Browsed by
Tag: pogaduchy

image_pdfimage_print
Witajcie na nowej stronie :)

Witajcie na nowej stronie :)

glowa_izy

Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale się dzieje i następuje. Nasz blog „Świeżo Napisane” zrodzony dla hecy, jak większość rzeczy w moim i Jagny życiu, podobnie jak owa reszta porządnie nas zaskoczył. Żadna z nas nawet nie przypuszczała, że w tak krótkim czasie zyskamy tylu sympatyków, oddźwięk naszych wpisów będzie tak duży, odnotujemy setki wyświetleń i tyle osób będzie chciało z nami współpracować. Nie minął nawet kwartał, a mamy już niezłą markę oraz sporą rzeszę chętnych na nasze przepisy i felietony.  Od dziś startujemy z blogiem na naszej „dorosłej” domenie i zrobimy, co w naszej mocy, by umilić Wam czas. W związku z tym, że na dniach uruchomiona zostanie też zakładka KUCHNIA GOŚCI, z przyjemnością zaprosimy do nas mniej lub bardziej popularnych przedstawicieli różnych zawodów. Już teraz mogę zapewnić, że parę gorących nazwisk od kilku dni stoi w kuchni i miesza dla Was w garnkach, tak więc zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na swiezonapisane.pl :)

 

glowka_Jagny_new

Specjalnie sprawdziłam. Wczoraj minęły równe dwa miesiące od chwili, gdy z głupstwa na uciechę postanowiłyśmy z Izą założyć bloga. Motywacja była jedna: większość swoich rozmów kończyłyśmy refleksją, że aż żal, że to wszystko co piszemy ginie bezpowrotnie w oknach dialogowych. Nie to, żebyśmy uważały, że to co myślimy i piszemy było tak genialne, że powinno się zapisać na wirtualnych wołowych skórach. Po prostu wydawało nam się, że skoro nas to wszystko bawi tak, że tarzamy się ze śmiechu po klawiaturach komputerów, to może i innym sprawi nieco radości. Naszym pomysłom szybko przestał wystarczać szablon gotowych blogów internetowych, więc zaczęłyśmy szukać alternatywy. I tu na odsiecz przybył Mariusz. Nie dysponował wprawdzie białym koniem, ale całkiem niezłą wiedzą, jak zbudować prawdziwą stronę internetową. Ta rodziła się jak feniks z popiołów przez długie tygodnie. Dla mnie i Izy było to mega wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja.

Nowa strona ma kilka innowacji, a będzie ich więcej, bowiem w Izy głowie zrodziła się idea zapraszania na łamy naszej strony różnych ciekawych ludzi, którzy przedstawią swojej przepisy i pewnie przy okazji co nieco o sobie powiedzą. Spodziewajcie się więc wizyt naszych krewniaków, przyjaciół, znajomych ale także różnorakich celebrytów, którzy najwyraźniej też zarazili się od nas śmiechem i entuzjazmem.

No i co by tu jeszcze napisać? No kochani! Po prostu witajcie! :)

Zapraszamy do zwiedzania nowego przybytku. Wszelkie uwagi mile widziane. Mamy do tego nową, wypasioną zakładkę z formularzem kontaktowym :)

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Jagna: Jutro pozbywam się męża na całe dziesięć dni!

Iza: O! To walniesz ze cztery rozdziały. Jak kiedyś mi rodzinka się rozjechała po świecie, to napisałam całą książkę w miesiąc 😀

Jagna: To jest niesamowite, jak bardzo oni nie kumają, że do pisania trzeba się wyciszyć i egzystować w harmonijnym i pozbawionym bajzlu wnętrzu.

Iza: No! A mąż niby nie przeszkadza, niby nic nie mówi, umowę sobie jakąś cichuteńko na komputerze klepie. Ale JEST. Więc nie wytrzymuję i idę pisać do garażu z notesem w ręku. Siadam na skrzynce z narzędziami, w zimie zakładam buty snowboardowe i ze wzrokiem na wysokości przedniej prawej felgi, przenoszę się w głąb stajennej sagi. Potem wracam i wywalam biedaka na piętro, a on by chciał ze mną posiedzieć. To jest niesprawiedliwe! Każdy ma miejsce w domu a ja mam stół w kuchni, gdzie non stop ktoś przyłazi. Bo skoro siedzę to znaczy, że nie mam nic do roboty. Jak to dobrze, że mam jeszcze ten garaż…

Jagna: Ja piszę przy wyspie kuchennej. A oni kręcą się wokół jak muchy utrapione. Próbuję się izolować za pomocą słuchawek i muzy, ale myślisz, że im to przeszkadza? Ja sobie właśnie smakowite zdanie zapisuję a tu mi któreś wyrywa słuchawki z uszu i ryczy: „gdzie są jajka?”. No Iza, ja nie mogę – gdzie są jajka? „W dupie są jajka! W kurzej dupie!”  – warczę na nich.  Ale myślisz, że ich to rusza?

Iza: Załóżmy sobie dom pracy twórczej :(

Jagna: Zamieszkajmy razem!

Iza: Nawet to jednocześnie napisałyśmy! Kurde, wyjdziesz za mnie?

Jagna: Z rozkoszą. Zabieraj Tornado, ja biorę spaślaka Mruczka Szeptuchy.

Iza: Nie, ja Kapsla i Szajby nie zostawię!

Jagna: To koty też bierzemy :)

Iza: A Twoi niech sobie szukają tych jajek, może w końcu znajdą.

Jagna: W kurzej dupie na przykład.

Prima aprilis!

Prima aprilis!

Kochani czytelnicy!

Jesteśmy pewne, że nikt nie uwierzył w nasze literackie, tudzież towarzyskie rozstanie ale dla porządku dementujemy nasz poprzedni prima aprilis’ owy wpis.

Otóż zgodnie oświadczamy, że współpraca pisarki z Krakowa z recenzentką z Warszawy ma się doskonale.

Mamy również nadzieję, iż ucieszy Was wiadomość, że pomysły na dalsze posty wręcz wysypują się nam z głów a nasza wieloletnia przyjaźń również ma się świetnie.

Jak wiecie w soboty odpoczywamy, ale za to już w najbliższą niedzielę czekamy na Was na blogu z przepisem na kolejne smakowitości autorstwa Jagny.  Korzystając z okazji chcemy też powiedzieć, że wszystkie przejawy Waszej sympatii dla naszego bloga są dla nas niesamowicie cenne i to właśnie Wy motywujecie nas do dalszej pracy.

Życzymy Wam pięknej wiosny, gorącego lata i złotej polskiej jesieni…

A potem się zobaczy co dalej :)

Iza i Jagna

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt

Kochani czytelnicy!

Przyjmijcie serdeczne życzenia z okazji zbliżających się świąt. Niech Wam się wszystko układa po myśli, niech Wasze portfele spuchną od grubych plików forsy a Wasze dzieci niech będą najgrzeczniejszymi na świecie. Niech dopisuje Wam dobry humor, jeszcze lepsze zdrowie a przemiana materii niech sprawi, że po świętach nie wpadną Wam dodatkowe kilogramy. Niech szef w pracy stanie się aniołem a wredną koleżankę z biura przeniosą do innego działu. Życzymy Wam podwyżki, wspaniałej formy, białych zębów i hollywódzkich uśmiechów.

A czego my sobie życzymy? Oczywiście tego, żebyście do nas zaglądali i czytali nasze wpisy :)

Wesołych Świąt i widzimy się we wtorek :)

20160325_132544

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą…

Jagna: Piszesz?

Iza: Nie, dzisiaj nie bardzo mogę.

Jagna: A co się stało? Wena ci siadła?

Iza: E tam, wena to mi nigdy nie siada :)

Jagna: No to niechciej Cię złapał.

Iza: Skąd! Full odpał i energia.

Jagna: No to już nie wiem. Gadaj w czym problem?

Iza: A żeby jeden był… sześć konkretnie.

Jagna: ???

Iza: Mąż, dzieci, koty i pies 😀 Non stop coś chcą. Głównie do żarcia oczywiście. Mam wrażenie, że żarcie z ich talerzy i misek jest zasysane centralnie do dziury kosmicznej. A Ty piszesz?

Jagna: Ha ha ha…  Ja też nie. Też mam problem. Mąż chory. Czujesz?

Iza: No a jak, przecież faceci nie chorują, oni walczą o życie.

Jagna: Coś w tym jest… Poszłam dzisiaj do apteki i mówię do zaprzyjaźnionej farmaceutki: „Poproszę coś na przeziębienie”. I chyba niepotrzebnie dodałam: „Dla męża”. A ona pyta, co mężowi jest. To ja na to, że ma katar. Ona patrzy na mnie: „I co jeszcze mu dolega?”. To mówię: „No tylko katar”. Farmaceutka spojrzała na mnie z takim wieloznacznym uśmiechem i podaje jakiś tam gripex czy inny fervex. I takim głosem – wiesz teoretycznie grobowym a w praktyce pełnym od tłumionego śmiechu – mówi do mnie: „To powinno pomóc”. Wzięłam, zapłaciłam, pośmiałam się pod nosem i idę w stronę domu. Przystanęłam na chwilę koło straganu z tulipanami. I tak stoję chwilę, z kwiaciarką gadam a tu nagle ktoś koło mnie staje i uśmiecha się od ucha do ucha. Patrzę a to znajoma farmaceutka. Widać zaraz po moim wyjściu skończyła zmianę. I tak patrzy na mnie, na te tulipany nieszczęsne i powiada tak: „A co pani tu jeszcze robi? Przecież w domu chłop umiera.” Po czym rechocząc na cały głos idzie dalej.

Iza:  😀

Jagna: I w końcu z tego wszystkiego tulipanów nie kupiłam. Jakoś tak niezręcznie było. A jakby mąż pomyślał, że się szykuję do pogrzebu? 😀

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Inspirowana niedawną  fejsbookową konwersacją krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Historia wzajemnej niechęci mieszkańców Krakowa i Warszawy podobno rozpoczęła się od tego, że król Zygmunt III Waza bezczelnie odebrał Krakusom status pępka Polski. To musi boleć, przyznacie 😉

Z drugiej strony Warszawa z pewnością nie może przeboleć, że symbolem konkurenta jest piękny Wawel a w „stolycy” straszy stalinowski podrzutek zwany Pałacem Kultury.

I jeszcze odwieczna wojna o wychodzenie „na pole” i „na dwór”!

O wzajemnej miłości kibiców z naszych pięknych miast nawet nie ma sensu wspominać :)

W Warszawie mówi się o Krakusach, że są centusiami a w Krakowie o Warszawiakach, że to buce. Zadziwiające bywają reakcje. Warszawiak się tłumaczy, że stolicy oborę robi element napływowy, czyli słoiki, a mieszkańcy Krakowa twierdzą, że są Poznaniakami wygnanymi z Poznania za rozrzutność.

 

My nie będziemy dociekać, jak jest naprawdę. Nas temat bawi, i jak każdy inny, stymuluje nasze mózgownice. Hłe hłe.

zrzut

A! I zapamiętajcie dwie złote myśli:

Największą atrakcją Krakowa jest pociąg jadący do Warszawy

Kraków w Wiśle dupska myje a Warszawa wodę pije

diabeu_kopia

Dawno temu, ciemną nocą…

Dawno temu, ciemną nocą…

Fragment rozmowy na gg:

Jagna: Przedwczoraj mi przysłali z Prószyńskiego Twoją powieść :) Skończyłam czytać już.

Iza: Już?! (wielkie oczy) Czytałaś po łebkach

Jagna: Nie :)

Iza: I co teraz? Powiedzże coś, bo mi ze stresu kanapka w gardle stanęła

Jagna: Spoko jest :)

Iza: Aż się boję. Co tam nawymyślasz. Zlituj się, bo się udławię z tych nerw

Jagna: Tremę mam. Bo pierwszy raz recenzuję bliską mi osobę

Iza: Ty masz tremę? To co ja mam, kurczę, powiedzieć?

Jagna: Napisałaś bardzo dobrą książkę :) A teraz spadam spać, bo u mnie już świta 😉 Link do recki niebawem

Iza: O wielki ty krytyku literacki 😉

Jagna: Spadaj odjechana pisarko :)

Iza: Bujaj się Małpo w objęciach Morfeusza :)

***

okladka

Izabella Frączyk
Dziś jak kiedyś
Prószyński i S-ka
Cena: 34 zł
Stron: 430

Współczesny nurt babskich powieści  zaczyna się od niejakiej Bridget Jones. Literatura tego typu narodziła się oczywiście znacznie wcześniej, ale to właśnie Bridget zdobyła serca czytelników. Dlaczego? Może to kwestia uduchowionych dialogów? Może niezwykle skomplikowanej akcji? Albo pełnej cnót głównej bohaterki? O nie. Kobiety od ładnych paru lat mają serdecznie dość żeńskich postaci pierwszoplanowych, które są nieskazitelnie piękne, szczupłe i doskonale mądre. Na froncie, gdzie kule świszczą nad głowami, zachowują perfekcyjny makijaż, a gdy jakaś góra lodowa zmusza je do ewakuacji z okrętu, to kładą się z godnością na dryfujących drzwiach – pełniących zaszczytną funkcję tratwy – i  leniwym gestem poprawiają przemoczone futerko z norek. W świecie usztywnionych książek kobiecych nie istnieją pomieszczenia typu toaleta, jedzenie jest wymysłem podstarzałych dziwaków, a w szpilkach można się dostojnie przemieszczać po żwirowej alejce.

W pop kulturze, do późnych lat dziewięćdziesiątych brakowało niedoskonałej kobiety, która miewała gorsze dni, fałdki tłuszczu na brzuchu i beznadziejną pracę. I tak narodziła się Bridget. Umówmy się – z perspektywy dzisiejszych dni – żadna rewelacja. Prościutka historyjka, prowadzona jednowątkowo i posiadająca na składzie beznadziejne dialogi. Nie zmienia to faktu, że wyznaczyła kurs dla wielu autorek literatury kobiecej. W Polsce z podobnym powieścidłem zadebiutowała onegdaj Grochola, za nią poszły wierne naśladowczynie. Ukazały się bestsellery, seriale oraz chwilowa sława. I nic więcej.

To wszystko było tak doskonale nudne, tak przaśne i całkowicie oparte na przewidywalnym, hollywódzkim  schemacie, że odechciewało się czytać. Od książki, niezależnie od jej gatunku, wymagam logiki zdarzeń, barwnych bohaterów, którzy nie będą mi się mylić na dwusetnej stronie, oraz akcji. Jakiejkolwiek. Dobrze, jeśli do tego dane mi się będzie pośmiać. Większość rodzimych książek z nurtu literatury kobiecej nie spełnia nawet tych podstawowych kryteriów. Olałam więc ów dział literatury na długie lata.

Ostatnio wpadła mi jednak w ręce najnowsza powieść Izabelli Frączyk. Autorka ma niezły warsztat i fajne poczucie humoru, a do tego umie formułować ciekawe wnioski. Jest sejsmografem na ludzkie interakcje i najwyraźniej wie, że umieszczenie głównej bohaterki powieści, niejakiej Aleksandry, na głębokiej prowincji jest doskonałym pretekstem do rozpoczęcia dyskusji na temat: gdzie się lepiej żyje? W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, czy raczej w maleńkiej miejscowości na końcu kraju? Jak odnaleźć się w sytuacji, w której życie osobiste wali się w gruzy, a rodzina okazuje się gniazdem żmij? A do tego przyjaciółka, która znajduje bohaterce etat Bóg wie gdzie i zasadniczo nie ma pewności, czy kieruje się czystymi intencjami. Jak zamienić chore, warszawskie tempo życia na prowincjonalne układy i układziki? Odpowiedź z pewnością niejednego czytelnika zaskoczy.

Zabrałam książkę „Dziś jak kiedyś” na romantyczny wypad z ukochanym. On spał, a ja czytałam, podsuwając kolejne kartki pod maleńką nocną lampkę. Trzeba lepszej rekomendacji?

Powyższa recenzja została napisana na zamówienie portalu literackiego Fahrenheit i została opublikowana 17.10.2013 pod tym linkiem