Browsed by
Tag: przepisy

image_pdfimage_print
Kwaśnica z prażuchami

Kwaśnica z prażuchami

Dawno temu, gdy zimą z warzyw dostępne były głównie ziemniaki, włoszczyzna i kapusta kiszona, pomysłowość gospodyń domowych sięgała zenitu, by z tych skromnych składników gotować możliwie urozmaicone dania.

Kreatywność w gotowaniu potraw z kapusty i ziemniaków zaowocowała na przykład kwaśnicą. Kwaśnica od kapuśniaku różni się przede wszystkim stopniem kwaśności. Ta pierwsza ma być naprawdę kwaśna. Jeśli kapusta wydaje nam się zbyt łagodna w smaku to do zupy można dolać wody z kiszenia. Druga różnica jest taka, że w przeciwieństwie do kapuśniaku, kwaśnica musi być klarowna. Aby to osiągnąć, nie można dodawać żadnych zasmażek ani ziemniaków, które z pewnością spowodują zmętnienie zupy.

Dlatego my naszą kwaśnicę podamy dzisiaj z prażuchami, czyli czymś pomiędzy kluskami ziemniaczanymi lub kleistym puree. Jak zwał, tak zwał, najważniejsze jest to, że robią się same a smakują cudownie i świetnie dopełniają smak naszej kwaśnicy.

Lista zakupów:

0,5 kg kapusty kiszonej

0,5 kg boczku wędzonego

0,3 kg bardzo dobrej kiełbasy

1 kg ziemniaków z białym miąższem (np. Irga)

2 ząbki czosnku

3 czubate łyżki mąki pszennej

2 cebule

3 łyżeczki majeranku

5 kapeluszy suszonych pogrzybków

Sól

Pieprz

Liść laurowy

Ziele angielskie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zaczynamy od namoczenia grzybów w niewielkiej ilości wody. Następnie bierzemy boczek i kiełbasę. Połowę boczku zostawiamy w jednym kawałku. Z drugiego kawałka odkładamy 2 niezbyt grube plasterki. Z kiełbasy odkładamy 1/4. Pozostały boczek i kiełbasę i jedną cebulę kroimy w grubą kostkę i przesmażamy lekko na patelni. Plasterki boczku i kawałek kiełbasy również kroimy, ale drobno i również przesmażamy, ale osobno, na małej patelni. Tym razem skwarki mają być bardzo dobrze wysmażone i chrupiące. Odstawiamy małe skwarki na bok i bierzemy spory garnek na zupę. Wrzucamy do niego boczek w kawałku, jedną całą cebulę, ziele angielskie i liść laurowy. Gotujemy przez kilka minut i dorzucamy duże skwarki z cebulą.

Zupa się gotuje na niewielkim ogniu a my w tym czasie kroimy, ale niezbyt drobno kapustę. Kapusty nie odciskamy a pozostały w opakowaniu płyn zostawiamy na wszelki wypadek. Jeśli pod koniec gotowania okaże się, że zupa nie jest wystarczająco kwaśna, to dolewamy wodę z kiszenia.

Grzyby kroimy w wąskie paseczki, wrzucamy do zupy. Dalej leci kapusta, posiekane lub starte dwa ząbki czosnku, majeranek oraz sól i pieprz do smaku. Zupę nakrywamy pokrywką, zmniejszamy ogień i gotujemy do miękkości kapusty.

Ziemniaki obieramy, myjemy i kroimy w ćwiartki. Solimy i gotujemy do miękkości w osobnym garnku. Teraz odlewamy wodę (zachowując szklankę płynu), którą wlewamy z powrotem do garnka. Zasypujemy ziemniaki trzema czubatymi łyżkami mąki, nakrywamy, zmniejszamy ogień do minimum i gotujemy przez kilka minut. Po tym czasie ubijamy ziemniaki z mąką na jednolitą masę. Jeśli potrzeba to dosalamy.

Zupę wlewamy do talerzy. Dwie łyżki do zupy moczymy w tłuszczu ze skwarkami z małej patelni i formujemy z masy ziemniaczanej kluski, które układamy na środku talerza z zupą. Całość okraszamy skwarkami z boczku i cebuli. I jemy starając się nie myśleć o miliardzie kalorii, które właśnie w siebie z apetytem pakujemy :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrazy wołowe

Zrazy wołowe

Witajcie Dziewczęta i Chłopcy :)

Dzięki Bogu, już koniec pierwszej części remontu elewacji i wreszcie można odpocząć, a i w wolnym czasie pomyśleć o blogu.

W końcu można się wyspać, zrobić pranie, wykąpać się jak człowiek i usunąć z zębów  styropian.
Dziś wymyśliłam sobie zrazy. 5 minut roboty. Łatwizna.

produkty
No to jedziemy :)

  1. Wołowina z udźca (70-80 dag), ładny kawałek , żeby dało się wyciąć podłużne plastry w poprzek włókien. Najlepiej dość cienkie.
  2. Plastry poklepać tłuczkiem, posmarować musztardą, dodać troszkę pieprzu, czerwonej papryki w proszku.

NIE SOLIĆ!

  1. Z jednego końca położyć mały paseczek słoniny (kupuję 10dag na całe danie) oraz kawałek kiszonego ogórka (3-4 szt. na danie).
  2. Całość zawinąć i spiąć wykałaczką.
  3. Zrazy umieścić w garnku. Podlać odrobiną wody i dusić w „sosie własnym” do miękkości pod przykryciem, acz wiadomo, że z wołowiną bywa różnie i każdy ma własne patenty.

kolaz1

Niedawno odkryłam szybkowar i zrobił mi te zrazy w kwadrans (!)

Jako dodatek, u nas obowiązkowa jest kasza gryczana i kiszone ogórki. Solimy na talerzu.

Wykałaczek nie jemy :)

Smacznego!

final-nowe

 

 

Crumble śliwkowe

Crumble śliwkowe

Ależ mnie naszło na śliwki. Pierwsze węgierki niezmiennie przywołują wspomnienia z dzieciństwa i młodości, kiedy to chodziło się na grandę na pobliskie działki, a tam z narażeniem życia zwisało się z drzew i wcinało takie cudnie omszałe, dojrzałe śliweczki. Mmm… Dziś przygotowałam dla Was crumble śliwkowe, czyli nieco dekadencki, ale przy tym prościutki deser ze śliwkami w roli głównej.

Potrzebny będzie nam piekarnik oraz naczynia do zapiekania. Ja przygotowałam w małych ceramicznych kokilkach, ale z powodzeniem można też użyć jakiegoś większego naczynia.

produkty1

Składniki na nadzienie:

½ kg śliwek

2 łyżki cukru żelującego (zamiennie 2 łyżki zwykłego cukru + 1 łyżka mąki ziemniaczanej)

Składniki na kruszonkę:

¼ kostki masła

3-4 łyżki cukru

5-6 łyżek mąki

kolaz1

Ze śliwek usunąć pestki i na patelni lekko przesmażyć je z cukrem. Następnie przełożyć do miseczek.

Składniki na kruszonkę połączyć ze sobą. Na początku kruszonkę wyrabiam palcami, ale jako że wbrew utartym przepisom, preferuję dodatek w postaci bardzo zimnego masła, na koniec używam noża i po prostu wszystko siekam. Ten prosty zabieg sprawia, że kruszonka przybiera formę w miarę równych grudek i później wszystko równomiernie się rumieni.

W międzyczasie rozgrzewam piekarnik do 200 stopni.

Posypuję owoce kruszonką i wstawiam do nagrzanego piekarnika na 20-30 minut, aż śliwki od spodu zaczną bulgotać, a kruszonka ładnie się zrumieni. Wcinamy na ciepło, tylko uwaga na podniebienie i palce :)

Mile widziany dodatek w postaci lodów.

Tu dodam, że crumble świetnie wychodzą też i z innych owoców, typu porzeczki, jeżyny, truskawki. W sumie jabłka też będą świetne, choć nigdy nie przyrządzałam ich w ten sposób :)

Dobrze sprawdza się też mrożona mieszanka owocowa.

Polecam wszystkim łasuchom i życzę smacznego.

final

Makaron z ciecierzycą Anity Stokłosy

Makaron z ciecierzycą Anity Stokłosy

Kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości serdecznie witamy Anicettę, czyli projektantkę mini ubrań dla mini modelek :)

Kuchnia należy do Ciebie Anicetto :)

Nazywam się Anita Stokłosa; absolwentka Edukacji Artystycznych Sztuk Plastycznych na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie; z zamiłowania – fotograf, z pasji – krawcowa kilkucentymetrowych ubrań dla lalek kolekcjonerskich.  W świecie lalkowym jestem bardziej znana jako Anicetta.

Prywatnie mama Magdy i Marty. O sobie mówię rzadko i niechętnie. Wolę wyrażać siebie poprzez swoje prace. To w nich precyzyjnie odbijam otaczającą nas rzeczywistość. Fascynację miniaturą odkryłam w sobie kilka lat temu. Z czasem to silne zaangażowanie przerodziło się w pasję tworzenia, a później w unikatową sztukę szycia miniaturowych ubrań dla lalek.

Kolekcja moich małych modelek liczy dziś ponad 300 egzemplarzy (głównie Mattel, ale są też lalki Fashion Royalty i Tonner). Można znaleźć kilka – jedynych w swoim rodzaju – OOAK (One of a Kind). Mają nowy makijaż, nowe ułożenie rąk, nową fryzurę. Każda z nich posiada własną, zaprojektowaną i uszytą przeze mnie, niepowtarzalną kreację.

Więcej o mnie przeczytacie na mojej stronie internetowej.

Znajdziecie mnie również na Facebooku.

kolaz2

A teraz obiecany przepis :)

MAKARON Z CIECIERZYCĄ

produkty

Składniki:

100 – 150 g makaronu

250 g uprzednio namoczonej i ugotowanej cieciorki (ciecierzycy)

2-3 czerwone papryki, pokrojone w paski

1 cebula

1 ząbek czosnku

Kilka łyżek dobrego sosu paprykowego (ja dostałam słoiczek od kolegi Piotra) :)

Przyprawy:

sól, pieprz, majeranek, kumin, listek laurowy, ziele angielskie

kolaz1

Nie jestem zwolennikiem puszkowanego jedzenia, więc cieciorkę moczę i gotuję al dente wraz z listkiem laurowym i zielem angielskim. Makaron gotuję według zaleceń producenta. Kształt dowolny, ale moim zdaniem, świderki najlepiej pasują. Wolę, gdy jest więcej cieciorki niż makaronu, choć potrawę można przygotować również w odwrotnych proporcjach, jeśli ktoś bardziej lubi makaron.

Paprykę, cebulę i czosnek podsmażam aż zmiękną. Dodaję cieciorkę i makaron. Następnie wszystko mieszam razem i doprawiam sosem paprykowym oraz przyprawami. Duszę przez kilkanaście minut. Gotowe :)

Przed podaniem, posypuję zieloną pietruszką. Można serwować jako danie wegetariańskie albo mięsne, dodając kawałki ulubionego mięsa. Ja chętnie dorzucam jeszcze, podsmażone kawałki świeżej cukinii. Zamiast papryki i sosu paprykowego można użyć pomidorów i sosu pomidorowego.

Smacznego :)

final

Domowe jagodzianki

Domowe jagodzianki

Drożdżowe, domowe bułeczki to ulubiony smak dzieciństwa chyba większości z nas. A przynajmniej tych, którzy mieli luksus spędzania wakacji u rodziny na wsi. Każda z babć i ciotek miała swój własny przepis na jagodzianki, którym niechętnie dzieliła się z innymi gospodyniami 😉

Przypadkiem weszłam w posiadanie takiego starego, rodzinnego przepisu, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go jednak lekko nie zmodyfikowała 😉

Jagodzianki robi się dość prosto, jedyne co nam potrzebne, to nieco cierpliwości podczas wyrastania drożdżowego ciasta. Zapach w domu oraz radość domowników z pewnością tę niedogodność zrekompensują.

produkty

Lista produktów:

– 500 g mąki pszennej

– 250 ml mleka

– 1 opakowanie suszonych drożdży

– 1 jajko

– 80 g masła

– 50 g cukru pudru

– 2 szklanki jagód (mniej więcej)

kolaz1

Do miseczki wlewamy lekko ciepłe mleko, wsypujemy drożdże, dodajemy łyżkę cukru i trzy czubate łyżki mąki. Mieszamy na jednolitą masę i odstawiamy na kilka minut. Drożdże muszą zacząć pracować.

W tym czasie wsypujemy resztę mąki do sporej miski, dodajemy jajko i miękkie masło, cukier puder. Wlewamy zaczyn i wyrabiamy ze wszystkich składników ciasto.

Ciasto zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięta. Powinno podwoić objętość, co z reguły zajmuje mu około 30 minut.

Po tym czasie ponownie zagniatamy ciasto i dzielimy na porcje. Jeśli chcemy mieć mniejsze bułeczki, to na 16, jeśli większe to na 12.

Włączamy piekarnik i czekamy aż nagrzeje się do 180 stopni. Jagody mieszamy z łyżką cukru pudru.

Z kawałków ciasta robimy placuszki na które nakładamy łyżkę jagód, po czym formujemy bułeczki. Trzeba dość porządnie zamykać jagody w środku by jagodzianki nie pootwierały się w piekarniku pod wpływem wysokiej temperatury.

Układamy bułeczki na blasze i zostawiamy pod przykryciem na 20 minut do wyrośnięcia. Potem smarujemy je z wierzchu mlekiem i pieczemy około 20 minut (jeśli podzieliliśmy ciasto na 12 porcji, to czas pieczenia wydłuży się o 5 minut).

Dekorujemy lukrem albo cukrem pudrem.

Smacznego :)

final

Miodowe skrzydełka

Miodowe skrzydełka

Skrzydełka kurczacze to rzecz powszechna i tania, ale jakoś do tej pory nigdy nie wzbudzały mojego kulinarnego entuzjazmu i nie kupowałam ich wcale. Ale w końcu przyszła kryska na Matyska i w dzień powrotu z wakacji, tuż przed odjazdem, obdarowano mnie 10 kilogramami skrzydełek, więc po przyjeździe do domu, w panice zaczęłam szukać wolnego miejsca w zamrażarce i pewna, że wszystkiego nie pomieszczę, rzuciłam się do gotowania. Jak zwykle postawiłam na pełną improwizację i przypadkiem wyszło mi coś tak kapitalnie pysznego, że postanowiłam się z Wami podzielić patentem na moje skrzydełka. Ameryki pewnie nie odkryłam, ale to właśnie stamtąd pochodzi patent na pomieszanie miodu z keczupem :)

kolaz-produkty

Składniki:

1 kg skrzydełek

1 łyżeczka pieprzu

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka ostrej papryki (może być wędzona)

1/2 łyżeczki sproszkowanego czosnku

1 kopiata łyżka rozgniecionej na drobniutko prażonej cebulki (opcjonalnie)

½ szklanki miodu

½ szklanki gęstego keczupu

1 łyżeczka sosu sojowego (opcjonalnie)

Do dzieła!

kolaz-1

Piekarnik odpalić na 200 stopni. Surowe skrzydełka podzielić na kawałki. Końcówki odłożyć do garnuszka, zalać niewielką ilością wody, dodać trochę suszonej włoszczyzny i ustawić na wolny ogień, żeby sobie pyrkało. Tymczasem podzielone skrzydełka obtoczyć w mieszance wszystkich suchych przypraw i odczekać aż piekarnik się nagrzeje. Rzecz jasna tę czynność można wykonać wcześniej, by mięso dłużej poleżało w przyprawach, ale jako że zaliczam tę potrawę do gatunku szybkich, tym razem nie zamierzam się jakoś specjalnie roztkliwiać nad piątą nutą smaku, bo i tak wyjdą świetnie :)

Następnie nasze skrzydełka układamy bezpośrednio w brytfannie i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 25 minut. Mniej więcej po 20 minutach należy je obrócić na drugą stronę. W tym czasie szykujemy naszą efekciarską glazurę, czyli w sporej misce mieszamy keczup z miodem i ewentualnie z sosem sojowym. Prościzna.

Przekładamy podpieczone skrzydełka do glazury i dokładnie mieszamy, by równomiernie je pokryła.   Ponownie umieszczamy skrzydełka w piekarniku, ale tym razem już układamy je na folii aluminiowej, ewentualnie na papierze do pieczenia. Teraz wystarczy już tylko poczekać około kwadransa, a później cieszyć się czymś, czego będą mogły nam pozazdrościć wszystkie amerykańskie fast food’y :)

Na części kawałków zrobiłam mały eksperyment i kilka sztuk na koniec potraktowałam górnym grillem. No i prawie je spaliłam, zatem grilla odradzam, chyba że pod specjalnym nadzorem :)

Przyrządzone w ten sposób skrzydełka można podawać na półmisku, jako przekąskę z sosami i dipami, ale też równie dobrze sprawdzą się jako normalne, tradycyjne danie z ziemniaczkami i surówką. Panuje pełna dowolność, bo to pycha w każdej postaci. Świetnie smakują też na zimno, więc jak coś zostanie, to też dobrze.

Ale zaraz, zaraz! Chwilunia! Przecież to jeszcze nie koniec! W międzyczasie z końcówek naszych skrzydełek i suchej warzywnej mieszanki odparował nam się ekstra wywar na zupę! Taka domowa gratisowa bulionetka.

Nie lubię jak coś się marnuje, więc przełożyłam mój bonus do szczelnego pojemniczka i wsadziłam do lodówki. Schłodzony zamienił się w galaretkę i spokojnie wytrzyma kilka dni, do czasu gotowania następnej zupy. Smacznego!

final

Polędwiczki w sosie śliwkowym Ewy Bauer

Polędwiczki w sosie śliwkowym Ewy Bauer

Witajcie kochani czytelnicy!

W dzisiejszym wydaniu Kuchni Gości serdeczne witamy Ewę Bauer, która opuściła na chwilę swój literacki świat i postanowiła ugotować dla Was coś pysznego. Rozgość się Ewo :)

Witajcie kochani czytelnicy świetnego bloga :)

Nim zaproszę Was na ucztę, chciałam opowiedzieć kilka słów o sobie, ale właściwie nie wiem, co powiedzieć. To takie trudne…

Jestem autorką trzech powieści obyczajowych („W nadziei na lepsze jutro”, „Kruchość jutra”, „Kurhanek Maryli”) i kilku opowiadań w różnych antologiach. Piszę to, co mi w duszy gra. Poruszam trochę trudnych tematów, problemów,
o których – wydaje mi się – wciąż mówi się za mało. Aktualnie mierzę się z kolejnym, dosyć trudnym zagadnieniem, dlatego trzymajcie kciuki, żebym nie poległa 😉
Ok. Więcej o mnie i moich książkach możecie poczytać na stronie autorskiej albo na fanpage’u, na który serdecznie zapraszam.

kolaz-2

A teraz zapraszam na polędwiczki w sosie śliwkowym. W końcu rozpoczął się sezon na te pyszne owoce.

prod1

Składniki na 4 porcje: 1

ok. 1/2 kg polędwiczki wieprzowej
ser Camembert
tymianek
odrobina masła i oliwy

Składniki na sos:
ok. 300 g śliwek
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka miodu
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
1/3 łyżeczki mielonego kardamonu
1/3 łyżeczki pieprzu cayenne
sól, pieprz

Polędwiczkę kroję na ok. 2 cm grubości kawałki. Końcówki zawsze odkrawam i robię z nich kotleciki dla najmłodszego syna, bo on jeszcze nie rozsmakował się w tej potrawie. Pokrojone porcje rozbijam tłuczkiem, tak jak kotlety schabowe. Solę i pieprzę. Następnie, na środku każdego kawałka mięsa, układam kawałek sera Camembert i posypuję tymiankiem. Zwijam w roladki i na wszelki wypadek „zapinam” wykałaczką, żeby nie rozpadły się podczas smażenia. Odkładam na chwilę do lodówki.

kolaz1
Teraz przyszła pora na przygotowanie sosu. Śliwki oczywiście przekrawam i pozbawiam pestek, a resztę składników mieszam ze sobą w miseczce.
Rozgrzewam patelnię i na odrobinie masła i oliwy podsmażam roladki z każdej strony. Nie martwcie się jeśli widać jeszcze, że w środku mięso jest surowe, będą się jeszcze dusić. Kiedy zacznie wyciekać ser to oznaka, że trzeba je natychmiast wyciągnąć.
Gdy roladki są już podsmażone, na tę samą patelnię wrzucam śliwki. A chwilę później dolewam sos. Gdy się zagotuje wkładam do niego roladki. Nie przejmujcie się jeśli zajmują prawie całą powierzchnię i nie widać sosu, zaraz śliwki puszczą sok i płynu będzie pod dostatkiem.
Teraz czas na duszenie. Przykrywam patelnię i zostawiam na kilka minut.
Jeśli sos jest zbyt wodnisty, można zaprawić go odrobiną mąki.
I gotowe. Najlepiej smakuje z wszelkiego rodzaju kaszami. Ja lubię np. z gryczaną albo pęczakiem. Tym razem zrobiłam z kaszą bulgur.

Smak jest wyraźny i dla niektórych może wydać się szokujący, z pewnością jednak znajdzie swoich wielbicieli. U nas w domu to danie pojawia się dość często.
Smacznego! A! Nie zapomnijcie wyciągnąć wykałaczek, bo kolor mają identyczny jak mięso w sosie.

final2

Kaszanka z grilla

Kaszanka z grilla

Kuchnia w lesie. Nie ma lekko. Nikt nie obiecywał, że w wakacje się leży, a już tym bardziej pości. W lesie warunki do blogowania są raczej średnie, więc nie będę się tutaj wygłupiać z jakimś super skomplikowanym daniem i udawać, że zrobiłam je w pięć minut, w  kocherze, pod namiotem i na jednej nodze, tylko podzielę się  z Wami  świetnym i sprawdzonym patentem na kaszankę.

To można zrobić nawet i w powietrzu, i nawet nie potrzeba nam naczyń. Jedyne co wg mnie jest w tym przepisie niezbędne, to zrumieniona wcześniej posiekana cebulka. Jeśli dodamy surową, po prostu się zaparzy i smaku nie doda, a kto by chciał jeść gorącą, surową cebulę?

Do rzeczy.

produkty

Składniki:

– dowolna ilość kaszanki (ja mam 6 kawałków)

– mniej więcej ¼ cebuli na każdy kawałek kaszanki.

– 1-2 jabłka

– szczypta vegety do cebulki

– folia aluminiowa

 

Kaszankę obrać z jelita. Ułożyć na podwójnie złożonej folii aluminiowej. Do kaszanki dodać podsmażoną na złoto cebulę i drobno pokrojone plasterki  jabłek. Jabłek nie żałować.

Całość szczelnie zawinąć i wrzucić na grilla na mniej więcej pół godziny. Ja lubię solidnie przypieczoną, więc na koniec na minutkę przesuwam na pełny ogień.

kolaż1

Pychotka. Polecam. Jak zostanie, to nic nie szkodzi. Tak przyrządzona kaszanka świetnie znosi mrożenie i odgrzewanie. Ostatnio odgrzewałam w folii, bezpośrednio na maszynce elektrycznej i też wyszło świetnie. Cóż, urlop rządzi się swoimi prawami i w tym czasie na sucho uchodzą wszystkie kulinarne herezje :)

final

Dziś znów pozdrawiam z lasu i życzę wszystkim smacznego :)

kolaż2

Wegański sernik Kasi Hordyniec

Wegański sernik Kasi Hordyniec

Witajcie kochani czytelnicy!

Dzisiaj odwiedziła nas Kasia Hordyniec, autorka książki „Poza czasem szukaj”. Ma dla Was przepis na sernik jaglany napisany tak, że można boki zrywać 😀
Okazuje się, że w dzisiejszym wydaniu „Kuchni gości” przepis schodzi na dalszy plan. Najpierw się Wam jednak Kasia ładnie przedstawi.  Oddajemy jej głos :)

Jestem autorką powieści “Poza czasem szukaj” wydanej w tym roku przez Prószyńskiego i Ska. Od czternastu lat mieszkam w Donegalu, na północy republiki Irlandii. Pochodzę z Koszalina, ale mieszkałam też kilka lat w Warszawie, kolejne kilka w Siedlcach, gdzie zaczynałam w “Tygodniku Siedleckim” jako felietonistka. Potem kontynuowałam pisanie felietonów za granicą dla prasy polonijnej, głównie Tygodnika Polska Gazeta.

W Irlandii mieszkam w najmniej ucywilizowanym regionie, wokoło mam bezludne plaże, bezkresne przestrzenie i wąskie, ale za to prawie puste drogi. I surowy klimat. Wprawdzie są tu tylko dwie pory roku, a właściwie ostatnio jedna w dwóch odmianach – ciepła jesień i deszczowa jesień, więc nie brnę w zaspach i nie topię się w upałach, ale to tylko dobrze brzmi, tak naprawdę to klimat dla twardzieli.

Mam wieczny dylemat, co bardziej kocham – to moje pustkowie, czy twórczą i głośną Warszawę, czy moje rodzinne miasto Koszalin, a może Siedlce, gdzie też zostawiłam serce? Rzecz w tym, że gdziekolwiek nie zakotwiczę, nieważne, czy planuję tam być tylko na kilka lat, czy na całe życie, znajduję swoje ścieżki, ukochane miejsca, a wraz z tym wspaniałych ludzi, którzy po jakimś czasie stają mi się bliscy. I tak to już będzie – wieczna tęsknota, wieczne rozdarcie.

Powieść “Poza czasem szukaj” po części powstała z powodu takiej właśnie tęsknoty nie do opanowania. Opisywana w niej Warszawa, zdarzenia w tle, uliczki, knajpki, targi książki – wszędzie tam byłam, doświadczyłam, dokładnie w tym czasie, łatwo się zorientować kiedy, gdyż rozdziały stanowią kolejne dni maja 2014 roku.

Mam nadzieję, że zainteresuje Was historia Leny i Jula. Zapraszam do lektury i na moją stronę autorską.

kolaż2

A teraz obiecany przepis:

Wegański sernik jaglany

Po powrocie z Polski, gdzie promowałam swoją powieść, postanowiłam oczyścić organizm dietą wegańską do tego bezglutenową. Dostałam książkę żony słynnego kucharza, która promuje taką dietę po czterdziestce, a że ja już zaglądam w oczy pięćdziesiątce, pomyślałam, że to po prostu już ostatni moment, potem to już tytuł będzie nieaktualny. I ja nieaktualnie do oczyszczenia, czytaj odchudzenia, bo o to mi głownie chodziło.
Tylko jest jeden problem z takimi dietami, gdyż jestem strasznie słodko zębiasta i lubię ciasta (wychodzi na to, że na dodatek jestem poetką, wielbicielką rymów częstochowskich).
Najpierw próbowałam tę potrzebę ignorować, ale jak dostałam na łeb z rozpaczy, że nic tylko szczaw i szczaw przeplatany szpinakiem, ani chleba (uwielbiam), ani makaronu (od biedy taki z truskawkami załatwiłby sprawę), ani kurde w ogóle nic. Za to kaszy i ziemniaków aż nadto (zresztą pewnie i z tego powodu nie schudłam, taka przestroga na rzucających się na diety wegańskie z przyczyn nie etycznych, a dietetycznych właśnie).
Życzliwe dusze na FB podrzuciły mi w tym kryzysie pomysł na wegański sernik jaglany. Sernik bez sera, nadużycie, nie uważacie? Jestem wielbicielką serników wszelkich, stąd moje oburzenie.
No, ale ten jaglany też dobry i faktycznie taki udaje, jeśli ktoś jest beznabiałowy, nadaje się na ciasto na każdą okazję. Przepis jest zaczerpnięty z z fantastycznego bloga wegańskiego Ervegan.

Składniki na formę 15 cm
spód:
1 szklanka migdałów
ok. 5–7 sztuk suszonych daktyli
2 łyżki tahini (lub masła orzechowego)
1 łyżka wody
1 łyżka kakao (opcjonalnie)
1 łyżka oleju kokosowego (opcjonalnie)
masa:
½ szklanki suchej kaszy jaglanej (100 g)
50 ml syropu z agawy (a nawet mniej, gdyż „karmel” jest już wystarczająco słodki)
¾ soku z 1 cytryny
½ szklanki orzechów nerkowca namoczonych przez noc lub kilka godzin
góra:
szklanka suszonych daktyli (około 25 sztuk)
2 łyżki masła orzechowego
dodatki:
orzeszki, wiórki czekoladowe

1. Spód
Daktyle namocz we wrzątku przez 5 minut, a migdały zmiel na grube wióry (malakser, młynek). Namoczone daktyle zmiksuj na gładką pastę i połącz z migdałami, dodaj tahini i ewentualnie wody, aby masa się skleiła. Na wyłożoną folią spożywczą blachę wysyp migdałowy spód i ugnieć palcami. Odłóż do lodówki do schłodzenia.
2. Masa
Kaszę jaglaną przepłucz, następnie zalej około 2 szklankami wody (objętość kaszy do wody około 1 : 3,5–4) i gotuj na wolnym ogniu przez około 20 minut, aż kasza wchłonie całą wodę i mocno się rozklei, będzie bulgotać i pryskać (pod koniec można przykryć pokrywką).
2 łyżki kaszy jaglanej dodaj do namoczonych nerkowców i mocno je zblenduj na gładką masę, następnie dodaj do pozostałej kaszy i zblenduj wszystko na gładką masę, wlewając syrop z agawy (stopniowo) oraz sok z cytryny.
UWAGA: masa nie może być zbyt słodka, gdyż spód i polewa ciasta już są wystarczająco słodkie. Poprawne ugotowanie kaszy jest kluczowe, jeśli chodzi o zastygnięcie kaszy jako masy „serowej”; podczas miksowania będzie zasychać już na krawędziach garnka. Masę wylej na schłodzony wcześniej spód, przykryj folią aluminiową, by nie wyschła, i odstaw do ostygnięcia na noc.
3. Góra
Daktyle zalej wrzątkiem i mocz przez około 15 minut, następnie przełóż do naczynia blendera bądź malaksera i zmiksuj na gładką masę razem z masłem orzechowym. Możesz ewentualnie dodać wody pozostałej po moczeniu daktyli – aż do uzyskania pożądanej konsystencji (ja lubię, gdy się lekko klei).
Masę karmelową rozsmaruj na masie „serowej”, posyp solonymi orzeszkami i wiórkami czekoladowymi. Gotowe! Zajadaj, popijając dobrą kawą.

 

produkty
Nie będę udawać, że mój rodzinny, bo w mojej rodzinie to jaja na kopy, masło na kilogramy oraz cukier na tony. Takie pokolenie. Wszystkiego uczę się od zera na starość. Na co mi przyszło?
Opiszę tutaj tylko moje wrażenia z przygotowywania tego cuda techniki kulinarnej, czyli coś bez czegoś, co się nazywa jak to coś, czego nie ma, ale i tak smaczne, chociaż z czegoś, co zupełnie nie wygląda, że tam jest.
Nie wiem, czy to fakt, że przygotowanie dotyczyło zupełnie czegoś mi nieznanego wcześniej, czy po prostu stres debiutanta, ale burdel zrobiłam w kuchni taki, jakbym walczyła ze złodziejami dzieł sztuki, którzy pomylili domy i mają nadzieję na oryginał Młodzieńca Rafaela Santi. Byłam wymazana różnymi maziami również też. Poza tym miałam nadzieję na wtranżolenie połowy tego, co przygotowałam, przypominam, że byłam w histerii kulinarnej spowodowanej odstawieniem wszystkiego oprócz liści, korzeni i kasz, czyli mam usprawiedliwienie.  Okazało się, że najpierw muszę namoczyć orzechy nerkowca przez noc, można zalać wrzątkiem i wtedy zajmuje to godzinę góra dwie, ale kto to wiedział wtedy? W każdym razie nie ja. Potem – porzuć wszelkie nadzieje dzieweczko – nawet, jeśli we wrzątku te orzechy, to i tak „sernik” musi stać przez noc w lodówce, żeby się ściął. Nie wiem, skąd wzięłam siły na to, żeby nie wyjeść miękkiego gluta, tyle, że słodkiego.

kolaż1
W każdym razie doczekałam „jutra”. Brzmi trochę katastroficznie, co najmniej jakbym z Keanu Reevsem latała po Matrixie przez noc, i powiem Wam, że to warte każdego zachodu z mieleniem, ucieraniem, moczeniem, czekaniem – to coś niby z polewą „całkiem jak karmel”, jest rewelacyjne i zdrowie. Tylko jednego mu brakuje, można powiedzieć, że przy odchudzaniu kluczowa sprawa – nie jest niskokaloryczny. Nie jest nawet średnio kaloryczny. Jest słodki i ma kalorii milion, ale czasem można. A jak nie można, proszę mi tego absolutnie nie mówić.

20160627_201053

Na koniec mamy dla Was niespodziankę, czyli fragment powieści Kasi, osobiście przez nią i dla Was wybrany. Życzymy Wam miłej lektury :)

„Poza czasem szukaj”

– Juliusz, ten drugi mężczyzna, też jest ekonomistą. – Ledwie to powiedziała, wszystko do niej wróciło, znowu poczuła łzy napływające do oczu.

Kobieta od razu to zauważyła. Podreptała do kuchni, a za chwilę wróciła z dwoma talerzykami, na których pyszniły się ukrojone hojną ręką kawałki sernika.

– Czekałam, aż ci się pierogi uleżą, ale widzę, że potrzebny na już. Też przepis mojej babki, i też dobry na frasunek.

– Pani Michalino, u pani nawet nie można się przyzwoicie rozkleić. Widzę, że muszę przestać przejawiać przy pani oznaki słabości, bo mnie pani utuczy na amen.

– Jesteś, dziecko, akurat taka, jak trzeba. Nie grozi ci to, a już na pewno nie po jednym serniku. Jak znam życie, jutro pognasz do siłowni to wszystko spalić.

– Zaskoczę panią, nie chodzę do siłowni, nie biegam, nie ćwiczę, dlatego jestem taka niedoskonała.

– Co też ty mówisz, dziewczyno, jesteś taka apetyczna. Zresztą, co ja cię będę przekonywać, mnie i tak nie uwierzysz. Ale, ale, ja chyba widziałam tego twojego Juliusza. Czy nie on czekał na ciebie dzisiaj rano? Taki postawny mężczyzna, szpakowaty. Wybacz, kochaneczko, tę uwagę, ale za młody to on nie był. Wracałam akurat z kościoła i zwrócił moją uwagę, bo ja tu pięćdziesiąt lat mieszkam i znam wszystkich, a jego jeszcze nie widziałam.

– Pani Michalino, w tym rzecz, że on taki inny, dojrzały, dlatego nie spodziewałam się od niego takiego obrotu spraw. Zaskoczyło mnie, że najpierw jeden komunikat, a potem zupełnie inny, radykalna zmiana.

– Wybacz, że to mówię, ale jesteś pewna, że dobrze go zrozumiałaś? Bo trzeba ci wiedzieć, że większość nieporozumień bierze się z braku komunikacji. Nieważne bowiem jest, co powiedziała osoba A do osoby B, ale co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A. Intencje mogą być inne, a odbiór inny. Stąd moje pytanie.

– Jestem pewna, ale żeby to wytłumaczyć, musiałabym się do czegoś przyznać, a trochę mi wstyd.

– Jeśli boisz się, że mnie czymś zgorszysz, to przypominam ci, że mam ponad osiemdziesiąt lat i będzie ci trudno. Jeśli to ci rozjaśni sprawę i pomoże, to wal śmiało.

Lena roześmiała się głośno, język starszej pani był nader młodzieżowy jak na jej wiek. Powiedziała jej o tym.

– A bo widzisz, kochaneczko, przez wiele lat udzielałam się w takiej piwnicy, którą prowadzili młodzi psycholodzy dla trudnej młodzieży. Uczyłam dziewczyny szycia, a właściwie przerabiania ciuchów na takie, żeby były po ich myśli. Jestem krawcową na emeryturze, kiedyś to był zawód, nie to, co teraz. Przychodziły do mnie żony generałów, partyjnych działaczy, szyłam na bale, na rauty. Warszawskie elegantki nie mogły niczego kupić w sklepach, brało się z „Burdy” wykroje i wyczarowywałam im kreacje.

– I to te dziewczyny nauczyły panią tak się wyrażać?

– Jak się siedzi przy stole i dłubie igłą w materiale, patrzy się na ręce, a nie w oczy rozmówcy, to się dużo rozmawia o życiu, o tym, co kogoś boli, bo wtedy łatwiej. One mi się zwierzały, czasem coś poradziłam, czasem tylko chodziło o to, żeby ktoś wysłuchał. A ja słuchać umiem, przecież klientki latami przyjmowałam, przesiadywały u mnie, opowiadały o swoich problemach, między sobą dyskutowały, weszło mi w krew.

– Dobrze, więc wytłumaczę, o co chodzi. Otóż od początku było między nami bardzo mocne przyciąganie, jakby to powiedzieć… – Lena zagryzła wargę.

– Fascynacja seksualna, czy tak? – Pani Michalina pomogła jej wybrnąć.

Lena spojrzała na nią z wdzięcznością.

No dobra, miał być koniec, ale nie możemy sobie darować, by nie przemycić recenzji powieści, która ukazała się na łamach portalu literackiego Fahrenheit :)

 

Zupa z chwastów

Zupa z chwastów

Wakacyjna zupa z lebiody i pokrzyw.

Jakby tak rok temu ktoś mi powiedział, że będę gotować zupę z chwastów, to bym się wtedy popukała po głowie, i to mocno.

Ale to nic…, bo dziś spieszę z wieścią, że zupa z lebiody i pokrzyw to najlepsza zupa świata! Pyszna, zdrowa i za darmo.

Polecam ją każdemu, kto przebywa poza miastem i ma dostęp do składników rosnących na świeżym powietrzu, czyli do pokrzywy i lebiody. Nie ma się czego bać. Moja rodzina żyje, choć wczoraj wszyscy profilaktycznie odczekali godzinę, aż ja zjadłam, a skoro zjadłam ze smakiem i przeżyłam to znaczy, że bezpiecznie można jeść :)

Przy okazji tego wpisu zdradzę Wam odrobinkę, jak wygląda blogowe gotowanie. Wbrew pozorom to nigdy nie wygląda cacy. Cóż, taka prawda. Danie, normalnie robione w jednym garnku, na okoliczność bloga kończy się całą zmywarką brudnych patelni, garnuszków, miseczek i łyżek do mieszania. Do tego totalny sajgon w kuchni i obawa, czy zdjęcia dobrze wyszły. Często też trzeba się mocno spinać i streszczać, bo nie ma czasu na dziesiątki fotograficznych dubli. Nie ma, bo w międzyczasie coś zwiędnie, coś oklapnie, coś się przypali albo ktoś coś zje zanim chwycę za aparat… Sami przyznajcie, że nie mamy lekko. Ale to wszystko dla Was :)

Aktualnie jestem w lesie. Tu, z zasady rośnie skala trudności. Warunki spartańskie. Nie mam paradnej zastawy, super desek, miliona talerzyków i rondelków.  Tylko brzydka deska, kozik i wyszabrowane z restauracji talerze.  No i ta niepewność. Już sobie upatrzyłam ładne lebiodki, a tu mi chłop z ciągnikiem wparował i skosił wszystko do zera. Ech, dobrze, że o moje składniki nietrudno…

miejsce

Ale co tam! Takie dobre żarełko smakuje nawet z patyka, zatem zapraszam na mój nowy odkrywczy przepis. Zupa jest tak pyszna, że śmiało można ją siorbać prosto z garnka :)

produkty

Składniki na oko:

– 1-2 garści świeżych listków z młodych pędów lebiody

– 3-4 garści świeżych listków z młodych pędów pokrzywy

– 1 cebula

– 1 duża łyżka masła

– 1-2 kostki rosołowe

– 1 jajko na twardo na porcję

– szczypiorek/koperek/natka pietruszki do dekoracji

– sól/pieprz

– 2-3 łyżki śmietany 18%

 

Oskubać listki z pokrzywy i lebiody.  Posiekać drobniutko. Wcześniej na maśle zrumienić drobno posiekaną cebulę.  Dodałam do smaku trochę przyprawy typu vegeta. Cebulkę przełożyć do garnka. Na tej samej patelni przesmażyć naszą posiekaną zieleninkę. Do garnka wrzucić wszystkie składniki z wyjątkiem śmietany, jajek i zielonej posypki.

Dolać ok. 1,5 litra wody. Zagotować. Śmietanę rozbełtać z kilkoma łyżkami ciepłej zupy i dodać do garnka. Tyle. Gotowe. Podawać z młodymi ziemniakami, jajkiem, grzankami, kulkami ptysiowymi i czym kto chce. Na wierzch przyda się coś zielonego :)

kolaż1

Niezależnie od dodatków, jest to przepyszna, zdrowa i tania zupa, którą polecam każdemu. Do przepisu wybieramy pokrzywę i lebiodę przed przejściem w stadium badyla, ale jak takich nie znajdziemy to nic się nie stanie, bo badyla zawsze można oskubać z młodych pędów, a żeby pokrzywa nie parzyła, wystarczy ją po prostu zamoczyć.

Super zupka, a jaka kształcąca … Kochani…, od czasu tego przepisu, wszędzie, dosłownie w każdym przydrożnym rowie widzę pożywną lebiodę. Zawsze dobrze wiedzieć, gdzie rośnie coś, co można zjeść :)

final

Serdeczne pozdrowienia z wakacji :)

kolaż2