Browsed by
Tag: opowiadania

image_pdfimage_print
Szeptucha 12

Szeptucha 12

Zemsta cz. 1

Szeptucha umościła się wygodnie, oczywiście na tyle wygodnie, na ile pozwalał jej na to mocno dyskusyjny komfort siedzenia w przedziale klasy drugiej pociągu PKP. Nie narzekała. W przeciwieństwie do współpasażera świetnie pamiętała przedwojenne drewniane ławki w pociągach. Siedziała tuż przy oknie, tyłem do kierunku jazdy. W jej skromnym odczuciu właśnie ten sposób chronił przed ewentualnymi nudnościami. I poniekąd miało to głębokie uzasadnienie logiczne. Z zajmowanej przez nią pozycji rejestrowany kątem oka świat nie migotał jak wściekły, a odsuwał się łagodnie, ciągle pozostając w zasięgu wzroku. A co, gdy się siedzi przodem do kierunku jazdy? Szkoda gadać. Jak kto wrażliwy, to paw murowany. Siedzący naprzeciw babki facet był tego najlepszym przykładem. Zielony na pysku, próbował odizolować się od migającego i zaśnieżonego krajobrazu płachtami gazety. Na próżno. Wyglądał, jakby za chwilę miał się porzygać.

– Kawy wam trza – zagadała do niego przyjaźnie babka. – Od jej zapachu zaraz zemdlenie odejdzie.

Facet łypnął zza gazety podejrzliwym wzrokiem i coś burknął niezrozumiale.

– Miastowy? – odgadła Szeptucha.

Facet wzruszył tylko ramionami.

– No, zaraz zgadłam! – ucieszyła się babka. – Jak się w miejskiej dżungli mieszka, to i małpiego obycia się nabiera.
– Wypraszam sobie! Niech pani się zajmie łaskawie swoimi sprawami, a nie obcych ludzi tu obraża! – fuknął zielony pasażer. – Wsiura! – szepnął pod nosem i wrócił do studiowania gazety.

Na jego nieszczęście stara miała słuch doskonały i wyłapała obelgę co do literki. Coś też sobie zaraz pod nosem pomamrotała, zakręciła kilka kółek małym palcem lewej ręki i gbur poderwał się na równe nogi. W panice przycisnął dłoń do ust i wybiegł z przedziału.

– Ciesz się, żem większym palcem nie zakręciła, bo byś do kibla nie doleciał! – zarechotała szpetnie stara i z westchnieniem ulgi ułożyła stopy na jeszcze ciepłym fotelu naprzeciw niej.

W tym komfortowym położeniu dojechała do samej Warszawy, i gdy pociąg zahamował ze zgrzytem na Dworcu Centralnym, niespiesznie wstała, sięgnęła po swój wiklinowy kosz i udała się do wyjścia. Miała do pokonania spory dystans. Przystanęła na moment przy ruchomych schodach i pociągnęła nosem z odrazą. Nawet za Niemca na Dworcu Głównym przy Alejach Jerozolimskich w okupacyjnej Warszawie aż tak nie śmierdziało. Stara cmoknęła z dezaprobatą i pozwoliła się powieźć schodom w stronę przystanku tramwajowego. W ręku dzierżyła mapkę wydrukowaną z Google Maps. Słusznie podejrzewała, że od 1942 roku miasto mogło się nieco zmienić, zresztą była tu wówczas jedynie przejazdem. Czy z Niemcami, czy bez nich miasto nie mogło być przyjaznym miejscem do życia. Wystarczy popatrzeć na tych miastowych, jak im to szkodzi. Toteż i teraz Szeptucha nie zamierzała spędzić tu więcej czasu, niż było to konieczne.
Dość sprawnie odnalazła odśnieżony przystanek tramwajowy i grzecznie poczekała na dziesiątkę. Pojazd nadjechał po kilku minutach i ze skrzypieniem powiózł ją w stronę Mokotowa.

– Miau! – rozległa się przytłumiona skarga z wiklinowego kosza, który babka ustawiła na sąsiednim siedzeniu.
– Cicho bądź, kocie! – ofuknęła koszyk. – Biletu za ciebie nie kasowałam.
– Miau!
– No wiem, za siebie też nie kasowałam, ale ja mam legitymację emeryta, a ty nie.
– Miau!
– Nie ma gdzie! Jak wysiądziemy, to się wysikasz, obiecuję!

Za oknem przesuwał się zaśnieżony krajobraz Alei Niepodległości. Mapka pokazywała, że za około dwadzieścia minut tramwaj powinien dotrzeć do celu.

Lela siedziała na brzegu basenu znajdującego się pod domem prababki i leniwie rysowała stopą kółka na wodzie.

– Rajat?
– No? – odparł chłopak, kołysząc się na wodzie.
– A jak nas matka nakryje?
– A niby jak?
– No, prababcia pewnie jej powiedziała, że jedzie do Warszawy, więc jak tu przyjdą z ojcem, żeby sprawdzić, co i jak, i nas tu razem znajdą…
– Na basenie? – parsknął Hindus. – A jak niby? Kto by się miał domyślić, że za piecem jest zejście do sekretnego spa?
– No nie wiem – szepnęła Aurelia. – Jakieś złe przeczucia mam i martwię się o prababcię. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego nam zabroniła ze sobą jechać.
– Sama może chciała być.
– Sama, sama! – fuknęła dziewczyna. – I to jest właśnie podejrzane! Dotąd nie miała przed nami tajemnic, prawda?
– No prawda – stropił się Rajat.
– Uważam, że powinniśmy za nią pojechać.
– Ale dokąd? Nie powiedziała dokładnie, gdzie się wybiera.
– No… do Warszawy.
– A byłaś ty kiedyś w Warszawie? – parsknął Hindus. – Oczywiście to nie Bombaj, ale i tak łatwo się tam zgubić.
– A ty niby skąd o tym wiesz? – obraziła się Lela.
– Przypłynąłem do Polski statkiem. No wiesz, Lucyna raczej do samolotu by się nie zmieściła.

Fakt, słonica być może zmieściła by w sobie samolot, ale raczej nie odwrotnie.
– Pierwsze słyszę, żeby statki zawijały do Warszawy – podsumowała ironicznie dziewczyna.

– Oj, Lela, statek przybił do portu w Gdyni, ale zanim Lucyna przeszła kwarantannę, zwiedziłem to i owo. Poleciałem do Warszawy na kilka dni, więc ci mówię, jak tam jest. Z okien najwyższego hotelu nie widać końca miasta.
– Hotelu, hotelu! – nadęła się do reszty Aurelia. – Na hotel masz, a babce do żuru nawet się nie dołożysz!
– A co to ma niby znaczyć? – zdenerwował się Rajat i energicznie wyskoczył na brzeg basenu.
– A nic! – Dziewczyna poderwała się na równe nogi i obrażona pobiegła w stronę schodów.

Rajat odprowadził ją wzrokiem i podrapał się po głowie w międzynarodowym geście wyrażającym kompletny brak zrozumienia sytuacji.

Tramwaj wyhamował łagodnie na ulicy Wołoskiej i Szeptucha wygramoliła się ostrożnie na nieodśnieżony chodnik, ściskając na podołku wiklinowy kosz. Podreptała na drugi brzeg ulicy. Szczęśliwie z boku parkingu rosły uginające się pod śniegiem krzaki.

– Wyłaź! – szepnęła do kota.

Z koszyka wysunął się spasiony kocur, i ostrożnie stawiając łapy na szarawym śniegu, oddalił się z godnością za strzeliste jałowce. Zaraz też wystawił zza krzaków wąsaty pysk.

– Nie mogę! – zamiauczał żałośnie. – Spalinami tu cuchnie!
– Delikatesik się znalazł! – zarechotała babka. – Nie chcesz, to nie. Do kosza właź, bo sprawę mamy do załatwienia.

Za chodnikiem rozpościerał się wydeptany tysiącem stóp szlak wiodący do świątyni cierpienia. Tam właśnie podreptała Szeptucha. Kot rozdął nozdrza i wzdrygnął się z odrazą, ale posłusznie pokłusował za swoją panią. Tuż przed schodami wskoczył sprawnym susem do koszyka.
Szpital MSW na Wołoskiej napierał szarą fasadą wąskiego frontu na ruchliwą arterię ulicy. Wystarczyło jednak wejść za stalową bramę i zewnętrzny świat znikał, stłumiony szmerem stóp odwiedzających. Lizol atakował zmysły już w holu. Babka poczłapała do rejestracji i stanęła grzecznie na końcu kolejki. Bardzo długiej kolejki.

– Lela! – błagał Rajat, pukając natarczywie w drzwi łazienki. – Lela, no wyjdź! Co ja ci takiego zrobiłem? Coś złego powiedziałem?

Zza drzwi słychać było przytłumiony szloch nastolatki i jękliwe próby wydmuchania nosa.

– Leluś! Otwórz! – prosił chłopak. – Mam nie jeść żuru? O to chodzi? Mogę nie jeść, tylko wyjdź już!

Subtelne parsknięcie mogło być zarówno objawem rozbawienia, ale równie dobrze wyrazem głębokiej pogardy. Nastolatki płci żeńskiej to bardzo skomplikowane emocjonalnie stworzenia. O tym pradziad Józek również kiedyś mu mówił, ale dopiero teraz Rajat zaczynał rozumieć, o co nestorowi chodziło.

– No to mam jeść? – szepnął cichutko do dziurki od klucza.

Parskanie za drzwiami tym razem z pewnością nie było łkaniem ani nawet wyrazem dezaprobaty. Lelka rżała jak koń, ale dla porządku rzeczy próbowała wytłumić kolejne spazmy śmiechu, przyciskając twarz do ręcznika.

– To ja pójdę i wypuszczę Lucynę na pole szlachetnej pani Stachańskiej – powiedział Rajat, wycofując się bezszelestnie spod drzwi łazienki. – Słyszysz? Zaraz wracam, a ty może wyjdź już. Dobrze?

Jak okiem sięgnąć, podwórze spowijała gruba warstwa śniegu, która na okolicznych polach uformowała gigantyczne zaspy. Rajat westchnął głęboko i chwycił łopatę. Jeśli znów nie zacznie sypać, to najdalej za godzinę przebije się do stodoły i wypuści słonicę na wieczorny spacer. Lucyna była nieco apatyczna po wyjeździe Mruczka do stolicy, ale w dalszym ciągu miała pewne potrzeby fizjologiczne. Gigantyczne z ludzkiego punktu widzenia.
Cichy i spokojny zimowy wieczór był tak kompletnie egzotyczny dla mieszkańca zatłoczonych Indii, że ów oparł się o łopatę i zapatrzył w rozgwieżdżone niebo.

– No, tera to widać, że polskie korzenie masz! – rozległ się chropowaty głos zza płotu.
– Kto tu jest? – spłoszył się Rajat.
– A kto ma być? – zarechotał starczo głos. – Sąsiadka, ta sama, której pole paskudzicie pospołu z tym słoniem.
– Ja tam niczego nie paskudzę! – zaoponował gorąco chłopak.
– Ha! Więc się właśnie przyznałeś, że słoń fajda!
– Przyznałem się? – zapytał ostrożnie Hindus, po raz kolejny tego dnia dziwiąc się meandrom, którymi krążyły kobiece myśli.
– No tak. Powiedziałeś, że to nie ty, ale nic o słoniu nie prawiłeś.

Wątpliwa logika nie do końca przekonała Rajata, więc bez słowa powrócił do odśnieżania podwórka. Głos jednak najwyraźniej nie skończył złowieszczej konwersacji.

– A gdzie to Oleśkę wywiało? – zapytała starucha nieomal niewinnie.
– Ja tam nie znam żadnej Oleśki – wydyszał lojalnie Rajat znad łopaty.
– Nie dworuj se ze starej sąsiadki, chłopcze! Wiesz dobrze, że mi się o Szeptuchę rozchodzi.
– Było się jej samej przed wyjazdem zapytać – oburknął chłopak.
– Czyli pojechała tam?
– Nie pani rzecz!
– Pociągiem?

Rajat zaczął mocniej wywijać łopatą, próbując ignorować wścibską Stachańską. Nie dało się. Właśnie wparowała na podwórze ze skrzypnięciem furtki i z podziwu godną zwinnością brnęła w stronę chłopaka przez śnieg.

– Pociągiem, pytam? Na Dworzec Centralny? – wysyczała baba.
– A niby skąd mam wiedzieć, na jaką stację? – próbował się bronić chłopak.
– Ha! Znaczy i pociągiem, i do Warszawy – zarechotała sąsiadka. – A ty się, chłopcze, pilnuj. Po coś z tą familią zatraconą w konszachty wchodził, to ja nie wiem.
– Ja jestem z rodziny! – dał się podejść Rajat.
– Nie jesteś! – podpuszczała dalej Stachańska.
– Jestem prawnukiem Józka!

Sąsiadka popatrzyła wnikliwie na chłopaka i uśmiechnęła się złośliwie. Bez słowa obróciła się na pięcie i niezwykle dziarsko wymaszerowała z podwórza. Cień pobliskich jałowców dosłownie wessał ją w mrok. W sumie miała sporo szczęścia. O pół metra zaledwie minęła dusioła, którego z lasu wygnał w obejście Szeptuchy głód. Miał nadzieję ukraść jakąś kurę, ale w obliczu najnowszych wydarzeń głód gwałtownie go opuścił.

– Szeptucha to Olesia? Możliwe to? – Oblizał się niepewnie, a jego zielone nozdrza rozdęły się na wspomnienie dziewuchy, która nie dość, że nie dała się zjeść, to i osłabiła go z części mocy na długie dziesięciolecia. Od 1942 roku dusioł czekał cierpliwie. Może to być, że zemsta właśnie teraz się dokona?

– Dziecko, ja nie o pozwoleństwo pytam, ino informuję, po co przybyłam! – wyjaśniła z godnością Szeptucha recepcjonistce.

Recepcjonistka, przy tuszy i dobrze po pięćdziesiątce, stuknęła z irytacją pazurami w kontuar.

– Próbuję pani właśnie wyjaśnić, że do pana profesora to się trzeba zapisać na wizytę. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu mieć. A potem wyznaczymy termin wizyty.
– A na kiedy?
– A ma pani skierowanie?
– Nie mam jeszcze, ale jakbym miała, to na kiedy się można zapisać? – droczyła się stara.
– Bez skierowania nie powiem! – nadęła się recepcjonistka.
– Powiesz! – pstryknęła paluchami Szeptucha i wpiła w kobietę natarczywe spojrzenie.
– No dobrze. Powiem – skapitulowała natychmiast nieuprzejma baba. – Na szóstego czerwca bym mogła zapisać.
– Szaleju się chyba, dziecko, najadłaś! Dzisiaj mamy dwudziesty dzień grudnia, a ty chcesz mnie pół roku w poczekalni przetrzymać?
– No, nie w poczekalni. Do domu pani pójdzie, i w wyznaczonym dniu przyjdzie na wizytę…
– Ja dzisiaj do doktora mam sprawę! – rozsierdziła się babka. – Jakbym z nim w czerwcu do pogadania miała, to bym się dzisiaj do tego miasta zatraconego nie pchała. Zaraz mi go tu wołaj!
– Niech się pani łaskawie uspokoi, bo ochronę zawołam! – wrzasnęła recepcjonistka.
– A se wołaj, smarkulo, wołaj. Samam ciekawa, jak szybko przylecą! – zarechotała złośliwe Szeptucha i uchyliła wieko wiklinowego koszyka.

Kot wystawił ostrożnie łebek ze środka i niespiesznie lustrował okolice recepcji.

– Mruczek, w oczy jej patrz! – rozkazała Szeptucha. – A ja tu trochę uładzę okolicę.

Recepcjonistka, schwytana w bursztynowy potrzask kocich oczu, uśmiechnęła się głupawo i zaczęła się bezmyślnie kołysać z boku na bok. Babka w tym czasie wyciągnęła zza pazuchy mały drewniany krzyżyk, i mamrocząc pod nosem, celowała nim w stłoczonych w sali ludzi. Zdumienie szybko zgęstniało na ich twarzach, a po chwili zastygli całkowicie w pozach, w których zaskoczyło ich zaklęcie.

– Mruczek, do mnie! – zakomenderowała Szeptucha.

Kot wycofał się do koszyka. Babka zgarnęła go pod pachę i niespiesznie podreptała w stronę schodów, omijając po drodze nieruchome ludzkie figury.

– Miau! – skomentował Mruczek.
– Dlaczego akurat krzyżyk, pytasz? – zarechotała babka. – Moja matula mówiła, żeby karmić ludzi tym, co znają, bo obce wyplują. A poza tym ten krzyżyk fikuśny taki i poręczny. No! Idziemy na drugie piętro.
– Miau!
– Nie można windą. Stanęła razem z czasem. Nie działa, jak amen w pacierzu. Na piechotę nam trza.

Rajat dotarł do stodoły i z niemałym trudem otworzył skrzydło drzwi. Lucyna zatrąbiła na jego widok entuzjastycznie i wybiegła truchtem na pole Stachańskiej. Chłopak miał mętlik w głowie. Czuł, że niepotrzebnie dał się tej starej wiedźmie pociągnąć za język, i że baba mózg mu skołowała. Miał tylko nadzieję, że nie wynikną z tego jakieś kolejne kłopoty. Podobało mu się życie w Kierzbudach, choć aktualna aura stanowiła dla niego nie lada wyzwanie. Dobrze mu tu było na tej prowincji egzotycznej z cioteczną prababką i z Aurelią. Takich przygód jak tutaj to nie przeżył nigdzie. A widział sporo. Chłopcy wywodzący się z zacnych warn przed osiągnięciem pełnoletniości byli wysyłani do zagranicznych szkół. Tak Rajat poznał Wyspy Brytyjskie, większość krajów europejskich i kilka miast Ameryki Północnej. A jednak w tej nadbużańskiej wsi żyło mu się najlepiej. I nie chciał, żeby coś się zmieniło. Poczłapał przez śnieg do domu, i otupawszy starannie buty, wszedł do sieni. Miał nadzieję, że Lelka już wyszła z łazienki i przestała się dąsać. Bo Rajat kompletnie nie rozumiał, o co jej chodziło.

– Lela? – zapytał cichutko, wchodząc ostrożnie do salonu, będącego jednocześnie centrum zarządzania babki. Monitory błyskały tajemniczo, emitując sceny z chałup wszystkich mieszkańców wioski. Rajat podszedł do pierwszego z lewej strony komputera i pospiesznie sprawdził, czy nie ma nowych wiadomości na poczcie. Oprócz kilku niezwykle fascynujących propozycji powiększenia biustu znalazła się krótka wiadomość od matki.

Ufam, żeś zdrów. Nie mamy od Ciebie wieści, synu.

Rajat obiecał sobie, że wkrótce nadrobi to zaniedbanie, i szybciutko wylogował się ze skrzynki. Ze skrzypnięciem drzwi z łazienki wyłoniła się w obłokach pary Aurelia.

– Musimy porozmawiać – ogłosiła, zaciskając mocniej pasek szlafroka. Oddaliła się w stronę sąsiedniej izby i musztardowej szafy, w której prababka jej półkę na ciuchy przeznaczyła.

Szeptucha 11

Szeptucha 11

Dożynki cz. 3

Jasia dała się zaprowadzić do zrujnowanej kuchni i posadzić na fotelu. Ten Hindus, podobno krewny wujka Józka, tego, co w czasie wojny bez wieści przepadł, nadskakiwał jej i z troską poprawiał poduszki, donosił talerzyki z delicjami i wafelkami, a przed chwilą postawił na stoliku parujący kubek herbaty.

– Prawdziwy assam! – zachwalił i błysnął bielą zębów.

Jasi nie umknęło zachwycone spojrzenie, jakim wodziła za chłopakiem jej córka. Tu cię babko, mam! Pod bokiem córkę mi swatasz. Tylko dlaczego? Co w nim takiego jest? I co tu jest w ogóle grane? Co babka chcą z tym dzieciakiem zrobić? Niepotrzebnie się z tymi zębami wyrwała. Poznał swój swojego, a starej to z pewnością nie umknęło…

– Poczęstuj się! – zachęciła niewinnym głosem Szeptucha, podsuwając żonie wnuczka talerzyk z ciasteczkami. – To wszystko … – machnęła ręką – może wygląda trochę nietypowo, ale zapewniam cię, że Aurelii krzywda się tu nie dzieje, a i oceny ze szkoły dobre przynosi.

– Wiem – przerwała jej drętwym głosem Jaśka. – Na wywiadówce byłam.

– No widzisz! – ucieszyła się babka.

– Oceny to jedno, ale jak, babko, wyjaśnicie tego słonia, kota, Hindusa, a teraz to niemowlę Kapelusznego?

– Zaprosiłam cię tutaj, żeby o pomoc poprosić. – Szeptucha zignorowała pytania Jasi, podając niemowlę Rajatowi.

– W jakiej sprawie?

– Próbowałam pewne zawiłości twojemu mężowi, a mojemu wnukowi, wyjaśnić, ale on twardo po ziemi stąpa i…

– …jakby mu nawet ufoludki na podwórku zaparkowały, to by ich legitymować chciał. – weszła jej w słowo Jaśka.

– No właśnie! – ucieszyła się, nie wiedzieć czemu, stara. – Więc, no jakby to powiedzieć, dzisiaj zrobiłam z dzieciakami taki niewielki pokaz pewnych, hm… nietypowych umiejętności dla Bogusia, no i on najwyraźniej nie poznał się na kunszcie dzieci i…

– Jakich umiejętności? – zmroziła atmosferę Jasia.

– Spokojnie. Nie zauważyłam u Leli twoich… skłonności…

– Wiecie?

– Od zawsze, jakżeś tylko do wsi przyszła.

– I nie przeszkadzało wam, jak się z Bogusiem zaręczyłam?

– A czemuż by? – zachichotała demonicznie starucha. – Krew rodową wzmocniłaś, i jak się okazuje, bardzo szczęśliwie dla całej gminy! Ale o tym potem.

– Co to za sprawa? – postanowiła zmienić temat matka Lelki.

– A widzisz, chodzi o to, że spotkałam przed chwilą Zenka z dzieciakiem w lesie i pomyślałam sobie, że zaproszę cię na herbatkę i zapytam, czy nie zechciałabyś maleństwu matkę zastąpić?

– I zaprosiliście mnie w południe, wiedząc, że po południu dzieciaka znajdziecie? Co tu się dzieje? – rozsierdziła się od nowa Jasia. – Jak mamy współpracować, to ja proszę o wyjaśnienia!

– No dobrze – westchnęła stara. – Ćwiczymy z dzieciakami skoki w czasoprzestrzeni, i prawdę mówiąc, trochę nam się to wszystko poplątało. Nie rozpracowaliśmy techniki lądowania, i jak na razie siada precyzja określenia czasu docelowego.

– Jezu… – Jaśka zbladła i z troską spojrzała na jedyną córkę.

– Jasia, ja bym zaprzestała tych prób, ale raz żeśmy się przenieśli dni ledwie kilka wprzód i się okazało, że jakaś masowa zagłada wybiła całą naszą gminę. I tak skakaliśmy dalej, nawet Bogusia próbowaliśmy zainteresować sprawą, ale ciągle nic nam nie wychodziło. Coś zmienialiśmy, a i tak na końcu same trupy były…

– Jezu… – powtórzyła Jasia.

– No wiem! – przytaknęła babka. – I kiedy dzisiaj złapaliśmy zenkowego dzieciaka, jak w lesie dusioła mordował…

– Co? – wrzasnęła Jaśka i poderwała się na równe nogi.

– Cichaj! – zaszemrała łagodnie Szeptucha. – Dzieciak nikomu krzywdy nie uczyni. Co innego mi się umyśliło, jak żem Kapelusznego zobaczyła. On w tym lesie jest zawsze o tej samej porze. Czasem stoi sam, czasem ma dzieciaka przy sobie, grzyby zbiera albo wino w krzakach pije, rozumiesz? Wszystko się zmienia w zależności od naszych decyzji, ale Zenek zawsze jest lesie i najwyraźniej nie poddaje się aberracji czasowej. I tak mi się umyśliło, że to on ma ścisły związek z zagładą gminy.

– Można go usunąć – zaangażowała się Jaśka, nieznacznie wysuwając siekacze.

– No widzisz, i o tym pomyśleliśmy, ale po pierwsze, człowieka żal, a po drugie, umyka nam w kolejnych wersjach czasoprzestrzeni. Nigdzie nie możemy go upolować. Tylko w tym lesie. A tam nie ma jak go dorwać. A to dusioł, a to dzieciak…

– Pod sklepem szukaliście?

– Jasia, toć my nie są amatorami! – żachnęła się babka.

– No dobrze, ale co to ma ze mną wspólnego?

– Pomyślałam se, że dołączysz do nas i pomożesz odnaleźć Zenka. Twoje zdolności niuchania krwi…

– Wiecie o nich? – zdziwiła się Jasia.

– Niejednego zębnego w życiu widziałam przecie!

Jaśka na wszelki wypadek nie kontynuowała wątku.

– Wstawaj, Zenek! – Trącana lakierkiem zapita twarz Kapelusznego nieznacznie tylko zmieniła położenie względem przedsklepowej ławeczki. – Wstawaj! – Głos stał się bardziej natarczywy, a but wcisnął głowę nieprzytomnego amatora tanich win głębiej w piach.

Nad wsią z ociąganiem rodził się wieczór. Sołtys cmoknął ze zniecierpliwieniem i przysiadł na ławce. Przez chwilę rozmyślał nad ciężką dolą przywódcy i nawet cichutko pozłorzeczył losowi, który obarczył go takimi podopiecznymi.

– Pani Jadziu! – Wykręcił głowę w stronę sklepu. – Pani pozwoli tu z wiaderkiem wody i ocuci tego gamonia.

Sklepowa, spragniona jakiejkolwiek rozrywki, wyjątkowo ochoczo wypełniła dyspozycję sołtysa. Zenuś, mokry od stóp do głów, usiadł gwałtownie i zamrugał.

– No co? – wybełkotał płaczliwie.

– Zenek, weź ty się w garść, chłopie! – huknął na niego Alojzy Gąsior. – Chlejesz mi tu pod sklepem, a czas ucieka. Babom wiktuały załatwiłeś?

– Sołtysie, ja tu taki problem mam. Dzieciak mi się urodził i…

– Nie pierwszy i nie ostatni, Kapeluszny, a dożynki rzecz święta! – przerwał mu sołtys.

– No wiem – chlipnął Zenuś. – Ja właśnie względem tego chciałem powiedzieć…

– Gadaj, coś załatwić zdążył, zanim znowu do Słodziutkiego się dorwałeś!

– No więc tu mam kosz grzybów…

– Każdy głupi by załatwił – zgromił go zwierzchnik.

– I jeszcze dziczyzna, sołtysie…

– Dziczyzna!

– No! Ja tu na ławeczce Jacka Wrębnego na dwie sarny i dzika ugadałem. Sołtys nawet na flaszkę dawać nie musi dla niego.

– No, to już coś – pochwalił go niechętnie Gąsior. – A dowiedziałeś się, co tam konkurencja z Wieprzewa szykuje?

Zenuś przecząco pokiwał głową, a potem ostrożnie zaczął się gramolić z ziemi.

– Polecę już, sołtysie. Na przeszpiegi się zakradnę.

– No. Nie taka całkiem niemota z ciebie. Koszyk weź i Łopianowej zanieś, zanim grzyby zrobaczywieją na amen! Sprawdzone? Babka Łopianowa niedowidzi trochę.

– Tak jest – wyprężył się służbiście Kapeluszny i pokłusował w stronę drogi.

Alojzy Gąsior westchnął głęboko i spojrzał na sklepową Jadźkę. Babie mózg pracował jak szalony i przetwarzał zasłyszane informacje, aż jej para z uszu szła.

– Daj, Jadzia, małe piwko – poprosił. – Pić się chce.

Zenek zanurzył się w las z wyraźną niechęcią. Cóż jednak było robić? Jedyna droga do Wieprzewa prowadziła wyłącznie pomiędzy ciasno rosnącymi choinami. Kiedyś kierzbudziańskie dzieciaki maszerowały tędy codziennie do szkoły, ale odkąd w Kierzbudach powstała szkoła podstawowa, to ścieżka praktycznie zarosła. Przerażające, jak szybko las pożera ślady człowieka. Po kwadransie zza rzędu świerków błysnęły Kapelusznemu pokryte mchem dachy zabudowań starej szkoły. Ostrożnie zakradł się przez polanę wybujałych pokrzyw i przycupnął za niewielkim, trawiastym wzniesieniem. We wrogiej wsi panował pozorny bezruch, ale oko Zenka już po chwili wypatrzyło w połowie ukrytą za starą lipą chałupę. Wyglądała na opuszczoną. Okiennice prawie się rozpadły, drewno konstrukcyjne poczerniało, a płot leżał smętnie. Tylko ciekawe, dlaczego komin był świeży, murowany z pustaków, i wysyłał nad polanę kłęby siwego dymu? Zenek podczołgał się bezszelestnie i kucnął za domem. Po chwili jego oko już obserwowało wnętrze domostwa przez brudną szybę, a działy się tam rzeczy zaiste dziwne. Na środku stała kuchnia, na niej cztery ogromne gary. Wokół skakały wieprzańskie baby. Nieopodal stał fotel, na którym siedziała stara Zośka Stachańska.

– Ożeż ty! – szepnął Zenek i podciągnął się wyżej pod drewniany parapet.

Stachańska trzymała w ręku jakąś witkę i machała nią energicznie, aż jej rękawy białej bluzki furkotały. Coś też najwyraźniej gadała, ale tego Zenuś nie słyszał. A inne baby krzątały się nad kuchnią i coś tam w garach mieszały.

– Ożeż ty! – powtórzył Zenek, i to właściwie były ostatnie słowa, jakie zdołał wypowiedzieć. Coś go potężnie strzeliło w łeb, a potem nastała ciemność.

Jaśka przez chwilę spoglądała bez słowa na Szeptuchę i analizowała sytuację.

– Jasia – powiedziała łagodnie stara. – Lela cię potrzebuje. Ja też. I, prawdę mówiąc, cała gmina.

– Nie mogę się zdemaskować. Wiecie, co by się wtedy ze mną stało? A z Lelą? A z Mateuszem? Z Bogusiem nawet… – wyszeptała bogusiowa żona.

– Boguś radę sobie da, bo feralnego dnia będzie na patrolu w sąsiedniej gminie. – uspokoiła ją babka. – Na dzieciakach się skup i na reszcie mieszkańców.

– Mówicie, że cała gmina…

– Prawie cała. Parę dzieci znajdą i siostrę Żelisławę z kościoła w Zrębie. Ledwie będzie dychać, ale żywa do szpitala pojedzie. Reszta pokotem na placu za kościołem ducha wyzionie.

– Jezu Chryste! – przeżegnała się Jaśka.

– Daj spokój, dziecko, będzie dobrze – uspokajająco zaszemrała Szeptucha. – Lela, Rajat, chodźta tu!

– Tak, prababko? – Dzieci natychmiast przypadły do starej, a Jasia mimowolnie pokiwała z aprobatą głową, widząc pełen posłuch.

– Gdzie dzieciak?

– Usnął.

– Nażarł się, to pośpi – ucieszyła się stara.

Jasia nawet wolała nie pytać, czym się niemowlak tak najadł.

– Mnie się kochani widzi, że musimy jeszcze raz skoczyć do przodu. Jasia pójdzie z nami. Pomoże Kapelusznego znaleźć – zadysponowała babka.

Tego widowiska bogusiowa żona miała nie zapomnieć przez długie lata życia. Jej rodzona córka podeszła do Hindusa, i stając za nim, położyła mu dłonie na ramionach. W jednej chwili powietrze zapachniało ozonem, a nad głową chłopaka zaczęły pełgać niewielkie niebieskie wyładowania elektryczne.

– Mruczek! – wrzasnęła babka i kot posłusznie wskoczył Aurelii na ramię. – No, nie dziw się tak – zwróciła się do synowej. – Kot zadziała jak katalizator.

Jaśka z niedowierzaniem patrzyła, jak babka montuje się na krześle za Lelką i łapie prawnuczkę w pasie.

– Słabam w nogach – wyjaśniła stara. – A tam trochę trzęsie po drodze. – Chodź no tu, dziewczyno, i za ramiona mnie schwyć. I miej baczenie, coby nie puścić, bo się nam gdzieś w czasie jeszcze zagubisz.

Gdy już cała kompania stanęła w dziwnym łańcuchu, w jednej chwili błysnęło, huknęło, i nogi Jaśki oderwały się gwałtownie od podłogi. Dobrze, że tornado kuchnię dachu pozbawiło, to jest którędy polecieć! W uszach zaświstał jej wiatr, a zza hałaśliwych podmuchów dało się słyszeć harmider i przytłumione brzęczenie wielu ludzkich głosów.

Wylądowali za plebanią. Dzwony właśnie ogłaszały koniec dożynkowego nabożeństwa i przed kościół we Wrębie wytoczyła się masa mieszkańców gminy. Opodal stała drewniana scena, a za nią rozciągało się marzenie żarłoka. Jak okiem sięgnąć wypłowiałą łąkę oplatały drewniane, ustrojone płodami rolnymi zadaszone stoiska z wypisanymi na białych tablicach nazwami wiosek. Parafianie z godnością zajmowali strategiczne miejsca wokół głównej sceny, ale często spoglądali nerwowo w stronę powiewających tajemniczo zasłon.

– Musimy trzymać się jak najdalej od ludzi – zadysponowała stara, wstając z kuchennego krzesła.

– A o to dlaczego? – zdumiała się Jaśka.

– Bo my przecie wszyscy tam jesteśmy, i jak nas podwójnie zobaczą, to będzie podejrzane, a i jakąś nową katastrofę wywołać to może!

Rajat przesłonił oczy dłonią i pilnie wpatrywał się w stoiska z żarciem.

– Czcigodna prababko!

– Co tam synek?

– Tym razem trochę wcześniej chyba wylądowali.

– Mówi się wylądowaliśmy – poprawiła go stara. – Widzę, jeszcze się żarcie nie zaczęło. Przyjdzie nam posłuchać przemówienia wójta i proboszcza – westchnęła.

– To co robimy? – gorączkowała się Aurelia.

– Obserwujemy – ucięła stanowczo Jasia.

– Mamo, ale to nudne!

– Cichaj, Lela – zgasiła ją prababka. – Matka ma rację. Tu się nie ma co gorączkować, ino zastanowić się nad strategią działania.

W zamuloną jaźń Zenka wciął się mdlący zapach gotowanej kapuchy. Łojezu, moja głowa! Ale się zadźgałem… Zaraz, przecież nic prawie nie piłem. Sołtys do lasu wygnał… Ale smród, cholera jasna. Zaraz pawia rzucę. Gdzie ja jestem?

Na ostatnie pytanie w swoim czterdziestoletnim życiu Zenek już nie raz nie potrafił udzielić odpowiedzi, ale tym razem nie zgadzały się okoliczności natury. Czy raczej ich brak. Kapuściana duchota poważnie zakłócała rytuał budzenia się na piachu przed sklepem. Coś było zdecydowanie nie tak.

– Budzi się – zasyczał jakiś głos. – Dajta tu wody. Docucim szpiega.

To był dokładnie ten moment, w którym należało gwałtownie otworzyć oczy. Obraz był nieco zamglony, ale zwalista kobieta w kwiecistej spódnicy z pewnością nie była fikcją.

– Gdzie ja… – wychrypiał Kapeluszny.

– Cicho bądź, szpiegu! – ofuknęła go kobieta.

Zenek usiadł z trudem i powiódł wzrokiem po izbie. Niewiele widział. Wokół niego stały półkolem baby z Wieprzewa. I nagle spłynęło na niego wspomnienie chałupy, dymu z komina i starej Stachańskiej, kolaborującej z obcą wsią, i to przed samymi dożynkami.

– Czego chceta? – krzyknął, i sam się zdziwił, jak piskliwie zabrzmiał jego głos.

– My? – roześmiała się jedna z bab. – A to my szpiegujemy? Nas jakoś nie interesuje, co w Kierzbudach warzą!

– Cichaj, Antośka! – rozszedł się pod powałą władczy głos. Kiecki się rozstąpiły i przed Zenkiem stanęła stara Stachańska.

– Czego tu chcesz, Zenek? – zaszeleściła starym głosem. – Alojzy cię przysłał?

– A co wam do tego? To ja was mogę zapytać, co wy tu robicie! – wrzasnął buńczucznie Kapeluszny. – Nie tu chyba czas warzyć?

Stachańska sapnęła ze złością i odwróciła się na pięcie. W prześwicie między babskimi spódnicami Zenek zdołał dojrzeć piec, na którym podskakiwały ogromne garnki. Znaczy się, zdrada. Kapeluszny poderwał się na równe nogi.

– Bigos czuję! – rzucił triumfalnie.

W tej samej chwili baby rzuciły się na Zenka z łoskotem spódnic. Najgrubsza wyciągnęła zza pleców drewniany wałek i wzięła solidny zamach.

– Zamknąć w komórce i pilnować do końca dożynek! – rozkazała Stachańska.

– Lelka, zakradnij się jakoś do naszego stoiska – rozkazała Szeptucha.

– Się robi, prababciu!

– Za krzakami się przyczaj i słuchaj wszystkiego, co tam gadają.

Nad dożynkową łąką niósł się głos proboszcza. Najwyraźniej exposé w kościele nie zaspokoiło jego instynktów krasomówczych. Większość parafian całkiem otwarcie zerkało w stronę stoisk z potrawami regionalnymi i chyba tylko Zośka Pirynowa z wypiekami na twarzy spijała słowa z ust dobrodzieja.

Aurelia zniknęła za szpalerem krzaków.

– Jasia, wyczuwasz Kapelusznego? – szepnęła stara.

– Nie – odparła jej synowa. – Ale od dobrodzieja tak chucią ciągnie…

– Wiem, dziecko, wiem. Skup się.

Rajat najwyraźniej się nudził i postanowił przekraść się do stoiska kumoch z Wieprzewa. Miał szczęście. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, więc zanurkował pod zasłonę oddzielającą żarcie od gawiedzi, i z zachwytem spostrzegł, że na stole stały patery z kromkami chleba ze smalcem, miski z ogórkami i grzybami, a na turystycznej kuchni bulgotały aromatycznie żur z grzybami i bigos. Chłopak skubnął od niechcenia posmarowaną skibkę i bezszelestnie przekradł się do kolejnego straganu.

– Wyczuwam jakiś ślad… – szepnęła Jaśka.

– Zenek?

– Raczej jego wspomnienie, zapach.

– Gdzie? – niecierpliwiła się Szeptucha.

– Stoisko.

– Które?

– Chyba nasze, babko.

– Idziemy!

Szeptucha z Jasią zakradły się na tyły stoiska i przycupnęły za krzakiem. Po chwili podpełzła do nich Lelka.

– Nic się nie dzieje – szepnęła bezgłośnie.

– Zenka widziałaś? – zapytała prababka.

– Nie, ani śladu.

– Czuję go, ale jakoś tak bardzo niewyraźnie – odezwała się Jasia.

Baby właśnie otwierały stoisko. Przed wejściem kłębił się tłum spragniony kanapek ze smalcem, lokalnych pulpecików, ryb w occie i pieczeni z sarny. Kierzbudziańskie stoisko najwyraźniej robiło furorę. Łopianowa z córkami zaczęła rozdawać bigos sporządzony według sekretnej receptury swojej ciotki.

– W bigosie go czuję – szepnęła Jaśka do babki. – Ślad krwi, ale nie wiem, skąd.

– To bigos!

– Grzyby! Pamiętacie koszyk, który Zenek miał w lesie przy sobie?

Jaśka chciała się poderwać na równe nogi, ale babka ją powstrzymała.

– Leż, dzieciaku! Nic teraz nie pomożesz.

– Mamo? – zapytała płaczliwie Lela. – Taty tu chyba nie ma?

– Nie ma.

– Mamy patrzeć jak, umierają? – zapytała Jaśka.

– Nie dziecko, widziałam to już kilka razy – stęknęła Szeptucha, podnosząc się z klęczek. – Wracamy. Trza nam koszyk Zenkowi odebrać i dusioła poniechać.

– A po co? – zdziwił się Rajat.

– Zenkowi stresu oszczędzić i sprawę załagodzić musimy. On się na grzybach zna jak nikt. Tylko we wzburzeniu mógł trujących nazbierać!

Po chwili kompania zebrała się za plebanią i z trzaskiem powróciła na polanę przed chałupą.

– Rajat! – zadysponowała babka. – Leć po Zenkowe niemowlę. Ruszamy dalej.

– Nie możemy go tam wziąć! – wrzasnęła Jasia.

– A to dlaczego? – zdumiała się Szeptucha.

– Paradoks będzie, babko! Zabierzemy nasze niemowlę, a tam to samo niemowlę będzie z Zenkiem.

– A to ambaras! – zasępiła się stara. – To zostawiamy go. Ruszcie się!

– Prababko, pomysł mam – skłonił się nisko Rajat.

– No co tam, dziecko, żeś wykombinował?

– Może weźmy ze sobą parę butelek wódki?

– Matko Boska i wszyscy święci w niebiosach! Ledwie drugi miesiąc w Kierzbudach, a on chce na wycieczkę gorzałę zabierać! Nie pij, synuś, zobacz na Zenka…

– Nie dla mnie przecież! – roześmiał się Hindus. – Dla Zenka właśnie. Jak go otumanimy, to może pomyśli, że dusioł to alkoholowy omam?

– Tak zrobimy! – wcięła się Jaśka.

– Ale ta gorzała to ma być na… – Szeptucha zatkała dłonią usta i przeklęła w myślach własne gadulstwo.

– Na? – zawiesiła znacząco głos Jaśka.

– Na zaręczyny – przyznała cichutko Aurelka. – Ale niech mama tacie nie mówi! – poprosiła.

– Ech! – westchnęła Jasia. – Jak wam ratowanie świata wychodzi tak, jak urządzanie zaręczyn, to mamy jeszcze parę lat spokoju.

– No dobra! – klasnęła w dłonie babka. – Rajat, leć do kuchni po gorzałkę i startujemy.

Ekipa ratująca świat wylądowała za jałowcem.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się akurat histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha! – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Teraz! – krzyknęła Szeptucha i wraz z kompanami wyskoczyła na polankę. – Rajat, ściągnij dzieciaka z dusioła!

Hindus podbiegł do potwora i zaczął ciągnąć dzieciaka w swoją stronę. Co ciekawe, bardziej zapierało się niemowlę, niż dusioł.

– Lelka! – wrzasnęła babka. – Walnij Zenka czymś w łeb na ogłuszenie!

Aurelia rozejrzała się gorączkowo wokół i namierzyła całkiem solidną gałąź. Nie zastanawiając się zbyt długo, podbiegła do Kapelusznego i strzeliła chłopinę na odlew. Zenuś osunął się łagodnie na mech.

– Czcigodna prababko! – wrzasnął Rajat. – Nie mogę dziecka odciągnąć!

Szeptucha chwyciła niemowlaka za nogi i zaczęła ciągnąć do siebie. Wspólnymi siłami oderwali go od dusioła i z impetem potoczyli się po ziemi. Rajat bohatersko zasłonił babkę i niemowlę przez stworem. Wkrótce okazało się to zbędnym heroizmem. Przed nimi wyrosła znienacka Jasia. Obnażyła imponujące siekacze, i sycząc obchodziła dusioła kołem.

– Odejdź ssstąd! – wysyczała.

Dusioł oblizał się nerwowo, zakręcił w miejscu i umknął w głąb lasu.

– Mmmamo? – odezwała się niepewnym głosem Lela.

– Cichaj, dziecko, potem o tym pogadamy. Dawajcie tu Zenka! – zadysponowała stara.

Zenek coś tam pod nosem mamrotał, ale najwyraźniej popadł w stupor. Gorzała i ostatnie przeżycia załamałyby nawet największego wioskowego pijaka.

– Zenuś! – poklepała go po nieogolonym policzku Szeptucha. – Słyszysz mnie?

– Mmmm…

– Zenuś, co się stało na dożynkach? – ponowiła babka.

– Babko, skąd on ma to wiedzieć? – zapytała Jaśka, która najwyraźniej odzyskała równowagę i normalną postać. – Tego jeszcze nie było.

– Cholerne podróże w czasie! To nie na mój rozum – pożaliła się stara.

– Będzie dobrze, zobaczycie – uspokoiła ją bogusiowa żona, wskazując na koszyk z grzybami. – Tak mi się widzi, że teraz wszystko wróciło do równowagi.

– Rajat! – zadysponowała Szpetucha. – Weź no tu Zenkowi ze trzy flaszki zostaw. Na zapomnienie się nada. Koniecznie koszyk z grzybami weź.

– A co z dzieciakiem? – zapytała Jasia.

– A co ma być? Weźmiesz.

– Ale to już dwójka będzie!

– Cholerne podróże w czasie – pożaliła się babka raz jeszcze. – Weźmiesz, Jasia, niemowlaki, i jak swoje wychowasz. Zębne są. Lepszej matki nie znajdą.

– A co ja Bogusiowi powiem?

– Zahipnotyzujesz i wmówisz, że jego. Wiesz przecież, jak to zrobić.

– To też wiecie? – jęknęła Jasia.

Szeptucha zarżała szatańsko i wetknęła niemowlaka w ręce zębnej. Jaśka podeszła do Zenka i nachyliła się do jego ucha.

– Temu damy Mieszko. Tamten będzie Ziemowit, dobra?

Kapeluszny wymamrotał coś niezrozumiale, ale ustalono przez aklamację, że to musiało oznaczać zgodę.

– No to wracamy do domu! – zadysponowała babka.

Nad polaną pojawiło się słońce i rozświetliło młodziutką twarz Aurelii.

– Lela?

– Tak, prababciu?

– Masz ten kupon totka?

– Mam, no pewnie!

– Jaki kupon? – wcięła się Jasia.

– A… nieważne – zaszemrała łagodnie stara. – Dzieciaka pilnuj.

W milczeniu doszli do maliniaka. Za nim rozpościerała się skąpana w słońcu wieś.

Tornado 8

Tornado 8

Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.

Szeptucha 10

Szeptucha 10

Szeptucha. Dożynki cz. 2

Pokrzepiony wiśniówką Zenek kroczył energicznie środkiem drogi, ściskając kartkę, na której baby wypisały mu listę wiktuałów kluczowych dla przyszłego dożynkowego zwycięstwa. Część nie nastręczała problemu. Grzyby do bigosu, jagody do drożdżowych jagodzianek i ryby do marynowania w occie to kwestia wyprawy do lasu i nad Bug. Przy odrobinie szczęścia nałapie szczupaków i okoni. A jak się nie uda, to nieopodal znajdują się stawy hodowlane, do których od południowej strony łatwo się podkraść nocą. Zające złapie się we wnyki albo w ostateczności podkradnie króliki starej Stachańskiej. Ma ich tam chyba ze trzydzieści białych i czarnych. Jak się je sprawi, to się baby od gotowania nie połapią. Z dziczyzną gorzej. Tu szykowały się niezbędne wydatki, ale to już niech się sołtys Alojzy martwi. Jak flaszkę da, to się Jacka Wrębnego na kłusowniczą wyprawę wyśle. Chłop jeszcze w życiu nie kupił w sklepie niczego innego niż wino, więc wiadomo, gdzie się żywi.

Zenkowa przyszłość w każdym razie rysowała się niezmiernie interesująco. Z poczuciem misji podreptał do własnej chałupy. Spodziewał się, że część jego kłopotów aprowizacyjnych znajdzie szczęśliwe rozwiązanie właśnie tutaj.

Podwórze przywitało go grzebiącymi w błocie kurami i drącym się wniebogłosy kogutem. Jego ślubna jako jedyna chyba w okolicy z uporem trzymała ptactwo, czego Zenuś kompletnie nie rozumiał. Jajka w sklepie były po sześćdziesiąt groszy, to po cholerę to dziadostwo trzymać?

– Matka! – wrzasnął donośnie od furtki, ale zamiast małżonki na podwórze wyległo stadko zenusiowych pociech płci obojga i obsiadło ojca jak muchy.

– Tato! – wrzasnął zasmarkany malec. – Tato, głodny jestem!

– Tato! – dodała jasnowłosa Madzia. – Mama chyba niezdrowa…

– Tato! Jeść! – zapłakał najmłodszy, Antek.

W ogólny rejwach wciął się znienacka głos zenkowej żony.

– Przylazłeś wreszcie, obiboku? – zaskrzeczała Leosia Kapeluszna z wnętrza chałupy.

Zenuś strząsnął ze spodni zasmarkany drobiazg i pospiesznie ruszył do środka. Leokadia leżała na wersalce, podparta poduszkami, i niańczyła na podołku niemowlę. Patrzyła na Zenka wzrokiem bazyliszka i zgrzytała zębami.

– Leosia! – zaszemrał aksamitnym barytonem Zenek. – Widzę, że znowu dzidziusia mamy! – cmoknął z udawanym entuzjazmem i pogłaskał kędzierzawą główkę noworodka.

– Zęby ma – odezwała się głucho Leokadia i wetknęła dzieciaka w ręce skacowanego tatusia. – Ja go nie chcę. Rób z nim, co chcesz! – zaszlochała głęboko i odwróciła się w stronę naderwanej tapety za wersalką.

– Leosia! – zacukał się Kapeluszny. – Ale co ja tam o niemowlakach wiem? Co ja mam z nim robić?

– Uduś najlepiej, zanim kogoś zeżre! – wrzasnęła Kapeluszna.

Dzieciak spał słodko w zagłębieniu zenkowego ramienia. Jego regularne rysy tak bardzo odróżniały go od stadka dotychczasowych dzieciaków, że Kapeluszny zamarł na chwilę i kontemplował twarzyczkę dziecka. Chłopczyk był tak piękny, że aż serce rwało. Zenek zawinął niemowlę w zabłocony sweter i pospiesznie wyniósł z chałupy. Niemożliwe, żeby tak piękne dziecko mogło zagrozić komukolwiek. Stara histeryzuje i tyle. Się znajdzie kobietę, która da chłopaczkowi serce, a Zenuś w tym czasie wypełni zlecenie sołtysa. Kapeluszny ruszył dziarsko drogą, a nogi zawiodły go bezwiednie do obejścia starej babki. Stanął przed krzakami i nieporadnie wsunął tobołek z synkiem pod prawe ramię. Lewym, wolnym ramieniem przeżegnał się i odgarnął dorodne jałowce. Przez chwilę głaskał z zakłopotaniem gałązki, lecz po głębszym namyśle się wycofał. Do babki bez prezentów nie godzi się iść. Zenek odwinął się na pięcie, i tuląc śpiące niemowlę, ruszył do lasu. Koszyk grzybów się uzbiera w prezencie, a i przy okazji intendenckie obowiązki się odbębni. Zrobi się w jagodzinach wizytację. Trza wiedzieć, gdzie dzieciaki z kubkami na zbiory przysłać.

Janka odetchnęła głęboko, i czekając, aż jej tętno się nieco uspokoi, lustrowała podwórze starej. Niewiele się tu zmieniło od czasu panieńskich nocy z Bogusiem, gdy zakradali się na podwórze babki dla żartu, pili w pobliskich krzakach piwo i – co tu dużo gadać – poczęli Aurelkę. Ślub, choć pospieszny, stał się zarzewiem plotek wyłącznie dla sklepowej Jadźki, która swoje domysły i domniemania próbowała zaszczepić zupełnie niezainteresowanym tematem i przeważnie nietrzeźwym sklepowym bywalcom. Wszyscy we wsi wiedzieli, że Janka jest dla Bogusia stworzona, i ich romans nie gorszył nikogo. Najbardziej, co pomimo antagonizmów musiała przyznać Janka, sprzyjała im babka Olesia. Inna sprawa, że starowina nie miała kompletnie pojęcia o przeszłości Janiny. Widziała w niej, jak wszyscy, dorodną blondynkę w typie germańskim. i nie stawiała pytań. Dziwne, ale nie zadawał ich nikt w Kierzbudach. To sprawiło, że Janka postanowiła osiedlić się właśnie tutaj. Uciekła z pogromu w małej westfalskiej wiosce i z jakiejś przyczyny ruszyła na wschód. W tej nadbużańskiej wsi znalazła święty spokój i przystojnego męża, który nie zadawał żadnych pytań. Wystarczyło mu mgliste wyjaśnienie, że rodzina Janki tragicznie zakończyła żywot w pożarze. Osinowe kołki, które dopełniły ognistego dzieła, dziewczyna profilaktycznie w opowieściach pominęła, zresztą długo by opowiadać.

Podwórze zdawało się być opuszczone. Kot gdzieś pewnie łaził, słoń najwyraźniej zaszył się w stodole. Babki nigdzie nie było widać, podobnie Aurelii. Jasia po chwili zauważyła ze zdumieniem, że kuchnia letnia została przez żywioł jakiś pozbawiona dachu, leżącego obecnie w strzępach na polu tej starej cholery Stachańskiej.

– Halo! Jest tu kto? – krzyknęła.

Nikt się nie odezwał. Na polanie panowała niczym niezmącona cisza. Jasia podeszła ostrożnie do drzwi letniej kuchni i włączyła tłumione na co dzień ponadnaturalne zmysły. Węszyła ostrożnie, ale nie wyczuła zapachu krwi. Żadnego rodzaju krwi. Ciepłej ani zakrzepłej. Dosłownie żadnej. Na polanie nie wyczuwało się zapachu żywego stworzenia. A węch wampirzycy był w stanie wykryć wonie nawet sprzed kilkunastu lat.

– Niemożliwe – szepnęła do siebie Jaśka. – Lela! – wrzasnęła spanikowana. – Dziecko! Gdzie jesteś? Aurelka!? Gdzie się wszyscy podziali?

– Cosik mi się wydaje… – Szeptucha zawiesiła głos i spojrzała badawczo w oczy Lucyny. Słonica odwróciła wzrok i udawała niezmiernie zajętą skubaniem słomy z powały.

Stara coś tam sobie pomamrotała pod nosem, a po chwili podstępnie pstryknęła palcami. Spod ucha słonicy wyturlał się na ściółkę Mruczek.

– No i dobrze mi się wydawało! – zarechotała babka. – Wyłaź, niecnoto.

– No co! – bąknął kot i zjeżył sierść na grzbiecie.

– Dobrze wiesz, co! – odcięła się Szeptucha. – Idziemy! – zakomenderowała i otworzyła wrota stodoły.

Mruczek zwiesił głowę i podreptał za babką. Słonica pożegnała go krótkim, ale wielce boleściwym buczeniem.

– No i popatrz, synek! – triumfował Kapeluszny. – Koszyk grzybów mamy uzbierany, to i do starej babki możemy w odwiedziny iść. Ona będzie wiedziała, co z tobą robić.

Noworodek najwyraźniej nie znalazł zrozumienia dla tatowego optymizmu życiowego i rozdarł się całą mocą swoich ponoć niedojrzałych płuc.

– Cichaj, chłopie, no cichaj! – zadysponował Zenuś, ale dzieciak najwyraźniej miał ojcowskie dyspozycje głęboko w zafajdanej pieluszce. Nienawykły do obcowania z własnym potomstwem Kapeluszny potrząsnął zniecierpliwiony kilka razy tobołkiem, co zupełnie nie wpłynęło na natężenie wrzasku noworodka. – Cichaj, cholero, bo dusioł przylezie i cię zeżre! – odwołał się do lokalnych bajań Zenuś. Dzieciak darł się dalej w niebogłosy.

Zrezygnowany Kapleuszny przysiadł na pniaku i potarł nerwowo skronie. Koszyk stał przy jego podrygującej ze zniecierpliwieniem, obutej w gumofilca stopie. Nawet las był najwyraźniej przeciwko niemu, bo spod mchów wypełzła znienacka mleczna mgła i oplotła Zenusia lodowatymi rozmazami kropelek wody.

– Diabli nadali! – użalił się wioskowy pijak, i tak do końca nie wiedział sam, czy chodzi mu o nieposłuszną żonę, wrzeszczącego dzieciaka czy zmienną aurę. Ta ostatnia najwyraźniej szalała. Mgła z sykiem skręcała się wokół pniaka, mrożąc leśne powietrze. Zenek poderwał się na równe nogi i wtulił tobołek z dzieciakiem pod połę waciaka. Z pobliskich gałęzi zaczęły się sypać zmrożone na kość ptaszki. Z jękliwym dźwiękiem, podobnym do roztrzaskiwanych na marmurze kryształowych żyrandoli, na ściółce rozpadały się sójki. Gdzieniegdzie z głuchym łoskotem spadały kruki, sztywnymi skrzydłami strącając świerkowe szyszki.

– Szatan jakiś… – szepnął Kapeluszny i obronnym gestem dzieciaka przytulił, nie zważając już nawet na jego wrzaski.

– Aj tam, szatan! – rozszedł się po wyziębionym lesie złowieszczy rechot.

– Kto tu jest? – wrzasnął histerycznie Zenek, wpychając głębiej pod pachę drącego się wniebogłosy synka.

Mgła zasnuwała jałowce. Ziąb strącał z gałęzi fioletowe owoce, które ze szklanym brzękiem toczyły się po zaszronionym mchu.

– Witaj! – Przed Zenusiem zmaterializował się z głuchym pyknięciem opancerzony, zielony stwór. – Wzywałeś dusioła, więc dusioł przybył, i jest gotów zeżreć przyobiecane niemowlę.

– Niedoczekanie! – wrzasnął bohatersko Kapeluszny i odskoczył za pobliskie jałowce. – Zgiń i przepadnij, maro nieczysta!

– Ha, ha – skwitował dusioł. – Jakby to takie proste było…

Kapeluszny złożył palce w znak krzyża i zaczął deklamować „Ojcze nasz”.

– To też nie działa – wyjaśnił pogodnie opancerzony stwór.

Zenek odwrócił się na pięcie i podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Po kilku krokach jego stopy utknęły w głębokim mchu.

– Nie uciekniesz – łagodnie skomentował dusioł. – Wzywałeś dusioła i dusioł przyszedł. Daj niemowlę i możesz sobie iść. Ciebie żreć nie mam zamiaru.

– Nigdy! – wrzasnął bohatersko Zenuś, w jednej chwili dokumentnie trzeźwiejąc.

– To się jeszcze zobaczy! – zarechotał pradawny jaszczur i leniwie podszedł do unieruchomionego Kapelusznego. Niemowlak darł się pełnią młodocianych płuc.

Dusioł otworzył paszczę, świdrując Zenka czerwienią oczu. Kalepuszny wyszarpnął zza pazuchy zawiniątko z synkiem i ucałował zaczerwienioną od wrzasku twarzyczkę. Owinął pospiesznie w waciak i odrzucił jak najdalej od siebie. Sam nie mógł się ruszyć, ale miał nadzieję, że dusioł nażre się jego przepitymi gnatami i dzieciakowi da spokój. A jak Bóg da, to się tu Lelka albo stara napatoczą i płacz małego usłyszą.

– Aleś ty głupi! – zarżał dusioł i powoli podszedł do ciśniętego w mech zawiniątka.

– Zostaw go, hieno zasrana! – wrzasnął Zenek.

Dusioł stanął nad dzieciakiem, i przekrzywiwszy jaszczurzy pysk, analizował przekąskę.

– Zostaw, zasrańcu! – darł się unieruchomiony Kapeluszny.

Stwór delikatnie odwinął pyskiem waciak spowijający rozwrzeszczanego dzieciaka i polizał nadęty brzuszek malucha.

– Zarżnę cię jak świnię! – darł się Zenek.

– Nic mi nie zrobisz – zbagatelizował sprawę dusioł i przytknął nozdrza do różowej klatki piersiowej noworodka. Polizał zapłakaną twarzyczkę i wyszczerzył sine zębiska.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Nie!!!! – załkał Zenek, i uwolniony nagle z więzienia mchu, opadł na kolana. Nakrył rękoma głowę i oddał się totalnej rozpaczy. Po chwili na jego poszarzałe z brudu dłonie zaczęły spadać jakieś małe, zimne kamyczki. Poniósł głowę i z niedowierzaniem nią potrząsnął. Jego dzieciak siedział w paszczy dusioła, i radośnie gaworząc, wyrywał mu kolejne zęby. Dusioł darł tylnymi łapami darń i najwyraźniej nie mógł się poruszyć.

– Synu! – wrzasnął Zenuś i podbiegł do rozwartej paszczy.

– Ostaw! Niech dzieła dokończy – rozległ się na polanie władczy głos Szeptuchy. Ona sama pojawiła się niespodziewanie na polance w towarzystwie Lelki, Hindusa i kota.

– Ale…

– Ostaw, mówię! – rozeźliła się stara.

Kapeluszny stał bezradnie kilka kroków od prawiekowego stwora, któremu jego ledwie narodzony syn rwał metodycznie kły i beztrosko rzucał za siebie.

– Babko… – zaskowyczał Zenek.

– Nic to, Zenuś – uspokoiła go stara. – Nic dziecku nie będzie.

Dla Kapelusznego sensacji jak na jeden dzień było stanowczo zbyt wiele. Usiadł na mchu i wodził obłąkanym spojrzeniem od starej do maleńkiego synka, który właśnie zakończył rwanie zębów potwora, i wpił się w jego szyję, najwyraźniej chłepcząc posokę z lubością.

– Wracaj do zadań przez sołtysa naznaczonych! – zadysponowała stara, zgarniając niemowlaka ze zwłok potwora. My się tu wszystkim zajmiemy i nawet twoje przyszłe ludobójstwo naprawimy, Zenuś. Idź już!

– Miau! – potwierdził bury kocur Szeptuchy.

Po chwili cała kompania, wraz z niemowlęciem i pokrytym łuskami trupem dusioła, zdematerializowała się z cichym pyknięciem.

Zenek zachybotał się w mchu i otarł zapłakaną twarz rękawem kraciastej koszuli.

– Nic to – szepnął. – Na łowy mi trza. A najpierw do sklepu, zszargane nerwy ukoić. – Zenek chwycił kosz i skaleczył palec o nadłamaną gałązkę wikliny. Krew kapnęła do środka. – Co jeszcze, psiamać? – poskarżył się płaczliwie, kierując wzrok w stronę nieba. A potem poczłapał ciężko w stronę wsi, co jakiś czas machinalnie schylając się po kolejne grzyby.

Z dyskretnym cmoknięciem wesoła kompania Szeptuchy zmaterializowała się przed drzwiami letniej kuchni.

Jasia, która w tym czasie zdążyła obejść ostrożnie zabudowania w poszukiwaniu pierworodnej córki, nieomal zderzyła się z Rajatem, a potem malowniczo zasłabła, osuwając się na murawę.

– Mamo! – przypadła do niej Aurelka.

– Skocz, Rajat, do kuchni, i główkę czosnku przynieś! – zadysponowała stara, podtrzymując na podołku śpiące niemowlę. Na uśmiechniętej błogo maleńkiej twarzyczce znać jeszcze było drobinki zielonych łusek, a bródkę miał dzieciak poplamioną jaszczurzą posoką.

– Prababciu, ale mama nie znosi czosnku – zaoponowała Lela.

– Toć wiem. Woń niemiła łacniej ją docuci.

I rzeczywiście. Ledwie Rajat z kuchni wyskoczył, to Jaśka nos gwałtownie zmarszczyła i poderwała się na równe nogi, choć jej twarz nabrała butelkowej zieleni.

– Zabierz to cholerstwo! – syknęła wściekle do Hindusa.

– Już dobrze, dobrze. – Stara odprawiła chłopaka gestem dłoni. – Zemdlałaś, Jasia. Docucić chcieliśmy.

– Co tu się do cholery dzieje? – wrzasnęła Jaśka.

– A co się ma dziać? – Wzruszyła ramionami babka.

– Przychodzę, a tu nikogo nie ma i… – zacukała się matka Aurelii, o włos unikając dekonspiracji. Jak niby miała wytłumaczyć, że jej węch wyłapuje zapach krwi z dokładnością do dwudziestu lat?

– No, sprawy załatwialiśmy, ale przecież już jesteśmy prawda? – łagodnie tłumaczyła Szeptucha. – Chodź do kuchni, herbaty się napijemy.

Jasia obrzuciła badawczym spojrzeniem ziejącą pustkę po dachu.

– A to? – Kiwnęła głową w kierunku zdewastowanego budynku.

– A taki tam drobny wypadek przy pracy. – Babka machnęła ręką.

– Jaki znowu wypadek? Ja wam dziecko swoje na wychowanie dałam, a wy o jej bezpieczeństwo tak dbacie? – ryknęła Jasia.

– Cicho bądź, bo dzieciaka obudzisz!

– Jakiego dzieciaka? Lelkę? – Zdezorientowana kobieta zerknęła na stającą opodal Lelę i ponownie na starą. Dopiero teraz zauważyła niemowlę.

– Czyje to?

Jasia odruchowo podeszła bliżej, by natychmiast odskoczyć z grymasem odrazy wymalowanym na twarzy.

– Zęby ma! – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– A jakie ostre! – zacmokała z zadowoleniem stara.

– Czyje to? – ponowiła pytanie Jaśka.

– A Zenka. To już rozumiesz, dlaczego musiałam do siebie przygarnąć?

– Kapelusznego Zenka? – zdziwiła się matka Aurelki. – A skąd u niego…

– A ty widziałaś, co on pije? – Wzruszyła ramionami Szeptucha. – Od tego różne mutacje się robić mogą!

Za plecami Jasi kot wyczyniał niezłą gimnastykę, by upchnąć za skalnikiem zwłoki dusioła.

Zenuś otarł usta i z westchnieniem opadł na ławeczkę. Na wpół opróżnioną butelkę wkręcił starannie w piach obok koszyka z grzybami, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi trunku.

– A coś ty, Zenuś, taki osowiały? – zagaił Jacek Wrębny, przysiadając na ławeczce. – Stało się co?

– Aj, stało się, stało – westchnął ciężko Kapeluszny. – Stara mi dzieciaka znowu powiła.

– O cholera. – Podrapał się w beret Jacek. – Masz tam co jeszcze we flaszeczce?

– Tyle, co nic. – Wzruszył ramionami Zenuś. – Ale pij, kamrat, na zdrowie.

– A nie, nie! Postawić chciałem, żeby zgryzoty odegnać.

– A… nie odmówię. Pomóc może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

Dalsze minuty upływały mężczyznom w ciszy, przerywanej jedynie dość częstymi seansami gulgotania. Nad szosą schylało się czerwone słońce i barwiło plandeki przejeżdżających TIR-ów. Od strony lasu nadciągał wczesny wrześniowy wieczór. Zenek mimowolnie się wzdrygnął.

– Jacek?

– No?

– Ty las dobrze znasz…

– A znam, a co?

– A dusioła kiedyś widziałeś?

– Nie widziałem, ale nie raz mi jakieś cholerstwo wyżerało sarny z wnyków – odparł poważnie Wrębny.

– Dusioł?

– Tak mi się widzi.

– A jakbym ci, druhu, powiedział, że dusioła już nie ma? – zapytał ostrożnie Zenuś.

– Nie może to być. – zaśmiał się Jacek. – Dusioł od dawna te lasy zamieszkuje i nikt go stąd nie wygoni.

– A wiadomo, od kiedy on tu grasuje? – zaciekawił się Zenek.

– Ponoć od wojny go widują. Stare babki gadają, że za esesmańcami przylazł, bo mu bardzo smakowali, ale kto to wie, jak było? Ludzi tu u nas nie atakował. Kury czasem za Gomułki żarł po kurnikach, ale też pewności nie ma. Może to miastowe kradli? Wiesz, jaka u nich bryndza wtedy była. Kartki…

– No, mogło tak być – zgodził się Zenuś. – A ludzi nic nie żarło?

– No wiesz, Zenuś, komuna komuną, miastowe dziwne stworzenia, ale żeby ludzi…

– Nie o miastowych prawię! O dusiole!

– Aaaa… Nic mi nie wiadomo, żeby ludzi atakował. Coś go widać po ucieczce Szkopów w ryzach trzymało. A co ty się tak o tego dusioła dopytujesz, Zenuś?

– A jakbym ci, Jacek, powiedział, żem truchło dusioła na własne oczy widział?

– Nie cyganisz? – zapytał poważnie Wrębny.

– Jak Boga kocham! – Kapeluszny uderzył się w pierś.

– To ja bym ci, kamrat, powiedział, że dożywotnio ci mięso będę przynosić za takie nowiny.

– A to się dobrze składa – przytomnie wykorzystał sytuację Zenek. – Na dożynki babom trzeba ze dwie sarny i dzika.

– Załatwione! – Klasnął dłońmi w uda Jacek. – No to jeszcze po jednym?

– Nie odmówię!

W końcu przyszłość zaczynała się rysować w bardziej kolorowych barwach.

 

Tornado 7

Tornado 7

 

 

Wielki dzień

Po pierwszych tygodniach udręki uznaliśmy wreszcie, że to już chyba kres wystawiania naszych nerwów na szwank, ale Tornado najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie.  Pomimo maksymalnego zabezpieczenia ogrodu, kilka razy zdołał niepostrzeżenie oddalić się w niewiadomym kierunku. Na szczęście, po dziś dzień, każdy od razu nabiera się na to jego poczciwe ryło oraz spojrzenie cielaka, zatem z tych wycieczek dość szybko wracał do domu. Za każdym razem cieszył się jak głupi, a później strzelał popisową minę niewiniątka. Pomału zaczęliśmy bilansować wydatki. Już kilkukrotnie wypłaciliśmy nagrody znalazcom, w markecie budowlanym też już zostawiliśmy swoje, o weterynarzu nawet nie wspominam.

Nie ma siły. Jak widać nie można zostawić go samego w ogrodzie, więc doszło mi jeszcze więcej spacerów lub towarzyszenie gadowi przy domu. Po konsultacji z weterynarzem stało się jasne, że jak tylko Tornado zaliczy rekonwalescencję po antybiotykach, to od razu ciachniemy mu jajka.  Termin nie był odległy, zatem zacisnęłam zęby i znów przez 24 godziny na dobę pilnowałam psa, żeby nie nawiał.  Przed pierwszym terminem, Tornado, chwycił nawrót anginy, przed drugim zwiał na godzinę przed. W jaki sposób? Nawet nie pytajcie, bo nie wiem. Dziś z perspektywy oceniam, że po prostu przeskoczył przez ogrodzenie, choć nie wiem, jakim cudem może to uczynić pieseczek sięgający mi do kolan, gdy nie założę szpilek. Ale cóż, co ja tam wiem. :)

Przez kilka kolejnych tygodni uczciwie pilnowałam psa, żeby nie poleciał na dziewczyny oraz pilnowałam siebie, żeby od tego pilnowania nie zwariować. Wierzcie, łatwo nie było, a ja, niczym poborowy odcinałam dni na centymetrze, aż wreszcie nadeszła upragniona data obcięcia rodzinnych klejnotów.

Uff. To już nazajutrz. Tyle jeszcze wytrzymam.  W klinice chyba nie da nogi. Przecież jak go uśpią to im ze stołu nie ucieknie. Uff! Co za ulga…

W przeddzień wielkiego dnia nastał wieczór i nadeszła chwila, w której na ulubionym forum zaczynał się ruch, więc korzystając z tego, że dzieci oglądają dobranockę zainstalowałam się na tarasie. Cudowny zachód słońca, pies pode mną, a laptop przede mną. Właśnie rozgrzewałam łapki do klikania, jak dziatki me odmeldowały koniec seansu i czas wieczornych ablucji, więc ruszyłam do łazienki pomóc w suszeniu włosów. Nie było mnie może kwadrans. Na forum rozgorzała już burzliwa dyskusja na jakiś zajmujący temat, zatem uwinęłam się najszybciej jak mogłam. Zadowolona zasiadłam do laptopa. Nagle coś mnie tknęło i spojrzałam w dół, pod ławkę.

GDZIE jest PIES?!

To niemożliwe… Przecież spał jak suseł, kiedy wychodziłam. Barierki dość gęste i wysokie na półtora metra, dodatkowo taras na wysokości pierwszego piętra… Na serio, niemożliwe…

Zwątpiłam we własne zmysły. Dla pewności szczypiąc się w udo, by się utwierdzić, że na serio nie śnię, z pięć razy zajrzałam pod ławkę. Pusto, i nie chce być inaczej. Tornado właśnie wyparował do atmosfery. Jasny gwint! Żołądek podjechał mi do gardła. Cóż było robić. Sprawdziłam baterię w komórce i zasiadłam w oczekiwaniu na telefon od kogoś z moim ukochanym ostatnimi czasy tekstem: „Dzień dobry! Czy przypadkiem nie zginął pani piesek?!”.

Dwie godziny w nerwach. Jest!

– Dobry wieczór, bo wie pani, ja właśnie jadę pekaesem do Limanowej i pani pies też jedzie – zaszczebiotał dziewczęcy głosik.

– Że co?- zbaraniałam.

– No, piesek jedzie ze mną, ale wie pani, ja za kilka przystanków wysiadam i nie wiem, co dalej.

– Który przystanek?!!!

Jakby mnie tak wtedy policja zdybała to już chyba na trzecim skrzyżowaniu pozbawiłaby mnie uprawnień do kierowania pojazdem. Dobrze, że pekaes zatrzymuje się na przystankach, bo nieco zyskałam na czasie.  Tornado ucieszył się, jakby mnie rok nie widział. Wrr… Capnęłam go za wszarz i z odpowiednim komentarzem wpakowałam do auta. Lżejsza o kolejne pięć dych znaleźnego, zgodnie z przepisami ruchu drogowego, wróciłam do domu. Wybiła dwudziesta trzecia i na forum już wszyscy poszli spać, więc nie pozostało mi nic innego jak przeczytać, co tam napisali, gdy mnie nie było i też iść spać. W końcu nazajutrz wielki dzień. :)

Rankiem, na wszelki wypadek, zapakowałam psa w szelki dla tygrysa, żeby mi nie czmychnął gdzieś po drodze i jako że weterynarz urzęduje kilka domów dalej, piechotką ruszyliśmy na zabieg.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby iść wtedy piechotą. Przecież zawsze jeżdżę autem, ale tego dnia akurat musiałam iść (!). Że też diabli nadali… ech! Dziesięć metrów przed kliniką mój pies przystanął za potrzebą.

– O! Witam pani Izabelo! – zagrzmiał chwilę później weterynarz. – Ciachamy?

– Ciachamy, a przy biegunce można? – zapytałam z nadzieją, że jednak można.

– Mowy nie ma! Najwcześniej dwa tygodnie po ustaniu objawów.

– Błagam…, wczoraj wszystko było w porządku…

– Absolutnie!

– Ale wie pan, że ja tego już dłużej nie wytrzymam? On wczoraj przeskoczył przez barierki na tarasie, zjechał na dół po dachu, potem zeskoczył z garażu, wsiadł do autobusu i pojechał do Limanowej! Błagam…

– Ależ proszę pani! – oburzył się weterynarz. – Przecież on nie może tak sobie zeskakiwać z tarasu i zjeżdżać po dachu, bo jeszcze sobie łapy połamie! No, co też pani?! – doktor od psów ochrzanił mnie centralnie.

– No to może pan mu to skutecznie wytłumaczy, bo ja nie umiem. W końcu to pan, jest fachowcem od zwierząt.

– Dwa tygodnie.

Zabrzmiało niczym dożywocie, a ja, bliska łez, wróciłam do domu niczym zbity pies, pewna że w najbliższym czasie nasz domowy budżet skurczy się jeszcze o alimenty.

Szeptucha 8

Szeptucha 8

Bugmunde, 5 marca 1942 r. Świt

Olesia obudziła się nagle i szybko usiadła. Próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest, i jednocześnie uspokoić oszalałe ze strachu serce. Podjęła beznadziejną próbę przełknięcia śliny, ale jej gardło zaprotestowało tysiącem tnących je żyletek. Wstała chwiejnie i rozejrzała się wkoło. Na polanie panowała cisza. Dziewczyna jak przez mgłę pamiętała chłopaka, który czuwał nad jej snem. Spróbowała postawić krok, ale ziemia gwałtownie zafalowała. Olesia osunęła się bezradnie na ziemię i ze zdziwieniem wyczuła pod dłonią wojskowy materiał. Kurtka. Czyli nieznajomy nie był majakiem. Naprawdę tutaj był i pytanie, gdzie znajdował się obecnie. Po młodym ciele Olesi przebiegły dreszcze. Nie było sensu dłużej się oszukiwać. Miała wysoką gorączkę i brak jej było siły na dalszą ucieczkę. Drżącą ręką sięgnęła po kurtkę nieznajomego i z widocznym wysiłkiem narzuciła ją sobie na plecy. Zęby szczękały jej z zimna i walczyła z napływającymi do oczu łzami.

– Obudziłaś się? – usłyszała nagle głos zza pleców i apatycznie się odwróciła.

Nieznajomy blondyn uśmiechnął się ciepło i podszedł do dziewczyny. Jego ruchy były kocie i bezszelestne jak u leśnego partyzanta, nawykłego do skradania się po zdradliwym leśnym poszyciu.

– Chyba jestem chora – wyszeptała bezradnie Olesia, a chłopak obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Zjeść coś musisz, to cię pokrzepi – stwierdził i wyjął zza pazuchy ćwiartkę owiniętego w niemiecką gazetę chleba i pół pęta kartkowej kiełbasy.

Już sam aromat mięsa oszołomił dziewczynę do tego stopnia, że momentalnie wróciły jej siły witalne. Chłopak odłamał kawałek chleba, położył na nim pół kiełbasy i podał Olesi. Wpychała posiłek do ust i miała gdzieś, co sobie o jej manierach pomyśli nieznajomy.

– Lepiej? – zapytał chłopak, gdy już ostatnie okruszki zniknęły w ustach Olesi.

– Dziękuję – odparła i zorientowała się, że faktycznie czuje się zdecydowanie silniejsza.

– Posłuchaj. Byłem w chacie tego szmaciarza, co ci mówiłem, i on obiecał, że nas na swoim wózku przemyci na drugą stronę. Musimy przejść tą przecinką i zaraz będzie jego chata. Dasz radę iść?

– Dam – zapewniła dziewczyna i zaraz dodała. – Dlaczego mi pomagasz? Sam łatwiej byś się przekradł.

– Miła Olesiu – uśmiechnął się blondyn, a Olesia zesztywniała na dźwięk swojego imienia, którego z pewnością mu nie zdradzała. – Podobasz mi się, a poza tym jak nas złapią, to powiem im, że jesteśmy małżeństwem i dzięki temu może nie posądzą mnie, że jestem partyzantem. Gwarantujesz pewne bezpieczeństwo – objaśnił z rozbrajającą szczerością.

To przekonało dziewczynę i powstrzymało od zadawania pytań. Może w nocy mówiła przez sen i tak zdradziła swoje imię?

Spacer do chałupy szmaciarza wyczerpał dziewczynę bardziej, niż się spodziewała. Oblewał ją pot, za chwilę odczuwała dreszcze, a ścieżka falowała jej przed oczami. Zaciskała jednak zęby i starała się nadążyć za chłopakiem. Dziwne, ale nawet nie przyszło jej do głowy zapytać go o imię. Szedł przed nią pewnie, a jego barczyste plecy przesłaniały Olesi widok. Zresztą wkrótce wszystkie myśli i pytania odeszły w niepamięć. Stanęli przed drewnianą chatą szmaciarza. On sam wyszedł przed drzwi i obrzucił dziewczynę nieufnym spojrzeniem.

– Nie mówiłeś, że będzie ktoś jeszcze – warknął w stronę blondyna.

– Nie bój się. Dobrze zapłacę –uspokoił go chłopak, a Olesia zaczęła się gorączkowo zastanawiać, dlaczego obcy tak się nią opiekuje. Powody, które przedstawił, brzmiały sensownie, ale w otaczającej ich rzeczywistości egoizm był jedyną szansą na ocalenie skóry.

Szmaciarz wytoczył przed chatę wózek pełen zużytych onuc i brudnych, podartych ubrań. Dziewczyna wolała się nie zastanawiać, skąd pochodzą, i posłusznie wczołgała się pod stertę materiału. Tuż obok niej położył się blondyn. Smród zatkał Olesi płuca i dziewczyna walczyła o każdy oddech. Dopiero po kilku chwilach zorientowała się, że skrzypiący wózek ruszył. Po kilkunastu minutach usłyszała przytłumione głosy i zrozumiała, że właśnie dotarli do rogatek i pierwszego patrolu.

– Wszystko będzie dobrze – wyszeptał chłopak i uspokajająco uścisnął jej dłoń.

Olesię ponownie opadły dreszcze. Straciła przytomność.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Kwadrans przed powrotem Aurelki z rozpoczęcia roku szkolnego

– Jak się czujesz? – zapytała Szeptucha Rajata, który omiatał pokój błędnym spojrzeniem. – Herbatki chcesz? No wiesz, mam assam… – wycedziła złośliwe.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł słabym głosem chłopak.

– No? – babka zawiesiła pytanie w gęstniejącej z każdą chwilą atmosferze chałupy.

W czwartej kamerze widać było Bolka Stachańskiego, który w towarzystwie Błażeja, swojego bratanka, przemykał cichcem za szpalerem jałowców i przerzucał widłami słoniową gnojówkę na podwórko sąsiadki.

– Jakże się ten twój słoń wabi? – zagaiła łagodnie Szeptucha, odnotowując w pamięci, że Bolkowi kilka uroków się należy.

– Szlachetny pradziad mój, Jóźwa, nakazał, by wszystkie słonice z tej szlachetnej linii zwały się Lucyna.

– Lucyna? – zdumiała się babka.

– Nie wyjaśnił powodów, a my nigdy nie śmieliśmy pytać o wyjaśnienie. Wybaczcie mój wartki słowotok, pani, ale jeśli mogę objaśnić, to słonica, którą poznać raczyłaś, nazywa się Lucyna Czwarta i jest darem mojej rodziny dla szlachetnego siostrzanego rodu Wielkiego Jóźwy, mojego pradziada. Tak ojce przekazać nakazali.

– A ja myślałam, że najgorsze, co mnie dzisiaj spotka, to dąsy Aurelki po pierwszym dniu szkoły – westchnęła ciężko Szeptucha.

– Nie wiem, o czym mówicie, pani – zasępił się Hindus.

– Nieważne – ucięła stara. – Wyjaśnij mi, o co z tym listem chodzi. I nie ściemniaj. Obydwoje z kotem wiemy, że mój Józuś tego napisać nie mógł. Zdolności takich nie miał.

Rajat zbladł ponownie i wykonał ruch, jakby miał się ponownie rzucić na kolana i pozbawić łepetynę świadomości w prostym zabiegu tłuczenia nim o twardą posadzkę.

– Ani się waż! – krzyknęła Szeptucha.

– Dobrze. To ja wszystko opowiem. – poddał się Rajat i usiadł na podłodze po turecku. – List pisała moja szlachetna prababka, żona szlachetnego Jóźwy. On sam jej to nakazał, bo chciał, żeby list był napisany piękną polszczyzną, która była u nas w domu językiem salonów.

– To brzmi prawdopodobnie – zgodziła się babka.

– To jest szczera prawda, o pani! Zechciej zerknąć na drugą stronę dokumentu. Tam zobaczysz szlachetne zdanie skreślone ręką pradziada, który rodzinę naszą doprowadził do dobrobytu i ustanowił jedną z najważniejszych w stanie Assam!

– Dobra, już się tak nie podniecaj, dzieciaku – wymamrotała babka, jednocześnie wyciągając dłoń po pożółkły pergamin i kontrolując czas. Lela spóźniała się już dwie minuty.

Skreślone na odwrocie słowa były mocno wyblakłe i trudne do odcyfrowania. Jedynie bystre oczy Mruczka były w stanie odczytać cokolwiek.

– Olsiu! – rozpoczął kot.

– Chyba Olesiu? – zaniepokoiła się babka.

– Może i tak, ale niewyraźne jest! – wnerwił się zwierzak. – Mogę kontynuować?

– No czytaj, czytaj! – ponagliła Szeptucha.

– „Olisiu! Nie wiem, jak opowiedzieć to wszystko, co mi się przydażyło, odkąt twuj pociąg odjechał. Koham cie”. I tyle! – podsumował kot.

– No, w szkole nigdy za mocny nie był – usprawiedliwiła młodszego brata babka. –  Ale przynajmniej to jest autentyczny Józek.

– Znaczy, wierzycie mi, pani? – uradował się Rajat.

– Mów mi prababko, chłopcze! – odparła Szeptucha, otwierając szeroko ramiona.

A Rajat zrobił to, co zawsze mu najlepiej wychodziło, gdy na polecenie pradziadka wycinał w pień herbacianą konkurencję. Uniósł się dwadzieścia centymetrów ponad podłogę i pstryknął palcami. Burza z gradem rozpętała się wyłącznie nad polem Stachańskich.

– No, teraz to od razu widać, żeśmy rodzina! – zarechotała paskudnie Szeptucha i skontrolowała zza firanki stopień zniszczeń na polu odwiecznych wrogów. Po chwili odwróciła się i badawczo zlustrowała spojrzeniem Rajata. Na swój sposób młodzieniec był przystojny i dobrze mu z oczu patrzyło. No i te zdolności nadprzyrodzone… Widać Józek jakieś geny ze świętej pamięci matuli też wziął i sprawnie przekazał dalej. Zawsze myślała, że to tylko jej w udziale przypadło, a tu taka niespodzianka. Lelka pewnie go polubi.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Jestem, prababko! – zabrzmiał melodyjnie dziewczęcy głosik i do izby weszła najpiękniejsza dziewczyna, jaką Rajat kiedykolwiek widział. Stał jak wmurowany i gapił się na nią bez słowa.

– No co? – spłoszyła się Aurelia. – Na twarzy coś mam?

– Masz! – przytaknął drętwym głosem chłopak. – Masz na twarzy najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem!

Aurelka uśmiechnęła się, a babka zatarła ręce z radości. Ciekawe, czy szeptusza matka, a dla tych dzieciaków praprababcia Marysia, ucieszyłaby się, gdyby pierworodna córka tych dwojga odziedziczyła po niej imię? Wszystko było kwestią czasu. I pomysłowości Szeptuchy oczywiście.

 

Puszcza Biała, 5 marca1942 r. Późny wieczór

Olesia nie pamiętała, w jaki sposób wydostała się z wózka szmaciarza, a blondyn jej tego nie wyjaśnił. Ocknęła się, gdy promienie słońca ogrzały jej twarz. Usiadła i uśmiechnęła się z trudem do wybawiciela.

– Udało się? – zapytała.

– Witaj w Generalnej Guberni – zaśmiał się szelmowsko. – Jeśli już lepiej się czujesz, to nie traćmy czasu, przed nami jeszcze daleka droga!

Olesia wstała posłusznie i zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek mówiła blondynowi, dokąd zmierza. Uznała, że znów mówiła przez sen albo chłopak wiedzie ją w sobie tylko znanym kierunku, który jeszcze do niedawna pokrywał się z jej drogą do domu. Stwierdziła, że na razie nie ma sensu o nic pytać. Czas pewne rzeczy wyjaśni.

Przez dłuższy czas szli w milczeniu i robili naprawdę krótkie przerwy, tyle tylko, by dać stopom chwilę wytchnienia. Olesia maszerowała dzielnie. Nie poznawała okolicy, ale znajomy zapach lasu, tak inny od ponurych kniei pod Bydgoszczą, niósł otuchę. Serce dziewczyny napełniała powoli nadzieja, a w wycieńczone ciało jakby wstąpił nowy duch.

– Zaraz się ściemni – przerwał milczenie blondyn. – Musimy chyba zatrzymać się na noc.

– Nic podobnego! – zaprotestowała Olesia. – Czuję, że jesteśmy już niedaleko! Idźmy dalej, proszę!

– Jak chcesz – wzruszył ramionami chłopak.

Oczy powoli przyzwyczajały się do gęstniejącego z każdą chwilą mroku, a księżyc litościwie wskazywał im ścieżkę. Olesia dreptała z entuzjazmem, jej serce wypełniła radość zastępująca nieśmiałą nadzieję. Właśnie rozpoznała przecinki za tartakiem, do którego kiedyś przyjechała z tatulem. Jeśli się nie myliła, to do domu zostało nie więcej niż dwadzieścia kilometrów.

– Tu zostaniemy! – zadecydował chłopak i stanął.

– Tutaj? – zaśmiała się dziewczyna. – Zaraz będziemy w domu, to nie ma powodu na noc stawać!

– Ale ja nie powiedziałem, że na noc tu będziemy stawać – odparł spokojnie blondyn. – Ja powiedziałem, że tu zostaniemy. Przynajmniej niektórzy z nas.

Odwrócił się powoli i światło księżyca ukazało jego twarz, z której płatami odpadała skóra. Spod skóry wyzierały opalizujące łuski. Uśmiech spadł na mech wraz z posiniałymi wargami.

– Pożyczyłem sobie skórę od szeregowego Ulricha. Tego, który ci się tak przyglądał, pamiętasz? – wysyczał dusioł.

Olesia jak przez mgłę przypomniała sobie grupkę Niemców i trzask rozbitej na bruku butelki.

– Czytasz w myślach, prawda? – odpowiedziała pytaniem.

– No pewnie – przytaknął stwór, otrząsając się z resztek Ulricha i prezentując oślizgłe, pokryte łuskami cielsko.

– Czego chcesz ode mnie? – krzyknęła histerycznie Olesia, powoli się wycofując.

– Chcę cię zjeść.

Prostota tego stwierdzenia kompletnie kłóciła się z wszystkim, czego dziewczyna doświadczyła przez ostatnią dobę. Roześmiała się.

– To mogłeś mnie zeżreć w tamtym lesie! Po co byś mnie aż do domu miał prowadzić?

– A po co wy dusicie mięso na wolnym ogniu? Ja pieczonego nie znoszę. Mój obiad kruszeje pod wpływem okoliczności. Tu, na przykład, złamanej nadziei.

– Nie wierzę! – wrzasnęła Olesia.

– Czasem się ma chęć na szybki chleb ze smalcem, a czasem na bigos, który dochodzi na wolnym ogniu przez kilka dni. – wyjaśnił uprzejmie dusioł.

Uwierzyła.

A potem wydarzenia nabrały tempa.

Potwór podbiegł do Olesi z obnażonymi kłami, dziewczyna odskoczyła w bok i poczuła na ramieniu muśnięcie wiatru.

Nie bój się. To ja, Lucyna. Jestem z tobą.

Olesia uchyliła się i schowała za brzozę. Tam pieszczotliwie połaskotał ją po karku cień.

Olesia, nie daj się. No nie daj się, dziewczyno! Dokop mu, Szczurku!

Tak mówił do niej tylko Antek. Olesia odwróciła się w stronę jałowców i przerażona pobiegła przed siebie.

– Mamo! – krzyknęła spanikowana. – Mamo, ratuj!

Dusioł był tuż za nią. Dyszał z podniecenia i mlaskał ozorem.

Olesia wyhamowała i odwróciła się. Ścieżkę oświetlił migotliwy blask, a to pozwoliło jej zrozumieć, że nie jest sama.

– Nie boję się ciebie! – wykrzyczała potworowi w pysk i rozbłysła purpurowym światłem. Z jej dłoni popłynął dym i otumanił dusioła. – Będziesz mnie słuchać! – rozkazała. – Zostaniesz w głębi lasu i ludzi żreć nie będziesz!

– Jak chcesz – zgodziła się obojętnie zahipnotyzowana paskuda i umknęła w las.

Olesia odetchnęła głęboko i starła z twarzy zdradzieckie łzy.

Idź za światłem, Szczurku.

Nawet, jeśli Antek chciał powiedzieć coś więcej, to jego głos utonął w szumie brzóz. Właśnie zerwał się wiatr, a zza linii drzew wytoczyła się chmura, zakrywając promienie księżyca. Jedynym drogowskazem było teraz migotliwe lśnienie. Olesia pobiegła za nim, nie oglądając się za siebie.

Maria stała w oknie, osłaniając dłonią drżący płomień zaszeptanej świecy. Czekała cierpliwie. Wkrótce zza sąsiednich zabudowań wyszła, stąpając ciężko, jej jedyna córka.

– Olesia! – wrzasnęła Maria, wybiegając przed dom boso i w nocnej koszuli.

– Mamo! – załkała dziewczyna, a po chwili wpadła w ramiona matki i chciwie chłonęła ten najwspanialszy na świecie zapach. Poczucie bezpieczeństwa.

Tornado 6

Tornado 6

Cóż, muszę przyznać, że skończyły mi się pomysły i na koniec dnia pies pokonał mnie swoją żelazną konsekwencją i sprytem. Definitywnie zrezygnowaliśmy z umieszczenia go przy budzie, a zresztą i tak pewnie po jednym dniu bym zmiękła, zatem jakoś przełknęłam tę sromotną porażkę.

Skoro plany z budą okazały się fikcją, trzeba było wdrożyć plan B. Czyli regularne spacery oraz docelowo, pobyty psa w ogrodzie. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam szczelność ogrodzenia, mąż przymocował obluzowaną sztachetę i nasze życie pomału zaczęło wracać do normy. Dzieci zaaklimatyzowały się w szkole i dumnie puszyły się przed całą klasą, że ze szkoły odbiera je mama z psem. Tornado swoim cielęcym spojrzeniem i poczciwym pyszczyskiem na wejściu obłaskawił srogą panią woźną, i jako jedyny czworonóg w historii owej szkolnej placówki mógł swobodnie wchodzić nawet do szatni, a pani dyrektor powitała nas słowami „Ojej, jaki śliczny piesek!” Obskoczony przez rzeszę dzieciaków, szczęśliwy wdzięczył się jak gwiazdor na scenie i z dnia na dzień zyskał sobie rzeszę popleczników, którzy za nic w świecie nie chcieli mi uwierzyć jaki z niego cwany numer.

Jako że, w końcu otrzymał identyfikator z numerem mojego telefonu, choć właściwie to nie wiem po co, bo większość mieszkańców dzielnicy, po ostatniej akcji zna mój numer na pamięć, poza spacerami, mógł wreszcie zaznać nieco swobody w ogrodzie. Ja również, ponieważ Tornado upatrzył sobie we mnie swoją opokę i zaczął chodzić ze mną nawet do toalety. Nie odstępował mnie na krok, a mnie pomału zaczęły dopadać pierwsze oznaki manii prześladowczej. Po kilku dniach moja psychika siadła. Poczułam się śledzona, osaczona i inwigilowana przez psa, który skutecznie wtargnął w moją życiową przestrzeń ograniczając mi tlen i swobodę funkcjonowania. Na szczęście wyzdrowiał, zaliczył już większość szczepień i można było pomyśleć o kastracji, ale cóż, musiało jeszcze minąć kilka tygodni kwarantanny.

Pewna, że Tornado już się do nas przyzwyczaił, wypuściłam psa do ogrodu a sama zasiadłam z komputerem na tarasie, żeby w końcu trochę popracować. Minęło może pięć minut, jak doszło mnie szczekanie psa. Tylko niech mi kto powie, jakim cudem ten gad znalazł się w ogrodzie sąsiada? No jasne. Kompostownik. Pies sobie wskoczył, później przez siatkę i sruu… do sąsiadów. No pięknie. I co dalej? No jak to, co? Zagnałam psa z powrotem do domu i przystąpiłam do akcji przeniesienia kompostownika w jakieś miejsce bardziej oddalone od ogrodzenia. Ale to nie takie proste, bo do tego potrzeba było przynajmniej Goliata, by ruszył toto z miejsca, więc zmobilizowałam męża do pomocy. Kompostownik ani drgnął, więc nie było innego wyjścia jak podwyższyć w tamtym miejscu ogrodzenie. Klasyka. Castorama i do dzieła. Do wieczora parkan został skutecznie podwyższony. Nie ma siły, żeby go przeskoczyć choćby i o tyczce, więc pies, po raz kolejny tego dnia, wylądował na próbę w ogrodzie. Tę próbę zaliczył pozytywnie.

W międzyczasie przyszli do nas znajomi, Tornado zaprezentował się jak urodzony showman, a oni na wieść o jego wyczynach spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Że co? Niemożliwe, taki słodziutki, malutki piesio? Przesadzasz, kobieto, przesadzasz…

No tak. Nie sądziłam, że kiedyś dojdzie do tego, że ludzie przestaną wierzyć nam, tylko psu, ale Tornado właśnie wyraził chęć wyjścia na zewnątrz po raz kolejny. Oczywiście cały czas czujnie nadstawialiśmy ucha, czy aby nie szturmuje świeżo zamontowanych paneli przy kompoście, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

Tak, do chwili, gdy kolega nie wyszedł do ogrodu na papierosa.

– Słuchajcie? A dlaczego wasz pies biega u sąsiadów?

No tak, śmietnik. Tu na szczęście nie trzeba było już żadnych akcji specjalnych i dodatkowych wydatków. Wystarczyło tylko odsunąć kubeł na śmieci od płotu. Najpierw odsunęliśmy o metr. Po chwili namysłu, o dwa. Po czym spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i na wszelki wypadek schowaliśmy trampolinę do garażu.

Znajomi chyba w końcu uwierzyli :)

Szeptucha 7

Szeptucha 7

Uciec jak najdalej cz. 2

Bydgoszcz, 4 marca 1942 r. Stacja kolejowa

Budynek dworcowy szczelnie wypełniali podróżni, gorączkowo zmierzający w stronę peronu lub stojący w kolejce do kasy biletowej. Olesia rozglądała się dyskretnie w poszukiwaniu Staszka i Józka, ale – jak dotąd – nie zauważyła żadnego z nich. Pociągnęła za sobą Lusię w stronę kolejki.

– Ja gadać będę! – syknęła jej do ucha. – A ty cicho siedź.

Kolejka posuwała się powoli, a Olesia zaciskała nerwowo dłonie. W głowie odtwarzała sobie niemieckie słówka, które powinna powiedzieć możliwie swobodnie przy kasie. Właśnie nadeszła jej kolej, gdy Lusia pociągnęła ją za rękaw i gorączkowo wyszeptała:

– Zobacz, zobacz! Antek! – Wskazała drewniane ławki poczekalni.

– Milcz! – syknęła Olesia.

– Bitte? – odezwała się uprzejmie kasjerka.

– Ich… ich… – zająknęła się Olesia.

– Ja? – zastygła w oczekiwaniu pracownica niemieckiej kolei.

– Antek! – wrzasnęła na cały regulator Luśka i wybiegła z kolejki, machając entuzjastycznie ręką. – Tu jesteśmy!

– Poproszę dwa bilety do Cieszyna – wyszeptała po niemiecku Olesia, przerażonym wzrokiem obserwując swojego narzeczonego, który kompletnie ogłupiały wstał z ławki i przyjął ciężar rzucającej mu się w ramiona Lucyny wykrzykującej na cały głos entuzjastyczne i zdecydowanie polskie słowa powitania.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję Niemców. W ich stronę podbiegł patrol, a głowy wszystkich osób stojących w kolejce do kasy odwróciły się jak na komendę. Nawet bileterka uniosła się na łokciach ponad biurko i z zainteresowaniem śledziła przebieg zdarzeń. Żandarmi otoczyli durną Luśkę i bezradnego Antka, który potrząsnął przecząco głową, gdy patrol poprosił o dokumenty. Olesia rozglądała się w panice i namierzyła swojego brata Józka, stojącego kilka kroków od nich. Pokręcił głową, nakazując jej spokój, i bardzo powoli zaczął się wycofywać w stronę drzwi prowadzących na peron.

Luśka najwyraźniej załapała, że zrobiła coś bezdennie głupiego, i w panice przywarła do Antka. Ten odszukał spojrzenie Olesi stojącej na drugim końcu hali dworcowej i przez chwilę wpatrywał się w jej oczy. A potem żandarmi popchnęli jego i Lucynę w stronę drzwi wyjściowych. Luśka szlochała, a Antek obejmował ją mocno, próbując dodać jej odwagi. Podróżni zatracili zdolność generowania jakichkolwiek dźwięków. Cała hala zamarła w oczekiwaniu.

Budynek stacji przeszył terkot karabinów maszynowych. Ceglane ściany, kamienne posadzki i marmurowe lady omiótł zapach strachu i śmierci. Na stację wtoczyła się z gwizdem lokomotywa, ucinając napływające sprzed budynku dźwięki egzekucji.

– Słucham? – zwróciła się po niemiecku do Olesi kasjerka.

– Poproszę jeden bilet do Ciechanowa – odparła w tym samym języku dziewczyna.

– Jeden? – upewniła się Niemka.

– Tak, jeden. – Olesia nie odważyła się odwrócić w stronę poczekalni.

Kasjerka przyjęła pieniądze i wydała jej bilet, obojętnie się uśmiechając. W chwili, w której Olesia odchodziła od kasy, Niemka już jej nie pamiętała, profesjonalnie witając kolejnego podróżnego. Dziewczyna, próbując nie ściągać na siebie ciekawskich spojrzeń, przemknęła na peron. Gdy minęła drewniane wahadłowe drzwi, owiało ją lodowate powietrze. Wokół lokomotywy i wagonów krzątali się podróżni i pracownicy kolei. Olesia rozejrzała się po peronie w nadziei, że uda jej się znaleźć Józka, ale w kłębiącej się ciżbie było to kompletnie niemożliwe. Została wepchnięta do wagonu i po kolejnych szturchańcach udało się jej przykucnąć za ostatnią ławką przedziału. Obok niej usiadła na podłodze jakaś wieśniaczka z wiklinowym, gdaczącym koszem. Szok nie ustępował. Kiedy ma się niespełna dwadzieścia lat, życie jest czymś oczywistym. Śmierć jest sprawą abstrakcyjną, niemieszczącą się w strefie pojmowania świata, i nie jest istotne to, że chwilę wcześniej słyszałaś terkot karabinu.

Pociąg ruszył.

Ściśnięty w wagonach tłum zafalował i z rezygnacją poddał się kilkugodzinnej niewygodzie. Za brudnymi oknami śmigały obrazy opuszczonych wiosek, spalonych ostrzałem zagajników, i drutów kolczastych, na których osiadały zbłąkane płatki śniegu. Olesi było niewygodnie i zimno. Po kręgosłupie przebiegały jej dreszcze. Zamknęła oczy i zaczęła śnić.

– Olesia! – usłyszała głos mamy.

Jabłonka ugięła się ze skrzypieniem i spod korony liści wyskoczyły dwie niemiłosiernie brudne stopy. Ich właścicielka przez chwilę wierciła się na gałęzi, by po chwili zsunąć się na trawę.

– Idę, mamo! – odkrzyknęła.

Sad, skąpany w słońcu, pachniał owocami i mruczał złotymi pszczołami. Przy sztachetach wiły się krzaki malin obsypane owocami. Lato w tym roku było wyjątkowo łaskawe. Olesia pobiegła w stronę chałupy. Mama uśmiechnęła się do niej, a potem przybiegła stara Łopianowa i powiedziała absurdalne, niepasujące do tego ociężałego dnia słowa:

– Wojna się zaczęła!

Pszczoły nawet na chwilę nie przerwały swoich obowiązków. Ani myślały mieszać się w głupie ludzkie sprawy.

Pociąg mknął w stronę Generalnej Guberni. Olesia, skulona w kącie za ławką, próbowała nie dopuszczać do świadomości straty narzeczonego i najlepszej koleżanki z rodzinnej wioski. Miała tylko nadzieję, że Józek, jej brat, wyśliznął się jakoś ze stacji.

– Masz, jedz! – Trzepnęła ją w bok baba z wiklinowym koszem, podając suchara. – Jedz, dziecko.

Olesia spojrzała nieufnie na współpasażerkę, ale zapach jedzenia w końcu ją pokonał. Wzięła suchara i wymamrotała po niemiecku słowa podziękowania. Żuła go, nie czując kompletnie smaku, i wsłuchiwała się w stukot kół. Powtarzające się sekwencje dźwięków działały kojąco. Nie pozwalały dopuścić do otumanionego mózgu otaczającej rzeczywistości.

– Józek, gdzie jesteś? – wyszeptała bezradnie Olesia.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r.

– Jóźwa, powiedziałeś? – powtórzyła Szeptucha.

Rajat zamieszał łyżeczką herbatę, po czym natychmiast wstał i ukłonił się kilka razy, nieomal uderzając czołem w rant pieca.

– Dobra, dobra – osadziła go babka. – Siadaj i mów! Pradziadek? Józek?

Hindus zachłystnął się herbatką i natychmiast rzucił się na poplamioną wykładzinę.

– Józek! – Walnął energicznie czołem w linoleum. – Niech będzie błogosławione imię jego, i cześć rodu braminów, i boska warna moich szlachetnie urodzonych przodków!

– No, starczy już! Siadaj na zadku i gadaj wszystko jak na spowiedzi, calutką historię od samego początku.

Chłopak wstał z kolan i niepewnym krokiem podszedł do krzesła, rozcierając czerwone, najwyraźniej obolałe czoło.

– No nie mam, synuś, w kuchni dywanów, tak jak u was – cmoknęła z dezaprobatą babka. – I po co było tak łbem tłuc? Jeden masz tylko i do starości starczyć ci musi. A teraz opowiadaj mi, o co chodzi z moim Józkiem! Hindusem to on na pewno nie był – dodała Szeptucha odkrywczo.

– Nie? – zdziwił się Śri Rajat Abhijay Jóźwa.

– Nie! – odparła stanowczo.

– Szlachetna pani – ponownie napompował patosem swój głos Hindus. – Zechciejcie przyjąć z rąk mych ten dar bezcenny, który, wędrując przez obce krainy, najszybciej jak mogłem przywiodłem w twe domostwo. – Tu wsunął dłoń za połę koszuli, pogmerał chwilę, wyraźnie szamocząc się ze zwojami materiału, i mamrocząc po swojemu coś, co z pewnością nie mieściło się w kanonie konwersacji z damą z żadnej szerokości geograficznej.

Rajat wyciągnął wreszcie płócienne zawiniątko i – kłaniając się ostrożnie, by nie trzasnąć ponownie głową w stół – podał je Szeptusze. Ta z drżeniem rąk odwinęła materiał i na jej ręce wytoczyła się złota szkatułka. Jej wnętrza broniła maleńka zapadka zwieńczona rubinem wielkości paznokcia. Szeptucha pogmerała chwilę paluchem i wieczko odskoczyło. Wewnątrz szkatuły leżał pożółkły zwitek papieru. Babka wyjęła go ostrożnie i rozprostowała na stole.

Assam, 1945 r.

Najdroższa Olesiu,

tyle słów mi się pod pióro ciśnie…

Tak jak ty pewnie, ja również żałuję Lusi i Antka, i z każdym kolejnym rokiem zastanawiam się, czy udało ci się wrócić do domu, tak jak mi nie dane było. Tamte chwile na dworcu co noc mi się jawią niezależnie od szelestu herbacianych liści, westchnień mojej małżonki i stłumionych upałem pisków dzieci. Pierwszy raz w życiu zapłakałem, gdy twój pociąg odjechał w stronę Ciechanowa. Stałem na torach i płakałem. Jedyną rzeczą, która przyszła mi do głowy, był bieg w stronę morza. Potykając się o tory, biegłem na północ, i tak jak kiedyś przeklinałem las, który stał mi na drodze do Bydgoszczy, tak teraz cieszyło mnie każde smagnięcie sosnową gałęzią. Wydmy pokonałem w ciągu jednego dnia i kompletnie rozbity niepokojem o ciebie dotarłem do portu w Stettinie. Kręciłem się po redzie i w końcu wyczekałem moment. Statek nazywał się Kolberg. W swojej naiwności zakładałem, że ukryję się w maszynowni i za dzień lub dwa wyląduję w Kołobrzegu. Minął miesiąc i wymknąłem się na brzeg w Surat. Nawet nie wiesz, droga siostro, jak odmienny to był świat. Zapach powietrza, dźwięki i wszystko co mnie otaczało…

Udało mi się niepostrzeżenie ześlizgnąć po burcie do wody i dotarłem wpław na suchy brzeg. Nie rozumiałem nawet jednego słowa, a zapachy i odgłosy nie kojarzyły mi się z niczym znajomym. Miasto portowe wrzeszczało tysiącem śpiewnych rozmów. Gwar był porównywalny z kakofonią dźwięków, gdy Niemcy spędzali nas do wagonów na wywózkę. Bo przecież wtedy nawet niebo, choć podobno dzielimy wszyscy wspólny błękit, protestowało skłębionymi chmurami.

– Guzik prawda! – zaprotestowała babka. – Mój Józuś w życiu by się nie naumiał tak pisać. To nie jest list od mojego brata!

– Faaaake! – zamiauczał Mruczek, łypiąc na Hindusa spode łba.

Rajat zzieleniał na twarzy i natychmiast osunął się na linoleum. Trzepnął gorliwie łbem i zastygł w bezruchu.

– Patrz no, kocie! – zarechotała stara – Jakie to nieodporne te Hindusy! A nasza krew to niby, józkowa chyba.

Tranzystor stojący na lodówce wyśpiewał ostatni w tym sezonie sygnał „Lata z radiem”. Normalnie w latach osiemdziesiątych poleciałaby Urszula z dmuchawcami, ale to se ne vrati, więc ciszę nad nieruchomym ciałem Hindusa przeszyły jazgotliwe dźwięki jakiegoś paskudnego ugrupowania rodem z piekła, albo, co gorsza, z Niemiec. Skoczna melodyjka nie ocuciła Rajata, więc Szeptucha cmoknęła z dezaprobatą i nie bez wysiłku wciągnęła nieprzytomnego na okrytą narzutą wersalkę.

– Niech se odpocznie niebożę – zadysponowała babka, rzucając niedbale pergamin na stolik. – Chodź, Mruczek, na grzyby. Aurelka przyjdzie, to se duszonych zje.

Mruczek był ostatnim na tej planecie potencjalnym wielbicielem spacerów po lesie, ale mimo wszystko wolał towarzystwo wrednych jałowców i utyskującej babki niż tego dziwacznego przybysza śmierdzącego słoniowym łajnem. Parsknął szyderczo na widok słonia, który podjął beznadziejną próbę ukrycia się za obórką i – wyprężywszy ogon – skoczył pomiędzy kwitnące wrzosy. Słudzy Hindusa jakby się w powietrzu rozpłynęli.

 

Zichenau, 4 marca 1942 r. Zmierzch

Zziębnięta Olesia starała się bezszelestnie wymknąć się ze stacji kolejowej w Cieszynie. Przed budynkiem stało kilku Niemców, wyraźnie widocznych w świetle latarni gazowej. Jeden z żołnierzy właśnie rozgniótł niedopałek papierosa na bruku i spojrzał na dziewczynę. Ta zastygła jak schwytana w smugę światła sarna, ale po chwili zmusiła nogi do spokojnego spaceru w dół ulicy. Nie znała miasta, ale miała nadzieję, że zmierza w stronę ulic i budynków miejskich, które zdołają ukryć ją przed grupkami takimi jak ta.

Czuła na plecach wzrok młodego Niemca i wyobrażała sobie, że za chwilę usłyszy śmiercionośne „Halt!”. Tymczasem jedynym dźwiękiem był hałas stłuczonej butelki.

Ulrich zdjął badawcze spojrzenie z młodej kobiety i skupił się na swoich pijanych kolegach. Uskoczył przed strugą alkoholu cieknącego w stronę jego oficerek po nierównym bruku i kompletnie zapomniał o dziewczynie. Gustav, słaniając się na nogach, uwiesił się na nim.

– Heili, heilo… – zaintonował bełkotliwie.

– Ein Heller und ein Batzen, die waren beide mein… – zawtórował mu sierżant Schmidtke i była to ostania kwestia wokalna, jaką wygłosił w swym trzydziestoletnim życiu.

Stwór zwany dusiołem z pewnym utęsknieniem odnotował utratę tropu blondynki, ale burczenie w brzuchu zdecydowanie wykluczyło wybrzydzanie w kwestiach kulinarnych. Z umiarkowanym entuzjazmem zabrał się za pijanych niemieckich żołnierzy. Pierwszego rozdarł na pół bez zbytecznych ceregieli i pożarł w mgnieniu oka. Jak było do przewidzenia, reszta zaprotestowała jękliwie i chwyciła za karabiny. Wypluwane histerycznie naboje odbijały się rykoszetem od łusek potwora. Dusioł otrząsnął się z metalu i pobiegł za zataczającym się Ulrichem. Błoto kryjące się za brukowaną ulicą osunęło się, a Niemiec ugrzęznął w pułapce. Dusioł przełknął drugą nogę Ulricha, wypluwając z obrzydzeniem parę oficerek i jedną onucę. Druga zawieruszyła się bezpowrotnie. Jeszcze tylko drobny kęs i przeżucie kręgosłupa sierżanta Schmidtkego, i można ruszać w pościg za apetyczną Polką.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Podgrzybkowa górka

– Coś mi się, kocie, widzi, że nieogarnięty ten Rajat, ale jednak rodzina – westchnęła Szeptucha, siadając ciężko na pniaku.

– Miau! – uznał za stosowne skomentować Mruczek.

– Co ty taki podejrzliwy jesteś? – ofuknęła go babka.

– Miau!

– Wiem, list jest podrabiany, ale w dobrej wierze może?

– Faaaakeeee! – prychnął zwierzak.

– No wiem, ale coś w tym jest, musisz przyznać. Dzieciak może i beżowy z karnacji, ale do Jóźwy mojego jak dwie krople podobny.

– Miau! – spuentował Mruczek i wypuścił z zębów wiklinowy koszyczek. Osadził go łagodnie na mchu pomiędzy jagodzianami, i jak grzeczny kotek usiadł obok i zajął się toaletą ogona i okolic.

– No prawda, grzybki – zreflektowała się Szeptucha i umościła się wygodniej na sosnowym pniaku.

– Khe, khe – zakasłał Mruczek.

– No to raz i dwa! – klasnęła w dłonie babka. – Podgrzybki w dwuszeregu zbiórka! Robacze na powrót do lasu, a zdrowe do mojego podwórka! Prawdziwki do koszyka! Rydze odciąć nogi pełne łyka! Muchomory czerwone na stronę! A czerwieniejące, lasem pachnące, mają mi przynieść zające!

– Do letniej kuchni! – sprecyzował kot.

– No tak – zgodziła się Szeptucha i wstała. Puknęła kosturem w mech i nie oglądając się na koszyk ruszyła w stronę domu.

 

Bugmunde, 4 marca1942 r. Pięć minut przed północą

Olesia leżała nieruchomo za linią sosen i obserwowała oświetlony most łączący Rzeszę z Gubernią. Wokół panowała cisza. W budce strażników nie dało się odnotować najmniejszego ruchu. W mroźnym powietrzu widoczny był tylko oddech dziewczyny, która właśnie pojęła swoje beznadziejne położenie. Most był z obydwu stron opleciony zasiekami z drutu kolczastego. Patrole najwyraźniej stacjonowały po obydwu stronach rzeki w Nowym Dworze Mazowieckim. Motory zaopatrzone w karabiny maszynowe pilnowały wszystkich tras wylotowych. Nawet szczur by się nie przecisnął.

Dziewczyna zsunęła się po zmarzniętym parowie i wpadła wprost w ramiona chłopaka, który wyrósł przed nią kompletnie niespodziewanie. Wrzasnęła i odskoczyła jak oparzona. Blondyn wyglądał sympatycznie, ale dotychczasowe życie nauczyło Olesię, że obcym wierzyć zdecydowanie nie należy.

– Nie bój się! – powiedział łagodnie obcy. – Ja też chcę się tam przedostać.

– Naprawdę? – zapytała Olesia, właściwie głównie po to, by sprawdzić, czy ciągle potrafi mówić po polsku.

– Tak, znam szmaciarza, który jeździ codziennie przez most. Pomoże, ale musimy poczekać do rana. Może odpoczniesz? Ja będę czuwał – zapewnił blondyn i uśmiechnął się ciepło.

– Dziękuję – szepnęła Olesia i zwinęła się w kłębek na zmrożonym mchu.

Chłopak usiadł tuż obok i zdjął z siebie niemiecką, pozbawioną dystynkcji kurtkę wojskową. Otulił nią śpiącą dziewczynę i sam po chwili zachrapał.

Nowodworska noc rozkwitła bezchmurnym niebem i gwiazdami. Ziemię mogła toczyć agresją kolejna wojna, ale wszechświat miał to w nosie.

Wkrótce nad Nowym Dworem Mazowieckim narodził się kolejny dzień i nikt nie był w stanie temu przeszkodzić. A szkoda.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Tuż po grzybobraniu

Słoń najwyraźniej ponownie musiał iść na stronę. Nie zważając na człapiącą powolnie Szeptuchę w asyście cwanego kota przesadził ogrodzenie i wkradł się na pole Stachańskich

– Hłe, hłe! – skomentowała zdarzenie babka, strzelając Mruczka familiarnie w ucho.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

Szeptucha poszła do chałupy i włączyła komputery. Sprawdziła rozkład jazdy PKS i zsynchronizowała zegarek ze spodziewaną godziną powrotu Aurelki ze szkoły. Potem odpaliła Google. Była ciekawa, co tam w Indiach słychać. Po piętnastu minutach przedzierania się przez doniesienia z Bollywood natrafiła na całkiem interesujący artykuł o hinduskich warnach i kastach, który wyjaśnił jej nieco dziwaczne zachowanie Rajata. Jednak prawdziwą bombą okazał się okraszony czarno-białymi zdjęciami artykuł o uprawie herbaty w indyjskim stanie Assam. Jedno z nich po powiększeniu ukazało wąsatego mężczyznę trzymającego delikatnie w palcach młody, herbaciany pęd.

– Mruczek! – wrzasnęła babka. – Przynieś no mi okulary!

Samo w sobie było to niezwykłe. Szeptucha stanowczo twierdziła, że wzrok ma sokoli, a starość się jej nie ima.

Zwierzak wywrócił bursztynowymi oczami i leniwie wyprężył grzbiet.

– Rusz się, leniu! – Babka pstryknęła palcami i niewielkie wyładowanie elektryczne zdecydowanie spotęgowało motywację kota.

Zdjęcie było słabej jakości, ale rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości. Na zdjęciu był Józek. Cały, zdrowy i uśmiechnięty.

– Mój braciszek mały! – roztkliwiła się Szeptucha i ponownie pacnęła Mruczka w ucho.

– Co znów? – zaprotestował.

– Leć do kuchni, Rajata obudź, i go tu natychmiast przyprowadź. I ten list fałszywy przynieś! – zażądała stara i ponownie wpiła uzbrojone w okulary spojrzenie w zdjęcie Józka.

Szeptucha 6

Szeptucha 6

Uciec jak najdalej cz. 1

Bory Tucholskie, 3 marca 1942 r. Zmierzch

Znały las od zawsze, ale ten był inny, obcy i zdecydowanie przerażający. Chodaki zapadały się w marznącym z każdą chwilą błocie, a z ponurych, rzadko rosnących świerków bezszelestnie ześlizgiwały się płatki śniegu. Dziewczyny nie jadły nic od kilkunastu godzin, od chwili, gdy wycofały się do ostatniego szeregu robotników wychodzących z obory. Bauer ich nie zauważył, co zawdzięczały Józkowi. Zagadał zmyślnie przełożonego i odwrócił jego uwagę od dwóch młodych robotnic. Wraz z wolnością podszytą strachem nadszedł głód. Pierwsza załamała się Lusia Cyrankówna.

– Idź, Olesia, sama, ja tu ostanę – wyłkała, siadając ciężko na lodowej bruździe. – Prześpię się trochę, to potem dojdę.

– Lusia, podnoś zadek, bo na amen tu uświerkniesz! – zaprotestowała Olesia, przestępując z nogi na nogę. Wieczorne powietrze dźgało ją lodem po odkrytych stopach, otrzeźwiając umysł.

– Podnieś się, głupia, i w karby się weź! Za parę godzin Józek z Antonim nas dojdą. Obiecali tak.

– A gówno tam dojdą! – rozszlochała się Lucyna. – Jak się bauer połapał, żeśmy umknęły, to na pewno straże zwiększył.

– Nie gadaj głupot, idziemy! – tupnęła chodakiem Oleśka i odwróciła się w stronę zapuszczonej ścieżki.

– Siły już nie mam – pożaliła się Luśka i położyła się na zziębniętej ziemi w pozycji płodowej.

– Do Bydgoszczy nam trza, Luśka. Tam na chłopców poczekamy – łagodnie perswadowała Ola. – No rusz się, dziewczyno. Dasz radę.

Lusia nie zareagowała. Zwinęła się ciaśniej i zastygła w bezruchu. Jej towarzyszka wzruszyła ramionami i rozejrzała się dookoła. Między rzadko rosnącymi świerkami płowiał mech, ledwie już widoczny w mroku bezksiężycowej nocy. Olesia podeszła do choin, i zapierając się o twardniejące od mrozu błoto, zaczęła drzeć gałęzie. Otuliła nimi koleżankę, wymościła sobie posłanie i przywarła do boku Lusi. Chwilę później chojnicki las pogrążył się w mroku.

W gęstych ciemnościach kostniejąca z każdą chwilą Oleśka przypominała sobie wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin. Wcześniej myślała, że ucieczka Niemcom spod nosa to najbardziej przerażająca rzecz, jakiej będą musiały dokonać. Teraz zmieniła zdanie. Zdecydowanie bardziej okropna była ta ciemność.

Poruszyła się, czując, jak podrętwiałe z mrozu igliwie kruszy się pod jej ciałem.

Myliła się.

Dużo gorszy od spowijającej ją ciemności był paraliżujący chłód.

Kierzbudy, 1 września 2015 r. Południe

Mruczek przeciągnął się z lubością, aż mu stare kości zatrzeszczały, i zeskoczył z drewnianej ławy. Przed wejściem do chałupy panowało miłe słoneczne ciepełko, w którym kocur od rana się wygrzewał. Teraz nadeszła pora na południową przekąskę. Z letniej kuchni dochodziło interesujące brzękanie, a jej drzwi były gościnnie uchylone. Nawet biała firanka zawieszona w progu machała zachęcająco.

– No, wyspałeś się wreszcie, obiboku jeden! – Szeptucha rzuciła kotu spojrzenie przez ramię.

– Miau! Grrr! – zaszemrał wdzięcznie zwierzak i zaczął ocierać się kobiecie o nogi.

– No dobra, dobra. Masz! – Babka postawiła na ziemi spodek z mlekiem i pogłaskała wygrzany kark Mruczka. – No ciekawe, jak tam Lelka nasza w szkole. Oj, minę miała dzisiaj! – zarechotała stara.

– Miau! – odparł kot pomiędzy jednym a drugim chlipnięciem.

– No wiem, wiem! Mnie też do szkoły nie ciągnęło, ale to inne czasy były. Sianokosy były ważniejsze i cała dzieciarnia pomagać musiała. To komu tam lekcje w głowie były? Teraz to oni, mówię ci, mają jak w uchu. Patrzaj na Lelkę. A bo to ona się przejmować oprócz szkoły czymś musi? Jeść dostanie, na komputerze pogra, do koleżanek poleci…

– Miau? – wyraził dezaprobatę Mruczek.

– No dobrze, zgoda. Ma jeszcze trochę pracy z ziołami, ale przecież musi się nauczyć, które są pożyteczne i na jaką okoliczność. Wielkie rzeczy.

– Miau… – indagował zwierzak.

– No tak, tak, poszukać i posuszyć musi, paru pacjentów ze mną obejrzeć i tyle! Potem ma wolne!

– Miau! – parsknął śmiechem kot.

– Oj tam, parę lekcji programowania w Javie, kilka opowieści historycznych i obróbka materiałów dowodowych z kamer to przyjemność czysta jest!

– Miau!

– Tresurą stworzeń leśnych to ona sama z własnej woli się zajmuje – odparła z godnością babka.

– Miau! – prychnął z naganą Mruczek.

– Wiem, wiem. Teraz naukę będzie miała, to i czasu jej trzeba więcej dać. Rok jakoś zleci i znowu jej zrobię intensywne szkolenie. W niej jedyna nadzieja, Mruczek. Toć to moja prawnuczka i jedyna żeńska krewna. Drugiej okazji nie będzie. Co ja poradzę, że nam się same chłopy rodziły?

Kot otarł się o nogi babki, ale zaraz odskoczył. Z podwórza napłynęły dźwięki, które wydawać mogła jedynie eskadra gigantycznych zmutowanych komarów.

– Ki diabeł? – zdziwiła się Szeptucha i podreptała w stronę firanki.

Na podwórzu stała grupa ludzi.

– Jak oni tu wleźli? – zdumiała się stara. – Aurelka przecie postawiła za sobą wszystkie zaklęcia ochronne i nawet krzakom stróżowanie nakazała…

Mruczek ostrożnie wyjrzał zza nóg swojej pani. Irytujące komarze dźwięki emitowały dziwaczne gliniane flety, w które zajadle tłoczyło dwutlenek węgla kilku przybyszów. Wszyscy jak jeden mąż spowici byli w białe prześcieradła, a na głowach mieli bogato zdobione turbany. Ich ciemne twarze odcinały się od zwojów materiału. Wyginali się w rytm brzmiącej obco muzyki, ale stali w zwartej grupie.

– No dobra, Mruczek, raz kozie śmierć – powiedziała Szeptucha i stanowczo odgarnęła firankę.

– Cośta za jedni? – zapytała donośnie, kładąc ręce pod boki.

Faceci nie zareagowali. Dalej trąbili w te swoje komarze flety z uduchowionymi najwyraźniej minami. Ich gra była tak sugestywna, że podwórze zagęściło się od polskich skrzydlatych pobratymców. Niewielkich może, ale tak zajadłych tego lata, że napoczęci goście pogubili rytm, a paru nawet zaczęło się okładać piszczałkami po kąsanych goleniach. Chmura komarów, nic sobie z tego nie robiąc, zatoczyła krąg nad polaną i eskadrami opadała na przybyszy.

– Poszły! – ulitowała się w końcu babka i klasnęła w dłonie. Niedobitki insektów umknęły w gęstwinę lasu, reszta opadła pod nogi gości.

Owinięci w białe kiecki śniadoskórzy odzyskali uprzednią godność i wrócili do brutalnie przerwanego koncertu.

– Skaranie boskie! – zirytowała się babka. – Zaraz przywołam komary normalnie.

Nie wcieliła zamiaru w czyn, ponieważ zastępy grajków rozstąpiły się na boki. Faceci opadli w dwuszeregu na kolana, zostawiając pomiędzy sobą spory odstęp, i wtulili w mech śniade twarze. Zza maliniaka wyszedł majestatycznie słoń i podszedł do letniej kuchni. A na słoniu siedział czarnowłosy chłopak. Miał ciemną karnację, ale i zdecydowanie znajome rysy twarzy.

Bory Tucholskie, 4 marca 1942 r. Poranek

Olesia skostniała z zimna. Wiele już w życiu przeszła, ale nigdy nie przypuszczała, że skóra może tak strasznie boleć. Poderwała się na równe nogi i zaczęła nieporadnie podskakiwać, pocierać dłońmi o uda, ramiona, i wreszcie o klatkę piersiową. Właśnie zaczynała się cieszyć odzyskanym czuciem w kilkunastoletnim ciele, gdy jej wzrok padł na Lusię. Dziewczyna leżała dokładnie w tej samej pozycji, w której wczoraj zrezygnowana usnęła.

– Luśka! – szarpnęła nią koleżanka. – Luśka! Nie wygłupiaj się, wstawaj!

Dziewczyna nawet nie drgnęła. Jej sina twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Olesia niewiele myśląc przytuliła się do niej i zaczęła ogrzewać lodowate ciało własnym nikłym zapasem sił witalnych. Od dziecka to umiała. Nawet jak z dzieciakami kiedyś w Broku nad Bug poszła w maju przed wojną, i do wody wlazła, to jakoś tak umiała własnemu ciału przetłumaczyć, że nie ma się co trząchać, i że jest ciepło, aż sama w to uwierzyła. A teraz leżała przy Luśce i sobie wyobrażała tatową pierzynę, co to jej i chłopcom matula na łóżko rzucała, jak mróz chałupę ścisnął. I tak jak kiedyś w rzece, to teraz sobie umyśliła, że pierzyna grzeje ją i Luśkę, i niespodziewane gorąco popłynęło przez ciała uciekinierek. Lucyna otworzyła oczy i spojrzała na koleżankę.

– Wstawaj, niemoto! – ofuknęła ją Olesia, zapinając koszulę. – W drogę nam czas.

Lusia podniosła się oszołomiona, i dopinając garderobę, bez dyskusji podreptała na wpół zarośniętą ścieżką.

Normalnemu człowiekowi wydaje się, że bez trzech posiłków dziennie i nieustannego dostępu do napojów niechybnie umrze. Tymczasem zabija dopiero siódma doba bez picia i trzydziesta bez pożywienia, jeśli tylko mamy dostęp do wody. Marcowe zlodowaciałe bruzdy gubiły wodę i obnażały brunatne grzbiety. Lód w nieśmiałych promieniach słońca topił się bezpowrotnie. Olesia przykucnęła i wydarła kępę mchu.

– Pij, Lusia – poleciła koleżance i ścisnęła roślinę z całej siły. Z mchu wytoczyła się cienka strużka wody. O jedzeniu jeszcze na długo mogły zapomnieć.

Skąpany w porannych promieniach słońca las stał się mniej posępny, a temperatura otaczającego uciekinierki powietrza znacząco się podniosła. Olesia energicznie ruszyła przecinką w stronę Bydgoszczy. Po godzinnym marszu dotarły do torów kolejowych.

– O słodki Jezu! – przeżegnała się Lucyna i przykucnęła za zaroślami.

– Co znowu? – zirytowała się Oleśka.

– No nie widzisz? Tory!

– No widzę, przecież ich właśnie szukałam.

– Nie wolno! Niemce za łażenie po torach strzelają!

– Toć wiem – odparła z godnością Olesia i wyszła na tory. – Chodź, łamago, musimy się spieszyć. Musimy jakieś trzydzieści kilometrów leźć. Ruszże się, Lusia!

Kierzbudy, 1 września 2015. Kilka chwil po naruszeniu barier ochrony przez słonia.

– Ta twarz… – mruknęła pod nosem Szeptucha, nie spuszczając oczu z młodzieńca na słoniu. – Dam sobie emeryturę obciąć, że skądś go znam.

– Miau! – parsknął śmiechem Mruczek.

– Może nieduża emerytura, ale listonosz Walenciak co miesiąc jak w zegarku przynosi, więc mi tu nie parskaj, kocie! Lepszy wróbel w garści! A typek znajomo wygląda.

Wzmiankowany typek poklepał słonia po głowie i z wdziękiem wyhamował przed pergolą. Chwilę rozglądał się po okolicy, a potem dźgnął zwierzaka patykiem w bok. Słoń posłusznie przyklęknął i chłopak zwinnie zsunął się na polankę. Przyłożył dłoń do czoła w geście pozdrowienia i opadł na kolana, wtulając czoło w ściółkę.

– U nich to sucho musi być, tak mi się widzi, bo czołganie się po glebie w naszym klimacie to, Mruczek, wyzwanie niezgorsze – podsumowała babka.

– Miau! – ponaglil kot.

– Mówisz, witać się trza? – zasępiła się kobieta. – A bo to ja wiem, po jakiemu on gada?

Mruczek wygiął sugestywnie grzbiet w całkiem udanej pręgowanej wersji polskiego zminiaturyzowanego wielbłąda.

– Aaa! – odgadła bez pudła Szeptucha. – Myślisz? Jasny pieron, nie pamiętam, jak to było.

Kot wzniósł bursztynowe oczy ku niebu.

– Salam alejkum! – powiedział.

– Ano właśnie! Tak to szło – ucieszyła się jego pani.

Ciemnoskóry chłopak podniósł głowę, ale z kolan nie wstał. Spojrzał na Mruczka.

– Rad jestem z powitania, czcigodny kocie, ale racz zauważyć, że nie z krajów osmańskich przybywam, a z mojego macierzystego Bharat, czyli po polsku Indii – wygłosił czystą polszczyzną młodzieniec. – Do nóg twych i twej szlachetnej pani uniżonym sługą się kładę.

– O! – wygłosiła powitanie Szeptucha i podrapała się w zadumie po głowie. – To teraz, kocie, runęła twoja teoria, a ja przyznam, że własnej jeszcze nie obmyśliłam – dodała scenicznym szeptem.

Kot wzruszył ramionami, polizał od niechcenia łapkę i wycofał się na skąpany w słońcu fotel.

– Dezerter – syknęła Szeptucha.

– Witajcie, szlachetna pani! Rad jestem niezmiernie, widząc cię w zdrowiu i szczęśliwości – wciął się młodzieniec.

– Cześć, młody. Jakie wiatry cię tu przywiały? – zagaiła babka, nabierając głębokiego przeświadczenia, że obecność słonia, chłopaka i jego świty to Aurelki odwet za wykopanie jej do szkoły. Całkiem udatny dowcip, a i prawnuczki pomysłowość w sprowadzeniu słonia warta odnotowania.

– Meri samadźh men nahin aja!* – odparł na to chłopak i skłonił się głęboko.

*Nie rozumiem!

– Nie rozumiem – poskarżyła się babka.

– O! Rozmawia pani w hindi? – ucieszył się przybysz już po polsku. – Wybaczcie, pani, ale wasza mowa, choć brzmi w uszach jak niebiańska muzyka, to chwilami staje się niezrozumiałą.

– A skąd ty się tu, synku, wziąłeś, i czego tu u nas szukasz? – zadziwiła się na to Szeptucha, mając już milion procent pewności, że obecność chłopaka nie została zaaranżowana przez Lelkę. Bo słoń jak słoń, ale tak kwiecistej mowy nie posiadł żaden młodzieniec z okolicznych powiatów.

Bory Tucholskie, 4 marca 1942 r. Wczesne popołudnie

Przedmieścia Bydgoszczy wyglądały na kompletnie wymarłe. Rzadko rozrzucone chałupy miały okna zasłonięte kawałkami dykty, a przy obejściach nie pałętał się nawet kulawy pies. Żwirowa droga, na którą wyszły od strony lasu, w połowie ginęła pod czarnym błotem.

– Dokąd teraz? – zapytała Lucyna, stając przed kolejną kałużą.

– W stronę dworca idziemy, ale zamknij się, na miłość boską, tu po polsku gadać niebezpiecznie – odparła Olesia i zgrabnie przeskoczyła kałużę. – Chodź, już niedaleko!

W drewnianej chałupie po prawej stronie drogi jakieś oko przywarło do szpary w odrapanych, niebieskich okiennicach. Ruchliwa, wąska źrenica omiatała gorączkowo drogę i po chwili zatrzymała się na dwóch szczupłych, młodych blondynkach. Jęzor zamlaskał w paszczy, a na zbutwiałe deski skapnęła kropla śliny.

– Zobaczysz, jak tylko dotrzemy do stacji, to tam się napijem herbaty, zjemy coś i poczekamy na chłopców – dodawała otuchy koleżance Olesia. – A mój brat to już na pewno ze skóry wyskakuje, żeby się z tobą znowu obaczyć – zachichotała.

– Józek? – z powątpiewaniem zapytała Lusia. – A bo on ma co do mnie?

– A ma, ma! Tak jak Antek do mnie!

– Oj, Olesia, ty to z Antonim po słowie, a do mnie twój brat to nawet nigdy nie zagadał.

– Boć on nieśmiały do dziewcząt, Lusia, ale ja swoje oczy mam! – eksplodowała perlistym śmiechem Olesia i podskoczyła w miejscu. – No idźmy już, Luśka, jakoś tu strasznie, ducha żywego nie ma, a tam chłopaki pewno czekają.

Poszły, omijając kałuże, zaśmiewając się i przekomarzając. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuły wolność i beztroską radość życia. I nie miało znaczenia, że ich puste żołądki grały marsza, liczył się tylko cel podróży. Dla istoty, która nurzając swoje oślizgłe ciało w przydrożnym, wypełnionym błotem rowie podążała za nimi, to właśnie pusty żołądek miał pierwszorzędne znaczenie.

Centrum miasta przywitało je wzmożonymi patrolami Niemców, przechadzających się od niechcenia, ale rzucających baczne spojrzenia na przechodniów. Dziewczęta czuły się nieswojo, ale konsekwentnie, choć z przygarbionymi plecami przemierzały brukowane ulice. Bały się zapytać kogokolwiek o drogę na stację kolejową, by nie zdradzić się słowiańskim akcentem. Wolały nawet zmylić trasę, choć w tak niewielkim miasteczku było to nieomal niewykonalne. Wkrótce stanęły przed czerwonym budynkiem z rzędem ogromnych okien i wieżą zegarową. Z lewej strony był plac, na którym stał czarny mercedes i dwa wojskowe gaziki, a po prawicy, tuż za niedawno zasadzonym żywopłotem, wiła się brukowana ścieżka wiodąca do budynku stacji. W bocznych alejkach ustawiono ławki, na których przy lepszej aurze zapewne wypoczywali spacerowicze. Przed wejściem, z lewej strony, witał przybysza szpaler przyciętych schludnie klonów. Teraz pozbawionych liści i nie dających schronienia tym, którzy chcieliby się skryć przed wzrokiem ciekawskich.

Olesia i Lusia omiotły bezlistne klony obojętnymi spojrzeniami, ale stwór, wykorzystując każdy, choćby nawet niewielki załomek cienia, wślizgnął się zgrabnie za pokryte mchem pnie. Słońce zniknęło za ołowianymi chmurami i temperatura z każdą chwilą spadała. Na elegancko przystrzyżone trawniki przydworcowe opadał mokrymi płatami śnieg.

– Nic tu po nas, Lusia! – szepnęła Olesia i podreptała dzielnie w stronę budynku stacji. – I pamiętaj, ani słowa po polsku!

Kierzbudy, 1 września 2015. Tuż po niespodziewanej i niesamowitej defekacji słonia.

– Jezu słodki! Żadne grabie tego nie uniosą! – załamała ręce Szeptucha porażona możliwościami wydalniczymi jednego z największych znanych planecie ssaków.

Śniady przybysz poderwał się wreszcie z klęczek i zerknął przez ramię na ważącego setki kilogramów słonia. Wyprowadzał go na łąkę przed triumfalnym przybyciem, ale najwyraźniej zwierzakowi puściły nerwy. W sumie, dobrze że tylko jemu! – pomyślał Hindus i bohatersko odwrócił się, wystawiając wątłe, ascetyczne ciało na świdrujące spojrzenie babki.

– Wybaczcie, pani, zabrudzenie trawnika – odezwał się ugodowo. – Moi słudzy wnet uczynią z tym porządek.

– Mam nadzieję! – odparła oschle babka.

– Niewykluczone, że bezrozumnemu zwierzęciu udzielają się ludzkie emocje – wyjaśnił Hindus. – Ja, spadkobierca pokoleń, znam swoją misję, ale zwierzak najwyraźniej…

– Daj spokój! – przerwała wywód Szeptucha. – Chodź, właśnie herbatka się zaparzyła.

Młodzieniec przekroczył próg leniej kuchni z szelestem firanki, ale i z pewnym ociąganiem.

– Siadaj pod oknem. Z cukrem pijesz? Prawdziwy assam! – pochwaliła się babka, stawiając przed gościem kubek. – Ktoś mi na święta przysłał w zeszłym roku.

– Ja… – przyznał się cichusieńkim głosem chłopak.

– Ty? – zdziwiła się stara. – Ale dlaczego?

Zapadła chwila kłopotliwego milczenia, którą młody wykorzystał na opuszczenie głowy i wbicie wzroku w podłogę, a Szeptucha na odszukanie okularów i badawcze spojrzenie na twarz młodzieńca.

– Jak masz na imię? – zapytała na pozór niewinnie.

– Śri Rajat Abhijay Jóźwa. Dla przyjaciół Rajat.

– Jakżeś chłopcze powiedział? Jóźwa? – upewniła się Szeptucha.

– Po pradziadku – wyjaśnił przybysz i gwałtownie wstał, kłaniając się nerwowo.

– O słodki Jezu! – wyszeptała babka i złożyła nabożnie dłonie.

W kuchni zapadła cisza przerywana metalicznym odgłosem grabi wygarniających guano słonia z trawnika.

Szeptucha 5

Szeptucha 5

Najładniejsza gmina cz. 3

Sołtys Alojzy Gąsior zaparkował pod sklepem spożywczym, gdzie spodziewał się zastać Zenka Kapelusznego. Nie pomylił się. Zenek siedział na ławeczce i na widok sołtysa poderwał się na równe nogi. W dłoniach gniótł pustą puszkę po piwie.

– Zenek, zagrodę postawiłeś?

– A zgodnie z rozkazem, sołtysie! – zameldował Kapeluszny. – Wszystko gotowe, tak jak sołtys kazał. Podwójne żerdzie dałem nawet!

– No! To chodź Zenuś po wypłatę.

W sklepie duchota panowała, dzieciska sklepowej pałętały się pod nogami, a ona sama bacznie spojrzała na wchodzących. Rozpoznała Alojzego i rozpromieniła się w służbowym uśmiechu.

– A powitać naszego sołtysa kochanego! Dawno sołtys do mnie nie zachodził!

– A bo to, pani Jadziu, lepiej mi do Tesco w Szykowie pojechać. Ceny tu u pani zbójeckie.

– No co też sołtys opowiada! – obruszyła się sklepowa. – Toć wino najtańsze w całym powiecie.

– Pani Jadziu, co mi tam po tym mózgotrzepie? Na mleku złotówka narzutu, na chlebie też.

– A co ja mam na to poradzić? Jak wino poniżej kosztów, sprzedaję, to na nabiale muszę dorobić.

– No niby tak – zgodził się niechętnie sołtys. – No! Da pani dwa słodziutkie dla Zenka. Zapracował, zuch.

– Na miejscu? – zapytała uprzejmie Jadzia, patrząc na Kapelusznego.

– Może być, pani Jadziu, może być.

Alojzy opuścił sklep, odprowadzany ukłonami Zenka oraz profesjonalnym uśmiechem sklepowej, i udał się na oględziny zagrody. Zmyślnie Zenkowi wyszła. Ino kozy się w niej nie pasły. I to był problem.

Parę godzin trwało, zanim Lelka raczyła wrócić do chałupy. Szeptucha siedziała na fotelu, na jej kolanach walał się Mruczek, a telewizor szumiał miarowo, wypluwając kolejną porcję nieszczęść z całego świata w ramach serwisu wiadomości o dziewiętnastej. Monitoring pokazał wcześniej, jak młody kundel Stachańskich zakradł się w pobliże podwórka, a na spotkanie wybiegła mu Lelka, i rzuciła się w ramiona, co gorsze. Teoretycznie babka mogła rzucić zaklęcie bagna i zakończyć żywot Błażeja raz na zawsze, ale już się zdążyła przekonać, że jej prawnuczka jest bardzo wrażliwa, by nie powiedzieć histeryczna. Widoku tonącego Stachańskiego należało jej oszczędzić. Inaczej sprawę trzeba załatwić.

– Dobry wieczór! – burknęła od drzwi Aurelia i pomaszerowała w stronę wersalki.

– Kolację masz na kuchni. Żur i ziemniaki ze słoniną – poinformowała ją prababka.

– Nie jestem głodna – odpysknęła Lela i położyła się w butach na łóżku.

– No to dobranoc! He, he – zarechotała pod nosem Szeptucha i przeniosła się na łóżko.

Właśnie spływał na nią kojący sen, niosący genialne rozwiązania problemów, gdy w wieczorną ciszę wdarł się odgłos subtelnego siorbania zupy.

Sołtys Alojzy Gąsior kręcił się w łóżku i nie mógł usnąć. Sen z powiek spędzała mu nierozwiązana w dalszym ciągu kwestia zakupu kóz do gospodarstwa ekologicznego. Spędził kilka godzin, próbując rozgryźć tajemnicze allegro, ale najwyraźniej nie wiedział, gdzie ma klikać, a wpisywanie słowa „koza” w wyszukiwarkę Google zaowocowało definicją i opisem zwierzęcia wraz ze zdjęciami oraz propozycjami alternatywnych rozwiązań grzewczych. Nawet ze dwie agencje towarzyskie się trafiły, zanim sołtys, zniechęcony brakiem konkretnych informacji, wyłączył komputer.

Poranek wstał słoneczny i rześki. Szeptucha podniosła się dziarsko z posłania i wyszła na podwórze. Zza sosen wyłaniało się słońce, a wyżej zawisło bezchmurne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. Doskonały na pogodzenie się z prawnuczką i zmanipulowanie jej młodzieńczego, nieodpornego na pomysłową indoktrynację umysłu.

Coś nagle zaszeleściło za linią jałowców. Nie był to zając. Te doskonale wiedziały, czym grozi próba nieautoryzowanego naruszenia strefy ochronnej. Zza krzaków nadciągało coś większego i najwyraźniej nieświadomego istniejących zabezpieczeń.

– Halo! Halo! Jest tu kto? – wydarł się głos zza zarośli.

– Kto pyta?

– To ja, sołtys, Gąsior Alojzy!

– Aluś, to ty nie wiesz, że trzeba się zaanonsować, zanim się komuś z buciorami na posesję wlezie? – zbeształa go Szeptucha.

– Przepraszam, babko, ale sprawę mam zwłoki niecierpiącą! Mogę z krzaków wyleźć?

– No wyjdź – zgodziła się łaskawie.

Sołtys przedarł się przez jałowce i stanął nieopodal. Jego ramiona pstrzyły strzępki pajęczyn.

– O co chodzi, Aluś?

– Ach, babko! Ja wedle tych kóz do gospodarstwa! Nijak znaleźć ich nie mogę. W skupie powiedzieli, że tu w okolicy nikt nie ma.

– Na allegro szukałeś? – zapytała Szeptucha.

– Chyba tak, ale nic nie znalazłem.

– Chodź, chłopcze, do środka. Razem poszukamy – skapitulowała babka i weszła do domu, nie oglądając się na sołtysa.

Jak się kwadrans później okazało, na allegro sprzedawali kozy, ale z odbiorem własnym, i to gdzieś spod Rzeszowa. Wysyłki kurierskiej hodowca nie oferował.

– I co teraz? – zasępił się sołtys.

– A nic! – od drzwi odezwała się zaspanym głosem Lelka. – Trzeba znaleźć chiński sklep internetowy.

Jak się okazało, to, co było nie do przeskoczenia dla starszego pokolenia, najmłodsze rozwiązało w dwie minuty.

– Zamówiłam panu stadko dwudziestu sztuk – poinformowała sołtysa Aurelia. – W regulaminie napisali, że zamówienie realizują w dziesięć dni.

– I już? – z niedowierzaniem dopytał Alojzy.

– No, a co więcej ma być? – zdziwiła się nastolatka. – Kupione i tyle.

Szeptucha tylko wzruszyła ramionami i skinęła na sołtysa.

– Pora już na ciebie, Aluś. Akcję sprzątania zacznij lepiej, bo się na czas nie wyrobisz.

Alojzy poderwał się na równe nogi, i skinąwszy głową gospodyni, pospiesznie wyszedł z izby.

– I tak się do ciebie nie odzywam! – obwieściła prababce Lela i przepadła na godzinę w łazience.

Następne dziesięć dni upłynęło mieszkańcom na gorączkowym sprzątaniu wsi. Łatwo nie było, szczególnie w lesie, ale w końcu nawet przecinki zaświeciły czystością. A wkrótce nadszedł oczekiwany z niecierpliwością dzień. Do wioski wjechał TIR na białoruskich blachach, ze środka wyskoczył gadający po rusku skośnooki żółtek z plikiem papierów w ręku.

– Padpis nada! – Podetknął sołtysowi papier i usłużnie wetknął w rękę długopis.

A po chwili z rampy samochodu zeskoczyło stadko dwudziestu kóz, które Zenek zapędził do zagrody. Teraz to już tylko wystarczyło poczekać na unijną komisję. Nawet kwiaty były zamówione, a babka Łopianowa studiowała przepisy na wyrób sera z koziego mleka. Jedyną niedogodnością było to, że cholerne kozy chciały żreć wyłącznie ryż.

– Tak dłużej być nie może! – obwieściła Szeptucha Mruczkowi. – Już drugi tydzień Lelka się na mnie boczy. Szlag trafił szkolenie, a ten kundel Stachańskich pałęta się po moim podwórku.

Kot profilaktycznie nie zabrał głosu.

– Jak rozsądkiem nie wychodzi, to podstępem trza! – zawyrokowała stara głosem, który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego.

Do chałupy weszła właśnie naburmuszona Lela i bez słowa poszła za piec. Ostatnio na zmianę znikała w lesie i pływała w basenie.

Szeptucha odsłoniła kotarę, zza której wyłonił się szereg monitorów. Sękate palce przebiegły sprawnie po klawiaturze. Monitory rozbłysnęły przekazem kamer z wszystkich newralgicznych punktów wsi. Babka zostawiła sprzęt, ubrała się po cichu i podreptała w stronę sklepu. Niedługo miała się rozpocząć ceremonia powitania unijnej komisji.

– Panie sołtysie! Panie Alojzy! – Wrzask doszedł do namydlonych uszu sołtysa, gdy ten brał kąpiel.

– Co jest? – odkrzyknął, siadając prosto w wannie.

– Ryż się skończył! Kóz nie ma czym nakarmić! – darł się spod okna Zenek.

– No to im żreć nie dawaj!

– Ale panie sołtysie! One sztachety żreć zaczęły! Jeszcze z godzina i wyżrą całe ogrodzenie.

– Jasna cholera! Jesteś tam Zenek jeszcze?

– Jestem, panie sołtysie!

– To migiem wsiadaj w Punto i jedź po ryż do Wieprzewa. Piłeś coś?

– Tyle co nic – zaszemrał uspokajająco Zenek. – To ja polecę, co?

– Leć!

Lelka wróciła z basenu zmęczona, ale i zadowolona. Uzgodnili z Błażejem, że jutro uciekną i pojadą do Irlandii, a tam nikt nie będzie im już przeszkadzał. Dziewczyna owinęła włosy ręcznikiem i weszła do izby. I tu się mocno zdziwiła. Całą ścianę prymitywnej chałupy, dotychczas zasłoniętą szczelnie kotarą, pokrywał nowoczesny sprzęt komputerowy. Widziała wcześniej babcinego laptopa, nawet chińskich hurtowni kóz na nim szukała, ale tamten sprzęt był niepozorny i dotychczas na niskiej ławie stał. A tutaj? Centrum dowodzenia jakieś?

– O żesz w mordę.

Na monitorach przewijały się znajome twarze z wioski. Najwyraźniej babka miała kamery poukrywane absolutnie we wszystkich chałupach i wokół nich.

– Ha, ha, ha! – roześmiała się Lela na widok Zośki Pirynowej, która ukradkiem wspinała się po dzikim winie w stronę okna plebanii.

– Ale jazda! – krzyknęła na widok swojego młodocianego brata, który czołgał się z procą w stronę krów babci Błażeja.

– Ożesz kuźwa! – krzyknęła wreszcie, widząc w doskonałej rozdzielczości, jak Błażej migdali się w stogu siana z jakąś blondyną.

Po chałupie poszły iskry. Aurelia przestała kontrolować moc i wypłynęła z chałupy. Zagwizdała na maliniak. Krzaki ustawiły się karnie w dwuszeregu.

– Rację prababka miała! – wysyczała młoda Szeptucha. – Stachańskie plemię to zdrajcy! No to uważaj teraz, bo idę do ciebie, Błażejku.

Jakaś duchota taka stała w powietrzu, a sołtys pocił się okrutnie pod białą koszulą. Krawat dusił, a czarne lakierowane pantofle stanowiły istną torturę dla stóp. Zza węgła wytoczyła się czarna limuzyna i osiadła w piachu przed sklepem spożywczym. Ze środka wygramolił się otyły facet w garniturze i dwie wąsate baby w garsonkach. Całe towarzystwo rozejrzało się podejrzliwie po zabudowaniach, ale najwyraźniej nie mieli się do czego przyczepić, bo wkrótce szanowna komisja podeszła do delegacji w osobie sołtysa Alojzego Gąsiora i jego małżonki Eleonory. Po sztywnych powitaniach, ocieplonych familiarnym poklepywaniem się po plecach, szacowne gremium miało przejść do pierwszego punktu imprezy, czyli zwiedzania ekologicznej farmy kóz, ale nagłe zdarzenia zrujnowały plan wizyty.

Najpierw nad polem rozniósł się donośny głos Zenka Kapelusznego.

– Panie Sołtysie! Te cholery zeżarły ogrodzenie i zwiały do lasu!

Alojzy Gąsior nie zdążył się nawet oswoić z nabytą wiedzą, gdy przez wieś przetoczył się potężny grzmot.

A dalej to było tylko gorzej. Na drogę wypadła bogusiowa Aurelka, a jej stojące dęba włosy emitowały dziwne wyładowania elektryczne. Tuż za nią ze złowieszczym szelestem pędziły jakieś krzaki.

– Zamorduję! – darła się Lela. – Gdzie on jest?!

Krzaki rozpierzchły się po chałupach i zaczęły gałęziami tłuc szyby w oknach.

Sołtys osunął się zemdlony w ramiona wąsatej członkini delegacji unijnej.

– No proszę! – zacmokała z zadowoleniem Szeptucha, obserwując poczynania nieodrodnej, jak się jednak okazało, prawnuczki. – Demolka na całego – zarechotała.

Upajała się przez chwilę chaosem, ale sytuacja zaczynała być groźna i zdecydowanie należało podjąć działania wyciszające. Skrzyżowała palce za plecami i zaszeptała tłum. Na mieszkańców wioski spłynęła chwilowa amnezja, objawiająca się maślanym wzrokiem, chorobą sierocą i nieznacznym wyciekiem śliny z ust. Aurelka niezrażona szalała dalej. Krzaki pod jej przywództwem opanowały właśnie okoliczne dachy i przymierzały się do zrywania dachówek.

– Dość! – powiedziała stanowczo babka i pstryknęła palcami.

Lela otrząsnęła się i zsunęła się z komina. Podeszła do prababki.

– Do domu, ale już! – zadysponowała stara.

– Jak chcecie, prababko – wymamrotała ogłupiała Lelka i machnęła na krzaki.

– Krzaki zostają tutaj – zaoponowała Szeptucha.

– Jak chcecie, prababko – powtórzyła jak robot Aurelia i posłusznie podreptała w stronę chałupy.

Jeszcze tylko parę zabiegów kosmetycznych i można ruszać dalej.

– A tu widzicie państwo – Szeptucha, stając obok Alusia, powiodła ręką po okolicznych dachach – eksperymentalną uprawę malin. Jak się okazuje, południowe stoki dachów gwarantują roślinom nasłonecznienie zdecydowanie lepsze niż pola. W efekcie otrzymujemy ekologiczne owoce. Z tych z kolei pozyskujemy naturalne soki owocowe i lokalne wina.

– Brawo! – zaklaskała w dłonie wąsata blondyna.

– Brawo! – podchwycił sołtys, a po chwili klaskała cała oszołomiona gawiedź.

Szeptucha cmoknęła cicho na Mruczka i wycofała się z tłumu po angielsku. Miała dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a najważniejszą z nich był przelew na kwotę trzech tysięcy euro do Luksemburga. Tam właśnie mieszkał młodociany Jayden, mistrz animacji komputerowej i autor zgrabnej scenki na sianie z Błażejem w roli głównej.

– Miau! – wyraził dezaprobatę kot.

W odwecie usłyszał diaboliczny śmiech babki niosący się po lesie.