Browsed by
Tag: pisze się

image_pdfimage_print
Ponglish jest ok

Ponglish jest ok

Pamiętacie serię memów „Angielski z Tuskiem”? Bawiły mnie do łez i kompletnie nie chodziło o osobę pana przewodniczącego. Internauci tak kapitalnie przerabiali polskie przysłowia i idiomy, że można się było popłakać ze śmiechu. Nie wiem, czy nie mieli litości dla pana Tuska, ale na pewno nie mieli litości dla naszego cudownego języka. Stwierdzenie SOMETHING IS NO YES, czyli literalne COŚ JEST NIE TAK, weszło już na stałe do bazy moich ulubionych powiedzonek.

Punktem wyjścia było nieśmiertelne i znane na długo przed „Angielskim z Tuskiem” THANK YOU FROM THE MOUNTAIN TOP, czyli Z GÓRY DZIĘKUJĘ. Wykorzystanie podwójnego znaczenia słów to zresztą częsty zabieg w tych żarcikach językowych, jak na przykład w fantazyjnym tłumaczeniu tytułu filmu CZY LECI Z NAMI PILOT, czyli IS THE REMOTE CONTROL IS FLYING WITH US? 😀

kolaz1

Ale jak mawiają najstarsi twórcy memów SCIENCE DIDN’T GO TO THE FOREST, czyli NAUKA NIE POSZŁA W LAS, więc Polak w ciemię bity nie jest i sobie z angielskim zawsze poradzi. Nie będzie byle język nam ust sznurował. O!

Pół biedy, jeśli eksperymenty językowe przebiegają na naszej pięknej, polskiej ziemi (do czego jeszcze potem wrócimy), ale za granicą to sprawa już się trochę komplikuje. Zwłaszcza, gdy delikwent wyjeżdża w celach osadniczo-zarobkowych kompletnie nie znając języka tubylców. Ale spokojnie. Polak w takich sytuacjach również sobie świetnie poradzi stosując niezawodną metodę wolnego mówienia i starannego akcentowania. Oczywiście nie angielskich a polskich słów 😀

Legendarną twórczynią tejże metody była moja znajoma. Zaznawała rozkoszy emigracji do kraju anglojęzycznego w 2005 roku, kiedy Polacy szturmem wyjeżdżali za pracą i jako pierwsi osadnicy mieli z wszystkim pod górkę.

Nie było urzędników mówiących po polsku, menu w restauracjach tylko w tym dziwnym angielskim języku a przede wszystkim nie było sklepów z polską żywnością. I to był dopiero dramat! Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy jak mocno jego polskie serce jest związane z kapustą kiszoną a myśl o polskich parówkach wyciska z oczu łzy nostalgii.  W skrócie mówiąc Polakowi na emigracji jest potrzebne polskie żarcie. Teraz sprawa jest prosta, bo na każdym rogu angielskiej albo irlandzkiej ulicy można znaleźć polski sklepik albo chociaż monopolowy z polskimi wyrobami prowadzony przez Pakistańczyka, ale wtedy, te trzynaście lat temu, kraje anglojęzyczne były jałową pustynią jeśli chodzi o kapustę kiszoną i inne niezbędne Polakowi do życia produkty.

Jakże więc zelektryzowała niewielką Polonię w pewnej prowincjonalnej mieścinie wiadomość, że lokalny supermarket wprowadza skromny asortyment polskich produktów. Świętym graalem była kiszona kapusta w litrowych słoikach. Każda szanująca się Polka biegła więc po kapustę. Moja znajoma naturalnie także. Zamotała się przy wejściu bidula i regału z kapustą za nic nie mogła znaleźć. Gdyby chodziło o coś innego, to pewnie by zrezygnowała, ale heloł? Mowa o kapuście kiszonej! Po obleceniu sklepu kilka razy dookoła znajoma zrozumiała, że nie uda się bez wsparcia. Namierzyła między regałami pracownika i zaczęła energicznie gestykulować, co jak wiemy bardzo pomaga w komunikacji 😀

– Polska żywność? – zapytała uprzejmie.

Pracownik pokręcił głową sygnalizując, że niestety nie rozumie.

– P-O-L-S-K-A Ż-Y-W-N-O-Ś-Ć?

Pracownik dalej nic nie kumał, więc znajoma przekombinowała sobie w głowie, że pewnie „żywność” to za trudne słowo dla prostego Irlandczyka.

– P-O-L-S-K-A P-Ó-Ł-K-A? – zapytała więc z nadzieją w głosie.

W oczach znajomej zapewne było tyle desperacji, że pracownik strzelając w ciemno, zaprowadził nieszczęsną do wyśnionej kapusty kiszonej. I to, moi drodzy, już na zawsze utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że wystarczy mówić wolno i wyraźnie po polsku a każdy obcokrajowiec elegancko zrozumie o co chodzi.

W Polsce rzecz ma się nieco inaczej. Tutaj nie ma obowiązku znać języka angielskiego, ale trzeba oddać sprawiedliwość naszym rodakom, że jeśli tylko mogą to starają się być uczynni i pomocni w stosunku do obcokrajowców. Nawet jeśli tłumaczenie turyście, dokąd ma iść oznacza machanie rękoma jak wiatrakami. Nie mamy żadnych kompleksów i chętnie nawiązujemy konwersację. I tu dochodzimy do drugiego sposobu mówienia po angielsku, czyli skoro znam czasowniki to niech rzeczowników domyśli się Anglik. Lub odwrotnie 😀

Piękną scenę rodzajową zaobserwowałam dosłownie kilka dni temu w Rossmanie. Jakiś cudzoziemiec miał problem z wyborem kosmetyków i uczynna ekspedientka bardzo starała mu się pomóc. Gestem i czynem. A potem mową i uczynkiem 😀 Ponieważ klient nie do końca chyba właściwie intepretował gorączkowe machanie głową, więc dziewczę powiedziało: THIS IS NOT CREAM! THIS IS PIANKA!

A to i tak jeszcze nic w porównaniu z tym co z wyrabia z naszymi językami stres 😀

Taki jeden facet pracował w międzynarodowej firmie a konkretnie w jej polskim oddziale. Angielskim władał całkiem znośnie, dopóki się biedak nie zestresował. Pewnego razu z wizytą do polskiej placówki przyleciał szef wszystkich szefów i przyjaznym tonem, po angielsku rzecz jasna, pochwalił faceta za dobrze wykonaną pracę. A ten pokraśniał i go z wrażenia zatkało a potem trzęsącym się z nerwów głosem wydukał: FUCK YOU VERY MUCH! 😀

Także, co ja tam chciałam? A! To ja się gudbaj z państwem 😀

 

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Punkt widzenia

Punkt widzenia

Pamiętam, jak dzisiaj, siebie z siódmej klasy podstawówki. Takie chude coś łażące po drzewach albo żrące na potęgę wszystko co pod łapy podleciało. I nie raz, pogryzając piątą, kryzysową parówkę – całkowicie bezrefleksyjnie i bez lęku o licznik kalorii – tak sobie filozoficznie myślałam, co to będzie w przyszłości. Jakoś z grubsza umiałam sobie wyobrazić, że po wakacjach pójdę do ósmej klasy i będę o trzy miesiące starsza. Z pewną dumą myślałam o tym, że będę w najstarszej klasie. Prestiż i te klimaty 😀

Z pewną obawą, ale jednak wybiegałam też myślami do czasu zmiany szkoły podstawowej na średnią i nawet udawało mi się jakoś to sobie wyobrazić. Co więcej, myśl o rychłej dorosłości, czyli osiągnięciu poważnych lat piętnastu wywoływała pewien dreszczyk emocji przebiegający po chuderlawych plecach.

Czasami myślałam sobie o mitycznym roku 2000, który we wszystkich pochłanianych przeze mnie książkach Lema, Bułyczowa, czy innych pisarzy SF i futurologów, jawił mi się jako świat szklanych domów, latających samochodów, wczasów na Marsie i robotów sprzątających w każdym domu. Wizja była tak odległa i nierealna, że liczyłam na niedomytych paluchach i wychodziło mi, że gdy dostanę w tym 2000 roku latający samochód i bilet na Marsa to będę tak koszmarnie stara, że właściwie to pewnie nawet nie będę się umiała cieszyć tymi wszystkimi dobrodziejstwami. Dwadzieścia cztery lata! Czy ludzie poważnie tak długo żyją? A jeśli tak, to czy są w stanie w ogóle załapać, że wchodzimy w nowe Milenium? Co to właściwie miało oznaczać? Czy będę się wówczas chylić nad grobem jak moi trzydziestoletni rodzice? Ile to oni będą mieli wtedy lat, jak będzie ten Sylwester 2000? Prawie pięćdziesiąt?

Miałam nadzieję, że do tego czasu wymyślą latające wózki inwalidzkie.

Podstępna przyszłość nastała znienacka, gdy tylko zajęłam się na chwilę nauką w liceum i kolejnymi arcyważnymi księciuniami, niekoniecznie z bajki. Potem zaczęły się studia i nagle się zorientowałam, że rok 2000 jest już tuż tuż a ja cholera jasna nadal nie dostałam przydziału na autolot i wbrew poprzednim niepokojom jestem ciągle dzieckiem. Dużym, ale zawsze 😀

A potem przyszła piękna, ale jednak proza życia. W 2000 roku jedyne co latało w moim domu, to mój ukochany mąż po pieluchy do sklepu osiedlowego. Nawet jeśli w oczach nastolatków byliśmy zgrzybiałymi staruchami, to zdecydowanie tego nie rejestrowaliśmy, bo zwyczajnie nie było na to czasu :)

Pierwszy raz mną potrząsnęło, gdy przed trzydziestką przestali się mnie pytać o dowodzik, gdy wchodziłam do monopolowego a drugi raz całkiem niedawno w osiedlowym spożywczaku. Niewinnie się zaczęło. Kupowałam bilet na metro.

– Ulgowy? – zapytała osiemnastoletnia (tak na oko) panienka – ekspedientka.

– Już nie – zaryzykowałam dowcip.

– Proszę się nie martwić, od pewnego wieku potem znów obowiązuje zniżka – odparła tryskająca młodzieńczym entuzjazmem dziewczynka.

Nie umiałam się zdecydować, czy to złowieszcza obietnica, czy zwykła informacja, co też wkrótce zdaniem panienki będzie mi przysługiwało.

No tak, moi mili, są pewne kamienie milowe i cezury czasowe, które na chwile wytrącają nas z transu codziennego życia i każą nam się zatrzymać i zadziwić się oszałamiającym tempem galopującego życia. Jednym z pierwszych jest, gdy niewiele młodszy od nas gnojek powie: „Proszę pani/pana!” a potem pojawiają się kolejne zadziwiające zdarzenia.

Na przykład przymierzasz nową kieckę i okręcasz się przed lustrem, myśląc, że w sumie to całkiem jeszcze niezła dupa z ciebie, gdy nagle wchodzi latorośl i mości się na łóżku przyglądając się twoim poczynaniom z przekrzywioną krytycznie głową. A potem nagrywa ją na pytania.

– Mamo, a jak to było, gdy byłaś młoda?

A w twojej głowie rozbrzmiewa (zamiast powyższego) „Poważnie? To jak byłaś mała to była już elektryczność?” 😀

Nie zamierzam się złościć. Zawsze w takich sytuacjach przywołuję wizję mojej zgrzybiałej dwudziestoczteroletniej osoby w latającym samochodzie w roku 2000.

Choć przyznać muszę, że raz mało nie popadłam w rozpacz 😀

Rzecz działa się mnóstwo lat temu. Byłam młodą matką, lat nie więcej niż dwadzieścia sześć, i jakoś tak się wydarzyło, że w towarzystwie swojej niewiele młodszej siostry spędzałam miły, letni wieczór na tarasie pod gwiazdami. Zebrało nam się na opowieści ze szkolnych czasów. Przysłuchiwały nam się trzy siedemnastoletnie dziewczyny i zaśmiewały się w głos. Po jakiejś godzinie wstały i zaczęły się grzecznie i dość wylewnie żegnać.

Jedna z nich rzuciła się mojej dwudziestoczteroletniej siostrze na szyję i oznajmiła nabrzmiałym od wzruszenia głosem.

– Dziękujemy Wam dziewczyny! Super życie MIAŁYŚCIE!

No jak tu nie kochać nastolatków? 😀

I teraz kochani moi dochodzimy do sedna. Dzisiaj mija mi 40 lat. Kiedyś pewnie bym pomyślała, że ludzie tyle nie żyją ale dzisiaj prężna, młoda i tylko nieco przytłoczona, podnoszę kielich wina w Waszą stronę i pocieszam się, że gdy mój sześćdziesięcioparoletni ojciec onegdaj stęknął, że jest stary, to prawie dziewięćdziesięcioletnia ciocia spojrzała na niego z politowaniem.

– Dał byś spokój, dzieciaku! – powiedziała lekceważąco i upiła herbaty z filiżanki.

A moja mama zdradziła mi pewną życiową prawdę, której zamierzam kurczowo trzymać się aż do setki. My się przecież nie starzejemy. To tylko kostium się trochę marszczy.

Szampan dla wszystkich a zwłaszcza dla mnie!

Jutro będzie po prostu kolejny dzień, prawda? :)