Browsed by
Tag: śmieszne

image_pdfimage_print
Zapraszamy do reklamy

Zapraszamy do reklamy

13550975_1188017944561978_1525944872_n

 

Ostatnio wpadłam na trop tajnej agencji. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Przecież tajne agencje są tajne, więc zwykli śmiertelnicy nie mogą o nich wiedzieć. Pewnie, że prawda, ale ja tę tajną agencję odkryłam metodą dedukcji i wieloletniej obserwacji tego co się wokół nas dzieje. A dzieje się, tu musicie się ze mną zgodzić, całkiem sporo.

Agencję, o której będzie dzisiaj mowa, nazwałam na użytek własny Zespół Sukcesywnego Rujnowania Reklamy. W skrócie ZSRR. No i co? Robi się poważnie, co? :)

Teraz, gdy pochwaliłam się Wam moim sukcesem szpiegowskim, to już zwyczajnie nie wypada mi inaczej i muszę Wam przedstawić genezę tego przełomowego odkrycia. Jak to z wielkimi szwindlami bywa, dochodzenie do prawdy zaczyna się od niewielkich okruchów wiedzy, które umysły potężne potrafią złożyć w większy obraz. Ha, ale sobie posłodziłam, ale w sumie kto mi zabroni? Ja to piszę, nie? :)

Ale do rzeczy. Po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak, gdy w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych poszłam na ciuchowe zakupy do pasiaków pod Pałacem Kultury. Pamiętacie je jeszcze? Takie blaszane potworki pomalowane w biało niebieskie pasy. W środku były wąskie alejki a wzdłuż nich kolejne boksy w których rodacy handlowali czym się dało. Uroku miejscu dodawały ogłoszenia puszczane przez rozmieszczone wzdłuż hali głośniki. Oglądam sobie właśnie jakąś kieckę, gdy z głośników rozległ się komunikat.

Woda święcona prosto z Jordanii na stoisku ósmym!

Rozejrzałam się bojaźliwie na boki, czując się jak kompletna grzesznica, którą jedynie tak wyrafinowana odtrutka może uratować. Fala mojego zdumienia nie opadła nawet odrobinę gdy głośnik huknął mi nad uchem ponownie.

Zioła prowansalskie prosto z PROWANSALII do kupienia na stoisku czterdziestym!

Po drugim komunikacie zrozumiałam, że coś jest na rzeczy. Obrazu dopełniła telewizja, ale do tego też dochodziłam latami.

Jak każdy pamięta, epokę reklam telewizyjnych zainaugurowała wątpliwej jakości próba zachwalenia produktu o wiele mówiącej nazwie „Prusakolep”. Poniżej link dla odświeżenia pamięci.

Urocze, prawda? Choćbym rok myślała to w życiu bym nie wpadła na to, żeby romans telewizji z płatną reklamą zaczynać od czegoś takiego. Przekaz od początku był jasny: nie oglądać!

Podejrzane, co?

Potem jeszcze była historia z umorusanym górnikiem, który wchodzi do sklepu trzymając w dłoniach tajemnicze coś zawinięte w gazetę. Sklepowa w lament, że gdzie on się z tym węglem pcha a górnik stawia na ladzie pakunek, odwija go i uspokaja kobietę.

To nie wungiel gołąbecko ino elktroniczno kaso sklepowo!

No po prostu mistrzostwo świata :)

Obrazu dopełniła sławetna reklama sosów ponętnie reklamowanych chwytliwym hasełkiem.

Sosy Billy w każdej chwilly

Dla mnie przekaz jest jasny. Agencja czuwa. Za każdym razem, gdy jakaś firma chce wypuścić reklamę zachwalającą ich produkty, to agenci natychmiast montują jakiś pastisz, który do produktu zniechęca. Potem się takie coś szybko wpuszcza do radia albo do telewizji i walka z przedsiębiorcą wygrana a agencja ZSRR robi kolejny krok na najeżonej cierniami drodze do zgładzenia imperialistycznego kapitalizmu.

Bo przecież jaka matka na przykład kupi syrop na kaszel, gdy zobaczy na reklamie, że specyfik należy wlewać bezpośrednio do płuc niewinnego dziecięcia? No nie ma mowy :)

Albo te reklamy irygatorów do pochwy, tamponów, podpasek i kleju do sztucznych szczęk, które obowiązkowo emituje się w niedziele, w porze o której przeciętny obywatel zasiada do rosołu?

To jeszcze nic. Są jeszcze braverany i inne piguły na potencję puszczane po serwisie informacyjnym, gdy cała rodzina siedzi na kanapie i czeka na „talent show” albo loki Gesslerowej w kolejnej odwiedzanej kuchni.

Wyobraźnia podsuwa pewien obraz :)

Siedzi ojciec, obok dzieci a matka krząta się po kuchni. W połowie reklamy środków na potencję w której pewien koleś próbuje rozpalić symboliczne ognisko, pan domu, rechocząc pod nosem, drze się na cały regulator.

– Lucyna, a jak myślisz? Może mi stanie po braveranie?

– Czego się drzesz idioto? Sąsiedzi słyszą! – odkrzykuje małżonka mieszając pomidorówkę..

– Tata – dopytuje tymczasem nieletnia latorośl – A co to jest ten braveran? Jakaś podpałka do ogniska?

To tylko wierzchołek góry lodowej zbrodniczej działalności tajnej agencji. Są przecież filmiki, które zachęcają do mycia stosów talerzy przy pomocy małej kropelki płynu do naczyń.

Jasne, pędzę lecę i już się nie mogę doczekać tej atrakcyjnej roboty przy usuwaniu tłuszczu bez porządnej porcji detergentu. O! Albo te sponsorowane przez proszki do prania poradniki edukacyjne, które uczą dzieci tarzania się po trawie i wsmarowywania w śnieżnobiałe koszulki własnej krwi. Matki z pewnością są zachwycone :)

Jest też krótki film instruktażowy, jak stosować klej do szczęk i bez trudu jeść makowiec. A że zaparcia potem? Spoko, przecież za chwilę poleci reklama środków na przeczyszczenie i maści na hemoroidy 😀
Jednym słowem, cholernie żal mi tych wszystkich producentów, których agencja tak elegancko załatwia. Tak to się właśnie odbywa. Każdy produkt jest bojkotowany oszczerczą kampanią telewizyjną i radiową. Innego wytłumaczenia nie ma.

Bo przecież nie jest możliwe, żeby te firmy same takie pastisze produkowały i jeszcze myślały, że w ten sposób zachęcają innych do zakupu ich produktów?

Nie, sorry, ale w takie coś to ja zwyczajnie nie uwierzę :)

Ps. Ostatnio odkryłam, że agencja ZSRR ma oddziały także w innych krajach. Niezwykle prężnie rozwijają się w Japonii na przykład :(

 

Ogrodnicze call center

Ogrodnicze call center

Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 

Nie ma mocnych

Nie ma mocnych

Niektórzy ludzie to mają niucha. Nie takiego normalnego, ale takiego naprawdę fest. Na przykład mój mąż. Ja nie wiem skąd mu się taki dar przyplątał, ale czego by przed nim nie schować to zawsze znajdzie. Czasem nasuwa mi się skojarzenie z psami szkolonymi do wykrywania narkotyków i innych zakazanych rzeczy, żeby na granicy czy lotnisku uziemić kontrabandę. Mój mąż zastąpiłby ich wszystkich.

Weźmy na przykład taką pastę jajową. Tu chętnych jest więcej, bo dochodzą jeszcze dzieci, ale choćbym nie wiem jak głęboko zakopała ją w lodówce, to rano zawsze jej nie ma. I co ciekawe, nikt jej nie zjadł, a dzieci w nocy śpią. To akurat normalka i z wyżywieniem tak bywa, ale co począć w sytuacji, kiedy na serio trzeba coś schować tak, żeby nikt nie znalazł?

Nie ma mocnych… Kiedyś po moim powrocie z delegacji, mój ślubny zapytał czy przywiozłam mu prezent z podróży. Hmm, gdybym była w Buenos Aires to pewnie coś bym przywiozła, ale z Nowego Sącza? Że niby co miałam przywieźć? Ciupagę? Bursztynowe szachy? Czy ruskie baby w babie? No sorry. Może innym razem. Focha wprawdzie z tego powodu nie było, ale wzięłam sobie do serca sprawę stosownego souveniru dla męża i tydzień później goszcząc w malowniczym Tarnobrzegu postanowiłam się poprawić. Wypadło mi jedno zaplanowane spotkanie, więc ruszyłam w tarnobrzeski rynek celem zdobycia odpowiedniej pamiątki.  Poszło całkiem łatwo, bowiem od razu trafiłam na sklep z różnymi różnościami. Nie miałam pojęcia, co należy przywieźć ze stolicy wydobycia polskiej siarki, ale trafiłam na fajne figurki, świetnie nadające się na podpórki do książek. No i super. Tylko że za nic nie mogłam się zdecydować, czy wziąć słonia czy bawoła. W końcu wzięłam oba i uznałam rozsądnie, że jedną dam, a drugą schowam i będzie na zaś. W sam raz na kolejną delegację.

W domu słoń zrobił furorę, więc rada z pomysłu poszukałam miejsca dla bawoła. Na moją prośbę sprzedawca zawinął go w najbrzydszy szary papier świata. W obawie przed mężowskim niuchem wybrałam miejsce, w które nigdy nie zagląda. Przepastna szuflada w kuchni, gdzie trzymam rzeczy używane jeden raz do roku albo i rzadziej, wydała mi się idealna do tego celu, więc zakopałam zapakowanego w szary worek bawoła na samym dnie i zadowolona czekałam kolejnej delegacji, by znów uszczęśliwić małżonka i uzupełnić zwierzęcą kolekcję książkowych podpórek.

Minął tydzień, jak to niczego nieświadoma wparowałam do domu. A tu foch. Co ja mówię. Foch stulecia. Obraza majestatu po całości. Ech, żebym to ja jeszcze znała powód, ale to nie takie proste. W końcu pod wieczór usłyszałam pytanie pełne pretensji:

– A dla kogo ten bawół, coś go tak skitrała na dnie szuflady?!

Padłam, odpuściłam i uznałam, że stwierdzenie, iż najciemniej jest pod latarnią w tym przypadku nie działa, więc postanowiłam przechytrzyć cholerę. Prezent na urodziny ukryłam pod schodami do piwnicy, gdzie trzymamy nasze opony na zmianę. Uff, urodziny w lutym, to do opon się nie dobierze, bo wymieniamy jakoś na koniec marca, a poza tym to ja w domu jestem od wymiany opon, więc tym razem będzie pewniak. Nie ma szans, żeby kogokolwiek tam zagnało. Tym razem poszedł w ruch czarny worek na śmieci, bo tam ciemno. Nie ma siły. Nie znajdzie.

Ech, no jest. Szlag by trafił tego kolegę, co go nagle zainteresował rozmiar moich letnich opon. Co kogo obchodzi rozmiar moich opon? Tego jednego obchodzi, więc mój mąż przerwał korespondencję na czacie i rączo pognał grzebać przy oponach, a że przy okazji kot strzelił tam klocka a mój mąż zapałał chęcią posprzątania… No to sami wiecie, że oczywiście trafił na prezent i zapytał czy to dla niego….

Cholera by to wzięła. No…

No, nie ma mocnych. A tu imieniny wkrótce. Co ja poradzę, że lubię mieć kupione wcześniej? Tym razem obrałam najlepszą możliwą strategię i postanowiłam wciągnąć do konspiracji sąsiadów. Zrozumieli moje tragiczne położenie i zgodzili się przetrzymać u siebie wielką pakę kształtem zdradzającą obecność deski snowboardowej w środku. Sąsiad deskę wstawił na zaplecze w sklepie, a ja dumna z planu doskonałego, nareszcie odetchnęłam spokojnie.

Dwa dni. Dosłownie dwa dni trwał mój spokój.

Mąż zajechał na podjazd i chwycił za łopatę do odśnieżania. Syn sąsiadów również zauważył intensywny biały opad i też wybiegł szuflować swoje.

– Sąsiaaad?!!!- zakrzyknął na widok mego męża i szurnął szuflą.

– Co tam?!- odkrzyknął ochoczo małżonek.

– Jak skończysz, to podejdź do sklepu, bo jakaś deska snowboardowa stoi na zapleczu i na paczce napisane, że wasza!

Tornado 8

Tornado 8

Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.

Tornado 7

Tornado 7

 

 

Wielki dzień

Po pierwszych tygodniach udręki uznaliśmy wreszcie, że to już chyba kres wystawiania naszych nerwów na szwank, ale Tornado najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie.  Pomimo maksymalnego zabezpieczenia ogrodu, kilka razy zdołał niepostrzeżenie oddalić się w niewiadomym kierunku. Na szczęście, po dziś dzień, każdy od razu nabiera się na to jego poczciwe ryło oraz spojrzenie cielaka, zatem z tych wycieczek dość szybko wracał do domu. Za każdym razem cieszył się jak głupi, a później strzelał popisową minę niewiniątka. Pomału zaczęliśmy bilansować wydatki. Już kilkukrotnie wypłaciliśmy nagrody znalazcom, w markecie budowlanym też już zostawiliśmy swoje, o weterynarzu nawet nie wspominam.

Nie ma siły. Jak widać nie można zostawić go samego w ogrodzie, więc doszło mi jeszcze więcej spacerów lub towarzyszenie gadowi przy domu. Po konsultacji z weterynarzem stało się jasne, że jak tylko Tornado zaliczy rekonwalescencję po antybiotykach, to od razu ciachniemy mu jajka.  Termin nie był odległy, zatem zacisnęłam zęby i znów przez 24 godziny na dobę pilnowałam psa, żeby nie nawiał.  Przed pierwszym terminem, Tornado, chwycił nawrót anginy, przed drugim zwiał na godzinę przed. W jaki sposób? Nawet nie pytajcie, bo nie wiem. Dziś z perspektywy oceniam, że po prostu przeskoczył przez ogrodzenie, choć nie wiem, jakim cudem może to uczynić pieseczek sięgający mi do kolan, gdy nie założę szpilek. Ale cóż, co ja tam wiem. :)

Przez kilka kolejnych tygodni uczciwie pilnowałam psa, żeby nie poleciał na dziewczyny oraz pilnowałam siebie, żeby od tego pilnowania nie zwariować. Wierzcie, łatwo nie było, a ja, niczym poborowy odcinałam dni na centymetrze, aż wreszcie nadeszła upragniona data obcięcia rodzinnych klejnotów.

Uff. To już nazajutrz. Tyle jeszcze wytrzymam.  W klinice chyba nie da nogi. Przecież jak go uśpią to im ze stołu nie ucieknie. Uff! Co za ulga…

W przeddzień wielkiego dnia nastał wieczór i nadeszła chwila, w której na ulubionym forum zaczynał się ruch, więc korzystając z tego, że dzieci oglądają dobranockę zainstalowałam się na tarasie. Cudowny zachód słońca, pies pode mną, a laptop przede mną. Właśnie rozgrzewałam łapki do klikania, jak dziatki me odmeldowały koniec seansu i czas wieczornych ablucji, więc ruszyłam do łazienki pomóc w suszeniu włosów. Nie było mnie może kwadrans. Na forum rozgorzała już burzliwa dyskusja na jakiś zajmujący temat, zatem uwinęłam się najszybciej jak mogłam. Zadowolona zasiadłam do laptopa. Nagle coś mnie tknęło i spojrzałam w dół, pod ławkę.

GDZIE jest PIES?!

To niemożliwe… Przecież spał jak suseł, kiedy wychodziłam. Barierki dość gęste i wysokie na półtora metra, dodatkowo taras na wysokości pierwszego piętra… Na serio, niemożliwe…

Zwątpiłam we własne zmysły. Dla pewności szczypiąc się w udo, by się utwierdzić, że na serio nie śnię, z pięć razy zajrzałam pod ławkę. Pusto, i nie chce być inaczej. Tornado właśnie wyparował do atmosfery. Jasny gwint! Żołądek podjechał mi do gardła. Cóż było robić. Sprawdziłam baterię w komórce i zasiadłam w oczekiwaniu na telefon od kogoś z moim ukochanym ostatnimi czasy tekstem: „Dzień dobry! Czy przypadkiem nie zginął pani piesek?!”.

Dwie godziny w nerwach. Jest!

– Dobry wieczór, bo wie pani, ja właśnie jadę pekaesem do Limanowej i pani pies też jedzie – zaszczebiotał dziewczęcy głosik.

– Że co?- zbaraniałam.

– No, piesek jedzie ze mną, ale wie pani, ja za kilka przystanków wysiadam i nie wiem, co dalej.

– Który przystanek?!!!

Jakby mnie tak wtedy policja zdybała to już chyba na trzecim skrzyżowaniu pozbawiłaby mnie uprawnień do kierowania pojazdem. Dobrze, że pekaes zatrzymuje się na przystankach, bo nieco zyskałam na czasie.  Tornado ucieszył się, jakby mnie rok nie widział. Wrr… Capnęłam go za wszarz i z odpowiednim komentarzem wpakowałam do auta. Lżejsza o kolejne pięć dych znaleźnego, zgodnie z przepisami ruchu drogowego, wróciłam do domu. Wybiła dwudziesta trzecia i na forum już wszyscy poszli spać, więc nie pozostało mi nic innego jak przeczytać, co tam napisali, gdy mnie nie było i też iść spać. W końcu nazajutrz wielki dzień. :)

Rankiem, na wszelki wypadek, zapakowałam psa w szelki dla tygrysa, żeby mi nie czmychnął gdzieś po drodze i jako że weterynarz urzęduje kilka domów dalej, piechotką ruszyliśmy na zabieg.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby iść wtedy piechotą. Przecież zawsze jeżdżę autem, ale tego dnia akurat musiałam iść (!). Że też diabli nadali… ech! Dziesięć metrów przed kliniką mój pies przystanął za potrzebą.

– O! Witam pani Izabelo! – zagrzmiał chwilę później weterynarz. – Ciachamy?

– Ciachamy, a przy biegunce można? – zapytałam z nadzieją, że jednak można.

– Mowy nie ma! Najwcześniej dwa tygodnie po ustaniu objawów.

– Błagam…, wczoraj wszystko było w porządku…

– Absolutnie!

– Ale wie pan, że ja tego już dłużej nie wytrzymam? On wczoraj przeskoczył przez barierki na tarasie, zjechał na dół po dachu, potem zeskoczył z garażu, wsiadł do autobusu i pojechał do Limanowej! Błagam…

– Ależ proszę pani! – oburzył się weterynarz. – Przecież on nie może tak sobie zeskakiwać z tarasu i zjeżdżać po dachu, bo jeszcze sobie łapy połamie! No, co też pani?! – doktor od psów ochrzanił mnie centralnie.

– No to może pan mu to skutecznie wytłumaczy, bo ja nie umiem. W końcu to pan, jest fachowcem od zwierząt.

– Dwa tygodnie.

Zabrzmiało niczym dożywocie, a ja, bliska łez, wróciłam do domu niczym zbity pies, pewna że w najbliższym czasie nasz domowy budżet skurczy się jeszcze o alimenty.

Nawigacja

Nawigacja

13293187_1163657236998049_1495012031_n

 

Zauważyłam, iż za sprawą postępu dzieje się tak, że człowiek głupieje na starość i co gorsza nic nie może na to poradzić. Choćby w samochodzie.  Jakieś 70 % mojego dotychczasowego żywota spędziłam za kierownicą i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można korzystać z wynalazku o nazwie „czujniki parkowania”. Jakoś zawsze człowiek bezpiecznie celował, równo parkował, nikogo nie przytarł, aż tu nagle pojawiły się w zderzaku te małe, upierdliwie piszczące kółeczka. Na początku starałam się udawać, że ich tam nie ma, ale jak udawać, skoro toto nie odróżnia wiechcia trawy od betonowej donicy?  W końcu przywykłam, ale lekko nie ma, bo w kolejnym samochodzie wstawili te przeklęte piszczące kółka również i z przodu. Też wyją, tylko innym tonem, niż te z tyłu i też nie widzą różnicy między trawą a betonem. Idzie zgłupieć.  W końcu przywykłam, do tego błogosławiąc w duchu fakt, że mój babowóz na szczęście jeszcze nie parkuje sam i jeszcze mam co robić, i do czegoś jeszcze jestem potrzebna.

To wcale nie koniec uprzykrzających życie atrakcji, bowiem od niedawna życiem ludzi zmotoryzowanych zawładnęła szeroko pojęta NAWIGACJA.  Jako osoba z dobrze rozwiniętym poczuciem podróżnego azymutu, obśmiałam niegdyś u znajomego elektroniczny kompas wbudowany w lusterku wstecznym i przez kilka lat konsekwentnie ignorowałam inne satelitarne wynalazki, z nawigacją na czele.

Aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przyszło mi gościć na Śląsku w dodatku z harmonogramem spotkań dopiętym co do minuty. Od zawsze wiadomo, że w tamtych stronach nie ma żartów, bo wszędzie albo jednokierunkowe, albo remont, albo pod prąd, więc uznałam, że w sumie to się przeproszę z tą nawigacją. W sumie, co mi szkodzi?

Na pierwszy ogień poszedł adres hotelu w Gliwicach. Wpisanie adresu do nawigacji w moim pojeździe graniczy z cudem i wymaga anielskiej cierpliwości oraz sporej koncentracji tudzież refleksu, bo urządzenie złośliwe. Nie daj Bóg ręka człowiekowi drgnie i wszystko na marne.  Na wszelki wypadek, skoro nareszcie wymyśliłam jak to zrobić, zawczasu wpisałam sobie również adresy bibliotek w Czerwionce-Leszczynach i Knurowie. Zawsze to potem łatwiej wybrać adres z listy. Na autostradzie nawigacja powinna być cicho, zatem w drogę.

– Jedź tą drogą- mniej więcej w połowie drogi na prostym płatnym odcinku A4, napomniał mnie damski głos godzien seks telefonu.

– He, mądrala! Ciekawe jak jej pójdzie w Gliwicach- powiedziała Ewa, moja towarzyszka.

– Pewnie lepiej niż nam, bo ja w temacie dróg na Śląsku wolę być pokorna.

Droga upłynęła bez przeszkód, ale gdy minęłyśmy dwa zjazdy w stronę Gliwic, Ewa wyraziła zaniepokojenie:

– Słuchaj, a czemu ona nic nie gada?

– Nie wiem, może się obraziła o ten seks telefon.

Nawigacja rzeczywiście zamilkła i przerzuciła się na system obrazkowy. Naraz jednak odzyskała głos i kazała mi skręcić w lewo na autostradzie.  Ech, żeby chociaż jakiś ślimak tam był, ale nie.

– A może ona nie zna tej drogi? W końcu to wszystko tutaj nowe.

– Możliwe. Pewnie trzeba zaktualizować cholerę.

Ciekawa, czy da się ustawić milszą dla ucha opcję męskiego głosu, trzykrotnie objechałam mój cel w kółko, żeby przy cmentarzu usłyszeć szept nawigacji, że właśnie osiągnęłyśmy cel podróży.

– Zwariowała chyba, to miał być hotel, nie park sztywnych.

Przez przejście dla pieszych przepuściłyśmy kondukt żałobny. I całe szczęście, bo w międzyczasie zauważyłyśmy nasz hotel, skryty w krzakach po drugiej stronie ulicy.

– Jest! Kurczę. Pod hotelem jakoś pogłośnię tę babę. Wprawdzie jeszcze nie wiem jak, ale pogłośnię. W sumie to nawet zegarek mam nadal ustawiony na czas zimowy, bo nie umiem go przestawić. Ale spróbuję.

Istotnie nie było to łatwe. Z zapartym tchem i w pełnym skupieniu zagłębiłam się w coraz to bardziej, i co tu dużo gadać, szczegółowe i coraz bardziej skomplikowane menu. W końcu ustawiłam. Nawet nie wiedziałam, że nie oddycham, w takim skupieniu kręciłam multi-funkcyjnym pokrętłem, ale nareszcie szczęśliwie podciągnęłam głośność na maksa, bo w systemie obrazkowym to jak widać, ja jeździć nie umiem.

Hmm, chyba jednak nie zatwierdziłam zmian, bo do Czerwionki- Leszczyn znów dojechałyśmy za pomocą obrazków, ale na szczęście wcześniej sprawdziłam sobie w googlach, jak wygląda biblioteka i znalazłam ją „na oko” :)

Udało się dojechać na styk, by po fantastycznym, półtoragodzinnym spotkaniu przemieścić się na następne. W Knurowie.  W międzyczasie całkowicie zachrypłam i gotowa pożyczyć ten seksowny głos od nawigacji w panice rozglądałam się za apteką. Vocaler poszedł w ruch. Jedziemy! Knurów, już, już! Czas nagli. Dobrze, że już kiedyś tam byłam, bo ta pinda z komputera znowu ogłosiła strajk i przestała wyświetlać nawet obrazki. Jesteśmy. Dosłownie co do minuty. Jeszcze mi się tabletka nie zdążyła rozpuścić, jak znów przyszło mi gadać. Widownia liczna. Wymagająca. Inteligenta. Mega wyzwanie, a tu z głosem kruchutko. Gdy cudowne spotkanie dobiegło końca, postanowiłam na dobre rozprawić się z wredną kobietą od nawigacji, boleśnie świadoma, że bez pomocy tej elektrycznej baby, za Chiny nie trafię do hotelu. Uf, chyba włączyłam. Powinno być dobrze. Policzyła sobie trasę, więc chyba działa. Wracamy. Wprawdzie znów nie gada, ale przynajmniej pokazuje obrazki, więc ujdzie. Jak coś, to będziemy szukać cmentarza…

Zgodnie z wyświetlanymi parametrami, jakiś kilometr od celu Ewa powiedziała, że poznaje okolicę. Odetchnęłam i sięgnęłam po kolejny vocaler. Za kilka metrów również i ja rozpoznałam otoczenie , w końcu wyluzowałam. Z ulgą pacnęłam dłonią w pokrętło i wyłączyłam przeklętą babę od nawigacji, która pewnie tak jak i ja, na amen straciła głos.

Odprężona wzięłam ostatni zakręt, gdy wtem – z rykiem o natężeniu miliarda decybeli odezwało się ta krowa z satelity:

– Twój cel znajduje się po lewej stronie!!! Brak sygnału z satelity!!!- huknęła franca na cały regulator.

Dobrze, że byłyśmy przypięte pasami, bo inaczej wybiłybyśmy głowami dziury w dachu i również wylądowały na cmentarzu.  Jak coś, na wszelki wypadek miałyśmy w bagażniku kilka bukietów. :)

Poniżej fotorelacja z dwóch cudownych spotkań autorskich. Niniejszym dziękuję za zaproszenie, liczny udział oraz cudowną atmosferę. Po prostu Was kocham <3 i zdzierżę nawet nawigację :)

13 maja 2016 – Biblioteka w Czerwionce- Leszczynach

kolaż1

kolaż2

13 maja 2016- Biblioteka w Knurowie

kolaż1

kolaz2

Elektryka prąd nie tyka

Elektryka prąd nie tyka

13279432_1161938593836580_1582512296_n

Tak przynajmniej mówią a ja nie mam podstaw, żeby nie wierzyć. Pan Darek, który przy okazji każdego remontu grzebie w moich domowych instalacjach ma się świetnie.

Czyli muszą istnieć ludzie, których prąd lubi a ponieważ świat nie znosi pustki, muszą być też tacy, których prąd ma w głębokiej pogardzie. I ja Wam zaraz udowodnię, że należę do tej drugiej kategorii i jestem jaskrawym przykładem prądowej nietolerancji, by nie powiedzieć dyskryminacji.

Jeśli komukolwiek walnie żarówka przy włączeniu światła to zawsze jestem to ja. Strzelają sobie te żarówki radośnie w kuchni, sypialni, w łazience, na klatce schodowej a nawet w akwarium. Regularnie wysadzam też korki a zapewniam Was, że nie robię niczego podejrzanego. Co więcej, niezrozumiała nienawiść prądu do mojej skromnej osoby rozciąga się na wszystkie urządzenia, które ten piekielnik ma w swojej władzy. I oczywiście zawsze wszystko się sypie w najmniej oczekiwanym momencie.

Kiedyś nowy piekarnik nawalił, to znaczy tuż po zamontowaniu zwyczajnie nie ożył . Dzwonię na infolinię, mówię co i jak.

– Ale to nie ma prawa się zepsuć proszę pani – odpowiada pan technik.

Zęby zaciskam, podążam za wskazówkami technika i oczywiście nic z tego nie wychodzi. Po kilku dniach przychodzi serwisant. Drapie się po głowie, myśli, kombinuje.

– Programator by nawalił? Ale w nowym? Niemożliwe.

No jak niemożliwe, jak możliwe? Nie takie rzeczy są dla mnie możliwe. Panie kochany ja nawet umiem tak kanał w telewizorze przełączyć, że jest czarny ekran a dźwięk słychać, albo tak, że jest obraz jednego kanału i dźwięk z poprzedniego! A czasem pilot kompletnie nie reaguje na moje polecenia. Rzucam się wymieniać baterie a w tym czasie mąż przechwytuje owo szatańskie urządzenie i spokojnie zaczyna zmieniać kanały. A ja stoję w progu pokoju z bateriami w garści i przekleństwem na ustach.

A wracając do piekarnika. Pan serwisant wymienił niesprawną część, zademonstrował, że wszystko działa i sobie poszedł. Cała zadowolona postanowiłam go włączyć. I co? Korki huknęły aż miło. Doprowadzona do furii dzwonię po pomoc do pana Darka.

– Oj pani nic nie rusza, bo to jak nic jakieś zwarcie.

No więc nie ruszam. Po godzinie zjawia się elektryk. Włącza jednym palcem piekarnik a korki w milczeniu współpracują. Pan Darek zagląda w ich czeluść i chwilę coś tam sprawdza.

– Ale tu wszystko w porządku jest – mówi, a ja wiem, że uważa mnie chyba za wariatkę, tylko przez grzeczność nic nie mówi.

Czasami psuję coś tak, że pada na amen, tak jak mój stary laptop. Ot zgasł sobie i po nim. No to ja w lament, bo jak pisać bez komputera? Mąż, jak zwykle przy okazji moich awarii elektryczno-elektronicznych jest gdzieś tam w świecie w delegacji. Dzwonię, jęczę, pytam retorycznie – jak żyć?

– Stary był, miał prawo się zepsuć – kwituje mąż, chyba głównie po to, żeby babskich lamentów nie słuchać.

Sprzęt faktycznie nie młody, naprawiać pewnie się nie opłaca. Zapada decyzja. Kupujemy nowy. Stary walnęłam do jakiejś szafki i więcej do niego nie wracałam, choć w środku zostało parę rzeczy, które wolałabym odzyskać. I tak z rok zleciał. Pewnego dnia mój mąż szukał czegoś w rzeczonej szafie i przy okazji odnalazł stary komputer.

– O! Zupełnie o nim zapomniałam – ćwierkam radośnie. – Może by go tak dać do jakiegoś magika od odzyskiwania danych?

Mąż bez słowa wyciągnął zakurzony sprzęt i ustawił na stole. Nacisnął jeden przycisk a komputer bez protestu ożył. Mąż popatrzył na mnie dziwnie i chyba nawet trochę poczerwieniał na twarzy. A komputer odziedziczyła moja mama. Służy jej bez najmniejszego problemu :)

Psuję aparaty fotograficzne, suszarki, blendery, wszystko co ma związek z prądem. Gdy jedziemy gdzieś samochodem, to mąż patrzy z obawą za każdym razem, gdy mój palec zbliża się do radia. Ale to wszystko to pikuś w porównaniu z tym co mam z telefonami. Ciągle się psują, zawieszają, coś im się kasuje, same dzwonią albo nie dzwonią wcale. Budzik dzwoni kiedy chce, albo nie dzwoni w ogóle. Czasem dostaję sms-y po roku od wysłania go przez nadawcę a bywa, że moje nigdy nie docierają do adresata.

Kojarzycie taki sen, że się biegnie i stoi w miejscu, albo porusza się bardzo wolno? I oczywiście prawie zawsze ktoś groźny nadbiega z tyłu. No to ja regularnie śnię taki koszmar, że muszę gdzieś zadzwonić i to jest sprawa życia i śmierci. I oczywiście stukam palcem w telefon, otwiera się milion rzeczy, ja się przez nie przedzieram, czas ucieka i nie mogę zadzwonić. Koszmar, mówię Wam 😀

Nietrudno więc zgadnąć, że swój elektroniczny numer stulecia wywinęłam właśnie przy pomocy telefonu. Tego zdradzieckiego, cholernego telefonu.

A było to tak. Jakiś czas wcześniej, przed właściwą akcją, poznałam przemiłą dziewczynę, mieszkającą w Polsce Irlandkę. Poznałyśmy się przez naszych mężów, którzy to z kolei poznali się w sferach zawodowych. Dziewczyna nie miała wówczas zbyt wielu znajomych, więc przylgnęła do mnie od razu. Co tu dużo gadać, polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Dwa razy umówiłyśmy się na mieście aż przyszedł czas na „udomowienie” nowej koleżanki. Umówiłyśmy się, że przyjedzie do mnie (wraz z małym synkiem w wózku) metrem i przechwycę ją na stacji metra. Przed wejściem na swoją stację miała mi puścić sms-a, że już jedzie.

No i super. Chałupa wysprzątana, lasagne w piekarniku czeka na podgrzanie. Przychodzi sms, więc powoli się ubieram, jednocześnie pisząc wiadomość, że zaraz wychodzę. W połowie pisania telefon zaczyna wariować. Ale jak malowniczo! Wyłącza się i włącza raz za razem. W kółko i bez końca.

Zadowolona z własnego pomysłu wyjęłam dziadowi baterię. Poczekałam chwilkę, zamontowałam ponownie. Telefon ożył… i po chwili powrócił do niekończącego się resetowania. Czas mijał, więc wrzuciłam wyśpiewujący bez końca melodyjkę startową telefon do torebki i pobiegłam do metra. Czekam. Wjeżdża jeden pociąg, potem drugi, trzeci. Jak okiem sięgnąć żadnej dziewczyny z wózkiem. Wyszłam na schody, przy których miała na mnie czekać. Chwilę postałam, oczywiście cały czas mocując się z telefonem. Potem uznałam, że muszę natychmiast wracać do domu i odzyskać utraconą łączność z koleżanką przy pomocy telefonu stacjonarnego. Wbiegłam z rozwianym włosem do domu, łapię za słuchawkę i w tej samej chwili spływa na mnie bolesna świadomość. Przecież jedynym miejscem, gdzie jest zapisany numer Irlandki jest szalejący bez chwili przerwy telefon. Opadły mi ręce, ale umysł gorączkowo zaczął szukać rozwiązania. Mam! Zadzwonię do męża, który w tymże czasie przebywał na arcyważnym szkoleniu gdzieś w Anglii. On pewnie ma w swoim telefonie numer do niej! Przytykam paluch do klawiatury.

Eeeee… więc właściwie to jaki numer jest do niego?

Rzuciłam się do teczki z dokumentami, wytrząsam papier za papierem na podłogę. Jest! Umowa abonencka, niżej numer. Wklepuję. Dzwonię. Poczta się włącza. Dzwonię ponownie. Nie odbiera. Kolejna świetlana myśl – sms-a mu wyślę, że bardzo ważną sprawę mam. Oh wait… sms-a stacjonarnym? Może jeszcze selfika sobie strzelę? Zaśmiałam się ponuro i właściwie nie bardzo wiedząc co dalej ze sobą robić, zaczęłam raz za razem bezmyślnie wstukiwać mężowski numer. A nuż się uda?

Co w tym czasie działo się u koleżanki? Otóż puściła mi sms-a, że jest, że po drugiej stronie stacji widzi windę, wjedzie na górę, i tam się spotkamy. Zaniepokojona moją nieobecnością i milczeniem postanowiła zadzwonić do mojego męża, ale potem sobie przypomniała, że nie ma do niego numeru. Zadzwoniła więc do swojego męża, który był na arcyważnej konferencji w Stanach. Mąż też się zmartwił co się ze mną stało i zadzwonił do mojego męża do Anglii. Ten, jak się domyślacie zaczął wydzwaniać na moją komórkę, która dalej skręcała się w konwulsjach na kuchennym blacie. Na stacjonarny nie miał prawa się dodzwonić, bo przecież ja, jak nienormalna dzwoniłam do niego. Co więcej, coś kiedyś w nim popsułam i jak ktoś dzwonił a było zajęte, to od razu włączała się poczta głosowa.

Zdenerwowany mąż postanowił więc zadzwonić do mojej matki, która oczywiście natychmiast zaczęła dzwonić do mnie na komórkę i na stacjonarny i podobnie jak mężowi – nic jej z tego nie wyszło. Postanowiła więc zadzwonić do mojej siostry. Siostra niewiele myśląc założyła buty i przybiegła do mnie, cały czas próbując rzecz jasna dodzwonić się na moją komórkę i stacjonarny.

Siostra zastała mnie nad setną próbą dodzwonienia się do męża. Wpadła z obłędem w oczach i od progu wysapała.

– Żyjesz?

Żyłam, a jakże, właściwie to wewnętrzna furia tak mną targała, że żyłam bardziej niż zwykle :)

Namierzyłam jej telefon i rzuciłam się jak harpia. W połowie lotu zorientowałam się, że przecież siostra nie może mieć numeru do mojej koleżanki, której nawet nie zna. Zadzwoniłyśmy więc do mojego męża do Anglii, który zadzwonił do męża koleżanki do USA a tamten podał numer, który potem przyszedł do mojej siostry sms-em z Anglii :)

Po przeszło godzinie międzykontynentalnych poszukiwań zlokalizowałam dziewczynę po drugiej stronie stacji metra. Pobiegłam jakby mnie diabeł gonił, osierocając restartujący się telefon tam, gdzie go poprzednio rzuciłam. Siostra popukała się wymownie w czoło i poszła do domu. A ja gnając chodnikiem myślałam, że w sumie to szczęście, że mój telefon daje tak wyraźne dowody swojego szaleństwa, to pokażę go koleżance, żeby nie myślała, że jakaś psychiczna jestem. Ujrzałam ją koło windy, już dobiegając do niej zaczęłam się kajać i opowiadać co cholerny telefon mi wyciął. I jeszcze rzuciłam coś w stylu, że pokażę jej ten fenomen, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Wchodzimy do mieszkania. Odruchowo spojrzałam na zdradziecki telefon. Leżał sobie cichutko na kuchennym blacie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Usadziłam koleżankę nad kubkiem herbaty z mlekiem i drżącą ręką sięgnęłam po telefon. Spróbowałam włączyć i uwierzcie mi, że nieomal odetchnęłam z ulgą, gdy nic się nie stało.

– Baterię wyjmij – poradziła znajoma.

Tak też zrobiłam, jednocześnie opowiadając jej, ileż razy czyniłam to wcześniej. Po chwili telefon mrugnął do mnie filuternie i pisnął informacyjnie, że jest w stanie pełnej gotowości do działania. Zamarłam a on w tym czasie zaczął raz za razem generować dziwne dźwięki.

– Aha! – powiedziałam triumfująco a po chwili się zamknęłam, gdy tylko dotarło do mnie, że to hurtowo spływają powiadomienia o setce nieodebranych połączeń :)

Aby przerwać tę ze wszech miar krępującą scenę zaczęłam wyciągać talerze.

– Upiekłam dla ciebie pyszną lasagne – powiedziałam chcąc zamazać w pamięci trudne początki tego spotkania.

Koleżanka się nie skarżyła, ale po godzinnym czekaniu przy stacji metra po prostu musiała być głodna. Rzuciłam się do piekarnika i włączyłam go.

A potem rozległ się huk wysadzonych korków 😀

Dobre maniery

Dobre maniery

 

Ktoś mądry kiedyś doszedł do wniosku, że to, co jest w życiu najlepsze, jest niezdrowe, niemoralne albo tuczące. Do tego dodawszy sobie to, co człowiek sam wymyślił, żeby w ramach jakiejś bliżej nieokreślonej idei uprzykrzyć i utrudnić sobie życie, to mamy przedsmak niezrozumiałej dla mnie pokuty. Od tysiącleci wiadomo, że od czasu do czasu post jest zdrowy i z tym polemizować nie zamierzam, ale niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy- dlaczego mlaskanie przy stole jest niestosowne? Przecież jak komuś smakuje to usta mlaszczą same. Owszem, przy konsumpcji przydrożnych trocin o smaku kurczaka zmielonego wraz z kurnikiem za bardzo ze smakiem mlaskać się nie da, ale dlaczegoż by tak, z braku serwetki, elegancko nie wytrzeć sobie ust rękawem.

Rękaw rzecz ważna, bo jak sama nazwa wskazuje jest zawsze pod ręką, a jak się pobrudzi keczupem to zawsze go można podwinąć. Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, bo na tym mam zamiar się skupić, to niby dlaczego przy stole nie wolno się podpierać na łokciu, skoro podparcie głowy na ręce jest ze wszech miar cudownym odciążeniem kręgosłupa szyjnego, który przez pół doby non stop dźwiga naszą głowę. O, proszę, mam następny nonsens. Jedz widelcem i nożem, i trzymaj łokcie przy sobie. Łokcie obowiązkowo poza stołem! Ja nie wiem skąd się to wzięło, bo przecież najwygodniej jest z łokciami na blacie, czyż nie?

Podejrzewam, że genezy należałoby upatrywać w jakimś pradawnym wymiarze szczególnie dotkliwej kary, bo przecież nie ma na świecie bardziej niewygodnego sposobu jedzenia niż jedzenie widelcem i nożem z opcją trzymania łokci wąsko, przy żebrach. Kto zafundował współczesnej ludzkości takie okropne tortury? Spójrzmy choćby na Onufrego Zagłobę. W końcu szlachcic pełną gębą, a kto jak nie szlachcic miał się znać na dobrych manierach?

Zamykam oczy i widzę jak zatapia zęby w rumianej cielęcej giczy… tłuszcz spływa mu spomiędzy palców, ślina kapie z wąsów. Pamiętacie? A jak już wspomnianą giczołę  imć ogołocił do kości, to na oślep ciskał tą kością gdzie popadło i nawet się niespecjalnie przejmował czy przypadkiem kogoś przy okazji nie zabił. Następnie ocierał usta rękawem kontusza czy innej ówczesnej garderoby i siorbiąc na całą karczmę zapijał jakimś trunkiem, który obowiązkowo wlewał mu się za dekolt! Już widzę jak dziś, w każdej jadłodajni, na takie zachowanie wszystkie smartfony idą w ruch, a za kwadrans robi się korek w dodawaniu tego samego sensacyjnego filmiku na YouTube. Może z knajpy od razu by nie wyrzucili, ale na przyszłość czarny bilet prawie murowany. Mądrale. Kilka dekad już mam nastukanych na licznik, ale niech się znajdzie ktoś mądry i mi wreszcie pokaże, jak widelcem i nożem elegancko, w skuteczny sposób zjeść ćwiartkę kurczaka(?). O! Albo mule?

Tu pomijam aspekt szkodliwej dla organizmu chemicznej reakcji będącej wynikiem zetknięcia potrawy z metalem oraz wrodzone wyluzowanie ludów nawykłych do ciepła. Nieraz widziałam, w tak zwanym eleganckim lokalu, jak sztywny konsument gonił widelcem muszlę po talerzu, co zwykle kończyło się plamą na spodniach lub ewentualnie niekontrolowanym odpryskiem w stronę równie sztywnych współbiesiadników.

No właśnie! Zapomniałam jeszcze o tym, żeby przy stole nie garbić się i siedzieć prosto. No, ale jak siedzieć prosto skoro najwygodniej jest na lekko zgarbionym luzaczku?

Kolejny kwiatek mam. Ostatnio czytałam o tym, że zakładanie nogi na nogę jest szkodliwe, bo od tego robią się żylaki. Ale jak? Tak normalnie rozpłaszczyć uda na siedzeniu i siedzieć tym rozpłaszczonym plackiem jak uczennica?! Plecy prosto. Pełny pion, serwetka i łokcie. Pamiętamy, żeby nie ciamkać ani nie siorbać. To już znamy.

Uff, ależ się rozpisałam, ale pod koniec chciałam jeszcze przytoczyć kolejne kuriozum, czyli zakaz czytania przy jedzeniu. Ja rozumiem, że w towarzystwie nie wypada, ale samemu? Po co tracić osobno czas na dwie miłe czynności, skoro można je wykonać równocześnie. :)

Kto czyta przy jedzeniu? W szeregu zbiórka i do raportu!

P.s. Na potrzeby tego felietonu spróbowałam przed chwilą wyprostować plecy, podeprzeć brodę i jednocześnie czytając, co napisałam, z łokciami w okolicy żeber zjeść widelcem i nożem nóżkę z kurczaka… Polecam. :)

Tornado 6

Tornado 6

Cóż, muszę przyznać, że skończyły mi się pomysły i na koniec dnia pies pokonał mnie swoją żelazną konsekwencją i sprytem. Definitywnie zrezygnowaliśmy z umieszczenia go przy budzie, a zresztą i tak pewnie po jednym dniu bym zmiękła, zatem jakoś przełknęłam tę sromotną porażkę.

Skoro plany z budą okazały się fikcją, trzeba było wdrożyć plan B. Czyli regularne spacery oraz docelowo, pobyty psa w ogrodzie. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam szczelność ogrodzenia, mąż przymocował obluzowaną sztachetę i nasze życie pomału zaczęło wracać do normy. Dzieci zaaklimatyzowały się w szkole i dumnie puszyły się przed całą klasą, że ze szkoły odbiera je mama z psem. Tornado swoim cielęcym spojrzeniem i poczciwym pyszczyskiem na wejściu obłaskawił srogą panią woźną, i jako jedyny czworonóg w historii owej szkolnej placówki mógł swobodnie wchodzić nawet do szatni, a pani dyrektor powitała nas słowami „Ojej, jaki śliczny piesek!” Obskoczony przez rzeszę dzieciaków, szczęśliwy wdzięczył się jak gwiazdor na scenie i z dnia na dzień zyskał sobie rzeszę popleczników, którzy za nic w świecie nie chcieli mi uwierzyć jaki z niego cwany numer.

Jako że, w końcu otrzymał identyfikator z numerem mojego telefonu, choć właściwie to nie wiem po co, bo większość mieszkańców dzielnicy, po ostatniej akcji zna mój numer na pamięć, poza spacerami, mógł wreszcie zaznać nieco swobody w ogrodzie. Ja również, ponieważ Tornado upatrzył sobie we mnie swoją opokę i zaczął chodzić ze mną nawet do toalety. Nie odstępował mnie na krok, a mnie pomału zaczęły dopadać pierwsze oznaki manii prześladowczej. Po kilku dniach moja psychika siadła. Poczułam się śledzona, osaczona i inwigilowana przez psa, który skutecznie wtargnął w moją życiową przestrzeń ograniczając mi tlen i swobodę funkcjonowania. Na szczęście wyzdrowiał, zaliczył już większość szczepień i można było pomyśleć o kastracji, ale cóż, musiało jeszcze minąć kilka tygodni kwarantanny.

Pewna, że Tornado już się do nas przyzwyczaił, wypuściłam psa do ogrodu a sama zasiadłam z komputerem na tarasie, żeby w końcu trochę popracować. Minęło może pięć minut, jak doszło mnie szczekanie psa. Tylko niech mi kto powie, jakim cudem ten gad znalazł się w ogrodzie sąsiada? No jasne. Kompostownik. Pies sobie wskoczył, później przez siatkę i sruu… do sąsiadów. No pięknie. I co dalej? No jak to, co? Zagnałam psa z powrotem do domu i przystąpiłam do akcji przeniesienia kompostownika w jakieś miejsce bardziej oddalone od ogrodzenia. Ale to nie takie proste, bo do tego potrzeba było przynajmniej Goliata, by ruszył toto z miejsca, więc zmobilizowałam męża do pomocy. Kompostownik ani drgnął, więc nie było innego wyjścia jak podwyższyć w tamtym miejscu ogrodzenie. Klasyka. Castorama i do dzieła. Do wieczora parkan został skutecznie podwyższony. Nie ma siły, żeby go przeskoczyć choćby i o tyczce, więc pies, po raz kolejny tego dnia, wylądował na próbę w ogrodzie. Tę próbę zaliczył pozytywnie.

W międzyczasie przyszli do nas znajomi, Tornado zaprezentował się jak urodzony showman, a oni na wieść o jego wyczynach spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Że co? Niemożliwe, taki słodziutki, malutki piesio? Przesadzasz, kobieto, przesadzasz…

No tak. Nie sądziłam, że kiedyś dojdzie do tego, że ludzie przestaną wierzyć nam, tylko psu, ale Tornado właśnie wyraził chęć wyjścia na zewnątrz po raz kolejny. Oczywiście cały czas czujnie nadstawialiśmy ucha, czy aby nie szturmuje świeżo zamontowanych paneli przy kompoście, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

Tak, do chwili, gdy kolega nie wyszedł do ogrodu na papierosa.

– Słuchajcie? A dlaczego wasz pies biega u sąsiadów?

No tak, śmietnik. Tu na szczęście nie trzeba było już żadnych akcji specjalnych i dodatkowych wydatków. Wystarczyło tylko odsunąć kubeł na śmieci od płotu. Najpierw odsunęliśmy o metr. Po chwili namysłu, o dwa. Po czym spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i na wszelki wypadek schowaliśmy trampolinę do garażu.

Znajomi chyba w końcu uwierzyli :)

Małosolne bez wody

Małosolne bez wody

O! Właśnie takie cudo mam dla Was dzisiaj. Przypadkiem natrafiłam na ten przepis w necie, a że odkąd prowadzimy z Jagną blog mam na stałe włączony zmysł tropiciela ciekawostek, więc od razu rzuciłam się do lektury tego niedorzecznego przepisu. Bo kto to widział ogórki małosolne bez wody? Ja nie. Moja mama też nie. Moje koleżanki też nie… A jednak…

produkty

Ten wywodzący się z Rosji patent zaintrygował mnie tak bardzo, że natychmiast pognałam na plac po ogórki i resztę składników.

  • 1 kg małych ogórków
  • Kawałek chrzanu – ok. 5cm
  • 5 sporych ząbków czosnku
  • ½ pęczka koperku lub 2-3 baldachy + łodyga z wyrośniętego kopru
  • Gorczyca- 1 łyżka
  • Sól – 1 łyżka

Czyli to samo, co do przepisu na mokro, tylko wody niet :)

1

Na początek należy umyć ogórki i obciąć im  dupki z obu stron. Chrzan i czosnek obrać, i pokroić w cieniutkie plasterki. Koper rozdrobnić na kilka kawałków, żeby łatwiej było go wymieszać.

Następnie wszystko umieszczamy w worku.

 

Przepis wymaga maksymalnej szczelności, zatem potrzebujemy jeszcze spory worek strunowy lub foliowy rękaw do pieczenia. Ja użyłam tego drugiego i na końcach potraktowałam rękaw biurowym zszywaczem. Po zamknięciu należy wszystko wymiętosić i równomiernie zmieszać. I tyle roboty.

A teraz nasz czarodziejski worek ląduje w lodówce na 4 godziny. Po tym czasie jeszcze 20 godzin w temperaturze pokojowej i można jeść. Cały problem w tym, że jakoś trzeba wytrzymać te 24 godziny i nie dać  się skusić wcześniej. To najtrudniejszy etap :)

2

 

A  ogóreczki  są CUDOWNE, DELIKATNE, AROMATYCZNE I CHRUPIĄCE!

Satysfakcja gwarantowana lub zwrot pieniędzy <3

ogórki