Browsed by
Tag: opowiadania

image_pdfimage_print
Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Inspirowana niedawną  fejsbookową konwersacją krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Historia wzajemnej niechęci mieszkańców Krakowa i Warszawy podobno rozpoczęła się od tego, że król Zygmunt III Waza bezczelnie odebrał Krakusom status pępka Polski. To musi boleć, przyznacie 😉

Z drugiej strony Warszawa z pewnością nie może przeboleć, że symbolem konkurenta jest piękny Wawel a w „stolycy” straszy stalinowski podrzutek zwany Pałacem Kultury.

I jeszcze odwieczna wojna o wychodzenie „na pole” i „na dwór”!

O wzajemnej miłości kibiców z naszych pięknych miast nawet nie ma sensu wspominać :)

W Warszawie mówi się o Krakusach, że są centusiami a w Krakowie o Warszawiakach, że to buce. Zadziwiające bywają reakcje. Warszawiak się tłumaczy, że stolicy oborę robi element napływowy, czyli słoiki, a mieszkańcy Krakowa twierdzą, że są Poznaniakami wygnanymi z Poznania za rozrzutność.

 

My nie będziemy dociekać, jak jest naprawdę. Nas temat bawi, i jak każdy inny, stymuluje nasze mózgownice. Hłe hłe.

zrzut

A! I zapamiętajcie dwie złote myśli:

Największą atrakcją Krakowa jest pociąg jadący do Warszawy

Kraków w Wiśle dupska myje a Warszawa wodę pije

diabeu_kopia

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Witajcie,

poniżej prezentujemy pierwszą część opowiadania Jagny, Po drugiej stronie szyby, które ukazało się drukiem w 71 numerze miesięcznika SFFH (wrzesień 2011).

Tekst zajął pierwsze miejsce w ankiecie czytelników na tekst numeru i otrzymał nominację do literackiej nagrody Sfinks 2012. Życzymy udanej lektury 😉

Po drugiej stronie szyby cz 1

Gdyby chodziło o koty albo psy, to może ktoś by się zorientował o co w tym szambie chodzi, ale jakbym za mało miał w życiu pecha, to inwersja dotyczy wyłącznie ryb, owadów i skorupiaków. Pada nagle człowiek na ziemię i nikt nie wie co się dzieje. Przyjeżdża karetka, wpadają sanitariusze z noszami i młody lekarz.

Mój, najwyraźniej na niekończącym się dyżurze, ma solidnie podkrążone oczy.

– Wylew – ogłasza autorytatywnie i macha na chłopaków, by pakowali bezwładne ciało na nosze. Ignoruje przyspieszone bicie serca i delikatny trzepot palców dłoni. Tak macha skrzydełkami opadający z sił motyl, który zaplątał się w pajęczą sieć. Tak rzuca się śnięty już prawie karp wyjęty z siatki. I wreszcie tak reaguje debilny układ nerwowy ryby, gdy jej jaźń przeniesie się do ciała człowieka. Gupik jest tak głupi, że nie jest w stanie podjąć najprostszych funkcji życiowych z wyjątkiem oddychania. Już sam fakt zamiany skrzeli na płuca i konieczność oddychania powietrzem atmosferycznym pochłania wszystkie możliwości rybiego instynktu. Siłą rzeczy, reszta funkcji ciała człowieka przechodzi na tryb awaryjny. Teraz już to wiem. Wtedy nie rozumiałem niczego, a jedynym co pamiętam jest ogłuszający gwizd w uszach.

Obraz z drugiej strony był nieco rozmazany, ale może to moje oczy nie nawykły jeszcze do zmienionej perspektywy. Widziałem wszystko zbyt ostro, a wpadające przez kuchenne okno światło uderzało w szybę z taką mocą, że mimowolnie odwróciłem się tracąc z widoku ciało wynoszone z pomieszczenia. W lewym rogu akwarium stała jaskinia zrobiona ze skorupy kokosa. Wiem, bo sam kiedyś rozłupałem orzech i wydrążyłem w jego połówce niewielkie wejście. Jakiś czas temu, gdy hodowaliśmy z żoną brzanki zdarzało się, że podczas tarła samice składały tam ikrę. Brzanki zdechły i akwarium zarybiliśmy neonami i durnymi gupikami. Jaskinia jednak została i właśnie do niej, w rozpaczliwych ruchach dziwacznego ciała zmierzałem. Na miejscu zastanowię się nad popieprzonym losem, jaki przypadł mi w udziale. Błyskawicznie skoordynowałem ruchy płetw i omijając kilka przeszkód w postaci napalonych samic dałem nura pod liście Anubiasa. Rozrósł się, skubany, pomimo mało sprzyjającego PH wody i dzięki temu dotarłem szczęśliwie do kokosa. Zza kamieni wylazł bowiem rak, zakała akwarium. Miałem go w zeszłą sobotę przenieść do mniejszego zbiornika, bo mi strasznie rośliny wyżerał, ale jakoś się nie złożyło. A teraz stał na piasku, sukinsyn, i skanował długimi wąsami okoliczne zielsko. Niby mięsożerny nie był, przynajmniej tak w sklepie zapewniali, ale ostatnio podejrzanie dużo rybek zniknęło. Nie wydaje mi się, żeby to był zbieg okoliczności. O milimetry unikając otarcia się o wąsy pomknąłem pod kłączem wprost do skorupy. W środku było ciemno, a nad głową siedział przyklejony do sufitu ospały glonojad. Spróbowałem dojrzeć, co dzieje się w kuchni, ale nie dałem rady. Szyba była zbyt daleko a obraz kompletnie zamazany. Na pewno paliła się lampa nad stołem. Żona pewnie pojechała z ciałem do szpitala, więc światło nie zgaśnie tak prędko. Oświetlenie akwarium pewnie też. Żarcia raczej dzisiaj nie będzie, ale tego durne gupiki nie mogły wiedzieć, więc krążyły niespokojnie pod lustrem wody. Nie miałem pojęcia co dalej, więc wcisnąłem się najgłębiej jak się dało do wnętrza kokosa i zapadłem w letarg.

– Co z nim? – zapytała kobieta.

Lekarz wzruszył bezwiednie ramionami, choć było widać, że bardzo się stara powstrzymać. Rutynowa znieczulica była jednak zbyt głęboko zakorzeniona, by ostatnia pogadanka ordynatora na temat ludzkiego podejścia do rodzin coś zmieniła. Poza tym po 16 godzinach dyżuru nie zwraca się uwagi na pierdoły. Człowiek koncentruje się na potrzebie zrobienia kupy, umycia zębów i zwalenia się na łóżko. Uczucia pacjentów, a tym bardziej ich rodzin schodzą siłą rzeczy na dalszy plan.

– Wylew – odparł lakonicznie, zastanawiając się, czy w klopie na pierwszym piętrze jest papier.

– Ale jakie są rokowania? – drążyła żona pacjenta.

– A tego to nie wiemy. Najpierw trzeba zrobić badania, zwołać konsylium… – powiedział lekarz, wiedząc, że nic takiego nie nastąpi. Największym luksusem, jakiego zazna w najbliższych dniach pacjent będzie niecierpliwe cewnikowanie w wykonaniu siostry Honoraty. A reszta to bajka, bzdura i sloganik obliczony na uspokojenie rozszalałych emocji krewnych pacjenta.

Kobieta przygarbiła się i postarzała o sto lat. Wprawdzie miała trzydziestkę, ale z dodatkową setką zamieniła się w staruszkę, która ślamazarnie pełznie do windy. Spojrzy jeszcze na męża, jeśli pielęgniarki z nocnej zmiany nie opieprzą jej za to, że budzi personel, a potem wróci do domu i usiądzie na łóżku. Może tam dotrze do niej absurdalność zdarzeń minionego dnia.

Zgodnie z moimi przypuszczeniami lampa nie zgasła przez całą noc. Ryby tłukły się po akwarium kompletnie zdezorientowane. Dla nich światło oznacza dzień i aktywność, więc prędzej zdechną z wycieńczenia, niż porzucą swoje zajęcia, których nie mają znów tak wiele. Żarcie, bzykanko i wydalanie. Ewentualnie okazjonalny kanibalizm, gdy któraś z samic gupika urodzi młode. Powoli docierała do mnie beznadziejność położenia. Jak mam przekazać żonie, że tkwię uwięziony w ciele płomiennie czerwonego gupika w naszym akwarium? No dobra, chwilowo miałem inne zmartwienia. Do jaskini podpełzł rak i właśnie zapuszczał wąsy do środka. Spanikowany glonojad czmychnął pod warstwę piasku i najwyraźniej próbował zrobić podkop, a ja zamarłem pod powałą i gorączkowo myślałem nad sposobem wydostania się z pułapki.

Jedyną rzeczą, jaka przyszła mi do głowy była próba wprowadzenia przeciwnika w błąd. Chwyciłem w usta kilka ziarenek piasku i nadymając skrzela wyplułem je w stronę ciekawskich wąsów. Rak na chwilę stracił orientację, więc omijając go z lewej wystrzeliłem ze skorupy orzecha w stronę filtra. Miałem nadzieję, że tam uda mi się choć na chwilę schronić przed tym cholernym żarłokiem. Jak cudu wyczekiwałem chwili, gdy moja żona pojawi się w końcu w kuchni. Tymczasem dryfowałem skulony w centymetrowej szczelinie pomiędzy szybą a tylną ścianą filtra.

Najgorsze są chwile, gdy się budzisz i na otumaniony, spowolniony mózg zwala się niepojęty ciężar zdarzeń minionego dnia. Żona otworzyła oczy. Błękitna zasłona wydymała się delikatnie w porannym, wiosennym powietrzu. Chwilę później kobietę dopadło wspomnienie męża leżącego nieruchomo na białej terakocie. Wstała i apatycznie poczłapała do łazienki. Lustro pokazało tę samą trzydziestoletnią staruszkę, która wczoraj snuła się po szpitalnych korytarzach. Kobieta narzuciła na plecy szlafrok i powlokła się do kuchni. Widok białych płytek podłogowych osadził ją w progu. Stała niezdecydowana czy ma wejść i jak gdyby nigdy nic zaparzyć sobie kawę, czy raczej wycofać się do przedpokoju i tkwić tam, aż nadejdzie koniec świata. To dziwne, ale rzut oka na rozświetlone akwarium pomógł jej podjąć decyzję. Przekroczyła próg i zgasiła jarzeniówkę. Po chwili namysłu włączyła ją ponownie i uniosła klapkę. Nasypała szczyptę pokarmu i skierowała się w stronę czajnika.

Gdy moja żona wsypała pokarm, gupiki zwariowały, a woda się zakotłowała. Powyższym emocjom towarzyszyło kolektywne oddawanie stolca, który serpentynami odrywał się od rybich dupek i łagodnie osiadał na piasku. Nic mnie tak nie wkurwiało jak czyszczenie dna z rybich odchodów i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego człowiek kontroluje, kiedy się wypróżnia, tak samo koty, psy i większość stworzeń, a ryba wali pod siebie i nawet o tym nie wie. A może wie, tylko ma to gdzieś. Przywarłem do przedniej ściany akwarium i patrzyłem na żonę. Plecy otulone białym szlafrokiem nachyliły się nad kuchenką i po chwili wyprostowały. W czajniku grzała się woda, a ogromna postać mojej małżonki zbliżyła się ponownie do akwarium.

– Jedzcie – powiedziała głaszcząc szybę. – Ja nie mogę.

Przypadłem do zarysu jej dłoni, ale taką sztuczkę zna większość regularnie karmionych rybek, więc nie wzbudziłem w żonie nawet cienia zainteresowania. Wyszła z kuchni i podejrzewam, że wybierała się do szpitala by odwiedzić moje ciało.

Niedługo minie doba od momentu mojego uwięzienia, a ja nadal nie mam pojęcia jak się stąd wydostać. Co więcej, zagrożenia znam wyłącznie z teorii, bo jestem zbyt tchórzliwy, by zbadać całe środowisko. Opieram się tylko na obserwacji z zewnątrz, ale jak się okazuje to zdecydowanie zbyt mało.

Skorupa kokosa najwyraźniej nie była bezpiecznym schronieniem, a siedzenie za filtrem nie popychało akcji ratunkowej do przodu. I jeszcze ten rak, skurwysyn. Żona się uparła, żeby go kupić. Ładny taki, mówiła, niebieski i taki samotny w tym sklepie! Kupiłem, co miałem zrobić? Przełknąłem nawet to, że chamidło ze sklepu bez mrugnięcia okiem wcisnęło mi polskiego raka, który rzekomo przyleciał specjalnie dla mnie z Tajlandii i zainkasowało 150 złotych polskich.

Wylazł właśnie ze swojego kąta i niespiesznie usiadł koło mojej ulubionej roślinki. Z godnością zignorował tabletki specjalnie dla niego kupionego pokarmu (50 złotych!) leżącego w zasięgu otworu gębowego. Niespiesznie uchwycił młody listek Anubiasa i odciął. Myślicie, że zjadł? A skąd! Poszatkował i wypuścił. Schowałem się za stertą fantazyjnie ułożonych czerwonych kamieni. Można powiedzieć,  że miałem tam względny spokój. Stanowczo odganiałem napalone samice, które co jakiś czas naruszały spokój mojej samotni. Byłem przekonany, że jako wyższy gatunek nie mam prawa ulec pierwotnym, prymitywnym instynktom. Poza tym – zdradzić żonę z samicą gupika? Niedorzeczne i nienormalne.

Nie ukrywam, że z każdą chwilą moja osobowość podlegała degeneracji. Nie czarujmy się – tkwiłem w akwarium. Na miłość boską, czy taki wariant życia komukolwiek się choćby przyśnił? Śmiem twierdzić, że nawet Hitchcock nie wymyślił czegoś tak idiotycznego. Ogarnęła mnie rezygnacja. Pewnie poddałbym się i wskoczył do filtra, by ten przemielił mnie na łuski, gdyby nie Bogdan.

– Funkcje życiowe są bez zarzutu – powiedział lekarz, ten sam, który kiedyś uporczywie myślał o tym, czy w toalecie na pierwszym piętrze jest papier toaletowy.

Gwoli ścisłości – nie było, ale przezorny lekarz zawsze nosi przy sobie gaziki.

– Co więc mu dolega? – zapytała kobieta.

– No więc konsylium orzekło, że pacjenta trzeba skierować na kolejne badania i …

– Jakie konsylium? W jakim składzie? Kto orzekł? Poproszę o nazwiska!

– Ale proszę się uspokoić! – wrzasnął, zdecydowanie niespokojny lekarz.

– Zadałam panu pytanie i czekam na odpowiedź!

– Ja nie muszę z ogóle z Panią rozmawiać, więc żegnam! – Uczeń Hipokratesa nadął się i odszedł.

Żona patrzyła przez chwilę w głąb korytarza, za którego rogiem właśnie znikał łopoczący, fartuch jej rozmówcy.

– A pies cię srał – wyszeptała i obróciła się na pięcie.

Z pewnymi wyrzutami sumienia opuszczała szpital i zostawiała w nim męża, ale po rozmowie z debilem, którego z nieznanych jej powodów ktoś mianował doktorem, nabrała pewności, że jedynie medycyna niekonwencjonalna coś tu pomoże.

Pod Wyszkowem, w otulinie puszczy Białej mieszkała pewna babka. Pekaes odchodził z Dworca Wileńskiego o 16.45. Żona podała kierowcy dychę i bohatersko wkroczyła w świat spoconych pracowników sezonowych. Droga, zakorkowana i pełna kolein doprowadziła autobus do skrętu z białostockiej na Długosiodło. Po obydwu stronach szosy rozpościerał się las. Kobieta wyskoczyła na pobocze i rozejrzała się. Zrobiło się dość późno i właśnie zapadał zmierzch. Droga znikająca w lesie za przydrożnym zajazdem sprawiała całkiem niezłe wrażenie. Gdzieś tam, za kolejnym zakrętem znajdowała się miejscowość, której próżno było szukać na mapie. Ba! Nawet Google Maps głupiały, gdy wpisywano nazwę owej wioski. Jedyną historyczną wzmianką o osadzie było rzekome uzbrojenie dachów w blachę na okoliczność przejazdu Towarzysza Gierka trasą białostocką. Plotki z połowicznym pokryciem w rzeczywistości.

No fakt, pojawiło się w wiosce kilku miastowych, coś tam pomierzyli, pomamrotali i za kilka tygodni do wsi wjechały cztery fury pełne zrolowanej blachy. Fachowcy wyskoczyli z szoferek i szybko poprzycinali surowiec. Ten z kolei został sprawnie zamocowany na północnej stronie dachów, skutecznie przesłaniając strzechę. Można uznać, że towarzysz Gierek, jeśli rzeczywiście przejechał trasą białostocką tuż za ruskimi czołgami, spuchł z dumy na widok kwitnących nowoczesnym budownictwem komunistycznych włości.

Jednak kobieta, przedzierając się z trudem pomiędzy krzakami dzikich malin, zupełnie o tym nie myślała. Miała świadomość, że zboczyła z głównej drogi, ale coś ciągnęło ją w zarośla, a instynkt podpowiadał, że zmierza wprost do chałupy babki. Spod nóg wyprysnął jej z przeciągłym miauknięciem spasiony, czarny kocur. Na wprost, nieznacznie zamaskowana gałęziami sosen majaczyła drewniana chałupa. W dwóch, niewielkich oknach widać było poblask płonącego w środku ognia. Kobieta skradała się bezszelestnie po wilgotnym mchu. Gdy drzwi otworzyły się przed nią z przeciągłym skrzypieniem, zamarła, ale po chwili ruszyła brawurowo do środka.

Bogdan sprawił, że w moje rybie ciało ponownie wstąpił duch człowieka, którym przecież ciągle byłem, ale coraz częściej o tym zapominałem. Z dużym trudem odpierałem awanse samic i zaczepki głodnych samców. Od trzech dni mojej żony nie było w mieszkaniu. W tym czasie wykorzystywałem liście, by schodzić z oczu rakowi. W kuchni nic się nie działo. Gupiki nadal kłębiły się pod otworem pokrywy. Żarcia nie było, ale po ostatnim karmieniu, tuż przed tym, zanim moja żona przepadła, pokrywka została krzywo położona. Dla ryb, owa szczelina oznaczała, że zaraz sypną jedzenie, więc trwały na posterunku od kilkunastu godzin. Ja wiedziałem, że nic z tego. Żona wyszła i najwyraźniej nie miała zamiaru prędko wrócić.

Kuląc płetwy przytuliłem się do kamienia i kalkulowałem siłę skoku. Gdybym się dobrze postarał, to może uda mi się wyskoczyć na pokrywę. To powinno wystarczyć. Zdechnę z braku wody i skończę tę bezsensowną szamotaninę.

Wystartowałem z samego dna i machałem ogonem jak oszalały. Zbliżając się do powierzchni zmobilizowałem wszystkie siły. Niepotrzebnie.

W chwili, gdy wyskoczyłem, coś pacnęło mnie w głowę.

Mucha. Mały śmierdziel i gównozjad wpadł w moją trajektorię lotu i unicestwił próbę samobójczą. Opadłem ze stęknięciem pod lustro wody. Mucha nic sobie z tego nie robiąc usiadła na wewnętrznej stronie pokrywy, zaledwie kilka milimetrów ponad zwierciadłem wody.

– Pan pozwoli, że się przedstawię, Bogdan hrabia Lubomirski – zabzyczała mucha.

– Bardzo mi miło, Krzysztof, obecnie gupik – odparłem, ledwie opanowując wściekłość.

– Wiem, wiem i współczuję koledze – odparł.

– Dziękuję.

Tylko to przyszło mi do głowy. Coraz mocniej odczuwałem w niewielkim i filigranowym układzie kostnym napór ludzkiego mózgu. Rybia fizjologia zwyczajnie tego nie wytrzymywała. Z każdym dniem coraz trudniej było zebrać myśli i dręczyły mnie koszmarne migreny. Mucha podająca się za hrabiego była elementem, który zdecydowanie wymykał się poza ramy.

– Długo tu Pan siedzi? – zagaił hrabia.

– Cztery doby, co daje…

– Dziewięćdziesiąt godzin piekła. Współczuję, ale muszę po namyśle przyznać, że do rekordzistów Panu daleko.

– A Pan? – zapytałem nerwowo trzepocząc płetwą ogonową.

– Ach! Przyjacielu! – zabzykał Hrabia z egzaltacją. – już ponad miesiąc tułam się po Warszawie w tej pożałowania godnej postaci.

– Ale jak to się stało? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Normalnie, drogi przyjacielu. Miałem nieszczęście nawiązać niepożądany kontakt wzrokowy z muchą, która nieszczęśliwie wylądowała na moich blinach. Chcąc służbie oszczędzić fatygi osobiście pstryknąłem to nieszczęsne stworzenie w skrzydełka. I to był błąd. Zaplątała się nieboga w ziarnach kawioru i spojrzała z wyrzutem, ociężale machając skrzydełkami. A po chwili …

– Zassało Pana? Takie dziwne uczucie kurczenia się pod skórą…

– I ten niewyobrażalny pisk, chce się aż rękoma uszy zatkać …

– Ale nie można, bo te są już płetwami …

– Skrzydełkami gwoli ścisłości. – doprecyzował hrabia Bogdan i fachowo zabzyczał . – Ale o czym to ja mówiłem?

– O kawiorze.

– No tak, tak. Więc spanikowany oderwałem skrzydła od kawioru i w swej przytomności umysłu podfrunąłem na pobliski żyrandol. A moje ciało, dobrze z tej perspektywy widoczne zaczęło zachowywać się w sposób całkowicie kompromitujący członka rodziny, która męstwem wsławiła się w czasie bitwy …

– Ciało upadło? Pogrążyło się w śpiączce? Zamknięte oczy i delikatne, prawie niezauważalne trzepotanie dłoni? – przerwałem niecierpliwie.

– Niezauważalne? Drogi przyjacielu – zabrzęczał hrabia – moje biedne, opanowane przez owadzi móżdżek ciało zaczęło gwałtownie machać rękoma, najwyraźniej w nadziei na wydostanie się z restauracji drogą powietrzną. Muszysko, nie rozumiejąc, że coś się zmieniło, zaczęło w panice miotać się po restauracji i tłuc wszystko, co stanęło jej na drodze. Potem obezwładnili ją kelnerzy, ktoś wezwał pogotowie. Wpadli, w kaftan owinęli, nawet się jakiś paparazzi trafił i zdjęcie zrobił.

– Poleciał pan za ciałem?

– Próbowałem, ale zgubiłem karetkę tuż za Puławską. Jakiś wróbel mnie wypatrzył i musiałem się salwować ucieczką do pobliskiego sklepu mięsnego, gdzie w obecnej postaci nie byłem zbyt mile widziany. – Hrabia Bogdan umilkł zatapiając się w dramatycznych wspomnieniach.

– Rozumiem – wypełniłem po chwili ciszę, przerywaną wyłącznie pluskiem wody lejącej się z filtrów. – U mnie było zwyczajnie. Padłem w kuchni na terakotę, żona zawołała pogotowie, przyjechali, zabrali i tyle.

– A wie Pan, dokąd Pana zawieźli? – zapytał hrabia.

– Pewności nie mam, ale myślę, że do szpitala rejonowego – odparłem. – Zresztą, cóż to ma za znaczenie?

– Wbrew pozorom jest to szalenie istotna informacja, drogi Panie. Zapewne Pan wie, że nasze godne pożałowania położenie nie jest przypadkiem beznadziejnym i …

– Chce Pan przez to powiedzieć, że zamianę można odwrócić? – przerwałem mu niezbyt grzecznie.

– Otóż podobno można, co w sumie byłoby logiczne, aczkolwiek w dostępnej literaturze medycznej nie znajdzie Pan opisu jakiegokolwiek przypadku inwersji wtórnej, choć z pewnością wiele przypadków rzekomych udarów, czy też nagłego obłąkania doskonale pasuje do objawów towarzyszącym inwersji pierwotnej.

– Inwersji?

– Od łacińskiego inversio, czyli zamiana – wyjaśnił hrabia uprzejmie. – To niezmiernie ciekawe, bowiem pierwsze zapiski, jeszcze z czasów Imperium Rzymskiego w których owo sformułowanie się pojawia w niewyjaśnionym dla czytelnika kontekście, mogą oznaczać, że zjawisko nie jest czymś nowym i powiedzmy związanym z jakimiś mutacjami, zatruciem, czy nadmiarem telewizji …

– … lecz jakimś starym procesem, któremu nie my pierwsi ulegliśmy. – dokończyłem.

-W istocie, do podobnych wniosków doszedłem pomieszkując w Bibliotece Narodowej. Tam też studiując wszelką dostępną literaturę próbowałem ustalić dokąd trafiło moje ciało.

– No a nie mógł pan wpisać w Google? – zapytałem.

– Drogi panie Krzysztofie! Mucha waży setne części grama. Gdybym się nawet spod sufitu rozpędził w celu natarcia na konkretne klawisze, jedyne co bym tym sposobem zyskał, to trwałe uszkodzenie skrzydeł, przylg i wyjątkowo delikatnego szkieletu.

– Czy jest dla nas jakikolwiek ratunek?

– Otóż niewykluczone, że jest. Jeśli moje badania mają pokrycie w rzeczywistości i, jeśli rozumiem grekę oraz łacinę w dostatecznym stopniu, to ponowne nawiązanie kontaktu wzrokowego powinno odwrócić proces.