Browsed by
Tag: powieść w odcinkach

image_pdfimage_print
Martyna 9

Martyna 9

Rozdział 9

W którym komputery nie mają innego wyjścia i muszą się zdobyć na kontrolowaną szczerość

Martyna  z  impetem  otworzyła  przesuwne  skrzydło  szafy w  przedpokoju  i  przez  chwilę  lustrowała  jej wnętrze. Czegóż tam nie było! Przedstawicielka płci żeńskiej powinna dostać zawrotów głowy z wrażenia na widok wiszących równiutko sukien z wszelkich możliwych epok historycznych. Na wprost oczu naszej pyszniły się z blaskiem otwarte zachęcająco kasetki z drogocenną biżuterią. Jednak nasza mało kobieca  bohaterka  wzruszyła  tylko  ramionami  i  zamknęła  energicznie  podwoje  skarbca.  Po  chwili doskoczyła do sąsiedniej szafy i widok ukrytych w niej męskich ubrań wyraźnie zasłużył na jej uznanie, bo kucnęła i zaczęła wysuwać pudła poukładane dotąd równo na dolnej półce. Gdy wreszcie znalazła to, czego szukała, odwróciła się na pięcie i nie zawracając sobie głowy uprzątnięciem bałaganu, pognała jak gazela po schodach.

Gdy  wpadła  z  żądzą  mordu  w  oczach  do  kokpitu,  komputery  były  właśnie  zajęte  kurtuazyjną rozgrywką  partyjki  brydża  i  w  oczywisty  sposób  zignorowały  jej  wtargnięcie.  Martyna  stała przez moment,  głośno  dysząc  po  wyczerpującym  biegu  na  drugi  poziom,  co  dało  komputerom możliwość zreflektowania się i natychmiastowego wylogowania się z Kurnika.

– O, jesteś już! – zaświergotał słodko Środkowy.

– Zaczynaliśmy się o ciebie martwić! – dodał obłudnie Lewy.

– A jajeczniczka nie była czasem przesolona? – dopytywał się zatroskany Środkowy.

– Może posłać po piwko? – zaproponował uprzejmie Lewy.

Martyna ujęła się pod boki  i z grymasem wściekłości wpatrywała się w obłudną  i kłamliwą stertę złomu. Zbierając do kupy wszystkie strzępy informacji uzyskane dzisiejszego dnia, miała już sto procent pewności, że robi się ją tutaj w wała.

– Zamknąć ryje, wieśniaki! – ryknęła ogłuszająco.

– Ależ moja droga! – sapnął ze zgorszeniem Środkowy.

– Ja ci dam „droga”! – żachnęła się Martyna. – Ty się lepiej zamknij i nie pogarszaj swojego i tak wyjątkowo złego położenia. Teraz ja będę mówić, a wy będziecie odpowiadać na zadawane pytania i dobrze wam radzę mówić prawdę.

– No jasne! – gorliwie zapewnił Lewy. – Przecież my zawsze mówimy prawdę!

– Jasne! Harcerz się, kuźwa, znalazł! – prychnęła z pogardą.

Komputerom  wyraźnie  skoczyło  z  nerwów  ciśnienie,  bo  zaczęły  się  gwałtownie  chłodzić wiatraczkami. Martyna podeszła w  tym czasie do foteli  i wpatrywała się badawczo w monitory. Układała sobie w głowie przemowę, ale gubiąc się w monologu wewnętrznym, postanowiła wyrazić swoje przemyślenia precyzyjnie i możliwie prosto.

– Robicie mnie w wała, tak?

– Nie,  no  co  ty?  –  zaprotestował  z  przekonaniem  Środkowy.  –  Próbujemy  przywrócić właściwy porządek na Ziemi.

– A te meteoryty, to rodzaj miotły, która ma posprzątać bajzel? – zaśmiała się sztucznie Martyna.

– Jakie meteoryty? – próbował grać na zwłokę Lewy.

– Obwodziki  się  przegrzały?  –  odpowiedziała  pytaniem  na  pytanie Martyna.  –  Za  trzy  godziny jakieś kamulce zderzą się z planetami Układu Słonecznego  i  ty mi chcesz powiedzieć, że nic o  tym nie wiesz?

– Nno… właściwie… to nie wiem! – zająknął się Lewy.

Martyna postanowiła jednak podjąć trud zebrania myśli i wygłosić logiczną, płomienną mowę. Już otwierała usta, by popisać się swoim nadzwyczajnym krasomówstwem, gdy  jej płuca zdetonowała myśl prosta, jak strzała Winnetou.

– Próbujecie grać na zwłokę? – obwieściła triumfalnie. – No to ja wam zaraz pokażę, że nie ze mną te numery.

Nasza mistrzyni technologii wszelakich wyprostowała się i z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła z kieszeni poręczny śrubokręt gwiazdkowy znaleziony w szafie. Przez chwilę podrzucała go w lewej dłoni, by w końcu przełożyć go do prawej i fachowo zacisnąć palce na jego rączce.

– Hmmm… Od której by tu śrubki zacząć? Sama nie wiem! Tyle ich tu jest, a ja się kompletnie nie znam na komputerach! – powiedziała z  teatralnym ubolewaniem. – Ach!  Już wiem! Tu z  tyłu  jest taka fajna klapka! Co też może się pod nią kryć? No cóż, najlepiej będzie sprawdzić.

Martyna  ruszyła  powoli,  eksponując  narzędzie  zbrodni,  i  gdy  dotarła  do  obudowy Środkowego, zatrzymała  się  na  moment,  zerknęła  wyzywająco  w  monitor  i  powolnym  ruchem  oblizała  końcówkę trzymanego w dłoni narzędzia.

– Litości! – nie wytrzymał napięcia Środkowy. – Będę współpracować!

– Ja też! – pisnął natychmiast po nim Lewy.

– No! – powiedziała Martyna i usiadła wygodnie na fotelu, na wszelki wypadek kładąc przed sobą śrubokręt. – No to teraz szybciutko mówcie, o co chodzi z tymi meteorytami!

– Lecą – potwierdził bez entuzjazmu Lewy.

– Wiem, że lecą, zawsze to robią, chyba że spadają! – sieknęła go po obwodach Martyna swą celną ripostą. – Ja chcę wiedzieć, czy w telewizji mówili prawdę czy to jakieś nowe pierdoły. Czy te kamulce pieprzną w Ziemię za trzy godziny, czy nie?

– No więc… ekhm… no więc, pieprzną – przyznał Środkowy.

– To po jasną cholerę wy mnie na jakieś misje na pustynię wysyłacie? Po co ja mam się męczyć i piwo wylewać, jak to i tak gówno warte jest? – wrzasnęło nasze uosobienie dyplomacji.

– Mamy zakodowany program ocalenia Ziemi  i zgodnie z  tym, co mówił  syn Szefa,  to wszystko będzie w porządku – odparł krzepiąco Lewy.

– Co będzie w porządku? Ziemia wybuchnie, tak? Przestanie istnieć, tak? Więc co właściwie mamy ratować? – odparła z żelazną logiką Martyna.

– No właściwie tak, ale trochę możemy uratować! – powiedział obronnym tonem Środkowy.

– Że niby co? Pamiątkowe zdjęcia z eksplozji do wygrania w audiotele? – zasyczała nasza mistrzyni ironii.

– Martyna! To nie tak! Nasz były Dyrektor, to znaczy syn Szefa… – zaczął Środkowy.

– Ziomuś, znaczy się – dopowiedziała nasza bohaterka.

– No  tak,  no  więc  Ziomuś  przewidział,  że  coś  złego  może  się  zdarzyć,  więc  postanowił zabezpieczyć wszelkie  dobra  ziemskie,  jakie  tylko mu  się  uda. Zaczął  zbierać  cenne  przedmioty wiele setek  lat  temu  i  pewnie  wszystko  byłoby  dobrze,  ale  no  wiesz…  Szef  i  w  ogóle…  –  zająknął  się komputer.

– Wiem! – wtrąciła zimno Martyna.

– No więc,  kiedy  okazało  się,  że Młody musi wracać  na  łono  rodziny,  to  poprosił  Lucka,  żeby doprowadził sprawę do końca – wyjaśnił Środkowy.

– A  gdzie  w  tym  wszystkim  jest  moje  miejsce?  –  rzuciła  od  niechcenia  nasza  niedoszła psycholożka.

– No  cóż,  dokładnie  nie  wiemy,  ale  wydaje  mi  się,  że  Lucek  potrzebował  kogoś  tutaj,  żeby spokojnie  doprowadzić  misję  na  Ziemi  do  końca  –  powiedział  nieomal  szczerze  Lewy,  który  nagle wybudził się z letargu i niepostrzeżenie wyłączał literaki.

– Wydaje mi  się,  że  to  syn  Szefa  osobiście  zarekomendował Martynę  z Ziemi. Zdaje mi  się,  że pokładał w tobie duże nadzieje – powiedział z namysłem Środkowy.

– Dzieła sztuki, powiadacie? – zapytała słodziutko Martyna i po chwili chwyciła śrubokręt patrząc wzrokiem szaleńca w bezduszne monitory. – A  ja się, kurwa, zapytam, gdzie w  tym wspaniałym planie znajduje  się miejsce  dla mieszkańców  prowincjonalnej  planetki?  – wrzasnęła,  dla  potwierdzenia wagi swych słów wbijając na sztorc narzędzie w biurko.

– No  wiesz,  ja  cię  bardzo  przepraszam,  ale  w  obliczu  cywilizacji  F.I.U.T.E.K.  to  mała, niedorozwinięta cywilizacja niewiele znaczy – powiedział z przekonaniem Środkowy.

– Aha! – powiedziała triumfalnie Martyna, jak niegdyś w wannie. – Czyli my  jesteśmy burakami, którymi nie warto się przejmować, ale nasze dzieła sztuki są jak najbardziej w porząsiu?

– No tak, a co w tym dziwnego? – zapytał łagodnie Lewy.

– A to, że skoro nasza cywilizacja potrafi stworzyć takie cudeńka, to chyba jej twórcy zasługują na lepszy los – chytrze podsumowała Martyna.

– No wiesz… –obruszył się Środkowy – wy  też chronicie rysunki naskalne, ale nie zastanawiacie

się  nad  tym,  że  ktoś  je  stworzył  i  już  go  nie ma.  Dla naszego  Układu  Ziemia  jest  właśnie  takim  skupiskiem jaskiniowców, którzy…

– Zamknij się, matole! – ryknęła Martyna. – Jakbym miała na Ziemi taki monitor, jak ty, to bym się

ze wstydu przed Boratyńskim spaliła! I ty mi mówisz o prymitywnej kulturze? =

– Hę? – zapytał uprzejmie Lewy.

– Co  „hę?”,  nie  dociera?  –  atakowała  dalej  rozsierdzona  posiadaczka  eleganckiego  laptopa.  – Mówię, że technologia tej kupy złomu do pięt nie dorasta naszej, ziemskiej!

– No  technologia,  to  rzecz względna  –sprzeciwił  się Środkowy.  – Ale  powiedz,  czy mieszkańcy Ziemi dorastają do standardów cywilizacji Układu?

Martyna  zamyśliła  się  głęboko  i  starając  się  nie myśleć  o  palącej  potrzebie wizyty w  łazience, westchnęła. Cóż można  powiedzieć  o  standardach  ziemskich? Wiele  słów  pochlebnych  i oszczerczych podsumowało  ludzką  cywilizację  i  nasza  piątkowa  maturzystka  kojarzyła  przez mgłę,  że  większość znienawidzonych lektur oscylowała wokół oceny wartości ludzkich korelacji.

Ocena wartości ludzkich korelacji na podstawie lektur szkolnych (i nie tylko)

Od zarania polskiego piśmiennictwa, gdy objawił się niechcący rolnik, który ulitował się nad małżonką, mówiąc,  nie wiedzieć  czemu  po  polsku:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty  poczywaj”, wiadomo było, że choć baba do ciężkich robót służyła, to co jakiś czas zjawiał się spolegliwy chłop, który doceniał dzieło kobiet. Potem nastąpiła era Urszulek, które odchodząc do krainy wiecznych  łowów,  zadawały  cios  wyłącznie  ojcom,  ponieważ  matki  w  tym  czasie  skubały kurczaki  i  kompletnie  nie  czając  procedury  pochówku,  nie  były w  stanie  oddać  na  piśmie rozpaczy. No  bo  jak?  Jak można  niepokoić  zastygłego  pod  lipą małżonka,  gdy  zaczęło  się świniobicie,  dzięki  któremu  reszta  dzieciaków miała  co  do  gęby  włożyć? Gospodyni myła łapy  uwalone  świńską  krwią  i  odsyłając  do  łóżek  resztę  drobiazgu,  łapała  do  piersi najmłodsze  i odganiając  się od komarów,  ruszała dziarsko przez wieczorną  rosę pod  stare drzewo,  pod  którym,  oparta  na  sękach  ławy  i  na  sękatych  dłoniach,  spoczywała  zroszona siwizną  ukochana  twarz  genialnego małżonka,  który  z  łkaniem,  po  wysuszeniu  dzbana  z miodem, bełkotał przytłoczony:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,

I nie ma cię też w chlewie, gdzie świnie poim!

Małżonka,  przekładając  najmłodszego  potomka  do  drugiej  piersi,  uwalniała  prawą  dłoń  i zaczynała łagodnie głaskać siwiznę dziecioroba. Przez chwilę spoglądała na jego udręczone winem i  twórczością  jestestwo,  by  w  końcu  ulitować  się  i  skomentować  z  bolesnym westchnieniem:

…moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.

– O! I to jest dobry rym! – wybełkotał topiący w miodzie myśli ojciec. – Nie masz tam, aśćka,

jeszcze jednego antałka?

– Mam – wzdychała wierna małżonka z mrocznych wieków.

Po czym podnosiła się ciężko  i stawiała na ławie garniec z napitkiem. Przytulała niemowlę i oddalała się w stronę  obejścia. Nazajutrz o świcie trza było wyłapać kury na niedzielny rosół, a potem dzieciska dopilnować, gdy dobrodziej na obiad przybędzie. Czas spać.

Podobny  scenariusz  rozwijał  się  przez  wieki,  więc  nie  ma  co  się  specjalnie  skupiać  na światłej  myśli  kolejnych  mężów,  ich  radosna  twórczość,  okupiona  poświęceniem  żon, zazwyczaj  nie  zasługuje  bowiem  na  pochlebną  wzmiankę  w  dialogu  z  przedstawicielami F.I.U.T.E.K.  Jedną  z  nielicznych  ciekawostek,  którą  warto  przytoczyć,  jest  ogólnospołczne  wyklinanie jejmości Łęckiej, która szczerze przyznała, że potrzebuje do szczęścia bogatego arystokraty. I niech kto powie, cóż było nagannego w owych aspiracjach? Zwykłe dążenie do szczęścia w czasach,  gdy  słowo  sklepikarza  więcej  było  warte  niż  stado  upchniętych  w  gorsety Konopnickich  i  mieszających  łopatą  rad  i  polon  Skłodowskich.  Oczywiście,  cały szowinistyczny  ruch  opatrzony  patriotyczną  metką  miał  na  celu  wysłanie  bab  do  świń, podczas gdy chłopy, wzorem siwego pierwowzoru spod lipy, raczyły się dopalaczami i snuły prorocze  scenariusze, w  których  liczby  typu  czterdzieści  i  cztery,  oznaczały wyłącznie moc gorzały.

Nadzieja zaświtała po wojnie, w której rżnęły się koguciki, przy okazji nie oszczędzając świń, bab  i  dzieciaków. Ktoś  pisać musiał, więc  łaskawie  pozwolono  na  to  cudownie  ocalonym matkom fatalnie uśmierconych dzieciaków. Jakby nie było, nasza efektywna maturzystka nie była do końca przekonana, czy wartości międzyludzkie mogą stanowić jakikolwiek argument w potyczce z komputerami.

 

Martyna otrząsając  się ze szkolnych przemyśleń, które bynajmniej nie zapewniłyby  jej akceptacji kolejnych pań polonistek, postanowiła, że tanio skóry nie odda, i uśmiechając się podstępnie, zapytała:

– A co z Rosińskim? Co z Baranowskim? A co z Sapkowskim? To też jaskiniowcy są?

Środkowy zaczął przeszukiwać zasoby i po chwili z konsternacją zamrugał diodami.  – Brak danych! – zaskrzypiał bezdusznie.

– Z ciebie to jednak straszny burak jest, wiesz? – żachnęła się Martyna. – Jeszcze powiedz, że o da

Vinci nie słyszałeś, to normalnie rozkręcę twoje bezwartościowe bebechy.

– Da Vinci jest jednym z powodów twojej misji! – bezwiednie puścił farbę Lewy.

– Aha!  Czyli  chodzi  o  wartość  obrazów  Leonarda  na  rynku  F.I.U.T.E.K.?  –  triumfalnie podsumowała nasza koneserka sztuki.– Tylko co to ma wspólnego z gaszeniem krzaków na pustyni, hę?

– Martyna,  podróże  w  czasie  to  zawiła  i  delikatna  materia.  Każdy  skok  jest  poprzedzony skomplikowanymi  analizami  i  symulacjami,  rozumiesz?  Dzięki  temu,  że  wysłaliśmy  cię  na  pustynię, obecnie  możemy  uratować  dużo  więcej  obrazów,  niż  kiedykolwiek  na  oczy  widziałaś!  –  powiedział uroczyście Środkowy.

– Prawdę gadaj! – ryknęła Martyna, wyrywając z impetem śrubokręt z blatu.

– To szczera prawda! – jęknął zestresowany komputer.

– Ale niecała – powiedziała spokojnie Martyna.

– No… chodzi  jeszcze o  to, że dzięki  temu, że zgasiłaś krzaki,  to historia potoczyła  się na Ziemi nieco inaczej – powiedział Lewy.

– Czyli jak? – błysnęła logiką konwersacji nasza dyplomatka.

– Nie da się opisać, musiałabyś tam skoczyć i zobaczyć! – podpowiedział chytrze Środkowy.

Martyna przez chwilę analizowała wady  i zalety kolejnej wycieczki w czasie. Do  stracenia miała wyłącznie  audiotele  z Magdusią  i  to  też  pod  warunkiem,  że  ruda  małpa  uzyskała  zgodę  na  odcięcie połączenia przychodzącego z Raju 3.14. Nie była pewna, co może zyskać przez podstępną i przemyślaną teleportację, więc nasza mistrzyni intrygi postanowiła grać na zwłokę.

– Idę do kibla! – powiedziała dobitnie i nie czekając na reakcję, oddaliła się dostojnie.

Martyna 7

Martyna 7

 

Rozdział 7

W którym okazuje się, że slogan „Ratować świat” niekoniecznie musi się odnosić do naszej poczciwej planety, a ignorancja Ziemian w stosunku do innych cywilizacji niekoniecznie musi zaprocentować błogim, galaktycznym i świętym spokojem

Przez chwilę stała niezdecydowana, nie wiedząc cóż ma czynić z  tak mile rozpoczętym dniem  i – niepomna wagi misji zarchiwizowanej  tuż obok zaległości czynszowej z  tytułu użytkowania mieszkania własnościowego  –  postanowiła  popływać  w  basenie.  Woda  wysyłała  w  jej  stronę  figlarne  błyski  i szemrząc  upojnie  strumykami  spływającymi  po  skalnej  ścianie,  zdawała  się  oferować  najlepszą  z alternatyw  na  spędzenie  dnia.  Piasek  zbiegający  się  z  wodą  nieomal  parzył,  co mile  kontrastowało  z chłodem  błękitu.  Martyna  weszła  do  basenu  i  zaczęła  się  pluskać  jak  zwykła  to  czynić  niegdyś,  w zamierzchłej przeszłości, podczas pobytu nad Bałtykiem. Różnicą była jedynie temperatura wody i niższy poziom  adrenaliny  związany  z  prawdopodobieństwem  poharatania  stóp  o  szczerzące  się,  ostre  zęby potłuczonych  butelek  po  piwie  „Amber”.  Czy  to  właśnie  wtedy  w  helskim  kurorcie Martyna  nabrała głębokiej niechęci do piw zakapslowanych w brązowych butelkach? Trudno dziś dociekać, zwłaszcza że sama Martyna też pewnie mogła sobie nawet nie uświadamiać tej hipotetycznej traumy z dzieciństwa. W tych dawnych czasach w centrum jej pożądania tkwiły bowiem oranżadki w proszku i „Ptyś”.

Wypierając myśli  o  przysmakach  PRL-u,  nasza  niedzielna  pływaczka  postanowiła  podpłynąć  do skały, która wyznaczała kraniec basenu z dwóch stron. Skała była plastikowa, co nasza bohaterka ustaliła organoleptycznie,  nie  dziwiąc  się  przy  tym  zbytnio.  Nie  da  się  ukryć,  że  system  kamer  i  podstępna działalność  komputerów  wskrzesiły  w  niej  stosowną  dawkę  nieufności.

Podejrzane  było  obecnie wszystko,  łącznie z  ich zagadkowym milczeniem od czasu skonsumowania przez Martynę  jajecznicy ze szczypiorkiem.  Ściana,  pomimo  swojej  ewidentnej  sztuczności,  była  mistrzowsko  zaaranżowana.  Z licznych napełnionych ziemią kieszeni wyrastała bujna  roślinność, której soczysta zieleń wiła się wokół maleńkich strumyczków wypływających z niewielkich otworków z pomocą pomp, zapewne ukrytych za plastikową  formacją.  U  zbiegu  ścian,  na  niewielkiej  półeczce  siedziała  żaba.  Siedziała  bez  ruchu  i cierpliwie wypluwała z otwartej paszczy kaskady wody. W  jej pobieżnie zakamuflowanym  roślinnością tyłku tkwiła końcówka gumowego węża ogrodowego, więc Martyna w pierwszej chwili uznała, że ma do czynienia  z  ozdobą  oczek,  wielce  popularną  w  Europie  Środkowej.  Z  natury  wrażliwa,  w  odruchu miłosierdzia  sięgnęła  ręką  w  dalsze  rejony  figurki  i  wyszarpnęła  żabie  rurkę  z  dupska.  Z  poczuciem spełnionego  obowiązku  odwróciła  się  z  zamiarem  odpłynięcia  od  powyższej  perwersji  i  wygrzania bladego ciała na leżaczku. Odrobina opalenizny zdecydowanie by się przydała.

– Nie opalisz się. To sztuczne światło, jak wszystko tutaj! – rozległ się zza jej pleców skrzek.

Martyna wrosła w dno basenu  i powoli odwróciła się w stronę źródła zardzewiałego głosu. Miała świadomość, że jej życie od jakiegoś czasu biegnie anormatywnym torem, ale nie spodziewała się, że Pan Żab,  któremu  właśnie  wyciągnęła  rurkę  z  tyłka,  przemówi  do  niej  i  to  w momencie,  gdy  zamierzała wypełznąć na brzeg i racjonalnie podejść do zadania, które wyraźnie na nią czekało.

– Panie Żab, ty gadasz? – wyrwało się spod serca Martynie.

– Panie Żabo! – sprostował z godnością Pan Żab.

– A, tak, przepraszam cię, Żabie… to znaczy Żabo, uprzejmie. To tylko taki bezwiedny nowotwór słowotwórczy – odparła pokornie nasza niedoszła psycholożka.

– Że jak? – zagubił się wyraźnie Pan Żab.

– Nieważne, później wytłumaczę  – powiedziała pospiesznie Martyna.  – Powiedz  lepiej, dlaczego ożyłeś, jak wyjęłam tę rurkę?

Żab kręcił chwilę odzyskanym zadem i otworzył otwór gębowy z zamiarem wygłoszenia sensownej odpowiedzi. W tej samej w chwili z jego pyska wytrysnął strumień wody.

– Przepraszam! To z przyzwyczajenia! – załkał łamiącym się głosem Żab, po czym kompletnie się rozkleił.

Opuśćmy  na  chwil  kilka  żenującą  scenę  słabości  zmaltretowanego  Żaba,  by  zająć  się szczegółowym wyjaśnieniem fenomenu nowotworów słowotwórczych.

Nowotwory słowotwórcze

Trudno  jednoznacznie  ustalić  genezę  powstania  określenia,  jednak  idąc  tropem nieprzeciętnego  umysłu  Martyny  możemy  dokładnie  wyjaśnić  znaczenie  owego sformułowania. Należy  zacząć  od  tego,  że  już  samo  określenie  „nowotwór  słowotwórczy” jest  nowotworem  słowotwórczym  i  odnosi  się  do  dziwacznych,  lecz  wielce  adekwatnych sformułowań, które na fali dowcipu i przyzwyczajenia przesiąkają podstępnie do polszczyzny, jakiej nigdy w życiu nie zaakceptowałby profesor Miodek. Choć,  jak by się zastanowić, nie jest  to pewne,  zważywszy na  jego  światły umysł  i głęboką chęć  szczegółowego wyjaśnienia genezy  kolokwializmów  wszelkiej  maści.

Wracając  jednak  do  tego  unikalnego  określenia, musimy położyć głęboki nacisk na uwarunkowania środowiskowe. Jeśli chodzi o Martynę, to wielokrotnie  przekonywała  się,  że  przebywanie  z  rodziną  niesie  za  sobą  nieodzowne narodziny  kolejnych  nowotworów  słowotwórczych,  które  jednocześnie  zawierając  w  sobie kwintesencję  wielu  zdań,  wprowadzały  w  jej  bogaty  słownik  powiedzenia,  których  nie rozumiał nikt, a które Martyna uporczywie i bezwiednie stosowała w rozlicznych życiowych konwersacjach.  I  to,  co  należy  uczciwie  przyznać,  nie  ułatwiało  jej  kontaktów międzyludzkich.

Jednym  z  czołowych  nowotworów  słowotwórczych  rodziny  Martyny  jest sformułowanie  „W  następnym  odcinku”. Narodziło  się  z  połączenia  lubości  do  oglądania seriali  i  cyklicznych  zjazdów  rodzinnych  i  oznacza mniej  więcej  tyle  co:  „Gdy  ponownie spotkamy  się  w  tych  samych  okolicznościach  i  w  tym  samym  miejscu”.  To  miejsce  to przeważnie rajska sceneria działkowa, w której zaciszu „Pan Żab” bezszelestnie obejmuje w posiadanie  kolejne  liście  „lyliji”  i  przeskakując  w  oczka  dal,  spieszy  się  „jak  kot  z wywieszonym  pęcherzem”.

Ostatnie  sformułowanie  zawdzięczamy  przenikliwości  niejakiej kuzynki Katarzyny.  Jeśli  nadal  sprawa  nie  jest  jasna,  to  łopatologicznie możemy  powyższy wywód przyrównać do nowotworów muzycznych, czyli  fragmentów pieśniarskich, w których nuty z zażenowania walą  łbami po pięciolinii,  lecz przyplątują się podstępnie  i zdradziecko wypełzają w postaci nucenia i gwizdów z jaźni opętanego.

– Wyluzuj, Żabie! – powiedziała współczująco Martyna.

Żab  zassał  jęzorem  ostatnie  krople  z  kaskady,  która  –  jak  by  nie  było  –  nadeszła od strony żabiego tyłka i rozglądając się z przyzwyczajenia za muchami, zogniskował ostatecznie rozbiegane spojrzenia  na  zatroskanej  twarzy  naszej  przyszłej  spowiedniczki. Martyna  dryfowała  współczująco  w komfortowo ciepłym lazurze basenu i, prawdę mówiąc, nawet nie była w stanie ogarnąć ogromu żabiego cierpienia. Płaz beknął żałośnie, wypluwając resztki mułu i znieruchomiał.

– Kim jesteś? – zapytała Martyna.

– Jestem namiestnikiem SigmaPi. – wyskrzeczał Żab, prostując się z godnością.

– A skąd się tu wziąłeś?

– Przybyłem z SigmaPi… – zaczął ostrożnie Żab.

– To już wiem! – niecierpliwie wcięła się Martyna.

– No więc kiedyś syn Szefa zorganizował imprezę i Lucek mnie podkusił, żebym wpadł.

– Kim jest ten Lucek? – zapytała zaintrygowana pływaczka.

– Nie mam  pojęcia!  Chwila, w  której  zwrócił  na mnie  swoje  oczy,  była  tą,  która  zbiegła  się z wsadzeniem… – Żab zaszlochał i wyraźnie się skurczył na skalnym postumencie. – Nieważne! Lucek jest podstępny i niech to w tej chwili wystarczy.

Martynie było  żal  sponiewieranego Żaba,  ale  palące pytania wciąż  pozostawały  bez odpowiedzi.

Zaczerpnęła powietrza, by ustalić raz na zawsze priorytety, lecz Żab ubiegł jej myśli.

– Słuchaj, ja muszę ratować Świat – powiedział uroczyście.

– Ja  też! – odparła na  to Martyna, mile połechtana zbieżnością wytycznych,  i dodała. – Obawiam się, że muszę uratować Ziemię.

Żab zanurzył tyłek w ciepłej i kojącej drastyczne wspomnienia wodzie, po czym wybałuszył oczy i wybuchnął  serdecznym,  niepohamowanym  rechotem.  Z  jego  wypukłych  oczu  Martyna  odczytała kompletny brak współpracy w sprawie jej macierzystej planety. Zraniona w swych uczuciach wpatrywała się w rozrechotaną gębę płaza i starała się odgonić od siebie palącą potrzebę wydobycia lodówki zroszonej puszeczki.

– Słuchaj, ja rozumiem sentyment do tej planetki, ale wiesz, syn Szefa  tak  tam nasmrodził, że już się  nic  nie  da  zrobić.  Są  większe  i  ważniejsze  planety,  które  trzeba  odzyskać.  Możemy  to zrobić! Wystarczy pokonać Lucka! – podsumował optymistycznie Żab.

– Byłeś kiedyś na Ziemi? – zapytała Martyna.

– No pewnie! A kto tam nie był! W czasie studiów bawiliśmy się tam do upadłego – rozmarzył się

płaz.

– I  co? Nie martwi cię,  że przepadnie wszelki byt  i  sztuka wielu pokoleń?  – dodała  aksamitnym

głosem nasza podróżniczka.

– No weź mnie nie  rozwalaj! – zarechtał Żab. – Nie bierz  tego do siebie, ale wszyscy wiedzą, że

Ziemia to tylko żałosna i oblana praca dyplomowa syna Szefa.

– Ziomusia? – doprecyzowała Martyna.

– Tak go zwali po tym, gdy wrócił z Jamajki – potwierdził z zadumą płaz.

Martyna, przytłoczona ogromem banału własnej egzystencji, wyjęła z wody swoje proporcjonalne dłonie  i  przez  chwilę  przyglądała  się  pomarszczonej  skórze  palców. Odkrywając w  siatce zagięć  sens swojego istnienia, westchnęła ciężko i utkwiła badawcze spojrzenie w Żabie.

– Ty! Po co ja tu jestem właściwie? – rzuciła pokerowe pytanie Martyna.

– Nie wiesz? – zarechotał amator gumowych rurek.

– Nie wiem  i pewnie od ciebie  się nie dowiem. Spędziłeś parę wieków z  rurką w  tyłku, więc nie

masz o niczym pojęcia – wycedziła mściwie nasza bohaterska Ziemianka.

Żab  zeskoczył  ostrożnie  na  sąsiedni  podest.

– Słuchaj!  Jestem  wdzięczny  za  wyjęcie  rurki,  więc  wyjaśnię  łopatologicznie:  nie  będzie „następnego odcinka”! Rozumiesz? Finito! – roześmiał się mściwie. – Ziemia zdechła, a  ty się ciesz, że jesteś  tutaj. Komputery  realizują  program  unicestwienia  planety. W  ogólnym  rozrachunku  jest  gówno warta i nikomu do niczego niepotrzebna.

Martyna uchwyciła pomarszczonymi stopami piaszczyste dno  i zwinęła dłonie w pięści. Podeszła powoli do Żaba i zwodniczo topiąc uśmiech w jego wybałuszonych satysfakcją oczach, szybkim ruchem wetknęła mu  w  tyłek  końcówkę  pompy  ciśnieniowej.  Płaz  znieruchomiał  i  z  żałosnym  jękiem  zaczął wylewać z siebie lazurowe kaskady rozpuszczonych skarg. Nasza bezkompromisowa bohaterka wyszła z basenu  i  spojrzała w górę. Słońce powolutku zmierzało w stronę zachodu. Dziewczyna opadła ciężko na  leżak  i oddała się  regeneracyjnej drzemce. Gdy ponownie otworzyła oczy, uznała, że sen jest lekarstwem na wszystkie utrapienia i znacząco ją przybliżył do chwili wyjęcia piwa z lodówki. Zostało zaledwie kilka minut do zmierzchu.

Martyna 6

Martyna 6

Rozdział 6

W którym okazuje się, że historyczna ignorancja zapewnia rześkość umysłu i powodzenie operacji

Martyna  spała  i  śniła. W  jej uśpionej czarno-białej  jaźni pojawiała się z niepokojącą częstotliwością  jej była  nauczycielka  historii.

Zielona, sięgająca nieba katedra nauczycielska przytłaczała Martynę swym majestatem. Liczne szufladki  skrywające  tajemnice  pokoleń  pedagogów  trwały  w  wymownym  milczeniu,  podczas  gdy  z wyżyn  górnego  blatu  rozszedł  się  drwiący  głos  generowany  przez  dziwną postać  z  twarzą  Lucka. Na głowie stwór miał  przepaloną  trwałą  typu  baranek.  Martyna  malała  z  każdą  sekundą  snu  i  była  bliska samozachowawczego  wpełznięcia  pomiędzy  deski  podłogi,  lecz  natarczywe  spojrzenie  zjawy hipnotyzowało ją, odbierając resztki racjonalnego myślenia. Instynkt kazał jej upłynnić żyletkę służącą do wydrapywania dwój w dzienniku już wcześniej, więc dowód zbrodni spoczywał bezpiecznie w piórniku kolegi Dariusza. Teoretycznie poczucie bezpieczeństwa powinno  skoczyć w górę,  jak Dow  Jones przed każdą  z  amerykańskich  ofensyw wojskowych,  lecz Martyna,  z  natury  będąc  istotą  nieufną  i  ze wszech miar  krytyczną  wobec  otaczających  ją  splotów  sennych  mar,  napięła  swe  nerwy  w  oczekiwaniu  na miażdżące pytania, które, rzecz jasna, nadciągnęły wkrótce jak czarna chmura gradowa. 

– Nazwisko! – zabrzmiała zielona katedra.

– Piwowska – wyjąkała z przerażeniem Martyna.

– No! – odparła z niezrozumiałą dla młodocianej uczennicy satysfakcją ufryzowana alkoholiczka.

Dziewczyna  stała  sparaliżowana  kilka  kroków  od  katedry  i  ciężko  przełykając  ślinę  bezwiednie wpatrywała się w  tablicę, w której stronę wiodły  trzy otulone nieomal zabytkowym  linoleum schodki.  Z  katedry  łypały  na  nią  spod  zwężonych  powiek  złośliwie  i  badawczo  kontrolujące pomieszczenie oczy. Z wyszminkowanych na różowo ust wydobył się i po chwili okrążył salę podstępny syk:

– Podejdzie do tablicy i będzie pisać daty wybitnych wydarzeń historycznych.

Nasza niedoszła psycholożka, choć wówczas raczej niedoszła absolwentka podstawówki, zerknęła w stronę schodków i powoli, z ociąganiem ruszyła w ich stronę. Każdy kolejny krok ranił pogodę ducha jak korona cierniowa, a perspektywa zalanych czerwcowym słońcem schodków nasuwała natrętną wizję  idących na szafot Marii  Antoniny  i  Anny  Boleyn.  Skumulowana  na  krześle  za  katedrą  złość  bawiła  się  nożyczkami  i Martyna mogłaby przysiąc, że dostraja chrzęst ostrzy do jej kroków.

Martyna, wstępując na schodki, użyła wszelkich mocy, wyczerpując  jednocześnie wszelakie zaklęcia obietnicy. Topór zbliżał się nieuchronnie, co postawiło pod znakiem zapytania głęboką wiarę naszej bohaterki w sprawczą moc obietnic targowanych z nieuchronnym losem.

Zaklęcia obietnicy

Trudno  przedstawić  wiarygodną  genezę  ich  powstania.  Pewne  jest  jedno:  człowiek  w obliczu  wydarzeń  ekstremalnych,  szepcze  w  duchu  zgoła  absurdalne  obietnice,  które zamierza  zrealizować,  gdy  dłoń  opatrzności  po  raz  kolejny  uratuje  go  opałów.  W  życiu  Martyny,  dotychczas  usłanym  różnym  kwieciem,  z przewagą  kolczastych  róż,  zaklęcia  obietnicy  były  czynnikiem,  który  stymulował  naszą niedoszłą  psycholożkę  do  zaskakującego  działania  wbrew  woli  rozumu  i  niewiarygodnie rozsądnego instynktu samozachowawczego.

I tak:

  1. Spadając z nocnika i zalewając spuszczone do kostek śpiochy jego zawartością, Martyna obiecała sobie,  że odda  różowego królika, byle  tylko  równie upokarzające  zdarzenie  się nie powtórzyło.
  2. Wędrując do  przedszkola,  nasza  bohaterka  obiecała  wyższym  instancjom,  że  będzie grzeczna już zawsze. Powyższe miało zaowocować pojawieniem się mamy, która powinna zabrać Martynę z przedszkolnej stołówki i oszczędzić jej widoku wymiotującego owsianką Marcinka. W  zamian  zdezorientowana nieletnia deklarowała dożywotnią abstynencję od radzieckich cukierków z wizerunkiem wielbłąda na szeleszczącym papierku.
  3. W obliczu  niepokojącego  spaceru w  stronę  szarego  budynku Martyna  obiecała  sobie  i gubiącym pierwsze  liście drzewom,  że przyklei do nich owe  liście  z powrotem,  jeśli uda się  odwrócić  czas  i  tuż  przed  godziną  ósmą  zostanie  zaprowadzona  do  przedszkola zamiast do pełnego rozwrzeszczanych siedmiolatków ponurego, szkolnego gmachu.
  4. Po szkolnej dyskotece Martyna, wpatrując się w lustro szkolnej toalety, przysięgła, że jeśli wyższa instancja  zmaże  z  jej  smutnej  twarzy pierwsze  symptomy dojrzewania  i przymusi Dariusza  do  przychylnego  uśmiechu  w  jej  stronę,  to  przypięty  szpilkami  święty  obraz Madonny spłonie wraz z kilkoma innymi plakatami z Bravo w intencji pięknej cery.
  5. W trakcie  wyczerpujących  egzaminów  do  liceum  Martyna,  wpatrując  się  w  zarys siedzącego  przed  nią  sąsiada  z  podwórka,  wysyczała  mu  obietnicę  dożywotniego zaopatrywania w  oranżadki w  proszku,  jeśli  tylko  przesunie  się  lekko w prawą  stronę  i ujawni jej tajemnicze efekty swoich zmagań z matematyką.

Teraz, wstępując  na  szafot, Martyna  zaklinała w myślach  historyczkę,  obiecując  jej w  duchu,  że nigdy  nie  rozpowie  słów  pana  Czesia,  fryzjera,  zgodnie  z  którymi  barankowa  fryzura  była  atrapą, kamuflażem  i  podstępną  peruką. Nasza  krętaczka miała  świadomość,  że  tym  razem  zaklęcie  obietnicy było  zdecydowanie  jałowe.  Stawiając  stopę  na  ostatnim  schodku, Martyna  ostatecznie  oswoiła  się  ze świadomością, że jej rejs w stronę zielonej tablicy ma bezpośredni związek z czasem dokonanym, czego dowodem  są  rozchichotane  szepty  szkolnych korytarzy na temat  fryzjerskich  tajemnic pana Czesia. Nic już nie mogło jej uratować. Przystanęła w odległości niespełna metra od tablicy i ujmując drżącą dłonią kredę, spoglądała nieufnie spode łba w kierunku szczytu katedry. 

– Napisze datę wybuchu wojny – rzucił donośnie „baranek”.

– 1939 – wyskrobała z piskiem kryzysowej kredy drżąca dłoń Martyny.

– W dupie była i gówno widziała!

– Jak to? Pani profesor?

– A  tak  to!  Sprecyzowałam  której?  –  parsknęła  złośliwie  nauczycielka  i  dodała  z  niekłamaną

satysfakcją. – Napisze datę powstania!

– 1830 – naskrobała koślawo Martyna.

– W  dupie  była  i  gówno widziała!  –  powtórzyła  ulubione  powiedzonko  nadęta  postać  z wyżyn katedry i oczywiście dodała – A powiedziałam, które powstanie?

Martyna skrobała nerwowo paznokciami kryzysowy fragment kredy dotychczas zaciskany w dłoni.

Gotując się na ostateczny cios, najeżyła się wewnętrznie i postanowiła nie poddawać się bez walki.

– Proszę podać datę obalenia monarchii!

– 17 czerwca 1991 – napisała po chwili wahania Martyna.

– Że co? Co chciała przez  to powiedzieć? – zapytała zaintrygowana nauczycielka, w której mimo

woli odezwał się duch edukacji.

– Jutro  idę  na  kontrolę  do  pana Mariana,  naszego  dentysty  –  odpowiedziała  spokojnie  klasowa manipulantka.

– Idzie na miejsce i się nie kompromituje więcej! – wrzasnęła bogini zielonej katedry i bezwiednie

pomasowała się dłonią po nienaturalnie wysuniętej szczęce.

Martyna  podreptała  skwapliwie  w  stronę  ławki,  która  momentalnie  zaczęła  się  przeistaczać  w pokryte purpurą łoże. Z oddali dochodziło do jej skołatanego umysłu złowieszcze klekotanie. Odwróciła się  i  ujrzała  historyczkę  sunącą  jak  łyżwiarka  po  szkolnym  linoleum.  Jej  sztuczna  szczęka  kłapała rytmicznie, a jej demoniczny rechot zalewał kaskadą szyderstwa niespokojny sen Martyny.

Zaspane dziewczę usiadło gwałtownie  i zogniskowało  tępe  spojrzenie na drzwiach kokpitu. Czas odgonić  duchy  i  wziąć  się  do  roboty. Martyna  postanowiła  zignorować  napływającą  z  sennej  strony świata wiedzę historyczną i obiecała sobie solennie, że takie pierdoły w żadnym wypadku nie będą miały wpływu na rześkość jej nieprzeciętnego umysłu i na powodzenie operacji. Owa bezcenna myśl pierzchła oczywiście nieomal w sekundzie swoich narodzin, rozproszona przez natarczywe ssanie w żołądku.

Martyna stłumiła w sobie z łatwością poczucie obowiązku i gnana wilczym głodem zbiegła do komfortowo wyposażonej kuchni. Niepomna hollywoodzkich traum wyciągnęła ze spiżarni paczkę jajek. I nie myślcie sobie, że nie poszła do chłodni po kiełbasę w obawie przed amerykańskim zwyrodnialcem z wielką kosą z Sierpuchowa. Powód zaniechania był zgoła bardziej prozaiczny: nasza bohaterska ratowniczka świata nie jadała  mięsa,  więc  wizyta  w  przybytku  zmrożonych  zwłok  była  kompletnie  zbędna.  W  ogólnym rozrachunku  jajecznica  z  samych  jajek  na masełku  i  ze  szczypiorkiem  urwanym  z  doniczki  stojącej na kuchennym parapecie była dokładnie  tym, czego potrzebowała.  Jajka dodawały  otuchy,  skwiercząc  swojsko  na  patelni  i  roznosiły w najdalsze  zakątki  statku niebiańskie  aromaty,  podczas  gdy  znaleziony  w  zamrażalniku  chlebek  tajał  posłusznie.  Szczypta przypraw otulających  troskliwie  jajeczną masę wynosiła boski aromat w górne  rejony obiektu. Martyna kwiknęła  z  radości  i właśnie ustalała kąt natarcia widelca, gdy w głośnikach, o których  istnieniu nasza bohaterka nie miała, rzecz jasna, pojęcia, zazgrzytał głos Środkowego.

– Martyna!  Hmm,  to  znaczy…  już  czekamy  na  ciebie.  Ładnie  pachnie,  ale  musimy  ustalić priorytety. Gdybyś była tak łaskawa i pojawiła się w kokpicie…

Martyna  zassała  pierwszy  kęs  jajecznicy  i  żując  drobiny  szczypioru,  zerknęła  wyzywająco  w oko kamery. Jajeczna rozkosz roznosiła się po jej podniebieniu, chwilowo rekompensując żenujący niesmak powracający  falami po zagadkowym bycie historyczki w  jej niezawisłych marzeniach sennych.  Nasza  niedoszła  psycholożka  odczuwała  egzotyczne  dotąd  przeświadczenie,  że  w  jej fascynujący byt zakradła się Manipulacja, która obecnie śledziła jej ruchy w kryształowym lustrze salonu i w irytujący sposób zakłócała płynne ruchy pracowitych szczęk. Martyna, nienawykła do przedkładania obowiązków  nad  przyjemności  życia,  przymknęła  na  chwilę  oczy  i  przeprowadziła  ekspresowy  rytuał spychologii zachowawczej, który sprawił natychmiastowy wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Spychologia zachowawcza

Jeśli  mamy  rozpatrywać  ów  mechanizm  na  przykładzie  naszej  pożeraczki  jajecznicy,  to należy cofnąć się na chwilę do jej burzliwego dorastania, obfitującego w liczne i drobne, lecz wielce  traumatyczne wydarzenia.  Martyna  zawsze przejmowała  się  bzdetami,  którymi  zjadacz  chleba  w  Europie  Środkowej  z  zasady  się  nie przejmował.  Ciężko żyć  w  stanie  wiecznego  podenerwowania,  więc  nasza  bohaterka wypracowała sobie kilka złotych dewiz życiowych, które lepiej lub gorzej, ale sprawdzały się w kolejach jej losu, nim znalazła antidotum na swoje bolączki:

  1. Się zdąży rano.
  2. Jak zapomniałam i świat się nie zawalił, to znaczy, że ważne nie było.
  3. Skoro jest już 7.45, to umyję tylko grzywkę, bo z tyłu nie widzę.
  4. Prawo zazwyczaj nie działa wstecz.

 

Zasad  i  argumentów  było  więcej  i  ewoluowały  w  zależności  od  sytuacji  i  potrzeby,  jednak prawdziwie  złoty  środek  Martyna  odnalazła  w  pobliskim  sklepie  i  konsekwentnie  odtruwała  jego złocistością wszelkie bolączki świata.

Po spokojnym wytarciu talerza skórką chleba Martyna wstała od stołu i przeciągnęła się błogo. Jej poddany  spychologii  mózg  wysłał  pojedynczy  sygnał  całkowitego  zadowolenia  do  wszystkich  mięśni całkiem  jeszcze zgrabnego ciała. Dostojnym  i  leniwym krokiem poszła do  łazienki  i oddała  się godzinnemu  dopieszczaniu  swej  ziemskiej  powłoki,  pobieżnie  tylko  sprawdzając,  czy  i  tu  na  ścianach również zainstalowano kamery.

Jak zwykle podczas wielce satysfakcjonującego nieróbstwa w pachnącej pianie mózg Martyny, pozornie tylko rozleniwiony, porządkował wszystkie bieżące dane  i archiwizował w  najdalszych  rejonach  łepetyny  te mało  istotne  oraz  te,  których  ciężar  został  znacząco  zredukowany wirusem spychologii. W centralnej części mózgu zawsze pozostawały sprawy priorytetowe.

Trudno  się  więc  dziwić,  że  po  opuszczeniu  łazienki Martyna  niezwłocznie  wróciła  do  kuchni, stanowczym ruchem otworzyła lodówkę i pedantycznie sprawdziła datę przydatności do spożycia każdej puszki  z  browarem. Z  cierpliwością  tkaczki  kilimów  poukładała  je wszystkie w  rządkach  tak,  by  te  z krótszym terminem ważności spoczywały najbliżej niecierpliwych rąk i podrzucając ostatnią z puszek w dłoni, zapatrzyła się w widniejącą za oknem oranżerię. Słońce stało wysoko nad basenem  i nie miało  najmniejszego  zamiaru  zachodzić.  Martyna   bez nadziei na rychłe nadejście zmierzchu westchnęła ciężko, po czym z ociąganiem odłożyła puszkę do lodówki.

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Martyna 4

Martyna 4

W którym Martyna musi wykazać, że jej mózg ogarnia nieco więcej niż horoskopy

Spokojna, lecz krótka noc przeminęła bezpowrotnie w chwili, w której Martyna przegrała  z  kretesem w  starciu  z  ograniczeniami  pojemności  własnego  pęcherza. Wstała ze skotłowanej pościeli i stanęła na środku pokoju, próbując sobie przypomnieć drogę do  łazienki. Kiwała się z na wpół przymkniętymi oczami i po chwili namierzyła szczyt kręconych schodów znajdujący się po  prawej  stronie  pokoju.  Ruszyła  w  dół,  ostrożnie pokonując dwa zakręty, i wreszcie stanęła na wprost łazienki. Tknęła ją myśl, że projektant statku, znając upodobania rezydentów do browaru, powinien stworzyć drugi kibel na górze, ewentualnie rurę strażacką w miejsce eleganckich schodów. Niosąc pod powiekami widok syna Szefa zjeżdżającego w pośpiechu na pierwszy  poziom,  zachichotała  bluźnierczo  i  z  westchnieniem  ulgi  wpadła  do  błękitnego  przybytku.

Zostawmy  ją  na  kwadrans,  po którym wyłoni się odświeżona z łazienki,  i  zajmijmy  się  analizą  dotychczasowych  zdarzeń  z perspektywy trzeźwego umysłu.

Analiza zdarzeń z perspektywy trzeźwego umysłu

Niestety,  ten  program  jest  niedostępny  do  końca  opowieści.  Po  usłyszeniu  rżenia  autora

zostaw wiadomość. Dziękujemy.

Skoro tak, to poczekajmy chwilę cierpliwie pod drzwiami łazienki i skupmy uwagę na malowidłach pstrzących  ścianę wokół włazu wejściowego. Nie  da  się  ukryć,  że  syn  Szefa miał wyrafinowany  gust, ścianę  zdobiły  bowiem  przeróżne Kossaki  i Berezowskie,  dało  się  również  namierzyć  szkice  Picasso  i Norwida. To, co wprawiłoby w zachwyt każdego wielbiciela sztuki, okazało się jedynie plamą kolorów na ścianie  dla  wyłaniającej  się  z  łazienki Martyny. Może  to  i  dobrze,  niewiedza  powstrzymała  bowiem zapłon  chciwości  w  jej  podpuchniętych  oczach.  Nasza  nieco  zdezorientowana  bohaterka  stanęła naprzeciwko kręconych schodów, nie spuszczając jednak z oczu otwartych zachęcająco drzwi do salonu.

Po dłuższej chwili wahania  zrezygnowała z potrzeby natychmiastowego sprawdzenia daty ważności zapasów piwa  i  poszła w kokpitu.

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami  podstępne  komputery  jedynie udawały  stan  błogiej  hibernacji.  W odpowiedzi na  odgłos  kroków Martyny  Środkowy  błysnął  lampką, która zdradziła  intensywność przemyśleń  twardego dysku. Ten po  lewej właśnie udawał, że  się budzi  i Martyna mogłaby przysiąc, że coś mu chrupało w obwodach, gdy powoli odpalał zaspany monitor.

– Dzień  dobry  –  powiedziała  uprzejmie  nasza  bohaterka  i  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadła w fotelu.

Monitory,  całkiem  już  ożywione,  generowały  świetliste  ciągi  liczb  i  postękiwały  z wysiłkiem.

Jabłko, całkiem zdechłe,  rdzewiało  sobie cichutko. Środkowy komputer wyświetlił po chwili powitalne hasło: „Witamy w Raju 3.14” i zaszumiał figlarnie wiatraczkiem.

– Dzień  dobry  –  odpowiedział  równie  uprzejmie.  –  Mam  nadzieję,  że  się  wyspałaś  i  teraz

wysłuchasz w końcu wszystkiego, co wysłuchać i zrozumieć musisz.

– To wszystko zależy od tego, czy mi powiesz, co ja tu właściwie robię – odpaliła słodko Martyna i z obojętną miną zajęła się zeskrobywaniem lakieru z paznokci.

– Nie  rozluźniaj mnie, babo!  –  parsknął metalicznym  śmiechem Środkowy,  gubiąc  bezpowrotnie przesłodzoną  uprzejmość.  –  A  jak  myślisz?  Wycieczka  krajoznawcza?  Sekretna  misja  konsultantki Avalonu?

– Avonu, jeśli już – poprawiła z godnością Martyna.

– A co mnie  to, kuźwa, obchodzi? Jak dla mnie może być nawet Panteonu albo  freonu!  – odparł rozsierdzony  komputer.  –  Przysłał  cię  syn  Szefa,  tak?  Znaczy wiedział,  co  robi,  tak?  I  ty mnie  teraz pytasz,  co  ty  tu  robisz? Martyna,  do  nędzy,  powinnaś  mi  wydawać  komendy,  a  nie  zadawać  durne pytania.

– Komendy,  powiadasz?  –  wyszczerzyła  się  radośnie  nasza  leniwa  konsultantka  do  spraw kosmetyków. – No to dawaj mi tu kawę, natychmiast!

Komputer  zaiskrzył  złością,  ale  po  chwili  skapitulował  i  wyświetlił  komunikat:  „Zamówienie przyjęte. Nasza dyżurna winda realizuje zamówienie z kuchni”.

– No!  –  sapnęła  z  satysfakcją Martyna.  –  I właśnie o  to mi  chodziło! A  teraz  gadaj mi,  co  ja  tu robię? Tylko grzecznie! – dodała moszcząc się wygodnie. – Bo jak nie, to zrobię tu takie sztuczki, jakich nawet Ewa nie pokazała.

– Baby… – jęknął żałośnie Środkowy i po chwili zawtórował mu kumpel z lewej strony. – Po jasną cholerę nam tu nierozumne baby? Gdyby nie alzheimer Szefa…

– No, no, no! – uniosła się na fotelu Martyna. – Tylko nie baby! Po kolei gadaj! Jaki alzheimer?

– No,  Szef  się  zestarzał  i  zaczął  podejmować  decyzje,  które…  –  Środkowy  zawiesił  się  z premedytacją i zaczął błyskać obwodami.

– …które  były  do  dupy?  –  dokończyła  usłużnie Martyna  i  rzuciła  po  namyśle:  –  Kiedy  to  się zaczęło?

– Jakieś trzy tysiące lat temu – pisnął przestraszony Lewy.

– Nie było tak źle… na początku… – sprostował Środkowy.

– No  nie  było  –  przytaknął  skwapliwie  Lewy  i  po  chwili  wahania  dodał  –  Ale  syn  Szefa  się wnerwiał, bo Szef ciągle się czepiał i w ogóle.

– No  czepiał  się,  czepiał!  Jak  się  miał  nie  czepiać,  kiedy  syn  sprowadzał  tu  różne  dziwactwa? Pamiętasz tych z Marsa?

– Teraz macie gościa z blokowiska – powiedziała stanowczo Martyna  i walnęła pięścią w  stół. –  I koniec z niesubordynacją! Proszę mi natychmiast wyświetlić przeznaczoną dla mnie prezentację!

– Służę uprzejmie – wymamrotał Środkowy i rozbłysnął feerią barw.

Martyna wlepiła  oczy w monitor  i  skupiła  się  na  tajemniczym  spektaklu. W  jej  uszy  sączył  się łagodny głos Środkowego.

Opowieść Środkowego

– Strategicznie  rozmieszczone  statki  od  tysiącleci  patrolowały  przestrzeń  kosmiczną. Dowódcami byli przeważnie gruntownie przygotowani absolwenci Akademii Szefa. Wszystko toczyło  się  sprawnie  do  czasu,  gdy  syn  Szefa  postanowił wzorem  swoich  sióstr wstąpić  na uczelnię  i  szkolić  się  na  pilota  statku. Gdy  chłopak  z  trudem  osiągnął absolutorium  i  było jasne, że raczej nie obroni dyplomu, Szef się nad nim zlitował i powierzył mu warunkowo Raj 3.14. Piękne  to  były  czasy!  Syn  rozkręcał  się,  podróżował  bez wytchnienia  i  zapraszał  na pokład  kolejnych  gości.  Zdawało  się,  że  wszystko  jest  na  dobrej  drodze  i  że  w  kampanii wrześniowej  syn  Szefa w  końcu  się  obroni.  Szef  pociągnął  za  sznurki  i młody  dostał  jako pracę  dyplomową  maleńką  planetkę  na  końcu  świata.  Młody  kilkakrotnie  ją  odwiedził  i wracał  na  statek  wielce  zadowolony.  W  czasach,  gdy  Szef  już  naprawdę  musiał  iść  na terapię, Młody  znalazł  paru  kumpli  na  planetce,  konkretnie w miejscu,  które  nazywało  się Jamajka, i co wieczór wracał na czworakach do purpurowej sypialni.

– To  było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  gdy  syn  Szefa  zapuścił  długie  włosy  –  podpowiedział usłużnie Lewy.

Środkowy odchrząknął metalicznie i powrócił do brutalnie przerwanego wątku:

– Gdyby Szef wiedział, co tu się dzieje, z pewnością wkroczyłby do akcji, ale klinika, w której się  leczył  z  chronicznego  zapominania wszelkich  faktów,  nie udzielała przepustek. Zresztą, nic by  to nie dało, bo zanim Szef dotarłby do Raju 3.14, zapomniałby o celu swojej wizyty. Trudno  się  dziwić,  że  Młody  czuł  się  bezkarny  i  skakał  jak  konik  w  ziemskiej czasoprzestrzeni,  ustalając  swój  porządek  rzeczy.  W  twórczym  natchnieniu  nabruździł okrutnie,  co  do  dziś  dnia  kładzie  się  cieniem  na  życiu  planety.  Szczęśliwie  dla wszystkich, Szef  po  intensywnej  terapii  zaczął  lepiej  kojarzyć  fakty  i  słuchając  szeptów  za  plecami, wysnuł wniosek, że jego syn robi se jajca. Wkurzył się strasznie, w końcu nikt nie lubi świecić oczami  przed  rektorem  uczelni, więc nakazał  pewnej doświadczonej  pilotce,  by przywlekła młodego przed jego wnerwione oblicze.

– Pamiętam  ją! Taka  ruda  i wściekła  jak  diabli!  –  pisnął Lewy.– Wpadła  tu  jak  burza,  latała  po pokojach  i  trzaskała drzwiami, a kiedy odkryła, że  syna Szefa znowu na Ziemię wymiotło,  to ze złości polazła  do  lodówki  i wyciągnęła  z  niej  browara.  Potem  przyszła  tu  do  nas  i  nakazała  dżipiesowi,  by zlokalizował Młodego.

– Nasze polskie piwo wyjęła? – wtrąciła zaintrygowana Martyna.

– Gdzie  tam!  –  parsknął  Lewy  –  Dwa  tysiące  lat  temu Młody  szmuglował  samoróbę  z Palestyny.

Chrząknięcie Środkowego było wielce wymowne, więc Lewy w obronnym geście wygasił monitor, a Martyna zamknęła gębę i umościła się wygodnie w fotelu.

– Mogę kontynuować? –  zapytał  sztywno  i  retorycznie Środkowy. – No  to może wróćmy do głównego wątku, w którym ruda pilotka namierzyła syna Szefa i teleportowała się na Ziemię. Zadanie wydawało  się  banalnie  proste,  ale  zaszły  niespodziewane  komplikacje.  Zgodnie  z naszą  skąpą  cyfrową  wiedzą  pilotka  dorwała  Młodego,  który  był  właśnie  w  trakcie montowania  jakiejś  dziwnej  grupy  miłośników  wina.  Młody  stał  się  powszechnie  znaną postacią  i  ciężko  było  tak  po  prostu  go  zwinąć. Nie wiemy,  jakiego  podstępu  użyła  ruda,  grunt  że  chyba  skutecznego, bo  za  kilka dni odstawiła  syna Szefa na Raj 3.14  i  z  tego,  co wiemy, po rozmowie z Szefem dostał areszt domowy. Ruda wepchnęła go bezceremonialnie do środka  i  zmieniła  kod  w  drzwiach  wejściowych. Młody  miotał  się  kilka  dni  bezsilnie, próbując znaleźć  drogę  ucieczki,  ale  później  się  podłamał.  Jedyną  osobą,  która mogła  go odwiedzać, był  taki  jeden Lucek w złotej szacie. Przywoził browary  i dobre słowo. Podczas pierwszej wizyty skonfiskował Młodemu klucze i od tej pory nosił je zawsze przy sobie. I tak sobie  leniwie płynął czas. Syn Szefa  siadywał w kokpicie  i kazał pokazywać  sobie aktualne raporty  o  życiu  na  Ziemi.  Strasznie  go  cieszyło,  że  tam  ciągle  o  nim  pamiętali. Wertując kolejne  raporty,  rechotał radośnie,  zwłaszcza  przy  doniesieniach  z  wczesnego  ziemskiego średniowiecza.

– I pewnie spokój by trwał do dzisiejszego dnia, gdyby nie dwa wydarzenia – wtrącił się Lewy.

– Dokładnie! – podchwycił Środkowy, tak zaaferowany opowieścią, że nawet nie zwrócił uwagi na to, że Lewy mu się w wątek wcina. – Najpierw otrzymaliśmy raport o tym, że z Szefem jest beznadziejnie i  że  pamięć  mu  całkiem  sfiksowała.  W  związku  z  tym  jego  trzy  córki,  które  przejęły  dowodzenie, stanowczo  zażądały  wypuszczenia  brata  z  domowego  aresztu.  Potem  dowiedzieliśmy  się,  że  Lucek przekazał klucze komuś na Ziemi.

– I to był ostatni raz, kiedy ich widzieliśmy – szepnął Lewy. – Potem zjawiłaś się ty.

Martyna poczuła się nieco  skrępowana wymowną ciszą, która wspomagana  jedynie jednostajnym szumem procesorów opadła ciężką kurtyną na kokpit i na jej skołatane myśli.

– Dlaczego ja? – zapytała w końcu Martyna.

– Myśleliśmy, że ty nas oświecisz – odparł sztywno Środkowy.

– Nic z tego – pokręciła głową nasza bohaterka. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, po jasną cholerę tu jestem.

– No jak to? – odezwał się zdziwiony Lewy. – Musisz naprawić ten bajzel.

– Zbawić świat? – parsknęła Martyna.

– No  bez  przesady  –  sprostował  śmiertelnie  poważnie  Środkowy.  –  Chodzi  wyłącznie  o posprzątanie na jednej małej planetce.

– A dajcie mi święty spokój! Ja chcę do domu i mam to dupie!

– Podać  piwo?  –  zapytał  usłużnie  Lewy,  głosem  zdradzającym  wieloletnią  wprawę  w  radzeniu sobie w podobnych sytuacjach.

– No daj – poddała się zupełnie już przekonana do pomysłu Martyna. – Ale nadal nie wiem, czego wy ode mnie chcecie.

Automatyczna  taca  odmeldowała  się  subtelnym  piśnięciem  na  poziomie  ściany  kokpitu, prezentując dwie błyszczące puszki. Martyna podniosła  się ciężko  i  sięgnęła po ostatnią deskę  ratunku, która  przylgnęła  znajomo  do  jej  dłoni  i  za  pomocą  przeciągłego  syknięcia  wlała  nieco  otuchy  w  jej skołatany  mózg.  Po  kilku  łykach  była  w  stanie  sprostać  psychicznie  niesprecyzowanym  dotychczas żądaniom  obłąkanych  komputerów.  Usiadła  ponownie  na  fotelu  i  wyszczerzyła  zęby  w  uprzejmym uśmiechu.

– Jakbym panicza widział! – zarżał z radości Lewy.

– No dobra! – zignorowała go Martyna i wzdychając, dodała: – Wal!

Środkowy  mielił  przez  chwilę  dane,  podczas  gdy  nasza  wyżęta  psychicznie  bohaterka  spijała ambrozję zielonej puszeczki.

– Jak? – rzuciła kluczowe pytanie Martyna.

– System Raju 3.14 posiada wszelkie niezbędne dane i narzędzia do przeprowadzenia takiej misji – odparł  Środkowy.  –  Ja  stanowię  centrum  informacji,  a  Lewy  ma  odpowiednie  kompetencje, by teleportować żywy obiekt w dowolne miejsce ziemskiej czasoprzestrzeni.

– Te, Środkowy, to ty jesteś pikuś! Lewy umie więcej! – zarechotała Martyna.

– Interpretacja  dostępnych  danych  jest  podstawą  powodzenia  misji  –  wyrecytował  z  godnością Środkowy.

– Dokąd chcesz lecieć? – zapytał w tym samym momencie Lewy.

Martyna rozparła się wygodnie, wysuszyła puszkę do końca i powiedziała:

– Nie tak prędko! Najpierw gadajcie od czego był Jabłko?

– To  jest obszar wiedzy obecnie zastrzeżony – powiedział Środkowy  i obrażony wylogował  się z dyskusji.

– I dobrze – odetchnął z ulgą Lewy. – No więc dokąd chcesz lecieć?

Martyna myślała dłuższą chwilę i analizowała swoją skąpą wiedzę historyczną.

– Do  jakiego miejsca  i  czasu  na  Ziemi  po  raz  pierwszy  udał  się  syn  Szefa? Możesz mnie  tam wysłać? – zapytała po chwili.

– Żaden problem – kwiknął ucieszony nie wiadomo czym Lewy. – Przygotuj się, bo będzie trochę rwało w pośladkach. I weź ze sobą to drugie piwko – dodał niewinnym głosem.

Tego akurat Martynie nie trzeba było powtarzać.

Martyna 2

Martyna 2

Rozdział 2

W którym okaże się, że ciekawość to pierwszy stopień w górę, a nie w dół, wbrew temu, co się ogólnie sądzi.

Dzienne światło brutalnie wdarło się w szczeliny niechlujnie zaciągniętych zasłon i drażniąc spokojny sen Martyny, uwypukliło jednocześnie taniec drobinek kurzu. Nasza bohaterka, zawinięta w kołdrę i rozczochrana, powoli wynurzała się z sennego niebytu, a wraz z nią na powierzchnię życia wynurzał się gigantyczny kac, zwiastowany irytującą suchością niewyparzonej gęby.  Martyna usiadła ostrożnie i wiedząc, jakie niebezpieczeństwo niesie za sobą gwałtowne otwarcie oczu, namacała stopami kapcie, które poniosły ją w stronę pobliskiej kuchni. Ręka precyzyjnie pacnęła włącznik elektrycznego czajnika, by po chwili wymacać kubek i słoik z kawą, pieczołowicie skrywany w szafce na takie chwile.

Znalezienie po omacku zesztywniałego z zimna kartonu mleka w lodówce było ponad siły Martyny, która wsłuchując się w kojący szmer czajnika, podjęła ostrożną próbę uchylenia powiek. Mleko nadawało się do spożycia, co stwierdziła nasza bohaterka po ostrożnym obwąchaniu czeluści opakowania.  Gdy mieszała ingrediencje, przypomniała sobie dziwacznego obcego, który nawiedził jej dotychczas uporządkowane sny. Zassała pierwszy łyk kawy i postanowiła, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim pasożytniczym życiem człowieka, który nic nie musi i ewentualnie może mu się chcieć.  Ćwiczenie rozbrykanego charakteru postanowiła rozpocząć łagodnie i bez wstrząsów, więc na pierwsze poprawne politycznie zadanie nowej ery wyznaczyła sobie opróżnienie popielniczek i doniczek balkonowych z niedopałków papierochów.  Jak zwykle zadziałał jej wrodzony spryt, który o milę wyprzedzał szczere chęci poprawy.  Człapiąc na porannego fajka, rozgrzeszała się więc z niego, bo przecież i tak zmierzała na balkon w celu posprzątania, więc balkonowi zapewne nie zrobi różnicy sprzątanie w oparach dymu.

Spoza bloków uśmiechało się letnie słońce, które wyraźnie wskazywało na zaawansowaną porę dnia. Martyna zgarnęła do worka na śmieci zawartość popielniczek stojących na parapecie i podeszła do zielonego stołu.  Pomiędzy puszkami leżał pęk kluczy i połyskiwał łobuzerskimi refleksami w promieniach wczesnego popołudnia. Jego trzy srebrzyste klucze rozkładały się wachlarzem na stoliku, a ich schludny pęk zwieńczony był trójkątnym złotym breloczkiem. Martyna podeszła powoli do stołu i w skupieniu obserwowała znalezisko. Na breloczku widniał jeden wypukły guziczek. Zignorowała znalezisko i z godnością wycofała się z balkonu. To, czego było jej trzeba obecnie, to długa kąpiel regenerująca. Klucze mogą poczekać.

Martyna pokładała niezachwianą wiarę w to, że kąpiel, oprócz zbawiennych efektów regeneracji ciała, wpływa również na intensywność i jakość przemyśleń. Na przekonanie to miało wpływ przeświadczenie, że Archimedes sformułował teorię wyporności cieczy przy okazji długiej, relaksującej nasiadówki w balii. Nie żeby Martyna miała smykałkę do ścisłych dziedzin nauk, ale lubiła sobie czasem myśleć, że ma w sobie coś z filozofa. Bywało, że rozkoszując się ciepłem wody i zapachem piany, była bliska sformułowania przełomowych myśli.  Przeważnie spłoszone uciekały, ale zdarzało się, że nasza bohaterka siadała nagle wyprostowana jak struna, wiodła triumfalnym wzrokiem po kafelkach łazienkowych i koncentrując spojrzenie w swoim zamazanym odbiciu na kranie, wykrzykiwała z satysfakcją: „Aha!”.

Tak było wtedy, gdy rozpracowała mechanizm oszustw fiskalnych pani Ali z warzywniaka.

Świetlanych odkryć było więcej, ale gdy Martyna docierała do rytuału golenia nóg, błyskotliwe myśli pierzchały bezpowrotnie podczas ceremonii nabożnego skupienia. Owego poranka, czy raczej wczesnego popołudnia, gdy Martyna rozkoszowała się kąpielą, w jej umyśle narodziła się myśl głęboka, powalająca prostotą i wielce radosną konkluzją. Martyna wyprostowała się więc jak struna i szczerząc zęby do armatury łazienkowej, powiedziała z satysfakcją:

– Aha! Czyli to nie były zwidy. On tu był. A to znaczy, że wszystko jest w porządku i mogę kupić se browar.

I było to przełomowe odkrycie w trzydziestoletnim życiu Martyny.

Po wypiciu kolejnej kawy i odbębnieniu szybkiego rajdu po zaprzyjaźnionych forach internetowych Martyna nie znajdowała więcej wymówek, więc wtykając fajka w usta, poczłapała na balkon.

Potwierdziła swoją łazienkową teorię, upewniając się, że pęk kluczy nadal leżał tam, gdzie rzucił je świetlisty obcy. Martyna po raz pierwszy w życiu postanowiła pomyśleć przed faktem i nie dotykając kluczy, nachyliła się nad nimi, podejmując głęboką analizę. Breloczek niewątpliwie był piękny i nawet nie mając zaktualizowanych w głowie cen złomu złota, Martyna i tak bezwiednie oszacowała go na dwa, a może nawet trzy czynsze do przodu. Klucze natomiast pobłyskiwały srebrzyście, lecz z pewnością nie były zrobione ze srebra. Właściwie to ciężko było określić rodzaj materiału, z jakiego zostały zrobione.

Martyna postanowiła przemyśleć sprawę gruntownie, lecz okoliczności kompletnie temu nie sprzyjały. Nie było piwa, nie było ciszy i możliwości skupienia, a na dodatek w paczce zostały tylko dwa papierosy. Powiodła spojrzeniem po wnętrzu mieszkania wyłaniającego się zza drzwi balkonowych i z westchnieniem przyznała, że czas by coś może posprzątać. A potem się pójdzie do sklepu, kupi się piwo, siądzie się na balkonie i rozwiązanie przyjdzie samo.

Jakieś dwie pralki prania i trzy kursy do śmietnika później Martyna z zadowoleniem spojrzała na dzieło dnia.  Uginając się pod kolejnym workiem śmieci, poczłapała w dół z zamiarem odwiedzenia osiedlowego spożywczaka. Stąpała na palcach, mając nadzieję, że nie spotka żadnego z sąsiadów, ale od akcji z dzieciakami, Szaliński spod czternastki miał chyba wmontowany w mózg system wczesnego ostrzegania, który bezbłędnie informował go o krokach skradającej się Martyny. Tym razem znów wychylił głowę przez drzwi i zlustrował swoją sąsiadkę nienawistnym spojrzeniem. Pogardliwie prychając, zatrzasnął z całej siły drzwi.  Martyna, jak zwykle zmieszała się wewnętrznie, ale dumnie wyprostowana przedefilowała przed drzwiami sąsiada.  Głupia sprawa z tym Szalińskim. Właśnie po akcji z jego dzieciakami Martyna obiecała sobie, że już nigdy nie przyjmie postawy obywatelskiej i nie wsadzi nosa w cudze sprawy.

Akcja z dzieciakami Szalińskiego

Mieszkanie Szalińskiego znajdowało się dokładnie pod podłogą Martyny. On i jego żona byli cichymi i spokojnymi sąsiadami. Do czasu. Kiedyś urodziły im się bliźniaki, ale nawet wtedy panował względny spokój. Dopiero po jakichś dwóch miesiącach od sąsiadów zaczęły dochodzić niepokojące popiskiwania, a później regularny ryk niemowląt.  Martyna, wyedukowana na spotach o przemocy domowej, zadzwoniła pod sugerowany numer telefonu i zgłosiła, że u Szalińskich dzieje się coś dziwnego. Oczywiście, zgodnie z wyćwiczonym w szkole odruchem na hasło: „Nazwisko!”,  podała pełne dane osobowe.  I to był błąd.

A w ogóle skąd Martyna miała wiedzieć, że niemowlęta płci męskiej są wybitnie narażone na pojawianie się regularnych kolek jelitowych?

No i wychodząc owego dnia do sklepu, Martyna umknęła przez tajoną za drzwiami mieszkania złością Szalińskiego i nerwowo wybiegła z klatki schodowej na zalane słońcem podwórko przed blokiem.

Wywaliła z ulgą ostatni wór ze śmieciami i obserwując błogosławiony rejs słońca w kierunku dziesięciopiętrowca stojącego naprzeciwko, po raz kolejny uznała, że jej złota zasada znacznie lepiej sprawdza się w okresie jesienno-zimowym.

Złota zasada Martyny

Piwa nie należy otwierać przed zmrokiem.

Powtarzając owe słowa jak mantrę, nasza bohaterka udała się do sklepu w celu zakupienia paczki fajek i zgrabnego czteropaku piwa.

Słońce poddawało się powoli, gdy Martyna, nabożnie wpatrzona w jego ostatnie podrygi, przyczaiła się na balkonowym krzesełku z puszką w dłoni i czekała na pierwsze symptomy mroku.

Szczęśliwie ta chwila nadeszła wkrótce i Martyna z triumfalnym „pssst” mogła w końcu oddać się rozmyślaniom na temat kluczy. Pomiędzy odkurzaniem a wywalaniem śmieci ukuła kilka teorii na temat zdarzeń minionej nocy. Obecny stan chmielowej radości pomógł jedynie w uporządkowaniu hipotez.

Hipotezy:

  1. Pomimo materialnych dowodów, całokształt zdarzeń miał bezpośredni związek z piwem.

Teoria o tyle mało wiarygodna, że klucze nie chciały zniknąć, i choć Martyna nawet ich nie dotknęła, to niewątpliwie istniały.

  1. Martyna padła ofiarą spisku uknutego przez Szalińskiego, który zamontował dyskretnie zielone choinkowe światła pod samochodem Boratyńskiego, osadził na parkingu trójkątny model zdalnie sterowany i bezszelestnie wdrapał się po gzymsie na jej balkon, przebrany w świetlistą szatę zasilaną bateriami AA. Teoria o tyle ryzykowna, że bliźniakom Szalińskiego właśnie szły zęby, a Martyna wspomagana wiedzą z forum internetowego wiedziała, że jest to taki okres w życiu dorosłego człowieka, gdy nie ma on siły na otwarcie kefiru, o wspinaczce na balkon sąsiadki nie wspominając.
  2. Z nieznanych Martynie przyczyn padła ofiarą programu „Ukryta kamera”, albo, co gorsza, od dziecka, niczym świnka morska, była poddawana eksperymentowi, jak bohater filmu „Truman show”. Teoria o tyle chybiona, że sprzątając sprawdziła dyskretnie lustra w całym domu i nie znalazła żadnych kamer.
  3. Choroba psychiczna. Ten punkt dogłębnie martwił Martynę, bo nie chciała stracić gibkości umysłu, tak błyskotliwego w czasie łazienkowych przemyśleń. Siłą rzeczy ten punkt odpadał.  Mózg naszej bohaterki, choć pokrętnymi ścieżkami, zawsze przecież docierał do głównego szlaku względnie racjonalnego myślenia.
  4. Najgorszy punkt. Zakładał, że zdarzenia minionej nocy naprawdę miały miejsce, co, po pierwsze, burzyło ugruntowany pogląd Martyny na kwestię istnienia pozaziemskiego życia i bóstw wszelakich, a po drugie, stawiał pod znakiem zapytania dalsze losy Układu Słonecznego.

Nie pozostawało nic innego niż organoleptyczne sprawdzenie wiarygodności materiału dowodowego spoczywającego tuż pod nosem Martyny. Nasza bohaterka dopiła resztkę piwa z puszki i ciężko wzdychając, wzięła do ręki pęk kluczy. Mając świadomość, że z niejasnych przyczyn jej uporządkowane życie właśnie się zmienia, skupiła spojrzenie na złotym breloczku i ponownie wzdychając, ostrożnie nacisnęła znajdujący się na nim guzik.  Delikatny dreszcz popełzł wzdłuż kręgosłupa Martyny i kumulując się po chwili mrowieniem w pośladkach naszej bohaterki, poderwał ją do góry i uniósł ku zagadkowemu przeznaczeniu. Dryfując nad samochodem Boratyńskiego zdołała pochwycić myśl, że Szaliński nie był w stanie zamontować pod nim lampek choinkowych, bo dozorca z pewnością zauważyłby przedłużacz wywieszony z okien piątego piętra. Martyna płynęła w górę i miała nieomal sto procent pewności, że jedna puszka browaru nie ma z tym nic wspólnego.

Gdy nasza niedoszła filozofka wylądowała twardo na marmurowej posadzce i rozejrzała się wokół siebie, nabrała pewności, że punkt piąty – mimo wszystko – był jedynym logicznym wyjaśnieniem rozgrywających się właśnie zdarzeń. Na wprost ujrzała ciąg swojskich drewnianych szaf z przesuwnymi drzwiami. Wędrując wzrokiem w prawo, wzdłuż zbliżającej się do niej linii ściany, zobaczyła drzwi.

Pobiegła wzrokiem w drugą stronę i na końcu oddalającej się perspektywy szeregu szaf zobaczyła inne drzwi, zachęcająco uchylone. Odchyliła głowę mocno w lewo i zobaczyła kręcone schody znikające w suficie.

Martyna 1

Martyna 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału powieści, którą będziemy publikować w odcinkach. Poznajcie Martynę, zupełnie zwyczajne dziecię blokowiska, które ma całkowicie nadzwyczajne przygody. Można by powiedzieć – pozaziemskie i zdecydowanie nadnaturalne 😉

Rozdział 1

W którym okaże się, że ciężko jest nie wierzyć w życie pozaziemskie

Martyna zgasiła kulturalnie fajka w popielniczce i przekrzywiając głowę, zapisała w pamięci, że już czas wywalić do kosza ziemskie resztki w owej spoczywające. Przez chwilę wpatrywała się w górkę wysypujących się kiepów, ale nie znajdując w niej nic interesującego, dała sobie święty spokój i namacała odruchowo puszkę z resztką browaru.

Bałagan, bałaganem, ale jak by na to nie spojrzeć, życie piękne było. Martyna z westchnieniem wyprostowała nogi i ulokowała je na zielonym krześle balkonowym. Nic nie musiała. Mogła jedynie chcieć.

Pytanie, czy chciała chcieć?

To jest pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak na to, gdzie się trzyma cukier. Zdecydowana większość ludzi słusznie powiedziałaby, że cukier trzyma się w cukiernicy. Martyna, nasza domorosła filozofka, zapewne prychnęłaby w tym momencie lekceważąco i stwierdziłaby autorytatywnie:

Cukier trzyma się w torebce z napisem „cukier”.

I też miałaby rację.

A wracając do tematu. Tego wieczoru Martyna zorientowała się, że skończył się browar, co pogrążyło ją w leniwym i bolesnym dociekaniu, czy powinna założyć jakieś spodnie i poczłapać do sklepu, czy też raczej dno w puszce oznacza, że najwyższy czas walnąć się w łóżko.  Problem przez dłuższy czas pozostawał nierozwiązany, więc nasza bohaterka z pewną ulgą skoncentrowała się na wyłaniającej się z mroku linii pobliskich bloków. Stukając niecierpliwie paznokciami po powierzchni wysuszonej puszki, Martyna oddała się rozmyślaniom, co może oznaczać pulsująca zieloność, która łagodnie odbijała się w oknach ósmego piętra i w chromowanych felgach stojącego pod blokiem samochodu Boratyńskiego spod piątki.

Zasadniczo miała to gdzieś, bo po akcji z dzieciakiem Szalińskiego spod czternastki nie interesowała się życiem sąsiadów, lecz w refleksach okien na ósmym piętrze było coś niesamowitego. Coś, co nie pozwalało tak po prostu odwrócić spojrzenia i iść spać. Martyna usilnie starała się zachować pion, gdy od niechcenia wstała z krzesła z zamiarem ostrożnego podejścia do balustrady. Zielone światło natarczywie mrugało i nasza bohaterka, chcąc nie chcąc, skoncentrowała się na felgach samochodu Boratyńskiego.  Przesuwając niedogolone nóżki po balkonowych kafelkach, zakradła się w strzęp nocnego kamuflażu znajdującego się dokładnie pomiędzy dwoma rachitycznymi tujami uwięzionymi w glinianych donicach.

Światło łagodnie pulsowało w nocnej ciszy i Martyna miotała się pomiędzy ciekawością a chciwą potrzebą skoczenia do kuchni po telefon.  Przed jej oczami rozgrywał się fascynujący kadr filmu. Wraz z pulsującym – z każdą minutą silniej – zielonym światłem na parking osiedlowy spływał bezszelestnie trójkątny obiekt. Po chwili zgrabnie zaparkował obok samochodu Boratyńskiego, nawet nie muskając nawoskowanej maski.

„Ciekawe, ile by mi za to w tefałenie zapłacili?” – pomyślała i prawie zachłysnęła się z wrażenia na myśl, ile wejść miałby taki filmik na you tube.

Stała nadal niezdecydowana, jak ma się ustosunkować do zjawiska, i nerwowo drapała się po głowie, gorączkowo przywołując z czeluści zamulonego mózgu wiadomości na temat złudzeń optycznych. Niechętnie rodziła się w niej myśl natrętna i nieznośna, że widowisko może mieć pewien związek z regularnymi dostawami piwa do organizmu. W chwili, gdy zaczynała formułować gorące zapewnienie, że już nie pije więcej, coś stanowczo i energicznie postukało ją w ramię.  Martyna podskoczyła do góry i gwałtownie się odwróciła, stając oko w oko ze świetlistą postacią ludzkich rozmiarów.

Nasza bohaterka nigdy nie potrafiła powściągnąć jęzora i wyhamować na czas jego mielenia w niewyparzonej gębie, co nie raz bywało źródłem jej kłopotów.  Kiedyś, gdy poszła do spowiedzi i pasjonujący się cudzym życiem ksiądz zadał jej pytanie: „A miałaś kiedyś stosunek z jakimś chłopakiem, dziecko?”, Martyna niewiele myśląc, odparła: „A ksiądz?”. Spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia na żenującą scenę, w której rozsierdzony Dobrodziej wyskoczył z konfesjonału i wyprowadził niedoszłą spowiedniczkę za ucho przed dostojny Dom Boży.  Niech nam wystarczy stwierdzenie, że w fascynującym organizmie Martyny najbliżej połączonymi naczyniami był kosmaty mózg i wzmiankowany wyżej język.  Nie powinno więc dziwić, że teraz, na widok świetlistego intruza zachowała się równie spontanicznie.

– A ty, kuźwa, co? – krzyknęła.

– Jajco – błysnął celną ripostą obcy, czym z punktu zaimponował dziewczynie.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem i Martyna pewnie wygrałaby w pojedynku pomiędzy swoimi brązowymi oczami a piwnym spojrzeniem złocistego, gdyby nie to, że opóźniony efekt równie złocistego piwa wpłynął znienacka na koordynację pracy jej gałek ocznych. Odwróciła wzrok, co jednak nie miało wpływu na jej zdolności oratorskie.

– Czego tu? – zapytała.

Obcy uśmiechnął się pojednawczo i gestem dłoni wskazał uprzejmie dziewczynie krzesło. Odczekał kulturalnie, aż gospodyni balkonu umości się wygodnie, i podgarniając z obu stron świetliste szaty, usiadł na drugim krzesełku. Uśmiechał się przy tym i wpatrywał w nieco kpiące, brązowe oczy. Martyna nie wytrzymała ciężaru zagadkowej ciszy.

– Browar się skończył. Chcesz fajka? – zagaiła prawie uprzejmie.

Obcy wyszczerzył rząd idealnie prostych i o dziwo białych zębów i potakująco skinął głową, więc

Martyna zapaliła fajka i pchnęła po stoliku w stronę nieproszonego gościa paczkę i zapalniczkę. Obcy rozejrzał się nieco nerwowo, ale sięgnął po papierosa i z lubością zaciągnął się dymem, gdy tylko go podpalił. Kopcili chwilę w milczeniu, lecz jęzor Martyny, szybszy niźli strzała Robin Hooda, wymlaskał całkiem logicznie, zważywszy na okoliczności.

– Wiem, że potrafisz gadać, bo powiedziałeś „jajco”. A teraz chcę wiedzieć, co, do cholery, robi na parkingu ten trójkątny gadżecik i co, do cholery, ty robisz na moim balkonie.

Obcy poprawił sprzączkę złocistego sandała po czym postanowił przerwać tajemnicze milczenie.

– No więc przywiozłem kluczyki. – powiedział.

– Jakie, kuźwa, kluczyki?

– No… kluczyki!  Od centrum dowodzenia.  Od dzisiaj obejmujesz tę planetę, o której Szef zapomniał i, prawdę mówiąc, bardzo dobrze, że tak zrobił.

– Ty, weź daj se siana, dobra? – powiedziała urażona Martyna. – Tylko nie zapomniana!

– Słuchaj, ja nie wiem, co dowództwo wcześniej tobie powiedziało, ale z alzheimera Szefa się nie żartuje – żachnął się obcy.

– Coś ty ćpał, chłopie? – wyszeptała nabożnie i dodała – Ja też chcę!

– Martyna, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?  – ryknął świetlisty. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co się w Centrali dzieje? Były Dyrektor Departamentu Spraw Ziemskich poleciał ze stołka i nieoficjalnie kazał mi przylecieć na to porąbane osiedle i dać klucze swojej duchowej siostrze, Martynie.  No to jestem.  Nie wiem, jakie masz układy z Szefem.  Ja tylko wypełniam ostatnie polecenie służbowe.

– O Jezu! – powiedziała Martyna, mając już tysiąc procent pewności, że najwyższy czas odstawić browar.

– Czyli jednak znasz Dyrektora! – Świetlisty strzelił entuzjastycznie pięścią w stolik.

Martyna miała dość jak na jedną noc, więc zgasiła nerwowym ruchem fajka w doniczce z tują i powiedziała:

– To ty z UFO jesteś czy z kurii? A weź zgiń, maro nieczysta!

– To jest cios poniżej pasa – powiedział urażonym głosem obcy i ciskając pękiem kluczy na stół, dodał – Odchodzę, ale ty przejmujesz od dzisiaj ten resort. Ja mam to w dupie. Trójkątne badziewie też ty przejmujesz – dodał mściwie.

– Znaczy, to coś, co stoi obok samochodu Boratyńskiego? – parsknęła śmiechem Martyna.

– Nie! To tylko statek zwiadowczy. Ty bierzesz dużą kupę złomu – powiedział złowieszczo obcy, po czym wstał i zniknął.  Po chwili z parkingu osiedlowego bezszelestnie wzbił się w stronę nieba trójkątny pojazd.

A Martyna poszła w stronę łóżka, solennie obiecując sobie wstrzemięźliwość alkoholową.

Szeptucha 15

Szeptucha 15

Świat przedsionka szpitalnego, czyli recepcji, nie uległ żadnej zmianie po klątwie Szeptuchy. Po hallu nadal snuły się rzesze przyszłych pacjentów, a bezduszna recepcjonistka Jadwiga, tkwiąc w szponach zawodowej znieczulicy, nie reagowała nawet rozszerzeniem źrenicy na wycieki krwi tętniczej, żeby o patologicznych akcjach porodowych nawet nie wspomnieć. Rajat wybałuszył migdałowe oczęta, ale wziął się w garść, i ciągnąc za sobą Lelkę i kierowcę, przedarł się do kontuaru.

– Umówieni jesteśmy – wyjaśnił władczo.

Jadwiga parsknęła złośliwym śmiechem i gestem polakierowanych paznokci odegnała intruza na koniec kolejki.

– Daj spokój, nie znasz realiów – warknęła ostrzegawczo Lelka.

Kierowca pokiwał gorliwie głową, zgadzając się z opinią dziewczyny.

Próby ponownego dodzwonienia się do Szeptuchy spełzły na niczym. Telefon milczał jak zaklęty.

– Przepraszam – zagaiła grzecznie Aurelia, gdy nadeszła jej kolej. – Szukam kogoś.

– A kogo?

– Mojej krewnej. – Lela zacukała się w jednej chwili, bo nagle sobie uświadomiła, że w sercu stolicy, w ogromnym szpitalu, pytanie o Szeptuchę nie ma najmniejszego sensu. – … Olesi.

– Oleńki? – W recepcjonistkę jakby piorun strzelił.

– Oleńki, Olesi, bez różnicy – potwierdził zmęczonym głosem Rajat.

A dusioł w skórze kierowcy obślinił się na wspomnienie kruchego dziewczęcia, które mu zwiało przy pomocy sił nieczystych podczas okupacji. Może teraz żylasta jest, może stara, ale nadal odpowiada za upokorzenie prastarego stworzenia.

– Profesor wydał dyspozycję, by gości Oleńki niezwłocznie skierować na oddział – wyjaśniła sztywno recepcjonistka. – Bardzo proszę, sala numer 7, drugie piętro.

Nie tracąc czasu na dalsze dyskusje, Aurelia, gnana niepokojem o prababkę, popędziła w stronę schodów. Rajat pobiegł za nią. W kompletnym zamieszaniu nie zauważyli sadzącego za nimi kierowcy i starej Stachańskiej, ciągnącej za sobą opierającego się faceta w kaszkiecie.

– Rajat – rozbeczała się w windzie Lelka. – Prababcia chyba chora poważnie, bo ta recepcjonistka taka poważna i opryskliwa była.

– Niech panienka się nie przejmuje tak bardzo! Recepcjonistki takie niesympatyczne z urodzenia chyba… – wciął się taryfiarz.

– Pan to kto? – wyszlochała Aurelia.

– Ja tutaj z klientką przyjechałem za wami.

Aurelia powiodła nieco bardziej przytomnym spojrzeniem po reszcie zgromadzonych w windzie osób.

– A co szanowna pani Stachańska tu w tej windzie robi? – oburzył się Rajat.

– Ty mnie tu, chłopcze, nie szykanuj! – parsknęła stara sąsiadka. – Ja tu świadków mam! – Szturchnęła taksiarza kościstym paluchem. – I on poświadczy, że tu się jakieś zbrodnie odbywają.

– Ale my nic złego nie robimy – zaprotestowała Lela.

– Wy nie, ale on! – wrzasnęła Stachańska, celując żółtym szponem w przebranego za kierowcę dusioła.

W tej samej chwili zgasło światło, a winda z niemiłosiernym zgrzytem stanęła między piętrami.

– Co się dzieje? – wrzasnął Rajat.

– Zbrodniarz nas uwięził i właśnie umknął, by wprowadzić swój zabójczy plan w czyn! – nakreśliła ponuro sytuację sąsiadka.

– Kurde, ja tu tylko po złote świnki… – jęknął taksiarz.

– Zapracować trzeba! Po pomoc dzwoń, baranie!

– Pani Zofio – Lelka starała się zachować rozsądek – o czym pani właściwie mówi? Prababci coś grozi?

– A wszystkim grozi – sapnęła sąsiadka. – Ten wasz kierowca zjadł waszego prawdziwego kierowcę i się w niego zamienił, i teraz coś kombinuje.

– Dusioł! – wrzasnęli chórem Rajat i Lela, i w panice naparli na drzwi windy.

– Chwilunia! – powstrzymał ich taksiarz. – Mam śrubokręcik, który zaraz rozwiąże nasze problemy.

– A w dupie mam pana śrubokręcik! – wrzasnęła arogancko Aurelia i wygenerowała z siebie błękitne światło.

Rajat natychmiast podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach. Winda jęknęła i ruszyła w stronę drugiego piętra. Po chwili drzwi wypuściły z siebie pasażerów.

– Do sali numer siedem! Biegiem! – wrzasnął Rajat i puścił się sprintem po archaicznym linoleum.

Lelka nie zważała na Stachańską i jej taryfiarza. Gnała za Hindusem, modląc się w duchu, by babce nic się nie stało.

Szeptucha pogłaskała Oleńkę po buzi i odwróciła się w stronę Waldka.

– Dość masz na dzisiaj – orzekła.

– Daj, Oleśka, spokój – burknął stary. – Na co mi siły oszczędzać?

– Ot, choćby na to! – wrzasnęła prababka, odsuwając gwałtownie wózek inwalidzki pod okno i rzucając się całym ciałem na łóżko Oleńki.

Waldek kątem oka zauważył blondyna, który wtargnął do sali i bez ostrzeżenia skoczył na łóżko dziecka.

– Na pomoc! – wrzasnął Waldek, wciskając przycisk alarmowy.

– Waldek! Po Jaśka leć, niech moją wnuczkę znajdzie! – wrzasnęła Szeptucha. – To nie żarty!

Waldek wykrzesał z siebie wszelkie siły i w olimpijskim tempie wytoczył wózek na korytarz. W połowie nieomal zderzył się z grupą zziajanych ludzi.

– Oleńka! Jaśko! – zdołał wyksztusić i wskazał ręką kierunek, a potem zemdlał z wysiłku.

Lelka przebiegła sprintem obok inwalidy i z hukiem otworzyła drzwi pokoju numer siedem.

– Rajat! – wrzasnęła z mocą.

Chłopak podbiegł do niej i w ciągu kilku sekund ocenił sytuację. Istniały zaledwie dwie istoty zdolne ochronić babkę i tę dziewczynę leżącą na łóżku.

– Prababko?

– Róbcie, co trza! – sapnęła stara, próbując utrzymać rozwścieczonego dusioła w zaklęciu ochronnym.

Lelka chwyciła Rajata za rękę, posypały się iskry i młodzi zniknęli w mroku dziejów.

– Rusz się, do cholery! – wrzasnęła Stachańska do taksiarza. – Pomóc trzeba!

Biedny taksiarz w stanie kompletnego szoku stał jak kukła.

– Daj mu, Zośka, spokój! – wydyszała Szeptucha.– Pomóc chcesz, to leć do dyżurki po Jaśka, wnuka swojego przyszywanego. Waldka, swojego szwagra, do pokoju każ odwieźć. A tu się nie mieszaj. Na razie trzymam kurwiego syna w szachu, ale nie wiem, czy sił mi stanie na długo.

– Jezu, rodzina mi się znalazła – przeżegnała się sąsiadka i wybiegła na korytarz. Taksiarz ocknął się nagle i pobiegł za nią.

Jaśka ukołysała właśnie bliźniaki i poszła do kuchni szykować wigilijne pierogi. Dzieciaki dawały jej mnóstwo szczęścia i jeszcze więcej zajęć, a święta miały to do siebie, że nadchodziły rotacyjnie bez pytania, czy są mile widziane. A robota, jak zwykle, sama się zrobić nie chciała.

– Mamo! – wrzasnął upiorny głos za plecami gniotącej ciasto Janiny.

Kobieta odwróciła się błyskawicznie od stolnicy i stanęła naprzeciwko swojej najstarszej córki Aurelii.

– Jezusie, aleś mnie, córuś, przestraszyła!

– Mamo! – Lela była bardzo poważna. Trzymała kurczowo za rękę Rajata i z napięciem wpatrywała się w Jasię. – Prababcia ma kłopoty. Dusioł…

– Dawno trzeba było pozwolić, żeby bliźniaki skończyły z ta gadziną – syknęła mściwie matka Aurelii, bezwiednie obnażając ostre siekacze.

– Teraz muszą z nim skończyć! – wtrącił nerwowym głosem Rajat.

– Mamo – dodała Lela. – Musisz nam pożyczyć bliźniaki! Bez tego prababcia i inni…

– A w życiu nie dam dzieciątek! – żachnęła się Jasia.

– Mamo! – jęknęła Aurelka. – A prababcia?

– Dobra, idę z wami. Pierogi poczekają. Ale jeśli myślicie, że narażę maleństwa na jakiekolwiek niebezpieczeństwo…

– Dobra, mamuś, to one narażą cały szpital na niebezpieczeństwo, więc im samym raczej zbyt wiele nie grozi. Przygotuj się, bo skoczymy wprost do szpitala i wylądujemy przy łóżku bardzo chorej dziewczyny. A na niej będą siedzieć prababcia i dusioł.

Jaśka o nic więcej nie pytała. Pobiegła do sąsiedniego pokoju, chwyciła bliźniaki na ręce i skinęła głową. Para nastolatków podeszła do niej i położyła jej dłonie na ramionach. Niemowlęta spały jak susły. Skoczyli z głośnym syknięciem.

Jaśko stał kompletnie zdezorientowany w progu sali, a wszystko to, co rozgrywało się przed jego oczami, kompletnie nie poddawało się racjonalnym opisom. Oleńka, bledziutka jak nigdy dotąd, leżała nieruchomo z otwartymi szeroko oczami. Tuż nad nią lewitowała Szeptucha, najwyraźniej generując jakieś połyskliwe pole ochronne, i starając się odepchnąć potężnego blondyna atakującego łóżko. Mężczyzna szamotał się chaotycznie, a spod jego skóry przebijały refleksy zielonych łusek. Całość była kompletnie surrealistyczna, ale niewątpliwe groźna. Profesor próbował podejść bliżej, ale jakaś bariera osadzała go ponownie w progu.

– Nic nie rób! – miauknął Mruczek, bohatersko skacząc na pomoc Szeptusze.

Powietrze zgęstniało. Z niespodziewanym hukiem przy łóżku Olesi zmaterializowali się Lela z Rajatem i Jaśka z bliźniętami.

– Dzieci! – wrzasnęła Jasia. – Bierzcie dusioła!

Nie sprecyzowała, które konkretnie dzieci z przywiedzionej czwórki mają się brać za prehistorycznego gada, więc atak, nieco chaotyczny, nosił znamiona pospolitego ruszenia. W jednej chwili pościel Oleńki zakotłowała się, tracąc szpitalną biel.

– Połóżcie go na podłodze! – zadysponowała prababka, podnosząc się ciężko z łóżka.

Dusioł rozkrzyżowany na linoleum łypał złowrogo i co chwilę zmieniał wygląd.

– Czas na was, dzieciątka – wyszeptała Jasia w stronę śmiercionośnych bliźniąt.

Krwiożercze niemowlaki tylko na to czekały. Posadzone na podłodze, poraczkowały w stronę potwora, i radośnie gaworząc, zaczęły mu metodycznie zrywać zielone łuski.

– Jezu – mruknął Rajat. – Jakby się klockami Lego bawiły.

– No dalej, dzieci! – zachęciła maluchy Jasia. – Nie ma czasu.

Prababka odetchnęła z ulgą i spojrzała na tkwiącego w stuporze lekarza.

– Jaśko – powiedziała łagodnie. – Idź no do Oleńki.

To podziałało. Chirurg ocknął się gwałtownie i przypadł do łóżka córki, mierząc jej puls i sprawdzając źrenice. Wyglądało na to, że nic jej się nie stało.

W tym czasie dusioł wrzasnął przeraźliwie i znieruchomiał. Gadzi kształt zaczął powoli znikać i po chwili na podłodze leżał przeraźliwie blady i zdecydowanie martwy chłopak odziany w skórzaną przepaskę. W pokoju zapadła kompletna cisza, przerywana pojedynczymi i raczej upiornymi, zważywszy na okoliczności, perlistymi wybuchami śmiechu niemowląt.

– Jaśko – cmoknęła z zadowoleniem Szeptucha. – Coś mi się zdaje, żeś serce dla Oleńki właśnie dostał.

– Żartujecie chyba? To jakiś potwór z dna piekła albo inne zło wcielone!

– To i lepiej, Jaśko. To i lepiej! – zachichotała upiornie stara.

– A dlaczego niby?

– Boć on tego serca nie używał nigdy, więc trafił ci się zamiennik w doskonałym stanie.

Śnieg sypał bezgłośnie, ale wyjątkowo obficie. Las wyglądał zjawiskowo. Mruczek z furią w oczach przedzierał się przez sosnowy zagajnik, zżymając się na białe paskudztwo. Przez chwilę pomyślał nawet bluźnierczo, że hordy krwiożerczych komarów byłyby bardziej znośne. Tuż za nim szła dziarsko Szeptucha, a obok niej Jaśko, ten lekarz z warszawskiego szpitala.

– Jak Oleńka? – zapytała babka z troską.

– Stan stabilny, przeszczep powinien się przyjąć. Trzymamy ją w śpiączce farmakologicznej.

– Jaśko, jak ojca, a nie jak lekarza cię wypytuję!

– Bledziutka, aż przezroczysta, ale widać w niej wolę walki. Jest z nią teraz mój ojciec i całe plemię Stachańskich, razem z tym taksówkarzem, co się do Zofii, no wiecie, wdowy po moim wuju, przymieszkał, więc dlatego wyrwałem się na kilka godzin, ale zaraz muszę wracać.

– Wiem, wiem. To już niedaleko – uspokoiła go.

– Ona taka młodziutka jeszcze…

– No właśnie, aż nie pasuje do takiego starego konia jak ty.

– Późno się dochowałem. Pięćdziesiątkę przeszło miałem, a żona  ponad czterdzieści. To pewnie przez to mała jest taka słaba. Byliśmy już za starzy na rodziców, zresztą natura zatriumfowała nad nauką. Żona przy porodzie zmarła i to moja wina.

– Nie pleć, synek, głupstw! – ofuknęła go Szeptucha. – Co komu los pisał, tego uniknąć się nie da, a ty za cienki w uszach jesteś, żeby o tym decydować.

Choiny rozstąpiły się nagle i prababka poczłapała w stronę brzozowego młodniaka. Ruin leśniczówki nie było widać spod śniegu, ale zjeżona kocia sierść była najlepszym dowodem, że trafili dobrze.

– Andzia! Wyłaź! – krzyknęła Szeptucha. – Gościa ci przyprowadziłam.

Młodniak zaszumiał tajemniczo i pierzchnął na boki. Na polanie została tylko niewielka choineczka, na której nagle wyrosły świeczki. Jaśko przetarł ze zdumienia oczy i stanął jak wryty.

– No idź, z matulą się przywitaj. Zawsze miała teatralne wejścia… Auć!

Na głowę Szeptuchy spadła okazała pecyna śniegu. Stara otrząsnęła się jak kot i potulnie zamilkła. Stała i obserwowała, jak Jaśko powoli podchodzi do drzewka, nagle lśniącego setką mrugających światełek. Mruczek otarł się o jaśkowe kolana i wskoczył mężczyźnie prosto w ramiona.

– Jesteś! Tyle lat minęło – zaszumiała Andzia.

– Mamo – szepnął Jaśko. – Pamiętam. Teraz pamiętam. Choinkę ubierałem. Jakaś kobieta dała mi malowane orzechy.

– To była twoja babka.

– I ciebie pamiętam. Śmiałaś się do mnie. Taka młoda…

– Szczęśliwy jesteś, synku, w tym życiu?

– Bardzo. Mam rodzinę, córkę… Waldek Stachański mnie adoptował.

Choinka nagle rozżarzyła się czerwonym światłem, ale Andzia najwyraźniej miała już dość tej zemsty, bo po chwili wszystko przygasło.

– To dobrze, synu. Widzę, że Waldek winy swoje odkupił. Jakiś ty przystojny! Jak twój ojciec całkiem.­

– Opowiesz mi o nim? – poprosił Jaśko i przysiadł na pniu.

– Dawno temu, jeszcze przed wojną to było…

– Kocie! – szepnęła prababka. – Ostań tu z nimi. Ja do doma idę. Nic tu po mnie.

Tymczasem Andzia jeszcze długo snuła wspomnienia jakby opowiadała bajkę swojemu dwuletniemu synkowi. A Jaśko siedział jak zaczarowany. Po policzkach ciekły mu łzy.

Przed chałupą czekała na Szeptuchę Lelka.

– I co? I co? – podskoczyła niecierpliwie.

– Wszystko się dobrze ułożyło. Andzia zachwycona, i coś mi się zdaje, że jej dusza w końcu spokoju nieco zazna – odparła prababka, gładząc dziewczynę po włosach.

– Prababciu, ja się boję trochę.

– Czegóż znów się boisz?

– Bo matka Rajata ma tu przyjechać na Wigilię… i ona jest taka…

– Jaka?

– No, inna niż my.

– Musi być inna, skoro w Indiach dalekich wychowana.

– Ale oni są tacy nadziani…

– Czym nadziani? – nie zrozumiała prababka.

– Oj prababciu, no! Bogaci są.

– A my to nie?

– No, oni pałace mają…

– A my ten dom po ojcach, i las, który się nas słucha.

– Złoto, samoloty, hotele najdroższe wynajmują…

– A my rodzinę mamy, emeryturę niczego sobie, a ty całkiem fajne kiecki.

– Z lumpeksu – wtrąciła z goryczą Lela.

– Dziecko! Nie w kosztownościach tkwi bogactwo, toż ci już mówiłam.

– Oj, prababciu… – przewróciła oczami Aurelia. – Życia nie znasz.

Szeptucha zachichotała z głębi prawie dziewięćdziesięcioletnich płuc i cmoknęła szesnastolatkę w czoło.

– Tak jak mówiłam – powiedziała z powagą w głosie, choć w jej oczach tańczyły diabelskie ogniki – nie w kosztownościach tkwi bogactwo, a w totalizatorze sportowym. Tak jakoś po tych dożynkach trafiłam niechcący do kolektury i sprawdziłam numery, a potem, jak się cofnęliśmy w czasie i pojechałaś do sklepu po psią karmę dla słonia, to…

– Prababciu! Jesteś genialna! – wrzasnęła Lelka i puściła się pędem do chałupy na poszukiwanie zwycięskiego kuponu.

– Ha! – mruknęła pod nosem Szeptucha. – Ale się zdziwisz, jak zobaczysz kumulację.

A potem podreptała jak gdyby nigdy nic do domu, barszcz z uszkami szykować. Jaśka miała przynieść pierogi, Lelka upiekła makowce, a Boguś, szeptuchowy wnuk, szykował swoje popisowe śledzie. Zapowiadały się bardzo ciekawe święta. A jak się rajatowej matuli w Kierzbudach nie spodoba, to droga wolna! Rajat i tak nie wyjedzie. Indie, choć piękne, to cierpią na deficyt dwóch dóbr podstawowych: Aurelii i żurku. O!

Salon wyglądał zjawiskowo. Ściana z monitorami, szczelnie otulona kotarą, ginęła za dorodną choinką ustrojoną zabawkami wyprodukowanymi przez kolejne pokolenia dzieci. Mruczek, powsinoga jeden, wrócił w końcu z lasu, zaraportował, że odprowadził Jaśka na PKS, a teraz leżał na piecu i przeciągał się leniwie. Długi stół nakryty białym obrusem dźwigał półmiski z niezliczonymi potrawami.

– Lela! – krzyknęła Szeptucha.

– Co?

– No wychodźże z tej łazienki, zaraz goście się zjadą!

– No już! Kiecki dopiąć nie mogę!

– No to chodź tu, to ci pomogę.

Aurelia wynurzyła się z łazienki i podtrzymując nad biustem sukienkę, podeszła do prababci. Wyglądała zjawiskowo. Sukienka może i z lumpeksu, ale wyśmienicie uwypuklała jej smukłą figurę.

– Mam coś dla ciebie! – mruknęła prababka. – Wprawdzie młodość zdobi cię najlepiej, ale jak już o tych kamieniach tak żeśmy gadały…

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła małe pudełeczko, a z niego łańcuszek z medalionem.

– Co to?

– Medalion mojej matki. Posrebrzany ledwie, ale cenniejszy niż wszystkie skarby.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Aurelia.

– Szeptucha, jak znajdzie godną następczynię, to jej ten medalion przekazuje.

– Och! Prababciu! Dziękuję! – westchnęła Lela i rzuciła się starej na szyję. – Masz rację, to cenniejsze niż te głupie kamienie!

– No ja myślę! Kazałam w środek wprawić trzy dwukaratowe brylanty! – zarżała jak koń Szeptucha i wskazała prawnuczce drzwi. – Goście idą, otwórz. Dzisiaj ty jesteś panią domu.

A potem chałupa rozbrzmiała głosami, śmiechem i pieśniami intonowanymi przez upojonego czerwonym winem Bogusia, który nieco złym okiem łypał na córkę tulącą się do Rajata. Klan Hindusów nad wyraz gładko odnajdywał się w tej świątecznej polskiej tradycji. Starsze siostry Rajata umiały nawet odśpiewać kilka kolęd całkiem znośną polszczyzną.

– Dobrze ich tam nasz Józuś przećwiczył – szepnęła prababka do Jaśki, kołyszącej na kolanach bliźnięta.

– Ano, prawie jak nasi – zgodziła się zębna, która sama z Niemiec do wioski przyszła.

– Ech, żal, że mój Józek tego nie doczekał – westchnęła Szeptucha.

– Bo śnieg taki, to dlatego! – wciął się w rozmowę wypchany pierogami Rajat.

– Co tam, synek, prawisz?

– Nie zdążył, bo korki przez ten śnieg…

– Józek żyje? – wrzasnęła prababcia. – Czemuś nic nie gadał?

– A… bo nikt nie pytał – odparł rozbrajająco Rajat.

I naraz rozległo się łomotanie w drzwi. Szeptucha poderwała się na równe nogi i pobiegła do przedsionka. A tam stał Józek, otupując ze śniegu buty, i uśmiechał się od ucha do ucha.

KONIEC

Szeptucha 4

Szeptucha 4

Najładniejsza gmina 2

Sołtys Alojzy Gąsior siedział przy biurku i masował skronie. Zza koronkowej firanki napływało jednostajne ujadanie psa sąsiadów, a zza drzwi wrzask pierworodnego sołtysowego wnuka. W takich okolicznościach skupienie się nad wytycznymi z Unii graniczyło z cudem.

– Psia mać – szepnął stłamszony przedstawiciel władz samorządowych – o co im chodzi z tą … pomysłową inicjatywą obywatelską? – odcyfrował z pewnym trudem fragment pisma. – Ki diabeł? Znaczy się, żeby wygrać te pieniądze od Unii, to oprócz porządku jakieś niespodzianki dla komisji mają być?

Sołtysa przerosły obowiązki służbowe, więc postanowił się uciec do podstępu. Wstał energicznie i wydobył flaszeczkę zakamuflowaną dotychczas za stertą papierów. Nalał sobie kielicha i wrócił do biurka. Przebiegł palcami po blacie i od niechcenia uchylił klapkę laptopa. Pobawił się nią chwilkę, dziwiąc się w duchu, jak to możliwe, że zawiasy w komputerze nigdy nie skrzypią. Bo na przykład drzwi od wychodka, żeby nie wiadomo czym smarować, to i tak po kliku dniach jęczą złowieszczo. A może to jakaś reakcja chemiczna? Specyficzny skład atmosfery w wychodku źle działa na metale? Jak by się tak zastanowić, to pewnie nie tylko na metale, pomyślał sołtys, ale tematu na wszelki wypadek postanowił nie zgłębiać. Zamiast tego otworzył komputer, i wciągając ze świstem powietrze, aktywował diabelską maszynę. Ta po chwili wahania ożyła niebieskim światłem, które nadało sołtysowej twarzy upiornie blady wygląd. Zgodnie z instrukcjami Szeptuchy teraz należało cierpliwie poczekać na kontakt. Czas oczekiwania sołtys wypełnił drobnymi łyczkami alkoholu i nerwowym potupywaniem. Wreszcie, po około dziesięciu minutach, małe okienko w rogu ekranu zapulsowało pomarańczowym światłem. Powiększył je nerwowo.

– Czego? – przeczytał Alojzy Gąsior.

– Sprawę mam – wystukał nie bez wysiłku, ale po chwili wahania wykasował napis i zaczął raz jeszcze. – Witajcie, babko, jak wasze zdrowie?

– Widziałam, jak coś kasujesz! – Odpowiedź nadeszła już po sekundzie.

Biedny sołtys rozejrzał się bojaźliwe po ścianach pokoju, ale niczego podejrzanego nie zauważył.

– Dobra, nieważne, czego chcesz? – Napłynęła kolejna wiadomość. – Tylko się streszczaj, Aluś. Gościa mam – zapulsowało okienko.

– Babko, problem mam z konkursem, co to z Unii przysłali.

– Ze sprzątaniem se dasz radę, czyli o pomysł, jak komisję zaskoczyć, musi tu chodzić.

– A skąd babka wie? – napisał i natychmiast skasował tekst.

– Znowu to robisz! – Obok liter objawił się malutki, ruchomy obrazek wygrażającego palca.

– Bo błędy musiałem kasować. Już się dawno do szkoły nie chodziło.

– A nawet jak się chodziło, to się gówno tam robiło! Ty, Aluś, zawsze leniwy byłeś.

– Oj, co też babka!

– Cichaj mi tam! O tej Unii lepiej pomyślmy – odpowiedź nadeszła błyskawicznie.

– Myślałem, ale nic mi do głowy nie przychodzi.

– Bo i też myślenie nigdy nie było twoją mocną stroną, Aluś. Innym to zostaw. Słuchaj no. Oni w tej Unii to strasznie wszystkie akcje ekologiczne lubią. Tu coś trzeba pokombinować.

– Może elektrownię? Na wiatr taką.

– Głupiś jak but! Skąd środki na to brać?

– No to rowy melioracyjne udrożnim.

– A to i tak musicie, bo się za łby w tej komisji złapią, jak te pokrzywy zobaczą.

– No to co robić?

– Zrobim, Aluś, kozią farmę. Ekologiczną, ma się rozumieć.

– A na co to? A to w Unii kóz nie widzieli?

– Kozy pewno widzieli, ale farmy z produkcją serów i ze zwiedzaniem dla miastowych to już na pewno nie!

– Babko! Genialna jesteście!

– Ech, bo wy, młodzi, to ikry za grosz nie macie, i wszystko za was trza robić. No! Czas na mnie. Bywaj, Aluś.

Sołtys potarł w zadumie siwe skronie i wstał od biurka. Jeszcze tylko wnuka ucałuje i leci do gminy. Podanie o środki trzeba napisać i zamówienie na kozy złożyć.

Szeptucha zamaskowała ścianę komputerów purpurową kotarą. Czas najwyższy był. W drzwiach łazienki szczęknął zamek – Lelka już się widać oporządziła. I rzeczywiście, do izby napłynął aromat truskawkowego płynu do kąpieli, niesiony na obłoku gęstej pary. Aurelia, owinięta miękkim szlafrokiem, zaróżowiona na policzkach, wyglądała niezwykle świeżo i dziewczęco.

– Prababciu, ale ty masz łazienkę wypasioną!

– A co ty, dziecko, myślisz? – zarechotała babka. – Na starość człowiekowi bardziej wygody potrzebne niż wam, młodym.

– No ale drewniana wanna? Jacuzzi? Sauna? – zapytała zdumiona prawnuczka.

– I jeszcze basen mam pod podłogą. Tam za piecem się klapkę podnosi i schodami do piwnicy schodzi. – Szeptucha niedbałym ruchem dłoni wskazała kierunek.

– Ale wypas… – szepnęła Lela. – A skąd to wszystko?

– Cha, cha – roześmiała się babka. – Kiedyś przyjechał do mnie taki facet z Warszawy, rozumiesz. Dziewuszkę, taką małą chudzinę, na rękach wniósł i z koca odwinął. I gada tak: „Niech ją Pani ratuje! Już mi dzieciaka chcą wykończyć w tych szpitalach! Żaden antybiotyk nie pomaga, a dzieciak mi w oczach marnieje.” I widzisz, Lelka, ja tak na malutką popatrzyłam, zbadałam, a to chuchro obustronne zapalenie płuc miało i praktycznie żadnej odporności. I tak cmoknęłam nad dzieciuchem, a ten facet do mnie na to: „Niech się pani zmiłuje nad moją córką jedyną! Ozłocę panią!” Czasu nie traciłam na gadanie z nim, tylko pod kuchnią podpaliłam, ziół naparzyłam na odporność, a dzieciaka raz, dwa nasmarowałam sadłem borsuczym, i w skóry niedźwiedzie pozawijałam, i zamawiać chorobę zaczęłam. A potem żeśmy bez słowa całą noc przesiedzieli z tym ojcem, a nad ranem dzieciakowi gorączka spadła. On jakimś właścicielem fabryki wanien był, czy coś takiego, dość, że za tydzień przyjechali robotnicy i te cuda wszystkie pomontowali. I latem wrócili jeszcze potem ten basen w piwnicy wykopać.

– No to prababcia wannę zamiast złota dostała! – zażartowała Aurelia.

– A tyś, dziecko, obejrzała aby klamki w łazience i w wychodku? – odparła na to Szeptucha.

Sołtys Alojzy Gąsior opuszczał gmach urzędu gminy lżejszy o unijne zmartwienie i cięższy o pozyskane od władz lokalnych fundusze. Jak na razie wszystko szło gładko, jeszcze tylko te kozy zdobyć. Zenek Kapeluszny za dwa wina obiecał prowizoryczną zagrodę przygotować. Suszyło go po wczorajszym na potęgę, więc można spokojnie założyć, że zadanie wykonał i na powrót pryncypała czeka z dużą niecierpliwością. Sołtys wsiadł w pozyskany za środki własne samochód marki fiat punto i wyjechał na szosę. Miał nadzieję, że na skupie żywca podadzą mu adresy lokalnych hodowców kóz. I, jak się dwadzieścia kilometrów później okazało, to właśnie ten element planu okazał się najbardziej kłopotliwy.

– Panie! Co pan? Kozy? – zamamrotał i podrapał się po berecie pracownik punktu skupu. – A kto by tu kozy hodował? Nie opłaca się!

– No jak się nie opłaca? – obruszył się sołtys. – Bydlę łagodne, żre wszystko, nawet sztachety, i dużo mleka daje. A mięso jakie koźlęce udatne. Soczyste takie, a najlepiej jak sosem piwnym podlane. Moja babcia tak robiła– rozmarzył się Alojzy.

– A ja tam nie wiem, ale weź sam pan popatrz. – Facet stuknął w wiszącą na drzwiach kartkę paluchem. – Świnia trzy pięćdziesiąt za kilo żywca, cztery pięćdziesiąt za jałówkę, i sześć z groszami za byka. O kozach nic tu nie ma. No to jak skupy nie przyjmują, to po cholerę to w zagrodzie trzymać?

– No to skąd takie kozy wziąć?

– A ja wiem? – Facet podrapał się w beret. – Ja to bym na allegro popatrzył, a jak tam nie będzie, to może z Chin?

W chałupie Szeptuchy panowało przyjemne ciepło. Spod kuchni, na której szumiał czajnik, dobiegały kojące dźwięki trzaskającego ognia.

– Herbatki się, Lelka, napijem, i kolację jakąś ci uszykuję.

Lelka siedziała na wersalce i rozglądała się po świętych obrazkach porozwieszanych w różnych punktach ścian. Na niskiej ławie stał szklany wazon ze sztucznymi kwiatami, a z żyrandola zwisał kaskadami lep na muchy. Wystrój izby ewidentnie nie współgrał z wypasioną łazienką. Dziewczyna łypała dyskretnie na klapę, pod którą rzekomo znajdowało się zejście do podziemnego basenu.

– Co tak zezujesz?

– A no bo… – bąknęła Aurelia i urwała.

– Nie pasuje ci wystrój, dziecko?

Lelka poczerwieniała i zaczęła przecząco głową kręcić.

– A dajże spokój – parsknęła Szeptucha. – Toż to kamuflaż jest. Te obrazki zwłaszcza. – Wskazała brodą w stronę ogromnego portretu brodatego świętego z obfitą brodą. – Zamawiam choroby pięćdziesiąt lat z okładem, a żaden z tych nadętych kawalerów jeszcze mi nigdy w niczym nie pomógł.

– To po co to?

– A widzisz, Leluś, kwestia podejścia do klienta. Lubią myśleć, że te czary wszystkie to z bożym błogosławieństwem się odbywają.

– No a jakby się innej wiary chory trafił? – zapytała dociekliwie Aurelia.

– A różne akcesoria mam. Szafę otwórz.

Rzeźbiona szafa, pociągnięta mało urodziwą farbą olejną w kolorze musztardy, kryła w swoim wnętrzu zadziwiające przedmioty.

– Budda z hebanu, siedmioramienny świecznik, kadzidełka i olejki przeróżne – wyjaśniła babka.

– A to co? – Lelka przychyliła się i wyjęła ze środkowej półki księgę obitą czerwonym atłasem.

– A to nasz album rodzinny. Daj go, Lela, popatrzym na fotografie.

Prawnuczka posłusznie podała album i przysiadła obok prababci. Na pierwszej stronie przyklejona była tylko jedna fotografia. W karnym rzędzie stały nastoletnie dziewczęta, a nad nimi, w drugim szeregu, kilku chłopców ubranych w krótkie spodnie z szelkami.

– To ja. – Szeptucha wskazała szczupłą dziewczynkę ubraną w szarą sukienkę. To znaczy szara była na czarno-białej fotografii. Natomiast kokardy zdobiące warkocze musiały być białe.

– No tak nas w szaro-bure kiecki ubierali wtedy. Wy to macie lepiej. U nas w szkole, jak kto w butach przyszedł, to się za nim zazdrośnie patrzyli.

Lela zerknęła na stopy uwiecznionych na fotografii postaci. Wszystkie były bose. I w jednej chwili zrozumiała, ile dałyby tamte dziewczyny za kieckę, którą Aurelia dostała od prababki w prezencie i z pogardliwym prychnięciem rzuciła na dno wypchanej szmatkami szafy.

– A kim są ci inni? – zapytała, pospiesznie tłumiąc wyrzuty sumienia.

– A no… tu masz Zdzisię, siostrę Lucynki, matulę Kryśki Łopianowej.

– Prababcia małej Agatki? – Lela z niedowierzaniem patrzyła na młodą dziewczynę.

– Ano. A tu jest Waldek Stachański – wycedziła Szpetucha, wskazując palcem pryszczatego młodzieńca z zaczesanymi na bok czarnymi włosami. – Cioteczny dziadek Błażeja, z którym do szkoły chodzisz.

Aurelia spłoniła się dziewczęcym rumieńcem, co nie umknęło bacznemu spojrzeniu babki.

– Trza ci wiedzieć, że Waldek na zatracenie wydał Niemcom partyzantów w czasie wojny. Uważać na nich trzeba, bo to ich zakłamane plemię to tylko kłopoty oznacza. – Szeptucha przewróciła kartkę w albumie i oczom dziewczyny ukazała się pożółkła fotografia dwóch prawie dorosłych panien.

– To chyba ty, prababciu, a kim jest ta druga?

– Zośka z Bylinów. Za Mariana, brata Waldka Stachańskiego, się wydała. Przyjaciółka z młodzieńczych lat, psiamać! – zaklęła babka.

– A za co ty ich tak nienawidzisz, tych Stachańskich? – odważyła się zapytać Aurelia.

– Za co? Za co? Ty się dziecko pytasz jeszcze? To są wrogowie nasi od zawsze. Sprzedawczyki cholerne i tchórze! – rozsierdziła się nie na żarty Szeptucha. – Zośka, jak nas na wywózkę na roboty do Niemców wzięli, to mnie za kromkę chleba sprzedać chciała, gdy uciekłam i do wsi wróciłam. Doniosła na mnie i o mały włos, a na drugą wywózkę by mnie wzięli, ale do leśnych uciekłam na czas. Koleżanka, tfu, psia jej mać.

– Błażej jest inny! – Poderwała się na równe nogi Aurelia, a jej usta niebezpiecznie wygięły się w podkówkę. – Nienawidzę cię! – krzyknęła prababce w twarz, i wyciągając z kieszeni komórkę, wybiegła przed chałupę.

Szeptucha podeszła pod uchylone okno i usłyszała, jak wnuczka szlocha komuś w słuchawkę.

– Jak mi tu? Źle! Ojciec mnie wygnał i za tobą tęsknię.

Przez chwilę panowała cisza.

– Nie interesuje mnie to! – wrzasnęła znienacka Lelka. – Błażej, masz tu do mnie przyjść, rozumiesz? Po cichu się zakradnij. A jak nie przyjdziesz, to ja sobie coś zrobię, zobaczysz!

– Oj, niedobrze – zasępiła się Szeptucha. – Chyba przesadziłam z tą lekcją historii.

– Miau! – potwierdził Mruczek i wyciągnął się wygodniej na fotelu.

– A niech się dzisiaj z nim spotka – mruknęła babka. – A jutro się zastosuje inne środki prewencyjne.…

Sołtys Alojzy Gąsior zaparkował pod sklepem spożywczym, gdzie spodziewał się zastać Zenka Kapelusznego. Nie pomylił się. Zenek siedział na ławeczce i na widok sołtysa poderwał się na równe nogi. W dłoniach gniótł pustą puszkę po piwie.

– Zenek, zagrodę postawiłeś?

– A zgodnie z rozkazem, sołtysie! – zameldował Kapeluszny. – Wszystko gotowe, tak jak sołtys kazał. Podwójne żerdzie dałem nawet!

– No! To chodź Zenuś po wypłatę.

W sklepie duchota panowała, dzieciska sklepowej pałętały się pod nogami, a ona sama bacznie spojrzała na wchodzących. Rozpoznała Alojzego i rozpromieniła się w służbowym uśmiechu.

– A powitać naszego sołtysa kochanego! Dawno sołtys do mnie nie zachodził!

– A bo to, pani Jadziu, lepiej mi do Tesco w Szykowie pojechać. Ceny tu u pani zbójeckie.

– No co też sołtys opowiada! – obruszyła się sklepowa. – Toć wino najtańsze w całym powiecie.

– Pani Jadziu, co mi tam po tym mózgotrzepie? Na mleku złotówka narzutu, na chlebie też.

– A co ja mam na to poradzić? Jak wino poniżej kosztów, sprzedaję, to na nabiale muszę dorobić.

– No niby tak – zgodził się niechętnie sołtys. – No! Da pani dwa słodziutkie dla Zenka. Zapracował, zuch.

– Na miejscu? – zapytała uprzejmie Jadzia, patrząc na Kapelusznego.

– Może być, pani Jadziu, może być.

Alojzy opuścił sklep, odprowadzany ukłonami Zenka oraz profesjonalnym uśmiechem sklepowej, i udał się na oględziny zagrody. Zmyślnie Zenkowi wyszła. Ino kozy się w niej nie pasły. I to był problem.

Parę godzin trwało, zanim Lelka raczyła wrócić do chałupy. Szeptucha siedziała na fotelu, na jej kolanach walał się Mruczek, a telewizor szumiał miarowo, wypluwając kolejną porcję nieszczęść z całego świata w ramach serwisu wiadomości o dziewiętnastej. Monitoring pokazał wcześniej, jak młody kundel Stachańskich zakradł się w pobliże podwórka, a na spotkanie wybiegła mu Lelka, i rzuciła się w ramiona, co gorsze. Teoretycznie babka mogła rzucić zaklęcie bagna i zakończyć żywot Błażeja raz na zawsze, ale już się zdążyła przekonać, że jej prawnuczka jest bardzo wrażliwa, by nie powiedzieć histeryczna. Widoku tonącego Stachańskiego należało jej oszczędzić. Inaczej sprawę trzeba załatwić.

– Dobry wieczór! – burknęła od drzwi Aurelia i pomaszerowała w stronę wersalki.

– Kolację masz na kuchni. Żur i ziemniaki ze słoniną – poinformowała ją prababka.

– Nie jestem głodna – odpysknęła Lela i położyła się w butach na łóżku.

– No to dobranoc! He, he – zarechotała pod nosem Szeptucha i przeniosła się na łóżko.

Właśnie spływał na nią kojący sen, niosący genialne rozwiązania problemów, gdy w wieczorną ciszę wdarł się odgłos subtelnego siorbania zupy.

Sołtys Alojzy Gąsior kręcił się w łóżku i nie mógł usnąć. Sen z powiek spędzała mu nierozwiązana w dalszym ciągu kwestia zakupu kóz do gospodarstwa ekologicznego. Spędził kilka godzin, próbując rozgryźć tajemnicze allegro, ale najwyraźniej nie wiedział, gdzie ma klikać, a wpisywanie słowa „koza” w wyszukiwarkę Google zaowocowało definicją i opisem zwierzęcia wraz ze zdjęciami oraz propozycjami alternatywnych rozwiązań grzewczych. Nawet ze dwie agencje towarzyskie się trafiły, zanim sołtys, zniechęcony brakiem konkretnych informacji, wyłączył komputer.

Poranek wstał słoneczny i rześki. Szeptucha podniosła się dziarsko z posłania i wyszła na podwórze. Zza sosen wyłaniało się słońce, a wyżej zawisło bezchmurne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. Doskonały na pogodzenie się z prawnuczką i zmanipulowanie jej młodzieńczego, nieodpornego na pomysłową indoktrynację umysłu.

Coś nagle zaszeleściło za linią jałowców. Nie był to zając. Te doskonale wiedziały, czym grozi próba nieautoryzowanego naruszenia strefy ochronnej. Zza krzaków nadciągało coś większego i najwyraźniej nieświadomego istniejących zabezpieczeń.

– Halo! Halo! Jest tu kto? – wydarł się głos zza zarośli.

– Kto pyta?

– To ja, sołtys, Gąsior Alojzy!

– Aluś, to ty nie wiesz, że trzeba się zaanonsować, zanim się komuś z buciorami na posesję wlezie? – zbeształa go Szeptucha.

– Przepraszam, babko, ale sprawę mam zwłoki niecierpiącą! Mogę z krzaków wyleźć?

– No wyjdź – zgodziła się łaskawie.

Sołtys przedarł się przez jałowce i stanął nieopodal. Jego ramiona pstrzyły strzępki pajęczyn.

– O co chodzi, Aluś?

– Ach, babko! Ja wedle tych kóz do gospodarstwa! Nijak znaleźć ich nie mogę. W skupie powiedzieli, że tu w okolicy nikt nie ma.

– Na allegro szukałeś? – zapytała Szeptucha.

– Chyba tak, ale nic nie znalazłem.

– Chodź, chłopcze, do środka. Razem poszukamy – skapitulowała babka i weszła do domu, nie oglądając się na sołtysa.

Jak się kwadrans później okazało, na allegro sprzedawali kozy, ale z odbiorem własnym, i to gdzieś spod Rzeszowa. Wysyłki kurierskiej hodowca nie oferował.

– I co teraz? – zasępił się sołtys.

– A nic! – od drzwi odezwała się zaspanym głosem Lelka. – Trzeba znaleźć chiński sklep internetowy.

Jak się okazało, to, co było nie do przeskoczenia dla starszego pokolenia, najmłodsze rozwiązało w dwie minuty.

– Zamówiłam panu stadko dwudziestu sztuk – poinformowała sołtysa Aurelia. – W regulaminie napisali, że zamówienie realizują w dziesięć dni.

– I już? – z niedowierzaniem dopytał Alojzy.

– No, a co więcej ma być? – zdziwiła się nastolatka. – Kupione i tyle.

Szeptucha tylko wzruszyła ramionami i skinęła na sołtysa.

– Pora już na ciebie, Aluś. Akcję sprzątania zacznij lepiej, bo się na czas nie wyrobisz.

Alojzy poderwał się na równe nogi, i skinąwszy głową gospodyni, pospiesznie wyszedł z izby.

– I tak się do ciebie nie odzywam! – obwieściła prababce Lela i przepadła na godzinę w łazience.

Następne dziesięć dni upłynęło mieszkańcom na gorączkowym sprzątaniu wsi. Łatwo nie było, szczególnie w lesie, ale w końcu nawet przecinki zaświeciły czystością. A wkrótce nadszedł oczekiwany z niecierpliwością dzień. Do wioski wjechał TIR na białoruskich blachach, ze środka wyskoczył gadający po rusku skośnooki żółtek z plikiem papierów w ręku.

– Padpis nada! – Podetknął sołtysowi papier i usłużnie wetknął w rękę długopis.

A po chwili z rampy samochodu zeskoczyło stadko dwudziestu kóz, które Zenek zapędził do zagrody. Teraz to już tylko wystarczyło poczekać na unijną komisję. Nawet kwiaty były zamówione, a babka Łopianowa studiowała przepisy na wyrób sera z koziego mleka. Jedyną niedogodnością było to, że cholerne kozy chciały żreć wyłącznie ryż.

– Tak dłużej być nie może! – obwieściła Szeptucha Mruczkowi. – Już drugi tydzień Lelka się na mnie boczy. Szlag trafił szkolenie, a ten kundel Stachańskich pałęta się po moim podwórku.

Kot profilaktycznie nie zabrał głosu.

– Jak rozsądkiem nie wychodzi, to podstępem trza! – zawyrokowała stara głosem, który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego.

Do chałupy weszła właśnie naburmuszona Lela i bez słowa poszła za piec. Ostatnio na zmianę znikała w lesie i pływała w basenie.

Szeptucha odsłoniła kotarę, zza której wyłonił się szereg monitorów. Sękate palce przebiegły sprawnie po klawiaturze. Monitory rozbłysnęły przekazem kamer z wszystkich newralgicznych punktów wsi. Babka zostawiła sprzęt, ubrała się po cichu i podreptała w stronę sklepu. Niedługo miała się rozpocząć ceremonia powitania unijnej komisji.

– Panie sołtysie! Panie Alojzy! – Wrzask doszedł do namydlonych uszu sołtysa, gdy ten brał kąpiel.

– Co jest? – odkrzyknął, siadając prosto w wannie.

– Ryż się skończył! Kóz nie ma czym nakarmić! – darł się spod okna Zenek.

– No to im żreć nie dawaj!

– Ale panie sołtysie! One sztachety żreć zaczęły! Jeszcze z godzina i wyżrą całe ogrodzenie.

– Jasna cholera! Jesteś tam Zenek jeszcze?

– Jestem, panie sołtysie!

– To migiem wsiadaj w Punto i jedź po ryż do Wieprzewa. Piłeś coś?

– Tyle co nic – zaszemrał uspokajająco Zenek. – To ja polecę, co?

– Leć!

Lelka wróciła z basenu zmęczona, ale i zadowolona. Uzgodnili z Błażejem, że jutro uciekną i pojadą do Irlandii, a tam nikt nie będzie im już przeszkadzał. Dziewczyna owinęła włosy ręcznikiem i weszła do izby. I tu się mocno zdziwiła. Całą ścianę prymitywnej chałupy, dotychczas zasłoniętą szczelnie kotarą, pokrywał nowoczesny sprzęt komputerowy. Widziała wcześniej babcinego laptopa, nawet chińskich hurtowni kóz na nim szukała, ale tamten sprzęt był niepozorny i dotychczas na niskiej ławie stał. A tutaj? Centrum dowodzenia jakieś?

– O żesz w mordę.

Na monitorach przewijały się znajome twarze z wioski. Najwyraźniej babka miała kamery poukrywane absolutnie we wszystkich chałupach i wokół nich.

– Ha, ha, ha! – roześmiała się Lela na widok Zośki Pirynowej, która ukradkiem wspinała się po dzikim winie w stronę okna plebanii.

– Ale jazda! – krzyknęła na widok swojego młodocianego brata, który czołgał się z procą w stronę krów babci Błażeja.

– Ożesz kurwa! – krzyknęła wreszcie, widząc w doskonałej rozdzielczości, jak Błażej migdali się w stogu siana z jakąś blondyną.

Po chałupie poszły iskry. Aurelia przestała kontrolować moc i wypłynęła z chałupy. Zagwizdała na maliniak. Krzaki ustawiły się karnie w dwuszeregu.

– Rację prababka miała! – wysyczała młoda Szeptucha. – Stachańskie plemię to zdrajcy! No to uważaj teraz, bo idę do ciebie, Błażejku.

Jakaś duchota taka stała w powietrzu, a sołtys pocił się okrutnie pod białą koszulą. Krawat dusił, a czarne lakierowane pantofle stanowiły istną torturę dla stóp. Zza węgła wytoczyła się czarna limuzyna i osiadła w piachu przed sklepem spożywczym. Ze środka wygramolił się otyły facet w garniturze i dwie wąsate baby w garsonkach. Całe towarzystwo rozejrzało się podejrzliwie po zabudowaniach, ale najwyraźniej nie mieli się do czego przyczepić, bo wkrótce szanowna komisja podeszła do delegacji w osobie sołtysa Alojzego Gąsiora i jego małżonki Eleonory. Po sztywnych powitaniach, ocieplonych familiarnym poklepywaniem się po plecach, szacowne gremium miało przejść do pierwszego punktu imprezy, czyli zwiedzania ekologicznej farmy kóz, ale nagłe zdarzenia zrujnowały plan wizyty.

Najpierw nad polem rozniósł się donośny głos Zenka Kapelusznego.

– Panie Sołtysie! Te cholery zeżarły ogrodzenie i zwiały do lasu!

Alojzy Gąsior nie zdążył się nawet oswoić z nabytą wiedzą, gdy przez wieś przetoczył się potężny grzmot.

A dalej to było tylko gorzej. Na drogę wypadła bogusiowa Aurelka, a jej stojące dęba włosy emitowały dziwne wyładowania elektryczne. Tuż za nią ze złowieszczym szelestem pędziły jakieś krzaki.

– Zamorduję! – darła się Lela. – Gdzie on jest?!

Krzaki rozpierzchły się po chałupach i zaczęły gałęziami tłuc szyby w oknach.

Sołtys osunął się zemdlony w ramiona wąsatej członkini delegacji unijnej.

– No proszę! – zacmokała z zadowoleniem Szeptucha, obserwując poczynania nieodrodnej, jak się jednak okazało, prawnuczki. – Demolka na całego – zarechotała.

Upajała się przez chwilę chaosem, ale sytuacja zaczynała być groźna i zdecydowanie należało podjąć działania wyciszające. Skrzyżowała palce za plecami i zaszeptała tłum. Na mieszkańców wioski spłynęła chwilowa amnezja, objawiająca się maślanym wzrokiem, chorobą sierocą i nieznacznym wyciekiem śliny z ust. Aurelka niezrażona szalała dalej. Krzaki pod jej przywództwem opanowały właśnie okoliczne dachy i przymierzały się do zrywania dachówek.

– Dość! – powiedziała stanowczo babka i pstryknęła palcami.

Lela otrząsnęła się i zsunęła się z komina. Podeszła do prababki.

– Do domu, ale już! – zadysponowała stara.

– Jak chcecie, prababko – wymamrotała ogłupiała Lelka i machnęła na krzaki.

– Krzaki zostają tutaj – zaoponowała Szeptucha.

– Jak chcecie, prababko – powtórzyła jak robot Aurelia i posłusznie podreptała w stronę chałupy.

Jeszcze tylko parę zabiegów kosmetycznych i można ruszać dalej.

– A tu widzicie państwo – Szeptucha, stając obok Alusia, powiodła ręką po okolicznych dachach – eksperymentalną uprawę malin. Jak się okazuje, południowe stoki dachów gwarantują roślinom nasłonecznienie zdecydowanie lepsze niż pola. W efekcie otrzymujemy ekologiczne owoce. Z tych z kolei pozyskujemy naturalne soki owocowe i lokalne wina.

– Brawo! – zaklaskała w dłonie wąsata blondyna.

– Brawo! – podchwycił sołtys, a po chwili klaskała cała oszołomiona gawiedź.

Szeptucha cmoknęła cicho na Mruczka i wycofała się z tłumu po angielsku. Miała dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a najważniejszą z nich był przelew na kwotę trzech tysięcy euro do Luksemburga. Tam właśnie mieszkał młodociany Jayden, mistrz animacji komputerowej i autor zgrabnej scenki na sianie z Błażejem w roli głównej.

– Miau! – wyraził dezaprobatę kot.

W odwecie usłyszał diaboliczny śmiech babki niosący się po lesie.