Browsed by
Tag: śmieszne

image_pdfimage_print
Martyna 15

Martyna 15

Rozdział 15

W którym Martyna zbawia świat

Gdy kobieta w pewnym wieku zaczyna płakać i ronić obficie łzy, jej mózg gwałtownie szuka oparcia w najbardziej nawet absurdalnej,  lecz optymistycznej myśli. Wszystko  jest  lepsze od zapuchniętych oczu  i czerwonego nosa. Martyna  szukała długo,  lecz wszystko natrętnie kojarzyło  się  jej z wybuchem Ziemi, więc ostatecznie, by powstrzymać potok zdradzieckich łez, uczepiła się myśli tak groteskowej, że w kilka sekund  oczy  wyschły,  a  z  ust  wydobył  się  złośliwy  rechot.  Przytrzymała  na  chwilę  pod  powiekami malowniczy  obraz  mamusi  bliźniaków,  która  każąc  im  ściągnąć  portki,  kolejno  tłucze  ich  pasem  po owłosionych tyłkach. Martyna wyprostowała się, beknęła donośnie i uśmiechnęła w stronę przyczajonych komputerów.

– Mam pomysł! – powiedziała radośnie, szczerząc zęby.

Wstała powoli z fotela i przesunęła się dwa kroki w prawo, koncentrując spojrzenie na porośniętym kurzem Macu. Przez chwilę wpatrywała się w  jego ekran  i obudowę, a po chwili kucnęła  i zajrzała pod pulpit. Dołem  kłębiły  się kable,  których przeznaczenie  było  kompletną  zagadką. Przez  chwilę Martyna żałowała, że nie podpytała bliźniaków o Ewę, ale jakoś się nie złożyło. Wzruszyła ramionami, wyciągnęła z kieszeni śrubokręt i wpełzła pod blat, krztusząc się kurzem.

– Ale co ty tam robisz właściwie? – zapytał z niepokojem Lewy.

– Naprawiam! – odkrzyknęła radośnie Martyna.

– Tego się nie da naprawić! – ze zgrozą wychrypiał Lewy.

– Słuchaj, miałam zapytać… – rozdarła się nasza bohaterka – co się dzieje ze Środkowym? Milczy, nie komentuje, chory czy co?

– Obawiam się, że chory – powiedział Lewy, gorączkowo analizując dane

– Aha! – wykazała się współczuciem Martyna. – A co mu jest?

– Nie wiem dokładnie, ale wydaje mi się, że złapał wirusa.

– Nie  sądzę.  Gdyby  Środkowy  złapał  wirusa,  to  już  byś  się  pewnie  zaraził–  orzekła autorytatywnym tonem.

– Kurde, Martyna, przecież to nie grypa, no nie? – zaprotestował komputer i metalicznie zakasłał.

– A  ja  tam wiem? –  rzekła na  to  filozoficznie Martyna. – Macie wspólne  łącza  internetowe, więc gdyby Środkowy podłapał zarazę, to ty też. Ja myślę, że to coś innego – dodała po chwili namysłu.

– Niby co? – zapytał zaintrygowany Lewy.

– Lucjan go programował, więc Środkowy jest na bank kapusiem. Teraz milczy, słucha i koduje – sapnęła Martyna i przesuwając się nieznacznie, podstępnie wyrwała kabel zasilający Środkowego.

– Cóż czynisz, nieszczęsna! – zawył melodramatycznie Lewy. – Teraz wszyscy zginiemy!

– Nie  pękaj,  chłopie  –  powiedziała  kojąco Martyna,  bezwiednie  przypisując  biedakowi  męskie cechy. – Cóż właściwie mamy teraz do stracenia? – dodała filozoficznie.

– No… bardzo dużo – wtrącił Lewy wyjątkowo trzeźwym głosem. – Na przykład zasilanie!

– E tam! – popłynął spod blatu beztroski głos naszej bohaterki. – Dasz radę. Trzeba tylko w siebie uwierzyć, wiesz?

– Tak myślisz? – zapytał z zadumą Lewy.

– No  pewnie!  –  potwierdziła Martyna.  – Ty  pilnuj  zasilania,  a  ja  się  zajmę  reaktywacją naszego Jabłuszka.

– A po co? – zdziwił się komputer.

– No  jak  to  po  co?  –  zachichotała  nasza  niedościgniona  znawczyni  komputerów.  –  Zamierzam odpalić pewną strategię ekonomiczną.

– Martyna!  Daj  spokój!  –  rzekł  z  drżeniem  syntezatora  Lewy.  –  Ty  nawet  nie  wiesz,  jaki  to skomplikowany program.

– Ha! Właśnie  dlatego  jesteś  mi  potrzebny.–  powiedziała  pogodnie Martyna.  –  Sama  sobie  nie poradzę. Na początek wykaż odrobinę dobrej woli i przypomnij sobie, co Ewa zrobiła Macowi.

– Nie wiem dokładnie – zamyślił się Lewy. – Mój system był wtedy dopiero w powijakach, więc pamiętam to wszystko jak przez mgłę. Wydaje mi się, że do kokpitu wpadła blondynka i wrzeszczała coś o  manipulantach  i  prezydenckich  bubkach.  Potem  dopadła  do  Jabłuszka,  próbowała  wpisywać  jakieś polecenia, ale Prawy kompletnie  to olał. Ewa się wnerwiła  i zaczęła krzyczeć, że on się nadaje tylko do horoskopów,  i histerycznie zażądała przepowiedni na następne  lata. Środkowy się wkurzył  i coś  tam  jej dogadywał, więc kobita    z  furią wyrwała mu wtyczkę  i odcięła od zasilania. Wrzeszczała przy  tym, że przez  takie idiotyczne maszyny  jej świat się chwieje w posadach. Myślisz, że wypaliła za dużo zielska i głupoty gadała? – zapytał trwożliwie Lewy.

– Nie  sądzę.  Podejrzewam,  że  dokładnie  wiedziała,  o  czym  mówi  –  skwitowała  Martyna.  –  I zapewne miała rację.

– No, ale Środkowy… – zaczął z wahaniem Lewy.

– Środkowy  to kapuś, którego  jedyną funkcją było kontrolowanie całego systemu  i wprowadzanie w życie chorych wizji Lucjana – powiedziała stanowczo Martyna. – Zobacz! Wyłączyłam gada i jakoś nic złego się nie stało.

– No niby fakt, ale moje dane ciągle wariują – szepnął komputer.

– Podejrzewam, że odczuwasz coś w rodzaju pustki, podobnej do ulgi po wyrwaniu bolącego zęba – zarechotała Martyna spod blatu.

Lewy  przemilczał  optymistyczny  komentarz  Ziemianki  i  pogrążył  się  we  własnych  danych. Martyna w  tym czasie zdołała  rozwikłać kable  i  identyfikując  ich końcówki, powtykała  je we właściwe miejsca. Wyszczerzyła zęby  i z niekłamaną satysfakcją wypisaną na zakurzonej  twarzy wygramoliła się spod zwałowiska przewodów.

– No!  –  powiedziała.  – Albo wybuchnie,  albo  się włączy.  Żartowałam!  –  zawołała  pospiesznie, widząc, że Lewy zaczyna automatycznie uruchamiać program ewakuacji.

– Zapamiętaj  sobie  na  przyszłość,  że my,  komputery,  nie  znamy  się  na  żartach  –odparł sztywno Lewy.

Martyna  puściła  tę  uwagę  mimo  uszu  i  skoncentrowała  się  na  ekranie  Maca,  który  zaczął obiecująco migotać. Twardy dysk, nieużywany od bardzo dawna, rzęził z wysiłkiem,  lecz ani na chwilę nie  zamilkł,  co  było wielce  obiecującym  znakiem.  Nasza  dzielna  informatyczka  zasiadła wygodnie w fotelu  i  strzepując  z  siebie  beztrosko  kurz  na  klawiaturę  Środkowego,  wpatrywała się  z  nadzieją  w monitor Jabłuszka.

– Ty, patrz! – radośnie ryknęła po chwili do Lewego. – Obudził się, skubany!

– Odbieram  jego  natarczywą  obecność  wszystkimi  sensorami  –  prychnął  nadal  naburmuszony

komputer.

Jabłuszko budziło się po długim, ponaddwudziestoletnim śnie i z trudem uruchamiając wiatraczek, zameldowało swoją przytomność świetlistym komunikatem.

– „Podaj  hasło”  –  przeczytała  na  głos  Martyna.  –  Kuźwa,  no  to  mamy  problem.  Na  was wystarczyły srebrne kluczyki Lucjana, a jemu jakieś hasło potrzebne? – dodała poirytowana.

– A co się tak dziwisz? Cały syf i wszelkie potencjalne kłopoty, jakie ciągną się za nim, są chyba wystarczającym powodem do tego, żeby mu założyć solidne hasło.

– Solidne,  powiadasz?  –  stropiła  się  nasza  bohaterka,  drapiąc  się  z  zadumą  po  rozczochranej łepetynie  i  zaczęła  gorączkowo  stukać  w  klawisze.  Wpisywała  kolejne  hasła,  z  których  jedynie „RAJ3.14” i „QWERTY” miały jakieś logiczne uzasadnienie. Martyna mruczała niewyraźnie pod nosem szalenie parlamentarne, z perspektywy jej czasów, słowa.

– Martyna! – wtrącił się w pełny napięcia stukot Lewy. – Daj se spokój, dobra?

– Cicho bądź! – zgasiła go niecierpliwie Martyna.

– Ale słuchaj…

– To ty słuchaj! Znajdę to hasło, choćbym miała tu całą noc siedzieć. I lepiej mnie nie zniechęcaj, bo  to,  że  ty  go  nie  znasz,  nie  oznacza,  że mój  ziemski  i  unikalny  umysł  nie  ustawi  kilku właściwych literek we właściwym porządku – dodała chełpliwie.

– Ale ja znam to hasło! – powiedział Lewy, tłumiąc litościwie zgrzytliwe paroksyzmy śmiechu.

– Znasz? –Martyna wpatrzyła się zbaraniałym wzrokiem w migoczący monitor Lewego, po którym hasały wirtualne motylki.

– Znam! Wpisz:  „najwazniejszyszef” –  zachichotał komputer mechanicznie  i wycofał  z monitora motylki, zastępując je  jaskrawo roziskrzonymi na granatowym tle literami hasła.

Martyna mrucząc  coś, co przy odrobinie dobrej woli można by przełożyć na:  „dziękuję bardzo”, rzuciła się pazernie na klawiaturę i dwukrotnie usuwając literówki, wprowadziła podane hasło. Jabłuszko zamigotało ponownie i z triumfalną fanfarą odpaliło nowe okno, w którym jak wół stało: „Witaj, graczu! Podaj  login  i  hasło  lub  rozpocznij  nową  grę!”.  Oczywiście  poniżej  komunikatu znajdowały  się odpowiednie ikony, więc nasza graczka kliknęła w opcję: „Saved games”, nawet nie bardzo się dziwiąc, że oprogramowanie F.I.U.T.E.K. również preferuje angielszczyznę.

Po kilku sekundach komputer z wysiłkiem wyświetlił przed jej oczami wachlarz możliwości:

  1. tataszef.gra
  2. Lucek.gra
  3. lucekgady.gra
  4. lucmalpa.gra
  5. mlody1.gra
  6. mlodynowe.gra
  7. mamameteoryt.gra

Martyna  przez  chwilę  walczyła  z  pokusą  spenetrowania  rozgrywki  tajemniczej  mamuśki,  lecz rozsądek podpowiadał, że dla  jej celów najważniejsze  jest w  tym momencie odpalenie chorej układanki Lucjana. Kliknęła dwukrotnie w plik „lucmalpa.gra” i bez wysiłku złamała hasło, które musiało brzmieć: „MARTYNA”. Przed jej oczami rozwinęła się kolorowa kula ziemska i mnóstwo funkcji upchniętych w tajemniczych  ikonkach  po  obydwu  stronach  wirującego  majestatycznie  wirtualnego  globu.  Pozorny spokój  gry  momentalnie  nasunął  na  myśl  naszej  bezdomnej  Ziemiance  kadry  z  audiotele  Magdusi. Martyna  przez  dłuższą  chwilę  rozgryzała  ustawienia  i  opcje,  by  dojść  do  wniosku,  że  gra  Lucjana zatrzymała się na epoce kamienia łupanego. Wycofała się więc do głównego menu i spróbowała wejść w grę Młodego. Uporczywie wyświetlane  hasło,  którego  nasza  dzielna  graczka  nie  była w  stanie  złamać, sprawiło,  że  Martyna,  bluzgając  siarczyście,  kliknęła  dwukrotnie  w  plik  „Lucek.gra”  i  bez  wahania wstukała  swoje  imię.  Jak  się okazało, drogi Lucjan ponownie wytarł  sobie gębę naszą bohaterką, więc wejście w grę nie nastręczało żadnych trudności.  Po kilku sekundach ciężkiej pracy Jabłuszka przed Martyną ukazała się znajoma Błękitna Planeta, oblepiona  z  obydwu  stron monitora  różnokolorowymi  ikonkami. Data wyświetlona w  lewym  górnym rogu dobitnie potwierdziła fakt, że Martyna znalazła się we właściwiej grze. Jedną z pierwszych ikonek, które  rozpracowała, był nakierowany na  jej szkołę zoom. Odczuwając  swoiste déjà vu, nasza bohaterką uśmiechnęła  się do  starych, odrapanych korytarzy,  lecz nie  znajdując  sensu w kontynuacji gry, która  – zgodnie  z  „Trąbą  Jerychońską”  –  była  skazana  na  niepowodzenie, podjęła  karkołomną  próbę  cofnięcia wyroku wydanego na jej planetę przez matkę diabelskich bliźniaków.

Wzdychając ciężko, Martyna ponownie wycofała się do menu  i kliknęła w opcję „Nowa gra”. Po chwili przed  jej oczami pojawiła się poczciwa planeta, całkowicie błękitna, choć w opcji zoom dało się zauważyć  niewielkie  skrawki  lądu,  niemal  doszczętnie  wyjałowione  i  tylko  miejscami  porośnięte gigantycznymi wodorostami, które w wyraźny sposób mizerniały w rozgrzanym do czerwoności słońcu.

Planeta nie  zdradzała nawet  śladu  życia,  co  zostało potwierdzone w  stu procentach przez skaner, który Martyna odkryła w zbiorowisku ikon po prawej stronie.

– Lewy,  podaj  mi  prawdopodobną  datę  powstania  życia  na  Ziemi,  według  Internetu  z  mojej rzeczywistości – zadysponowała, nie odrywając wzroku od monitora Jabłuszka.

– Brak spójnych danych! – zakomunikował po chwili komputer.

Martyna myślała przez chwilę intensywnie, irytująco stukając przy tym pazurami w blat.

– Lewy, podaj mi orientacyjną datę powstania lądów.

– Istnieje kilka hipotez, ale żadna nie jest wiarygodna –zameldowała służbiście maszyna.

Nasza  ignorantka  zaklęła  pod  nosem  i  skoncentrowała  wzrok  na  wielce  interesującej  ikonce  z wizerunkiem zielonego kwadratu.

– Lewy,  podaj  mi  orientacyjny  czas  powstania  pierwszych  roślin  –  zażądała  z  pewnym ożywieniem.

– W karbonie – rzucił lakonicznie komputer.

– Ja  też  cię mam w  karbonie!  –  zripostowała  błyskotliwie  nasza  intelektualistka  i  powróciła  do studiowania zawartości programu. Po chwili namysłu ostrożnie kliknęła w zieloną ikonkę i wpatrzyła się z zadowoleniem na komunikat: „Właśnie zamierzasz stworzyć ląd”.

– Ha! – powiedziała z satysfakcją i niekłamaną dumą. – No to teraz sobie stworzymy lądy!

– Martyna, no co  ty? – Weź no  lepiej nie kombinuj, bo zrobisz  jeszcze większy  syf! – Lewy był wyraźnie zaniepokojony.

– Lewy, podaj mi… – zawiesiła głos Martyna.

– Co znów mam ci podać!– gderliwie ponaglił komputer.

– Piwo  mi  podaj.  Do  tego  świetnie  się  nadajesz!  –  zarechotała  nasza  zbawicielka,  rysując  z mozołem kontur Afryki.

– Służę uprzejmie! – obraził się Lewy i wydał stosowne dyspozycje do kuchni.

Piwo, co trzeba przyznać, bardzo się przydało, bo Martyna po stworzeniu obydwu Ameryk i części Azji  lekko zbaraniała, zabierając się do szkicu swojego macierzystego kontynentu. Jak  to zwykle bywa, to, co jest pod nosem, umyka, i nasza bohaterka, próbując sobie przypomnieć kontur Europy, zamarła na chwilę,  by  po  chwili  otworzyć  browar,  który  zazwyczaj  korzystnie wpływał  na  jej  koncentrację.  Tym razem nawet to nie pomogło. Geograficzna ignorancja naszej byłej uczennicy wypłynęła właśnie w całej krasie na światło dzienne i nie pozostawało jej nic innego niż kapitulacja przed zasobami Lewego.

– Pokaż  no  mi  mapę  Ziemi,  kochaneczku  –  powiedziała  z  pewnym  ociąganiem  i  udała,  że  nie słyszy metalicznych i tłumionych parsknięć śmiechu.

Teraz  poszło  znacznie  lepiej  i  po  paru  łykach  piwa  okazało  się,  że  kontynenty  prezentują się całkiem przyzwoicie.  Ich wadą było  jedynie  to, że wszystkie były żałośnie płaskie  i całkowicie pokryte soczysta zielenią.

– Nic  się  nie  dzieje  bez  przyczyny  –  powiedziała  sentencjonalnie  Martyna,  przyglądając  się

krytycznie swojemu dziełu.

– Jeśli mogę coś powiedzieć – wtrącił  się Lewy –  to w prawym górnym  rogu  znajduje  się  ikona kataklizmów.

Nasza  bohaterka  skupiła wzrok  na  papuziej  feerii  ikon monitora  i  po  chwili  jej  jastrzębi wzrok wyłowił  tę oznaczoną  złocistym  i  schematycznym  rysunkiem piorunu. Kliknęła w nią bez zbytecznych ceregieli i przed jej oczami rozwinęła się wielce obiecująca lista możliwości.

Lista możliwości:

– potop

– trzęsienie ziemi

– susza

– ruchy tektoniczne

– pożary

– meteoryty

– zlodowacenia

 

Węsząc trop, Martyna weszła w opcję „meteoryty” i odnajdując rubryki, w których system prosił o podanie  trajektorii,  siły  rażenia  i  innych  danych,  które  były  kompletnie  dla  normalnego  ziemskiego ignoranta  niezrozumiałe, wycofała  się  pospiesznie,  gratulując  sobie,  że  zna zastosowanie  powszechnie używanej, skierowanej w lewą stronę zielonej strzałki. Myśl prędka jak błyskawica przegalopowała przez nieprzeciętny  umysł  naszej  zbawicielki  i  eksplodowała  całkowitym  zrozumiem  stylu  prymitywnego działania matki upiornych bliźniaków.

– A pies ją srał! – skomentowała głośno i wulgarnie.

– A kogo? – zagaił uprzejmie Lewy.

– A tę babę głupią! Matkę tych dwóch idiotów! – sapnęła ze złością Martyna. – Jej kurzy móżdżek pewnie nie ogrania nawet Onetu, a co dopiero  trajektorii  lotu meteorytów. Klikała, klikała, aż w końcu wysadziła wszystko. I pewnie nawet o tym nie wie! A ja teraz kłopot mam!

– Nie sądź swoją miarą – skomentował nieprofesjonalnie Lewy.

– Czyli jak? – zapytała lodowatym tonem Martyna.

– Pani  prezydentowa  jest  z  wykształcenia  fizykiem  jądrowym…  –  wyjaśnił  nie  bez  satysfakcji komputer.

– No  i  tego właśnie mogłam  się po niej  spodziewać!  – prychnęła pogardliwie nasza wielbicielka nauk  ścisłych.  –  Tacy  to  nie  mają  nawet  odrobiny  wyobraźni  i  wyliczają  sens  istnienia  za  pomocą debilnych wzorów.  Tak  jakby  bez  tego  jabłka  nie  umiały  spadać  z  drzewa.  – warknęła  nastroszona  i zapytała  retorycznie: – Jaki  jest  sens w zajmowaniu się  takimi pierdołami? Nie  lepiej polecieć w ciepłe kraje,  usiąść  pod  palmą  i  otworzyć  browarek? Albo  puścić  sobie muzyczkę  z  kompa  i  pograć w  fajną gierkę?

– A samoloty, komputery i puszki aluminiowe to pewnie sobie powstały ot tak, w toku ewolucji? – zarżał otwarcie Lewy.

– Dobra,  weź  no  ty  się  nie  mądrz,  tylko  odpal  jakieś  bryki  z  geografii,  żebym  nie  pomyliła kolejności kataklizmów – ucięła.

Komputer  zaczął  posłusznie  wypluwać  dane,  a  nasza  stwórczyni,  wysuwając  w  skupieniu koniuszek języka, precyzyjnie poddawała zielone płaskie kontynenty niszczycielskim zabiegom. Jej pełne satysfakcji  okrzyki  niosły  się  echem  po  kokpicie  i miały  ścisły  związek  z  niszczycielską  działalnością żywiołów  wszelakiej  maści.  Od  wypiętrzenia  gór  i  kontrolowanych  potopów  Martyna  przeskoczyła zgrabnie  do  bakterii  i  innych  pierdół  i  mocno  znużona  beznadziejnie  powolną  akcją  gry,  ustawiła maksymalną  prędkość.  Przed  jej  czerwonymi  z  niewyspania  oczami  przewijały  się  dziwaczne  stworki, które w ekspresowym tempie wylazły z oceanów i rozpanoszyły się po lądach i w przestworzach. Naszej ignorantce  kompletnie  nie  przeszkadzał  fakt,  że  wyszczerbiła  parę  łańcuchów  pokarmowych,  nie wspominając  o  tym,  że  macierzystym  lądem  ogromnych  gadów  stały  się  współczesne  kontynenty. Możemy  w  tym  miejscu  podjąć  jednak  próbę  usprawiedliwienia  Martyny,  ponieważ  wtedy,  gdy  jej nauczycielka  geografii  przerabiała  lekcję  pod  tytułem  „Pangea”,  nasza  nieletnia  wówczas  bohaterka, uzbrojona w gencjanę, walczyła dzielnie z ospą w domowych pieleszach.

Jakby  nie  było,  to w  ostatecznym  rozrachunku  i  tak  się wszystko wyrównało,  bo Martyna przy pomocy  Lewego  wyliczyła  skrupulatnie  trajektorię  i  siłę  rażenia  kilku  meteorytów,  które  precyzyjnie odpalone w kierunku wizjonerskich lądów, skutecznie wyeliminowały gadzi problem. A zresztą, kto wie, jak było naprawdę? A co, jeśli nasza zbawicielka z przypadku miała rację,  twierdząc, że  intuicja  i ślepy traf  są  więcej  warte  od  ścisłego  stosowania  bezdusznych  procedur?  I  wreszcie,  czy  ktoś  na  ostatnich kilkudziesięciu  stronach  sugerował,  że  intencją  naszej  bohaterki  jest  stworzenie  wiernej  repliki rzeczywistości,  w  której  przyszła  na  świat?  Gdyby  Martyna  choć  na  moment  oderwała  się  od poukładanych w perfekcyjne  rządki  ikon, zapewne wyliczyłaby mrowie wad  swojego ułomnego  świata, który przeplatał się w czasie z miliardem równie ułomnych alternatyw. Szczęście jest sprawą subiektywną i tym zapewne kierował się każdy ze strategów pokonujących kolejne etapy gry w Ziemię.

– Stop! – ryknęła z mocą nasza bohaterka i kliknęła gwałtownie w opcje, wyhamowując tempo gry.

Jej uwagę przykuły człekokształtne, które,  jak pamiętała, Lucjan wyposażył w geny swojej  rasy. Kusiło ją,  żeby  pozostawić  małpy  w  spokoju  i  cierpliwe  poczekać,  aż  same  odnajdą  w  swych  włochatych mózgach znamiona człowieczeństwa, ale za szybami kokpitu  rodził się światłem dwóch gwiazd kolejny dzień  i Martynie  zwyczajnie  zabrakło  cierpliwości. Nie wiemy,  czy  słusznie  i  czy  olanie  sierściuchów doprowadziłoby  je  do  garniturów,  wojen  i  wyścigu  szczurów,  lecz  brzask  skutecznie  usprawiedliwiał naszą bohaterkę, która ziewając potężnie, kliknęła w ikonkę z wizerunkiem strzykawki kryjącej w sobie, zgodnie z jej oczekiwaniami, genetyczne bogactwo.

– Lewy, powiedz no mi, czy ty masz mój genotyp na składzie? – zapytała obojętnie.

– Oczywiście!  Przechowuję  wszystkie  dane!  –  odparł  służbiście  Lewy  i  bez  wahania  dodał.  – Wystarczy skorzystać z toalety…

– Liczę  na  to,  że mnie  uprzedzisz,  jak  się  okaże,  że w  ciąży  jestem  –  przerwała mu  zgryźliwie Martyna.  – Dawaj mi  tu mój  genotyp,  jak  już mam  coś  z małpami mieszać,  to  lepiej  niech  to będzie człowiek, a nie orangutan – podsumowała złośliwie.

– Służę uprzejmie, lecz muszę dodać, że twój genotyp ma ścisły związek z próbkami pobranymi od Lucjana! – napomknął Lewy.

– W  dupie  to mam! Najwyraźniej materiał  przerósł dawcę  i  uważam,  że mimo wszystko  nie ma sensu  zaszczepiać  człekokształtnym  małpich  genów  –  powiedziała  lekceważąco  nasza  genetyczna ignorantka.

– Jak sobie chcesz – odparł z rezygnacją komputer.

Dalej  gra  potoczyła  się  w  oszołamiającym  tempie.  Przed  oczami  Martyny  migały  kolejne przemiany:  jaskiniowcy  przeobrażający  się w  dzielnych  rolników  okupujących  drewniane  kurne  chaty, rozrzucone  po  wszystkich  globach  prymitywne  plemiona,  lokalne  konflikty  i  palenie  wiosek.  Nie pojawiały  się natomiast krwawe globalne wojenki, których mgliste wyobrażenie nasza bohaterka nosiła skrzętnie upchnięte w wacie traumatycznego wspomnienia lekcji historii. Świat parł ku cywilizacji, lecz w leniwym, jednostajnym tempie.

– Wojnę zrób, babo głupia! – nie wytrzymał nerwowo Lewy.

– A po co? – zapytała zdumiona Martyna, zapominając z wrażenia obrazić się za głupią babę.

– A  jak wykarmisz  to  towarzystwo? Masz świadomość,  ile się  tego  tam namnoży,  jeśli  ich  trochę nie przetrzebisz?

– Wystarczy  wyprodukować  więcej  żarcia!  –  odparła  pogodnie  nasza  świeżo  mianowana ekonomistka. Dorobimy trochę pól i zagród, zasadzimy sady i powinno być w porządku.

– Martyna!  –  jęknął  ze  zgrozą  Lewy.  –  A  co  z  miejscem?  Masz,  do  cholery,  tylko  sześć kontynentów  i  jeśli  nie  będziesz  kontrolować  liczebności  populacji,  to  niedługo wytną wszystkie  lasy, żeby chałupy postawić.

– Się zagospodaruje Antarktydę – powiedziała odkrywczo nasza bohaterka. – Spuścimy meteoryt, potem jakieś pożary i się klimacik ustabilizuje.

– Jak  rozpuścisz  Antarktydę,  to  wywołasz  niekontrolowany  potop  –  zgorszył  się  jej  beztroską komputer.

– Aha! – wykazała się zrozumieniem Martyna. – No to zrobimy to po babsku!

Wyprostowała  się  z  ożywieniem  na  fotelu  i  bez wahania  kliknęła  ponownie w  ikonę ozdobioną schematycznym  rysunkiem  strzykawki  i  zagłębiając  się  w  opcję  „osiągnięcia  medycyny”, wynalazła szybciutko piguły antykoncepcyjne. Zadowolona z  siebie, zaaplikowała planecie panaceum na wszelkie lęki i troski i triumfalnie powiodła spojrzeniem po monitorze Lewego.

– I co? Musi być wojna? – zapytała wyzywająco.

– Musi!  –  odparł  stanowczo  elektroniczny  dupek.  –  Zapomniałaś  o  tym,  że  wojny  napędzały postęp.  To  dzięki  wojnom  rodziły  się  nowe  technologie.  Nawet  głupiego  brązu  byście  nie wynaleźli, gdyby nie one!

– Spoko!  –  machnęła  lekceważąco  ręką  Martyna.  –  Pomyślałam  o  tym!  Ponieważ  w  mojej rzeczywistości  faceci  są  partnerami,  a  nie  panami, więc  cały  swój  twórczy  potencjał  kierują w  stronę produkcji biżuterii i garnków. Nic się nie bój, będzie dobrze!

Martyna  poczuła,  że  moc  stwórcza  zdecydowanie  ją  opuszcza,  więc  przyspieszyła  proces, jednocześnie ponaglając Lewego, by dostarczył kawę. Jej planeta dobijała właśnie do lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, więc nasza bohaterka wcisnęła pauzę  i  z  zadumą wpatrywała  się w powierzchnię globu. Pierwszą  rzeczą, która  rzuciła  jej  się w oczy, była  soczysta zieleń oplatająca wybrzuszone opcją wypiętrzeń kontynenty. Klikając w  zoom przecierała oczy  ze  zdumienia, gdy  zamiast monumentalnych socjalistycznych blokowisk ujrzała w rodzinnej dzielnicy oplecione winoroślą i krwistymi różami domki zatopione w  kwadratowych  połaciach  trawy.  Szare  były  jedynie wysuszone majowym  słońcem  ulice  i gołębie kąpiące się w przydomowych szmaragdowych oczkach. Siermiężny socjalizm najwyraźniej nigdy nie  nadszedł,  bowiem budynek  szkoły  osadzony w  tej  sielskiej  scenerii  uśmiechał  się  barwami  ścian.

Martyna,  kompletnie  zbaraniała,  wpatrywała  się  w  szkolny  dziedziniec  i  z  nieśmiałym uśmiechem nabierała wiary w  sens  zarwanych  nocek  i wypitego browaru.  Jej  sielskie,  jakże  różne  od poprzednich wspomnienie zaćmiło nagłe rozpoznanie.

– O żesz ty w dupę! – wrzasnęła znienacka.

– Ale co? Ale jak?– zgrzytnął wyrwany z Kurnika Lewy.

– No  patrz!  Daruś  środkiem  dziedzińca  idzie.  Zgubił  okularki  i  chyba  płacze!  –  relacjonowała Martyna. – A teraz jakaś dziewczynka do niego podchodzi…

W Martynę jakby piorun totalnego zrozumienia trzasnął. Zerwała się na równe nogi i podbiegłado

Lewego.

– Natychmiast mnie tam przenieś! – zażądała.

– A ty myślisz, że to takie proste jest? – zapytał ze znużeniem komputer.

– A  gówno  mnie  to  obchodzi!  –  wrzasnęła  nasza  podróżniczka  w  czasie,  zgarniając  z  blatu śrubokręt i demonstrując Lewemu jego ostrą końcówkę.

– No dobra, już liczę! – zgodziła się nerwowo maszyna.

– Chcę skoczyć na pięć minut przed rozpoczęciem tej przerwy – zadysponowała wyniośle Martyna.

– Nie da się! – pisnął ze strachem Lewy. – Możesz skoczyć dokładnie do chwili, którą w tej chwili

widzisz.

Martyna  wytężyła  wzrok  i  ujrzała  swoją  młodocianą  kopię,  dużo  lepiej  odzianą,  która  właśnie podnosiła okularki  i  troskliwie wycierając  je o własny  sweterek, nasadzała  je delikatnie na rozbity nos Darusia.

– Stop! –  ryknęła w desperacji  i uderzając w  spację  Jabłuszka, zatrzymała bieg historii.  – Wyślij mnie właśnie tam! – zażądała.

Lewy najwyraźniej bał się podjąć jakąkolwiek polemikę, bo bez dyskusji wyliczył dane i po chwili Martyna poczuła znajome szarpnięcie w pośladkach. Zbliżała się nieuchronnie do niewinnego spotkania dwojga kilkulatków, które zaowocowało późniejszą eksplozją Ziemi.

Twarda  nawierzchnia  dziedzińca  szkolnego  sprawiła,  że  Martyna  nie  wylądowała  tak profesjonalnie, jakby chciała. Czując, jak omiatają ją wścibskie i czujne oczy gówniarzy, poderwała się z obolałych  kolan  na  równe  nogi  i  od  niechcenia  otrzepując  nogawki  wysłużonych  i  lekko  wilgotnych bojówek, czujnie się rozglądała wokół siebie. Daruś stał kilka kroków od niej i uszczęśliwiony poprawiał odzyskane  okularki,  odprowadzając  wzrokiem  chudą  dziewczynkę, która  w  podskokach  wbiegała  na schody  wiodące  do  drzwi  wejściowych.  Martyna  miała  świadomość,  że  jeśli  nie  dorwie  swojego młodszego wcielenia  przed  przestąpieniem  przez  nią wrót  szkolnych,  żadną miarą  nie  dostanie  się  do środka. Niezależnie do epok, zawirowań czasowych i układów politycznych przy wejściu stał cerber, pani Czesia,  niezłomnie  trwająca  na  straży  porządku.  Nasza  bohaterka,  nie  znajdując  innego  rozwiązania, wbiegła za swoim młodszym wcieleniem aż do szczytu schodów i podjęła desperacką próbę nawiązania kontaktu.

– Martyna!  –  krzyknęła  Martyna,  z  nadzieją  że  mała  Martyna  zareaguje  na  jej  wołanie.

Dziewczynka odwróciła  się zdziwiona  i napotkała  spojrzenie  swoich piwnych oczu, wyblakłych nieco  i wytłumionych  petardą  puszek  piwa.  Były  to  jednak  ciągle  te  same  oczy  i  dziewczynka zamarła  w oczekiwaniu. Jej badawczego spojrzenia nie zdekoncentrował nawet natarczywy dźwięk dzwonka, który poderwał  do  góry  strumień  dzieciaków,  obecnie  podążających w  stronę  drzwi wejściowych.  Ich  rwący nurt  rozdzielał  się znienacka na dwie odnogi, które z bezwiednym  szacunkiem omijały maleńką wyspę osłupienia.

– Musimy  pogadać!  –  wrzasnęła  duża  Martyna,  starając  się  przekrzyczeć  rwetes  szkolnych korytarzy.

– O czym? – zapytała ostrożnie mała Martynka.

– Kochanie, musisz  uciec  od Darusia,  bo  jeśli  tego  nie  zrobisz,  to  kiedyś  Ziemia wybuchnie! – odparła mało dyplomatycznie nasza bezdzietna bohaterka.

– Z cyrku się urwałaś? – zapytała rzeczowo i trzeźwo mała Martynka.

Nasza  zblazowana  trzydziestolatka  cmoknęła  z  uznaniem  i  rozpłynęła  się  w  wewnętrznych zachwytach nad intuicją i rozsądkiem swojego szkolnego wcielenia.

– Moja krew!

– Pani jest moją krewną? – zaszczekało bezczelne szczenię.

– Dzieciaku,  ja  nie wiem,  jak mogę  cię  przekonać,  że  jestem  tobą,  ale musisz  zrozumieć  jedną rzecz, zanim zniknę: nie wolno nam się zaprzyjaźnić z Darusiem. Obiecaj kochanie, że nigdy nie polubisz Darusia! Błąd z okularkami powinien jakoś przejść, ale jeśli zaprzyjaźnisz się z Darusiem, to nie zdasz z historii – wywaliła z grubego działa Martyna.

Martynka  zakręciła  z  zakłopotaniem  warkoczyk  na  maleńkiej  dłoni  i  patrzyła  z  ufnością  na zniszczoną życiem Martynę.

– Rozumiem! – skinęła główką, chichocząc. – Mam nie lubić Darusia, tak?

– Tak! – odetchnęła z ulgą Martyna.

– To nie będzie trudne, bo on jest strasznie głupi! – uśmiechnęła się radośnie młoda.

Nasza  cyniczna,  stara  i  lekko  pomarszczona  Martyna  spojrzała  z  aprobatą  na  dzieciaka  z warkoczykami  i  ogarniając  zachwyconym  wzrokiem  dobrobyt  Mokotowa,  nakazała  Lewemu natychmiastową deportację na Raj 3.14.

– Ha! – krzyknęła z satysfakcją tuż po lądowaniu w kokpicie. – I sprawa załatwiona! Mogę wracać do domu!

– Jesteś pewna? – zapytał Lewy, niespiesznie kończąc partię literaków.

– A co? – zapytała z niepokojem nasza podróżniczka w czasie. – No,  jak znam  siebie,  to pewnie oleję Darusia, więc on się do mnie nie przyczepi. A jeśli się do mnie nie przyczepi, to Magdusia nigdy nie wytnie numeru z ciotką Marcjanną i historia pobiegnie zupełnie innym torem. Mam rację? – dokończyła błagalnie.

– No… ogólnie masz! Ale pojawiają się pewne komplikacje. To już nie jest twoja przyszłość, tylko małej Martynki, która dorośnie i ułoży sobie życie  i gdybyś skoczyła do swojej przyszłości w wieku lat trzydziestu, to okazałoby się, że jest was o jedną za dużo.

– Już wiem, dlaczego Lucjan mówił, że go te podróże w ziemskim czasie przerosły – oświadczyła Martyna, nerwowo gryząc paznokieć kciuka lewej ręki.

– Obawiam się, że niezależnie od tego, czy Ziemia wybuchła czy nie wybuchła, to twoim jedynym miejscem we wszechświecie jest wyłącznie Raj 3.14.

– Nie zgadzam się na to! – ryknęła Martyna, waląc pięścią w blat.

– Nie masz wyjścia – powiedział spokojnie Lewy.

Martyna poderwała się na równe nogi  i miotając przekleństwa, kopnęła z całej siły w  fotel, który przewrócił się malowniczo, gubiąc nogi.

– O kurwa! – skomentowała nasza niszczycielka.

– Nie przejmuj się! – odparł komputer zblazowanym tonem – Jest jeszcze drugi.

Martyna  odwróciła  się  powoli  w  stronę  Lewego  i  przez  jej  nieznacznie  tylko  smagniętą zmarszczkami twarz przebiegł mgiełką podstępny uśmiech. W kilku ruchach dopadła do drugiego fotela i manewrując dupskiem, podjechała do monitora Jabłuszka.

– Lewy, powiem ci, że nie spodziewałam się po tobie takiej inteligencji.

– Że niby co? Co ty chcesz zrobić? – zająknął się komputer.

– Pomyśl chwilę! – zarechotała bezdomna desperatka.

Martyna skupiła wzrok na monitorze i pospiesznie wyszukała opcję zapamiętania gry. Cofnęła się do głównego menu i z szatańskim śmiechem odpaliła swoją grę ponownie.

– No  i  sprawa  załatwiona! Zduplikowałam  grę  – wyjaśniła wielce  z  siebie  zadowolona.  – Teraz mała Martynka  ma  swoją  rzeczywistość,  a  ja  sobie  stworzyłam  drugą  i  zamierzam  ją  popchnąć  o  te dwadzieścia parę lat i wreszcie odzyskać swoje życie.

– Ale w tej drugiej grze też jest mała Martynka! – zaprotestował Lewy.

– Trudno! – wycedziła zimno nasza zbawicielka. – Czasem potrzebne są ofiary…

– Co zamierzasz? – zapytał zaniepokojony komputer.

– Dociągnę do  trzydziechy, a potem pozbędę się  tej innej Martyny – powiedziała spokojnie nasza bohaterka. – I wskoczę na swoje miejsce.

– Na jej miejsce! – sprostowała maszyna zgryźliwie.

– Nieważne! Dosyć tego! Mnie się też, do cholery, coś od życia należy – wrzasnęła Martyna.

– Niby tak… Ale co zamierzasz zrobić ze swoim klonem?

To pytanie zawisło całym swoim ciężarem w ciszy kokpitu i sprawiło, że Martyna oderwała się na chwilę  od  Jabłuszka  i  z  zadumą  zapatrzyła w  błękitną  przestrzeń. Było  na  co  popatrzeć. Dzień wygrał właśnie z nocą  i dwie oślepiające gwiazdy Układu wtaczały  się z mozołem ponad horyzont. Widok był idealną scenerią do wzbudzenia deklaracji głębokiej prawości myśli i jeszcze głębszego humanitaryzmu.

– A w dupie to mam! – wyznała nasza wrażliwa na piękno bohaterka. – Dam ją do poprzedniej gry.

Wrzucę  je  obydwie  do  laboratorium,  pogrzebię  im  w  mózgach  i  wmówię,  że  są  bliźniaczkami jednojajowymi.

– No to jest jakaś myśl – skomentował z uznaniem Lewy.

Martyna pochyliła się nad klawiaturą i zaczęła gorączkowo klikać w opcje laboratorium. Po chwili odkryła szereg zaawansowanych opcji, lecz żadnych współzależności pomiędzy odrębnymi grami.

– W mordę, no! – pożaliła się głośno. – Nie mam pojęcia, jak to zrobić!

Lewy szumiał miarowo i ze spokojem oczekiwał na dalszy rozwój wypadków. Martyna miotała się

bezsilnie po programie, coraz bardziej wkurzona.

– No przecież musi być jakiś sposób – powiedziała płaczliwie.

– No jest! – zlitował się miłosiernie Lewy. – Musisz wejść w Internet i ściągnąć pirackie nakładki.

– Właśnie sama na to wpadłam! – zełgała Martyna. – Ale i tak dziękuję – dodała nieco sztywno. Dalej  wypadki  potoczyły  się  błyskawicznie:  nasza  bohaterka  ściągnęła  nielegalne  dodatki, zainstalowała je w grze i niecierpliwie klikając, porwała trzydziestoletniego klona z wersji beta do wersji alfa. Poddała obydwa klony  lekkiej modyfikacji pamięci, umieściła  je bezpiecznie w  realiach pierwszej gry  i  zapisała  zmiany.  Chwilę  później  uruchomiła  wersję  beta  i  nacisnęła  spację  w  chwili,  w  której porwała niczego nieświadomego klona.

– Dobra,  nie ma  się  nad  czym  zastanawiać!  –  powiedziała  do  Lewego.  – Natychmiast wyliczaj dane. Spadam do domu.

Komputer nie próbował polemizować. Zaszumiał łagodnie i obiecująco, by po chwili zamilknąć.

– Mam nadzieję, że tego właśnie chcesz, bo od tej decyzji nie ma odwrotu – ostrzegł.

– Zrób  to! Natychmiast!  –  ponagliła. Wyrwała  ze  Środkowego  i  z  Jabłuszka  srebrne  kluczyki  i stanęła w centrum kokpitu.

Lewy  westchnął,  lecz  wypełnił  polecenie.  Martyna  poczuła  znajome  drętwienie  w  okolicach pośladków i już po chwili opadła ciężko na znajomy chodnik przed swoim blokiem. Okręciła się na pięcie i jej oczom ukazał się sąsiedni blok, jak zwykle rzucający cień na podwórko. Słońce wciąż stało wysoko, ale  wyraźnie  skłaniało  się  ku  zachodowi.  Pobliskie  bzy  zalewały  przepychem  zapachu  zgniliznę napływającą  falami  z  pobliskiego  śmietnika,  a  w  drzwiach  klatki  schodowej  zachęcająco  bzykały swojskie muchy.

Martyna  zorientowała  się,  że  ściska w  dłoni  siatkę  z  browarami,  a  jej  nogi wyraźnie  rwą  się w kierunku  schodów. Podeszła  ostrożnie, dziwując  się w  duchu,  że  jej  przytulny  blok  nie  zamienił  się w  domek  z  ogródkiem. Wspinając  się  po  schodach,  zastanawiała  się  właśnie,  czy  jej  biedne  glonojady jeszcze żyją, gdy z hukiem otworzyły się drzwi mieszkania Szalińskiego.

– Dzień dobry! – zawołał odziany w dres i kapcie Szaliński.

– Dzień dobry – odpowiedziała niepewnie Martyna.

– No  to  jutro  się widzimy,  tak? – zapytał  sąsiad  radośnie. – Tylko  się nie  spóźnijcie, bo  impreza urodzinowa bliźniaków zaczyna się o siedemnastej!

– No  tak, oczywiście – wymamrotała nasza skołowana bohaterka  i rzucając wymuszony uśmiech, ruszyła ostro po schodach.

Drzwi  mieszkania  wyglądały  dokładnie  tak  jak  zawsze.  Martyna  pomacała  kieszenie  w poszukiwaniu kluczy, lecz przypomniała sobie mgliście, że nie miała okazji zamknąć ich od zewnątrz i z nadzieją  nacisnęła  klamkę.  Drzwi  ustąpiły  bez  protestu,  więc  Martyna  weszła ostrożnie  do  środka.

Właśnie  zaczynała  się  cieszyć  w  duchu  z  odzyskanego  życia,  gdy  przed  jej  oczami  wyrósł wysoki blondyn i szurając kapciami, podszedł do niej energicznym krokiem.

– Gdzieś ty była tyle czasu? – zapytał.

– No, po piwo poszłam! – odpowiedziała potulnie Martyna, wyraźnie grając na zwłokę.

– Po piwo? – ucieszył się wyraźnie blondyn. – Przecież ty piwa nie lubisz!

– Ja  piwa  nie  lubię?  –  zdumiała  się  nasza  piwoszka  i  ostatecznie  rozgrzeszyła  się  z  manewru wyrzucenia wybrakowanego klona do wersji alfa. – No to chyba polubiłam! – dodała, szczerząc zęby.

– I słusznie! – uśmiechnął się facet. – Ale teraz to sobie chyba darujemy, bo dzieciak się budzi.

– Dzieciak…? – zdziwiła się Martyna

–  No a co? Dzisiaj ty kąpiesz, a ja karmię! – wyjaśnił blondyn.

Martyna rozejrzała się zdumiona po mieszkaniu  i po chwili bez wahania ruszyła w stronę małego pokoju,  który  w  jej  rzeczywistości  był  pełnym  pajęczyn  składzikiem. Weszła  na  palcach  do środka  i zobaczyła małe, pomarszczone COŚ uśmiechające się do niej zza szczebelków drewnianego łóżeczka.

– Jakoś  przywyknę  – wyszeptała  sama  do  siebie.  – Zresztą,  jakby  co,  to mam  klucze  doRaju  – dodała, klepiąc się wymownie po kieszeni.

Dzieciak  wykrzywił  się  w  grymasie  i  rozdarł  jak  czołówka  „Trąby  Jerychońskiej”.  Martyna podeszła  ostrożnie  do  łóżeczka  i  uśmiechając  się  niepewnie  do  stworka,  znalazła  swoją nagrodę pocieszenia.

– Jak by nie było – skomentowała filozoficznie – tutaj też jest piwo!

 

Koniec

Martyna 14

Martyna 14

Rozdział 14

W którym Martyna musi coś zrobić z nadmiarem Lucjanów

Sapiąc  ze  złości,  nasza  bohaterka wygramoliła  się  niezgrabnie  na  brzeg  basenu  i  podjęła  beznadziejną próbę  wyżęcia  spodni  bez  zdejmowania  ich  z  tyłka.  Stojąc  w  lekkim  rozkroku  na  chłodnym  piasku, otrząsnęła  się  jak  kotka,  po  czym  przechyliła  lekko  głowę  w  lewą  stronę  i  zaczęła  wyciskać  wodę  z włosów. Wpatrywała  się  jednocześnie w upojonego Lucjana, który  subtelnie pochrapywał na  leżaczku.

Nietypowy  kąt  spojrzenia  uświadomił  Martynie,  że  Lucjan  chyba  nie  jest  Lucjanem.  Tuż  pod linią podbródka  śpiącego  znajdował  się  pieprzyk,  którego,  co  nasza  bystra  obserwatorka mogłaby  przysiąc, nigdy  wcześniej  Lucjan  nie miał. Martyna  podeszła  cicho  i  z  zadumą studiowała  rysy  twarzy  faceta, będące  lustrzanym  odbiciem  znanego  jej  Lucjana  czy  też  Darusia. Wszystko,  oprócz  pieprzyka,  było znajome  i  prawdziwe,  a  jednak  zdawało  się  kompletnie  obce. Martyna  nie wiedziała,  na  czym  polega różnica, i opierała się wyłącznie na swoim babskim niezawodnym instynkcie. Lowelas chrapał bezbronnie i przez  sen drapał się z  lubością po  tyłku. Nasza zdezorientowana bohaterka wycofała  się na palcach w stronę tarasu i wchodząc cichutko po marmurowych schodkach, zerknęła w głąb salonu, gdzie rozwalony na kanapie spał drugi nawalony Lucjan.

– Mięczaki! – wysyczała pogardliwie Martyna  i bezszelestnie przedostała  się w  rejon piwodajnej lodóweczki.

Tłumiąc  rękawem  trzask  odrywanej  zawleczki,  nasza  niezłomna  piwoszka  przysiadła  na kuchennym stołku i oddała się przemyśleniom.

Przemyślenia Martyny

Jest źle. Jest bardzo źle i właściwie to chyba nawet tragicznie! Zgodnie z moimi obliczeniami piwa  wystarczy  na  tydzień.  A  co  potem?  Jak  żyć?  Zapasy  wystarczą  od  biedy  na  dwa tygodnie,  jeśli pozbędę  się  jednego  z Lucjanów. Byłoby  lepiej pozbyć  się obydwóch, wtedy browar skończyłby się najwcześniej za dwadzieścia dni, ale jeden z Lucjanów będzie jeszcze potrzebny. Tylko który jest prawdziwy? A jeśli obydwaj są prawdziwi? A jeśli nie? Co to za posrane  życie? Nikomu ufać nie można. Jeden chleje moje browary, drugi pali moją  fajkę, jeden z nich zrobił mnie w konia w podstawówce, a drugi udaje zakochanego, by po chwili opowiadać o małżonce. A co z Ziemią? Eksplodowała i już? Wszystko to jakieś do dupy jest i nie wiadomo, komu i w co wierzyć!

Martyna zerknęła spode łba na uśpionego Lucjana numer jeden i podjęła męską decyzję. Pociągając obficie z puszeczki, zsunęła się ze stołka i powoli podeszła do kanapy. Wpatrywała się przez chwilkę w strużynę  śliny  znaczącej  niedogoloną męską  brodę,  po  czym  chwyciła  śpiącego  za  ramię  i  gwałtownie potrząsnęła.  Lucjan wciągnął  ze  świstem  powietrze,  które  następnie  gwałtownie wypuścił,  co  zupełnie zgrabnie zsynchronizowało się z jego siarczystym upustem gazów. Facet otworzył szeroko oczy i łzawiąc własnym  odorem  przymrużył  je  szybciutko,  a  fragment  uwięzionych  zaciekawieniem  źrenic  wpił badawczo  w naszą brutalną zegarynkę.

– Co jest, w mordę? – wybełkotał pijany snem.

– Jesteś prawdziwym Lucjanem czy fałszywym? – zapytała z kliniczną obojętnością Martyna.

– Że co?

– A  to, właśnie  to! – wrzasnęła nasza bohaterka.  – Ty  tu  śpisz  i masz wszystko w dupie,  a koło basenu śpi drugi Lucjan, więc zastanawiam się… – dodała słodziutko – który z was urwał się z bajki i jaki był jej tytuł!

Lucjan poderwał  się  na  równe  nogi,  jakby mu  pełną  prądu  rurkę w  tyłek wsadzili. Chwiejąc  się lekko,  utkwił  spojrzenie  mętnych,  choć  nadal  intensywnie  brązowych  oczu  w  Martynie  i  z niedowierzaniem przetwarzał w oklejonym watą mózgu sensacje ostatnich godzin.

– Drugi Lucjan? – zapytał głupawo. – Jesteś pewna, że on to ja?

– Nie,  kuźwa!  – wysyczała  nasza wnerwiona Ziemianka.  – Waham  się,  bo być może  to  ja  sama chrapię na  leżaku przy basenie  i drapiąc  się po zarośniętej brodzie, mamroczę przez  sen  imię małżonki sprzed  tysiąca lat. „Andżelika, Andżelika, kochanie!” – dodała, imitując chrapliwy, upojony zielem głos fałszywego Lucjana.

– No to ładnie… – powiedział zrezygnowany Lucjan i zwiesił ciężki łeb

– Co ładnie? – rozsierdziła się Martyna – Chodź i zobacz swoje totalnie nawalone wcielenie. Może po tym w końcu powiesz mi, o co tu, do jasnej cholery, chodzi!

Lucjan  uśmiechnął  się  promiennie  do  naszej  totalnie wkurzonej  bohaterki  i  próbując  oponować, uciekł  się do najstarszej męskiej  sztuczki. Podszedł powoli,  choć  chybotliwie do Martyny  i położył  jej dłonie  na  ramionach,  po  czym  zatopił  rozbiegane  źrenice  w  jej  iskrzącym  złością  spojrzeniu.  Jego łagodny,  ale  niewątpliwie  nieco  kpiący  uśmiech w  założeniu miał  rozbroić  otumanioną  babeczkę,  lecz przyniósł zgoła odmienny efekt.

– Czego rżysz, debilu? – zapytała rzeczowo Martyna, strząsając z ramion lepką służalczość dłoni. Lucjan cofnął łapska i zmieszany podrapał się po rozczochranej łepetynie. Nie bardzo wiedząc, czy powinien zamilknąć czy na gwałt szukać błyskotliwiej riposty w głębi otumanionego mózgu, na wszelki wypadek wyszczerzył zęby w udanej imitacji reklamy pasty do zębów i zamarł w oczekiwaniu.

– Chodź! – powiedziała stanowczo Martyna i pociągnęła stojącego jak świeczka Lucjana w stronę nocnych szmerów dochodzących z tarasu.

Czas  był  najwyższy:  fałszywy  Lucjan  właśnie  gramolił  się,  stękając,  brutalnie  obudzony gwałtownym zderzeniem z chłodnym piaskiem.

– Wstawaj, debilu! – powiedziała, przeżywając  swoiste déjà vu nasza  skołowana Ziemianka,  i na wszelki wypadek trąciła bark faceta upiaszczoną stopą. – Ktoś przyszedł do ciebie w odwiedziny – dodała złowieszczo i zerknęła z nietajoną radością w stronę prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy  Lucjan  podszedł  niepewnie  do  swojego  fałszywego  wcielenia  i  skuliwszy  skołataną łepetynę  w  ściągaczu  szmaragdowego  swetra,  spoglądał  trwożliwie  raz  na  zapitego  klona,  a raz  na rozsierdzoną Martynę. Fałszywy Lucjan otworzył  tymczasem zapuchnięte oczy  i ogniskował  spojrzenie na kształtnej stopie Martyny, która przed chwilą wytrąciła go z błogiego letargu.

– Śliczności!  –  powiedział  nieco  bełkotliwie,  po  czym  wpił  pazerne  spojrzenie  w  jej  cycki, szczelnie oklejone wilgotną wciąż bluzką.

– Zamknij  się!  –  wrzasnął  Lucjan  numer  jeden  i  gestem  posiadacza  przyciągnął  Martynę  do swojego boku.

Ta uwolniła się jednak natychmiast i odskoczyła jak oparzona.

– Łapy przy sobie, bracie! – zachichotał Lucjan numer dwa. – To moja dziewoja!

– Zatkaj  swój  fałszywy  dziób,  ćwoku!  –  wtrąciła  pospiesznie  nasza  bohaterka,  czym  wywołała dwie reakcje: histeryczny śmiech fałszywego Lucjana i pytające spojrzenie Lucjana prawdziwego.

– Masz mi coś do powiedzenia, braciszku? – zapytał złowieszczo Lucjan numer jeden.

– Jaki, kuźwa, braciszku?  – wtrąciła  tymczasem Martyna,  śląc  jednocześnie drugiemu Lucjanowi spojrzenie, które powinno go wyraźnie ostrzec, że słowa, które właśnie zamierza wygłosić, mogą być jego ostatnimi. Fałszywy Lucjan najwyraźniej nie zrozumiał przekazu i dusząc się ze śmiechu, wstał z piasku i podszedł powoli do pierwszego Lucjana.

– Ha! Jak to mówią na Ziemi? „Kota nie ma, myszy harcują”, ha, ha, ha! – zaśmiał się radośnie.

Radość z jego twarzy zmiótł po chwili precyzyjnie wyprowadzony cios. Zaskoczony Lucjan numer dwa  padł  bez  protestu  na  piasek,  podczas  gdy  prawdziwy  Lucjan  w  oszołomieniu  wpatrywał się  w Martynę,  która  pocierając  lewą  dłonią  kłykcie  dłoni  prawej,  stała w  lekkim  rozkroku  tuż  obok  głowy znokautowanego faceta.

Na  kilka  sekund  zapadła  grobowa  cisza,  w  której  szmer  wypluwanej  przez  namiestnika  wody stanowił absurdalnie sielankowe tło akustyczne. Każdy ze zgromadzonych posiadał na stanie jakiś brudny sekrecik, który był  znany  innemu uczestnikowi  tej  specyficznej  imprezy pod gwiazdami. Spoglądali na siebie podejrzliwie i jakoś nikt nie palił się do zwierzeń. Oczywiście pierwsza nie wytrzymała Martyna.

– Ten  cham  mnie  uwiódł,  bo  myślałam,  że  on  to  ty!  –  powiedziała  i  oskarżycielsko  wskazała palcem fałszywego Lucjana.

– Dałaś  się uwieść, bo myślałaś, że on  to  ja? – zapytał Lucjan numer  jeden, w ewidentny  sposób skupiając się na tej części informacji, która głaskała jego samcze ego.

– Ponieważ myślałam,  to co myślałam,  to on mnie uwiódł! – powiedziała Martyna, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

– Aha!  –  odparł  Lucjan  i  po  chwili  kojarząc,  czego  się  tu  od  niego  oczekuje,  kopnął  w  zadek leżącego na ziemi drugiego Lucjana i wykrzyknął oburzony: – O żesz ty chamie!

– Daj spokój, bracie! – jęknął leżący. – Sam kazałeś mi udawać, że jestem tobą – dodał, wyjawiając brudny sekrecik Lucjana numer jeden.

– Jak to kazał? Po co kazał? – wcięła się Martyna.

– Pilnować  ciebie mi  kazał!  –  parsknął  szyderczo  fałszywy Lucjan.  –  Pan Ważniak  bawił  się w szpiega, a mnie zlecił śledzenie niedoszłej ukochanej. Starszy ode mnie o pięć minut, a się rządzi, jakby moim szefem był! – wypalił z grubej rury.

– Jak to starszy? Jak to śledzić? – drążyła nasza kompletnie ogłupiała bohaterka.

– Ta  kreatura,  która  stoi  tu  i  chlapie  brudnym  jęzorem,  to  mój  młodszy  o  dziesięć  minut  brat bliźniak – przyznał w końcu prawdziwy Lucjan.

– O pięć! – żachnął się drugi Lucjan.

– O dziesięć! Matka mi mówiła! – natychmiast zareagował prawdziwy Lucjan.

– Kuźwa! Nie wytrzymam z wami! – krzyknęła Martyna i tupnęła nogą w piasek. – Jeszcze sobie język pokażcie! Jak liczne jest potomstwo Szefa? – dodała po chwili.

– No…  jesteśmy  my  dwaj, Młody, Magdusia  i  jeszcze  trzy  siostry…  –  odpowiedział  usłużnie fałszywy Lucjan.

– Wytłumaczcie mi, do cholery, czym  ja w życiu  tak nagrzeszyłam, że przypadek zetknął mnie z waszą posraną rodziną, hę? – zapytała z rezygnacją.

– To nie przypadek! – odparł prostolinijnie prawdziwy Lucjan. – To przeznaczenie!

– Żadne przeznaczenie – skwitował fałszywy Lucjan. – Kochał się w tobie przez całą podstawówkę i żeby mieć pretekst do częstych wypadów na Ziemię, to przekonał swoich kumpli, szpiegów od siedmiu boleści, do przeniesienia kryjówki na Ziemię.

– I ty chcesz, żebym uwierzyła w te pierdoły? – skomentowała pogardliwie Martyna. – Facet, który liczy sobie coś ze trzy  tysiące lat, albo  i więcej, nagle zakochuje się w dziesięciolatce? No weź wymyśl coś lepszego – powiedziała, po czym wpiła badawcze spojrzenie w prawdziwego Lucjana.

Prawdziwy Lucjan najwyraźniej zmagał się ze swoim sumieniem, lecz przegrał tę nierówną walkę, bo zacisnął zęby  i nie pozwolił wyfrunąć słowom usprawiedliwienia z kłamliwej paszczy. Brat Lucjana najwyraźniej nie posiadał takich skrupułów.

– Ha! Nie wierzysz, bo za mało w czasie skakałaś! – odparł młodszy bliźniak  triumfalnie. – Nasz mały frajerek Daruś, który prysnął na wagary od tatusia, poznał Martynkę, która polubiła biedaka bardziej niż rodzice, więc postanowił włamać się do systemu i sprawdzić, co wyrośnie z jego przyjaciółki…

– Zamknij się! – ryknął prawdziwy Lucjan i zacisnął dłonie w pięści.

– Spokojnie  braciszku!  Denerwujesz  się? A może  czegoś  się wstydzisz?  –  zapytał  z  przekąsem złośliwy braciszek.

– Mów dalej! – powiedziała na to Martyna, celowo odwracając wzrok od prawdziwego Lucjana.

– Poszperał trochę w kompie tatusia i znalazł wszystko, co chciał!

– Czyli co? – naciskała niecierpliwe Martyna.

– No wiesz, wszystkie wiadomości  na  twój  temat,  jak  potoczyło  się  twoje  życie  i w  ogóle…  – powiedział nieco mniej pewnym głosem fałszywy Lucjan.

– No i jak się potoczyło? – ponagliła niewinnym tonem nasza bohaterka.

– W sumie to całkiem nieźle, ale Lucjan stwierdził, że parę rzeczy trzeba poprawić i wtedy ułożył sobie podstępny plan, żeby cię  tu zwabić. To właściwie było  trochę później, gdy Młody pisał  już pracę dyplomową, a ja traciłem najlepsze lata życia, najpierw w podstawówce, na szpiegowaniu ciebie a potem, gdy podrosłaś, to na odstraszanie różnych facetów.

– Zabiję was! – wycharczała Martyna. – Po prostu was  zabiję  i każdy  sąd w dowolnym  zakątku F.I.U.T.E.K. mnie uniewinni!

– No  daj  spokój,  dyskretny  byłem  –  próbował  łagodzić  młodszy  bliźniak.  –  Chociaż  wcielenie Boratyńskiego nieco mi doskwierało… – dodał po chwili, wspominając godziny zarwane nawoskowaniu samochodu.

– Czy ty chcesz mi powiedzieć, że cały ten bajzel miał na celu sprowadzenie mnie na ten porąbany statek? – wysyczała Martyna.

– No… można powiedzieć, że tak – odparł fałszywy Lucjan.

Martyna  z  niedowierzaniem  zerknęła  na Darusia,  który  bojaźliwie  uciekł  ze wzrokiem w  dalsze rejony basenu, jednocześnie trwożliwie chowając głowę pomiędzy przygarbione ramiona.

– Mów dalej! – ponagliła bliźniaka, koncentrując ponownie spojrzenie na jego fałszywej gębie.

– A  co  tu  jeszcze  mówić?  –  odparł,  wzruszając  ramionami.  –  Lucek  dorwał  cichcem  pracę dyplomową Młodego,  pozmieniał w  niej,  co  się  dało,  pomajstrował w  dziejach Ziemi  tak,  że w  końcu matka  się wnerwiła  i  postanowiła wysadzić w  diabły  cały  ten  bajzel. Wszystkie  twoje misje  pogłębiły totalny chaos, co rzecz jasna było wcześniej zaplanowane, więc matka nie miała wyboru i wyciągając nas wszystkich  z  Ziemi,  zleciła Magdusi  likwidację  eksperymentalnego  obszaru.  I  właśnie  o  to  chodziło naszemu drogiemu Luckowi, nieprawdaż? – powiedział, śląc swojemu bratu złośliwy uśmiech.

– O co? – zapytała martwym głosem Martyna.

– No  jak  to  o  co?  –  zapytał  zdumiony  fałszywy  bliźniak.  – Chodziło mu  głównie  o  ściągniecie ciebie  na Raj  3.14. Zadbał  nawet  o  to,  by Młody  spieprzył  pracę dyplomową. A wszystko  po to,  żeby mieć wolną chatę.

– Całą Ziemię wysadziłeś, żeby mnie ściągnąć na ten debilny statek? – zapytała z niedowierzaniem Lucjana. – Dlaczego? Nie mogłeś zwyczajnie przyjść  i powiedzieć, o co ci chodzi? Zawsze cię lubiłam, więc w czym problem? – dodała nasza zdezorientowana bohaterka.

– Nie mogłem! – szepnął cichutko Lucjan.

– Nie mógł! – zarechotał złośliwie jego brat.

– Ale, do jasnej cholery, dlaczego? – zapytała z rozpaczą Martyna.

– Bo on zawsze był chorobliwie nieśmiały, zwłaszcza w stosunku do kobiet! – parsknął śmiechem młodszy bliźniak.

Lucjan  zaczerwienił  się  i  schował  twarz w  dłonie. Martyna,  powściągając  chwilowo mordercze instynkty,  postanowiła wykorzystać  gadatliwość młodszego  z  bliźniaków,  który  aż  się  palił,  by  jeszcze bardziej pogrążyć Lucka.

– No  to  kiedy  tak  naprawdę wasza  kochana  rodzinka  pojawiła  się  po  raz  pierwszy  na  Ziemi?  – zadała niewinnym tonem kluczowe pytanie.

– No pierwszy poleciał Lucek, to przecież oczywiste! – odpowiedział pogodnie braciszek.

– Dla mnie  to  nie  jest  oczywiste, mój  drogi…  Jak  ty właściwie masz  na  imię?  –  zapytała  nasza bohaterka, siląc się na uprzejmość.

– Ludwik, a dla przyjaciół oraz pięknych kobiet – tu skłonił się głęboko przed Martyną – Ludek.

– Mogłam  się  tego  spodziewać: Lucek  i  Ludek  –  skomentowała Martyna,  starając  się  zachować neutralny ton, po czym prędko dodała: – No więc drogi Ludku, bracie Lucka, powiedz mi z łaski swojej, dlaczego to ma niby być takie oczywiste?

– Ha, ha, ha! Lucek przecież zawsze kombinował najlepiej z nas wszystkich! Złamał kiedyś kody

do komputera ojca i znalazł fajną grę strategiczną, więc postanowił sobie pograć. Gdy zorientował się, że to nie jest zwykła gra, tylko eksperymentalny program sterowania planetą… – zawiesił głos Ludek.

– …to odkryłem niesamowite możliwości – dokończył ponurym głosem Lucek. – Wyobraź  sobie kilkulatka, któremu dają do  ręki  taką zabawkę! Bawiłem  się planetą, nie mając pojęcia, że  to  się dzieje naprawdę.  Dla  zabawy  wywołałem  potop,  parę  huraganów,  uśmierciłem  stada  ogromnych  gadów  i  w wirtualnym  laboratorium  przeszczepiłem  swoje  geny  paru  małpiszonom,  które  wyłoniły  się  w  toku ewolucji. Dla mnie to była godzinka dobrej zabawy, a na Ziemi zmieniło się wszystko.

– No  i  stary,  kiedy  nakrył  Lucka,  to  się  wściekł  jak  cholera  i  sprał  go  na  kwaśne  jabłko  –

skomentował nie bez satysfakcji Ludek.

– A ja obraziłem się śmiertelnie na ojca i postanowiłem uciec z domu – dodał Lucjan.

– Pamiętam,  jaka  była  afera  w  pałacu!  –  rozmarzył  się  młodszy  bliźniak.  –  Kiedy  ojciec  się zorientował,  że  Lucjan  znalazł  jakieś  dziwne  kody  do  programu,  które  umożliwiały teleportację,  to najpierw  się wnerwił,  potem  przestraszył,  że  gówniarzowi  coś  się  stanie,  a w  końcu  zafascynowały  go możliwości podróżowania w ziemskim czasie.

– Jak to ziemskim? A na F.I.U.T.E.K. się nie da? – wtrąciła się Martyna.

– No co  ty? – powiedział ze zgorszeniem Ludek. – W normalnym wszechświecie  takie rzeczy się nie  zdarzają.  Sztab  naukowców  nad  tym  później  pracował  i  jedyne,  co  udało  im  się  ustalić, to  że  w ziemskiej  atmosferze  jest  coś,  czego  nie  ma  na  innych  planetach,  co  pozwala  na  skoki  w  czasie  i przestrzeni.  Uznali,  że  ma  to  związek  z  polem  magnetycznym  Ziemi,  ale  niczego  konkretnego  nie wymyślili.

– No  dobra,  ale  jaki  to  ma,  do  cholery,  związek  ze  mną?  –  palnęła  Martyna,  ledwie  się powstrzymując od wybuchu w pełni usprawiedliwionej wściekłości.

– No…  ma  to,  że  Lucek  prysnął  w  pierwsze  miejsce,  jakie  udało  mu  się  zaprogramować  w poczciwym Macu, czyli do  twojej podstawówki. Co  tam  się wydarzyło,  tego nie muszęo powiadać. Na Kunta-Kinte tymczasem ów sztab naukowców ustalił w końcu, co się stało z naszym sprytnym Lucjanem i nawet znaleziono sposób na to, jak go stamtąd wyciągnąć. Ale ojciec walnął pięścią w stół i powiedział, że  jak  sobie  gówniarz  piwa  nawarzył,  to  je musi wypić. Matka  płakała  i  błagała,  choć  kompletnie  nie kumała, co się stało z jej syneczkiem. Po jakimś czasie ojciec zmiękł i polecił Magdusi, naszej najstarszej siostrze, żeby udała się do Lucjana i miała go na oku. – Ludek przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu.

– Cała  jej  wściekłość  –  wtrącił  Lucek,  wykorzystując  przerwę  w  słowotoku  brata,  –  była spowodowana tym, że musiała siedzieć na debilnej planetce i pilnować młodszego brata,zamiast łazić na imprezy  ze  swoim chłopakiem. Szybko  się zorientowała, że bardzo cię  lubię, więc z zemsty próbowała obrzydzić  życie  i  tobie,  i mnie.  Sprowadziła  ciotkę,  uprowadziła historyczkę,  dołowała  cię  na  każdym kroku  i  na  dodatek  została  najbardziej  popularną  dziewczyną w  szkole.  Potem,  gdy  już  skończyliśmy podstawówkę, to ojciec ściągnął nas z powrotem i zrobił wykład o niebezpieczeństwach mieszania się w sprawy  obcej  planety. Powiedział,  że  program  zostaje  zamknięty,  a  planeta, przez moje  głupie  zabawy kwitnąca  obecnie  ludzkim  życiem,  zostanie  dożywotnio  odizolowana  od  reszty  świata  i  pozostawiona swojemu  losowi.  Potencjał  Ziemi,  dodał,  dostarcza  zbyt  wielu  pokus  i  nikomu  nie  wolno  więcej ingerować w życie jej mieszkańców.

– No przecież Młody ingerował? Coś ze dwa tysiące lat temu – wtrąciła Martyna.

– Ale  to  było  dużo  później!  Wiele  lat  po  tym,  gdy  Lucek  wrócił  z  lat  osiemdziesiątych  – odpowiedział Ludek.

– Aha! – odpowiedziała inteligentnie nasza bohaterka.

– Jak  ojcu  się  pogorszyło  z  pamięcią,  to  zapomniał między  innymi  o  ziemskim  fenomenie  i gdy Młody  dostał  planetę  na  pracę  dyplomową,  to  nie  protestował,  a  nawet  podarował  mu parę  pomocy naukowych – wyjaśnił Lucjan.

– A wśród nich był stary, poczciwy Mac – dodał Ludek.

– Niech  zgadnę: Młody  zadekował  się  na  statku  i  zaczął  pisać  pracę, Lucjan wpadł  do  niego w odwiedziny i niechcący pokazał mu możliwości programu, tak? – wtrąciła Martyna.

– Tak było – potwierdził wstydliwie Lucek.

Martyna usiadła ciężko na  leżaku  i uniosła do ust zapomnianą puszkę. Bliźniacy patrzyli na nią z niepokojem i przykucnęli na piasku, choć na wszelki wypadek w pewnym oddaleniu od nóg naszej nieco agresywnej  bohaterki.  Oleista  noc  ściekała  ciężkimi  kroplami  po  kadłubie  statku  i  mknęła  w  dół,  ku pobliskiej planecie, której nazwy Martyna nie znała. Zastanawiała się właśnie, czy kiedykolwiek wzejdzie słońce, choć nie miała pojęcia,  jak nazywa  się gwiazda  rozpraszająca mroki Układu. Natłok  informacji, którymi  nafaszerowali  ją  podstępni  bracia,  sprawiał,  że  kręciło  jej  się w  głowie,  ale właściwie  równie dobrze mogła to być wina ilości wypitego browaru. Pocierając w zamyśleniu brodę, Martyna spoglądała na  synów Szefa  i zastanawiała  się,  jakie pytania powinna  im  jeszcze zadać, zanim wywołany zielskiem czas  szczerości  minie  bezpowrotnie.  Niepewna  swoich  umiejętności  wychwytywania  potencjalnych paradoksów czasowych, pojechała po najmniejszej linii oporu.

– I co było dalej? – zapytała po chwili aksamitnym głosem.

– No dalej, to już się wszystko zaczęło komplikować –natychmiast złapał przynętę Ludek. – Lucjan

z  ciekawości  skoczył  do  twojego  liceum  i  nawet  parę  lat  dalej.  Wściekał  się  jak  cholera,  bo  byłaś szczęśliwa  i  wcale  go  nie  potrzebowałaś.  Zapomniałaś  już  dawno  o  małym  Darusiu,  miałaś  fajnego chłopa i małą córeczkę. – Ludek zamilkł gwałtownie, czując, że wyraźnie się zagalopował.

– Martyna,  ja  cię  bardzo  przepraszam!  –  miauknął  żałośnie  Lucjan.  –  To  wszystko  miało  być inaczej, ale  jakoś  tak  się wymknęło  spod kontroli  i  już wtedy  to nie miałem wyboru. Wysłałem Ludka, żeby cię pilnował,  to  fakt, ale w  tym samym czasie Młody zaczął po cichu wypuszczać się na Ziemię  i przez  jego  głupotę  wszystko  zaczęło  się  zmieniać.  Za  każdym  razem,  gdy  na  zmianę  z  Ludkiem odnajdowaliśmy cię w czasie,  to byłaś kimś  innym, a  twoja planeta wyglądała zupełnie  inaczej. Młody skakał beztrosko w czasoprzestrzeni, ja skakałem za nim, żeby spróbować wszystko jakoś odkręcić.

– A za nimi – dodał złośliwie Ludek – skakała Magdusia, którą posyłała matka, żeby naprawić cały ten bajzel.

– Planeta  i  jej  czas uległy  tylu paradoksom,  że nie wiadomo  już  było,  co  z  tym gównem zrobić. Wtedy matka kazała nam się z niej wynosić i podjęła decyzję o jej zniszczeniu. W sumie wszyscy, oprócz Magdusi,  byli  zadowoleni  z  takiego  obrotu  sprawy, więc  pozałatwialiśmy  swoje  interesy  na  Ziemi,  ja wymyśliłem, jak cię stamtąd wyciągnąć, i wróciliśmy do domu – wyjaśnił zadowolony z siebie Lucjan.

– A te interesy to ukradzione obrazy i ewakuacja całego, pożal się Boże, ruchu oporu – wtrąciła – rzuciła z goryczą Martyna.

– No… w sumie… to tak…– zawiesił głos Lucjan.

– Zaraz,  zaraz…  z  tym  ruchem oporu  to nie do końca  tak –  zaśmiał  się  złośliwie Ludek.  – Całe walczące podziemie to my dwaj. Przeciwko Magdusi. Więc ewakuacja nie zajęła nam zbyt wiele czasu. – Spojrzał wyzywająco na brata. – Nasz drogi Lucjan zawsze chciał być kimś wielkim, ale żył, niestety!, w cieniu naszej uzdolnionej siostrzyczki.

– I  to właśnie  ta uzdolniona Magdusia narobiła  strasznego bajzlu! – powiedział obronnym  tonem Lucek. – Doiła planetę z wszystkiego, co się dało, łącznie z biednymi Jamajczykami.

– No i dobrze! – zachichotał jego brat bliźniak. – Przynajmniej ona wyciągnęła z tego wszystkiego jakieś profity… A ty się ciesz, że ci obie z Andżeliką dupę uratowały, bo jakby się matka dowiedziała, że trzymasz tu nielegalnie Martynę, to miałbyś areszt domowy, tak jak Młody!

– Czyli tak: nie było żadnego podziemia, zepsuliście mi planetę, a teraz powinnam skakać do góry z radości, że mnie uratowaliście i trzymacie po cichu w tej puszce? Podziękować mam, czy jak? –ryknęła dzikim  głosem  Martyna.  –  Ile  wy,  do  cholery,  macie  lat?  Zachowujecie  się  jak  dwa  rozpuszczone bachory!

– No nie denerwuj się tak, chcieliśmy dobrze przecież… – bąknął Lucjan.

– …trzydzieści  trzy. A  ty myślałaś,  że  ile? Dwa  tysiące?  – wszedł mu w  słowo Ludek, po  czym wybuchnął serdecznym śmiechem.

– Mam znakomity pomysł! – wycedziła zimno Martyna. – Wynocha mi z tego statku. Natychmiast! Won do prezydenckiego pałacu! I żebym was tu więcej nie widziała!

– A co nam zrobisz? – roześmiał się Ludek. – Pozabijasz nas?

– Gorzej! – powiedziała spokojnie Martyna. – Zadzwonię do waszej matki.

Śmiech Ludka ucichł gwałtownie, a on sam poderwał się na równe nogi. Brat natychmiast poszedł za jego przykładem.

– Nie ośmielisz się! – powiedział młodszy bliźniak niepewnym tonem.

– Nie masz numeru! – dorzucił rzeczowo Lucek.

– Mam  numer!  Karteczka  wisi  na  lodówce!  –  zachichotała,  po  raz  pierwszy  od  niepamiętnych czasów nasza bohaterka.

Lucjan wykonał gwałtowny ruch, najwyraźniej mając zamiar rzucić się w stronę lodówki i zerwać z niej kartkę z numerem.

– Nie  fatyguj  się, Lucjanie! – osadziła go w miejscu Martyna, po  raz kolejny  utwierdzając  się w przekonaniu, że z picia piwa wynikają wyłącznie pozytywy.  – Tyle  razy otwierałam drzwi  lodówki, że numer mam w głowie.

Bliźniacy stali niezdecydowani. Najwyraźniej szacowali poziom zagrożenia.

– Dobrze  wiecie,  że  nie  macie  wyboru!  –  ryknęła Martyna,  pogłębiając  ich  stan  zagubienia.  – Wynocha z mojego statku i żebym was tu więcej nie widziała!

Durne chłopy odwróciły się jak na komendę  i ruszyły do punktu teleportacyjnego. Zatrzymały się tuż przed nim  i zerknęły spode  łba na Martynę, która stała na środku przedpokoju  i przytupując nogą w marmurową posadzkę, stukała paznokciami w obudowę zgarniętego po drodze telefonu.

– Mmmartyna, ale to przejście prowadzi tylko na Ziemię, której nie ma! – wyjąkał Lucek.

– Albo do ukrytego pod  statkiem małego  trójkątnego  stateczku, który odwiezie was prościutko w ramiona drogiej mamusi, nieprawdaż? – nie dała się omamić nasza bohaterka  i wyciągnęła przed siebie rękę uzbrojoną w aparat telefoniczny. – Won mi stąd, buraki! – wrzasnęła z mocą.

Bliźniacy wskoczyli szybko w pole siłowe  i wśród  trzasków zniknęli z całkiem porąbanego życia ostatniej  Ziemianki.  Oddychając  z  ulgą,  nasza  bohaterka  wbiegła  na  górę,  pokonując  po kilka  stopni naraz, i wpadła do kokpitu, od progu ponaglając drzemiące komputery.

– Natychmiast wyświetlić okno z ustawieniami kodów wejściowych – wydyszała i opadła na fotel przed monitorem Lewego.

Gdy  komputer  posłusznie wypełnił  polecenie, Martyna  zmieniła  hasła  i  kody,  po  czym  położyła głowę na blacie i  po raz pierwszy od bardzo dawna, zapłakała żałośnie.

Gruszki na wierzbie

Gruszki na wierzbie

Zapewne pamiętacie mój niegdysiejszy felieton na temat ogrodniczych zmagań pewnego faceta oraz mnie w roli zaprawionej w bojach konsultantki od ogrodów. Jeśli nie pamiętacie to zapraszam do lektury tamtego wpisu, bo to ważne  <===== (kliknij) 😀

No, i sami widzicie… Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem lewa w „te klocki” i to mąż nieustannie dzierży w domu palmę ogrodnictwa, twierdząc że ja nawet trawnika równo skosić nie potrafię. Zatem kosiarki nie tykam.

Z ogrodnictwa zazwyczaj najlepiej wychodzi mi gotowa, wyrośnięta sałata z Lidla i ewentualnie kiełki, oczywiście jak się trafi sytuacja, że jakaś lucerna albo brokuł bardzo, ale to BARDZO chce wykiełkować w mojej kuchni. Mnie to prędzej zaowocuje masło w lodówce albo silikon w brodziku obsypie się modrym kwieciem, niż uchowa się jakaś potrzebna roślina.

Ale wiecie… W życiu nie ma tak, że zawsze wszystko wychodzi człowiekowi źle i choć nasz ogród, to niezmiennie mężowska domena, ja również mam tu na swoim koncie pewne drobne ogrodnicze zasługi 😀

Otóż, wiele lat temu, wymarzyliśmy sobie skalny ogródek z iglakami oraz pergolę z czerwoną, pnącą różą, która to róża oplatałaby ową.  Ze skalniakiem nie było problemu, bo pewnej czerwcowej niedzieli trafiliśmy na targi ogrodnicze, zatem kupiliśmy co trzeba. Już wcześniej wyszabrowaliśmy w jakimś kamieniołomie okazałe białe kamole, więc wypadało tylko dokupić korę i zaaranżować nasze pierwsze ogrodnicze dzieło. Wyszło świetnie, choć ludzie idący na sumę zerkali na nas bykiem, że sadzimy przy niedzieli, ale to wcale nie przeszkadzało komuś z wiernych, w nocy, rąbnąć nam wszystkie nowe rośliny. No nic. Okolica widać szemrana i wcześniej nie znaliśmy jej od tej strony, zatem stwierdziliśmy, że najpierw zrobimy ogrodzenie, a później zajmiemy się ozdabianiem najbliższego otoczenia.

Zeszło zatem na róże, ponieważ po wsadzeniu wyglądają… hmm, no właśnie, wcale nie wyglądają.

O istnieniu Internetu nikt jeszcze wtedy nie słyszał, więc udaliśmy się do jedynego ogrodniczego sklepu w mieście i radośnie nabyliśmy dwie różane sadzonki. Już po miesiącu okazało się, że to zwykłe niskopienne róże i żadna z nich nie jest czerwona. Nie będę się tutaj rozpisywać o każdej próbie, bowiem w naszej karierze kupiliśmy minimum 30 krzewów róż.  Rzecz jasna, wszystkie kupowane były jako pewniaki, czyli jako czerwone i pnące. Przy każdym zakupie sprzedawca walił się w piersi, że aż echo szło. „Panie!!! Przysięgam! Czerwone i pnące! Jak bum! cyk! cyk!”.

Cóż, trafiały nam się różne wariacje, ale ani jedna nie była taka, jaką sobie wymarzyliśmy :) Po latach daliśmy sobie spokój i róż już nie mamy, za to, dla wygody, na część ogródka, kupiliśmy w zeszłym roku tak zwaną „korę kamienną”, i wiecie co?

Właśnie doczekaliśmy się cudu nad Wisłą!

Wprawdzie czerwona i pnąca róża na tych kamieniach nam nie wyrosła, ale za to  mamy  tam wysyp smardzów! Tu pominę fakt, że nieopodal zakopałam grzybnię z podgrzybków, albowiem z cudami się nie dyskutuje :)

Fakt, trochę się boję.

Wczoraj posadziliśmy koktajlowe pomidorki.

Obawiam się, że w zamian wyrosną dynie albo kabaczki.

Nawet nie chcę myśleć, co nam wzejdzie z nasion szczypiorku i pietruszkowej naci. Generalnie, może być wesoło, bo jak sobie przypomnę, że jako kilkuletnie dziecko posadziłam na działce krzew kwitnącego migdałowca, a wyrosła z niego dorodna śliwa mirabelka i owocuje po dziś dzień, to nie dziwcie się, że mamy lekkiego stresa 😀

Aż się boję o ten szczypiorek, że będzie z niego jakiś jałowiec, tudzież inny ciernisty krzew  gorejący albo przynajmniej palma daktylowa.

Sami zatem rozumiecie, że w tej sytuacji kupić w sklepie wino, to już na serio jest strach.

Bo co będzie jak taki cabernet przypadkiem w rosół się przemieni albo, co gorsza, w wodę?

No co?

😉

Piżama day party

Piżama day party

Dziś, stojąc samochodem na czerwonym świetle, ujrzałam jak z sąsiedniego samochodu wysiadł mężczyzna w piżamie i szlafroku. Cóż, zimno dziś, zatem szlafrok nie dziwi. Ale w piżamie?  Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było na przykład pod jakimś domem albo blokiem. Przecież facet mógł wyjść ze szpitala i ktoś go podwiózł, prawda? Ale nie, wysadzono gościa pod placem targowym i najnormalniej w świecie poczłapał sobie w bamboszach na zakupy. Kurczę, a może rzeczywiście wyszedł ze szpitala, miał w domu pustą lodówkę i chciał przed powrotem zrobić zakupy?

Dość na tym, że zwrócił na siebie uwagę i niejeden się za nim obejrzał. Ja też :) Ale jako, że hipokrytką nie jestem to przytoczę tu własną piżamową akcję, kiedy to pewnej wakacyjnej nocy wylądowałam z dusznościami w kieleckim szpitalu wojskowym. Karetka zgarnęła mnie wtedy prosto z lasu, właśnie w piżamie. Do tego mój zaspany mąż wyposażył mnie na drogę w kosmetyczkę, polarowy pled, grube spodnie od dresu oraz za duże na mnie, o pięć rozmiarów, adidasy mojej córki.

Do rana zdążyłam ozdrowieć, więc mniej więcej koło ósmej wypisano mnie ze szpitala. Zadzwoniłam więc do męża, żeby po mnie przyjechał, a że miał prawie godzinę jazdy, zatem za wygrzebane z dna kosmetyczki drobniaki kupiłam sobie w automacie dużą coca-colę i wyszłam na zewnątrz. Upał w tamtym czasie panował niemiłosierny, więc darowałam sobie spodnie od dresu i przycupnęłam na szpitalnym ogrodzeniu. W końcu baba w piżamie, w bezpośredniej bliskości szpitala, to nie dziwota, więc w oczekiwaniu na męża spokojnie obaliłam colę i ciupnęłam kilka partyjek w Candy Crush.

Niestety, po godzinie okazało się, że mój ślubny jeszcze nawet z miejsca nie ruszył, bo zatrzasnął się domku i nie mógł wyjść. Korzystając z reszty baterii w telefonie zorganizowałam mu ewakuację i mając przed sobą kolejną godzinę sterczenia pod szpitalem, przeniosłam się na skwerek i zainstalowałam w cieniu, pod drzewem. Ułożyłam się plackiem na kocu i z niemałą przyjemnością zagapiłam na liście.

Ech, mój błogostan nie trwał długo, ponieważ każdy przechodzień myślał, że zasłabłam albo umarłam, więc podchodził i pytał czy dobrze się czuję. Kurczę, nigdy nie czułam się lepiej, a po końskiej dawce sterydów jaką zaaplikowano mi w nocy, mogłam w kwadrans przenieść Kopiec Kościuszki z Krakowa do Sopotu!

Zdenerwowana, że mi przeszkadzają, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam machać nogami, żeby było widać, że żyję. Kurczę, bateria zaczęła pikać coraz częściej, a w Candy Crush skończyły mi się życia, więc z nudów postanowiłam zrobić porządek w kosmetyczce. Przy okazji zrobiłam też pełny makijaż.

W szpitalu personel skończył właśnie nocny dyżur, a ja kątem oka zauważyłam, że dużo ludzi wyszło sobie na spacer i niektórzy robią mi zdjęcia. A co tam! Światło było dobre, a ja nie mając nic lepszego do roboty, znalazłszy pęsetę, przystąpiłam do żmudnej czynności regulowania łuków brwiowych.

Nagle rzuciło mi się w oczy, że chyba wszyscy pracownicy szpitala właśnie postanowili wyjść na papierosa. Ludzie w białych kitlach niby mimochodem krążyli obok i zerkali dyskretnie w moją stronę. Mych uszu, doszły też komentarze, czy aby na pewno nie uciekłam z psychiatryka. Jedna z pielęgniarek na widok pęsety nie wytrzymała i szturchnęła koleżankę w bok, mówiąc: „Ty, Zosia, patrz! Pewnie jakaś jeb…ta!”.

Gdyby nie to, że mój pęcherz właśnie odnotował świeżą dostawę wypitych wcześniej napojów, pewnie umarłabym ze śmiechu, ale zważywszy na fakt, że toaleta jest w szpitalu, a przedrzeć się przez izbę przyjęć wcale nie jest tak łatwo, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Pobliskie krzaczki również nie wchodziły w grę, a sprawa zaczynała robić się poważna, ale jak tylko sobie pomyślałam, że kolejne dwadzieścia cztery mogę spędzić w innej państwowej instytucji, postanowiłam być twarda. Na dodatek, po całej nieprzespanej nocy, wypisali mnie na głodniaka, a żołądek właśnie zaczął głośno upominać się o swoje.

Telefon. Odebrałam, szczęśliwa że mąż właśnie przybył na ratunek, ale niestety. Zadzwonił tylko po to, żeby mi powiedzieć, że w Kielcach jest remont drogi, sterczy w korku i nie wiadomo kiedy dojedzie.

Blisko trzygodzinne koczowanie na skwerku przy ruchliwej ulicy w centrum miasta, było doznaniem ciekawym, ale jeszcze ciekawszym była wizyta w McDonaldzie, ponieważ od razu po przybyciu męża zażądałam wizyty w najbliższej toalecie i to NATYCHMIAST. Pusty żołądek również nie pozwolił stamtąd odjechać bez jedzenia, więc nie oglądając się na osłupiałą klientelę wparowałam do środka rozczochrana, w piżamie, w za dużych o pięć rozmiarów adidasach oraz z eleganckim make-up’em, i zapodałam sobie bułę.

Mąż, na wszelki wypadek, stanął nieco dalej :)

Wściekły toperz

Wściekły toperz

Ech, nie ma to jak czasem wywieźć na kilka dni rodzinę gdzieś poza miasto.

Otóż pewnego długiego czerwcowego weekendu postanowiliśmy udać się do drewnianego domku, gdzieś pod lasem. Naście lat temu to było, ale do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół, a już najbardziej pamiętam, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w środę po południu, to zaczęło lać i lało do soboty, co przy dwójce mniej więcej dwuletnich dzieci i braku domowych czasoumilaczy, ów pobyt mógł wyryć głęboką bliznę w psychice każdego normalnego rodzica.

W pierwszą przerwę pomiędzy jednym intensywnym opadem deszczu a drugim, moje dziatki wypuszczone na wolność, rączo pognały przed siebie. Oczywiście jedno w lewo, a drugie w prawo. Najpierw pobiegłam za tym, co radośnie pocwałowało w stronę wezbranego potoku, po czym zabrałam się za łapanie drugiego, które pognało pomiędzy pozostałe letniskowe domki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to usłyszałam szczebiot dziecięcia mego, które z szerokim uśmiechem wypadło zza sąsiedniej chałupki, zatrzymało się i upewniwszy się, że patrzę, efektownie pociągnęło z butelki solidny łyk zimnego tyskiego. Komu ukradła? Do dziś nie wiem, bo obeszłam okoliczne domki z pytaniem czy komuś przypadkiem nie zginęło piwo.  Nie zdążyłam zapytać w tych dalszych, bo znowu lunęło.  W międzyczasie, drugie dziecię dobrało się do piwa męża mego, na szczęście jeszcze nie zdążył otworzyć :)

W drugiej przerwie pomiędzy opadem gradu i deszczu, dziatki me miłe uprzejme były zaznać zbiorowej kąpieli w oczku wodnym, a na wypadek, jakby tego było mało, jedna z mych córek, korzystając z sekundy naszej nieuwagi, ustawiła się centralnie pod rurą spustową od rynny i radośnie spuściła sobie prysznic.

Szczęściem przeogromnym, mamy takich jednych niezbyt racjonalnie myślących znajomych, którzy to w tych strasznych okolicznościach postanowili nas wspomóc i do nas dołączyć, tak więc po dwóch godzinach mieliśmy już w domku farelkę do suszenia ciuchów, video, dwadzieścia kaset VHS z bajkami i czterolatkę do kompletu. Nastał spokój. A przynajmniej jeśli idzie o dzieci, bowiem mąż mój osobisty tak szczęśliwy, że znajomi przybyli z odsieczą, postanowił nastraszyć dziewczyny.

Czyli koleżankę i mnie :)

W lesie, jakimś cudem ucapił nietoperza i nie zawahał się go użyć. Przyniósł go do domu i strasznie się ucieszył, że krzyczymy :)

Dość na tym, że z wielkim hukiem wyleciał na zewnątrz wraz z przerażoną latającą myszą i niezwykle rad był z udanego dowcipu. I w sumie to by było na tyle, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu mój mąż znalazł na palcu niewielkie zaczerwienienie. Na moje pytanie czy aby nie ugryzł go nietoperz, mój ślubny pobladł straszliwie i drżącym głosem zapytał, czy nietoperki przypadkiem nie roznoszą wścieklizny…

No, rychło w czas ta refleksja, ale nie było na co czekać. W niedzielę wieczorem nie za bardzo było gdzie pytać, Internetu wtedy jeszcze nie mieliśmy, zatem zadzwoniłam do znajomej internistki. Niestety nie wiedziała. Pediatra i ginekolog też nie wiedzieli, więc zadzwoniłam do weterynarza. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Dzień dobry doktorze. Iza Frączyk.

– O, witam, pani Izo, znowu coś się stało kotkowi?

– Nie, doktorze, dziękuję, kot zdrowy. Tym razem dzwonię w sprawie męża- powiedziałam i w skrócie wyłuszczyłam sprawę nietoperzy.

No niestety, nosiciele jak złoto. Mąż mój pobladł jeszcze mocnej i z pamięci zacytował sobie radiowy komunikat z „Lata z Radiem” o serii bolesnych zastrzyków w brzuch. W pięć minut był w drodze do szpitala. Na szczęście zastrzyków jest tylko trzy i to nie w brzuch, tylko w ramię, więc wrócił uradowany. Jak się koniec końców okazało to nie były przelewki. Jako że wścieklizna to choroba zwalczana z urzędu, odpowiednie służby mają prawo doprowadzić pacjenta siłą na kolejny zastrzyk, a mój mąż… sobie zapomniał o ostatniej dawce … :)

Dość na tym, że na koniec trzeba było sporządzić odpowiedni raport do Sanepidu i dokładnie opisać całe zdarzenie.  Dałam z siebie wszystko :) Dobrze, że wtedy jeszcze nie pisałam książek, bo chyba nikt by nie uwierzył w barwną opowieść, jak to mój Bogu ducha winny mąż szedł sobie spokojnie przez las i nagle został napadnięty przez wściekłego toperza krwiopijcę, który podstępnie, zza krzaka, rzucił się na niewinnego turystę.

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Bajkowe życie

Bajkowe życie

 

Pewnie nie raz każdy z Was zastanawiał się, jak by nam się żyło, gdybyśmy umieli czarować. Oczywiście łatwiej, co udowodnił nam na przykład Harry Potter i jego kumple czarodzieje. Zamiast walczyć z przepaloną żarówką by sobie człowiek powiedział Lumos! I wygenerował światło z różdżki. Albo jakby się do niego jakiś dresiarz na osiedlu rzucał, to wystarczyłoby wyczarować świetlistego Patronusa. Gary w zlewie? Żaden problem – szybkie zaklęcie i wszystko zmywa się samo. Do pewnego stopnia sprzęty typu zmywarka zastępują nam magię, ale tylko do pewnego. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten, kto nie toczył wojny domowej o to, kto powyciąga i poodkłada na miejsce czyste talerze. A jakby różdżka była, to – siup! – szybkie machnięcie i wszystko samo grzecznie szybuje do szafek.

Czyli ustalamy, że sprzęty domowe jak zmywarka czy pralka są czymś w rodzaju połowicznej magii. Co sprytniejsi wyczarowali sobie, w celu uzupełnienia owej magii, panie do pomocy, ale użyli zaklęcia EXTRAPIENIĄDZUS WYDANOS! Nie każdy je opanował, więc wracamy do punktu wyjścia.

Czyli do tego, jakby to było, gdyby była magia i za jej pomocą rozwiązywałoby się wszystkie problemy. I co najważniejsze – jakby się to sprawdziło w naszym pięknym kraju.

Bo w Anglii to wiemy. Banda młodocianych czarodziejów szła na dworzec kolejowy, rozpędzali się i szarżując słup przenosili się na peron 9 ¾. Potem wsiadali w pociąg, który odwoził ich do szkoły z internatem, gdzie mieli różne ciekawe przygody z przewagą niebezpiecznych, a ich rodzice zajmowali się swoimi sprawami i na prawie rok zapominali, że mają potomstwo. Wygodnie, elegancko i… w naszych realiach raczej nierealnie 😀

Czym więc zajmowaliby się czarodzieje nad Wisłą?

Ha! Na takie pytanie nikt chyba jeszcze nie odpowiedział, więc pozwólcie, że przedstawię Wam przykładowy dzień modelowej rodziny czarodziejów z naszych stron 😀

7.00

Mama czarodziejka otwiera jedno oko i nienawistnym spojrzeniem patrzy na zaklętego w budzik i wrednie gruchającego gołębia. Po omacku namierza różdżkę i celuje nią w paskudę.

– GRUCHANDO FINITO! – syczy i spala gołębia pojedynczą iskrą.

– Znów? – mamrocze jej mąż czarodziej podnosząc się niechętnie. – To już dziesiąty budzik w tym miesiącu, kochanie.

– Nie szkodzi! Na jego miejsce po dwadzieścia dziennie siedzi i paskudzi na balkonie – bagatelizuje małżonka i człapie do kuchni.

A w zlewie oczywiście stos nieumytych naczyń.

– VASA ABLUO! – mówi czarodziejka i naczynia grzecznie podrywają się do góry.

Kran się otwiera i roznosi się przeciągłe syknięcie. Znów awaria wody.

– Jasna cholera! – denerwuje się pani domu.

– Co tam? – krzyczy z kibelka jej mąż.

– Znowu wody nie ma!

– Cholera, nigdy nie byłem dobry z zaklęcia znikającego – szepcze czarodziej, nerwowo zerkając w czeluść muszli klozetowej.

7.30

– Szybciej dzieci! – pokrzykuje nerwowo do dwójki latorośli pani domu.

– Ale mamo! – protestuje syn. – Kanapka z serem? Nie lubię!

– To nie lub dalej! – fuka pan czarodziej. – Nic innego nie ma.

– Nie możesz czegoś wyczarować? – prosi córka. – Ja też nie lubię!

– Z lodówki tata nic nie wyczaruje, bo nic innego nie ma. Nie było kiedy pojechać do Tesco… – wtrąca się mama.

– No to z Tesco niech wyczaruje… – prosi syn.

– Zwariowałeś? – denerwuje się matka. – Chcesz, żeby ojca zamknęli?

– A poza tym nałożyli silne zaklęcia ochronne – mruczy ojciec popijając herbatę.

8.00

Po szczęśliwym wypchnięciu rodziny za drzwi, pani czarodziejka, siada z westchnieniem na kanapie. Uruchomiłaby pranie, ale wody oczywiście dalej nie ma. A może by tak rzucić zaklęcie odkurzające? Dywany niezbyt czyste. Tylko po co? Smog zaraz znów nasyfi w chałupie, a czego on nie załatwi to dzieci dobrudzą.

Czarodziejka idzie więc do kuchni i wyjmuje z lodówki garnek z resztą niedzielnego rosołu. Stawia go na kuchence i wsuwa różdżkę pod pokrywkę.

– TRANSFORMATUS POMIDOROWA! – wygłasza zaklęcie i zadowolona z siebie wraca na kanapę.

Kolejnym zaklęciem włącza telewizor i przez następne cztery godziny gapi się w program ”Czarowanie na śniadanie” zżymając się w duchu na zgrabne zdziry, które pląsają radośnie po studiu. Cwaniary! Ciekawe, czy byłyby takie urocze bez nielimitowanych zaklęć odmładzających fundowanych przez swoich bogatych czarodziejów.

12.00

Po wysłuchaniu ostatnich porad z programu, z których najbardziej jej się spodobało to zaklęcie natychmiastowo mrożące francuskiego szampana, czarodziejka podnosi się z kanapy i zaczyna szykować do wyjścia. Z braku kominka nie używa proszku fiuu, tylko teleportuje się z czwartego piętra na dół klatki schodowej, bo winda znów zepsuta.

Już na podwórku przeskakuje zgrabnie nad samoodśnieżającą szuflą czarodzieja dozorcy, którą ten puścił w ruch tydzień temu i zapomniał odwołać do piwnicy, mimo, że po śniegu chwilowo nie ma nawet śladu. Szufla gorliwie lata po podwórku z niemiłosiernym zgrzytem trąc o gołe chodniki.

Czarodziejka wzrusza ramionami i w ostatniej chwili uchyla się przed workiem ze śmieciami, który leniwa sąsiadka lewituje do śmietnika wprost z balkonu na trzecim piętrze.

– Niech pani trochę uważa, pani Nowakowa! – wrzeszczy ze złością czarodziejka i nie oglądając się na sąsiadkę, rusza szybkim marszem w stronę sklepu osiedlowego.

12.30

Kolejka do mięsa nie jest długa, ale wyjątkowo powoli idzie. Każda z kolejnych stojących w niej czarodziejek próbuje rzucać na wędliny zaklęcie TERMINUS OBJAWIS, a ekspedientka za każdym razem rzuca się z poświęceniem krzycząc – PROTEGO!

Szczególnie w poniedziałki ma mnóstwo roboty. Od czasu, gdy w gazecie „Czarodziejka Polska” napisali, że supermarkety zatrudniają na weekendy bezrobotnych animagów, którzy transmutują przeterminowane mięso w produkty pełnowartościowe.

– Pani nie bierze kurczaka – szepcze do naszej czarodziejki sąsiadka z kolejki. – Pani wie, co oni z tym robią?

– Co takiego?

– Szwagier jest…

– Animagiem? – wtrąca czarodziejka.

– A gdzie tam! Kierowcą w hurtowni jest. – macha ręką z lekceważeniem sąsiadka. – I mówił, że jak tym animagom nie udaje się zamienić starych udek w świeże, to transmutują to paskudztwo w żywe kurczaki, które potem na zapleczu… No wie pani..

Kobieta przeciąga znacząco palcem po szyi, a czarodziejka wzdraga się i wychodzi z kolejki. Kieruje się do działu z warzywami i bierze nieco przechodzone pieczarki. Dzisiaj na kolację będą zapiekanki.

– Pani nie bierze tych pieczarek! – krzyczy za nią szwagierka kierowcy z hurtowni. – To transmutowane domy Smerfów przeznaczone do rozbiórki!

Ale czarodziejka już jej nie słyszy. Podchodzi do kasy i przytyka różdżkę do sklepowego czytnika. Jej koniec rozżarza się na czerwono informując, że nastąpił debet. Oddycha z ulgą, gdy płatność jednak przechodzi i szybko zmierza w stronę apteki, żeby wykupić mężowi eliksir na reumatyzm.

– Pełnopłatnie czy z przepisu? – pyta magister czarodziejka.

– Z przepisu – mówi żona, lewitując w stronę okienka świstek od lekarza.

– ENEFZETIKS REFUNDO! – wygłasza farmaceutka stukając różdżką w receptę.

 

  1. 30

Z hałasem, niczym tabun dzikich koni, do domu wpadają dzieci. Czarodziejka sprawdza krany i z ulgą odnotowuje, że woda znów jest. Cichym pyknięciem podpala płomień pod pomidorówką i nastawia wodę w rondlu na makaron.

– Myć ręce, szybciutko! – zarządza.

– Oj mamo! – marudzi syn.

– Bez dyskusji!

– Mamo! – zaczyna skarżyć córka. – No on to koniecznie musi umyć!

– Zamknij się! – wrzeszczy synek.

– Mów!

– Bo jak wracaliśmy – referuje z przejęciem córka – to po drodze spotkaliśmy taki samochód pełen dresiarzy. I tam było tak głośno! I Stasiu wyjął różdżkę i…

– I co? – pyta złowieszczo matka.

– No i rzuciłem zaklęcie DISCOPOLUS FINITE – krzyczy z łazienki synek. – A oni wyleźli z samochodu, wyjęli różdżki i powiedzieli WBEJSBOLUS TRANSFORMAE!

– Matko Boska! – szepcze czarodziejka. – I co było dalej?

– No i im się te różdżki zamieniły w takie kije bejsbolowe… – wtrąca córka.

– To wiem – macha niecierpliwie ręką matka. – Co wyście zrobili, pytam?

– No Stasiu skierował różdżkę na trawnik i powiedział KUPA LEVIOSA! Bo myśmy chcieli ich psią kupą obrzucić, ale zaklęcie nie wyszło, więc…

– Więc co?

– No ręką rzucaliśmy a potem uciekliśmy… – wyjaśnia z łazienki Stasio.

– Czarodzieju w niebiosach, dzięki ci, że wodę włączyłeś – zwraca oczy do nieba czarodziejka.

17.30

– To się w głowie nie mieści – obwieszcza od drzwi czarodziej, stawiając teczkę na komodzie w przedpokoju. – Tłok dzisiaj był taki w ministerstwie, że kompletnie nie wyrabiałem się w pracy. To jest nienormalne!

– Biedaku! – użala się małżonka. – Co się stało właściwie?

– Trzy delegacje zagraniczne. – odpiera ponuro czarodziej. – I żeby wszystkie na raz! A skąd! Co zdążyłem zaczarować mopy, żeby wszystko wyczyściły, to następni szli. A trzeba ci wiedzieć, że sam minister na centrum miasta zaklęcie śniegu rzucił, więc błoto porobili w ministerstwie straszliwe.

– Umyj ręce i chodź zaraz na kolację!

18.30

– Mamo? – zapytał synek – Dlaczego te pieczarki na zapiekankach są takie niebieskie?

– Daj matce spokój – ofuknął go czarodziej.

Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Właśnie się zaczynały „Doniesienia z Ministerstwa”.

Czarodziejka w tym czasie zapędziła dzieci do wanny i wymuszając obietnicę, że dokładnie się wyszorują wyczarowała im w nagrodę niewielki wodotrysk lemoniady.

– To się we łbie nie mieści! – wrzasnął z pokoju czarodziej. – Im się powinno różdżki połamać!

– A którym? – zainteresowała się małżonka.

– Wszystkim! VUDOS! – wypowiedział zaklęcie.

Na stoliku pojawiła się butelka zmrożonej wódki. Rozsierdzony czarodziej polał sobie lufkę i dysząc nienawiścią spoglądał złowrogo w telewizor. Wypił zawartość i odszukał wzrokiem flaszkę.

– O nie! – zaprotestowała czarodziejka. – FINITO!

Butelka zniknęła, a czarodziej spojrzał na nią z wyrzutem. Kumple nauczyli go interesującego zaklęcia FEMINE EVANESCO, które w tych okolicach lepiej działało w wersji ŻONOWYPARUS, ale pozostawała kwestia dzieci. Kochał je bardzo, a im ta kanalia była potrzebna jak tlen.

– PANTOFLUS PETRIFICUS TOTALUS – wyszeptał pokornie i podreptał do sypialni.

– No! – skomentowała z satysfakcją małżonka i odpaliła internetowy kurs latania na miotle dla początkujących.

Po podwórzu niósł się odgłos skrobiącego o chodnik plastiku. Dozorca nadal nie odwołał szufli do piwnicy.

Czarodziejka położyła się do łóżka. Zza ściany nadbiegały dźwięki wyjątkowo skocznej piosenki z nurtu disco polo. Kobieta poprawiła lokówki i wpiła w ścianę nienawistne spojrzenie.

– DISCOPOLUS FINITE! – wyszeptała. – I jeszcze KUPA LEVIOSA! Ha ha! Za mojego Staszka to KUPA LEVIOSA Z CAŁEGO OSIEDLA!

Wrzaski dobiegające z sąsiedniego mieszkania dodały jej otuchy i energii. Przyda się do jutrzejszego wyłapywania Smerfów, które masowo zbiegły z piekarnika.

Unhappy New Year

Unhappy New Year

Z wieczorami sylwestrowymi różnie bywa. Jedni lubią dęte bale, inni domówki, jeszcze inni preferują wyjazdy albo plenerowe imprezy przy ognisku, kuligi. A jeszcze inni – nic.

Nie wiem jak Wy, ale ja zaliczyłam już w swym życiu wszystkie z powyższych i przyznam szczerze, że wszelkiego rodzaju imprezki i bale połączone z czyszczeniem restauracyjnych zamrażarek w kokilkach ze starym i pięć razy rozmrożonym strogonowem, kiedy to po północy już wszyscy wstawieni, zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Po kilku średnio udanych imprezach knajpianych, tudzież kilku imprezach masowych, zdecydowanie postawiliśmy na wieczory telewizyjne lub też imprezy wyjazdowe ze szczególnym akcentem położonym na szeroko pojęte narciarstwo oraz snowboardziarstwo :)

Ale wiecie jak to jest… Jeśli wszystko idzie gładko i przyjemnie, to się tego wcale nie pamięta. Co innego, jak się wszystko w iment posypie. Wtedy dopiero coś się dzieje. Są przygody = są wspomnienia.

W tym momencie należałoby z naciskiem zaznaczyć, że przy organizacji towarzyskich imprez wyjazdowych, istotne jest konkretne określenie miejsca wspólnego sylwestrowego balowania. Niby jest to sprawa aż nazbyt oczywista, ale jednak…

1/ W czasach gdy uczęszczałam jeszcze do klasy maturalnej, napatoczył mi się pewien o pięć (pięć! lat starszy!) amator, w sensie, że niby zadeklarowany narzeczony. Ów narzeczony pracował w dziale zaopatrzenia pewnej dużej państwowej firmy, a że obrotny to i wszystko załatwić potrafił, zatem gdy tylko pojawił się temat Sylwestra od razu przystąpił do działania. Jego firma, jak większość szanujących się w tamtych czasach przedsiębiorstw, dysponowała ośrodkiem wczasowym z góralskimi domkami. Konkretnie w Skomielnej.  Nie było na co czekać, więc skrzyknęliśmy z 10 znajomych. Bieda wtedy była, w domkach tylko pościel, więc na liście rzeczy niezbędnych do zabrania ze sobą znalazło się żarcie, picie, magnetofon, baterie, przepitka, alkohol… No i tyle. Bo cóż więcej było trzeba :)

Narzeczony dysponował małym fiatem, więc zabraliśmy się w czwórkę wraz z żarciem, bateriami i przepitką, a pozostali mieli dojechać pekaesem i dostarczyć resztę. Jechaliśmy całą paczką, ale na pewnym etapie coś poszło nie tak.  W efekcie, nasza czwórka wylądowała w domku w Skomielnej Czarnej z mnóstwem jedzenia, a pozostali, którzy jechali pekaesem zainstalowali się na przystanku autobusowym w Skomielnej Białej. My mieliśmy żarcie i popitkę, a oni mieli alkohol. My mieliśmy baterie R20, a oni mieli radio. My mieliśmy domek, a oni mieli przystanek autobusowy przy Zakopiance. Finalnie wszyscy wkurzeni. Nasi, bo nie mieli alkoholu. Mój „narzeczony” bo całą noc jeździł samochodem i szukał tych melepetów, co sobie wsie pomylili. Tamci też byli wkurzeni, bo mieli alkohol, ale bez naszej popitki. Prawie umarli z głodu i zamarzli na przystanku autobusowym. Na koniec obwinili nas o zły adres, a nasi towarzysze spokrewnieni z tamtymi z przystanku wściekli się na nas, że nie umiemy organizować imprez. Do domu wszyscy wrócili trzeźwi, zziębnięci, wkurzeni i pokłóceni na amen.

2/ Z tymi nazwami docelowych miejscowości na serio trzeba bardzo uważać. Pewnego razu, wraz z moim świeżo poślubionym mężem, postanowiliśmy powitać Nowy Rok narciarsko, na Słowacji. Jeszcze z czasów liceum zapamiętałam cudowną Tatrzańską Łomnicę i właśnie na tę miejscowość padł nasz wybór. Mąż pojechał do biura podróży, wykupił dziesięciodniowy pobyt w dwuosobowym pokoju z łazienką w Łomnicy i cały zadowolony pognał z nartami do serwisu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce…

Zamiast śniegu było błoto, a zamiast klimatycznego miasteczka w górach, trafiliśmy do okropnej mieściny położonej centralnie w rozległym stepie. Zamiast wymarzonego hoteliku trafiliśmy do jakiegoś domu, w którym mieszkało na biedę z dwadzieścia osób i wszyscy korzystali z jednej jedynej łazienki :)

Zamiast uroczych knajpeczek, w których mieliśmy zamiar się stołować, trafiliśmy na jedyną w miasteczku, odpychającą kuflotekę z ceratami zamiast obrusów. W dodatku po brzegi wypełnioną Cyganami, którzy to, jak się później okazało, stanowili 90% mieszkańców naszego miasteczka. Tatrzańska Łomnica i Wielka Łomnica to prawie to samo i, jak zwykle „prawie” czyni dużą różnicę. W tym przypadku rzekłabym, że kolosalną 😀

Ale nie daliśmy się tak łatwo! O nie! W oddali, gdzieś na końcu stepu majaczyły słowackie Tatry, zatem następnego dnia zarzuciliśmy narty na ramiona i ruszyliśmy na przystanek tamtejszej kolejki zwanej powszechnie elektrićką. Przynajmniej to jedno się zgadzało, ale do tego, żeby ujrzeć wyczekiwaną tabliczkę z napisem pozor vlak, trzeba było przejść w błocie jakieś dwa kilometry. Ale co tam. Człowiek młody, to się nie przejmował i żwawo drałował w butach narciarskich na peron. Później jeszcze, tylko jakaś godzinka jazdy pociągiem do tej właściwej Łomnicy, ale tym też nikt się nie przejmował. Perspektywa szusowania była ważniejsza, niż wszystkie trudy, więc następnego dnia raźno zameldowaliśmy się pod gondolową kolejką. Prawie jak VIP-y. Tanio nie było, przynajmniej jak dla studentów :) Wprawdzie kasjer trochę dziwnie nam się przyglądał, ale też bez mrugnięcia okiem sprzedał nam bilety na górę.

Mniej więcej w połowie jazdy, wjechaliśmy w chmurę. Widoczność na jakieś pięć metrów, ale przecież kto ma dać radę jak nie my? Nie w takiej mgle się śmigało, więc na górze przypięliśmy narty i zaczęliśmy się rozglądać za nartostradą. Jak się okazało, śniegu tam było tyle, co jakieś nędzne pięćdziesiąt metrów kwadratowych i na tym koniec, więc trzeba było odpiąć narty i zapłacić za zjazd kolejką w dół :)

Tym razem dotarła już do nas groza całej sytuacji. Nie było śniegu, nie było gdzie jeść, a nasza kwatera zasadniczo nie sprzyjała pomieszkiwaniu, więc zainstalowaliśmy się w restauracji na dworcu w Tatrzańskiej Łomnicy i finalnie właśnie tam spędziliśmy większość całego naszego pobytu. Ależ tam gotowali! Knedliki, bravcove rezenie, wyprażany syr, tatarska omaćka, hranolky i złoty bażant :)

Oj! pojedliśmy wtedy jak nigdy. I popiliśmy. Powroty na kwaterę nie były już takie straszne, a my, co prawda odrobinę niedomyci z braku możliwości częstego korzystania z łazienki, przynajmniej byliśmy najedzeni i nauczyliśmy się na pamięć jadłospisu po słowacku. Przez tydzień zostawiliśmy u kelnera chyba dwie jego wypłaty i wszystko szło świetnie, aż w końcu nastał sylwestrowy wieczór. W cygańskim miasteczku nikt nic o żadnej imprezie nie wspominał, a w górskich hotelach wszystko już było zajęte, więc jak w dym pojechaliśmy po południu do naszego dworcowego baru z nadzieją na imprezę. Od razu, na wejściu, nasz zaprzyjaźniony kelner szybko sprowadził nas na ziemię mówiąc, że o dwudziestej pierwszej zamykają, to więc my gazem do delikatesów.

Tuż przed zamknięciem sklepu chwyciłam z prawie pustej już półki dwa tanie wina o dźwięcznej nazwie novohradska dievica, a mój mąż ucapił flaszkę z cytrynową wódką.  Była strasznie żółta 😀

Zabezpieczeni na wieczór sylwestrowy, znów stawiliśmy się w naszej restauracji i tym razem zjedliśmy na koszt firmy, ale rzeczywiście o dziewiątej wieczorem nas wyprosili i sami pojechali do domu witać Nowy Rok. Niechętnie pozbieraliśmy nasze butelki i przeszliśmy do dworcowej kasy po bilety powrotne. Dosłownie kilka metrów dalej. A tu zonk! Ostatnia elektrićka już odjechała, a następna miała odjechać dopiero kilka minut po północy…

Właśnie zaczął padać śnieg, więc czmychnęliśmy do poczekalni, ale nasze szczęście trwało krótko, bo na dwie godziny przed północą wyrzucono nas na zewnątrz i zamknięto poczekalnię. Na szczęście, na peronie stała drewniana ławeczka, więc mieliśmy gdzie przycupnąć. Było magicznie. Upragniony śnieg sypał płatkami wielkości pięciozłotówek, a dworcowy termometr nareszcie zaczął wskazywać wyczekiwane minusy.  Rzeczywiście zrobiło się czarodziejsko, dopóki nam zadki nie zaczęły przymarzać do niczym niesłoniętej ławki. Nasze spojrzenia w jednej chwili spotkały się nad siatką z butelkami. W pierwszym podejściu sięgnęliśmy po cytrynówkę. Niestety zakrętki nie dało się odkręcić, więc odbezpieczyliśmy pierwszą dziewicę z Novohradu. Ych! W życiu nie piłam takiego świństwa i nigdy mnie tak nie otrząchało po wypiciu, ale co tam! Trzeba było się jakoś rozgrzać, prawda? Mój mąż również otrząchał się równo, a śnieg, w ciągu godziny, prawie nas zasypał.

Z każdego z okolicznych hoteli dobiegały nas radosne odgłosy sylwestrowej zabawy, a my co? Jak te ostatnie bidule, jak te przemarznięte sieroty usmarkane, jak te biedne dziewczynki z zapałkami i z flaszką taniego wina w dłoni, skuleni niczym obdarci bezdomni, czekający nocą na upragnioną elektrićkę do upragnionego pokoju u naszych romskich braci… odliczaliśmy minuty.

Na godzinę przed północą ujrzeliśmy dno pierwszej butelki, ale że ohydne wińsko jakoś słabo grzało to odbezpieczyliśmy drugą butelkę.  Tę udało nam się opróżnić prawie do dna, jak na łomnickim niebie rozbłysły noworoczne fajerwerki, a nasz pociąg nareszcie odtrąbił odjazd. Zmarznięci, ale szczęśliwi zaanektowaliśmy cały przedział, odstawiliśmy wino na składanym stoliczku i w kucki przylgnęliśmy do grzejnika. Nagle mój wzrok zatrzymał się w okolicy etykietki, na której drobnym maczkiem napisano, że to było… BEZALKOHOLOWE WINO :)

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Tornado 10

Tornado 10

Ciągle ktoś mnie pyta dlaczego robię to, co robię, a ja nie za bardzo wiem jak mam odpowiedzieć, żeby przy okazji nie wyjść na wariatkę. Tornado wprawdzie ostatnio wyraźnie zmniejszył częstotliwość dostarczania nam ekstremalnych doznań, ale nadal jesteśmy czujni jak ważka. Rzecz jasna, nikt nie wie, ile on ma lat, ale wyraźnie się postarzał. Posiwiał, gubi zęby i regularnie łyka lekarstwo na artretyzm. Ale nic sobie z tego nie robi. Właśnie leży na plecach w nowym kojcu i chrapie jak stary marynarz, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Przecież na emeryturze też się coś stworzeniu od życia należy, więc czasem jeszcze jakiś numer się wytnie :)

A było to tak…

Wichura wyrwała nam z płotu sztachetę, a w ślad za tym Tornado wylazł przez dziurę w ogrodzeniu i oddalił się w niewiadomym kierunku. Trudno. Raz w jego karierze pewnie już jakoś tak ze 105, więc jak widzicie jestem zaprawiona w bojach. Jak go tylko auto nie trzepnie, to gdzieś się przybłąka, ktoś się znowu nabierze na to jego poczciwe ryło i do mnie zadzwoni, że znalazł pieska. Zatem luzik. Czekamy.

Minęła godzina.
Telefon:
– Dzień dobry, czy nie zginął pani piesek?
– Zginął.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30 (gigantyczne osiedle wokół, milion adresów).
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Miła pani przechowała psa do mojego przyjazdu. Zastałam gnojka na kocyku, z pełną michą, w dodatku mizianego przez dwójkę dzieciaków, co to w domu pieska nie mają. Nie wiem, kto był bardziej rozanielony tym mizianiem. Dzieci czy pies. Przejęłam zbiega i chciałam jakoś się zrewanżować, ale pani odmówiła stanowczo.


Trzy tygodnie później…

8.00 rano. Właśnie, połamana na maksa po wcześniejszym pilatesie, startuję ja sobie na jakiś normalny trening, żeby rozruszać bolące zwłoki…
Telefon:
– Dzień dobry, czy przypadkiem nie zginął pani kotek? Czarna kicia z obrożą.
– Nie zginął, po okolicy łazi, więc proszę ją wypuścić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Trafi do domu- strzeliłam standardową formułkę.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30. Właśnie do mnie przyszła i nie chce wyjść.
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Tutaj wypadałoby napisać „kurtyna”, ale to jeszcze nie koniec historii :)
W przeciwieństwie do mnie, pani z salonu była w ciężkim szoku, jak mnie znowu zobaczyła. Zafasowała książkę z dedykacją i się trochę wzruszyła jak jej powiedziałam, że przecież warto być dobrym człowiekiem, a skoro moje zwierzęta tak chętnie ją odwiedzają, to na pewno coś w tym jest :)

Całkiem niedawno znów do mnie zadzwoniła, ale już na wstępie powiedziała:

– Dzień dobry, to ja. Gabriela z salonu przy Kieleckiej. Tornado znowu jest u mnie.

Kurczę, dobrze, że mam jeszcze trochę tych książek 😀
No i sami powiedzcie, jak tu normalnie żyć? Pomijam już fakt, że w międzyczasie Tornado jeszcze raz się oddalił z ogrodu, mimo zasieków godnych zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, ale odnalazł się niedaleko w spożywczaku, Behemot nam przepadł bez wieści, a Szajba złamała sobie ogon. I jeszcze otrzymałam z pięćdziesiąt telefonów, że ktoś ją „znalazł” oraz przenocowała raz u pewnej miłej pani, która zgarnęła ją do domu, bo się pętała po ulicy (tzn. kicia się pętała, a nie ta pani). Pani rozwiesiła także ogłoszenia, że szuka właściciela kici z obrożą i co chwila ktoś znajomy mi mówi, że chyba Szajbę znaleźli, bo ogłoszenia wiszą na osiedlu. Ech!, no mówię Wam…, ja czasami zwyczajnie nie wyrabiam.

Rano normalnie wołam sobie kota. Naprawdę normalnie, po ludzku, wyszłam przed dom i się normalnie wydzieram: „Szajbaaaaa!!! Kici kiciiiii!!!”, a tu podchodzi do mnie jakiś facet z psem i pyta:

– Przepraszam, a czy przypadkiem nie zginął pani kotek?
– A wie pan co, jeszcze nie wiem. Tak sobie wołam…
– Bo wie pani, widziałem właśnie ogłoszenie na słupie, że ktoś znalazł czarną kicię z obrożą i szuka właściciela.
– Aaa, no tak. Zgadza się, to mój kot, ale wie pan, to już nieaktualne. To jest ogłoszenie z zeszłego tygodnia.

Kurtyna…