Browsed by
Tag: Stajnia w Pieńkach

image_pdfimage_print
Jedną nogą w niebie

Jedną nogą w niebie

9 listopada to dla mnie data szczególna. Dzisiejszy dzień, to data premiery trzeciej i ostatniej już części zamykającej sagę „Stajnia w Pieńkach”. To naturalne, że wydaniu każdej książki towarzyszą emocje, ale tym razem są wyjątkowo silne, bo to pierwszy w moim życiu powieściowy cykl. Chwila, w której kończę powieść zawsze jest dla mnie momentem szczególnym, zwłaszcza gdy ma ona aż trzy tomy, a jej bohaterowie towarzyszyli mi blisko przez rok. Trylogia to już nie były przelewki i choć nadal, podobnie jak wszystkie poprzednie książki, pisałam ją bez konspektu i bez planu, tym razem nie mogło obejść się bez fachowej pomocy oraz konsultacji w wielu zagadnieniach, o których wcześniej nie miałam pojęcia.

Chcąc, by seria „Stajnia w Pieńkach” wypadła wiarygodnie, musiałam naprawdę wiele się nauczyć. Na szczęście miałam kogo zapytać, a i wszyscy chętnie służyli mi bezinteresowną pomocą.

Za co wszystkim serdecznie dziękuję.

Moi mili. Bez Was by tej powieści nie było :)

Zarządzanie stadniną to wcale nie taka prosta sprawa, więc chciałabym niniejszym podziękować Wiesławowi Krzywickiemu- prezesowi Klubu Jeździeckiego „Amazonka” oraz właścicielowi stadniny koni w Borkowie za przekazanie mi obszernej branżowej wiedzy.

W kwestii hodowli koni oraz szeroko pojętych zagadnień z zakresu weterynarii z pomocą pospieszyli też:

–  lek. wet. Ewa Duch- Inspektor ds. Zdrowia i Ochrony Zwierząt w Wojewódzkim Inspektoracie Weterynarii w Krakowie;

–  dr n. wet. Piotr Żmuda – Prezes Małopolskiej Izby Lekarskiej  Weterynaryjnej;

– lek. wet. Martyna Grzybowska-Krupa – Kierownik Gabinetu Weterynaryjnego PRO VIVO ANIMALI  w Krakowie.

Pragnę również bardzo podziękować panu Dominikowi Wojtanowi z gospodarstwa agroturystycznego  „Na Zagrodzie” w Lubniu, ponieważ bez jego ogromnej wiedzy praktyczniej na temat hodowli strusi, w Pieńkach wcale by ich nie było.

Nie myślicie sobie również, że procedury towarzyszące wykopaniu starych kości nie nastręczają merytorycznych problemów :) Na szczęście tutaj nieoceniona okazała się wieloletnia wiedza pana Henryka Mikiny z Firmy Pogrzebowej „Lotos” w Dąbrowie Górniczej.

Sama konno nie jeżdżę, ale na szczęście mam w domu trójkę wytrawnych jeźdźców, dla których „końska” nomenklatura nie ma żadnych tajemnic, zatem dziękuję też Zbyszkowi, Zuzannie i Alicji, bo dzięki nim świetnie wiem co to  uwiązy, kantary i pusliska oraz cała reszta jeździeckiego wyposażenia.

Nie chciałabym pominąć nikogo, kto trzymał za mnie kciuki, nie mogę zatem nie wspomnieć mojego ulubionego redaktora prowadzącego z Wydawnictwa Prószyński i S-ka Michała Nalewskiego, który od dawna dzielnie znosi moje dziwne pomysły i   zawsze służy dobrą radą w nielicznych chwilach twórczej blokady.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o wsparciu, jakie regularnie otrzymuję od moich najlepszych na świecie Czytelników. Do tego ciągle rosnący w siłę fanklub zrzeszający cudownych ludzi, sprawia że chce mi się robić to co robię. To wszystko dla Was.

Dziękuję Kochani, że jesteście, bo to dzięki Wam jest moc!  <3

Iza :)

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Stajnia pod Jurnym Drwalem

Chcecie wiedzieć skąd wzięła się saga „Stajnia w Pieńkach”?  W przeddzień premiery chętnie Wam to opowiem, rada, że w końcu ludzie przestali zadawać mi nieśmiertelne pytanie, jak to się stało, że ekonomistka zaczęła pisać książki :) Na powyższe pytanie odpowiedziałam niezliczoną ilość razy, a przecież piszę książki od 7 lat, więc to już żadna nowość.

Wiecie, że ja lubię się śmiać i lubię humor, więc odpowiadając na pytanie o inspirację do stajennej sagi, nieco Was zaskoczę.

Do napisania tej trylogii zainspirowała mnie śmierć…

Pewnego lata, goszcząc z rodziną na wakacjach w zaprzyjaźnionej stadninie w Borkowie, byliśmy świadkami śmierci źrebaka. Od samego początku był pechowy. Urodził się w piątek trzynastego, przyszedł na świat z trudnościami, kobyła ciężko przeszła poród. Mały nie chciał jeść. Same kłopoty, ale przez to stał się ulubieńcem wszystkich, aż po trzech miesiącach padł ofiarą skrętu jelit. Dziesięć godzin weterynarze walczyli o jego życie. Bez skutku, nie przeżył nocy. Płakaliśmy wszyscy. Następnego dnia popędziłam quadem odreagować na tamtejsze bezkresne bezdroża i tam mnie natchnęło, by jakoś ocalić tego biednego malucha od zapomnienia. Tak właśnie urodził się „Koncert…”, a później reszta.

Iza (10) Nie wiedziałam, że mi wyjdzie z tego trylogia, ale po pierwszych 400.000 znaków uznałam, że to jeszcze nie koniec. Tak polubiłam Magdę oraz pozostałych bohaterów, że towarzyszyli mi w sumie przez dwanaście miesięcy i chyba nie muszę pisać, jak smutno i łyso mi było, gdy zamiast CDN nareszcie napisałam KONIEC. Z jednej strony odetchnęłam i przysięgłam sobie, że już nigdy więcej pisania o gospodarskim inwentarzu, a z drugiej strony poczułam się jak jakaś bezdomna, której ktoś odebrał coś bardzo bliskiego.

Nie ukrywam, że to pierwsza powieść, przy której musiałam nauczyć się aż tak wiele. Zaczęło się od stadniny w Borkowie i KJ Amazonka. Później na drugi ogień poszła ferma strusi państwa Wojtanów w Lubniu, następnie Państwowa Inspekcja Weterynaryjna, Związek Hodowców Koni i gabinet weterynarii Pro Vivo Animali wraz ze świętej cierpliwości właścicielką Martyną Grzybowską- Krupa. Do tego mnóstwo konsultacji przez Internet i telefon.

W temacie przydomowej hodowli kur jestem już lokalną specjalistką, a tajniki sportowego ujeżdżania krów w niczym już mnie nie zaskoczą  :)

 

A wiecie skąd wzięły się Pieńki?

Bardzo długo kombinowałam nad tytułem. Stajnia pod Złotą Podkową, Pod Srebrnym Kopytem, Pod Zardzewiałym Hufnalem, Pod Krzepkim Kowalem, Pod Jurnym Drwalem… ech, zanotowałam sobie milion totalnych, beznadziejnych banałów, aż doszłam do sceny, w której stajenny Zdzichu, w sztok zalany padł przy bramie i w pijackiej malignie przytulił się do oblepionego żywicą pniaka. Tu mnie olśniło z tymi Pieńkami i tak zostało. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby to sprawdzać na mapie :)

 

Przy pisaniu bawiłam się świetnie, poznałam wspaniałych ludzi i wiele się nauczyłam, ale na sam koniec zostawiłam sobie dla Was pewną perełkę.  No właśnie! BOMBĘ MAM!

Dokładnie kilka dni temu, przez zupełny przypadek natrafiłam na prawdziwą stajnię w Pieńkach!  Aż nie mogę uwierzyć, że coś, co wymyśliłam, rzeczywiście istnieje! Prawdziwa Stajnia w Pieńkach leży w gminie Michałowo, a Agnieszka i Stanisław Jaworscy świata nie widzą poza swoją konną agroturystyką. Już nie mogę się doczekać, kiedy nareszcie ich odwiedzę i na własne oczy zobaczę te moje, jakże bliskie mi, kochane i autentyczne Pieńki!

I jak tu nie kochać tej roboty? :) No, powiedzcie sami…

Iza (47)