Browsed by
Tag: Martyna

image_pdfimage_print
Martyna 7

Martyna 7

 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.

Martyna 6

Martyna 6

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Martyna 4

Martyna 4

W którym Martyna musi wykazać, że jej mózg ogarnia nieco więcej niż horoskopy

Spokojna, lecz krótka noc przeminęła bezpowrotnie w chwili, w której Martyna przegrała  z  kretesem w  starciu  z  ograniczeniami  pojemności  własnego  pęcherza. Wstała ze skotłowanej pościeli i stanęła na środku pokoju, próbując sobie przypomnieć drogę do  łazienki. Kiwała się z na wpół przymkniętymi oczami i po chwili namierzyła szczyt kręconych schodów znajdujący się po  prawej  stronie  pokoju.  Ruszyła  w  dół,  ostrożnie pokonując dwa zakręty, i wreszcie stanęła na wprost łazienki. Tknęła ją myśl, że projektant statku, znając upodobania rezydentów do browaru, powinien stworzyć drugi kibel na górze, ewentualnie rurę strażacką w miejsce eleganckich schodów. Niosąc pod powiekami widok syna Szefa zjeżdżającego w pośpiechu na pierwszy  poziom,  zachichotała  bluźnierczo  i  z  westchnieniem  ulgi  wpadła  do  błękitnego  przybytku.

Zostawmy  ją  na  kwadrans,  po którym wyłoni się odświeżona z łazienki,  i  zajmijmy  się  analizą  dotychczasowych  zdarzeń  z perspektywy trzeźwego umysłu.

Analiza zdarzeń z perspektywy trzeźwego umysłu

Niestety,  ten  program  jest  niedostępny  do  końca  opowieści.  Po  usłyszeniu  rżenia  autora

zostaw wiadomość. Dziękujemy.

Skoro tak, to poczekajmy chwilę cierpliwie pod drzwiami łazienki i skupmy uwagę na malowidłach pstrzących  ścianę wokół włazu wejściowego. Nie  da  się  ukryć,  że  syn  Szefa miał wyrafinowany  gust, ścianę  zdobiły  bowiem  przeróżne Kossaki  i Berezowskie,  dało  się  również  namierzyć  szkice  Picasso  i Norwida. To, co wprawiłoby w zachwyt każdego wielbiciela sztuki, okazało się jedynie plamą kolorów na ścianie  dla  wyłaniającej  się  z  łazienki Martyny. Może  to  i  dobrze,  niewiedza  powstrzymała  bowiem zapłon  chciwości  w  jej  podpuchniętych  oczach.  Nasza  nieco  zdezorientowana  bohaterka  stanęła naprzeciwko kręconych schodów, nie spuszczając jednak z oczu otwartych zachęcająco drzwi do salonu.

Po dłuższej chwili wahania  zrezygnowała z potrzeby natychmiastowego sprawdzenia daty ważności zapasów piwa  i  poszła w kokpitu.

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami  podstępne  komputery  jedynie udawały  stan  błogiej  hibernacji.  W odpowiedzi na  odgłos  kroków Martyny  Środkowy  błysnął  lampką, która zdradziła  intensywność przemyśleń  twardego dysku. Ten po  lewej właśnie udawał, że  się budzi  i Martyna mogłaby przysiąc, że coś mu chrupało w obwodach, gdy powoli odpalał zaspany monitor.

– Dzień  dobry  –  powiedziała  uprzejmie  nasza  bohaterka  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła w fotelu.

Monitory,  całkiem  już  ożywione,  generowały  świetliste  ciągi  liczb  i  postękiwały  z wysiłkiem.

Jabłko, całkiem zdechłe,  rdzewiało  sobie cichutko. Środkowy komputer wyświetlił po chwili powitalne hasło: „Witamy w Raju 3.14” i zaszumiał figlarnie wiatraczkiem.

– Dzień  dobry  –  odpowiedział  równie  uprzejmie.  –  Mam  nadzieję,  że  się  wyspałaś  i  teraz

wysłuchasz w końcu wszystkiego, co wysłuchać i zrozumieć musisz.

– To wszystko zależy od tego, czy mi powiesz, co ja tu właściwie robię – odpaliła słodko Martyna i z obojętną miną zajęła się zeskrobywaniem lakieru z paznokci.

– Nie  rozluźniaj mnie, babo!  –  parsknął metalicznym  śmiechem Środkowy,  gubiąc  bezpowrotnie przesłodzoną  uprzejmość.  –  A  jak  myślisz?  Wycieczka  krajoznawcza?  Sekretna  misja  konsultantki Avalonu?

– Avonu, jeśli już – poprawiła z godnością Martyna.

– A co mnie  to, kuźwa, obchodzi? Jak dla mnie może być nawet Panteonu albo  freonu!  – odparł rozsierdzony  komputer.  –  Przysłał  cię  syn  Szefa,  tak?  Znaczy wiedział,  co  robi,  tak?  I  ty mnie  teraz pytasz,  co  ty  tu  robisz? Martyna,  do  nędzy,  powinnaś  mi  wydawać  komendy,  a  nie  zadawać  durne pytania.

– Komendy,  powiadasz?  –  wyszczerzyła  się  radośnie  nasza  leniwa  konsultantka  do  spraw kosmetyków. – No to dawaj mi tu kawę, natychmiast!

Komputer  zaiskrzył  złością,  ale  po  chwili  skapitulował  i  wyświetlił  komunikat:  „Zamówienie przyjęte. Nasza dyżurna winda realizuje zamówienie z kuchni”.

– No!  –  sapnęła  z  satysfakcją Martyna.  –  I właśnie o  to mi  chodziło! A  teraz  gadaj mi,  co  ja  tu robię? Tylko grzecznie! – dodała moszcząc się wygodnie. – Bo jak nie, to zrobię tu takie sztuczki, jakich nawet Ewa nie pokazała.

– Baby… – jęknął żałośnie Środkowy i po chwili zawtórował mu kumpel z lewej strony. – Po jasną cholerę nam tu nierozumne baby? Gdyby nie alzheimer Szefa…

– No, no, no! – uniosła się na fotelu Martyna. – Tylko nie baby! Po kolei gadaj! Jaki alzheimer?

– No,  Szef  się  zestarzał  i  zaczął  podejmować  decyzje,  które…  –  Środkowy  zawiesił  się  z premedytacją i zaczął błyskać obwodami.

– …które  były  do  dupy?  –  dokończyła  usłużnie Martyna  i  rzuciła  po  namyśle:  –  Kiedy  to  się zaczęło?

– Jakieś trzy tysiące lat temu – pisnął przestraszony Lewy.

– Nie było tak źle… na początku… – sprostował Środkowy.

– No  nie  było  –  przytaknął  skwapliwie  Lewy  i  po  chwili  wahania  dodał  –  Ale  syn  Szefa  się wnerwiał, bo Szef ciągle się czepiał i w ogóle.

– No  czepiał  się,  czepiał!  Jak  się  miał  nie  czepiać,  kiedy  syn  sprowadzał  tu  różne  dziwactwa? Pamiętasz tych z Marsa?

– Teraz macie gościa z blokowiska – powiedziała stanowczo Martyna  i walnęła pięścią w  stół. –  I koniec z niesubordynacją! Proszę mi natychmiast wyświetlić przeznaczoną dla mnie prezentację!

– Służę uprzejmie – wymamrotał Środkowy i rozbłysnął feerią barw.

Martyna wlepiła  oczy w monitor  i  skupiła  się  na  tajemniczym  spektaklu. W  jej  uszy  sączył  się łagodny głos Środkowego.

Opowieść Środkowego

– Strategicznie  rozmieszczone  statki  od  tysiącleci  patrolowały  przestrzeń  kosmiczną. Dowódcami byli przeważnie gruntownie przygotowani absolwenci Akademii Szefa. Wszystko toczyło  się  sprawnie  do  czasu,  gdy  syn  Szefa  postanowił wzorem  swoich  sióstr wstąpić  na uczelnię  i  szkolić  się  na  pilota  statku. Gdy  chłopak  z  trudem  osiągnął absolutorium  i  było jasne, że raczej nie obroni dyplomu, Szef się nad nim zlitował i powierzył mu warunkowo Raj 3.14. Piękne  to  były  czasy!  Syn  rozkręcał  się,  podróżował  bez wytchnienia  i  zapraszał  na pokład  kolejnych  gości.  Zdawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze  i  że  w  kampanii wrześniowej  syn  Szefa w  końcu  się  obroni.  Szef  pociągnął  za  sznurki  i młody  dostał  jako pracę  dyplomową  maleńką  planetkę  na  końcu  świata.  Młody  kilkakrotnie  ją  odwiedził  i wracał  na  statek  wielce  zadowolony.  W  czasach,  gdy  Szef  już  naprawdę  musiał  iść  na terapię, Młody  znalazł  paru  kumpli  na  planetce,  konkretnie w miejscu,  które  nazywało  się Jamajka, i co wieczór wracał na czworakach do purpurowej sypialni.

– To  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  syn  Szefa  zapuścił  długie  włosy  –  podpowiedział usłużnie Lewy.

Środkowy odchrząknął metalicznie i powrócił do brutalnie przerwanego wątku:

– Gdyby Szef wiedział, co tu się dzieje, z pewnością wkroczyłby do akcji, ale klinika, w której się  leczył  z  chronicznego  zapominania wszelkich  faktów,  nie udzielała przepustek. Zresztą, nic by  to nie dało, bo zanim Szef dotarłby do Raju 3.14, zapomniałby o celu swojej wizyty. Trudno  się  dziwić,  że  Młody  czuł  się  bezkarny  i  skakał  jak  konik  w  ziemskiej czasoprzestrzeni,  ustalając  swój  porządek  rzeczy.  W  twórczym  natchnieniu  nabruździł okrutnie,  co  do  dziś  dnia  kładzie  się  cieniem  na  życiu  planety.  Szczęśliwie  dla wszystkich, Szef  po  intensywnej  terapii  zaczął  lepiej  kojarzyć  fakty  i  słuchając  szeptów  za  plecami, wysnuł wniosek, że jego syn robi se jajca. Wkurzył się strasznie, w końcu nikt nie lubi świecić oczami  przed  rektorem  uczelni, więc nakazał  pewnej doświadczonej  pilotce,  by przywlekła młodego przed jego wnerwione oblicze.

– Pamiętam  ją! Taka  ruda  i wściekła  jak  diabli!  –  pisnął Lewy.– Wpadła  tu  jak  burza,  latała  po pokojach  i  trzaskała drzwiami, a kiedy odkryła, że  syna Szefa znowu na Ziemię wymiotło,  to ze złości polazła  do  lodówki  i wyciągnęła  z  niej  browara.  Potem  przyszła  tu  do  nas  i  nakazała  dżipiesowi,  by zlokalizował Młodego.

– Nasze polskie piwo wyjęła? – wtrąciła zaintrygowana Martyna.

– Gdzie  tam!  –  parsknął  Lewy  –  Dwa  tysiące  lat  temu Młody  szmuglował  samoróbę  z Palestyny.

Chrząknięcie Środkowego było wielce wymowne, więc Lewy w obronnym geście wygasił monitor, a Martyna zamknęła gębę i umościła się wygodnie w fotelu.

– Mogę kontynuować? –  zapytał  sztywno  i  retorycznie Środkowy. – No  to może wróćmy do głównego wątku, w którym ruda pilotka namierzyła syna Szefa i teleportowała się na Ziemię. Zadanie wydawało  się  banalnie  proste,  ale  zaszły  niespodziewane  komplikacje.  Zgodnie  z naszą  skąpą  cyfrową  wiedzą  pilotka  dorwała  Młodego,  który  był  właśnie  w  trakcie montowania  jakiejś  dziwnej  grupy  miłośników  wina.  Młody  stał  się  powszechnie  znaną postacią  i  ciężko  było  tak  po  prostu  go  zwinąć. Nie wiemy,  jakiego  podstępu  użyła  ruda,  grunt  że  chyba  skutecznego, bo  za  kilka dni odstawiła  syna Szefa na Raj 3.14  i  z  tego,  co wiemy, po rozmowie z Szefem dostał areszt domowy. Ruda wepchnęła go bezceremonialnie do środka  i  zmieniła  kod  w  drzwiach  wejściowych. Młody  miotał  się  kilka  dni  bezsilnie, próbując znaleźć  drogę  ucieczki,  ale  później  się  podłamał.  Jedyną  osobą,  która mogła  go odwiedzać, był  taki  jeden Lucek w złotej szacie. Przywoził browary  i dobre słowo. Podczas pierwszej wizyty skonfiskował Młodemu klucze i od tej pory nosił je zawsze przy sobie. I tak sobie  leniwie płynął czas. Syn Szefa  siadywał w kokpicie  i kazał pokazywać  sobie aktualne raporty  o  życiu  na  Ziemi.  Strasznie  go  cieszyło,  że  tam  ciągle  o  nim  pamiętali. Wertując kolejne  raporty,  rechotał radośnie,  zwłaszcza  przy  doniesieniach  z  wczesnego  ziemskiego średniowiecza.

– I pewnie spokój by trwał do dzisiejszego dnia, gdyby nie dwa wydarzenia – wtrącił się Lewy.

– Dokładnie! – podchwycił Środkowy, tak zaaferowany opowieścią, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że Lewy mu się w wątek wcina. – Najpierw otrzymaliśmy raport o tym, że z Szefem jest beznadziejnie i  że  pamięć  mu  całkiem  sfiksowała.  W  związku  z  tym  jego  trzy  córki,  które  przejęły  dowodzenie, stanowczo  zażądały  wypuszczenia  brata  z  domowego  aresztu.  Potem  dowiedzieliśmy  się,  że  Lucek przekazał klucze komuś na Ziemi.

– I to był ostatni raz, kiedy ich widzieliśmy – szepnął Lewy. – Potem zjawiłaś się ty.

Martyna poczuła się nieco  skrępowana wymowną ciszą, która wspomagana  jedynie jednostajnym szumem procesorów opadła ciężką kurtyną na kokpit i na jej skołatane myśli.

– Dlaczego ja? – zapytała w końcu Martyna.

– Myśleliśmy, że ty nas oświecisz – odparł sztywno Środkowy.

– Nic z tego – pokręciła głową nasza bohaterka. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, po jasną cholerę tu jestem.

– No jak to? – odezwał się zdziwiony Lewy. – Musisz naprawić ten bajzel.

– Zbawić świat? – parsknęła Martyna.

– No  bez  przesady  –  sprostował  śmiertelnie  poważnie  Środkowy.  –  Chodzi  wyłącznie  o posprzątanie na jednej małej planetce.

– A dajcie mi święty spokój! Ja chcę do domu i mam to dupie!

– Podać  piwo?  –  zapytał  usłużnie  Lewy,  głosem  zdradzającym  wieloletnią  wprawę  w  radzeniu sobie w podobnych sytuacjach.

– No daj – poddała się zupełnie już przekonana do pomysłu Martyna. – Ale nadal nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.

Automatyczna  taca  odmeldowała  się  subtelnym  piśnięciem  na  poziomie  ściany  kokpitu, prezentując dwie błyszczące puszki. Martyna podniosła  się ciężko  i  sięgnęła po ostatnią deskę  ratunku, która  przylgnęła  znajomo  do  jej  dłoni  i  za  pomocą  przeciągłego  syknięcia  wlała  nieco  otuchy  w  jej skołatany  mózg.  Po  kilku  łykach  była  w  stanie  sprostać  psychicznie  niesprecyzowanym  dotychczas żądaniom  obłąkanych  komputerów.  Usiadła  ponownie  na  fotelu  i  wyszczerzyła  zęby  w  uprzejmym uśmiechu.

– Jakbym panicza widział! – zarżał z radości Lewy.

– No dobra! – zignorowała go Martyna i wzdychając, dodała: – Wal!

Środkowy  mielił  przez  chwilę  dane,  podczas  gdy  nasza  wyżęta  psychicznie  bohaterka  spijała ambrozję zielonej puszeczki.

– Jak? – rzuciła kluczowe pytanie Martyna.

– System Raju 3.14 posiada wszelkie niezbędne dane i narzędzia do przeprowadzenia takiej misji – odparł  Środkowy.  –  Ja  stanowię  centrum  informacji,  a  Lewy  ma  odpowiednie  kompetencje, by teleportować żywy obiekt w dowolne miejsce ziemskiej czasoprzestrzeni.

– Te, Środkowy, to ty jesteś pikuś! Lewy umie więcej! – zarechotała Martyna.

– Interpretacja  dostępnych  danych  jest  podstawą  powodzenia  misji  –  wyrecytował  z  godnością Środkowy.

– Dokąd chcesz lecieć? – zapytał w tym samym momencie Lewy.

Martyna rozparła się wygodnie, wysuszyła puszkę do końca i powiedziała:

– Nie tak prędko! Najpierw gadajcie od czego był Jabłko?

– To  jest obszar wiedzy obecnie zastrzeżony – powiedział Środkowy  i obrażony wylogował  się z dyskusji.

– I dobrze – odetchnął z ulgą Lewy. – No więc dokąd chcesz lecieć?

Martyna myślała dłuższą chwilę i analizowała swoją skąpą wiedzę historyczną.

– Do  jakiego miejsca  i  czasu  na  Ziemi  po  raz  pierwszy  udał  się  syn  Szefa? Możesz mnie  tam wysłać? – zapytała po chwili.

– Żaden problem – kwiknął ucieszony nie wiadomo czym Lewy. – Przygotuj się, bo będzie trochę rwało w pośladkach. I weź ze sobą to drugie piwko – dodał niewinnym głosem.

Tego akurat Martynie nie trzeba było powtarzać.

Martyna 3

Martyna 3

Rozdział 3 

W którym raz na zawsze ustalimy, że kobiety są przyczyną wszelkich awarii

Martyna  intuicyjnie  wyczuła,  że  nie  ma  sensu  wołać  „Hop,  hop,  jest  tu  kto?”.  To  była  inna  bajka  i zupełnie  inny  scenariusz. Po krótkim namyśle zdecydowała, że w pierwszej kolejności zbada zawartość drzwi z prawej strony  i  z  promiennym uśmiechem  powitała  widok  wypasionej  łazienki.  Całość,  rozplanowana  w  trójkątnym  wnętrzu, emanowała odcieniami błękitu. Pod lewą ścianą, pomiędzy wijącą się roślinnością, znajdował się szereg marmurowych umywalek, a tuż za obłożonym kafelkami występem krył się elegancki kibelek. Na wprost, w miejscu, w  którym  ściany  zbiegały  się w  ostry  szpic, widniała  ogromna  kabina  prysznicowa. Prawa ściana  była  ozdobiona  kilkoma  obrazami,  które  choć  znane  Martynie,  chwilowo  nie  wiązały  się  z konkretnymi  nazwiskami,  lecz  dopełniały  wrażenia  luksusu.  Dokładnie  na środku  wyrastała  trójkątna marmurowa  wanna.  Martyna  uśmiechnęła  się  na  jej  widok,  lecz  po  chwili  skupiła  myśl  na  swoim własnym  wnętrzu  i  gwałtownie  przemieściła  się  w  stronę  sedesu.  „Wannę  przetestuje  się  potem”, pomyślała.  Podźwignęła się  po  chwili  z  kibelka  z  zamiarem  dalszej  penetracji  pomieszczeń.  Umyła szybko  ręce w marmurowej umywalce  i od niechcenia wsunęła do kieszeni  trójkątne błękitne mydełko, które mrugało do niej maleńkimi srebrnymi gwiazdkami.

Po opuszczeniu  szacownego  przybytku  podążyła  wzdłuż  dyskretnie  podświetlonych  szaf  do zachęcająco  otwartych  drzwi  i  po  chwili  wetknęła  ciekawie  głowę  do  eleganckiego,  jasnego  salonu połączonego z dużą kuchnią. Ostrożnie przestąpiła próg  (licho nie  śpi!)  i pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, były znajdujące się pośrodku przeciwległej ściany  jasne,  lecz nieprzejrzyste kotary. Odrywając od nich  badawcze  spojrzenie, Martyna  ledwie  omiotła  prawą  część  pomieszczenia,  gustownie  urządzoną wszelakimi  sprzętami  audiofila  i  telemaniaka. Właściciel  obiektu  nie  zapomniał  również  o  rozłożystej kanapie,  która  z  daleka  szeptała  kusząco:  „Jestem miękką,  elegancką  i  wyjątkowo  wygodną  kanapą”.

Mimo wszystko nasza  bohaterka  nie  uległa  kusicielce,  a  jej  nieomylny  instynkt  skierował  ją  do  części kuchennej,  symbolicznie  oddzielonej  od  salonu  prostokątnym  stołem  otoczonym  czterema  krzesłami.

Wszystkie  szafki  kuchenne  błyszczały  i  tak  też  było  z  naczyniami w  nich  pochowanymi. Jej  nos  skierował  ją  w  stronę ogromnej  lodówki  i gdy uchyliła  jej podwoje niecierpliwym  ruchem, z  jej ust wyrwało się mimowolnie westchnienie: „Ziomuś!”. Możemy  tylko  interpretować, że owo westchnienie było peanem pod adresem właściciela  lodówki,  a  teorię  tę  możemy  oprzeć  na  widoku  rzędów  oszronionych  puszek  piwa, pedantycznie ułożonych na półkach.

Martyna, wzruszona  troską  i gościnnością, wyjęła  jedną puszeczkę  i  ruszyła w  lewą stronę, gdzie zabłąkały się nierzucające się w oczy drzwi. Powstrzymując chwilowo procedurę otwierania puszki, podeszła do drzwi i uchyliła je ostrożnie. Doświadczenie kinomana podpowiadało jej, że właśnie za  takimi  niepozornymi  drzwiami  krył  się  zawsze  amerykański  zboczeniec  z  nożem wielkości  kosy  z okolic Sierpuchowa. Szczęśliwie na ścianie znalazła włącznik światła  i  już po chwili  jej oczom ukazały się  półki wypchane wszelkimi  dobrami  jadalnymi. Na  końcu wąskiego  korytarzyka widniały metalowe drzwi,  zapewne  prowadzące  do  chłodni,  ale Martyna  głupia  nie  była  i  zignorowała  ten motyw,  nazbyt często wykorzystywany w  superprodukcjach  jako pułapka. Wycofała  się  i  stanęła przed kotarami, które przykuły jej uwagę, zanim jeszcze weszła do salonu. Jednym zdecydowanym ruchem odgarnęła je na boki i wpatrując  się w widok  za  szybami, bezwiednie otworzyła browar. Pociągnęła  sążnisty  łyk.

– Jestem w raju – szepnęła nabożnie.

I faktycznie była. Po uchyleniu drzwi na taras Martyna zeszła po trzech stopniach i znalazła się na piasku,  który  przesypując  się pomiędzy  palcami  stóp,  ogrzewał  serce wspomnieniem  przeglądanych  na kibelku  folderów  biur  podróży.  Plaża  kończyła  się  jakieś  sześć  metrów  dalej,  znikając  łagodnie  pod lazurem wody. Woda  zaś,  lekko  zmarszczona,  rozpościerała  się  na  przestrzeni  zbliżonej  rozmiarem  do basenu  olimpijskiego  i  z  dwóch  stron  ograniczona  była  formacjami  skalnymi,  z  których  w  rześkich kaskadach  spływały  strumyczki.

Pomimo  gęstniejącego  mroku  odległy  koniec  basenu  był  doskonale widoczny  dzięki  punktowemu  oświetleniu  i  pochodniom  powtykanym  gdzieniegdzie  w  piach  nad brzegiem. Trzecia ściana przedstawiała gaj palmowy, delikatnie szemrzący pomimo kompletnego braku wiatru. Martyna  przyjrzała  się  ścianie  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że  to  rodzaj  ożywionej  fototapety. To zrodziło w  niej  słuszne  podejrzenie,  że  całość  rajskiego widoku  jest  sztuczną  aranżacją  i nawet  przez moment  odczuła  delikatny  element  niepokoju. Ten  zaś  został  po  kilku  sekundach  rozwiany  z  pomocą piwa. Martyna, niewiele myśląc, opadła na pobliski  leżak  i nie dowierzając własnemu szczęściu, wpatrywała  się w  rosnące w  doniczkach  palmy.  Porównywała  rajskie widoki  z  samochodem Boratyńskiego, który stanowił zasadniczy element jej balkonowej panoramy. Nie da się ukryć, że obecne położenie, pomimo niedociągnięć sztucznej panoramy, zdecydowanie bardziej jej odpowiadało.

Po kilku minutach błogostanu skoncentrowała spojrzenie na tarasie, który ją tu przywiódł, i  dostrzegła  w  półmroku  jasne  marmurowe  schody,  które  przyklejone  do  fasady, wyznaczały kierunek od tarasu w stronę pierwszego piętra, a nawet jeszcze wyżej. Niechętnie zwlókłszy się z leżaka, nasza sybarytka postanowiła spenetrować dalsze rejony tajemniczego obiektu, więc z żalem zgniatając osuszoną puszkę, porzuciła ją na piasku i podjęła żmudną wędrówkę w górę schodów.

Gdy doszła do pierwszego piętra  i ujrzała kolejne drzwi, postanowiła  je  zignorować  i  sumiennie podreptać  dalej.  Wychodziła  ze  słusznego  założenia,  że  gdy  wejdzie  na  poziom  drugi,  z  pewnością zabraknie  jej  energii  na  poziom  trzeci.  Ten  ostatni,  trzeba  to  przyznać,  rozczarował  ją. Na  całej  jego trójkątnej  powierzchni  rozciągała  się  olbrzymia  szklarnia  i według  skąpej wiedzy  botanicznej Martyny najwyraźniej  mieściła  wszelkie  znane  jej  gatunki  roślinności.  Nad  jej  głową  widniało  gasnące  niebo odseparowane od grządek  taflą  szkła. Martyna wzruszyła  ramionami  i nie znajdując dalszych powodów przebywania wśród krzaków, zeszła ostrożnie po  schodkach  i uchyliła drzwi poziomu drugiego. Widok rozczulił ją dogłębnie i w jej duszy rozbłysły ponownie ciepłe nuty myśli zwróconych w stronę nieznajomego Ziomusia.

Przed  jej  oczami  rozpościerała  się  utkana  ze  złota  i  purpury  sypialnia.  Jej  zacisze  natychmiast  zaczęło oddziaływać  na  strudzoną  dziewczynę.  Ogromne  łoże  przykryte  purpurową  narzutą  przyciągało  ją  jak magnes  i pewnie oddałaby się regeneracyjnej drzemce, gdyby nie widok ukrytych dyskretnie za złocistą kotarą  drzwi,  które  niewątpliwie  prowadziły  do  sedna  zagadki.  Tego  nie  dało  się  zignorować,  więc Martyna,  pokonując  senność,  zdecydowanie  przeszła  kilka  kroków  i  energicznie  ujęła rzeźbioną  klamkę. Widok  przerósł  jej  najśmielsze  oczekiwania.

Zamrugała z niedowierzaniem oczami i przez długą chwilę tkwiąc w bezruchu, wpatrywała się w krajobraz widniejący za zbiegającymi się w szpic taflami szkła.  Próbowała wytłumaczyć sobie, że granat oblepiający  z  każdej  strony  panoramiczne  tafle  jest  kolejnym  hologramem.  Podeszła  ostrożnie  bliżej  i głębia obrazu przyprawiła ją o zawroty głowy. Nie było wątpliwości: nieskończone barwy nieba napierały na  Martynę,  wzbudzając  jej  atawistyczną  potrzebę  trzymania  się  powierzchni  globu.  Tkwiła  gdzieś wysoko  ponad  samochodem Boratyńskiego  i w  krótkiej,  ulotnej  chwili  zatęskniła  za Szalińskim  i  jego bliźniakami.  Jej  skołowane  spojrzenie  uciekło  od  niebieskich  przestrzeni.  Martyna  wycofała się  z niechęcią na próg pomieszczenia.

– Szlag by to trafił! W niebie jestem! – powiedziała na głos z pewną odrazą.

Starając się znaleźć nagrodę pocieszenia, powiodła spojrzeniem po pomieszczeniu  i nie znajdując niczego ekscytującego, niechętnie skupiła się na tajemniczej wygaszonej konsoli rozpościerającej się tuż pod  panoramą  nieba.  Konsola,  usłana  tysiącem  dziwacznych  przycisków,  zwieńczona  była  trzema wygaszonymi monitorami. Martyna  parsknęła  z  lekceważeniem  i  pomyślała  sobie,  że mimo wszystko sytuacja idealnie pokrywa się z ze scenariuszem przyznania nagrody pocieszenia.

Przyznanie nagrody pocieszenia

Nagroda pocieszenia dołuje najbardziej w dzieciństwie. Martyna przeżyła to wiele razy, gdy urodziny  świętowała  jej  siostra.  Do  dziś  dnia  pielęgnuje  traumy,  w  których  zamglona szwankującą pamięcią dłoń podaje jej maleńką czekoladkę, zaraz po tym, gdy wręczy komuś innemu ogromne pudło przewiązane czerwoną wstążką. Nagroda pocieszenia widnieje też we wspomnieniach  z  zawodów  sportowych  na  koloniach nad morzem,  gdy wszyscy  dawno  już dobiegli,  a  ty,  dysząc,  pełzniesz  do  mety  i  litościwa  dłoń  wręcza  batonik,  wcześniej wydzielając medale zwycięzcom. 

Niestety, nie mamy czasu na dogłębną analizę kalecznego dzieciństwa Martyny  i musimy  skupić się  na  zagadkowej  elektronice,  na  którą nasza bohaterka  spoglądała  nieufnie.  Jej spojrzenie  przykuły  monitory,  więc  przycupnęła  na  jednym  z  dwóch  obrotowych  foteli  i  z  zadumą analizowała ich martwe ekrany. Pod każdym z nich widniał niewielki wąski otwór, nasuwający natrętne skojarzenia  z  dziurką  od  klucza.  Martyna  uniosła  się  nieco  i  wygmerała  z  kieszeni  bojówek  pęk srebrzystych  pęk. W  swej  nieskończonej  inteligencji  odpięła  łączący  je  brelok  i  dopasowała  cyfry rzymskie  widniejące  na  kluczach  do  cyfr  arabskich,  które  spostrzegła  na  monitorach.  Powtykała odpowiednio klucze, przekręciła  je w  lewo  i po  chwili usłyszała kojący  szmer  komputerów.

Monitor  z lewej  strony  momentalnie  rozbłysnął  jasnym  światłem,  a  po  chwili  podążył  za  nim  drugi.  Trzeci natomiast wciąż milczał i prezentował czerń ekranu. Martyna nie dała się zwieść i walnęła mało subtelnie pięścią w obudowę. Wypróbowany  sposób naprawienia  sprzętu elektronicznego nie zadziałał dokładnie tak,  jak  spodziewała  się  nasza  bohaterka,  lecz mimo  wszystko  posunął  sprawy  do  przodu.

– Nie wal tak. Jemu już nic nie pomoże. – zamrugał środkowy monitor a z jego czeluści wydobył się zgrzytliwy głos.

Martyna  zamarła  i bezwiednie drapiąc  się pod  lewym  cyckiem pazurami prawej dłoni, cmoknęła zaskoczona.

– Ty gadasz? – wyszeptała w końcu.

– No  gadam.  A  co?  Mam  czekać,  aż  łaskawie  zaczniesz  stukać  w  klawiaturę?  Ja  czekam  już stanowczo zbyt długo, moja droga.

– A na co tak czekasz? – zapytała Martyna.

– Weź mnie, kuźwa, nie rozluźniaj! – żachnął się monitor. – Świat trzeba ratować, zapomniałaś?

– Dobra – przerwała mu Martyna – ty weź mi najpierw powiedz, gdzie ja jestem?

Powierzchnia  monitora  zafalowała  przestarzałym  wygaszaczem  ekranu,  na  którym  rozbłysło tandetne niebo upstrzone gwiazdami o  żenującej  rozdzielczości. Twardy dysk mielił głośno dane przez kilka minut, by ogłosić triumfalnie głosem bladego rezydenta z tropikalnej wyspy:

– Serdecznie witamy na pokładzie Raju 3.14.

Martyna westchnęła  i  chwilowo  starała  się  nie  koncentrować  na  traumie  z  dzieciństwa, w  której obłąkana siostra Bogusława roztaczała przed dziećmi wizję niezbyt przytulnego raju. Siostrze raj również nie bardzo się podobał, choć z  innych powodów niż Martynie. O ile Martyna była głęboko przywiązana do drobnych  radości życia, w  tym do swobodnego wcinania  jabłek, o  tyle siostrę Bogusławę niepokoiła myśl o jakichkolwiek przyjemnościach. W jej rutynie dnia nie mieścił się śmiech i uśmiech, a wizja raju pozbawionego rozsypanego w kącie pokoju grochu i stanowczych dłoni naddzierających młodociane uszy zadawała  kłam  jej  pojmowaniu  życia  wiecznego.  Martyna  zapewne  zaczepiłaby  myśli  dłużej  na nieboszczce  Bogusławie,  gdyby  nie  lista  pytań  żywotnie  dźgających  jej  pracujący  na  najwyższych obrotach rozum.

Zebrała się w sobie, omiotła spojrzeniem szwankujący komputer, na którego obudowie pysznił się znajomy wizerunek apple’a.

– Słuchaj, dlaczego ten Mac nie działa? Co się stało? – zapytała uprzejmie.

Z  elektronicznych  trzewi  trzasnął  z  pogłosem  niehamowany  śmiech,  zdublowany  po  chwili rechotem lewego peceta. Obydwa komputery błyskały obwodami, a po chwili środkowy powiedział:

– Kiedyś syn Szefa przyprowadził tu dwoje idiotów. Facet przez całe dni chlał browary i szczał do basenu.  Jego  plusem  było  to,  że  nieszkodliwy  był. Baba  była  gorsza.  Przylazła  tu  kiedyś  do  kokpitu  i chciała  koniecznie  przeczytać  horoskop.  Siadła  do Maca  i  zażądała  danych. Mac  się wnerwił  i  olał  ją kompletnie. Baba waliła w  klawiaturę,  a  jej  długie  jasne włosy  przyduszały  system,  gdy w  końcu  się przychyliła i mściwie wyrwała kabel zasilający.

– Wyrwała Maca? – bardziej stwierdziła niż zapytała Martyna.

– Wyrwała jabłko – potwierdził ze smutkiem środkowy pecet. – I wiesz, co było najgorsze? – dodał po  chwili. –  Jak  się  syn Szefa wściekł  i kazał Luckowi  zwalić  faceta  z  leżaka, a  jego babę wywlec  za włosy z kokpitu  i w  swym niezmiernym miłosierdziu wykopał  ich na Ziemię,  to po całej Ziemi poszła fama, że zostali wywaleni z Raju 3.14. Chodzili po wsiach i psioczyli, że zamiast obiecanego dostępu do systemu zostali wygnani z Raju za to, że durna baba wyrwała jabłko.

– Chyba „zerwała” – odruchowo sprostowała Martyna.

– A pies  ją ganiał! – parsknął środkowy pecet. – Nie umiała nawet zapamiętać seryjnego numeru statku.

Martyna milczała przez chwilę  i analizowała zaktualizowaną historię wypędzenia z  raju. Łechtało ją nieco wspomnienie piwa wyciąganego  z  tej  samej  lodówki,  z której  czerpał garściami Adam. Nasza niedoszła filozofka zatopiła się w swoich myślach i po chwili wysnuła karkołomny wniosek:

Polskie piwo leży w tej lodówce od zarania czasów, a to znaczy, że nasi tu byli!

Martyna bezwiednie wyszczerzyła się w stronę monitorów i poczuła, że wraca do życia.

– Ty, słuchaj, a gdzie teraz jest Ziomuś, to znaczy syn Szefa?

Konsola  zafalowała, monitory  rozbłysły  i  obsypały Martynę  iskrami  elektronicznego  oburzenia.

Środkowy pecet, wyraźnie obrażony, wygasił ekran i szepnął na pożegnanie:

– Nie wzywaj imienia Szefa nadaremno.

– Zwłaszcza teraz! – pisnął pecet z lewej.

Martynie nie pozostało nic innego niż pozostawienie w spokoju zirytowanych komputerów i udanie się do sąsiedniego pokoju. Opadła na purpurowe łoże i z westchnieniem ulgi poszybowała w inny wymiar snu.  Jej myśli  zaprzątała  przez moment  konieczność  sprawdzenia  daty ważności  browarów  z  lodówki, lecz niebyt po chwili odgonił wszelkie troski.

Martyna 2

Martyna 2

Rozdział 2

W którym okaże się, że ciekawość to pierwszy stopień w górę, a nie w dół, wbrew temu, co się ogólnie sądzi.

Dzienne światło brutalnie wdarło się w szczeliny niechlujnie zaciągniętych zasłon i drażniąc spokojny sen Martyny, uwypukliło jednocześnie taniec drobinek kurzu. Nasza bohaterka, zawinięta w kołdrę i rozczochrana, powoli wynurzała się z sennego niebytu, a wraz z nią na powierzchnię życia wynurzał się gigantyczny kac, zwiastowany irytującą suchością niewyparzonej gęby.  Martyna usiadła ostrożnie i wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą gwałtowne otwarcie oczu, namacała stopami kapcie, które poniosły ją w stronę pobliskiej kuchni. Ręka precyzyjnie pacnęła włącznik elektrycznego czajnika, by po chwili wymacać kubek i słoik z kawą, pieczołowicie skrywany w szafce na takie chwile.

Znalezienie po omacku zesztywniałego z zimna kartonu mleka w lodówce było ponad siły Martyny, która wsłuchując się w kojący szmer czajnika, podjęła ostrożną próbę uchylenia powiek. Mleko nadawało się do spożycia, co stwierdziła nasza bohaterka po ostrożnym obwąchaniu czeluści opakowania.  Gdy mieszała ingrediencje, przypomniała sobie dziwacznego obcego, który nawiedził jej dotychczas uporządkowane sny. Zassała pierwszy łyk kawy i postanowiła, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim pasożytniczym życiem człowieka, który nic nie musi i ewentualnie może mu się chcieć.  Ćwiczenie rozbrykanego charakteru postanowiła rozpocząć łagodnie i bez wstrząsów, więc na pierwsze poprawne politycznie zadanie nowej ery wyznaczyła sobie opróżnienie popielniczek i doniczek balkonowych z niedopałków papierochów.  Jak zwykle zadziałał jej wrodzony spryt, który o milę wyprzedzał szczere chęci poprawy.  Człapiąc na porannego fajka, rozgrzeszała się więc z niego, bo przecież i tak zmierzała na balkon w celu posprzątania, więc balkonowi zapewne nie zrobi różnicy sprzątanie w oparach dymu.

Spoza bloków uśmiechało się letnie słońce, które wyraźnie wskazywało na zaawansowaną porę dnia. Martyna zgarnęła do worka na śmieci zawartość popielniczek stojących na parapecie i podeszła do zielonego stołu.  Pomiędzy puszkami leżał pęk kluczy i połyskiwał łobuzerskimi refleksami w promieniach wczesnego popołudnia. Jego trzy srebrzyste klucze rozkładały się wachlarzem na stoliku, a ich schludny pęk zwieńczony był trójkątnym złotym breloczkiem. Martyna podeszła powoli do stołu i w skupieniu obserwowała znalezisko. Na breloczku widniał jeden wypukły guziczek. Zignorowała znalezisko i z godnością wycofała się z balkonu. To, czego było jej trzeba obecnie, to długa kąpiel regenerująca. Klucze mogą poczekać.

Martyna pokładała niezachwianą wiarę w to, że kąpiel, oprócz zbawiennych efektów regeneracji ciała, wpływa również na intensywność i jakość przemyśleń. Na przekonanie to miało wpływ przeświadczenie, że Archimedes sformułował teorię wyporności cieczy przy okazji długiej, relaksującej nasiadówki w balii. Nie żeby Martyna miała smykałkę do ścisłych dziedzin nauk, ale lubiła sobie czasem myśleć, że ma w sobie coś z filozofa. Bywało, że rozkoszując się ciepłem wody i zapachem piany, była bliska sformułowania przełomowych myśli.  Przeważnie spłoszone uciekały, ale zdarzało się, że nasza bohaterka siadała nagle wyprostowana jak struna, wiodła triumfalnym wzrokiem po kafelkach łazienkowych i koncentrując spojrzenie w swoim zamazanym odbiciu na kranie, wykrzykiwała z satysfakcją: „Aha!”.

Tak było wtedy, gdy rozpracowała mechanizm oszustw fiskalnych pani Ali z warzywniaka.

Świetlanych odkryć było więcej, ale gdy Martyna docierała do rytuału golenia nóg, błyskotliwe myśli pierzchały bezpowrotnie podczas ceremonii nabożnego skupienia. Owego poranka, czy raczej wczesnego popołudnia, gdy Martyna rozkoszowała się kąpielą, w jej umyśle narodziła się myśl głęboka, powalająca prostotą i wielce radosną konkluzją. Martyna wyprostowała się więc jak struna i szczerząc zęby do armatury łazienkowej, powiedziała z satysfakcją:

– Aha! Czyli to nie były zwidy. On tu był. A to znaczy, że wszystko jest w porządku i mogę kupić se browar.

I było to przełomowe odkrycie w trzydziestoletnim życiu Martyny.

Po wypiciu kolejnej kawy i odbębnieniu szybkiego rajdu po zaprzyjaźnionych forach internetowych Martyna nie znajdowała więcej wymówek, więc wtykając fajka w usta, poczłapała na balkon.

Potwierdziła swoją łazienkową teorię, upewniając się, że pęk kluczy nadal leżał tam, gdzie rzucił je świetlisty obcy. Martyna po raz pierwszy w życiu postanowiła pomyśleć przed faktem i nie dotykając kluczy, nachyliła się nad nimi, podejmując głęboką analizę. Breloczek niewątpliwie był piękny i nawet nie mając zaktualizowanych w głowie cen złomu złota, Martyna i tak bezwiednie oszacowała go na dwa, a może nawet trzy czynsze do przodu. Klucze natomiast pobłyskiwały srebrzyście, lecz z pewnością nie były zrobione ze srebra. Właściwie to ciężko było określić rodzaj materiału, z jakiego zostały zrobione.

Martyna postanowiła przemyśleć sprawę gruntownie, lecz okoliczności kompletnie temu nie sprzyjały. Nie było piwa, nie było ciszy i możliwości skupienia, a na dodatek w paczce zostały tylko dwa papierosy. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu mieszkania wyłaniającego się zza drzwi balkonowych i z westchnieniem przyznała, że czas by coś może posprzątać. A potem się pójdzie do sklepu, kupi się piwo, siądzie się na balkonie i rozwiązanie przyjdzie samo.

Jakieś dwie pralki prania i trzy kursy do śmietnika później Martyna z zadowoleniem spojrzała na dzieło dnia.  Uginając się pod kolejnym workiem śmieci, poczłapała w dół z zamiarem odwiedzenia osiedlowego spożywczaka. Stąpała na palcach, mając nadzieję, że nie spotka żadnego z sąsiadów, ale od akcji z dzieciakami, Szaliński spod czternastki miał chyba wmontowany w mózg system wczesnego ostrzegania, który bezbłędnie informował go o krokach skradającej się Martyny. Tym razem znów wychylił głowę przez drzwi i zlustrował swoją sąsiadkę nienawistnym spojrzeniem. Pogardliwie prychając, zatrzasnął z całej siły drzwi.  Martyna, jak zwykle zmieszała się wewnętrznie, ale dumnie wyprostowana przedefilowała przed drzwiami sąsiada.  Głupia sprawa z tym Szalińskim. Właśnie po akcji z jego dzieciakami Martyna obiecała sobie, że już nigdy nie przyjmie postawy obywatelskiej i nie wsadzi nosa w cudze sprawy.

Akcja z dzieciakami Szalińskiego

Mieszkanie Szalińskiego znajdowało się dokładnie pod podłogą Martyny. On i jego żona byli cichymi i spokojnymi sąsiadami. Do czasu. Kiedyś urodziły im się bliźniaki, ale nawet wtedy panował względny spokój. Dopiero po jakichś dwóch miesiącach od sąsiadów zaczęły dochodzić niepokojące popiskiwania, a później regularny ryk niemowląt.  Martyna, wyedukowana na spotach o przemocy domowej, zadzwoniła pod sugerowany numer telefonu i zgłosiła, że u Szalińskich dzieje się coś dziwnego. Oczywiście, zgodnie z wyćwiczonym w szkole odruchem na hasło: „Nazwisko!”,  podała pełne dane osobowe.  I to był błąd.

A w ogóle skąd Martyna miała wiedzieć, że niemowlęta płci męskiej są wybitnie narażone na pojawianie się regularnych kolek jelitowych?

No i wychodząc owego dnia do sklepu, Martyna umknęła przez tajoną za drzwiami mieszkania złością Szalińskiego i nerwowo wybiegła z klatki schodowej na zalane słońcem podwórko przed blokiem.

Wywaliła z ulgą ostatni wór ze śmieciami i obserwując błogosławiony rejs słońca w kierunku dziesięciopiętrowca stojącego naprzeciwko, po raz kolejny uznała, że jej złota zasada znacznie lepiej sprawdza się w okresie jesienno-zimowym.

Złota zasada Martyny

Piwa nie należy otwierać przed zmrokiem.

Powtarzając owe słowa jak mantrę, nasza bohaterka udała się do sklepu w celu zakupienia paczki fajek i zgrabnego czteropaku piwa.

Słońce poddawało się powoli, gdy Martyna, nabożnie wpatrzona w jego ostatnie podrygi, przyczaiła się na balkonowym krzesełku z puszką w dłoni i czekała na pierwsze symptomy mroku.

Szczęśliwie ta chwila nadeszła wkrótce i Martyna z triumfalnym „pssst” mogła w końcu oddać się rozmyślaniom na temat kluczy. Pomiędzy odkurzaniem a wywalaniem śmieci ukuła kilka teorii na temat zdarzeń minionej nocy. Obecny stan chmielowej radości pomógł jedynie w uporządkowaniu hipotez.

Hipotezy:

  1. Pomimo materialnych dowodów, całokształt zdarzeń miał bezpośredni związek z piwem.

Teoria o tyle mało wiarygodna, że klucze nie chciały zniknąć, i choć Martyna nawet ich nie dotknęła, to niewątpliwie istniały.

  1. Martyna padła ofiarą spisku uknutego przez Szalińskiego, który zamontował dyskretnie zielone choinkowe światła pod samochodem Boratyńskiego, osadził na parkingu trójkątny model zdalnie sterowany i bezszelestnie wdrapał się po gzymsie na jej balkon, przebrany w świetlistą szatę zasilaną bateriami AA. Teoria o tyle ryzykowna, że bliźniakom Szalińskiego właśnie szły zęby, a Martyna wspomagana wiedzą z forum internetowego wiedziała, że jest to taki okres w życiu dorosłego człowieka, gdy nie ma on siły na otwarcie kefiru, o wspinaczce na balkon sąsiadki nie wspominając.
  2. Z nieznanych Martynie przyczyn padła ofiarą programu „Ukryta kamera”, albo, co gorsza, od dziecka, niczym świnka morska, była poddawana eksperymentowi, jak bohater filmu „Truman show”. Teoria o tyle chybiona, że sprzątając sprawdziła dyskretnie lustra w całym domu i nie znalazła żadnych kamer.
  3. Choroba psychiczna. Ten punkt dogłębnie martwił Martynę, bo nie chciała stracić gibkości umysłu, tak błyskotliwego w czasie łazienkowych przemyśleń. Siłą rzeczy ten punkt odpadał.  Mózg naszej bohaterki, choć pokrętnymi ścieżkami, zawsze przecież docierał do głównego szlaku względnie racjonalnego myślenia.
  4. Najgorszy punkt. Zakładał, że zdarzenia minionej nocy naprawdę miały miejsce, co, po pierwsze, burzyło ugruntowany pogląd Martyny na kwestię istnienia pozaziemskiego życia i bóstw wszelakich, a po drugie, stawiał pod znakiem zapytania dalsze losy Układu Słonecznego.

Nie pozostawało nic innego niż organoleptyczne sprawdzenie wiarygodności materiału dowodowego spoczywającego tuż pod nosem Martyny. Nasza bohaterka dopiła resztkę piwa z puszki i ciężko wzdychając, wzięła do ręki pęk kluczy. Mając świadomość, że z niejasnych przyczyn jej uporządkowane życie właśnie się zmienia, skupiła spojrzenie na złotym breloczku i ponownie wzdychając, ostrożnie nacisnęła znajdujący się na nim guzik.  Delikatny dreszcz popełzł wzdłuż kręgosłupa Martyny i kumulując się po chwili mrowieniem w pośladkach naszej bohaterki, poderwał ją do góry i uniósł ku zagadkowemu przeznaczeniu. Dryfując nad samochodem Boratyńskiego zdołała pochwycić myśl, że Szaliński nie był w stanie zamontować pod nim lampek choinkowych, bo dozorca z pewnością zauważyłby przedłużacz wywieszony z okien piątego piętra. Martyna płynęła w górę i miała nieomal sto procent pewności, że jedna puszka browaru nie ma z tym nic wspólnego.

Gdy nasza niedoszła filozofka wylądowała twardo na marmurowej posadzce i rozejrzała się wokół siebie, nabrała pewności, że punkt piąty – mimo wszystko – był jedynym logicznym wyjaśnieniem rozgrywających się właśnie zdarzeń. Na wprost ujrzała ciąg swojskich drewnianych szaf z przesuwnymi drzwiami. Wędrując wzrokiem w prawo, wzdłuż zbliżającej się do niej linii ściany, zobaczyła drzwi.

Pobiegła wzrokiem w drugą stronę i na końcu oddalającej się perspektywy szeregu szaf zobaczyła inne drzwi, zachęcająco uchylone. Odchyliła głowę mocno w lewo i zobaczyła kręcone schody znikające w suficie.

Martyna 1

Martyna 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału powieści, którą będziemy publikować w odcinkach. Poznajcie Martynę, zupełnie zwyczajne dziecię blokowiska, które ma całkowicie nadzwyczajne przygody. Można by powiedzieć – pozaziemskie i zdecydowanie nadnaturalne 😉

Rozdział 1

W którym okaże się, że ciężko jest nie wierzyć w życie pozaziemskie

Martyna zgasiła kulturalnie fajka w popielniczce i przekrzywiając głowę, zapisała w pamięci, że już czas wywalić do kosza ziemskie resztki w owej spoczywające. Przez chwilę wpatrywała się w górkę wysypujących się kiepów, ale nie znajdując w niej nic interesującego, dała sobie święty spokój i namacała odruchowo puszkę z resztką browaru.

Bałagan, bałaganem, ale jak by na to nie spojrzeć, życie piękne było. Martyna z westchnieniem wyprostowała nogi i ulokowała je na zielonym krześle balkonowym. Nic nie musiała. Mogła jedynie chcieć.

Pytanie, czy chciała chcieć?

To jest pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak na to, gdzie się trzyma cukier. Zdecydowana większość ludzi słusznie powiedziałaby, że cukier trzyma się w cukiernicy. Martyna, nasza domorosła filozofka, zapewne prychnęłaby w tym momencie lekceważąco i stwierdziłaby autorytatywnie:

Cukier trzyma się w torebce z napisem „cukier”.

I też miałaby rację.

A wracając do tematu. Tego wieczoru Martyna zorientowała się, że skończył się browar, co pogrążyło ją w leniwym i bolesnym dociekaniu, czy powinna założyć jakieś spodnie i poczłapać do sklepu, czy też raczej dno w puszce oznacza, że najwyższy czas walnąć się w łóżko.  Problem przez dłuższy czas pozostawał nierozwiązany, więc nasza bohaterka z pewną ulgą skoncentrowała się na wyłaniającej się z mroku linii pobliskich bloków. Stukając niecierpliwie paznokciami po powierzchni wysuszonej puszki, Martyna oddała się rozmyślaniom, co może oznaczać pulsująca zieloność, która łagodnie odbijała się w oknach ósmego piętra i w chromowanych felgach stojącego pod blokiem samochodu Boratyńskiego spod piątki.

Zasadniczo miała to gdzieś, bo po akcji z dzieciakiem Szalińskiego spod czternastki nie interesowała się życiem sąsiadów, lecz w refleksach okien na ósmym piętrze było coś niesamowitego. Coś, co nie pozwalało tak po prostu odwrócić spojrzenia i iść spać. Martyna usilnie starała się zachować pion, gdy od niechcenia wstała z krzesła z zamiarem ostrożnego podejścia do balustrady. Zielone światło natarczywie mrugało i nasza bohaterka, chcąc nie chcąc, skoncentrowała się na felgach samochodu Boratyńskiego.  Przesuwając niedogolone nóżki po balkonowych kafelkach, zakradła się w strzęp nocnego kamuflażu znajdującego się dokładnie pomiędzy dwoma rachitycznymi tujami uwięzionymi w glinianych donicach.

Światło łagodnie pulsowało w nocnej ciszy i Martyna miotała się pomiędzy ciekawością a chciwą potrzebą skoczenia do kuchni po telefon.  Przed jej oczami rozgrywał się fascynujący kadr filmu. Wraz z pulsującym – z każdą minutą silniej – zielonym światłem na parking osiedlowy spływał bezszelestnie trójkątny obiekt. Po chwili zgrabnie zaparkował obok samochodu Boratyńskiego, nawet nie muskając nawoskowanej maski.

„Ciekawe, ile by mi za to w tefałenie zapłacili?” – pomyślała i prawie zachłysnęła się z wrażenia na myśl, ile wejść miałby taki filmik na you tube.

Stała nadal niezdecydowana, jak ma się ustosunkować do zjawiska, i nerwowo drapała się po głowie, gorączkowo przywołując z czeluści zamulonego mózgu wiadomości na temat złudzeń optycznych. Niechętnie rodziła się w niej myśl natrętna i nieznośna, że widowisko może mieć pewien związek z regularnymi dostawami piwa do organizmu. W chwili, gdy zaczynała formułować gorące zapewnienie, że już nie pije więcej, coś stanowczo i energicznie postukało ją w ramię.  Martyna podskoczyła do góry i gwałtownie się odwróciła, stając oko w oko ze świetlistą postacią ludzkich rozmiarów.

Nasza bohaterka nigdy nie potrafiła powściągnąć jęzora i wyhamować na czas jego mielenia w niewyparzonej gębie, co nie raz bywało źródłem jej kłopotów.  Kiedyś, gdy poszła do spowiedzi i pasjonujący się cudzym życiem ksiądz zadał jej pytanie: „A miałaś kiedyś stosunek z jakimś chłopakiem, dziecko?”, Martyna niewiele myśląc, odparła: „A ksiądz?”. Spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia na żenującą scenę, w której rozsierdzony Dobrodziej wyskoczył z konfesjonału i wyprowadził niedoszłą spowiedniczkę za ucho przed dostojny Dom Boży.  Niech nam wystarczy stwierdzenie, że w fascynującym organizmie Martyny najbliżej połączonymi naczyniami był kosmaty mózg i wzmiankowany wyżej język.  Nie powinno więc dziwić, że teraz, na widok świetlistego intruza zachowała się równie spontanicznie.

– A ty, kuźwa, co? – krzyknęła.

– Jajco – błysnął celną ripostą obcy, czym z punktu zaimponował dziewczynie.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem i Martyna pewnie wygrałaby w pojedynku pomiędzy swoimi brązowymi oczami a piwnym spojrzeniem złocistego, gdyby nie to, że opóźniony efekt równie złocistego piwa wpłynął znienacka na koordynację pracy jej gałek ocznych. Odwróciła wzrok, co jednak nie miało wpływu na jej zdolności oratorskie.

– Czego tu? – zapytała.

Obcy uśmiechnął się pojednawczo i gestem dłoni wskazał uprzejmie dziewczynie krzesło. Odczekał kulturalnie, aż gospodyni balkonu umości się wygodnie, i podgarniając z obu stron świetliste szaty, usiadł na drugim krzesełku. Uśmiechał się przy tym i wpatrywał w nieco kpiące, brązowe oczy. Martyna nie wytrzymała ciężaru zagadkowej ciszy.

– Browar się skończył. Chcesz fajka? – zagaiła prawie uprzejmie.

Obcy wyszczerzył rząd idealnie prostych i o dziwo białych zębów i potakująco skinął głową, więc

Martyna zapaliła fajka i pchnęła po stoliku w stronę nieproszonego gościa paczkę i zapalniczkę. Obcy rozejrzał się nieco nerwowo, ale sięgnął po papierosa i z lubością zaciągnął się dymem, gdy tylko go podpalił. Kopcili chwilę w milczeniu, lecz jęzor Martyny, szybszy niźli strzała Robin Hooda, wymlaskał całkiem logicznie, zważywszy na okoliczności.

– Wiem, że potrafisz gadać, bo powiedziałeś „jajco”. A teraz chcę wiedzieć, co, do cholery, robi na parkingu ten trójkątny gadżecik i co, do cholery, ty robisz na moim balkonie.

Obcy poprawił sprzączkę złocistego sandała po czym postanowił przerwać tajemnicze milczenie.

– No więc przywiozłem kluczyki. – powiedział.

– Jakie, kuźwa, kluczyki?

– No… kluczyki!  Od centrum dowodzenia.  Od dzisiaj obejmujesz tę planetę, o której Szef zapomniał i, prawdę mówiąc, bardzo dobrze, że tak zrobił.

– Ty, weź daj se siana, dobra? – powiedziała urażona Martyna. – Tylko nie zapomniana!

– Słuchaj, ja nie wiem, co dowództwo wcześniej tobie powiedziało, ale z alzheimera Szefa się nie żartuje – żachnął się obcy.

– Coś ty ćpał, chłopie? – wyszeptała nabożnie i dodała – Ja też chcę!

– Martyna, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?  – ryknął świetlisty. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co się w Centrali dzieje? Były Dyrektor Departamentu Spraw Ziemskich poleciał ze stołka i nieoficjalnie kazał mi przylecieć na to porąbane osiedle i dać klucze swojej duchowej siostrze, Martynie.  No to jestem.  Nie wiem, jakie masz układy z Szefem.  Ja tylko wypełniam ostatnie polecenie służbowe.

– O Jezu! – powiedziała Martyna, mając już tysiąc procent pewności, że najwyższy czas odstawić browar.

– Czyli jednak znasz Dyrektora! – Świetlisty strzelił entuzjastycznie pięścią w stolik.

Martyna miała dość jak na jedną noc, więc zgasiła nerwowym ruchem fajka w doniczce z tują i powiedziała:

– To ty z UFO jesteś czy z kurii? A weź zgiń, maro nieczysta!

– To jest cios poniżej pasa – powiedział urażonym głosem obcy i ciskając pękiem kluczy na stół, dodał – Odchodzę, ale ty przejmujesz od dzisiaj ten resort. Ja mam to w dupie. Trójkątne badziewie też ty przejmujesz – dodał mściwie.

– Znaczy, to coś, co stoi obok samochodu Boratyńskiego? – parsknęła śmiechem Martyna.

– Nie! To tylko statek zwiadowczy. Ty bierzesz dużą kupę złomu – powiedział złowieszczo obcy, po czym wstał i zniknął.  Po chwili z parkingu osiedlowego bezszelestnie wzbił się w stronę nieba trójkątny pojazd.

A Martyna poszła w stronę łóżka, solennie obiecując sobie wstrzemięźliwość alkoholową.