Browsed by
Tag: śmieszne

image_pdfimage_print
Piżama day party

Piżama day party

Dziś, stojąc samochodem na czerwonym świetle, ujrzałam jak z sąsiedniego samochodu wysiadł mężczyzna w piżamie i szlafroku. Cóż, zimno dziś, zatem szlafrok nie dziwi. Ale w piżamie?  Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to było na przykład pod jakimś domem albo blokiem. Przecież facet mógł wyjść ze szpitala i ktoś go podwiózł, prawda? Ale nie, wysadzono gościa pod placem targowym i najnormalniej w świecie poczłapał sobie w bamboszach na zakupy. Kurczę, a może rzeczywiście wyszedł ze szpitala, miał w domu pustą lodówkę i chciał przed powrotem zrobić zakupy?

Dość na tym, że zwrócił na siebie uwagę i niejeden się za nim obejrzał. Ja też :) Ale jako, że hipokrytką nie jestem to przytoczę tu własną piżamową akcję, kiedy to pewnej wakacyjnej nocy wylądowałam z dusznościami w kieleckim szpitalu wojskowym. Karetka zgarnęła mnie wtedy prosto z lasu, właśnie w piżamie. Do tego mój zaspany mąż wyposażył mnie na drogę w kosmetyczkę, polarowy pled, grube spodnie od dresu oraz za duże na mnie, o pięć rozmiarów, adidasy mojej córki.

Do rana zdążyłam ozdrowieć, więc mniej więcej koło ósmej wypisano mnie ze szpitala. Zadzwoniłam więc do męża, żeby po mnie przyjechał, a że miał prawie godzinę jazdy, zatem za wygrzebane z dna kosmetyczki drobniaki kupiłam sobie w automacie dużą coca-colę i wyszłam na zewnątrz. Upał w tamtym czasie panował niemiłosierny, więc darowałam sobie spodnie od dresu i przycupnęłam na szpitalnym ogrodzeniu. W końcu baba w piżamie, w bezpośredniej bliskości szpitala, to nie dziwota, więc w oczekiwaniu na męża spokojnie obaliłam colę i ciupnęłam kilka partyjek w Candy Crush.

Niestety, po godzinie okazało się, że mój ślubny jeszcze nawet z miejsca nie ruszył, bo zatrzasnął się domku i nie mógł wyjść. Korzystając z reszty baterii w telefonie zorganizowałam mu ewakuację i mając przed sobą kolejną godzinę sterczenia pod szpitalem, przeniosłam się na skwerek i zainstalowałam w cieniu, pod drzewem. Ułożyłam się plackiem na kocu i z niemałą przyjemnością zagapiłam na liście.

Ech, mój błogostan nie trwał długo, ponieważ każdy przechodzień myślał, że zasłabłam albo umarłam, więc podchodził i pytał czy dobrze się czuję. Kurczę, nigdy nie czułam się lepiej, a po końskiej dawce sterydów jaką zaaplikowano mi w nocy, mogłam w kwadrans przenieść Kopiec Kościuszki z Krakowa do Sopotu!

Zdenerwowana, że mi przeszkadzają, przewróciłam się na brzuch i zaczęłam machać nogami, żeby było widać, że żyję. Kurczę, bateria zaczęła pikać coraz częściej, a w Candy Crush skończyły mi się życia, więc z nudów postanowiłam zrobić porządek w kosmetyczce. Przy okazji zrobiłam też pełny makijaż.

W szpitalu personel skończył właśnie nocny dyżur, a ja kątem oka zauważyłam, że dużo ludzi wyszło sobie na spacer i niektórzy robią mi zdjęcia. A co tam! Światło było dobre, a ja nie mając nic lepszego do roboty, znalazłszy pęsetę, przystąpiłam do żmudnej czynności regulowania łuków brwiowych.

Nagle rzuciło mi się w oczy, że chyba wszyscy pracownicy szpitala właśnie postanowili wyjść na papierosa. Ludzie w białych kitlach niby mimochodem krążyli obok i zerkali dyskretnie w moją stronę. Mych uszu, doszły też komentarze, czy aby na pewno nie uciekłam z psychiatryka. Jedna z pielęgniarek na widok pęsety nie wytrzymała i szturchnęła koleżankę w bok, mówiąc: „Ty, Zosia, patrz! Pewnie jakaś jeb…ta!”.

Gdyby nie to, że mój pęcherz właśnie odnotował świeżą dostawę wypitych wcześniej napojów, pewnie umarłabym ze śmiechu, ale zważywszy na fakt, że toaleta jest w szpitalu, a przedrzeć się przez izbę przyjęć wcale nie jest tak łatwo, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Pobliskie krzaczki również nie wchodziły w grę, a sprawa zaczynała robić się poważna, ale jak tylko sobie pomyślałam, że kolejne dwadzieścia cztery mogę spędzić w innej państwowej instytucji, postanowiłam być twarda. Na dodatek, po całej nieprzespanej nocy, wypisali mnie na głodniaka, a żołądek właśnie zaczął głośno upominać się o swoje.

Telefon. Odebrałam, szczęśliwa że mąż właśnie przybył na ratunek, ale niestety. Zadzwonił tylko po to, żeby mi powiedzieć, że w Kielcach jest remont drogi, sterczy w korku i nie wiadomo kiedy dojedzie.

Blisko trzygodzinne koczowanie na skwerku przy ruchliwej ulicy w centrum miasta, było doznaniem ciekawym, ale jeszcze ciekawszym była wizyta w McDonaldzie, ponieważ od razu po przybyciu męża zażądałam wizyty w najbliższej toalecie i to NATYCHMIAST. Pusty żołądek również nie pozwolił stamtąd odjechać bez jedzenia, więc nie oglądając na osłupiałą klientelę wparowałam do środka rozczochrana, w piżamie, w za dużych o pięć rozmiarów adidasach oraz z eleganckim make-up’em, i zapodałam sobie bułę.

Mąż, na wszelki wypadek, stanął nieco dalej :)

Wściekły toperz

Wściekły toperz

Ech, nie ma to jak czasem wywieźć na kilka dni rodzinę gdzieś poza miasto.

Otóż pewnego długiego czerwcowego weekendu postanowiliśmy udać się do drewnianego domku, gdzieś pod lasem. Naście lat temu to było, ale do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół, a już najbardziej pamiętam, że jak tylko przyjechaliśmy na miejsce, w środę po południu, to zaczęło lać i lało do soboty, co przy dwójce mniej więcej dwuletnich dzieci i braku domowych czasoumilaczy, ów pobyt mógł wyryć głęboką bliznę w psychice każdego normalnego rodzica.

W pierwszą przerwę pomiędzy jednym intensywnym opadem deszczu a drugim, moje dziatki wypuszczone na wolność, rączo pognały przed siebie. Oczywiście jedno w lewo, a drugie w prawo. Najpierw pobiegłam za tym, co radośnie pocwałowało w stronę wezbranego potoku, po czym zabrałam się za łapanie drugiego, które pognało pomiędzy pozostałe letniskowe domki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to usłyszałam szczebiot dziecięcia mego, które z szerokim uśmiechem wypadło zza sąsiedniej chałupki, zatrzymało się i upewniwszy się, że patrzę, efektownie pociągnęło z butelki solidny łyk zimnego tyskiego. Komu ukradła? Do dziś nie wiem, bo obeszłam okoliczne domki z pytaniem czy komuś przypadkiem nie zginęło piwo.  Nie zdążyłam zapytać w tych dalszych, bo znowu lunęło.  W międzyczasie, drugie dziecię dobrało się do piwa męża mego, na szczęście jeszcze nie zdążył otworzyć :)

W drugiej przerwie pomiędzy opadem gradu i deszczu, dziatki me miłe uprzejme były zaznać zbiorowej kąpieli w oczku wodnym, a na wypadek, jakby tego było mało, jedna z mych córek, korzystając z sekundy naszej nieuwagi, ustawiła się centralnie pod rurą spustową od rynny i radośnie spuściła sobie prysznic.

Szczęściem przeogromnym, mamy takich jednych niezbyt racjonalnie myślących znajomych, którzy to w tych strasznych okolicznościach postanowili nas wspomóc i do nas dołączyć, tak więc po dwóch godzinach mieliśmy już w domku farelkę do suszenia ciuchów, video, dwadzieścia kaset VHS z bajkami i czterolatkę do kompletu. Nastał spokój. A przynajmniej jeśli idzie o dzieci, bowiem mąż mój osobisty tak szczęśliwy, że znajomi przybyli z odsieczą, postanowił nastraszyć dziewczyny.

Czyli koleżankę i mnie :)

W lesie, jakimś cudem ucapił nietoperza i nie zawahał się go użyć. Przyniósł go do domu i strasznie się ucieszył, że krzyczymy :)

Dość na tym, że z wielkim hukiem wyleciał na zewnątrz wraz z przerażoną latającą myszą i niezwykle rad był z udanego dowcipu. I w sumie to by było na tyle, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu mój mąż znalazł na palcu niewielkie zaczerwienienie. Na moje pytanie czy aby nie ugryzł go nietoperz, mój ślubny pobladł straszliwie i drżącym głosem zapytał, czy nietoperki przypadkiem nie roznoszą wścieklizny…

No, rychło w czas ta refleksja, ale nie było na co czekać. W niedzielę wieczorem nie za bardzo było gdzie pytać, Internetu wtedy jeszcze nie mieliśmy, zatem zadzwoniłam do znajomej internistki. Niestety nie wiedziała. Pediatra i ginekolog też nie wiedzieli, więc zadzwoniłam do weterynarza. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Dzień dobry doktorze. Iza Frączyk.

– O, witam, pani Izo, znowu coś się stało kotkowi?

– Nie, doktorze, dziękuję, kot zdrowy. Tym razem dzwonię w sprawie męża- powiedziałam i w skrócie wyłuszczyłam sprawę nietoperzy.

No niestety, nosiciele jak złoto. Mąż mój pobladł jeszcze mocnej i z pamięci zacytował sobie radiowy komunikat z „Lata z Radiem” o serii bolesnych zastrzyków w brzuch. W pięć minut był w drodze do szpitala. Na szczęście zastrzyków jest tylko trzy i to nie w brzuch, tylko w ramię, więc wrócił uradowany. Jak się koniec końców okazało to nie były przelewki. Jako że wścieklizna to choroba zwalczana z urzędu, odpowiednie służby mają prawo doprowadzić pacjenta siłą na kolejny zastrzyk, a mój mąż… sobie zapomniał o ostatniej dawce … :)

Dość na tym, że na koniec trzeba było sporządzić odpowiedni raport do Sanepidu i dokładnie opisać całe zdarzenie.  Dałam z siebie wszystko :) Dobrze, że wtedy jeszcze nie pisałam książek, bo chyba nikt by nie uwierzył w barwną opowieść, jak to mój Bogu ducha winny mąż szedł sobie spokojnie przez las i nagle został napadnięty przez wściekłego toperza krwiopijcę, który podstępnie, zza krzaka, rzucił się na niewinnego turystę.

Niebezpieczne książki

Niebezpieczne książki

Już nawet i za dawnych lat książki nie miały łatwego życia. Wszyscy przecież uczyliśmy się o płonących onegdaj stosach heretyckich wymysłów. Do tego, pewnie nikt nie zliczy ileż to książek uratowało ludziom życie służąc za opał, czy jako miejsce do spania. Ileż one kulawych stołów uratowały oraz krzeseł! Już nawet nie wspomnę, ile z nich uratowało ludzkie dusze, bo tego zliczyć się nie da :)

Wśród całego księgozbioru ludzkości znajdują się również książki takie, które potrafią ludziom zaszkodzić, a niektóre z nich nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.  I nie mam tu wcale na myśli fanatycznych rojeń, pisanych na akord, typu Dzieła Lenina zajmujące cały regał i do tego nikt za bardzo nie wie, o czym te księgi traktują. Otóż chcąc Was przestrzec, mam tutaj na myśli szeroko pojęte poradniki, które od jakiegoś czasu roją się jak grzyby po deszczu i zazwyczaj nic wartościowego nie wnoszą. Piszę „zazwyczaj”, bo niekiedy coś tam wnoszą i niektóre z nich wypadałoby trzymać pod prądem, ponieważ ich lektura może spowodować skutki ze wszech miar szkodliwe dla otoczenia. Nawet lawinowo. Ja sama jestem tego najlepszym przykładem 😉

Zawsze szkoda mi było czasu na poradniki i nigdy w życiu nie wpadłabym na to, żeby sobie jakiś kupić. Masa szkoleń, swego czasu próbujących mnie przekarmić korporacyjną sieczką, zrobiła swoje. Jestem odporna na wszelkie poradniki niczym guma na korozję i żadnego kitu wcisnąć sobie nie dam. A przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, do momentu kiedy to naście lat temu kolega sprezentował mi poradnik o tym, jak stać się asertywnym. Ha! Zawsze miewałam trudności z mówieniem „nie”, a co gorsza, że jeśli nawet już to „nie” jakimś cudem udało mi się z siebie wydusić, od razu pojawiały się wyrzuty sumienia. Klasyka gatunku, zatem łaskawym okiem rzuciłam na książkę, a że była dość cienka przygarnęłam ją wieczorkiem do poduszki. Przeczytałam tylko wstęp…

A potem było to tak.

Moja mama i mój mąż mają imieniny w odstępie kilku dni, dlatego też zwykle świętujemy wspólnie i za tak zwanym jednym zamachem. Również i tym razem padło na naszą ulubioną restaurację, więc wszyscy chętnie przyklasnęli pomysłowi. Ja nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, żeby wyłazić przed orkiestrę, bo zaproponowałam mamie, że sama zadzwonię do restauracji i zarezerwuję dla wszystkich stolik na niedzielę. Nieświadoma, w co się pakuję, wzięłam to zadanie na siebie i w trzy minuty załatwiłam temat. W sumie to nie moje imieniny, ale co tam. Niech będzie, że jestem uczynna. A co!

No i nastała ta feralna niedziela, kiedy to niczego nieświadomi wraz z mężem wstaliśmy nie o tej godzinie co potrzeba, bo tradycyjnie już zapomnieliśmy, że właśnie przestawili czas na letni. Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy oczu otworzyć, jak zadzwoniła moja teściowa i drżącym głosem oznajmiła, że teść bardzo źle się czuje na serce, i że w związku z tym nie przyjdą na imieniny. Chwilę trwało zanim do nas dotarło, że właśnie odpadła nam 1/3 gości, że my mamy tyły czasowe i się nie wyrobimy, i może by tak przesunąć termin o tydzień. No to ja za telefon i dzwonię do mamy. Na to mama mnie opieprzyła, że nie ma na ten dzień obiadu, że jej popsuliśmy imieniny, i że ma nas w nosie. No to ja się wściekłam i zadzwoniłam do taty, żeby powiedział mamie, że to nie są moje imieniny, a imieniny bez gości to raczej słabo. Zdenerwowałam się bardzo i przy okazji nakrzyczałam na tatę, że mama nie odbiera telefonów, bo mama  i tak się obraziła, ale w międzyczasie  zdążyła już zadzwonić do mojej teściowej i się pożalić, że jesteśmy fujary, bo nie umiemy sobie zegarka przestawić. Na to teść bardzo się zdenerwował, że to wszystko jego wina, bo jakby nie był chory to by nie było afery. Do tego wszystkiego spadł mu poziom cukru we krwi i trzeba było wzywać pogotowie. Mojej teściowej naraz gwałtownie skoczyło ciśnienie i zadzwoniła do mojego męża, że teść się roztrząsł i właśnie jedzie do nich obojga karetka, ale w międzyczasie mój tata dodzwonił się do mnie zapytać, co tak naprawdę się stało, bo mama się do niego nie odzywa. Mnie już wtedy na serio puściło i powiedziałam tacie, gdzie mam wszystkich z ich zakichanym obiadem, imieninami, palpitacjami i umieraniem. Z pianą na ustach położyłam się do łóżka, w drodze rugając po całości męża próbującego mnie uspokoić. Na koniec, mój tata wreszcie dodzwonił się do mojego męża, który już rozłączył się z teściami, i zapytał:

– Stary? Co tam się u was dzieje? Czy coś się stało Izabeli?

– Nie wiem tato, huknęła drzwiami od sypialni i nie powtórzę, co mi powiedziała, bo nie wypada.

W końcu się obaj naradzili, że trzeba sprawdzić, co u mnie, bo jeśli jeszcze ja zacznę korkować to koniec.

Poradnik zadziałał! Jeszcze nigdy tak głośno nie płakałam ze śmiechu :)

Imieniny w pełnej zgodzie i w pełnym zdrowiu odbyły się tydzień później. Ja od tamtej pory nie rezerwuję żadnych stolików, ale niestety tamtego dnia mąż zabrał mi książkę…

…a  z wielką przyjemnością przeczytałabym chociaż pierwszy rozdział :)

Bajkowe życie

Bajkowe życie

 

Pewnie nie raz każdy z Was zastanawiał się, jak by nam się żyło, gdybyśmy umieli czarować. Oczywiście łatwiej, co udowodnił nam na przykład Harry Potter i jego kumple czarodzieje. Zamiast walczyć z przepaloną żarówką by sobie człowiek powiedział Lumos! I wygenerował światło z różdżki. Albo jakby się do niego jakiś dresiarz na osiedlu rzucał, to wystarczyłoby wyczarować świetlistego Patronusa. Gary w zlewie? Żaden problem – szybkie zaklęcie i wszystko zmywa się samo. Do pewnego stopnia sprzęty typu zmywarka zastępują nam magię, ale tylko do pewnego. Niech pierwszy kamieniem rzuci ten, kto nie toczył wojny domowej o to, kto powyciąga i poodkłada na miejsce czyste talerze. A jakby różdżka była, to – siup! – szybkie machnięcie i wszystko samo grzecznie szybuje do szafek.

Czyli ustalamy, że sprzęty domowe jak zmywarka czy pralka są czymś w rodzaju połowicznej magii. Co sprytniejsi wyczarowali sobie, w celu uzupełnienia owej magii, panie do pomocy, ale użyli zaklęcia EXTRAPIENIĄDZUS WYDANOS! Nie każdy je opanował, więc wracamy do punktu wyjścia.

Czyli do tego, jakby to było, gdyby była magia i za jej pomocą rozwiązywałoby się wszystkie problemy. I co najważniejsze – jakby się to sprawdziło w naszym pięknym kraju.

Bo w Anglii to wiemy. Banda młodocianych czarodziejów szła na dworzec kolejowy, rozpędzali się i szarżując słup przenosili się na peron 9 ¾. Potem wsiadali w pociąg, który odwoził ich do szkoły z internatem, gdzie mieli różne ciekawe przygody z przewagą niebezpiecznych, a ich rodzice zajmowali się swoimi sprawami i na prawie rok zapominali, że mają potomstwo. Wygodnie, elegancko i… w naszych realiach raczej nierealnie 😀

Czym więc zajmowaliby się czarodzieje nad Wisłą?

Ha! Na takie pytanie nikt chyba jeszcze nie odpowiedział, więc pozwólcie, że przedstawię Wam przykładowy dzień modelowej rodziny czarodziejów z naszych stron 😀

7.00

Mama czarodziejka otwiera jedno oko i nienawistnym spojrzeniem patrzy na zaklętego w budzik i wrednie gruchającego gołębia. Po omacku namierza różdżkę i celuje nią w paskudę.

– GRUCHANDO FINITO! – syczy i spala gołębia pojedynczą iskrą.

– Znów? – mamrocze jej mąż czarodziej podnosząc się niechętnie. – To już dziesiąty budzik w tym miesiącu, kochanie.

– Nie szkodzi! Na jego miejsce po dwadzieścia dziennie siedzi i paskudzi na balkonie – bagatelizuje małżonka i człapie do kuchni.

A w zlewie oczywiście stos nieumytych naczyń.

– VASA ABLUO! – mówi czarodziejka i naczynia grzecznie podrywają się do góry.

Kran się otwiera i roznosi się przeciągłe syknięcie. Znów awaria wody.

– Jasna cholera! – denerwuje się pani domu.

– Co tam? – krzyczy z kibelka jej mąż.

– Znowu wody nie ma!

– Cholera, nigdy nie byłem dobry z zaklęcia znikającego – szepcze czarodziej, nerwowo zerkając w czeluść muszli klozetowej.

7.30

– Szybciej dzieci! – pokrzykuje nerwowo do dwójki latorośli pani domu.

– Ale mamo! – protestuje syn. – Kanapka z serem? Nie lubię!

– To nie lub dalej! – fuka pan czarodziej. – Nic innego nie ma.

– Nie możesz czegoś wyczarować? – prosi córka. – Ja też nie lubię!

– Z lodówki tata nic nie wyczaruje, bo nic innego nie ma. Nie było kiedy pojechać do Tesco… – wtrąca się mama.

– No to z Tesco niech wyczaruje… – prosi syn.

– Zwariowałeś? – denerwuje się matka. – Chcesz, żeby ojca zamknęli?

– A poza tym nałożyli silne zaklęcia ochronne – mruczy ojciec popijając herbatę.

8.00

Po szczęśliwym wypchnięciu rodziny za drzwi, pani czarodziejka, siada z westchnieniem na kanapie. Uruchomiłaby pranie, ale wody oczywiście dalej nie ma. A może by tak rzucić zaklęcie odkurzające? Dywany niezbyt czyste. Tylko po co? Smog zaraz znów nasyfi w chałupie, a czego on nie załatwi to dzieci dobrudzą.

Czarodziejka idzie więc do kuchni i wyjmuje z lodówki garnek z resztą niedzielnego rosołu. Stawia go na kuchence i wsuwa różdżkę pod pokrywkę.

– TRANSFORMATUS POMIDOROWA! – wygłasza zaklęcie i zadowolona z siebie wraca na kanapę.

Kolejnym zaklęciem włącza telewizor i przez następne cztery godziny gapi się w program ”Czarowanie na śniadanie” zżymając się w duchu na zgrabne zdziry, które pląsają radośnie po studiu. Cwaniary! Ciekawe, czy byłyby takie urocze bez nielimitowanych zaklęć odmładzających fundowanych przez swoich bogatych czarodziejów.

12.00

Po wysłuchaniu ostatnich porad z programu, z których najbardziej jej się spodobało to zaklęcie natychmiastowo mrożące francuskiego szampana, czarodziejka podnosi się z kanapy i zaczyna szykować do wyjścia. Z braku kominka nie używa proszku fiuu, tylko teleportuje się z czwartego piętra na dół klatki schodowej, bo winda znów zepsuta.

Już na podwórku przeskakuje zgrabnie nad samoodśnieżającą szuflą czarodzieja dozorcy, którą ten puścił w ruch tydzień temu i zapomniał odwołać do piwnicy, mimo, że po śniegu chwilowo nie ma nawet śladu. Szufla gorliwie lata po podwórku z niemiłosiernym zgrzytem trąc o gołe chodniki.

Czarodziejka wzrusza ramionami i w ostatniej chwili uchyla się przed workiem ze śmieciami, który leniwa sąsiadka lewituje do śmietnika wprost z balkonu na trzecim piętrze.

– Niech pani trochę uważa, pani Nowakowa! – wrzeszczy ze złością czarodziejka i nie oglądając się na sąsiadkę, rusza szybkim marszem w stronę sklepu osiedlowego.

12.30

Kolejka do mięsa nie jest długa, ale wyjątkowo powoli idzie. Każda z kolejnych stojących w niej czarodziejek próbuje rzucać na wędliny zaklęcie TERMINUS OBJAWIS, a ekspedientka za każdym razem rzuca się z poświęceniem krzycząc – PROTEGO!

Szczególnie w poniedziałki ma mnóstwo roboty. Od czasu, gdy w gazecie „Czarodziejka Polska” napisali, że supermarkety zatrudniają na weekendy bezrobotnych animagów, którzy transmutują przeterminowane mięso w produkty pełnowartościowe.

– Pani nie bierze kurczaka – szepcze do naszej czarodziejki sąsiadka z kolejki. – Pani wie, co oni z tym robią?

– Co takiego?

– Szwagier jest…

– Animagiem? – wtrąca czarodziejka.

– A gdzie tam! Kierowcą w hurtowni jest. – macha ręką z lekceważeniem sąsiadka. – I mówił, że jak tym animagom nie udaje się zamienić starych udek w świeże, to transmutują to paskudztwo w żywe kurczaki, które potem na zapleczu… No wie pani..

Kobieta przeciąga znacząco palcem po szyi, a czarodziejka wzdraga się i wychodzi z kolejki. Kieruje się do działu z warzywami i bierze nieco przechodzone pieczarki. Dzisiaj na kolację będą zapiekanki.

– Pani nie bierze tych pieczarek! – krzyczy za nią szwagierka kierowcy z hurtowni. – To transmutowane domy Smerfów przeznaczone do rozbiórki!

Ale czarodziejka już jej nie słyszy. Podchodzi do kasy i przytyka różdżkę do sklepowego czytnika. Jej koniec rozżarza się na czerwono informując, że nastąpił debet. Oddycha z ulgą, gdy płatność jednak przechodzi i szybko zmierza w stronę apteki, żeby wykupić mężowi eliksir na reumatyzm.

– Pełnopłatnie czy z przepisu? – pyta magister czarodziejka.

– Z przepisu – mówi żona, lewitując w stronę okienka świstek od lekarza.

– ENEFZETIKS REFUNDO! – wygłasza farmaceutka stukając różdżką w receptę.

 

  1. 30

Z hałasem, niczym tabun dzikich koni, do domu wpadają dzieci. Czarodziejka sprawdza krany i z ulgą odnotowuje, że woda znów jest. Cichym pyknięciem podpala płomień pod pomidorówką i nastawia wodę w rondlu na makaron.

– Myć ręce, szybciutko! – zarządza.

– Oj mamo! – marudzi syn.

– Bez dyskusji!

– Mamo! – zaczyna skarżyć córka. – No on to koniecznie musi umyć!

– Zamknij się! – wrzeszczy synek.

– Mów!

– Bo jak wracaliśmy – referuje z przejęciem córka – to po drodze spotkaliśmy taki samochód pełen dresiarzy. I tam było tak głośno! I Stasiu wyjął różdżkę i…

– I co? – pyta złowieszczo matka.

– No i rzuciłem zaklęcie DISCOPOLUS FINITE – krzyczy z łazienki synek. – A oni wyleźli z samochodu, wyjęli różdżki i powiedzieli WBEJSBOLUS TRANSFORMAE!

– Matko Boska! – szepcze czarodziejka. – I co było dalej?

– No i im się te różdżki zamieniły w takie kije bejsbolowe… – wtrąca córka.

– To wiem – macha niecierpliwie ręką matka. – Co wyście zrobili, pytam?

– No Stasiu skierował różdżkę na trawnik i powiedział KUPA LEVIOSA! Bo myśmy chcieli ich psią kupą obrzucić, ale zaklęcie nie wyszło, więc…

– Więc co?

– No ręką rzucaliśmy a potem uciekliśmy… – wyjaśnia z łazienki Stasio.

– Czarodzieju w niebiosach, dzięki ci, że wodę włączyłeś – zwraca oczy do nieba czarodziejka.

17.30

– To się w głowie nie mieści – obwieszcza od drzwi czarodziej, stawiając teczkę na komodzie w przedpokoju. – Tłok dzisiaj był taki w ministerstwie, że kompletnie nie wyrabiałem się w pracy. To jest nienormalne!

– Biedaku! – użala się małżonka. – Co się stało właściwie?

– Trzy delegacje zagraniczne. – odpiera ponuro czarodziej. – I żeby wszystkie na raz! A skąd! Co zdążyłem zaczarować mopy, żeby wszystko wyczyściły, to następni szli. A trzeba ci wiedzieć, że sam minister na centrum miasta zaklęcie śniegu rzucił, więc błoto porobili w ministerstwie straszliwe.

– Umyj ręce i chodź zaraz na kolację!

18.30

– Mamo? – zapytał synek – Dlaczego te pieczarki na zapiekankach są takie niebieskie?

– Daj matce spokój – ofuknął go czarodziej.

Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Właśnie się zaczynały „Doniesienia z Ministerstwa”.

Czarodziejka w tym czasie zapędziła dzieci do wanny i wymuszając obietnicę, że dokładnie się wyszorują wyczarowała im w nagrodę niewielki wodotrysk lemoniady.

– To się we łbie nie mieści! – wrzasnął z pokoju czarodziej. – Im się powinno różdżki połamać!

– A którym? – zainteresowała się małżonka.

– Wszystkim! VUDOS! – wypowiedział zaklęcie.

Na stoliku pojawiła się butelka zmrożonej wódki. Rozsierdzony czarodziej polał sobie lufkę i dysząc nienawiścią spoglądał złowrogo w telewizor. Wypił zawartość i odszukał wzrokiem flaszkę.

– O nie! – zaprotestowała czarodziejka. – FINITO!

Butelka zniknęła, a czarodziej spojrzał na nią z wyrzutem. Kumple nauczyli go interesującego zaklęcia FEMINE EVANESCO, które w tych okolicach lepiej działało w wersji ŻONOWYPARUS, ale pozostawała kwestia dzieci. Kochał je bardzo, a im ta kanalia była potrzebna jak tlen.

– PANTOFLUS PETRIFICUS TOTALUS – wyszeptał pokornie i podreptał do sypialni.

– No! – skomentowała z satysfakcją małżonka i odpaliła internetowy kurs latania na miotle dla początkujących.

Po podwórzu niósł się odgłos skrobiącego o chodnik plastiku. Dozorca nadal nie odwołał szufli do piwnicy.

Czarodziejka położyła się do łóżka. Zza ściany nadbiegały dźwięki wyjątkowo skocznej piosenki z nurtu disco polo. Kobieta poprawiła lokówki i wpiła w ścianę nienawistne spojrzenie.

– DISCOPOLUS FINITE! – wyszeptała. – I jeszcze KUPA LEVIOSA! Ha ha! Za mojego Staszka to KUPA LEVIOSA Z CAŁEGO OSIEDLA!

Wrzaski dobiegające z sąsiedniego mieszkania dodały jej otuchy i energii. Przyda się do jutrzejszego wyłapywania Smerfów, które masowo zbiegły z piekarnika.

Unhappy New Year

Unhappy New Year

Z wieczorami sylwestrowymi różnie bywa. Jedni lubią dęte bale, inni domówki, jeszcze inni preferują wyjazdy albo plenerowe imprezy przy ognisku, kuligi. A jeszcze inni – nic.

Nie wiem jak Wy, ale ja zaliczyłam już w swym życiu wszystkie z powyższych i przyznam szczerze, że wszelkiego rodzaju imprezki i bale połączone z czyszczeniem restauracyjnych zamrażarek w kokilkach ze starym i pięć razy rozmrożonym strogonowem, kiedy to po północy już wszyscy wstawieni, zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Po kilku średnio udanych imprezach knajpianych, tudzież kilku imprezach masowych, zdecydowanie postawiliśmy na wieczory telewizyjne lub też imprezy wyjazdowe ze szczególnym akcentem położonym na szeroko pojęte narciarstwo oraz snowboardziarstwo :)

Ale wiecie jak to jest… Jeśli wszystko idzie gładko i przyjemnie, to się tego wcale nie pamięta. Co innego, jak się wszystko w iment posypie. Wtedy dopiero coś się dzieje. Są przygody = są wspomnienia.

W tym momencie należałoby z naciskiem zaznaczyć, że przy organizacji towarzyskich imprez wyjazdowych, istotne jest konkretne określenie miejsca wspólnego sylwestrowego balowania. Niby jest to sprawa aż nazbyt oczywista, ale jednak…

1/ W czasach gdy uczęszczałam jeszcze do klasy maturalnej, napatoczył mi się pewien o pięć (pięć! lat starszy!) amator, w sensie, że niby zadeklarowany narzeczony. Ów narzeczony pracował w dziale zaopatrzenia pewnej dużej państwowej firmy, a że obrotny to i wszystko załatwić potrafił, zatem gdy tylko pojawił się temat Sylwestra od razu przystąpił do działania. Jego firma, jak większość szanujących się w tamtych czasach przedsiębiorstw, dysponowała ośrodkiem wczasowym z góralskimi domkami. Konkretnie w Skomielnej.  Nie było na co czekać, więc skrzyknęliśmy z 10 znajomych. Bieda wtedy była, w domkach tylko pościel, więc na liście rzeczy niezbędnych do zabrania ze sobą znalazło się żarcie, picie, magnetofon, baterie, przepitka, alkohol… No i tyle. Bo cóż więcej było trzeba :)

Narzeczony dysponował małym fiatem, więc zabraliśmy się w czwórkę wraz z żarciem, bateriami i przepitką, a pozostali mieli dojechać pekaesem i dostarczyć resztę. Jechaliśmy całą paczką, ale na pewnym etapie coś poszło nie tak.  W efekcie, nasza czwórka wylądowała w domku w Skomielnej Czarnej z mnóstwem jedzenia, a pozostali, którzy jechali pekaesem zainstalowali się na przystanku autobusowym w Skomielnej Białej. My mieliśmy żarcie i popitkę, a oni mieli alkohol. My mieliśmy baterie R20, a oni mieli radio. My mieliśmy domek, a oni mieli przystanek autobusowy przy Zakopiance. Finalnie wszyscy wkurzeni. Nasi, bo nie mieli alkoholu. Mój „narzeczony” bo całą noc jeździł samochodem i szukał tych melepetów, co sobie wsie pomylili. Tamci też byli wkurzeni, bo mieli alkohol, ale bez naszej popitki. Prawie umarli z głodu i zamarzli na przystanku autobusowym. Na koniec obwinili nas o zły adres, a nasi towarzysze spokrewnieni z tamtymi z przystanku wściekli się na nas, że nie umiemy organizować imprez. Do domu wszyscy wrócili trzeźwi, zziębnięci, wkurzeni i pokłóceni na amen.

2/ Z tymi nazwami docelowych miejscowości na serio trzeba bardzo uważać. Pewnego razu, wraz z moim świeżo poślubionym mężem, postanowiliśmy powitać Nowy Rok narciarsko, na Słowacji. Jeszcze z czasów liceum zapamiętałam cudowną Tatrzańską Łomnicę i właśnie na tę miejscowość padł nasz wybór. Mąż pojechał do biura podróży, wykupił dziesięciodniowy pobyt w dwuosobowym pokoju z łazienką w Łomnicy i cały zadowolony pognał z nartami do serwisu. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dotarliśmy na miejsce…

Zamiast śniegu było błoto, a zamiast klimatycznego miasteczka w górach, trafiliśmy do okropnej mieściny położonej centralnie w rozległym stepie. Zamiast wymarzonego hoteliku trafiliśmy do jakiegoś domu, w którym mieszkało na biedę z dwadzieścia osób i wszyscy korzystali z jednej jedynej łazienki :)

Zamiast uroczych knajpeczek, w których mieliśmy zamiar się stołować, trafiliśmy na jedyną w miasteczku, odpychającą kuflotekę z ceratami zamiast obrusów. W dodatku po brzegi wypełnioną Cyganami, którzy to, jak się później okazało, stanowili 90% mieszkańców naszego miasteczka. Tatrzańska Łomnica i Wielka Łomnica to prawie to samo i, jak zwykle „prawie” czyni dużą różnicę. W tym przypadku rzekłabym, że kolosalną 😀

Ale nie daliśmy się tak łatwo! O nie! W oddali, gdzieś na końcu stepu majaczyły słowackie Tatry, zatem następnego dnia zarzuciliśmy narty na ramiona i ruszyliśmy na przystanek tamtejszej kolejki zwanej powszechnie elektrićką. Przynajmniej to jedno się zgadzało, ale do tego, żeby ujrzeć wyczekiwaną tabliczkę z napisem pozor vlak, trzeba było przejść w błocie jakieś dwa kilometry. Ale co tam. Człowiek młody, to się nie przejmował i żwawo drałował w butach narciarskich na peron. Później jeszcze, tylko jakaś godzinka jazdy pociągiem do tej właściwej Łomnicy, ale tym też nikt się nie przejmował. Perspektywa szusowania była ważniejsza, niż wszystkie trudy, więc następnego dnia raźno zameldowaliśmy się pod gondolową kolejką. Prawie jak VIP-y. Tanio nie było, przynajmniej jak dla studentów :) Wprawdzie kasjer trochę dziwnie nam się przyglądał, ale też bez mrugnięcia okiem sprzedał nam bilety na górę.

Mniej więcej w połowie jazdy, wjechaliśmy w chmurę. Widoczność na jakieś pięć metrów, ale przecież kto ma dać radę jak nie my? Nie w takiej mgle się śmigało, więc na górze przypięliśmy narty i zaczęliśmy się rozglądać za nartostradą. Jak się okazało, śniegu tam było tyle, co jakieś nędzne pięćdziesiąt metrów kwadratowych i na tym koniec, więc trzeba było odpiąć narty i zapłacić za zjazd kolejką w dół :)

Tym razem dotarła już do nas groza całej sytuacji. Nie było śniegu, nie było gdzie jeść, a nasza kwatera zasadniczo nie sprzyjała pomieszkiwaniu, więc zainstalowaliśmy się w restauracji na dworcu w Tatrzańskiej Łomnicy i finalnie właśnie tam spędziliśmy większość całego naszego pobytu. Ależ tam gotowali! Knedliki, bravcove rezenie, wyprażany syr, tatarska omaćka, hranolky i złoty bażant :)

Oj! pojedliśmy wtedy jak nigdy. I popiliśmy. Powroty na kwaterę nie były już takie straszne, a my, co prawda odrobinę niedomyci z braku możliwości częstego korzystania z łazienki, przynajmniej byliśmy najedzeni i nauczyliśmy się na pamięć jadłospisu po słowacku. Przez tydzień zostawiliśmy u kelnera chyba dwie jego wypłaty i wszystko szło świetnie, aż w końcu nastał sylwestrowy wieczór. W cygańskim miasteczku nikt nic o żadnej imprezie nie wspominał, a w górskich hotelach wszystko już było zajęte, więc jak w dym pojechaliśmy po południu do naszego dworcowego baru z nadzieją na imprezę. Od razu, na wejściu, nasz zaprzyjaźniony kelner szybko sprowadził nas na ziemię mówiąc, że o dwudziestej pierwszej zamykają, to więc my gazem do delikatesów.

Tuż przed zamknięciem sklepu chwyciłam z prawie pustej już półki dwa tanie wina o dźwięcznej nazwie novohradska dievica, a mój mąż ucapił flaszkę z cytrynową wódką.  Była strasznie żółta 😀

Zabezpieczeni na wieczór sylwestrowy, znów stawiliśmy się w naszej restauracji i tym razem zjedliśmy na koszt firmy, ale rzeczywiście o dziewiątej wieczorem nas wyprosili i sami pojechali do domu witać Nowy Rok. Niechętnie pozbieraliśmy nasze butelki i przeszliśmy do dworcowej kasy po bilety powrotne. Dosłownie kilka metrów dalej. A tu zonk! Ostatnia elektrićka już odjechała, a następna miała odjechać dopiero kilka minut po północy…

Właśnie zaczął padać śnieg, więc czmychnęliśmy do poczekalni, ale nasze szczęście trwało krótko, bo na dwie godziny przed północą wyrzucono nas na zewnątrz i zamknięto poczekalnię. Na szczęście, na peronie stała drewniana ławeczka, więc mieliśmy gdzie przycupnąć. Było magicznie. Upragniony śnieg sypał płatkami wielkości pięciozłotówek, a dworcowy termometr nareszcie zaczął wskazywać wyczekiwane minusy.  Rzeczywiście zrobiło się czarodziejsko, dopóki nam zadki nie zaczęły przymarzać do niczym niesłoniętej ławki. Nasze spojrzenia w jednej chwili spotkały się nad siatką z butelkami. W pierwszym podejściu sięgnęliśmy po cytrynówkę. Niestety zakrętki nie dało się odkręcić, więc odbezpieczyliśmy pierwszą dziewicę z Novohradu. Ych! W życiu nie piłam takiego świństwa i nigdy mnie tak nie otrząchało po wypiciu, ale co tam! Trzeba było się jakoś rozgrzać, prawda? Mój mąż również otrząchał się równo, a śnieg, w ciągu godziny, prawie nas zasypał.

Z każdego z okolicznych hoteli dobiegały nas radosne odgłosy sylwestrowej zabawy, a my co? Jak te ostatnie bidule, jak te przemarznięte sieroty usmarkane, jak te biedne dziewczynki z zapałkami i z flaszką taniego wina w dłoni, skuleni niczym obdarci bezdomni, czekający nocą na upragnioną elektrićkę do upragnionego pokoju u naszych romskich braci… odliczaliśmy minuty.

Na godzinę przed północą ujrzeliśmy dno pierwszej butelki, ale że ohydne wińsko jakoś słabo grzało to odbezpieczyliśmy drugą butelkę.  Tę udało nam się opróżnić prawie do dna, jak na łomnickim niebie rozbłysły noworoczne fajerwerki, a nasz pociąg nareszcie odtrąbił odjazd. Zmarznięci, ale szczęśliwi zaanektowaliśmy cały przedział, odstawiliśmy wino na składanym stoliczku i w kucki przylgnęliśmy do grzejnika. Nagle mój wzrok zatrzymał się w okolicy etykietki, na której drobnym maczkiem napisano, że to było… BEZALKOHOLOWE WINO :)

Martyna 5

Martyna 5

W którym okaże się, że na pustyni istnieją zdecydowanie bardziej gorące obiekty niż słońce w zenicie

Martynę  szarpnął  strumień energii  i bezwstydnie klepiąc  ją  rozpędzonymi cząsteczkami po pośladkach, uniósł brutalnie z zacisznego kokpitu pełnego złośliwych komputerów. Po chwilowym niebycie, którego długość była niewyjaśnioną zagadką, dziewczyna zaryła obutymi w klapki stopami w rozgrzany złocisty piasek, przetykany czarnymi  łupkami z okolicznych wzgórz. Temperatura przekraczała przyswajalne 20 stopni  co  najmniej  o  piętnaście  dalszych.  Martyna  rozejrzała  się  nerwowo,  starając  się  namierzyć jakąkolwiek  stację benzynową,  ale  z  jej  ekspresowego  rozeznania wynikało,  że oprócz krzaków  jedyną formą istnienia były tu piekące się na słońcu drobinki kwarcu. W końcu podreptała w stronę skąpej  plamy  cienia,  którą  rzucały  zadziwiająco  mięsiste  i  zielone  liście pobliskich krzewów. Aromat liści przyprawił ją momentalnie o zawroty głowy.

Nagle usłyszała głuche stąpanie po wyprażonym piachu. Przysłaniając  dłonią  oczy  przed  słońcem,  wyjrzała  ciekawie  zza  krzaków  i  ujrzała  smukłego, jasnowłosego młodzieńca,  który  obserwował  linię horyzontu i mamrotał  sobie  coś  pod  nosem. Martyna  na wszelki wypadek  pospiesznie  ukryła  się  za  chaszczami  i dyskretnie  obserwowała  zbliżającego  się  z  każdym  krokiem  chłopaka. Ten  dotarł w  pobliże Martyny  i nieświadomy obserwującej go bacznie pary oczu opadł na piasek z ciężkim westchnieniem. Przez chwilę siedział sztywno, wpatrzony w chmury porysowane wierzchołkami gór, lecz najwyraźniej nie odnajdując w nich niczego niepokojącego, pogmerał w kieszeni i wyjął z niej paczkę fajek i pudełko zapałek. Wyjął papierosa  i  ponownie  zatopił  spojrzenie  w  niewidocznym  horyzoncie.  Jeśli  ktoś  zapytałby Martynę  o zdanie,  to  orzekłaby  autorytatywnie,  że  młody  człowiek  zachowuje  się  jak  znerwicowany  uczniak  w szkolnej  toalecie. I coś w  tym było. Blondyn czujnie rozejrzał się dookoła i w końcu zdecydował się na przypalenie  fajka. Pykał  łapczywie, dyskretnie ukrywając dowód  zbrodni w dłoni. Po  chwili westchnął przeciągle i położył się na piasku.

– Ja  to mam  przesrane!  –  powiedział  na  głos,  a Martyna  podskoczyła  do  góry  i w ostatniej chwili powstrzymała się od dekonspirującego okrzyku zaskoczenia.

Blondyn, wciąż nieświadomy faktu, że za krzakiem siedzi szacowne audytorium, oddał się głośnym rozmyślaniom.

– Kurde!  Powinienem  być  na  Jamajce!  Skąd  się  tu  wziąłem?  –  skarżył  się  krzakom  wielbiciel oceanicznej egzotyki. – Przecież jestem wielki, niezwyciężony i przystojny. Dlaczego muszę tkwić w tym cholernym upale? Dlaczego ja muszę mieć takie porąbane rodzeństwo i walniętych starych?

Chłopak usiadł gwałtownie i pocierając zaczerwieniony nos, z wyrzutem zerknął w stronę nieba.

– To  słońce mnie  zabija!  – wymamrotał  i  przeczołgał  się  do  cienia,  dosłownie  kilka metrów  od naszej opływającej potem bohaterki, która z zazdrością łowiła w nozdrza dym unoszący się z papierosa.

Pomiędzy  aromatyczne  krzaki  spłynął  subtelny  dźwięk  dzwonków,  który  momentalnie zelektryzował  naszą  czujną  bohaterkę,  lecz  najwyraźniej  nie  zrobił  wrażenia  na  blondynie. W  stronę pagórka energicznie podążał brodaty facet w towarzystwie stada owiec. W tym czasie chłopak, niepomny niebezpieczeństwa, dalej monologował:

– Chciałem wszystko naprawić, porządek zrobić i nic! Żadnego zrozumienia!

Martyna nerwowo obserwowała zbliżającego się pasterza i nie bardzo wiedziała, co ma robić.

Młody rzucił fajka w krzaki a te momentalnie zajęły się ogniem. Pasterz ściągnął sandały i rzucił się w ich kierunku. Sfrustrowany młodzieniec poskarżył się chmurom:

– No  co?  Jestem,  kim  jestem!  –  poderwał  się  nagle  i  wrzasnął,  a  echo  jego  słów  spotęgowane bliskością gór powtórzyło skargę po wielokroć. – I nikomu nic do tego! –wymamrotał znacznie ciszej, po czym zniknął.

Martyna  stanęła  przed  największym wyzwaniem  swojego  życia.  Jej  dłoń  zaciskała  się w  rytmie pracy wzburzonego  serca. Walczyła  ze  sobą  przez  chwilę,  lecz  pojmując wagę  swojej misji,  z  dużym bólem wyjęła puszkę piwa i otwierając ją pospiesznie, wylała jej szlachetną zawartość na płonący krzak, który  momentalnie  wygasł.  Brodacz  stanął  jak  wryty,  przetarł  oczy  i  powoli  założył  przytroczone dotychczas  do  paska  sandały.  Po  chwili wzruszył ramionami  i  cmokając  na  stado  oddalił  się w  stronę górnych pastwisk. Nasza bohaterka, opływając potem, powiedziała głośno:

– No dobra, sytuacja opanowana. Zabierzcie mnie z powrotem.

Piach zawirował, gdy  jej stopy oderwały się od  rozgrzanej powierzchni pustyni. Poczuła znajome rwanie w pośladkach i ugięła nogi przed spodziewanym zderzeniem z ziemią.

Jeszcze zanim piach, z którego otrząsnęła się nasza podróżniczka, zdołał opaść na posadzkę w kokpicie, powietrze przeszył histeryczny babski wrzask.

– Co ty se, Lewy, jaja ze mnie robisz? Wyraźnie powiedziałam przecież! Miałeś mnie przenieść w miejsce, w które Młody pierwszy  raz  skoczył na Ziemię! Co wy myślicie?  – przerzuciła  się w  furii na liczbę  mnogą,  zauważając,  że  jej  krzyk  odhibernował  Środkowego  – Wam  się  wydaje,  że  ja  głupia jestem?  Słyszałam  przecież,  że  Młodego  przywiało  tam  z  Jamajki,  więc  co  wy  mi  tu  za  pierdoły wciskacie? Co ja jestem? Dziewczynka na posyłki zardzewiałej kupy złomu? No w głowie się nie mieści!

Martyna, wchodząca na najwyższe obroty, musiała zaczerpnąć powietrza. Był to jeden z tych rzadkich momentów, gdy przedstawiciel męskiego  rodu, nawet przestarzałego  typu komputer, ma  szansę wtrącić parę  słów  w  kobiecą  tyradę.  Istotą  sprawy  jest,  by  chłopina  użył  słów  właściwych  i  zrobił  to  jak najszybciej.

– Przepraszam! – pospiesznie powiedział Lewy.

– Nasz błąd! – dorzucił pokornie Środkowy.

Martyna  zamarła  w  połowie  napełniania  płuc  powietrzem,  tak  przecież  niezbędnym  do satysfakcjonującego  wrzasku.  W  ułamku  sekundy  oszacowała,  że  jednak  nie  czuje  się całkowicie udobruchana i nabierając jeszcze więcej powietrza, ujęła się pod boki.

– To się więcej nie powtórzy, przysięgam! – powiedział w desperacji Środkowy.

– No! – sapnęła z zadowoleniem Martyna i wypuściła z płuc nagromadzone zapasy powietrza.

Komputery  zamilkły  przezornie. Martyna  z  założonymi  rękoma  przechadzała  się  energicznie  po pomieszczeniu. Jej myśli, zelektryzowane niebezpieczeństwem, które groziło teraz planecie, gorączkowo krążyły wokół wydarzeń dzisiejszego dnia. Po kilku chwilach uspokoiła się na  tyle, że opadła na fotel  i wyczekująco  wpatrywała  się  w  monitory.  Jej  rytmiczne  stukanie  paznokciami  w  blat  rozchodziło  się irytującą i obelżywą oraz wyjątkowo swobodną interpretacją alfabetu Morsa.

– Debile wy! – ryknęła w końcu Martyna w stronę monitorów. – I co teraz będzie?

– Nno, a co ma być? – wyjąkał zbity z tropu Lewy.

– Misja się powiodła – dodał ostrożnie Środkowy.

– Że  co  proszę?  Powiodła  się?  –  Wybuchła  homeryckim  śmiechem  nasza  niedościgniona

intelektualistka.

– No a nie? – zapytał niespokojnie Środkowy. – Krzak zgasiłaś?

– A co mnie krzaki obchodzą? Z dobrego serca zgasiłam i nawet piwo na to zmarnowałam. Sucho było, więc nie chciałam, żeby się pół pustyni sfajczyło. Tam taki człowiek z owcami szedł. Jak zobaczył płomienie, to się biedny tak zestresował pożarem, że aż sandały pogubił, gdy biegł w naszą stronę. To co miałam zrobić?

– Martyna!  –  odezwał  się  Lewy.  – Właśnie w  tym  celu  tam  się  znalazłaś.  Chodziło  o  to,  żeby pasterz nie dobiegł do palących się krzaków. Nawet nie wiesz, jak wielkie zmiany oznacza to dla Ziemi!

– Wiem! Lepiej niż  ty wiem! – odparła Martyna. – Jakiś wał przylezie na pogorzelisko  i znajdzie to, czego znaleźć nie powinien. Słyszeliście o pustyni Nazca?

– To była największa wpadka operacyjna w tym rejonie – wybąkał zawstydzony Lewy.

– No właśnie! Co więc się stanie,  jak ktoś odkryje, co się naprawdę stało na  tej pustyni, na którą mnie wysłaliście?

– Ale odwróciłaś bieg historii. Jeszcze kilka równie udanych misji i wszystko wróci do naturalnej równowagi  –  podlizywał  się  Środkowy,  obserwując  z  niepokojem  głębokość  oddechów  Martyny.  – Zobaczysz! Będzie dużo lepiej!

– Ta…  lepiej! Weź  się  lepiej  zdefragmentuj!  – westchnęła  nasza  ekspertka  od  spraw  ekologii.  – Zostawiłam  tam puszkę po browarze. Ona się będzie rozkładała z  tysiąc  lat! A  jak ktoś  ją znajdzie? To będzie jeszcze większa wpadka niż w Nazca.

Komputery  zamilkły  na  chwilę,  a  ich  wymowny  szum  oscylował  pomiędzy  zakłopotaniem  a potrzebą zgrzytliwego  śmiechu. Przez dłuższą chwilę  licytowały  się na obwodach wewnętrznych, który powie to, co powiedzieć należało. Przegrał Lewy, który odchrząknął niepewnie i delikatnie zagaił:

– Słuchaj, ale aluminium to nie plastikowa butelka i rozkłada się maksymalnie sto lat.

Martyna  przez  chwilę  przetwarzała  nowo  nabytą wiedzę  i  formułowała w  głowie  nowe wnioski. Uznała,  że w  perspektywie  lat  tysiąca  sto  to  zaledwie  kilka  chwil,  a  zresztą  na  pustyni  szaleją  burze piaskowe, które na pewno pogrzebały materiał dowodowy. Postanowiła wybrnąć z  twarzą z kłopotliwej sytuacji, więc uśmiechnęła się z wyższością i powiedziała dobitnie:

– I właśnie dlatego nie piję wody, tylko browar!

– Oczywiście! To świadczy o głębokiej świadomości ekologicznej – służalczo skomentował Lewy, podczas gdy Środkowy na wszelki wypadek przemilczał temat.

Na kokpit spłynęło całodniowe znużenie. Komputery przetwarzały dane z wyraźnym wysiłkiem, co i  tak było zdecydowanie bardziej efektywne od aktualnej działalności Martyny, która  tłumiąc co chwilę ziewanie, wydłubywała zza paznokci piasek i kompletnie nie ogarniała historycznych powikłań minionej wycieczki.  Słońce  już  dawno  schowało  się  za  dziobem  statku,  gdy  nasza  podróżniczka  w  czasie  i przestrzeni podniosła  się ciężko z  fotela  i z wysiłkiem znużonego  trapera poczłapała w  stronę  sypialni, formułując naprędce dwa wnioski.

Wnioski:

  1. Sytuacja nie jest jasna i ktoś tu kogoś robi w wała.
  2. Gdy piasek wejdzie głęboko pod paznokcie, to nie należy kombinować  z pilniczkiem, bo ziarenka wciskają się jeszcze głębiej pod płytkę.

 

Obiecując  sobie  solennie,  że  jeśli  kiedykolwiek  pojedzie  na  wycieczkę  do  Egiptu,  to weźmie rękawice ochronne, Martyna ułożyła  się  z westchnieniem ulgi na purpurowym  łożu  i myślenie o  jutrze odłożyła do jutra.

Tornado 10

Tornado 10

Ciągle ktoś mnie pyta dlaczego robię to, co robię, a ja nie za bardzo wiem jak mam odpowiedzieć, żeby przy okazji nie wyjść na wariatkę. Tornado wprawdzie ostatnio wyraźnie zmniejszył częstotliwość dostarczania nam ekstremalnych doznań, ale nadal jesteśmy czujni jak ważka. Rzecz jasna, nikt nie wie, ile on ma lat, ale wyraźnie się postarzał. Posiwiał, gubi zęby i regularnie łyka lekarstwo na artretyzm. Ale nic sobie z tego nie robi. Właśnie leży na plecach w nowym kojcu i chrapie jak stary marynarz, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Przecież na emeryturze też się coś stworzeniu od życia należy, więc czasem jeszcze jakiś numer się wytnie :)

A było to tak…

Wichura wyrwała nam z płotu sztachetę, a w ślad za tym Tornado wylazł przez dziurę w ogrodzeniu i oddalił się w niewiadomym kierunku. Trudno. Raz w jego karierze pewnie już jakoś tak ze 105, więc jak widzicie jestem zaprawiona w bojach. Jak go tylko auto nie trzepnie, to gdzieś się przybłąka, ktoś się znowu nabierze na to jego poczciwe ryło i do mnie zadzwoni, że znalazł pieska. Zatem luzik. Czekamy.

Minęła godzina.
Telefon:
– Dzień dobry, czy nie zginął pani piesek?
– Zginął.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30 (gigantyczne osiedle wokół, milion adresów).
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Miła pani przechowała psa do mojego przyjazdu. Zastałam gnojka na kocyku, z pełną michą, w dodatku mizianego przez dwójkę dzieciaków, co to w domu pieska nie mają. Nie wiem, kto był bardziej rozanielony tym mizianiem. Dzieci czy pies. Przejęłam zbiega i chciałam jakoś się zrewanżować, ale pani odmówiła stanowczo.


Trzy tygodnie później…

8.00 rano. Właśnie, połamana na maksa po wcześniejszym pilatesie, startuję ja sobie na jakiś normalny trening, żeby rozruszać bolące zwłoki…
Telefon:
– Dzień dobry, czy przypadkiem nie zginął pani kotek? Czarna kicia z obrożą.
– Nie zginął, po okolicy łazi, więc proszę ją wypuścić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie. Trafi do domu- strzeliłam standardową formułkę.
– Bo ja dzwonię z Kieleckiej 30. Właśnie do mnie przyszła i nie chce wyjść.
– Pawilony?
– Tak, salon fryzjersko-kosmetyczny, pierwsze piętro.
– Czy to salon pani Marii?
– Nie, ale obok. Gabriela, solarium.

Tutaj wypadałoby napisać „kurtyna”, ale to jeszcze nie koniec historii :)
W przeciwieństwie do mnie, pani z salonu była w ciężkim szoku, jak mnie znowu zobaczyła. Zafasowała książkę z dedykacją i się trochę wzruszyła jak jej powiedziałam, że przecież warto być dobrym człowiekiem, a skoro moje zwierzęta tak chętnie ją odwiedzają, to na pewno coś w tym jest :)

Całkiem niedawno znów do mnie zadzwoniła, ale już na wstępie powiedziała:

– Dzień dobry, to ja. Gabriela z salonu przy Kieleckiej. Tornado znowu jest u mnie.

Kurczę, dobrze, że mam jeszcze trochę tych książek 😀
No i sami powiedzcie, jak tu normalnie żyć? Pomijam już fakt, że w międzyczasie Tornado jeszcze raz się oddalił z ogrodu, mimo zasieków godnych zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, ale odnalazł się niedaleko w spożywczaku, Behemot nam przepadł bez wieści, a Szajba złamała sobie ogon. I jeszcze otrzymałam z pięćdziesiąt telefonów, że ktoś ją „znalazł” oraz przenocowała raz u pewnej miłej pani, która zgarnęła ją do domu, bo się pętała po ulicy (tzn. kicia się pętała, a nie ta pani). Pani rozwiesiła także ogłoszenia, że szuka właściciela kici z obrożą i co chwila ktoś znajomy mi mówi, że chyba Szajbę znaleźli, bo ogłoszenia wiszą na osiedlu. Ech!, no mówię Wam…, ja czasami zwyczajnie nie wyrabiam.

Rano normalnie wołam sobie kota. Naprawdę normalnie, po ludzku, wyszłam przed dom i się normalnie wydzieram: „Szajbaaaaa!!! Kici kiciiiii!!!”, a tu podchodzi do mnie jakiś facet z psem i pyta:

– Przepraszam, a czy przypadkiem nie zginął pani kotek?
– A wie pan co, jeszcze nie wiem. Tak sobie wołam…
– Bo wie pani, widziałem właśnie ogłoszenie na słupie, że ktoś znalazł czarną kicię z obrożą i szuka właściciela.
– Aaa, no tak. Zgadza się, to mój kot, ale wie pan, to już nieaktualne. To jest ogłoszenie z zeszłego tygodnia.

Kurtyna…

Szczęki

Szczęki

Mąż mojej chrzestnej matki, odkąd sięgałam pamięcią, praktykował od zawsze. Jako dentysta, rzecz jasna, a że w czasach mojego wczesnego dzieciństwa nie było podziału na dentystę od próchnicy, dentystę od licówek i dentystę od ortodoncji czy też protetyki, zatem wujek Franek robił wszystko sam. Zdolniacha, co nie? Do tego zdarzyło mu się być również ordynatorem chirurgii szczękowej oraz prowadzić w domu prywatny gabinet, więc w zamierzchłych latach siedemdziesiątych nieraz trafiło mu się leczyć najwyżej postawionych partyjnych dygnitarzy z najwyższych struktur PZPR. Tu miała miejsce pewna interesująca historia, ale zanim do niej przejdę, pozwolę sobie na pewną dłuższą dygresję w temacie uzębienia, tudzież samego wujka Franka.

Jak zapewne wiecie, a młodsi ode mnie pewnie się domyślają, w tamtych czasach o pomoce naukowe było raczej trudno. Mimo, że wujek Franek do biednych raczej się nie zaliczał, to pewnych rzeczy i tak przeskoczyć nie mógł, a przez długie lata marzyła mu się czaszka. Wiecie, normalna ludzka czacha z pełnym uzębieniem.  Wtedy sztucznych nie było, więc skądś trzeba było wytrzasnąć prawdziwą, a to wcale nie było takie proste.  Pewnego razu, na swoich imieninach, już tak bliżej północy, wujek zwierzył się mojemu tacie. Nomen omen, mój rodziciel pracował wtedy w państwowej firmie zajmującej się instalacjami i budownictwem, i jak na zamówienie, dosłownie w ciągu paru tygodni, przy remoncie pewnego ciepłociągu, jego firma natrafiła na stare cmentarzysko. Szkieletów i czaszek od metra. Roboty wstrzymano, wezwano archeologów, ale zanim przyjechali, udało mi się namówić tatę, żeby mi pokazał, co odkopali. Miałam wtedy może 7-8 lat, ale do dziś pamiętam tamten widok. Normalnie czad! Byłam tak zachwycona, że postanowiłam zostać archeologiem. Niestety mi nie wyszło, bo byłam zbyt ciemna z chemii, ale jako że tata na budowie pewną władzę posiadał, zlecił panu Mieciowi skołować na cito dentystyczną pomoc naukową, zanim na miejsce wparuje archeologiczna ekipa. Pan Miecio się spisał, czachę skołował i ułożył oblepione ziemią znalezisko na gazecie przy naszym samochodzie. Skasował zwyczajowe pół litra i pojechał do domu je spożyć. Niestety. Zanim tata zdążył schować cenny łup, napatoczył się jakiś pies i porwał dolną żuchwę. I uciekł. W sumie ciekawe, czy ktoś później tę żuchwę znalazł i co sobie pomyślał, ale (nic na to nie poradzę) do dziś, na samą myśl o tym, chce mi się śmiać 😀

Trudno, się mówi. Czacha z górnymi zębami też była mile widziana, zatem zapakowaliśmy eksponat w gazetę, a ja- dumna i blada-  na kolanach dowiozłam do domu to straszne COŚ.  Na miejscu, w obawie przed mamą, skitraliśmy czachę bez żuchwy w garażu, a tata zadzwonił do wujka Franka i grypsem zdał mu relację z szabrowania wykopalisk.  Następnego dnia, wujek miał coś majstrować przy moim zębie, tak więc szczęśliwa jak nigdy, wręczyłam mu czachę zapakowaną w rozkładówkę z Dziennika Polskiego i z zapartym tchem czekałam na jego reakcję.

Uff, rozpakował. Zawartość chyba się spodobała, ale zanim nam podziękował, u drzwi rozległ się dzwonek i do środka wparowało dwóch, czerwonych na twarzach mężczyzn pod krawatem. Wujek Franek w pośpiechu wysłał nas do łazienki i nakazał potraktować prezent proszkiem do prania, a najlepiej odmoczyć go w wannie. Razem z tatą nalaliśmy wody do plastikowego wiaderka i postąpiliśmy wedle instrukcji. Nie żałowaliśmy IXI (proszek do prania).

Chwilę trwało zanim pacjenci wyszli, zaczęłam się niecierpliwić, ale jak już wreszcie sobie poszli, wujek nie nadawał się do użytku. Ze śmiechu, zgięty w pół, ronił łzy niczym krokodyl i zanim opowiedział, co się w międzyczasie zdarzyło, minął dobry kwadrans.

A było to tak…

Obaj mężczyźni, jak się okazało wysoko postawieni partyjni działacze, odwiedzili wujka Franka już jakiś czas temu. Zamówili sobie sztuczne szczęki, wujek wykonał i po temacie. Panowie zameldowali się po odbiór kilka dni wcześniej i zadowoleni uregulowali rachunek. Jakież było zdziwienie wujka, kiedyż to ci sami pacjenci, po trzech dniach pojawili się ponownie, i znów z tym samym zamówieniem. Tym razem na ekspres. Za drugim razem poszło szybciej i po dwóch dniach szczęki były gotowe, więc panowie z PZPR ponownie o wyznaczonym czasie zameldowali się po odbiór. Wujek Franek wiele już widział, ale tym razem nie wytrzymał i zapytał, co się stało, że tu taki urodzaj.

– Paaaanie doktorze…- zaczął jeden z nich. – Pojechaliśmy właśnie na wspólne wakacje na Węgry. Władziu wyjechał z rodziną dzień wcześniej, a mnie przytrzymali na kielichu w Komitecie Centralnym, to i musiałem zostać. Solidnie wódeczki chlapnąłem, więc prowadzić nie mogłem, ale moja żoneczka tak się napaliła na ten Balaton, że sama przypięła do auta przyczepę kempingową i ruszyła w drogę. Zgarnęła mnie prosto z imprezy, przebrała moje zwłoki w piżamę, zapakowała do przyczepy i dała w długą. Panie kochany, padłem jak nieżywy, ale po czasie sikanie mnie obudziło. Otrzeźwiałem odrobinę i zauważyłem, że przyczepa się nie rusza, czyli dojechaliśmy, więc wysiadłem się odlać.  Cholera! Wcale nie dojechaliśmy, tylko się moja baba na skrzyżowaniu zatrzymała i pojechała, a ja zostałem…! Panie! Jak kretyn! W nocy, w piżamie, nietrzeźwy i na dokładkę u Madziarów! Po godzinie dopiero dopadłem autostopa i załatwiłem transport! Wie pan, doktorze kochany… Z nimi to tylko po pijaku się można dogadać, więc mi się jakoś udało, ale jeszcze nie dojechaliśmy na miejsce, jak zobaczyłem, że z naprzeciwka minęła nas moja żona z przyczepą. Połapała się, że mnie nie ma i pojechała mnie szukać. Nad ranem, szczęśliwie, po tej ciężkiej nocy, w końcu udało nam się spotkać i dojechać na ten przeklęty kemping! Coś się tam zdrzemnąłem, ale rano, skacowany na amen, wyszedłem na pomost i dla ochłody skoczyłem sobie na główkę. A w cholernym Balatonie woda po kolana, więc po całości zaryłem gębą w muł.  Nowa szczęka poszła w diabły, no to zwołałem resztę ekipy.  Wszyscy padli w wodzie na kolana w poszukiwaniu moich zębów i może, i by je znaleźli, ale na to przylazł Władek i powiedział, że znalazł. Łajza, podał mi swoje zęby, a ja przymierzyłem, stwierdziłem, że to nie moje i z całej siły cisnąłem je wpizdu w Balaton. No i jesteśmy…

Na koniec wujkowej relacji ciotka wróciła do domu i poszła do łazienki. Zaintrygowana zawartością wiaderka sięgnęła ręką do środka.  Zanim wujek Franek zdążył zareagować doszedł nas dziki wrzask.

No i oberwało się wszystkim …

Co ma piernik do Matiza

Co ma piernik do Matiza

Niedawno spotkałam się ze stwierdzeniem, że podobno Krakusy to Poznaniacy wygnani z Pyrlandii za rozrzutność 😀

Wprawdzie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, bo większości moich krakowskich znajomych kasa się raczej nie trzyma, ale nie o tym felieton, zatem przejdźmy do rzeczy.

Między byciem kutwą, a utracjuszem jest dużo miejsca i gdzieś tam na pewno się plasuję, acz mam na swym koncie nieliczne finansowe fanaberie, kiedy to świadomie przepłaciłam, płacąc cenę z kosmosu. Trzy razy. Włoskie kozaki, kafelki do kuchni oraz czajnik. Ten ostatni tak mnie zachwycił, że mniej więcej w okolicach roku 1999 zabuliłam za niego chyba ze cztery stówki. Trzeba upaść na głowę, ale i prezent „kochanej sobie ja” raz na jakiś czas można przecież zrobić, prawda? A on był taki czadowy… Matowy inox, ciemnoszare wykończenia i fikuśnie zakręcana pokrywka. Co prawda czajnik ów pewnego wieczora doprowadził do zwarcia i o mały włos wszyscy nie poszliśmy z dymem, ale nie o tym chciałam.

Ech, te moje dygresje 😀

Otóż w okolicy milenium, pewnego kwietniowego dnia, kiedy nareszcie wyszło upragnione słoneczko i zrobiło się ciepło, jadąc moim turbo odrzutowym pojazdem marki Daewoo Matiz, poczułam we wnętrzu nieprzyjemny zapach. Wiedziona węchem, zawędrowałam pod maskę. Niestety. Jakiś szczur widać postanowił dokonać tam żywota i patrząc na jego stan (tu oszczędzę szczegółów), musiało być to dość dawno temu. Trzęsąc się z obrzydzenia i udając palpitację serca, pobiegłam po pomoc do sąsiada. Biedny chłop. Cóż miał zrobić? Wyrzucił co się dało, ale ślad po nieboszczyku pozostał.

Zawsze miewałam odkrywcze pomysły, więc również i tym razem wykazałam się kreatywnością, i aby osobiście nie dotykać miejsca szczurzego zgonu, wytaszczyłam z piwnicy karchera. W ostatniej chwili oprzytomniałam i poszłam po rozum do głowy, że samochodowa elektryka może nie przeżyć tak szeroko zakrojonej akcji oczyszczającej, i jak człowiek, poszłam po wodę z solą. Zagotowałam wrzątek, posoliłam i z parującym czajnikiem wróciłam na podjazd. Spróbowałam polać. Woda ledwie ciurkała, a wypadałoby porządnie chlupnąć, więc zdjęłam pokrywkę, chlupnęłam i dokończyłam czyszczenia. Zadowolona z akcji zostawiłam otwartą maskę, żeby wszystko elegancko się wysuszyło i wróciłam do domu.

Niedługo po tym wpadł do nas kolega. Posiedział z godzinkę, a jak już wychodził poprosiłam, żeby po drodze zatrzasnął mi maskę w samochodzie.

Nazajutrz o ósmej rano umówiona byłam u mechanika na wymianę klocków hamulcowych, co to mi je dzień wcześniej jakiś zdolny artysta założył nie tak jak potrzeba, więc w pośpiechu zignorowałam męża mego, który z braku pokrywki na czajniku uznał, że kolega zapewne nam ją, mówiąc oględnie, dmuchnął.

– Nie dmuchnął, tylko leży na trawniku przy podjeździe- rzuciłam przez ramię i spóźniona pobiegłam do auta. Po drodze spojrzałam na trawnik, ale nie znalazłszy pokrywki pojechałam do warsztatu.

Mniej więcej wtedy wprowadzono w tamtym ASO wkurzający przepis, zabraniający klientom wchodzenia na halę napraw, więc poirytowana, że nie mogę doglądać naprawy, a pewnie znów coś sknocą, zrobiłam sobie kawę i zasiadłam w poczekalni. Przeczytałam jakąś gazetę o samochodach i z nudów oddałam się myślom o czajniku, a w szczególności o pokrywce.  W głowie odtworzyłam sobie całą akcję i naraz doznałam olśnienia.

– Wiem! Kurczę! Wiem! Odkręciłam ją i położyłam ją obok. Na filtrze powietrza! Matko, a to taki drogi czajnik! – pomyślałam ogarnięta paniką i mając gdzieś zasady, sforsowałam drzwi do warsztatu. Chyba w oczach musiałam mieć obłęd, bo nikt nie ośmielił się zwrócić mi uwagi. Szef zmiany nawet się nie zająknął.

Na hali obraz mym oczom ukazał się przedni.

Tu należy nadmienić, że kolor wykończeń tudzież rzeczonej pokrywki na moim bajeranckim czajniku, idealnie wprost odpowiadał kolorowi plastików występujących w Matizie, Nubirze i w niektórych wersjach Lanosa. No wypisz wymaluj :)

Pewna, że na tysiąc procent po drodze zgubiłam nieszczęsną pokrywkę, z bijącym sercem poszukałam stanowiska. Nie było to trudne. Wokół mojego auta zgromadzili się chyba wszyscy mechanicy w tej zmiany. Było ich co najmniej dziesięciu. Z namaszczeniem przekazywali sobie tajemniczy przedmiot z rąk do rąk i komentowali fachowo.

Zanim z rozwianym włosem dobiegłam, mych uszu doszło:

„Od czego to, kurwa, jest? Od wlewu chyba nie… Może to jakaś starsza wersja? Od Nubiry może… Mamy tu jakąś? A zbiornik na płyn do spryskiwacza sprawdziłeś? Może to stamtąd? Nie wiem, stary… Naprawdę, kurwa, nie wiem…”.

Szczęśliwa, z ulgą przejęłam zgubę.

– Och, jak to dobrze, że się znalazła! – zaszczebiotałam uradowana. – Bałam się, że mi wypadła po drodze!

Mężczyźni zamilkli i tylko spojrzeli na mnie dziwnie.

– Ale od czego to jest? Bo my tu główkujemy od kwadransa, z jakiego to auta? – zapytał jeden.

– No jak to, od czego?  Od czajnika przecież! – powiedziałam z tryumfem i spokojnym krokiem poszłam do poczekalni dopić kawę, i  już na luzie przeczytać kolejne motoryzacyjne czasopismo.

Kurtyna :)

Na złodzieju czapka gore

Na złodzieju czapka gore

Generalny remont w domu już za mną, już prawie posprzątane, już niebawem znów będę poukładanym człowiekiem, który znów ma poukładane na półkach. Właśnie kończę remanent w piwnicznych czeluściach i nie zgadniecie, co mi wpadło w ręce. Stara, rozbita umywalka. Jakim cudem nie wyrzuciłam jej kilka lat temu (?), kiedy to mój mąż pewnej nocy wszedł po omacku do łazienki. Rozbił sobie wtedy głowę o szafkę, a szafka spadła i rozbiła umywalkę. Szafce nic się nie stało, ale wiecie, ta stara umywalka… Wynosząc ją do śmieci przypomniało mi się pewne traumatyczne zdarzenie przy okazji zakupu owej.

Otóż kilkanaście lat temu, podczas remontu łazienki udałam się na grubsze zakupy do marketu budowlanego. Listę miałam długaśną, więc i zakupy trwały długo. Dział elektryczny, sanitarny, budowlany, armatura… Na liście ze 20 pozycji, więc żeby nie latać po sklepie w tę i nazad postanowiłam rozplanować sobie logistykę. No bo co najpierw? Żarówki, czy fajans? No jasne, najpierw fajans, a później żarówki do fajansu, ale tak się złożyło, że elektryczny był tuż przy wejściu, zatem poszłam najpierw po żarówki. Takie energooszczędne w podłużnych pudełkach. I drogie jak czort. Niestety, te których potrzebowałam, stały dość wysoko, a tu klasycznie, zero obsługi, więc niczym małpa wspięłam się na półkę. Nie dość, że wysoko, to na domiar złego stały głęboko, więc walcząc o życie wsadziłam rękę w wąską przestrzeń i ucapiłam żarówkę. Ale cóż, wyciągając rękę, zahaczyłam rękawem o stojące obok dość spore kartonowe pudełko. Mając na myśli zasadę, że jak coś może się rozbić to z pewnością się rozbije, spróbowałam złapać lecący towar. Pudełko zgrabnie odbiło się od półki, później od mojego wózka, a następnie w podskokach bezpiecznie pokonało na podłodze jeszcze metr i przy lądowaniu wypuściło na zewnątrz wielką żarówkę w kształcie koła. Zacisnęłam oczy, że może się uda, ale mych uszu doszedł jednoznacznie przykry brzdęk. Rzuciłam okiem na cenę. Kurczę, niemała.

Ale co tam! Przecież te moje żarówki powinny stać bliżej brzegu, a nie tak, żeby człowiek musiał sięgać ręką po pachę.

Niewzruszona, ruszyłam dalej przed siebie i jak gdyby nigdy nic, zapytałam pierwszego z brzegu sprzedawcę, którędy po fajans.

– Alejka 54- odparł usłużnie młodzieniec.

Podziękowałam i poszłam dalej. Uszłam może ze dwa metry, jak dopadł mnie inny sprzedawca.

– Proszę pani! Proszę pani!

– Rany boskie, to za tę żarówkę mnie gonią- pomyślałam w panice.

– Proszę pani, zgubiła pani szalik.

– Uff- odetchnęłam w duchu i poszłam dalej.

Nie uszłam nawet pięciu metrów, jak znów ktoś zaczął do mnie wołać. Serce mi stanęło, ale na wszelki wypadek udałam głuchą.

– Proszę pani! Ja przepraszam panią, ale ja źle pani powiedziałam, bo muszle i umywalki są w alejce numer 50.

Znowu podziękowałam i ruszyłam po coś na metalowy.

– Proszę pani!, niech się pani zatrzyma!- znów usłyszałam głos za plecami.

– Nie, no teraz to już na bank mnie mają- pomyślałam – pewna, że to już koniec, zwłaszcza że w głośnikach właśnie rozległ się miły głos zapraszający ekipę sprzątającą na dział elektryczny. – Rany boskie…- z tego wszystkiego oblał mnie zimny pot.

– Proszę Pani. Zgubiła pani rękawiczkę.

– Och, dziękuję uprzejmie- odparłam klnąc w duchu przewrotność chwili.

W końcu dokończyłam te nieszczęsne zakupy i mozolnie dotoczyłam ciężki wózek do kasy, marząc by opuścić to miejsce piekielne. Brodzik, krany, umywalka i wucecik, plus cała masa drobiazgów.  Kolejka jak stąd do Warszawy. Jak na złość. A ja na szarym końcu.

– Przepraszam panią- niespodziewanie ktoś poklepał mnie po ramieniu, a ja prawie poszłam w sufit.- Zapraszam panią, do kasy budowlanej, tam nie ma takiej kolejki. Pomogę zapchać ten wózek.- W osłupieniu patrzyłam jak chłopak w granatowych ogrodniczkach odprowadził mój wózek do budowlanej. Rzeczywiście, pusto. Niestety moja radość trwała krótko. Już chciałam z ulgą wypuścić zgromadzone w płucach powietrze, jak moim oczom ukazał się stojący za kasą rosły ochroniarz. Nadął się, dumnie prezentując mikrofon a’la Bittney Spears i wbił we mnie zimny wzrok.

– Teraz to już na serio jest kaplica- pomyślałam i oczami wyobraźni ujrzałam siebie w kajdankach. Teraz dla odmiany oblały mnie poty gorące, ale nadal starałam się udawać, że mnie nie ma i nic nie wiem o żarówce. Zapłaciłam. Uff.

Ale nic to, wyszłam na parking z poczuciem, że tam już mnie nie złapią. Już, już wyciągnęłam kluczyki, jak za moimi plecami rozległo się wołanie.

– Niech pani zaczeka! – podbiegł do mnie facet z obsługi parkingu, a ja prawie dostałam zawału.

– Ja pani pomogę to zapakować do bagażnika, przecież to wszystko jest strasznie ciężkie.

Ja nie wiem, normalnie tam nigdy nikogo nie ma, a jak już ktoś jest, to zawsze nie z tego działu, co potrzeba :)

Cóż było robić. Pewna, że moralny kac mnie nie opuści i ta przeklęta żarówka będzie mi się śniła po nocach, zamknęłam auto i grzecznie poszłam do biura obsługi klienta. W końcu siedem dych za głupią świetlówkę to konkretna kwota i głupio by było, gdyby ją komuś potrącono z wypłaty. Odstałam swoje w kolejce.

– Dzień dobry. Ja rozbiłam żarówkę- wyznałam jak na świętej spowiedzi.- Przypadkowo, ale rozbiłam.

– I?- Dziewczyna popatrzyła na mnie, jakbym upadła na głowę.- Jaką żarówkę?

– No taką okrągłą. Na elektrycznym.

– I?

– No i chciałam za nią zapłacić.

– Ale po co, przecież my takie rzeczy wliczamy w straty i tyle.

Ech, nie macie pojęcia, jakim horrorem były dla mnie te zakupy i z jak lekkim sercem wróciłam do samochodu. Zdecydowanie, na złodzieja to ja się nie nadaję :)