Browsed by
Tag: spotkania autorskie

image_pdfimage_print
Polskie drogi

Polskie drogi

W ostatnich tygodniach nieustannie nawijam. Nawijam, nawijam i nawijam. Albo nawijam pisząc, albo nawijam gadając na niezliczonych spotkaniach na powietrzu i w eterze, no i oczywiście nawijam mknąc czerwonym babowozem w siną dal.  Jeżdżąc, nieustannie nawijam na licznik kolejne tysiące kilometrów i obserwuję, co się da.

Nigdy nie wiadomo, co może stać się inspiracją do czegoś, zatem to moje nawijanie takie do końca bez sensu chyba nie jest. Właśnie wróciłam do domu po kolejnym, szeroko pojętym nawijaniu i od razu zasiadłam do spisania moich refleksji i spostrzeżeń. Wszystko w życiu ma jakieś uzasadnienie, ale nie na wszystko wiem jakie, zatem w paru kwestiach pytania pozostawię bez odpowiedzi, licząc na Was, że mi w tym pomożecie. :)

Podróżując ostatnio po różnych regionach Polski natknęłam się na pewne kwestie niewyjaśnione. Na przykład wytłumaczcie mi, proszę, dlaczego w Kotlinie Kłodzkiej 100% pracowników branży gastronomicznej i hotelarskiej pochodzi z Ukrainy, a na Podkarpaciu praktycznie sami Polacy, za to też na ścianie wschodniej w ciągu 3 dni natknęłam się na rekordową ilość samochodów marki fiat Seicento?  Dlaczego, na przykład, w Ząbkowicach Śląskich wszystkie samochody zatrzymują się, zanim jeszcze pieszy pomyśli, że chciałby przejść przez jezdnię, a w Warszawie, co sił w nogach pieszy musi uciekać z pasów, by ujść cało z życiem?

O, albo korek. Nigdy nie wiedziałam dlaczego powstają korki na autostradzie, gdy nic szczególnego się nie dzieje, ale dziś już to wiem. Wczoraj, tuż przed moim nosem, z niewyjaśnionych przyczyn, jedna ciężarówka nagle postanowiła wyprzedzić drugą ciężarówkę, bowiem ta druga, ślamazara jedna, miała ustawione tacho na prędkość o 0,5km/h niższą, niż  pierwsza. I co? No i korek po całości. 7 minut, bo tyle dokładnie trwał manewr wyprzedzania, to czas wystarczający, by przytkać kilkanaście kilometrów autostrady, ale nie zmienia to faktu, że nasz kierowca kaskader poczuł się lepiej i chyba o to chodziło. Widocznie w sznurze dużych mobilków od czasu do czasu trzeba sobie zmienić krajobraz, bo w końcu ileż można się gapić na żółtą naczepę z napisem Gniotpol (pisownia autentyczna), skoro przez kolejny odcinek trasy można wpatrywać się w zieloną plandekę z napisem Tymbark. Podobno zielony uspokaja. Niestety nie wszystkich w korku. A zwłaszcza jadącego za mną kierowcę srebrnej skody, który chyba stwierdził, że ten korek to moja wina, bo nie dość, że na mnie natrąbił to jeszcze mrugał z częstotliwością 10 razy na minutę.

Ja nie wiem dokładnie, o co w tym chodzi, ale z tym srebrnymi skodami to też coś jest na rzeczy. Pomijam już fakt, że mniej więcej co trzecie auto na trasie to srebrna skoda z nowej kolekcji zima 2016, a za kółkiem obowiązkowo, znerwicowany krawaciarz w białej koszuli. Siada taki człowiekowi na ogon i mruga, jakby nie widział zbitego sznura ciężarówek na prawym pasie. Przecież, żeby ustąpić takiemu drogi trzeba zwolnić o połowę, by się wcisnąć między tiry (wiem, wiem… to ciągniki siodłowe z naczepą i nie każdy jest tirem :)), a tu taki siedzi człowiekowi na zderzaku i „myszkuje” jakby chciał wyprzedzić pasem zieleni albo rowem. Pół biedy jeszcze wyhamować i wkleić się w ciężarowy konwój, ale jak się później stamtąd wydostać, skoro na lewym wszyscy lecą szybko, a co trzecie auto to srebrna skoda z permanentnie włączonym kierunkowskazem?

A tu taki mruga… Aż się prosi, żeby chwycić za gruszkę i puścić w eter: „No i czego mrugasz, kretynie?”, no i zwolnić do setki. Niech sobie dostaje piany i mruga. Ech, czasem to dobrze, jak się CB radio zepsuje, bo by sobie człowiek pofolgował.

 

Kolejną nurtującą mnie kwestią jest zachowanie kierowców na czerwonym świetle albo w korku. Chyba większości się wydaje, bo innego wytłumaczenie raczej nie ma, że wraz z zatrzaśnięciem drzwi pojazdu i przekręceniem kluczyka, stajemy się niewidzialni i przenosimy się do jakiejś innej czasoprzestrzeni, w której nas nie widać. No bo jak inaczej wytłumaczyć dłubanie w nosie, grzebanie w zębach i oglądanie sobie migdałków w lusterku wstecznym? Hmm, i ten wzrok wbity sztywno przed siebie, by przypadkiem nie zauważyć kogoś, kto chciałby zmienić pas ruchu.  A może za łapówkę ktoś wydaje prawo jazdy niewidomym, bo przecież co za różnica, czy w dużym natężeniu ruchu jedziemy za hondą czy przed hondą? Owszem, jak się nam na krętej drożynie wpakuje przed nos siewnik z roztrząsarką do gnojówki, a wszędzie serpentyny i podwójna ciągła, a jak nawet nie ma podwójnej ciągłej i zakrętów, to na bank coś musi jechać z naprzeciwka, to tu – rzecz jasna – kolejność ma znaczenie, ale w mieście???

Wrócę jeszcze na moment do tych świateł, bo nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy. Zwykle rozglądam się dookoła i normalnie patrzę, kto siedzi w stojącym obok samochodzie. Czasem udaje mi się nawiązać kontakt wzrokowy z sąsiadem, ale taka sytuacja kończy się zazwyczaj w dwójnasób. W większości przypadków zostaje to odebrane jako zaproszenie do wyścigów i palenia gum na starcie i tu chętnie korzystam, natomiast w drugim przypadku, to już rzadziej, jako zaproszenie do nawiązania bliższej znajomości i to najlepiej przy kolejnych światłach. Tu już taka chętna nie jestem :)

 

Kochani, właśnie zakończyłam pierwszą turę promocyjnych wojaży i podsumowując powyższe, nie pozostaje mi nic innego, jak podpisać się pod starym porzekadłem, że ten kto jedzie wolniej od nas to melepeta, a kto jedzie szybciej ten świr!

Szerokości :)

 

Izabella Frączyk

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Towarzyska domatorka na występach gościnnych :)

Spotkanie autorskie w Radzionkowie 18 kwietnia 2016

Z jednej strony uwielbiam ludzi, z drugiej jestem urodzoną domatorką, która równie świetnie bawi się w swoim własnym towarzystwie. Jeśli chwilowo nie ma nikogo pod ręką, potrafię skutecznie samą siebie zabawić rozmową. Ach, jakież ja prowadzę ze sobą dysputy. Zwłaszcza w samochodzie, bo jeździć samochodem też uwielbiam. Właściwie to mogłabym pracować jako taksówkarz, tylko niestety mało czasu na pisanie.

Owszem, stojąc na postoju mogłabym gadać sama ze sobą, później gadać z pasażerami, a na końcu nagrać wszystko na dyktafon, ale z tym dyktafonem jakoś od zawsze nie było mi po drodze. Sześć lat temu mąż mi kupił takie srebrne wypasione cyfrowe cudo. Jako kompletna elektroniczna niemota musiałam użyć instrukcji obsługi. Nawet poszło. Nowe baterie, cyfrowe cudo do schowka i w drogę. Taksówkarzem wprawdzie nie jestem, za to spotkania z czytelnikami stanowią dla mnie okazje do wyjazdów i pompują we mnie nową energię. Zupełnie jakby mnie ktoś podłączył do kontaktu pod dwieście dwadzieścia.

Z rozkoszą wyrywam się z domowego zacisza, odpalam moje ukochane cztery koła, pakuje weń cztery litery i w drogę. Do świata, do ludzi, do moich cudownych czytelników. Lecę, dosłownie jak na skrzydłach, gadam do siebie jak najęta, okazyjnie sobie folguję i wyklinam na głos na innych kierowców, bo przecież jak ktoś jedzie wolniej ode mnie to melepeta, a jak nie daj Bóg ośmieli się jechać szybciej to wariat. Tak zatem za kółkiem nigdy się nie nudzę. Jadę, więc sobie jadę, no i myślę. I czasem coś mądrego wymyślę… I to by było na tyle, bowiem dość szybko wyleciało mi z głowy, że posiadam dyktafon. Zanim sobie przypomniałam, gdzie go mam, to zapomniałam, co chciałam nagrać, ale przynajmniej już zlokalizowałam urządzenie.

Następny wyjazd. Znowu jakaś myśl. Bingo! Przecież mam w schowku dyktafon. No mam, znalazłam przy pierwszym podejściu, tylko w międzyczasie przyszło ochłodzenie i szlag trafił baterie. Znowu nic nie nagrałam, ale z mocnym postanowieniem nagrania złotych myśli, mniej więcej po tygodniu mam już nowe baterie. Teraz już nic mnie nie zaskoczy. Znowu jadę, gadam, myślę i kombinuję. Tak! To jest to! Złota czcionka! Skończony geniusz gry słów godny co najmniej wieszcza. Trzeba to nagrać, bo pisanie na autostradzie może skończyć się źle. Szybko, zaraz myśl uleci! Schowek, dyktafon!

Hmm, ale jak się to włącza? Ostatni raz czytałam instrukcję rok temu i zapomniałam jak się obsługuje to skomplikowane cholerstwo.  Nic to, jadę dalej obiecując sobie, że w domu muszę znów odrobić zadanie domowe z obsługi dyktafonu. Zaparłam się i nie odpuszczę, zatem znowu rozkminiam instrukcję.  Sukces. Znów mam w schowku sprawne cyfrowe urządzenie i nawet wiem jak je włączyć. Ha! O, taka jestem, a co! W dodatku idzie lato, baterie szybko nie padną, więc nie daję za wygraną i zawieram sama za sobą układ, że będę nagrywać złote myśli z samotnych podróży, tylko tu pojawia się problem. W lecie nie ma spotkań autorskich, zwykle podróżuję wtedy z rodziną i nie myślę, a dwa miesiące to czas wystarczający, by zapomnieć, że się ma w schowku dyktafon.

Szczęście jednak mi sprzyja. W drodze na zakupy atakuje mnie zdanie stulecia. Mickiewicz by się nie powstydził. Mam! Mam! Przecież mam dyktafon! O dziwo działa, o dziwo pamiętam, jak go włączyć i nawet pamiętam jak się nagrywa. Jestem wielka! Nagrywam. Matko, nareszcie… Co za satysfakcja. Dwa lata na to czekałam, więc dumna i blada wyłączam ustrojstwo i… z powrotem do schowka. Niedawno zmieniłam samochód. Przy pakowaniu znalazłam w schowku rozładowany dyktafon, którego apiać nie potrafiłam włączyć, ale poszłam po instrukcję, zmieniłam baterie i odsłuchałam skromną zawartość. Nagrane było jedno zdanie do książki, którą wydałam trzy lata temu.

Nic się nie zmieniło. Dziś też przegadałam sama ze sobą całą drogę do Radzionkowa. Nawet trochę pośpiewałam z Alvaro Solerem, korzystając z tego, że na autostradzie nikt nie usłyszy, jak beczę niczym stado zarzynanych baranów. No i na koniec zagadałam na amen radzionkowskie czytelniczki.  Dzięki zaproszeniu i gościnności Pani Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radzionkowie, miałam okazję poznać bliżej moich fanów i spędzić cudowne dwie godziny w wyjątkowej atmosferze. Widok pełnej widowni zawsze dodaje mi skrzydeł, więc możecie być pewni, że jutro w drodze powrotnej, znów sama do siebie wygłoszę jakieś złote myśli.

A dyktafon leży sobie spokojnie w piwnicy. Szkoda kasy na baterie 😉

Zapraszam na krótką fotorelację autorstwa Eli Bączkowicz

13000160_1120400678023241_5533593640692454151_n

13043761_1120401201356522_8416848067057145934_n

13043786_1120400708023238_3079949614024666649_n

13043797_1120400521356590_6273029648293863065_n

13051483_1120401231356519_5530674213818341764_n

13051495_1120401024689873_1401123130324696567_n

13051770_1120400604689915_126528962175588377_n

13062269_1120400971356545_2702814720165614147_n

Spotkanie z czytelnikami w Miedzianej Górze

Spotkanie z czytelnikami w Miedzianej Górze

Praca pisarza to nie tylko klepanie w klawisze, co samo w sobie oczywiście jest świetne, ale to tylko początek drogi, nierzadko wyboistej i pełnej przygód. Moja praca to także szeroko pojęte działania promocyjne. Audycje, artykuły prasowe, spotkania w księgarniach, bibliotekach. To standard. Ale wiecie co? Jeszcze nigdy nie byłam na spotkaniu w remizie OSP. Dlaczego w remizie? A dlatego, że powitała mnie blisko setka wspaniałych gości i niewielka gminna biblioteka w Miedzianej Górze za nic nie pomieściłaby tylu osób. Nie wierzyłam własnym oczom, dyrekcja biblioteki również. Był tort z okazji Dnia Kobiet, kawunia i ciacha różniaste. Nawet miejscowi włodarze przyszli z wizytą w liczbie trzech z wójtem na czele i postawili wszystkim wino. Nie ma żartów. Miedziana Góra rządzi :)

iza_sppotkanie

kolaz_3