Browsed by
Tag: opowiadanie

image_pdfimage_print
Święta Szeptuchy

Święta Szeptuchy

 

Ogień wesoło trzaskał w kozie, a Szeptucha siedziała wygodnie w fotelu. Obok, na wersalce, leżał z łapami wyciągniętymi do góry Mruczek. Wyglądał groteskowo. Najpierw był łeb z nosem skierowanym w drewniany sufit, dalej łapki, potem gruby brzuch przypominający balonik, a jeszcze dalej… A jeszcze dalej to nie wiadomo, bo zza brzucha nic więcej nie było widać. Kot się przeciągnął i smacznie ziewnął pokazując komplet kłów.

– Odchudziłbyś się spaślaku – zarechotała stara. – Wyglądasz jakby cię nadmuchali.

Kot parsknął z oburzeniem i usiadł. Zaczął od niechcenia myć łapkę, potem przeszedł do wydętego brzucha by w końcu podjąć karkołomną próbę toalety okolic ogona.

– No wiesz – żachnęła się Szeptucha. – Czy ja przy tobie…

Kot przerwał wylizywanie futerka i zatopił w babce badawcze spojrzenie zielonych oczu. Wyglądał na urażonego, a z pewnością porażonego wizją Szeptuchy dokonującej publicznie mycia okolic ogona. Babka nie miała ogona, więc wizja była tyleż obsceniczna, co bezsensowna. Mruczek wstał i ostentacyjnie odwrócił się od babki. Wyprężył ogon pokazując starej, gdzie ją ma i spiął się do skoku.

Zamierzał majestatycznie zeskoczyć z wersalki, ale w chałupie nagle rozległ się huk. Wytrącony z równowagi kot stracił płynność skoku i rozpłaszczył się bezradnie na niewielkim dywaniku.

– Prawie jak antylopa! – zarechotała babka i ze stęknięciem wstała z fotela. – Coś mi się kocie widzi, że chyba znowu gościa mamy. Zbieraj się z podłogi i idziem.

Mruczek podniósł się niechętnie i podreptał za babką. Stan niechęci pogłębił się, gdy zobaczył aurę za drzwiami. Lało jak z cebra. Deszcz, kompletnie nieprzejęty faktem, że za tydzień zaczynały się święta, lał równo dzień i noc, z zapamiętaniem tworząc zwałowiska błota na podwórku. Dodatkowo zawodził wiatr. Pędził z zawrotną prędkością i ze złowieszczym świstem poganiał za sobą krople deszczu. Mruczek nigdy wcześniej nie widział deszczu, który pada poziomo.

– Miau! – zaprotestował gorąco, widząc, że babka dziarsko zakłada gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy.

– Chodź leniu!

Mruczek wystawił ostrożnie łapki za próg i z obrzydzeniem się wycofał. Stara zrobiła dwa kroki. Błoto zassało kalosze z głośnym cmoknięciem. Szeptucha przez chwilę bezskutecznie siłowała się z żywiołem.

– Diabli nadali! – mruknęła pod nosem i pstryknęła palcami.

W jednej chwili błoto stężało a wielkie krople deszczu opadały na nie ciężko i zamiast wsiąkać w kolejne bajora, tworzyły wielkie bańki jak na asfalcie, a potem spływały w stronę lasu.

– No! – sapnęła triumfalnie stara i żywo pomaszerowała w stronę stodoły.

Kierunek wybrała nieprzypadkowo. Nawet przy tak ograniczonej widoczności, łuna nad drewnianym budynkiem była doskonale widoczna.

– Pali się? – zapytała retorycznie, pamiętając doskonale czasy, gdy podczas każdej burzy parę chałup szło z dymem. – Niemożliwe – dodała po chwili. – Zima jest. Zimą piorunów nie ma. Musi być, łuna, z innego powodu nad stodołą się objawiła.

– Miau! – potwierdził Mruczek stąpając niepewnie po stężałym przez zaklęcie błocie.

– Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Idziemy Mruczek!

Drzwi stodoły były zamknięte. Nie dziwota. Babka osobiście zaryglowała wrota, żeby Lucynie było ciepło. Słoń dzielnie znosił polską niepogodę, ale minimum komfortu zdecydowanie mu się należało. Babka odryglowała drzwi tknięta nagłym impulsem troski o indyjską słonicę. Lelka z Rajatem wyjechali do Indii i opieka nad zwierzęciem spadła na Szeptuchę.

– Lucyna! – szepnęła babka. – Lucyna, wszystko w porządku?

Tajemnicza łuna najwyraźniej miała swoje źródło za belami siana pod przeciwległą ścianą stodoły. Nieźle oświetlała boks Lucyny, która widząc babkę zatrąbiła na powitanie.

– Ciszej, gadzino! – syknęła babka, nerwowo spoglądając w stronę czerwonej poświaty.

Mruczek oszacował sytuację i w kilku susach dopadł do Lucyny. Wdrapał się na słoniowy grzbiet i schował za ogromnym uchem.

– Dekownik! – parsknęła babka.

Szeptucha ostrożnie wspięła się na bele siana i powoli wychyliła głowę. Widok był zgoła tragiczny. W rogu stodoły leżała kupka potrzaskanego drewna a obok kilka szarych zwierzaków. Wyglądały jak łosie.

– Diabli nadali! Kłusownik jakiś magazyn sobie u mnie założył? – zapytała retorycznie i po cichu.

Odpowiedzi nie uzyskała i wcale się jej nie spodziewała. Tym większe było zdziwienie, gdy jedno ze zwierząt poruszyło się niemrawo, a czerwona łuna oświetliła Szeptuchę i na moment ją oślepiła.

– Co tu się do cholery wyprawia?

– Pomóż – odezwał się głos z czeluści siana.

– A ktoś ty?

– Joulupukki.

– Jo… co? – zacukała się Szeptucha.

– Mów mi po polsku, po prostu Mikołaj – dobiegł stłumiony głos. – Pomożesz mi w końcu? Utknąłem pod saniami. Trzeba renifery wyprzęgnąć najpierw.

Stara zamrugała oczami i dokładniej przyjrzała się pobojowisku. Szare renifery zlewały się w masę poprzetykaną gdzieniegdzie rogami i kopytami. W czerwonym świetle wyglądało to nieco upiornie. Idąc tropem czerwonej łuny, Szeptucha napotkała wielki i świecący nos jednego z reniferów.

– Rudolf – mruknęła do siebie i przykucnęła.

Wyglądało na to, że wszystkie zwierzaki przeżyły, ale niektóre kopyta zwisały pod dziwnym kątem. Połamane, w najlepszym przypadku zwichnięte.

– Poświeć no tym nosem tutaj, kochaneczku – poleciła stara. – Zobaczymy, jak was rozplątać.

Rudolf posłuchał i nie bez trudu, bo przecież był unieruchomiony, wykręcił łeb w stronę połamanego dyszla.

– Niedobrze – zacmokała Szeptucha. – Jakby tak zastosować…

– Co tam tak szepczesz? – odezwał się spod sań zniecierpliwiony Mikołaj.

– Szeptuchą jestem, to szepczę – odcięła się babka. – Jak chcesz spod tych zwierzaków wyleźć, to się zamknij i daj się skupić.

Mikołaj posłusznie umilkł, choć nie odmówił sobie niecierpliwego prychnięcia. Stara nic sobie z tego nie robiąc podjęła poprzednią myśl.

– Jakby tak dać zaklęcie na supły w sznurówkach. Tu kaliber trochę większy, ale w sumie co szkodzi spróbować? – zapytała retorycznie.  – Na polu ziemniaki, a w lesie borówki, przybądźcie myszy rozwiązać sznurówki! – wydeklamowała po chwili.

Nic się nie wydarzyło. No może z wyjątkiem tego, że spod sań rozległo się kolejne prychnięcie. Tym razem zdecydowanie lekceważące. Szeptucha zignorowała je z godnością.

– Znaczy się, trza kaliber zwiększyć – powiedziała pod nosem. – Te, Rudolf, weź no poświeć jeszcze raz. Muszę się lepiej tej plątaninie przyjrzeć. No dobra, to może tak: Na polu krowy, a obok pegieery, przybądźcie skrzaty uwolnić renifery!

Spod sań tym razem nie dobiegł żaden dźwięk. Za to w kilku miejscach stodoły zaczęło szeleścić siano. Spomiędzy bel powysuwały się ostrożnie szpiczaste uszy, a za nimi głowy z rozczochranymi włosami.

– No! – powiedziała z satysfakcją Szeptucha. – Weźcie no kochaniutkie rozplączcie te bydlęta.

Skrzaty, od zawsze dobrze traktowane w obejściu Szeptuchy, skwapliwie ruszyły na pomoc reniferom. Po paru chwilach wszystkie zwierzaki zostały wyprzężone. Wstały wszystkie, ale trzy wyraźnie utykały a jeden trzymał podkurczoną lewą, tylną nogę. Musiała być złamana. Skrzaty zaparły się w tym czasie z całej siły i podniosły sanie pod którymi leżał, nonszalancko wsparty na łokciu Mikołaj. Miał wyraźnie znudzoną minę.

– W końcu! – oznajmił i dość dziarsko podniósł się z ziemi.

Babka, w obliczu takiej bezczelności, po raz pierwszy w życiu zapomniała języka w gębie.

Mikołaj siedział na wersalce i z lubością pożerał drugi talerz żuru. Wcześniej ściągnął czerwoną kurtkę i przewiesił przez oparcie krzesła. Teraz lekko popuścił czarnego pasa i z zadowoleniem poklepał się po wydatnym brzuchu. Flanelowa koszula wyglądała, jakby miały jej zaraz trzasnąć wszystkie guziki.

– Doskonały żur – pochwalił.

– Wiesz co to żur? – zdziwiła się babka. – To by znaczyło, że wy tam w tej Laponii wcale tacy dzicy nie jesteście jakby się wydawało.

– Droga koleżanko! – zaczął Mikołaj protekcjonalnie – Zapomniałaś chyba, kim jestem. To przecież oczywiste, że wiem wszystko. Przecież od lat podróżuję po całym świecie!

– Taaa…. Przez jeden dzień w roku – mruknęła pod nosem stara.

Mikołaj wyraźnie się obraził, ale potem spojrzał tęsknym wzrokiem w pusty talerz i chytrze przekalkulował, że foch w jego położeniu zupełnie się nie opłaca.

– A nie miałabyś jeszcze trochę tych pyszności? – zagaił z nadzieją w głosie.

Szeptucha westchnęła i wstała.

– Na kuchni stoi, nalej sobie – odparła. – Ja idę zobaczyć, jak się mają renifery.

Zostawiła faceta w stanie kompletnego oszołomienia. Wyglądało na to, że nigdy wcześniej nie musiał sam sobie zupy serwować. Użaliła się pod nosem na biedną Mikołajową, która najwyraźniej nie miała łatwego życia z takim gwiazdorem i narcyzem, i podreptała do stodoły. Wcześniej nakarmione i opatrzone zwierzęta stały grzecznie, zbite w ciche stadko. Rudolfowi całkiem wysiadło światło. A może działało wyłącznie po podłączeniu do sań? Szeptucha odruchowo spojrzała na nie. Były częściowo połamane, ale nawet na laickie oko starej, z pewnością da się je naprawić. Potrzeba tylko wysłać kogoś po sprytnego stolarza. Kogoś dyskretnego, kto przy okazji nie rozpowie po całych Kierzbudach i Wieprzewie, że Mikołaj miał katastrofę lotniczą właśnie tutaj.

– Mruczek! – powiedziała półgłosem Szeptucha. – Wyłaź, zakało jedna! Wszystko na mojej głowie ma być?

Kot niechętnie wylazł zza ucha Lucyny i ziewnął przeciągle.

– Pójdziesz mi zaraz do sołtysa Alojzego i go tu przyprowadzisz. Sprawy się mają tak, że cudzoziemiec nam się rozbił, więc to sprawa naruszenia granic państwa i władza się tym zająć powinna.

Kot popatrzył ze zdumieniem na babkę, którą zawsze miał za anarchistkę i która władzę, zwłaszcza w osobie sołtysa Alojzego, miała głęboko w nosie.

– No dobra, żartowałam. Potrzebny jest, żeby po stolarza pojechać – zarechotała babka i wyszła ze stodoły.

Mruczek coś tam pomamrotał pod nosem, ale posłusznie wyszedł w nocny świat i skoczył pomiędzy jałowce. Szeptucha, nie zawracając nim sobie dłużej głowy, poszła do chałupy. Trzeba w końcu wypytać szanownego gwiazdora, skąd właściwie się tu wziął i co dalej zamierza robić.

Na tydzień przed świętami Kierzbudy były całkowicie pogrążone w ciemnościach i błocie. Latarnie, jak zwykle wysiadły, chociaż jakby tak przeanalizować godną podziwu cykliczność ich odłączania, to w logicznie myślącym stworzeniu mogła powstać myśl, że to gmina robi sobie oszczędności. Lampek ani innych ozdób, też rzecz jasna władza nie ufundowała, a mieszkańcy ubierali choinki i wieszali lampki dopiero przed Wigilią. I przy okazji sporadycznych wizyt w mieście pukali się w głowę na tę bizantyjską iluminację w supermarketach, która zohydzała miastowym atmosferę świąteczną już w pierwszej połowie listopada. Jeszcze ludzie zniczy do koszyków nie powkładali a już im nad głowami trąbią kolędy w wersji disco polo. Nie to, żeby mieszkańcy Kierzbudów gardzili disco polo, ale kolędy to się śpiewa w kościele na Pasterce, a nie w Biedrze przy chłodni z promocyjną karkówką na grilla, i do taktu kościelnych organów, a nie w rytmie pikania sklepowych kas.

Co nie zmienia faktu, że pogoda w tym roku świątecznie nie rozpieszczała. Główną drogą płynęły strumienie wody, a podsiąkająca błotem ścieżka prowadząca do sklepu gwarantowała prawdziwy survival. Sklepowa Jadźka położyła w bajorach parę cegieł, ale gimnastyka związana z ich pokonywaniem stanowiła prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza dla Zenka Kapelusznego, który umówił się na wieczorne piwko z Jackiem Wrębnym. Raz, że nie sposób bez zamoczenia butów przeskoczyć po cegłach, jak człowiek trochę zawiany, a dwa, ławka kompletnie mokra. Dramat.

Mruczek natomiast przeskoczył z gracją po cegłach, kompletnie nie zwracając uwagi na tragedię Zenka. Wszedł na schodki prowadzące do sklepu i nie bez wysiłku wskoczył na płot oddzielający królestwo sklepowej Jadźki od posesji sołtysa. To była jedyna sposobność, by ominąć psy, które z ogromnym zaangażowaniem patrolowały podwórko.

Mały spacer po płocie i już można było zeskoczyć po kratce, służącej latem za podporę dla ogórków. Wprost na werandę. Głupie psy ujadały tymczasem przy bramie. Widać Zenek narobił hałasu. Kot wygiął sfatygowany kręgosłup i zaczepił pazury na ramie okiennej. Drzwi tarasowe były zamknięte na głucho. W końcu zima, koks kosztuje, strach otwierać. Niemniej niewielkie okno tuż obok było lekko uchylone. I tam właśnie Mruczek rozpoczął włam. Szło mu dość mozolnie i przez myśl przemknęło mu nawet, że może faktycznie powinien się odchudzić, ale udało mu się podważyć łapką haczyk blokujący okno, więc szybko porzucił ową myśl jako niedorzeczną.

Zeskoczył z gracją do łazienki i momentalnie się zorientował, dlaczego pomimo sezonu grzewczego ktoś zadbał o wietrzenie pomieszczenia. Krzywiąc nos od fetoru podbiegł do drzwi i nie bez wysiłku skoczył na klamkę. Wybiegł ze środka jak oparzony.

– Alojzy, cholera jasna, ile razy można mówić, żebyś zamykał te drzwi? Czy koniecznie cały dom musi czuć, że byłeś w klopie? – wydarła się z kuchni sołtysowa.

– A co ty znowu chcesz ode mnie kobieto? – odkrzyknął z salonu jej mąż.

Kot, nawet ucieszony, że tak szybko udało mu się zlokalizować sołtysa, poszedł w stronę źródła głosu i po chwili wskoczył na stojący przed kanapą niski stolik. Na kanapie leżał odziany w pasiastą piżamę sołtys i oglądał telewizję. Mruczek, z właściwą kotom złośliwością, usiadł dokładnie tak, żeby zasłonić mu ekran.

– Spadaj sierściuchu!  Jolka! Zabieraj mi stąd to bydlę. Ile razy mówiłem, żeby do domu nie wpuszczać! Co to za kot?

– Dobry wieczór – odparł lodowatym tonem Mruczek. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

W sołtysa jakby piorun strzelił. Usiadł prosto na kanapie z wytrzeszczonymi oczami i energicznym ruchem dłoni odprawił małżonkę, która zwabiona krzykami stanęła w progu salonu.

– O pppan kot! Jakże mi miło! Co słychać u czcigodnej Szeptuchy?

– Sprawę ma. Niecierpiącą zwłoki. – odparł Mruczek i zamierzał odejść z godnością tą samą drogą, jaką przyszedł, ale przypomniały mu się ciężkie warunki atmosferyczne panujące w łazience. – Proszę mi drzwi otworzyć, tylko najpierw coś z tymi psami zrobić.

– Jolka! – krzyknął do małżonki sołtys – Leć uwiąż Burka i Azora. Tylko migiem!

A potem ojciec wsi założył na piżamę waciak, a na stopy wzuł gumofilce. Pospiesznie ruszył w deszczową noc.

Szeptucha nie wierzyła własnym oczom. Mikołaj najwyraźniej rozprawił się z całym garnkiem żuru, bo na dnie nie było nawet kropelki. Przy okazji buszowania w okolicach pieca, namierzył także flaszkę pigwówki i obecnie raczył się nią siedząc na ulubionym fotelu Szeptuchy i bawiąc się jej osobistym pilotem do telewizora.

Starej mało szlag na miejscu nie trafił, a gorące pragnienie, żeby jak najszybciej wykurować renifery i ściągnąć stolarza do sań nieomal wypaliło rumieńce gniewu na jej policzkach.

– Mam nadzieję, że ci smakowało – powiedziała z drwiną w głosie.

Mikołaj nie wyczuł ironii. Beknął donośnie i uśmiechnął się promiennie do Szeptuchy.

– Doskonały żur i jeszcze lepsza naleweczka. Poczęstujesz się? – zapytał uprzejmie, wyciągając w jej stronę potężną dłoń z flaszką.

– Dziękuję – babka odparła sztywno. – Słuchaj, jak to się właściwie stało, żeś się rozbił? I to na dokładkę w naszych Kierzbudach? – zapytała, uznając w duchu, że każdy okruch wiedzy pomoże jej ułożyć plan pozbycia się Mikołaja.

– Sam nie wiem. Leciałem sobie spokojnie, zniżałem się już do lądowania, a tu nagle huknęło coś znienacka. Renifery spanikowały, powpadały na siebie i kraksa gotowa.

– Niefortunnie – mruknęła stara. – A dlaczego żeś chciał tu lądować? Jaki interes ma, w tej naszej dziurze, światowego formatu celebryta?

Mikołaj pociągnął potężnie z flaszki, wyraźnie zadowolony z komplementu. Ponownie nie wyczuł drwiny w słowach babki.

– No to w sumie sprawa rodzinna, ale mam dług wobec ciebie kobieto, więc opowiem. Przyleciałem po starą. – wyznał.

– Jaką starą? Czyją starą? – nie zrozumiała Szeptucha. – Weź ty już może nie pij tej nalewki, co?

– No jaką starą i jaką starą! – zaczął ją przedrzeźniać Mikołaj, ale po chwili zmarkotniał. – Teściowa! Matka pani Mikołajowej! Na święta, do Laponii, przyjechałem ją zabrać, bo mi kobieta łeb suszyła.

Szeptucha wyglądała, jakby ją piorun strzelił. Nie dość wilkołaków, dusioła, zębnych, duchów, pijaków i innych lokalnych oryginałów w Kierzbudach? Jeszcze i Mikołaj się musiał ze wsią skoligacić? Czuła jednak, że prawda jest straszniejsza, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

– A która to ta twoja teściowa? – zapytała ostrożnie.

– Zofia Stachańska. Z jej córką Pelagią się ochajtałem.

– O słodki Jezu! – wyszeptała z trwogą w głosie Szeptucha.

Nagle stało się jasne, dlaczego Mikołaj niespecjalnie się martwił rozbitymi saniami i bez umiaru jadł i pił jak się z łańcucha zerwał. Stachańska i jej córki to były takie hetery, że chłop łatwego życia na pewno nie miał. Co gorsze, wychodził do pracy tylko raz w roku i na dodatek na nocną zmianę. To oznaczało, że przez 364 dni w roku, a jak się rok przestępny trafił to i przez 365, siedział ze zrzędzącą babą w domu. Szeptucha wstała z wersalki i ze współczuciem spojrzała na Mikołaja.

– Zjesz no kochaniutki kiełbasy? Dobra, swojska. Jacek Wrębny mi przynosi…

Sołtys gnał przez noc swoim czerwonym Punto. Błoto bryzgało na przednie reflektory, ale Alojzy nie zaryzykował nawet chwilowego przystanku. Bał się, że jak się zatrzyma to mu się wóz w błocie zakopie a w środku lasu raczej pomoc drogowa go nie znajdzie. A tak naprawdę to bał się gniewu Szeptuchy, która kazała mu niezwłocznie jechać po dobrego stolarza. Wyglądała przy tym na dość zdesperowaną. Alojzy nie wykluczał, że mogło mieć to związek z grubym, w sztok pijanym facetem, który plądrował jej lodówkę.

Najlepszym fachurą od drewna był Józek z Zamiedzewa i tam właśnie pędził, co mechaniczny koń wyskoczy, nasz dzielny sołtys Alojzy.

Wkrótce wracał z triumfalnym uśmiechem na twarzy i trofeum w postaci zaspanego stolarza Józka. Ten, po obejrzeniu sań fachowym okiem, powiedział, że naprawa potrwa co najmniej kilka dni.

Szeptucha spojrzała na niego z trwogą w oczach.

Zenek grzał dłonie przy palenisku, niespiesznie popijając piwko. Pełni rozkoszy dopełniał fakt, że portki już mu wyschły, a przed nim, na wyszczerbionym talerzu z napisem Społem, leżały pęta wyśmienitej kiełbasy z dzika. I była jeszcze wisienka na torcie, czyli wspaniali kumple. Naprzeciwko niego siedział jego druh, kłusownik Jacek Wrębny, a z lewej strony kiwał się nad stołem poznany pod sklepem kompan.

– Mikuś! – zabełkotał Jacek trącając sympatycznego grubasa ubranego we flanelową koszulę. – Mikuś, nie śpij! Piwko by się przydało!

– No to list napisz! – wymamrotał Mikołaj. – I dla kolegów też poproś.

Jacek ochoczo przysunął do siebie kartkę papieru, na której parę godzin wcześniej zaczął pisać:

Kochany Mikołaju!

Bardzo Cię proszę, przynieś mi, Zenkowi i sobie: piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo…

Jacek dopisał koślawo, choć z zachowaniem interpunkcji, bo po przecinku, kolejne trzy piwa, które zmaterializowały się na stole z cichym pyknięciem. Każde z osobna zapakowane w świąteczny papier i przewiązane ozdobną wstążeczką.

– Królu złoty! – powiedział z podziwem Zenek i nabożnie złożył dłonie.

Z takim kompanem wizja świąt przedstawiała się więcej niż zachęcająco.

Mikołaj przepadł pięć dni temu i Szeptucha zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Ostatni raz widziała go, gdy poszedł na spacer po wsi, oczywiście starannie i szerokim łukiem omijając chałupę Stachańskiej. Skoro z planu zawiezienia teściowej do Laponii, póki co były nici, to nie było sensu nawiązywać z nią, z pewnością gwałtownego w skutkach, kontaktu.

Stolarz Józek dostarczył sanie dzisiaj rano, a tego gamonia Mikołaja dalej nie było. Kładąc się spać Szeptucha pomyślała, że jutro musi koniecznie ruszyć na poszukiwania. Obleciała wszystkie kamery w Kierzbudach i co chwilę sprawdzała ruch na swojej ścianie pełnej monitorów, ale absolutnie nigdzie nie było nawet śladu Mikołaja. Prawie usypiając, stara zorientowała się, że umknęło jej coś istotnego. Zenek! Jego od kilku dni też nigdzie nie było. Nawet pod sklepem, a przecież niezależnie od pogody bywał pod nim zawsze. W domu też się nie pokazał. Oba zniknięcia miały ze sobą związek.

– No to już wiem, gdzie jesteście i co robicie! – mruknęła babka.

Jedynym miejscem, gdzie nie miała ukrytych kamer była leśna chata kłusownika Jacka Wrębnego.

Mikołaj siedział na wersalce w domu Szeptuchy i pojękiwał cicho. Nos miał tak czerwony, że wyglądał nieomal jak Rudolf.

– I na co ci to było, durniu jeden? Żonie ze smyczy się urwałeś i małpiego rozumu dostajesz? – szydziła babka.

– Cicho! Nie krzycz tak. – odparł z błaganiem w głosie skacowany jak siedem nieszczęść Mikołaj.

– Wiesz, że jutro Wigilia? Sanie naprawione. Uważasz, że prezenty same się rozwiozą? A Mikołajowa? Zapomniałeś?

– Chcę umrzeć! – jęknął Mikołaj i położył się na wersalce.

Babka wzruszyła ramionami. Nie miała serca mu mówić, że to nie koniec problemów. Większość reniferów jeszcze nie doszła do siebie i z pewnością nie będą mogły jutro nigdzie polecieć.

W Wigilię, koło południa, Mikołaj wstał rześki. Założył swoją czerwoną kurtkę, zapiął czarny pas ze złota klamrą i wyszedł przed chałupę. Lało jak z cebra i nie zamierzało przestać. Zupełnie, jakby trwał biblijny potop. Poszedł do stodoły i z uznaniem obejrzał sanie. Stolarz wykonał pierwszorzędną robotę. Znacznie gorzej rzecz się miała z reniferami. Zatroskany Mikołaj podszedł do nich a one zaczęły się do niego łasić, ale szybko odskoczyły porażone alkoholowym wyziewem z jego paszczy.

– Oj biedaki wy moje! Jak my teraz polecimy?

– Coś wymyśliłam – rzekła na to Szeptucha stając w drzwiach stodoły. – A teraz chodź, żuru ugotowałam, to se na kaca zjesz.

Szeptucha dopięła korale i przygładziła fałdy staromodnej garsonki. Po odprawieniu Mikołaja w świat wybierała się na uroczystą kolację do swojego wnuka Bogusia i jego żony Jaśki.

– No, komu w drogę, temu czas! – oświadczył Mikołaj, mocując na głowie czapkę z pomponem.

Ramię w ramię wyszli na podwórze, gdzie ociekając deszczem stały sanie. Do nich zaprzęgnięta była Lucyna. Nie wyglądała na zachwyconą.

– Tak, jak się umawialiśmy! Za tydzień oddajesz słonia i zabierasz renifery – przypomniała babka.

– I tak będę przylatywał po teściową. Pelagia kazała przywieźć matkę na Sylwestra. – odparł ponuro Mikołaj.

Szeptucha zaśmiała się złośliwie.

Wkrótce sanie wystartowały, a nad Kierzbudami rozległo się donośne trąbienie.

Korzystając z tego, że deszcz chwilowo osłabł, dwaj kompani, Zenek i Jacek rozściełali siatki z Biedronki i przysiedli na ławeczce pod sklepem. Otworzyli po piwku i zapatrzyli się w niebo. Nad ich głowami poszybowały majestatycznie sanie zaprzężone w słonia.

– Patrz Zenuś! Ja te sanie niedawno nad lasem widziałem. – ucieszył się Jacek.

W tej samej chwili pod ich stopami zmaterializowały się dwa kartony piwa przewiązane tasiemkami z ozdobnymi kokardami.

– Patrz, kompan nie zapomniał o nas – powiedział z zadumą kłusownik Jacek. – A ja mu cholera ostatnio te sanie zestrzeliłem – dodał ze wstydem.

– Jak to, Jacuś? A po coś to zrobił? – zdziwił się Zenek.

– Nie w sanie, a w renifery celowałem.

– A po co?

– A jakoś tak z przyzwyczajenia, Zenuś. Mięso jest mięso…

Z ganku domu wnuka, Szeptucha obserwowała lot sań nad lasem. Ledwo je było widać w gęstniejącej z każdą chwilą ulewie. Nagle pod jej stopami pojawił się wielki gar przewiązany czerwoną wstążką. Żur.

Babka ryknęła homeryckim śmiechem i pokiwała głową.

– Aleś wymyślił! – parsknęła. – A mogłeś, bubku jeden, wspólny prezent dla całych Kierzbudów wymyślić. Ale to na chłopski rozum za dużo, co? – zarechotała.

A potem pomamrotała coś pod nosem, pstryknęła palcami i całe błoto zmieniło się w śnieg. Zamiast ciężkich kropel, na ziemię zaczęły miękko opadać duże płatki śniegu.

– Wesołych Świąt, ludziska! – obwieściła stara bielusieńkiej wsi i weszła do domu wnuka.

O jej nogi ocierał się Mruczek.

:)

Martyna 2

Martyna 2

Rozdział 2

W którym okaże się, że ciekawość to pierwszy stopień w górę, a nie w dół, wbrew temu, co się ogólnie sądzi.

Dzienne światło brutalnie wdarło się w szczeliny niechlujnie zaciągniętych zasłon i drażniąc spokojny sen Martyny, uwypukliło jednocześnie taniec drobinek kurzu. Nasza bohaterka, zawinięta w kołdrę i rozczochrana, powoli wynurzała się z sennego niebytu, a wraz z nią na powierzchnię życia wynurzał się gigantyczny kac, zwiastowany irytującą suchością niewyparzonej gęby.  Martyna usiadła ostrożnie i wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą gwałtowne otwarcie oczu, namacała stopami kapcie, które poniosły ją w stronę pobliskiej kuchni. Ręka precyzyjnie pacnęła włącznik elektrycznego czajnika, by po chwili wymacać kubek i słoik z kawą, pieczołowicie skrywany w szafce na takie chwile.

Znalezienie po omacku zesztywniałego z zimna kartonu mleka w lodówce było ponad siły Martyny, która wsłuchując się w kojący szmer czajnika, podjęła ostrożną próbę uchylenia powiek. Mleko nadawało się do spożycia, co stwierdziła nasza bohaterka po ostrożnym obwąchaniu czeluści opakowania.  Gdy mieszała ingrediencje, przypomniała sobie dziwacznego obcego, który nawiedził jej dotychczas uporządkowane sny. Zassała pierwszy łyk kawy i postanowiła, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim pasożytniczym życiem człowieka, który nic nie musi i ewentualnie może mu się chcieć.  Ćwiczenie rozbrykanego charakteru postanowiła rozpocząć łagodnie i bez wstrząsów, więc na pierwsze poprawne politycznie zadanie nowej ery wyznaczyła sobie opróżnienie popielniczek i doniczek balkonowych z niedopałków papierochów.  Jak zwykle zadziałał jej wrodzony spryt, który o milę wyprzedzał szczere chęci poprawy.  Człapiąc na porannego fajka, rozgrzeszała się więc z niego, bo przecież i tak zmierzała na balkon w celu posprzątania, więc balkonowi zapewne nie zrobi różnicy sprzątanie w oparach dymu.

Spoza bloków uśmiechało się letnie słońce, które wyraźnie wskazywało na zaawansowaną porę dnia. Martyna zgarnęła do worka na śmieci zawartość popielniczek stojących na parapecie i podeszła do zielonego stołu.  Pomiędzy puszkami leżał pęk kluczy i połyskiwał łobuzerskimi refleksami w promieniach wczesnego popołudnia. Jego trzy srebrzyste klucze rozkładały się wachlarzem na stoliku, a ich schludny pęk zwieńczony był trójkątnym złotym breloczkiem. Martyna podeszła powoli do stołu i w skupieniu obserwowała znalezisko. Na breloczku widniał jeden wypukły guziczek. Zignorowała znalezisko i z godnością wycofała się z balkonu. To, czego było jej trzeba obecnie, to długa kąpiel regenerująca. Klucze mogą poczekać.

Martyna pokładała niezachwianą wiarę w to, że kąpiel, oprócz zbawiennych efektów regeneracji ciała, wpływa również na intensywność i jakość przemyśleń. Na przekonanie to miało wpływ przeświadczenie, że Archimedes sformułował teorię wyporności cieczy przy okazji długiej, relaksującej nasiadówki w balii. Nie żeby Martyna miała smykałkę do ścisłych dziedzin nauk, ale lubiła sobie czasem myśleć, że ma w sobie coś z filozofa. Bywało, że rozkoszując się ciepłem wody i zapachem piany, była bliska sformułowania przełomowych myśli.  Przeważnie spłoszone uciekały, ale zdarzało się, że nasza bohaterka siadała nagle wyprostowana jak struna, wiodła triumfalnym wzrokiem po kafelkach łazienkowych i koncentrując spojrzenie w swoim zamazanym odbiciu na kranie, wykrzykiwała z satysfakcją: „Aha!”.

Tak było wtedy, gdy rozpracowała mechanizm oszustw fiskalnych pani Ali z warzywniaka.

Świetlanych odkryć było więcej, ale gdy Martyna docierała do rytuału golenia nóg, błyskotliwe myśli pierzchały bezpowrotnie podczas ceremonii nabożnego skupienia. Owego poranka, czy raczej wczesnego popołudnia, gdy Martyna rozkoszowała się kąpielą, w jej umyśle narodziła się myśl głęboka, powalająca prostotą i wielce radosną konkluzją. Martyna wyprostowała się więc jak struna i szczerząc zęby do armatury łazienkowej, powiedziała z satysfakcją:

– Aha! Czyli to nie były zwidy. On tu był. A to znaczy, że wszystko jest w porządku i mogę kupić se browar.

I było to przełomowe odkrycie w trzydziestoletnim życiu Martyny.

Po wypiciu kolejnej kawy i odbębnieniu szybkiego rajdu po zaprzyjaźnionych forach internetowych Martyna nie znajdowała więcej wymówek, więc wtykając fajka w usta, poczłapała na balkon.

Potwierdziła swoją łazienkową teorię, upewniając się, że pęk kluczy nadal leżał tam, gdzie rzucił je świetlisty obcy. Martyna po raz pierwszy w życiu postanowiła pomyśleć przed faktem i nie dotykając kluczy, nachyliła się nad nimi, podejmując głęboką analizę. Breloczek niewątpliwie był piękny i nawet nie mając zaktualizowanych w głowie cen złomu złota, Martyna i tak bezwiednie oszacowała go na dwa, a może nawet trzy czynsze do przodu. Klucze natomiast pobłyskiwały srebrzyście, lecz z pewnością nie były zrobione ze srebra. Właściwie to ciężko było określić rodzaj materiału, z jakiego zostały zrobione.

Martyna postanowiła przemyśleć sprawę gruntownie, lecz okoliczności kompletnie temu nie sprzyjały. Nie było piwa, nie było ciszy i możliwości skupienia, a na dodatek w paczce zostały tylko dwa papierosy. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu mieszkania wyłaniającego się zza drzwi balkonowych i z westchnieniem przyznała, że czas by coś może posprzątać. A potem się pójdzie do sklepu, kupi się piwo, siądzie się na balkonie i rozwiązanie przyjdzie samo.

Jakieś dwie pralki prania i trzy kursy do śmietnika później Martyna z zadowoleniem spojrzała na dzieło dnia.  Uginając się pod kolejnym workiem śmieci, poczłapała w dół z zamiarem odwiedzenia osiedlowego spożywczaka. Stąpała na palcach, mając nadzieję, że nie spotka żadnego z sąsiadów, ale od akcji z dzieciakami, Szaliński spod czternastki miał chyba wmontowany w mózg system wczesnego ostrzegania, który bezbłędnie informował go o krokach skradającej się Martyny. Tym razem znów wychylił głowę przez drzwi i zlustrował swoją sąsiadkę nienawistnym spojrzeniem. Pogardliwie prychając, zatrzasnął z całej siły drzwi.  Martyna, jak zwykle zmieszała się wewnętrznie, ale dumnie wyprostowana przedefilowała przed drzwiami sąsiada.  Głupia sprawa z tym Szalińskim. Właśnie po akcji z jego dzieciakami Martyna obiecała sobie, że już nigdy nie przyjmie postawy obywatelskiej i nie wsadzi nosa w cudze sprawy.

Akcja z dzieciakami Szalińskiego

Mieszkanie Szalińskiego znajdowało się dokładnie pod podłogą Martyny. On i jego żona byli cichymi i spokojnymi sąsiadami. Do czasu. Kiedyś urodziły im się bliźniaki, ale nawet wtedy panował względny spokój. Dopiero po jakichś dwóch miesiącach od sąsiadów zaczęły dochodzić niepokojące popiskiwania, a później regularny ryk niemowląt.  Martyna, wyedukowana na spotach o przemocy domowej, zadzwoniła pod sugerowany numer telefonu i zgłosiła, że u Szalińskich dzieje się coś dziwnego. Oczywiście, zgodnie z wyćwiczonym w szkole odruchem na hasło: „Nazwisko!”,  podała pełne dane osobowe.  I to był błąd.

A w ogóle skąd Martyna miała wiedzieć, że niemowlęta płci męskiej są wybitnie narażone na pojawianie się regularnych kolek jelitowych?

No i wychodząc owego dnia do sklepu, Martyna umknęła przez tajoną za drzwiami mieszkania złością Szalińskiego i nerwowo wybiegła z klatki schodowej na zalane słońcem podwórko przed blokiem.

Wywaliła z ulgą ostatni wór ze śmieciami i obserwując błogosławiony rejs słońca w kierunku dziesięciopiętrowca stojącego naprzeciwko, po raz kolejny uznała, że jej złota zasada znacznie lepiej sprawdza się w okresie jesienno-zimowym.

Złota zasada Martyny

Piwa nie należy otwierać przed zmrokiem.

Powtarzając owe słowa jak mantrę, nasza bohaterka udała się do sklepu w celu zakupienia paczki fajek i zgrabnego czteropaku piwa.

Słońce poddawało się powoli, gdy Martyna, nabożnie wpatrzona w jego ostatnie podrygi, przyczaiła się na balkonowym krzesełku z puszką w dłoni i czekała na pierwsze symptomy mroku.

Szczęśliwie ta chwila nadeszła wkrótce i Martyna z triumfalnym „pssst” mogła w końcu oddać się rozmyślaniom na temat kluczy. Pomiędzy odkurzaniem a wywalaniem śmieci ukuła kilka teorii na temat zdarzeń minionej nocy. Obecny stan chmielowej radości pomógł jedynie w uporządkowaniu hipotez.

Hipotezy:

  1. Pomimo materialnych dowodów, całokształt zdarzeń miał bezpośredni związek z piwem.

Teoria o tyle mało wiarygodna, że klucze nie chciały zniknąć, i choć Martyna nawet ich nie dotknęła, to niewątpliwie istniały.

  1. Martyna padła ofiarą spisku uknutego przez Szalińskiego, który zamontował dyskretnie zielone choinkowe światła pod samochodem Boratyńskiego, osadził na parkingu trójkątny model zdalnie sterowany i bezszelestnie wdrapał się po gzymsie na jej balkon, przebrany w świetlistą szatę zasilaną bateriami AA. Teoria o tyle ryzykowna, że bliźniakom Szalińskiego właśnie szły zęby, a Martyna wspomagana wiedzą z forum internetowego wiedziała, że jest to taki okres w życiu dorosłego człowieka, gdy nie ma on siły na otwarcie kefiru, o wspinaczce na balkon sąsiadki nie wspominając.
  2. Z nieznanych Martynie przyczyn padła ofiarą programu „Ukryta kamera”, albo, co gorsza, od dziecka, niczym świnka morska, była poddawana eksperymentowi, jak bohater filmu „Truman show”. Teoria o tyle chybiona, że sprzątając sprawdziła dyskretnie lustra w całym domu i nie znalazła żadnych kamer.
  3. Choroba psychiczna. Ten punkt dogłębnie martwił Martynę, bo nie chciała stracić gibkości umysłu, tak błyskotliwego w czasie łazienkowych przemyśleń. Siłą rzeczy ten punkt odpadał.  Mózg naszej bohaterki, choć pokrętnymi ścieżkami, zawsze przecież docierał do głównego szlaku względnie racjonalnego myślenia.
  4. Najgorszy punkt. Zakładał, że zdarzenia minionej nocy naprawdę miały miejsce, co, po pierwsze, burzyło ugruntowany pogląd Martyny na kwestię istnienia pozaziemskiego życia i bóstw wszelakich, a po drugie, stawiał pod znakiem zapytania dalsze losy Układu Słonecznego.

Nie pozostawało nic innego niż organoleptyczne sprawdzenie wiarygodności materiału dowodowego spoczywającego tuż pod nosem Martyny. Nasza bohaterka dopiła resztkę piwa z puszki i ciężko wzdychając, wzięła do ręki pęk kluczy. Mając świadomość, że z niejasnych przyczyn jej uporządkowane życie właśnie się zmienia, skupiła spojrzenie na złotym breloczku i ponownie wzdychając, ostrożnie nacisnęła znajdujący się na nim guzik.  Delikatny dreszcz popełzł wzdłuż kręgosłupa Martyny i kumulując się po chwili mrowieniem w pośladkach naszej bohaterki, poderwał ją do góry i uniósł ku zagadkowemu przeznaczeniu. Dryfując nad samochodem Boratyńskiego zdołała pochwycić myśl, że Szaliński nie był w stanie zamontować pod nim lampek choinkowych, bo dozorca z pewnością zauważyłby przedłużacz wywieszony z okien piątego piętra. Martyna płynęła w górę i miała nieomal sto procent pewności, że jedna puszka browaru nie ma z tym nic wspólnego.

Gdy nasza niedoszła filozofka wylądowała twardo na marmurowej posadzce i rozejrzała się wokół siebie, nabrała pewności, że punkt piąty – mimo wszystko – był jedynym logicznym wyjaśnieniem rozgrywających się właśnie zdarzeń. Na wprost ujrzała ciąg swojskich drewnianych szaf z przesuwnymi drzwiami. Wędrując wzrokiem w prawo, wzdłuż zbliżającej się do niej linii ściany, zobaczyła drzwi.

Pobiegła wzrokiem w drugą stronę i na końcu oddalającej się perspektywy szeregu szaf zobaczyła inne drzwi, zachęcająco uchylone. Odchyliła głowę mocno w lewo i zobaczyła kręcone schody znikające w suficie.

Szeptucha 14

Szeptucha 14

Aurelia przysiadła na atłasowej narzucie łóżka i zdumiona powiodła wzrokiem po wnętrzu apartamentu. Sama sypialnia była chyba większa od całej chałupy prababki. Na stolikach stały zapalone świece, a podłogę wyściełał gruby, biały dywan. Z okna najwyżej położonego hotelowego apartamentu widać było całe ogromne miasto. Z mroku wyłaniały się miliony kolorowych światełek, które skojarzyły się dziewczynie z odkrytą kiedyś w lesie kolonią świetlików kręcących się w czarnym mchu. Lela zwiedziła cały apartament i postanowiła wejść do łazienki. Tam na wieszaku wisiała najpiękniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek widziała. Zwiewna, biała koronka spięta w fantazyjne marszczenia. Tuż obok stały białe pantofelki dokładnie w jej rozmiarze. Lela przykucnęła i pogłaskała ich miękką skórkę. Właśnie zmierzała pod prysznic, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Owinęła się pospiesznie hotelowym szlafrokiem i pobiegła do salonu.

– Proszę wejść! – zezwoliła łaskawie.

Do pokoju wszedł Hindus w turbanie, i gnąc się w ukłonach, wręczył jej niewielką kopertę, po czym zniknął bezszelestnie.

Śri Rajat Abhijay Jóźwa ma zaszczyt zaprosić pannę Aurelię na uroczystą kolację do hotelowej restauracji na godzinę 20.00 i będzie wdzięczny za przybycie.

Lelka podskoczyła i pisnęła z radości. Szybko się umyła i przebrała w prześliczną sukienkę. Założyła delikatne pantofelki i wybiegła z pokoju prosto do windy. Tu stanęła, nieco zdezorientowana, nie wiedząc, dokąd się udać, ale usłużny boy hotelowy (O kurczę! Tu jest nawet boy!) odprowadził ją do samych drzwi restauracji i otworzył je przed nią. W progu stał kelner, który ukłonił się dziewczynie z pełną powagą i gestem zaprosił w głąb sali. Lela oglądała się na wszystkie strony, ale jedynym, co była w stanie dojrzeć, były setki zapalonych świec porozstawianych na pustych stolikach. Jej nowe pantofelki stukały po marmurowej posadzce, gdy posłusznie podążała za kelnerem przez kolejne sale restauracyjne. I wreszcie na samym końcu wypatrzyła skąpany w blasku świec stolik z nakryciami dla dwóch osób. Przy krześle stał ubrany w smoking Rajat i uśmiechał się do Leli ciepło. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dygnęła jak pensjonarka.

Rajat podszedł do niej i skłonił się nisko.

– Zechcesz zjeść ze mną kolację? – zapytał.

– Z przyjemnością – odparła i pozwoliła się poprowadzić do stolika. Nieopodal grał kwartet smyczkowy.

– Rajat? – zapytała, gdy już zajęli miejsca przy stoliku.

– Słucham?

– Po co to wszystko? – uśmiechnęła się Lela.

– Dla mojej księżniczki wszystko co najlepsze! Poczekaj, aż spróbujesz niespodzianki.

– Nie mogę się doczekać wobec tego.

Dwóch kelnerów podeszło do stolika i równocześnie postawili przed nimi dania nakryte srebrnymi pokrywami. Podnieśli je w tej samej chwili i ukłonili się, po czym zniknęli jak dym.

– To jest … – powąchała Lela.

– Żurek, oczywiście – odparł pogodnie Rajat. – Żebyś mi więcej nie mówiła, że się prababce nie dokładam!

Lela spojrzała w twarz Hindusa i przez chwilę analizował jego uśmiech. Nie znalazła ani grama fałszu i złośliwości. Rajat był dokładnie taki, jaki był, a do Leli właśnie dotarło, że akceptuje jego wszystkie dziwactwa i nawet chyba je kocha.

– Wiesz co? – odparła krztusząc się śmiechu.

– No?

– To jest najlepszy żurek, jaki jadłam w życiu!

Rajat uśmiechnął się do niej promiennie i ochoczo chwycił za srebrną łyżkę. Już po chwili jego entuzjastyczne siorbanie zagłuszyło rzewną melodię kwartetu smyczkowego.

Jaśko uchylił drzwi do oddziału geriatrii i przytrzymał je szarmancko przed Szeptuchą. Przez chwilę szli ramię w ramię korytarzem, mijając kolejne sale. Przed drzwiami oznaczonymi numerem siedem lekarz zatrzymał się nagle i zapukał dwukrotnie.

– Wejść – rozległo się żołnierskie polecenie.

Jaśko otworzył drzwi i zachęcił babkę gestem do wejścia. Tam jej oczom ukazało się pojedyncze łóżko izolatki, a w nim podparty poduszkami siwiuteńki starzec z rurką w nosie.

– Waldek? – Przeżegnała się ze zgrozą babka.

– A ktoś ty?

– Olesia z Kierzbudów.

– A skąd…. – spanikowany Waldek poszukał odpowiedzi w oczach adoptowanego syna.

– Spokojnie, tato! Szeptucha przybyła tu w dobrych zamiarach – wyjaśnił łagodnie Jaśko.

– Szeptucha? Na ciebie po matuli dar przeszedł? – zainteresował się starzec.

– Tak wyszło – odparła krótko

– A jakżeś mnie tu znalazła? – zdziwił się Waldek.

– Nie ciebie, Waldek, szukałam, ino Jaśka.

– A po co?

– Andzi obiecałam – wyjaśniła spokojnie Szeptucha.

Waldek szarpnął się, jakby chciał dać susa w stronę drzwi, ale powtykane tu i ówdzie rurki z góry skazały tę próbę na niepowodzenie.

– Nie bój się – parsknęła złośliwe stara. – W tej materii nic się nie zmieniło. Andzia nadal jest martwa, jako i jej ojce, i brat twojej żony, Michał także.

– Skąd wiesz, że się z jego siostrą ożeniłem? – wyszeptał pobielałymi wargami Waldek.

– Wiem – ucięła babka. – Ale ja nie po to tu jestem, żeby o waszych rodzinnych rzeczach rozprawiać. Po Jaśka ino przyjechałam. Tam Andzia na wypełnienie przysięgi czeka. I nawet nie oponuj, Stachański! Bo to przez ciebie cały ten ambaras. Tyś se nogę ze wsi dał, a tam wnuki twojego brata do dziś piętno zdrajców noszą.

– Przepraszam – spróbował wciąć się w dialog starców niewiele od nich młodszy lekarz. – Czy ja tu nic nie mam do powiedzenia?

–Nie! – krzyknęli chórem babka i Waldek.

Jaśko przysiadł więc na zydlu, i masując skronie przez kolejne minuty, wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń, jakimi przerzucała się energicznie para staruszków. Co ciekawe, jego ciężko choremu ojcu spotkanie z Szeptuchą najwyraźniej zrobiło nieźle. Siedział zarumieniony, prawie nie kasłał i gorączkowo gestykulował. Po pewnym czasie zacietrzewiona dwójka dotarła do późnych lat osiemdziesiątych i najwyraźniej opadła z sił. I na taką sposobność czekał Jaśko.

– Pojadę! – oznajmił stanowczo.

– Tak! – uradowało się babka.

– Nie! – zaprotestował Waldek.

A Jaśko westchnął i słuchając, jak awantura rozkręca się na nowo, wstał po cichu i poszedł na obchód.

Biały autokar marki Mercedes stał sobie spokojnie na hotelowym parkingu. Kierowca, wiedząc, że do jutra nie będzie już potrzebny, udał się do swojego pokoju wynajętego dla niego w hotelu przez panicza Rajata, od którego otrzymał jednoznaczne wytyczne. Jutro po śniadaniu będą jeździć po okolicy i szukać zaginionej prababci. Kierowca nie wnikał, jak ta dziwna dwójka dzieciaków zamierza znaleźć igłę w stogu siana, i już zacierał ręce na kilometrówkę, jaką uda mu się wypracować dla firmy. Może premia jakaś będzie? Rozmarzył się, kładąc się z ulgą do łóżka. Właśnie odpływał w przepiękny sen o długiej i prostej jak w mordę strzelił autostradzie, gdy zza okna napłynął niepokojący dźwięk autoalarmu.

– Ki diabeł? – wrzasnął szofer i poderwał się na równe nogi.

Przelotne spojrzenie w okno upewniło go w podejrzeniu, że ktoś próbuje się dobrać do jego autobusu, i najwyraźniej ten ktoś był na tyle zdecydowany na obrobienie bryki, że nie przeszkadzał mu monitoring hotelowego parkingu. Kierowca zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach pobiegł do windy. Przez moment dźgał nerwowo przycisk przywołujący kabinę, by po chwili machnąć na nią ręką i pogalopować z rozwianymi połami szlafroka w stronę klatki schodowej. Wypadł na parking, wzbudzając niemałe zdziwienie odźwiernego w liberii, i pognał w stronę pojazdu.

A ten zachowywał się jak opętany. Migał wszystkimi światłami, darł się przeraźliwymi dźwiękami autoalarmu i do tego kołysał się na boki. Co jak co, ale takiej opcji płoszenia niechcianych gości to kierowca jeszcze w życiu nie widział. A już dzikich odgłosów, dochodzących z wnętrza, tym bardziej. Skradając się na palcach, okrążył autobus i odkrył źródło hałasu. Z wnętrza prawego przedniego luku bagażowego ktoś srodze złorzeczył, ale solidna blacha skutecznie tłumiła szczegóły. Kierowca podszedł bliżej i otworzył klapę, odskakując na bezpieczną odległość. Ku jego zdumieniu ze środka wyskoczyła starowinka otulona waciakiem i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

– Nie zamyka się na klucz pasażerów! – wrzasnęła.

– Ale ja nie wiedziałem – zająknął się z wrażenia kierowca. – Bo pani na gapę…

– Cóż z tego? Prawa godnego poszanowania się przynależą każdemu! – obwieściła baba i puściła się biegiem w stronę bramy wyjazdowej.

Kierowca podrapał się w głowę i wzruszył ramionami. Stwierdził, że incydent nie ma znaczenia, i naprędce umówił się sam ze sobą, że nie będzie go raportował. Zamknął starannie bagażnik i odwrócił się na pięcie z zamiarem udania się na zasłużony odpoczynek. Zdołał wykonać kilka kroków, gdy zza pleców dobiegł go najgorszy z możliwych dla kierowcy dźwięk jękliwego darcia delikatnej karoserii ostrym przedmiotem.

– Co jest, kurwa… – zdołał powiedzieć, i była to ostatnia filozoficzna sentencja, jaką dane mu było wygłosić w życiu doczesnym.

Blacha tylnego luku wypadła z łoskotem na asfalt, a z mrocznej czeluści śmignął w jego stronę zielony stwór podobny do jaszczura i przydusił kierowcę do ziemi. Wąchał zdobycz i nawet polizał ją po karku.

– Nie lubię szoferów – mruknął. – Benzyną jadą.

Po czym dość ostrożnie rozprawił się z zawartością, a potem wpełzł w skórę jasnowłosego kierowcy. Namacał w kieszeni szlafroka kluczyk z numerem pokoju i spokojnie udał się do wnętrza hotelu.

Aurelia przeciągnęła się jak kotka i z uśmiechem powitała nowy dzień. Baldachim błyskał do niej filuternie bielą zasłonek, a zza szyb mrugało zimowe słońce. Podeszła do okna i ujrzała ciężkie chmury śniegowe kłębiące się zaledwie kilka pięter niżej, ale chwilowo postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Wieczór był cudowny. Rajat odprowadził ją do drzwi apartamentu i ukłoniwszy się głęboko, życzył dobrych snów. Myślałby kto! U prababki spali obok siebie na polówkach i Hindus nigdy nie był tak szarmancki. No, ale tutaj widocznie inne prawa obowiązywały. Lela wbiegła lekko do łazienki i usiadła zamaszyście na sedesie. Każdy, kto nadużył żurku, wie w czym rzecz. Nie każdy jednak, oddając się porannej posiadówce na kibelku, napotyka wzrokiem orszak śniadych dziewcząt szykujących kąpiel w pianie w akwenie równym połowie basenu u babki w piwnicy, na pożytek hotelu zwanego wanną.

– Czego tu? – wrzasnęła niezbyt uprzejmie Lela, pospiesznie umykając z sedesu.

– Szlachetna Aurelio, zapraszamy twoje znużone członki do relaksującej kąpieli – wyjaśniła jedna z dziewcząt, kłaniając się nisko.

– Matko! – jęknęła Lela, marząc o chwili samotności.

– Prosimy! – zajęczał chór śniadych dziewcząt, a Aurelia poddała się z rezygnacją.

Po chwili odarto ją z ubrań i powleczono do kąpieli. Dwie dziewczyny zajęły się namydlaniem jej pleców, a reszta zbiła się w gromadkę i szeptała sobie coś do uszu. Między nimi widać było nieco starszą dziewczynę o linii bogini, która najwyraźniej kierowała całym babińcem.

– Przepraszam! – próbowała się wtrącić Lela, krztusząc się pianą, ale na żadnej z bab nie zrobiło to wrażenia.

Żadna z nich nawet nie odwróciła wzroku, za to kilka zaczęło bić ukłony przed tą najstarszą.

– Halo! – wrzasnęła Lelka. – Ktoś mnie to słucha?

Najstarsza z kobiet zwróciła oblicze ku dziewczynie, majestatycznie zadzierając podbródek.

– Słuchamy cię! – ogłosiła.

– No, to może w końcu faktycznie posłuchajcie! – rozsierdziła się Aurelia. – To jest moja łazienka, w której miałam zamiar zrobić kupę, ale nie! Wchodzę do prywatnej łazienki, a tu tłum kobiet czegoś ode mnie chce, i właśnie proszę o wyjaśnienie, o co chodzi?

– Bo narzeczona Śri… – zaczęła bąkać pod nosem jedna ze zgromadzonych.

– Milcz! – zmyła jej łeb najstarsza z dziewcząt.

– A dlaczego ma milczeć? – zapytała Lela.

– Jest poślednią córką, to i odzywać jej się nie wypada. A jak pytania masz, to do mnie je, synowo, kieruj.

– Pani jest mamą Rajata? – zdumiała się Lelka.

– Jam ci! – potwierdziła kobieta.

– A jak siostra pani wygląda!

– Dziękuję! – odparła z godnością Hinduska.

– Niech pani posłucha – podjęła stanowczo Aurelia. – Ja nie wiem, jakie tam u was zwyczaje panują, ale u nas, jeśli się nastolatek zakocha w dziewczynie, to nikt im nie organizuje kąpieli integracyjnych. Bo to nie jest nikomu potrzebne.

– Nie? – zdziwiła się teściowa in spe, która śmiało mogłaby konkurować urodą z większością dziewczyn z klasy Lelki.

– No właśnie nie – potwierdziła nastolatka. – I dlatego prosiłabym, żebyście sobie stąd poszły.

– Nie możemy! – pisnęła kolejna z poślednich córek.

– A to dlaczego?

– Tradycja! – wysyczała rodzicielka Rajata i gestem nakazała dziewczynom podjęcie dalszych zabiegów upiększających.

Aurelia miała tego serdecznie dość. Najpierw wywołała małe tsunami w wannie, potem pozwoliła rybikom, srebrnym robaczkom łazienkowym, na inwazję fryzur nieproszonych gości, na koniec skręciła niezwykłe tornado z poduszek w sypialni. Później usiadła na łóżku i przez dobre kilka minut klęła. A potem przyszedł Rajat z ogłupiałą miną. Nie nawiązywał do ponadnaturalnych zjawisk, które wygnały jego matkę i siostry z apartamentów dziewczyny.

– Autokar się zepsuł, ale kierowca wynajął samochód. Czas ruszać na poszukiwanie prababki – oznajmił i pogłaskał Lelkę po czerwonym ze złości policzku.

Zośka Stachańska otuliła się szczelnie waciakiem i przekradła się w stronę postoju taksówek, nie spuszczając z oczu z dwójki gówniarzy wsiadających do białego mercedesa. Kierowca ukłonił im się z szacunkiem i zatrzasnął drzwi samochodu.

– Tuś mi, bratku! – szepnęła do siebie stara sąsiadka. – Kierowcę żeś zeżarł i dzieciaków ci się tera zachciało. A Szeptuchy nie ma, jak potrzebna – nie odmówiła sobie drobnej złośliwości baba.

Mercedes właśnie toczył się wolno w stronę Alej Jerozolimskich. Stachańska dopadła do taksówki i szarpnęła tylne drzwi.

– Za tym mercedesem! – wrzasnęła z mocą, licząc na filmowy pisk opon.

Taryfiarza w środku nie było. Siedzenie kierowcy okazało się kompletnie puste, więc babka wyskoczyła ze środka jak oparzona i podbiegła do drugiego w rzędzie samochodu. Powtórzyła manewr z gwałtownym wsiadaniem.

– Za białym mercedesem! – zadysponowała ponownie.

– A to do kolegi z przodu musi się szanowna pani przesiąść – zauważył flegmatycznie taksiarz. – U nas tak po koleżeńsku solidarność zawodowa, i jak kto pierwszy w kolejce, to mu się reszta koleżeństwa do interesu nie miesza.

– Ale tam nie ma kierowcy, a mi spieszno! – wydarła się Stachańska.

– Kolega na chwilkę tylko poleciał na Centralny, zaraz pewnie będzie – wyjaśnił pogodnie taksiarz i wrócił do czytania gazety.

Stachańska zaklęła szpetnie i wysiadła. Stanęła przy pierwszej taksówce, potupując nerwowo, i obserwowała mercedesa. Ustawił się właśnie przy skrzyżowaniu i najwyraźniej zamierzał skręcić w lewo. Chwilowo powstrzymywało go czerwone światło. Okrążając maskę, do taksówki podszedł facet, trzymając w każdej z dłoni po dwa hot-dogi.

– Panie! – Nie wytrzymała nerwowo Stachańska. – Ile można czekać, do cholery?

– A co się szanowna pani tak nerwuje? Spieszy się gdzieś?

– Właśnie spieszy, żebyś pan wiedział! – warknęło babsko i wskazało sękatym paluchem na mercedesa. – Za tym autem jedziemy, bystro!

Kierowca przełknął kęs buły z parówą i popatrzył na Stachańską, jakby ufoludka zobaczył.

– Filmów amerykańskich się naoglądała? – Parsknął śmiechem. – I myśli, że ja tu paliwo nieekonomicznie będę palił i sprzęgło zarzynał szybką jazdą?

– Dobrze zapłacę – wycedziła stara, wyciągając zza pazuchy złotą pięciorublówkę.

– Pani wsiada! – wrzasnął taksiarz, wtykając babie w ręce pozostałe trzy hot-dogi. – I pasy niech dobrze zapnie!

Mercedes tymczasem doczekał się zielonego światła i skręcił w Chałubińskiego. Taryfiarz wcisnął gaz i z hollywoodzkim piskiem opon wpasował się w zatłoczoną arterię Jerozolimskich. Zanim dojechał do skrzyżowania, cholerne światło zmieniło się ponownie.

– Jedź pan, do cholery! – wymamrotała stara, przeżuwając bułkę z parówką.

– Czerwone jest! – zaprotestował kierowca.

– Mam więcej złotych świnek, jedź pan, do cholery!

Taksówkarz dodał gazu i przeskoczył wąskim przesmykiem pomiędzy dwoma jadącymi na niego czołowo tramwajami. Przyhamował, zredukował bieg i ciągnąc za sobą smugę dymu z palonych opon ruszył w pościg za białym mercedesem.

– Kochanek pani ucieka? – odważył się zażartować.

– Milcz pan i drogi pilnuj, to sprawa pozaziemska i przekracza pańskie rozumowanie!

Taksówkarz na wszelki wypadek nie podjął tematu i skupił się na śledzeniu białego samochodu.

Jaśko siedział w sali oczekującej na przeszczep Oleńki i bez słowa wpatrywał się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nagle o jego nogi otarł się kot Szeptuchy. Lekarz odruchowo pogłaskał wygięty grzbiet, a zwierzak natychmiast wskoczył mu na kolana i przycisnął łebek do klatki piersiowej.

– Żebyś umiał mówić… – westchnął ciężko lekarz.

– Umiem – odparł Mruczek.

Jaśko wzdrygnął się i wpił zdumione spojrzenie w bursztynowe oczyska.

– Zamknij oczy i połóż na mnie dłonie – polecił kot.

Mężczyzna bez zbędnych dyskusji wykonał polecenie. I zobaczył.

Oleńka biegła po łące i trącała rękoma mijane dmuchawce. Nie dyszała, nie spowijały jej żadne rurki. Po prostu biegła przed siebie. W stan euforii wprowadzał ją pęd powietrza i równy oddech.

– O tym śni? – wyszeptał lekarz.

– Tak, w tej chwili – odpowiedział poważnie kot.

– Dziękuję, kocie. Jak się nazywasz?

– Mruczek.

– Dzięki tobie zobaczyłem kawałek innego świata Oleńki. Innego niż to szpitalne łóżko, które jest właściwie jej jedynym znajomym miejscem.

– A jednak dokładnie wie, jak wygląda łąka.

– Tak, dużo czyta, myślę, że to dlatego – uśmiechnął się Jaśko.

Przez dłuższą chwilę mężczyzna i kot siedzieli bez ruchu, wpatrując się w śpiącą nastolatkę. Szpitalną salę spowijała nocna cisza. Wytłumione odgłosy miasta kompletnie nie pasowały do tego, co działo się wewnątrz szpitala. Tutaj koleje losu wyznaczały dźwięk respiratora, skrzypienie metalowych łóżek i salowa roznosząca posiłki tym, którzy posiedli luksus przyjmowania pokarmów.

– Nie powiedziałeś, że Oleńka to córa twoja rodzona! – wypaliła oskarżycielsko Szeptucha, stając w progu sali z upchniętym w wózku inwalidzkim Waldkiem.

– A to coś zmienia w twojej kuracji? – zapytał złośliwie Jaśko.

– Głupiś!– żachnęła się stara. – W mojej nic, ale są pewne siły, które tylko na krewniacze powiązania reagują, trzeba jednak wiedzieć, skąd człowiek pochodzi, zanim się pomocy prosi.

– Słuchaj jej, synu – odparł zmęczonym głosem Waldek. – Wie, co gada.

– I ciebie, tato, przekabaciła? – zezłościł się lekarz.

– Aj tam, przekabaciła. Wystarczyło, że przywiozła do wnuczki. Ty nie chciałeś, żeby nie martwić mnie jej stanem, a ją moim – zniecierpliwił się Waldek. – Teraz ja tu będę siedział i wnusi książki czytał. A tobie wara!

Kot wspiął się na ramiona profesora chirurgii i polizał go szorstkim językiem po nosie.

– Nie kłóć się! – szepnął. – Starzy są, ale wiedzą, co robią.

Jaśko pogłaskał Mruczka, postawił go na kołdrze Oleńki i bez słowa przejął wózek z ojcem od Szeptuchy. Ustawił go przy wezgłowiu dziewczynki i poklepał Waldka po ramieniu. A potem łypnął na starą wzrokiem, który zdecydowanie nie zapowiadał niczego dobrego.

– Chyba pogadać musimy – wycedził.

– Możemy – zgodziła się pogodnie babka. – Kawy bym się napiła.

– To zapraszam do dyżurki – odparł sztywno lekarz i wskazał babce drzwi na korytarz.

Szeptucha przedefilowała z godnością przez średniowieczne linoleum i weszła do zapuszczonej dyżurki pielęgniarek. Jaśko trzasnął drzwiami, i starając się nie okazywać irytacji, szarmancko wskazał babce krzesło.

– Co się, synuś, tak nerwujesz? – zapytała stara.

– Nie denerwuję się, tylko się zastanawiam, po coście Waldka, ojca mojego, znaczy się, z pokoju wywieźli?

– Bo rodzina, chłopcze, to podstawa – obwieściła Szeptucha.

W pokoju zapanowała niczym niezmącona cisza, w którą po chwili wbiła się upierdliwa melodyjka przedpotopowego telefonu komórkowego. Lekarz nie zareagował.

– Wpadasz tu, wywracasz wszystko do góry nogami… – wysyczał po chwili.

– Naprawiam! – zripostowała z godnością Szeptucha.

Telefon wciąż dzwonił uparcie.

– Odbierzesz w końcu? – nie wytrzymał Jaśko.

– Ale co? – zdziwiła się stara.

– Telefon. Dzwoni, wiesz?

– Ja mam telefon?

– Najwyraźniej – westchnął profesor chirurgii.

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i po chwili wydobyła na światło dzienne brzęczącą nokię.

– Zielony czy czerwony? – zapytała podenerwowanym głosem.

– Zielony!

– Halo? – Babka przycisnęła stosowny guzik i przytknęła słuchawkę do ucha.

Jaśko podniósł się w tym czasie z fotela i podjął nerwową wędrówkę po dyżurce.

– Halo? – wrzasnęła babka. – Rajat? A po co tu dzwonisz? Ja krzyczę? No krzyczę, żebyś mnie usłyszał wyraźnie. Ja? W szpitalu na Wołoskiej jestem, a co? Jedziesz tu? A trafisz? Lela tam jest? Dobra, to czekam. Ostrożnie jedźcie!

– O co chodzi? – zaszemrał łagodnie Jaśko.

– Moja wnuczka tu jedzie. Moc ma – przekazała szczątkowe wiadomości Szeptucha i gwałtownie poderwała się z krzesła, rzucając przedpotopowy telefon na biurko. – Muszę iść otumanić tę nieznośną smarkulę z recepcji, bo mi wnusi wpuścić nie będzie chciała.

– Mówicie o pani Jadwidze? – upewnił się Jaśko, otwierając oczy ze zdumienia. Jak świat światem nikt o sześćdziesięcioletniej pracownicy recepcji szpitalnej nie powiedział, że jest smarkulą. No ale pewnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pomyślał z rozbawieniem. – Poczekajcie, no przecież nikogo otumaniać nie musicie. Ja zadzwonię do recepcji i wszystko załatwię – wyjaśnił Szeptusze.

– A… no skoro tak, to ja wracam do Oleńki i zobaczę przy okazji, co u tego nieznośnego Waldka słychać – odparła babka i z godnością opuściła dyżurkę.

– Boże! – westchnął Jaśko masując skronie. – Co to za cyrk?

– Rajat! Jesteś genialny! – Lela nabożnie złożyła dłonie. – Skąd pomysł, że prababcia odbierze telefon? Nawet go nie nosi.

– Zaraz tam genialny. – Chłopak pokraśniał z radości. – Ot, zwyczajnie, jak się z nami żegnała przed wyjazdem, to jej po cichu wsunąłem komórkę do kieszeni spódnicy.

Mercedes mknął w stronę szpitala MSW, a kierowca zgrabnie wymijał inne pojazdy.

– Panie kierowco? – zagaiła uprzejmie Aurelia. – Kiedy dojedziemy na miejsce?

– Będziemy za kilka minut. Wreszcie! – wysyczał dusioł, ledwie panując nad podnieceniem.

Lelka spojrzała na Rajata i przewróciła oczami. Warszawscy kierowcy byli najwyraźniej mocno zestresowani w związku z trudnymi warunkami pracy.

– No to dobrze, dziękujemy szanowny panie – skłonił się z szacunkiem chłopak.

W aucie zapadła cisza przerywana okazjonalnymi syknięciami szofera. Za oknami mercedesa błyskał szary krajobraz stolicy. Para nastolatków, trzymając się tak na wszelki wypadek za ręce, nie próbowała więcej zagadywać nadpobudliwego kierowcę.

– Nie zgub ich pan! – pouczyła taksiarza Stachańska.

– Bez obaw! – wczuł się w pościg taryfiarz. – Znam Mokotów jak własną kawalerkie.

Biały mercedes wyhamował gwałtownie przed szpitalem klinicznym na Wołoskiej i zaparkował w niewielkiej zatoczce autobusowej.

– Co jest? – zdziwiła się Stachańska.

– A skąd ja mam wiedzieć? – wzruszył ramionami taksówkarz.

– Patrz pan! – emocjonowała się stara sąsiadka. – Poleźli do środka, a kierowca za nimi.

– Może kto im tam zachorował?

– Nie! – wrzasnęła z mocą Stachańska. – Szeptuchy nie chorują. Chodź pan, za świadka zbrodni będziesz, bo tu jakieś wielkie bezeceństwo się szykuje!

– Pani! – zaśmiał się taksiarz. – A bo to ja mam czas łazić? Za kursy, a nie za łażenie mi płacą.

– Zapłacę lepiej niż za kurs. Chodź pan! W złotych rublach zapłacę!

Stachańska wysunęła się z taryfy, i kryjąc się za jałowcami, pokłusowała rączo w stronę szpitala.

Szeptucha 9

Szeptucha 9

Dożynki część 1

Zenek Kapeluszny ocknął się nagle i nie było to przyjemne przebudzenie. Jego dolna połowa ciała spoczywała na drewnianej ławce, a górna znajdowała się w zgoła opłakanym stanie. Dłonie oplatały miłośnie pęki pokrzyw, tors oddychał niespokojnie, a półotwarte usta wypełnione były obślinioną ziemią. Wysuszony jęzor podjął próbę udrożnienia jamy ustnej, ale zadanie okazało się ponad siły. Z niemiłosiernym skrzypieniem do sklepu zbliżał się rower. Aurelka wyhamowała przed wejściem i oparła pojazd o płot. Chwyciła siatkę, dotychczas wiszącą na rączce kierownicy, i pomaszerowała do środka.

– Dzień dobry! – zaświergotała radośnie. – Dwadzieścia bułek poproszę!

– Dzień dobry! – odparła zażywna sklepowa. – Oj, to widzę, że u was cały czas ten indyjczyk mieszka, i apetycik na polskie jedzenie mu dopisuje?

Aurelka zignorowała wścibstwo ekspedientki i uśmiechnęła się uprzejmie. Przez chwilę wodziła wzrokiem po półkach, układając sobie w myślach resztę zakupów.

– Jeszcze pięć kilko karmy Pedigree poproszę, mleko i kupon totolotka. Tu ma pani numery.

– Proszszsz… – wycedziła urażonym tonem sklepowa i rzuciła na ladę torbę psiej karmy, karton Łaciatego i wydruk z maszyny totalizatora.

Lela kompletnie nie przejęła się fochami sklepowej Jadźki i ze stęknięciem zebrała wiktuały. Z pewnym wysiłkiem zaczepiła siatki na rączkach roweru i z niemiłosiernym zgrzytem nieoliwionego łańcucha odjechała w stronę domu prababci, kompletnie nie zwracając uwagi na cierpiącego kacowe katusze Zenka. A Kapeluszny cierpiał bardzo. Jego mózg bombardowany kakofonią dźwięków dnia codziennego zawiesił się na jednym, jedynym pragnieniu.

– Pić! – wycharczał Zenuś i na czworakach ruszył w stronę rowu melioracyjnego. Zarośniętego pokrzywami, jak się wkrótce okazało. Po wizycie urzędników unijnych został tylko smród bobków zdziczałych kóz, a skoszone przed wizytacją zielsko odrosło w pełnej krasie. Zenek zwinął się w trawie jak dziecko i zaszlochał bezradnie. Opodal przechadzała się koza.

– Dzień dobry, Lucyno! Dzień dobry, Mruczku! – roześmiana Lelka wjechała na prababciną polankę i przywitała się ze słoniem i z kotem. Zwierzaki nie pozostały obojętne i podbiegły do roweru. Znaczy, podbiegła słonica Lucyna, a w rytm drgań gleby przyturlał się kot Mruczek. Na podwórzu stała gigantyczna gliniana donica, do której Aurelia z niemałym wysiłkiem wsypała zawartość pięciokilogramowej torby karmy dla psów.

– Smacznego! – powiedziała, i odczepiwszy z rączki roweru siatkę z kajzerkami, pobiegła do letniej kuchni.

Lucyna rzuciła się łapczywie na swe polskie kulinarne odkrycie. Mruczek wskoczył na brzeg donicy i cierpliwie czekał na swoją kolej. On też preferował psie żarcie. Wychodził z założenia, że ludzie wolą te azorowate podlizuchy, i do karmy sypią im więcej mikroelementów, niż do żarcia dla nielubianych powszechnie kotów. Lucyna ideologii nie dorabiała. Jej wystarczyło, że żarcie nie śmierdziało bananami, którymi żywiła się przez wszystkie lata spędzone w Indiach. Z donośnym trąbieniem słonica powitała kolejny dzień w nowej ojczyźnie i ustąpiła grzecznie Mruczkowi miejsca przy donicy. Chwilę pokręciła się w miejscu i wkrótce pobiegła oddać zwyczajowy poranny stolec na polu Stachańskich.

– Już jestem, prababciu! – zaświergotała radośnie Aurelka, rozglądając się za Rajatem, swoim dalekim kuzynem z jeszcze dalszych Indii.

– No! W porę przychodzisz – powitała ją Szeptucha, odwracając się od kuchni. – Dopiero co Boguś przyszedł się z tobą obaczyć.

– Tata? – zdziwiła się Lelka. – A co chciał?

– Nie „co chciał”, a „co chce”, bo siedzi w paradnej izbie i nigdzie się nie wybiera – sprecyzowała prababka. – Z Rajatem usiadł i coś tam mu prawi.

– Zamorduję! – wrzasnęła Aurelia. – Znowu mi obciachu narobi!

– Cicho bądź! – ofuknęła ją Szeptucha. – A co ma niby narobić? Ojciec nie wie, że Rajat to twój narzeczony, racja?

– No racja – skapitulowała nastolatka. – No, ale co ojciec, prababko, od niego może chcieć? To podejrzane jest!

– A ile już Rajat tu u nas siedzi?

– No… tygodni parę. Krótko.

– I codziennie dziesięć kajzerek żre i miskę żuru z kartoflami.

– Oj, wie prababcia! – żachnęła się Lelka. – Tak gościom jedzenie wypominać!

– Ja nikomu nie wypominam, ale emerytura częściej niż każdego dziesiątego przychodzić nie chce, a żarcie, z pewnymi wyjątkami, w lesie nie rośnie. O! – podsumowała prababka. – A Boguś, tatuś twój znaczy się, Rajata chce u siebie w tej ochroniarskiej firmie zatrudnić. Nada się chłopak jak nic. Ma wyjątkowe zdolności do zdalnej prewencji.

– A ja to nie? – obruszyła się Lela.

– Ty też, dziecko.

– No to jak się Rajat do tatusia firmy zapisze, to ja też chcę. Razem będziemy na patrole chodzić! – ogłosiła stanowczo Aurelia.

– A może i to niegłupie? – zarechotała stara. – Pogadam z twoimi ojcami. Matka pewnie okoniem stanie, ale i na nią się sposób wynajdzie.

– Dzięki, prababciu! – rozpromieniła się Lelka i jej młodocianą jaźnią zawładnęła wizja nocnych patroli, przedzieranie się w mrocznej gęstwinie zarośli i wspólne czołganie się po pachnącej dzikim rumiankiem łące.

Co ciekawe, dokładnie to samo miała na myśli jej prababka.

– No, Leluś! – cmoknęła Szeptucha ponaglająco. – Chłopy gadają, ale jak to one, zaraz zgłodnieją. Łap smalec i kanapki rób, a ja pójdę wypuścić Lucynę na pole Zośki Stachańskiej.

– Sama polazła – osadziła babkę Lela, nie odwracając się od kuchennego blatu.

– Wot, zmyślna bestia! – cmoknęła z aprobatą Szeptucha i szurając kapciami poszła w stronę domu. Pokojowe czy nie, ale męskie rozmowy trzeba dozorować.

Janka, żona Bogusia i matka Aurelii, zazgrzytała ze złości zębami. Z całego serca nie znosiła babki męża i szarpały nią straszliwe zgryzoty, odkąd ta podła baba ukradła jej córkę. Niby Lela do domu przychodziła, ale pachniała tak obco, inaczej wyglądała, i opowiadała dziwactwa, którymi najwyraźniej podła Szeptucha jej myśli nabijała. Dobrze, że babsko przynajmniej na razie nie interesowało się Mateuszem. Oczko w głowie Janki skończyło podstawówkę z pierwszą lokatą i od września tego roku rozpoczęło naukę w gminnym gimnazjum. Największym marzeniem Janki było wykształcenie dzieci i wysłanie ich do Warszawy. Liczyła na to, że w zgiełku ogromnego miasta w jej potomstwie nie obudzi się genetyczna spuścizna niewygodnych krewnych. Krewnych, co należy wyjaśnić, pośród których Szeptucha była zaledwie nieszkodliwą, sfiksowaną staruchą. Zdecydowanie gorsze obciążenia genetyczne zafundowała dzieciom gałąź po kądzieli. Zaniepokojona matka miała nadzieję, że akurat to dziedzictwo nigdy się w jej dzieciach nie odezwie.

– Pst… – coś szurnęło w krzakach i syknęło porozumiewawczo.

– Kto tam? – zapytała ze zniecierpliwieniem w głosie Janina.

– To ja – wyjaśnił Mruczek.

– Wydawało mi się, że kot mówi „miau” – zadrwiła kobieta.

– Zależy, kto pyta! – odgryzł się kot.

– No, może i tak – zgodziła się dla świętego spokoju bogusiowa żona i zapatrzyła się w niebo.

– Nie będzie pełni dzisiaj – usłużnie podsunął zwierzak.

– Południe ledwie, a ty o nocy rozprawiasz – mruknęła Janka.

– Chmury będą, to i księżyc zasłonią.

– A guzik tam wiesz – żachnęła się matka Leli. – Pilnuj się lepiej dzisiaj, i tego słonia do stodoły na noc spędź, bo do rana tylko kości z niego zostaną.

Kot wygiął grzbiet, zeskoczył na trawę i na wszelki wypadek nie podjął dalszej dyskusji. Nie godzi się spoufalać z obcym obozem.

– Stara proszą, żebyś do niej na herbatkę zaszła po południu. Sprawę ma – wypalił na odchodne i uznawszy, że misja została wypełniona, czmychnął w pobliskie krzaki.

Janina wzruszyła ramionami i weszła do domu. Jeszcze czego! Na audiencję do jaśnie prababki chodzić nie zamierza! Na oparciu fotela zauważyła lelczyne gatki. A może jednak pójdzie? Może to pora najwyższa o swoją córkę pierworodną się upomnieć?

– Wstawaj, Zenek! – W jaźń skacowanego Kapelusznego wbił się ostry głos sołtysa Alojzego Gąsiora.

– Czego chcecie? – wymamrotał pod nosem pijak.

– Robota jest!

– W niedzielę nie robię!

– Wot, durny ty, wtorek przecie dzisiaj – zarechotał sołtys.

– Nie może to być! – przeraził się Zenek i usiał gwałtownie. W głowie mu się zakołysał świat, ale nie to było najgorsze. – Psiamać! Rentę po tatulu podpisać w poniedziałek miałem!

– No to widzisz, z renty nici. Znaczy się, robota jak nic ci się przyda. Wstawaj!

– Sił nie mam! –poskarżył się Kapeluszny.

– No to masz – ulitował się sołtys i podał cierpiącemu butelkę zimnego piwa.

– Dzięki, sołtysie! – Zenek chwycił flaszkę, zębami kapsel zerwał i łapczywym haustem wypił aż do dna. Beknął donośnie i westchnął z nieskrywaną ulgą. – Z pana to jednak porządny chłop jest.

– No! Sprawisz się dobrze, to potem i winko dostaniesz. Idziemy!

Zenek poderwał się dziarsko, i nikt by się nawet nie domyślił, że jeszcze kilka chwil wcześniej czołgał się z trudem po łące. Teraz podążał za swoim zbawcą, dziarsko przesadzając kępy pokrzyw i rozgarniając wysokie zielsko.

– Co to za robota, szefie? Znowu jakaś komisja do nas jedzie?

– Gorzej, Kapeluszny. Dożynki idą – westchnął sołtys. – Baby jak co roku pocipiały i Bóg wi, co chcą na poczęstunek szykować.

– Wyżerka znowu będzie! – ucieszył się Zenuś.

– Aj, Kapeluszny, do wyżerki to jeszcze daleka droga! Każda wieś dostała na przygotowania po pięćset złotych.

– Jezusie, toż to majątek!

– Głupiś, Kapeluszny, jak but! Na wina przeliczasz, a ja tu kombinuję, jak całą gminę na naszym stoisku dożynkowym ugościć za te nędzne grosze., – parsknął ze złością Alojzy Gąsior. – I, co więcej – dodał po chwili – jak tu rywali pokonać i na dożynkach wygrać.

– No… a wianek? – podsunął nieśmiało Zenuś.

– Wianek! Wianek! A co ma wianek do tego? Wyplatają baby jakiś ołtarzyk ze świętym Janem Pawłem II i na konkursie wianków mamy całkiem spore szanse. No ale, Kapeluszny, sam powiedz, damy radę na stoisku słomą ludzkie kichy zapchać?

– No fakt, ma sołtys rację. Nie damy rady. Ludzie nie kozy, słomy żreć nie chcą – podsumował Zenek filozoficznie.

– Jak ja ci dam kozy, do jasnej cholery…! – wrzasnął sołtys na wspomnienie chińskich kóz, które sprowadził do wsi przed przyjazdem komisji unijnej w celu założenia pokazowej farmy ekologicznej.

– Dobra, nic nie mówię – wycofał się pospiesznie Kapeluszny. Grunt był śliski. W końcu to on stawiał zagrodę, z której kozy pouciekały tuż przed przyjazdem członków delegacji.

– No i słusznie! Nie gadaj, tylko słuchaj – odparł sołtys, wychodząc na drogę i energicznie otupując buty. – Zależy nam na zajęciu pierwszego miejsca w konkursie stoisk z żarciem regionalnym, ale żeby tego dokonać, to potrzebujemy trzech rzeczy.

– Żarcia?

– Żarcie to właśnie efekt trzech składowych, o których mówiłem, zanim mi się wciąłeś między wódkę a zakąskę! – prychnął wściekle szef wioski.

– Aha! – skomentował inteligentnie Kapeluszny, który tak, prawdę mówiąc, z wypowiedzi sołtysa wysyntezował wyłącznie „wódkę”, i na wszelki wypadek postanowił się zgodzić. A nuż Alojzy Gąsior będzie polewać?

– Nam jest, Kapeluszny, potrzebna po pierwsze, wiedza, co sąsiedzi gotują, po drugie, stosowne wiktuały zdobyte tanim kosztem, i po trzecie, dobra nalewka, która z nóg nie zetnie, ale pijących rozweseli.

– Pędzić mam, znaczy się? – ucieszył się Zenek.

– A idź ty mi z tymi swoimi samogonami, Kapeluszny, bo nie wytrzymam zaraz! Nikt nie uwierzy, że twoje trunki fioletu od śliwek nabrały. Ty masz, Zenek, inne zadanie. Szpiegiem będziesz i tym, no… inspicjentem..

– Pan sołtys się za reżyserkę bierze?

– Co ty, Zenek, pier…?

W środek plugawych słów, które zamierzał wygłosić ojciec wsi, wciął się zenkowy kaszel.

– Znaczy się, intendentem mam być? – domyślił się Kapeluszny.

– I to nie byle jakim! – Sołtys najwyraźniej odzyskał rezon. – Masz zdobyć składniki za darmo. No! A teraz leć po chałupach, z babami gadaj, i zamówienia zbieraj. Tam już cię czekają z wiśnióweczką.

Ostatni argument sprawił, że Zenon Kapeluszny podskoczył w miejscu i pognał w stronę zabudowań, jakby go sam wampir gonił.

– Osobiście uważam, mój drogi wnuku, że dalsze ustalenia można przy drugim śniadaniu poczynić – Szeptucha stanowczo wkroczyła w środek męskich rozmów.

Rajat siedział cokolwiek otumaniony i wodził czarnymi oczami o migdałowym wykroju od ciotecznej prababki do ojca Lelki, groźnego i postawnego faceta w czarnym uniformie. Na wszelki wypadek zaniechał podczas rozmowy zwrotu „kochany wuju” i czujnie wsłuchiwał się w słowiański głos ojca swojej ukochanej. Dziękował opatrzności, że pradziadek Józek wtłoczył mu do łba podstawy socjologii słowiańskiej. Aurelia była oczywiście inna i rozumiała wszystko, ale jej rodzina stanowiła wyzwanie. Do cholery, tu nawet bananów nie było! Znaczy były. W sklepie i nawet na paterze w kuchni letniej, ale nikt ich nie używał do gotowania. Nienormalne kompletnie. Lucynie się podobało, ale Rajat tęsknił do domowego jedzenia swej matki. U niego w domu przynajmniej się żarcia z lasu nie przynosiło w wiklinowych koszykach. Chociaż z drugiej strony żurek z grzybami…

– A co tam gotujecie, babko? – zaciekawił się w tymczasem Boguś, ojciec Aurelii i wnuk Szeptuchy.

– Oj, wnusiu, nie ja warzę, ino córka twoja. Chodźcie do kuchni, bo tam żur stygnie, a i kanapki ze smalcem się znajdą. – To mówiąc, babka łypnęła nie na swojego wnuka, ale na Rajata, który obślinił się na wzmiankę o żurku.

Atmosfera w kuchni była gęsta, że nożem by ją można kroić. Lelka nalała zupę do talerzy i teraz nerwowo siorbała, spoglądając raz na ojca, raz na prababkę. Wzroku Rajata na wszelki wypadek unikała.

– No to co tam, Boguś, z Rajatem ustaliliście? – od niechcenia rzuciła Szeptucha.

– A… chłopak zmyślny, to mi się w firmie przyda. Jutro go szefowi przedstawię. Nada się jak nic. Krewnych trzeba przecież wspierać, no nie? – Boguś uśmiechnął się od ucha do ucha, a Lela zakrztusiła się kartofelkiem.

– Co tam, córuś? – zatroszczył się Boguś.

– Nic jej nie będzie! – zbagatelizowała sprawę Szeptucha i walnęła prawnuczkę w plecy. – Powiedz lepiej, Boguś, czy Rajat ci się pochwalił swoimi niezwykłymi zdolnościami?

– Nie, a powinien? – zapytał ojciec Aurelii, pospiesznie przełykając zawartość łyżki.

– Rajat! – zadysponowała stara.

Chłopak z żalem porzucił talerz, wstał i złożył przed Bogusiem głęboki ukłon. Zaplótł nogi na wysokości stołu i zawisł w powietrzu. Dotknął kciukami śniadego czoła, i dryfując ponad linoleum, skłonił się ponownie.

– No ładnie, ale jak to się ma nam niby w firmie przydać? Będziesz biurka lewitował, żeby sprzątaczce było łatwiej? – parsknął histerycznym śmiechem Boguś. Tak się zazwyczaj dzieje, gdy zwykły zjadacz chleba stanie się mimowolnym świadkiem zjawiska, które wykracza poza jego zdolność percepcji. Gdy wyprzeć się nie da, to trzeba zjawisko zbagatelizować.

– Tatusiu! – Aurelia poderwała się na równe nogi i stanęła obok dryfującego nad podłogą Rajata. – Jesteś okrutny i nieczuły! – Napięte do granic ostateczności nastoletnie nerwy nie wytrzymały, i z sarnich oczu nastolatki potoczyły się wielkie jak groch łzy.

– A co ja znowu nie tak powiedziałem? – zdumiał się ojciec ochroniarz.

– Cicho, Boguś, siedź – zadysponowała Szeptucha i cmoknęła z dezaprobatą. – Lela, pokaż, co potrafisz!

Aurelia spojrzała na prababkę i potrząsnęła przecząco głową.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się – uspokoiła ją stara. – Zniszczenia pokryje PZU, a ta kuchnia letnia już dawno się o remont prosi.

Lela stanęła za dryfującym prawnukiem Józka i głęboko westchnęła. Przytuliła się do pleców Hindusa i pstryknęła palcami. W jednej chwili dach chałupy nabrał niespotykanej elastyczności i zassał eternit do środka. Gdy Lela wypuściła powietrze z płuc i kaszlnęła, poszycie wróciło na swoje miejsce, a papa wystrzeliła płatami na pole Stachańskiej. Warkoczami energii na parę młodych spływały zjawiska atmosferyczne. Nad podwórkiem rozpętała się burza z piorunami. Słonica Lucyna z donośnym rykiem umknęła do stodoły. Aurelia wtuliła dłonie we włosy Rajata. Wyładowania elektryczne nakładały na letnią kuchnię kolejne czasoprzestrzenie. Boguś, kompletnie oszołomiony, chłonął epoki, dziwne miejsca i nieznane stwory wirujące wokół pary dzieciaków. Na kuchennej ścianie wyświetlały się kolejne kadry wydarzeń historycznych, a chałupa drżała w posadach.

Po kilku chwilach świat wrócił do normy.

– No i po awarii – ogłosił radośnie Boguś, podrywając się na równe nogi. – Pójdę już, babko. Do pracy muszę wracać – posłał starej wymuszony uśmiech i chwiejnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– No masz, i gadaj tu z takim! – zwiesiła głowę Lelka.

– Boguś! – osadziła go Szeptucha.

– No?

– Co no? – żachnęła się baba. – Nadadzą się czy nie?

Boguś powiódł nieprzytomnym spojrzeniem od babki do Aurelii.

– Tak, tak. Niech przyjdą jutro do biura – wyszeptał i uniósł głowę. – Coś z tym dachem by trzeba … – Wykonał nieokreślony ruch ręką i pospiesznie czmychnął z letniej kuchni.

– No, to załatwione! – zarechotała babka. Klasnęła z radości w dłonie i puściła do Leli oko.