Browsed by
Tag: Martyna

image_pdfimage_print
Martyna 14

Martyna 14

Rozdział 14

W którym Martyna musi coś zrobić z nadmiarem Lucjanów

Sapiąc  ze  złości,  nasza  bohaterka wygramoliła  się  niezgrabnie  na  brzeg  basenu  i  podjęła  beznadziejną próbę  wyżęcia  spodni  bez  zdejmowania  ich  z  tyłka.  Stojąc  w  lekkim  rozkroku  na  chłodnym  piasku, otrząsnęła  się  jak  kotka,  po  czym  przechyliła  lekko  głowę  w  lewą  stronę  i  zaczęła  wyciskać  wodę  z włosów. Wpatrywała  się  jednocześnie w upojonego Lucjana, który  subtelnie pochrapywał na  leżaczku.

Nietypowy  kąt  spojrzenia  uświadomił  Martynie,  że  Lucjan  chyba  nie  jest  Lucjanem.  Tuż  pod linią podbródka  śpiącego  znajdował  się  pieprzyk,  którego,  co  nasza  bystra  obserwatorka mogłaby  przysiąc, nigdy  wcześniej  Lucjan  nie miał. Martyna  podeszła  cicho  i  z  zadumą studiowała  rysy  twarzy  faceta, będące  lustrzanym  odbiciem  znanego  jej  Lucjana  czy  też  Darusia. Wszystko,  oprócz  pieprzyka,  było znajome  i  prawdziwe,  a  jednak  zdawało  się  kompletnie  obce. Martyna  nie wiedziała,  na  czym  polega różnica, i opierała się wyłącznie na swoim babskim niezawodnym instynkcie. Lowelas chrapał bezbronnie i przez  sen drapał się z  lubością po  tyłku. Nasza zdezorientowana bohaterka wycofała  się na palcach w stronę tarasu i wchodząc cichutko po marmurowych schodkach, zerknęła w głąb salonu, gdzie rozwalony na kanapie spał drugi nawalony Lucjan.

– Mięczaki! – wysyczała pogardliwie Martyna  i bezszelestnie przedostała  się w  rejon piwodajnej lodóweczki.

Tłumiąc  rękawem  trzask  odrywanej  zawleczki,  nasza  niezłomna  piwoszka  przysiadła  na kuchennym stołku i oddała się przemyśleniom.

Przemyślenia Martyny

Jest źle. Jest bardzo źle i właściwie to chyba nawet tragicznie! Zgodnie z moimi obliczeniami piwa  wystarczy  na  tydzień.  A  co  potem?  Jak  żyć?  Zapasy  wystarczą  od  biedy  na  dwa tygodnie,  jeśli pozbędę  się  jednego  z Lucjanów. Byłoby  lepiej pozbyć  się obydwóch, wtedy browar skończyłby się najwcześniej za dwadzieścia dni, ale jeden z Lucjanów będzie jeszcze potrzebny. Tylko który jest prawdziwy? A jeśli obydwaj są prawdziwi? A jeśli nie? Co to za posrane  życie? Nikomu ufać nie można. Jeden chleje moje browary, drugi pali moją  fajkę, jeden z nich zrobił mnie w konia w podstawówce, a drugi udaje zakochanego, by po chwili opowiadać o małżonce. A co z Ziemią? Eksplodowała i już? Wszystko to jakieś do dupy jest i nie wiadomo, komu i w co wierzyć!

Martyna zerknęła spode łba na uśpionego Lucjana numer jeden i podjęła męską decyzję. Pociągając obficie z puszeczki, zsunęła się ze stołka i powoli podeszła do kanapy. Wpatrywała się przez chwilkę w strużynę  śliny  znaczącej  niedogoloną męską  brodę,  po  czym  chwyciła  śpiącego  za  ramię  i  gwałtownie potrząsnęła.  Lucjan wciągnął  ze  świstem  powietrze,  które  następnie  gwałtownie wypuścił,  co  zupełnie zgrabnie zsynchronizowało się z jego siarczystym upustem gazów. Facet otworzył szeroko oczy i łzawiąc własnym  odorem  przymrużył  je  szybciutko,  a  fragment  uwięzionych  zaciekawieniem  źrenic  wpił badawczo  w naszą brutalną zegarynkę.

– Co jest, w mordę? – wybełkotał pijany snem.

– Jesteś prawdziwym Lucjanem czy fałszywym? – zapytała z kliniczną obojętnością Martyna.

– Że co?

– A  to, właśnie  to! – wrzasnęła nasza bohaterka.  – Ty  tu  śpisz  i masz wszystko w dupie,  a koło basenu śpi drugi Lucjan, więc zastanawiam się… – dodała słodziutko – który z was urwał się z bajki i jaki był jej tytuł!

Lucjan poderwał  się  na  równe  nogi,  jakby mu  pełną  prądu  rurkę w  tyłek wsadzili. Chwiejąc  się lekko,  utkwił  spojrzenie  mętnych,  choć  nadal  intensywnie  brązowych  oczu  w  Martynie  i  z niedowierzaniem przetwarzał w oklejonym watą mózgu sensacje ostatnich godzin.

– Drugi Lucjan? – zapytał głupawo. – Jesteś pewna, że on to ja?

– Nie,  kuźwa!  – wysyczała  nasza wnerwiona Ziemianka.  – Waham  się,  bo być może  to  ja  sama chrapię na  leżaku przy basenie  i drapiąc  się po zarośniętej brodzie, mamroczę przez  sen  imię małżonki sprzed  tysiąca lat. „Andżelika, Andżelika, kochanie!” – dodała, imitując chrapliwy, upojony zielem głos fałszywego Lucjana.

– No to ładnie… – powiedział zrezygnowany Lucjan i zwiesił ciężki łeb

– Co ładnie? – rozsierdziła się Martyna – Chodź i zobacz swoje totalnie nawalone wcielenie. Może po tym w końcu powiesz mi, o co tu, do jasnej cholery, chodzi!

Lucjan  uśmiechnął  się  promiennie  do  naszej  totalnie wkurzonej  bohaterki  i  próbując  oponować, uciekł  się do najstarszej męskiej  sztuczki. Podszedł powoli,  choć  chybotliwie do Martyny  i położył  jej dłonie  na  ramionach,  po  czym  zatopił  rozbiegane  źrenice  w  jej  iskrzącym  złością  spojrzeniu.  Jego łagodny,  ale  niewątpliwie  nieco  kpiący  uśmiech w  założeniu miał  rozbroić  otumanioną  babeczkę,  lecz przyniósł zgoła odmienny efekt.

– Czego rżysz, debilu? – zapytała rzeczowo Martyna, strząsając z ramion lepką służalczość dłoni. Lucjan cofnął łapska i zmieszany podrapał się po rozczochranej łepetynie. Nie bardzo wiedząc, czy powinien zamilknąć czy na gwałt szukać błyskotliwiej riposty w głębi otumanionego mózgu, na wszelki wypadek wyszczerzył zęby w udanej imitacji reklamy pasty do zębów i zamarł w oczekiwaniu.

– Chodź! – powiedziała stanowczo Martyna i pociągnęła stojącego jak świeczka Lucjana w stronę nocnych szmerów dochodzących z tarasu.

Czas  był  najwyższy:  fałszywy  Lucjan  właśnie  gramolił  się,  stękając,  brutalnie  obudzony gwałtownym zderzeniem z chłodnym piaskiem.

– Wstawaj, debilu! – powiedziała, przeżywając  swoiste déjà vu nasza  skołowana Ziemianka,  i na wszelki wypadek trąciła bark faceta upiaszczoną stopą. – Ktoś przyszedł do ciebie w odwiedziny – dodała złowieszczo i zerknęła z nietajoną radością w stronę prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy  Lucjan  podszedł  niepewnie  do  swojego  fałszywego  wcielenia  i  skuliwszy  skołataną łepetynę  w  ściągaczu  szmaragdowego  swetra,  spoglądał  trwożliwie  raz  na  zapitego  klona,  a raz  na rozsierdzoną Martynę. Fałszywy Lucjan otworzył  tymczasem zapuchnięte oczy  i ogniskował  spojrzenie na kształtnej stopie Martyny, która przed chwilą wytrąciła go z błogiego letargu.

– Śliczności!  –  powiedział  nieco  bełkotliwie,  po  czym  wpił  pazerne  spojrzenie  w  jej  cycki, szczelnie oklejone wilgotną wciąż bluzką.

– Zamknij  się!  –  wrzasnął  Lucjan  numer  jeden  i  gestem  posiadacza  przyciągnął  Martynę  do swojego boku.

Ta uwolniła się jednak natychmiast i odskoczyła jak oparzona.

– Łapy przy sobie, bracie! – zachichotał Lucjan numer dwa. – To moja dziewoja!

– Zatkaj  swój  fałszywy  dziób,  ćwoku!  –  wtrąciła  pospiesznie  nasza  bohaterka,  czym  wywołała dwie reakcje: histeryczny śmiech fałszywego Lucjana i pytające spojrzenie Lucjana prawdziwego.

– Masz mi coś do powiedzenia, braciszku? – zapytał złowieszczo Lucjan numer jeden.

– Jaki, kuźwa, braciszku?  – wtrąciła  tymczasem Martyna,  śląc  jednocześnie drugiemu Lucjanowi spojrzenie, które powinno go wyraźnie ostrzec, że słowa, które właśnie zamierza wygłosić, mogą być jego ostatnimi. Fałszywy Lucjan najwyraźniej nie zrozumiał przekazu i dusząc się ze śmiechu, wstał z piasku i podszedł powoli do pierwszego Lucjana.

– Ha! Jak to mówią na Ziemi? „Kota nie ma, myszy harcują”, ha, ha, ha! – zaśmiał się radośnie.

Radość z jego twarzy zmiótł po chwili precyzyjnie wyprowadzony cios. Zaskoczony Lucjan numer dwa  padł  bez  protestu  na  piasek,  podczas  gdy  prawdziwy  Lucjan  w  oszołomieniu  wpatrywał się  w Martynę,  która  pocierając  lewą  dłonią  kłykcie  dłoni  prawej,  stała w  lekkim  rozkroku  tuż  obok  głowy znokautowanego faceta.

Na  kilka  sekund  zapadła  grobowa  cisza,  w  której  szmer  wypluwanej  przez  namiestnika  wody stanowił absurdalnie sielankowe tło akustyczne. Każdy ze zgromadzonych posiadał na stanie jakiś brudny sekrecik, który był  znany  innemu uczestnikowi  tej  specyficznej  imprezy pod gwiazdami. Spoglądali na siebie podejrzliwie i jakoś nikt nie palił się do zwierzeń. Oczywiście pierwsza nie wytrzymała Martyna.

– Ten  cham  mnie  uwiódł,  bo  myślałam,  że  on  to  ty!  –  powiedziała  i  oskarżycielsko  wskazała palcem fałszywego Lucjana.

– Dałaś  się uwieść, bo myślałaś, że on  to  ja? – zapytał Lucjan numer  jeden, w ewidentny  sposób skupiając się na tej części informacji, która głaskała jego samcze ego.

– Ponieważ myślałam,  to co myślałam,  to on mnie uwiódł! – powiedziała Martyna, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

– Aha!  –  odparł  Lucjan  i  po  chwili  kojarząc,  czego  się  tu  od  niego  oczekuje,  kopnął  w  zadek leżącego na ziemi drugiego Lucjana i wykrzyknął oburzony: – O żesz ty chamie!

– Daj spokój, bracie! – jęknął leżący. – Sam kazałeś mi udawać, że jestem tobą – dodał, wyjawiając brudny sekrecik Lucjana numer jeden.

– Jak to kazał? Po co kazał? – wcięła się Martyna.

– Pilnować  ciebie mi  kazał!  –  parsknął  szyderczo  fałszywy Lucjan.  –  Pan Ważniak  bawił  się w szpiega, a mnie zlecił śledzenie niedoszłej ukochanej. Starszy ode mnie o pięć minut, a się rządzi, jakby moim szefem był! – wypalił z grubej rury.

– Jak to starszy? Jak to śledzić? – drążyła nasza kompletnie ogłupiała bohaterka.

– Ta  kreatura,  która  stoi  tu  i  chlapie  brudnym  jęzorem,  to  mój  młodszy  o  dziesięć  minut  brat bliźniak – przyznał w końcu prawdziwy Lucjan.

– O pięć! – żachnął się drugi Lucjan.

– O dziesięć! Matka mi mówiła! – natychmiast zareagował prawdziwy Lucjan.

– Kuźwa! Nie wytrzymam z wami! – krzyknęła Martyna i tupnęła nogą w piasek. – Jeszcze sobie język pokażcie! Jak liczne jest potomstwo Szefa? – dodała po chwili.

– No…  jesteśmy  my  dwaj, Młody, Magdusia  i  jeszcze  trzy  siostry…  –  odpowiedział  usłużnie fałszywy Lucjan.

– Wytłumaczcie mi, do cholery, czym  ja w życiu  tak nagrzeszyłam, że przypadek zetknął mnie z waszą posraną rodziną, hę? – zapytała z rezygnacją.

– To nie przypadek! – odparł prostolinijnie prawdziwy Lucjan. – To przeznaczenie!

– Żadne przeznaczenie – skwitował fałszywy Lucjan. – Kochał się w tobie przez całą podstawówkę i żeby mieć pretekst do częstych wypadów na Ziemię, to przekonał swoich kumpli, szpiegów od siedmiu boleści, do przeniesienia kryjówki na Ziemię.

– I ty chcesz, żebym uwierzyła w te pierdoły? – skomentowała pogardliwie Martyna. – Facet, który liczy sobie coś ze trzy  tysiące lat, albo  i więcej, nagle zakochuje się w dziesięciolatce? No weź wymyśl coś lepszego – powiedziała, po czym wpiła badawcze spojrzenie w prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy Lucjan najwyraźniej zmagał się ze swoim sumieniem, lecz przegrał tę nierówną walkę, bo zacisnął zęby  i nie pozwolił wyfrunąć słowom usprawiedliwienia z kłamliwej paszczy. Brat Lucjana najwyraźniej nie posiadał takich skrupułów.

– Ha! Nie wierzysz, bo za mało w czasie skakałaś! – odparł młodszy bliźniak  triumfalnie. – Nasz mały frajerek Daruś, który prysnął na wagary od tatusia, poznał Martynkę, która polubiła biedaka bardziej niż rodzice, więc postanowił włamać się do systemu i sprawdzić, co wyrośnie z jego przyjaciółki…

– Zamknij się! – ryknął prawdziwy Lucjan i zacisnął dłonie w pięści.

– Spokojnie  braciszku!  Denerwujesz  się? A może  czegoś  się wstydzisz?  –  zapytał  z  przekąsem złośliwy braciszek.

– Mów dalej! – powiedziała na to Martyna, celowo odwracając wzrok od prawdziwego Lucjana.

– Poszperał trochę w kompie tatusia i znalazł wszystko, co chciał!

– Czyli co? – naciskała niecierpliwe Martyna.

– No wiesz, wszystkie wiadomości  na  twój  temat,  jak  potoczyło  się  twoje  życie  i w  ogóle…  – powiedział nieco mniej pewnym głosem fałszywy Lucjan.

– No i jak się potoczyło? – ponagliła niewinnym tonem nasza bohaterka.

– W sumie to całkiem nieźle, ale Lucjan stwierdził, że parę rzeczy trzeba poprawić i wtedy ułożył sobie podstępny plan, żeby cię  tu zwabić. To właściwie było  trochę później, gdy Młody pisał  już pracę dyplomową, a ja traciłem najlepsze lata życia, najpierw w podstawówce, na szpiegowaniu ciebie a potem, gdy podrosłaś, to na odstraszanie różnych facetów.

– Zabiję was! – wycharczała Martyna. – Po prostu was  zabiję  i każdy  sąd w dowolnym  zakątku F.I.U.T.E.K. mnie uniewinni!

– No  daj  spokój,  dyskretny  byłem  –  próbował  łagodzić  młodszy  bliźniak.  –  Chociaż  wcielenie Boratyńskiego nieco mi doskwierało… – dodał po chwili, wspominając godziny zarwane nawoskowaniu samochodu.

– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że cały ten bajzel miał na celu sprowadzenie mnie na ten porąbany statek? – wysyczała Martyna.

– No… można powiedzieć, że tak – odparł fałszywy Lucjan.

Martyna  z  niedowierzaniem  zerknęła  na Darusia,  który  bojaźliwie  uciekł  ze wzrokiem w  dalsze rejony basenu, jednocześnie trwożliwie chowając głowę pomiędzy przygarbione ramiona.

– Mów dalej! – ponagliła bliźniaka, koncentrując ponownie spojrzenie na jego fałszywej gębie.

– A  co  tu  jeszcze  mówić?  –  odparł,  wzruszając  ramionami.  –  Lucek  dorwał  cichcem  pracę dyplomową Młodego,  pozmieniał w  niej,  co  się  dało,  pomajstrował w  dziejach Ziemi  tak,  że w  końcu matka  się wnerwiła  i  postanowiła wysadzić w  diabły  cały  ten  bajzel. Wszystkie  twoje misje  pogłębiły totalny chaos, co rzecz jasna było wcześniej zaplanowane, więc matka nie miała wyboru i wyciągając nas wszystkich  z  Ziemi,  zleciła Magdusi  likwidację  eksperymentalnego  obszaru.  I  właśnie  o  to  chodziło naszemu drogiemu Luckowi, nieprawdaż? – powiedział, śląc swojemu bratu złośliwy uśmiech.

– O co? – zapytała martwym głosem Martyna.

– No  jak  to  o  co?  –  zapytał  zdumiony  fałszywy  bliźniak.  – Chodziło mu  głównie  o  ściągniecie ciebie  na Raj  3.14. Zadbał  nawet  o  to,  by Młody  spieprzył  pracę dyplomową. A wszystko  po to,  żeby mieć wolną chatę.

– Całą Ziemię wysadziłeś, żeby mnie ściągnąć na ten debilny statek? – zapytała z niedowierzaniem Lucjana. – Dlaczego? Nie mogłeś zwyczajnie przyjść  i powiedzieć, o co ci chodzi? Zawsze cię lubiłam, więc w czym problem? – dodała nasza zdezorientowana bohaterka.

– Nie mogłem! – szepnął cichutko Lucjan.

– Nie mógł! – zarechotał złośliwie jego brat.

– Ale, do jasnej cholery, dlaczego? – zapytała z rozpaczą Martyna.

– Bo on zawsze był chorobliwie nieśmiały, zwłaszcza w stosunku do kobiet! – parsknął śmiechem młodszy bliźniak.

Lucjan  zaczerwienił  się  i  schował  twarz w  dłonie. Martyna,  powściągając  chwilowo mordercze instynkty,  postanowiła wykorzystać  gadatliwość młodszego  z  bliźniaków,  który  aż  się  palił,  by  jeszcze bardziej pogrążyć Lucka.

– No  to  kiedy  tak  naprawdę wasza  kochana  rodzinka  pojawiła  się  po  raz  pierwszy  na  Ziemi?  – zadała niewinnym tonem kluczowe pytanie.

– No pierwszy poleciał Lucek, to przecież oczywiste! – odpowiedział pogodnie braciszek.

– Dla mnie  to  nie  jest  oczywiste, mój  drogi…  Jak  ty właściwie masz  na  imię?  –  zapytała  nasza bohaterka, siląc się na uprzejmość.

– Ludwik, a dla przyjaciół oraz pięknych kobiet – tu skłonił się głęboko przed Martyną – Ludek.

– Mogłam  się  tego  spodziewać: Lucek  i  Ludek  –  skomentowała Martyna,  starając  się  zachować neutralny ton, po czym prędko dodała: – No więc drogi Ludku, bracie Lucka, powiedz mi z łaski swojej, dlaczego to ma niby być takie oczywiste?

– Ha, ha, ha! Lucek przecież zawsze kombinował najlepiej z nas wszystkich! Złamał kiedyś kody

do komputera ojca i znalazł fajną grę strategiczną, więc postanowił sobie pograć. Gdy zorientował się, że to nie jest zwykła gra, tylko eksperymentalny program sterowania planetą… – zawiesił głos Ludek.

– …to odkryłem niesamowite możliwości – dokończył ponurym głosem Lucek. – Wyobraź  sobie kilkulatka, któremu dają do  ręki  taką zabawkę! Bawiłem  się planetą, nie mając pojęcia, że  to  się dzieje naprawdę.  Dla  zabawy  wywołałem  potop,  parę  huraganów,  uśmierciłem  stada  ogromnych  gadów  i  w wirtualnym  laboratorium  przeszczepiłem  swoje  geny  paru  małpiszonom,  które  wyłoniły  się  w  toku ewolucji. Dla mnie to była godzinka dobrej zabawy, a na Ziemi zmieniło się wszystko.

– No  i  stary,  kiedy  nakrył  Lucka,  to  się  wściekł  jak  cholera  i  sprał  go  na  kwaśne  jabłko  –

skomentował nie bez satysfakcji Ludek.

– A ja obraziłem się śmiertelnie na ojca i postanowiłem uciec z domu – dodał Lucjan.

– Pamiętam,  jaka  była  afera  w  pałacu!  –  rozmarzył  się  młodszy  bliźniak.  –  Kiedy  ojciec  się zorientował,  że  Lucjan  znalazł  jakieś  dziwne  kody  do  programu,  które  umożliwiały teleportację,  to najpierw  się wnerwił,  potem  przestraszył,  że  gówniarzowi  coś  się  stanie,  a w  końcu  zafascynowały  go możliwości podróżowania w ziemskim czasie.

– Jak to ziemskim? A na F.I.U.T.E.K. się nie da? – wtrąciła się Martyna.

– No co  ty? – powiedział ze zgorszeniem Ludek. – W normalnym wszechświecie  takie rzeczy się nie  zdarzają.  Sztab  naukowców  nad  tym  później  pracował  i  jedyne,  co  udało  im  się  ustalić, to  że  w ziemskiej  atmosferze  jest  coś,  czego  nie  ma  na  innych  planetach,  co  pozwala  na  skoki  w  czasie  i przestrzeni.  Uznali,  że  ma  to  związek  z  polem  magnetycznym  Ziemi,  ale  niczego  konkretnego  nie wymyślili.

– No  dobra,  ale  jaki  to  ma,  do  cholery,  związek  ze  mną?  –  palnęła  Martyna,  ledwie  się powstrzymując od wybuchu w pełni usprawiedliwionej wściekłości.

– No…  ma  to,  że  Lucek  prysnął  w  pierwsze  miejsce,  jakie  udało  mu  się  zaprogramować  w poczciwym Macu, czyli do  twojej podstawówki. Co  tam  się wydarzyło,  tego nie muszęo powiadać. Na Kunta-Kinte tymczasem ów sztab naukowców ustalił w końcu, co się stało z naszym sprytnym Lucjanem i nawet znaleziono sposób na to, jak go stamtąd wyciągnąć. Ale ojciec walnął pięścią w stół i powiedział, że  jak  sobie  gówniarz  piwa  nawarzył,  to  je musi wypić. Matka  płakała  i  błagała,  choć  kompletnie  nie kumała, co się stało z jej syneczkiem. Po jakimś czasie ojciec zmiękł i polecił Magdusi, naszej najstarszej siostrze, żeby udała się do Lucjana i miała go na oku. – Ludek przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu.

– Cała  jej  wściekłość  –  wtrącił  Lucek,  wykorzystując  przerwę  w  słowotoku  brata,  –  była spowodowana tym, że musiała siedzieć na debilnej planetce i pilnować młodszego brata,zamiast łazić na imprezy  ze  swoim chłopakiem. Szybko  się zorientowała, że bardzo cię  lubię, więc z zemsty próbowała obrzydzić  życie  i  tobie,  i mnie.  Sprowadziła  ciotkę,  uprowadziła historyczkę,  dołowała  cię  na  każdym kroku  i  na  dodatek  została  najbardziej  popularną  dziewczyną w  szkole.  Potem,  gdy  już  skończyliśmy podstawówkę, to ojciec ściągnął nas z powrotem i zrobił wykład o niebezpieczeństwach mieszania się w sprawy  obcej  planety. Powiedział,  że  program  zostaje  zamknięty,  a  planeta, przez moje  głupie  zabawy kwitnąca  obecnie  ludzkim  życiem,  zostanie  dożywotnio  odizolowana  od  reszty  świata  i  pozostawiona swojemu  losowi.  Potencjał  Ziemi,  dodał,  dostarcza  zbyt  wielu  pokus  i  nikomu  nie  wolno  więcej ingerować w życie jej mieszkańców.

– No przecież Młody ingerował? Coś ze dwa tysiące lat temu – wtrąciła Martyna.

– Ale  to  było  dużo  później!  Wiele  lat  po  tym,  gdy  Lucek  wrócił  z  lat  osiemdziesiątych  – odpowiedział Ludek.

– Aha! – odpowiedziała inteligentnie nasza bohaterka.

– Jak  ojcu  się  pogorszyło  z  pamięcią,  to  zapomniał między  innymi  o  ziemskim  fenomenie  i gdy Młody  dostał  planetę  na  pracę  dyplomową,  to  nie  protestował,  a  nawet  podarował  mu parę  pomocy naukowych – wyjaśnił Lucjan.

– A wśród nich był stary, poczciwy Mac – dodał Ludek.

– Niech  zgadnę: Młody  zadekował  się  na  statku  i  zaczął  pisać  pracę, Lucjan wpadł  do  niego w odwiedziny i niechcący pokazał mu możliwości programu, tak? – wtrąciła Martyna.

– Tak było – potwierdził wstydliwie Lucek.

Martyna usiadła ciężko na  leżaku  i uniosła do ust zapomnianą puszkę. Bliźniacy patrzyli na nią z niepokojem i przykucnęli na piasku, choć na wszelki wypadek w pewnym oddaleniu od nóg naszej nieco agresywnej  bohaterki.  Oleista  noc  ściekała  ciężkimi  kroplami  po  kadłubie  statku  i  mknęła  w  dół,  ku pobliskiej planecie, której nazwy Martyna nie znała. Zastanawiała się właśnie, czy kiedykolwiek wzejdzie słońce, choć nie miała pojęcia,  jak nazywa  się gwiazda  rozpraszająca mroki Układu. Natłok  informacji, którymi  nafaszerowali  ją  podstępni  bracia,  sprawiał,  że  kręciło  jej  się w  głowie,  ale właściwie  równie dobrze mogła to być wina ilości wypitego browaru. Pocierając w zamyśleniu brodę, Martyna spoglądała na  synów Szefa  i zastanawiała  się,  jakie pytania powinna  im  jeszcze zadać, zanim wywołany zielskiem czas  szczerości  minie  bezpowrotnie.  Niepewna  swoich  umiejętności  wychwytywania  potencjalnych paradoksów czasowych, pojechała po najmniejszej linii oporu.

– I co było dalej? – zapytała po chwili aksamitnym głosem.

– No dalej, to już się wszystko zaczęło komplikować –natychmiast złapał przynętę Ludek. – Lucjan

z  ciekawości  skoczył  do  twojego  liceum  i  nawet  parę  lat  dalej.  Wściekał  się  jak  cholera,  bo  byłaś szczęśliwa  i  wcale  go  nie  potrzebowałaś.  Zapomniałaś  już  dawno  o  małym  Darusiu,  miałaś  fajnego chłopa i małą córeczkę. – Ludek zamilkł gwałtownie, czując, że wyraźnie się zagalopował.

– Martyna,  ja  cię  bardzo  przepraszam!  –  miauknął  żałośnie  Lucjan.  –  To  wszystko  miało  być inaczej, ale  jakoś  tak  się wymknęło  spod kontroli  i  już wtedy  to nie miałem wyboru. Wysłałem Ludka, żeby cię pilnował,  to  fakt, ale w  tym samym czasie Młody zaczął po cichu wypuszczać się na Ziemię  i przez  jego  głupotę  wszystko  zaczęło  się  zmieniać.  Za  każdym  razem,  gdy  na  zmianę  z  Ludkiem odnajdowaliśmy cię w czasie,  to byłaś kimś  innym, a  twoja planeta wyglądała zupełnie  inaczej. Młody skakał beztrosko w czasoprzestrzeni, ja skakałem za nim, żeby spróbować wszystko jakoś odkręcić.

– A za nimi – dodał złośliwie Ludek – skakała Magdusia, którą posyłała matka, żeby naprawić cały ten bajzel.

– Planeta  i  jej  czas uległy  tylu paradoksom,  że nie wiadomo  już  było,  co  z  tym gównem zrobić. Wtedy matka kazała nam się z niej wynosić i podjęła decyzję o jej zniszczeniu. W sumie wszyscy, oprócz Magdusi,  byli  zadowoleni  z  takiego  obrotu  sprawy, więc  pozałatwialiśmy  swoje  interesy  na  Ziemi,  ja wymyśliłem, jak cię stamtąd wyciągnąć, i wróciliśmy do domu – wyjaśnił zadowolony z siebie Lucjan.

– A te interesy to ukradzione obrazy i ewakuacja całego, pożal się Boże, ruchu oporu – wtrąciła – rzuciła z goryczą Martyna.

– No… w sumie… to tak…– zawiesił głos Lucjan.

– Zaraz,  zaraz…  z  tym  ruchem oporu  to nie do końca  tak –  zaśmiał  się  złośliwie Ludek.  – Całe walczące podziemie to my dwaj. Przeciwko Magdusi. Więc ewakuacja nie zajęła nam zbyt wiele czasu. – Spojrzał wyzywająco na brata. – Nasz drogi Lucjan zawsze chciał być kimś wielkim, ale żył, niestety!, w cieniu naszej uzdolnionej siostrzyczki.

– I  to właśnie  ta uzdolniona Magdusia narobiła  strasznego bajzlu! – powiedział obronnym  tonem Lucek. – Doiła planetę z wszystkiego, co się dało, łącznie z biednymi Jamajczykami.

– No i dobrze! – zachichotał jego brat bliźniak. – Przynajmniej ona wyciągnęła z tego wszystkiego jakieś profity… A ty się ciesz, że ci obie z Andżeliką dupę uratowały, bo jakby się matka dowiedziała, że trzymasz tu nielegalnie Martynę, to miałbyś areszt domowy, tak jak Młody!

– Czyli tak: nie było żadnego podziemia, zepsuliście mi planetę, a teraz powinnam skakać do góry z radości, że mnie uratowaliście i trzymacie po cichu w tej puszce? Podziękować mam, czy jak? –ryknęła dzikim  głosem  Martyna.  –  Ile  wy,  do  cholery,  macie  lat?  Zachowujecie  się  jak  dwa  rozpuszczone bachory!

– No nie denerwuj się tak, chcieliśmy dobrze przecież… – bąknął Lucjan.

– …trzydzieści  trzy. A  ty myślałaś,  że  ile? Dwa  tysiące?  – wszedł mu w  słowo Ludek, po  czym wybuchnął serdecznym śmiechem.

– Mam znakomity pomysł! – wycedziła zimno Martyna. – Wynocha mi z tego statku. Natychmiast! Won do prezydenckiego pałacu! I żebym was tu więcej nie widziała!

– A co nam zrobisz? – roześmiał się Ludek. – Pozabijasz nas?

– Gorzej! – powiedziała spokojnie Martyna. – Zadzwonię do waszej matki.

Śmiech Ludka ucichł gwałtownie, a on sam poderwał się na równe nogi. Brat natychmiast poszedł za jego przykładem.

– Nie ośmielisz się! – powiedział młodszy bliźniak niepewnym tonem.

– Nie masz numeru! – dorzucił rzeczowo Lucek.

– Mam  numer!  Karteczka  wisi  na  lodówce!  –  zachichotała,  po  raz  pierwszy  od  niepamiętnych czasów nasza bohaterka.

Lucjan wykonał gwałtowny ruch, najwyraźniej mając zamiar rzucić się w stronę lodówki i zerwać z niej kartkę z numerem.

– Nie  fatyguj  się, Lucjanie! – osadziła go w miejscu Martyna, po  raz kolejny  utwierdzając  się w przekonaniu, że z picia piwa wynikają wyłącznie pozytywy.  – Tyle  razy otwierałam drzwi  lodówki, że numer mam w głowie.

Bliźniacy stali niezdecydowani. Najwyraźniej szacowali poziom zagrożenia.

– Dobrze  wiecie,  że  nie  macie  wyboru!  –  ryknęła Martyna,  pogłębiając  ich  stan  zagubienia.  – Wynocha z mojego statku i żebym was tu więcej nie widziała!

Durne chłopy odwróciły się jak na komendę  i ruszyły do punktu teleportacyjnego. Zatrzymały się tuż przed nim  i zerknęły spode  łba na Martynę, która stała na środku przedpokoju  i przytupując nogą w marmurową posadzkę, stukała paznokciami w obudowę zgarniętego po drodze telefonu.

– Mmmartyna, ale to przejście prowadzi tylko na Ziemię, której nie ma! – wyjąkał Lucek.

– Albo do ukrytego pod  statkiem małego  trójkątnego  stateczku, który odwiezie was prościutko w ramiona drogiej mamusi, nieprawdaż? – nie dała się omamić nasza bohaterka  i wyciągnęła przed siebie rękę uzbrojoną w aparat telefoniczny. – Won mi stąd, buraki! – wrzasnęła z mocą.

Bliźniacy wskoczyli szybko w pole siłowe  i wśród  trzasków zniknęli z całkiem porąbanego życia ostatniej  Ziemianki.  Oddychając  z  ulgą,  nasza  bohaterka  wbiegła  na  górę,  pokonując  po kilka  stopni naraz, i wpadła do kokpitu, od progu ponaglając drzemiące komputery.

– Natychmiast wyświetlić okno z ustawieniami kodów wejściowych – wydyszała i opadła na fotel przed monitorem Lewego.

Gdy  komputer  posłusznie wypełnił  polecenie, Martyna  zmieniła  hasła  i  kody,  po  czym  położyła głowę na blacie i  po raz pierwszy od bardzo dawna, zapłakała żałośnie.

Martyna 13

Martyna 13

Rozdział 13

W którym nasza bohaterka musi wyciągnąć z Darusia garść informacji, i nie tylko

Jeszcze dobrze nie opadł kurz z planetarnej zadymy, gdy na ekranie pojawiło się zbliżenie studia i – jakże by  inaczej! – uradowane oblicze fałszywej Magdusi, która uśmiechnęła się i zapowiedziała kolejny blok reklam.  Oczywiście  nie  wymieniła  słowa  „reklama”. Wysłała  stado  cmoków  i  uśmiechów,  obiecując telewidzom, że spotka się z nimi po „króciutkiej przerwie”.

Radosny  przekaz  skierowany  wprost  do  mózgów  gawiedzi  eksplodował  właśnie  tęczą oszukańczych barw, gdy Daruś zwrócił zaszklone  łzami oczy na  zastygłą niedowierzaniem bladą  twarz Martyny.  Nasza  bohaterka  próbowała  ułożyć  sobie  w  rozhuśtanej  emocjami  łepetynie  ciąg  ostatnich godzin,  lecz  jedynym  owocnym  efektem  tych  zabiegów  był  stek  nieparlamentarnych  słów  sączący  się powoli, lecz uporczywie z jej pokaleczonych napięciem ust.

Lucek  z  pewnym  lękiem  wpatrywał  się  badawczo  w  napięte  rysy  twarzy  dawnej  szkolnej koleżanki.  Trzymając  się  rytualnej  procedury  i  własnego  instynktu  samozachowawczego,  milczał, czekając  na  erupcję  nadciągającego  nieuchronnie  lamentu  i  biadolenia.  Podczas  swojego dotychczasowego  życia na  tyle poznał kobiety,  że dokładnie wiedział, kiedy należy  zamilknąć. Dobrze zrobił, Martyna zaczynała bowiem powoli odzyskiwać naturalne kolory i sapiąc wściekłością, odczyniała dziwaczne czary nad lewą kieszenią swoich bojówek, próbując wyciągnąć podprowadzony Jamajczykowi woreczek  szczęścia.  Lucjan  nie  skomentował  tego  faktu  i  cierpliwe  czekając,  aż  Martyna  nabije nerwowymi  ruchami małą  turystyczną  fajkę, oddał  się kontemplacji wybitnie długich, choć ukrytych w oklejonych piachem pustyni spodniach szczupłych udach koleżanki z podstawówki.

Właścicielka  zgrabnych  ud  zerknęła  spode  łba  na  niewiernego  Darusia  i  powolnym  ruchem podpaliła  zawartość  fajki  cudem  znalezioną  zapalniczką.  Lucjan  nie  oponował,  gdy  tuż  przy  jego wymuszonym nieco uśmiechu pojawił  się ustnik  fajki. Zaciągnął  się  łapczywie namiastką pocieszenia  i niepewnie spoglądał na niepokojąco spokojną Martynę. Nasza niedoszła psycholożka zdołała w tych kilku chwilach zamknąć swój żal, wspomnienia i nadzieję na przyszłość, obecnie oplataną warkoczami dymu.

– Wiesz…  – westchnęła  – wydawało mi  się,  że  po  obejrzeniu  „Powrotu  do  przyszłości” kumam wszystko o podróżach w czasie.

– To nie jest takie proste – odparł beznamiętnie Lucjan, pozostając w zasięgu jamajskiego dymu.

– Wiem!  –  zadumała  się  Martyna.  –  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  obydwoje  z Magdusią spędziliście tyle czasu w szkole i kompletnie nie trafia do mnie, dlaczegowylądowałam tutaj, zamiast jak reszta Ziemian rozerwać się na kawałki w audiotele Magdusi?

– Parę razy próbowałem się wydostać z budy, ale nie było wtedy  lepszego miejsca… – Magdusia świetnie  o  tym wiedziała  i  poświęciła  kilka  lat  błyskotliwej  kariery  tylko  po  to,  żeby mnie pilnować. Uwierz mi! Nie wiedziałem, co robić, zwłaszcza po tym, gdy zaczęła mnie szantażować, że jak nie będę za  nią  łazić,  to  postara  się  o  to,  by  paru  kumpli  zabrało  cię  do  fabryki dinarów. Siedzi  tam  cała masa Jamajczyków, ale również sporo dzieciaków, które zadarły z gniewną córką Szefa. Zresztą zielsko, które teraz palimy, zawlokła na Jamajkę Magdusia, wiesz? – przekrzywił głowę Lucjan i zaciągnął się dymem.

– Chodziło o to, żeby otumanić do reszty krewniaków porwanych do fabryki kolesiów Młodego.

– Ziomuś wysłał kumpli do fabryki? – zapytała z trwogą Martyna.

– No  co  ty?  –  zaśmiał  się Lucjan.  – Młody  nie miał o  tym  zielonego  pojęcia. To Magdusia,  jak zwykle nastawiona na profity, uknuła  całą  intrygę. W podobny  sposób przejęła kontrolę nad  szkolnym sklepikiem… – dodał konfidencjonalnie.

– No co ty? – zakrzyknęła zdumiona Martyna, przejmując w posiadanie tlącą się fajkę. – No to już wiem, dlaczego dla mnie nigdy nie starczało drożdżówek na długiej przerwie! – dodała odkrywczo.

– Było więcej  takich akcji – przyznał ostrożnie Daruś. – Pamiętasz historyczkę z „barankiem” na głowie?

– No ba! – odrzekła nasza traumatyczka. – Śni mi się po nocach.

– To  taka wyrafinowana  intryga Magdusi. Wiedziałem, że nasza historyczka, podstępnie upojona metanolem, została wywieziona na Kunta-Kinte, bo ruda przechwalała się tym na swoich urodzinach, ale nic  nie mogłem  zrobić,  gdy  na  jej miejsce  podstawiła  zwariowaną  ciotkę Marcjannę. Wyciągnęła  ją  z jakiegoś  prowincjonalnego  teatrzyku  grającego  szmiry  na  peryferiach  F.I.U.T.E.K.  i  obiecała  jej  rolę życia.

– Dręczenie mnie – zauważyła odkrywczo Martyna.

– Niestety tak – przyznał cicho Lucek, zwieszając z rezygnacją głowę, co zapewne tylko częściowo było następstwem odczuwanego niewątpliwie wstydu. Czasowe zwiotczenie mięśni miało także związek z nieuchronnym sączeniem się toksyn do wnętrza jego wiekowych płuc.

– Jakby się  tak zastanowić,  to manipulujecie mną od siódmego  roku życia! – eksplodowała nasza niedoszła psycholożka.

– Nie!  No  co  ty?  –  zaprotestował  nieśmiało  Daruś.  –  Od  dziesiątego  dopiero!  Pamiętasz,  gdy oddałaś mi kanapkę na przerwie? I poprawiłaś okularki, które mi opadły po tym, jak Maciek strzelił mnie w  łeb na boisku? Potem  już zawsze cię  lubiłem. Gdy Magdusia doszła do naszej szkoły w piątej klasie, zaczęło być  coraz gorzej. Bałem  się o  ciebie, więc gdy  ruda podstępnie  stała  się najlepszą uczennicą  i najbardziej  popularną  dziewczyną  w  szkole,  wolałem  trzymać  się  blisko  tej  małpy  i  nie  dawać  jej powodów do dręczenia mojej najlepszej przyjaciółki – zakończył melodramatycznie.

– I  tak  to  robiła  –  podsumowała  beznamiętnie Martyna  i  obiecała  sobie w  duchu  solennie,  że w przyszłości,  jeśli  takowa  nastąpi,  zasięgnie  porady  p r a w d z i w e g o   psychologa,  który  być może wyjaśni je, dlaczego całe życie trafia na zniewieściałych dupków i rozpływa się z rozrzewnieniem nad ich popapranym bytem. – Mogłeś chociaż spróbować mnie obronić, wiesz? – dodała z wyrzutem. – Nawet nie spróbowałeś  i  polazłeś  za nią  jak  tresowana  kapucynka!  – wrzasnęła  na  koniec  i  unosząc  fajkę  pokoju podeszła energicznie do drzwi prowadzących do basenu, które rozsunęła stanowczym ruchem.

Zaawansowana  ciemnością  noc  oplatała  hartowane  spracowanymi  dłońmi  Jamajczyków  ściany  i nie pozwalała wtargnąć do Raju bolesnym  realiom skorumpowanego świata. Basen szeptał  tajemniczo  i stanowił  silną  konkurencję  dla  ciepłych  słów  piasku  rozstępującego  się  pod  energicznymi  tąpnięciami gniewnych  stóp Martyny. Nasza  bohaterka  opadła  z  furią  na  leżak,  który  tak  niedawno  generował  do wnętrza  jej obecnie udręczonego wydarzeniami ciała wyłącznie pozytywne bodźce marzeń zamkniętych w  zakurzonych  kartach  wakacyjnych  katalogów  spoczywających  na  terakocie  kibelka.  Z  tłumionym chrzęstem  nadciągnęły  zmieszane  stopy  Lucjana.  On  sam  stanął  nad  leżakiem  i  wpatrywał  się  z intensywnością  jesiennych  kasztanów  w  rozrzucone  bezsilnością  szczupłe  uda  naszej  zrezygnowanej gwiazdy.

– Nienawidzisz mnie? – zapytał cicho.

– Nie – odparła lakonicznie Martyna.

– Lubisz mnie?

– Tak – odparła równie lakonicznie.

Rozsiane  po  niebie  gwiazdy  przydreptały  natrętnie  do  granic  pleksiglasu  i  dyszały niezdrowym podnieceniem,  które  udzieliło  się  dziarskiemu  Lucjanowi. Martyna  zerknęła  na  Darusia  spod  powiek  na  wpół  przymkniętych  i napuchniętych  od  toksycznego  dymu  ziela,  po  czym  wyciągnęła  spontanicznie  dłonie  w kierunku wiarołomnego przyjaciela z podstawówki. Ten, doczekawszy się zaproszenia, z westchnieniem opadł na  jej  falującą  i produkującą miarowo zużyty dym  jędrną pierś. Momentalnie  tracąc  rezon, Daruś wtulił się w ciepło klatki piersiowej Martyny i załkał gorzko. Nasza bohaterka zdecydowanie podtrzymała swoje  gorące  ślubowanie, że  już  czas  najwyższy  skończyć  ze  zniewieściałymi  palantami  i  uchwyciła stanowczo w obie dłonie gorejące żałością uszy Darusia i wydobyła je z wąwozu swoich całkiem niezłych cycków,  po  czym  ulokowała  jego  zapłakane,  łagodne  oczęta  na  wysokości  znużonego  spojrzenia  i wysyczała ze złością:

– Lucjan! Bądź mężczyzną!

W Lucjana, który momentalnie przestał być Darusiem,  jakby diabeł wstąpił. Wpił się brutalnie w zeschnięte  oczekiwaniem  usta Martyny,  choć  jest możliwe,  że motorem  jego  samczego działania  było pragnienie unieszkodliwienia ostrego  jak brzytwa  jęzora. Niezależnie od motywacji odrodzony  i wielce męski Lucjan dopiął swego i obecnie całe jestestwo naszej cyniczki topniało jak wosk pod nieco ciężkim, męskim  ciałem,  które  odzyskując  pewność  siebie  oraz  męski  egocentryzm,  w  nieskoordynowanych  i gorączkowych  ruchach zrywało z Martyny sfatygowane bojówki. Materiał z chrzęstem ześlizgnął się ze zdrętwiałych,  choć  niewątpliwie  szczupłych  ud  naszej  bohaterki  i  tym  samym  utorował  naszemu dzielnemu Lucjanowi drogę do kilkunastu  sekund  szczęścia  i uczucia absolutnej, kosmicznej dominacji nad wszelkim żeńskim stworzeniem. Martyna dopingowała kochanka serią ochów i achów zaczerpniętych ze ściąganych nielegalnie głęboką nocą sprośnych filmików. Świat na kilka minut usiadł gorącym, choć majestatycznym dupskiem na opłacanej zachodnią walutą górskiej kolejce i zadrżał w posadach w finalnej serpentynie wyniesionego pod księżyc torowiska. Wspiął się na wyżyny z zadyszką, by opaść ku ziemi i odpiąć z westchnieniem pasy po wyhamowaniu kolejki.

– Musimy pogadać – wbił się w sacrum przejażdżki wyjątkowo trzeźwy głos Martyny.

Lucjan zamruczał coś niewyraźnie  i  schował głowę po pachę naszej  realistki, która w wężowych ruchach  wyślizgnęła  się  spod  umęczonego  triumfem  samca  i  podskakując  chaotycznie,  naciągnęła  na tyłek portki. Martyna usiadła po turecku na piasku i podpalając wygasłą turystyczną fajeczkę, całkowicie zignorowała  wierne  spojrzenie  Darusia  i  podpierając  brodę  pięścią,  zapatrzyła  się  z  zamyśleniem  w odległy kraniec basenu.

– Żab powiedział, że to ty wsadziłeś mu rurkę w tyłek – zagaiła z głupia frant.

– Dobre  sobie! Żab! – żachnął  się Lucjan, gramoląc się nieporadnie z  leżaka. – Nie żaden żab, a tyran i handlarz Jamajczykami – dodał tajny agent podziemia.

– Lucjan,  weź  no  mi,  kurwa,  powiedz,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi!  –  wrzasnęła  znienacka Martyna.

– No  co  ty! Nie wiesz?  Jak  nie wiesz,  o  co  chodzi,  to  na  pewno  chodzi  o  kasę…  –  powiedział sentencjonalnie Lucjan.

– …albo o dupę! – dokończyła z rezygnacją w głosie nasza bohaterka.

– No  właśnie!  –  potwierdził  skwapliwie  ponadczasowy  lowelas,  łypiąc  łakomie  na  doskonale

szczupłe uda Martyny.

– Żab powiedział, że to komputery realizują program zagłady Ziemi – przypomniała Martyna.

– Słuchaj, ten idiota nie ma o niczym zielonego pojęcia, podobnie jak te zardzewiałe kupy złomu – odparł  lekceważąco Lucjan. – Zrozum! To są wszystko małe płoteczki. Nie zawracaj sobie nimi głowy, bo to tylko pionki w obłąkanej grze Magdusi.

– No  ale  dlaczego  tak  powiedział?  –  drążyła Martyna.  –  Dlaczego  ostrzegał mnie  przed  tobą i twierdził, że musi ratować świat.

– Dlaczego cię ostrzegał? A jak myślisz? – zapytał Lucjan, masując się wymownie po obnażonym tyłku.

– No dobra, to fakt… Ale co z tym ratowaniem świata? – dociekała nasza bohaterka.

– Myślę,  że  chodziło  mu  o  ekonomiczne  następstwa  związane  z  odcięciem  jego  złodziejskiej korporacji od świeżych Jamajczyków – powiedział Lucjan. – Musisz wiedzieć, że namiestnik SigmaPi to taka wesz, która związała się z podziemiem tylko i wyłącznie z chęci zysków. Wywąchał pokątnie, że coś ma walnąć w Ziemię, więc  przyłączył  się  do  nas  z  nadzieją,  że  jego  oślizgły  i wątpliwy  czar  osobisty pomoże  jego  szemranym  interesikom  na  Jamajce.  Jak  się  dowiedział,  że  meteoryty  to  przesądzona sprawa to  poleciał  z  lepkim  jęzorem  do  Magdusi.  Zwabiłem gnidę  podstępnie  na  imprezę  i unieszkodliwiłem za pomocą pierwszego sposobu, który mi do głowy przyszedł.

– Lucjan, co my teraz zrobimy? – zapytała z westchnieniem Martyna.

Lucjan,  lekko  tylko  zaplątując  się  we  własne  spodnie,  podszedł  do  ostatniej  Ziemianki  i przyklęknął w zasięgu jej zgaszonego wzroku.

– Zaczniemy nowe życie i zapomnimy o starym. Cóż innego nam zostało?

– Nie przyjmuję tego do wiadomości! – tupnęła nogą w piasek Martyna i zaciągnęła się jamajskim dymem.

– Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia – podsumował grobowym tonem Lucjan. – Ziemi już nie ma, opozycję szlag trafił…

– Jak to trafił? – wtrąciła się dociekliwa Ziemianka, wpijając w kochanka zwężone źrenice.

– No  wiesz,  obrazy,  Ziemia,  zasłona  dymna…  –  machnął  lekceważąco  ręką  samiec,  po  czym znieruchomiał, poniewczasie zdając sobie sprawę z tego, że właśnie chlapnął ozorem i wyszczekał część tajemnic podziemia.

– Co cię łączy z tą blondyną od wiadomości? – rzuciła przenikliwie Martyna.

– No wiesz, właściwie nic!

– A konkretnie to jakie nic? – zapytała słodziutko nasza kochanka.

– No zupełnie nic – usprawiedliwiał się gorączkowo Lucjan.

– No! – tupnęła Martyna.

– No co? To moja żona jest… – przyznał skruszony Lucjan. – Ale ja jej wcale nie kocham. Starzy mnie w to wrobili! – dodał obronnym tonem.

– Jesteś synem Szefa! – wykrzyknęła odkrywczo Martyna. – A Młody to twój młodszy brat, tak?

– Tak – zwiesił głowę pokonany babską pokrętną logiką Lucjan i nagle zaciekawiony spytał: – Jak na to wpadłaś?

– Dokładnie  taka  sama  akcja  była  w  czterdziestej  serii  „Kamiennego  kręgu”,  pamiętasz?  Byłeś jeszcze wtedy na ziemi! – odpowiedziała radośnie Martyna, po czym spochmurniała i dodała. – Żyjesz z żoną?

– No co ty? W życiu! Nie miałem z nią kontaktu od tysiąca lat! – zapewnił gorączkowo Lucjan.

– Pewnie  głupio  robię,  ale  chyba w  to wierzę  –  skomentowała Martyna  z  zadumą.  – Przekonuje mnie ten tysiąc lat… Chociaż z drugiej strony… – dodała po chwili. – Jaki miałaby interes w pomaganiu niewiernemu małżonkowi, którego nie widziała od dziesięciu wieków?

– O! To akurat mogę bardzo łatwo wyjaśnić – pospieszył z odpowiedzią brązowooki amant, ciężko przełykając ślinę. – Magdusia od pierwszego dnia w telewizji wykopała topór wojenny, walcząc ze swoją, hmmm…  no  szwagierką.  Często  brały  się  za  kudły,  raz  nawet  na  wizji  –  co  rzekłszy,  nasz  lowelas uśmiechnął się bezwiednie i złośliwie.

– Do rzeczy! – naciskała zimno i dystyngowanie Martyna.

– No w każdym razie, gdy okazało się, że meteoryty to przesądzona sprawa i że lada dzień stracimy bazę, skontaktowałem  się  z  ekhm,  hmmm…  małżonką  i  poprosiłem  ją  o  przemycenie  kilku…  no… powiedzmy niezupełnych  faktów  do  głównego wydania  „Trąby  Jerychońskiej”. Chodziło  o  to,  żeby odwrócić uwagę reporterów od ewakuacji naszych agentów, która przebiegała nieco…

– …chaotycznie – weszła mu w słowo nasza bohaterka.

– No tak – przyznał z pewnym wstydem Lucjan. – Do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że władze jednak coś z tym zrobią.

– Ale nie zrobiły nic! – podsumowała rzeczowo Martyna.

– No właśnie! Nasi agenci nie stwierdzili, żeby jakiekolwiek organy rządowe podjęły jakiekolwiek decyzje i jakiekolwiek działania. Kompletna cisza – dodał rozgoryczony agent podziemia.

– Czyli żonka –  to ostatnie słowo Martyna wypluła jak muszkę owocówkę – nie kontaktując się z małżonkiem  –  to  słowo Martyna wypluła  jak  resztki  pasty  do  zębów  –  od  tysiąca  lat,  nagle radośnie zgadza  się  na współpracę  i  nie  pyta  o  szczegóły,  tak? Ty myślisz,  że  ja  się  urwałam  z  chatki  siedmiu krasnoludków i wpieprzam na śniadanie halucynogenne jabłuszka? – zapytała z lepką słodyczą.

– Martyna!  To  nie  tak!  –  pospieszył  z  gorliwym  zapewnieniem  Lucjan.  –  Angelika  też  jest w podziemiu i właściwie dlatego zgodziła się pomóc.

– Angelika?  –  zachichotała  Martyna.  –  Cóż  za  doskonale  słodkie  imię  dla  żonki  obywatela ciemności, walecznego Lucjana!

– O co ci chodzi? – naburmuszył się żonkoś. – Imię jak każde inne.

– Taaaa!  –  uśmiechnęła  się  złośliwie  posiadaczka  wielce  szlachetnego  imienia,  po  czym poważniejąc,  dodała:  –  No  dobra,  mam  w  dupie  Angelikę,  tak  jak  wszelakie  Wiolki  i  Samanty z dyskoteki. Mnie  interesuje  tylko  jedna  rzecz:  na  jakiej  podstawie  podziemie  do  ostatniej  chwili miało nadzieję, że władze coś z tym zrobią?

– No  cóż,  wielokrotnie  próbowaliśmy  dyskretnie  nawiązać  kontakt  z  władzami,  ale  zazwyczaj kończyło się to na tym, że albo uznawali naszych agentów za mroczne siły ciemności, albo za szpiegów z krainy  dolara  –  wyjaśnił  wielce  uradowany  zmianą  tematu  Lucjan,  po  czym  zamyślił  się  i  dorzucił bezwiednie: – Potem mieliśmy nadzieję, że twoja wizyta u prezydenta odniesie pożądany skutek, ale jak sama widziałaś, gówno wielkie z tego wyszło – dokończył z niejakim ubolewaniem.

– Aaa!– krzyknęła donośnie Martyna  i jak oparzona skoczyła na równe nogi. – Skąd wiesz, gdzie byłam?  Kuźwa,  skąd  to  wiesz?  –  Zwężonymi  z  wściekłości  oczami  wpatrywała  się  intensywnie  w Lucjana,  po  raz  kolejny  zatracając  zmysły w  paradoksach  czasowych.  – Nie możesz  tego wiedzieć!  – wrzasnęła błagalnie  i znacznie ciszej dodała: – Nie mogliście przecież wiedzieć, że  ja się godzinę  temu  wybrałam  do  prezydenta. Nie mogliście  się  o  tym  dowiedzieć,  bo  ja  sama  o  tym  nie  wiedziałam  do ostatniej chwili! Nie mogliście niczego zaplanować, bo skąd moglibyście przypuszczać, że polecę właśnie tam!

– Martyna!  Twoja misja  u  prezydenta  została  w  szczegółach  zaplanowana mniej  więcej  w  tym czasie,  gdy  tańczyłem  z Magdusią  wolniaka  na  szkolnej  dyskotece  –  rzucił  lekkim  tonem  Lucjan.  – Wszystko,  czego  doświadczyłaś,  miało  na  celu  przygotowanie  cię  do  tej  chwili,  w  której  wyruszyłaś zagrać o wszystko.

– I nic z tego nie wyszło! – zasmuciła się Martyna.

– Niestety! – skomentował z obłudnie zatroskaną miną Lucjan.

Martyna  wstała  i  odłożyła  ostrożnie  fajeczkę  na  brzeg  leżaka.  Zapatrzyła  się  z  zadumą  w przeciwległy brzeg basenu i nie zaprzątając sobie głowy kochankiem i krępującymi ją więzami pomiętego ubrania,  podeszła  powoli  do  brzegu,  który  kusił  i  szeptał,  odbijając  w  swych  ciepłych  odmętach nierzeczywisty  obraz  konstelacji  F.I.U.T.E.K.  Nasza  skołowana  bohaterka  weszła  do  wody  i  leniwie podpłynęła  do  skalistej,  obrośniętej  warkoczami  roślinności  ściany.  Odwróciła  się  w  stronę  Lucjana spoczywającego  ufnie  na  leżaku  i  unoszącego właśnie  samotną  fajeczkę  z  jamajskim  zielem,  po  czym uspokojona  odszukała  Żaba,  który  jak  zwykle  wyrzygiwał  z  siebie  kaskady  źródlanej  wody. Martyna jednym  zdecydowanym  ruchem  wydobyła  rurkę  z  jego  dupy  i  lękliwie  spoglądając  na  nawalonego Lucjana, czekała, aż resztki wody i mułu oczyszczą trzewia płaza, przywracając mu zdolność mowy. Żab przewrócił  z wysiłkiem  oczami  i  po  chwili  zapatrzył  się  chwiejnym wzrokiem w  napiętą  twarz  swojej oswobodzicielki.

– Kum, kum! – zakumkał pokornie.

– Porąbało cię? – zapytała rzeczowo Martyna. – Patrz szybko na tego typa na brzegu i powiedz mi,

kto to jest.

– No jak to? – odbeknął mułem, zniekształcając samogłoski, żab. – Toż to pan Lucjan we własnej osobie.

– Lucjan? – powtórzyła nasza bohaterka, świdrując badawczo płazie jestestwo namiestnika. – Jesteś pewien?

– No jestem! – odparł żab nienawistnym tonem. – To ten sam wał, który mi wtedy wsadził… – nie będąc w stanie doprecyzować, Żab zatonął we łzach. Po chwili ograniczył się do kontrolowanego szlochu i  przyznał  z  ociąganiem:  –  To  jest  pan  Lucjan,  którego  widziałem  ostatni  raz  dawno  temu.  Potem przychodził  tutaj  inny  Lucjan,  no wiesz…  inne  ubranie,  inne  sandały  i  trochę  inne włosy  –  dodał  po namyśle.

Martyna spojrzała z pełnym wdzięczności uśmiechem na Żaba, leniwie uniosła uzbrojoną w rurkę lewą  rękę  i  skierowała  końcówkę  węża  w  rejony  żabiego  dupska.  Czas  zwierzeń  minął.  Dobiegały również końca błogie chwile upalonego jamajską fajką fałszywego Lucjana.

Martyna 12

Martyna 12

Rozdział 12

W którym wreszcie dowiemy się, o co w tym, kuźwa, chodzi i w którym Martyna musi podjąć decyzję przerastającą jej możliwości pojmowania

Lucjan uśmiechnął  się uprzejmie do Martyny  i gestem wskazał  jej drzwi. Zeszli  razem po  schodach do salonu, gdzie nasza bohaterka jak automat skierowała się do lodówki, z której wyjęła dwa zimne Leszki.

Podeszła powoli do siedzącego na kanapie pana Lucjana  i nie chcąc zaburzać czekającej  ich pogawędki nadmierną bliskością, przycupnęła na skraju ławy, jednocześnie wyciągając w stronę gościa uzbrojoną w puszkę rękę.

– Audiotele  jeszcze  się  chyba  nie  zaczęło  –  zagaił  Lucjan,  otwierając  z  głośnym  pstryknięciem browarek.

– Chyba  jeszcze  nie. Magdusia  zapowiadała  na  dwudziestą  trzecia  pięćdziesiąt  –  odezwała  się apatycznie Martyna, z trudem otwierając piwo.

– Co robimy? – zapytał jej gość.

– Kurde, myślałam, że ty masz jakiś plan! – powiedziała nerwowo nasza piwoszka.

– No,  powiem  szczerze,  że  to  ciebie  tu  sprowadziłem,  żebyś myślała, bo  to  nigdy  nie  była moja mocna strona – wyznał otwarcie Lucjan.

– Mnie? – zarechotała Martyna. – No to chyba coś ci się pomyliło.

– Nie! To jest przemyślana od stuleci operacja! – oświadczył z przekonaniem Lucek.

– Ja mam  zaledwie  trzydzieści  lat  –  odparła  z  godnością Martyna  i  nerwowo  zerknęła  na  ekran telewizora, w którym migały jedna za drugą reklamy.

– Ja się zagubiłem w czasie, wiesz? – westchnął nagle płaczliwie.

Martyna  pociągnęła  ostro  z  puszeczki  i  uznała,  że  jeśli  ktokolwiek ma  tu  być  facetem  i  podjąć racjonalne  decyzje,  to  jest  to  wyłącznie  jej  skromna,  lekko  sfatygowana  osoba.  Zerknęła  z niekontrolowaną czułością na zagubionego Lucjana i podjęła męską decyzję, która wypłynęła znienacka z czeluści jej całkiem zgrabnego kobiecego ciała.

– Siedź  na  dupie  i  nie  waż  się  ruszyć!  –  zażądała  nad  wyraz  przytomnie.–  Będziesz  teraz odpowiadał na moje pytania!

– No dobrze, ale czy to uratuje moją misję? – zapytał trwożliwie Lucek.

– Tego się zaraz dowiemy! – stwierdziła uroczyście Martyna i przywołując z zamierzchłych czasów psychotesty z Bravo Girl, skupiła wszelkie myśli i metody poznawcze na przypadku Lucjana.

– Na czym polega twoja misja? – zapytała groźnie.

– Chodzi o to, żeby Ziemia wróciła do normalności – wyrecytował spolegliwie jej rozmówca.

– Zdefiniuj pojęcie „powrót Ziemi do normalności”.

– No nie wiesz? –  zniecierpliwił  się Lucjan. – Chodzi o  to,  żeby przywrócić  stan planety  sprzed

czasu, zanim Szef postanowił, że Młody będzie pisał o niej pracę dyplomową.

– Kiedy syn Szefa zaczął pisać pracę dyplomową? – dociekała Martyna.

– No…  to  było  jakoś  po  tym,  gdy  Szef  się  wkurzył,  że  jego  córki  takie  wykształcone  są,  a najmłodszy syn nadaje się tylko na prezentera pogody – odparł szczerze Lucek.

– Konkretnie! Jak  to się ma czasowo do wizyty Adama  i Ewy w Raj 3.14? – drążyła  temat nasza

esesmanka.

– No nie pamiętam dokładnie! – sapnął jej gość, pociągając nerwowo z puszeczki.

– Konkrety mnie interesują! – ryknęła Martyna.

– No więc,  jakby  się  tak  zastanowić,  to  było  jakoś w  pierwszym miesiącu,  gdy  Szef  powierzył Młodemu  statek  i  Ziemię.  Parę  dni  później  zgarnęli  Szefa  do  szpitala  i wszystko wymknęło  się  spod kontroli.

– Kim jest Magdusia? – warknęła Martyna.

– No  nie wiesz?  –  zarechotał  Lucek.  – Magdusia  to  najstarsza  i  totalnie  porąbana  córka  Szefa. Wymyśliła  sobie,  że  skoro Szef  jest w  szpitalu,  to ona  przejmie F.I.U.TE.K.  i usadzi  resztę  rodziny w domowym areszcie na Kunta-Kinte.

– Kunta-Kinte? – wtrąciła nieprofesjonalnie zaskoczona Martyna.

– No, znaczy główna planeta Układu. Z tego, co wiem, to nikt oprócz rodziny i obsługi nie ma tam

wstępu – wyjaśnił uprzejmie brązowooki.

– Dlaczego tak ważne było wywalenie beczek z winem i dlaczego się ujawniłeś? Skąd znałeś moje

imię? – walnęła z grubej rury Martyna.

– No,  wywalenie  beczek  było  drugim  i  ostatnim  etapem  zamazania  brzemiennej  w  skutki działalności Młodego.  Pokazałem  się  tylko  dlatego,  że  zawaliłem  tam  sprawę  wiele  setek  lat  temu  i musiałem naprawić sytuację. Znałem twoje imię ze szkoły –odpowiadał karnie i po kolei Lucjan.

– Dlaczego  to  był  drugi  etap  i  dlaczego  trzeba  było  zamazać  działalność  Ziomusia?  –  zapytała Martyna, tłumiąc palącą potrzebę przejścia do ostatniego pytania.

– Czas nam ucieka! – rzucił Lucek i zapatrzył się w gasnącą końcówkę reklamy proszku do prania.

– Możemy  się  przecież  cofnąć  nieco  i  kontynuować  rozmowę  –  odparła  niefrasobliwie  nasza ekspertka od spraw paradoksów czasowych.

– Nie możemy, chyba że chcesz zobaczyć samą siebie wyciągającą dla nas browar z lodówki i paść na zawał – zasugerował pogodnie jej rozmówca.

– No  dobra,  skoro  się  nie  da,  to  odpowiadaj  na  pytania!  –  warknęła  zawiedziona  Ziemianka.– Dlaczego to był drugi etap? I dlaczego trzeba było ukręcić Ziomusia? – dodała ponaglającym tonem.

– No więc Młody od dawna kręcił się na Ziemi i kombinował, jak się tu dowartościować. Raz mu przeszkodziłaś  i mieliśmy  nadzieję,  że  odmieniłaś  tym  bieg  historii.  Sam  ustawiałem  komputery  na  tę misję! – powiedział chełpliwie Lucek.

– Dobra, powiedzmy, że misja się powiodła, a co z drugą?– powiedziała szybko Martyna.

– Młody  sobie  wykombinował,  że  długo  go  na  Ziemi  popamiętają,  więc  wymyślił  ten  numer z winem. – Lucek wzruszył ramionami. – Za pierwszym razem nie udało mi się go upilnować i cała Ziemia pogrążyła się w dziwacznej manii.

– Jak to za pierwszym razem? –zbaraniała Martyna.

– No…  ja  sam  tego dokładnie nie wiem. Z  filmów pamiętam, że nie można  się pokazać  samemu sobie,  ale  akurat  z  tym  nie  było  żadnego  problemu,  bo  za  pierwszym  razem wpadłem  pod  stół,  zanim wesele  na  dobre  się  zaczęło.  Nawet  nie  wiedziałem,  że  Magdusia  się  tam  pojawiła.  Wróciłem  i schowałem  się  za  krzakami.  Trochę  się  zdziwiłem,  jak  zobaczyłem,  że  siedzisz  za  sławojką,  ale  te podróże  w  czasie  już  dawno  mnie  przerosły,  więc  olałem  sprawę.  Pilnowałem  tylko,  żebym  się  nie podniósł spod stołu.

– Który z ciebie stał za krzesłem w sali weselnej? – zapytała skołowana Martyna.

– Ja!  – wrzasnął  entuzjastycznie Lucek.  – To  znaczy  ten  ja,  którego  tu widzisz. Tamtego Lucka kopałem dyskretnie sandałem po głowie, gdy chciał się podnieść – dodał z dumą.

– Kurde! – westchnęła z podziwem Martyna i rzuciła, przytomniejąc. – No dobra, to już wiem, jak zawaliłeś sprawę, ale jesteś mi jeszcze winien odpowiedź na pytanie, skąd znasz moje imię.

– No co ty? – zaćwierkał samiec. – Nie poznajesz mnie?

– No  poznaję!  –  przyznała  rzeczowo  nasza  bohaterka.  – Choć muszę  przyznać,  że w  cywilnych ciuchach wyglądasz lepiej niż w tej złotej szacie.

– Martyna! – zawołał zaszokowany facet. – Ty nie wiesz kim ja jestem?

– No  Lucjanem,  a  kim  innym?  –  odparowała  zniecierpliwiona Martyna,  zerkając  dyskretnie na ekran, na którym właśnie zaczynało się audiotele.

– Martyna!  –  powtórzył  facet.  – Myślisz,  że  ja  bym  tak  sobie wpadał  na  twój balkon  i w  ogóle, jakbym Cię wcześniej nie znał?

– No myślałam, że syn Szefa kazał i w ogóle…– wymamrotała nieskładnie.

– Pogięło cię? On nie ma pojęcia o twoim istnieniu… I bardzo dobrze!

– No więc skąd się znamy? – naparła niecierpliwie Martyna.

Lucek  wyciągnął  z  kieszeni  małe  etui,  z  którego  przesadnie  powolnym  gestem  wydłubał  parę okularów i nasadził ją sobie na nos. Przyczesał na bok niesforne włosy i wpił ufne spojrzenie w Martynę.

Nasza bohaterka zesztywniała w niedowierzaniu i przetarła znużonym gestem wilgotne czoło.

– Daruś? – wyjąkała z wahaniem.

– To ja! – szepnął cicho uzbrojony w dziecięce okularki Lucjan.

Nad salonem wirowała zagadkowa cisza, w którą z upiornym bzyczeniem wciął się rozchichotany

głos rudej Magdusi. Właśnie zaczynało się audiotele.

– Lucek? – zagaiła Martyna.

– No? – mruknął Daruś.

– A  powiedz  mi  jeszcze  o  co  chodziło  z  tymi  dziełami  sztuki?  –  szepnęła  niewinnie  nasza bohaterka.

– A  to  taka  zasłona  dymna  – machnął  ręką  Lucek.  – Magdusia  chciała wyciągnąć maksymalne profity z upadku D.U.P.A. i nagłośniła w mediach aferę z kradzieżą.

– Komputery  powiedziały,  że misje mają  na  celu wzbogacenie  kolekcji  –  rzuciła  z  pretensją w głosie Martyna.

– No  i w  sumie miały  rację  –  zadumał  się Daruś.  –  Po wymazaniu  śladów  obecności Młodego okazało się, że planeta eksplodowała milionem niesamowitych dzieł sztuki. Magdusia postanowiła, że w obliczu zbliżającej się zagłady można na tym zrobić znakomity interes. No wiesz… najlepiej sprzedają się dzieła nieboszczyka.

– To znaczy, że meteoryty to jej robota? – poderwała się na równe nogi Martyna.

– No co ty? – roześmiał się Lucek.

– No to czyja?

– Nie wiem. Kosmosu? A może nie…

– A matka? – zapytała dociekliwie nasza bohaterka.

– Co matka? – zdziwił się Lucek.

– No, na weselu cały czas gadaliście o matce Ziomusia, która załatwiła wino na imprezę.

– A daj  se  spokój! To  tylko przykrywka zmontowana na potrzeby  Janka, czyli wścibskiego pana młodego. Magdusia opłaciła kobiecinę ze wsi i dała jej kasę na trunki. Dodatkowo kobieta zaświadczyła, że Młody jest jej synem, i szafa grała.

– Dlaczego akurat to wesele? – zapytała Martyna.

– A co za różnica? – wzruszył ramionami Lucjan. – Tak wyszło. A potem trzeba było tam wrócić, żeby skasować efekty knowań Magdusi.

– To wszystko jej robota! – wygłosiła odkrywczo Martyna.

– No pewnie, a czyja? – powiedział Daruś. – Rude jest wredne!

Na ekranie pojawiła  się uśmiechnięta  złowieszczo Magdusia. Martyna z nieukrywaną  satysfakcją dopatrzyła  się mikroskopijnych  zmarszczek,  które  oplatały  jej  fałszywą  gębę. Nieświadoma wnikliwej obserwacji,  ruda  klasnęła  w  dłonie  i  uciekła  do  mniejszego  okienka,  zdominowanego  satelitarnym przekazem obrazu Błękitnej Planety kręcącej się majestatycznie i nieświadomie na tle czarnej przestrzeni.

– Szanowni  państwo,  niech  was  nie  zwiedzie  pozorny  spokój  w  tym  zakątku  świata!–  zagaiła radośnie Magdusia. – Za chwilę rozpęta się tu piekło, ale zanim to nastąpi, chciałam państwa zachęcić do udziału w naszym kosmicznym audiotele. Przypominam, że pytanie brzmiało:

Proszę powiedzieć, jak nazywa się gwiazda Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

– Jest mi niezmiernie miło poinformować państwa, że do przewidywanej puli i pamiątkowych zdjęć dorzuciliśmy  jeszcze kilka niesamowicie cennych obrazów, pochodzących z planety, która dokładnie za dwanaście minut ulegnie zniszczeniu! – dodała Magdusia, uśmiechając się profesjonalnie.

– Lucek?

– No? – mruknął Daruś.

– A co ty robiłeś w mojej szkole? – zapytała kompletnie bez związku z audiotele Martyna.

– No a co mogłem tam robić? – odparł zdumiony Lucek. – Chowałem się przed mackami rodziny Szefa.  Moja  organizacja  zadołowała  mnie  w  najbardziej  przerąbanym  miejscu  we wszechświecie  z nadzieją, że tam mnie nie dorwą.

– Organizacja?

– No wiesz, zwalczamy reżim Szefa. Obecnie z podziemia – oznajmił z dumą Lucek.

– A jednak Magdusia cię tam dorwała – podsumowała Martyna.

– I tak, i nie! Wyczaiła mnie, to fakt, ale nie mogła się zdekonspirować, więc dociągnęliśmy jakoś do ósmej klasy. A gdy poznałem Ciebie… – zacukał się brązowooki.

– To co?

– No więc pozmieniały mi  się priorytety  i  zamiast działać dla podziemia,  zacząłem kombinować jak ocalić Ziemię – odpowiedział miękko Lucek.

– I co wykombinowałeś? – zapytała uprzejmie Martyna.

– Nic – przyznał ze skruchą Daruś.

Na  ekranie  wyginała  się  wdzięcznie  ruda  małpa  i  entuzjastycznie  wskazywała  na  czerwone punkciki zbliżające  się do granic układu, którego nazwa  stanowiła meritum audiotele. Martyna wstała  i bezgłośnie zapłakała. Przed oczami stanął jej samochód Boratyńskiego, pieszczotliwie głaskany woskiem w każdą sobotę. Łzy już ciurkiem płynęły po jej spalonych słońcem Jamajki policzkach, gdy wyobraziła sobie  udręczonego  życiem  Szalińskiego  i  jego  niebiblijnego  judasza  oraz  rozwrzeszczane  bliźniaki. Ocierając  wilgoć  z  twarzy,  przypomniała  sobie  panią  Alę  z  warzywniaka  i  urocze  ekspedientki  ze spożywczego,  które  zawsze  pokazywały  jej  puszeczki  z  najświeższą  datą. Z  rozpędu  poświęciła  nawet ciepłe myśli francuskiej siostrze zakonnej, która była jej sąsiadką z piętra. Jej serce ścisnęła taka żałość, że  roztkliwiła  się  nad  „barankiem”  i  członkami  rządu.  Przed  oczami  stanął  jej  prezydent,  tak władczo przemawiający podczas orędzia noworocznego. Nawet jego było Martynie obecnie żal.

Ostatnia myśl zelektryzowała naszą bohaterkę  i wpijając wzrok w ekran ustaliła, że do zderzenia zostało  jeszcze  osiem minut. Zerknęła  na Lucjana,  który  schował  twarz w  dłoniach  i  zaczynał właśnie przeżywać zawodową porażkę.

– Siedź tu i czekaj na mnie. Pomysł mam! – wrzasnęła Martyna i pokłusowała do kokpitu.

 

Martyna  otworzyła  z  trzaskiem  drzwi  do  dziupli  komputerów  i  nie  zważając  na  ich  pogrążone  w spoczynku monitory, wrzasnęła do Lewego:

– Szykuj lot!

Lewy ocknął się z błogiego letargu i zamrugał z zaskoczeniem diodami. Środkowy kompletnie olał wtargnięcie Martyny.

– Zanim polecę, to mi jeszcze powiedz, dlaczego zawsze, gdy gdzieś lecę, to o taki sam czas, jaki spędzę na Ziemi, posuwa  się czas  tutaj? W  filmach  inaczej było!  –  zapytała podenerwowanym  głosem nasza podróżniczka w czasie.

– No właściwie  to mogłabyś wracać  do  tego  samego momentu,  ale  Środkowy  ustalił,  że  łatwiej będzie, jeśli czas będzie biegł paralelnie – odparł znużony Lewy.

– Aha! Znaczy  inaczej nie umie! – podsumowała Martyna. – To  teraz zmień  to  szybko, bo mam interes na Ziemi i zamierzam wrócić zanim skończy się audiotele.

– Tak się nie da! – powiedział ze zgrozą Lewy. – Środkowy źle się czuje, więc nie zmieni ustawień. Ja mogę cię wysłać, gdzie chcesz, ale wrócisz dokładnie po takim czasie, jaki spędzisz na Ziemi.

– No  dobra!  –  westchnęła  Martyna  zerkając  z  ukosa  na  uśpionego  Środkowego.  Czuła,  że  to element spisku mający na celu nieodwracalne przesunięcie czasu na Raj 3.14, ale uznała, że nie pora teraz dociekać,  kto  tu  sieje  dywersję.  – Wysyłaj mnie  natychmiast: miejsce Warszawa, gabinet prezydenta.

– Służę uprzejmie! – odpowiedział słodko Lewy i zaszumiał z wysiłkiem.

Martyna  ugięła  nogi  i  zaciskając  mocno  pięści,  czekała  na  transfer.  Po  chwili  ze  znajomym mrowieniem  pośladków  poderwała  się  w  niebyt,  by  dosłownie  po  kilku  sekundach  opaść  na  miękki czerwony dywan.

– Aaaaaaa!– wrzasnął jakiś spanikowany głos.

– Aaaaaaa!  –  nie  pozostała  dłużna  Martyna.  Po  chwili  jednak  zamknęła  jadaczkę  i  parsknęła niepohamowanym śmiechem. Najbardziej szacowna persona kraju siedziała na fotelu i wybałuszała oczy, jak nie przymierzając namiestnik SigmaPi po wetknięciu rurki.

– Dobra! Wyluzuj! – powiedziała pojednawczo Martyna. – Nic ci nie zrobię. Przyleciałam tylko na dwie minutki, żeby powiedzieć coś bardzo ważnego.

– Jak  się  tu  dostałaś?  –  zapytał  obrażonym  głosem  namiestnik  macierzystego  kraju  naszej bohaterki. – O matko, a co za różnica? Słuchaj lepiej, co mam do powiedzenia, a nie głupotami sobie będziesz dupę zawracać.

– Ej  no!  Grzeczniej!  Grzeczniej  no!  Do  prezydenta  mówisz!  –oburzył  się  prezydent  i  opuścił podkurczone nogi, wygładzając z godnością kanty nogawek.

– No dobra! To przepraszam cię prezydencie i w ogóle – zaszemrała ugodowo Martyna.

– No! – sapnął z satysfakcją namiestnik skrawka Ziemi.

– Słuchaj, nie ma czasu na pierdoły, bo za sześć i pół minuty burza meteorytów zmiecie Ziemię z mapy układu D.U.P.A. – zaczęła dyplomatycznie Martyna.

– Dupa? Dupa?! – wrzasnął rozsierdzony prezydent.– Jak śmiesz? Tu i pod tym obrazem? – dodał zgorszony i wykonał wymowny gest w stronę wizerunku okutanej w niebieskie szaty handlarki wina.

– Dość! – ryknęła Martyna i dodała: – Bo zadzwonię do mamy!

Prezydent  skulił  się  w  wyćwiczonym  od  dnia  ślubu  odruchu  i  zareagował  bezbłędnie,  jak zaprogramowany na kryzysową sytuację samiec.

– No  już dobrze, dobrze!  Ja wszystko  rozumiem  i  też cię kocham! – wyznał  skruszony, po czym potrząsnął głową, starając się odwrócić zwodniczy tok myśli. Zapowietrzył się na momencik i wrzasnął. – A co pani tu robi? Ja wołam ochronę, i to natychmiast!

– Zamknij  się w  końcu  i  posłuchaj!  –  syknęła wnerwiona Martyna.  –  Za  niespełna  sześć minut mojego czasu Ziemia pieprznie i rozsypie się w pył. Według twojego czasu to będzie za pięć lat. Nadciąga stado meteorytów. Zamiast zajmować  się głupotami, zwołaj kolesiów prezydentów  i coś z  tym zróbcie. No  nie  wiem…  Jakieś  rakiety  trzeba  przygotować  czy  co?  Jeśli  nic  nie  zrobisz,  to  walnie,  pizdnie  i Belwederek zmiecie, kumasz dziadziu? – wrzasnęła nasza dyplomatka.

Prezydent  wpatrywał  się  w  Martynę  osłupiałym  wzrokiem.  Najwyraźniej  nie  był  zdolny  do wykonania sensownego ruchu, że o spójnej myśli nawet nie wspominając.

– Pamiętaj! Jak nic z  tym nie zrobisz,  to wszystko walnie,  rozumiesz?  – powiedziała cicho nasza zbawicielka świata. – Dostałeś przekaz z Raju i tego się trzymaj. I jeszcze jedno! – powiedziała mściwie nasza  świeżo  mianowana  ekspertka  historyczna.  –  Zdejmij  no  tę  handlarkę  win  ze  ściany,  bo  się F.I.U.T.E.K. z nas śmieje! Zabierzcie mnie natychmiast! – krzyknęła kierując wzrok w sufit gabinetu.

– Tak!  Zabierzcie  ją  z  stąd!  –  krzyknął  z  ulgą  prezydent,  tyle  że  spoglądał  z  nadzieją w  drzwi wejściowe,  kompletnie  nie  przyjmując  do wiadomości  zagadkowego  syknięcia,  które wtajemniczonym obwieszczało początek procesu teleportacji.

– Pamiętaj!  –  krzyknęła  jeszcze  na  odchodnym  Martyna  –  Masz  pięć  lat,  a  potem  wszystko pieprznie!

Prezydent patrzył oniemiały i próbował odnaleźć zarys sylwetki histeryzującej baby w kłębie dymu pełgającym po czerwonym i wyjątkowo miękkim dywanie.

– Mara  jakaś? – powiedział cicho. – Albo opozycja kombinuje! – dodał z satysfakcją  i zwracając ufne spojrzenie na handlarkę win, postanowił napisać raport.

Martyna  w  tym  czasie  wylądowała  w  kokpicie  i  naprędce masując  zdrętwiałe  pośladki,  rzuciła okiem na zegar. Uświadomiła sobie, że audiotele powinno się już kończyć i że najdalej za cztery minuty nastąpi triumfalny kontratak z Ziemi. Nie zaszczycając komputerów nawet przelotnym spojrzeniem, nasza ratowniczka  świata  pobiegła  przez  sypialnię  do  szczytu  kręconych  schodów  i  w  oczywisty  sposób ignorując potrzeby fizjologiczne, rzuciła się w lewo, po zaledwie kilku sekundach dopadając do kanapy, telewizora i załamanego Darusia.

– Lucek? – zapytała łagodnie. – Co się działo, jak mnie nie było?

– Nic!– odparł naburmuszony Daruś. – Reklamy leciały, a teraz wylazła ta ruda małpa i mówi, że zaraz zaczną się prawdziwe emocje.

– Nie  bój  nic!  –powiedziała  z  mocą  Martyna.  –  Będzie  dobrze!  Zobaczysz!  –  I  pokłusowała biegiem do lodówki po dwa piwka.

Mościła się właśnie wygodnie na kanapie obok Lucka i zaczynała koncentrować na słowach podłej Magdusi, gdy jej kumpel, wiercąc się nerwowo, rzucił oskarżycielskim tonem:

– Gdzie byłaś?

– Cicho! Na miasto musiałam skoczyć. Sprawę miałam do załatwienia.

– Ta! Sprawę! – obraził się Lucjan. – Nie jesteś ze mną szczera, wiesz?

– No co ty? – zadrwiła nasza niedoszła psycholożka, solennie sobie obiecując, że nigdy nie wyjdzie za mąż.

Magdusia  na  ekranie  zaczęła  podskakiwać  i  klaskać  w  dłonie.  Jej  twarz  okrywał  niezdrowy rumieniec  podniecenia.  Pokazywała  paluchem  ekran,  na  którym  czerwone  punkciki  właśnie dopadały stadem  majestatycznie  spokojną  Błękitną  Planetę. Martyna  wzruszyła  tylko  ramionami  i  pociągnęła  z puszeczki.

– Martyna! – wrzasnął Lucek. – Ja nie mogę na to patrzeć!

– Będzie dobrze! – powiedziała pokrzepiająco Martyna i poklepała go zdawkowo po plecach.

Magdusia wyszczerzyła się do kamery i nadal wskazywała ręką na przedmiot swojego audiotele.

– Na  kilka  sekund  przed  zderzeniem  koniecznie muszę  powiedzieć  państwu,  że wyłoniliśmy  już zwycięzcę. Wyniki podamy oczywiście po eksplozji i po krótkiej przerwie na reklamy.

– Wal się na ryj! – wrzasnęła Martyna i odnajdując rękę Lucjana, wpiła wzrok w ekran.

Czerwone  punkciki  opadły  Ziemię  i  nie  czekając  na  zaproszenie, wpiły  się w  jej  powierzchnię. Błękitna  Planeta  protestowała  przez  chwilę,  by  wreszcie  zakołysać  się  w  posadach  i  eksplodować  z przeraźliwie jasnym blaskiem.

– Nie  muszą  się  państwo  obawiać  żadnych  niedogodności  związanych  z  toksynami  i  pyłami  – powiedziała  uradowana Magdusia.  –  Ta  planeta  jest  bardzo  odległa  od  cywilizacji.  I  teraz  już  mogę powiedzieć, że jej nazwa, a zarazem klucz do wygrania stu  tysięcy dinarów, brzmi: Ziemia!!!! Zaraz po przerwie dowiedzą  się państwo, kto  jest  szczęśliwcem, który dzisiaj otrzyma  główną nagrodę. Nie odchodźcie od odbiorników!

Rozpromienioną  twarz  Magdusi  zastąpiła  plansza  rozpoczynającą  reklamy.  Lucjan  opuścił bezradnie rękę, w której trzymał pilota i pozwalając wybuchnąć głupawym ofertom handlowym, skurczył się w sobie i zamknął oczy.

Martyna 11

Martyna 11

Rozdział 11

W którym nasza bohaterka musi wtopić się w egzotyczne tło, a do tego nie tracić głowy

Gdy  opadł  już  pustynny  kurz,  nasza  dzielna  bojowniczka  o  prawa  Ziemi  odkaszlnęła  gwałtownie,  po czym rozglądając się czujnie wokół siebie, namierzyła drewnianą sławojkę, która tkwiła w nieznajomym otoczeniu  jak  oaza  oferująca  cień  normalności. Martyna  zakradła  się  chyłkiem  za  jej  naruszoną  zębem czasu  ścianę  i  nie  ściągając  kaptura,  nastawiła  uszy  i  oczy  na  odbiór. Nieufna  tym  razem,  zaczęła  się zastanawiać, czy w owych czasach  istniały  sławojki  i czy komputer znów nie zrobił  jej w wała, ale po namyśle doszła do wniosku, że co jak co, ale takie przybytki musiały istnieć od zawsze, nawet jeśli źródła historyczne dyskretnie milczą na ich temat. Inna sprawa, że nie była do końca pewna, w którym właściwie roku się znajduje. Jak już wcześniej wspomniano dawne dzieje kojarzyły się Martynie wyłącznie z zieloną tablicą i kłapiącym sztuczną szczęką „barankiem”. Starając się skoncentrować na bieżącej, choć nieznanej rzeczywistości, nasza bohaterka wychyliła się ostrożnie zza kibelka i chłonęła rozgrywające się przed jej oczami wydarzenia. A było na co popatrzeć.

Wnikliwa obserwacja zza sławojki

Zmierzch  kładł  się  zdradziecką  kurzą  ślepotą  po  pustynię.  Dokładnie  naprzeciw  sławojki Martyna  ujrzała  kamienne  domostwo  imponujących  rozmiarów,  od  którego  oddzielały  ją znajomo wyglądające aromatyczne krzaki i ogromny piaszczysty plac przed wejściem. Gdzieś nad  uszami  ćwierkały  cykady,  które  po  chwili  stopiły  się  w  jedną melodię  z  dziwacznymi piszczałkami. Z kurzu pustyni wyłonił się orszak  liczący sobie więcej niż sto osób. Na czele pochodu  szła  omotana  błękitną  szatą  kobieta.  Towarzyszył  jej  szczupły  koleś.  Za  nimi podążała cała grupa  ludzi omotanych w prześcieradła czy  też szaty  łopoczące w  łagodnym, wieczornym wietrzyku.  Zapóźnione  ptaszyska  poderwały  się  na  takie  dictum  i  z  podobnym łopotem skrzydeł pospiesznie opuściły okolicę. Jeden nie omieszkał nasrać Marynie na ramię przed finalnym odlotem. Martyna, zgrzytając zębami, ścierała liściem paskudztwo z chałata, nawet  na  chwilę  nie  spuszczając wzroku  z  kotłujących  się  na  dziedzińcu  ludzi. Próbowała odnaleźć choć jeden rudy kłak wysuwający się spod cnotliwego welonu, lecz w gęstniejącym mroku  było  to  kompletnie  zdane  na  niepowodzenie. Ludzie  zaczynali  znikać w  oświetlonej pochodniami  kamiennej  bramie,  drepcząc  dostojnie  za  pierwszą  parą.  Martyna,  nagle podniesiona  na  duchu,  cofnęła  się  za  sławojkę  i  opierając  się  plecami  o  jej  tylną  ścianę, rozciągnęła  usta  w  złośliwym  uśmiechu.  Najwyraźniej  w  kamiennym  domostwie  właśnie rozpoczynało  się  wesele,  a  nasza  etatowa  bywalczyni  podobnych  zgromadzeń  wiedziała jedno: za pół godziny z budynku zaczną się wylewać przygodne parki szukające  intymności pobliskich zarośli oraz stada korpulentnych wujków, którzy również będą poszukiwać zarośli, choć  zgoła  z  innego  powodu. Niezależnie  od  tego,  ile  lat  człowiek  cofnie  się w  czasie,  to pewne  mechanizmy  ludzkich  zachowań  pozostają  bez  zmian.  Wystarczy  tylko  chwilkę poczekać.

Martyna  zapatrzyła  się  w  nieznajomą  konstelację  gwiazd  widniejącą  na  bezchmurnym  niebie i zadała sobie w myślach pytanie:  jak daleko  jest stąd do statku Raj 3.14  i do F.I.U.T.E.K. Nie znajdując sensownej  odpowiedzi,  przymknęła  oczy,  ulegając  zawirowaniom  trzeciej  strefy czasowej  w  ciągu ostatnich  dwóch  godzin  i  odpłynęła  w  rozkosz  sennego  niebytu.  Śnił  się  jej  lepszy  świat  i  lepsze perspektywy.

Sen o lepszym świecie i lepszych perspektywach

Martyna pędziła boso po głaskanej wiatrem  łące w  stronę czystego błękitu nieba. Spod  jej stóp unosiły się bielutkie  i puszyste nasiona dmuchawców  i pędziły dalej, niż myśl  sięga. Z kaczeńców  spływała  przezroczystymi  kroplami  poranna  rosa  i  staczała  się  bezgłośnie pomiędzy  karłowaty  wdzięk  wyblakłych  na  słońcu  niezapominajek.  Świat  zredukował zawrotne  tempo  wydzielania  spalin  oraz  innych  świństw  i  dyszał  rytmem  planety  w oczekiwaniu  na  kolejny  krok  naszej  orędowniczki  piękna,  która  zatrzymała  się  i  rozłożyła ramiona,  zwracając  dłonie  w  stronę  słońca.  Jastrząb,  poprzysięgając  przejście  na wegetarianizm, delikatnie złożył nienaruszone kociątko u stóp Martyny  i chwytając w dziób wiecheć koniczyny, uniósł się majestatycznie ponad śnieżnobiałe i nad wyraz proporcjonalne chmury  rozpięte  nad  linią  nieskazitelnie  ekologicznego  sosnowego  lasu.  Nasza  uśpiona ekolożka uniosła delikatnie kociątko i potrząsając włosami jak w zwolnionym filmie, wlepiła spojrzenie w pobliską norkę, przed którą  skruszony  kot wypuścił właśnie  zdrową  i w pełni władz  umysłowych  nornicę. Martyna  uśmiechnęła  się  radośnie  i  pieszczotliwie  pogłaskała trzymanego w rękach kociaka. Nornica stanęła słupka i poruszając wąsikami wpatrywała się zagadkowo w Martynę. Kociak nie wytrzymał napięcia i wyrwawszy się stanowczo z ramion swojej wybawczyni, doskoczył do gryzonia. Nasza pacyfistka postąpiła krok do przodu i swą szlachetną wegetariańską  stopą natrafiła na całkiem świeży krowi placek. Zmełła w ustach życzenia  pod  adresem  krowy,  które  jaroszce  raczej  nie  przystoją,  i  zapatrzyła  się w  dal w nadziei  na  odnalezienie  krystalicznie  i  ekologicznie  czystego  jeziorka,  w  którym  mogłaby zmyć  gówno  ze  stopy.  Sen  zmierzał  w  złym  kierunku,  więc Martyna  wyobraziła  sobie,  że siedzi na kanapie a z fotela zerka na nią badawczo świnia ukrytym za okularami wzrokiem i miarowo  kołysze  przed  jej  twarzą  trzymaną  w  prawej  raciczce  marchewką.  Oczy  naszej bohaterki kołysały się wraz ze skołataną głową, a jej dłonie zacisnęły się w oczekiwaniu na rychły deszcz.

Deszcz  nie  nadszedł,  ale  naszą  bohaterkę  ze  snu  o  lepszym  świecie  wybudził  odgłos upojnego sikania, który echo niosło po zmurszałych ścianach starożytnej sławojki. Martyna poderwała się na równe nogi  i  starając  się  zachowywać możliwie  cicho,  podkradła  się  do  pobliskich  krzaków,  gdzie  kucnęła  i zamarła w oczekiwaniu. Jej wewnętrzny zegar obwieścił, że na statku zdecydowanie minęła już godzina jedenasta  w  nocy  i  za  niespełna  pięćdziesiąt  minut  Ziemia  będzie  jedynie  nazwą  przylepianą  od niechcenia do obrazów zgromadzonych w galeriach Układu. Na dziedzińcu stali zbici w niewielkie grupki weselnicy  i  co  chwila wybuchali  śmiechem. Martyna  uznała,  że  nie ma  już więcej  czasu  i wężowym ruchem  wysunęła  się  zza  krzaków.  Starając  się  wtopić  w  tło,  podeszła  do  drzwi  wejściowych  i odpowiadając  uśmiechem  na  radosne  skinięcia  biesiadników,  ostrożnie  weszła  do  wnętrza  domostwa, gdzie jej oczom ukazały się ustawione w tradycyjną podkowę weselne stoły. Nasza podróżniczka omiotła sytuację  względnie  trzeźwym  spojrzeniem  i  namierzyła  Ziomusia,  który  gestykulując,  coś  opowiadał swojej  rozmówczyni.  Tuż  obok  siedziała  zasłuchana  w  jego  słowa  kobieta,  a  nieco  dalej  stał facet intensywnie w nich wpatrzony. Kobieta sięgnęła po flaszkę i rozlała zawartość do kielichów. Nad stołem rozniósł się niepohamowany śmiech, który przywabił kolejnego biesiadnika. Kobieta uniosła flaszkę jego kielichem, lecz po chwili okazało się, że flaszka bezpowrotnie wyschła. Martyna obserwowała akcję, skubiąc  od  niechcenia winogrona  spoczywające  na pobliskiej  tacy. Typ,  który  jako  ostatni  dołączył  do towarzystwa, pstryknął palcami  i odszedł, by po  chwili wrócić  z kolejną  flaszką. Ziomuś podskoczył  z radości i napełnił kielichy.

– Jak cię zwą? – wybełkotał, czyniąc dyshonor kuzynowi.

– No jak to? – odparł pan młody. – Janek jestem, nic się nie zmieniło!

– Aha – odpowiedział syn Szefa i polał po następnej kolejce.

Pan  młody,  najwyraźniej  jeszcze  nie  całkiem  pijany,  postanowił  dogłębnie  objaśnić  kuzynowi sytuację.

– No więc, twoja matka to krewniaczka mojej, a z racji tego, że jest wielce poważaną osobą, więc ty też pełnisz dziś rolę honorowego gościa, kuzynie!

Młody walnął szklanę i zogniskował wzrok w szczerych oczach Janka.

– Jak to matka jest poważana? A ja? – zapytał płaczliwie.

– A  ja  tam nic nie wiem. – odparł dyplomatycznie  Janek. – Pani Marysia  to  jest gościówa,  i  tyle wiem. A ty, kuzynie, ciesz się, że jesteś synem takiej przedsiębiorczej matki!

– Przedsiębiorczej? – zapytał Ziomuś. – Przedsiębiorczej? A co to do cholery znaczy?

– No cóż! – powiedziała rozchichotana szatynka, pojawiając się nagle za plecami mężczyzny, który do tej pory nie wyrzekł nawet słowa. – Pani Marysia zaopatruje nas dzisiaj w wino, więc nie dziwi, że jest honorowym gościem, no nie?

– Ta! Zaopatruje! – powiedział koleś, dotychczas opierający się o wezgłowie krzesła Ziomusia. – To dlaczego już go nie ma? Kobieta  siedząca  naprzeciwko  Ziomusia  wyprostowała  się  służbiście,  po  czym  lekceważąco machnęła  ręką.  Rozchichotana  szatyna  już  się  ulotniła  i  nad  stołem  zapanował  względny spokój naznaczony  jedynie  natarczywym  pytaniem  zawoalowanej  kobiety.  Martyna  wciągnęła  kolejną  garść winogron i badawczo wpatrywała się w towarzystwo.

– Mam to w dupie! – powiedział syn Szefa. – Idę po wino!

– A ja mam w dupie ciebie – powiedział spokojnie wiszący na oparciu krzesła typ. – I nie idziesz

po żadne wino.

– Wino? – powiedziała słodko kobieta. – Napiłabym się jeszcze!

Ziomuś uniósł się ciężko i wymijając współbiesiadników, podreptał na dwór. Facet  kołyszący  się  dotąd  na  krześle  zerknął  nienawistnym  wzrokiem  na  kobietę  i  kręcąc  z ubolewaniem  głową  oddalił  się,  wyładowując  uprzednio  emocje  na  krześle,  które  zakołysało  się niepewnie, po czym padło bez czucia na kamienną posadzkę.

Martyna porzuciła z żalem tacę z winogronami i wybiegła chyłkiem w ciemną noc, nieomal dysząc w  plecy  syna  Szefa.  Skryła  się  za  krzakiem  i  kucnęła,  spinając  się  do  skoku.  Jej  wewnętrzny  zegar podpowiadał, że czas się kończy nieuchronnie i że pora coś wykombinować.

Młody  zatoczył  się  i  puścił  pawia  pod  własne  sandały.  Świerszcze  cykały,  noc  obiecywała spełnienie tajemnic, a jakiś wujek nieustająco stękał w sławojce. Nasza bohaterka przywarła za krzakami w oczekiwaniu na przełom, który uzasadni jej absurdalny czasowy impas. Syn Szefa otarł usta rękawem weselnej  szaty  i  chybotliwie  podszedł  do  drzwi  sławojki.  Przez  chwilę wpatrywał  się w  jej  zmurszałe drzwi, by wreszcie unieść do ust nadgarstek  lewej dłoni  i coś do niego wybełkotać. Martyna wychyliła ciekawie  łeb  zza  krzaków  i  podążając  za wzrokiem Ziomusia,  utkwiła  spojrzenie w  czeluści  kosmosu. Razem  trwali  w  niecierpliwym  oczekiwaniu,  choć  każde  z  nich  z  innego  powodu.  Po  chwili  na dziedziniec wytoczyli się znajomi Ziomusia i kłócąc się między sobą zawzięcie, podeszli do syna Szefa, idąc  tropem  barwnego  pawia. Kobieta  dopadła  do młodego  i  agresywnie  szarpnęła  go  za  ramię.  Facet odciągnął  ją  na  bok  stanowczym  gestem,  po  czym  podszedł  łagodnie  do  Ziomusia  i  zaczął  mu  coś tłumaczyć. Młody zarzucił energicznie włosami i odepchnął faceta, który wycofał się, unosząc dłonie do góry.  Babeczka  zarzuciła włosami  i  stanęła  obok  chwiejącego  się  na  nogach  syna  Szefa, wraz  z nim wpatrując się w niebo.

Po chwili niebo rozbłysło i za sławojką wylądował z ciężkim jękiem przestarzały prom z barwnym napisem  łuszczącym  się  z  lewego  boku  pojazdu. Martyna  przechyliła  głowę  i  przeczytała  z  trudem: „Cosmo-catering”.  Tylny  właz  pojazdu  otworzył  się  gwałtownie  i  ze  środka  zaczęły  się  wytaczać drewniane  beczki  przyozdobione  nachalnym  napisem  „Dobre  wino.  Rocznik  02”.  Ziomuś  zaczął  rżeć radośnie, zawtórowała mu kobieta. Stojący z tyłu facet złapał się za głowę i zszokowany gapił się w rząd schludnie ustawionych beczek. Syn Szefa obrzucił beczki jeszcze jednym pełnym zachwytu spojrzeniem, po  czym  odwrócił  się  na  pięcie  i  pobiegł  do  wnętrza  budynku,  by  zanieść  pobratymcom  szczęśliwą nowinę.  Kobieta  pobiegła  za  nim,  gubiąc  po  drodze  sandały  i  rozrzucając  po  plecach  rdzawe  długie włosy.

Martyna,  niepomna  obecności  obcego  faceta  bezwiednie  wstała  i  czując  przez  skórę,  że  beczki stanowią poważny problem, podeszła do nich jak ćma frunąca bezmyślnie w stronę świeczki. Stanęła nad nimi i ujęła się pod boki przekrzywiając głowę. Beczki sprawiały wrażenie ciężkich, więc upłynnienie ich w pobliskich krzakach za sławojką graniczyło z cudem. Godząc się z porażką, Martyna nabrała powietrza w  płuca,  by  zażądać  natychmiastowej  teleportacji  na  łono  przyjaznego  statku  pełnego  zdradzieckich komputerów. Po chwili zmieniła zdanie, gdy poczuła ciepłą dłoń, która uścisnęła jej łokieć uspokajająco.

Odwróciła głowę  i ujrzała znajome ciepłe oczy. Nie miała pojęcia, gdzie wcześniej widziała  ich kojące błyski, ale instynktownie zaufała ich właścicielowi, który wskazał na beczki i uśmiechnął się złośliwie.

Martyna,  pozbywając  się  znamion  paniki,  zapatrzyła  się  w  nierówny  horyzont  rysujący  się za sławojką  i  w  mig  załapała  plan  wspólnika.  Zerknęła  na  niego  i  uciekając  od  magnetycznych  źrenic, kiwnęła potakująco głową. Facet  wystawił  obutą  w  prymitywny  prototyp  Sholla  stopę  i  z  całej  siły  kopnął  beczkę,  która potoczyła  się z  łoskotem po wzgórzu  i zniknęła za  sławojką. Martyna,  idą za  jego przykładem, zaczęła gorączkowo  strącać  beczki,  z  każdą  chwilą  umacniając  się  w  przekonaniu,  że  jeszcze  nie  wszystko stracone.  Jej  znajomy właśnie  kopnął  ostatnią  beczkę,  która  nieco  zboczyła  z  kursu  i  rozbiła  się  przed drzwiami  sławojki,  obryzgując  zawartością  wyłaniającego  się  z  przybytku  wujka  panny  młodej.  Typ parsknął z oburzeniem, po czym wtoczył się pomiędzy nogi pasącego się opodal osiołka i tuląc w ramionach pokaźny snopek siana zasnął, błogo pochrapując.

Martyna zerknęła triumfalnie na ogołocony plac i pytająco zerknęła na mężczyznę. Ten uśmiechnął się do niej ciepło i wskazał zwałowisko beczek, chaotycznie ustawionych za plecami chrapiącego wuja i żującego spokojnie osiołka. Ramię w ramię ruszyli po beczki, które przetoczyli w kilka minut na środek dziedzińca. Słysząc harmider  i  łoskot stóp za plecami, wskoczyli za niosącą aromat galaktycznego wina sławojkę i przycupnęli bezszelestnie. Ziomuś właśnie dopadał do opłaconych uprzednio kartą kredytową ojca  beczek  i  radośnie  gestykulując  namawiał weselników,  by  podeszli  i  spróbowali  trunku. Kilkoro  z nich podeszło i fachowo podważając wieczko beczki, zaczerpnęło kubkiem z jej czeluści.

– Deszczówka! – powiedział ktoś z pretensją w głosie.

Jeden po drugim spluwali z obrzydzeniem na piasek i pukając się w głowę odchodzili do wnętrza budynku. Martyna  z  satysfakcją  zerknęła  na  Ziomusia,  który  niczego  nie  rozumiejąc,  stał  na  środku dziedzińca i pochmurnie wpatrywał się w beczki. Ruda Magdusia, przyczajona obłudnie przy jego boku, stała  równie  oniemiała  i  gadając  do  nadgarstka  lewej  dłoni,  ewidentnie  próbowała  nawiązać  kontakt  z bazą.

Nasza  bohaterka  spojrzała  na  nowego  znajomego  i  uśmiechnęła  się  do  jego  piwnych  oczu.

Wyławiając  z  lawiny  wydarzeń  nieuchronny  upływ  czasu  i  niepokój  związany  z  kolejnym  zwrotem historii, stanęła i pomachała na pożegnanie ręką do faceta.

– Zabierzcie mnie stąd! – nakazała komputerom.

W  chwili, w  której  jej  pośladki  pognały  ją w  kosmiczne  przestworza,  usłyszała  jeszcze  łagodny głos mężczyzny.

– Martyna! Ja… Dziękuję…

– Nie ma za co! – odparła nasza bohaterka, niosąc w pamięci badawcze spojrzenie piwnych oczu, które spoglądały nieco znajomo, choć był to zapewne zbieg okoliczności.

– Co nie ma za co? – skrzeknął Lewy.

– Gówno  cię  to  interesuje  –  warknęła  Martyna  i  z  niepokojem  spojrzała  jednocześnie  na wskazujący dwudziestą trzecią dziesięć zegar i na kompletnie wygaszone bebechy Środkowego. Coś  było  nie  tak  i  nie  chodziło  tylko  o  planowany  na  godzinę  zero  zero  wybuch  Ziemi.  Coś wybitnie  śmierdziało.  Martyna,  rozdarta  między  koniecznością  obejrzenia  audiotele, pragnieniem ratowania  świata  i  palącą  potrzebą  wpieprzenia  Środkowemu,  na  wszelki  wypadek  opadła  na  fotel  i zapatrzyła się w czarny i wrogi wszechświat ścielący się za szybami kokpitu. Wszystko było do dupy.

– Ty, Lewy!  – warknęła.  – Weź  no mi wyjaśnij,  dlaczego  na Ziemi  chce mi  się  jarać,  a  tu  nie?

Rozrzedzone  powietrze  czy  jak?  –  drążyła  nasza  zrezygnowana  bohaterka,  nie  znajdując  powodu,  by pytać zakłamaną kupę złomu o coś bardziej sensownego.

– To  nie  jest  kwestia  rozrzedzonego  powietrza,  tylko  raczej  problem  jego  zatrucia  –  powiedział cicho spokojny głos za jej plecami. – Młody kazał zainstalować na statku filtry, które nieustannie tłoczą nikotynę do atmosfery.

Martyna odwróciła się gwałtownie  i napotkała ciepłe spojrzenie brązowych oczu, które badawczo wpatrywały się na zmianę w nią i w komputery.

– Pppan Lucjan? – zająknął  się z niedowierzaniem Lewy. –  Jak miło znów pana gościć na  statku Raj 3.14! – dodał komputer entuzjastycznie.

– Zamknij się! – warknął Lucjan i skupił spojrzenie na naszej kompletnie zagubionej podróżniczce w czasie.

Nasza bohaterka podjęła daremną próbę przygładzenia skołtunionych włosów  i arystokratycznego zmarszczenia spalonego na Jamajce noska. Jedno jej wyszło:

Wstała  powoli  z  fotela  i  odnotowując  z  ulgą,  że  nie  zaplątała  się w  troczki  ściągające  nogawki bojówek,  podparła  się  niedbale  o  oparcie  siedziska,  wypinając  wystudiowanym  przed  lustrem  gestem całkiem zgrabną pierś.

Lucjan najwyraźniej podzielał jej wewnętrzne zachwyty  i  jego oczy prześlizgnęły się po sylwetce naszej  bohaterki.  Martyna  upajała  się  sekundą  romantycznej  pantomimy,  której  kryształowe piękno zburzył nieoczekiwany komentarz.

– Z  twoim  kręgosłupem  wszystko  w  porządku?  –  zapytał  troskliwie  przybysz.  –  No  wiesz, nadźwigaliśmy się trochę te dwa tysiące lat temu.

– Tak! – parsknęła Martyna. – A co?

– A no nic – wycofał się Lucjan.

– Ekhm! –  rozległo  się za plecami Martyny. – Państwo pozwolą, że wtrącę  się na  sekundkę. Nie chciałbym  przeszkadzać,  ale  za  mniej  więcej  pół  godziny  meteoryty  dosięgną  Ziemi,  więc w tej sytuacji…

– Zamknij się, matole! – powiedział Lucjan, a Martyna zerknęła z podziwem na intruza, który tak zgrabnie podsumował to, co jej w duszy grało.

– One od początku coś kręciły – powiedziała z przekonaniem nasza niedoszła psycholożka.

– One tylko realizują program – powiedział Pan Brązowe Oczy, machając z lekceważeniem ręką. Martyna zapatrzyła się jak cielę w profil jego twarzy, gdy pochylił się nad Środkowym i próbując przywołać go klawiaturą, podpierał  lewą ręką niedogolony podbródek. Jej romantyzm uleciał po chwili, jak zwijające się przed burzą motyle.

– No i co teraz? – zadała wyjątkowo ciężkie pytanie.

– No teraz to musimy sobie porozmawiać. – odparł Lucjan poważnie.

– Nie mamy czasu! – zaprotestowała Martyna.

– Znajdzie się – rzucił spokojnie jej rozmówca.

Martyna 10

Martyna 10

Rozdział 10

W którym dzięki stosownym bodźcom nasza bohaterka zaczyna kojarzyć, kto i dlaczego robi ją w wała

Martyna nie do końca wiedziała, co jej bardziej dokucza: przepełniony pęcherz czy przepełniona głowa. Drugi z wymienionych organów przeszedł już dłuższy czas temu na tryb awaryjny, więc doprawdy ciężko było  się  spodziewać  po  naszej  bohaterce  tak  wnikliwych  ekspertyz,  jakie  niewątpliwie  miały  później miejsce.  Prawdopodobnie  zapłon  szarych  komórek  miał  związek  z  oczyszczeniem  umysłu  z niedogodności  związanych  z pęcherzem, grunt  że Martyna wzięła  się w garść  i przysiadając na brzegu wanny,  zapatrzyła  się  we  własne  odbicie  w  lustrze,  bezwiednie  podejmując  rozgrywkę  szachową  z własnymi  ograniczeniami  i  programem  eksterminacji  planety  zapisanym  w  pamięci  złośliwych komputerów. Najwięcej bólu sprawiło naszej bohaterce sięgnięcie do zmagazynowanych zasobów wiedzy historycznej. Martyna przeżyła  to  jednak  i wysnuła wielce obiecującą teorię oraz wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecująca teoria Martyny

„Najważniejsze, to dorwać Ziomusia, zanim dorwał go Lucek i Magdusia! A tak! Możecie se myśleć, że ja tylko browary otwieram, ale ja głupia nie jestem i wiem, że rudą pilotką, która coś namieszała w kółku winiarzy była Najbardziej Popularna Dziewczyny w Szkole. Tylko jak to  jest  możliwe,  że  wyciągnęła  Ziomusia  z  opresji  w  pierwszym  wieku  naszej  ery,  skoro urodziła się w 1976 roku? Skąd pewność? No więc byłam kiedyś na jej urodzinach, taki fajny tort  miała  i  pamiętam,  że  co  chwilę  zerkałam  na  jej  stopy,  bo  miała  zajebiste  czeszki przywiezione  z  Węgier.  No  dobra,  nieważne!  Magdusia  nie  mogła  wpaść  na  wieczorek degustacji win, ponieważ jej dziadka nawet nie było wtedy w planach. Chyba że…

Martyna pstryknęła palcami  i chwytając zębami  strzępek ulotnej myśli, bezwiednie wyszczerzyła zęby do lustra. Przez chwilę starała się odświeżyć zmurszałe wspomnienia, by po chwil załapać, że nikt i nigdy nie widział Magdusi z żadnym z rodziców. Na zebrania ponoć też nie przychodzili. Widywano ją wyłącznie w towarzystwie Darusia i to też dopiero po piątej klasie, gdy odbiła go brutalnie nieutulonej w żalu  Martynie.  Właściwie  kompletnie  nie  wiadomo,  dlaczego  to  zrobiła,  bo  największy  przyjaciel Martyny  był  cichym  i  nieśmiałym  chłopcem,  kompletnie wyzutym  z  tego,  co  zwykło  się  określać  siłą przebicia.  Jakby  tak  pomyśleć,  to  Daruś  poszedł  za  nią,  bo  chyba  się  jej  bał.  Bywało,  że  podczas dyskoteki  ósmoklasistów  spoglądał  dyskretnie  na Martynę  i  omiatał  ją  smutnym  wzrokiem. Martyna przeważnie  podpierała  wtedy  ściany  stołówki  pełniącej  funkcję  sali  balowej.  Magdusia  natomiast brylowała  na  parkiecie  z  osiłkami  z  ósmej  „c”  i  tylko  co  jakiś  czas w  połowie  piruetu  jej  obrośnięta mrowiem  rudych  włosów  głowa  namierzała  skulonego  w  kąciku  Darusia  i  przyszpilała  go  zielonymi oczami do  krzesła. Martyna, pozornie  zajęta  studiowaniem  zagadkowych wzorów wyłaniających  się  ze złuszczonej farby na stołówkowych ścianach, łypała na byłego przyjaciela spode łba, lecz nie podchodziła do niego. „Białego misia” grali już wcześniej i akurat wtedy nasza romantyczna bohaterka zatrzasnęła się w  szkolnym  kibelku.  Dobra!  Nie  będziemy  się  tu  teraz  rozczulać  nad  rozdartą  o  zwieńczenie  kabiny kieckę.  Czas  sobie  odpowiedzieć  na  najważniejsze  pytanie:  kim,  do  cholery  jest, Magdusia? Martyna podrapała się po łepetynie i ponownie pstryknęła paluchami.

– Aha! – powiedziała triumfalnie, mimochodem odnotowując, że choć nie kąpie się obecnie, to jej tyłek spoczywa na brzegu wanny i zapewne stąd ten triumfalny odgłos.

Skoro  Magdusia  to  lafirynda,  która  dorwała  Ziomusia,  to  znaczy  że  ktoś  ją  podstępnie przysłał do naszej podstawówki na przeszpiegi  i wcale nie miała wtedy dwunastu  lat,  tylko coś ze dwa tysiące, albo więcej nawet! Tylko po cholerę przyleciała do mojej szkoły? No nikt mi nie wmówi,  że  szkoliła się przez dwa  tysiące  lat w Akademii Szefa,  tylko po  to,  żeby mi Darusia odbić!

Martyna  poderwała  się  na  równe  nogi  i  zadrżała  z  emocji,  jak wyżeł  na  inauguracji  sezonu myśliwskiego. Wybiegła  pędem  z  łazienki,  nie  zawracając  sobie  głowy  gaszeniem  światła  (Niech  se matka  Ziomusia  płaci!)  i  pogalopowała  kręconymi  schodami w  stronę kokpitu. W miarę  pokonywania stopni kiełkowała w niej głęboka myśl i formował się wielce obiecujący plan działania.

Wielce obiecujący plan działania

Najwyższy czas przyszpilić Magdusię i potrząsnąć ją za rude kudełki. Nie ma sensu lecieć do szkoły, bo  jeszcze moje młodsze  „ja” zawału dostanie na widok naszych zmarszczek, ale wydaje mi się, że nadszedł czas na degustację cudownych win!

 

Lekko  i  z  wdziękiem  nasza  ursynowska  żmija  zakradła  się  do  kokpitu,  mając  nadzieję  na przyłapanie  komputerów  na  jakiejś  nielegalnej  działalności,  lecz  te,  najwyraźniej  w  pośpiechu mieląc dane,  próbowały  jedynie  odnaleźć  algorytm  nieobliczalnej  jak  dotąd  natury  Martyny.  Spłoszone skrzypnięciem  drzwi,  natychmiast  powróciły  do  stanu  gotowości  i  błyskając  w podnieceniu  diodami, czekały na dyspozycje.

– No  i  co?  –  zapytał  niecierpliwie  Środkowy.  –  Lecisz  gdzieś?  Bo  jeśli mógłbym  zasugerować jakieś rozsądne rozwiązanie…

– Morda w kubeł! – wydarła się Martyna, siadając z przytupem na fotelu.

– No wiesz! – żachnął się Lewy.

– Wiem! I proszę wprowadzić odpowiednie współrzędne – powiedziała oschle Martyna.

– Chciałem powiedzieć,  że koordynaty  lotu  już  zostały wprowadzone do pamięci!  – odmeldował służbiście Lewy.

– Phi! – parsknął lekceważąco Środkowy.

– Co phi? – eksplodował Lewy. – Nie umiesz, to się obrażasz?

– O! Wypraszam sobie! – warknął metalicznie Środkowy. – Kto przeprowadził analizy? Ha! A  ty musisz tylko wysłać Ziemiankę na… – zacukał się komputer i natychmiast wygasił ekran.

Martyna stukała paznokciami w blat i eksploatowała do granic swój własny program analitycznego myślenia. W jej łepetynie rodziło się głębokie podejrzenie, że ponownie pada ofiarą spisku.

– A dokąd chcesz mnie wysłać,  słodziutki?  – zapytała uprzejmie, na wszelki wypadek polewając struny głosowe wiadrem lukru.

– No…  wiadomo!  Chciałaś  lecieć  chyba  na  wieczór  degustacji  win?  –  delikatnie  i  uprzejmie zaszemrał Lewy.

– A  skąd  wiesz?  Ja  nic  takiego  nie  mówiłam!  –  ryknęła  Martyna.  –  Proszę  natychmiast przygotować lot na Jamajkę. Czas przylotu to… – tu nasza historyczka lekko się zawahała.

– Może być drugi rok przed naszą erą? – podrzucił szybciutko Lewy.

– Może być! – powiedziała Martyna, której i tak nic to nie mówiło.

Komputer  zaczął  rzęzić  i  zgrzytać  z  wysiłkiem  i  po  kilku  sekundach  nasza  bohaterka  poczuła znajome rwanie w okolicach tyłka. Ugięła na wszelki wypadek nogi, lecz tym razem było to kompletnie niepotrzebne.  Podświadomie  nabierając  spory  haust  powietrza,  z  pluskiem  wpadła  w  odmęty  jakiejś wody.

Trzepocząc  się  i waląc  odnóżami  na  oślep, Martyna  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  płynie  z uporem  na powierzchnię,  czy wręcz  przeciwnie,  skok  jej  tak  łeb  zamulił,  że  z  uporem wiosłuje  do  dna. Ściągając cugle  nieuchronnej  paniki,  postanowiła  poczekać  chwilkę,  ponieważ  pamiętała  z  lekcji  fizyki,  że zasadniczo większość ciał w sposób naturalny porusza się w stronę powierzchni. Jej optymistyczną teorią zachwiało  wspomnienie  zdjęć  z  programu  „997”,  ale  ostatecznie  uznała,  że  dopóki  ma  w  płucach gwarantujące  pewną wyporność  powietrze,  to wszystko  powinno  pójść  dobrze. Prąd  szarpnął  nią  kilka razy,  lecz  po  chwili  czwórka  z  fizyki  zaczęła  ją  wieść  w  stronę  powierzchni.  Martyna  wychwyciła kierunek  i gwałtownie waląc  ramionami, w kilku  ruchach dopłynęła do powietrza. Strząsnęła  z  twarzy mokre  włosy  i  parskając  jak  wieloryb,  postanowiła  przeprowadzić  ostrożną  analizę  głębokości.

Wytrenowana na pełnych pułapek basenach stolicy, posłużyła się taktyką żółwia. Maksymalnie wysunęła do góry brodę i utrzymując pion przy pomocy zrównoważonych ruchów rąk, ostrożnie zapuściła na zwiad palce  lewej  stopy. Ku  jej zażenowaniu noga nie zdążyła  się  rozwinąć do pełnej,  imponującej  jakby nie było długości.

Martyna  stanęła pewnie na piaszczystym dnie  i wynurzyła z wody górną połowę ciała.  Jej  lekko tylko napoczętym morską solą oczom ukazała się złocista plaża zwieńczona kołysanymi ciepłym wiatrem palmami. Jedynym dźwiękiem dochodzącym do  jej uszu był delikatny plusk  fal głaszczących  rozgrzany brzeg.  Nasza  niespełniona  podróżniczka  westchnęła  i  przypomniała  sobie  kurzące  się  w  domowym kibelku katalogi. Wyszła powoli na brzeg  i moszcząc się na suchym piachu zwróciła swą mokrą  i bladą twarz  ku  słońcu.  Zachwianie  stref  czasowych  sprawiło,  że  momentalnie  usnęła.  Jej  skwiercząca  w tropikalnym słońcu skóra była doprawdy błahostką w porównaniu z niewyobrażalnie ciężką wiedzą, jaka miała za chwilę spaść na naszą lekko tylko poparzoną Martynę.

– Mawning! /Dzień dobry!/ – wydarł się nad skwierczącą twarzą naszej poparzonej podróżniczki jakiś zagadkowy głos.

Martyna  z  trudem otworzyła oczy  i pierwszą myślą, która  ją obezwładniła, była niepohamowana żądza natychmiastowego zapalenia fajka. Przez chwilę dziwiła się, że na statku nawet przez moment nie pomyślała  o  papierosach,  ale  uznała,  że  to  pewnie  wina  rozrzedzonego  powietrza,  które  obecnie, wróciwszy do normalnej konsystencji, w naturalny sposób przypomniało naszej palaczce o jej życiowych powinnościach.  Odczuwając  nieznośną  lekkość  płuc, Martyna  usiadła  gwałtownie  i mrugając  oczami, ustabilizowała obraz ciemnej jak bezgwiezdna noc uśmiechniętej przyjaźnie gęby. Jej właściciel kucał na piasku tuż obok i wyraźnie zatroskany coś sobie cmokał pod nosem. Po chwili sięgnął ręką pod skleconą z  liści  palmy  spódniczkę  i wyraźnie  czegoś  tam  szukał. Uśmiechnął  się  zadowolony  i wyszczerzył  do Martyny zęby.

– Nie dziękuję! To znaczy ja mężatką jestem! – zełgała nasza spanikowana obecnie bohaterka.

– Tek! /Weź!/  –  powiedział  łagodnym  głosem  facet  i  zademonstrował  na  dłoni  maleńkie  niebieskie pudełeczko.

Martyna  zerknęła  nieufnie  na  pudełko,  czerwieniąc  się  jednocześnie  pod  czerwoną  opalenizną. Przez jej serce przemknął irracjonalny, lecz typowo babski cień zawodu odrzucenia.

– A co to takiego? – powiedziała bardziej do siebie niż do przyjaznego tubylca.

Mężczyzna otworzył przesadnie wolnym gestem pudełko i myśląc zapewne, że ma do czynienia z przypadkiem wybitnie ograniczonej obcej inteligencji, umoczył palec w zawartości pudełka i wsmarował sobie w  nos  i  policzki. Martyna  uśmiechnęła  się  uprzejmie  i wyciągnęła  rękę,  na  której  obcy  umieścił ostrożnie pudełko. Nasza podróżniczka przez chwilę wpatrywała się w jego niedbale zasunięte wieczko i z roztargnieniem przeczytała na głos:

– Nivea. Krem natłuszczający.

Zęby  faceta  kontrastując  ze  śniadą  skórą  błysnęły  w  promiennym  uśmiechu.  Potakująco  skinął głową, po czym przekrzywił ją na bok i zawijając na palce dorodnego dreda, czekał na reakcję Martyny.

Nasza  podróżniczka  w  czasie  zanurzyła  palec  w  kremie,  po  czym  nasmarowała  nos  i  policzki.

Westchnęła z ulgą i skoncentrowała się na podstawowej potrzebie zapalenia fajka. Spojrzała uważnie na tubylca i przyłożyła dwa palce do ust.

– Masz fajka? – zapytała z nadzieją, niepomna faktu, że jej rozmówca zapewne nie kuma ani słowa po polsku.

Jej rozmówca faktycznie nie znał polskiego, ale sugestywny gest nałogowego palacza dał mu wiele do myślenia. Ponownie sięgnął pod palmową spódniczkę i chwilę pod nią grzebał, po czym wydobył mały woreczek i zwitek suchych liści. Oczy naszej palaczki rozbłysnęły nietłumionym pożądaniem, a jej jęzor  zagarniał do wnętrza paszczy nadmiar wydzielanej śliny. Tubylec zerknął z troską w rozszerzone źrenice naszej bladej Europejki, po czym wskazał na łagodnie szumiące palmy. Martyna, dogłębnie skupiona na liściach i woreczku, nie zareagowała na zachętę, więc facet westchnął głęboko, sprawnie zwinął skręta, po czym podpalił go i umieścił na wysokości jej oczu. Nasza podróżniczka wpiła w fajka otępiałe spojrzenie i wyciągnęła drapieżnie łapska w jego stronę.

– Cum /Chodź/ – powiedział łagodnie obcy.

Martyna  uniosła  się  powoli  i  podążając  za  dymem,  dotarła  do  oferowanego  przez  palmy  cienia. Tubylec uśmiechnął się  łagodnie  i usiadł na piasku. Nasza zahipnotyzowana palaczka uczyniła  to samo, nawet na moment nie odrywając oczu od tlącego się skręta, który właśnie pojawił się w jej drżącej dłoni. Zaciągnęła się łapczywie, po czym nie chcąc wyjść na pazerną Europejkę, oddała fajka. Koleś zaciągnął się  głęboko  z wyraźną wprawą  i  umościł  się wygodnie  na  piasku,  podkładając  lewe  ramię  pod  głowę. Martyna  poszła  za  jego  przykładem.  Po  chwili w  palcach  je  prawej  dłoni wylądował,  delikatnie  tylko ośliniony  skręt,  którym  natychmiast  się  zaciągnęła.  Fajek  krążył  przez  kilka  minut  między  nimi,  by wreszcie  bezpowrotnie  się wypalić. Martyna westchnęła  z  żalem  i  zapatrzyła  się w  nieskażone  nawet najmniejszą chmurką niebo.

Jej nowy znajomy wiercił się przez chwilę niespokojnie, by po chwili usiąść i zanurzyć ponownie rękę  pod  palmową  spódniczkę.  Nasza  lekko  poparzona  Europejka  miała  nadzieję,  że  sięga  on  po woreczek i liście, ale tym razem z czeluści sekretnych schowków wyłoniła się buteleczka. Typek wyrwał z niej korek zębami i z zachęcającym uśmiechem podał ją Martynie, która nieufnie zaczęła gestykulować, starając  się  ustalić  zawartość  flaszki.  Tubylec  wskazał  palcem  na  zielone  korony  palm,  więc  nasza spragniona  podróżniczka,  uznając  że ma  do  czynienia  z  niewinnym  soczkiem,  pociągnęła  łapczywie  z flaszki, po czym zakrztusiła się  i sczerwieniała, podczas gdy koleś zaczął  rżeć  i klepać się z  radości po kolanach. Nasza  bohaterka  zacisnęła  zęby  i  starała  się  przejść  do  porządku  dziennego  nad  doznanym upokorzeniem,  lecz  pewne  instynkty  wygrały,  więc  poderwała  się  na  równe nogi  i  uniosła  do  góry flaszkę.

– Chcesz zobaczyć, jak piją dziewczyny z Ursynowa? – zapytała retorycznie. – No to patrz!

Martyna  niefrasobliwym  ruchem  uniosła  do  ust  flaszkę  i  na  jednym  wdechu  wypiła  całą  jej zawartość, po czym beknęła od niechcenia i ocierając usta dłonią, usiadła dostojnie na piasku, czekając na oklaski.

Nie  doczekała  się.  Zamiast  tego  w  jej  dłoń  zaplątał  się  podpalony  zapobiegliwie  skręt  uznania. Nasza Martyna dossała się do niego w sposób, którego przy najszczerszych nawet chęciach nie dało się nazwać powściągliwym. Piasek był ciepły i miękki, śmiech tubylca serdeczny, a słońce właśnie chowało się za odległe wzgórza.

Chwila, w której Martyna zorientowała się, że  jej dłoń zaplata kołtuny na grzywce, stanowiła dla niej sygnał alarmowy.

– Nawaliłam się! –powiedziała szczerze i otwarcie.

Znajomy leżał spokojnie i coś sobie nucił pod nosem. Martyna uniosła się na łokciu i węszyła sens słów, lecz nie znajdując go, położyła się z powrotem na piasku.

– Mówiłeś coś? – zapytała od niechcenia.

– Nuttin /Nic/.

– Aha! – odpowiedziała Martyna, po czym dodała. – Co o mnie myślisz?

– Putto-putto ooman /Mięciutka kobieta/ – odparł uprzejmie facet.

– Bujaj się! – odparła Martyna i zamknęła oczy.

Morze niosło przyjemny  szmer gasnącego dnia. Palmy ucichły w wieczornym mroku, a na naszą dziwną  parę  opadł  mglisty  parawan  poprzedniego  dnia.  Nasza  lekko  niedysponowana  bohaterka westchnęła  i przeciągnęła się  leniwie. Właśnie uznała, że znalazła swoje miejsce na ziemi  i postanowiła całkowicie wykorzystać czas darmowych wakacji.

– Wiesz?  –  zapytała  retorycznie  ziomala.  –  Fajnie  tu,  ale  właściwie  to  ja  nie  znalazłam  się  tu przypadkiem.

– Tak?  –  odparł  facet  w  pełni  zrozumiałym  dla  pozostających  w  innym  wymiarze wyrzutków języku. – A co cię tu sprowadza?

– Misję mam! – odparła Martyna, nawet się nie dziwiąc, że jej rozmówca gada po ludzku.

– Jaką misję masz, ooman? – zapytał leniwie Jamajczyk.

– No… muszę  uratować  Ziemię,  zbawić  ją,  a  do  tego  jeszcze  uchronić  Układ  Słoneczny  przed zagładą – wygłosiła melodramatycznie Martyna.

– No to przesrane masz, sista! – odrzekł spokojnie typek, po czym odwrócił się na bok i zachrapał donośnie.

– No faktycznie! Mam przesrane! – powiedziała sama do siebie nasza podróżniczka. – I moszcząc się  wygodnie  na  rycerskim  ramieniu  kumpla,  odcięła  się  od  wszystkich  zewnętrznych bodźców,  co zaowocowało niespotykaną eksplozją kosmicznego intelektu.

Niespotykana eksplozja kosmicznego intelektu

Co ja tu, kurwa robię? Krem Nivea? I niby ziomki Światowida ucierały składniki, pakowały w niebieskie aluminiowe pudełeczka  i  słały  żubrem na Jamajkę? Kuźwa, niech  ja dorwę  te zakłamane  komputery.  Leżę  bez  ruchu  i  tracę  czas. Audiotele  już  pewnie  się  zaczęło,  a  ja zmarnowałam jedną z trzech ostatnich godzin istnienia Ziemi. Miałam lecieć na degustację win, ale  te męty cyfrowe namieszały mi we  łbie… Kurde,  jakby  tak pomyśleć,  to była normalnie prowokacja! Pozbyli się mnie, żebym padła tu na tej cudownej plaży i przespała eksplozję. A w dupie z nimi! Ostatni raz się dałam zrobić w wała!

 

Martyna poderwała się na równe nogi i zerknęła z czułością na kumpla od fajki. Westchnęła ciężko i  walcząc  z  własnymi  wyrzutami  sumienia,  wyłuskała  z  jego  rozwartej  ufnie  dłoni  mały  woreczek. Wciskając  poczucie  winy  za  wyświechtany  frazes  o  wyższej  konieczności,  upchnęła  łup  w  kieszeni bojówek i ryknęła władczo:

– Zabierzcie mnie stąd!

Tym razem olała ugięcie nóg, co nie zmieniło faktu, że minione doświadczenia i tak zmiękczyły jej ciało  i  mózg.  Wylądowała  bez  większego  szwanku  w  kokpicie  i  omiotła  siarczystym  spojrzeniem znienawidzone maszyny, które błyskając niewinnie diodami, wyraźnie udawały niezgłębioną radość z okazji  jej  przybycia. Martyna  zerknęła  nerwowo  na  ścienny  zegar,  który  dobijał  właśnie  do  godziny 22.15, po czym ryknęła:

– Chamy,  wy!  Co  wy  se  myślicie,  że  ja  głupia  jestem?  Takie  prowokacje  to  se  możecie  w przedszkolu urządzać, a nie tu!

– Ale o co chodzi? – zapytał uprzejmie Lewy.

– O co chodzi?! Już pomijam, że chciałam  lecieć gdzie  indziej, a wy mi  tu we  łbie mieszacie, ale wysłałeś  mnie  złośliwie  w  lata  osiemdziesiąte  poprzedniego  wieku,  ściemniaczu  jeden!  –  warknęła Martyna.

– Nnnno co ty? – zająknął się Lewy.

– Weź ty już lepiej nic nie mów, debilu – parsknęła nienawistnie nasza bohaterka. – Krem Nivea! Mówi to coś twojej zakutej aluminiowej łepetynie?

Komputer zamilkł  i nawet wyciszył z zakłopotania wiatraczek. Martyna wpatrywała się z zadumą w komputery, by po chwili uśmiechnąć się triumfalnie.

– Mam  jeszcze prawie dwie godziny, prawda? – zapytała  słodziutko. –  I  tego  się właśnie boicie! Ha! Nie ze mną te numery! Ustawiaj koordynaty lotu na wieczorek degustacji win Ziomusia, i  lepiej nic nie kombinuj! – dodała groźnie.– A ja zaraz tu wrócę!

Martyna wybiegła z kokpitu i dopadła do wybebeszonych uprzednio szaf na pierwszym poziomie.

Przez  chwilę wpatrywała  się w  ich  zawartość,  coś  tam  sobie mamrocząc  ze  złością  pod  nosem,  by  po chwili szarpnąć energicznie nieco przybrudzony kremowy chałat i odwróciwszy się gwałtownie ponownie pobiec do kokpitu. Zanim  otworzyła drzwi,  jej gibkie  ciało opasywał  zwój  sfatygowanego materiału, a twarz ginęła w mroku niekształtnego kaptura.

– No to do dzieła! – zadysponowała z wyższością.

Komputer westchnął z rezygnacją, po czym niechętnie wypełnił polecenie. Martyna zdołała jeszcze pochwycić myśl,  że Środkowy milczy  co  najmniej  od  początku  rozdziału,  a  to  z  pewnością  nie wróży niczego dobrego, po czym jej przemyślenia ucięło znajome rwanie w okolicach pośladków.

Martyna 9

Martyna 9

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Martyna 8

Martyna 8

Rozdział 8

W którym nadchodzi czas, by Martyna stanowczo uderzyła pięścią w stół

Powoli,  z  pozornym  ociąganiem,  lecz  wewnętrznie  drżąc  oczekiwaniem,  nasza  oprawczyni  płazów opuściła  leżak  i  otulając  się  ręcznikiem,  podążyła  w  stronę  drzwi  tarasu.  Z  ciężkim,  obłudnym westchnieniem  weszła  do  kuchni  i  od  niechcenia  muskając  wskazującym  palcem  blaty  kuchenne,  podeszła  do  lodówki,  bynajmniej  nie wpatrując  się w  jej  drzwi.  Przesunęła zdawkowo kilka magnesików i nie wgłębiając się w sens, przeczytała odruchowo zawartość przypiętych nimi karteczek, które głosiły: „Ziomuś! Wrzuciłem browce, więc pilnuj temperatury”, „ Dzwonił ojciec, chyba  lepiej  się  czuje,  więc  oddzwoń  do  niego,  jak  wstaniesz!”,  „Zapłacić  rachunek  za  prąd!”, „Kierunkowy na Jamajkę: 00 1876”, „Zmieniłam numer telefonu na: 00 123456789. Mama”, „Zadzwonić do A.E – praca na fizykę, ważne!!!!!”, „Synu zamykaj lodówkę, bo się za prąd nie wypłacę! Mama”.

Martyna przesunęła lekko ananasa wykonanego z modeliny i niby niechcący pociągnęła za klamkę lodówki.  Jak  skrzętna gospodyni, wyjęła z otwierającego  się  sezamu puszeczkę o najkrótszym  terminie przydatności  i  z  namaszczeniem  postawiła  ją  na  blacie. Oparła  się  łokciami  o  kuchenny  blat,  podparła brodę  dłońmi  i  zatopiła  się w  swych  fascynujących myślach,  nie  spuszczając  z  oczu  rychłego  upadku słońca. Jej  inteligentny monolog wewnętrzny zajął ją do  tego stopnia, że nie ruszyła się z miejsca przez dobre pięć minut po nadejściu mroku.

Inteligentny monolog wewnętrzny Martyny:

„Fajne te palmy. Kurde, ciekawe, kto je podlewa? A może ja powinnam? Eeee…Pewnie sztuczne są, jak wszystko  tutaj. Ale co z moimi  tujami na balkonie? Nawet gdybym zostawiła klucze Szalińskiemu,  to podlałby  je co najwyżej kwasem solnym. Nieważne, czytałam, że one mogą długo bez wody wytrzymać.  A  z  jaką  częstotliwością  podlewa  się  palmy? Kurde, może  lepiej  nie  będę  ich ruszać, bo  jeszcze zgniją. Szkoda, że nie zapytałam o  to Pana Żaba. A swoją drogą,  jaki  to płaz wredny był. Nigdy nie lubiłam żab, ale w sumie przydają się, bo zżerają komary.

Kurde! Nie widziałam  tu żadnego komara. Dziwne. Ale na wszelki wypadek  trzeba poszukać, czy w szafkach nie stoi jakiś komarozol. Ryby też zżerają komary, choć właściwie to chyba chodziło o ich jaja czy coś. Kurde! Glonojady mi zdechną! Muszę wracać. Koniecznie! Choć, jakby się zastanowić,  to  akwarium  dawno  niesprzątane, więc  kupa  glonów w  nim  jest,  a  skoro  ryba nazywa  się  glonojad,  to  pewnie  żre  glony,  więc  z  głodu  nie  zdechnie.  Ciekawe,  czy zakręciłam  kran  w  łazience…  Szlag!  Pranie  zostało  w  pralce.  No  i  cholera  weźmie  mój ulubiony  sweterek.  A  tyle wspomnień  się  z  nim wiąże. Matko!  Ten  sylwester  był  obłędny. Szkoda  tylko,  że  petardy  nie  chciały  się  odpalać,  ale  to wina  przeterminowanych  zapałek. Właściwie dlaczego ja nie lubię szampana? Aha, wiem! Chodzi o to, że bąble komponują się odpowiednio wyłącznie z chmielową goryczką, a nie z radziecką rozpuszczoną landryną. A właściwie to chyba słońce już zaszło”.

 

Widzicie? To  jest najlepszy dowód na  to,  że niezawodny mózg Martyny,  choć wiedzie  jej myśli wyboistymi ścieżkami i tak zawsze dociera do sedna. Nawet palma ma ścisły związek z puszeczką. Nasza bohaterka oderwała twarz od dłoni i łokcie od blatu, po czym wpiła wzrok w półlitrową dawkę szczęścia.

Uszczęśliwiona  chwyciła  puszkę  i  otwierając  ją  pospiesznie,  skierowała  się  w  stronę  ekskluzywnej kanapy, która okazała się wielce wygodnym meblem. Lewa ręka Martyny konsekwentnie podtrzymywała browarek, lecz prawa wyraźnie się nudziła i niezależnie od woli Martyny namierzyła pilota od ogromnego telewizora, pokrytego swojską warstwą kurzu i roztoczy. Nasza bohaterka utkwiła oczy w budzącym się ekranie i pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był widok z kamery przedstawiający zdradzieckie komputery w pełnej  krasie. Martyna  przez moment wpatrywała  się w  ekran  i  przechylając  potarganą  łepetynę  to w lewo,  to  w  prawo,  usiłowała  dociec,  czy  Środkowy  z  Lewym  śpią  i  czy  ich  diody  są  całkowicie wygaszone.  Nie  znajdując  jednoznacznej  odpowiedzi,  Martyna  przerzuciła  kanał  i  jednocześnie poderwała się energicznie z zamiarem zaciągnięcia na dobre jasnych, lecz nieprzejrzystych zasłon salonu, które zakłócały barwy ekranu. Z tyłu dobiegł ją odgłos profesjonalnego odkaszlnięcia.

– Minęła godzina dziewiętnasta i rozpoczynamy główne wydanie „Trąby Jerychońskiej” – potoczył się  w  eter  stereofoniczny  głos  spikerki.  –  W  dzisiejszym  programie  będzie  mowa  o  najnowszych doniesieniach  z Kliniki  imienia  Pawłowa w której przebywa Szef.  Później  przedstawimy  aktualny  stan  gospodarki  Układu,  ze szczegółową analizą przyczyn osłabienia się dinara w stosunku do walut peryferyjnych. W cyklu „Gorący temat  dnia”  opowiemy  o  spektakularnej  akcji  ujęcia  przez  Siły Międzygalaktyczne  szajki  spekulantów dziełami  sztuki.  I  na  koniec  nasza  pogodynka,  Magdalena,  opowie  o  zagrożeniach  związanych  z nadchodzącą  burzą meteorytów. Nerwowych widzów  uspokoję  od  razu,  że  głównym Układom  nic  nie grozi, a epicentrum przetoczy się przez odległe od cywilizacji peryferie Układu Statycznego… znaczy… ekhm…  –  chrząknęła  z  zakłopotaniem  spikerka  –  przepraszam  Państwa  bardzo  –  Słonecznego. Gdziekolwiek to jest! – dodała, chichocząc panienka z okienka.

Martyna  usiadła  na  kanapie  i  z  niedowierzaniem  wpatrywała  się  w  biuściastą  blondynę.  Dla pewności  podkręciła  program  głośniej  i  w  skupieniu  śledziła  żywiołową  gestykulację  spikerki,  która właśnie zapowiadała materiał filmowy z Kliniki imienia Pawłowa.

– Że,  kurwa,  jak?  –  zareagowała  z  opóźnieniem  i  jednoczesnym  oburzeniem Martyna.  –  Że  co niby? – Dyszała z wściekłością i maltretowała zębami paznokieć kciuka.

Nasza ziemska  patriotka  wypiła  jednym  haustem  resztę  piwa  i  pobiegła  kłusem  po  następne.  Taka  była wnerwiona, że nawet nie sprawdziła daty, tylko z głośnym pstryknięciem oderwała gwałtownie zawleczkę i energicznie zawróciła w stronę kanapy. Usiadła i ostentacyjnie położyła nogi na ławie, wymachując przy tym  zawzięcie  paluchem  lewej  stopy.  Na  ekranie  widać  było  marmurową  piramidę  porośniętą  bujną tropikalną  roślinnością.  W  centralnym  miejscu  kadru  stał  koleś  z  wodogłowiem,  wkomponowany  w sielankę łagodnie kołyszących się palm.

– Dobry wieczór państwu! – powiedział gość z wodogłowiem, przygładzając fioletowymi mackami klapy  białego  fartucha.  – Witam  państwa w  imieniu  personelu Kliniki   Pawłowa,  której  jestem ordynatorem.  Jest mi niezmiernie miło poinformować,  że  stan naszego pacjenta polepsza  się  z każdym dniem. Kuracja  farmakologiczna przyniosła oczekiwane  rezultaty  i możemy  się  spodziewać nawiązania kontaktu  lada  dzień.  Dodatkowo  muszę  się  z  państwem  podzielić  optymistyczną  informacją.  Otóż, obecnie  jesteśmy w  trakcie  realizowania  drugiej  fazy  alternatywnego  leczenia,  które,  choć może  nieco niekonwencjonalne, ale przynosi zdumiewające efekty i niesamowity progres.

– Czy mógłby nam pan, panie ordynatorze, przybliżyć, na czym polega  ta rewolucyjna metoda? – zagruchała słodko ze studia geograficzna ignorantka.

– No  cóż…  khy,  khy  –  odchrząknął  ordynator  z wodogłowiem.  – Niełatwo  to wytłumaczyć,  ale najprościej  można  powiedzieć,  że  pacjent  jest  poddawany  stałym  bodźcom,  które  nasz niestrudzony personel konfrontuje z konkretnymi czynnościami. No nie chciałbym się tutaj wykazać niedyskrecją, bo w końcu przysięga Hipokratesa zobowiązuje…

– Hektolitra chyba, no nie? – wykazała się wiedzą Martyna.

– …więc może  ograniczę  się  do  stwierdzenia,  że w  przypadku  naszego  pacjenta  pewne  bodźce kojarzą się z pewnymi czynnościami i jakby to powiedzieć… – zająknął się ordynator. – No powiedzmy, że jak klaśniemy, to pacjent bez protestu udaje się do łazienki.

– Zadzwońcie dzwonkiem, to może coś zje! – zarechotała grubiańsko Martyna.

– No  tak!  Dziękujemy  za  wyczerpujące  informację  i  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  życzyć dalszych sukcesów – zakończyła temat lekko blondyna.

– Sukcesów,  jasne!  –  rżała  radośnie  Martyna.  –  Masz  jeszcze  jakieś  optymistyczne  wieści,  ty pomiocie prowincjonalnej cywilizacji? – dodała słodziutkim tonem.

Niezrażona  niepochlebnymi  opiniami  na  swój  temat,  spikerka  uśmiechnęła  się  promiennie.  Po chwili jej radosne oblicze ustąpiło miejsca materiałowi filmowemu, w którym na plan pierwszy wysunął się  łopoczący  na wietrze  przyozdobiony wizerunkiem  ryby  sztandar. Tło  było  granatowe, w  centralnej części  znajdował  się  schematyczny  rysunek  rybki,  która  natrętnie  kojarzyła  się  Martynie  ze  snem  o historyczce  i  jej mętnym  bajdurzeniem  o  starożytnej  symbolice.  Z  dolnej  części  łatwo  było  odczytać wyhaftowane  na  żółto  hasło:  „Fenomenalnie  Integralny  Układ  Towarzystwa  Elit  Kosmosu”.  Nasza bohaterka  skończyła właśnie  sylabizować złożoną nazwę, gdy ekran zmętniał  i po chwili wyostrzył  się, ukazując zbliżenie pomarszczonych dłoni, ze  skupieniem naciskających prymitywną praskę,  spod której wyskakiwały błyszczące monety. Kamera oddaliła  się powoli  i  na ekranie pojawił  się koleś  z dredami, który  ostentacyjnie  otarł  z  czoła  nieistniejący  pot  i  z  grymasem morderczego  zmęczenia  po  raz  ostatni naparł  wątłymi  muskułami  na  narzędzie  pracy.  Najwyraźniej  nie  kwalifikował  się  do  inteligentnego komentarza,  gdyż  po  sekundzie  na wizji  zmaterializował  się  typek w  obsypanym  brokatem  błękitnym garniturze. Nerwowo  odciągnął  od  grdyki  upstrzony wizerunkiem  nieba  krawat  i  zaserwował widzom oszałamiający  międzygalaktyczny  przegląd  nieskazitelnie  białych  zębów.

– Dobry wieczór, panie profesorze! – zagdakała ze studia blondyna.

– Dobry wieczór – odparł sztywno jej rozmówca.

– Panie  profesorze,  dochodzą  do  nas  niepokojące wieści  o  postępującym  spadku wartości  naszej nadrzędnej  waluty.  Czy  mógłby  się  pan  ustosunkować  do  tych  niepokojących  doniesień?  –  zapytała sztucznie zafrasowanym głosem panienka.

– No  cóż…  ykhy…  borykamy  się  z  chwilowymi  trudnościami  rynku.  Nasza  technologia, zatwierdzona od  tysiącleci, nie wytrzymuje  tempa w konkurencji z w pełni zautomatyzowanymi  liniami produkcyjnymi… ekhm… no, tych… sąsiadów… – dokończył dyplomatycznie profesor.

– Jak  to możliwe,  że  układy  peryferyjne  biją  naszą  technologię  na  głowę?  –  zapytała  niewinnie spikerka.

– No cóż… Sprawa jest złożona i niewątpliwie jednym z czynników jest niereformowana od setek lat procedura produkcji, co wiąże się również z aktualnymi problemami zdrowotnymi Sze… – zawiesił głos międzygalaktyczny ekonomista.

– No  tak! – weszła mu w słowo prowadząca. – Rozumiem, że  linia produkcji złotych dinarów nie wytrzymuje  tempa  w  porównaniu  z  nowoczesnymi  technologiami.  Czy  nie  ma  to  czasem  związku  z doborem personelu w zakładach przynależących do Fenomenalnie Integralnego Układu Towarzystwa Elit Kosmosu?

– Moja pani! – zirytował się profesor. – Tu nie chodzi o nasz personel! Uważam, że barter naszych pracowników,  w  zamian  za  sadzonki  ananasów,  zaowocował  ogromnie  korzystnym  kontraktem handlowym!  Jeśli  koniecznie  musimy  szukać  przyczyny  kryzysu,  to  uważam,  że  absurdem  jest  bicie złotych  monet  w  czasach,  gdy  istnieją  inne,  tańsze  materiały,  a  nadmierne  przywiązanie  do  tradycji wyraźnie mści się na naszej gospodarce. Do tego za katastrofalne uważam skutki złagodzenia embargo na tanie  produkty  pochodzące  spoza Układu!  –  dokończył  z  oburzeniem  profesor  i  z  odrazą  odciągnął  na boki klapy importowanej marynarki.

– Aha!  Czyli  F.I.U.T.E.K.  jest  bezradny  wobec  dewaluacji  dinara  i  zalewu  naszych  rynków produktami z Dalekich Układów Peryferyjnych Antagonistów? – ucieszyła się profesjonalnie blondyna.

– D.U.P.A. niszczy F.I.U.T.E.K! – ryknął dramatycznie profesor. – Zapamiętajcie moje słowa!

Profesor,  wyraźnie  wzburzony,  coś  jeszcze  wrzeszczał,  ale  studio  przechwyciło  głos  i  ukazało lekko wzburzoną blondynę, która poprawiając słuchawkę w uchu, rozciągała silikonowe wargi w próbie profesjonalnego uśmiechu. Martyna obserwowała ją z niekłamaną satysfakcją. Pociągnęła sążnisty  łyk z puszeczki, umościła się wygodnie i suszyła zęby w stronę ekranu.

– Pogadaj o  tym ze Starowiczem – zarechotała, poderwała się  i pobiegła do  lodówki po dokładkę szczęścia  i  przy  okazji  jej  łapa  poleciała  do  szafki,  w  której  spoczywały  chipsy  o  smaku  cebulki.

Okoliczności  wyraźnie  uzasadniały  pochłonięcie  wzmiankowanej  bomby  kalorycznej,  zwłaszcza  że osamotniony  na  chwilę  odbiornik  nie  ustawał  w  generowaniu  kolejnych  rewelacji.  Gdy  Martyna ponownie  doskoczyła  do wieczornego  serwisu  „Trąby  Jerychońskiej”,  sytuacja  znacząco  się  zmieniła.

Amatorska  kamera  prezentowała  dramatyczną  i  brutalną  scenę  ujęcia  okutanego  w  połyskliwą  szatę osobnika,  który  obsesyjnie  zasłaniał  twarz  ramionami.  Na  dole  ekranu  pulsował  czerwonymi  literami napis: „Spektakularne rozbicie szajki złodziei na jednej z planet D.U.P.A.”. Po chwili trzęsąca się kamera wycofała  zbliżenie  szamoczącego  się  przestępcy  i  zrobiła  najazd  na  wnętrze  zakamuflowanego pomieszczenia,  w  którym  tłoczyły  się  przeróżne  przedmioty  sztuki  użytkowej.  Nic  one Martynie  nie mówiły,  do  czasu,  gdy  czujne  oko  kamery  uwięzło  w  legendarnym  na  Ziemi,  łagodnym  uśmiechu Mony Lisy.

– Spektakularna akcja  rozbicia  szajki złodziei zaowocowała przejęciem ponad  tysiąca unikalnych dzieł sztuki, w większości zrabowanych z planet D.U.P.A. Nie mamy  jeszcze komentarza co do tego, w jaki  sposób  arcydzieła  trafiły w  te  odległe  rejony  i w  jakich  okolicznościach  zostały  zagrabione  przez sprawców. Wciąż czekamy na komentarz policji międzygalaktycznej. Zgodnie z opinią ekspertów wartość rynkowa  zarekwirowanych  dzieł  sztuki  pokrywa  się  z  rocznym  obrotem  wyjątkowo  dochodowego Butelkowania  I  Eksportu  Dóbr  Alkoholowych,  co  przekłada  się  na  niebagatelną  kwotę  piętnastu miliardów dinarów.

Kamera ponownie skupiła się na przestępcy, który najwyraźniej sam  stanowił ową wieloosobową szajkę. Lekko otumaniony osobnik nie zdążył całkowicie zasłonić twarzy i przez mgnienie fragment jego rysów był doskonale widoczny w stucalowym powiększeniu.

– Lucek? – zapytała retorycznie Martyna. – Co tu się, kurna, dzieje? – dodała po chwili z wyraźną  pretensją w głosie.

Nikt nie raczył jej odpowiedzieć, co więcej, materiał właśnie się kończył i spikerka zapowiedziała blok  reklam,  jednocześnie  radząc,  by  nie  oddalać  się  od  odbiorników,  bo  za  chwilę  rozpoczną  się sensacyjne doniesienia pogodowe. Martyna, wytrenowana w ziemskich warunkach na rodzimej telewizji, poderwała  się  na  równe  nogi  i  nie  czekając  na  durną  melodyjkę  rozpoczynającą  blok  reklamowy, pokłusowała do łazienki. W końcu właśnie po to są reklamy.

Gdy nasza piwoszka wróciła przed telewizor, reklamy oczywiście jeszcze trwały, usiłując wmówić Martynie, że jedynie proszek „Galaktyka” dopierze plamy z ketchupu na jej podróżnym kombinezonie, że jej  dziecko  z  pewnością  będzie  szczęśliwe  dopiero  wtedy,  gdy  zrobi  kupę  do  niesamowicie miękkiej pieluchy  „Czerwony  Karzeł”,  a  mąż  Martyny  odzyska  siły  witalne  po  systematycznym  zażywaniu preparatu witaminowego  „Kosmiczny Wulkan”. Nasza  bohaterka  dowiedziała  się  również,  że  „Cosmo-catering” dostarczy dowolne potrawy  i płyny w najdalszy zakątek Układu, a  jeśli klient ma życzenie,  to nawet  jeszcze  dalej. Martyna  nie  uległa  sugestywnej wizji  idealnego  świata,  po  części  dlatego,  że  nie miała  ani męża,  ani dzieci,  a  na dodatek nie przepadała  za pomidorami w postaci półpłynnej  i do  tego mając  w  perspektywie  spłatę  zaległego  czynszu,  raczej  nie  będzie  się  wygłupiać  i  zamawiać  żarcia nie wiadomo skąd, zwłaszcza że na dole małymi literkami napisali: „Za dolot płaci klient”.

Sięgnęła  do  lodówki  po  trzecie  piwko  i  usiadła  przed  telewizorem  dokładnie w  chwili, w  której reklamy się skończyły. Przez chwilę rozmyślała, dlaczego spikerzy nigdy nie mówią „Do zobaczenia po reklamach”  tylko „Do zobaczenia po krótkiej przerwie”  i doszła do wniosku, że barany z  telewizji być może  mają  nadzieję,  że  w  ten  sposób  zmylą  przeciwnika,  który  na  pewno  nie  będzie  się  spodziewał reklam,  jeśli  się  powie  „przerwa”,  i  na  pewno  nie  ucieknie,  gdy  będzie  ona  „krótka”. W  końcu  umysł telewidza, podłączonego do mózgu centralnego, jakim jest Bóg Telewizor, nie domyśli się, że te kolorowe historyjki  to  reklamy.  Zdaniem  speców  od  marketingu  i  reklamy  śliniące  się  rośliny  przed  ekranami pomyślą, że  to  inny, nieco bardziej kolorowy  i wielce  radosny program. Ale  nie z Martyną  te numery!

Przejrzała na wylot  te knowania  i ostentacyjnie wychodziła  z pokoju podczas każdego bloku  reklam.  I trzeba oddać sprawiedliwość prawdzie, że dzięki temu spędzała znacznie mniej czasu przed telewizorem.

Martyna  wyprostowała  się  gwałtownie  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  te  reklamy  nie  są  przypadkiem podstępnym  i utajonym narzędziem manipulacji sponsorowanym przez Ministerstwo Zdrowia. Nie dane jej  jednak  było  rozwikłanie  tej  palącej  kwestii,  bo  przed  jej  oczy wcisnęła  się  jakaś  ruda  z  kręconymi włosami i wyginając się wdzięcznie, wskazała smukłym paluszkiem mapę kompletnie nieznanej Martynie galaktyki. Panienka uśmiechnęła się wdzięcznie i spojrzała naszej bohaterce prosto w oczy.

– Witam  serdecznie!  Jest  mi  miło  poinformować  Państwa,  że  dzisiejszej  nocy  temperatura  na plantach  Układu  będzie  się  wahać  od  –  50  do  +  50  stopni  Celsjusza,  czyli  będzie  dokładnie  tak  jak zawsze, więc zupełnie nie wiem, po co mi to każą mówić co wieczór. Aha! Pewnie dlatego, że mi za to płacą! – roześmiała się ruda i po chwili nieco się zreflektowała. – To taki żarcik, proszę państwa.

Martyna,  nie  całkiem  rozbawiona,  wpatrywała  się  intensywnie  w  twarz  pogodynki,  a  jej  mózg przesiewał  terabajty  zarchiwizowanych myśli w  poszukiwaniu  tej  jednej,  ulotnej,  której istnienia  nasza myślicielka  nawet  się  nie  domyślała.  Ruda  w  tym  czasie  zawiesiła  głos  i zmieniła  wyraz  twarzy  na nieomal zatroskany.

– Zgodnie z tym, co już wcześniej państwo usłyszeli, możemy się spodziewać deszczu meteorytów o  nienotowanej  wcześniej  sile.  Muszę  jednak  uspokoić  naszych  miłych  widzów,  ponieważ  jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami tego fenomenu pogodowego będzie znaczne obniżenie ciśnienia, lekkie wstrząsy  i  co  za  tym  idzie,  gorsze  samopoczucie,  głównie  pośród  meteoropatów,  hipochondryków  i histeryków. Nasi eksperci wyliczyli, że meteoryty miną wszystkie planety Układu, a  ich niszczycielska siła skoncentruje się w odległym od nas systemie planetarnym o nazwie Układ Słoneczny, którego planety są  niezamieszkałe  bądź  prezentują  jedynie  prymitywne  formy  życia.  Jeśli  są  państwo  zainteresowani śledzeniem  serii  spektakularnych  eksplozji,  to  proszę  się  zalogować  na  naszej  stronie  internetowej,  na której,  po  wniesieniu  symbolicznej  opłaty,  będzie  można  obserwować  na  żywo  zagładę  Układu Słonecznego  –  powiedziała  ruda  i  uśmiechając  się  profesjonalnie,  dodała  rzeczowo:  –Oczywiście  dla pierwszych stu osób, które opłacą przekaz z zagłady, mamy wartościowe upominki rzeczowe. Dodatkowo już teraz uruchamiamy infolinię audiotele, w której mogą państwo wygrać sto tysięcy dinarów i komplet pamiątkowych  zdjęć.  Pytanie  na  dzisiaj  brzmi:  Proszę  powiedzieć,  jak  nazywa  się  gwiazda  Układu Słonecznego. Czy jest to:

  1. Słońce
  2. Droga Mleczna
  3. F.I.U.T.E.K.

Na  państwa  zgłoszenia  czekamy  do  godziny  23.50,  czyli  mniej  więcej  dziesięć  minut  przed planowaną  eksplozją  Słoń…  to  znaczy…  –  zmieszała  się  sztucznie  pogodynka  –  to  znaczy przed planowaną eksplozją gwiazdy Układu Słonecznego wraz z towarzyszącymi jej planetami. Na dole ekranu widnieje numer, pod który należy dzwonić.

– Ha! – wygłosiła triumfalnie Martyna i pobiegła po telefon. Impuls radości spowodowany wiedzą opadł  równie  nagle  jak  powstał.  Nasza  ekspertka  od  astronomii  odkręciła  się  na  pięcie  i  dopadła  do ekranu. Przysunęła badawcze spojrzenie do  telewizora  i wiedza znacznie głębsza spłynęła na jej światły umysł.

– Magdusia? Magdusia z ósmej „a”? – zapytała ekran niepewnie.

Pogodynka wpiła w Martynę spojrzenie i przez chwilę zdumiona milczała.

– Znamy się? – opowiedziała w końcu z wyższością.

– Znamy! – wysyczała Martyna. – Odebrałaś mi Dariusza!

Ruda Magda potrząsnęła wdzięcznie burzą miedzianych loków i od niechcenia przesuwając dłońmi po  wyjątkowo  zgrabnych  i  modnie  odzianych  biodrach,  wyszczerzyła  równiusieńkie  białe  zęby  w złośliwym uśmiechu.

– Marta! Jak miło cię widzieć!

– Martyna, nie Marta! – wycedziła nasza urażona bohaterka.

– No tak! – lekceważąco machnęła dłonią Magda. – Skąd się tu, nieboraczko, wzięłaś? –rzuciła po chwili.

– A ty?

– No wiesz! – zamrugała rzęsami ruda. – Karierę robię. Od podstawówki było jasne, że będę kimś, no nie? W końcu byłam…

– …najbardziej popularną dziewczyną w szkole! – weszła jej w słowo Martyna.

– No  właśnie!  –  powiedziała  z  satysfakcją  najbardziej  popularna  dziewczyna  w  szkole  i pieczołowicie przygładziła brwi tipsami palców wskazujących. – I jak widać, nic się nie zmieniło, co?

W  lekko  zapuszczonym  ciele Martyny  rodziła  się myśl  o  kompleksowych  usługach  fryzjersko-kosmetycznych.  Przez  kilka  sekund  wyobrażała  sobie  swoje  jestestwo  upchnięte  w  nieskazitelny, wypracowany w pocie czoła kostium, którego najdrobniejsze zagięcia doprowadzają do palpitacji serca.

Przez  jej  potargany  łeb  przegalopowało wspomnienie  niewiernego Dariusza  i  triumfalne wejście  rudej Magdy na szkolną dyskotekę pod rękę z wyżej wymienionym. Nasza niedoszła psycholożka do dziś dnia nie umiała sobie wytłumaczyć fenomenu istnienia Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole.

Fenomen Najbardziej Popularnej Dziewczyny w Szkole

W czasach, gdy pochłania się miliardy cukierków, a w napchanej sianem głowie nie pojawia się  myśl  o  ich  zawartości  kalorycznej  i  –  co  zapewne  zszokuje  czytelników  –  nie  istnieje rytuał wklepywania  kremów  przeciwzmarszczkowych,  istnieje  za  to  centralna  postać myśli każdej  młodocianej.  Owa  postać  to  Najpopularniejsza  Dziewczyna  w  Szkole.  Podziwiana prawie  tak  mocno  jak  idol  z  plakatu,  ale  jednak  materialna  i  codziennie  widywana.  Jej kpiący uśmiech, którego serdeczność zarezerwowana jest wyłącznie dla nauczycieli i uczniów płci męskiej, wyznacza  rytm  szkolnego  dnia wszystkich  dziewczynek.  Jej  opinia wpływa na każdy aspekt  szkolnego  życia. Jeśli  jej  zdaniem modne  jest noszenie czerwonych  spodni,  to nosi je cała żeńska część szkolnej populacji. Jeśli modne jest wyrzucanie do kosza kanapek, to kosze puchną od pakowanego  troskliwymi rękoma mam chlebem. Najbardziej Popularna Dziewczyna w  Szkole  jest  pupilką wszystkich  i  rozdziela  łaski  niczym  królowa.  Jej  dwórki kochają ją i jednocześnie liczą na to, że się potknie i skręci kark.

A co dzieje się po latach?

No cóż. Najpopularniejsza Dziewczyna w Szkole odpływa w kompletnie inny wymiar, a cała żeńska połowa twojej szkoły z wypiekami na twarzy szuka jej w internecie. Może uda się znaleźć  jej  profil?  Może  okaże  się,  że  jest  gruba  i  ma  stado  dzieci?  Albo  chociaż  się rozwiodła?

Nic  z  tego kochani. Królowa, niezależnie od  tego,  jak potoczą  się koleje  jej  losu nigdy nie zniża się do rozrywek gawiedzi.

 

Jeśli chodzi o  ścisłość, Martyna nigdy nie namierzyła profilu  rudej. Wyparła z mózgu  jej istnienie,  by  odzyskać  odpowiedni  poziom  samooceny,  teraz  zjeżdżającej  windą  z podniebnych przestworzy aż na depresyjny poziom Żuław, które za cztery godzin miały przejść do historii.

Teraz  patrzyła  w  kpiące  oczy  Najbardziej  Popularnej  Dziewczyny  w  Szkole  i  w  ekspresowym tempie ogarniała ją furia. Odpychając od siebie mgliste widmo Darusia, skupiła się na bardziej palących problemach.

– Co to za ściema? Dlaczego gadasz do mnie z telewizora? Przecież to nie jest możliwe! – warknęła nasza mistrzyni kojarzenia  faktów, pamiętając,  że  jej kolega  z przedszkola nigdy nie pomachał do niej ręką ze scenerii Tik-Taka. Obrażonej Martynie mama wytłumaczyła wówczas, że nie zawsze ci, których widzimy, widzą  również  nas.  Podczas  traumatycznych  trzydziestu  lat  życia  nasza  bohaterka miała  się przekonać, że ta złota myśl ma zastosowanie w znacznie szerszym aspekcie niż przekaz telewizyjny.

– Martyna,  no  co  ty?  Tutaj  są  nieco  wyższe  standardy  przekazu!  –  roześmiała  się Magdusia, a Martyna przetłumaczyła to sobie na: „Marta, ty wsiuro w Koziej Wólce hodowana!”.

– I co? Chcesz powiedzieć, że nagle  ileś  tam milionów  ludzi  słucha  reklam, a  ty  sobie gadasz ze mną, jak na szkolnym korytarzu? – zapytała Martyna z ironicznym uśmieszkiem.

– No  niezupełnie,  choć  z  tymi  reklamami  masz  rację.  Czas  antenowy  się  liczy,  więc  kosztami rozmowy został obciążony właściciel IP odbiornika, z którego właśnie się łączysz – wyjaśniła mściwym tonem ruda.

– Ha! To akurat najmniej mnie teraz interesuje – zarechotała Martyna.

– No dobra, skoro uprzejmości mamy już za sobą, to bądź łaskawa się rozłączyć, bo po jedenastej znów  wchodzę  na  wizję.  No  wiesz,  audiotele  będzie  –  przeciągnęła  się  jak  kotka  nasza sprzedajna pogodynka.

– O co chodzi z tymi meteorytami? – zapytała Martyna.

– No  cóż,  obawiam  się,  że  twoja mała,  prowincjonalna  planetka  przestanie  istnieć  za  trzy  i  pół godziny – oparła niefrasobliwie Magdusia.

– Co to za pierdoły są? – zirytowała się nasza bohaterka.

– Żadne pierdoły, Martusiu,  tylko nieuchronny koniec Układu Słonecznego. Jeśli o mnie chodzi – dodała pogodynka, wpatrując się ze skupieniem w swoje długaśne tipsy – mam to w dupie.

– Jak to masz w dupie? – wycharczała, dysząc złością Martyna. – Nie obchodzi cię, że twój dom się rozpieprzy w drobiazgi? Co z ciebie za Ziemianka, co?

– Moja droga – owe słowa Magdusia wypluła z siebie z głęboką pogardą. – Jaki dom? Prowincja i tyle. Ja karierę robię! A ty się ciesz, że jakimś przedziwnym sposobem znajdujesz się w Raju 3.14, a nie na swojej byłej planetce.

– Skąd, do cholery, wiesz, gdzie jestem? – krzyknęła Martyna.

– Rozmowa  kontrolowana,  moja  droga.  Musimy  wiedzieć,  kogo  obarczyć  rachunkiem  za bezpośrednie połączenie  ze  studiem  –  odpowiedziała  pogodnie  Najbardziej  Popularna Dziewczyna  w Szkole.

– A w dupie mam wasze studio! – splunęła na podłogę Martyna.

– No to może rozłącz się w końcu? Czas antenowy ucieka! – zasugerowała łagodnie Magdusia.

– Ha!  Czyli  ty  nie  możesz  przerwać  połączenia?  –  wykrzyknęła  triumfalnie  nasza  przenikliwa znawczyni kosmicznych technologii.

– Istotnie,  nie  mogę,  chyba  że  za  specjalnym  zezwoleniem  Zarządu.  Nowa  polityka  firmy.  No wiesz,  klient  nasz  pan.  Ale  ostrzegam  cię,  koszt  tego  połączenia  sprawi,  że  zlicytują  twój  statek  – powiedziała zdradziecka ruda żmija.

– A w dupie  to mam! Siedź  tu  i płacz, bo  ja się nie  rozłączę na pewno! – zarechotała Martyna. – Idę, a ty tu siedź i już płacz po audiotele.

– Martyna!  No  co  ty?  Daj  spokój!  Przecież  to  nie  ma  sensu,  pieniędzy  szkoda!  –  wyjąkała Magdusia. – Dla mnie to audiotele jest ważne, bo to będzie szło na wszystkie planety F.I.U.T.E.K. No nie zgrywaj się!

– Powiedz  mi,  jak  cię  tu  przywiało,  to  się  zastanowię  –  zasugerowała  wspaniałomyślnie  nasza manipulantka.

– To  będzie  bardzo  krótka  historia.  Po  liceum  zwerbował  mnie  jakiś  koleś  w  złocistej  szacie. Pokazał mi, że poza Ziemią istnieje znacznie ciekawszy świat, w którym drzwi do kariery stoją otworem. I  to  właściwie  tyle  –  wzruszyła  ramionami  Magdusia.  –  Dostałam  stypendium  na  Akademii  Szefa, wyszkoliłam  się na pilota  i odbyłam kilka misji. Potem Szef… ekhm… no  ten… no… w każdym  razie postanowiłam się sprawdzić w szołbiznesie i jak widzisz świetnie mi idzie! – zakończyła opowieść nasza ruda karierowiczka.

– Lucek! – powiedziała do siebie Martyna.

– Że  kto? W  sumie  nieważne!  Rozłączysz  się  teraz?  –  zapytała  uprzejmie  podstępna złodziejka chłopięcych serc.

– Nikt, nieważne! Nie, nie rozłączę się! – odparła stanowczo Martyna.

– Jak to nie? – wyjąkała ruda. – Ależ kochanie! Za chwilę zaczniemy naliczać ekstra stawkę, więc nie rób głupstw! Zaraz pójdę do Dyrektora! – zagroziła, jak niegdyś w podstawówce.

– W  dupie  to mam!  –  eksplodowała Martyna.  – Gówno mnie  obchodzi  twoje  audiotele! Tu coś śmierdzi na kilometr  jak piard czerwonego karła! Najpierw widzę Lucka  i zrabowane z Ziemi  starocie, potem ciebie, w międzyczasie wciskam żabie  rurkę w  tyłek, a  teraz  się dowiaduję, że za niecałe cztery godziny nie będę miała dokąd wracać! W dupie to mam i chcę do domu! Czynsz płacę? No dobra, to nie był dobry argument… – spuściła z tonu nasza dłużniczka.

– Martyna!  Ja  cię  proszę!  Rozłącz  się,  później  pogadamy,  dobra?  –  prosiła  aksamitnym  głosem złodziejka Darusiowego serca.

Martyna  podparła  brodę  dłonią  i  zapatrzyła  się w  okruszki  chipsów  pokrywające  ławę.  Poblask rudych  włosów  zakłócał  monotonne  kolory  hartowanego  szkła.  Po  chwili  w  pole widzenia  naszej buntowniczki  nadciągnął  komar.  Z  irytującym  bzyczeniem  wykręcił  dwa  powietrzne  piruety  przy policzkach Martyny, po czym  zaczął zataczać kręgi nad zaświnioną  ławą. Nasza pogromczyni owadów zogniskowała mętne  spojrzenie  i z całej  siły uderzyła pięścią w  stół. Komar  trysnął podstępnie zdobytą krwią i padł bez życia pomiędzy okruszkami chipsów.

– Siedź  tu!  –  poleciła  byłej  koleżance.  –  Nie  będzie  audiotele!  –  po  czym  chwyciła  pilota  i wyciszyła jej protest.

Nasza  pozytywna  bohaterka  poderwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  do  lodówki. Wyjęła  z  niej piwko  i  ze wzruszeniem  ramion  odcinając  się  od Magdusi,  pobiegła w  stronę  schodów wiodących  do purpurowej sypialni. Nadciągała jak anioł zemsty.

Martyna 7

Martyna 7

 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.

Martyna 6

Martyna 6

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.