Browsed by
Tag: pogaduchy

image_pdfimage_print
Witajcie na nowej stronie :)

Witajcie na nowej stronie :)

glowa_izy

Nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi, ale się dzieje i następuje. Nasz blog „Świeżo Napisane” zrodzony dla hecy, jak większość rzeczy w moim i Jagny życiu, podobnie jak owa reszta porządnie nas zaskoczył. Żadna z nas nawet nie przypuszczała, że w tak krótkim czasie zyskamy tylu sympatyków, oddźwięk naszych wpisów będzie tak duży, odnotujemy setki wyświetleń i tyle osób będzie chciało z nami współpracować. Nie minął nawet kwartał, a mamy już niezłą markę oraz sporą rzeszę chętnych na nasze przepisy i felietony.  Od dziś startujemy z blogiem na naszej „dorosłej” domenie i zrobimy, co w naszej mocy, by umilić Wam czas. W związku z tym, że na dniach uruchomiona zostanie też zakładka KUCHNIA GOŚCI, z przyjemnością zaprosimy do nas mniej lub bardziej popularnych przedstawicieli różnych zawodów. Już teraz mogę zapewnić, że parę gorących nazwisk od kilku dni stoi w kuchni i miesza dla Was w garnkach, tak więc zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów na swiezonapisane.pl :)

 

glowka_Jagny_new

Specjalnie sprawdziłam. Wczoraj minęły równe dwa miesiące od chwili, gdy z głupstwa na uciechę postanowiłyśmy z Izą założyć bloga. Motywacja była jedna: większość swoich rozmów kończyłyśmy refleksją, że aż żal, że to wszystko co piszemy ginie bezpowrotnie w oknach dialogowych. Nie to, żebyśmy uważały, że to co myślimy i piszemy było tak genialne, że powinno się zapisać na wirtualnych wołowych skórach. Po prostu wydawało nam się, że skoro nas to wszystko bawi tak, że tarzamy się ze śmiechu po klawiaturach komputerów, to może i innym sprawi nieco radości. Naszym pomysłom szybko przestał wystarczać szablon gotowych blogów internetowych, więc zaczęłyśmy szukać alternatywy. I tu na odsiecz przybył Mariusz. Nie dysponował wprawdzie białym koniem, ale całkiem niezłą wiedzą, jak zbudować prawdziwą stronę internetową. Ta rodziła się jak feniks z popiołów przez długie tygodnie. Dla mnie i Izy było to mega wyzwanie, ale i ogromna satysfakcja.

Nowa strona ma kilka innowacji, a będzie ich więcej, bowiem w Izy głowie zrodziła się idea zapraszania na łamy naszej strony różnych ciekawych ludzi, którzy przedstawią swojej przepisy i pewnie przy okazji co nieco o sobie powiedzą. Spodziewajcie się więc wizyt naszych krewniaków, przyjaciół, znajomych ale także różnorakich celebrytów, którzy najwyraźniej też zarazili się od nas śmiechem i entuzjazmem.

No i co by tu jeszcze napisać? No kochani! Po prostu witajcie! :)

Zapraszamy do zwiedzania nowego przybytku. Wszelkie uwagi mile widziane. Mamy do tego nową, wypasioną zakładkę z formularzem kontaktowym :)

Syndrom magazyniera

Syndrom magazyniera

Jak to już w życiu bywa, większe zmiany zwykle skłaniają człowieka do refleksji i remanentów. Właśnie szykuję się do grubszej demolki. Nie, nie, spokojnie, nie w życiu. W domu, ale to prawie to samo.  Bo jak nie dostanę przy tym nerwicy, czy objawów maniakalno-depresyjnych to mi ręce od sprzątania odpadną. Tak czy siak, na bank remont odbije się niekorzystnie na moim zdrowiu i ja już to wiem, ale jako żem optymistka, niespecjalnie się tym przejmuję. Wcześniej celowo w liście schorzeń nie wymieniłam stanów lękowych, bo do tego mi wcale nie potrzeba remontu. Wystarczy mi sama perspektywa.

Otóż od jakiegoś czasu z przerażeniem wchodzę do piwnicy. Wszystko przez to, że w domu lubię mieć raczej pusto i schludnie, w związku z tym wszystko, co mi zaburza wewnętrzną harmonię w szybkich abcugach wylatuje do piwnicy. Weźmy na przykład taki słoik po ogórkach. Wpierw ląduje na półpiętrze, gdzie stoi już sporo innych rzeczy typu gaśnica bez przeglądu, śniegowce do wyboru do koloru, trzy miotły o różnym stopniu zużycia i krajalnica do wędlin, której używałam w Wielkanoc, i która czeka aż ktoś się ulituje i wyniesie ją na regał w dalszej części piwnicy.

Ale to nie takie proste, bo w międzyczasie na jej miejscu wylądowało pudło z ozdobami na choinkę, które już wcześniej swoje na półpiętrze odstało, bo na miejsce pudła wpakował się paradny serwis na dwanaście osób używany jeszcze bardziej od święta, bo stół to ja mam maksymalnie na osiem, a jak robię party stojące, albo grill to wtedy nie wyciągam serwisu. W sumie nawet nie wiem na co mi taki serwis, ale jest.

Ale wróćmy do naszego słoika. Otóż stoi sobie taki słoik i spokojnie czeka na zmiłowanie. O ile w międzyczasie nikt się o niego nie potknie i ów dotrwa w całości do dnia, w którym nie będzie się dało wziąć zakrętu na schodach, wtedy zostanie przeniesiony. I tu opcje są dwie, bowiem po drodze mam worki do segregacji śmieci. Rzecz jasna losy słoika zależą od mojego nastroju, bo jak jestem zła, to od razu fru go do worka, a jak mnie weźmie na litość, to wynoszę go dalej.

Zwykle wtedy ponosi mnie fantazja w postaci wyrazistej wizji przyszłych przetworów owocowo- warzywnych, choć ostatnie robiłam jakoś rok po ślubie. Wtedy nasz słoiczek będzie jak znalazł. Bo zawsze tak jest, że jak potrzeba coś wsadzić do słoika to słoika nie ma. I tak oto nasz bohater trafia za tak zwane „trzecie drzwi”, co w domowym grypsie oznacza przesuwaną, dzieloną na trzy części ściankę oddzielającą pomieszczenia, które nadają się do pokazania ludziom, od tych, które się do tego nie nadają i nawet przy rewizji z ABW sąd musiałby wydać osobny nakaz, bym wpuściła kogoś w te domowe kazamaty.

Poza mną, absolutnie nikt nie wie, co tam jest i jeszcze się nie zdarzyło, żeby poza mną, ktoś tam coś znalazł. Czasem mój mąż ma szczęście i na coś natrafi przypadkiem, ale on często tak ma, więc nie psuje całości statystyki. Jako że nie wiem czy posiadam już jakieś słoiki, szykuję nowe pudło na szkło. Umieszczam w nim dwie zakręcane butelki po occie i ze dwie z wina, do których ponownie dało się wetknąć korek.

Mąż niedawno coś wspominał o zakładaniu winnicy, więc kto to wie… Wychodzę z trudem, bo właściwie nie ma gdzie nogi postawić i margam pod nosem, że dziada i baby jeszcze brakuje. Oczywiście obiecuję sobie, że kiedyś zrobię totalną czystkę. Wiem, na bank wiem, że mam minimum trzy wtyczki do przedłużacza od kosiarki. Kupiłam rok temu jedną, ale potem znalazłam jeszcze dwie, ale gdzie? Przedłużacz właśnie wysiadł, pół trawnika nieskoszone.

– Kochanie nie widziałaś gdzieś wtyczki?- pada pytanie.

Chwilowo udaję, że mnie nie ma i nic o wtyczkach nie wiem.

–  Że co? Wtyczka? Jaka wtyczka? Zarobiona jestem.

Równo palę głupa ale mój mąż dobrze mnie zna :)

Jak to dobrze, że Castorama blisko i remont też. Dobrze, że skończyłam pisać książkę, bo przed remontem czeka mnie wyzwanie niczym sprzątanie stajni Augiasza. Niestety nie mam w pobliżu nawet rowu melioracyjnego, a co dopiero rzeki, więc nawet nie chce myśleć ile przy okazji znajdę wtyczek, pędzli i innego badziewia.

Ostatnia czystka w piwnicy miała miejsce jedenaście lat temu, więc sami rozumiecie moje stany lękowe, gdzie spisek przeciw mojej osobie węszę na każdym kroku. Wczoraj byłam u mamy i trochę ją zrugałam, że ma bałagan w kuchni na blacie. Jakieś puste butelki, słoiki, pojemniki. Poznaję znajome zakrętki od wielkanocnego chrzanu, śledzi i sałatki.

– Mamuś, po co to trzymasz?

– To przecież twoje. Trzymam dla ciebie wszystkie słoiki. Weź sobie, na pewno kiedyś się przydadzą :)

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Ciemną nocą… I żyły długo i szczęśliwie.

Jagna: Jutro pozbywam się męża na całe dziesięć dni!

Iza: O! To walniesz ze cztery rozdziały. Jak kiedyś mi rodzinka się rozjechała po świecie, to napisałam całą książkę w miesiąc 😀

Jagna: To jest niesamowite, jak bardzo oni nie kumają, że do pisania trzeba się wyciszyć i egzystować w harmonijnym i pozbawionym bajzlu wnętrzu.

Iza: No! A mąż niby nie przeszkadza, niby nic nie mówi, umowę sobie jakąś cichuteńko na komputerze klepie. Ale JEST. Więc nie wytrzymuję i idę pisać do garażu z notesem w ręku. Siadam na skrzynce z narzędziami, w zimie zakładam buty snowboardowe i ze wzrokiem na wysokości przedniej prawej felgi, przenoszę się w głąb stajennej sagi. Potem wracam i wywalam biedaka na piętro, a on by chciał ze mną posiedzieć. To jest niesprawiedliwe! Każdy ma miejsce w domu a ja mam stół w kuchni, gdzie non stop ktoś przyłazi. Bo skoro siedzę to znaczy, że nie mam nic do roboty. Jak to dobrze, że mam jeszcze ten garaż…

Jagna: Ja piszę przy wyspie kuchennej. A oni kręcą się wokół jak muchy utrapione. Próbuję się izolować za pomocą słuchawek i muzy, ale myślisz, że im to przeszkadza? Ja sobie właśnie smakowite zdanie zapisuję a tu mi któreś wyrywa słuchawki z uszu i ryczy: „gdzie są jajka?”. No Iza, ja nie mogę – gdzie są jajka? „W dupie są jajka! W kurzej dupie!”  – warczę na nich.  Ale myślisz, że ich to rusza?

Iza: Załóżmy sobie dom pracy twórczej :(

Jagna: Zamieszkajmy razem!

Iza: Nawet to jednocześnie napisałyśmy! Kurde, wyjdziesz za mnie?

Jagna: Z rozkoszą. Zabieraj Tornado, ja biorę spaślaka Mruczka Szeptuchy.

Iza: Nie, ja Kapsla i Szajby nie zostawię!

Jagna: To koty też bierzemy :)

Iza: A Twoi niech sobie szukają tych jajek, może w końcu znajdą.

Jagna: W kurzej dupie na przykład.

Prima aprilis!

Prima aprilis!

Kochani czytelnicy!

Jesteśmy pewne, że nikt nie uwierzył w nasze literackie, tudzież towarzyskie rozstanie ale dla porządku dementujemy nasz poprzedni prima aprilis’ owy wpis.

Otóż zgodnie oświadczamy, że współpraca pisarki z Krakowa z recenzentką z Warszawy ma się doskonale.

Mamy również nadzieję, iż ucieszy Was wiadomość, że pomysły na dalsze posty wręcz wysypują się nam z głów a nasza wieloletnia przyjaźń również ma się świetnie.

Jak wiecie w soboty odpoczywamy, ale za to już w najbliższą niedzielę czekamy na Was na blogu z przepisem na kolejne smakowitości autorstwa Jagny.  Korzystając z okazji chcemy też powiedzieć, że wszystkie przejawy Waszej sympatii dla naszego bloga są dla nas niesamowicie cenne i to właśnie Wy motywujecie nas do dalszej pracy.

Życzymy Wam pięknej wiosny, gorącego lata i złotej polskiej jesieni…

A potem się zobaczy co dalej :)

Iza i Jagna

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt

Kochani czytelnicy!

Przyjmijcie serdeczne życzenia z okazji zbliżających się świąt. Niech Wam się wszystko układa po myśli, niech Wasze portfele spuchną od grubych plików forsy a Wasze dzieci niech będą najgrzeczniejszymi na świecie. Niech dopisuje Wam dobry humor, jeszcze lepsze zdrowie a przemiana materii niech sprawi, że po świętach nie wpadną Wam dodatkowe kilogramy. Niech szef w pracy stanie się aniołem a wredną koleżankę z biura przeniosą do innego działu. Życzymy Wam podwyżki, wspaniałej formy, białych zębów i hollywódzkich uśmiechów.

A czego my sobie życzymy? Oczywiście tego, żebyście do nas zaglądali i czytali nasze wpisy :)

Wesołych Świąt i widzimy się we wtorek :)

20160325_132544

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą…

Jagna: Piszesz?

Iza: Nie, dzisiaj nie bardzo mogę.

Jagna: A co się stało? Wena ci siadła?

Iza: E tam, wena to mi nigdy nie siada :)

Jagna: No to niechciej Cię złapał.

Iza: Skąd! Full odpał i energia.

Jagna: No to już nie wiem. Gadaj w czym problem?

Iza: A żeby jeden był… sześć konkretnie.

Jagna: ???

Iza: Mąż, dzieci, koty i pies 😀 Non stop coś chcą. Głównie do żarcia oczywiście. Mam wrażenie, że żarcie z ich talerzy i misek jest zasysane centralnie do dziury kosmicznej. A Ty piszesz?

Jagna: Ha ha ha…  Ja też nie. Też mam problem. Mąż chory. Czujesz?

Iza: No a jak, przecież faceci nie chorują, oni walczą o życie.

Jagna: Coś w tym jest… Poszłam dzisiaj do apteki i mówię do zaprzyjaźnionej farmaceutki: „Poproszę coś na przeziębienie”. I chyba niepotrzebnie dodałam: „Dla męża”. A ona pyta, co mężowi jest. To ja na to, że ma katar. Ona patrzy na mnie: „I co jeszcze mu dolega?”. To mówię: „No tylko katar”. Farmaceutka spojrzała na mnie z takim wieloznacznym uśmiechem i podaje jakiś tam gripex czy inny fervex. I takim głosem – wiesz teoretycznie grobowym a w praktyce pełnym od tłumionego śmiechu – mówi do mnie: „To powinno pomóc”. Wzięłam, zapłaciłam, pośmiałam się pod nosem i idę w stronę domu. Przystanęłam na chwilę koło straganu z tulipanami. I tak stoję chwilę, z kwiaciarką gadam a tu nagle ktoś koło mnie staje i uśmiecha się od ucha do ucha. Patrzę a to znajoma farmaceutka. Widać zaraz po moim wyjściu skończyła zmianę. I tak patrzy na mnie, na te tulipany nieszczęsne i powiada tak: „A co pani tu jeszcze robi? Przecież w domu chłop umiera.” Po czym rechocząc na cały głos idzie dalej.

Iza:  😀

Jagna: I w końcu z tego wszystkiego tulipanów nie kupiłam. Jakoś tak niezręcznie było. A jakby mąż pomyślał, że się szykuję do pogrzebu? 😀

Sprzedawała baba auto…

Sprzedawała baba auto…

Moi mili, pewnie znacie to z autopsji i wiecie rzecz oczywistą, że od baby się nie kupuje. No bo przecież lepiej kupić po księdzu, lekarzu (ze szczególnym uwzględnieniem ginekologa), aptekarzu a najlepiej to kupić po dziadku z Wehrmachtu. No, ewentualnie od jakiegoś Holendra, choć tutaj może powstać problem spalania. Zupełnie nie wiem natomiast, dlaczego dyskryminuje się w tej kwestii naszych rodzimych dziadków, bo przecież oni tylko do kościoła i na działkę. No i nasi w ofercie mają do zaoferowania więcej modeli, niźli tylko przechodzone egzemplarze reprezentujące owiany legendą mit niemieckiej motoryzacji z dziewiątej dekady ubiegłego stulecia. Normalnie same pewniaki, ale i tak wszystko wymięka w zderzeniu z rzeczywistością, w sytuacji, w której sprzedaje kobieta. Biedaczka prawie od razu, przez sam fakt bycia reprezentantką płci pięknej, zostaje postawiona na straconej pozycji. Dlaczego? Bo biedna nie umie, bo niemota nie wie, bo na garach tylko się zna a na motoryzacji – za grosz, bo sierota jakaś, co to na bank sprzęgła do końca wcisnąć nie potrafi i owo na bank niedługo się spali, o ile już się nie spaliło i tak dalej…

Niedawno na forum motoryzacyjnym zapoznałam się z burzliwym wątkiem, w którym, w tejże materii, udzielali się sami fachowcy. Wzajemnie się zapewniali, że auto po babie zawsze ma zarysowania w okolicy klamki od strony kierowcy, bo to od tipsów (sic!) (ewentualnie od pierścionków). Hmm, ciekawa teoria.

Ja nie wiem co to za cymbały, jeden z drugim, że nie wiedzą jak drogie są tipsy i jak bardzo trzeba na nie uważać!? A jak boli taki tips, gdy się go nadłamie o klamkę!? To już kaplica i cymbał, jeden z drugim, pewnie od takiego bólu by zszedł z tego łez padołu. Być może Edward Nożycoręki mógłby coś na ten temat szepnąć oraz lakier obok klamki zarysować, ale dajmy spokój. Zatem, kupując auto po babie, żeby się upewnić czy aby na pewno nie kłamie, sugeruję sprawdzić multum rysek i otarć w okolicy bagażnika. W końcu przewieźć w ciągu kilku lat kilkadziesiąt ton zakupów, a do tego różne wózki, chodziki, nosidełka, kojce, hulajnogi, rowerki, rolki i resztę, to nie byle co. Ha!

Moje Drogie Panie Kierowniczki, jeśli planujecie wystawić wasze cudo na aukcji w internecie, poniżej, specjalnie dla Was, jest gotowa formułka do wklejenia do opisu aukcji. U mnie zadziałała, więc może zadziała i u Was :)

„ Szanowny Kliencie. Bardzo zachęcam do kupna i od razu uprzedzam, że sprzedaje kobieta, co wcale nie oznacza, że pójdzie łatwo. Co najważniejsze, cena nie podlega negocjacjom, więc proszę mi tu nie marudzić, że „coś tam” i głowy nie zawracać, bo jestem osobą zajętą i dla melepetów gawędziarzy, co to im się wydaje, że się znają na samochodach, nie mam czasu. Argumentu, że sprzedaje baba absolutnie nie biorę pod uwagę, bo dzieci zawsze obowiązywał zakaz wszelkiej konsumpcji na terenie pojazdu, a widziałam na własne oczy tyle upapranych aut po facetach, że nie zliczę. Szczególnie brudne miał ginekolog mojej szwagierki, a i proboszcz z parafii mojej teściowej również pedanterią nie grzeszył. Znam własne auto lepiej niż własne dziecko, więc jedyną sytuacją, w której dopuszczam możliwość negocjacji, to taka, kiedy kupujący znajdzie w aucie coś, co zataiłam w opisie. Niemniej uprzedzam lojalnie, że przy ostatnim samochodzie klient szukał dwa tygodnie i niczego nie znalazł. W rodzinie, samochodami od zawsze zajmuję się ja, nieco się na nich znam i jest to fyfnaste auto, jakie sprzedaję, więc uprzedzam, że nie łyknę żadnego kitu od pseudo fachowca z chińskim miernikiem grubości lakieru z sąsiedniej aukcji.

Nie mam nic do ukrycia i chętnie udostępnię samochód do oględzin w dowolnym warsztacie w mojej okolicy. U mechanika, blacharza, nawet u jasnowidza i różdżkarza. Oczywiście koszty oględzin ponosi klient. Na życzenie numer VIN.

Przepraszam, że na foto auto jest trochę brudne, ale obiecuję, że do sprzedaży będzie cacy.

Mycia silnika nie praktykuję, więc pod maską będzie normalnie i proszę liczyć się z tym, że przy sprzedaży mogę płakać.  Zapraszam.”

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Ciemną nocą. Krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Inspirowana niedawną  fejsbookową konwersacją krótka historia romansu Krakowa z Warszawą

Historia wzajemnej niechęci mieszkańców Krakowa i Warszawy podobno rozpoczęła się od tego, że król Zygmunt III Waza bezczelnie odebrał Krakusom status pępka Polski. To musi boleć, przyznacie 😉

Z drugiej strony Warszawa z pewnością nie może przeboleć, że symbolem konkurenta jest piękny Wawel a w „stolycy” straszy stalinowski podrzutek zwany Pałacem Kultury.

I jeszcze odwieczna wojna o wychodzenie „na pole” i „na dwór”!

O wzajemnej miłości kibiców z naszych pięknych miast nawet nie ma sensu wspominać :)

W Warszawie mówi się o Krakusach, że są centusiami a w Krakowie o Warszawiakach, że to buce. Zadziwiające bywają reakcje. Warszawiak się tłumaczy, że stolicy oborę robi element napływowy, czyli słoiki, a mieszkańcy Krakowa twierdzą, że są Poznaniakami wygnanymi z Poznania za rozrzutność.

 

My nie będziemy dociekać, jak jest naprawdę. Nas temat bawi, i jak każdy inny, stymuluje nasze mózgownice. Hłe hłe.

zrzut

A! I zapamiętajcie dwie złote myśli:

Największą atrakcją Krakowa jest pociąg jadący do Warszawy

Kraków w Wiśle dupska myje a Warszawa wodę pije

diabeu_kopia

Dawno temu, ciemną nocą…

Dawno temu, ciemną nocą…

Fragment rozmowy na gg:

Jagna: Przedwczoraj mi przysłali z Prószyńskiego Twoją powieść :) Skończyłam czytać już.

Iza: Już?! (wielkie oczy) Czytałaś po łebkach

Jagna: Nie :)

Iza: I co teraz? Powiedzże coś, bo mi ze stresu kanapka w gardle stanęła

Jagna: Spoko jest :)

Iza: Aż się boję. Co tam nawymyślasz. Zlituj się, bo się udławię z tych nerw

Jagna: Tremę mam. Bo pierwszy raz recenzuję bliską mi osobę

Iza: Ty masz tremę? To co ja mam, kurczę, powiedzieć?

Jagna: Napisałaś bardzo dobrą książkę :) A teraz spadam spać, bo u mnie już świta 😉 Link do recki niebawem

Iza: O wielki ty krytyku literacki 😉

Jagna: Spadaj odjechana pisarko :)

Iza: Bujaj się Małpo w objęciach Morfeusza :)

***

okladka

Izabella Frączyk
Dziś jak kiedyś
Prószyński i S-ka
Cena: 34 zł
Stron: 430

Współczesny nurt babskich powieści  zaczyna się od niejakiej Bridget Jones. Literatura tego typu narodziła się oczywiście znacznie wcześniej, ale to właśnie Bridget zdobyła serca czytelników. Dlaczego? Może to kwestia uduchowionych dialogów? Może niezwykle skomplikowanej akcji? Albo pełnej cnót głównej bohaterki? O nie. Kobiety od ładnych paru lat mają serdecznie dość żeńskich postaci pierwszoplanowych, które są nieskazitelnie piękne, szczupłe i doskonale mądre. Na froncie, gdzie kule świszczą nad głowami, zachowują perfekcyjny makijaż, a gdy jakaś góra lodowa zmusza je do ewakuacji z okrętu, to kładą się z godnością na dryfujących drzwiach – pełniących zaszczytną funkcję tratwy – i  leniwym gestem poprawiają przemoczone futerko z norek. W świecie usztywnionych książek kobiecych nie istnieją pomieszczenia typu toaleta, jedzenie jest wymysłem podstarzałych dziwaków, a w szpilkach można się dostojnie przemieszczać po żwirowej alejce.

W pop kulturze, do późnych lat dziewięćdziesiątych brakowało niedoskonałej kobiety, która miewała gorsze dni, fałdki tłuszczu na brzuchu i beznadziejną pracę. I tak narodziła się Bridget. Umówmy się – z perspektywy dzisiejszych dni – żadna rewelacja. Prościutka historyjka, prowadzona jednowątkowo i posiadająca na składzie beznadziejne dialogi. Nie zmienia to faktu, że wyznaczyła kurs dla wielu autorek literatury kobiecej. W Polsce z podobnym powieścidłem zadebiutowała onegdaj Grochola, za nią poszły wierne naśladowczynie. Ukazały się bestsellery, seriale oraz chwilowa sława. I nic więcej.

To wszystko było tak doskonale nudne, tak przaśne i całkowicie oparte na przewidywalnym, hollywódzkim  schemacie, że odechciewało się czytać. Od książki, niezależnie od jej gatunku, wymagam logiki zdarzeń, barwnych bohaterów, którzy nie będą mi się mylić na dwusetnej stronie, oraz akcji. Jakiejkolwiek. Dobrze, jeśli do tego dane mi się będzie pośmiać. Większość rodzimych książek z nurtu literatury kobiecej nie spełnia nawet tych podstawowych kryteriów. Olałam więc ów dział literatury na długie lata.

Ostatnio wpadła mi jednak w ręce najnowsza powieść Izabelli Frączyk. Autorka ma niezły warsztat i fajne poczucie humoru, a do tego umie formułować ciekawe wnioski. Jest sejsmografem na ludzkie interakcje i najwyraźniej wie, że umieszczenie głównej bohaterki powieści, niejakiej Aleksandry, na głębokiej prowincji jest doskonałym pretekstem do rozpoczęcia dyskusji na temat: gdzie się lepiej żyje? W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, czy raczej w maleńkiej miejscowości na końcu kraju? Jak odnaleźć się w sytuacji, w której życie osobiste wali się w gruzy, a rodzina okazuje się gniazdem żmij? A do tego przyjaciółka, która znajduje bohaterce etat Bóg wie gdzie i zasadniczo nie ma pewności, czy kieruje się czystymi intencjami. Jak zamienić chore, warszawskie tempo życia na prowincjonalne układy i układziki? Odpowiedź z pewnością niejednego czytelnika zaskoczy.

Zabrałam książkę „Dziś jak kiedyś” na romantyczny wypad z ukochanym. On spał, a ja czytałam, podsuwając kolejne kartki pod maleńką nocną lampkę. Trzeba lepszej rekomendacji?

Powyższa recenzja została napisana na zamówienie portalu literackiego Fahrenheit i została opublikowana 17.10.2013 pod tym linkiem