc dokąd chcesz lecieć?

Martyna myślała dłuższą chwilę i analizowała swoją skąpą wiedzę historyczną.

– Do  jakiego miejsca  i  czasu  na  Ziemi  po  raz  pierwszy  udał  się  syn  Szefa? Możesz mnie  tam wysłać? – zapytała po chwili.

– Żaden problem – kwiknął ucieszony nie wiadomo czym Lewy. – Przygotuj się, bo będzie trochę rwało w pośladkach. I weź ze sobą to drugie piwko – dodał niewinnym głosem.

Tego akurat Martynie nie trzeba było powtarzać.

Martyna 3

Martyna 3

Rozdział 3 

W którym raz na zawsze ustalimy, że kobiety są przyczyną wszelkich awarii

Martyna  intuicyjnie  wyczuła,  że  nie  ma  sensu  wołać  „Hop,  hop,  jest  tu  kto?”.  To  była  inna  bajka  i zupełnie  inny  scenariusz. Po krótkim namyśle zdecydowała, że w pierwszej kolejności zbada zawartość drzwi z prawej strony  i  z  promiennym uśmiechem  powitała  widok  wypasionej  łazienki.  Całość,  rozplanowana  w  trójkątnym  wnętrzu, emanowała odcieniami błękitu. Pod lewą ścianą, pomiędzy wijącą się roślinnością, znajdował się szereg marmurowych umywalek, a tuż za obłożonym kafelkami występem krył się elegancki kibelek. Na wprost, w miejscu, w  którym  ściany  zbiegały  się w  ostry  szpic, widniała  ogromna  kabina  prysznicowa. Prawa ściana  była  ozdobiona  kilkoma  obrazami,  które  choć  znane  Martynie,  chwilowo  nie  wiązały  się  z konkretnymi  nazwiskami,  lecz  dopełniały  wrażenia  luksusu.  Dokładnie  na środku  wyrastała  trójkątna marmurowa  wanna.  Martyna  uśmiechnęła  się  na  jej  widok,  lecz  po  chwili  skupiła  myśl  na  swoim własnym  wnętrzu  i  gwałtownie  przemieściła  się  w  stronę  sedesu.  „Wannę  przetestuje  się  potem”, pomyślała.  Podźwignęła się  po  chwili  z  kibelka  z  zamiarem  dalszej  penetracji  pomieszczeń.  Umyła szybko  ręce w marmurowej umywalce  i od niechcenia wsunęła do kieszeni  trójkątne błękitne mydełko, które mrugało do niej maleńkimi srebrnymi gwiazdkami.

Po opuszczeniu  szacownego  przybytku  podążyła  wzdłuż  dyskretnie  podświetlonych  szaf  do zachęcająco  otwartych  drzwi  i  po  chwili  wetknęła  ciekawie  głowę  do  eleganckiego,  jasnego  salonu połączonego z dużą kuchnią. Ostrożnie przestąpiła próg  (licho nie  śpi!)  i pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, były znajdujące się pośrodku przeciwległej ściany  jasne,  lecz nieprzejrzyste kotary. Odrywając od nich  badawcze  spojrzenie, Martyna  ledwie  omiotła  prawą  część  pomieszczenia,  gustownie  urządzoną wszelakimi  sprzętami  audiofila  i  telemaniaka. Właściciel  obiektu  nie  zapomniał  również  o  rozłożystej kanapie,  która  z  daleka  szeptała  kusząco:  „Jestem miękką,  elegancką  i  wyjątkowo  wygodną  kanapą”.

Mimo wszystko nasza  bohaterka  nie  uległa  kusicielce,  a  jej  nieomylny  instynkt  skierował  ją  do  części kuchennej,  symbolicznie  oddzielonej  od  salonu  prostokątnym  stołem  otoczonym  czterema  krzesłami.

Wszystkie  szafki  kuchenne  błyszczały  i  tak  też  było  z  naczyniami w  nich  pochowanymi. Jej  nos  skierował  ją  w  stronę ogromnej  lodówki  i gdy uchyliła  jej podwoje niecierpliwym  ruchem, z  jej ust wyrwało się mimowolnie westchnienie: „Ziomuś!”. Możemy  tylko  interpretować, że owo westchnienie było peanem pod adresem właściciela  lodówki,  a  teorię  tę  możemy  oprzeć  na  widoku  rzędów  oszronionych  puszek  piwa, pedantycznie ułożonych na półkach.

Martyna, wzruszona  troską  i gościnnością, wyjęła  jedną puszeczkę  i  ruszyła w  lewą stronę, gdzie zabłąkały się nierzucające się w oczy drzwi. Powstrzymując chwilowo procedurę otwierania puszki, podeszła do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Doświadczenie kinomana podpowiadało jej, że właśnie za  takimi  niepozornymi  drzwiami  krył  się  zawsze  amerykański  zboczeniec  z  nożem wielkości  kosy  z okolic Sierpuchowa. Szczęśliwie na ścianie znalazła włącznik światła  i  już po chwili  jej oczom ukazały się  półki wypchane wszelkimi  dobrami  jadalnymi. Na  końcu wąskiego  korytarzyka widniały metalowe drzwi,  zapewne  prowadzące  do  chłodni,  ale Martyna  głupia  nie  była  i  zignorowała  ten motyw,  nazbyt często wykorzystywany w  superprodukcjach  jako pułapka. Wycofała  się  i  stanęła przed kotarami, które przykuły jej uwagę, zanim jeszcze weszła do salonu. Jednym zdecydowanym ruchem odgarnęła je na boki i wpatrując  się w widok  za  szybami, bezwiednie otworzyła browar. Pociągnęła  sążnisty  łyk.

– Jestem w raju – szepnęła nabożnie.

I faktycznie była. Po uchyleniu drzwi na taras Martyna zeszła po trzech stopniach i znalazła się na piasku,  który  przesypując  się pomiędzy  palcami  stóp,  ogrzewał  serce wspomnieniem  przeglądanych  na kibelku  folderów  biur  podróży.  Plaża  kończyła  się  jakieś  sześć  metrów  dalej,  znikając  łagodnie  pod lazurem wody. Woda  zaś,  lekko  zmarszczona,  rozpościerała  się  na  przestrzeni  zbliżonej  rozmiarem  do basenu  olimpijskiego  i  z  dwóch  stron  ograniczona  była  formacjami  skalnymi,  z  których  w  rześkich kaskadach  spływały  strumyczki.

Pomimo  gęstniejącego  mroku  odległy  koniec  basenu  był  doskonale widoczny  dzięki  punktowemu  oświetleniu  i  pochodniom  powtykanym  gdzieniegdzie  w  piach  nad brzegiem. Trzecia ściana przedstawiała gaj palmowy, delikatnie szemrzący pomimo kompletnego braku wiatru. Martyna  przyjrzała  się  ścianie  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że  to  rodzaj  ożywionej  fototapety. To zrodziło w  niej  słuszne  podejrzenie,  że  całość  rajskiego widoku  jest  sztuczną  aranżacją  i nawet  przez moment  odczuła  delikatny  element  niepokoju. Ten  zaś  został  po  kilku  sekundach  rozwiany  z  pomocą piwa. Martyna, niewiele myśląc, opadła na pobliski  leżak  i nie dowierzając własnemu szczęściu, wpatrywała  się w  rosnące w  doniczkach  palmy.  Porównywała  rajskie widoki  z  samochodem Boratyńskiego, który stanowił zasadniczy element jej balkonowej panoramy. Nie da się ukryć, że obecne położenie, pomimo niedociągnięć sztucznej panoramy, zdecydowanie bardziej jej odpowiadało.

Po kilku minutach błogostanu skoncentrowała spojrzenie na tarasie, który ją tu przywiódł, i  dostrzegła  w  półmroku  jasne  marmurowe  schody,  które  przyklejone  do  fasady, wyznaczały kierunek od tarasu w stronę pierwszego piętra, a nawet jeszcze wyżej. Niechętnie zwlókłszy się z leżaka, nasza sybarytka postanowiła spenetrować dalsze rejony tajemniczego obiektu, więc z żalem zgniatając osuszoną puszkę, porzuciła ją na piasku i podjęła żmudną wędrówkę w górę schodów.

Gdy doszła do pierwszego piętra  i ujrzała kolejne drzwi, postanowiła  je  zignorować  i  sumiennie podreptać  dalej.  Wychodziła  ze  słusznego  założenia,  że  gdy  wejdzie  na  poziom  drugi,  z  pewnością zabraknie  jej  energii  na  poziom  trzeci.  Ten  ostatni,  trzeba  to  przyznać,  rozczarował  ją. Na  całej  jego trójkątnej  powierzchni  rozciągała  się  olbrzymia  szklarnia  i według  skąpej wiedzy  botanicznej Martyny najwyraźniej  mieściła  wszelkie  znane  jej  gatunki  roślinności.  Nad  jej  głową  widniało  gasnące  niebo odseparowane od grządek  taflą  szkła. Martyna wzruszyła  ramionami  i nie znajdując dalszych powodów przebywania wśród krzaków, zeszła ostrożnie po  schodkach  i uchyliła drzwi poziomu drugiego. Widok rozczulił ją dogłębnie i w jej duszy rozbłysły ponownie ciepłe nuty myśli zwróconych w stronę nieznajomego Ziomusia.

Przed  jej  oczami  rozpościerała  się  utkana  ze  złota  i  purpury  sypialnia.  Jej  zacisze  natychmiast  zaczęło oddziaływać  na  strudzoną  dziewczynę.  Ogromne  łoże  przykryte  purpurową  narzutą  przyciągało  ją  jak magnes  i pewnie oddałaby się regeneracyjnej drzemce, gdyby nie widok ukrytych dyskretnie za złocistą kotarą  drzwi,  które  niewątpliwie  prowadziły  do  sedna  zagadki.  Tego  nie  dało  się  zignorować,  więc Martyna,  pokonując  senność,  zdecydowanie  przeszła  kilka  kroków  i  energicznie  ujęła rzeźbioną  klamkę. Widok  przerósł  jej  najśmielsze  oczekiwania.

Zamrugała z niedowierzaniem oczami i przez długą chwilę tkwiąc w bezruchu, wpatrywała się w krajobraz widniejący za zbiegającymi się w szpic taflami szkła.  Próbowała wytłumaczyć sobie, że granat oblepiający  z  każdej  strony  panoramiczne  tafle  jest  kolejnym  hologramem.  Podeszła  ostrożnie  bliżej  i głębia obrazu przyprawiła ją o zawroty głowy. Nie było wątpliwości: nieskończone barwy nieba napierały na  Martynę,  wzbudzając  jej  atawistyczną  potrzebę  trzymania  się  powierzchni  globu.  Tkwiła  gdzieś wysoko  ponad  samochodem Boratyńskiego  i w  krótkiej,  ulotnej  chwili  zatęskniła  za Szalińskim  i  jego bliźniakami.  Jej  skołowane  spojrzenie  uciekło  od  niebieskich  przestrzeni.  Martyna  wycofała się  z niechęcią na próg pomieszczenia.

– Szlag by to trafił! W niebie jestem! – powiedziała na głos z pewną odrazą.

Starając się znaleźć nagrodę pocieszenia, powiodła spojrzeniem po pomieszczeniu  i nie znajdując niczego ekscytującego, niechętnie skupiła się na tajemniczej wygaszonej konsoli rozpościerającej się tuż pod  panoramą  nieba.  Konsola,  usłana  tysiącem  dziwacznych  przycisków,  zwieńczona  była  trzema wygaszonymi monitorami. Martyna  parsknęła  z  lekceważeniem  i  pomyślała  sobie,  że mimo wszystko sytuacja idealnie pokrywa się z ze scenariuszem przyznania nagrody pocieszenia.

Przyznanie nagrody pocieszenia

Nagroda pocieszenia dołuje najbardziej w dzieciństwie. Martyna przeżyła to wiele razy, gdy urodziny  świętowała  jej  siostra.  Do  dziś  dnia  pielęgnuje  traumy,  w  których  zamglona szwankującą pamięcią dłoń podaje jej maleńką czekoladkę, zaraz po tym, gdy wręczy komuś innemu ogromne pudło przewiązane czerwoną wstążką. Nagroda pocieszenia widnieje też we wspomnieniach  z  zawodów  sportowych  na  koloniach nad morzem,  gdy wszyscy  dawno  już dobiegli,  a  ty,  dysząc,  pełzniesz  do  mety  i  litościwa  dłoń  wręcza  batonik,  wcześniej wydzielając medale zwycięzcom. 

Niestety, nie mamy czasu na dogłębną analizę kalecznego dzieciństwa Martyny  i musimy  skupić się  na  zagadkowej  elektronice,  na  którą nasza bohaterka  spoglądała  nieufnie.  Jej spojrzenie  przykuły  monitory,  więc  przycupnęła  na  jednym  z  dwóch  obrotowych  foteli  i  z  zadumą analizowała ich martwe ekrany. Pod każdym z nich widniał niewielki wąski otwór, nasuwający natrętne skojarzenia  z  dziurką  od  klucza.  Martyna  uniosła  się  nieco  i  wygmerała  z  kieszeni  bojówek  pęk srebrzystych  pęk. W  swej  nieskończonej  inteligencji  odpięła  łączący  je  brelok  i  dopasowała  cyfry rzymskie  widniejące  na  kluczach  do  cyfr  arabskich,  które  spostrzegła  na  monitorach.  Powtykała odpowiednio klucze, przekręciła  je w  lewo  i po  chwili usłyszała kojący  szmer  komputerów.

Monitor  z lewej  strony  momentalnie  rozbłysnął  jasnym  światłem,  a  po  chwili  podążył  za  nim  drugi.  Trzeci natomiast wciąż milczał i prezentował czerń ekranu. Martyna nie dała się zwieść i walnęła mało subtelnie pięścią w obudowę. Wypróbowany  sposób naprawienia  sprzętu elektronicznego nie zadziałał dokładnie tak,  jak  spodziewała  się  nasza  bohaterka,  lecz mimo  wszystko  posunął  sprawy  do  przodu.

– Nie wal tak. Jemu już nic nie pomoże. – zamrugał środkowy monitor a z jego czeluści wydobył się zgrzytliwy głos.

Martyna  zamarła  i bezwiednie drapiąc  się pod  lewym  cyckiem pazurami prawej dłoni, cmoknęła zaskoczona.

– Ty gadasz? – wyszeptała w końcu.

– No  gadam.  A  co?  Mam  czekać,  aż  łaskawie  zaczniesz  stukać  w  klawiaturę?  Ja  czekam  już stanowczo zbyt długo, moja droga.

– A na co tak czekasz? – zapytała Martyna.

– Weź mnie, kuźwa, nie rozluźniaj! – żachnął się monitor. – Świat trzeba ratować, zapomniałaś?

– Dobra – przerwała mu Martyna – ty weź mi najpierw powiedz, gdzie ja jestem?

Powierzchnia  monitora  zafalowała  przestarzałym  wygaszaczem  ekranu,  na  którym  rozbłysło tandetne niebo upstrzone gwiazdami o  żenującej  rozdzielczości. Twardy dysk mielił głośno dane przez kilka minut, by ogłosić triumfalnie głosem bladego rezydenta z tropikalnej wyspy:

– Serdecznie witamy na pokładzie Raju 3.14.

Martyna westchnęła  i  chwilowo  starała  się  nie  koncentrować  na  traumie  z  dzieciństwa, w  której obłąkana siostra Bogusława roztaczała przed dziećmi wizję niezbyt przytulnego raju. Siostrze raj również nie bardzo się podobał, choć z  innych powodów niż Martynie. O ile Martyna była głęboko przywiązana do drobnych  radości życia, w  tym do swobodnego wcinania  jabłek, o  tyle siostrę Bogusławę niepokoiła myśl o jakichkolwiek przyjemnościach. W jej rutynie dnia nie mieścił się śmiech i uśmiech, a wizja raju pozbawionego rozsypanego w kącie pokoju grochu i stanowczych dłoni naddzierających młodociane uszy zadawała  kłam  jej  pojmowaniu  życia  wiecznego.  Martyna  zapewne  zaczepiłaby  myśli  dłużej  na nieboszczce  Bogusławie,  gdyby  nie  lista  pytań  żywotnie  dźgających  jej  pracujący  na  najwyższych obrotach rozum.

Zebrała się w sobie, omiotła spojrzeniem szwankujący komputer, na którego obudowie pysznił się znajomy wizerunek apple’a.

– Słuchaj, dlaczego ten Mac nie działa? Co się stało? – zapytała uprzejmie.

Z  elektronicznych  trzewi  trzasnął  z  pogłosem  niehamowany  śmiech,  zdublowany  po  chwili rechotem lewego peceta. Obydwa komputery błyskały obwodami, a po chwili środkowy powiedział:

– Kiedyś syn Szefa przyprowadził tu dwoje idiotów. Facet przez całe dni chlał browary i szczał do basenu.  Jego  plusem  było  to,  że  nieszkodliwy  był. Baba  była  gorsza.  Przylazła  tu  kiedyś  do  kokpitu  i chciała  koniecznie  przeczytać  horoskop.  Siadła  do Maca  i  zażądała  danych. Mac  się wnerwił  i  olał  ją kompletnie. Baba waliła w  klawiaturę,  a  jej  długie  jasne włosy  przyduszały  system,  gdy w  końcu  się przychyliła i mściwie wyrwała kabel zasilający.

– Wyrwała Maca? – bardziej stwierdziła niż zapytała Martyna.

– Wyrwała jabłko – potwierdził ze smutkiem środkowy pecet. – I wiesz, co było najgorsze? – dodał po  chwili. –  Jak  się  syn Szefa wściekł  i kazał Luckowi  zwalić  faceta  z  leżaka, a  jego babę wywlec  za włosy z kokpitu  i w  swym niezmiernym miłosierdziu wykopał  ich na Ziemię,  to po całej Ziemi poszła fama, że zostali wywaleni z Raju 3.14. Chodzili po wsiach i psioczyli, że zamiast obiecanego dostępu do systemu zostali wygnani z Raju za to, że durna baba wyrwała jabłko.

– Chyba „zerwała” – odruchowo sprostowała Martyna.

– A pies  ją ganiał! – parsknął środkowy pecet. – Nie umiała nawet zapamiętać seryjnego numeru statku.

Martyna milczała przez chwilę  i analizowała zaktualizowaną historię wypędzenia z  raju. Łechtało ją nieco wspomnienie piwa wyciąganego  z  tej  samej  lodówki,  z której  czerpał garściami Adam. Nasza niedoszła filozofka zatopiła się w swoich myślach i po chwili wysnuła karkołomny wniosek:

Polskie piwo leży w tej lodówce od zarania czasów, a to znaczy, że nasi tu byli!

Martyna bezwiednie wyszczerzyła się w stronę monitorów i poczuła, że wraca do życia.

– Ty, słuchaj, a gdzie teraz jest Ziomuś, to znaczy syn Szefa?

Konsola  zafalowała, monitory  rozbłysły  i  obsypały Martynę  iskrami  elektronicznego  oburzenia.

Środkowy pecet, wyraźnie obrażony, wygasił ekran i szepnął na pożegnanie:

– Nie wzywaj imienia Szefa nadaremno.

– Zwłaszcza teraz! – pisnął pecet z lewej.

Martynie nie pozostało nic innego niż pozostawienie w spokoju zirytowanych komputerów i udanie się do sąsiedniego pokoju. Opadła na purpurowe łoże i z westchnieniem ulgi poszybowała w inny wymiar snu.  Jej myśli  zaprzątała  przez moment  konieczność  sprawdzenia  daty ważności  browarów  z  lodówki, lecz niebyt po chwili odgonił wszelkie troski.

Martyna 2

Martyna 2

Rozdział 2

W którym okaże się, że ciekawość to pierwszy stopień w górę, a nie w dół, wbrew temu, co się ogólnie sądzi.

Dzienne światło brutalnie wdarło się w szczeliny niechlujnie zaciągniętych zasłon i drażniąc spokojny sen Martyny, uwypukliło jednocześnie taniec drobinek kurzu. Nasza bohaterka, zawinięta w kołdrę i rozczochrana, powoli wynurzała się z sennego niebytu, a wraz z nią na powierzchnię życia wynurzał się gigantyczny kac, zwiastowany irytującą suchością niewyparzonej gęby.  Martyna usiadła ostrożnie i wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą gwałtowne otwarcie oczu, namacała stopami kapcie, które poniosły ją w stronę pobliskiej kuchni. Ręka precyzyjnie pacnęła włącznik elektrycznego czajnika, by po chwili wymacać kubek i słoik z kawą, pieczołowicie skrywany w szafce na takie chwile.

Znalezienie po omacku zesztywniałego z zimna kartonu mleka w lodówce było ponad siły Martyny, która wsłuchując się w kojący szmer czajnika, podjęła ostrożną próbę uchylenia powiek. Mleko nadawało się do spożycia, co stwierdziła nasza bohaterka po ostrożnym obwąchaniu czeluści opakowania.  Gdy mieszała ingrediencje, przypomniała sobie dziwacznego obcego, który nawiedził jej dotychczas uporządkowane sny. Zassała pierwszy łyk kawy i postanowiła, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim pasożytniczym życiem człowieka, który nic nie musi i ewentualnie może mu się chcieć.  Ćwiczenie rozbrykanego charakteru postanowiła rozpocząć łagodnie i bez wstrząsów, więc na pierwsze poprawne politycznie zadanie nowej ery wyznaczyła sobie opróżnienie popielniczek i doniczek balkonowych z niedopałków papierochów.  Jak zwykle zadziałał jej wrodzony spryt, który o milę wyprzedzał szczere chęci poprawy.  Człapiąc na porannego fajka, rozgrzeszała się więc z niego, bo przecież i tak zmierzała na balkon w celu posprzątania, więc balkonowi zapewne nie zrobi różnicy sprzątanie w oparach dymu.

Spoza bloków uśmiechało się letnie słońce, które wyraźnie wskazywało na zaawansowaną porę dnia. Martyna zgarnęła do worka na śmieci zawartość popielniczek stojących na parapecie i podeszła do zielonego stołu.  Pomiędzy puszkami leżał pęk kluczy i połyskiwał łobuzerskimi refleksami w promieniach wczesnego popołudnia. Jego trzy srebrzyste klucze rozkładały się wachlarzem na stoliku, a ich schludny pęk zwieńczony był trójkątnym złotym breloczkiem. Martyna podeszła powoli do stołu i w skupieniu obserwowała znalezisko. Na breloczku widniał jeden wypukły guziczek. Zignorowała znalezisko i z godnością wycofała się z balkonu. To, czego było jej trzeba obecnie, to długa kąpiel regenerująca. Klucze mogą poczekać.

Martyna pokładała niezachwianą wiarę w to, że kąpiel, oprócz zbawiennych efektów regeneracji ciała, wpływa również na intensywność i jakość przemyśleń. Na przekonanie to miało wpływ przeświadczenie, że Archimedes sformułował teorię wyporności cieczy przy okazji długiej, relaksującej nasiadówki w balii. Nie żeby Martyna miała smykałkę do ścisłych dziedzin nauk, ale lubiła sobie czasem myśleć, że ma w sobie coś z filozofa. Bywało, że rozkoszując się ciepłem wody i zapachem piany, była bliska sformułowania przełomowych myśli.  Przeważnie spłoszone uciekały, ale zdarzało się, że nasza bohaterka siadała nagle wyprostowana jak struna, wiodła triumfalnym wzrokiem po kafelkach łazienkowych i koncentrując spojrzenie w swoim zamazanym odbiciu na kranie, wykrzykiwała z satysfakcją: „Aha!”.

Tak było wtedy, gdy rozpracowała mechanizm oszustw fiskalnych pani Ali z warzywniaka.

Świetlanych odkryć było więcej, ale gdy Martyna docierała do rytuału golenia nóg, błyskotliwe myśli pierzchały bezpowrotnie podczas ceremonii nabożnego skupienia. Owego poranka, czy raczej wczesnego popołudnia, gdy Martyna rozkoszowała się kąpielą, w jej umyśle narodziła się myśl głęboka, powalająca prostotą i wielce radosną konkluzją. Martyna wyprostowała się więc jak struna i szczerząc zęby do armatury łazienkowej, powiedziała z satysfakcją:

– Aha! Czyli to nie były zwidy. On tu był. A to znaczy, że wszystko jest w porządku i mogę kupić se browar.

I było to przełomowe odkrycie w trzydziestoletnim życiu Martyny.

Po wypiciu kolejnej kawy i odbębnieniu szybkiego rajdu po zaprzyjaźnionych forach internetowych Martyna nie znajdowała więcej wymówek, więc wtykając fajka w usta, poczłapała na balkon.

Potwierdziła swoją łazienkową teorię, upewniając się, że pęk kluczy nadal leżał tam, gdzie rzucił je świetlisty obcy. Martyna po raz pierwszy w życiu postanowiła pomyśleć przed faktem i nie dotykając kluczy, nachyliła się nad nimi, podejmując głęboką analizę. Breloczek niewątpliwie był piękny i nawet nie mając zaktualizowanych w głowie cen złomu złota, Martyna i tak bezwiednie oszacowała go na dwa, a może nawet trzy czynsze do przodu. Klucze natomiast pobłyskiwały srebrzyście, lecz z pewnością nie były zrobione ze srebra. Właściwie to ciężko było określić rodzaj materiału, z jakiego zostały zrobione.

Martyna postanowiła przemyśleć sprawę gruntownie, lecz okoliczności kompletnie temu nie sprzyjały. Nie było piwa, nie było ciszy i możliwości skupienia, a na dodatek w paczce zostały tylko dwa papierosy. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu mieszkania wyłaniającego się zza drzwi balkonowych i z westchnieniem przyznała, że czas by coś może posprzątać. A potem się pójdzie do sklepu, kupi się piwo, siądzie się na balkonie i rozwiązanie przyjdzie samo.

Jakieś dwie pralki prania i trzy kursy do śmietnika później Martyna z zadowoleniem spojrzała na dzieło dnia.  Uginając się pod kolejnym workiem śmieci, poczłapała w dół z zamiarem odwiedzenia osiedlowego spożywczaka. Stąpała na palcach, mając nadzieję, że nie spotka żadnego z sąsiadów, ale od akcji z dzieciakami, Szaliński spod czternastki miał chyba wmontowany w mózg system wczesnego ostrzegania, który bezbłędnie informował go o krokach skradającej się Martyny. Tym razem znów wychylił głowę przez drzwi i zlustrował swoją sąsiadkę nienawistnym spojrzeniem. Pogardliwie prychając, zatrzasnął z całej siły drzwi.  Martyna, jak zwykle zmieszała się wewnętrznie, ale dumnie wyprostowana przedefilowała przed drzwiami sąsiada.  Głupia sprawa z tym Szalińskim. Właśnie po akcji z jego dzieciakami Martyna obiecała sobie, że już nigdy nie przyjmie postawy obywatelskiej i nie wsadzi nosa w cudze sprawy.

Akcja z dzieciakami Szalińskiego

Mieszkanie Szalińskiego znajdowało się dokładnie pod podłogą Martyny. On i jego żona byli cichymi i spokojnymi sąsiadami. Do czasu. Kiedyś urodziły im się bliźniaki, ale nawet wtedy panował względny spokój. Dopiero po jakichś dwóch miesiącach od sąsiadów zaczęły dochodzić niepokojące popiskiwania, a później regularny ryk niemowląt.  Martyna, wyedukowana na spotach o przemocy domowej, zadzwoniła pod sugerowany numer telefonu i zgłosiła, że u Szalińskich dzieje się coś dziwnego. Oczywiście, zgodnie z wyćwiczonym w szkole odruchem na hasło: „Nazwisko!”,  podała pełne dane osobowe.  I to był błąd.

A w ogóle skąd Martyna miała wiedzieć, że niemowlęta płci męskiej są wybitnie narażone na pojawianie się regularnych kolek jelitowych?

No i wychodząc owego dnia do sklepu, Martyna umknęła przez tajoną za drzwiami mieszkania złością Szalińskiego i nerwowo wybiegła z klatki schodowej na zalane słońcem podwórko przed blokiem.

Wywaliła z ulgą ostatni wór ze śmieciami i obserwując błogosławiony rejs słońca w kierunku dziesięciopiętrowca stojącego naprzeciwko, po raz kolejny uznała, że jej złota zasada znacznie lepiej sprawdza się w okresie jesienno-zimowym.

Złota zasada Martyny

Piwa nie należy otwierać przed zmrokiem.

Powtarzając owe słowa jak mantrę, nasza bohaterka udała się do sklepu w celu zakupienia paczki fajek i zgrabnego czteropaku piwa.

Słońce poddawało się powoli, gdy Martyna, nabożnie wpatrzona w jego ostatnie podrygi, przyczaiła się na balkonowym krzesełku z puszką w dłoni i czekała na pierwsze symptomy mroku.

Szczęśliwie ta chwila nadeszła wkrótce i Martyna z triumfalnym „pssst” mogła w końcu oddać się rozmyślaniom na temat kluczy. Pomiędzy odkurzaniem a wywalaniem śmieci ukuła kilka teorii na temat zdarzeń minionej nocy. Obecny stan chmielowej radości pomógł jedynie w uporządkowaniu hipotez.

Hipotezy:

  1. Pomimo materialnych dowodów, całokształt zdarzeń miał bezpośredni związek z piwem.

Teoria o tyle mało wiarygodna, że klucze nie chciały zniknąć, i choć Martyna nawet ich nie dotknęła, to niewątpliwie istniały.

  1. Martyna padła ofiarą spisku uknutego przez Szalińskiego, który zamontował dyskretnie zielone choinkowe światła pod samochodem Boratyńskiego, osadził na parkingu trójkątny model zdalnie sterowany i bezszelestnie wdrapał się po gzymsie na jej balkon, przebrany w świetlistą szatę zasilaną bateriami AA. Teoria o tyle ryzykowna, że bliźniakom Szalińskiego właśnie szły zęby, a Martyna wspomagana wiedzą z forum internetowego wiedziała, że jest to taki okres w życiu dorosłego człowieka, gdy nie ma on siły na otwarcie kefiru, o wspinaczce na balkon sąsiadki nie wspominając.
  2. Z nieznanych Martynie przyczyn padła ofiarą programu „Ukryta kamera”, albo, co gorsza, od dziecka, niczym świnka morska, była poddawana eksperymentowi, jak bohater filmu „Truman show”. Teoria o tyle chybiona, że sprzątając sprawdziła dyskretnie lustra w całym domu i nie znalazła żadnych kamer.
  3. Choroba psychiczna. Ten punkt dogłębnie martwił Martynę, bo nie chciała stracić gibkości umysłu, tak błyskotliwego w czasie łazienkowych przemyśleń. Siłą rzeczy ten punkt odpadał.  Mózg naszej bohaterki, choć pokrętnymi ścieżkami, zawsze przecież docierał do głównego szlaku względnie racjonalnego myślenia.
  4. Najgorszy punkt. Zakładał, że zdarzenia minionej nocy naprawdę miały miejsce, co, po pierwsze, burzyło ugruntowany pogląd Martyny na kwestię istnienia pozaziemskiego życia i bóstw wszelakich, a po drugie, stawiał pod znakiem zapytania dalsze losy Układu Słonecznego.

Nie pozostawało nic innego niż organoleptyczne sprawdzenie wiarygodności materiału dowodowego spoczywającego tuż pod nosem Martyny. Nasza bohaterka dopiła resztkę piwa z puszki i ciężko wzdychając, wzięła do ręki pęk kluczy. Mając świadomość, że z niejasnych przyczyn jej uporządkowane życie właśnie się zmienia, skupiła spojrzenie na złotym breloczku i ponownie wzdychając, ostrożnie nacisnęła znajdujący się na nim guzik.  Delikatny dreszcz popełzł wzdłuż kręgosłupa Martyny i kumulując się po chwili mrowieniem w pośladkach naszej bohaterki, poderwał ją do góry i uniósł ku zagadkowemu przeznaczeniu. Dryfując nad samochodem Boratyńskiego zdołała pochwycić myśl, że Szaliński nie był w stanie zamontować pod nim lampek choinkowych, bo dozorca z pewnością zauważyłby przedłużacz wywieszony z okien piątego piętra. Martyna płynęła w górę i miała nieomal sto procent pewności, że jedna puszka browaru nie ma z tym nic wspólnego.

Gdy nasza niedoszła filozofka wylądowała twardo na marmurowej posadzce i rozejrzała się wokół siebie, nabrała pewności, że punkt piąty – mimo wszystko – był jedynym logicznym wyjaśnieniem rozgrywających się właśnie zdarzeń. Na wprost ujrzała ciąg swojskich drewnianych szaf z przesuwnymi drzwiami. Wędrując wzrokiem w prawo, wzdłuż zbliżającej się do niej linii ściany, zobaczyła drzwi.

Pobiegła wzrokiem w drugą stronę i na końcu oddalającej się perspektywy szeregu szaf zobaczyła inne drzwi, zachęcająco uchylone. Odchyliła głowę mocno w lewo i zobaczyła kręcone schody znikające w suficie.