Na złodzieju czapka gore


Generalny remont w domu już za mną, już prawie posprzątane, już niebawem znów będę poukładanym człowiekiem, który znów ma poukładane na półkach. Właśnie kończę remanent w piwnicznych czeluściach i nie zgadniecie, co mi wpadło w ręce. Stara, rozbita umywalka. Jakim cudem nie wyrzuciłam jej kilka lat temu (?), kiedy to mój mąż pewnej nocy wszedł po omacku do łazienki. Rozbił sobie wtedy głowę o szafkę, a szafka spadła i rozbiła umywalkę. Szafce nic się nie stało, ale wiecie, ta stara umywalka… Wynosząc ją do śmieci przypomniało mi się pewne traumatyczne zdarzenie przy okazji zakupu owej.

Otóż kilkanaście lat temu, podczas remontu łazienki udałam się na grubsze zakupy do marketu budowlanego. Listę miałam długaśną, więc i zakupy trwały długo. Dział elektryczny, sanitarny, budowlany, armatura… Na liście ze 20 pozycji, więc żeby nie latać po sklepie w tę i nazad postanowiłam rozplanować sobie logistykę. No bo co najpierw? Żarówki, czy fajans? No jasne, najpierw fajans, a później żarówki do fajansu, ale tak się złożyło, że elektryczny był tuż przy wejściu, zatem poszłam najpierw po żarówki. Takie energooszczędne w podłużnych pudełkach. I drogie jak czort. Niestety, te których potrzebowałam, stały dość wysoko, a tu klasycznie, zero obsługi, więc niczym małpa wspięłam się na półkę. Nie dość, że wysoko, to na domiar złego stały głęboko, więc walcząc o życie wsadziłam rękę w wąską przestrzeń i ucapiłam żarówkę. Ale cóż, wyciągając rękę, zahaczyłam rękawem o stojące obok dość spore kartonowe pudełko. Mając na myśli zasadę, że jak coś może się rozbić to z pewnością się rozbije, spróbowałam złapać lecący towar. Pudełko zgrabnie odbiło się od półki, później od mojego wózka, a następnie w podskokach bezpiecznie pokonało na podłodze jeszcze metr i przy lądowaniu wypuściło na zewnątrz wielką żarówkę w kształcie koła. Zacisnęłam oczy, że może się uda, ale mych uszu doszedł jednoznacznie przykry brzdęk. Rzuciłam okiem na cenę. Kurczę, niemała.

Ale co tam! Przecież te moje żarówki powinny stać bliżej brzegu, a nie tak, żeby człowiek musiał sięgać ręką po pachę.

Niewzruszona, ruszyłam dalej przed siebie i jak gdyby nigdy nic, zapytałam pierwszego z brzegu sprzedawcę, którędy po fajans.

– Alejka 54- odparł usłużnie młodzieniec.

Podziękowałam i poszłam dalej. Uszłam może ze dwa metry, jak dopadł mnie inny sprzedawca.

– Proszę pani! Proszę pani!

– Rany boskie, to za tę żarówkę mnie gonią- pomyślałam w panice.

– Proszę pani, zgubiła pani szalik.

– Uff- odetchnęłam w duchu i poszłam dalej.

Nie uszłam nawet pięciu metrów, jak znów ktoś zaczął do mnie wołać. Serce mi stanęło, ale na wszelki wypadek udałam głuchą.

– Proszę pani! Ja przepraszam panią, ale ja źle pani powiedziałam, bo muszle i umywalki są w alejce numer 50.

Znowu podziękowałam i ruszyłam po coś na metalowy.

– Proszę pani!, niech się pani zatrzyma!- znów usłyszałam głos za plecami.

– Nie, no teraz to już na bank mnie mają- pomyślałam – pewna, że to już koniec, zwłaszcza że w głośnikach właśnie rozległ się miły głos zapraszający ekipę sprzątającą na dział elektryczny. – Rany boskie…- z tego wszystkiego oblał mnie zimny pot.

– Proszę Pani. Zgubiła pani rękawiczkę.

– Och, dziękuję uprzejmie- odparłam klnąc w duchu przewrotność chwili.

W końcu dokończyłam te nieszczęsne zakupy i mozolnie dotoczyłam ciężki wózek do kasy, marząc by opuścić to miejsce piekielne. Brodzik, krany, umywalka i wucecik, plus cała masa drobiazgów.  Kolejka jak stąd do Warszawy. Jak na złość. A ja na szarym końcu.

– Przepraszam panią- niespodziewanie ktoś poklepał mnie po ramieniu, a ja prawie poszłam w sufit.- Zapraszam panią, do kasy budowlanej, tam nie ma takiej kolejki. Pomogę zapchać ten wózek.- W osłupieniu patrzyłam jak chłopak w granatowych ogrodniczkach odprowadził mój wózek do budowlanej. Rzeczywiście, pusto. Niestety moja radość trwała krótko. Już chciałam z ulgą wypuścić zgromadzone w płucach powietrze, jak moim oczom ukazał się stojący za kasą rosły ochroniarz. Nadął się, dumnie prezentując mikrofon a’la Bittney Spears i wbił we mnie zimny wzrok.

– Teraz to już na serio jest kaplica- pomyślałam i oczami wyobraźni ujrzałam siebie w kajdankach. Teraz dla odmiany oblały mnie poty gorące, ale nadal starałam się udawać, że mnie nie ma i nic nie wiem o żarówce. Zapłaciłam. Uff.

Ale nic to, wyszłam na parking z poczuciem, że tam już mnie nie złapią. Już, już wyciągnęłam kluczyki, jak za moimi plecami rozległo się wołanie.

– Niech pani zaczeka! – podbiegł do mnie facet z obsługi parkingu, a ja prawie dostałam zawału.

– Ja pani pomogę to zapakować do bagażnika, przecież to wszystko jest strasznie ciężkie.

Ja nie wiem, normalnie tam nigdy nikogo nie ma, a jak już ktoś jest, to zawsze nie z tego działu, co potrzeba :)

Cóż było robić. Pewna, że moralny kac mnie nie opuści i ta przeklęta żarówka będzie mi się śniła po nocach, zamknęłam auto i grzecznie poszłam do biura obsługi klienta. W końcu siedem dych za głupią świetlówkę to konkretna kwota i głupio by było, gdyby ją komuś potrącono z wypłaty. Odstałam swoje w kolejce.

– Dzień dobry. Ja rozbiłam żarówkę- wyznałam jak na świętej spowiedzi.- Przypadkowo, ale rozbiłam.

– I?- Dziewczyna popatrzyła na mnie, jakbym upadła na głowę.- Jaką żarówkę?

– No taką okrągłą. Na elektrycznym.

– I?

– No i chciałam za nią zapłacić.

– Ale po co, przecież my takie rzeczy wliczamy w straty i tyle.

Ech, nie macie pojęcia, jakim horrorem były dla mnie te zakupy i z jak lekkim sercem wróciłam do samochodu. Zdecydowanie, na złodzieja to ja się nie nadaję :)




Spox


Wiecie co? Ta nasza Jagna to naprawdę ma talent. O elektryczność mi chodzi i o psucie. Ja nic nie mówię, kiedy ta ofiara losu sama psuje sobie komórki i blendery, ale żeby u mnie też?! Nie dość, że w ostatni weekend, na odległość, spaliła mojemu mężowi kosiarkę, stopiła nam kabel pod trawnikiem, to na dokładkę wywaliła mi korki w połowie chałupy i jeszcze wysadziła bezpiecznik w bramie od garażu.  Zdolna sztuka, prawda? Tak, wysadzić w Krakowie siedząc sobie w Warszawie, to trzeba być mega wybitnym psujem  :)

Na szczęście mam remont i wyjątkowo zdolną ekipę pod ręką, więc kabel pod trawnikiem już mam nowy, garaż udało się naprawić za złoty pięćdziesiąt za bezpiecznik, plus czarodziejski czteropak Harnasia, a kosiarka i tak nie jest nam na razie potrzebna, bo po akcji ekipy remontowej, trawnika już właściwie nie mamy i może nowy będziemy mieć jakoś we wrześniu, jak już sobie wszyscy pójdą, więc na razie nie zawracamy sobie głowy kosiarką, bo aktualnie mamy tylko klepisko i nie ma co kosić.

Ale do rzeczy. Jak tak już Jagna wysadziła ten bezpiecznik od garażu, choć wcale nie był podpięty pod to samo, co kosiarka, to poleciałam w popłochu sprawdzać, co jeszcze zepsuła. Telewizji prawie wcale nie oglądam, więc na ostatni rzut sprawdziłam, czy telewizor jeszcze działa. Uff, działa.  Jakoś mi się włączyło w chwili, gdy na wizji pojawił się pewien facet, a mnie naszła myśl, że skądś gościa znam.

„… Wiadomości sportowe. Dziękuję za uwagę. Janusz…”

Ech, i wtedy mi się przypomniała największa gafa mojego życia. Oczywiście z udziałem tegoż właśnie pana z telewizji…

Początki mojej burzliwej korporacyjnej kariery przypadły mniej więcej na połowę lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zatrudniono mnie w Browarze Żywiec – w charakterze przedstawiciela handlowego. Jako że mój ówczesny, niesłychanie zakręcony szef, nieprawdopodobnie bał się jakichkolwiek publicznych wystąpień, zawsze, na wszelkiego rodzaju okazje i konferencje prasowe wysyłał mnie. Przy tym tłumaczył się, że jako jedyna kobieta w zespole powinnam takie rzeczy robić i już. Tak było i tym razem. Właśnie czyniąc handlową wizytę w jakiejś wiejskiej kuflotece, wisząc na drabinie i ryzykując życie, bohatersko kleiłam tak zwane „firmowe wyklejki okienne”, gdy mój pager zapiszczał złowrogo z wiadomością – Pilny kontakt PKR! PKR równało się, że to szef właśnie siedzi przy telefonie i czeka z jakimś shitem, więc porzuciwszy drabinę i moje wyklejki z tańczącą parą krakowską, pognałam do najbliższej budki telefonicznej. Mniej więcej po kwadransie dowiedziałam się, że za godzinę mam się zameldować w krakowskim klubie prasowym Pod Gruszką i wziąć udział w konferencji prasowej dotyczącej Wyścigu Pokoju, którego to moja firma była głównym sponsorem.

– Ale Paweł, ja się kompletnie nie znam na kolarstwie!- naprawdę byłam bliska rozpaczy.

– No, to co? Przecież sobie poradzisz.

– Może niech tam pójdzie któryś z chłopaków, przecież jest ich dziesięciu. W końcu oni coś tam kminią z tych rowerów. Ja nie!

– Nie! Ty masz iść!

– Ale Paweł, ja nie mam pojęcia, o czym gadać do tych dziennikarzy od kolarstwa!

– Nieważne. Właśnie dzwonił do mnie redaktor K. z Gazety Krakowskiej i powiedział, że ty masz być i będzie gadał tylko z tobą!

Zdziwiona tak zdecydowaną postawą nieznanego mi redaktora K. z GK, posłusznie zwinęłam mój sprzęt do okiennych wyklejek i popędziłam w stronę domu, żeby ze służbowego dresu przeskoczyć w elegancki kostiumik, wyszorować paznokcie i godnie zaprezentować naszą firmę na konferencji prasowej. Trochę zaintrygował mnie fakt, że nasza ekipa od imprez plenerowych nie dograła tak istotnych szczegółów związanych z wyścigiem, więc zadzwoniłam do ich szefa i równo ochrzaniłam gościa, że mi wżenił swoją robotę.

– Wyścig Pokoju to wasza bajka!- huknęłam koledze w telefon.

– Ale o co ci chodzi? Przecież Wyścig Pokoju jest w trakcie i kończy się za dwa dni. Ja ogarniam temat, a wszystkie konferencje prasowe już były.

Zaskoczona, nieco spuściłam z tonu i coraz bardziej przestraszona skierowałam się w stronę klubu prasowego Pod Gruszką.

Redaktor K. już na mnie czekał i od razu przy prezentacji powołał się na dyrektor wydawniczą z jego gazety. Kurczę, powołał się na koleżankę mojej mamy…, która przypadkiem napuściła go na mnie. Tu przynajmniej wyjaśniło się, kto gościa na mnie nasłał.

Boże…, za co…

Przecież o kolarstwie to ja wiem tyle, że był kiedyś taki Szurkowski, i że jest peleton, i jeszcze jest jakaś premia lotna. Niestety redaktor sportowy K. nie dał mi czasu na myślenie, tylko na wejściu zaproponował banieczkę dla kurażu. Na szczęście mogłam wykpić się samochodem, ale i tak, niezrażony ucapił mnie za nadgarstek i pociągnął do stolika, gdzie z namaszczeniem przedstawił mi dwóch zaaferowanych facetów.

– Proszę, oto pan X z BBC. Nasz główny sponsor- oznajmił z powagą.

Pode mną z wrażenia ugięły się nogi.

– A to pan Y. Komandor wyścigu, czy możemy przejść do rzeczy….

Myślałam, że padnę z przejęcia, ale tylko do chwili, kiedy się okazało, że pan X i jego BBC to stacja benzynowa gdzieś pod Dębicą, pan Y- komandor wyścigu, to dentysta z Dębicy, a wyścig kolarski nie jest Wyścigiem Pokoju, tylko Wyścigiem Szlakiem Podkarpacia i chcą tylko kilka parasoli, paru banerów oraz dwa roll-bary na start i na metę.

Cóż, to cały mój szef :)

Już wyluzowana i ubawiona do granic stanęłam u boku redaktora K., by powitać tłumnie nadciągających dziennikarzy. Redaktor K. przedstawiał mnie wszystkim, gdy naraz weszło z sześciu dziennikarzy sportowych z różnych mediów i jeszcze jacyś ludzie. Zapanował lekki rozgardiasz.  Niespecjalnie starałam się zapamiętać, kogo witam, ale nagle do moich korporacyjnie wyczulonych uszu dotarło zakazane słowo: TYCHY!

Do tego redaktor K. dorzucił swoje.

– Nooo…, Tyskie, pani Izo. Konkurencja, co nie?

No tak… Tylko tego jeszcze brakowało. Mój zdolny do wszystkiego szef właśnie zgodził się sponsorować imprezę, gdzie sponsorem była również konkurencja. Tylko on mógł w tym swoim zamotaniu złamać niepisaną umowę między browarami, że nawzajem w drogę sobie nie wchodzimy. Ale cóż, stało się, trudno.  Jakoś przeżyjemy to Tyskie. A oni nas.

Wściekła na szefa, że tak bez sensu mnie wrobił, przystanęłam w kąciku i popijając soczek pomarańczowy przyglądałam się rosnącemu tłumkowi dziennikarzy sportowych. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

No tak, to ten pajac z konkurencji.

– No… , wy to bogata firma, nie ma co. W kółko sponsorujecie tylu sportowców. Reprezentację piłki ręcznej- Anna Walkiewicz- Esjmont, no tak… Kolarzy też, i tak dalej. My to jesteśmy biedni. My tylko lokalnie, siatkówkę.

Zagotowałam. Przesadził, kłamczuch jeden! Akurat dwa tygodnie wcześniej byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i Tyskie sponsorowało mistrzynie świata federacji jakiejś tam. Sama widziałam.

– A co pan taki skromny, przecież wy też dajecie radę, ten kick boxing i w ogóle…

– Nieee, skądże. My tylko siatkówkę, lokalnie – powiedział ten koleś z konkurencji, a mnie szlag trafił.

– Nieprawda! Tak się składa, że niedawno byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i na własne oczy widziałam, że sponsorujecie najwyżej lokowane zawodniczki federacji MMA! Marek Piotrowski wtedy walczył o utrzymanie pasa. Nie wie pan?!

– Nie sponsorujemy, my tylko siatkówkę, lokalnie.

– Panie. Niech pan nie ściemnia! Ja byłam i na własne oczy widziałam, że zwyciężczyni walk MMA miała na dresie wasze logo.

– Ale, jakie logo?- gość nie dał za wygraną.

– No wasze!- fuknęłam wściekle, bliska pobicia bufoniastego kłamczucha z konkurencji.

– Ale co ona tam miała napisane?

– No, jak to co?! No, TYSKIE!- wyplułam gotując wściekle, a facet tylko wywrócił oczami.

– Pani pozwoli, że ja jeszcze raz się przedstawię. Janusz Tychy. Telewizja Wisła…

P.s. Panie Januszu, jeśli pan to czyta-  to ja pozdrawiam serdecznie :)




Skąd bierze się debiut?


Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż




Ogrodnicze call center


Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 




Nawigacja


13293187_1163657236998049_1495012031_n

 

Zauważyłam, iż za sprawą postępu dzieje się tak, że człowiek głupieje na starość i co gorsza nic nie może na to poradzić. Choćby w samochodzie.  Jakieś 70 % mojego dotychczasowego żywota spędziłam za kierownicą i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można korzystać z wynalazku o nazwie „czujniki parkowania”. Jakoś zawsze człowiek bezpiecznie celował, równo parkował, nikogo nie przytarł, aż tu nagle pojawiły się w zderzaku te małe, upierdliwie piszczące kółeczka. Na początku starałam się udawać, że ich tam nie ma, ale jak udawać, skoro toto nie odróżnia wiechcia trawy od betonowej donicy?  W końcu przywykłam, ale lekko nie ma, bo w kolejnym samochodzie wstawili te przeklęte piszczące kółka również i z przodu. Też wyją, tylko innym tonem, niż te z tyłu i też nie widzą różnicy między trawą a betonem. Idzie zgłupieć.  W końcu przywykłam, do tego błogosławiąc w duchu fakt, że mój babowóz na szczęście jeszcze nie parkuje sam i jeszcze mam co robić, i do czegoś jeszcze jestem potrzebna.

To wcale nie koniec uprzykrzających życie atrakcji, bowiem od niedawna życiem ludzi zmotoryzowanych zawładnęła szeroko pojęta NAWIGACJA.  Jako osoba z dobrze rozwiniętym poczuciem podróżnego azymutu, obśmiałam niegdyś u znajomego elektroniczny kompas wbudowany w lusterku wstecznym i przez kilka lat konsekwentnie ignorowałam inne satelitarne wynalazki, z nawigacją na czele.

Aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przyszło mi gościć na Śląsku w dodatku z harmonogramem spotkań dopiętym co do minuty. Od zawsze wiadomo, że w tamtych stronach nie ma żartów, bo wszędzie albo jednokierunkowe, albo remont, albo pod prąd, więc uznałam, że w sumie to się przeproszę z tą nawigacją. W sumie, co mi szkodzi?

Na pierwszy ogień poszedł adres hotelu w Gliwicach. Wpisanie adresu do nawigacji w moim pojeździe graniczy z cudem i wymaga anielskiej cierpliwości oraz sporej koncentracji tudzież refleksu, bo urządzenie złośliwe. Nie daj Bóg ręka człowiekowi drgnie i wszystko na marne.  Na wszelki wypadek, skoro nareszcie wymyśliłam jak to zrobić, zawczasu wpisałam sobie również adresy bibliotek w Czerwionce-Leszczynach i Knurowie. Zawsze to potem łatwiej wybrać adres z listy. Na autostradzie nawigacja powinna być cicho, zatem w drogę.

– Jedź tą drogą- mniej więcej w połowie drogi na prostym płatnym odcinku A4, napomniał mnie damski głos godzien seks telefonu.

– He, mądrala! Ciekawe jak jej pójdzie w Gliwicach- powiedziała Ewa, moja towarzyszka.

– Pewnie lepiej niż nam, bo ja w temacie dróg na Śląsku wolę być pokorna.

Droga upłynęła bez przeszkód, ale gdy minęłyśmy dwa zjazdy w stronę Gliwic, Ewa wyraziła zaniepokojenie:

– Słuchaj, a czemu ona nic nie gada?

– Nie wiem, może się obraziła o ten seks telefon.

Nawigacja rzeczywiście zamilkła i przerzuciła się na system obrazkowy. Naraz jednak odzyskała głos i kazała mi skręcić w lewo na autostradzie.  Ech, żeby chociaż jakiś ślimak tam był, ale nie.

– A może ona nie zna tej drogi? W końcu to wszystko tutaj nowe.

– Możliwe. Pewnie trzeba zaktualizować cholerę.

Ciekawa, czy da się ustawić milszą dla ucha opcję męskiego głosu, trzykrotnie objechałam mój cel w kółko, żeby przy cmentarzu usłyszeć szept nawigacji, że właśnie osiągnęłyśmy cel podróży.

– Zwariowała chyba, to miał być hotel, nie park sztywnych.

Przez przejście dla pieszych przepuściłyśmy kondukt żałobny. I całe szczęście, bo w międzyczasie zauważyłyśmy nasz hotel, skryty w krzakach po drugiej stronie ulicy.

– Jest! Kurczę. Pod hotelem jakoś pogłośnię tę babę. Wprawdzie jeszcze nie wiem jak, ale pogłośnię. W sumie to nawet zegarek mam nadal ustawiony na czas zimowy, bo nie umiem go przestawić. Ale spróbuję.

Istotnie nie było to łatwe. Z zapartym tchem i w pełnym skupieniu zagłębiłam się w coraz to bardziej, i co tu dużo gadać, szczegółowe i coraz bardziej skomplikowane menu. W końcu ustawiłam. Nawet nie wiedziałam, że nie oddycham, w takim skupieniu kręciłam multi-funkcyjnym pokrętłem, ale nareszcie szczęśliwie podciągnęłam głośność na maksa, bo w systemie obrazkowym to jak widać, ja jeździć nie umiem.

Hmm, chyba jednak nie zatwierdziłam zmian, bo do Czerwionki- Leszczyn znów dojechałyśmy za pomocą obrazków, ale na szczęście wcześniej sprawdziłam sobie w googlach, jak wygląda biblioteka i znalazłam ją „na oko” :)

Udało się dojechać na styk, by po fantastycznym, półtoragodzinnym spotkaniu przemieścić się na następne. W Knurowie.  W międzyczasie całkowicie zachrypłam i gotowa pożyczyć ten seksowny głos od nawigacji w panice rozglądałam się za apteką. Vocaler poszedł w ruch. Jedziemy! Knurów, już, już! Czas nagli. Dobrze, że już kiedyś tam byłam, bo ta pinda z komputera znowu ogłosiła strajk i przestała wyświetlać nawet obrazki. Jesteśmy. Dosłownie co do minuty. Jeszcze mi się tabletka nie zdążyła rozpuścić, jak znów przyszło mi gadać. Widownia liczna. Wymagająca. Inteligenta. Mega wyzwanie, a tu z głosem kruchutko. Gdy cudowne spotkanie dobiegło końca, postanowiłam na dobre rozprawić się z wredną kobietą od nawigacji, boleśnie świadoma, że bez pomocy tej elektrycznej baby, za Chiny nie trafię do hotelu. Uf, chyba włączyłam. Powinno być dobrze. Policzyła sobie trasę, więc chyba działa. Wracamy. Wprawdzie znów nie gada, ale przynajmniej pokazuje obrazki, więc ujdzie. Jak coś, to będziemy szukać cmentarza…

Zgodnie z wyświetlanymi parametrami, jakiś kilometr od celu Ewa powiedziała, że poznaje okolicę. Odetchnęłam i sięgnęłam po kolejny vocaler. Za kilka metrów również i ja rozpoznałam otoczenie , w końcu wyluzowałam. Z ulgą pacnęłam dłonią w pokrętło i wyłączyłam przeklętą babę od nawigacji, która pewnie tak jak i ja, na amen straciła głos.

Odprężona wzięłam ostatni zakręt, gdy wtem – z rykiem o natężeniu miliarda decybeli odezwało się ta krowa z satelity:

– Twój cel znajduje się po lewej stronie!!! Brak sygnału z satelity!!!- huknęła franca na cały regulator.

Dobrze, że byłyśmy przypięte pasami, bo inaczej wybiłybyśmy głowami dziury w dachu i również wylądowały na cmentarzu.  Jak coś, na wszelki wypadek miałyśmy w bagażniku kilka bukietów. :)

Poniżej fotorelacja z dwóch cudownych spotkań autorskich. Niniejszym dziękuję za zaproszenie, liczny udział oraz cudowną atmosferę. Po prostu Was kocham <3 i zdzierżę nawet nawigację :)

13 maja 2016 – Biblioteka w Czerwionce- Leszczynach

kolaż1

kolaż2

13 maja 2016- Biblioteka w Knurowie

kolaż1

kolaz2




Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)


Spotkanie autorskie w Radzionkowie 18 kwietnia 2016

Z jednej strony uwielbiam ludzi, z drugiej jestem urodzoną domatorką, która równie świetnie bawi się w swoim własnym towarzystwie. Jeśli chwilowo nie ma nikogo pod ręką, potrafię skutecznie samą siebie zabawić rozmową. Ach, jakież ja prowadzę ze sobą dysputy. Zwłaszcza w samochodzie, bo jeździć samochodem też uwielbiam. Właściwie to mogłabym pracować jako taksówkarz, tylko niestety mało czasu na pisanie.

Owszem, stojąc na postoju mogłabym gadać sama ze sobą, później gadać z pasażerami, a na końcu nagrać wszystko na dyktafon, ale z tym dyktafonem jakoś od zawsze nie było mi po drodze. Sześć lat temu mąż mi kupił takie srebrne wypasione cyfrowe cudo. Jako kompletna elektroniczna niemota musiałam użyć instrukcji obsługi. Nawet poszło. Nowe baterie, cyfrowe cudo do schowka i w drogę. Taksówkarzem wprawdzie nie jestem, za to spotkania z czytelnikami stanowią dla mnie okazje do wyjazdów i pompują we mnie nową energię. Zupełnie jakby mnie ktoś podłączył do kontaktu pod dwieście dwadzieścia.

Z rozkoszą wyrywam się z domowego zacisza, odpalam moje ukochane cztery koła, pakuje weń cztery litery i w drogę. Do świata, do ludzi, do moich cudownych czytelników. Lecę, dosłownie jak na skrzydłach, gadam do siebie jak najęta, okazyjnie sobie folguję i wyklinam na głos na innych kierowców, bo przecież jak ktoś jedzie wolniej ode mnie to melepeta, a jak nie daj Bóg ośmieli się jechać szybciej to wariat. Tak zatem za kółkiem nigdy się nie nudzę. Jadę, więc sobie jadę, no i myślę. I czasem coś mądrego wymyślę… I to by było na tyle, bowiem dość szybko wyleciało mi z głowy, że posiadam dyktafon. Zanim sobie przypomniałam, gdzie go mam, to zapomniałam, co chciałam nagrać, ale przynajmniej już zlokalizowałam urządzenie.

Następny wyjazd. Znowu jakaś myśl. Bingo! Przecież mam w schowku dyktafon. No mam, znalazłam przy pierwszym podejściu, tylko w międzyczasie przyszło ochłodzenie i szlag trafił baterie. Znowu nic nie nagrałam, ale z mocnym postanowieniem nagrania złotych myśli, mniej więcej po tygodniu mam już nowe baterie. Teraz już nic mnie nie zaskoczy. Znowu jadę, gadam, myślę i kombinuję. Tak! To jest to! Złota czcionka! Skończony geniusz gry słów godny co najmniej wieszcza. Trzeba to nagrać, bo pisanie na autostradzie może skończyć się źle. Szybko, zaraz myśl uleci! Schowek, dyktafon!

Hmm, ale jak się to włącza? Ostatni raz czytałam instrukcję rok temu i zapomniałam jak się obsługuje to skomplikowane cholerstwo.  Nic to, jadę dalej obiecując sobie, że w domu muszę znów odrobić zadanie domowe z obsługi dyktafonu. Zaparłam się i nie odpuszczę, zatem znowu rozkminiam instrukcję.  Sukces. Znów mam w schowku sprawne cyfrowe urządzenie i nawet wiem jak je włączyć. Ha! O, taka jestem, a co! W dodatku idzie lato, baterie szybko nie padną, więc nie daję za wygraną i zawieram sama za sobą układ, że będę nagrywać złote myśli z samotnych podróży, tylko tu pojawia się problem. W lecie nie ma spotkań autorskich, zwykle podróżuję wtedy z rodziną i nie myślę, a dwa miesiące to czas wystarczający, by zapomnieć, że się ma w schowku dyktafon.

Szczęście jednak mi sprzyja. W drodze na zakupy atakuje mnie zdanie stulecia. Mickiewicz by się nie powstydził. Mam! Mam! Przecież mam dyktafon! O dziwo działa, o dziwo pamiętam, jak go włączyć i nawet pamiętam jak się nagrywa. Jestem wielka! Nagrywam. Matko, nareszcie… Co za satysfakcja. Dwa lata na to czekałam, więc dumna i blada wyłączam ustrojstwo i… z powrotem do schowka. Niedawno zmieniłam samochód. Przy pakowaniu znalazłam w schowku rozładowany dyktafon, którego apiać nie potrafiłam włączyć, ale poszłam po instrukcję, zmieniłam baterie i odsłuchałam skromną zawartość. Nagrane było jedno zdanie do książki, którą wydałam trzy lata temu.

Nic się nie zmieniło. Dziś też przegadałam sama ze sobą całą drogę do Radzionkowa. Nawet trochę pośpiewałam z Alvaro Solerem, korzystając z tego, że na autostradzie nikt nie usłyszy, jak beczę niczym stado zarzynanych baranów. No i na koniec zagadałam na amen radzionkowskie czytelniczki.  Dzięki zaproszeniu i gościnności Pani Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radzionkowie, miałam okazję poznać bliżej moich fanów i spędzić cudowne dwie godziny w wyjątkowej atmosferze. Widok pełnej widowni zawsze dodaje mi skrzydeł, więc możecie być pewni, że jutro w drodze powrotnej, znów sama do siebie wygłoszę jakieś złote myśli.

A dyktafon leży sobie spokojnie w piwnicy. Szkoda kasy na baterie 😉

Zapraszam na krótką fotorelację autorstwa Eli Bączkowicz

13000160_1120400678023241_5533593640692454151_n

13043761_1120401201356522_8416848067057145934_n

13043786_1120400708023238_3079949614024666649_n

13043797_1120400521356590_6273029648293863065_n

13051483_1120401231356519_5530674213818341764_n

13051495_1120401024689873_1401123130324696567_n

13051770_1120400604689915_126528962175588377_n

13062269_1120400971356545_2702814720165614147_n




Tacos z wołowiną


Kuchnia meksykańska należy do moich ulubionych. Konkretne smaki, duża różnorodność produktów i mnóstwo świeżych składników.

Tacos to nic innego, niż tortille, ale w przeciwieństwie do pszennych, używanych do burrito, robi się je z mąki kukurydzianej. Mogą być chrupiące, jak te, które dzisiaj sobie przygotujemy, albo miękkie (tzw. Soft tacos).

Tacos faszeruje się na tysiące sposobów i serwuje z mnóstwem dodatków. Najbardziej klasycznym farszem jest mielona wołowina z czarną fasolą i właśnie taką wersję znajdziecie w dzisiejszym przepisie. Do tego siekane pomidory z kolendrą i guacamole.

Składniki do przygotowania farszu:

tacco1

* przyprawy: sól, cebula granulowana, słodka papryka, płatki chilli (jeśli ktoś lubi ostre jedzenie), czosnek granulowany (lub starty ząbek), pół łyżeczki niesłodzonego kakao, szczypta oregano, sproszkowany kmin rzymski (sporo). Można też użyć gotowej mieszanki do Tacos, wówczas nie sypcie dodatkowo soli, bo mieszanki przeważnie ją zawierają.

Mięso mielone smażymy na brązowo, dorzucamy przyprawy, rozgniecioną widelcem fasolę (można część zostawić w całości, żeby było bardziej dekoracyjnie, ale za to farsz nie będzie aż tak ścisły, bo ziarna fasoli nie skleją go, tak jak fasola rozgnieciona, przez co podczas faszerowania może się nieco sypać. Coś za coś – albo wygoda, albo elegancja 😉

tacos_kolaz_3

Do już podsmażonego mięsa z przyprawami dodajemy ugotowany ryż (nie za dużo), pęczek posiekanej kolendry i fasolę. Mieszamy jednocześnie ugniatając łyżką, aż farsz nabierze konsystencji plasteliny (w wersji z częściowo nierozgniecioną fasolą powinien być zwarty, ale nie będzie jednorodny).

Gotowy farsz odstawiamy na bok i zabieramy się do przygotowania guacamole, które jest proste w przygotowaniu, jak konstrukcja cepa. Tajemnicą sukcesu jest miękkie avocado. Z twardego nie wyjdzie a nawet jeśli się uprzecie i np. zblendujecie, to będzie gorzkie i do niczego. Czyli w sklepie wybieramy miękkie avocado. Jeśli nie chcecie ryzykować, bo miękkie nie zawsze akurat w sklepie są, to parę dni wcześniej kupcie twarde i niech leżakuje w temperaturze pokojowej.

Składniki do przygotowania guacamole:

tacco2_kopia

Avocado obieramy (w dojrzałym skóra sama odchodzi) i usuwamy pestkę. Pestkę możecie zasadzić. Powinno wyrosnąć drzewko :)

Moje wygląda tak:

avocado

Ale do rzeczy, to znaczy do guacamole. Rozgniatamy avocado widelcem, dodajemy sok z cytryny (w zasadzie powinna być limonka, ale zapomniałam kupić), starty czosnek i małą szczyptę soli.

kolaz2

Często dodaje się siekaną czerwoną cebulę, siekanego pomidora, kolendrę lub papryczki jalapeno. Tak się jednak czyni, gdy guacamole ma być samodzielnie serwowanym dipem. My używamy guacamole jako sosu do wieloskładnikowej potrawy, więc lepiej postawić na bezpieczny minimalizm.

Po wymieszaniu składników wstawcie guacamole do lodówki. Teraz siekamy dość drobno pomidora z kilkoma listkami kolendry. Oprószamy lekko solą i odstawiamy na bok.

Składniki do przygotowania tacos:

tacos3

Teraz możemy przejść do faszerowania tacos. Najpierw nakładamy mięso a na to odrobinę startego żółtego sera. Zostawcie miejsce na inne dodatki. Tacos układamy w formie żaroodpornej albo blaszce i zapiekamy przez 5 minut w temperaturze 180 stopni. Mięso się podgrzeje, ser się rozpuści a tacos nabiorą dodatkowej chrupkości.

kolaż 3

Oczywiście, jeśli wam się nie chce, to można podgrzać mięso na patelni i faszerować zimne tacos. Na wierzch trochę guacamole i pomidorów z kolendrą.

Smacznego :)

tacos




Szeptucha 4


Najładniejsza gmina 2

Sołtys Alojzy Gąsior siedział przy biurku i masował skronie. Zza koronkowej firanki napływało jednostajne ujadanie psa sąsiadów, a zza drzwi wrzask pierworodnego sołtysowego wnuka. W takich okolicznościach skupienie się nad wytycznymi z Unii graniczyło z cudem.

– Psia mać – szepnął stłamszony przedstawiciel władz samorządowych – o co im chodzi z tą … pomysłową inicjatywą obywatelską? – odcyfrował z pewnym trudem fragment pisma. – Ki diabeł? Znaczy się, żeby wygrać te pieniądze od Unii, to oprócz porządku jakieś niespodzianki dla komisji mają być?

Sołtysa przerosły obowiązki służbowe, więc postanowił się uciec do podstępu. Wstał energicznie i wydobył flaszeczkę zakamuflowaną dotychczas za stertą papierów. Nalał sobie kielicha i wrócił do biurka. Przebiegł palcami po blacie i od niechcenia uchylił klapkę laptopa. Pobawił się nią chwilkę, dziwiąc się w duchu, jak to możliwe, że zawiasy w komputerze nigdy nie skrzypią. Bo na przykład drzwi od wychodka, żeby nie wiadomo czym smarować, to i tak po kliku dniach jęczą złowieszczo. A może to jakaś reakcja chemiczna? Specyficzny skład atmosfery w wychodku źle działa na metale? Jak by się tak zastanowić, to pewnie nie tylko na metale, pomyślał sołtys, ale tematu na wszelki wypadek postanowił nie zgłębiać. Zamiast tego otworzył komputer, i wciągając ze świstem powietrze, aktywował diabelską maszynę. Ta po chwili wahania ożyła niebieskim światłem, które nadało sołtysowej twarzy upiornie blady wygląd. Zgodnie z instrukcjami Szeptuchy teraz należało cierpliwie poczekać na kontakt. Czas oczekiwania sołtys wypełnił drobnymi łyczkami alkoholu i nerwowym potupywaniem. Wreszcie, po około dziesięciu minutach, małe okienko w rogu ekranu zapulsowało pomarańczowym światłem. Powiększył je nerwowo.

– Czego? – przeczytał Alojzy Gąsior.

– Sprawę mam – wystukał nie bez wysiłku, ale po chwili wahania wykasował napis i zaczął raz jeszcze. – Witajcie, babko, jak wasze zdrowie?

– Widziałam, jak coś kasujesz! – Odpowiedź nadeszła już po sekundzie.

Biedny sołtys rozejrzał się bojaźliwe po ścianach pokoju, ale niczego podejrzanego nie zauważył.

– Dobra, nieważne, czego chcesz? – Napłynęła kolejna wiadomość. – Tylko się streszczaj, Aluś. Gościa mam – zapulsowało okienko.

– Babko, problem mam z konkursem, co to z Unii przysłali.

– Ze sprzątaniem se dasz radę, czyli o pomysł, jak komisję zaskoczyć, musi tu chodzić.

– A skąd babka wie? – napisał i natychmiast skasował tekst.

– Znowu to robisz! – Obok liter objawił się malutki, ruchomy obrazek wygrażającego palca.

– Bo błędy musiałem kasować. Już się dawno do szkoły nie chodziło.

– A nawet jak się chodziło, to się gówno tam robiło! Ty, Aluś, zawsze leniwy byłeś.

– Oj, co też babka!

– Cichaj mi tam! O tej Unii lepiej pomyślmy – odpowiedź nadeszła błyskawicznie.

– Myślałem, ale nic mi do głowy nie przychodzi.

– Bo i też myślenie nigdy nie było twoją mocną stroną, Aluś. Innym to zostaw. Słuchaj no. Oni w tej Unii to strasznie wszystkie akcje ekologiczne lubią. Tu coś trzeba pokombinować.

– Może elektrownię? Na wiatr taką.

– Głupiś jak but! Skąd środki na to brać?

– No to rowy melioracyjne udrożnim.

– A to i tak musicie, bo się za łby w tej komisji złapią, jak te pokrzywy zobaczą.

– No to co robić?

– Zrobim, Aluś, kozią farmę. Ekologiczną, ma się rozumieć.

– A na co to? A to w Unii kóz nie widzieli?

– Kozy pewno widzieli, ale farmy z produkcją serów i ze zwiedzaniem dla miastowych to już na pewno nie!

– Babko! Genialna jesteście!

– Ech, bo wy, młodzi, to ikry za grosz nie macie, i wszystko za was trza robić. No! Czas na mnie. Bywaj, Aluś.

Sołtys potarł w zadumie siwe skronie i wstał od biurka. Jeszcze tylko wnuka ucałuje i leci do gminy. Podanie o środki trzeba napisać i zamówienie na kozy złożyć.

Szeptucha zamaskowała ścianę komputerów purpurową kotarą. Czas najwyższy był. W drzwiach łazienki szczęknął zamek – Lelka już się widać oporządziła. I rzeczywiście, do izby napłynął aromat truskawkowego płynu do kąpieli, niesiony na obłoku gęstej pary. Aurelia, owinięta miękkim szlafrokiem, zaróżowiona na policzkach, wyglądała niezwykle świeżo i dziewczęco.

– Prababciu, ale ty masz łazienkę wypasioną!

– A co ty, dziecko, myślisz? – zarechotała babka. – Na starość człowiekowi bardziej wygody potrzebne niż wam, młodym.

– No ale drewniana wanna? Jacuzzi? Sauna? – zapytała zdumiona prawnuczka.

– I jeszcze basen mam pod podłogą. Tam za piecem się klapkę podnosi i schodami do piwnicy schodzi. – Szeptucha niedbałym ruchem dłoni wskazała kierunek.

– Ale wypas… – szepnęła Lela. – A skąd to wszystko?

– Cha, cha – roześmiała się babka. – Kiedyś przyjechał do mnie taki facet z Warszawy, rozumiesz. Dziewuszkę, taką małą chudzinę, na rękach wniósł i z koca odwinął. I gada tak: „Niech ją Pani ratuje! Już mi dzieciaka chcą wykończyć w tych szpitalach! Żaden antybiotyk nie pomaga, a dzieciak mi w oczach marnieje.” I widzisz, Lelka, ja tak na malutką popatrzyłam, zbadałam, a to chuchro obustronne zapalenie płuc miało i praktycznie żadnej odporności. I tak cmoknęłam nad dzieciuchem, a ten facet do mnie na to: „Niech się pani zmiłuje nad moją córką jedyną! Ozłocę panią!” Czasu nie traciłam na gadanie z nim, tylko pod kuchnią podpaliłam, ziół naparzyłam na odporność, a dzieciaka raz, dwa nasmarowałam sadłem borsuczym, i w skóry niedźwiedzie pozawijałam, i zamawiać chorobę zaczęłam. A potem żeśmy bez słowa całą noc przesiedzieli z tym ojcem, a nad ranem dzieciakowi gorączka spadła. On jakimś właścicielem fabryki wanien był, czy coś takiego, dość, że za tydzień przyjechali robotnicy i te cuda wszystkie pomontowali. I latem wrócili jeszcze potem ten basen w piwnicy wykopać.

– No to prababcia wannę zamiast złota dostała! – zażartowała Aurelia.

– A tyś, dziecko, obejrzała aby klamki w łazience i w wychodku? – odparła na to Szeptucha.

Sołtys Alojzy Gąsior opuszczał gmach urzędu gminy lżejszy o unijne zmartwienie i cięższy o pozyskane od władz lokalnych fundusze. Jak na razie wszystko szło gładko, jeszcze tylko te kozy zdobyć. Zenek Kapeluszny za dwa wina obiecał prowizoryczną zagrodę przygotować. Suszyło go po wczorajszym na potęgę, więc można spokojnie założyć, że zadanie wykonał i na powrót pryncypała czeka z dużą niecierpliwością. Sołtys wsiadł w pozyskany za środki własne samochód marki fiat punto i wyjechał na szosę. Miał nadzieję, że na skupie żywca podadzą mu adresy lokalnych hodowców kóz. I, jak się dwadzieścia kilometrów później okazało, to właśnie ten element planu okazał się najbardziej kłopotliwy.

– Panie! Co pan? Kozy? – zamamrotał i podrapał się po berecie pracownik punktu skupu. – A kto by tu kozy hodował? Nie opłaca się!

– No jak się nie opłaca? – obruszył się sołtys. – Bydlę łagodne, żre wszystko, nawet sztachety, i dużo mleka daje. A mięso jakie koźlęce udatne. Soczyste takie, a najlepiej jak sosem piwnym podlane. Moja babcia tak robiła– rozmarzył się Alojzy.

– A ja tam nie wiem, ale weź sam pan popatrz. – Facet stuknął w wiszącą na drzwiach kartkę paluchem. – Świnia trzy pięćdziesiąt za kilo żywca, cztery pięćdziesiąt za jałówkę, i sześć z groszami za byka. O kozach nic tu nie ma. No to jak skupy nie przyjmują, to po cholerę to w zagrodzie trzymać?

– No to skąd takie kozy wziąć?

– A ja wiem? – Facet podrapał się w beret. – Ja to bym na allegro popatrzył, a jak tam nie będzie, to może z Chin?

W chałupie Szeptuchy panowało przyjemne ciepło. Spod kuchni, na której szumiał czajnik, dobiegały kojące dźwięki trzaskającego ognia.

– Herbatki się, Lelka, napijem, i kolację jakąś ci uszykuję.

Lelka siedziała na wersalce i rozglądała się po świętych obrazkach porozwieszanych w różnych punktach ścian. Na niskiej ławie stał szklany wazon ze sztucznymi kwiatami, a z żyrandola zwisał kaskadami lep na muchy. Wystrój izby ewidentnie nie współgrał z wypasioną łazienką. Dziewczyna łypała dyskretnie na klapę, pod którą rzekomo znajdowało się zejście do podziemnego basenu.

– Co tak zezujesz?

– A no bo… – bąknęła Aurelia i urwała.

– Nie pasuje ci wystrój, dziecko?

Lelka poczerwieniała i zaczęła przecząco głową kręcić.

– A dajże spokój – parsknęła Szeptucha. – Toż to kamuflaż jest. Te obrazki zwłaszcza. – Wskazała brodą w stronę ogromnego portretu brodatego świętego z obfitą brodą. – Zamawiam choroby pięćdziesiąt lat z okładem, a żaden z tych nadętych kawalerów jeszcze mi nigdy w niczym nie pomógł.

– To po co to?

– A widzisz, Leluś, kwestia podejścia do klienta. Lubią myśleć, że te czary wszystkie to z bożym błogosławieństwem się odbywają.

– No a jakby się innej wiary chory trafił? – zapytała dociekliwie Aurelia.

– A różne akcesoria mam. Szafę otwórz.

Rzeźbiona szafa, pociągnięta mało urodziwą farbą olejną w kolorze musztardy, kryła w swoim wnętrzu zadziwiające przedmioty.

– Budda z hebanu, siedmioramienny świecznik, kadzidełka i olejki przeróżne – wyjaśniła babka.

– A to co? – Lelka przychyliła się i wyjęła ze środkowej półki księgę obitą czerwonym atłasem.

– A to nasz album rodzinny. Daj go, Lela, popatrzym na fotografie.

Prawnuczka posłusznie podała album i przysiadła obok prababci. Na pierwszej stronie przyklejona była tylko jedna fotografia. W karnym rzędzie stały nastoletnie dziewczęta, a nad nimi, w drugim szeregu, kilku chłopców ubranych w krótkie spodnie z szelkami.

– To ja. – Szeptucha wskazała szczupłą dziewczynkę ubraną w szarą sukienkę. To znaczy szara była na czarno-białej fotografii. Natomiast kokardy zdobiące warkocze musiały być białe.

– No tak nas w szaro-bure kiecki ubierali wtedy. Wy to macie lepiej. U nas w szkole, jak kto w butach przyszedł, to się za nim zazdrośnie patrzyli.

Lela zerknęła na stopy uwiecznionych na fotografii postaci. Wszystkie były bose. I w jednej chwili zrozumiała, ile dałyby tamte dziewczyny za kieckę, którą Aurelia dostała od prababki w prezencie i z pogardliwym prychnięciem rzuciła na dno wypchanej szmatkami szafy.

– A kim są ci inni? – zapytała, pospiesznie tłumiąc wyrzuty sumienia.

– A no… tu masz Zdzisię, siostrę Lucynki, matulę Kryśki Łopianowej.

– Prababcia małej Agatki? – Lela z niedowierzaniem patrzyła na młodą dziewczynę.

– Ano. A tu jest Waldek Stachański – wycedziła Szpetucha, wskazując palcem pryszczatego młodzieńca z zaczesanymi na bok czarnymi włosami. – Cioteczny dziadek Błażeja, z którym do szkoły chodzisz.

Aurelia spłoniła się dziewczęcym rumieńcem, co nie umknęło bacznemu spojrzeniu babki.

– Trza ci wiedzieć, że Waldek na zatracenie wydał Niemcom partyzantów w czasie wojny. Uważać na nich trzeba, bo to ich zakłamane plemię to tylko kłopoty oznacza. – Szeptucha przewróciła kartkę w albumie i oczom dziewczyny ukazała się pożółkła fotografia dwóch prawie dorosłych panien.

– To chyba ty, prababciu, a kim jest ta druga?

– Zośka z Bylinów. Za Mariana, brata Waldka Stachańskiego, się wydała. Przyjaciółka z młodzieńczych lat, psiamać! – zaklęła babka.

– A za co ty ich tak nienawidzisz, tych Stachańskich? – odważyła się zapytać Aurelia.

– Za co? Za co? Ty się dziecko pytasz jeszcze? To są wrogowie nasi od zawsze. Sprzedawczyki cholerne i tchórze! – rozsierdziła się nie na żarty Szeptucha. – Zośka, jak nas na wywózkę na roboty do Niemców wzięli, to mnie za kromkę chleba sprzedać chciała, gdy uciekłam i do wsi wróciłam. Doniosła na mnie i o mały włos, a na drugą wywózkę by mnie wzięli, ale do leśnych uciekłam na czas. Koleżanka, tfu, psia jej mać.

– Błażej jest inny! – Poderwała się na równe nogi Aurelia, a jej usta niebezpiecznie wygięły się w podkówkę. – Nienawidzę cię! – krzyknęła prababce w twarz, i wyciągając z kieszeni komórkę, wybiegła przed chałupę.

Szeptucha podeszła pod uchylone okno i usłyszała, jak wnuczka szlocha komuś w słuchawkę.

– Jak mi tu? Źle! Ojciec mnie wygnał i za tobą tęsknię.

Przez chwilę panowała cisza.

– Nie interesuje mnie to! – wrzasnęła znienacka Lelka. – Błażej, masz tu do mnie przyjść, rozumiesz? Po cichu się zakradnij. A jak nie przyjdziesz, to ja sobie coś zrobię, zobaczysz!

– Oj, niedobrze – zasępiła się Szeptucha. – Chyba przesadziłam z tą lekcją historii.

– Miau! – potwierdził Mruczek i wyciągnął się wygodniej na fotelu.

– A niech się dzisiaj z nim spotka – mruknęła babka. – A jutro się zastosuje inne środki prewencyjne.…

Sołtys Alojzy Gąsior zaparkował pod sklepem spożywczym, gdzie spodziewał się zastać Zenka Kapelusznego. Nie pomylił się. Zenek siedział na ławeczce i na widok sołtysa poderwał się na równe nogi. W dłoniach gniótł pustą puszkę po piwie.

– Zenek, zagrodę postawiłeś?

– A zgodnie z rozkazem, sołtysie! – zameldował Kapeluszny. – Wszystko gotowe, tak jak sołtys kazał. Podwójne żerdzie dałem nawet!

– No! To chodź Zenuś po wypłatę.

W sklepie duchota panowała, dzieciska sklepowej pałętały się pod nogami, a ona sama bacznie spojrzała na wchodzących. Rozpoznała Alojzego i rozpromieniła się w służbowym uśmiechu.

– A powitać naszego sołtysa kochanego! Dawno sołtys do mnie nie zachodził!

– A bo to, pani Jadziu, lepiej mi do Tesco w Szykowie pojechać. Ceny tu u pani zbójeckie.

– No co też sołtys opowiada! – obruszyła się sklepowa. – Toć wino najtańsze w całym powiecie.

– Pani Jadziu, co mi tam po tym mózgotrzepie? Na mleku złotówka narzutu, na chlebie też.

– A co ja mam na to poradzić? Jak wino poniżej kosztów, sprzedaję, to na nabiale muszę dorobić.

– No niby tak – zgodził się niechętnie sołtys. – No! Da pani dwa słodziutkie dla Zenka. Zapracował, zuch.

– Na miejscu? – zapytała uprzejmie Jadzia, patrząc na Kapelusznego.

– Może być, pani Jadziu, może być.

Alojzy opuścił sklep, odprowadzany ukłonami Zenka oraz profesjonalnym uśmiechem sklepowej, i udał się na oględziny zagrody. Zmyślnie Zenkowi wyszła. Ino kozy się w niej nie pasły. I to był problem.

Parę godzin trwało, zanim Lelka raczyła wrócić do chałupy. Szeptucha siedziała na fotelu, na jej kolanach walał się Mruczek, a telewizor szumiał miarowo, wypluwając kolejną porcję nieszczęść z całego świata w ramach serwisu wiadomości o dziewiętnastej. Monitoring pokazał wcześniej, jak młody kundel Stachańskich zakradł się w pobliże podwórka, a na spotkanie wybiegła mu Lelka, i rzuciła się w ramiona, co gorsze. Teoretycznie babka mogła rzucić zaklęcie bagna i zakończyć żywot Błażeja raz na zawsze, ale już się zdążyła przekonać, że jej prawnuczka jest bardzo wrażliwa, by nie powiedzieć histeryczna. Widoku tonącego Stachańskiego należało jej oszczędzić. Inaczej sprawę trzeba załatwić.

– Dobry wieczór! – burknęła od drzwi Aurelia i pomaszerowała w stronę wersalki.

– Kolację masz na kuchni. Żur i ziemniaki ze słoniną – poinformowała ją prababka.

– Nie jestem głodna – odpysknęła Lela i położyła się w butach na łóżku.

– No to dobranoc! He, he – zarechotała pod nosem Szeptucha i przeniosła się na łóżko.

Właśnie spływał na nią kojący sen, niosący genialne rozwiązania problemów, gdy w wieczorną ciszę wdarł się odgłos subtelnego siorbania zupy.

Sołtys Alojzy Gąsior kręcił się w łóżku i nie mógł usnąć. Sen z powiek spędzała mu nierozwiązana w dalszym ciągu kwestia zakupu kóz do gospodarstwa ekologicznego. Spędził kilka godzin, próbując rozgryźć tajemnicze allegro, ale najwyraźniej nie wiedział, gdzie ma klikać, a wpisywanie słowa „koza” w wyszukiwarkę Google zaowocowało definicją i opisem zwierzęcia wraz ze zdjęciami oraz propozycjami alternatywnych rozwiązań grzewczych. Nawet ze dwie agencje towarzyskie się trafiły, zanim sołtys, zniechęcony brakiem konkretnych informacji, wyłączył komputer.

Poranek wstał słoneczny i rześki. Szeptucha podniosła się dziarsko z posłania i wyszła na podwórze. Zza sosen wyłaniało się słońce, a wyżej zawisło bezchmurne niebo. Zapowiadał się piękny dzień. Doskonały na pogodzenie się z prawnuczką i zmanipulowanie jej młodzieńczego, nieodpornego na pomysłową indoktrynację umysłu.

Coś nagle zaszeleściło za linią jałowców. Nie był to zając. Te doskonale wiedziały, czym grozi próba nieautoryzowanego naruszenia strefy ochronnej. Zza krzaków nadciągało coś większego i najwyraźniej nieświadomego istniejących zabezpieczeń.

– Halo! Halo! Jest tu kto? – wydarł się głos zza zarośli.

– Kto pyta?

– To ja, sołtys, Gąsior Alojzy!

– Aluś, to ty nie wiesz, że trzeba się zaanonsować, zanim się komuś z buciorami na posesję wlezie? – zbeształa go Szeptucha.

– Przepraszam, babko, ale sprawę mam zwłoki niecierpiącą! Mogę z krzaków wyleźć?

– No wyjdź – zgodziła się łaskawie.

Sołtys przedarł się przez jałowce i stanął nieopodal. Jego ramiona pstrzyły strzępki pajęczyn.

– O co chodzi, Aluś?

– Ach, babko! Ja wedle tych kóz do gospodarstwa! Nijak znaleźć ich nie mogę. W skupie powiedzieli, że tu w okolicy nikt nie ma.

– Na allegro szukałeś? – zapytała Szeptucha.

– Chyba tak, ale nic nie znalazłem.

– Chodź, chłopcze, do środka. Razem poszukamy – skapitulowała babka i weszła do domu, nie oglądając się na sołtysa.

Jak się kwadrans później okazało, na allegro sprzedawali kozy, ale z odbiorem własnym, i to gdzieś spod Rzeszowa. Wysyłki kurierskiej hodowca nie oferował.

– I co teraz? – zasępił się sołtys.

– A nic! – od drzwi odezwała się zaspanym głosem Lelka. – Trzeba znaleźć chiński sklep internetowy.

Jak się okazało, to, co było nie do przeskoczenia dla starszego pokolenia, najmłodsze rozwiązało w dwie minuty.

– Zamówiłam panu stadko dwudziestu sztuk – poinformowała sołtysa Aurelia. – W regulaminie napisali, że zamówienie realizują w dziesięć dni.

– I już? – z niedowierzaniem dopytał Alojzy.

– No, a co więcej ma być? – zdziwiła się nastolatka. – Kupione i tyle.

Szeptucha tylko wzruszyła ramionami i skinęła na sołtysa.

– Pora już na ciebie, Aluś. Akcję sprzątania zacznij lepiej, bo się na czas nie wyrobisz.

Alojzy poderwał się na równe nogi, i skinąwszy głową gospodyni, pospiesznie wyszedł z izby.

– I tak się do ciebie nie odzywam! – obwieściła prababce Lela i przepadła na godzinę w łazience.

Następne dziesięć dni upłynęło mieszkańcom na gorączkowym sprzątaniu wsi. Łatwo nie było, szczególnie w lesie, ale w końcu nawet przecinki zaświeciły czystością. A wkrótce nadszedł oczekiwany z niecierpliwością dzień. Do wioski wjechał TIR na białoruskich blachach, ze środka wyskoczył gadający po rusku skośnooki żółtek z plikiem papierów w ręku.

– Padpis nada! – Podetknął sołtysowi papier i usłużnie wetknął w rękę długopis.

A po chwili z rampy samochodu zeskoczyło stadko dwudziestu kóz, które Zenek zapędził do zagrody. Teraz to już tylko wystarczyło poczekać na unijną komisję. Nawet kwiaty były zamówione, a babka Łopianowa studiowała przepisy na wyrób sera z koziego mleka. Jedyną niedogodnością było to, że cholerne kozy chciały żreć wyłącznie ryż.

– Tak dłużej być nie może! – obwieściła Szeptucha Mruczkowi. – Już drugi tydzień Lelka się na mnie boczy. Szlag trafił szkolenie, a ten kundel Stachańskich pałęta się po moim podwórku.

Kot profilaktycznie nie zabrał głosu.

– Jak rozsądkiem nie wychodzi, to podstępem trza! – zawyrokowała stara głosem, który zdecydowanie nie wróżył niczego dobrego.

Do chałupy weszła właśnie naburmuszona Lela i bez słowa poszła za piec. Ostatnio na zmianę znikała w lesie i pływała w basenie.

Szeptucha odsłoniła kotarę, zza której wyłonił się szereg monitorów. Sękate palce przebiegły sprawnie po klawiaturze. Monitory rozbłysnęły przekazem kamer z wszystkich newralgicznych punktów wsi. Babka zostawiła sprzęt, ubrała się po cichu i podreptała w stronę sklepu. Niedługo miała się rozpocząć ceremonia powitania unijnej komisji.

– Panie sołtysie! Panie Alojzy! – Wrzask doszedł do namydlonych uszu sołtysa, gdy ten brał kąpiel.

– Co jest? – odkrzyknął, siadając prosto w wannie.

– Ryż się skończył! Kóz nie ma czym nakarmić! – darł się spod okna Zenek.

– No to im żreć nie dawaj!

– Ale panie sołtysie! One sztachety żreć zaczęły! Jeszcze z godzina i wyżrą całe ogrodzenie.

– Jasna cholera! Jesteś tam Zenek jeszcze?

– Jestem, panie sołtysie!

– To migiem wsiadaj w Punto i jedź po ryż do Wieprzewa. Piłeś coś?

– Tyle co nic – zaszemrał uspokajająco Zenek. – To ja polecę, co?

– Leć!

Lelka wróciła z basenu zmęczona, ale i zadowolona. Uzgodnili z Błażejem, że jutro uciekną i pojadą do Irlandii, a tam nikt nie będzie im już przeszkadzał. Dziewczyna owinęła włosy ręcznikiem i weszła do izby. I tu się mocno zdziwiła. Całą ścianę prymitywnej chałupy, dotychczas zasłoniętą szczelnie kotarą, pokrywał nowoczesny sprzęt komputerowy. Widziała wcześniej babcinego laptopa, nawet chińskich hurtowni kóz na nim szukała, ale tamten sprzęt był niepozorny i dotychczas na niskiej ławie stał. A tutaj? Centrum dowodzenia jakieś?

– O żesz w mordę.

Na monitorach przewijały się znajome twarze z wioski. Najwyraźniej babka miała kamery poukrywane absolutnie we wszystkich chałupach i wokół nich.

– Ha, ha, ha! – roześmiała się Lela na widok Zośki Pirynowej, która ukradkiem wspinała się po dzikim winie w stronę okna plebanii.

– Ale jazda! – krzyknęła na widok swojego młodocianego brata, który czołgał się z procą w stronę krów babci Błażeja.

– Ożesz kurwa! – krzyknęła wreszcie, widząc w doskonałej rozdzielczości, jak Błażej migdali się w stogu siana z jakąś blondyną.

Po chałupie poszły iskry. Aurelia przestała kontrolować moc i wypłynęła z chałupy. Zagwizdała na maliniak. Krzaki ustawiły się karnie w dwuszeregu.

– Rację prababka miała! – wysyczała młoda Szeptucha. – Stachańskie plemię to zdrajcy! No to uważaj teraz, bo idę do ciebie, Błażejku.

Jakaś duchota taka stała w powietrzu, a sołtys pocił się okrutnie pod białą koszulą. Krawat dusił, a czarne lakierowane pantofle stanowiły istną torturę dla stóp. Zza węgła wytoczyła się czarna limuzyna i osiadła w piachu przed sklepem spożywczym. Ze środka wygramolił się otyły facet w garniturze i dwie wąsate baby w garsonkach. Całe towarzystwo rozejrzało się podejrzliwie po zabudowaniach, ale najwyraźniej nie mieli się do czego przyczepić, bo wkrótce szanowna komisja podeszła do delegacji w osobie sołtysa Alojzego Gąsiora i jego małżonki Eleonory. Po sztywnych powitaniach, ocieplonych familiarnym poklepywaniem się po plecach, szacowne gremium miało przejść do pierwszego punktu imprezy, czyli zwiedzania ekologicznej farmy kóz, ale nagłe zdarzenia zrujnowały plan wizyty.

Najpierw nad polem rozniósł się donośny głos Zenka Kapelusznego.

– Panie Sołtysie! Te cholery zeżarły ogrodzenie i zwiały do lasu!

Alojzy Gąsior nie zdążył się nawet oswoić z nabytą wiedzą, gdy przez wieś przetoczył się potężny grzmot.

A dalej to było tylko gorzej. Na drogę wypadła bogusiowa Aurelka, a jej stojące dęba włosy emitowały dziwne wyładowania elektryczne. Tuż za nią ze złowieszczym szelestem pędziły jakieś krzaki.

– Zamorduję! – darła się Lela. – Gdzie on jest?!

Krzaki rozpierzchły się po chałupach i zaczęły gałęziami tłuc szyby w oknach.

Sołtys osunął się zemdlony w ramiona wąsatej członkini delegacji unijnej.

– No proszę! – zacmokała z zadowoleniem Szeptucha, obserwując poczynania nieodrodnej, jak się jednak okazało, prawnuczki. – Demolka na całego – zarechotała.

Upajała się przez chwilę chaosem, ale sytuacja zaczynała być groźna i zdecydowanie należało podjąć działania wyciszające. Skrzyżowała palce za plecami i zaszeptała tłum. Na mieszkańców wioski spłynęła chwilowa amnezja, objawiająca się maślanym wzrokiem, chorobą sierocą i nieznacznym wyciekiem śliny z ust. Aurelka niezrażona szalała dalej. Krzaki pod jej przywództwem opanowały właśnie okoliczne dachy i przymierzały się do zrywania dachówek.

– Dość! – powiedziała stanowczo babka i pstryknęła palcami.

Lela otrząsnęła się i zsunęła się z komina. Podeszła do prababki.

– Do domu, ale już! – zadysponowała stara.

– Jak chcecie, prababko – wymamrotała ogłupiała Lelka i machnęła na krzaki.

– Krzaki zostają tutaj – zaoponowała Szeptucha.

– Jak chcecie, prababko – powtórzyła jak robot Aurelia i posłusznie podreptała w stronę chałupy.

Jeszcze tylko parę zabiegów kosmetycznych i można ruszać dalej.

– A tu widzicie państwo – Szeptucha, stając obok Alusia, powiodła ręką po okolicznych dachach – eksperymentalną uprawę malin. Jak się okazuje, południowe stoki dachów gwarantują roślinom nasłonecznienie zdecydowanie lepsze niż pola. W efekcie otrzymujemy ekologiczne owoce. Z tych z kolei pozyskujemy naturalne soki owocowe i lokalne wina.

– Brawo! – zaklaskała w dłonie wąsata blondyna.

– Brawo! – podchwycił sołtys, a po chwili klaskała cała oszołomiona gawiedź.

Szeptucha cmoknęła cicho na Mruczka i wycofała się z tłumu po angielsku. Miała dzisiaj parę rzeczy do zrobienia, a najważniejszą z nich był przelew na kwotę trzech tysięcy euro do Luksemburga. Tam właśnie mieszkał młodociany Jayden, mistrz animacji komputerowej i autor zgrabnej scenki na sianie z Błażejem w roli głównej.

– Miau! – wyraził dezaprobatę kot.

W odwecie usłyszał diaboliczny śmiech babki niosący się po lesie.




"Do trzech razy sztuka". Fragment nowej powieści Izy


Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.




Sprzedawała baba auto...


Moi mili, pewnie znacie to z autopsji i wiecie rzecz oczywistą, że od baby się nie kupuje. No bo przecież lepiej kupić po księdzu, lekarzu (ze szczególnym uwzględnieniem ginekologa), aptekarzu a najlepiej to kupić po dziadku z Wehrmachtu. No, ewentualnie od jakiegoś Holendra, choć tutaj może powstać problem spalania. Zupełnie nie wiem natomiast, dlaczego dyskryminuje się w tej kwestii naszych rodzimych dziadków, bo przecież oni tylko do kościoła i na działkę. No i nasi w ofercie mają do zaoferowania więcej modeli, niźli tylko przechodzone egzemplarze reprezentujące owiany legendą mit niemieckiej motoryzacji z dziewiątej dekady ubiegłego stulecia. Normalnie same pewniaki, ale i tak wszystko wymięka w zderzeniu z rzeczywistością, w sytuacji, w której sprzedaje kobieta. Biedaczka prawie od razu, przez sam fakt bycia reprezentantką płci pięknej, zostaje postawiona na straconej pozycji. Dlaczego? Bo biedna nie umie, bo niemota nie wie, bo na garach tylko się zna a na motoryzacji – za grosz, bo sierota jakaś, co to na bank sprzęgła do końca wcisnąć nie potrafi i owo na bank niedługo się spali, o ile już się nie spaliło i tak dalej…

Niedawno na forum motoryzacyjnym zapoznałam się z burzliwym wątkiem, w którym, w tejże materii, udzielali się sami fachowcy. Wzajemnie się zapewniali, że auto po babie zawsze ma zarysowania w okolicy klamki od strony kierowcy, bo to od tipsów (sic!) (ewentualnie od pierścionków). Hmm, ciekawa teoria.

Ja nie wiem co to za cymbały, jeden z drugim, że nie wiedzą jak drogie są tipsy i jak bardzo trzeba na nie uważać!? A jak boli taki tips, gdy się go nadłamie o klamkę!? To już kaplica i cymbał, jeden z drugim, pewnie od takiego bólu by zszedł z tego łez padołu. Być może Edward Nożycoręki mógłby coś na ten temat szepnąć oraz lakier obok klamki zarysować, ale dajmy spokój. Zatem, kupując auto po babie, żeby się upewnić czy aby na pewno nie kłamie, sugeruję sprawdzić multum rysek i otarć w okolicy bagażnika. W końcu przewieźć w ciągu kilku lat kilkadziesiąt ton zakupów, a do tego różne wózki, chodziki, nosidełka, kojce, hulajnogi, rowerki, rolki i resztę, to nie byle co. Ha!

Moje Drogie Panie Kierowniczki, jeśli planujecie wystawić wasze cudo na aukcji w internecie, poniżej, specjalnie dla Was, jest gotowa formułka do wklejenia do opisu aukcji. U mnie zadziałała, więc może zadziała i u Was :)

„ Szanowny Kliencie. Bardzo zachęcam do kupna i od razu uprzedzam, że sprzedaje kobieta, co wcale nie oznacza, że pójdzie łatwo. Co najważniejsze, cena nie podlega negocjacjom, więc proszę mi tu nie marudzić, że „coś tam” i głowy nie zawracać, bo jestem osobą zajętą i dla melepetów gawędziarzy, co to im się wydaje, że się znają na samochodach, nie mam czasu. Argumentu, że sprzedaje baba absolutnie nie biorę pod uwagę, bo dzieci zawsze obowiązywał zakaz wszelkiej konsumpcji na terenie pojazdu, a widziałam na własne oczy tyle upapranych aut po facetach, że nie zliczę. Szczególnie brudne miał ginekolog mojej szwagierki, a i proboszcz z parafii mojej teściowej również pedanterią nie grzeszył. Znam własne auto lepiej niż własne dziecko, więc jedyną sytuacją, w której dopuszczam możliwość negocjacji, to taka, kiedy kupujący znajdzie w aucie coś, co zataiłam w opisie. Niemniej uprzedzam lojalnie, że przy ostatnim samochodzie klient szukał dwa tygodnie i niczego nie znalazł. W rodzinie, samochodami od zawsze zajmuję się ja, nieco się na nich znam i jest to fyfnaste auto, jakie sprzedaję, więc uprzedzam, że nie łyknę żadnego kitu od pseudo fachowca z chińskim miernikiem grubości lakieru z sąsiedniej aukcji.

Nie mam nic do ukrycia i chętnie udostępnię samochód do oględzin w dowolnym warsztacie w mojej okolicy. U mechanika, blacharza, nawet u jasnowidza i różdżkarza. Oczywiście koszty oględzin ponosi klient. Na życzenie numer VIN.

Przepraszam, że na foto auto jest trochę brudne, ale obiecuję, że do sprzedaży będzie cacy.

Mycia silnika nie praktykuję, więc pod maską będzie normalnie i proszę liczyć się z tym, że przy sprzedaży mogę płakać.  Zapraszam.”